Varia

Wroniarze

261 Wyświetleń

Morlane, wiek siedemnasty, dwudziesty szósty według kalendarza Morlańskiego
Roku 2570, za zezwoleniem Rady Najwyższych i panującego władcy kontynentu Morlańskiego, Augustusa II z rodu DeViessinów utworzona zostanie organizacja pod nazwą Wroniej Gwardii, zrzeszająca kobiety i mężczyzn z rodzin szlacheckich. Gwardziści mają za zadanie rozwiązywanie spraw większej wagi, idącej poza możliwości straży miejskiej, takich jak zdrada stanu, rozboje na klasach wyższych lub morderstwa, jeżeli są powiązane. Gwardia służy zarówno szlachcie i mieszczaństwu, jak i chłopstwu. Wszystkie klasy społeczne będą traktowane jednakowo, według wspólnego prawa wielkiego kontynentu Morlane. Zlecenia będą podawane Gwardzistom bezpośrednio przez strażników miejskich, bądź członków rodzin królewskich i szlachtę, w niektórych przypadkach to właśnie poszkodowani mogą zwracać się o pomoc, jednak wtedy potrzebna jest informacja do osoby zarządzającej sprawami Gwardii w danej dzielnicy, mieście i tym podobnym miejscom na terenie kontynentu. Wszystkie inne informacje dostępne będą na tablicach ogłoszeniowych w miastach, bądź w siedzibie danej jednostki Gwardii. Wspomniane główne siedziby będą znajdować się w największych miastach kontynentu, między innymi w Ravenhill, Calun, Northend i Bardock.
Niech Zinthrar i Tyria mają Was w swojej opiece

Anonim

„Cholera, zaraz się spóźnię..”, pomyślał. Ubrał na szybko swój ciemnawy płaszcz i wybiegł z pokoju. Istotnie, nie śpieszył się specjalnie z wyjściem, jednocześnie tak ważnym dla niego i reszty rodziny.
– Już wychodzisz? – zapytał kobiecy, i raczej cichy głosik.
– Już? – spytał z niemałym poirytowaniem zbliżając się do drzwi.
– Ojciec wie, że wychodzisz?
– Wie.
– A matka?
– A skąd ma wiedzieć? Nie mówiłem jej jeszcze, a zresztą, nie wróciła jeszcze z targu.
– Powiem jej jak przyjdzie.
– Dobrze.
Już zamierzał wyjść, już miał pchnąć dłonią o drzwi, ale..
– Długo cię nie będzie? – spytała, łapiąc go za ramię.
Nie wytrzymał.
– Wybacz siostro, ale jakbyś nie zauważyła, troszeczkę mi się śpieszy, i nie jestem zbyt skory do rozmów – odrzekł. W jego głosie można było bynajmniej wyczuć sarkazm.
Chciała coś dodać, ale się wstrzymała, kiedy przed jej brązowymi oczyma z hukiem trzasnęła para jasnych drzwi.

Prawdą jest, że Northend to wyjątkowo piękne miasto. Jedno z największych w całej krainie, przez wielu również uznawane za swoistą kolebkę kultury. To właśnie stąd pochodziło wielu znanych na całe Morlane artystów, pisarzy i innych rzemieślników. Architektura tego miasta była dość charakterystyczna, a przynajmniej na tle innych miast tej krainy [de facto, przypominała coś w stylu połączenia rozmachu gotyku i przepychu baroku]. Budowle z jednej strony bogate w nieznaczące nic detale, ozdoby, a z drugiej imponujące swym ogromem i zbyt dużymi oknami. Pal licho, że o tej porze roku albo pada deszcz, albo śnieg z deszczem i zimno, właśnie w tym okresie to miasto naprawdę czarowało innych swoim pięknem.
Tymczasem młodzieniec pośpiesznym krokiem szedł przez szerokie ulice miasta, powoli zbliżając się do swego celu. Na ulicach w centrum było o tej godzinie dosyć tłoczno, od czasu do czasu nawet przejeżdżały bokiem dorożki dla podróżnych, czy sami jeźdźcy na koniach, zwykle reprezentujący strażników miejskich. Patrolowali okolicę w ciągu całego dnia, bo przyjęło się, że skoro to jedno z największych miast i stolica kultury zarazem, to i przestępców największe skupisko. No cóż, przynajmniej łotry mają nienajgorszy gust.

