All Posts By

Abyssos

Varia

Jastek Telica – Nauka topienia smutków

175 Wyświetleń

Bardzo zmalał.

Czas nastał dla niego nieodpowiedni. Nawykł do starego, nowego nijak nie umiał się nauczyć. Nad wodą pośpiech wprost diabelski. Ogrom wynalazków mających ułatwiać życie. W istocie je zastępujących. Pojęcia nie miał, co naziemni w tym całym pędzie widzą. Przecież im wcale z tymi wszystkimi ulepszeniami nie lżej. Prędzej ciężej. Męczą się, niepomni, że przodkowie flaków sobie nie wypruwali, mozołu zażywali z umiarem. Błogosławiona wstrzemięźliwość. Znajdowali czas na odpoczynek, do orki należało ich przymuszać. Potomkowie, plonów nie zbierając, coraz większe ciężary kładą na własne barki, wytchnienia unikając.

Nie pojmował.

W roślinności się zaszył, popatrywał przez nią w górę. Jak zwykle nartniki biegały po powierzchni. Szybkie, ale mało bojaźliwe, nie przez wywoływane maleńkie kręgi. Po prostu rybki na nie czyhające miały się gorzej, do mikrych rozmiarów dorastały, nieustannie odławiane, ilekroć którejś udało się wkroczyć w wiek dojrzały. Żadna nie zachwycała ni rozumem ni wielkością. Nudne niedorostki. Nie takie, jak w dawnych czasach, zdolne wciągać niebacznych w głębinę. Zresztą, jaka tu głębina? Gdzieniegdzie woda sięga po szyję, i to gdyby choć rosłemu człekowi, nie knypkowi, któremu w rozmiar nie poszło.

Niedorozwój w istocie wszędzie.

* * *

Parka zawitała nad brzeg. On kary, ona jabłkowita. Używali sobie. Wciąż te karesy. Niosło się po wodzie, a w głębinę też wstępowały. Gospodarz był czuły na podobne przejawy aktywności. Kiedyś też brał w nich udział, choć nie w tym stawku przeraźliwie płytkim. Wtedy, nad gwałtownym nurtem siedząc, albo się w nim pławiąc, nie zważając czy woda po burzy, czy nie, skoro każdą umiał spienić i pogonić do galopu, też za karą maścią przepadał. Jakoś jasne białki ku ogorzałym przychylniejsze. Dosiadała go taka sikoreczka na oklep, a on ją unosił. Nie żeby zaraz w głębinę. Nie wolno aż tak straszyć. Z początku. To typowe i w gruncie rzeczy nieciekawe, należy zaskakiwać. Oglądanie jednego uczucia nudne, splątanego i zmieszanego o wiele ciekawsze. A on lubił patrzeć, wszak taka natura wodnych stworów czających się w głębinach, czaić się na to co ponad tonią się wylęgło, by w sprzyjających okolicznościach smakołyk pyszczkiem zmacać.

No więc poprzez patrzenie, brał niejaki udział w karesach białki i jej smolistego wybranka. Nauczyć się sobie czegoś obiecywał. Samiec, jak przystało na osobnika karej maści, lico miał gładkie, jej piegami pokryte. Uroczymi niezwykle, dodającymi wdzięku roześmianej twarzyczce. Mieszkaniec stawu chętnie by ją na grzbiet wziął i poniósł w dale, o ile takich, by nie zabrakło. W czasie, kiedy wszystko zmalało, podobna przypadłość przytrafiła się także niedostępnym ostępom.

A na brzegu śmiech.

– Och, Jacku – dyszała dziewczyna.

Szukał u niej tego, czego jemu samemu z pewnością brakowało. W sumie nic nowego.

– Nie żałuj, Agatko – szeptał czule, w trakcie tych zabiegów, co wiodły go całkiem daleko. Upojony odkrywca nieznanych lądów.

A ona pozwalała je odsłaniać. Co bliskie, poznała, nudziła ją codzienność, jak to białkę złaknioną odmiany. Na skraj świata polezie za kaprysem, póki dla nowszej mody głowy nie straci.

Wesoło zrobiło się obserwatorowi, przez co prawie na powierzchnię wychynął.

Patrzył.

Ręce tamtego śmiałe.

Jej usta chętne.

Pięknie!

Ochota go wzięła, by wziąć aktywniejszy udział w harcach parki. Szepnął cicho do ziemi, by przystępniejsza się stała. Usłuchała namowy. Wodę puścił strumyczkiem cienkim jak igła, by się przesączyła do tamtych. Od spodu podeszła, choć nie po to, by kłuć.

– Och! – dziewczyna jęknęła.

Mężczyzna na opak zrozumiał jej westchnienie. Z czułością pospieszył, domyślając się, że spotkał mieszkankę dalekich lądów, która chlebem i solą wita zabłąkanego podróżnika.

– Mokro! – sapnęła.

Zmieszał się cokolwiek.

– No kurde balans! – warknął.

Woda na kocyk położony na ziemi wybijała, mocząc go obficie. I jak tu w takich warunkach amory uprawiać? Pole niestosowne, podmokłe zdatne na łąkę, nie uprawę pożytecznego zboża. A on za plonami tęsknił.

Dziewczyna zerwała się.

– Ale żeś miejsce znalazł.

Poczerwieniał.

– Jak dotąd zawsze suche było…

Teraz ona stała się krasna jak poziomka. Wzięła się pod boki.

– A na kim je wypróbowywałeś?! – zawrzała gniewem.

– Ależ, Agatko… – próbował tłumaczyć.

Smoka by nauczył prędzej warzywkami się zadowalać niż jej gniew udobruchał. Bo czy ona pierwsza lepsza?

– Głupek! – parsknęła.

Poszła.

Za nią popędził, kocyk zabierając, a podskakiwał przy tym nieprzystojnie. Jak motylek wokół niej krążył, nie mogąc się zdobyć, by na kwiatku przysiąść. Tyle, że kwiatek nóżek dostał i nie chciał, by zapylał go pierwszy lepszy wiarołomca.

* * *

Szczur raźno przebierał łapkami, a ogonem wachlował, dzięki czemu płynął raźno, poganiany głodem i przymusem poznawania bezkresnego świata. Zawsze w drodze do odległych lądów.

Mieszkaniec głębi, ukryty w rozplenionej roślinności przyglądał się dzielnemu stworzeniu z ciekawością. Życie naprawdę zajmujące. Stale w ruchu. A skoro dąży do nieznanych lądów, to niech się uczy. Co dycha, musi. Pociągnął pływaka za wąsy.

Stworzenie zaszamotało się, wyszczerzyło zębiska, by gryźć, gotowe bronić się do samego końca. Nic, że wroga nie dostrzegało. Nie miało to żadnego znaczenia. I tak się nie podda.

Więc wodniak zakręcił ofiarą. Zakotłowało się, szczur zaczął się miotać, gotów zagryźć wroga. Ale gospodarz stawu był przygotowany na podobną ewentualność. Położył na stworzonku ręce. Tnące zębiska nie poraniły go wcale, wody, będącej jego istotą, nie mogły. Zamknął istotkę w środku bańki i przyjrzał się jej uważnie.

Mnóstwo złości, strachu, ale najwięcej nieświadomości widocznej na pierwszy rzut oka, szczególnie dla kogoś zajmującego się samym patrzeniem. Stworzonko nic nie wiedziało, za to daremnie usiłowało bić o ścianki. Uparte. A przecież nie mogło wydostać się na zewnątrz. Zostało uwięzione na wieki wieków. Nie poddawało się edukacji.

W środku siebie oczywiście już od pewnego czasu pozostawało martwe. Choć nie do końca, bo nawodnione, a to, co zachowuje płyny nie może całkiem zemrzeć. Przecież wciąż coś w nim się przetacza.

Szczur niewiele z tego wszystkiego rozumiał. Nawet nie spostrzegł chwili własnego zgonu. Za to zauważył ogromne oczy. Ale zamiast zareagować strachem, rzucił się wprost na nie, by ugryźć nieznaną istotę, pewnie wrogą. Tyle zdziałał, że wraz z otaczającą go bańką popłynął dalej. Wtedy nieco się uspokoił i znowu zaczął pracować łapkami i ogonem, by zmierzać do swych celów. Odporny na wszelkie zabiegi.

Jednak nie można było mu pozwolić na dalsze chadzanie własnymi drogami.. Poza tonią wysechłby prędko, a co zeschłe to już jednak nieżywe, toteż pozostał w stawie, aż pilnujący go gospodarz zaczął żałować wkrótce wrodzonej ciekawości.

