Category -

Oculum Mundi

Oculum Mundi

Paweł R. Ofiarski – We krwi prawda cz. 1

161 Wyświetleń

   Stauf spoglądał w stronę coraz bardziej narastającego stosu chorągwi, które padały u stóp doży, Ofierna oraz jego. Starożytny zwyczaj nakazywał, by po wygranej bitwie zliczyć pokonanych. Wedle podań, kiedyś robiono to przynosząc do stóp zwycięzcy jakąś część ciała pokonanych wrogów, czy to uszu, dłoni, a nawet głów. Z czasem w tej tradycji zaczęły zachodzić nieco bardziej cywilizowane zmiany i poczęto wyliczać, ile wrogich oddziałów rozbito w czasie bitwy. A że każdy oddział miał swój własny proporzec i obowiązkiem chorążego była ochrona chorągwi do śmierci, jego zdobycie przez wroga miało stanowić o porażce danej formacji. To co jednak najbardziej Staufa zmuszało do refleksji to znajomość heraldyki, co w efekcie kończyło się identyfikacją poległych szlachciców i często wspomnień z nimi związanych. Dwa białe konie, zwrócone do siebie, na czerwonej tarczy: ród von Zelzen, na chrzcinach którego jeszcze dwa lata temu pił wino, czarny niedźwiedź na żółtym polu: von Pir, z członkiem którego pięć lat temu wygrał turniej w Tenderheim. Ile szlacheckiej krwi tu poległo z powodu byle łyczka, któremu zachciało się wykazać wyższość nad innymi, taka luźna myśl przechodziła przez głowę Staufa.

            Gdy tylko w czasie bitwy doszedł potężny okrzyk Gryfonów „Huza!”, Otto już wiedział, że za chwilę poleje się morze krwi. Z lasu zaczęli wyjeżdżać jeźdźcy, którzy szybko zaczęli nabierać rozpędu, by uderzyć w stronę cesarskiego rycerstwa. Impet był potężny, a nad polem bitwy rozległ się odgłos umierających koni. Gryfoni jednym uderzeniem niemal rozbili w całości wysłaną przez cesarskich jazdę. Stauf wiedział, że widzi to też Schwalzwalde i szybko ruszy w sukurs resztce swoich oddziałów. Otto nie pomylił się: nad polem bitwy rozległy się śpiewy modlitewne zakonników, wzywających Polemo, czy jak mówią na niego na północy, Belladona o wsparcie w swoich czynach. Na czele jechał osobiście wielki komtur zakonu Gorejącego Słońca, co tylko podnosiło morale szarżujących. Naprzeciw nich znów wyszła lekka kawaleria, która ponownie zdołała się przegrupować, korzystając z tego, że zakonnicy zajęci byli walką z Gryfonami. Tym razem impet uderzenia był znacznie większy i mocno przerzedzili liczebność kawalerzystów, omal nie zdobywając chorągwi Staufów. Aby do tego nie dopuścić, wysłano na ratunek piechotę, która miała zawiązać walką zakonników do czasu, gdy jazda ze wschodu przygotuje się do kolejnego natarcia. Szybko zawiązali ich walką, by nie dopuścić, by rycerstwo cesarskie samo zdecydowało się ponowić szarżę. W międzyczasie, udało się obronić chorągwie, którą po śmierci chorążego przejął Castor von Wulfhof i bronił jej, mimo ran. W końcu, Gryfoni zdołali się przygotować do szarży i uderzyć na zakonników, ostatecznie zamykając bitwę zwycięstwem Republiki. Po obu stronach padło wielu, nie mniej, największe straty miało cesarstwo, włącznie ze śmiercią wielkiego komtura.

            Tego samego, którego główna chorągiew spoczęła jako ostatnia na stosie innych. Na niej dwóch mężczyzn położyło na noszach ciało Sigfrida von Schwalzwalde. Jego zbroja i płaszcz były pokryte krwią poległych w czasie bitwy, a śmiertelny cios został zadany pod pachą. Sądząc po ilościach dziur, Stauf zdołał wydedukować, że cios wyszedł z rąk wideł, a więc prawdopodobnie zabił go zwykły piechur. Niezbyt godna śmierć dla szlachcica. Inaczej jednak musiał sądzić doża Tepper, który spoglądał na ciało wielkiego komtura z wielkim zadowoleniem.

– Oto proporzec i ciało tego, co myślał, że jest ponad wszystkie mocarze – rzekł Ofiern, spoglądając na ciało.- Człek, choć gwałtowny, znał rycerskie rzemiosło i winno się okazać mu należyty szacunek i pochować ze wszystkimi honorami.

– Prawdę rzeczecie, panie hetmanie – powiedział Stauf pełen powagi. – Ale wciąż tylko ciało i chorągiew. Niedługo uszyją następną i dadzą tytuł nowemu zakonnikowi, który przejmie jego obowiązki. Winniśmy zostawić kwestię pochówku na później i rozmyślać, co dalej. Panie Tepper, jakieś sugestie?

– Poślemy posłańców do cesarza, by wymusić na nim wycofanie się swoich sił z naszych ziem – powiedział doża. – Wyślemy mu także te chorągwie, by wiedział, że mamy na tyle sił, by się z nim zmierzyć.

– To świetny pomysł – pokiwał głową Stauf, a Wolfgang skinął głową z lekkim uśmiechem. – Jeśli chcemy jeszcze bardziej go rozjuszyć. Jak to mawia stare przysłowie, obetniesz głowę hydrze, wyrosną dwie następne. Wysyłając emisariuszy, będzie to świadectwo, że to my jesteśmy stroną słabszą i chcemy pojednania, a tymczasem to z ich strony powinno wyjść takie poselstwo. Dodatkowo, dzięki chorągwiom będą w stanie wykalkulować ile sił trzeba, by nas ostatecznie rozbić. Stąd mam inną sugestię.

– Mówcie – powiedział doża, ruchem ręki dając wolność wypowiedzi Staufowi.

– Lekką kawalerię wyślemy na północ, by sabotowała wrogie ataki strategią uderz i uciekaj, obniżając morale. W międzyczasie, w miastach niech trwa zaciąg mieszczan. Przydadzą się w trakcie późniejszych bitew. Teraz, gdy zakonnicy zostali pokonani, trzeba się zmierzyć z głównymi siłami, a ją stanowi głównie piechota. Dojdzie pewnie do oblężeń, to też trzeba się skupić na odpowiednim ufortyfikowaniu miast.

– Zapewne cechy nie odmówią wystawienia swoich sił do obrony murów – zapewnił doża, w co nawet Stauf nie wątpił. – Zastanawia mnie, czemu jednak taka nagła zmiana strategii? Wcześniej byłeś waćpan  przeciwny zamykaniu się w twierdzach i miastach.

– Prawda li to – przyznał Ofiern. – Tam nie będziemy w stanie wykazać swego rycerskiego kunsztu jako znakomici jeźdźcy.

– Z całym szacunkiem, panie Tepper, gówno wiecie o strategii – Stauf zauważył, że twarz doży zrobiła się czerwona ze wściekłości. – A wy, hetmanie, o siłach cesarstwa. Z całego kraju zaleje nas piechota, która wie od wieków, jak należy walczyć z ciężkozbrojnym rycerstwem. Piki, które noszą, mają długość nawet do czterech metrów. Ustawione w formacji jeża będą trudniejszym przeciwnikiem dla jazdy aniżeli sama kawaleria, gdyż zwierzęta, niezależnie jak dobrze wytrenowane, nie powtrzymają naostrzonego grotu, który wbije się w szyje zwierzęcia i zupełnie unieruchomi jeźdźca.

– A co z lekką jazdą, hm? – dochodził dalej doża, wstrzymując się od wściekłości. – Nie będzie w stanie wymanewrować wroga i zmusić go do ataku?

– Nie – zaprzeczył Otto, ciężko wzdychając, że musi wykładać takie podstawy. – Po pierwsze, odniosły duże straty. Z dziesięciu chorągwi, zostały tylko cztery, nie licząc Wilców, co daje nam siłę czterech tysięcy ludzi. To żadna siła. Lepiej wykorzystać ich do demoralizacji wojsk a nie na pole bitwy. Wilcy zaś lepiej by zaczęli kąsać tyły, grabiąc, paląc i gnębiąc ludność sąsiadujących księstw. Po drugie, na polu bitwy ciężej będzie ustawić pułapkę dla piechoty, która porusza się w szyku. A tak dobry dowódca, jakim jest Marszałek Raizner, który ma dowodzić cesarskimi wojskami, wie, jak przygotować się do odparcia pułapki.

            Otto spoglądał kątem oka na dożę, który słuchał tego wszystkiego jak bajki starego rycerza: z pełnym podziwem, cząstką niezrozumienia i wielką niecierpliwością. Wiedział, że oczekuje od Staufa dalszych informacji, nie mniej nie miał zamiaru się z nimi dzielić. Odsłonięcie zbyt wielu kart może spotkać przykry koniec każdego. A póki co, nie miał zamiaru kończyć swojego żywota i kariery. W przypadku Ofierna doradca wojskowy dostrzegł, że ten rozumie o co mu chodzi, ale miał wrażenie, że hetman spogląda na niego z dozą lekceważenia. Otto wiedział o co mu się rozchodzi. Pavel Ofiern pochodził z bardzo starej atrynijskiej rodziny szlacheckiej, która niejednokrotnie miała w dłoni buławę hetmańską, a jego przodkowie zawsze dowodzili w największych wojnach, w których brała udział Atrynia. Wierzył w niemal zapomniane przez cesarstwo cnoty, a jedną z nich była rycerskość, którą przekładano na pole bitwy. A że rycerz składa się z jeźdźca i konia, to brak jednego z tych elementów sprawiał, że przestał istnieć. To pozornie i głupie porównanie było dla Atrynijczyków bardzo ważne, gdyż słynęli ze swojej jazdy i dzięki niej górowała nad resztą państw, to też pozbawienie ich tego atutu znacznie temperowało ich pewność siebie. Pozbawienie Ofierna możliwości wykazania się swoją jazdą mogło uchodzić za zhańbienie go. Ale w głębi duszy Otto wiedział, że hetman zdaje sobie sprawę, że Stauf ma rację, to też nie robił z tego awantury.

–  A więc obrona miast – przyznał doża, klaszcząc raz dłońmi. – Wyślę wieści do najważniejszych miast republiki, by cechy zaczęły się zbroić. Nie mniej, uczynię to dopiero po uczcie.

– Uczcie? – wzrok Staufa gwałtownie przesunął się w stronę Teppera. – W tym momencie?

– Oczywiście – stwierdził zadowolony z siebie doża, zarzucając do tyłu teatralnie płaszcz. – Cóż lepszego będzie nad napawaniem się zwycięstwem przy kielichu wina, akompaniamencie muzykantów wprost z Akademii Sztuk Pięknych wraz ze wszystkimi tymi, którzy przyczynili się do zwycięstwa w tej bitwie.

– Mądrze Pan prawi – Ofiern kilka razy kiwnął głową na znak aprobaty. – Nic tak nie smakuje po bitwie jak dobra biesiada.

– Postanowione – zakrzyknął Wolfgang, odwracając się piętą w stronę obozu. – Stauf, tuszę, że się również pojawisz i nie będziesz podpierał namiotu.

– Oczywiście, że przybędę – odpowiedział chłodno Otto, kłaniając się mijającemu go hetmanowi, który odwzajemnił grzeczność. – Wpierw sprawdzę co z wojskami i zrobię porządek z tym ciałem i chorągwiami.

            Doża nic nie odpowiedział, gdyż zadowolony oddalił się, nucąc jakąś wesołą melodię. Otto westchnął głęboko i machnął w stronę dwóch gwardzistów republiki, którzy wyznaczeni byli do przynoszenia chorągwi, wskazując na ciało wielkiego komtura. Ci uderzyli tylko pięścią w płytowy kirys na znak potwierdzenia rozkazu i zabrali ciało z dala od Staufa, który i tak zaczął się oddalać od gwardii. Niedaleko niego stali jego osobiści strażnicy, chociaż bardziej można byłoby ich nazwać członkami jego armii. Co prawda, z racji stanowiska, Stauf miał przywilej korzystania z gwardii doży, to pewniej się czuł w otoczeniu własnych żołnierzy. Ci mężczyźni, wyposażeni w  pełne kolczugi, stożkowate szyszaki i płaszcze z herbem rodowym Staufów, gdy tylko zobaczyli swoje pryncypała zasalutowali. Otto odwzajemnił się skinięciem głowy, pewnym krokiem ruszył w stronę namiotów, by osobiście sprawdzić nastroje wśród wojska. Zaraz za nim ruszyli jego ludzie w liczbie sześciu.

            Stauf w otoczeniu swoich żołnierzy zszedł z pagórka, na którym mieścił się namiot narad, w którym przed bitwą przygotowywali (czy raczej on przygotowywał) strategię bitwy i skierował się do obozu poniżej. Z góry wyglądało to, jakby na równinie stanęło nowe, potężne miasto zrobione z wielokolorowych namiotów, zarówno o tradycyjnym, trójkątnym kształcie, jak i w formie pawilonów, które były zarezerwowane głównie dla szlachty, dowódców poszczególnych oddziałów i co bogatszych najemników. Szczególną uwagę zwracały te o czerwonych barwach, odseparowanych od pozostałych, a które zamieszkałe były przez Gryfonów. Wejście do tej części obozu było pilnowane przez samych rycerzy ze wschodu, jakby chcieli się odróżnić od zwykłego żołdactwa. Jeszcze przed bitwą dochodziło do wzajemnych przepychanek między atrynijczykami, a pijanymi żołnierzami republiki, które omal nie skończyły się na wewnętrznej bitwie. Szczęśliwie, skończyło się na kilku ciężko rannych, a ludzie w porę się opanowali, gdy zobaczyli Staufa z uzbrojonych w pełne płytowe pancerze gwardzistów Norithoru, gotowych oddać strzały z kusz w stronę niesubordynowanego wojska. Podobnie uczynił też Ofiern, jednak mając za sobą grupę Wilców, którzy czekali tylko na pretekst by ulżyć komuś z życia. Obecnie jednak nie dochodziło do żadnych wewnętrznych konfliktów. Ludzie zajęci byli radowaniem się po zwycięskiej bitwie, śpiewając sprośne piosenki, otwierając beczki z piwem i rozpalając ogniska, na których dzisiejszej nocy upieczony będzie nie jeden świniak. W końcu dał rozkaz kwatermistrzom, by w chwili zwycięstwa nie ograniczali jadła dla żołnierzy. Niektórzy czyścili swoją broń i pancerze, inni zszywali uszkodzone ubrania i skórzane zbroje, które nosili. Jednak, gdy tylko Stauf postawił nogę w obozie i zaczął przez niego przechodzić, żołnierze zaczęli wiwatować na część Norithoru oraz samego Ottona, podnosząc do góry swój oręż i pięści. Co ciekawe, nikt nie wzywał imienia doży, co przeświadczało Staufa, że żołnierze wiedzą, komu tak naprawdę zawdzięczają zwycięstwo. Doradca wojskowy republiki żałował jedynie, że nie robią tego ci, co znajdowali się w drugim i trzecim obozie. Ten drugi to był obóz jeniecki, w którym przetrzymywano pojmanych wrogów. Część z nich była to szlachta i zakonnicy, którzy zdołają się wykupić z rąk doży (a Stauf wiedział, że Tepper bardzo chętnie przygarnie ich denary), a pozostała część to zwykli poborowi i czeladź, którzy mogli liczyć na łut szczęścia, że ich panowie o nich nie zapomną lub będą zmuszeni do pracy w charakterze przymusowej służby w obozie, chyba, że zdecydują się zmienić stronę. Tak to zwykle robi się z najemnikami, którym proponuje się walkę po ten zwycięskiej stronie. Jeńcy nie cieszyli się na zwycięstwo i z tamtej strony nie dochodziło nic poza szczękami pancerza pilnujących więźniów. Trzecia część obozu nie była taka cicha, ale odgłosy dobiegające z tamtej strony raczej wskazywały, że dla niektórych bitwa wciąż trwa. Był to lazaret, gdzie opatrywano rany. Z czego opatrywanie było stwierdzeniem nad wyraz niepoprawnym. Medyków było mniej niż rannych, to też prowadzono selekcję. Tych, co mają największe prawdopodobieństwo przeżycia opatrywano jako pierwszy, a potem resztę. W przypadku tych drugich kończyło się to często na amputowaniu kończyn bądź też, w przypadkach bardziej krytycznych, po prostu uśmiercaniem. Oczywiście, medyk to też człowiek i odpowiedni dźwięk w sakiewce mógł nieco przyspieszyć sprawę, stąd niekiedy lazarety zmieniały się w aukcje ludzkim życiem. Było to przerażające, ale jednocześnie jakże ludzkie. Stauf tego nie potępiał. Sam tak robił wielokrotnie, a wiedział, że i jego ranny, były zięć, Castor von Wulfhof, też poczynił w tę stronę jakieś kroki.

            Gdy tylko obszedł większość obozu, ukontentowany morale żołnierzy, zaczął kierować się w stronę swojego namiotu, by odpocząć i przemyśleć następne kroki. Mieścił się on na pagórku w samym centrum obozu i był otoczony namiotami swoich najwierniejszych żołnierzy. Ufał im bardziej niż swojej rodzinie, to też tylko wśród nich czuł się najpewniej. Skinął jeszcze kilku żołnierzom i ojcowsko niejednego poklepał po ramieniu, wykazując podziękowanie za dobrą walkę, by dość do swojego namiotu. Tam, oprócz czekających go wojsk, czekało jeszcze dwóch mężczyzn, których Stauf znał bardzo dobrze. Jeden z nich, ubrany w czarny dublet i białą koszulę z koronkami na rękawach, opierał dłoń na szabli. Mimo, iż mężczyzna nosił broń typową dla Atrynijczyków, nie pochodził z tego królestwa na wschodzie. Dowodem były czarne włosy, zaczesane w kitkę, gdy tymczasem w Królestwie Atrynii nosi się krótkie włosy, a także wyszyty na piersi herb Marchii Walsberg, części cesarstwa leżącej na północnym wschodzie. Drugi mężczyzna był ubrany w bardziej krzykliwy strój, składający się z żółtego kaftana i czerwonych spodni, zaś za pasem zwykły miecz jednoręczny. Na piersi miał wyhaftowaną tarczę o pięciu czerwonych słupach oraz postaci mężczyzny z dzbanem i lwa, który w całości tworzył herb Księstwa Flavoux, leżącym na południowym wschodzie i najbliżej granic z Republiką Norithoru. Na dodatek, mężczyzna był rudy, co w cesarstwie uchodziło za przejaw głupoty. Ten mężczyzna jednak był zaprzeczeniem tego mitu.

            Wszak obaj byli ambasadorami na dworze w Norithorze, a na takich nie wybierano głupców. Zazwyczaj.

Podczas, gdy całe cesarstwo rzuciło się na Republikę jak wściekły pies, to tylko dwa księstwa nie stawiły się na wezwanie cesarza: Marchia Walsberg i Księstwo Flavoux. To pierwsze chroniło się tak zwanym Pax Walsi, które pozwalało im nie brać udziału w walkach w chwili, gdy terytorium dowolnego organu państwowego przechodzi przez kryzys w postaci epidemii na dużą skalę. Ma to być forma kwarantanny, by choroba nie rozpowszechniała się na pozostałe ziemie cesarstwa. Takie prawo orzec mogli jedynie eklezjanie Hilen i Walsa, czyli kolejno bogini zdrowia i boga śmierci, i to wspólnie. Oczywiście, odpowiednia dotacja będzie w stanie znacznie ułatwić ustanowienie Pax Walsi. Państwo objęte tym prawem nie będzie brane pod odpowiedzialność w chwili, gdy nie stawi się na wezwanie cesarskie. Interesujące jest to, że emisariusze wysłani na dwory przez wybuchem epidemii dalej mogą reprezentować interesu swojego państwa, to też Sebastion wciąż mógł szyć swoje intrygi. W przypadku Księstwa Flavoux sprawa miała się trochę inaczej. To księstewko leżało tak na peryferiach państwa, że niemal było zapomniane. Ambasadorzy rzadko gościli na dworach, to też nie brali czynnego udziału w polityce. O ile na dworze w Tellamel często pojawiali się emisariusze z innych księstw i republik, to stwierdzali, że nawet nie ma sensu ingerować w cokolwiek ze względu na to, że nie mieli nic do ugrania w tym dziwnym księstwie. To też, gdy Rispodelh II ogłosił swoją krucjatę na południe i nie dostał odzewu z dworu w Tellamel, miał to określić jako typową reakcję mało ambitnego dziecka, które chce bawić się tylko swoimi klockami. Jednakże, bliskość konfliktu tak blisko granic Księstwa Flavoux wymusiła wzmocnioną reakcję dworu i posłania kilku emisariuszy do Norithoru, by badali sytuację i donieśli o finale. Dla dworu w Tellamel, Norithor był jedynym zagrożeniem wewnątrzpaństwowym, to też rozstrzygnięcie było istotne dla księżnej siedzącej na tronie we Flaxoux.

Stauf zdawał sobie sprawę, że ich obecność, nawet ambasadora z Flavoux niesie coś ważnego. Nawet nie wynikało to z polityki. Po prostu Otto znał ich dość dobrze osobiście.

– Sebastion – zaczął Stauf, zwracając się do ubranego na czarno emisariusza, otwierając szeroko ręce. – Nie lada niespodziankę sprawiłeś, że się tutaj pojawiłeś.