Po dłuższej chwili dotarł nareszcie do celu. Stał tuż naprzeciwko wejścia do pewnego budynku, a właściwie głównej siedziby Wroniej Gwardii w Northend. Przeszły go ciarki, na widok tej dziwnej budowli. Była ona tylko trochę oddzielona od reszty domów w rzędzie, a przy okazji w niczym nie przypominała ani jednego z nich. Z przodu wsparta na dwóch kolumnach, po jedną na każdą stronę. Po środku, już za niskimi schodami stały ogromne drzwi, wykonane głównie z jasnego drewna, tu i ówdzie przyozdobione wstawkami ze złota. Nieco wyżej na drzwiami znajdowało się jeszcze większe, okrągłe okno, przypominające bardziej bezbarwny witraż. Trafne spostrzeżenie, bo tak naprawdę budynek ten wcześniej był świątynią boga Zinthrara, najważniejszego z głównej dziewiątki bóstw w mitologii morlańskiej, będącego symbolem sprawiedliwości. Całość jednak została wystawiona na sprzedaż, kiedy po kilku zaledwie miesiącach kapłani zdali sobie sprawę, że trudno utrzymać tego typu budynek w dobrym stanie, szczególnie zważając na jego położenie prawie w centrum miasta. Po kilku sekundach wahania ruszył w stronę wejścia do budynku.

Wnętrze budynku prezentowało się równie ciekawie. Od samych drzwi do końca dosyć długiego korytarza ciągnął się ciemnobrązowy dywan z jakimiś nieistotnymi wzorami. Na suficie wisiały granatowe flagi, czy raczej chorągwie z symbolem Morlane po środku – wroną wzbijającą się w górę ku niebu, rzecz jasna, wrona koloru czarnego. Drugie piętro budynku wspierały kolejne szeregi kolumn, a na całym korytarzu było kilka osób, głównie szlachetnie urodzonych, zważając na ubiór. Większość była zajęta swoimi sprawami. Młodzieniec zaś ruszył naprzód przez korytarz, dalej podziwiając cały jego ogrom.