Głupiutkie zwierzątko! Tu naprawdę nie było czemu się przyglądać.

* * *

Pijak szedł po stawie. Oczywiście uwagi na to nie zwrócił. A wszakże powinien, bo takie łażenie należy do cudacznego porządku.

Latem co innego, wiadomo, woda nagrzana. Ale zimą? Stanowczo się nie powinno, bo tafla może trzasnąć. Lód zwodniczy, kiedy nie trzeba, na opak, cienki.

Napruty pijak miał to gdzieś.

Oczywiście cienka skorupka nie wytrzymała.

– Tonę! – prychnął mężczyzna.

Wcale nie tonął, woda sięgała mu raptem po piersi, a i tak tylko dlatego, że kucał, bo zimno go zaczęło trząść, choć na zmianę z gorącem. Ono nie wiedzieć czemu uderzało. Z trunkowymi zawsze na odwrót.

Pewnie dlatego zamiast się wydostać na brzeg, zaczął głębiej się zanurzać, jakby utonięcia pożądał.

– No ja nie mogę! – mruknął do siebie obserwator z głębi. – Co za pajac! Wcale go nie chcę.

Pijaków znał dobrze, oni zawsze tacy sami, do ludzi niepodobni, nieedukowalni, a najgorsze że nieciekawi. Jedna myśl u takich i nie do końca uświadomiona, przeciwnie, wątła, urwana, wiodąca na manowce. Akurat za jednowymiarowością nie przepadał. Płycizna. Wolał głębię.

– Rusz się, głąbie! – syknął.

– Tonę! – pijak wydyszał i prychnął, mając wrażenie, że wody nabrał do płuc.

Skończony dureń!

Pan stawu zaczął niechcianego gościa wypychać, życie mu ratując. Ale tamten swoje wiedział, ręce rozkrzyżował, plusnął w toń, to znaczy nie w toń, ale i tak się zanurzył.

– Śmierć! – dyszał.

Gospodarz złośliwie otoczenie pijaka osuszył, no ale szczurek się przyplątał. Pacnął swoją bańką w dwunoga, a ów naprawdę wody łyknął. Choć tyle co nic, kieliszek.

Jeden.

Wystarczył.

Ostatni!

Woda, zimno, wstrząs, a nade wszystko monstrualna głupota zrobiły swoje, serce topielcowi zamarło, mózg się zlasował, czyli jego resztki stanęły dęba.

Trup!

Biedny wodny stwór westchnął.

– A to mnie urządził!

* * *

Trupa pozbył się dopiero wtedy, gdy roztopy nadeszły. Ale i to nie sam. Staruszka na przechadzce z pudelkiem zauważyła ciało na powierzchni i wszczęła alarm. Gdyby skończyło się na wyłowieniu nieboraka. Nie, przybyli strażacy, dobrzy na ogień i wodę, i zaczęli dno przeczesywać. Bardzo fachowa ekipa poszukiwawcza w specjalistycznym sprzęcie. Gapiów zebrało się co niemiara. Zainteresowanie rzecz cudowna i korzystna, ale na dłuższą metę uciążliwa.

Gospodarz z początku ze stoicką cierpliwością znosił najazd hordy intruzów. Ba, nawet bawił się. Zaglądał do aparatury, pokrętłami manipulował, psując, co się dało, ale banalne psikusy prędko go znużyły. Nic nadzwyczajnego, po prostu nieco inne zbytki nad nowszymi zamiast starszymi wynalazkami. Żadna nauka. Sami specjaliści ciekawili go bardziej. Jednemu nogę uwięził, roślinnością oplątując.

– Co jest? – ów szarpnął się.

– Co? – spytał kolega.

– Nogę mi zakleszczyło.

– W coś wdepnąłeś?

– Chyba nie. Poddaje się.

Po chwili wyszarpnął, ale postarał się za bardzo, równowagi nie zachował, skrył się z głową.

– Jacek, nie szalej! – usłyszał.

Gospodarz uszu nadstawił. Jacka pamiętał. I jego Agatkę. To ten sam? Przyjrzał się baczniej mężczyźnie. Rzeczywiście, on. Jak to wykonywane obowiązki zmieniają człowieka, wyglądał na kogoś całkiem innego. Poważnego. Więc mieszkaniec toni poużywał sobie trochę na nieszczęśniku.

– Coś ci dzisiaj nie idzie – zauważył kolega, obserwując kolejne przejawy nieporadności kumpla z pracy. – To przez Agatkę?

– Idzie nam jak po grudzie.

– Zrozumiesz baby?

– Nigdy się ich nie nauczę. To niemożliwe!

Ponarzekali.

„Ciekawe” – dumał mieszkaniec toni i żywo przyglądał się poharatanemu niepowodzeniami amantowi. Męki miłosne w każdych okolicznościach zajmujące. Strażacy podarowali gospodarzowi nieco radochy, ale po pewnym czasie poszli sobie. Poza śmieciami, które ludzie wrzucali do stawu, nie znaleźli zajmujących szczątków własnego rodzaju. Aktualnych. Tylko jakieś popękane starożytności. Garnki dziurawe. A kogo zajmują bajki przebrzmiałe? Żadna archeologia nowoczesnych nie bawiła. Żyli tu i teraz.

Wtedy gospodarz podążył za pijaczkiem. Przywykł do niego i brakowało mu jego cichej obecności. Ponadto w pewien dziwaczny sposób zespoili się ze sobą. To co utopione nie całkiem odchodzi. Zwykle po pewnym czasie wypływa. Podążył kanałem, później przecisnął rurami. Wyniuchał, a kiedy zobaczył, sapnął. Nieborak na zimnym stole wypatroszony jak ryba. Nawet łeb rozpiłowany. Obok grupa oglądaczy dotykająca tego i owego z wyraźnym obrzydzeniem na twarzach. A jednak wytrwała.

Wodniakiem wstrząsnęło.

Ludzie nie zaprzestają tortur nawet po śmierci. A na koniec, oczywiście, zafundowali najgorsze. Zakopali biedaczynę w piasku, by wysechł na wiór. A bez wody nie ostanie się żadne życie.

Mordercy!

* * *

Jacek kiedy nie chodził do pracy, wtedy robaka zalewał. Czyli topił smutki niemal bez przerwy, bo strażacy dyżury pełnili rzadko. Czasu im nie brakowało. A żadnych pasji nie miał, wyjąwszy tę Agatkę. I to przez nią właśnie.

– Stary, stary. Kończysz się… – jęczał kumpel.

– No i co?

– Nie wolno.

– A co mam robić? – biedaczyna pytał znad kieliszka.

– No wziąć się w garść.

– Powiadasz? Jakbym wodę ściskał.

– Potrzebujesz stabilizacji.

– Potem. Jak smutki utopię.

– Żebyś w ich towarzystwie nie poszedł na dno. Mówię ci, naucz się inaczej z tym radzić!

Jacek machał ręką. Wszystko jedno.

* * *

Pociągnięte za nóżkę dziecko od razu poszło pod wodę.

Miejscowi kąpielisko sobie sprokurowali, oczyszczając dno z roślin, brzeg wysypując piaskiem. Chlapali się. Śmiechów było co niemiara. Mieszkaniec stawu przyglądał im się, bawił ich nieporadnością i nie stronił od figli. Jak chociażby w obecnej chwili. Topiony chłopaczek buźkę miał szczerą, minkę niepewną, oczy pozbawione wyrazu. W zasadzie to nic w nich szczególnego. Nie pojmował tego, co się z nim dzieje. Chłapał kończynkami niezbornie. Nawet głowy nie wynurzał. Oczywiście nie krzyczał. Topielcy cisi. I ogólnie porażał nieświadomością.

To nie było ciekawe, jak zostanie utopiony, to już nie odejdzie.

Wodniak wstrząsnął się, bo w pewien sposób ofiara zostanie na zawsze.

A głupota, czy to starożytna, czy nowoczesna – taka sama.

Z tego powodu rzeczywisty gospodarz akwenu puścił nóżkę.

Ale dzieciak wciąż się zapadał, nie wypływał. Gospodarza stawu złość wzięła, pchnął malca w górę i podtrzymywał. Dłużej niż mu cierpliwość pozwalała. Zawziął się. Nie trawił mielizn. Nareszcie przybłąkała się matka. Od razu z piskiem porwała potomka w ramiona. Szlochała i się śmiała. wyrzucała sobie nieuwagę, błagała o wybaczenie. Całowała tuliła, poklepywała rozkaszlanego szkraba. Po chwili rozszlochanego.