– Radość jest odwzajemniona, Ottonie – odpowiedział Sebastion Waer, ściskając doradcę. – Myślałem, że nie dożyjesz wieczora.

– I sprawić ci zawód, że nie będziesz musiał pić. Bynajmniej! – zaśmiał się Stauf, odrywając się od misia i podchodząc bliżej drugiego ambasadora. – Vigo Kasapi, myślałem, że już dawno zagrzebałeś się w tłumie innych dworzan w Norithorze.

– Dlatego noszę się krzykliwie – odpowiedział Vigo, szczerząc się od ucha do ucha, również ściskając się ze Staufem. – Choć wciąż nie aż tak mocno jak niektórzy w moim ojczystym księstwie.

– Wy tam we Flavoux zawsze mieliście walnięte we łbie, jeśli chodzi o modę– machnął ręką Otto, gdy już skończył się już witać z drugim towarzyszem. – No, gadajcie, co was tu sprowadza.

– Jak to co? – zdziwił się Sebastion.- Osobiście chcieliśmy złożyć gratulację za zwycięstwo nad siłami zakonnymi.

– To chyba powinniście iść wpierw do doży – stwierdził Stauf, uśmiechając się krzywo. – W końcu to on dowodził całą bitwą.

– Nasza wizyta u ciebie ma charakter nieoficjalny – stwierdził Vigo, uśmiechając się kwaśnie. – Stąd gratulację do… prawdziwego herosa dzisiejszego dnia odbędą się później.

– Organizuje ucztę z grajkami, więc zapewne będziecie mieli okazję mu pogratulować – stwierdził Otto, klepiąc obu towarzyszy po plecach. – No ale nim dojdzie do tej winiarskiej uczty, co powiecie na skosztowanie prawdziwego trunku. Mam coś specjalnego u siebie w namiocie, specjalnie na okazje, by się odpowiednio przygotować na tę nudną biesiadę.

– Brzmi nad wyraz dobrze – stwierdził Kasapi. – Prowadź.

            Stauf zadowolony, podciągnął pas do góry i nakazał swoim żołnierzom pozostanie na posterunku. Ci zasalutowali i wykonali rozkaz. W tym czasie szlachcic z ambasadorami skierowali się w stronę namiotu.

            Gdy trójka mężczyzn weszła do środka, uderzył ich wszystkich kwaśny zapach potu, który wydobywał się z przepoconych ciuchów. Stauf już od dawna był w trakcie kampanii, to też rzadko miał okazję prać swoje ubrania. Zaraz przy jednej ze ścian stał manekin, na którym zwykle wisiał pancerz. Zawołał do siebie kilku paziów, którzy pomogli mu ściągnąć kolczugę i kirys. Gdy tylko pozbył się balastu, poczuł lekkość na ramionach i brzuchu, który mocno mu ściskał. Najlepsze lata wojaczki miał już za sobą, to też jego brzuch rozrósł się, że powoli nie mieścił się już w zbroi. Dwaj ambasadorzy zajęli miejsca na krzesłach, które umieszczone były przy stole, na którym leżała bardzo dokładna mapa Republiki Norithoru. Obok stała jeszcze skrzynia oraz piedestał na miecz.

            Gdy tylko służący skończyli ściągać pancerz Staufa i ten pozostał jedynie w brązowej przeszywanicy, spodniach oraz butach, odwiesili go na manekin i wyszli. Otto w tym czasie skierował się w stronę skrzyni, wyjmując z niej trzy kubki oraz szklaną butelkę z zieloną cieczą.

– Wygrałem to od jednego z najemników w kości – powiedział Otto, odkorkowując butelkę i rozlewając ciecz. – Dokładnie trzy takie. Jak zobaczyłem tego wojownika, myślałem, że mnie będzie chciał pobić, ale zadziwiająco oddał fant w moje ręce. Siłacz o dobrym sercu.

– To niezbyt dobra cecha u najemnika – stwierdził Vigo,  spoglądając podejrzanie na ciecz.

– No nie wiem – odpowiedział Stauf, wzruszając ramionami. – Potem widziałem, jak mieczem rozplatał dziesięciu mężczyzn bez żadnego zwątpienia. Ot, taki paradoks. W każdym razie, wygrałem trzy butelki tego trunku. Jeden sam już wypiłem, drugi rozpiję z wami, trzeci na inną okazję. Ostrzegam jednak, czegoś tak mocnego nigdy jeszcze nie piliście.

– Kto nie ryzykuje, nie wygrywa – powiedział Sebastion, unosząc kubek. – Zdrowie, panowie.

            Gdy wszyscy wtórowali słowem zdrowie, unieśli naczynia do góry i chcieli wypić duszkiem. Gdy jednak doszli do połowy, zarówno Kasapi i Waer nabrali powietrza w usta, łapiąc oddech. Potem zaczęli kaszleć.

– Stauf, kurwa – zaczął Sebastion bardzo przytłumionym głosem. –Czy ty chcesz nas zabić?!

– Ostrzegałem – odpowiedział Otto, odkładając pusty kubek. – Teraz wiecie, że już próbowaliście wszystkiego.

– Z czego to jest zrobione – chciał spytać retorycznie Vigo, przykładając usta do rękawa kaftana, nie mniej Stauf zdołał na to odpowiedzieć.

– Ten najemnik mówił, że robi to jeden z drwali z jego rodzinnych stron z pokrzyw i innych roślin, które znajdzie w lesie. Wspomniał coś o nazwie drzewinki, ale nie wiem, czy to nazwa wsi czy jakieś miejsce w lesie. Kiedyś będę musiał to sprawdzić. O ile będzie jeszcze okazja. No, ale dość krotochwil, panowie.

– W rzeczy samej – przyznał Sebastion, odkładając kubek, wciąż jednak się krzywiąc. – Przejdźmy do interesów. Jako ambasadorowie, którzy na co dzień przebywają na dworze doży chcąc nie chcąc musimy złożyć gratulacje zwycięstwa Tepperowi.

– Jak rozumiem, to oficjalna wizyta waszego poselstwa? – spytał Stauf, chowając butelkę z powrotem do skrzyni.

– Tak – przyznał pewnie Vigo, poprawiając swój kaftan. – Skierowana bezpośrednio do doży. Nieoficjalnie, składamy w twoje ręce gratulacje za majestatyczną wiktorią nad zakonami. Cesarz jest bardzo z tego zadowolony.

– Więc nasza umowa dojdzie do skutku, tak? – ponownie spytał Stauf, dołączając do ambasadorów, a sam zaczął się uśmiechać od ucha do ucha.

– Naruszenie potężnego filaru, jakim był Zakon Gorejącego Słońca i Grobu św. Thadeusa znacznie osłabi wpływy polityczne wielkich mistrzów w Kelrad, dzięki czemu duża część senatu przestanie kwestionować sukcesję i przejdzie na stronę Rispodelha II, niech nam żyje jak najdłużej – powiedział Waer bardzo poważnym głosem. – A jako, że ciebie wskaże się jako tę osobę, która pod Zielonymi Polami zgniotła kwiat cesarskiego rycerstwa, zostaniesz przez senat okrzyknięty bohaterem.

– Oczywiście, niektórzy dalej będą cię ogłaszali zdrajcą – wtrącił się Vigo. – Dorowie, którzy mieli dobre relacje z kościołami od pokoleń, nie będą patrzyli na to przychylnym okiem, ale ich partia nie będzie miała takiej siły przebicia, by senat nie przyjął twojej kandydatury do rodzin senatorskich w stolicy.

– Pysznie – przyznał Stauf, bardzo z siebie zadowolony. – Mam nadzieję, że pałac, który sobie wypatrzyłem w Kelrad wciąż jest wolny. Żaden inny nie pomieści moich rzeczy z twierdzy w Republice.

– A skoro już przy tym – zagaił Waer, uderzając palcami o stół. – Jak zamierzasz wycofać się z Norithoru i pokonać pozostałą armię… zdrajców.

– Podjąłem już odpowiednie kroki – wyznał Stauf. – Lekkiej kawalerii nakażę udać się na północ pod pretekstem akcji dywersyjnych. Oczywiście, to będzie kłamstwo, dywersja dywersji, że tak ujmę. Moimi rozkazami, jeźdźcy po prostu udadzą się bezpośrednio do obozu cesarskich, by się oddać na służbę. Do Norithoru zostanie wysłana informacja o zdradzie, to też, bojąc się kolejnych takich sytuacjach, pójdę z resztą sił w stronę wojsk cesarza. Tam oczywiście, połączę swoje siły z wysłanymi wcześniej wojskami i oficjalnie ogłoszę zmianę stron.

– Szalone i odważne – przyznał Vigo. – Powiedziałbym, że wręcz ryzykowne dla całego planu. Wysłani żołnierze mogą nie chcieć dołączyć do wojsk cesarskich, w końcu dotąd bili się za swoje państwo i mogliby zignorować rozkaz poddania się i wciąż walczyć.

– Ryzykowne z pozoru, Vigo – zaprzeczył Stauf, spoglądając na mapę, gdzie zaznaczone były twierdze i kluczowe wsie w republice. – Większość rodzin szlacheckich w Norithorze nie popiera działań doży, który traktuje ich jak zwykłych obywateli, a nawet trochę z pogardą. Jak to on sam określił „pozostałość starożytnych systemów władzy na południu” z chęcią dobrałoby mu się do gardła jeszcze w chwili, gdy wybuchła cała wojna. Udało mi się ich poskromić, dając im coś na pożarcie: lojalistów, zdrajców wśród błękitnej krwi, którzy pozostawali wierni doży. Podczas gdy normalni obywatele sądzili, że w ten sposób usuwamy stronników cesarskich, usuwaliśmy przeszkody na naszej drodze do późniejszej, prawdziwej rewolucji. Wszyscy byli zadowoleni.

– Cholera, Otto – pokiwał z uznaniem Sebastion w stronę szlachcica. – Strategia godna Marszałka Cesarstwa, hełmy z głów.

– Wszystko pięknie, Stauf- dodał z mniejszym podziwem Vigo. – Ale wciąż dużo ryzykujesz, posyłając wojska samopas. Nawet jeśli nie będą dalej lojalni wobec republiki, jakiemuś Henrichowi z Psiej Budy uderzy fantazja, by ruszyć na trakt by rabować. No i nie zapomnij o Atrynijczykach. To wciąż znaczący sojusznicy dla Norithoru, a ich Wilcy to z natury grasanci, którzy pozostawieni samym sobie, zaczną grabić, palić, gwałcić każdą napotkaną wieś czy miasteczko.

– Jeśli chodzi o Ofierna i jego jeździecką kompaniję, nie musicie się bać – uspokajał Stauf, wciąż nie przestając się uśmiechać. – Wiem od moich szpiegów w Królestwie Atryni, że tamtejsze wschodnie plemiona nomadyczne znów przepuszczają zmasowany atak, to też lada dzień dostaną rozkaz, by się wycofać z Norithoru, pozostawiając dożę osamotnionego. A co do pierwszej twojej uwagi, Vigo, masz rację, ale nie puszczę żadnego szaraczka z Psiej Budy jako dowodzącego całym przedsięwzięciem. Pójdzie najbardziej zaufana osoba z całej tej bandy błękitnokrwistych: mój były zięć, Castor von Wulfhof.

– Castor Błazen? – zaśmiał się Sebastion. – I ludzie go posłuchają?

– Nie wiesz co mówisz, Waer – szturchnął ambasadora Vigo.- Na południu mówią o nim Castor Nieustraszony. Ale fakt, ma dość mieszaną reputację i jego czyny pod Hagenbach miały dwuznaczny wydźwięk. Część może mieć wątpliwości co do czynu

– Wystarczy – Stauf uniósł otwartą rękę do góry. – Plotki plotkami, nie mniej trudno o bardziej zaufaną osobę aniżeli on. Choćby przez to, że jest mi winien nie lada przysługę za to, że wyciągnąłem jego i jego ród z pohańbienia, o czym pewnie słyszeliście.

– Oczywiście – przyznał Sebastion, kiwając głową. – Niektórzy uważają zamieszki w Wulfhof jako początek rebelii przeciwko cesarstwu i śmierć wielu szlacheckich głów spoczęła na głowie młodego Castora, nie mniej, wciąż nie ma gwarancji, że posłucha.

– Nie ma innej drogi, gdy ruszył już zegar – zakończył krótko Stauf. – Sam z nim porozmawiam i przekonam, żeby nie robił żadnych głupot.

– A zakładając hipotetycznie, czy gdyby jednak odmówił, co zrobisz? – dopytywał dalej Waer. – Zabijesz go w imię racji stanu?

            Przez chwilę Stauf zamilkł, jakby szukając odpowiedzi. Zarówno Sebastion, jak Vigo wiedzieli, że nie będzie to łatwe dla niego. Wiedzieli, że z chłopakiem łączy szczególna więź, dla większości niezrozumiała. To dwa przeciwne bieguny, które muszą ze sobą współżyć dla dobra jednego i drugiego i dla oby ambasadorów nie było to do końca zrozumiałe.

            Stauf w końcu wstał z miejsca i odpowiedział.

– Nie zabiję go, przynajmniej nie w sposób typowy dla Modris i czy Norithioru. Jeśli będę musiał, po prostu pokonam go w bitwie i wtedy rozsądzę o jego losie. Nie jestem zabójcą, a żołnierzem. On też. Zasługuje przynajmniej na tyle.

            Sebastion kiwnął głową, ale Otton zauważył, że po tych słowach usta Vigo nabrały jakiegoś krzywego uśmiechu.

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra cz. V

229 Wyświetleń

<- Część IV |


Otto Fraterlich, dziesiętnik pełniący wartę na kelradzkiej Bramie Eo, leniwie drapał się po gębie. Trochę chciało mu się spać, trochę jeść, trochę pić. Zwyczajowo już dawno oddelegowałby któregoś z podwładnych po jakąś kiełbaskę w sosie atrynijskim z cebulką. Zwyczajowo innego wysłałby po nalewkę tellameńską. Zwyczajowo popiłby sobie, najadłby się, a potem uciął zwyczajowo drzemeczkę. Takie miał zwyczaje podczas służby w Modris. Ale to nie był zwyczajowy dzień.

Z trzy lub cztery dni temu zjawił się jakiś student.  Mówił z wyraźnym, zachodnim akcentem, typowym dla mieszkańców republiki. A może pięć dni temu? – Fraterlich nie pamiętał dokładnie. Mówił bez krępacji o jakimś pochodzie. Nielegalnym. Prosił o otworzenie bramy, gdy rozlegną się hasła wolności, równości i braterstwa. Dbając o komfort dyskusji żak wręczył strażnikowi miejskiemu grubą sakwę. Zgodził się. Wszak interes to interes, jak mawiało się w Modris. Dziesiętnik, jako nie w ciemię bity służbista, wiedział, że litera prawa nie daje okazji do zarobku. Niektórym, rzecz jasna.  A Otto Fraterlich nie należał do niektórych.

Potem przyszedł inny żak. Chudy, o wyłupiastych oczach. Ten z kolei ględził, aby bramy nie otwierać. Otto Fraterlich zgodził się.

Dziesiętnik nie był w ciemię bitym służbistą. Drugi dał więcej, a przecież interes to interes.

***

Bardi Grodder, nestor kelradzkiej fili klanu Grodderów, przeglądał plany wykonawcze barykad.

– Co za łajno – z braku innych osób w warsztacie gadał do siebie. – Fuszerka i partactwo. Stabilne to, jak ludzki rozum…

Stary krasnolud brzydził się spreparowanymi planami. Uraczył się Starym Grodzkim, bursztynowym piwem z Modris i zaklął plugawie w rodzimym języku. Piwo smakowało mu jak zawsze. Tordi Grodder, starszy klanu i zarazem kuzyn Bardiego, wysłał mu tuzin keg z republiki. Do beczek dołączona była depesza ze schematem budowy barykad. Plany były łudząco podobne do tych, które wykonał dla jakiegoś studenciaka. Jakaś zadyma się szykuje, myślał krasnolud.  Studencka zadyma. To będzie i afera, i pogromy, i podwyżka podatków. I pewnie aprowizacja dóbr nieludzi na potrzeby cesarskie. Cholerny cesarz. I cholerne Cesarstwo.

Dziwna sprawa, snuł dalej. Pierwej żak składa zamówienie na barykady. Potem krasnolud projektuje schematy i wysyła je do kuzyna z Modris celem konsultacji. Tordi odsyła schemat z poprawkami. O ile ich spreparowanie można było nazwać poprawkami. Barykady posiadały wady. Kluczowe. Spojenia miały puścić przy naporze byle piechoty. Konstrukcja ciężka, materiały drogie, zamienniki tandetne. Bardi brzydził się, że taki produkt ma opuścić jego warsztat. Coś się szykuje, pomyślał mało błyskotliwie. Trzeba się przygotować na gorsze czasy.

W jednej z keg krasnolud znalazł czterysta denarów modriskich. Siwobrody krasnolud zrozumiał przekaz.

W końcu, jak się mawia w Modris, interes to interes.

***

Na wiklinowym stoliczku leżała karta papieru pokryta równym pismem. Alessia Glyssileth, matrona elfiego rodu kupieckiego z Middenvatten, zerkała nań z obrzydzeniem.

Przed paroma miesiącami jej ziomkowie z miasta stołecznego Kelrad, donieśli jej o ruchach studenckich w stolicy. Szykowały się bunty, pikiety, awantury. Tak jak przed paroma laty, gdy elfy z Kelrad protestowały przeciw obowiązkowi składania ofiar dziękczynnych za wygraną wojnę z republiką Norithoru. Elfy, jak cesarstwo długie i szerokie, wzgardzały ludzkimi zabobonami. Stąd spotkała ich, jak mawiali niektórzy, zasłużona kara.

Wówczas studenci przyłączyli się do elfów popierając ich bunt. Młodzież akademicka uwielbiała burdy, zamieszki i wszelakie okazje do pokazania władzy jak szanuje sztamp, obyczaje i autorytety. Elfów nie interesowały pobudki żaków, a efekty. Dlatego Alessia Glyssileth udzieliła poparcia rozjuszonym żakom gotowym do kolejnych rozruchów. Nieoficjalnie. Chcą protestować przeciw reformie sądownictwa, myślała siedząc na marmurowym tarasie. Zgodziła się powodowana koherentną nienawiścią do wszystkiego, co ludzkie. Pomimo tego, że – jak mawiali niektórzy – jej ród był zasymilowany. Zasymilowany to znaczy przyczajony. Jak kot. Jak Czarne Kaptury z Modris. Młodzieniec, który kontaktował się z przedstawicielstwem kelradzkim próbował kręcić i kłamać. Śmierdział wręcz swym modriskim pochodzeniem. Lawirował swym nazwiskiem, ale dla Glyssilethów nic nie mogło być okryte całunem matactwa. Matrona, z pomocą swych zauszników, dowiedziała się, że filię w Kelrad odwiedzał Victor Dauhwald. Tylko po co kłamał? Zastanawiała się potem.

Lecz był to czas decyzji. Założyła lokatę w banku Gelzów z Modris. Z tych funduszy Gelzowie mieli zakupić oręż dla studentów. Tak się stało. Matrona rodu kupieckiego Glyssileth czuła się zadowolona. Do czasu. Do wczoraj.

Zjawił się u niej Ernest Arubiel, oficjalnie student Akademii w Modris. Nieoficjalnie adept sztuk magicznych, uczeń profesora Vendoma Tasartira. Oficjalnie uczonego i attaché na dwór cesarski i margrabiego Marchii Północnej. Nieoficjalnie szpicla, szpiega, donosiciela i mistrza magii. Młodociany Arubiel dostarczył faktury z Wyspy Mort. Wyspy znanej, jako więzienie dla odszczepieńców, więźniów politycznych, nieludzi, heretyków i magików. Tajemnicą poliszynela było, że znaczne rody z republiki Modris posiadały na wyspie swoje interesy. Elfkę zaskoczyło jednak jedno nazwisko widniejące na fakturze.

Dauhwald.

Sfinansowała sprawę członka rodu, który gnębił jej ród. Wtedy było za późno. Z założonej lokaty została wybrana gotówka. Broń dotarła do stolicy.

Arubiel zaproponował Alessie Glyssileth zadośćuczynienie. I możliwość zemsty. Otrzymała poświadczenie na konto w Banku Gelzów na kwotę pięciuset denarów modriskich. Matrona brzydziła się niedotrzymanych umów, lecz poczuła się urażona intrygą, w którą została wplątana. Potrzebowała ujścia skrzywdzonej dumy. Potrzebowała wiedzieć, że krew żaków z Modris, pomaluje ulicę wyspy Kel. Potrzebowała wiedzieć, że ojcowie i matki akademickiej dziatwy poczują to, co elfy czują od wieków.

– W końcu, jak powiedział Garviel Arubel z Modris – mruknęła do siebie cichutko – interes to interes.

***

Ruben Wergstein z wredną satysfakcją przyglądał się żakowi z garbatym nosem. Odźwierny Bramy Eo znał młodzieńca. Przychodził do dziesiętnika z innym studentem. Gadali po cichu z dowódcą, klepali się po plecach. Otto Fraterlich zgarnął nawet sakiewkę z monetami. Wyglądali na zadowolonych. Dlatego Ruben postanowił zajrzeć do sakiewki i wziąć dwa denary, gdy dziesiętnik zwijał proporce z bramy. Przed paroma momentami Wergstein opróżniał nocnik wylewając ekskrementy do zaułka. Nikt tam zwykle nie stał toteż nikt zwykle nie bywał obrzucony gównem. Tymczasem napatoczył się tam garbaty nos ze swoim koleżką. Strażnik był pewien, że uczniowie pofatygują się do niego na górę. Złoiłbym gówniarzom skórę, prorokował butnie. Klęli, rzucali przekleństwa, pluli i obsobaczyli kogo się da. Ale oszczędzili sobie fatygi.

