Category -

Bez kategorii

Bez kategorii

Abyssos i Conworldawka

62 Wyświetleń

A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Abyssos i Conworldawka ramię w ramię stają.

Panie, Panowie i inni. Oto nadszedł dzień wyczekiwany. Abyssos wraz z grupą Jak będzie w Conworldzie — sekcja światotwórcza łączą siły, aby dać czytelnikom maści wszelakiej coś niezwykłego, czyli numer specjalny! Tematyka będzie stricte worldbuildingowa, znajdziecie tam nie tylko opowiadania, ale również opisy autorskich światów i felietony wprost od znawców tejże mistycznej sztuki.

Masz już dosyć prawdziwego świata? Europa ma złą tektonikę? A może po prostu lubisz oddać się przyjemnej lekturze? Czy to w pracy, czy to w domu, czy to w odległej galaktyce w innym wymiarze – oczekujcie numeru specjalnego!

 

Szczegóły na: https://www.facebook.com/groups/conworldawka/

*

*

*

Czytała Krystyna Czubówna.

Bez kategorii

Milena Jadzińska – Anioł sprawiedliwości

63 Wyświetleń

Kiedy się ocknął, nie wiedział, co się stało ani gdzie się obecnie znajduje. Spojrzał na szare, miejscami grafitowe, chmury. W oddali zobaczył wieżę jakiegoś starego zabytkowego zegara. Skupiając wzrok na tym, co widnieje w bliższej perspektywie, ujrzał skaliste mury po części zbudowane z czerwonej cegły. Ulicę zdobił kamienny bruk. Po drugiej stronie wyrastał bujny zielony las pełen mroku i tajemnic.

Poczuł ból głowy i zauważył, że ma w niej niepokojącą pustkę. Postanowił jeszcze dokładniej przyjrzeć się otoczeniu. Po paru minutach zorientował się, że stoi na żelaznym moście. Zrobiło mu się zimno, a do nozdrzy napłynął zapach stęchłej wody, która witała go wszystkimi odcieniami czerni swych czeluści.

Mógł zobaczyć w tej mętnej rzece swoje zniekształcone odbicie. Zdawał się blady, ale równie dobrze mogła to być tylko iluzja, oczy miał prawdopodobnie ciemne, z lewej skroni spływała mu na policzek stróżka cieczy, która, patrząc jego oczami, wydawała się czarna, lecz w rzeczywistości takiego koloru z pewnością nie miała. Krew bezszelestnie skapywała na marmurową płytę. Potargane włosy również ukazywały mu się w ciemnych, a może nawet czarnych barwach.

Oprócz swojego odbicia zauważył stojący za nim pomnik kamiennego cmentarnego anioła, którego czas z pewnością nie szczędził. Odwrócił się w tamtą stronę, ale żadnego anioła tam nie spostrzegł. Oczami znów powędrował w stronę tafli wody, tam kamienny stróż wyraźnie się odznaczał. Miał ogromne pierzaste skrzydła, długie kręcone włosy, szatę, która wyglądała, jakby była zwilżona. Prawą rękę skierował na wprost z wyraźnie wysuniętym palcem wskazującym, który w dość przerażający sposób wskazywał na niego. W lewej ręce trzymał długą, co najmniej trzymetrową, ostro zakończoną kosę. Twarz anioła wydawała się jednak spokojna, poza oczami, na które składały się dwie bezkresne wypalone dziury.

Mężczyzna powoli odsunął się od żelaznej balustrady. Nigdzie w swoim otoczeniu nie wypatrzył tej kamiennej rzeźby. Pomyślał wtedy, że może rzeka jest płytka, a kamienny anioł po prostu leży gdzieś na dnie.

Postanowił przejść na drugą stronę mostu i udać w kierunku kamiennych miejskich murów. Droga nie była długa, zajęła mu jedynie kilka minut. Wejścia na teren miasta broniła ogromna żelazna brama. Popchnął ją lekko i ku jego zdziwieniu pozwoliła mu wejść na teren osady. Idąc brukowaną uliczką, próbował znaleźć kogoś, kto tam mieszka i wyjawi mu nazwę tej miejscowości. Jednak każda kręta ścieżka do niczego nie prowadziła, a ponadto okazywała się pusta. W tym starym, prawdopodobnie średniowiecznym, mieście nikogo nie było. Wyglądało na opuszczone? Martwe?

Kiedy ponownie dotarł do bramy, była już, niestety, zamknięta. Z rozmaitych zakamarków zaczęły wychodzić myszy, szczury i pająki, wypełzać węże. Znad zegarowej wieży nadleciała chmara ptaków. Ewidentnie znajdowały się wśród nich same kruki i wrony, gdyż wszystkie były czarne.

Zwierzęta zaczęły go gryźć, dźgać, dziobać i kąsać. W ekspresowym tempie pozbawiły go skórzanej czarnej kurtki i białej koszuli. Za ogrodzeniem dostrzegł kamiennego anioła, który jednym ruchem kosy przeciął żelazną furtkę na pół.

– To za to, co jej zrobiłeś – powiedział beznamiętnie.

Atakowany ze wszystkich stron mężczyzna nie wiedział, o co chodzi.

– Ko-mu?

Zapytał z trudem. Całe ciało miał w tej chwili tak bardzo zmasakrowane, że przypominał krwawą kulkę mięsa.

– Nie udawaj. – Anioł spiorunował go swym przerażającym spojrzeniem – Pamiętasz.

Powoli kamienna kilkumetrowa postać zaczęła ulegać przeobrażeniu. Zmalała. Pokryła się ludzką skórą. Zniknęły też jej atrybuty – skrzydła i kosa. Pojawiły się długie rozwiane rudozłote włosy.

Nie tylko anioł uległ przemianie. Miasto także przybrało nowy kształt. Stało się piękną wiosenną łąką. Świeciło słońce, a niebo było intensywnie błękitne.

Mężczyzna podszedł do złotowłosej dziewczyny i wręczył jej mały jasnofioletowy kwiatek. Dziewczyna zmrużyła zielone oczy i spojrzała na niego z pogardą.

– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mnie nie nachodził! – warknęła piskliwym głosikiem.

– To tylko jeden kwiat – wyszeptał.

– O jeden za dużo – mruknęła. – Tym razem ci nie odpuszczę, powiem ojcu, że mnie prześladujesz…

Nagle obraz dziewczyny całkowicie się zamazał.

Była noc, a on znajdował się w mieście. W rogu ciemnej alejki czekał na niego mężczyzna w czerni. Próbował spokojnie ominąć to miejsce, jednak mężczyzna wyszedł mu naprzeciw i chwycił za szyję. Parokrotnie uderzył go z całej siły w twarz.

– Jeżeli kiedykolwiek jeszcze raz zbliżysz się do Róży – mężczyzna popatrzył mu głęboko w oczy, próbując wzbudzić w nim strach, który już i tak opanował całe jego ciało, nie pozwalając mu ruszyć choćby palcem – to cię zabiję, pokroję na kawałeczki i wrzucę do rzeki, rozumiesz?

Chwycił go tak mocno, że nie mógł oddychać.

– T-ak. – Ledwo wystękał.

Mężczyzna szarpnął go za lewe ramię, puścił szyję, złapał za prawą nogę i z całej siły rzucił nim o bruk.

Minęło parę lat, a postać Róży bez przerwy nawiedzała go w myślach. Jego samopoczucie, fizyczne i psychiczne, ulegało pogarszaniu. Zapominał o spotkaniach, nie miał siły ani ochoty pracować, gubił dokumenty, narzędzia, klucze. Powoli zaczął także nadużywać alkoholu. Każdego wieczora, kiedy siedział samotnie w mieszkaniu, wypijał po kilkanaście butelek różnych trunków.

W głównym pomieszczeniu mieszkalnym roiło się od rozbitego szkła, resztek jedzenia, smrodu alkoholu, nie wspominając już o niezliczonej liczbie robactwa.

Któregoś wieczoru wyszedł na miasto. Stojąc na moście, spostrzegł Różę z ojcem
i jakimś innym mężczyzną, który trzymał ją za rękę. W tym samym momencie podeszła do niego dziewczyna o włosach i twarzy białych jak mleko.

– Aniela – wyszeptała mu do ucha, patrząc z bardzo bliskiej odległości w oczy, które ona miała intensywnie błękitne.

Wzrokiem uciekał do Róży.

Aniela jednak pochłonęła go całkowicie swą osobą, odwracając uwagę od kochanej przez niego dziewczyny. Niestety, on nie był dla niej łaskawy. Często wpadał w furię, a kiedy coś nie szło po jego myśli, rzucał czym popadnie.

Zakochana dziewczyna po cichu liczyła, że jej ukochany się zmieni i ją w końcu naprawdę pokocha. Nie chciał jej za żonę, ona nie chciała być dla niego tylko przyjaciółką, więc pomyślał, że może weźmie ją jako kochankę.

Długo się jej opierał, ale musiał sam przed sobą przyznać, że Aniela była naprawdę atrakcyjna. Pewnej nocy wreszcie jej uległ. Żyli tak przez długie lata. Nie musiał na nią pracować, bo sama utrzymywała się z krawiectwa. Nie musiał robić nic w domu, bo wszystkim zajmowała się Aniela.

Przestał pracować, zmuszając biedną dziewczynę do cięższej pracy. W złości nadal się na niej wyżywał. Czasem tylko powiedział jej coś okrutnego, innym razem rozbił jej łuk brwiowy albo podbił oko.

Jednego wieczoru wrócił kompletnie pijany i widząc w Anieli Różę, która każdego dnia odrzucała jego zaloty, a teraz chodzi za rękę z innym, wpadł w szał. Zaczął wyzywać biedną zakochaną i utrzymującą go dziewczynę, kilkanaście razy z całej siły uderzył ją po twarzy, następnie zgwałcił.

Po kilku miesiącach okazało się, że Aniela spodziewa się dziecka. Na początku było to dla niego tylko kolejnym powodem do picia i częstszego wpadania w szał. Ciężarnej dziewczynie dostawało się za wszystko. Za przesoloną zupę, za otwarcie okna, za to, że się
w ogóle odezwała.

Jednak jakiś czas później zaszła w nim ogromna zmiana. Przyzwyczaił się do widoku ciężarnej Anieli, a w dodatku postanowił, że jeżeli powije mu córkę, nazwie ją Róża. Ze wszystkich sił dbał o kochankę. Poszukał nawet pracy, żeby zapewnić im lepszy byt. Co więcej, bywały chwile, że myślał o małżeństwie, jednak zanim zdążył wcielić swoje plany w życie, zmieniał szybko zdanie.

Niestety, jego radość z oczekiwania i spokój ducha minęły z dniem narodzin jego… syna. Tym razem wpadł w tak dziki amok, że wyrzucił niemowlaka przez okno, a Anielę tak długo bił i gwałcił, aż przestała się ruszać… i zmarła.

Zwłoki dziewczyny leżały w jego mieszkaniu przez wiele długich miesięcy.

Pewnego dnia postanowił pokroić je na kawałki, włożyć do materiałowego worka
i wrzucić ciemną nocą do rzeki. Dla kurażu musiał przed tym wypić kilka butelek mocnego alkoholu. Później, chwiejąc się na nogach, szedł od jednej strony do drugiej. Wszedł na most
i wrzucił zmasakrowane ciało. Właśnie tam. W miejscu, w którym się poznali. Zakończył to tam, gdzie się zaczęło.

Pozbycie się ciała dziewczyny nie rozwiązało jednak jego problemów. Ponadto pod jego dom zaczęła przychodzić policja, próbując ustalić okoliczności śmierci znalezionego na bruku martwego niemowlęcia. Sąsiedzi kilkakrotnie wskazywali na niego. On jednak dyplomatycznie tłumaczył, że nie wie, skąd się wzięło to dziecko pod jego oknem.

Po każdej takiej wizycie pił coraz więcej i więcej. Raz po zachodzie słońca wyszedł na miasto. Zobaczył Różę, która szła sama. Pomyślał, że to jego szansa. Podszedł do niej, jednak, gdy to zrobił ogarnęło go zupełnie inne uczucie od tego, które żywił do niej przez te wszystkie lata. To już nie była bezgraniczna miłość. O nie! To była bezkresna nienawiść. Nienawiść za zmarnowanie mu życia, za alkoholizm, depresję, za uczynienie go takim nieszczęśliwym, za pogardę malującą się na jej twarzy za każdym razem, kiedy wręczał jej kwiaty. Nagle z całej siły cisnął nią o kamienny bruk. Bez opamiętania bił ją pięściami po głowie i twarzy.

Ktoś go od niej odciągnął.

Dwóch mężczyzn. Jeden dobrze mu znany. Może już odrobinę stary, ale najwyraźniej nadal w dobrej formie. Drugi był młodszy ze złotą obrączką na serdecznym palcu prawej ręki. Był tak bardzo umięśniony, że na jego widok szamoczącego się furiata ogarnął strach, a może nawet przerażenie.

Dziewczyna leżąca na kamiennej posadzce się nie ruszała. Była cała we krwi.

– Co zrobiłeś mojej córce?! – pierwszy cios przyszedł szybciej, niż się spodziewał.

Ojciec Róży walnął go tak mocno, że jego głowa z impetem poleciała na mur, o który uderzyła z głuchym łoskotem.

– Dlaczego zaatakowałeś moją żonę?

Kolejny mężczyzna bił go jeszcze mocniej niż pierwszy.