Erupcja sprzeczności.

A to już było ciekawe.

Pyszna gama nietypowych reakcji.

Pan głębi był po prostu zachwycony.

* * *

Jacek zamroczony alkoholem dotarł nad staw.

– To tu! – rozpoznał miejsce i dusza w nim zaskowytała.

Piekło!

Ciężko klapnął na ziemię, dokładnie tam, gdzie kiedyś kocyk rozłożył dla Agatki. Nim jej nie stracił. Chwiał się, ale słabość ciała bynajmniej nie leczyła psychiki, ta wciąż biła się sama ze sobą.

Zawzięta, nienauczalna.

Porzucony kochanek zagapił się w wodę.

– No, nie!

Oczy zobaczył, a ogólnie gębę. Określić ją mógł jako wodnistą. Ale kiedy przyjrzał się dokładniej, wtedy uświadomił sobie, że to w istocie własne banalne odbicie. Jednakże im więcej patrzył, tym mniej serce rwało.

– Dziwne! – zamamrotał wyraźnie pocieszony.

* * *

Wodnik wpatrywał się w człowieka. Wzrokiem wysysał z niego skłębione, bardzo silne uczucia. Tamtego rozrywające na pół, mieszkańca stawu zaś upajające. Cieszące nieprzebranym bogactwem smutku.

Pozwolił człowiekowi odejść.

– Wróć! – zaszemrał za nim, a łagodna fala musnęła brzeg.

Szeptała do Jackowych głębi.

– Będę jutro – oświadczył podniesiony na duchu chłop. Nauczył się topić smutki.

Varia

Nabór zimowy!

208 Wyświetleń

Kettering powiedział niegdyś, że interesuje się przyszłością, ponieważ spędzi w niej resztę życia. Z jakże podobnego założenia wychodzimy! Ekipa Abyssos ogłasza nabór opowiadań na kolejny,specjalny numer. Tym razem chcemy zamknąć się w ramy nadchodzącej zimy. Zatem tematem kolejnego numeru będzie:

PRZESILENIE ZIMOWE

Przyjmowane przez nas teksty mogą mieć różną formę: opowiadania, wiersza, aktu sztuki teatralnej itd. , pod warunkiem, że będzie on się tyczył tematu związanego z przesileniem zimowym. Teksty muszą również spełniać wymogi co do umieszczania wszelkich zgłoszeń w czasopiśmie Abyssos.

Wybrane opowiadania, spełniające wymogi, opublikujemy w okrągłym 10 numerze naszego periodyku. Zgłoszenia należy wysyłać na adres mailowy:

zgloszenia@abyssos.eu

Gotowe, wcześniej niepublikowane teksty, prosimy!

Szczegółowe informacje znajdziecie na tej oto magicznej stronie:

www.abyssos.eu/nabor-zimowy

Czekamy na was!

Agenda

Numer 9!

339 Wyświetleń

Nowy numer, nowe twarze i nowy wprowadzający.

Tym razem osoba, która wręcz kocha okresy, gdzie panujesz szarówa za oknami, deszcz kapie na zmęczone twarze, a wiatr zdmuchuje wszelkie nadzieje na ciepło.

Ach… jesień, jak ja cię kocham. W przeciwieństwie do Pandreada, który jak zwykle otulony w szaliczek przytula się do grzejnika (kiedyś wam zrobię zdjęcie!) No ale dobrze, pal licho pogodę. Co nam się szykuje w numerze? Ogólnie rzecz ujmując: poleca się dużo modern fantasy, trochę SF, lekka nutka dark fantasy i to wszystko polane sosem z poezji. Tradycyjne danie, ale w dobrej oprawie, dzięki czemu smakuje wyśmienicie.

Na pierwszy rzut idzie Grzegorz Wielgus z Paryżem lat dwudziestych XX wieku w „Années folles”, potem Jastek Telica w „Nauce topienia smutków” (zdecydowany faworyt pośród redakcji), Dariusz Bednarczyk w „Smoczych opowieściach”, świat iluzji wg Roberta Kapczyńskiego w „Lustrzanym Odbiciu”, świat SI Damiana Dawida Nowaka w „Kiepskiej poezji”. Potem pozostałość po radzieckiej zimie wg. Michała Frąckiewicza w „Echolokacji”, survival horror Anny Marii Wybraniec o tytule „Zło(to) czarne” i chłodne klimaty w „Istnieniu” Emiliana Sornata. Na sam koniec Paweł R. Ofiarski we fragmencie I rozdziału „We krwi prawda” ze świata Ocullum Mundi.

No i nasi wierszokleci: tradycyjnie Paweł Leopold Sieradziński, Antoine Xave, Radosław Ognik, Gabriela Tyńska i Patryk Szymczak.

Jeśli chodzi o tego ostatniego gagatka, należy wspomnieć, że ów jegomość wydał swój pierwszy autorski tomik poezji poprzez nasze wydawnictwo. Marzenia się spełniają, to też może warto pomyśleć o wydaniu czegoś, co zalega gdzieś w szufladzie.

I co? Tyle wstępu. Resztę musicie zbadać sami.

Życzymy przyjemnej lektury.

Pablus Pablissimo Maximus Tarzanus

POBIERZ NUMER 9


 

Varia

Funcon 2018

255 Wyświetleń

Uwaga uwaga, ogłaszamy! Zapraszamy wszystkich na wzięcie udziału w Funconie 2018!

Funcon jest konwentem takim jak dawniej, Imprezą od fanów dla fanów.

Nie jesteśmy dużą imprezą(i nie bardzo chcemy być więksi – wszak małe jest piękne)
Nie przeładowujemy się atrakcjami bo chcemy aby każdy znalazł coś dla siebie i posiadamy coś co niektórzy określają jako „Rodzinna Atmosfera”.
My bawimy się jak wielka rodzina: gramy w gry planszowe, oglądamy Anime, gramy na konsolach i komputerach, razem rysujemy czy też uczymy się czegoś o zamierzchłych cywilizacjach. Dlatego też zapraszamy każdego kto chciałby odetchnąć od zgiełku dużych imprez i zobaczyć coś małego ale fajnego!

Odbywamy się już po raz III przy wsparciu oraz pod patronatem władz miasta i powiatu Żywiec.
Podczas tegorocznej edycji będziecie mieli okazję wziąć udział w wielu konkursach, posłuchać prelekcji ciekawych gości czy też pobawić się w rycerza w lśniącej zbroi. Dla poszukujących relaksu przy planszy odbywać się będzie IIIcia edycja Gramy na Żywca, a dla fanów głośnych wrażeń koncert dubbingowej grupy Keyorin oraz Strefa Wirtualnej rzeczywistości robiona przez ekipę The Basement.

 

Należy też nadmienić, że również i Abyssos będzie miało duży wkład w całą uroczystość poprzez dwie prelekcje! Ludy północy i południa, lewicy i prawicy, a także reszta świata (biorąc pod uwagę, że może być i 36 płci, może być i 36 kierunków), łączcie się i pędźcie do Żywca!

Agenda

Bachanalia Fantastyczne 2018

243 Wyświetleń

Achtung! Pozor! Uwaga!

Abyssos ma przyjemność objąć patronatem medialnym kolejną edycję Bachanaliów Fantastycznych 🙂

Informacje prosto z Winnego Grodu:

XXXII edycja konwentu odbędzie się w dniach 19 – 21 października w Zielonej Górze. Podczas trzech dni festiwalu uczestnicy będą mogli wziąć udział w wielu różnorodnych wydarzeniach. Tegoroczna impreza stoi pod znakiem Marszkarady, czyli balu maskowego, który odbędzie się w folwarku Krzywy Komin. Bardzo ważnym punktem programu będzie konkurs cosplay, w którym będzie można wygrać nagrody pieniężne w wysokości od 200 do 500 zł. Zaplanowane są też rozgrywki w tak popularne gry jak Flames of War i Magic: The Gathering. Kolekcjonerzy konwentowych gadżetów będą mogli odwiedzić strefę wystawców. Nie zabraknie też foodtrucków i standardowego sleepromu.

W ramach atrakcji uczestnicy będą mogli spotkać się z grupą rekonstrukcyjną Wataha Hedeby, którzy pokażą jak walczyli średniowieczni wojowie, jakie obowiązki miał niesławny kat, zaprezentują uzbrojenie z możliwością przymiarki, oraz wciągną w wir dawnych gier i zabaw. Wśród potwierdzonych do tej pory gości znaleźli się natomiast pisarz Witold Jabłoński, twórca komiksów Maciej Parowski, oraz bloger popkulturalny Dominik „Stanley” Stankiewicz.