Wkrótce dołączyła do nich jakaś parka. Wątły studenciak przyszedł pod rękę z młodą dziewczyną. Również wyglądała na studentkę. Mówili do niego Tomas Vouter. Albo Wojter. Atrinijczyk bezbożny, ani chybi, zgadywał Ruben. Szeptali, pokazywali palcami na odnogi głównej drogi, potem pokłócili się trochę. Rozmawiali o nieobecności elfów oraz o jakiś barykadach. Mówili też o jakimś Gelzcie. Ruben dobrze znał to nazwisko. Dziesiętnik Otto Fraterlich posiadał konto bankowe w banku Gelzów.  Wergstein też kiedyś będzie miał tam lokatę. Kiedyś, bo póki co cięka pensyjka starczy mu na skromny wikt jego, żony syna i córki. A pić się też czasem chce.

Potem ten cały Wojtłer pytał o jakiegoś Wrajza. Albo Wajsera, zamyślił się Wergstein. Nie dokończyli dyskusji o tym człowieku. Od strony rejonu uniwersyteckiego zbliżała się chmara młodzieży akademickiej. Szli w ciszy. Dziwaczna to sytuacyja, zastanawiał się odźwierny. Zwykle się drą. O! Rozpiprzają też mienie publiczne! Może to jaki milczący pochód z okazyi zabójstwa tego studenciaka? Biedne chłopaczysko… Ktoś zamordował go na ulicy… Pod Małą Syrenką… A przecie tam dziatki pracują! I zwłok nawet nie skrył! Pewnikiem to chłopcy z nocnej brygady. Straszliwe z nich nerwusy, co braci studenckiej nienawidzą. Kto by tam zresztą tych darmozjadów lubił?

– Panie dziesiętniku! – strażnik odwrócił wzrok od studentów. – Jakaś manifestacyja się gotuje! I to ze studenciakami! Może by raptem skoczyć po jaśnie łoświeconego Henricha? To jego jurysydykcyja będzie.

– Jurysdykcja, jełopie – burknął Fraterlich znad miski z polewką. – Czy ty myślisz, że zaufani pana ze Stalervek nie donieśli naczelnikowi o tych ruchach?

Ruben nie zrozumiał. Zrozumieć nie mógł przez hałas, który rozległ się gwałtownie. Odwrócił się z powrotem do okna. Otto Fraterlich, pachnący koprem i borowikami, dołączył do niego.

– Ki czort? – Zdziwił się odźwierny.

Strażnicy nie potrafili oszacować ilu studentów zebrało się pod Bramą Eo. Z całą pewnością więcej niż parę lat temu. Na czele demonstracji Ruben Wergstein zauważył garbatego nosa z jego koleżkami. Poznał go po obsranym rękawie.

– Sprawiedliwość! Sprawiedliwość! – Rozpoczęły się krzyki żaków.

Tłum chroniły barykady. Początkowo Ruben myślał, że żacy trzymają transparenty. Może jakieś flagi. Tylko flagi czego? Bumelanctwa i rozpusty? Dopiero, gdy brać studencka zaczęła tłuc w nie pałkami, strażnik zrozumiał, że jest to mocniejsze od materiałów krawieckich.

Trwali w miejscu podobni wodzie gotującej się w garze.

– Oho – dziesiętnik wyprostował się. – Idzie straż pałacowa – wytężył wzrok. – I chyba na ich czele jedzie Henrich ze Stalervek.

– Niech żyje cesarz! Niech żyje cesarz! – Darli się studenci.

– Niech żyje cesarz! – Wtórował im Ruben.

– Stul pysk, idioto! – Fraterlich dał podwładnemu po łbie. – Zamknij się i oglądaj spektakl. Zaraz się zacznie.

– Co się zacznie?

Otto Fraterlich nie chciał zdradzać tego, co wiedział.

Zgodnie z przewidywaniami dziesiętnika naczelnik Cesarskiego Uniwersytetu w Kelrad, polecił rozejść się demonstrantom. Ruben nie słyszał dokładnie wywodu, ale domyślał się jego treści. Rycerz obiecywał im odpuszczenie win i brak konsekwencji z powodu nielegalnego zebrania się. Nikt nie miał ucierpieć, wszyscy mieli przeżyć. W odpowiedzi żacy zelżyli naczelnika i jego ród poświęcając lwią część na matkę.

Z okolicznych sklepów, klubów i tawern, wylali się gapie. Ruben zauważył jak z morza głów studentów wyłonił się jakiś chłopak. Cisnął kamieniem w korpulentnego kupca. Zainteresowani postronni raptem wrócili stamtąd skąd wyleźli.

– Klakierzy. Zaraz spierdolą… O widzisz! A nie mówiłem? – powiedział z niejaką dumą Fraterlich. – Wynajęci przez… – zastanowił się chwilę. – Cholera wie przez kogo.

Straż pałacowa ruszyła w stronę barykad. Naczelnik Henrich ze Stalervek jechał na jej czele dosiadając dostojnego gniadosza. Żacy wyrównali barykadę.

– Wolność! Braterstwo! – Krzyczeli.

To był znak. Znak, który dziesiętnik Otto Fraterlich miał zignorować.

– Wolność! Braterstwo! Wolność! Braterstwo!

Dowódca Bramy Eo zauważył, jak kilku studentów podniosło błagalny wzrok na blanki bramy.

– Interes – dziesiętnik mruknął pod nosem – to interes.

– Co? – Zapytał Ruben.

– Jajco. Patrz dalej.

Salwa kamieni pofrunęła w stronę straży pałacowej. Rozległ się dźwięk rogu. Sygnał do ataku. Henrich ze Stalervek usunął się z awangardy i skierował się na zad. Żołnierze w szyku zaprezentowali glewie i uderzyli na barykady. Wytrzymały.

Dźwięk rogu.

Zapatrzony w szarżę piechoty dziesiętnik, dopiero po chwili usłyszał ciężki tętent kopyt. Ciężka konnica wypadła z szerokiej ulicy prowadzącej do uniwersytetu. Nie mieli żadnej chorągwi. Odział formowany na szybko. Nagle. Na dźwięk gwizdka ruszyli w cwał i pognali na północną flankę barykady. Ta nie wytrzymała.

Studenci nie zdążyli się uzbroić. Ginęli szybko. Równie szybko próbowali się rozpierzchnąć między zabudowania wyspy Kel. Tych dopadała piechota.

– Mamusiu! – Krzyczał Victor Dauhwald leżąc ranny od pchnięcia glewii. – Mamo na pomoc!

Zginął pod kopytem ogiera należącego do Karla Breisezra.

– Victor! Nie! – Tomas próbował oswobodzić się z chwytu Emili.

Dziewczyna puściła go. Tomas odwrócił się do niej. Rycerz Ulrich z Thüsswaldu rozpłatał jej brzuch. Żaka z osłupienia wyrwał krzyk Rudrigera. Student szarżował na pana z Thüsswaldu z mieczem uniesionym nad głową. Uderzył go mieczem w bark okryty metalowym naramiennikiem. Potem stracił równowagę i upadł. Szlachcic roześmiał się gromko. Stanął nad Rudrigerem i bez ceregieli roztrzaskał jego głowę potężnym zweihanderem. Tomas Vouter poczuł, że zmoczył swoje spodnie.

Zemdlał, gdy pojął, że rycerz z Thüsswaldu zbliża się do niego żwawym krokiem.

***

Zanosiło się na deszcz.

Ludność miasta Kelrad nie posiadała się z radości. Nieczęsto przyglądała się publicznej egzekucji któregoś z notabli. Pal licho czym sobie zasłużył na śmierć. Implikacja stała nad powodami. Śpiewano tedy jowialne piosenki, rychło otworzono beczki z piwem i winem, zajadano się słodkościami, ktoś próbował sprzedawać różności.

Sebastian Gelz zajadał pączka z nadzieniem agrestowym. Chwilę po pierwszym kęsie zabrudził mankiety płaszczyka z kapturem. Nie szkodzi, pomyślał, i tak muszę się go pozbyć. Nie spodziewał się, by ktoś z tłumu rozpoznał jego twarz. Wszyscy, którzy mogli to zrobić nie żyli. Tomas Vouter, Victor Dauhwald, Rudriger Ossel, Emila Loufstein. I inni. Wielu innych. Pomimo tego wolał pójść za przykładem swoich kompanów.

Młodzian domyślał się, że władze Modris coś szykują, a stojący obok niego profesor Vendom Tasartir jest tej gry uczestnikiem. Podobno rody Ossel i Dauhwald śpieszą namawiać dożę do wprowadzenia sankcji wobec Księstwa Koronnego Kelrad i uległy dążeniom doży do zaciśnięcia stosunków z Marchią Północy. Tylko w czym rzecz, zastanawiał się. Rodziny Douhwaldów i ród Ossel, są wpływowe. Bogate. Trwają w dobrej komitywie z margrabią Godrynem Dermanem Namüelem. Handlują z nim medykamentami, surowcami, półproduktami. Sprowadzają z Marchii Północnej drzewo, węgiel, miedź…  Margrabia nie znosi cesarza. Cesarz przetrzymuje jego syna, Deotardusa. Cholera… Jeszcze jaka wojna z tego będzie… A wojna szkodzi handlowi… Chyba.

Student dokończył pączka i oblizał palce od lukru. Podniósł głowę do góry i zauważył jak kat kończy robotę.

Naczelnik Henrich ze Stalervek został obarczony winą za wystąpienia studenckie. Powiadali po karczmach i tawernach, że cesarz nie szczędził inwektyw, potwarzy i kalumnii. Zrównał rycerza z dziadostwem odbierając mu majątek i ziemię. Wtedy stała się rzecz najgorsza. Dla naczelnika. Postanowił oponować. Na respons cesarz nie kazał długo czekać. Naczelnikowi postawiono zarzut obrazy majestatu, uwięziono, skazano a następnie poddano wstępnej męczarni. Do właściwej dochodziło na oczach mieszkańców miasta Kelrad.

Gelz zerknął na niewzruszoną twarz profesora Tasartira oraz jego kompana. Że też dałem się nabrać, zastanowił się żak nad sobą. Widać od razu, że to nie żak, a jakiś agent. Pewnie któryś z Czarnych Kapturów. Nieznajomy wlepił wzrok w Henricha ze Stalervek. Patrzył na niego beznamiętnie, bez krzty empatii. Sebastian poczuł jak przechodzi go dreszcz.

– Powiedział, że spotkamy się na egzekucji – rzekł człowiek, który do niedawna nosił miano Karla Weissa. – Miał rację.

Zaczęło padać. Naczelnik dławił się cierpieniem, prosił bogów i ludzi o litość. Potem o skrócenie mąk.

Karmazynowa krew spływała strużką po pręgieżu. Tłum odpowiadał straceńcowi pogardą.

– Profesorze? – Odezwał się Sebastian.

– Tak?

– Wiem, że nie warto pytać o cel – żak niedbale wskazał ręką na krwawy spektakl – tych zabiegów…

– Ale?

– Ale proszę mi wytłumaczyć jaką rolę odegraliśmy w tym przedstawieniu.

Krzyk. Płacz.

Odcięte palce szlachcica poleciały w kierunku tłumu. Sebastian Gelz wiedział, że domorosłe zaklinaczki niebawem rzucą się po nie.

– Są tacy, którzy przeglądając się w lustrze rzeczywistości, dostrzegają siebie i tylko siebie – odpowiedział zawile profesor. – Stroją się przed nim, ćwiczą przemowy, zachowują się swobodnie i szczerze, gdyż patrzy na nich tylko lustro.  Słyszałeś o lustrach tellamelskich? Z pozoru wyglądają normalnie, lecz stojąc z drugiej strony można przyglądać się temu, kto przygląda się sobie.

– Chyba pojmuję – odparł Sebastian Gelz bez przekonania. –  Lecz gdzie my stoimy? Obok?

Krzyk. Smród fekaliów.

Głowa Henricha ze Stalervek została odebrana reszcie ciała.

– My, mój drogi chłopcze, stoimy po drugiej stronie lustra.

<- Część IV |


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 5 (#2 2017) kwartalnika Abyssos.

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra cz. IV

260 Wyświetleń


<- Część II
I | Część V ->


 Nazajutrz Tomas Vouter skrył się w bibliotece uniwersyteckiej stanowiącej część kompleksu akademickiego. Przed wiekami, gdy wyspa Kel stanowiła ostatnią fortecę elfiego władania jakimkolwiek terytorium, w miejscu biblioteki stała świątynia. Powiadali, że i nestorowie nie znali imienia bóstwa, któremu oddawano tu cześć. Wiadomym pozostaje, że gdy hufce ludzi wtargnęły do świątyni obalili posągi, a żywe elfy przetransportowali do nowo utworzonego getta w mieście Rad. Wnętrza świątyni zawierały kodeksy, manuskrypty, katalogi, indeksy, księgi hagiograficzne i elementarne zaklęcia magiczne. Zdobywcy rychło dokonali gruntownej selekcji zbiorów piśmienniczych. Potem płonęły stosy ksiąg. A wraz z nią kultura starsza od ludzkiego rozumu. Gdy ognie zgasły, tropiono tak zwanych demonologów, bałwochwalców, kozojebców i inkubów. Jakby nowopowstałemu miastu Kelrad za mało było żaru i żalu. Ci, którzy skrycie żałowali ofiar pogromu, wyjednali u króla Daggo I pokój. Apelowano o rozsądek, o miłosierdzie, zrozumienie i tolerancję. Skutkiem tamtych próśb był Wieczysty Pokój. Elfom pozwolono osiedlić się w grodach cesarstwa. W gettach. Z dala od rozsądku, miłosierdzia, zrozumienia i tolerancji. Potem król Daggo II postanowił odświeżyć starą, cudem zignorowaną budowlę. Biblioteka i wiedza schowana w jej murach trwały. Choć nikt nie pamięta lub pamiętać nie chce o jej korzeniach. Zaś biblioteka, jak z dawna, obserwowała i gdyby tylko mogła, zaśmiałaby się nad naiwnością swych wizytatorów.

Za murami biblioteki nieboskłon oblewał mieszkańców miasta przyjemnym słońcem. Morze spienione falami, burzyło się za sprawą zachodniego wiatru. Wyspa Kel, odgrodzona od części lądowej wysokim na trzydzieści sześć stóp murem, broniła się przed gołotą i ludźmi mniej szlachetnymi z urodzenia. Ponieważ zdaniem mieszkańców wyspy, Kel stanowiło osobne miasto. Niektórzy posuwali się w tym stwierdzeniu dalej twierdząc, że co tam miasto! Państwo! Wbrew tym stwierdzeniom wyspa nie mogła funkcjonować bez pozostałych dzielnic. To druga część Kelrad produkowała i handlowała. Wyspa Kel świeciła blaskiem przepychu. Na północ od bramy wejściowej Kel, Bramy Eo, wzdłuż linii murów, rozciągały się gospody, domy uciech, sklepy z wyszukanymi precjozami. Tamtejsi kupcy zwykli reprezentować rody senatorskie parające się kupiectwem, jakby na przekór tradycji szlachty północnej, dla której handel był czymś odpychającym. Dalej, gdy ulica zwijała się łukiem ku zachodowi, przechodzień trafiał na pierwsze zabudowania uniwersytetu. Wpierw Archiwum Koronne, gdzie składowano dokumenta, edykty, kodeksy i rozporządzenia. Opodal archiwum, konkretnie po drugiej strony brukowej ulicy, stał kościół Jurastiona, opiekuna mędrców, filozofów, braci studenckiej, ale i jurystów, bakałarzy, guwernantów oraz retorów. Dalej, za ceglanym murem rozciągał się Uniwersytet Cesarski ze słynnym Akacjowym Parkiem na czele. Żacy zwykli przezywać urokliwe miejsce Pachnącym Bajzlem. Nocami odbywały się tam hece i figle właściwie dla studenckiego przezwiska. Noclegownie tudzież akademiki, ukryte za uniwersytetem, kościołem Jurastiona i archiwum obfitowały w atrakcje. Ktoś grał na waltorni, inny wybijał rytm na bębenku, ktoś łączył pochodzenie kolegi z profesją nierządnicy, ktoś dowodził, że wypije dwie flasze wina na raz. Ktoś odparł, że czyn ten skończy się poważnym pawiem. I miał słuszność. Ci, którzy dyskutowali recenzowali wdzięki koleżanek studentek. Uniwersytet, bowiem był koedukacyjny, rzecz nie do pomyślenia w Norithorze czy w Ereslau. Inni gawędzili o przyjęciach, występach cyrkowców na zeszłym jarmarku, ktoś opowiadał niewybredne dowcipy, inni zaś mówili o bójkach. Mało kto mówił o nauce.

Główna arteria wyspy, kierująca w kierunku zachodnim, prowadziła wzdłuż znakomitych posiadłości senatorskich ogrodzonych wysokimi murami, na których parlamentarzyści umieszczali swe herby. A także i straż osobistą, stale taksującą przechodni.

Wszystkie te budynki musiały ustąpić Pałacu Cesarskiemu, do którego wrót prowadziło sto i piec marmurowych schodów. Sąsiadujący z pałacem Leawentyn, siedziba autokefala, dopełnia splendoru tego miejsca. Oba pałace, zasadniczo nie różniące się w swej konstrukcji, łączył Ogrójec Cesarski. Sławny dzięki mnogim i bogatym przyjęciom odbywającym się pośród dębów, wierzb płacących i akacji posadzonych tak, by róże, chryzantemy, datury, bukszpany i bluszcze, cieszyły oczy bywalców swym urokiem. Oba pałace, przypominające raczej twierdze, górowały nad wyspą Kel, połyskując spiczastymi wieżami w świetle słońca. Dla gapiów, wyselekcjonowanych rzecz jasna, miały stanowić sygnał o potędze majestatu. Dla gołębi, mew, kormoranów, a nawet albatrosów, sygnały te były niezrozumiałe toteż przedpołudniami ustawicznie obsrywały połyskujące wieże. Na południe od Bramy Eo, dłużyła się ulica z eleganckim rynsztokiem w kształcie półkola na środku. W swoim czasie elfy wybudowały sieć kanalizacyjną, do budowy której społeczeństwo ludzi przekonywało się z niemałym trudem. Idąc wzdłuż rynsztoka, przechodzień mógł wstąpić do którejś z wyszukanych tawern, pierwszorzędnych zamtuzów, wysublimowanych klubów, niemych świadków rodzących się intryg, aliansów i stronnictw. Każdy jeden, posiadający zacne nazwisko albo i lepiej wypchany trzos, mógł spędzić co najmniej wesoło czas na tej ulicy. Biedni tam nie mieli czego szukać. W ogóle nie wpuszczano ich na Kel. Elfów, krasnoludów, mnichów, kramarzy i cyrkowców też.

Docierając do początku odpływu rynsztoka, przed oczyma malował się senat. Niektórzy łączyli zarzewie ścieku z pobliskim miejscem zgromadzeń, wykłuwając z tego analogię. Senat, dość wymownie, prezentował się mizernie na tle Pałacu i Leawentynu. Co więcej, Pałac Cesarski, bezczelnie zdaniem senatorów, rzucał cień około południa na prostokątny budynek. Z tyłu, między Cesarskim Ogrójcem, a budynkiem senatu stała biblioteka. Biblioteka, z której to pewnie przypadkiem, nie zerwano fasady ornamentowanej motywem sterczącej na gałęzi sowy w centralnym punkcie ozdoby. Sowa posiadała wyłupiaste trzeszcza i trzymała w dziobku gałązkę wawrzynu. Ci, którzy znali ów symbol słusznie doszukiwali się w nim Merwego – elfiego patrona mędrców. Ale tych było zbyt niewielu, by ktoś zwrócił uwagę na fasadę. A potem ją rozbił.
W tymże przybytku Tomas wyczekiwał Karla. Lubił to miejsce. Nie posiadał z nim szczególnych wspomnień, lecz zapach starych ksiąg i powietrze ciężkie od kurzu wprawiały go w lepszy humor. I ta cisza… Zmącona jedynie astmatycznym sapaniem marszałka Ulifa Raiznera pochylającego się nad O duszy pogodzie, autorstwa Rispodelha I, ojca obecnie panującego.

Odchrząknięcie. Tomas, spoglądając przez ramię, zobaczył Karla opierającego się o półę z posegregowanymi alfabetycznie woluminami. Z kieszeni wydobył drewnianą fajkę z długim, prostym ustnikiem. Cichutki jak kot, skwitował w myśli żak. Ciekawe ile już tam stoi…

– Najciemniej pod latarnią? – Weiss zapytał niskim, ochrypłym głosem zerkając kurzym okiem na marszałka. – Nie przeszkadzajmy jegomości. Chodźmy. Weź te księgi i przejdź do alkierza.