Pięści napastników powoli pozbawiały go sił i tchu. Obraz z każdą kolejną minutą coraz bardziej się rozmazywał.

Nim się zorientował, był już martwy. Tak jak Róża.

Zmarła, doznając w wyniku tego ataku zbyt dużego uszkodzenia mózgu.

Dwaj mężczyźni siekierą poszatkowali ciało mężczyzny i wrzucili do rzeki. Tak jak on wcześniej uczynił ze zwłokami Anieli.

Różę pochowali na starym cmentarzu, w miejscu pochówku jej matki.

Wraz z pomnikiem usytuowali tam postać ogromnego marmurowego Anioła, który kilka lat później w niewiadomy dla nikogo sposób zaczął wskazywać na ludzi winnych cudzej krzywdy i posiadł ogromną kosę, zakończoną ostrym metalem.

Pewnego dnia Anioł zniknął z cmentarza. Miejscowi ludzie twierdzili, że ukradli go złodzieje. Niestety, Anioł sam opuścił cmentarz i postanowił pojawić się na moście. Jego celem było zabijanie zabójców, morderców, dręczycieli, gwałcicieli i wszystkich tych, którzy przyczynili się do nieszczęścia drugiego człowieka – bez względu na to, czy uczynili to przypadkowo, czy też umyślnie. Każdy zasługiwał na karę, także zatopiony na dnie rzeki mężczyzna. Kamienny Anioł zstąpił po niego aż do samych piekieł.

Krył się na moście, chował w rzece. Wreszcie zamknął go w martwym mieście, każdego dnia skazując na gryzienie, dziobanie, kucie i kąsanie. Kosą codziennie odcinał mu nogi i ręce — za każdy cios, który wymierzył w niewinną istotę.

Pozbawiony sił i tchu mężczyzna spojrzał na posąg Anioła z wypalonymi oczami.

– Kim jesteś? –to były jedyne słowa, które dał radę z siebie wyksztusić.

– Twoim Aniołem Sprawiedliwości.

Bez kategorii

Przemysław Kubisiak – Ratunkowy wyrok

306 Wyświetleń

Kamienna posadzka zionęła chłodem i przeszywała aż do szpiku, po zaledwie kilku dniach łamiąc reumatyzmem i dotkliwymi chorobami kości. Obślizgłe i wilgotne ściany przypominały zapyziałą jaskinię, w której niegdyś chował się stworzony przez Wiktora Frankensteina potwór. Stalowe wrota z małym odsuwanym okienkiem były jedyną drogą do wolności o której w tym miejscu można było jedynie pomarzyć. Zakratowane okienko po drugiej stronie celi wznosiło się na czwartym metrze wysokości nie dając sposobności do zaglądnięcia w świat, który umierał po drugiej stronie muru. Wykute w ścianie stopnie pozwalały wyjrzeć na zewnątrz, lecz mało kto był w stanie zdobyć się na taki trud. Wycieńczony i skostniały z zimna więzień leżał zwinięty w kłębek w ciemnym kącie celi otoczony surowymi ścianami z wyrytymi napisami, pozostawionymi przez poprzedników. Brudne i zsiniałe stopy zdradzały pierwszy stopień odmrożenia, podobnie ręce i zziębnięte policzki czy raczej już tylko kości twarzy. Porwane i brudne spodnie wisiały na wychudłym ciele niczym dywan na trzepaku, zaś poszarpana i umorusana krwią koszula zakrzepła na usianych ranami plecach. Więzień leżał na zawszonym materacu, który cuchnął krwią, trupem i zionął widocznymi gołym okiem bakteriami. Umarło na nim wielu, choć widząc do czego zmierza obecna władza, pewnie zdechnie jeszcze nie jeden. Poblask słońca wdarł się do więziennej pieczary, padając na opuchniętą i zarośniętą twarz osadzonego, która ukazała zbite i umęczone oblicze dogasającego niczym świeca, życia.

W tle więziennego korytarza dało się słyszeć ciężkie i regularne niczym metronom kroki. Zbliżały się szybko, niosąc charakterystyczny pogłos i stukot. Przerażony więzień otwarł spuchnięte oko modląc się zarazem, aby zbliżające kroki minęły zajmowaną przez niego celę. Dźwięk ustał, zaś po chwili dało się słyszeć metaliczny brzęk obijających się w pęku kluczy. Stalowa zasuwa zgrzytnęła z ciężkim metalicznym brzękiem, zaś w progu celi stanął okutany w wojskowy mundur mięśniak. Wysokie buciory, broń przy pasie, gumowa pała w ręku, oraz nieskalane żadną myślą twarz, zdradzały, że to tępak mający doprowadzić więźnia na przesłuchanie, bijąc przy tym mocno i skutecznie.

– Wstawaj ścierwo! – warknął mięśniak plując w stronę zwiniętego w kłębek aresztanta – idziemy – dodał jakby trudno było się domyśleć.

Więzień nawet nie drgnął, jednie dało się słyszeć cichy skowyt, spowodowany strachem przed tym co znowu musi nastąpić.

Nie czekając długo mięśniak chwycił wiadro, zalane do połowy zimną wodą, które dla osadzonego miało pełnić rolę toalety. Cisnął śmierdzącą i lodowatą zawartością wprost na zwiniętego w rogu człowieka. Zmrożona ciecz rozbiła się na więźniu niczym szkło o kamień. Mimo bólu i braku czucia w nogach osadzony zaczął wstawać, kwiląc przy tym i płacząc jak dziecko. Chwiejąc się na gibkich i ledwo stabilnych nogach wstał sprawiając wrażenie, że to wszystko na co może się zdobyć.

– Wyłaź śmieciu! – rozkazał strażnik dając znać, że pałka, którą dzierży w dłoniach za chwilę pójdzie w ruch.

Ruszył. Powoli, niezdarnie, wyciskając przy tym najgłębsze pokłady woli i ludzkich możliwości. Długi i ciemny korytarz niósł ze sobą echo każdego kroku niczym kolejowy bunkier. Szuranie i powłóczyste ruchy nóg odbijały się od ścian mknąc po kamiennym sklepieniu. Mężczyzna zatrzymał się na chwilę chwytając wilgotną ścianę i próbując nie stracić równowagi.

– Szybciej! Nie mam dla ciebie całego dnia! – ponaglał oprawca.

Po kilkunastu minutach dotarli do dębowych drzwi ozdobionych tabliczką z napisem „dowódca”. Strażnik zapukał używając pięści po czym wszedł do środka.

– Przyprowadziłem więźnia – poinformował przyjmując wyprostowaną pozycję.

– Wprowadzić – odparł głos z końca sali.

Oświetlone pomieszczenie przypominało gabinet z czasów II wojny światowej. Proste meble z grubych drewnianych bali ograniczały się do dużego biurka, kilku krzeseł wyściełanych skórą i regału z alkoholami. Na podłodze – również drewnianej leżał okrągły dywan z wyhaftowanymi kontynentami, idealnie pasujący do wystroju. Wszędzie było czysto i schludnie, zaś w powietrzu unosił się przyjemny aromat kawy. Więzień wszedł do środka rozglądając się w miarę możliwości. Za biurkiem siedziała młoda kobieta, przywdziana – na pierwszy rzut oka – w mundur galowy. Czarna marynarka połączona z kusą spódniczką podkreślały linię zgrabnej i atrakcyjnej przedstawicielki płci pięknej.

– Siadaj! – przemówiła kobieta wskazując więźniowi specjalnie przygotowany taboret.

Mężczyzna chętnie skorzystał z propozycji usadawiając się wygodnie i odciążając sfatygowane nogi.

– A więc to ty jesteś tym słynnym agentem?

Więzień otaksował kobietę od stóp do głów, jednak nic nie odpowiedział.

– Zdajesz sobie sprawę, że nie pozwolę ci umrzeć, póki nie wyśpiewasz wszystkiego jak na spowiedzi?

– Śmierć byłaby nagrodą! – stwierdził zachrypniętym głosem więzień.

– Dlatego będziesz katowany tak, byś nie umarł szczurze! Dwa dni odpoczynku i kolejne lunty! Zobaczymy kto wytrzyma dłużej! – poinformowała kobieta odpalając papierosa.

– Już mówiłem! Nie mam nic do powiedzenia! Bierzecie mnie za kogoś innego! – żalił się łamiącym głosem więzień.

– Zatem zacznijmy od początku! – zaproponowała dowódca – Nazwisko?

– Kowalski! – odparł mężczyzna.

– Imię?

– Wiktor!

– Czyli wszystko się zgadza! Miejsce zamieszkania?

– Kraków!

– Zawód?

– Naukowiec!

– Mów dokładnie! Bo strażnik zapozna cię z gumową pałą! – zastraszała kobieta gasząc niedopalonego peta.

– Pracownik Katedry Astronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

– Otóż to! – szemrała mundurowa obchodząc wokół zgarbionego mężczyznę – Zatem nie ma wątpliwości. Powiedz mi wszystko a puszczę cię wolno!

– Ale co mam powiedzieć? – żachnął się pobity.

– Już ja ci przypomnę! Woźniak! – krzyknęła dowódca przywołując czekającego za drzwiami strażnika.

Drzwi otwarły się błyskawicznie. W progu stanął znajomy mięśniak. Kiedy ruszył w stronę więźnia, widać było, że w dłoni trzyma drewniany kij, zakończony niczym łowiecki harpun. Nim więzień zdążył się zorientować, drewniany bat wbił się w jego plecy siejąc dotkliwy i promieniujący ból. Mężczyzna padł na ziemię zwijając się jak wąż. Kolejne ciosy otwierały stare rany dając mięśniakowi przyjemność z pastwienia się nad naukowcem. Okuty but strażnika zagłębił się w klatce piersiowej Kowalskiego łamiąc przynajmniej jedno z żeber. Ciemna mgła przed oczami przysłoniła skąpaną bólem rzeczywistość.

– Wystarczy! Zaraz go zabijesz kretynie! – wrzasnęła kobieta odciągając mięśniaka od ofiary, która leżała na ziemi nie dając żadnych oznak życia.

***************************

– Czy to na pewno ten który zmasakrował naszych?

– Nie mamy wątpliwości panie marszałku – odparła kobieta zdając raport przełożonemu.

– Skoro tak to nie pozostaje nic innego jak wykończyć dziada! – skwitował obwieszony medalami żołnierz – Zabić go najpóźniej jutro. To rozkaz – dodał.

– Panie marszałku – wtrąciła z odwagą mundurowa – Mam pewną propozycję.

Marszałek wstał z fotela dając znak, aby kontynuowała, sam zaś sięgnął po napełnioną do połowy szklankę z bursztynowym alkoholem.

– Osadzony jest pracownikiem naukowym na Uniwerku Kopernika. To Adiunkt wydziału Fizyki i Astronomii. Za rok ma obronić doktorat.

– Jaki temat?

– Możliwość kolonizacji Marsa w XXI wieku!

Mężczyzna wychylił zawartość szklanki pocierając usta rękawem.

– Jesteś pewna?

– Mamy jego teczkę – poinformowała – Jest tylko pewien problem. Odkąd go zatrzymaliśmy utrzymuje, że z kimś go pomylono. Doszłam do wniosku, że musiał stracić pamięć, albo najzwyczajniej w świecie jest chory psychicznie. Sprawdziliśmy wszystko i nie istnieje możliwość pomyłki. Faktem jest, że w Krakowie mieszka kilkunastu Wiktorów Kowalskich, ale tylko jeden jest pracownikiem naukowym Kopernika na tym wydziale.

– Postaw mu ultimatum – przerwał wywód marszałek wracając na swoje miejsce – Albo zgodzi się na naszą propozycję, albo załatwcie go. Nie przewiduje innej możliwości. Jeśli to wszystko, odmaszerować – dodał.

 

*******************

 

Otworzył oczy. Zamiast pierwszego obrazu celi skołatane nerwy przypomniały o pulsującym w klatce bólu. Nie był w stanie myśleć racjonalnie. Zastanawiał się przez chwilę czy to życie, czy już piekło, choć oba miały równie niesprawiedliwy charakter. Kiedy złapał pobieżny obraz celi, zdał sobie sprawę, że nie jest sam. W rogu pomieszczenia siedział – równie obszarpany jak on – mężczyzna. Kowalski podniósł się z wielkim wysiłkiem opierając plecy o zimną i wilgotną ścianę.

– Jesteś snem czy jawą? – zapytał masując stłuczone żebra.

– Myślałem, że cię zabili – odparł tamten – Nie dawałeś znaków życia.

– Wszelki duch! – stęknął z radości naukowiec na widok towarzysza.

– Stiepan Novakov – przedstawił się współwięzień podając rękę siedzącemu.

– Ten Novakov od badań atmosferycznych układu słonecznego?

– Tak, ale skąd wiesz?

– Wiktor Kowalski – przedstawił się Polak – Adiunkt Wydziału Fizyki i Astronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

– Kolega po fachu – za grypsował Ukrainiec – Za co cię tak katują?

– Twierdzą, że zabiłem dwóch oficerów z ich wywiadu chcąc uzyskać tajne informacje o przebiegu ostatniej misji załogowej na Marsa.

– I co? Zabiłeś ich?

– Skąd. Widziano mnie w ich towarzystwie. Chciałem zdobyć trochę danych do doktoratu i pytałem do kogo mogę się udać i popytać. Odprawili mnie z kwitkiem grożąc, że jeśli nie odejdę to nie zdążę zbierać zębów – tutaj otarł widoczny na ustach skrzep krwi który pękł pod wpływem ciągłych ruchów warg – Później pamiętam tylko wyskakujących z ciężarówki mundurowych którzy walili do mnie środkami paraliżującymi. Obudziłem się tutaj.