Już wkrótce zostaną przedstawieni kolejni goście, a także zostaną opublikowane kolejne informacje. W imieniu całej ekipy Abyssos zapraszamy do Zielonej Góry 🙂 Do zobaczenia!

Literacki performance

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #15

197 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->


Michał Nowina & Sinead Ignis, korekta Quieva Kujdowa

Odcinek 59

Terenowa „Warszawa” sprawowała się wyśmienicie.
Antoni w roli pilota „wycieczki” tym bardziej.
W kilkanaście minut znaleźli się w zadbanej wiosce gminnej z pięknym freskiem na budce przystanku PKS. Nieopodal stał pensjonat agroturystyczny, cel ich nocnej podróży.
Był to obiekt dość nietypowy – kwatery zostały urządzone w starej stodole, a każdy pokój posiadał własną wiatę garażową, w której można było schować auto przed wzrokiem ciekawskich. Właściciele – starsze małżeństwo emerytowanych nauczycieli – przyjęli ich z uśmiechem. Na szczęście były akurat wolne pokoje, tak więc w kilka chwil po przyjeździe mogli już korzystać z luksusu, jakim dla każdego z nich była wanna z ciepłą wodą – rzecz niby banalna i oczywista, lecz w ich sytuacji wręcz nieoceniona. Tylko Antoni został jeszcze przy aucie.

Justyna aż jęknęła z przyjemności, kiedy zanurzyła się w wodzie z pachnącą pianą. Dopiero teraz poczuła w pełni ogrom zmęczenia. Przez te kilka dni wydarzyło się tyle, ile normalnie w jeden rok pracy w wydziale. To było dużo, nawet dla tak zaprawionej w bojach policjantki jak ona.
Umyła włosy i rozparła się w wannie, przymykając oczy i delektując się chwilą relaksu. Nagle, ktoś zapukał do drzwi.
– Kto tam? – zapytała trochę zeźlona, że przerwano jej tą słodką chwilę wypoczynku.
– Antek – odpowiedział męski głos.
– Czego znowu? – mruknęła sama do siebie, owijając się ręcznikiem.
Podeszła do drzwi i otworzyła energicznie.
– Oby to było coś ważnego – powiedziała zirytowana.
Antek jednak nic nie odpowiedział. To znaczy chciał, ale poczuł się onieśmielony widokiem Justyny w samym ręczniku. Mimo woli wpatrywał się w jej zgrabne ciało, po którym spływały kropelki wody. Mokre włosy kręciły się niesfornie, co tylko czyniło ją jeszcze bardziej pociągającą. Wziął wdech, otworzył usta, lecz głos znowu uwiądł mu w gardle.
– Eee…yyy. To znaczyyy… – podrapał się skrępowany po tyle głowy – Chciałem powiedzieć… Jaka ty jesteś piękna – spuścił głowę. – Przepraszam. Zostawiłaś legitymację w aucie – wyciągnął rękę z czarnym etui z dokumentami.
Początkowa irytacja Justyny przeszła w rozbawienie. Antek w swym zakłopotaniu był zabawny, ale jednocześnie ją tym swoim stremowaniem i spontanicznym wyznaniem rozczulił.
Sięgnęła po swoją odznakę. Chwytając etui, z rozpędu chwyciła jego dłoń. Antoni podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy. To było niesamowite spojrzenie. Można było wyczytać w nim jednocześnie radość, strach, pragnienie i wielką czułość. Jeszcze nigdy nie widziała takiego spojrzenia u mężczyzny. Przez jedną krótką chwilę poczuła z nim ogromną więź. On jednak szybko cofnął rękę, niczym dziecko, które wystraszyło się ognia.
– Dziękuję i przepraszam – wyrzucił z siebie.
– Ależ nie ma za co – odpowiedziała zdumiona.
Uśmiechnął się i cofnął parę kroków.
– Mimo wszystko dziękuję. Wypocznij.
– Ty również, Antoni.
Podniósł rękę w geście pożegnania i zniknął za drzwiami swojego pokoju.
Justyna wróciła do wanny. Nie mogła się jednak w pełni zrelaksować. Ta krótka wizyta młodego archeologa zburzyła cały jej wewnętrzny spokój.

Antoniemu myśli huczały w głowie tak, że aż wzrok zachodził mu mgłą. Był wyczerpany po wielogodzinnej, ekstremalnej nocnej jeździe, na dodatek zbłaźnił się przed Justyną, zachowując się niczym sztubak. Dusiła go tępa złość na siebie, kiedy jednak wracał myślą do tego spotkania, jej powabnego ciała i tej chwili, gdy trzymali się za ręce, ściskało go ze szczęścia w żołądku.
Usiadł na łóżku i westchnął ciężko, próbując się jakoś ogarnąć. Postanowił wziąć kąpiel, zmęczenie jednak okazało się silniejsze. Opadł na materac i zasnął niemal natychmiast, nie zastanawiając się już nad niczym.

Obaj bracia zdążyli się zdrzemnąć w samochodzie, byli więc nieco bardziej przytomni. Oczywiście musieli dostać wspólny pokój, a jakże. Marco zgrzytnął zębami, a potem zrobił to jeszcze raz, gdy uświadomił sobie, że przebywanie w pobliżu (bardzo bliskiego bliżu!) osobnika, którego przypadkiem urodziła ta sama nieznana mu kobieta, to perspektywa następnych dni, jeżeli nie tygodni.  Strategicznie zajął łóżko bliżej drzwi wejściowych i okazał swoje zawłaszczenie terytorium, kładąc na nim sweter i kurtkę. Krążył po pokoju, zgarniając ręcznik, poprawiając poduszkę i zbierając się do skorzystania z prysznica. Tymczasem Holden siedział skurczony na swoim tapczanie i patrzył tępo w ścianę. Marco skrzywił się z niesmakiem. Niedawno ten sam koleś wymachiwał bronią, uwięził Justynę (oho, pomyślał Marco, myślę o pani oficer po imieniu, cóż za zacieśnianie stosunków!) i ogólnie zachowywał się dość ekspansywnie.
Nie patrząc na brata, zaczął pogwizdywać i przez chwilę nie wiedział, co zrobić z rękami. Brakowało mu drobiazgów, którymi zwykł był się bawić: zapalniczki (już nie palił, ale wciąż lubił nosić ją w kieszeni), łańcuszka przy spodniach (pewnie oderwał się i zaginął w akcji), lecz nade wszystko brakowało mu gitary. Piórko, oczywiście, też gdzieś wcięło.
Zawiesił ręcznik na ramieniu, wcisnął ręce do kieszeni, obrócił się na pięcie i mimochodem znów zawadził wzrokiem o Holdena, którego postawa nie zmieniła się ani na jotę. Marco zamarł i przez moment kołatała się mu głupawa myśl, żeby zamachać tamtemu ręką przed oczami. Powstrzymał się jednak, chwilę postał i z braku lepszego zajęcia przyjrzał się swojemu bratu.
George Holden był około dwa lata starszy od niego, czyli nie miał jeszcze trzydziestki. Gdy zobaczyli go pierwszy raz, wydawał się młody, rześki, dynamiczny (niebawem czwórka towarzyszy miała się przekonać, jak bardzo). Ku zaskoczeniu Marka, po wszystkich wydarzeniach ostatnich dni Holden postarzał się niemal na ich oczach. Wydawał się być teraz znacznie starszy. Wrażenie to podkreślała jeszcze zmęczona cera i siwizna na skroniach, widoczna dość dobrze na ciemnych włosach. No i ten wyraz twarzy. Marco, po incydencie z Justyną, uważał, że człowiek ten jest kanalią, skurwysynem i czymś w rodzaju robota z wdrukowanym w głowie hasłem: „challenge accepted”. Jednakże teraz jego twarz była udręczona i smutna. Istniał jakiś niezrozumiały rozziew między samym ciałem, umięśnionym, silnym, wysportowanym, w dobrym ubraniu, a tą postawą. Taki „przyczajony tygrys, ukryty smok” – niby siedział, ale cholera wie, co tam miał w tym swoim porąbanym łbie. I bądź tu człowieku spokojny, kiedy taki chodzi sobie luzem i nikt nie kontroluje jego poczynań, jakby się stał częścią codziennego krajobrazu. Może by go tak na wszelki wypadek… ale co? Związać? Przykuć do łóżka?
Tymczasem Holden wciąż jak siedział, tak siedział, nieświadom zupełnie rozkmin swego brata. Markowi nasunęło się skojarzenie z przebitą oponą. Spojrzał na drzwi do łazienki i zawahał się.
Kurwa, pomyślał. Pieprzę, idę się umyć. Jak nas znowu dopadnie i gdzieś zawlecze, to będę, cholera, przynajmniej czysty.