– Chwila chwila, nie tak szybko, koleżko – zatrzymał go pewien mężczyzna, z wyglądu nie grzeszący ani urodą, a rozumem pewnie też i nie.
– Gości nie przyjmujemy.
Zatrzymany młodzieniec rozglądał się przez chwilę, wodząc wzrokiem po szlachcie wesoło rozmawiającej dookoła nich. Uśmiechnął się szyderczo.
– Właśnie widzę. Ale ja tu nie gość, umówiony jestem. William Breed, sprawdź sam na tej swojej liście, jeśli potrafisz ją przeczytać.
Dryblas prychnął na niego, po czym zwrócił się w stronę stolika i krzesła, przy których najwyraźniej siedział, i podniósł ze stołu listę. Chwilę mu zajęło pozbieranie myśli, ale z niechęcią cofnął się do Breed’a.
– Zostaw swoją broń. Tutaj ci się nie przyda.
Zrobił jak go proszono. Podszedł do stołu, i odpiął swoją szablę od pasa, rzucając ją na blat. Rzeczy, które trzymał wewnątrz płaszcza nie wyciągał, bo raczej nikomu by nimi krzywdy nie zrobił. Odpiął od pasa swój pistolet, i też postawił na blacie.
No właśnie, pistolet. Trudno byłoby to nazwać pistoletem. Baza niby właściwa, taka jak od pistoletu skałkowego, które w swoim czasie produkowały ludy na północy Rithlheim, ale reszta broni była dosyć niecodzienna. Bo była nią.. cięciwa od kuszy. Tak właśnie, w Morlane nie strzelano z broni palnej, tylko z wszelakich rodzajów kusz. Nie chodziło o lenistwo rzemieślników z Rithlheim, a raczej o to, że materiały do tworzenia prochu strzelniczego okazały się kończyć dużo szybciej, niż się spodziewano. Tak więc królowie kilku krain zadecydowali, że tylko oni i ich rodziny mogli używać „prawdziwej” broni na proch strzelniczy, zaś reszta ludzi – kusz. Nie były co prawda tak bardzo pewne w kwestii strzału, ale dziwnym zrządzeniem losu, z czasem mieszkańcy nabrali z „pistoletami na bełty” takiej wprawy, że były one ekwiwalentem pistoletów, karabinów i tym podobnych. Prosta, a przydatna rzecz, naprawdę.
– Racz przeprosić Panie, no, ten tego, William. Możesz przejść. Schodami w górę i prosto korytarzem – powiedział mężczyzna, trochę się jąkając.
Istotnie, za tą masą cielska w oddali na końcu korytarza wejściowego były dosyć spore schody. Już zamierzał się do nich zbliżyć, ale łapsko Dużego przybiło mu w pierś.
– Ale spróbuj tylko narobić kłopotów, a obedrę Cię ze skóry – dodał z lekką pewnością siebie.
– Zapamiętam.
Tak właśnie się nazywał młodzieniec. William Cedric Breed, szlachcic, syn Anne Breed oraz George’a Spifta. Jest też bratem Erin Breed, wcześniej wspomnianej. Raczej urodziwy młodzian. Ma brązowe, dosyć rozczochrane włosy, a jednocześnie część z nich ma spiętych w koński ogon, z tyłu głowy. Nosił się zwykle w płaszczach, często ciemnego koloru. Gdy był nieco młodszy, ojciec wynajął mu prywatnego korepetytora, od którego nauczył się między innymi strzelania z broni palnej czy fechtunku mieczem.
Od ojca zresztą odziedziczył nawyk ściągania na siebie kłopotów wszędzie gdzie się pojawia, ale jednocześnie też i jego umiejętności, głównie bitewne. Od matki odziedziczył zaś chyba jedynie kolor oczu, jednak był z Anne dosyć zżyty i często doradzał się matki w wielu sprawach, tu już niekoniecznie bitewnych.