W celi zapadła cisza, jakby Ukrainiec trawił usłyszaną przed chwilą opowieść.

– A ty? Za co tu jesteś?

– W moim przypadku nie ma wątpliwości co do tego kto zawinił – odparł śmiejąc się pod nosem – Wykradłem dane z tajnego serwera Federalnej Agencji Kosmicznej „ROSKOSMOS”. Złapali mnie po trzech godzinach. Nie pytali o nic, a ja się nie broniłem. Wiadomo o co chodzi – dodał.

– Co to były za dane?

– Amerykańskie transfery z ostatniej misji na Saturna, przez sondę Cassini.

– W jaki sposób dane NASA znalazły się na serwerach ROSKOSMOS?

– Jesteś jeszcze młody i masz prawo nie widzieć. Prawda jest taka, że USA i Rosja trzęsą kosmosem. Sponsorują się nawzajem, wymieniają danymi pod stołem. Amerykanie latają w Rosyjskich misjach z flagą Federacji na ramieniu. To jedna wielka mafia chłopie. Ale poza tym robią kawał dobrej roboty.

– Misje załogowe i tak nie przynoszą zamierzonych rezultatów – wtrącił z rezygnacją Kowalski.

– Dlatego wydaje mi się, że nie jesteśmy tu przez przypadek!

– Nie za bardzo rozumiem – zdziwił się doktorant.

– Pomyśl! Kogo agencje wysyłają w kosmos?

– Osz w dupę! Więźniów politycznych i prawnych! – wydukał Wiktor zrywając się z posłania i zapominając o krążącym w ciele bólu.

– Otóż to! Skazanym na śmierć nie robi różnicy czy zdechną tutaj czy w kosmosie! Wyrok i tak będzie wykonany. Istnieje jednak szansa, że któraś z ekspedycji odniesie sukces robiąc wielki krok w historii ludzkości.

– Wszechświat na żywo to chyba marzenie każdego astronoma – co tam astronoma – każdego człowieka – pomyślał Kowalski przypominając sobie o bólach pourazowych. Zobaczyć Ziemię, Księżyc, Wenus – wyliczał bujając w obłokach – Jestem gotów oddać życie za ten widok – pomyślał kładąc się na posłaniu i masując obolałe żebra.

 

*******************

 

Tym razem nie było bicia, darcia ani nawet popychania. W towarzystwie kumpla z celi prowadzono go do oszklonej windy, która z lekkim drgnięciem pomknęła ku dołowi. Stalowy cyferblat nad drzwiami podświetlał poszczególne poziomy budynku emanując tajemnicze znaczki rosyjskiej cyrylicy. Po krótkiej chwili drzwi otwarły się z charakterystycznym szmerem ukazując długi i przeźroczysty korytarz prowadzący na drugą stronę płaskiego niczym kosmiczny talerz budynku. Więźniowie spojrzeli na siebie dając wyraźny znak zdziwienia pochłaniając zarazem każdy centymetr tajemniczego obiektu. Kiedy dotarli do – sprawiających wrażenie niezniszczalnych – drzwi, strażnik przyłożył przegub dłoni do czytnika otwierając przejście do – jak się okazało – wielkiego centrum kosmicznego. Zanim zdążyli otaksować zapierający dech w piersiach widok, na horyzoncie pojawił się znana Kowalskiemu kobieta w mundurze.

– Zaprowadź ich do centrum konferencyjnego – rozkazała.

Naukowcy ponownie spojrzeli po sobie. Kowalski był niemal pewien, że wzrok Novakova przekazywał chełpiący komentarz w stylu – a nie mówiłem. Postanowił jednak podejść na chłodno oczekując dalszego przebiegu wydarzeń.

Owalna sala przypominała nieco bliską obu naukowcom uniwersytecką salę wykładową. Rzędy metalowych krzeseł ciągnących się ku górze oraz wielki stół prezydialny stanowiły całość obskurnego wyposażenia. Kiedy weszli do środka promienie zachodzącego słońca rozświetliły wnętrze na czerwono dodając ciepłego i zapomnianego dla osadzonych widoku.

– Rozkuć ich i posadzić – poleciła wchodząca do sali kobieta witając siedzących za stołem mundurowych.

Kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca dowódca więzienia przemówiła z charakterystycznym dla siebie krzykiem.

– Panie marszałku, panie generale, osadzeni – tutaj skłoniła się w stronę wymienionych osobistości pomijając więźniów – Zebraliśmy się po to, aby oficjalnie poinformować osadzonego doktoranta Wiktora Kowalskiego z Krakowa oraz doktora Stiepana Novakova z Kijowa, iż powzięto wobec panów wyrok skazujący za dopuszczenie się zarzucanych wam czynów. Pragnę dodać, iż za poradą i koleżeńską konsultacją obecnych tu dostojników, zdecydowaliśmy o niezwłocznym wykonaniu wyroków.

Kowalski przełknął ślinę, która przecisnęła się w gardle jak słoń przez zardzewiałą rurę. Nie inaczej było w przypadku Novakova, który stęknął niczym dźwigający sztangę kulturysta, pocąc się i kłapiąc wargą jak ryba łapiąca tlen.

– Chyba należą nam się jakieś wyjaśnienia? – przerwał ciszę Wiktor decydując się na odważny krok.

– Owszem – odparł podnoszący się mężczyzna z dystynkcjami marszałka na pagonach – Jesteście panowie w tajnym ośrodku badawczym zajmującym się załogowymi misjami na czerwoną planetę zwaną popularnie Marsem.

– Gdzie dokładnie jest ten ośrodek? – przerwał marszałkowi Stiepan.

– Gdyby ci powiedział, słowo „tajny” straciłyby na znaczeniu, durniu! – warknęła agresywnie kobieta.

– Racja pani pułkownik! – wtórował jej marszałek gładząc białą jak śnieg brodę – Jedyne co mogę wam zdradzić to to, iż jesteście na terenie Federacji Rosyjskiej.

– Strasznie zaawansowana ta federacja – skomentował Novakov – Miałem przyjemność gościć w Amerykańskim centrum Kosmicznym NASA i nawet tam nie zauważyłem tak zaawansowanej technologii jak tutaj.

– Istotnie doktorze Novakov, jednak z tego co się orientuje to gościłeś w NASA dawno temu. Jeśli się nie mylę to w 2005 roku? – zapytał marszałek z szyderczym uśmiechem.

– Dwa lata temu, to nie aż tak dawno – skomentował Stiepan orientując się, że coś nie gra.

– Gwarantuje, że to było dawno temu – wycedził marszałek.

– Może pan mówić jaśniej? – wtrącił się wyraźnie zniecierpliwiony Kowalski.

Nie wiadomo skąd na ekranie rozciągającym się za plecami przesłuchujących dostojników pojawił się fragment nagrania przedstawiający piętrzące się ku niebu wieżowce. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak japońskie drapacze mieszczące w sobie małe mieszkanka zajmowane przez skośnookich mieszkańców dalekiego wschodu. Między strzelistymi budynkami przelatywało mnóstwo obiektów szusujących na różnych pułapach wysokościowych. Mijały się i wyprzedzały krążąc przy tym niczym tętniące życiem mrowisko.

– Co to za film? – wypalił znudzony projekcją Stiepan – Kolejna część Gwiezdnych Wojen?

– Może to zabrzmi dla was niewiarygodnie, ale to widok na żywo z kamery w Moskwie, zamontowanej w okolicach Placu Czerwonego.

Więźniowie spojrzeli po sobie zastanawiając, czy teraz zamiast bicia, będą im prać mózgi filmami o przyszłości.

– Jesteście w 2070 roku – poinformowała odpalając papierosa mundurowa z więzienia – Kiedy nasi agenci złapali was na przestępstwach które popełniliście, zaaplikowali wam środki nasenne i skoczyli w czasie przenosząc was do ośrodka. Wiemy czym się zajmujecie, zwłaszcza ty Kowalski, dlatego upatrujemy w was nadzieję powodzenia naszego projektu.     

– Wobec powyższego mamy dla was propozycję! – wtrącił zniesmaczony babą marszałek

– Ja się zgadzam! – krzyknął Woźniak tłumiąc łzy w oczach.

Mundurowy nie zwracając uwagi na młodego naukowca kontynuował:

– Wasze wyroki możemy zamienić na załogową misję na Marsa. Krótko mówiąc, w razie powodzenia będziecie sławni i wolni, jednak w razie bardzo prawdopodobnej porażki, zginiecie – co prawda nie za pomocą krzesła elektrycznego, lecz gdzieś tam daleko w przestrzeni kosmicznej, lub na powierzchni innej planety. Misja obejmuje lot w przestrzeni kosmicznej z Ziemi na Marsa, trzydniowe przebywanie na powierzchni czerwonej planety oraz powrót na Ziemię. Jaka jest wasza decyzja?

Mężczyźni spojrzeli na siebie znając niemal na pamięć każde mrugnięcie czy mimiczne ruchy twarzy.

– To wszystko brzmi jak opowieści z domu dla obłąkanych. Ale mam pytanie!

– Byle mądre Novakov – skomentował marszałek.

– Czy jeśli wrócilibyśmy do 2007 roku, to będziemy wolni?

– Rozbieżność skoku jest na tyle duża, że nie da się wrócić w to samo miejsce i tej samej strefy czasowej – skomentował młodzieniec wystrojony w grafitowy kubrak – Jedynie można oscylować w granicach przybliżonych do wcześniejszego położenia.

– To jak wysłaliście po nas tych pastwiących się na niewinnych ludziach bandytów?

– Czekali na was rok i trzy miesiące. Znając przyszłość, byliśmy w stanie przewidzieć, gdzie i o której dopuścicie się przestępstwa – odparł tym razem marszałek.

– Ok, ale czy biorąc pod uwagę, że wracamy do przeszłości – przyjmijmy do 2006 roku, to będziemy niewinni i oczyszczeni z zarzutów?

– Zgadza się, choć taki skok nie jest możliwy. Zatem jaka jest panów decyzja?

– Naturalnie lecimy na Marsa! – odparli niemal jednogłośnie – Kiedy startujemy?

– Za dwa dni. Dzisiaj damy wam spokój, jutro mierzycie skafandry i uczycie się obsługi, zaś w piątek rano startujecie! Na chwile obecną nie przewidujemy więcej pytań.

Kobieta pułkownik gwizdnęła przez palce przywołując stojących na zewnątrz mięśniaków. Drzwi otwarły się z wielkim hukiem odsłaniając zmierzających ku więźniom oprawców.

– Ostatnie pytanie! – krzyknął spanikowany Stiepan ciągnięty przez ochroniarza niczym pług przez konia – Ilu było przed nami?

– Kto by to liczył! – odparł marszałek żegnając więźniów gromkim śmiechem.

 

***********************

 

– Szlag by to trafił! – wkurzał się Novakov wiercąc w fotelu – Rękawy są za krótkie i piją mnie pod pachami.

– Uwierz, że wiele bym dał, żeby mnie też rżnęło pod pachami zamiast w dupę – skwitował wyraźnie zniesmaczony Kowalski.

Zdezelowana konsola kosmicznego promu wyglądała jak zużyty kapeć. Masa przycisków była przetartych zatem ciężko rozszyfrować to do czego służą, poza tym większość potencjometrów i wyposażonych we wskazówki busoli, nie dawało znaku życia od bardzo dawna.

– Start nie był taki zły – zagadnął Wiktor zdejmując porysowany kask – Moje oczekiwania były zupełnie inne.

– Ciesz się, że jeszcze żyjemy, choć przyznam, że jak patrzę na to co nam zgotowali to chyba wolałbym jednak krzesło – szemrał.

– Krzesło? – zdziwił się towarzysz – Lepiej zerknij przez okno – dodał.

Zza okrągłego okienka przypominającego lufcik batyskafu roztaczał się rzadko dostępny dla ludzkości widok. Ogrom ziemskiego globu przytłaczał majestatem, pięknem, gamą barw i uczuciem domu, który pierwszy raz widzi się od zewnątrz. Niezgłębiona i nieogarniona przestrzeń wszechświata zdawała się być na wyciągnięcie ręki. Mężczyźni prze lewitowali do lufcików pożerając wzrokiem niezwykły widok.

– Mógłbym tak całe życie! – wyszeptał Stiepan śliniąc się jak dziecko.

– Kiedy na to patrzę, to myślę, że Bóg istnieje! – skomentował dla odmiany kompan – Nikt inny nie dokonałby czegoś takiego – dodał.

Kiedy kosmiczne otoczenie skradło naukowcom ostatnie pokłady rozsądku, nieznana siła wstrząsnęła promem niczym wpadającym w turbulencje samolotem. Mężczyźni zakręcili się w przestrzeni waląc bezwładnie o przerdzewiałe łączenia pokładów. Wszystko przygasło odcinając energię, jednak po chwili stresu, wróciło do normy.

– Poczułem się przez chwilę jak w pociągu PKP – skomentował Novakov.

– Z małą różnicą – wtrącił drugi – W polskim pociągu nie odzyskałbyś zasilania – dodał -A to co za czort?

Nie wiedzieć skąd, w otoczeniu mężczyzn lewitowała niewielka skrzyneczka z wyraźnie przytroczoną do klamki plakietką.