Gdy wrócił, pachnący, owinięty ręcznikiem, Holden zdążył się ocknąć i niezdarnie mocował się z ubraniem. Nie poprosił o pomoc, w ściągnięciu rękawa pomagał sobie zębami. Marco przyjrzał się temu, westchnął, odwrócił się do swojego łóżka, pogmerał coś przy nim, westchnął znów, po czym nagle zrobił w tył zwrot i podszedł do Holdena.
– Patrzeć się na to nie da – powiedział i zgrabnym ruchem zdjął tamtemu kurtkę. Po namyśle, nie proszony, pomógł też z butami i koszulą. – Idź się umyj, bo jedzie od ciebie na kilometr.
Tamten posłuchał. Marco położył się, lecz jakoś nie mógł zasnąć, i nie spał jeszcze, gdy Holden wrócił, choć pobyt w łazience tego ostatniego trwał dość długo. Prawdopodobnie zdołał się jedynie jako tako ochlapać w umywalce, bo spodnie miał całe mokre. Odprowadzony nieufnym spojrzeniem brata, bez słowa usiadł na łóżku. Zaskrzypiało. Marco uniósł ukradkiem głowę, spoglądając jak George kładzie się ostrożnie, niezgrabnie okrywając się kołdrą.  W mdłym świetle lampki nocnej coś metalicznie zabłyszczało.

Mijały minuty, a Marco nadal tkwił w tej samej pozycji, tępo zapatrzony w dłoń skutą kajdankiem.
Mimo że żaden z nich nie zasnął aż do rana, nie odezwali się do siebie ani słowem.

Rano, kiedy wstali, na śniadaniu nie było Antka. Wszyscy się zaniepokoili, ale właścicielka pensjonatu  poinformowała ich, że z rana wyjechał z jej mężem do miasta po paszę dla kur i wrócą koło południa.
Wszyscy spojrzeli po sobie zdziwieni. Zastanawiali się, co też Antoniemu strzeliło do głowy.
Gospodyni zaczęła wnosić śniadanie – gorącą owsiankę i chleb posmarowny swojskim masłem oraz powidłami ze śliwek. Jadalnię wypełnił przyjemny zapach mleka, masła i owoców.
Jedli w milczeniu, tylko Holden stukał o talerz, zahaczając o niego bransoletką od kajdanek, co mąciło niekazitelną ciszę. Utrudniało mu to spożywanie posiłku, ale się nie skarżył.
– Justyna, masz może kluczyki od kajdanek? – zapytał w końcu Marco, zdziwiony własnymi słowami.
Policjantka spojrzała przeciągle na Holdena, następnie na Marka i bez słowa sięgnęła do kieszeni z tyłu spodni.
– Na szczęście są – odparła, podając je Markowi po dłuższej chwili. Ten podszedł do brata i sprawnie uwolnił jego dłoń z utruniającego mu życie balastu.
– Dziękuję – usłyszał w odpowiedzi.
– Nie ma za co – odpowiedział Lynsverd, machając ręką – Nie mogłem już słuchać tych galerniczych odgłosów.
Po tych słowach znowu zapadła cisza. Wszyscy  czekali w jadalni na powrót Antoniego.

Michał Nowina, Anngie & Quieva Kujdowa

Odcinek 60

Czas się ciągnął jak flaki z olejem. Marco przysypiał znużony, Justyna chodziła nerwowo od okna do okna. Po wydarzeniach z poprzedniej nocy nie mogła spokojnie poskładać myśli. Holden co  chwilę spoglądał na zegarek. Wpatrywał się w niego z taką intensywnością,  jakby chciał przyspieszyć czas. Tylko  Dorota zachowywała stoicki spokój. Rozsiadła się wygodnie w fotelu i przeglądała kobiece czasopisma.
– A ty co taka wyluzowana? – zapytała Justyna z irytacją.
Karmel spojrzała na nią z lekkim uśmiechem.
– Nic mu nie jest i wie co robi – odpowiedziała zadziornie.
– Wiesz co jest grane i nic nie mówisz?! – wściekła się policjantka.
– Uspokój się. Sam ci wszystko powie. Właśnie wjeżdża na podwórze.
Justyna otowrzyła okno trarasowe i wybiegła na podwórko. W tej samej chwili przez bramę wjechały dwa auta. Poczciwy, spracowany Kangoo właścicieli agroturystyki i oliwkowy Transit z przyciemnianymi szybami. Bus objechał klomb i stanął przy zszokowanej kobiecie. Kierowca wysiadł na zewnątrz i uśmiechnął się do niej. Spod daszku czapki nie było widać oczu, ale ładnie wykrojone usta napewno należały do Antoniego.
Do jasneh cholery – zaklęła w myślach – dlaczego zamiast być na niego zła, zwraca uwagę na jego usta? Ten facet o czarnych włosach z kasztanowymi pasmami poruszył w niej strunę, o której wolała zapomnieć. Bała się mężczyzn. Tortury odbiły na niej swoje piętno, a gwałty odstręczyły od myśli o partnerze. Antek był jednak inny. Potrzebował ciepła i dawał ciepło. Poza tym był równie tajemniczy jak ona i w sumie bardzo przystojny. Chyba nawet sobie nie zdawał sprawy, jak bardzo. Zresztą, razem z Karmel byli do siebie podobni, a ona należała przecież do kobiet zjawiskowo pięknych.
Justyna westchnęła, po czym odgoniła od siebie natrętne i nie wskazane teraz myśli. Kiedy tylko Toni podszedł do niej i zapytał jak się jej podoba jego nowy wózek, nie wytrzymała. Cały urok jego osoby nagle opadł, ponownie ustępując miejsca wściekłości. Nie potrafiąc zapanować nad ulgą, że jest cały i zdrowy, jak i nad złością, iż kolejny raz zniknął bez uprzedzenia, oraz nad emocjami, gdy zdała sobie sprawę, jak bardzo stał się dla niej ważny, wymierzyła mu z marszu siarczystego plaskacza.
Antoni dotknął płonącego policzka i spojrzał zaskoczony na Justynę. W jej pięknych oczach zauważył złość i strach. Strach o niego! Rozczuliło go to. Nie był jednak w stanie wydobyć z siebie słowa.
– Co ty sobie wyobrażasz?! – warknęła na niego – Wyjeżdżasz niespodziewanie nie wiadomo dokąd i pojawiasz się z jakimś zdezelowanym autem! Czy ty zdajesz sobie sprawę jakie niebezpieczeństwo nam grozi?!..
Nie pozwolił jej dokończyć tego wywodu. Kierowany nagłym impulsem, chwycił ją i pocałował mocno. Nie stawiała oporu. Objęła bezwiednie jego szyję i pozwoliła sobie na tych kilka sekund zapomnienia. Przez chwilę zapomnieli o wszystkim: o przeszłości, o bólu, strachu, nienawiści, mordercach, którzy czyhali na nich na każdym kroku. Byli tylko oni i ta maleńka chwila rozkoszy.

Karmel stała w drzwiach tarasu i przypatrywała się całej sytuacji z lekkim uśmiechem.
– Ach, miłość – westchnęła jej za ramieniem właścicielka pensjonatu, która w międzyczasie wyszła z kuchni.
– Ma pani rację. Ja w sumie się cieszę, bo już zaczynałam tracić nadzieję, czy mój kuzyn kiedykolwiek znajdzie jakąś pannę.
„To było do przewidzenia – nawet bez moich mocy przewidywania”– pomyślała z uśmiechem.
– Wiesz, młoda damo. Czasami ci, którzy się nie spieszą, wychodzą na tym najlepiej. A po tych tutaj widać, że oddaliby za siebie życie.
Te słowa uderzyły Karmel niczym walnięcie obuchem. Przed oczami stanęła jej jakaś jaskinia. Wszędzie było słychać odgłosy walki i krzyk Antoniego. ” – Justyna! Dorota! Uciekajcie!”.
Wizja urwała się, równie szybko jak się pojawiła.
Kuzynka Antka spoważniała.
– Oby nie musieli,droga pani. Oby nie musieli – odparła ponuro.