Z drugiego piętra dało się słyszeć jakieś rozmowy, głównie pomiędzy kilkoma mężczyznami:
– Edward, dajże żyć! Przecież nie będziemy czekać tyle czasu na cholerne dwie osoby – lamentował jeden z nich.
– Gdyby im zależało, to by się nie spóźniali tylko przyszli przed czasem. Szlachta, psia mać – i kolejny.
– Panowie, spokojnie! – zawołał inny z nich, tym razem prawdopodobnie wspomniany Edward.
– Przecież się nam nie śpieszy, prawda?
Odpowiedziały mu szmery i szepty kilku zebranych.
– Prawda?! A zresztą, ważne, że w ogóle ktoś przyjdzie, tak, zdecydowanie TO się liczy.
W tym czasie William zdążył już się wdrapać na schody. Już na górze, na wprost od niego stał stół długi na cały pokój, a wokół niego tłum ludzi, wyglądających na nieco już się niecierpliwiących.
Reszta pomieszczenia nie różniła się znacznie od poprzedniego korytarza. Kilka chorągwi wiszących na suficie, obok żelaznego świecznika, na ziemi rozłożony dużo większy od poprzedniego dywan, znacznie bardziej ozdobny niż poprzedni. Przy ścianach stało kilka starych, skrzypiących regałów, ze stosem książek na każdym z nich. Najpewniej w tym pomieszczeniu wcześniej odprawiano uroczystości ku chwale Zinthrara.
Gdy tylko stanął w miejscu, wszyscy zgromadzeni spojrzeli na niego. Ich wzrok przeszywał go, jakby ktoś kłuł go rapierem w pierś aż do wykrwawienia. Nawet trochę się zawstydził.
Jeden z nich odważył się wyjść z tłumu, i podejść bliżej do młodzieńca. Nie wyglądał na jego wiek, ale nie wyglądał też staro. Był starszy może o kilka lat, nie więcej. Miał brązowe, dosyć długie, rozpuszczone włosy. Nosił granatowy, długi płaszcz z jasnymi, prawie białymi elementami i kołnierzem, pod płaszczem zaś dosyć dziwną, ciemnawą kurtkę z kilkoma orderami i złotymi wstawkami. Jego ubiór przypominał raczej generalski, niźli szlachecki.
– Jak się nazywasz, mój drogi chłopcze? – zapytał.
– Breed.. William Breed, sir – wyjąkał Will.
Mina mężczyzny znacznie się polepszyła.
– Wspaniale. Syn George’a i Anny, czyż tak? – z wyraźnym entuzjazmem wypytywał młodzieńca, jakoby mu robił przesłuchanie – Jak się miewa ojciec?
– Dosyć dobrze, nie jest już jednak w armii. Odszedł.
– A szkoda. Byliśmy razem w tym samym pułku, uwierzyłbyś?
William próbował stłumić śmiech, co w tej sytuacji było nader trudne to zrobienia. Kiwał tylko głową, potakując.
– Anne wciąż tak urodziwa jak kiedyś?
– Oh, bynajmniej tak. Ojciec wciąż jej mówi, że pięknieje z wiekiem. Trudno mu szczerze powiedziawszy tego odmówić.
Atmosfera w pokoju jakby się nieco rozluźniła. Goście co jakiś czas zaśmiali się czy szeptali, bacznie słuchając rozmowy.
– Cholera, gdzie moje maniery – na szybko uścisnął dłoń Breed’a, z zadziwiającą siłą, prawdę mówiąc – Edward Rodney, do usług.
– Miło poznać – wykrztusił odpowiedź.
Rodney po dosyć długiej rozmowie wrócił na swoje miejsce na końcu stołu, tuż przed wielkim oknem budynku i zawołał:
– No, to został nam już tylko jeden!
William zajął jedno z wolnych miejsc przy stole i przysiadł się obok mężczyzny sączącego swoje piwo ze szklanego kufla.
– Kim jest ten ostatni jegomość? – zapytał pijącego faceta wystarczająco cicho, by inni nie usłyszeli, zajęci swoimi sprawami.
– Fray – odpowiedział i wziął kolejnego łyka swojego trunku.
– Kim jest ten.. Fray, o którym mówisz?
– To ty nie wiesz? – zdziwił się tak, że aż odłożył swój kufel w trakcie picia – Samuel Fray, toć jest najgorszy z nas tu zgromadzonych, charakternik jakich mało.
– Oj, będzie ciekawie.

Dla zabicia czasu William pogawędził trochę z tym mężczyzną. Zwał się on Patrick Todd. Nie pochodził stąd, dorastał we wsi Ridgewood na obrzeżach miasta. Był drwalem, a pracę tą porzucił po tym, jak któryś raz na Ridgewood napadli banici i puścili całą wioskę z dymem, kradnąc przy okazji to, co wyglądało na cenniejsze, to jest, co bardziej się świeciło.. I przy okazji został wtedy śmiertelnie zraniony jego brat Edmund, który zmarł po dniu, od krwotoku wewnętrznego, choć walczył długo. Przystąpił do Gwardii głównie po to, by chronić innych od podobnych nieszczęść. Z wyglądu raczej krzepki facet. Łysy, umięśniony, chodził w odzieniu typowo chłopskim, by za bardzo się nie wyróżniać. Nawet zdążyli się polubić.

– Jeszcze raz mi będziesz chciał odebrać moją broń, a przysięgam, że sam osobiście wsadzę ci swój rapier prosto w ten głupi zad! – dobiegł ich krzyk z okolic schodów.
Chyba nachodził długo oczekiwany ostatni gość tego popołudnia. A wyglądał on nader dziwnie. Czy raczej, tylko jego włosy tak wyglądały. Bo były białe. Śnieżnobiałe. Nie siwe, bo stary nie był, po prostu białe.
– To jest ten Fray? – palnął Breed, choć nie wziął pod uwagę, jak głośno to powiedział.
– Dla ciebie Sir Samuel Fray, mopanku – odpowiedział.
– Zacna peruka, panie Fray – powiedział odruchowo, bez namysłu, czego potem zresztą żałował.