– Apteczki nie widziałeś? – zapytał nie zainteresowany przedmiotem Kowalski.

Nie słuchając współtowarzysza podróży, Stiepan chwycił za tajemniczy przedmiot przeczuwając, że to nie apteczka, lecz coś więcej. Obdrapana obudowa i wgniecione narożniki zdradzały, że pakunek przeszedł wiele.

– Otwieramy?

– Powtarzam ci, że to apteczka – nalegał Kowalski – Ewentualnie jakiś przybornik.

Po uchyleniu blaszanego wieczka, w stan nieważkości wyleciała pognieciona kartka. Odręczny napis głosił: „Nie giń – skorzystaj”. Novakov sięgnął w głąb opakowania wyjmując nakręcany zegarek, do którego przypięto długi łańcuszek. Na odwrocie wygrawerowano: Zmieniacz czasu. Dexter Marts 1820.

– I co tam masz? – zapytał znudzony Wiktor.

– Wydaje mi się, że to nasz ratunek

– Co masz na myśli?

– Słyszałeś kiedyś o Zmieniaczu Martsa? – wycedził podniecony znaleziskiem Stiepan.

– To legenda, bujda! Nigdy w to nie wierzyłem.

– Więc chyba będziesz musiał zacząć – poinformował Novakov gapiąc się na urządzenie.

– Przestań! Sam wiesz, że Dexter Marts to świr! Niespełniony astrofizyk, który skończył jak każdy z wielkich tego świata – w rynsztoku – dodał.

– Chodziły słuchy, że w latach dwudziestych XIX wieku, skonstruował urządzenie zdolne przenieść człowieka w czasie. Nieudane próby przyprawiły go o szaleństwo, jednak nikt nigdy nie powiedział, że zmieniacz nie osiągnął zamierzonej przez naukowca funkcji.

– Słyszałem, że nigdy nie znaleziono jego ciała! – wtrącił się Kowalski – Złośliwi mówili, że przed śmiercią przeniósł się do przyszłości. Jeszcze inni plotkowali, że zmieniacz może działać tylko wstecz!

– Ile ludzi, tyle wersji – skwitował Stiepan – Nie zmienia to faktu, że spróbować trzeba.

– Co masz zamiar zrobić? Nawet nie wiesz, jak to działa?

– Póki nie spróbuję, nie będę wiedział.

Novakov chwycił lewitujący w przestrzeni przedmiot. Lśnił niczym dzwon odlany ze złota. Pewnie wyniesiono całe piętro kopalni, aby go wykonać – myślał Stiepan. Był piękny i kusił niczym Tolkienowski pierścień wykuty w czeluściach Mordoru. Ciężko było opanować pożądanie które najwidoczniej dopadło unoszącego się w pobliżu doktoranta.

– No otwieraj wreszcie! – krzyknął Kowalski nie mogąc stłumić w sobie ciekawości.

Urządzenie otwarło się pod wpływem płytkiego przycisku przypominającego klawisz blokowania klawiatury w smartfonie. Stiepan wyczuł delikatny klik pod palcem, po czym klapka zegarka uniosła się ku górze prezentując nafaszerowany kolorowymi kamieniami cyferblat. W centrum widniały cyfry 1835, zaś pod nimi wygrawerowano kursywą napis „only october”. Wewnętrzną część klapki urządzenia ozdobiono chamsko wyrytym bohomazem, który wyglądał niczym wyrysowany gwoździem akt wandalizmu. Dwa nierówne kółeczka otoczone elipsowatym kształtem wyglądały jak przysłonięte opaską oczy wojowniczego żółwia ninja i miały się nijak do całości.

– No to dupa! – skwitował Kowalski trzymając uchwyt dla lewitujących.

– 1835 to na pewno data! – rozkminiał Novakov – Ten napis oznacza „tylko październik”. Miałoby to sens, choćby dlatego, że mamy dzisiaj 11 października. Czyli wszystko wskazuje na to, że trafiliśmy idealnie!

Stiepan próbował zmienić datę na urządzeniu, lecz pokrętło nie drgnęło.

– Wygląda na to, że data jest na stałe – poinformował – Poza tym wydaje mi się, że rysunek to jakaś wskazówka! Coś co musi być na zewnątrz oplatając to co w środku – analizował naukowiec.

– Tak jak orbita, która okala ziemię. To co w środku jest objęte promieniem działania. Ta jakby – dodał.

– Genialne! I Jakie proste! – krzyknął podekscytowany Novakov – Ten łańcuszek jest orbitą działania czasu. Jeśli założysz go na szyję albo opleciesz się nim, wówczas znajdziesz się w środku, jakby w strefie czasu zaprogramowanej przez urządzenie.

– Czyli w tym przypadku 1835 rok – skwitował Kowalski.

Zapadła cisza. Szum urządzeń i przemieszczającego się w kosmosie promu to jedyna oznaka, że kosmonauci nie stoją w miejscu, lecz nadal brną ku – wszystko na to wskazywało – śmierci.

– To wszystko jest za proste! Za oczywiste! – utrzymywał swój sceptycyzm Wiktor – Jeśli Marts naprawdę zbudował zmieniacz, to co musiałby umieścić w środku? Mało tego, jak małe musiało to być, aby zmieścić się w zegarku? – analizował.

– Jeśli zaczniemy to rozbierać na części pierwsze wówczas nie sprawdzimy, czy działa, pomijając fakt, że jeśli to prawdziwe dzieło Dextera to historia rozliczy nas z bolesnym skutkiem.

– Jaka historia? Kto będzie wiedział, że znaleźliśmy takie cacko? Jesteśmy kolejną skazana na niepowodzenie załogą. Kolonizacja Marsa nie jest możliwa! Wiedzą to Rosjanie, Amerykanie! My też to wiemy!

– To po cholerę nie zabili nas od razu? Tylko kazali pajacować?

– Może to nagroda? Przecież każdy astronom, astrofizyk i inny badacze kosmosu, dałby wiele, żeby teraz być tu, gdzie my – podsumował rzewliwie Kowalski – Ludzi coraz więcej a Ziemia ta sama. Szukamy drugiego miejsca w kosmosie, żeby się osiedlić, lecz póki co…

– Dobra już dobra! – przerwał mu Stiepan – Nie jesteś na wykładzie! Kto pierwszy? – zapytał wymownie.

– Zróbmy to razem! Wspólny wyrok, wspólna śmierć!

– Racja! Jak chcesz to myślisz! – skwitował Novakov.

Łańcuszek zmieniacza był na tyle długi, aby objąć dwie lewitujące koło siebie głowy. Wyryty na wieczku symbol, dopiero teraz stał się w pełni zrozumiały i czytelny. Kiedy Stiepan objął siebie i towarzysza cieniutkim niczym żyłka łańcuszkiem, nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Sytuacja zmieniła się dopiero gdy zamknął klapkę zmieniacza, który ponownie wydał charakterystyczny sobie klik. Czas jakby się zatrzymał. Mężczyźni poczuli wyraźną różnicę mimo panującego zewsząd stanu nieważkości. Wszystko spowolniło, promem zaś szarpnęło, dając przy tym odczuć zmianę kierunku na wsteczny. Po chwili wszystko zaczęło się cofać, przybierając spowolnione niczym u żółwia tempo. Kable, pudełka, plastikowe woreczki, lewitowały w stanie nieważkości spowolnione siłą której nie sposób było określić. Astronauci zachowali pełną świadomość, choć podobnie jak całe otoczenie nie byli w stanie zapanować nad sobą, nad otoczeniem, nie mówiąc o próbie jakiegokolwiek ruchu. Stiepan Novakov wytężył wzrok próbując otaksować prom, jednak to co napotkał przerosło jego oczekiwania. Wszystko co widział było niczym odbicie w lustrze. Prawa ręka była w miejscu lewej i odwrotnie. Na konsoli kapitańskiej dostrzegł, że zegary i potencjometry również zmieniły swoje położenie na lustrzane. Kiedy kątem oka spojrzał na Wiktora okazało się, że wyglądał jak odwrócone na lewą monstrum. Chciał krzyknąć, lecz nie mógł, chciał coś powiedzieć bądź wyciągnąć rękę, lecz sił mu zabrakło. Naukowcy mierzyli się wzrokiem chcąc dać jakiś sygnał, lecz obaj wiedzieli, że ich starania są marne. Zmieniacz czasu – czy cokolwiek to było – przyśpieszy ich śmierć, która nacierała niczym byk na czerwoną płachtę.

Zbliżali się do Ziemi. Przebrnęli przez orbitę, o mało zderzając się ze zmierzającym w ich stronę satelitą. Wszystko szło powoli, flegmatycznie, męcząc przy tym załogę jak po ultramaratonie górskim. Przebijali się przez kolejne warstwy ziemi, nabierając tempa i czując, że letarg puszcza powoli dając upust przerażeniu. Przyciąganie robiło swoje, oni zaś nie byli w stanie przemieścić się i przypiąć do foteli. Ustępujący paraliż przywraca czucie w palcach, nawet oczy odzyskały ostrość widzenia. Egzosfera za nami – liczył Kowalski spoglądając na wracający do normy wskaźnik – Wchodzimy w Termosferę. Ma około 500 km więc jest chwila na działanie – komentował w duchu przypominając sobie informacje dotyczące atmosfery ziemskiej.

– Możesz się ruszać? – wrzasnął Stiepan odzyskując głos.

Wiktor kiwnął głową najwyraźniej mając jeszcze problem z nadawaniem. Wskazał palcem w stronę konsoli, odrywając się od uchwytu w ścianie promu. Temperatura wzrastała z każdą chwilą. Pędzili niczym bezwładny trup, któremu obojętne co i gdzie go spotka. Dość sprawie dotarli do foteli przypinając się na gotowo, niczym świeżo upieczony instruktor prawa jazdy.

– Po wejściu w stratosferę odpinamy kabinę! – przemówił ochryple Kowalski odzyskując głos.

– A co potem?

– To wie tylko Bóg! – odparł mierząc kompana ze łzą w oku.

– To był dla mnie zaszczyt doktorze Kowalski! – Stiepan wyciągnął rękę w stronę młodszego kolegi.

– Jaki tam ze mnie doktor! Nawet nie zdążyłem się obronić!

– Jak dla mnie już się obroniłeś!

– Miło – uśmiechnął się Kowalski – Dla mnie również doktorze Novakov. To było mega przeżycie!

– Za 15 sekund wchodzimy w stratosferę! – włącz odliczanie.

– Tak jest!

Horyzont nabierał coraz więcej światła. Kontynenty które przed chwilą były jak na dłoni, teraz stały się nieogarnione. Łuna rozświetlająca granicę planety była niczym przerzedzona mgła, która biła z granic Ziemi niczym tajemnicza i magiczna energia.

– 15, 14, 13, 12 – odliczał żeński głos automatycznego pilota.

Jakże to wszystko piękne – rozmarzał się Wiktor przecierając wilgotna szybę hełmu kosmicznego – Stratosfera, to stąd w październiku 2012 roku skoczył Felix Baumgartner. Tyle tylko że miał spadochron i nie spadał zamknięty w metalowej puszce – żalił się do siebie.

– 10, 9, 8…

– Czas ma jednak wielką moc! – dumał dalej chłopak – Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu leżałem w więziennej celi! Pobity, poniewierany, niepewny jutra – wyliczał.

– 5,4,3…

– A dziś jestem tu, na progu kosmosu i atmosfery Ziemi. Niczego bym nie zmienił. Chciałem żyć dobrze i uczciwie, zgłębiać wiedzę o kosmosie…

– ODPALAJ! – krzyczał głos wyrywając go z myśli podsumowujących żywot- ODPALAJ DO CHOLERY! Co z tobą?

Kowalski sięgnął do pulpitu odbezpieczając czerwoną zawleczkę ukrytą w morzu potencjometrów. Chwycił pokrętło i z całej siły przekręcił je w prawo. Potem chwycił sąsiednią zawleczkę przesuwając ją do dołu. Niestety nic się nie wydarzyło.

– Odcięli nas! Sukinsyny dezaktywowali kapsułę ratunkową!

Kiedy Stiepan skończył użalać się nad sytuacją, promem wstrząsnęło omal nie wyrywając ich z foteli. Kapsuła oderwała się od reszty, momentalnie zwalniając tempa. Kręcili się wokół rzygając do nadal zamkniętych hełmów. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyli zauważyć warstwy ozonowej.

– Troposfera! Uruchamiam spadochrony awaryjne! Można odpiąć kaski! – informował głos w kabinie.

Ponownie szarpnęło, jednak tym razem była to oznaka wymarzonego ratunku. Odpięli zabrudzone hełmy łapiąc pierwsze łyki czystego jak łza powietrza. Za oknem kapsuły rozciągał się czerwony step, który znikał gdzieś za horyzontem. Pojedyncze wzniesienia majaczy w blasku słońca, przypominając scenerię dzikiego zachodu. Były coraz większe i większe, rosnąć wraz ze zbliżającym się podłożem.

– Ledwo żyje! – skomentował Kowalski.

– Ja też! Ale jednak nadal żyjemy!

– Pewnie kacapy czekają już na dole! Z krzesłami pod napięciem w pogotowiu!

Kapsuła opadała wolno. Pech chciał, że kiedy osiedli na powierzchni okazało się, że plusk wody i delikatne zanurzenie oznaczały lądowanie w wodzie. Stiepan poluzował pasy bezpieczeństwa wyglądając przez okrągłe okienko.