Vouter przeszedł pomiędzy działem 930/40 a 940/41 wzdłuż liter G i H. Skręcił w dział Apologie monarchii, potem w szerszą alejkę między kategoriami tematycznymi aż dotarł do alkierza znajdującego się obok działu 921/01, znanego, jako Zgubne wpływy republik. Tam, jakby mający za nic konsekwencje, rozpalał fajkę Karl Weiss. Oparł się o parapet prostokątnego okna. Trwał w bezruchu, jak nigdy nieściągana z regału książka.
– Bardziej gotowi nie będziemy – Vouter odstawił książki na parapet. – Rudriger Ossel doniósł, że klan Grodderów dostarczył barykady. Krasie wykonały podobno popisową robotę. Co dalej? – Żak przymknął oczy. – Sprawy finansowe zostały domknięte. Przypilnował tego Sebastian Gelz. Powiada przy tym, że faktury, zlecenia przelewów, ogólnie ruchy pieniądza, zostały skrzętnie poukrywane. Na wszelki wypadek. Za siedem dni przy Bramie Eo około wieczora zaczną gromadzić się studenci. Victor Dauhwald stwierdził, że chętnych na pikietę jest sporo. O tym jednak wiemy póki co tylko ty, Victor, Rudi i Sebastian. Nikt więcej. Niektórzy pytali o broń…
– I co?
– Victor dementował pogłoski o rzekomej walce zbrojnej – Vouter wykrzywił nieładnie usta. – Durna ta nasza brać studencka. W ogóle nie domyślna. Gadatliwość ma w pakiecie. Moutart węszy niestrudzony i obawiam się, że jego długie konfidenckie uszy, mogły usłyszeć za wiele. Źle się stało. Nie docenialiśmy tej pierdoły donoszącej naczelnikowi. Tymczasem nasz mości pan ze Stalervek bierze na spytki co jakiś czas jakiegoś nieszczęśnika. Wypytuje, grozi, pluje, anonsuje o rychłym wydaleniu z uczelni. Wyspą Mort straszy.
– Straszy – Weiss zaciągnął się potężne. – Co proponujesz?
– Nic! – Tomas odwrócił się od okna i przetarł oczy. – Znaczy, sam nie wiem. Francesco nie kłamie. Nie fabrykuje dowodów. Ot, donosi i ma cham z tego złoty róg. Gdyby go tak zaraza przemogła…
Żak zerknął na Karla Weissa. Student zauważył w jego obliczu coś czego nie potrafił odczytać.
– Chcesz mu coś zrobić? – Obniżył głos. – Prawda?
– Co?
– Chcesz go zabić. Zgadza się?
– Przestań pleść, Vouter – Weiss obruszył się wściekle. Zbyt wściekle. Zbyt teatralnie. – Mów co dalej.
– Dobrze, już dobrze. Nie chciałem cię obrazić. Victor ma interesującą koncepcję. Przekupi odźwiernych z Bramy Eo, którzy przepuszczą pikietujących w kierunku Miasta. Wojsko i straż miejska nie będzie mogła nas rozproszyć tak jak poprzednio.
– W teorii. W praktyce może wszystko – Karl wypuścił dym przez nos.
– Nie wiem… Nie wydaje mi się, że naczelnik zdecyduje się na masakrę tuż przed pospólstwem z Miasta. Jasne, arystokracja z wyspy Kel nie znosi studentów. Ale tamci? Spoza wyspy? Zobaczą, że władza atakuje lud. Szybciutko zapomną, że brać studencka co rusz chędoży córy kupieckie, bije się w czeladnikami..
– Istotnie. Być może masz słuszność.
– Przygotowane barykady służyć nam będą jako ochrona. Nie spodziewam się bezpośredniego ataku, ale spodziewam się prowokatorów.
– Gada się, że poprzednio znaleźli się tacy – starszy żak wlepił wzrok w posadzkę.
– Stąd pomysł o minimalizacji podjętych działań. Szybka zbiórka, rozpoczęcie pochodu…
– Poczekaj, Tomas – Karl odwrócił się do okna pozwalając, by promienie słońca drażniły jego twarz. – Co jeśli pospólstwo z Miasta ruszy z buntem? Lud ma pewne wątpliwości, co do polityki wewnętrznej naszego umiłowanego cesarza. Pamiętasz sprawę cenzora Glauca? Bogowie… To był jedyny urzędnik podatkowy cieszący się sympatią ludzi. Cholera wie dlaczego. Co z nacjonalizacją zakładów produkcyjnych? Że też nie wspomnę o tej dziwnej modzie z fryzowaniem zbyt długich włosów.
– Istotnie – zgodził się student. – Nazbierało się tego, ale Rudi, Sebastian i mości Gelz uważają, że nie ma innego wyjścia – zawahał się. – Ja… Ja sam uważam podobnie. To…
Vouter złapał się na ekscytacji. Obiecywał sobie rozsądniej racjonować emocje w rozmowach z Weissem. Uśmiechnął się szczerze.
– To może się udać.

***

Hukanie sowy niepokoiło Edgara. Skąd jakieś przebrzydłe ptaszysko znalazło się w kaplicy bóstw? Znak? Omen jakiś? Księżyc bynajmniej nie srebrzył się na firmamencie od dawna, a Edgar o ile dobrze pamiętał, sowy wyruszały na łowy późną porą.
Rozmowa z ojcem Dietrichem, opiekunem kaplicy poświęconej Eo i Jego Dzieciom rozdrażniła alumna. Poświęcone miejsce wymagało doraźnej i stałej opieki. Edgar zwykł ochoczo wypełniać swoje obowiązki, co wprawiało niejednego i niejedną w lepszy nastrój. Brać studencka nierzadko śmiała się zeń, że wymienia nocniki bóstw, czyści zapaskudzone od wosku dewocjonalia i wyjada słodkości ofiarowane Hilen lub Pryterowi. Edgar, jako alumn i zarazem żak, za nic miał próżnicę studentów. Znosił cierpliwie szykany, zaś w duchu obiecywał, że gdy zostanie kapłanem będzie zadawał surowe pokuty braci studenckiej. Profilaktycznie. Wszystkim.
Usłyszał czyjś chód. Tej okazji nie mógł przepuścić Łatek. Piesek Edgara odziedziczony po doktorze Hauserze. Począł szczekać głośno i nieprzyjemnie. Zwierzę darło się z zawziętością godną komornika przy posłudze windykacyjnej.
Zza rogu wyłonił się Karl Weiss.
– Cicho Łatek! Cicho bądź! – Wydawał komendy Edgar. Na próżno. – Sza, psie!
– Cześć Edgar – rzucił Karl obserwując Łatka zbliżającego się do jego nogawki. – Już ci! Zmykaj! – Warknął i zamachnął się na psiaka markując rzut.
Fortel podziałał. Pies spokorniał i uciekł za Edgara. Alumn parsknął, ale wnet zmarkotniał.
– Cholera, mam nocne czuwanie – rzekł Edgar. – Zawsze to samo. Muszę zamknąć gdzieś Łatka, ale pewnikiem nasra w jakimkolwiek schowku.
– To może uwiąż go gdzieś na dworze? – Zaproponował Karl obserwując jak kundel znowu obwąchuje jego but.
– Raczej nie. Ktoś mi go jeszcze ukradnie albo otruje. Tak, tak. Doktor Hauser, choć był autorytetem w swej dziedzinie, nie cieszył się popularnością wśród żaków. Był surowy, nie stronił od konfliktów. Ktoś mógłby zechcieć otruć Łatka z zemsty.
– To głupie.
– A czyż ludzie nie są wolni od głupoty?
– Masz rację.
Karl zamiast znów zamarkować rzut, schylił się i pogłaskał żywo psa.
– Mogę się zaopiekować Łatkiem jeśli chcesz.

***

Ulice wyspy Kel były najlepiej strzeżonym miejscem w całym Cesarstwie. Magister Francesco Moutart mijał co chwila pięcioosobowe drużyny mężczyzn z imponującymi glewiami, w kolczych koszulach z pysznie wyeksponowanymi tabardami ze znakiem jelenia o płonących niebieskim ogniem oczach. Posyłali magistrowi nieufne spojrzenia. Moutrat czuł się dziwnie. Musiał zaliczyć wizytę u Brückera, potem u Henricha ze Stalervek. Naczelnik pewnie chce spijać mą niedole jako ostatni, pomyślał. Już ja mu się zrewanżuję!
Wszedł na Czarci Plac, gdzie wedle starej opowieści, elfy miały uprawiać niegdyś kult magii. Dla magistra samo oddawanie się sztuką magicznym było czymś nienaturalnym a co dopiero hołdowaniu jej. Na Placu w ołowianej klatce, zgodnie zaleceniem sądu, zwykło umieszczać się zwłoki skazańców, którym udowodniono posługiwanie się magią. Nieszczęśnicy ci pochodzili bez wyjątków z rodów arystokracji oraz patrycjuszy. Dla biedniejszych kryminalistów miasto Kelrad przewidziało pospolite szafoty na lądzie lub w dalszym ciągu popularne piki na bramach. Tym razem ołowianą klatkę zajmowały zwłoki cenzora Glauca Orgera rodem z Neusalz. Francesco Moutart doniósł łaskawie na niego, gdy popisywał się znajomością rozprawki O pochodzeniu bogów nieznanego autora. Wzięty na inkwizycję cenzor przyznał się, że modlił się do nielegalnych bóstw oraz korzystał z magii w sprawach prywatnych i zawodowych. Plugawił błogosławieństwa boga Prytera, w celu powiększania popularności wśród prostego ludu. Sprawa zakończyła się śmiercią urzędnika. Padł również cień wątpliwości w stosunku do religijności Trybuna Ludowego Joachima z Casetheim, który pragnął bronić Orgera przed sądem. Wkrótce wszczęto nowe postępowanie, zaś miejscowy kat zarobił na nowe rękawice.
Moutart wiedział, że dobrze zrobił. Prawo jest prawem i choćby było najdotkliwsze musi być egzekwowane z surowo. Tylko dlaczego, mimo rygoru kar, ludzie dalej kroczą drogą występku? Magister sądził, za profesorem Brückerem, że wina leży po stronie upadku autorytetów i ogólnej deprawacji rasy ludzkiej przez wpływ obcych ras. Właśnie, Brücker, zadumał się magister. Stary pierdziel wykorzystuje mój afekt do sukcesu. Nie jestem zboczeńcem, ale też nie posiadam koneksji dających mi dostęp do gotówki. Młody naukowiec począł zachodzić w głowę jak stary profesor dowiedział się, że Moutart posługuje w Małej Syrence. Zawsze nosi maskę, używa innych pachnideł oraz odzieży. Nawet bajzelmama nie znając jego prawdziwego imienia mówi mu per Gwizdeczek. Lecz nie to było istotne. Brücker złożył mu obietnicę, że obsadzi go na etacie kancelarzysty w Instytucie Dialektyki.
Francesco Moutart dziękował bogom za zbiorową mądrość, która popchnęła senatorów do obsadzenia wszystkich ulic wyspy Kel, latarniami. Ale nawet w najbardziej cywilizowanej enklawie Cesarstwa, za którą Moutart miał Kel, nie obeszło się bez psich kup. Mało brakowałoby nowiutke pantofelki przeszłyby chrzest. W przypływie gniewu zaczął rozglądać się. W świetle latarni dopatrzył, jego zdaniem szczurołapa, który wesoło gwiżdżąc szedł z jakimś kundlem. Usiadł na murku niedaleko Małej Syrenki i zaczął nabijać cybuch fajki wydobytej z kieszeni. Magister postanowił zwrócić mu uwagę.
– E! Panie! Co pana pies tak tu sra?!
Nieznajomy zignorował pytanie, co zamieniło gniew magistra we wściekłość. Podszedł bliżej, czujnie na psa. Niepotrzebnie. Kundel ułożył się pod stopami szczurołapa i począł lizać się tam gdzie tylko czworonogi potrafią.
– Mówię coś do ciebie – walnął mężczyznę śliną uchodzącą wraz ze słowami. – Patrz na mnie, jak do ciebie mówię!
Spojrzał. Moutrat znał te szare oczy odcedzone od współczucia i miłosierdzia.
– To ty?!
Pies zaniepokojony nagłym okrzykiem zaszczekał. Magister zwrócił uwagę na kundelka i rozpoznał w nim Łatka. Chciał krzyknąć znowu, ale poczuł jak zimna stal urywa jego akcje serca.

<- Część III | Część V ->


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 4 (#1 2017) kwartalnika Abyssos.

Nippon Banzai! Oculum Mundi

Krew z krwi, część 1

473 Wyświetleń

Strzała z łuku uderzyła prosto w pierś szarżującego w stronę samuraja ogra. Bestia ryknęła w amoku, kontynuując bieg. Broń, jaką była wielka maczuga nabijana krzemieniami miała właśnie uderzyć w leżącego członka klanu Yamisura, gdy nagle zza bambusowych drzew wyleciało kilka strzał, z czego dwie uderzyły prosto w głowę potwora, lecz to tylko go zamroczyło. Jednak ten czas wykorzystał leżący na ziemi wojownik, który szybkim ruchem chwycił swoją katanę i błyskawicznym cięciem ostrza przejechał po brzuchu ogra. Pomimo, że skóry bestii były twarde do tego stopnia, że zapewniały naturalny pancerz, to nie stanowiły przeszkody dla niezwykle ostrych mieczy, które posiadali samurajowie. Szybko, to miejsce pokryła czarna krew, a bestia oddała ostatni, agonalny jęk. Po chwili trzymetrowe ciało padło z łoskotem na ziemię. Samuraj nie tracił czasu na spoglądanie na swojego przeciwnika. Kiwnął do łuczników, którzy właśnie wyłonili się zza bambusowych drzew i dał sygnał do ataku w stronę najbliższej grupy przeciwników.

Continue Reading

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. III

353 Wyświetleń

<- Część II | Część IV ->

 


Tomas nic nie rozumiał.

Odkąd zaczął się wykład profesora Vendoma Tasartira, oryginała z długimi siwymi włosami oskarżonego o nie dwu a trzylicowość, wpatrywał się w Karlin Kuzeck. Żakowi imponowały wydane policzki dziewczyny, jej migdałowe, typowe dla Atrynijczyków, oczy. Imponował mu jej również jej tył. Jędrny, zgrabny, wesoło kołyszący się podczas chodu. Studentowi nie przeszło nawet przez myśl, że wczoraj zachwalał nieobowiązkowe wykłady. Dziś w myślach figlował z Karlin na sposoby, przez które trafiłby na stos. Pomyślał o Emili i zarumienił się doszukując się w swych imaginacjach zdrady.

Continue Reading

Oculum Mundi

Miejskie powietrze czyni wolnym #2

183 Wyświetleń

<- Część I | Część III ->


Chriss otworzył usta ze zdziwienia. Nie wiedział po co tu jest potrzebny, ani tym bardziej, dlaczego go tak energicznie przywitano. I zrobił to najwyższy urzędnik w całej republice. Chyba każdy, kto przybyłby ad hoc w takie miejsce zareagowałby dokładnie tak samo.

Przyglądanie się jednookiemu żołnierzowi dłużyło się. Chriss rozumiał ten mechanizm. Cisza, jaką celowo podtrzymywał doża, miała zdezorientować go. Sprawić, by poczuł się niepewnie. Wagner postanowił wziąć udział w tej grze. Pomimo faktu, że już wcześniej wyraził zaskoczenie, dalszą część partii zdecydował się rozegrać, jakby to on sam rozdawał karty. Przybrał dość normalny wyraz twarzy i oczekiwał na ruch od strony doży.

– Zapraszam do pokoju obok, panowie – odezwał się w końcu Sorill i wskazał na zgrabne, hebanowe drzwi po jego lewicy.

Nie czekał aż Czarny Kaptur zabawi się w lokaja, otwierającego drzwi. Pchnął je i żwawym krokiem wszedł do przytulnego pomieszczenia o skąpym wystroju. Za prostokątnym stołem stało dwóch przygarbionych jegomości w słusznym wieku. Pochylali się nad mapą rozłożoną na stole. Żołnierz rozpoznał ich bez większych trudności. Francis Orweld i Gustaw Nauestad zasłynęli z szeroko zakrojonych akcji charytatywnych skupionych wkoło kościoła Hilen, opiekunki zdrowia i miru domowego. Na szlachetne uczynki stać ich było za sprawą obrotu bronią i pancerzem w faktoriach handlowych rozmieszczonych w całym Cesarstwie Ingradyjskim.   

– Panowie – zaczął doża odwracając się profilem do Wagnera i Oldberga. – Jesteśmy w komplecie. Mości Nausestad, zechcecie zacząć?

Wagner spojrzał kątem oka w stronę mężczyzny, którego wywołał Sorill. Pomimo, że widział go po raz pierwszy w życiu, dokładnie tak sobie go wyobrażał. Przy kości, o pucowatej twarzy i łysinką na głowie. Typowy obraz kupca, do którego już przywykł, nawet będąc w wojsku.

– Dziękuję panie – Nausestad pokornie ugiął się w pas. – Na sam przód garść informacji. Rozpoczynamy wojnę handlową z republiką – kupiec machnął ręką. – Upraszam o wybaczenie. Z księstwem Norithoru. Nie mogę się przyzwyczaić do Bękarciego Księstwa… W każdym razie ród Camperezza rośnie niebotycznie w siłę i teoretycznie, jako nowa szlachta nie powinien parać się handlem, gdyż to zjawisko bezbożne, plugawe et cetera, et cetera… Być może nowej szlachcie przystoją takie zmiany – pokręcił zrezygnowany głową. – Bez względu na to familia, a obecnie ród książęcy Camperezza, szkodzić będzie Najjaśniejszej Republice w sposób niepomierny.

– Jako stronnicy cesarza – uzupełnił Francis Orweld.

– Nie inaczej, Francis, nie inaczej – zgodził się Nausestad.

Na twarzy Chrisa pojawił się lekki uśmiech, gdy słuchał słów kupca. Zdał sobie nagle sprawę, jak polityka zmienna jest. Nic dziwnego, że jego ojciec zerwał zaręczyny z panną Siletto, skoro mocno mieszała mu w planach. To dość zabawne, pomyślał nagle wojskowy, spoglądając mimochodem na rozłożoną mapę, że nagle, po dziesięciu latach poza granicami swojego domu, zacząłem myśleć o współżyciu małżeńskim. Ewidentnie się starzeję. Po chwili jednak wrócił do słuchania Neustada.

– Dlatego mości doża – Gustaw znów zbił pokłon w stronę najwyższego urzędnika – powodowany mądrością przystał na nałożenie na cis, rudę żelaza, krzemionkę i wełnę cła zaporowego. Transfer towaru do stolicy, a potem dalej na północ, rozciąga się przez terytorium Modris gdzie cło będzie pobierane. Ponadto książę Arnold Ottarstein z Ostreich i książę Veron z marchii Walsberg wyrazili chęci do nałożenia podobnych ceł – Nausestad zaprezentował na rozłożonej mapie poziomią linię ziem, na których będzie obowiązywały regulacje. – Towary z południowych księstw, choć tanie, zrównają się z cenami naszymi, dzięki czemu nasi stronnicy militarni, zwiążą się z nami i  handlowo. Osłabi to ekonomię Norithoru, ale i Kelrad, stolicy.

– Zaś my zyskamy na obrocie cisem, wełną i konopiami na wschodnich rubieżach cesarstwa – dodał Orweld. – Oraz Marchii Północnej…

– …o ile ceny za węgiel, żelazo, siarkę i glinę wydobywaną w Marchii Północnej stanieją – kontynuował korpulentny handlarz. – A na to głowa rodu Wagner przystać nie chce…

Podporucznik słuchał z uwagą kupców. Pomimo faktu, że nie był obyty z arkanami handlu jak tutaj zebrani, potrafił dość błyskawicznie analizować fakty. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Republika Modris stanowiła główny szlak handlowy do stolicy i dalej i każdy potencjalny towar musiał przejść przez te ziemię. Nałożenie ceł zaporowych przez republikę i otaczające Norithor księstwa wprowadzi stolicę w problem, gdyż nawet gdyby chciał kupować towary dalej w swoim państwie satelitarnym, straci więcej niż gdyby kupował od Republiki Modris. Christofferowi aż zakręciło się w głowie. Odzyskał trzeźwe spojrzenie na świat w chwili, gdy wspomniano o Marchii Północnej i jego ojcu. Zapaliła mu się w końcu lampka o co tu może chodzić i w końcu, po dłuższym milczeniu zabrał głos.

– Nie ma co się dziwić, skoro to są materiały, które potrzebne są do kucia oręża. Poza tym, obecnie sytuacja na północy jest moim zdaniem dość niepewna, by faktycznie prowadzić tam politykę handlu surowizną. Chyba, że mój ojciec podał inny powód, dlaczego nie przychyla się do propozycji rady.

– Nie powiedział nic – rzucił opieszale Sorill. – Dlatego, Christofferze, chcieliśmy byś uczestniczył w tym spotkaniu. Z twoim zacnym ojcem kontaktujemy się drogą listowną, a jak sam się domyślasz nie jest to kontakt wygodny. Mimo utrudnień zdążyliśmy wysondować, że margrabia Namüel, jak to się mawia prosto, kręci nosem. Od początku kupował surowce ze swoich terenów od spółek górniczych i wydobywczych pochodzących z Modris. Już wtedy nie był zadowolony z takiego stanu spraw. Obecnie, gdy twój ojciec, zdołał wykupić większość akcji tamtejszych faktorii stał się… – urwał na chwilę kręcąc głową – monopolistą.

– A gdzie monopol – rzekł Oldberg – tam nie ma konkurencji.

– Zaś bez konkurencji mamy do czynienia z wysokimi cenami – wnioskował Sorill.

– I wkurwionym margrabią – skwitował Nausestad.