Białowłosy odstawił kufel z piwem, który wziął od jednego z przyszłych gwardzistów, i spojrzał na Breed’a.
– Coś ty powiedział?
– To co słyszałeś.
– Zaraz mu chyba obiję mordę.. – Samuel już się do niego zbliżał, podniósł zaciśniętą pięść do góry, ale Todd zdążył złapać go za ramię – puść mnie.. cholera jasna!
– Później to rozstrzygniemy, panowie. Teraz proszę, zajmijcie wszyscy miejsca, mamy trochę do przedyskutowania – powiedział Edward już normalnym, surowym tonem.
Z niechęcią obaj zasiedli na swoich miejscach, i zwrócili wzrok w stronę Rodney’a.
Edward wziął głęboki wdech i zaczął mówić.
– Panowie. Zgromadziliście się tutaj, by dołączyć do Wroniej Gwardii w Northend. Jest to zaiste szlachetny cel, to miasto już zbyt ucierpiało od bandytów i im podobnych osobników.
Będziecie tutaj służyć swojemu królowi, swoim przyjaciołom, rodzinie i wszystkim mieszkańcom naszego królestwa. Tak tak, królestwa. Nasze działania obejmują całą krainę, a i Rithlheim i inne kontynenty mają w to swój wkład. Ale by godnie służyć naszej ojczyźnie, będziecie musieli wykazać się wszystkimi możliwymi cechami, których nie powstydziłby się nawet rycerz. Odwaga i wierność. To będą wasze zasady w tej organizacji, do których musicie się stosować. Musicie się nauczyć pokory i pracować w grupie – w tej chwili Edward wzniósł głowę, i spojrzał naprzód, dziwnym zrządzeniem losu w to miejsce, gdzie siedzieli Breed i Samuel – bo w Gwardii nie ma samotników i wszyscy pracujemy razem. Będziecie przyjmować zlecenia ode mnie i tylko ode mnie. Broni będziecie używać tylko i wyłącznie wtedy, jeżeli wasze życie będzie zagrożone, a w tym mieście nie jest to rzadki przypadek. Zabijcie w ostateczności. Nie będę na siłę wysyłał na zlecenia osoby, która zabija każdego, kto im się nawinie. Takich ludzi kiedyś paliliśmy na stosie w centrum. Pamięta ktoś ten czas? Wracając do naszych zasad. Waszym i moim obowiązkiem jest reprezentowanie Gwardii. Obowiązkiem jest noszenie naszego herbu na swoich ubraniach. Swoje uzbrojenie odbierzecie wszyscy z pomieszczenia w dolnym korytarzu, tam, gdzie zostawił je nasz strażnik, którego nie wątpię, że zdążyliście poznać. Szczególnie pan, panie Fray.

Samuel wyszczerzył zęby, wpatrując się w Rodney’a.
– No dobrze – kontynuował – Skoro już znacie wstępne zasady i obowiązki, przejdźmy do pracy właściwej.
Będziecie pracować na co dzień w parach, które wyznaczę ja. Nie zmienicie ich. Musicie się dostosować. Od czasu do czasu grupy będą się łączyć, w przypadkach gdy zlecenia będą bardziej skomplikowane. Jest nas dziewiętnastu. No dobrze, nie przedłużajmy już.