– Mamy problem!

– Nie pierwszy i nieostatni! – odparł obojętnie kompan.

– Jesteśmy na środku jeziora. Nie jest duże, ale chyba toniemy.

Kowalski poderwał się z fotela. Wdusił biały przycisk na konsoli wyrównując ciśnienie i odsysając próżnię z kapsuły. Wszystko odbyło się z charakterystycznym sykiem i szumem. Następnie ruszył do niewielkiej drabinki, której szczeble kończyły się na włazie wyjściowym zakręcanym korbą. Z niedużym wysiłkiem przekręcił pokrętło otwierając eliptyczny niczym jajo luk. Życiodajny promień słońca wpadł do kabiny prześwietlając na wylot nieświeże i zakurzone wnętrze.

– Co widzisz? – spytał zaciekawiony Novakov.

– Pustynia, wzgórza. Zero życia. Upał! – wymieniał hasłowo Wiktor.

– Pięknie! Weźmy wszystko co może się przydać i spadajmy stąd.

Po chwili przemierzali jezioro zażywając odświeżającej i niezbędnej po podróży kąpieli. Kiedy dotarli do brzegu rozglądali się ciekawsko myśląc zarazem, co dalej.

W oddali dostrzegli pędzącą w ich stronę grupę. Tumany kurzu biły w powietrze potęgując wrażenie mknącego w ich stronę buldożera.

– To jacyś ludzie! Jadą konno! – stwierdził wreszcie Wiktor.

– Samochodów nie mają, czy co?

Kiedy pędząca ekipa dotarła na miejsce, otoczyła zdziwionych i nieco przestraszonych rozbitków. Mężczyźni okutani w wysokie mokasyny z ostrogami, kapelusze i skórkowe spodnie wyglądali jak wyrwani żywcem z westernu.

– Jak podróż panowie? – przemówił najstarszy na pierwszy rzut oka kowboj.

Novakov i Kowalski spojrzeli po sobie zastanawiając co jest grane. Mężczyzna zsiadł z konia. Przywitał się podając im po manierce świeżej schłodzonej wody.

– Dexter Marts! – przemówił ściskając rękę tak jednemu jak i drugiemu – Jestem tu pierwszy, reszta moich ludzi przybyła podobnie jak wy. Jak mniemam, zmieniacz nadal działa?

– Tak działa – odparł z martwą miną Kowalski.

– Szkoda, że poszedł na dno, ale może starczy już tych skoków w czasie. Wysłużył się przez kilka misji.

– Może jeszcze się przydać –odparł Novakov wyciągając urządzenie z kieszeni skafandra.

– Zuch chłopak! – pochwalił go Dexter – Chodźcie z nami. Mieszkania już na was czekają. Reszty dowiecie się w trakcie.

– Zaraz zaraz! – sprzeciwił się Kowalski zatrzymując resztę – Kim wy właściwie jesteście? Dexter Marts dawno nie żyje, nawet nie wiadomo czy w ogóle istniał – dodał.

– Gwoli wyjaśnienia! Jesteście w 1835 roku. Miesiąc październik. Trafiliście tu za pomocą zmieniacza, który opracowałem w 1820 roku. Dzięki temu uniknęliście śmierci. Zapewniam was, że Dexter Marts to ja, zaś legenda co do mojej osoby jest prawdziwa. Ale szczegóły potem. Idziecie czy zostajecie na pustyni?

Kosmonauci spojrzeli po sobie. Pytania które piętrzyły się w umysłach przerastały możliwość racjonalnego myślenia. Fakt, że uniknęli śmierci, nie pozostawiał im nic innego jak ruszyć ze zgrają kowbojów i czekać co przyniesie kolejny dzień.

– Idziemy z wami – zdecydował Kowalski za niepewnego jeszcze Novakova – Właściwie to, gdzie nas zabieracie?

– Do naszego miasta, które od dzisiaj będzie również waszym – odparł Marts.

– A jak nazwaliście to „nasze” miasto?

– Mars, tak jak miejsce, naszego przeznaczenia w dalekiej jeszcze przyszłości.

  

   

           

 

 

  

 

   

 

  

          

          

 

Bez kategorii

Dominik Grosicki – Bękart z Nervsten

231 Wyświetleń

Karczma „Pod pijanym gigantem”, jak zwykle to bywało od czasu kryzysu, była prawie pusta. Jedynymi gośćmi byli zalany do nieprzytomności krasnolud siedzący w rogu karczmy, dwóch podróżujących elfów, zaś nieznajomy człowiek przy ladzie, popijając swoje piwo rozmawiał z karczmarzem. Był on zakryty czarnym płaszczem z kapturem który okrywał go od głowy aż po kolana. Jedyne, co było widać u nieznajomego to wysokie skórzane buty. Karczmarz zaś wycierał świeżo umyte kufle, od czasu do czasu śmiejąc się przy rozmowie.
– Nie zabiłem go. Nikomu nie zawadzał. Moje zadanie polegało na  zdobyciu naszyjnika, który przetrzymywał w grocie.
– Trolle nie należą do najłagodniejszych – na twarzy karczmarza było widać lekki uśmiech.
– Tak. Wiem, lecz nie podejrzewam, by miał kiedykolwiek okazję zrobić komuś krzywdę. Nawet mnie było trudno dostać się na to pustkowie.
– Ech- odetchnął karczmarz – Wracając do wcześniejszego tematu…
– Już ci mówiłem. Muszę z czegoś żyć.
– Dobrze wiesz, że od czasu zdrady królewskiego doradcy, magia została zakazana. Jeśli cię złapią to te wszystkie pieniądze będziesz mógł sobie…
– Koniec! Nie mam dziś humoru na takie rozmowy – Przerwał gwałtownie nieznajomy. Dobrze wiesz, co sądzę o zdradzie królewskiego doradcy. Poza tym nic innego nie umiem robić. Całe dzieciństwo czytałem książki ojca. Magia to jedyne, co mi po nim zostało. A matka… Jej nie widziałem już od dwóch lat.
– Tak w ogóle, co stało się z twoim ojcem? Nigdy o tym nie wspominałeś.
– Skoro nie wspominałem to znaczy, że miałem wyraźny powód- Lekko oburzył się nieznajomy.
– I co się z nim stało po śmierć poprzedniego króla?
– Uciekł… Dobra nie chce o tym gadać. Lepiej nalej mi piwa i mów jak tam z Ariel.
– Baba jak baba, cycki ma.
– A coś więcej?
– Co więcej?
– No… Jaka jest?
– Denerwująca jak każda inna.
– Ty się jednak nigdy nie zmienisz Ersen.
Do karczmy niespodziewanie weszło dwóch ciężko uzbrojonych mężczyzn. Ich postura była znacznie większa niż reszty gości.
– Proszę wstać! – Wrzasnął jeden z mężczyzn. Wrzask był tak głośny, że zdołał obudzić nawet krasnoluda śpiącego na stole.
– I po co się tak drzesz? – Powiedział nieznajomy, zachowując całkowity spokój. Nie wstał od lady.
– Nie słyszałeś polecenia? – Wtrącił drugi z mężczyzn o wiele spokojniejszym tonem.
– Mówiłem ci, żebyś przestał używać magii. Ci dwaj to królewska straż. Nie przychodzą po byle przestępców. To psy króla. Wykonują tylko jego prywatne polecenia. On sam musiał się o tobie dowiedzieć – Wyszeptał karczmarz.
Nieznajomy dopił swój trunek i wstał od lady. Zrzucił płaszcz i oczom wszystkich ukazała się pięknie zdobiona lekka zbroja. Przez pierś przebiegał pas, na którym wisiały ostrza służące do zabijania z małej odległości i dwa eliksiry. Do pasków zdobiących uda nieznajomego przymocowane były kolorowe eliksiry i dwa sztylety. Rękawice były wykonane z arweńskiej stali. Wyglądały przepięknie, robiąc wrażenie na wszystkich obecnych w karczmie. Nieznajomy miał krótkie brązowe włosy i zielone oczy. Postura jego ciała była przeciętna. Nie był on chudy, lecz nie wyglądał też na muskularnego. Jego zbroja miała także wszyty kaptur z dziwnymi znakami. Na widok lekko zdenerwowanego nieznajomego dwóch elfów gwałtownie wybiegło z karczmy, zapominając o zapłacie.