Chris spoglądał kolejno na każdego przemawiającego mężczyznę. Miał wrażenie, że był przytłaczany każdą informacją, która wychodziła z ust urzędników. W końcu mówili mu o rzeczach, które były częścią polityki handlowej, która od kilkunastu lat nie była już jego domeną. I dałby się wrobić jak dziecko w niemalże każdą intrygę ekonomiczną, która szyją wielcy tego miasta. Przyjął więc na razie w myślach pozę “nie ma chuja, nie zgadzam się”, ale w ruchach i słowach wykazywał jakiś przejaw zainteresowania i szacunku wobec urzędników.

– Znam podstawy ekonomi, a także charakterek magrabii Namüela, więc zdaję sobie sprawę, jaki musi mieć to wpływ na wasze interesy, panowie- powiedział w końcu wojskowy, a zaraz potem zadał pytanie, które chodziło mu po głowie od dłuższego czasu.- Nie mniej, wciąż nie rozumiem, jaką w tym wszystkim mam odegrać rolę?

Podporucznik mimo wszystko, mógł się domyślać, że będzie jeleniem, ale wolał usłyszeć, w jakie piękne słowa ułoży to doża i reszta kupców. Smętna gęba Nausestada nie napawała wojskowego dobrymi przeczuciami. Orweld mlasnął i wypuścił głośno powietrze.

– Dobrze, ja to powiem – zaczął niechętnie. – Twój wielce szanowny ojciec z pieczołowitością dogląda spraw rodu Wagner i pomnaża jego majątek, ale… Na bogów… Ale szkodzi tym samym miastu. Zagadnienie jest szersze aniżeli sprawy finansowe i zależy nam na dobrych relacjach z margrabią. Na północy Kelrad, na południu Norithor. Sytuacja geopolityczna Modris przypomina położenie gładkiej dziewki – kupiec podrapał bulwiasty nos. – Jegomość z przodu i jegomość z tyłu ostrzą sobie na nią miecze. Jeśli wiesz o co mi chodzi.

Nausestad zachłysnął się winem. Doża Sorill z wymalowaną na licu ojcowską troską oklepał plecy grubego kupca.

– Bój się bogów, Francis – rzekł, gdy odzyskał dech w piersi. – Ty jak coś powiesz, to klękajcie narody…

– Moim zdaniem to całkiem zgrabna metafora – wtórował Orweldowi doża.

– Tak czy inaczej, Chriss… – Francis Orweld podjął sztywno. – Chcielibyśmy, abyś wpłynął na ojca. Tak by…

– Tak by, do ciężkiej choroby, stał się na powrót patriotą – dokończył buńczucznie Nausestad. – Oddanym i płomiennym patriotą.

– Mój pułkownik zwykł mawiać w takich momentach “Może i jest patriotą, ale bogowie, dajcie mi kompanię, a nie idealistę, do kurwy nędzy”, z wybaczeniem szanownego towarzystwa- nie mógł się powstrzymać od tej docinki wojskowy.

Wewnątrz siebie dusiło go pragnienie, by wybuchnąć gromkim śmiechem na słowa kupców i najwyższego urzędnika. Wiedział jednak, że nie spotkałoby się to ze zrozumieniem towarzystwa zasiadającego na tej naradzie, dlatego wolał podsumować to krotochwilą o mało wysublimowanym smaku. A ta przynajmniej mogła się spotkać z aprobatą choćby rajcy Orwelda. Bo już tarzanie się po podłodze, płacząc od rechotu raczej nie byłoby dobrze przyjęte przez żadnego z urzędników.

– Sprawa jest jeszcze trudniejsza niż szanownemu zgromadzeniu się wydaje- zaczął szczerze Chris, nie chcąc tworzyć iluzji dumy i szczęścia.- Wraz z moim odejściem do armii cesarskiej dziesięć lat temu nie rozstaliśmy się z ojcem w pełnej zgodzie. Minęła już co prawda ponad dekada od tego wydarzenia, ale wciąż… nie wiem, jak się zapatruje mój płodziciel na moją osobę. Zwłaszcza, że nie otrzymywałem żadnych listów z domów w trakcie służby. To pierwsza sprawa. Druga rzecz, to odległość. O ile mi wiadomo, to Pan Oldberg wspomniał, że mój ojciec wyjechał już do Północnych Marchii finalizować transakcje. Raczej w ciągu jednego dnia nie znajdę się na Harpich Szczytach, by mu wbić do głowy, że źle robi. I w końcu po trzecie… –

Tutaj Wagner cmoknął i się lekko uśmiechnął. – Wybraliście chyba złego Wagnera, panowie. O ile to wiem, moi bracia są bardziej pod ręką i znacznie bardziej przekonujący w kontekście zmian kierunku wiatru handlu anieżeli ja. Skąd więc taka decyzja, by mnie tam posłać?

Po słowach Chrissa nastała cisza. Jednooki zauważył, jak doża zerknął wrogo w kierunku trzymającego się na uboczu Czarnego Kaptura.

– Nie ja zbierałem wywiad, panie – odpowiedział sugerująco tajemniczy mężczyzna.

– Być może masz rację – Sorill zwrócił uwagę z powrotem na wojskowego. – Może czas leczy rany i pański ojciec nie byłby skory do gniewu, ale to kwestie domysłów. My potrzebujemy racjonalnych zadań.

Urwał, by stuknąć dwukrotnie o blat stołu. Wagner pojął, że w jednej chwili koncepcja planu doży runęła, jak marzenia mężów o bezstresowym pożyciu małżeńskim.

– Istotnie – podjął ponownie – zbyt daleko do Harpich Szczytów, by ryzykować potencjalną stratę czasu na rozdrapywanie starych, familijnych ran – oparł się o blat przebierając na nim rytmicznie palcami. – Czy mówi panu coś nazwisko Selitto?

– Mój panie, czy to aby roztropne, by… – Wtrącił się Orweld. Zamilkł, gdy doża energicznym gestem dłoni nakazał mu milczenie.

– Oczywiście, że mówi- odpowiedział Chris, wypuszczając powietrze z ust i lekko się uśmiechając.- Chyba z resztą wywiad mości doży, a co za tym idzie pan również, doskonale zdaje sobie sprawę, jak w dalekiej przeszłości rody Selitto oraz Wagner były ze sobą w dobrych relacjach, do tego stopnia, że byłem zaręczony z córką głowy rodu, Eweliną. Obecnie zdają się być zausznikami Camperezzów, czyli stoją po stronie cesarskiej. No i moje zrękowiny również stały się już mitem na rzecz innego absztyfikanta ze wspomnianego wcześniej rodu. I, o ile mnie pamięć nie myli, zajmowali się surowizną z kopalni metali. A także stoją w opozycji do innych familii elekcyjnych.

Skierowany wzrok doży na pana Orwelda przedłużał się. Chriss zauważył jak stary kupiec zrezygnowany wzruszył ramionami.

– Wszystko to prawda i tylko prawda – potwierdził Sorill delikatnie kiwając głową. – Camperezzowie, jako ród przedsiębiorczy…

– … skurwesyński, pełen parweniuszy i hochsztaplerów – raczył uzupełnić Gustaw.

– Dziękuję – westchnął mało zdziwiony doża. – Słusznie sugeruje pan Nausestad, że Camprezzowie to zdrajcy. Otworzyli bramy Norithoru podczas buntu i wpuścili lojalistów do miasta. W zamian za to otrzymali herb, splendor, tytuły, ziemię, tedy wszystko to, co czego potrzebuje szlachta.

– Syfilisu nie było w pakiecie – burknął ponownie grubawy kupiec. – To w stan szlachecki wnieśli w posagu.

– Gustawie, w każdym rodzie są osoby, które mają kiłę… To nie… – Próbował mitygować Francis.

– Tak czy inaczej nowi władcy Norithoru pragną położyć łapę na Modris, na co zgody nie ma – doża twardo wrócił do meritum. – Z rodem Selitto nic nie poradzimy. Wybrali tak, a nie inaczej, zaś my nie możemy pozwolić, by nasza pozycja osłabła – uniesiony palec ku górze wskazał na północno-wschodni kraniec mapy. – Harpie Szczyty. Spółki Wagnerów, spółki Camprezzów, jak się okazuje. Oni coś knują, a my musimy dowiedzieć się co. Chcielibyśmy byś ostrożnie wybadał sytuację w familii Selitto. Wobec ciebie nie będą mieli podejrzeń, Chriss…

Milczenie kupców wydało się kłopotliwe. Mężczyzni raptem wpadli w konfuzję, Fracis Orweld rozpoczął nawet kontemplację podłogi. Podejrzenia jednookiego kierowały się w stronę ewentualnych kontaktów handlowych ojca. Wagnerowie i Camperezzowie w przeszłości prowadzili wspólne interesy. Całkiem intratne, o ile Chriss pamiętał.

– Trzeba sprawdzić – milczący do tej pory Czarny Kaptur odezwał się paskudnym głosem – czy Hektor Wagner nie zwąchał się za blisko z Camperezzami… Proszę pana.

– Dzięki, nie wiedziałem- odpowiedział po chwili konsternacji Chriss, pozwalając sobie na spojrzenie: “Czy ty uważasz mnie za aż tak niedorozwiniętego?”.

W odpowiedzi mężczyzna skinął mu głową z wrednym uśmiechem.

Zasadniczo, bardzo mu się ten pomysł nie podobał, by mieszać się w zatargi zwaśnionych rodów i sojuszników. Nigdy nie był biegły w polityce, zwłaszcza dotyczących handlu, a teraz nie dość, że proponowali mu maczanie się w tym brudzie, to jeszcze na zasadzie szpiega. Szpiega, który będzie  przeciwko własnej rodzinie. W pewnym sensie to zdrada. Ale… z drugiej strony, skoro ojciec się do niego nie odzywał, podobnie jak bracia, będzie mógł im odpłacić piękne nadobnie. By jednak to się stało, musiał wiedzieć, czy mu się to w ogóle opłaci. Nie chciał być instrumentem, tylko dołączyć do muzyków. Ale na swoich zasadach, jako skrzypce prowadzące.

– Myślę, że mógłbym się tego podjąć, ale nim to, chciałbym się dowiedzieć, dlaczego ja, a nie któryś z moich ambitniejszych braci?- zaczął dość niewinnie, ale potem pozwolił sobie na bardziej pewny uśmiech.- To po pierwsze. Po drugie: awans na pułkownika, posiadłość o powierzchni stu arów, dwadzieścia hektarów własnościowych z polami, pastwiskami i lasami, na czas trwania misji 500 denarów: 100 w gotówce, 400 na lokacie bankowej, po misji pensja o wysokości 100 denarów miesięcznie na dwa pokolenia z czystej linii ode mnie, a do tego 10% upust cen na wyroby i surowiznę pochodzących od rodzin członkowskich rady do końca życia, pod zaprzysiężeniem u najwyższego kapłana Tradara.

Wraz z narastającą kupką warunków kolejno kupcy Orweld, Nausestad i Oldberg, wyrażali swoje zdumienie. Pierwszy psioczył, drugi obsobaczył Chrissa, trzeci zmówił pacierz do Skrupulatności Tradara. Gdy nadszedł kres wyliczanki doża położył ręce na blacie stołu i wypuścił głośno powietrze.

– Panowie kupcy… Wyjść – polecił twardym głosem. – Oprócz ciebie – zwrócił się do Czarnego Kaptura.

Mężczyźni posłusznie spełnili żądanie Sorilla, grzecznie kłaniając mu się na odchodne.

– Cesarz zwykł wieszać za podobne żądania – doża jak na przekór wypowiedzi, uśmiechnął się. – Wyższej szarży ci nie dam, w Najjaśniejszej Republice tytułów się nie kupuje… A przynajmniej chciałbym w to wierzyć.

Obszedł blat stołu i zbliżył się do jednookiego po czym złożył swą rękę na jego ramieniu.

– Chętnie spełniłbym twoje warunki. A nawet zrobił wyjątek dla stopnia pułkownika, lecz zrozum – przerwał i zdjął rękę z wagnerowego ramienia – takie zmiany gruntowe, finansowe i ekonomiczne, mówią wiele. Czy wiesz, że nim zaczyna się jakikolwiek konflikt zbrojny to na przód mówią nam o tym liczby? Tak, tak. Ekonomia. Wahanie rynków, destabilizacja, niemożność pogodzenia się ze złą koniunkturą, a dalej wymuszanie cen, narzucanie ceł i wszelkie próby regulacji rynku prowadzą do katastrofy. Zważ czego żądasz: nieruchomości, dóbr, wyrobów i upustów. To by pokazało naszym wrogom, że coś czynimy. Że wykonujemy ruchy. A naszym przyjaciołom, że próbujemy regulować rynek dzięki temu dziesięcioprocentowemu upustowi. Czy wiesz jak prędko rodziny członkowskie rady by nas opuściły?

Powracający za stół Kersil Sorill zapukał dwa razy w blat.

– Proponuje zatem zakwaterowanie na czas misji w zamtuzie Mirra i płomień, sto denarów zaliczki i czterysta denarów po wykonaniu zlecenia. To wszystko, co mam do zaoferowania – skwitował władca. – Nie musisz odpowiadać teraz. Idź i użyj życia na balu, a gdy ten zakończy się, poznamy obaj twą decyzję.  

Chriss wysłuchał co miał mu do powiedzenia doża. W tym momencie miał ochotę trzasnąć drzwiami i wrócić gdzieś na północ, gdzie nie było żadnej polityki rodowej, ani tym bardziej zdrady w stosunku do własnej rodziny, do czego namawia go teraz Kersil. Nie ma zamiaru godzić się na to, by dostać jakieś marne grosze w stosunku do kroci, którą zarobią wielkie rody. Nawet gdyby go włączyli do kółeczka, nie wykazywałby żadnego zainteresowania, gdyż bardziej dla niego zajmujące są militaria. Rzucił jeszcze tylko spojrzenie w stronę najwyższego urzędnika i kiwnął głową, nie dając mu żadnej odpowiedzi. Gdy tylko doża puścił jego ramię, ukłonił się zgodnie ze zwyczajem i skierował się w stronę drzwi. Tam się zatrzymał i obrócił na pięcie:

– Wciąż jednak nie dostałem odpowiedzi na pierwsze pytanie- dodał jeszcze podporucznik, wpatrując się w twarz Sorilla.- Dlaczego ja?

– Jesteś stąd, ale jednocześnie jesteś obcy – odpowiedział doża posyłając żołnierzowi szczery uśmiech.

– Zdaje się, że tak naprawdę nigdy nie byłem „stąd”- odparł jeszcze wojskowy, raz jeszcze kłaniając się i wychodząc z sali.


Michał J. Sobociński;

P. R. Ofiarski


<- Część I | Część III ->

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. II

205 Wyświetleń

<- Część I | Część III ->


Przed wejściem do pokoju numer dwadzieścia dwa tłoczyła się grupka żaków. Namawiając się wzajemnie na pukanie w drzwi, wspominali jak przed laty Karl Weiss wyszywał na banderze uschnięty dąb. Znak elfich buntowników prędko stał się symbolem solidarności ze starszą rasą. Stojący w tłumie Francesco Moutart po części rozumiał studencką fascynację Weissem. Odważny, bohaterski, idealista. Co z tego, że myli się w każdym z cali? Młodzi kochają mało rozsądnych, gdyż w miłości to podobieństwa a nie różnice się przyciągają.

– Podobno zmienił się nie do poznania! – Ekscytował się jakiś pierwszak.

– A jak miał się nie zmienić?  Znasz kogoś kto opuścił wyspę Mort? Cała wyspa to jedna wielka kolonia karna – odpowiedział mu jego równolatek.

– Jak wyjdzie od Tomasa to nam wszystko opowie!

Moutart chował w pamięci i sercu wszystkie opinie i ploteczki na temat Weissa. Spamiętywał przy tym tych, którzy nadmiernie egzaltowali się uczelnianym synem marnotrawnym.

Tomas Vouter zerkał przez ramię na drzwi pokoju 22. Uśmiechnął się myśląc o zasadach akademickiej społeczności. Żaden z pierwszych roczników nie miał prawa przeszkadzać żakom, którzy rozpoczęli quadrivium. Nawet jeśli obserwowaliby rozmowę z końca pokoju, mogącego pomieścić dwudziestu lokatorów. Student spojrzał na Weissa a potem na siedzącą na pryczy dziewczynę o lazurowych oczach. Nie spodobało mu się jak Emila Loufstein patrzy na Karla. Szczęśliwie żak również wpatrywał się w drzwi słuchając głośnych rozmów pierwszaków.

– Za twoich czasów tez był taki porządek? – Zagaił Tomas.

– Nic się nie zmieniło.

Potem zapadło, nieznośne dla cierpliwości, milczenie. Tomas zaprosił do rozmowy Karla z jasnego dlań powodu. Odkąd usłyszał, że na uniwersytet wraca osławiony swą odwagą Karl Weiss zapałał chęcią żądzy odbycia z nim rozmowy. Również Emila Loufstein nie mogła się doczekać spotkania z przywódcą rozruchów studenckich.

– Słyszeliście o pomyśle cesarza? – Odezwał się Karl wzdychając zaraz po tym. – Jego Miłość doszła do wniosku, że słusznie jest, aby środowisko akademickie tego miasta zostało wyłączone spod sądów kościelnych i  włączone pod jurysdykcje miejską.

– Tak, by cechy rzemieślnicze, osoby prywatne i spółki cywilnoprawne nie musiały wnosić podatku za zatrudnianie stażystów do pracy. Kanony kościelne zabraniają nakładania dodatkowych danin oprócz dziesięciny i podatku od głowy – sprostował szybciutko Tomas Vouter.

– Godzi to w część studentów, którzy nie są wspierani przez rodziców w sposób znaczny. To jasne – dodał Karl Weiss przekładając nogę na nogę.

Ponownie w pokoju numer 22 zapanowało milczenie.

– Uniwersytet nas potrzebuje – odezwał się po krótkim momencie. – Ale sam wiesz najlepiej, że jest za mało zainteresowanych by można coś wywalczyć. Poprzednio byli studenci, elfy, krasnoludy. Nawet paru wykładowców dołączyło!

– Nie przypominaj mi o tym kolego – odparł szorstko Weiss. – Poprzednio nie udało się nam posunąć pomysłów do przodu. Nie studiowałeś wtedy. Nie było cię tam. Popełniliśmy wiele błędów.

Byłem – sprostował w myśli Tomas. – Ale nie pamiętasz mnie.

– Ale najwyższą cenę zapłaciłeś ty – do rozmowy włączyła się Emila.

– To nieprawda – zaprzeczył Karl kręcąc głową. – Biedaki z barykady uniwersyteckiej zostali zmasakrowani przez konnicę Henricha ze Stalervek. Rozmawiałem z nim dziś. Teraz służy tu jako naczelnik.

– Raczej naczelny donosiciel – prychął Tomas.

– To kiepski awans, co? – Zastanowił się Karl.

– Ma teraz dużo czasu – śpieszył z wyjaśnieniami Tomas. – A wieść niesie, że ponoć sam wniósł o utworzenie tego stanowiska.

– Taaa… – Przeciągnęła Emila kręcąc oczami. – Teraz ma więcej czasu na łajdaczenie się w Małej Syrence. No i na rozmowy z Moutartem.

– Szczupły, przeciętnego wzrostu, niemodna toga?

– To on – potwierdził Tomas. – Szpicel, menda i podobno łamacz mieczy.

– Kto?

– Tomasowi chodzi o to, Francesco, znaczy Moutart, oddaje się oddaje się mężczyznom jak dziwka – wytłumaczyła z obrzydzeniem Emila.

– To co za problem? – Nagle Weiss ożywił się.  – Donieść na niego inkwizycji i spalą go jako winnego wynaturzeń. Kto ogniem woj uje od ognia ginie, prawda?

Od razu chce działać. To prawda, co powiadali o nim – snuł w myślach Vouter.

– To nie takie proste. Odkąd rozgoniono batogami poprzedni bunt, wszelkie donosy z uczelni przechodzą przez ręce naczelnika – rzekł Tomas. –  I uprzedzając kolejne pytanie: nie,  nieoficjalny donos też nie ma szans. Inkwizytorium patrzy na uniwersytet, jeśli nie palącym, to z pewnością mało przychylnym wzrokiem.

Skamieniała twarz Karla Weissa zaniepokoiła młodego studenta. Żak chciał przedstawić mu bolączkę sądową, a tymczasem Karl aż palił się do krwawej roboty. Przynajmniej nie okazywał tego. Lecz Tomas dostrzegał w rozmówcy gniew narastający powolutku i stopniowo.

– Powzięliście już coś? – Zapytał Weiss.

Vouter przeczuwał i bał się tego pytania.

– Są z nami młodsze roczniki. Jednostki, których mało obchodzą podatki na rzecz miasta ale zrozumieją poniekąd naszą sprawę. Gdy przyjdzie im zostawić pieniądz u urzędnika w zamian za kwit, a nie karczmarza w zamian za gorzałkę – odparł mniej ostrożnie niż planował. – Ale starsze i najstarsze, pamiętające poprzednie wydarzenia, nie palą się do działania. To dziwne. Potrzebują nas. Ta inicjatywa jest korzystna dla wszystkich uczących się. Zmieniając sądownictwo uniwersytet padnie bez studentów.

– To, że rybak zależy od morza, nie oznacza, że morze zależy od rybaka – odpowiedział Weiss a potem machnął ręką. – Jak w miłości, moi mili, jedno odchodzi, przychodzi potem drugie.

– Jesteś cyniczny – obraziła się Emila.

Rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Tomas domyślił się, kto może im przeszkadzać. Po głośnym wejść! w progu pokoju pojawił się korpulentny młodziaszek o pucołowatych polikach. Wysoki chłopak, odziany w togę barwy zimowego, zachodzącego słońca, stanął w progu pozwalając, by wzrok zgromadzonych za drzwiami studentów, na chwilę wlał się do środka.