Edward złapał swoją listę z nazwiskami ze stołu, i wymieniał po kolei pary:
– Sir Victor Blaine i Patrick Todd!
Breed dopiero zdał sobie sprawę z tego, że Todd wcale nie był szlachcicem. Ale lepiej nie zapeszać.
– Sir Timothy Marsh i Sir Joseph Warg.
Atmosfera trochę się popsuła.
– Sir Samuel Fray i Sir.. – Rodney musiał wziąć swoje okulary, by doczytać się na prędko napisanego imienia – Sir Jeffrey Mate.
Jeffreyowi wyraźnie zrzedła mina, Fray zaś uśmiechnął się do niego szyderczo.
– Eh, pominę już te wasze tytuły, i tak wszyscy są szlachcicami.. Daniel Witt i Elijah Breene.
– John Wickey i Martin Harry Dright.
Edward krzywo popatrzył się na Martina:
– Musiałeś się upomnieć o to drugie imię?
– William Breed i Arthur Gillson.
Gillson siedział po środku blisko Edwarda. Dosyć pokaźny zarost przyozdabiał jego twarz, jednak szpeciła ją też dosyć długa rana, przechodząca przez jego usta. Jak się później okazało, Arthur to były żołnierz w armii morlańskiej, prawdopodobnie więc był nieco starszy od Breed’a, podobnie jak Ed. Ubrany był podobnie jak Rodney, tyle że lepiej od niego się prezentował w tym stroju, i płaszcz był czarny.

– No – Ed po chwili nieuwagi nieco oprzytomniał – mam nadzieję, że nie będzie między wami burd. W razie czego w każdym momencie mogę wystawić was pod majestat naszego króla, nawet i teraz. Ale nie chcę. Odbierzcie swoje rzeczy od Liama, to znaczy tego osiłka przy wejściu i zabierajcie się stąd. Żwawo.

Tłum po chwili rozszedł się na wszystkie strony. Niektórzy dyskutowali z innymi gwardzistami, swoimi partnerami po fachu. Ale w tym tłumie nie można było przegapić samego Fray’a, który przez resztę wieczoru bacznie obserwował każdy, nawet najmniejszy ruch Williama. A przynajmniej dopóki się nie rozeszli przed budynkiem. W drodze powrotnej młodzieńcowi towarzyszył jego nowy przyjaciel, Arthur.
– Nie podoba mi się ten cały Samuel – rzekł William, wreszcie przerywając ciszę.
– On nie ma się tobie podobać. Masz z nim pracować, nic poza tym. Przynajmniej udawaj, że cię on nie obchodzi – odparł sucho Gillson, po czym dodał – a tak na marginesie, to nie była peruka.
William chicho zarechotał, przypominając sobie ten moment.
– To niby co? Tupecik?
– Ani jedno, ani drugie. Ten kolor włosów jest u nich w rodzinie dziedziczny. Ponoć jego prababka miała konszachty z jakąś wiedźmą, jeśli sama takową nie była, i na wskutek jej czynów została przeklęta przez przyjaciółki podczas sabatu. Ale to tylko plotki – wyjaśnił.
– Trudno mi uwierzyć w takie brednie.
– Nazywaj je jak chcesz, na tą chwilę to jedyne co bardziej logiczne wyjaśnienie.
– Skąd ty to wszystko w ogóle wiesz?
Arthur podrapał się po swoim zaroście i przez chwilę chyba się nad czymś zastanawiał.
– Powiedzmy, że mieszkam w tych rejonach na tyle długo, by wiedzieć takie rzeczy.

Wiedział, że nie mówił mu wszystkiego, ale lepiej było nie dociekać jeszcze w szczegóły. Będą mieli dużo czasu na rozmowy. Oboje się rozdzielili gdzieś w połowie ulicy Recrown w centrum miasta. Był to też adres Williama.
Rodzina Breedów nie była bynajmniej biedna. Duże, żelazne wrota po środku wysokiego, marmurowego muru odgradzały ogrody pałacu od parszywych ulic tego miasta. Od czasu do czasu ktoś się próbował wkraść na posesję, ale zwykle spadali z bram lub muru, i w najlepszym wypadku coś sobie pogruchotali. Stróż, widząc stojącego przy bramie młodziana podszedł bliżej, wysunął z kieszeni kilka kluczy, i po kolei otwierał zamki w bramie. Trochę to zajęło, ale ostatecznie udało się wejść.