– Ułatwię wam zadanie. Wyjdzie stąd i oszczędźmy sobie tej całej farsy – teraz głos Sorena był już pewny i bardzo poważny.
– Jesteś pewny siebie jak na kogoś tak młodego. Nie wiem, po co król kazał nam przychodzić po kogoś takiego, ale dostarczymy cię do niego żywcem.
– Tym razem nie zniszcz nic w karczmie- Wtrącił zdegustowany karczmarz.
Strażnicy wyciągnęli miecze i zakryli się ciężkimi tarczami. Soren uniósł ręce, które otoczyły się nagle fioletową aurą. Strażnicy przerazili się lekko, lecz dalej stali bez ruchu. W ułamku sekundy z rękawów Sorena wyleciały stalowe łańcuchy zakończone ostrzami. Większość z nich została sparowana przez pawęże strażników, jednak jeden przemknął pod nimi i owinął się wokół nogi strażnika. Soren szybkim, energicznym ruchem przyciągnął mężczyznę do siebie i przy pomocy zaklęcia rzucił strażnikiem o ścianę karczmy. Uderzenie było tak silne, że cały budynek zatrząsł się, a zbroja mężczyzny pękła. Został jeszcze jeden. Widać było pot spływający po jego czole ze zdenerwowania, lecz dalej starał się udawać niewzruszonego i gotowego do walki. Teraz Soren postanowił rzucić we wroga drewnianym stołem, a ten rozbił się o tarczę przeciwnika, który w tym właśnie momencie odsłonił twarz przed Sorenem. Widząc to, starał się z powrotem ją zasłonić, jednakże było już za późno. Stalowe ostrze Sorena przecięło skórę na jego policzku bez najmniejszego oporu. W krótkim czasie dwóch strażników leżało obezwładnionych, a podłogę zalała krew. Z karczmy było słychać tylko krzyki rannego strażnika.
Soren uspokoił się i odetchnął, a ostrza schowały się do rękawów jego płaszcza tak jakby były mu w pełni posłuszne. Następnie podszedł bliżej swojej ofiary i mocnym kopnięciem całkowicie powalił na ziemie. Po chwili położył skórzany mieszek na ladzie i dodał:
-To za stół i zakrwawioną podłogę.
– Co planujesz zrobić?– Odparł karczmarz, odsuwając mieszek w stronę Sorena dając mu do zrozumienia że go nie przyjmie.
– Przejdę się do skurwiela.
Soren wyszedł z karczmy, głośno trzaskając za sobą drzwiami. Szedł drogą, która prowadziła do pałacu. Przy ulicy siedziały dzieci proszące ludzi o pieniądze, by móc zjeść cokolwiek. Od czasu ponownego wybuchu wojny w kraju panował kryzys, który szczególnie dawał się we znaki niskiej warstwie społecznej. Jeden z chłopców, widząc Sorena uśmiechnął się szeroko i zaczął się z nim witać. Miał on nie więcej niż siedem lat.
 -Cześć! Cześć, Soren!
– Cześć, młody – uśmiechnął się Soren do młodego Ervina – Dawno się już nie widzieliśmy. Jak tam? Pewnie jesteś głodny.
Był to syn jednej z miejskich czarodziejek, które zostały zbiorowo zamordowane za uprawianie magii tuż po objęciu przez Elrica tronu. Ojciec Sorena był jej przyjacielem. W ostatnim liście do niego prosił, by pomógł jej i Ervinowi w życiu codziennym. Soren obwiniał się po śmierci matki Ervina, więc nie przechodziło mu nawet przez myśl, że z chłopcem może stać się to samo. Był ubrany w poszarzałe ubrania, które po latach ciągłego użytku prawie ich nie przypominały. Można było je nazwać już tylko szmatami, lecz Soren nie miał pieniędzy, by zapewnić chłopakowi lepsze warunki, więc ten musiał on żebrać na ulicy.
Soren wyciągnął mieszek, który był przywiązany do jego pasa i wyjął kilka złotych monet.
– Masz tu trochę pieniędzy. Powinno wystarczyć na pół bochenka chleba.
Chłopiec bardzo się ucieszył i rzucił Sorenowi na szyję.
– Dziękuję! Ale…. Ale co ty będziesz jadł? Nie będziesz głodny?
– Będę, ale już się zacząłem przyzwyczajać. O mnie się nie martw. Zostały mi pieniądze z ostatniego zlecenia. I jeszcze jedno – pamiętaj, że zawsze ci pomogę. Nie ważne, co by się działo. Rozumiesz?
– Wiem. Jesteś dla mnie jak mój starszy braciszek – Odparł chłopiec.
– Dobrze. Muszę już iść.
– To biegnę kupić coś do jedzenia. Do widzenia, Soren!
– Do widzenia – Powiedział, zachowując uśmiech na twarzy.
Soren szedł ulicą, której koniec znajdował się przy schodach wielkiego pałacu. Nie tracąc czasu, wszedł po nich i natrafił na straż przy wejściu. Byli oni opancerzeni i wielcy. Tak jakby z pośród tych wszystkich tępych mięśniaków wybrano największych, rozkazano im stać przy wejściu i straszyć śmiałków, którzy ośmielą się podejść do bram zamku.
– Nie możemy cię wpuścić.
– Przychodzę, by porozmawiać z królem.
– Jakbyśmy wpuszczali każdego, kto chce z nim porozmawiać, hołota krzątałaby się po zamku. Nie i koniec.
– Ech. Dobra. Zawołaj królewskiego doradcę.
– Niech ci będzie.
Po chwili ku oczom Sorena ukazał się stary i łysy mężczyzna, który w niczym nie przypominał królewskiego doradcy.
– Chodź. Król cię wyczekuje – rzekł starzec.
Soren przechodził przez bogato zdobioną salę tronową wypełnioną głowami zwierząt zabitych w trakcie polowań, które kochał młody król. W powietrzu wisiał zapach świeżo upieczonego chleba i sterty jedzenia leżącego na stołach znajdujących się przy ścianach. Służba króla, jego prywatne wojsko, daleka rodzina, a nawet przyjaciele Elrica – wszyscy siedzieli przy stołach, gdy nagle słysząc kroki Sorena odwrócili się ku niemu i mierzyli go wzrokiem.
„Jak myślisz? Każe go zabić? Na pewno!” – Słychać było rozmowy siedzących. Soren słyszał je doskonale, ale nie czuł strachu. Zachował spokój i opanowanie. Po chwili wszedł do małego pokoju, w którym było wielkie okno z widokiem na morze i tutejszy port. Nie była to sala tronowa tylko prywatny pokój króla. Z okna, które rozchodziło się po ścianie na przeciwko drzwi było widać doskonale miejski port i morze, które rozchodziło się majestatycznie po reszcie krajobrazu. W porcie, jak to zwykle bywało, każdy ciężko pracował. Rybacy rozplątywali sieci, kupcy kłócili się, kto ma lepsze ceny, kobiety wrzeszczały na swych mężów – zwykły miejski port.
Elric, który uchodził za tyrana rządzącego twardą ręką i sprzeciwiającego się nawet własnemu doradcy, okazał się młodym, wątłym chłopcem, który wyglądał jak by miał zaledwie dziewiętnaście lat. Blond włosy przysłaniały mu prawe oko. Nie wyglądał tak, jak wyobrażali go sobie ludzie. Soren nigdy wcześniej nie widział króla na własne oczy, więc był bardzo zdziwiony obrazem, który ujrzał.
-To on… mój… panie… – Powiedział wystraszony doradca.
– Dobrze. Zostań z nami.
– Tak jest…
– Dobrze, więc. To ty jesteś Bękartem z Nervsten? Hm?
– Wolałbym, by mówił mi pan po imieniu.
– Wasza wysokość – dodał oburzony król.
– Co? – Zdziwił się Soren.
– Wolałbym po imieniu… Wasza wysokość – Poprawił go Elric.
– Tak… to właśnie chciałem powiedzieć – Dodał zakłopotany Soren.
– Dobrze, Soren – Elricowi widocznie ciężko przeszło to przez usta – Mam mało czasu, więc przejdę do rzeczy. Jak wiesz, magia została kategorycznie zakazana w kraju i tyczy się to dosłownie każdego? Nawet mojego doradcy – dodał.
– Nie rozumiem w takim razie, po co mnie wezwałeś.
– Skoro tak stawiasz sprawę to gdzie w takim razie podziało się dwóch strażników, których po ciebie wysłałem? Byli uzbrojeni w ciężkie zbroje i miecze. Nikt o twojej posturze, w dodatku bez miecza nie dałby rady ich nawet drasnąć.
Soren był zakłopotany. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć Elricowi, więc wolał przemilczeć oskarżenia skierowane ku niemu.
– Mówiłem, by wysłać po niego przynajmniej czterech strażników… – Dodał bardzo cicho doradca Elrica.
– Co?! Czy ja dobrze słyszę?! Kwestionujesz moje decyzje?! Ty durny starcze, śmiesz mówić mi, co mam robić i wytykać mi moje błędy?! Straże!!!
– Nie! Proszę! Już nic nie powiem, Wasza Wysokość!
– Oj, nie powiesz. Już ja tego dopilnuję!
Do Sali z hukiem weszło trzech strażników uzbrojonych w długie włócznie.
– Zabrać go! I wtrącić do lochu, a tam odciąć mu język, żeby nigdy już nie wydał z siebie ani słowa.
Dwóch wielkich strażników złapało doradcę pod ręce i wytargało z pokoju, ignorując krzyki mężczyzny o pomoc.
– Szlag by to! To już czwarty doradca w ciągu tego roku.
– Może powinieneś ich lepiej traktować? – Wtrącił lekko przerażony całą sytuacją Soren. Sam bał się o swoje życie w obliczu oskarżeń, jakie zarzucał mu sam król.
– Nikt nie może mi się przeciwstawiać. Jestem królem! – Wrzasnął Elric, uderzając ręką w stół stojący przy oknie pokoju wychodzącym na morze.
Soren w głowie miał scenariusz podobny do tego z przed chwili. Tylko tym razem ze swoim udziałem, więc powstrzymał się od dalszych komentarzy. Elric uspokoił się i kontynuował rozmowę.
– Dobrze. Skoro wiemy już, na czym stoimy to przejdźmy do właściwej części naszego spotkania. Mogę oczyścić cię z zarzutów i darować wszystkie twoje winy związane z korzystaniem z magii w MOIM kraju – podkreślił król.
– Nie wierzę, że tak po prostu.
– Masz rację. Wiem, czym się zajmujesz i wiem, że możesz mi pomóc.
Gdy Soren usłyszał te słowa, zdziwił się tym, że król, który zakazał magii w kraju, prosi go, by mu pomógł właśnie przy jej pomocy.
– Przepraszam, ale nie mogę ci pomóc – Soren odwrócił się udał w kierunku drzwi.
– Poczekaj. Wiem, co cię przekona.
Soren zamarł w miejscu i czekał na propozycję króla.
– Już dawno denerwowały mnie te… bachory, które żebrzą pod moim zamkiem. Nie mogę pozwolić sobie na to, by w moim kraju byli biedacy. To przecież oznaka słabości. Czyż nie? Widziałem, że z jednym z nich wyjątkowo się zaprzyjaźniłeś. Zrób, o co cię proszę, a nie stanie mu się krzywda.
Słysząc to, Sorena ogarnął gniew, jakiego nie czuł już od bardzo dawna. Jest on osobą bardzo spokojną i opanowaną, jak przystało na dobrego maga.
– Jeśli zrobisz mu krzywdę… – powiedział niewyraźnie Soren, nie przestając zaciskać zębów i nie kończąc zdania.
– To, co? Zabijesz mnie? W MOIM własnym zamku?  W najlepiej strzeżonym budynku w tym kraju?
Soren czuł jeszcze większy gniew wiedząc, że jest bezradny. Miał ochotę użyć magii i zabić, Elrica, lecz wiedział, że nie będzie to rozważne.
– Wracając do naszego tematu – kontynuował Elric – Bardzo mi przykro z powodu jego matki…
– Daruj sobie… – Przerwał gwałtownie Soren – Wiem, co się z nią stało i jesteś ostatnią osobą, której może być przykro z powodu jej śmierci.
– Jak wiesz, musiałem to zrobić, bo nie zastosowała się do mojego nowego prawa.
– Gówno mnie obchodzi twoje prawo. I mam też gdzieś to, co czujesz. Jeśli młodemu spadnie choćby włos z głowy to wyrżnę pół tego zamku i cię zabiję, choć miałbym za to przypłacić życiem – Odrzekł Soren, wylewając swój gniew. Wiedział, że może sobie na to pozwolić gdyż Elric potrzebuje go, a skoro jest w stanie w ramach tej przysługi zaprzeczyć swojemu ustalonemu wcześniej prawu to musi być to ważne. Bardzo ważne.
-Odważny jesteś. I właśnie, dlatego cię potrzebuje. Sprawa wygląda następująco. Nieopodal miasta znajdują się ruiny, zalane ruiny, w których zalęgł się wodnik. Potrzebuje jednego z jego zębów. Jesteś magiem, chyba wiesz, po co ?
Soren widział, czym jest wodnik, było to stworzenie z rodziny demonów, w odróżnieniu od zwykłych potworów, demony były rozumne. Umiały one posługiwać się mową, a niektóre były nawet mądrzejsze od ludzi. Wodnika najczęściej można widzieć w postaci morskich stworzeń. Często zaś przyjmował postać starca.  Kiedyś, gdy magia była jeszcze powszechnie używana z jego zębów robiono silne eliksiry lecznicze.
-Heh– nagle na twarzy Sorena zagościł uśmiech. Od kiedy to królowie potrzebują eliksirów by leczyć rany? Myślałem, że pieniądze to najlepsze lekarstwo –Pozwolił sobie zażartować Soren.
-Potrzebuje ich by wyleczyć moją kuzynkę, to miła dziewczyna. Może w ramach wdzięczności jej ojciec a mój wuj, przekaże mi mały datek finansowy.
-Czyli jednak chodzi o pieniądze.
-Humor ci dopisuje z tego, co widzę- Elric pierwszy raz się uśmiechnął
-Wątpię by chciał z tobą handlować życiem swojej córki.
-Dlatego potrzebuje tych eliksirów.
-Śmiem twierdzić, że zdobycie jego zębów nie będzie łatwe, nawet potężni magowie miewali problemy w walce z dorosłym wodnikiem.
-Przynieść mi tylko jeden.
-Nie jestem łowcą potworów, niech zrobi to jeden z twoich ludzi.
-Ruiny są otoczone magiczną barierą, żaden z moich ludzi nie wejdzie tam póki ktoś jej nie zdejmie, więc ty im pomożesz. Potrafisz to zrobić prawda?

– Tak, potrafię.
-Dobrze, widzę, więc że się rozumiemy, Jutro z rana wyruszasz z oddziałem moim ludzi.
Soren chciał sprzeciwić się królowi, lecz przypomniał sobie o Ervinie.

12 godzin później

Soren szedł z oddziałem ciężko opancerzonej straży królewskiej i ich oficerem. Przemierzali oni las pełen pięknych krajobrazów i dzikich zwierząt. Większość z nich na sam dźwięk trzaskających pod stopami żołnierzy gałęzi uciekały w popłochu, lecz w oczy rzucał się wilk, który podchodził za blisko. Nie bał się oddziału opancerzonych żołnierzy, wręcz sprawiał wrażenie jak by obserwował każdy ich ruch. Po chwili widoczne stały się już ruiny, które były otoczone niebieską aurą na powierzchni, której dało dostrzec się małe ładunki elektryczne. Wilk nagle cofnął się i uciekł w głąb lasu. Gdy podeszli bliżej Soren pierwszy raz od wyjścia z miasta przemówił do żołnierzy.
-Odejdźcie! Każdy kto podejdzie bliżej może zostać porażony, a z tego, co widzę to całkiem silne zaklęcie obronne.