– O! Przepraszam! – Prawie krzyknął rozumując w czym przeszkodził. – Już mnie nie ma!

– Nie, nie, Edgar, czekaj – Tomas zaprosił blondyna gestem ręki.

Zmieszany student w todze poszedł ku trójce. Zerkał z obawą na Karla. Uśmiechnął się szelmowsko i zarzucił nogę na kolano.

– Karl Weiss – przedstawił się spoglądając na Edgara.

– Wiem kim jesteś… – Wyszeptał Edgar cały czas wpatrując się w żaka. – Zostałeś zesłany na wyspę Mort za bunt i rozruchy – rzekł niespokojnie. – Słyszałem, że zginąłeś. Podobno są tam urządzane polowania na skazanych nie-ludzi. Skazańcom obiecuje się wolność w zamian za uczestnictwo w polowaniu.

– Jakim znowu polowaniu?  Edgar, co ty gadasz? – Spytała znudzona Emila.

– To prawda! – Student wybuchł gniewem. – Słyszałem od… od pewnych ludzi! Dozorcy robią łapankę, potem obiecują wolność. Nieszczęśnicy,  którzy przestają na te kondycje dostają sztylet i won w las. Potem dozorcy z psami polują na nich. Komu uda się przetrwać noc ten może opuścić wyspę.

– Udało się komuś? – Wtrącił Tomas.

– Gdzieżby tam!

– Mi się udało – skwitował szybko Weiss. – Zatopiłem się w bagnie uprzednio przygotowując rurkę z trzciny, aby dostarczała mi powietrza. Rankiem dozorcy, choć nie zadowoleni, przetransportowali mnie do Modris.

– Niesłychane – westchnął Edgar.

– Ważne, że żyjesz Karl – uśmiechnęła się Emila. Tomasowi nie spodobała się ta życzliwość. – Dajcie spokój – westchnęła. – Znowu Ci zginął Łatek?

– Łatek? – Zaciekawił się Karl.

– A to mój kundelek. Mały, bury… Taki tam – wytłumaczył Edgar.

– Tu go nie ma – powiedział surowo Tomas. – Pewnie siedzi przy kuchni, jak zwykle.

Edgar skinął głową, podziękował i przeprosił za najście. Stojąc przy drzwiach wyjściowych rzucił słowem, które nie spodobało się Tomasowi. Uchol. Cholerny uchol. Moutart powinien złapać jakąś chorobę Prytera, psia jego rasa. Ciekawe czy prócz członka w rzyci ma coś jeszcze z donoszenia – głowił się żak.

– Coś nie tak? – Weiss pojął, że są podsłuchiwani.

– Musisz wybaczyć Edgarowi – Tomas podniósł głos i puścił oko do kolegi. – W tym roku skończył trivium i zainteresowało się nim Gorejące Słońce. Nie, nie – zaśmiał się Tomas widząc jak twarz Karla zdradza spłodzone w myślach zdziwienie. – Inkwizycja nie doszukuje się w Edgarze przestępstw religijnych. Werbują go do swoich szyków, ale spokojnie. Jest niegroźny. Póki co. Teraz uczy się pilnie i cały czas gada o tym, co zapamiętał z wykładów.

– No i szuka Łatka – zaśmiała się dziewczyna.

– Głupi kundel – obruszył się Vouter. – Najpierw miał go jeden z wykładowców. Hauser, doktor teologii. Łatek był jego pupilkiem i gdy szlag trafił doktora to Edgar postanowił go przygarnąć. Cholerny pchlacz wszędzie szcza i sra. Poza tym jest niegroźny.

– Aha – mruknął Weiss. – Co z Moutartem?

– A co ma być? Menda i kanalia z niego jest – Vouter nawet nie próbował panować nad głosem. – Teraz was przeproszę. Muszę odwiedzić parę osób – wstał. – Jutro na auli głównej odbędzie wykład jakiegoś astrologa z Modris. Profesor Tasartir, o ile mnie pamięć nie zwodzi. Nieobowiązkowy, ale odnoszę wrażenie, że obecnie jeśli już chodzić na wykłady to tylko te nieobowiązkowe. Polecam i rekomenduję. Porozmawiam z moimi druhami. – Zniżył głos – Pojutrze spotkajmy się obok. W pokoju numer 23. Porozmawiamy konkretniej.

Wstał i pożegnał się uściskiem dłoni z Karlem. Emile pocałował w policzek. Wychodząc z pokoju numer 22 ogłosił, że studenci mogą już doń wejść. Co uczynili pośpiesznie. Żaden z nich nie odważył się jednak zagaić do wychodzącego z pokoju Karla Weissa.

***

Emila Loufstein zaproponowała szatnię przy kaplicy Eo na miejsce spotkania. Nie widziała o czym chce z nią rozmawiać Karl Weiss. Rzucił przelotnie, że potrzebuje z nią pomówić w miejscu gdzie nie sięgają uszy Moutarta. Przecież mogliśmy pogadać w noclegowni. Moutart i tak by nic nie usłyszał przez panujący tam harmider. Może chodzi o coś więcej? Może Karl nie chce by Francesco widział jak rozmawiamy? Nóżby ta menda rozpuściła plotki, że mam niby romans z Karlem po jednym spotkaniu. No chyba taki durny nie jest…  – zachodziła w głowę dziewczyna.

Mijając kolejne grupki żaków słyszała jak dyskutują nad powrotem Weissa. Jedni opowiadali o jego wyczynach, inni zaś o pobycie na wyspie Mort. Trzeci z kolei zastanawiali się czy popchnie rzekomych buntowników do kolejnego starcia z władzą. Emila sama zastanawiała się po drodze jakie plany ma ten człowiek. Podobno nie jest gwałtowny, ale nie wyglądał na takiego, co łatwo zgadzałby się z losem. Emila postanowiła nie osądzać przedwcześnie Karla. Pożyjemy, zobaczymy – skwitowała w duchu.

Przeszła obok kaplicy Eo, przy której Edgar rozmawiał z akolitą. Emila nie usłyszała rozmowy, ale wywnioskowała z miny Edgara, że student był średnio ukontentowany jej zwieńczeniem. Jej treść pozostawiła w sferze domysłów i zatrzymując się przed drzwiami szatni, rozejrzała się. Nikogo w pobliżu. Nacisnęła na mosiężna klamkę i pchnęła drzwi.

Weiss siedział na blacie, za którym zwykł stać szatniarz.

– Jestem – powiedziała.

– Jesteś – rzekł niskim głosem powstając z blatu. Wyczuła od niego zapach smrodu kiepskiej mieszanki ziołowej do palenia.

Nie wiedziała czy sama ma zagaić czy poczekać aż Karl sam zacznie mówić. Cisza peszyła ją. Uciekała od wzroku żaka i była zarazem pewna, że mężczyzna wyczuwa jej zakłopotanie.

– Spokojnie, moja droga – zaczął łagodnym głosem. Mimo to jego chropowata barwa drażniła delikatny słuch studentki. – Chciałem z tobą porozmawiać o Tomasie.

Zmarszczyła brwi i podniosła głowę. Nie lubiła rozmawiać o kimś za plecami.

– Wyraziłem się źle, przepraszam – Karl zrozumiał sygnał pochodzący z oblicza dziewczyny. – Tomas zaprosił mnie do rozmowy, ale nie dowiedziałem się niczego konkretnego. Tak, wiem, że pojutrze zobowiązał się do przekazania szczegółów, ale nie chcę być zaskoczony. Powiesz mi co mu leży na sercu?

Emila wahała się. Istotnie, wiedziała co Tomas ukrywa, ale wolała by to on przekazał Karlowi swoje myśli. Błądząc wśród wątpliwości nie zauważyła nawet, że student znalazł się bliżej niej.

– Sama nie wiem… – Nie potrafiła podnieść wzroku. – Ech… – Zdecydowała. – Ty go nie pamiętasz, prawda?

Pokręcił głową.

– Tomas brał udział w twoim buncie. Na początku. Wciągnął go jego brat, Albrecht. Chodzili na pikiety, rozdawali ulotki, nawet byli na barykadach, ale… – Urwała.

– Ale?

– Ale Tomas stchórzył – dokończyła prędko. – Uciekł, gdy zobaczył oddziały Heinricha ze Stalervek. Skrył się w dzielnicy elfów a gdy dotarły tam wojska zbiegł do świątyni Hilen. Tam się poznaliśmy. Byłam akolitką, ale to co zobaczyłam…

– Powiedz proszę.

Emila złożyła ręce na piersiach. Czyniła tak, gdy czuła się zdenerwowana. Spuszczała wzrok i tuliła się sama gładkimi jak atłas rękami. Usiadła na ziemi obok zajętych wieszaków z płaszczami zaciągając seledynową suknię na kostki.

– Rannych po walkach umieszczano w szpitalach oraz w świątyni Hilen – opowiadała dalej. – Tomasowi nic się nie stało, ale postanowiłam udzielić mu azylu. Wkrótce przywieziono ranne elfy i krasnoludy. Wśród nich byli i żacy. Udzielając im pomocy znalazłam Tomasa, który łkał i przepraszał Albrechta a potem…

Dziewczyna schowała głowę w dłoniach. Nie płacz, nie płacz – powtarzała w myślach. Na próżno. Nagle poczuła czyjeś ciepło na swym prawym boku. Karl usiadł obok niej i przyglądał się troskliwym obliczem. Czuła, że nie powinna, ale na bogów musze to z siebie wyrzucić!

– Matka przełożona przeczuła, że zjawi się wojsko – podjęła ponownie. – I miała rację! Oprawcy naczelnika zamordowali wszystkich! Elfy, krasnoludy, studenci! Wszyscy zginęli! A matka przełożona schowała się w zakrystii! Nic nie uczyniła! – Emila wybuchła gromkim płaczem. – A oni… Gwałcili, mordowali…

– To moja wina.

Emila uniosła głowę i pokazała Karlowi czerwoną twarz, wilgotną od łez.

– Co ty gadasz?

– To prawda. To moja wina. Ludzie i nieludzie zginęli bo ja rozpętałem ten bunt.

– Brednie! Postąpiłeś słusznie! To cesarz jest głupcem i winnym śmierci tych… O bogowie… Co oni chcą od nie-ludzi? By myśleli jak ludzie? By myśleli jak wszyscy? Przecież większość to głupcy! Idą przez życie jak posłuszne owce ganiane przez pasterskie psy – żaliła się dziewczyna. – Postąpiłeś słusznie. Skąd mogłeś wiedzieć jak zareaguje władza?

– To nieistotne. Skutek był taki a nie inny.

– Mylisz się. Wiem to ja i wiesz ty – dziewczyna spojrzała na Karla mokrym oczami. – Tomas też to wie.

– Co się z nim stało?

– Uciekł ze świątyni. Znalazłam go pijanego na barykadach. Akolici asystowali kapłanom przy modłach w intencji tych, którzy ocaleli. Znasz ten zwyczaj, prawda?

– Tak – potwierdził. – Na polach bitwy tuż po starciu kapłani Hilen składają dzięki Belladonowi za to, że przerwał walkę. Potem zjawiają się kapłani Walsa i odprawiają wstępne nabożeństwo w intencji zmarłych.

– To nie był koniec. Gdy rozprawiono się z żakami wojsko i straż miejska wkroczyła do dzielnicy nie-ludzi. Matka przełożona otrzymała rozkaz by wstrzymać się od niesienia pomocy i… – Emila zapłakała gorzko. – I wypełniła rozkaz. Nie mogłam tego znieść – poczuła, że Weiss ujął ja za dłoń. – Odeszłam ze świątyni, zaś mój ojciec wysłał mnie na uniwersytet. Zresztą, to było jego marzenie – uśmiechnęła się blado do wspomnień. – Tutaj spotkałam Tomasa Voutera. Był inny. Silny. Cały czas mówił, że czeka na okazję by odwdzięczyć się mordercom brata. Ale cóż z tego?  Teraz, gdy nadszedł czas próby, waha się.

– Boi się, że spotka go taki sam los jak jego brata?

– Też, ale… – pokiwała głową. – Tomas obawia się, że rozlew krwi niczego nie zmieni. I ma chyba racje. Co zdobyliśmy wtedy?

Zapadła nurtująca umysły cisza. Emila wsłuchiwała się w nią i zdała sobie sprawę, że Karl nie puścił jej dłoni.

– W całym mroku nieszczęść odnajduję światło – wymruczał żak.

Poczuła uderzenie w klatce piersiowej. Potem kolejne. I kolejne. Serce uderzało mocno, miarowo. Oddech stał się płytki i prędki jak woda w górskim potoku. Strumień żądzy przelał się przez dziewczynę zmuszając ja do skierowania twarzy ku Karlowi. Widok jaki zastała przeraził ją. Targane zmęczeniem oblicze rysowało się jej jako dojrzałe. Zmęczone, lecz nieugięte. Ostre i twarde jak stal, ale miłe oraz gładkie jak diament. Skąpała się w zieleni jego oczu i poczuła się jak na okraszonej rosą łące. Wbrew woli dotknęła jego skroni za uchem. Szukała wśród skołtunionych włosów szramy, która zdobył na barykadach. Namacalnego dowodu męstwa. Nie znalazła. Lecz poczuła smak jego warg.

Czuła jak ciało staje się ciężkie, płynne, mozolne. Nie potrafiła brnąć pod prąd. Dając ponieść się fali poczuła dreszcz. Grzechu? Zdrady?  Ale i Tomas zdradził. Siebie. Brata. Ideały – usprawiedliwiała się gładko. – Czemu mam mu ustępować w słabości. Jestem tylko kobietą… Tylko  zagubionym człowiekiem…  Pozwoliła podnieś się mężczyźnie. Naparł na nią przy ścianie, szukając ukojenia pragnień błądząc rękami po jej ciele. Oddychali szybko. Łapczywie konsumując każdy oddech. Przestał. Dlaczego?  Otwierając oczy dostrzegła, że wpatruje się w nią. Zrozumiała. Ale nie wiedziała, co odpowiedzieć. Owinięte wcześniej ręce w koło jego szyi, złożyła na barkach.

Pomóż odnaleźć mi drogę… – myślała.

Poczuła jego rękę na tyle. Chwycił ją mocno. Pewnie. Stanowczo. Jak nikt przed tym. Oplotła go nogą i czekała aż uniesie ją ku górze. Do nieba. Tam gdzie nie ma bólu, tam gdzie przez krótkie momenty nie pamięta się o niczym innym. Chciała zmienić się w jedno ciało z Karlem.  Ale on zwlekał. Wydłużał nieuniknione. Nie ma drogi odwrotu. Nie ma ucieczki.  Chwycił ją obiema rękoma, zaś ona dala się schwytać. Niósł ją wolno wpatrując się w jej twarz. Zieleń i błękit ich oczu spotkały się.  Nie myśleli nic ponad to. Niebo i ziemia. Emila nigdy nie czuła się tak wysoko. Wyżej niż strzeliste wieże Katedry Wielkiego Eo, wyżej niż połyskująca w świetle srebrnego księżyca kopuła Bazyliki Cesarskiej. Wyżej. Za wysoko. Co kiedy przyjdzie mi spaść?  – Zmartwiła się. Mężczyzna dopatrzył się, że niebo uciekło od ziemi. Posadził ją na blacie szatni i ujął za talię. Zatapiając w jej szyi usta, przypomniał o swej obecności. Przyciągnęła go do ciała i owinęła nogami. Rozprawiła się brutalnie z jego paskiem od spodni i poczuła ciepło dłoni Karla błądzącego pod jej suknią. Chciała się położyć na blacie. Czy zakręcił się świat? Nie pozwolił jej opaść. Chciał inaczej. Wiedziała o tym. Dobrze! Ale już!  Prędzej nim dowie się świat!  Nawet tu, bez łóżka!

Stało się. Emila dyszała mocno…  Karl też. Ale potem nie opadł na nią. Tomas tak robił. A on nie. Gdy skończył podciągnął spodnie i zapiął klamrę pasa. Znów niebo i ziemia zetknęły się w milczących interwałach czasu. Ucałował jej dłoń przesuwając ją najpierw ku swym ustom.

– Co teraz? – Spytała, gdy przyjęła pocałunek.

Pogłaskał ją czułe po głowie i uśmiechnął się krzywo.

– A czego byś pragnęła?  – Odpowiedział pytaniem.

– Nie wiem – zakłopotała się. – Nie chcę by Tomas się o tym dowiedział. To go złamie. Przestanie wierzyć w sprawę i porzuci to, co zostało zbudowane.

– Emilo, pytam czego ty chcesz.

Pomyślała, że uwiódł ja w jednym celu, ale… Po co by pytał o moje pragnienia?

– Nie wiem. Pogubiłam się. Wydaje mi się, że sprowadziłeś mnie tu w jednym celu… – zerknęła na mężczyznę z dozą strachu. – Ech, Karl.. Nie wiem gdzie jestem.

– Jesteś w pokoju – odparł Karl zadzierając jej głowę do góry.

– Nie żartuje sobie.

– Nie żartuję – rzekł spoglądając na nią z uśmiechem. – Wszyscy odwiedzamy różne pokoje. Zaglądamy do nich na moment, przeglądając się w stojących w nich lustrach.

– Mówisz jak niejaki Artem. Poeta z południa państwa – zakpiła dziewczyna.

– Być może, ale posłuchaj – Karl nie zniechęcił się. – Przyglądamy się swoim cechom, zajęciom, aspiracjom, ale czasem ktoś wchodzi do tego samego pokoju co my – pogładził jej delikatną rękę. – Ty weszłaś do mojego pokoju, a ja twojego. Przeglądamy się teraz w jednym lustrze.

Piękne słowa, panie Weiss, ale plecie pan jak poeta – myślała Emila. Nie mogąc powstrzymać chęci przyglądania się twarzy Karla postanowiła rozprasować dłońmi pogniecioną suknię. Trud zdawał się próżny, lecz skutecznie absorbował uwagę dziewczyny. Czuła jego wzrok. Kłujący i czysty jak mróz.

– Po co mnie tu zaprosiłeś? – Odważyła się zapytać wprost.

Nie odpowiedział. Emila poczuła się źle. Jak wtedy, gdy oznajmiła matce przełożonej, że odchodzi. Ruszyła wówczas w mało znane, w niebezpieczne, bo nowe. Nie ufając w słuszność kroków. Ale Karl… Niepodległy, wolny i silny. Spróbował raz i nie powiodło mu się. Teraz wrócił, choć widział jak będzie ciężko. Mimo to jest. I będzie. Pokonany, ale nie zdobyty jak gród Yorbrittum, co strzela w niebo surowym basztami.

Inny niż Tomas.

– Emilo, spotkamy się jeszcze – szukał słowa – sami?

Poczuła, że pragnie się z nią pożegnać, lecz jak na przekór nie wyglądał na takiego, który chciałby odejść.

– Może kiedyś. W jakimś pokoju z jednym lustrem – odpowiedziała z marnym uśmiechem.


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 2 (2015) kwartalnika Abyssos.

<- Część I | Część III ->

Oculum Mundi

Miejskie powietrze czyni wolnym #1

245 Wyświetleń

Z pewnością są tacy, którzy przynajmniej słyszeli o grach RPG. Znajdzie się garść i takich, którzy grali w różnorakie settingi (systemy) mogąc poczuć się tym, kim w rzeczywistości nie są. Jednakże istnieje specyficzny dział odgrywania postaci tzw onForum. Jest to nic innego jak sesja RPG opisywana na popularnym silniku forum phpBB.

Dwóch autorów, publikujących na Abyssos, postanowiło wykorzystać doświadczenie zdobyte podczas tego rodzaju rozgrywek i wykorzystać je w oryginalnej czynności literackiej. Zamiast popularnego schematu, używanego na sesjach onForum, autorzy zdecydowali się prowadzić narrację w kolejnych odcinkach mini powieści Miejskie powietrze czyni wolnym, osadzonym w uniwersum Oculum Mundi. Historia prowadzona jest w sposób ciągły, to znaczy bez wyraźnego podziału na wątki MG (Mistrza Gry) oraz BG (Bohatera Gry).

Michał Sobociński, jako Mistrz Gry; Paweł Ofiarski jako Chrisstoffer Wagner.

Zapraszamy do lektury!


Część II ->


1 kalendy miesiąca Tradara, 580 lat po przybyciu Attara

W całym cesarstwie nie ma takiej zimowej nocy.

W mieście Modris był taki zwyczaj: kiedy komuś nie wyszedł interes, bez znaczenia o jakiej skali, zwykł obrzucać posąg świętej Matyldy różnymi nieprzyjemnościami. Zwyczaj ten wziął się od legendy, która opowiadała, jak najuczciwsza z najuczciwszych Matylda wyznała na sądzie, że jej ojciec kantował przy odpisach podatkowych. A za zaoszczędzone pieniądze kupował córce smakołyki. Powiadali tedy, że wówczas to sam bóg handlu i kupców, Tradar, nie mogąc się nadziwić tak naiwnej uczciwości, wziął po śmierci Matyldę do swej domeny, by doświadczyć jej zalet. Lub wad, jak twierdzili inni. Teraz wszyscy ci, którym różnorakie kłopoty pożarły intraty, przeklinali cechy Matyldy z wiadomych powodów.