Justyna bardzo niechętnie otworzyła w końcu oczy, wracając do rzeczywistości. Antoni natychmiast wypuścił ją ze swych objęć.
– Przepraszam.. – wykrztusił szybko oddychając. Nie bardzo wiedział, jak powinien się teraz zachować. Ta krótka chwila zapomnienia mogła znacznie skomplikować ich napięte i bez tego do granic możliwości relacje… A oni nie mieli teraz na to ani czasu ani energii!
– Co to kurwa miało być?! – zachrypnięty głos Justyny utwierdził go w przekonaniu, że właśnie tego chciała, a może i nie tylko tego.
– Przeprosiny…? – schował ręce do kieszeni. Miał ochotę zapaść się pod ziemię!
Zawsze był spokojny i opanowany. Nigdy nie ponosiły go emocje. Tych kilka szalonych dni kompletnie go jednak odmieniło! Przy Justynie poczuł się rycerzem w lśniącej zbroi. Zdawał sobie sprawę, że oboje wzajemnie ratowali swoje tyłki, mogli też ufać sobie nawzajem i polegać na sobie w każdej sytuacji. Wszystko to, oczywiście pomieszane ze złością i strachem o niego, dostrzegł w jej oczach, zanim zdecydował się na tak śmiały gest.

Odeszła bez słowa. Była oszołomiona i zła – także na siebie, że pozwoliła sobie poddać się temu szaleństwu. Zastanawiała się nad ponownym spoliczkowaniem drania! Najgorsze, że poczuła się w jego ramionach tak bezpiecznie i dobrze jak nigdy wcześniej w całym swoim życiu się nie czuła.
Lawina uczuć uderzyła w nią z taką siłą, że z trudem wchodziła po drewnianych schodach. Słyszała za sobą kroki Doroty, ale za cholerę nie miała ochoty z nikim teraz rozmawiać! Chciała ukryć się w swoim pokoju przed wszystkimi!
Trzasnęła drzwiami tuż przed nosem kuzynki tego nieznośnego dziada! Jak on mógł?!
Miała ochotę zapalić. Rzuciła dawno temu, teraz jednak bardzo by ją to uzależnienie uspokoiło. Nie miała jednak papierosów, a za Chiny Ludowe nie miała ochoty opuszczać swojej nory w ich poszukiwaniu.
Zignorowała delikatne pukanie do drzwi. Czuła się jak nastolatka – a raczej jak małe bezbronne dziecko.
Zastanawiała się, po co w ogóle urządziła całą tą durną scenę z policzkowaniem?! Gdyby jedynie powiedziała mu coś głupiego, nie znaleźli by się tak blisko siebie…
Zadrżała z rozkoszy na samo wspomnienie jego ust.
Nie była na to wszystko gotowa. Za szybko, za spontanicznie, za emocjonalnie, za mocno…
Miała ochotę nigdy nie opuszczać tego pokoju, albo właśnie uciec gdzieś jak najdalej! Od całej ten zabójczej przygody, niebezpieczeństw i – przede wszystkim – od jedynej osoby, przy której czuła się tak niebezpiecznie bezpieczna!

Antek wszedł do jadalni. Drżącą ręką nalał sobie herbaty i w milczeniu zjadł śniadanie. Wydarzenie sprzed kilku chwil poważnie nim wstrząsnęło. Nie miał pojęcia, jak teraz będzie wyglądała jego relacja z Justyną. Nie uświadamiał sobie dotąd w pełni rozmiaru swoich pragnień w stosunku do niej, najwyraźniej jednak za bardzo się pospieszył…
Niechętnie pozostawił te myśli na później. Próbując się skupić, układał w myślach plan dnia i trasę przejazdu.Trzeba było wszystko zorganizować. Im szybciej uporają się z tą historią – o ile wyjdą z niej żywi – tym szybciej będzie mógł poświęcić czas i uczucia osobie, w której się zakochał.
Na sam dźwięk tych słów, wypowiedzianych jedynie w myślach, poczuł ogromną, przyjemną falę ciepła. Uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie, jakie wrażenie wywarł na Justynie. Zaskoczył ją, tak samo jak zaskoczył siebie… Ale to była miła niespodzianka, którą przez kilka chwil oboje się rozkoszowali.
Ponownie upomniał się w myślach: „PLAN!!! GONIĄ NAS PSYCHOLE!”
Musieli odwiedzić parę szmateksów, żeby ubrać się stosownie do warunków pogodowych. Trzeba było jeszcze kupić żywność i dojechać do Świętej Lipki na godzinę 21. Znał okolicę i wiedział, że tylko on to zdoła ogarnąć. Dobrze, że niedaleko mieszkał jego kumpel handlujący samochodami. Przyjaźnili się od dawna, więc nie było problemu z pożyczeniem busa. Stary, bo stary, ale niezawodny i wygodny.

Dorota stała chwilę przed drzwiami pokoju, w którym zamknęła się Justyna. Pokiwała w milczeniu głową, znacząco się uśmiechając, po czym niespiesznie wróciła na dół i opadła wyczerpana na fotel w hallu.
Całe ciało przechodziły jej dreszcze. Wizja sprzed kilku chwil była krótka, ale poczuła w niej oddech śmierci. Musiała się skupić i pomyśleć w spokoju.
Od czasu, kiedy zaczęła się ta kabała, wizje zrobiły z niej istotę kierowaną odczuciami. Nie była już tą samą, opanowaną i pewną siebie kobietą. Teraz bała się kogokolwiek dotykać. Okazało się, że wizje mogą pojawiać się również pod wpływem słów. Jak tak dalej pójdzie, nie będzie mogła normalnie funkcjonować. Musi się opanować. Musi jakoś zapanować nad tym swoim darem – wszak jak powiedział Nostradamus, wizja przyszłości to tylko miraż, ale znając go można zmienić jej bieg.
Otworzyła oczy i ujrzała przed sobą Marka. Siedział na schodach naprzeciw i przypatrywał się jej dziwnym wzrokiem.
– Co się tak gapisz, jakbyś nigdy kobiety nie widział? – burknęła zirytowana tym widokiem. Że też nie miała jak się odizolować od nich wszystkich choć na chwilę!
– Było bardzo źle..? – spytał nie zrażony, z wyczuwalną nutą troski w głosie. Nie lubiła, kiedy stawał się taki – to nie zapowiadało niczego dobrego.
Udała, że nie usłyszała pytania.
– Moje gratulacje, kuzynku – rzekła do Antka, który właśnie wynurzył się z jadalni i stanął w progu z niewyraźną miną. – Nieźle namieszałeś. Nie spodziewałam się po tobie takiego temperamenciku.
Antoni nic nie odpowiedział, tylko spojrzał znacząco w górę schodów.
– I tak cię nie wpuści – ciągnęła dalej, w odpowiedzi na jego myśl. – Ja też tu kwitnę, a tak cholernie mam ochotę się teraz położyć i odpocząć.
– Smoczyca zionęła ogniem, co? – skomentował Marco sarkastycznie. – Jak coś, możesz zawsze przyjść odpocząć do mnie, moje drzwi są otwarte – zwrócił się do Karmel z wyrzutem przepełnionym żalem, nieudolnie skrywanym pod płaszczykiem ironii.
– Byś raz chociaż zmilczał, idioto, i nie popisywał się swą wątpliwą elokwencją! – sapnęła wściekle złotooka w odpowiedzi na tę jawną aluzję.
Marco zamilkł i spojrzał na nich wyniośle spod zmrużonych powiek, po czym odwrócił się ostentacyjnie i zamaszystym krokiem wszedł po schodach na piętro. Odpowiedziało im z góry dobitne trzaśnięcie drzwiami.
– Następna kobieta z jajami – skonstatowała Karmel zmęczonym głosem. – Niech no się jeszcze teraz popłacze, to będziemy mieć pełen komplet w tym burdelu.
Antoni stał zasępiony, nie wiedząc co począć. W ciszy, jaka zaległa, rozbrzmiewało wyraziście tykanie zegara. Spojrzał na tarczę – dochodziła dwunasta. Z miejsca oprzytomniał.
– Idź połóż się w moim pokoju i odpocznij – powiedział do kuzynki, kładąc jej stanowczo dłoń na ramieniu. – Ja… pójdę porozmawiać z nią. Nie mamy teraz czasu na żadne odwałki.
– Niech moc będzie z tobą – skwitowała kpiąco Dorota, podnosząc się z fotela. Jej głos zabrzmiał jednak słabo i niewyraźnie.