-Głupi mag myśli, że jest wszystko wiedzący-odparł jeden z żołnierzy prostacko się śmiejąc. Soren zignorował to jakże idiotyczne zachowanie i dalej przyglądał się zaklęciu.
-Musiał to rzucić bardzo  potężny mag, aura jest naładowana magią, którą z tego, co wiem dysponują tylko …
Soren powstrzymał się od dokończenia zdania wiedząc, że żołnierze nie ucieszą się z wieści, które by usłyszeli. Chodziło mu o  Zakon Czarnej Róży, który założył sam Isarion, mistrz ojca Sorena, Vernesa. Zakon przez wiele lat chronił mieszkańców przed niebezpieczeństwami i magami, którzy chcieli użyć magii by osiągnąć władze. Wszyscy myśleli, że został rozbity i rozpadł dawno temu. Lecz magia, którą była przesiąknięta bariera wskazywała na to, że stworzył ją jeden z członków zakonu.
-Nie dam rady jej zdjąć, nie potrafię.
-Najwyraźniej król cię przecenił chłopcze – odparł oficer straży.
-Ta bariera nie może być taka mocna, patrz jak to się robi- krzyknął jeden ze strażników podchodząc do niebieskiej aury, unosząc swój wielki młot nad głowę i uderzając w nią.
W momencie uderzenia słychać było tylko wielki grzmot i dźwięk upadającego parę metrów dalej ciała strażnika. Dźwięk grzmotu powalił wszystkich na ziemie i ogłuszył na chwilę. Gdy wszyscy doszli do siebie poczuli smród spalonego ciała leżącego nieopodal nich. Ciało żołnierza było kompletnie spalone a bariera nietknięta.
Soren podszedł do bariery i przysiadł przy niej, przypomniał sobie to, co kiedyś wyczytał w jednej z ksiąg ojca. Dotknął bariery sprawdzając czy jest w stanie zdjąć za pomocą zaklęcia, lecz udało mu się ustalić, że można zrobić to tylko po części.
– Nie ściągnę bariery, ale mogę na moment wywołać w niej lukę, przez którą przejdziemy.
-A już myślałem, że sobie odpocznę – powiedział najgrubszy z żołnierzy.
-Nie ma czasu na odpoczynek wchodzimy za magiem!– Odparł oficer
Soren wystawił ręce przed siebie kierując je w kierunku żołnierzy łączący dłonie by tylko palec wskazujący i kciuk się dotykały. Nagle w barierze zrobiła się mała dziurka a z czasem, gdy Soren oddalał od siebie dłonie robiła się większa aż żołnierze wraz z nim przeszli przez nią.
-Dobra chodźmy – powiedział zmęczony używaniem magii Soren.
Weszli do ruin gdzie było kompletne ciemno, gdyby nie to, że oficer miał ze sobą pochodnie nie było by tam nic widać. Korytarze dawnej świątyni były kręte i zawiłe. Było czuć w nich tylko smród zgniłych ciał i rybiego odoru. Nagle kampania doszła do największego z pomieszczeń. Ujrzeli oni starca, który siedział i co dziwne…łowił ryby w zalanym pomieszczeniu. Soren wiedział, czego ma się po nim spodziewać, lecz niedoświadczony oddział ruszył na niego krawędzią pomieszczenia, która nie była zalana, mimo ostrzegawczego krzyku Sorena wszyscy rzucili się do walki. W momencie, gdy żołnierze byli już przy starcu, uśmiechnął się on lekko, odłożył na bok drewnianą wędkę i momentalnie zmienił w coś, co wyglądem przypominało węża i zanurkował pod tafle wody. Żołnierze stali osłupiali do momentu, gdy z wody nie wyskoczyło stworzenie dorównujące rozmiarem nawet trollowi górskiemu. Przypominało węża, lecz miało łapy i ostre pazury a ogon zakończony ostrym kolcem jadowy, którym po chwili przedziurawiło jednego z żołnierzy niemalże na wylot i z powrotem zanurkowało pod wodę. W tym momencie oficer postanowił ocalić resztę żołnierzy i krzyknął:
-Wszyscy odwrót- wskazał palcem w kierunku wejścia, przy którym został Soren,
lecz było już za późno, potwór zrzucił cały oddział do wody, która zalewała środkową części pomieszczenia. Wszyscy stali już po ramiona w wodzie, sytuacja ta była niczym wyrok śmierci. Potwór wciągał każdego po kolei pod powierzchnie wody. Ostatnim w kolejności został oficer, który już przy samym Sorenie wyłaniał się z wody, wszystko wyglądało na to, że mu się to uda, gdy nagle przed oczami Sorena wyskoczył potwór, który jednym kłapnięciem szczęk zjadł oficera na oczach chłopaka. Po chwili zaczęli wymieniać się z Sorenem spojrzeniami, żaden z nich nie chciał zaatakować pierwszy. Po chwili potwór znów zamienił się w starca. I odezwał się do Sorena:
-Nie wydajesz się groźny-powiedział
-Masz racje nie mam zamiaru cię atakować– odparł chłopak.
-To, po co przyszedłeś tu z żołnierzami?– Zdziwił się starzec.
– Król mi kazał, chce bym zdobył twój ząb.
– I oczekujesz, że oddam ci go tak po prostu?- Król zagroził, że zabije kogoś, kto jest mi bliski a twoje zęby z tego, co wiem szybko odrastają.
-Masz racje. Szanuje to, że zachowałeś szczerość wobec mnie wiedząc, że mogę zabić się w ciągu chwili.
Starzec odwrócił się i odszedł na kilka kroków. Nagle zatrzymał się i coś podniósł, był to śnieżno biały ząb- Oto twoja nagroda. Jeden ze strażników wybił mi go, gdy uciekał.
-Soren z widocznym obrzydzeniem schował do kieszeni ząb i kiwnął głową na pożegnanie  i podniósł dalej palącą się pochodnie już martwego oficera
-Bywaj chłopcze-odrzekł wodnik
Soren wyszedł z ruin tą samą drogą, którą się tu dostał tym razem bez konieczności używania magii. Zmierzał do miasta, w drodze do miasta zwrócił uwagę na wilka, który mu towarzyszył idąc parę metrów obok Sorena. Spoglądał na niego swoimi wielkimi żółtymi ślepiami jak by czekał na dogodny moment by rzucić się na chłopaka. Soren doszedł do bram miasta a wilk znów zawrócił w stronę lasu. Wchodząc do miasta usłyszał szepczących kupców, mówili o wydarzeniach z dzisiejszego poranka. Gdy ludzie widzieli Sorena szybko wbiegali do domów i zamykali się szczelnie, wszyscy byli przerażeni jak gdyby miał ich zaraz zabić. Soren przyspieszył kroku by dowiedzieć się od samego króla, co się stało. Gdy doszedł do ulicy prowadzącej do pałacu ujrzał najgorszy widok, jaki mógł sobie wtedy wyobrazić. Młody Ervin wisiał bez życia przed pałacem na świeżo zbitej z desek szubienicy. Obok stało wtedy aż 8 żołnierzy, którzy szybko rzucili się na Sorena i przygwoździli go do ziemi, z jego kieszeni wyleciał ząb, który dostał od wodnika. Soren czuł wtedy gniew, jakiego nigdy w życiu nie doświadczył, miał ochotę zabić wszystkich, których wtedy miał przed oczami. Jego krzyki były pełne bezradności, rozpaczy oraz gniewu. Usłyszał on nagle dźwięk schodzącego po schodach mężczyzny. Wiedział on, kto to jest, co napełniło go jeszcze większym gniewem. Ervin podszedł do Sorena i podniósł z ziemi ząb.
-Tylko to? Gdzie reszta kompani?– Odparł ze zdziwieniem. Moi żołnierze pewnie nie żyją jak zgaduje.
-On miał tylko 6 lat! Czemu on?!
-Myślałeś, że daruje ci używanie magii w MOIM kraju? Na moich oczach?
-Mogłeś mnie zabić, ale wolałeś zabić niewinnego chłopca?!
-Ty też zginiesz nie martw się. A teraz zabierzcie go do lochu!

Dwa dni później- Lochy zamku w Aragos

Czas spędzony w celi mijał Sorenowi wolno, minęły dwa dni a wydawało się jakby siedział to miesiąc. Lochy były zimne i pokryte mchem na ścianach, nie było to miejsce przyjemne. W powietrzu unosił się ciężki odór gnijących ciał i zdechłych szczurów. Soren był załamany śmiercią młodego Ervina, obiecywał, że mu pomoże nie ważne, co by się działo a teraz siedział tu, gdy zwłoki chłopca wiszą zbezczeszczone przed królewskim zamkiem. Siedział przy ścianie, łzy spływały mu po policzkach a ręce były ułożone bezwładnie na nogach. Nie mógł się ruszyć, nie miał na to siły. Czuł się wtedy jakby uleciało z niego całe życie. Jedyne, co mógł robić to płakać, był to widok niecodzienny. Pewny siebie, charyzmatyczny chłopak siedział teraz bezsilny i zalany łzami. Słyszał on śmiechy i rozbawienie strażników jutrzejszą egzekucją, lecz nie ruszało go to nawet przez moment jak gdyby przestał przejmować się swym żywotem. W pewnym momencie ujrzał małą czarną jaskółkę krzątającą się przed jego celą. Patrzyła na niego jakby chciała mu pomóc, lecz nie mogła, przekręciła lekko głowę nie przestając go obserwować i odleciała w stronę strażnicy znajdującej się za zakrętem kilka metrów od celi Sorena. Po chwili było słychać trzask łamanych kości i przeraźliwy okrzyk bólu. Soren słysząc te dziwne dźwięki podbiegł do krat celi i wypatrywał jaskółki. Nie było jej widać, Soren czekał na nią by przekonać się, co właśnie usłyszał. Nagle usłyszał dźwięk obijających się o siebie metalowych przedmiotów. Ptak w dziobie miał pęk stalowych kluczy. Przyniosła je pod celę Sorena jakby chciała mu je podarować. Chłopak, czym prędzej złapał za klucze i szukał odpowiedniego by otworzyć celę. Po chwili udało się, Soren był już wolny. Chciał spojrzeć jeszcze raz na jaskółkę i podziękować, lecz tej już nie było. Musiała odlecieć, kiedy szukałem klucza- pomyślał. Wychodząc z celi zobaczył za rogiem dwóch martwych strażników i powiedział sam do siebie:
-Ewidentnie zaklęcie, bardzo potężne.
Tuż obok nich leżała karteczka z napisem: „Spłaciłam swój dług, teraz jesteśmy kwita”  Soren już widział, kim była jaskółka i wilk, który mu towarzyszył w drodze do ruin.

Pół godziny później

Soren po wyjściu kanałem prowadzącym z lochów ujrzał miasto, ciemne miasto, oświetlone jedynie lekkimi płomykami pochodni rozstawionych na ulicach. Bez wątpienia był środek nocy, w tych rejonach była piękna. Nawet zmartwionego Sorena zdołała zachwycić. Gdy spojrzał w górę ujrzał setki gwiazd oświetlających bezchmurne i czyste niczym suknia z lnu niebo. Rozchodziły się równomiernie jak gdyby ktoś je starannie ułożył. Księżyc świecący najjaśniej wskazywał na letnią porę roku i krótkie niczym ludzkie żywota dni. Soren z zachwytu niemalże zapomniał o tym gdzie jest i co ma zrobić. Nagle wyrwał się z transu i udał się ku karczmie a raczej domostwu, z którym była połączona. Przemierzał główną ulice Aragos rozglądając się czy nikt go nie śledzi. Doszedł wreszcie do domostwa i pociągnął z klamkę we frontalnych drzwiach, lecz te były zamknięte. Postanowił, więc wejść oknem, które było uchylone na piętrze. Wszedł ona na dach budynku, roztrzęsiony tym, co stało się z jego młodym przyjacielem nie patrzył pod nogi i nie trafił nogą na stare już dachówki i zawisnął między budynkami robiąc więcej hałasu niż rozpędzony bawół. W ostatnim momencie złapał się dachu karczmy, podciągnął się szybko i wskoczył przez otwarte okno by nikt go nie zauważył. W domu panował ogromny bałagan i chaos, wszędzie było widać porozrzucane ubrania oraz panował w nim duszący wręcz zapach alkoholu. Soren robiąc ciche, ale długie kroki próbował przedostać się do sypialni. Nagle wychodząc do pomieszczenia łączącego salon z sypialnią poczuł uderzenie z niewiarygodnym impetem w lewą cześć szczęki. Uderzenie powaliło go na ziemi i zdołało oszołomić go do tego stopnia, że straciło on przytomność. Po 5 minutach obudził go drugi cios, tym razem lżejszy i w prawą cześć szczęki. Ujrzał on nagle twarz swojego przyjaciela Ersena wołającego do niego:

-Obudź się! Boże zabiłem go! Ludzie ratujcie!
-Zamknij się… – Ledwo wydusił obolały Soren.
-O matko ty żyjesz! Słyszę ktoś mi się do chałupy włamuje to lecę żeby go przepędzić, nagle wylatuje mi przed twarzą to uderzam kutasa w ryj i patrzę a to ty leżysz na ziemi i nie odpowiadasz.
-Jak mam odpowiadać jak jakiś skurwiel uderza mnie znienacka w ryj?!
-Dobra, ryj nie kufel nie rozbije się. Wstawaj i opowiadaj, co w środku nocy u licha robisz w moim domu?
-Tak przychodzę się przywitać…
-Wczoraj cię chcą wieszać a dzisiaj na herbatkę wpadasz?
-Pomóż mi wstać to ci wszystko opowiem.
Ersen wyciągnął rękę po obolałego Sorena i zaprowadził go do stołu, na którym leżały resztki kolacji z dnia poprzedniego.
-To opowiadaj, co się dzieje, że tu jesteś a nie w celi czekając na egzekucje?
-Moja stara znajoma postanowiła się odwdzięczyć w najlepszym z możliwych momentów.
-Dobra to, czego chcesz ode mnie?
-Potrzebuje trochę zapasów. Głównie prowiant i wodę
-Oczywiście, wiesz, że na mnie zawsze możesz liczyć, ale co dalej? Gdzie chcesz się udać?
-Jak na razie chce się trzymać z dala od tego miasta. Pojadę, więc na północ, spróbuje skontaktować się z innymi magami.
-A ja? Co mam mówić kiedy zaczną cię szukać?
-Że się nie widzieliśmy, zapomnij o tym spotkaniu.
-Kiedyś cię zabije…- Odparł Ersen
-Nie dzisiaj mój przyjacielu- z uśmiechem dodał Soren.

 3 Godziny później

-Wziąłeś wszystko?
-Chyba tak.
-Dobra, nie będę cię zatrzymywał. Tylko nie daj się zjeść.
-Znasz mnie, nie szedłbym na śmierć.
-Czekaj chwile. W stajni nie opodal miasta jest mój koń. Poczciwa czarna kobyła, nazwałem ją Donna na cześć mojej pierwszej miłość. Ta to miała…
-Ekhem!
-A no tak zapomniałem. Dawno nie wiozła nikogo na garbie, ale jest szybka niczym letnia burza- zaśmiał się Ersen. Koń w rzeczy samej!- Szybko dodał.
-Soren lekko się zaśmiał i dodał- Dzięki przyjacielu, Nie daj się temu kutasowi, który siedzi na tronie. Wkrótce zapłaci za swoje grzechy.
-Bywaj -Odparł z powagą Ersen.
-Bywaj przyjacielu.