Samego pałacu nie powstydziłby się pewnie nie jeden członek rodziny królewskiej. Ogromna konstrukcja, jeden z charakterystycznych punktów w całym mieście, co każdy przyjezdny i mieszkaniec wiedział od dawna. Miejsce to rzekomo było kiedyś poprzednim dworem królewskim, ale dzięki dzielniej służbie rodziny Breedów (a przynajmniej ich przodków, bo obecny król nie darzy ich tak wielkim szacunkiem jak dawniej.) ówczesny władca spisał całą tą budowlę na nazwisko tej szlacheckiej rodziny. Służba dba o wygląd z zewnątrz, jak i z wewnątrz całego pałacu, tak więc nie widać tak naprawdę, ile to miejsce przeżyło nieszczęść w trakcie wojen.

Z dziedzińca pod drzwi domu prowadziły długie, masywne schody na wyżej postawioną platformę, na której stał pałac. Swoją drogą, z tej właśnie platformy, znad schodów często poprzedni król dyskutował z poddanymi, wygłaszał nowiny, orędzia i tym podobne. Teraz to tylko służyło za podstawę i przy okazji ładny balkonik.
Will zamierzał właśnie wejść po schodach, już tych wewnątrz domu, na piętro i dostać się do swojego pokoju, próbując przy okazji nikogo nie pobudzić o tej godzinie. Tym razem nikt nie zatrzymał go w połowie drogi, więc zwyczajnie wszedł na górę, otworzył drzwi do swojego pomieszczenia, i..
– Wróciłeś – powiedziała kobieta siedząca przy jego biurku.
– Tak. Wybacz matko, że osobiście nie powiadomiłem, że wyjdę, ale.. – przerwała mu.
– To nic. Erin wszystko mi już wyjaśniła – kobieta wstała od biurka, i odwróciła się w jego
stronę, jednocześnie podchodząc nieco bliżej do niego.

Anne Breed. Kobiecina nie miała raczej więcej, niż 40 lat. Długie, kruczoczarne włosy opadały jej na ramiona. Zmarszczek widać żadnych nie było, bo też zwykle zakrywała je cienką warstwą makijażu. O jej wygląd dbały głównie służki, choć sama też czasem dawała radę. W tej chwili miała na sobie wyjątkowo długą, ciemnozieloną suknię dworską, na której tu i ówdzie były wszyte wzory ze złota. Prawdziwego złota. Widocznie jeszcze nie skończyła sprzątać w domu, skoro jeszcze się nie przebrała. Lub ojciec jest poza domem. Oba wyjścia
prawdopodobne.

– Jak poszło spotkanie? – zapytała.
– Nie wiem, co masz na myśli – powiedział nieśmiało, bo nie był jeszcze pewien, czy siostra powiedziała matce wszystko.
– Nie myśl, że nie wiem, gdzie i po co byłeś. Miałam na myśli jak minęło twoje pierwsze zlecenie w Gwardii.
Odetchnął z ulgą.
– Żadnego zlecenia jeszcze nie było. Dopiero wyznaczono grupy. Ale nasz mistrz gwardzista chyba was zna.
– Nie chyba, tylko na pewno – powiedziała, po czym złapała za wachlarz, który zostawiła na biurku, i wachlowała się nim, rozmawiając z synem – Edward był w wojsku z twoim ojcem, a nasze rody dobrze się znają, jeszcze sprzed czasów, kiedy twojego ojca ciągnęło do wojaczki.
– A to ciekawe – skłamał – Matko, nie chcę potępiać, ale chciałbym już odpocząć.
Anne skinęła tylko głową, i wyszła z pokoju, zamykając drzwi. Zarzucił swój płaszcz na krzesło przy biurku, i poprosił jedną ze służek do przygotowania kąpieli. Służka zachichotała, ale od razu pobiegła do łaźni i poszła przygotować wodę. Do końca nie rozumiał o co chodziło, ale niespecjalnie go też to interesowało. Cóż, mężczyzna młody, urody mu raczej nie brak, to i adoratorkę znalazł.
No cóż.

Robert Widła

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.

You Might Also Like

Skomentuj

Treść