Zapukał do drzwi dyskretnie, acz zdecydowanie.
– Wejść! – usłyszał w odpowiedzi.
Pełen mieszanych uczuć nacisnął klamkę i wsunął się do środka.
Justyna siedziała nieruchomo patrząc w okno, obrócona do niego plecami.
– Przepraszam, to było nieodpowiedzialne – zaczął, przerywając milczenie.
Odwróciła się i spojrzała na niego, nadal jednak nic nie mówiła.
– Wybacz, że tak bezmyślnie naruszyłem twój spokój – ciągnął dalej Antoni z kluchą w gardle – Więcej już tego nie zrobię – zamilkł. – Chyba, że mnie o to poprosisz – dodał cicho po chwili.
Nie chciała zachowywać się jak typowa kobieta – nie lubiła tego, uważając, że to ją osłabia. Wolała być szorstka i męska w obyciu. Pod tą maską czuła się bezpiecznie. Ten młody archeolog rozwalał jednak jej bezpieczną skorupę na kawałki, wydobywając z niej wzsystkie te cechy osobowości.
Właśnie tymi słowami doprowadził ją znowu do szału.
– Wyluzuj – rzucił pospiesznie, widząc wściekłość w jej oczach. – Czasem jesteśmy tylko ludźmi.
– Jak mam wyluzować? – odpowiedziała mu twardo, prawie agresywnie.
– Wiem że jesteś silną kobietą i rozumiesz, czego wymaga sytuacja. Zatem jedziemy dzisiaj na wycieczkę i zakupy. Prawda? – powiedział łagodnie, ale stanowczo.
– Tak. I co z tego? – jej złość narastała. Antoni jednak nadal zachowywał spokój.
– Potrzebowaliśmy więc busa dla wygody, przestrzeni i swobody poruszania się – ostatnie dwa słowa mocno zaakcentował.
Justyna dopiero zrozumiała, o co mu chodzi. Nie potrafiła się jednak uspokoić.
– Żeby zdążyć wszystko załatwić, powinniśmy wyruszyć najpóźniej za godzinę. Wybaczysz mi całe to zajście i dasz radę się ogarnąć do tego czasu..? – spytał niepewnie?
Spojrzała na niego przeciągle i kiwnęła głową twierdząco. Uśmiechnął się blado.

„Boże, dopomóż”, pomyślał będąc już za drzwiami, przecierając ręką spocone czoło. Zauważył wtedy nieruchomą postać siedzącą  w fotelu w rogu korytarza. Holden przypatrywał mu się w milczeniu.
„To chyba jedyny normalny uczestnik tej całej szopki”, pomyślał Antoni wybuchając w myślach histerycznym śmiechem, gdy zbiegał na dół skrzypiącymi schodami.
Wyszedł na taras i przysiadł na stopniach. Myśli buzowały w nim niczym zacier w gorzelni. W pokoju Justyny starał się zachować spokój, chociaż najchętniej przytuliłby ją i trzymał w ramionach tak długo, dopóki by się nie uspokoiła. Niestety, chora sytuacja w jakiej się znaleźli, wybitnie nie sprzyjała dopuszczaniu do głosu naturalnych potrzeb, nakazując trzymać swe emocje na krótkiej smyczy.
Przypomniał sobie wczorajszą bójkę braci i swój bezduszny komentarz odnośnie zachowania Marka.
„Zaiste, los potrafi być złośliwy i oddać z nawiązką” – pomyślał mając wciąż jeszcze przed oczyma zajcie w holu i poczuł nagły przypływ sympatii dla nieszczęsnego długowłosego postrzeleńca. – „Następnym razem zastanowię się dobrze, zanim powiem ci coś przykrego”.
Zegar w hallu wybił powoli i nieubłaganie dwunastą.
Antoni wstał  ze schodów i westchnął ciężko.
– Hej, wiara, wyruszamy! – rzucił na zapęd wesołe hasło ze studenckich rajdów, które wydały mu się nagle odległym wspomnieniem z innego życia. Miało być dowcipnie, a wyszło jak wyszło.
„CZAS!!! GONIĄ NAS PSYCHOLE!” – pomyślał, wracając do rzeczywistości.
Trudno, są różne rajdy w życiu.
Ten może być ostatni.


<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Poetica

Radosław Ognik – Słowo

176 Wyświetleń

Oto Słowo!

Nie moje to Słowo

Lecz Tej, która myślom uśpionym

Życiem kwadratowym

Kształty nadaje

 

W kwadratowym życiu

Kwadratowy świat

Kwadratowe wszystko

Nawet kwadrat błaga o to

By go ktoś w kształty niemożliwe

Powyginać raczył

 

Kwadrat wisi na ścianie

Zrobić nic nie może

Kupno-Sprzedaż

Nie ma „zmiłuj się”!

 

I tylko wielki zew

Ścinanych właśnie drzew

W Słowa układa się

 

Słowa jak intruzi

Warchoły, terroryści

Ład i porządek burzą!

Spokoju nie dają!

 

Kształt niemożliwy

Już nie w formie…przez zasiedzenie…

Poza tym – wszystko w normie

 

Dla Słów…

Na kaucję nie wystarczy…

Poetica

Paweł L. Sieradziński – Hymn mojej Duszy

189 Wyświetleń

Wcielonym wszystkim od dawien dawna

Stokrotnym Czuciem na łez przepaścią

Bieguny dobra i zła – w skrajnościach

Ciało mym dzbanem, wodniczym zewem

 

W Źródle Przedwiecznym me narodziny

Wodospad Szczęscia odwiedzam z rzadka

Bywalcem jestem Jaskini Dennej

Rekreacyjnym gościem w zaświatach

 

Wodnik wcielony – to Prawda o mnie

I Święta Trójka wskroś artystyczna

Twórca natchnionej Sztuki Millenium

Początek z końcem na supły wiążę

 

Radości czerpać – najwyższym celem

Sensem Istnienia – taplać w Kreacjach

Kto mi zabroni być najprawdziwszym

Takim jak Duch mój chce się przejawiać?

 

Rozjaśniam mrok swój lepiąc Poezję

Jak śmieć odrzucam Serca niesnaski

Do szuflad Jaźni wkładam Mądrości

Barwę słownictwa zmieniam w liryczność

 

I turystycznie zwiedzam obszary

W teren tajemny chętnie zapuszczam

Czasem przemierzam Świat Eteryczny

Słusznie nazwany Erą Wodnika

 

W wymiar przyszłości skaczę jak żabka

Fizyczny jest on w swym realiźmie

Ponawiam zejścia w Przepaści Ludzkość

Której systemy związują ręce

 

Gdy na swej drodze spotkam Człowieka

Autentycznego, bez brzydkich masek

Wzbiera się we mnie Nadzieja płonna

Z wielką przyjaźnią bratam się wtedy…

Jakby Przybyszem był prosto z Plejad

Co się zabłąkał w ciemnościach Ziemi

Poetica

Patryk Szymczak – Konstatacja

155 Wyświetleń

Mówią, że pewna jest tylko śmierć. Lecz w nią nie wierzę.
Tak śmiałe wnioski wyciągają na podstawie gnijącego ciała!
Machają przed nosem swym papierowym orężem,
Jak gdyby miała mnie ugodzić broń tuszem malowana.

Mówią też, że miłość to tylko chwila. Prędzej uwierzę w śmierć.
Znajdują na nią wzory chemiczne czy romantyczne opisy.
Naprawdę myślą, że opisać ją może wiersz,
Ewentualnie naukowiec z wyczerpanym długopisem.

Mówią, żem głupi. Raz się z nimi w tej dyskusji zgodzę.
Ale co to za mądrość, gdy prawdy nie poznali?
Zostawię im wzory, książki, elektryczność i owoce,
Byśmy w szczerości wciąż kochali się sami.

Varia

Michał Gralak – Dwaj bracia

156 Wyświetleń

Szli we dwóch, co chwila oglądając się za siebie i przypatrując zrujnowanym budynkom.

– Ostatni diabelski protest. Gdzie? – wychrypiał łowca, przerywając w końcu ciszę.

– Ceor, festyn piwa i kiełbasy. Byliśmy tam przez trzy dni, potem pojechaliśmy do Noaru.

Łowca kiwnął głową po usłyszeniu prawidłowej odpowiedzi, po czym poprawił pas, który już od jakiegoś czasu bardzo mocno mu ciążył.