Soren wyszedł przez drewniane drzwi i szybkim, lecz cichym krokiem udał się w stronę bramy miasta. Strażnicy przy bramie jak to bywało  ich zwyczaju spali na warcie, więc wyjście z miasta nie było dużym problemem. Przy bramie spał niski i gruby strażnik.Soren przekradł się miedzy budynkami zachowując przy tym spokój.Postanowił przecisnąć się między wielkimi metalowymi kratami, która były opuszczone na dół jak to zwykle bywało w nocy. Soren po chwili przeciskania się był już prawie po drugiej stronę. Nagle usiłując wciągnąć lewą nogę na drugą stronę bramy zahaczył on o strażnika, który gwałtownie wyrwał się i aż podskoczył. Soren zachował spokój i wyszeptał po cichu zaklęcie robiąc poziomy ruch ręką przed twarzą strażnika. Strażnik zapadł w sen, było to zaklęcie usypiające. Jedno z podstawowych zaklęć, Soren przypomniał sobie, gdy będąc małym chłopcem wyczytał je w jednej z ksiąg ojca, która nosiła nazwę „Podstawy magii obronnej”. Ojciec, Sorena, jako królewski doradca nie mógł często być w domu.Zawsze popierał zainteresowanie syna magią w przeciwieństwie do jego matki, która za każdym razem, gdy widziała go z książką w ręku pouczała go o niebezpieczeństwie, jakie niesie magia. Uważała, że jest za młody na używanie magii.Gdy tylko ojcu Sorena udało się być w domu zabierał on syna do lasu, przy którym znajdował się ich rodzinny dom i ćwiczył z synem rzucanie czarów tak, aby mama małego Sorena tego nie widziała. Soren szybkim krokiem szedł przed siebie, udając się na północ do stajni, w której czekał na niego koń Ersena. Przechodził on obok lasu, który był tuż przy mieście. O tej porze nawet zwykły zbitek drzew był wstanie przerazić Sorena, w dodatku z oddali było słychać wrzaski jakiejś kobiety. Nagle w oddali zauważył grupkę ciężko opancerzonych żołnierzy, najprawdopodobniej był to pluton egzekucyjny. Wśród nich była kobieta z dzieckiem na rękach, było to jeszcze niemowlę. Kobieta głośno płakała i krzyczała, że nie odda im swojego syna. Soren widząc to postanowił ukryć się za  drzewem, czekać na dalszy ciąg wydarzeń i przysłuchiwać się całej sytuacji.
-Trzymajcie ją a ja poderżnę małemu gardło-Krzyczał jeden z żołnierzy.
-Proszę nie róbcie mu krzywdy!
-Oduczymy cie spiskować przeciwko królestwu!- Wtrącił jeden z żołnierzy trzymających kobietę.
-Nic nie zrobiłam! Jestem niewinna!
– Dawać go tu!
Jeden z żołnierzy wyrwał dziecko z rąk kobiety i pchnął ją w stronę drzewa z tak dużym impetem, że uderzyła w nie głową. Kobieta wydawała z siebie okrzyki rozpaczy i usiłowała się wyrwać z rąk swoich oprawców. Największy z nich kazał kobiecie zamilknąć, kobieta nie chciał tego zrobić upominając się ciągle o oddanie jej dziecka. Jeden z żołnierzy rozbiegł się i zdzielił kobietę w twarz. Kobieta uspokoiła się a po jej wargach zaczęła spływać krew. Siłą postawiono na nogi i kazano patrzeć, co robią z jej dzieckiem.
-Patrz dziwko jak twój bękart umiera! -Wydarł się największy wyciągając ostry sztylet z pochwy i przyłożył to szyi dziecka. Gdy chciał zacząć już pociągać ostrzem po szyi niemowlęcia poczuł  mocne uderzenie i ostrze z tyłu głowy. Upuścił on niemowlę i bezwładnie upadł na ziemie. W głowie widniało ostrze do rzucania a kilka metrów dalej stał Soren. Na jego twarzy nie było widać emocji, wyprostowany wpatrywał się w żołnierzy.
-Spierdalać stąd…Już!
-Błagam, zostaw nas w spokoju!- Wykrzyczał jeden z uciekających w kierunku miasta żołnierzy.
-Nienawidzę królewskich kundli (…)- Dodał stąpając po ciele martwego mężczyzny zdenerwowany Soren. Zrobił on kilka kroków w przeciwną stronę do płaczącej kobiety trzymającej na rękach swe dziecko.
-K…Kim ty jesteś?!- Wykrzyczała.
-Bękartem z Nervsten-odpowiedział ze zdenerwowaniem.

Bez kategorii

Witold Tylkowski – PO PROSTU

268 Wyświetleń

Przejść życie z jedną walizką,
żyć pełną piersią, zawsze chwilą,
to jakby mieć pod ręką wszystko
i dokądkolwiek ważny bilet.

Nie zatrzymywać się w wahaniach,
być świadom niepowtarzalnego uroku.
Kochać każdy mebel mieszkania,
cenić tę ciszę, co daje spokój.

Spalić pożółkłe już kalendarze,
przekrzywić obraz na ścianie.
Nie poddawać się bożej karze
za w sprawy swoje wmieszanie.

Świadomie siadać z każdą nocą
stoickim spokojem do pokera.
Nie pytać szaleństwa nigdy „po co?”
Pokochać cenną duszę szulera.

Zaglądać czasem do walizki,
by nie zalęgły się kalendarze.
Zapomnieć w mig o wszystkim,
ufnie czekając, co się okaże.

Kiedyś odejdziesz z tą jedyną
starą, wysłużoną, wierną walizką.
Na dnie jej znajdziesz po prostu miłość
i pojmiesz, że masz w niej wszystko.

Bez kategorii

Antoine Xave – Tautogram S#2

208 Wyświetleń

siadłem
skrzydła spętane
skubiąc starannie
spleciony sznur
szyję spowijał
sumieniem
splugawionym
stal skroń
strapioną smyra
symfonia strachu
spust …strzał
słodkim smakiem
spokoju strugi
spływając
skończyły służbę
sen stwórcy
spełniony
spadłem
siedzę…
skrzydła spętane
skubię starannie
sześćset sześćdziesiąty szósty
stan świadomości

Bez kategorii

Gabriela Tyńska – Sztuka współczesna

190 Wyświetleń

Był to, zdawałoby się, kolejny nudny dzień upalnych wakacji. Jednak pomimo temperatury znacznie wyższej, niż zapowiadały pogodynki, w gmachu głównym muzeum narodowego od samego jego otwarcia ilość ludzi przekraczała sumę odwiedzin chyba nawet z ostatniego półrocza.

Powód? Zupełnie błahy. To znaczy, wcale niebłahy dla wszystkich tych, którzy przeciskali się w mrówczym tłumie, by na własne oczy zobaczyć… To.

Na rynku sztuki, mającym już niemało lat na karku pojawił się nieznany dotąd nikomu debiutant i wystawił swoje dzieło głodnym oczom tak i pasjonatów, koneserów, jak i zwyczajnych laików. Osiągnął swój cel już po pierwszym odwiedzającym, który pędząc korytarzem niby goniony przez samą śmierć wpadł do odpowiedniej sali i… Krzyknął.

Zwabieni tym odgłosem maruderzy, nie tak szybcy, w moment do niego dołączyli, a kiedy stanęli przed ścianą, na której nieznany dotąd przedstawiciel młodej krwi sztuki kazał zawiesić swój obraz… Zamarli.

Ani okrzyk, ani ów paraliż nie bynajmniej był wywołany przez porażającą doskonałość intelektualnego przekazu, wyznaczony nowy tor dla wszechobecnej sztuki abstrakcyjnej, czy też wizerunek kolejnego czarnego kwadratu na białym tle, który wycenia się na tysiące dolarów.

Był to obraz, owszem. Akwarela na płótnie. Nie jakaś strasznie duża, ani też nie mała – wystarczająca, by zobaczyć wszystkie elementy kompozycji, nie wciskając nosa w dzieło.

Zaraz w sali podniosły się okrzyki pełne oburzenia:

– Jak ktoś mógł wymyślić coś tak okropnego?

– To plama na honorze współczesnej sztuki!

– Ne mogę na to patrzeć! Nie mogę zastanowić się nad przekazem, bo tutaj go nie ma!

– Gdzie są talerze? Niech ktoś powiesi talerz na ścianie!

– Albo postawi na środku krzesło bez jednej nogi pomalowane na czarno!

Wśród zebranego ciasnego tłumu jedna postać odstawała od reszty. Nie tylko przez fakt, że stała z boku, na samym brzegu rzeki niezadowolonych ludzi. Była naga i skrzydlata. Miała skrzydła, duże i białe, a nie posiadała głowy. Pomimo tego widziała wszystko doskonale. Widziała, jak dzieło nieznanego dotąd malarza-artysty wywołuje jedną z największych kontrowersji ostatnich lat. Zaraz jednak, kiedy w sali zrobiło się jeszcze bardziej tłoczno – każdy był głodny sensacji, zwłaszcza na tle sztuki – gdzieś w miejscu, gdzie powinny znajdować się usta, rozległo się ciche, ale niezadowolone westchnienie, po czym tajemnicza postać opuściła ciżbę, niezauważona przez nikogo.   

A co przedstawiał obraz?

Stół. Duży, ciemny, z dębowego drewna. Starannie nakryty kraciastym obrusem. A na stole duża szklana misa z owocami. Różnymi – dwoma jabłkami, pękatą gruszką oraz bananem. Na szczycie owocowej piramidy zaś widniało coś… Coś nietypowego, dziwnego. Prostokątny i czarny kształt, namalowany idealnie w centrum.

Tytuł natomiast brzmiał: „Martwa natura ze smartfonem”.

 

Bez kategorii Poetica

Wizja raju [audio]

279 Wyświetleń

Zapraszamy do sprawdzenia nowej inicjatywy skierowanej – póki co – do naszych poetów. W ten dzień zaduszny zapraszamy szanowne Audytorium do wysłuchania wiersza Pawła Sieradzińskiego, pod tytułem „Wizja raju”. Co prawda, premierę mieliśmy zaplanowaną na kilka dni do przodu, ale korzystając z okazji tego specyficznego (i według niektórych magicznego) okresu w roku, przesunęliśmy ją na dziś.

I na wyraźną prośbę wierszoklety Pawła 🙂

Tym samym pragniemy poinformować, że co jakiś czas na łamach Abyssos będziemy publikowali twórczość-twórców powiązanych z Abyssos. Za tydzień w środę kolejny utwór!

 


 

Realizacja: attic studio

Autor: Paweł L. Sieradziński

Czyta: Michał J. Sobociński



„Wizja Raju”

Legendarna Dobrowina, to Nowina! Hej Nowiny!
Bądź pozdrowion Dobry Ojcze Światło Świata w Dzień Zachwytu
Grzmot radości w mej tęsknocie pojednawcze chwyta dłonie
Komplementy – skarby żyzne roztaczają smugi wdzięczne

Kiełkujące z traw dzwoneczki migotają nieprzerwanie
Parze pereł całkiem nago obnażają swoje serca
Ktoś bezwstydnie gra na lutni… to zelfiony anioł – świetlik
Na łabędzich skrzydłach tkane melodyjne są piosenki

Orzeźwione eliksiry rozdawane są, by wzrosły
W kwiatostanach ludzkich źrenic, bratnie: „Dzięki!… wielkie dzięki!”
Hej miłujmy się jak dzieci! Stwórzmy okrąg, niech zapłonie!
Niech zapłoną wszystkie miejsca i zakątki z morza wspomnień

Spacer mgielny nad Przeźroczem bywa miękko – leciuteńki
Właśnie przyszedł doręczyciel, by wiatr zrodzić i dopieścić
Łany Szczęścia i poezji rumienieją się w ogrodzie
Każdy brata chce pozdrowić, rozanielić w swej prostocie

Wyniesiona na piedestał lazurowa, czysta cisza
Lazurowe myśli – słowa dotykają uroczyście
Każdy gniazdko ma w nadziei wyznaczone przez skowronka
Każdy śpiewa cześć Poezji, tak szczęśliwej, tak wysokiej

Najwidoczniej to pamiątka po miłosnym weseleniu
Ta kreacja wieloświetlna niestrudzenie śpi w odkryciu
Tak dziewicza rzeka mleka opatula swą pierzyną
Tak łaskawa, biało – złota nieopatrznie daje młodość

Nie ma czego już wybaczać, każdy na wskroś widzi Duszę
Każdy lustrem jest dla innych: miodem i ostatecznością
Błękit sączą z warg bliźniego wszystkie Dusze w tym ogrodzie
Kwitną wszędzie róż – intencje, by lirykę w bez – czas wchłonąć

Gorejące wrota dreszczy to pogłoska modlitewna
Ktoś przechodzi właśnie przez nie – tajemnica się wypełnia
Ranga miejsca nuci czystym, nieodpartym westchnień stanem
Ta tęczowa serc kraina świetli Duchy miłowane

Ta przedziwna REWELACJA(!) sens ekstazy uwidacznia
Ona arką darowania, rodowodem objęć tańca
Oświecenia dekad krople dają piękne łez odczucie

Łez nieziemskich, takich które do przyjaźni są zachętą
Jednocześnie na obłokach łanie pyszne listki sączą
Wszystko płynie w tym bezmiarze uzdrowieńczą młodzieńczością
Wianki, płatki i bukiety wypływają poprzez fale

 

Duch wciąż się wznosi i bursztynieje… jakże przedziwne są jego dzieje
Jakże cudowna skraplana rosa…. wszystko jest cudem i uwielbieniem
Na deser właśnie podają wiśnie, soczyste pąki i chleb maślany
Sekrety starej arcykomnaty brzmią jak wytwory błysków odświętnych
Tu każda lekcja odnotowana, aria zwycięstwa nie drąży końca

Niepojmowalne na Ziemi próby człowiek już widzi odzwierciedlone
Przeistoczenie wyzwania w błogość otwiera oko na Boże Dary

Paweł Leopold Sieradziński