Chrisstoffer Wagner przyglądał się trudom mnicha wycierającego pomnik. Przyjrzał się swojej szacie i ocenił, że w porównaniu do duchownego, którego świątynia słynie z bogactwa, wygląda niczym doża. I nic dziwnego. Nie w taką noc. Pierwszego, zimowego wieczora każdy jeden w Modris, czy to łachmyta, dziad proszalny, kupiec, mistrz rzemiosła lub szlachetka, zakładał co miał najprzedniejszego i pośpieszał do Pałacu Najjaśniejszego Doży. Tam, rok w rok, obywatele i nie obywatele Modris świętowali zrzucenie jarzma mitycznego „króla” rodzącego się miasta-państwa i deklamowanie republiki.

Mnich, gdy skończył wycierać posąg, odwrócił się w kierunku młodego Wagnera i widocznie nie spodobał mu się zastany widok. I nie było co się dziwić. Wszyscy wiedzieli, że pomimo uroczystych zasłon, przyjęcia u doży to istne targowisko próżności, gdzie każdy gest, słowo, a nawet sposób ubioru mógł wywołać plotkę, a od niej bliska droga do skandalu. Za maską eleganckiego przyjęcia, toczyła się wojna o status. Szczęśliwie, Christoffer nie miał co tracić, gdyż w mieście przebywał tylko dwa dni i sam jego powrót może być powodem wielu plotek. Zwłaszcza, gdy się dowiedział, że jego ród, z którym był związany więzami rodzinnymi, tak mocno wybił się na handlu bronią.
Wojskowy zatrzymał się na chwilę przy posągu, przypatrując się jego majestatowi, by potem zerknąć na skromnego mnicha, któremu wyraźnie nie był w smak ubiór byłego wojskowego. Zdziwiło go to trochę, gdyż starał się zachować powagę w stosunku do swojej rangi. Miał na sobie mundur galowy, skrojony na miarę, w barwach księstwa Yorbrittum, wraz z pagonami, które miały wskazywać rangę podporucznika. Do tego, wypastowane buty oraz pas z przypiętym mieczem. Jako dawny oficer przysługiwał mu honor noszenia broni jako statusu na uroczystościach. W lewej ręce trzymał maskę na patyku jakiejś uśmiechniętej osoby, która kolorystycznie była dopasowana do stroju. Nie świecił się jak przysłowiowy szczupak w szafranie, nie mniej był dość elegancki. Nawet zasłonił elegancką, czarną opaską dziurę po oku. Nie odezwał się jednak, gdyż nie chciał człowiekowi przerywać swojej pracy. Chociaż, z drugiej strony, nawet ten duchowny nie wiedział, ile by Wagner oddał by się z nim zamienić na miejsca i nie udawać się na to przyjęcie z powodu obowiązków zawodowych.

Nie mniej, obiecał panu Oldbergowi, że się pojawi na przyjęciu. Nie wiedział czemu wspólnik w interesach jego ojca tak mocno namawiał do wzięcia udziału w tej uroczystości, lecz jak każdy człowiek interesu miał pewnie w tym jakiś cel. Czyżby jego ojciec źle się czuł i jego bracia nie byli zbyt chętni do współpracy z Olafem Oldbergiem, dlatego będzie przekonywał Christoffera do tego? Bardzo możliwe, pomyślał Wagner, jednakże moja wiedza z zakresu handlu jest nikła. Ach, no tak. Dla niego to tym lepiej. Mnie puści z torbami, a sam zbije fortunę. Niezbyt pozytywne myśli przelatywały przez umysł byłego wojskowego i nie wiedział, jaką strategię działania podjąć. No, może prócz jednej. Nie dać się zwabić na uroki panny Oldberg, która może stanowić atut w rękawie kupca. Christoffer znał aż za dobrze tego typy dziewcząt. Wesołe trzpiotki, które wprowadzą każdego mężczyznę w zakłopotanie, a potem o pustość sakiewki. Unikał ich jak ognia i teraz miał zamiar dokładnie to samo uczynić.
Z zamyślenia wyrwał go jednak dzwon, zwiastujący wybicie tak zwanej godziny psa, czyli zmianę strażników i zapalanie lamp na ulicach. Wagner czekał na przybycie powozu na niego, gdyż Olaf Oldberg obiecał, że obierze go spod posągu świętej Matyldy krótko po godzinie psa.

Wagner przypatrywał się rewii mody panoszącej się na ulicach Modris. Wszyscy zmierzali w jednym kierunku. Przez dźwięk dzwonu przebijały się śmiechy, okrzyki, świętobliwe życzenia, mniej zgrabne pogróżki. Nie sposób było stwierdzić któż jest ich nadawcą. Twarz większości przechodniów zakrywały maski. Te, zdradzały przy okazji stan majątku nosiciela.

– Dawniej sam ciskałem w św. Matyldę zbukami – Wagnera z zamyślenia wyrwał suchy głos. – Dobry wieczór, Christofferze. Wyglądasz… Odpowiednio.

Jednooki miał okazję przekonać się, jak ulotną błahostką jest moda. Oto stał przed nim człowiek, ubierający się niegdyś jak eremita. Skromnie. Prosto. Koherentnie. W atłas i jedwab, dla równowagi. Tymczasem przed oczami stanęła mu papuga, pstrokata i jak na żołnierski gust Wagnera, nieco komiczna. Niezmienną pozostały materiały. Olafowi Oldbergowi towarzyszyła jego córa, Karina. Młoda, choć z dawna nie dziecko. Rezolutna, lecz słodka jak miód, wstydliwa z zachowania, lecz nie z ubioru. Prostokątny dekolt, obszyty złotą nicią, oferował oczom znacznie więcej, niż zalecaliby niektórzy kapłani w świątyniach. Żołnierzowi imponował ten wymysł mód zwłaszcza, że Karina odziedziczyła po matce nie tylko gładką skórę. I tej odwagi w ubiorze obawiał się właśnie Christoffer. Ten widok przyciągnął jego spojrzenie i w myślach układał sobie taktykę, by umiejętnie przesunąć swoją kolumnę między dwa potężne pagórki. Po chwili stwierdził jednak, że zbyt duże ryzyko w stosunku do purrysowego zwycięstwa. Porzucił tę strategię i zamiast tego ukłonił się zarówno pannie Karinie, jak i Olafowi Oldbergowi. Gdy się wyprostował, zabrał głos.

– Dobry wieczór, panie Oldberg i panno Karino. Cóż, nie jestem pewien, czy słowo odpowiednio by tutaj pasowało. Rzekłbym, że mogę stanowić niecodzienny widok wśród elity kupieckiej. Ale prostota munduru żołnierskiego zawsze szła w parze z jego elegancją. No i jak to się mawiało u nas w wojsku, za mundurem, panny sznurem, że pozwolę sobie na taką krotochwilę.

Siwy kupiec parsknął wymuszonym śmiechem. Zerknął na swą atrakcyjną córę i dopiero, gdy zwietrzył realność słów Wagnera, zdębiał na moment. Karina zauważając konfuzję ojca, uśmiechnęła się, że aż Chrissowi przypomniała się wiosna.

– Dawnom nie słyszał, jak się interesy twego ojca mają – powiedział raczej dla próby zneutralizowania niewygodnego tematu. – Nie mniej dzisiaj przekonamy się o polityce regionalnej Marchii Północnej.

Wagner przyłapał się na braku kontroli nad ruchami mimicznymi.

– Też bym był zdziwiony, młody człowieku – dodał ciepło Oldberg. – Odkąd nasz umiłowany doża wrócił na urząd, wróciły i stare praktyki tego lisa. Zatem prócz zwykłego, znanego wszystkim kupczenia, umiłowany doża Kersil Sorill, wrócił do targów z Godrynem Namüelem. Podejrzewasz co się święci?

Christoffer, znając mości Namüela, mógł przeczuwać, że chodzi o wojnę. Wszakże cała znajomość Wagnera z margrabią Marchii Północnej opierała się na wojnie. Nie wiedział jednak, czy może chodzić o kolejne ochotnicze hufce z Modris na ziemię barbarzyńców czy o coś nowego. Wyobraźnia księcia nie znała granic, a co więcej, miał pewne obawy co do wierności niektórych oddziałów. Większość częściej wiwatowała księciu Yorbrittum, niż cesarzowi. Sam Geotardus może i nie będzie dążył do rebelii, ale z drobnymi intrygami Sorilla może dojść do tego, że wierni księciu żołnierze powstaną przeciwko cesarstwu. Być może wtedy nawet wróci w buty oficerskie. Otworzą się w końcu nowe możliwości. Jednak na razie nie miał zamiaru się dzielić z tymi osobistymi przemyśleniami z nikim.

– Nie musimy chyba mówić oczywistości, panie Oldberg- odpowiedział mężczyzna, prostując się.- Książę to fanatyk wojenny i zapalony miłośnik wyścigów konnych. Doża Sorill, o ile mnie pamięć nie myli, często wysyłał ochotnicze hufce wojskowe do pomocy w obronie limesu, ale nigdy nie towarzyszył Godrynowi Namüelowi w cyrku. Odpowiedź jest prosta.

Rozłożył tylko ręce w geście, że chodzi o wojnę. Uznał to za odpowiedź kończącą dyskusję na ten problem, przynajmniej na tę chwilę.

– Zmieniając temat, dlaczego Pan nie wie, jak idą interesy w rodzi mojego ojca? O ile mnie pamięć nie myli, jesteście panowie wspólnikami i winniście utrzymywać ze sobą kontakt.

Starzec odkaszlnął i splunął flegmą na ziemię. Dalszą wypowiedź przerwała mu nawałnica kaszlu. Skrzeczał, dusił się, aż w końcu Karina oklepała mu plecy z widocznym znastwem.

– Daruj, panie Wagner – rzekł Oldberg, gdy uspokoił kaszel. – Łaskawa bogini Hilen, nie raczy mnie dobrym zdrowiem – odchrząknął dla potwierdzenia. – Pański ojciec, jak na ironię, wyjechał pod Harpie Szczyty w Marchii Północnej. Finalizuje tam wykup akcji Spółki Górniczej Grodreg i Synowie. Przeklęte krasie zażądały obecności pańskiego ojca – zaklął plugawie pod nosem. – Psia ich rasa… Nam brak respektu do innych zarzucają, a sami wymagają, by starzy ludzie znosili truda wojaży. Psia ich rasa, powiadam. Psia ich rasa!

Informacja o akcjach faktorii górniczej zainteresowała Christoffera Wagnera. Zainteresowała o tyle, o ile wiedział, że krasnoludy z Marchii Północnej, zawsze pozostawali niechętni kupcom Modris. Stąd też obawy wojskowego w stosunku do wyprawy jego ojca nie były zbyt dobre. Podejrzewał najgorsze, które będzie zwiastunem czegoś jeszcze gorszego. Pomodlił się w myślach do Walsa, by odegnał tę straszliwą marę z jego głowy.

– Nie jestem rasistą- odpowiedział krótko Chris, pozwalając sobie na delikatny uśmiech.- Ale też nie jestem ksenofilem, więc powiedziałbym, że powinni się spotkać przedstawiciele obu stron. Chociaż z drugiej strony, jeśli krasie mają jakiś swój kodeks honorowy, to może jest w nim napisane… czy raczej wyryte, biorąc pod uwagę ich upodobania do kamienia, że “Sprzedaż dóbr swoich z przyszłym zarządcą negocjować będziesz”. A może tak być, skoro tak twardo stąpają po ziemi. Do tego stopnia, że się zapadają.

Pozwolił sobie na krótką krotochwilę, jednakże po chwili wrócił do tematu:

– Nie wiem, jednak, czemu krasnoludy tak nagle się zgodziły na sprzedaż swojego dziedzictwa, zwłaszcza komuś, kto jest z Modris. Wietrzę w tym jakąś pułapkę. No i druga rzecz, czemu ojciec nie wysłał mi listu, skoro stacjonowałem nad limesem? Może udałoby mi się załatwić jakąś przepustkę na kilka dni, a sam bym czuł się pewniejszy, że nic mu nie grozi.

Stary kupiec nie odpowiedział. Wzruszył ramionami i wykrzywił usta w brzydkim grymasie.

-Świat staje na głowie, młody człowieku – odrzekł na odczepne. – Chodźmy. Nie każmy czekać naszym próżnościom.

Poszli ulicą Konwaliową kierując się na Targ Tradara, największy w Cesarstwie Ingradyjskim ośrodek handlowy. Mijając Bank Spółdzielczy Gelzców, Chriss gestem ręki przywitał się ze znajomym bankierem Joachimem Gelzem. Ten stroił fasadę filii bankowej w przerwach drąc się na swych podwładnych, najróżniej im wymyślając. Potem, gdy zeszli z ulicy Konwaliowej, wkroczyli na potężny targ. Tutejsi kupcy, kramarze, handlarze i rzemieślnicy, wystawiali sztukę Gorejący Król. Niezbyt skomplikowaną, ograniczającą się do palenia kukieł symbolizujących monarchów. Niektórym przyjezdnym imponował zwyczaj palenia wysokich na dziesięć stóp drewnianych karykatur. Inni, pukając się w głowę, zwiastowali rychły koniec miasta. Wagner zaś od dziecka zachodził w głowę jakim sposobem zwyczaj ten ostał się w feudalnym państwie, w którym główny prym wiodą książęta na czele z cesarzem.

– To trochę okrutne, prawda? – Westchnęła Karina obserwując gildię balwierzy tańczących w koło palącej się kukły.

Mężczyzna przyjrzał się widowisku bez jakiejś specjalnej zadumy. Dla niego była to część tradycji, być może wywodząca się z jakiś dawnych dziejów. Nie interesował się historią, nawet swojego miasta, więc nie był w stanie tego uargumentować. Spojrzał na Karinę, wciąż jednak kątem oka patrząc jak ludzie świętują.

– Owszem, ale tylko trochę- odpowiedział Chris, wskazując dłonią na niedaleką kaplicę Tradara.- Zapewne bogowie, gdy tworzyli świat mieli w zamyśle, że miał być idealny, jak oni. I co ciekawe, może wedle ich rozumowania, taki jest. Bo czy bogini Hilen nie chciałaby, byśmy oddawali część naszych darów, na które zapracowaliśmy innym? Czy Belladon nie domaga się broni pokonanych wrogów, często zaraz po potyczce? Czy Jurastion nie chce, by niegodziwców spotkała sroga kara? Wszystko działa wedle ich woli, a przynajmniej tak mi się zdaje.

Nie był osobą, która specjalnie wdawała się w dysputy filozoficzne, zwłaszcza z zakresu religii. Jednak, czasem nawet i jego nachodzą pewne myśli i chwile zwątpienia z zakresu, czy tak powinno być. Nie wierzył w przeznaczenie, wolał myśleć, że sam sobie jest sterem i kapitanem na okręcie zwanym życiem. Ale czasem pojawia się sztorm, który nie jest zależny od niczego i nawet najlepsze umiejętności niekoniecznie pozwolą mu go przeżyć. Mogą mu tylko pomóc. Po chwili jednak wrócił mu weselszy nastrój.

– Poza tym, gdybyśmy wszyscy chcieli żyć wedle zamysłów Prytera, to ten świat byłyby aż za bardzo cukierkowy. A słodycz ma to do siebie, że z czasem staje się mdła i niejadalna. Dobrze jest wtedy mieć coś gorzkiego.- Odparł z uśmiechem, patrząc jak jeden z uczestników zabawy wpadł w ogień, by się po chwili podnieść i wesoło, acz lekko poparzon, wrócić do tańca.- Albo dawkę alkoholu, jak w przypadku tego osobnika.

– Ktoś nie mniej pijany, lecz trzeźwiejszy na umyśle, poczynił głośną uwagę, że poparzony człowiek przypalił sobie spodnie. Młodzież rechotała, dziatwa beczała ze śmiechu, starsi kręcili głowami.

– Pewnie ma pan słuszność – odparła Karina bez przekonania. – Pewnie dlatego Eo stworzył dziesiątkę bogów – zamyśliła się dotykając palcem ust, co żołnierzowi wydało się całkiem atrakcyjne. – Dla równowagi, tak myślę.

– W takim wypadku Atrinijczycy mają przesrane skoro czuwa nad nimi tylko jedno bóstwo – zaśmiał się chrapliwie Olaf Oldberg. – Dajcie pokój tym dysputom. Zostawcie je teologom, kapłanom i innym pomyleńcom!

Przechodząc przez furtę Pałacu Doży zostali powitani skromnymi słowami przez straż pałacową. Przeszli przez udekorowane Ogrody Tecytyjskie, sławne przez fryzowane jabłonie i grusze rodzące latem mnogość owoców. Na wypadek różnorakich przyjęć ozdabiano je lampionami o kanarkowej barwie. Już w Ogrodach usłyszeli przyjemną, stonowaną muzykę wydobywającą się spod palców elfich minstreli. Wagner słyszał jeszcze na limesie, że doża jest wielbicielem elfiej twórczości – zwłaszcza muzycznej, a jeśli już spraszał ludzkich grajków to tylko, by przygrywali gościom podczas oficjalnych tańców. Oficjalnych, gdyż w kraju wolnych ludzi prawo było wszędobylskie. W Modris, toczonym od wieków infekcją biurokracji, nawet krotochwile musiałby być zaplanowane. Istniało nawet powiedzenie, że nawet jeśli coś dzieje się przez przypadek, to dlatego, że tak zostało to zaplanowane. Elfy grały Tęsknotę za borem, melodię powszechnie zakazaną w cesarstwie, lecz graną w Najjaśniejszej Republice jakby na przekór. Zaś doża zadbał, by emisariusze cesarscy obecni na przyjęciu, wysłuchali tejże melodii.

Oldberg z córą kiwali co rusz głowami na dzień dobry. Żołnierz nie potrafił rozpoznać przez maski ewentualnych znajomych. Nie spodziewał się też ich wielu. Zamiast tego przyglądał się rewii obowiązującej mody. Bufiaste rękawy, delikatne trzewiki, proste kamizelki lub sztywne kubraki konfrontowały się z pasiastymi chaperonami, kaftanami z szerokimi rękawami, swobodnymi spodniami. Żadnego unitaryzmu. Powietrze miejskie w Modris czyniło wolnym, toteż ci, którzy za nic mieli trendy garderoby, mogli obnosić się ze swoimi wymysłami swobodnie. Zwłaszcza w tę noc. Najdziwniejsi byli jednak uczeni. Wszyscy, choćby i młodzi, podpierali się kosturami. Ciała skrywali pod togami, jak juryści albo kapłani. Mówili językiem, który wedle niektórych, przystoi raczej akademickiej katedrze aniżeli przyjęciom. Chriss nie rozpoznał żadnego uczonego, choć wiedział, że profesor Vendom Tasartir, zausznik księcia Marchii Północnej, Godryna Namüela, jest obecny na przyjęciu. Skojarzył sobie siwowłosego oryginała z limesu, gdy ten odwiedzał często margrabiego oficjalnie służąc mu radą. Wagner czasami snuł domysły, że nieoficjalnie profesor szpiegował księcia. A skoro, wedle słów Olafa Oldberga, na przyjęciu mogła zostać ujawnione stanowisko Modris w kwestii Marchii Północy, nie mogło zabraknąć lewej ręki samego doży, jeśli jego powiązania z wywiadem były prawdziwe.

Jednocześnie, zastanawiał się, jak mogli odnosić się goście Sorilla do jego ubioru, które właśnie kojarzone jest z władztwem Yorbrittum. I to w sposób polityczny, gdyż reprezentuje tutaj armię samego księcia Godryna. Jeśli będzie ogłoszone ocieplenie stosunków, zaraz może się zebrać wokół niego całe stadko, które może go wypytywać o najdrobniejsze szczegóły co do polityki północy. Jeśli ochłodzenie… cóż, znaczy, że będzie trzeba zrobić kelradzkiej wyjście z przyjęcia i wracać na północ, do armii.

Wziął od jakiegoś sługi kielich z białym winem i napił się trochę. Nie znał się na nich, lecz uznał je za dobre. Ale nie było to jakieś szczególnie trudne, po wielu latach picia kwaśnych win z tawern, które powstały blisko ich obozów wojskowych. Trzymając w lewej ręce kielich i w prawej maskę, rozglądał się po sali, jakby licząc, że los przysporzy mu jakąś znajomą twarz.

I zaskakująco, los był łaskawy, ale przy tym, ironiczny. Bowiem na chwilę odwracając wzrok dojrzał Ewelinę Selitto, która, w zamyśle jego ojca, miała być jego żoną. Pomimo lat, poznał ją od razu, ale nie z powodu zauroczenia. Na prawym policzku miała po prostu myszkę, a tego żaden puder nie usunie. Jednakże, o ile zapamiętał ją jako natrętną, ksztanowłosą pieguskę, która wszędzie za nim ganiała, to wyrosła teraz na atrakcyjną kobietę, o dużych manierach, sądząc po tym, jak właśnie rozmawiała z jakimś mężczyzną. Uśmiechnął się i zaśmiał pod nosem:

– Los to jednak złośliwa bestia skoro podsuwa przeszłość powiązaną z teraźniejszą przyszłością- mruknął pod nosem filozoficzną myśl, zapijając ją winem.

– Proszę? – Odezwała się Karina unosząc głowę do żołnierza. – Ach… – Westchnęła, gdy zorientowała się na kogo patrzy Chriss. – Panienka Selitto. Choć już nie na długo – młoda kobieta odzyskała rezon. Złożyła dłoń na dłoni i zauważalnie wypięła pierś. – Przyrzeczona Federico Camperezza, dziedzica familii Camperezza z Norithoru. Uwierzy pan? Gdyby to była arystokracja to powiedziałabym, że maluje się mezalians!