Do nozdrzy mężczyzn dotarł w końcu smród gnijącego mięsa. Gdy tylko przekroczyli bramy diabelskiego siedliszcza, zaczęło im dokuczać przejmujące zimno. Umilkły też muchy, które całą podróż bzyczały nad uchem.

– Wizyta w Ki. Na kogo tam trafiłem i jak to spotkanie się potoczyło?

Dość oczywiste pytanie, ale odczekał chwilę, zanim odpowiedział. Moment zawahania mógł wydać się podejrzany, ale mimo wszystko jeszcze raz sprawdził to wspomnienie. Odwiedzili tę mieścinę nie dalej jak trzy miesiące temu i spotkali tam dwóch proroków Dnia Trzeciego. Nyar, choć nigdy nie był zbyt przesądny, przeprowadził z nimi dość długą rozmowę, stanowczo zbyt długą, jak na takiego bezbożnika. Wywoławszy z pamięci zabawną w gruncie rzeczy historię uśmiechnął się.

– Więc?

– Dwóch Trzeciaków. Dyskutowałeś z nimi kawał czasu, ale chyba cię nie przekabacili, co?

Dla osoby postronnej dialog ten musiałby brzmieć naprawdę kuriozalnie. Przedzierali się przez kolejne zaułki zupełnie opustoszałego miasta, umilając sobie czas reminiscencjami                               z niedawnych podróży. Może i wydawało się to głupie, ale musieli kontrolować zgodność swoich wspomnień.

– Chwilę się zastanawiałeś. Zadaj szybko pytanie – odparł nerwowym głosem Nyar.

– Kto zwyciężył w turnieju w Białym Mieście?

Cienie na ścianach zrujnowanych domostw zatańczyły, jakby złośliwie chcąc jeszcze bardziej wyprowadzić łowców z równowagi.

Był tutaj. Czaił się i czekał na odpowiedni moment. Podobnie sytuacja miała miejsce w czasie ich pierwszego polowania, gdy to Nyar powalił bestię jednym strzałem. Albo wtedy, gdy musieli poćwiartować bydlę, żeby zyskać pewność, że nie zamąci im w głowach.

– Kamyło z Nurhsku. Rycerz na Świni. Pocieszny człek. – Przytoczona przez łowcę postać w każdych innych okolicznościach wywołałaby u rozmówców salwę śmiechu. Teraz było inaczej. Podróżnik położył ostrzegawczo dłoń na rękojeści sztyletu – Powiedz lepiej, gdzie leży pochowany Muriblis.

Musieli ze sobą rozmawiać, tak jak w czasie każdego polowania. Nieważne o czym, byle tylko zająć myśli wspomnieniami. Każda historia, nawet najgłupsza, mogła uratować życie, dać cenny czas na przygotowanie się do odparcia ataku.

Potwór, z którym przyszło im się ponownie mierzyć, żerował nie tylko na krwi. Przede wszystkim ucztował na ludzkich umysłach. A najbardziej namacalnym dowodem jego obecności były sugerowane reminiscencje. Gdy bestia się zbliżała, ludzie powoli odchodzili od zmysłów. Najpierw przypominali sobie przyjęcia, na których nigdy nie byli albo turnieje, których nie widzieli.  

Na pewno zaczynało się od rzeczy odległych. Wampir jednak na tym nie poprzestawał. W starciu z nienasyconym monstrum zginęło wielu łowców, a ich ostatnim wspomnieniem było prawdopodobnie dobycie strzelby i oddanie celnego strzału. W rzeczywistości tkwili jednak nieruchomo, czekając na egzekucję, nieświadomi tego, że nawet się nie bronią.

Mnóstwo głupot mogło uratować życie – o ile tylko obok stałby ktoś, kto w porę umiałby ostrzec, że dana sytuacja nie miała miejsca. Wybranie się na takie polowanie w parze z kimś, z kim dzieliło się kawał własnej historii należało do najskuteczniejszych taktyk.

– Poczekaj chwilę. – W kształcie mijanego budynku było coś, co nie dawało mu spokoju. Wydał mu się w jakiś sposób nienaturalny, a gdy tylko zrozumiał, że mimo to odnajduje w nim coś znajomego, poczuł, jak serce przepełnia groza. Czyżby nowa sztuczka? – Muriblis jest pochowany na cmentarzu miejskim w Caorn. Powiedz mi lepiej, co sądzisz o tym gmachu? Nie wydaje ci się znajomy?

Domostwo o wielu strzelistych oknach i potężnych, bogato dekorowanych drzwiach wejściowych, wyglądem znacznie odbiegało od pozostałych, które wcześniej mijali. Drewniana elewacja miała nieco ciemniejszy kolor, a ilość ozdóbek przy zewnętrznych parapetach przytłaczała aż zanadto. Na tarasie stał stary, podniszczony stolik, na nim zaś zaskakująco dobrze zachowana maszyna do pisania.

– Skup się. Wspomnienie. Potrzebuję wspomnienia. Rzuć jakieś. – Usłyszał w odpowiedzi na pytanie.

– To moja reminiscencja. Kojarzysz taki dom? Jego rozkład okien, drzwi?

– Oczywiście, że tak. To dworek zbudowany na wzór tych sprzed wojny, styl południowców. Dawnych południowców. Bracie, przestań pieprzyć, rzucaj wspomnienie, ta rudera nie ma znaczenia.

A jednak miała. Czuł to podskórnie i wiedział, że jeżeli bestia gdzieś się czai, to prawdopodobnie tam. Zbyt wiele rzeczy się nie zgadzało. Jeszcze raz przebiegł wzrokiem po tarasie, szukał czegoś co nie pasowało do obrazka. Wtem zrozumiał.

– Maszyna do pisania.  

– Co takiego?

– Maszyna do pisania – powtórzył, wskazując palcem przedmiot leżący na stoliku. – Wiesz co to jest? – W odpowiedzi jego brat pokręcił przecząco głową.

– A ty?

Łowca wiedział. – To oznaczało, że z jakiegoś powodu miał pojęcie o czymś, o czym jego brat nie miał żadnego.

– To tutaj. Nasz antykonstrukt. Zaraz tu będzie.

Wziął głęboki oddech, stanął naprzeciw drzwi od domu i sięgnął do sakiewki przy pasie, w której czekała fiolka z srebrnym pyłem. Wampir zaraz się na nas rzuci i zatruje tym ustrojstwem – pomyślał, lecz nie zdołał już otworzyć probówki.

Poczuł dziwny przypływ gorąca, a potem potworny, przeszywający ból. Nogi się pod nim ugięły, lecz w dalszym ciągu stał niemalże wyprostowany. Z brzucha wyrastała teraz obślizgła macka zakończona haczykowatym ostrzem, a tuż pod stopami powoli rozlewała się kałuża krwi. Wtedy dopiero uświadomił sobie, że to co widział, było potwornym mirażem.

Dom, przed którym stał, faktycznie nie należał do jego wspomnienia. Wydał mu się znajomy, bo z jakiegoś powodu tkwił gdzieś w umyśle bestii. Nie zdążył jednak w porę wyczuć iluzji. Nie wiedział też, czym jest dziwaczny przedmiot, leżący na stoliku na tarasie. Nie miał prawa wiedzieć, ponieważ w jego świecie nie znano takich narzędzi. Jednak nie to było najgorsze.

Potwór znów zasyczał. Stał tuż za nim, macki owijały się wokół bezbronnej szyi, drapiąc haczykami po wrażliwej skórze. Smród gnijącego od wielu tygodni mięsa owinął go niczym grobowy całun.

Przegrał. W mgnieniu oka z dumnego łowcy przeistoczył się w żałosną ofiarę. Gdy opuścił wzrok, zobaczył, że stwór mniejszymi mackami zasysał krew, która spływała z jego brzucha.

Łowca nie czuł jednak grozy, a palący gniew. Nabrał się na diabelskie sztuczki. Nagle zdał sobie sprawę, że nigdy nie polował w parze. Od lat powtarzał, że im więcej osób próbuje ubić wampira, tym łatwiej o dezorientację i poplątanie wspomnień. Zawsze pracował sam i nie potrzebował niczyjej pomocy. Dzięki godzinom medytacji nie pozwalał myślom podążyć za przynętą rzucaną przez wampiry. Jakiekolwiek wspomnienia tylko napędzały te potwory. Zawsze mówił, że jedna zła reminiscencja może kosztować życie. Zanim opadły mu powieki, usłyszał ohydne mlaśnięcie.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że przecież nigdy nie miał brata.