– Ród Camperezzów z dawnej republiki Norithoru, obecnie bękarciego księstwa, słynął z majątku, obrotem wszelakimi towarami, świadczeniu kredytów, z rzadka lichwie. Znienawidzeni przez jednych, kochani przez pozostałych. Znienawidzeni, gdyż podczas oblężenia Klejnotu Południa, Norithoru, zdradzili republikę wpuszczając armię cesarską do miasta. Wówczas ci, którzy dorobili się na zmianie systemu, pokochali Camperezzów całym sercem, całą sakwą.

Ewelina Selitto zdawała się nie zauważać żołnierza, choć ten mógł przysiąc, że zerkała nań raz po raz. Jednakże, Chriss starał się nie zwracać na to uwagi. Spojrzał natomiast na Karinę, pozwalając sobie na cierpki uśmiech pod maską.

– Och, czyżby? Widzę, że polityka rodowa zmienia się równie szybko, jak bardowe upodobania w stosunku do kobiet.- Odrzekł żołnierz pannie Oldberg cicho, chociaż z jego tonu można było wnosić, że był bardziej rozbawiony całą sytuacją anieżeli zdenerwowany.- Pamiętam pannę Selitto jeszcze jako szcześcioletniego dzieciaka, który ganiał za mną, bym jej uplótł wianek z polnych kwiatów. Dawne dzieje, gdy jeszcze była moją narzeczoną. Nie mniej, już wtedy była diabelnie irytująca i jestem ciekaw czy jej to zostało po…

– Panie Wagner – zagaił Olaf Oldberg. – Proszę mnie posłuchać – rzekł chwytając go pod ramię ku niezadowoleniu Chrissa, że nie dał mu dokończyć myśli. –  Ród Selitto, powiem bez ogródek, bruzdzi naszym interesom. Moim i pańskiej familii. Zalecam zatem ostrożność w… odświeżeniu starych znajomości. Teraz chodźmy. Nie dajmy doży czekać.

– Oczywiście- Chriss przytaknął kupcowi, dopijając swoje wino i oddając kielich przechodzącemu słudze.- Bardziej mnie wzięło na nostalgię niźli na odświeżanie znajomości, ale trafna uwaga.

Wchodząc po marmurowych schodach stary kupiec sapał jak zmęczony gonitwą hart. Tej nocy, i w zasadzie tylko tej nocy, wrota do Pałacu Doży stały dla wszystkich obywateli otwarte. Wchodząc do środka Chrisstoffer Wagner poczuł przyjemne ciepło palenisk i zapachy różnorakich potraw. Doszła do jego uszu i stonowana muzyka, którą przygrywali tym razem ludzcy grajkowie. Goście przyjęcia, nie zgromadzeni przy stołach, tańczyli w formalnych grupach, popijali wina i okowity tocząc dyskusje. Oldberg prowadził córę i żołnierza do prawego krańca ogromnej sali. Chriss po raz pierwszy miał okazję oglądać wnętrze Pałacu Doży. Imponowały mu dwa szeregi kolumn, błękitno biała posadzka, pyszne żyrandole mieniące się feerią barw. Doszedł do wniosku, że jako jedyny trzyma w ręku swoją maskę. Miał wrażenie, że wybierając tę maskę, dostosuje się do trendów dworów doży, a tymczasem zdaje się, że moda na maski trzymane w rękach minęły. Miał nadzieję, że nie wywoła tym jakiegoś skandalu.

Dochodząc na skraj sali, tuż przy ścianie, Wagner spostrzegł jednostki, które nie wchodziły w rozmowy z biesiadnikami, nie spoufalały się z nikim, nie tańczyły ani nie piły. Obserwowały gości, konsultując się czasem zdawkowo między sobą. Mężczyzna domyślił się, że muszą to być funkcjonariusze tak zwanych Czarnych Kapturów, tajnych służb Najjaśniejszej Republiki Modris. Jeden z nich, człowiek w masce przypominającej paszczę lwa, wskazał ręką na schody. Oldberg, który wyraźnie oczekiwał na taki znak, pokiwał głową.

Pokonawszy kolejną porcję stopni, kupiec zasapał się potwornie. Jednooki zwrócił uwagę, że schody na piętro różnią się od tych ulokowanych po drugiej stronie balkonu kondygnacji. Mniej okazałe, mniej oficjalne. Kolejny Czarny Kaptur, tym razem niewysoki mężczyzna z kołtunami spętanymi sznurkiem, uśmiechnął się brzydko do trójki gości.

– Dobry wieczór państwu – powiedział, a Chriss momentalnie pomyślał, że krtań mężczyzny musiała znosić wielokrotny trud przesyłu gorzały do żołądka. – Doża oczekuje.

To mocno zatkało Chrissa. Myślał, że gdy Olaf Oldberg mówił, że “nie dajmy doży czekać” miała na myśli przyjęcie. A tu chodziło o bezpośrednie spotkanie z samym najwyższym urzędnikiem Modris! I to na prywatnej audiencji. Co tej przecherze Oldbergowi chodziło po głowie? Żołnierz jednak zachował na tyle zimnej krwi, by nie ukazać zmieszania na swojej twarzy.

Czarny Kaptur zapukał dwa razy w ościeżnicę i po odzewie weszli do środka.

Kersil Sorill wyglądał jakby mozoły świata doczesnego omijały go szerokim łukiem. Żołnierz wiedział, że doża dobija już do szóstej dekady życia, lecz jego twarz wygląda niczym u trzydziestolatka przykuwającego zbyt wiele uwagi do robót pielęgnacyjnych. Czub głowy zdobiła obszyta srebrnymi nićmi infuła, ornamentowana kolorowymi kamieniami, najpewniej rubinami. Na szyi dźwigał złoty łańcuch z medalionem przedstawiającym Święte Szalki, atrybut boga Tradara. Jedwabna toga, na pozór skromna, kłóciła się z płomiennym płaszczem obszytym smugą piżmakowego futerka farbowanego na srebro. Towarzyszyła mu młódka, Eufemia Sorill. Córka.

– Niechaj będą chwaleni bogowie – przywitał się dewocyjnie. – Eufemio?

– Tak, ojcze – odparła dziewczyna i uśmiechnęła się do Kariny. – Może pójdziemy na bal, kochana?

Córka Oldberga widocznie nie dała się zwieść cukierkowemu tonowi rówieśniczki. Chriss musiał przyznać, że może jednak źle ocenił Karinę. Być może miał do czynienia z nie lada intrygantką. Potwierdziło to w nim jednak fakt, że należy jej unikać jak ognia.  Dziewczyna mimo wszystko dała się wziąć pod ramię i wyprowadzić za drzwi. Czarny Kaptur, z wyjątkowo paskudnym głosem, zamknął za nimi drzwi.

– Syn swego ojca, jak powiadają – rozpoczął doża wskazując mężczyznom fotele. – Syn swego ojca!


Michał J. Sobociński;

P. R. Ofiarski


Część II ->

Oculum Mundi

Transcendencja

160 Wyświetleń

Zacznę więc raz jeszcze, od początku. Gdybym sam nie był świadkiem tego, co ujrzałem, nie wiem, czy byłbym w stanie uwierzyć komukolwiek, gdyby przeżył to samo. Gdybym był na miejscu siostry zareagowałbym dokładnie tak samo: zamknąłbym opowiadającego w domu dla obłąkanych lub co gorsza, wysłałbym na stos. Ale niestety, każde słowo, które zostało powiedziałem jest prawdą: spotkałem prawdziwych bogów. Widzę, że uśmiech siostry wskazuje na to, że w to wątpi. Ale niestety, to szczera i przerażająca prawda. Patrzałem im w oczy, dotykałem i słyszałem. Tak, słyszałem głos bogów, czego nie dokonał jeszcze żaden kapłan. Ale… nie będę mówił od środka, w końcu obiecałem, że będzie wszystko od początku. Pochodzę z Kelrad, z rodziny kupieckiej, której się przelewało w interesach. Złoto płynęło wręcz strumieniami, dzięki czemu ojciec mógł sobie pozwolić na to, by każde z jego dzieci mogło podjąć studia na uniwersytecie. Od zawsze miałem zdolności artystyczne, więc posłano mnie na Akademię Sztuk Pięknych w Norithorze. Miało się spełnić moje marzenie: stać się artystą, znaleźć bogatego patrona i mieć romans z jego młodszą żoną lub córką. Naiwne i śmieszne, ale sama siostra rozumie, że w wieku 18 wiosen młody człowiek nie myśli o niczym innym niż o przyjemnościach cielesnych i duchowych. Wśród mojej braci studenckiej wielu myślało podobnie do mnie. Uczyliśmy się, piliśmy ze sobą, kochaliśmy się między sobą. Nie byśmy uprawiali sodomię, och nie. Na moim roku było więcej dziewcząt aniżeli mężczyzn. Ale schodzę już z tematu. Studia dla kogoś, kto miał talent nie były trudne. To też musiałem szybko znaleźć coś by zająć wolny czas. Wizyty w burdelach i tawernach w końcu nudziły, to też nic dziwnego, że człowiek zaczął szukać innych rozrywek.

Tak właśnie trafiłem do Amatorskiego Klubu Akademickiego.

W szeregi klubu zaprosiła mnie koleżanka z roku, po jednej z tych upojnych nocy, określając to jako miejsce, gdzie spotykają się najbardziej interesujący ludzie z akademii. Szkoda było nie skorzystać, skoro i tak nie miałem nic lepszego do roboty. Powiedziała mi o lokum, gdzie odbywają się spotkania. Jako, że był to mój pierwszy raz, poszła ze mną, przedstawiając mnie członkom stowarzyszenia. Nie kłamała, faktycznie członkami tego stowarzyszenia były osoby o dość interesujących i bogatych osobowościach, których łączyła wspólny cel: sprawić, by okres na studiach przeminął jak najciekawiej. Brzmiało to podejrzanie, jak tak teraz pomyślę, ale wtedy nie wydawało mi się to nic dziwnego. Zostałem przedstawiony opiekunowi klubu, który przeprowadził mi inicjację. Na sam początek zapytano mnie, jaką dziedziną nauk się zajmuję. Odpowiedziałem, że żadną, bowiem jestem na akademii sztuk pięknych. Ten kiwnął tylko głową. Sięgnął do jednej ze skrzyneczek i coś wyciągnął.

Była to fajka nabita opium.

W chwili, gdy po raz pierwszy zakosztowałem główki maku, zrozumiałem sens egzystencji na tym świecie. Wyszedłem poza znany człowiekowi świat, który wydaje się być prosty i szary. Nic bardziej mylnego. To widok, który ma nas zakuć w okowy pozornej rzeczywistości, gdzie mamy być zawsze w służbie potężniejszych od siebie. To, co ujrzałem było niczym otwarcie oczu po mocnym uderzeniu. Zrozumienia, że się żyje. Nie jestem w stanie oddać słowami tego, co ujrzałem w chwili zażycia maku. Nie jestem wszak poetą. Ale zostałem obdarzony talentem artystycznym. To, co ujrzałem w trakcie sesji, przelałem na płótno. Kolokwialnie rzecz ujmując, był to świat, w którym barwy jarzyły się niczym słońce w upalny dzień. Wszystko, czego dotknąłem, zmieniało swoją barwę. Każdy kształt, który widziałem, po chwili zmieniał formę. Nic nie istniało stałego. Wszystko płynęło. Zrozumiałem, że to musi być prawdziwy świat, w którym to każdy człowiek osobiście ma władzę nad wszystkim, co go otacza. Sam kształtuje, sam nadaje znaczenie. Nie ma na nadgarstkach żadnych kajdan.

Tak powstał mój pierwszy poważny obraz: „Transcendencja”.

Powstał w rekordowym wręcz czasie, bowiem zaledwie w ciągu tygodnia, wspomaganym sesjami opium. Dobrze się składało, bowiem właśnie zbliżał się czas, w którym mieliśmy przedstawić naszym wykładowcom prace egzaminacyjne. W swoim mniemaniu widziałem w Transcendencji istne dzieło sztuki. Ba, nawet prekursora nowego stylu w sztuce. Uważałem się wtedy wręcz za boga malarstwa!

Ale nie byli przeświadczeni o tym moi mistrzowie.

Nazwali moje dzieło bohomazem i rysuneczkiem rzygającego marynarza. Odrzucili go, nakazując przy tym opuszczenie akademii. Mi! Boskiemu malarzowi! Potrafi to sobie siostra wyobrazić?! Ale pomyślałem, że to dobrze. Nie było tam miejsca dla kogoś takiego jak ja. Miałem oszczędzone trochę grosza, to też wynająłem pokój w kamienicy. Resztę pieniędzy przeznaczyłem na farby, płótna i, rzecz jasna, dawki opium, które było moim balsamem na rany. Do tego podejmowałem się różnych prac, czy to jako dekorator wnętrz albo jak bieda naprawdę doskwierała, sprzątałem ulice. Próbowałem sprzedawać swoje obrazy, ale wiedziałem, że i tak żaden człowiek ich nie doceni. W końcu nie widzieli, więc czemu? Nie raz myślałem, czy nie spróbować żyć znów jak normalny człowiek, próbować wrócić na studia i dostosować się do wymagań uczelni, ale z tych głupich pomysłów szybko wyzbywałem się za sprawą opium. Każdorazowa sesja odkrywała coraz bardziej rąbka tajemnicy znanego świata. Ale wciąż nie rozumiałem powodu, czemu ukrywano go nam. Oczywiście, mogłem pomyśleć, że był to świat jedynie dla wybranych, ale to nie byłoby sprawiedliwe, by ukrywać to przed człowiekiem.

Prawdę okazał mi pewien człowiek.

Gdy razu pewnego zszedłem się na sesję opiumową, poznałem pewnego młodego człowieka. Powiedział mi, że był niegdyś akolitą w świątyni Alha, jednak odszedł od niej, gdy zrozumiał (rzecz jasna za sprawą opium), że to czego tam go uczyli było kłamstwem dla zaćmienia oczu. By ludzie byli głupimi marionetkami w rękach kapłanów i władców, bez możliwości sprzeciwu. To nie była wiara w bogów, a wiara w potęgę. Do bogów może każdy dotrzeć, o ile będzie miał tyle siły, by zdjąć czarną opaskę z oczu. Rzekł mi wtedy, że w ten sposób można dojrzeć bogów nie umierając. Można ich dotknąć i usłyszeć. Porozmawiać z nimi! Nie uwierzyłem mu w to wtedy, gdyż mi rzekł, że nie doszedł jeszcze do tego stanu, by móc ujrzeć bogów, ale zna kogoś, kto to uczynił i przedstawi mi go. Nie mniej, zdałem sobie sprawę, że mogło mieć to sens. Ten szary świat ma być kulą dla tych, co chcą słuchać. Aby z niej wyjść, trzeba odrzucić posłuszeństwo i dać się ponieść samym bogom! Przepiękne.

Z czasem ujrzałem, że dzieje się ze mną coś dziwnego.

Wymioty, bóle mięśni, kręciło mi się w głowie. Pewnego dnia nie mogłem w ogóle wstać z miejsca, więc przeleżałem osłabiony przez kilka dni, nie idąc do pracy. Nie stać mnie było na medykamenty, a nikt nie chciał wymienić mikstury na kaszel za mój obraz. Wtedy zacząłem coraz bardziej rozumieć, że to wina opium. To cholerstwo sprawiło, że stałem się niewolnikiem jego woli. Odkryłem to w chwili, gdy zażyłem to i nagle poczułem, że cały ból odszedł. Ale nasilił się rano. Zdecydowałem się odrzucić fajkę i wziąć się za siebie. Ale wtedy znów przyszedł czas, że musiałem komuś służyć. Gdy wszystko wydawało się być tak barwne i niejednoznaczne, to życie w tym szarym świecie wydawało się być tragiczne. Myślałem już nad popełnieniem samobójstwa, by móc uciec, tym razem na stałe do świata bogów.

Na drodze stanął mi znów ten były akolita. Tym razem nie sam. Wtedy zrozumiałem, że jeszcze nie czas.

Jak obiecał, przedstawił mnie pewnemu człowiekowi, który miał ponoć ujrzeć świat bogów i bardzo często w nich przebywać. Faktycznie, był jakiś dziwny, ale może to z powodu przedawkowania opium. Opowiedział mi, jak trafił do domeny Belladoha. Miejsca, gdzie ludzie prawi walczą ze złem. Nie było ono jednak piękne. Cała domena była oblana szkarłatnymi barwami oraz odmianami zieleni i beżu. Wszędzie leżały drewniane włócznie, używane przez ludzi oraz umba do tarcz, które mieli rzekomo używać giganci, którzy również tę domenę zamieszkują. Niekiedy takie umba nosili również i ludzie, zapewne by się uchronić przed ciosami. Oprócz włóczni, walczono również kuszami samopowtarzalnymi. To co jednak go najbardziej przeraziło był widok ludzkich ciał gdzieś pod wodą, które wciąż wiły się z bólu, gdy otrzymał cios z bełtu, chociaż dziwne, że nigdzie nie widział tej strzały. Wszędzie błoto, krew i krzyki ludzkie. Zdecydował się uciec  z tej domeny, wiedząc już, że Belladoh nie jest dobrym bogiem, a sługą zła. Była też domena, w której żyli zwyczajni ludzie, jak i tutaj. Chyba była to po prostu domena Alha. Jednak nie wstydzili się siebie, gdyż mieszkali w przezroczystych domach, gdzie każdy mógł zobaczyć każdego. Jednak ludzie byli dość dziwni, gdyż nic do siebie nie mówili, jakby się gdzieś spieszyli. Przeraził się rzekomo, gdy ujrzał, że grupa ludzi weszła do paszczy czerwonego bazyliszka, który się rozwarł, jakby chciał swojej ofiary. A potem odszedł, jak gdyby nigdy nic. Musiał i stamtąd uciekać ze śmiesznego powodu. Chciał po prostu ulżyć sobie w ciele i zdefektować pod jednym z drzew. Ale nagle coś zawyło i zdecydował się szybko uciekać, widząc za sobą jeszcze dwa czarno-żółte cienie, które mogły być strażnikami tej domeny. Na szczęście wrócił do tego szarego świata. Powiedział mi, że człowiek nie powinien przesadzać z zaglądaniem do świata bogów, bo są oni surowi i od razu rozpoznają, kto nie należy do ich świata. Po opowieści, odszedł. A ja… zacząłem się zastanawiać, czy jednak nie spróbować i tak wejść do świata bogów i już z niego nie wrócić. W końcu i tak nie miałem nic do stracenia. Spakowałem się i wziąłem też kilka swoich obrazów, tak na pamiątkę. Może komuś się tam spodobają.

Sesje były ciągłe. Dłonią próbowałem kształtować jakieś kształty z tej ferii barw, które miałem przed sobą. Nic jednak nie przybliżało mnie do świata bogów przez długi czas. W trakcie dziesiątej sesji jednak usłyszałem cichy szept, gdzieś w oddali, który jednak znikł. Nie znałem kierunku. Błąkałem się pośród bezkształtnej masy kolorów, myśląc o tym szepcie. W końcu, gdzieś w oddali ujrzałem drążącą, żółtą bańkę, która zdawała się mnie przyciągać. Znów usłyszałem szepty w bardzo dziwnym języku. Byłem na tyle blisko, by jej dotknąć i przebić, ale coś mnie przed tym powstrzymało.

Szturchanie w szarej rzeczywistości.

Był to mój ojciec, który mnie odnalazł, martwiąc się. Wszak nic nie pisałem i ich w ogóle nie odwiedzałem po pieniądze. Ujrzeli za to, że mieszkam jak ostatni biedak, uzależniony od opium. Wybuchła kłótnia, w której dowiedziałem się, że marnuję życie na paleniu jakiegoś ścierwa, że niszczę renomę rodziny, że moje rodzeństwo pokończyło studia. Bla bla bla. Słuchałem go, ale nic nie powiedziałem. Wciąż myślałem o tej żółtej bańce i jak do niej znów dotrzeć. Po chwili otrzymałem cios w policzek, wymierzony przez mojego własnego ojca. Trwało to zaledwie kilka sekund. Powstałem. Zabrałem i wbiłem nóż w serce mojemu płodzicielowi. Dosłownie. Natenczas nie interesowało mnie, że zabiłem człowieka i to jeszcze tak bliskiego mojemu sercu. Dla mnie istotniejszy był fakt, że przeszkodził mi w dosięgnięciu do świata bogów. Zapomniałem o tym z chwilą, gdy znów zapaliłem maczek.

Tym razem doskonale wiedziałem, gdzie iść. Wiedziałem, gdzie się znajduje żółta bańka i jej ciche szepty. Zmieniła jednak barwę. Zamiast jadowitej żółci ujrzałem teraz bańkę w kolorze indygo. Głosy, które się z niej wydobywały nie były jak tamte. Wciąż ich nie rozumiałem, ale o ile tamte szepty zdawały się być dość inwazyjne, to te spokojne i płynne jak ocean. Z drżeniem dłoni dotknąłem bańki, która niczym przekuty pęcherz wybuchła wprost na mnie, zalewając falą barw, które były w niej uwięzione. Chciałem krzyknąć, czy to z zachwytu czy przerażenia, ale moje gardło nie było w stanie nic wykrztusić. Uderzenie barw było znacznie większe niż poprzednie, do tego stopnia, że moje oczy zaczęły piec, by w końcu zupełnie pochłonęły w odmęty czerni. Oślepłem, przynajmniej na jakiś czas. Ale czucie pozostało. Nie wiedziałem co się działo, ale czułem, że gdzieś spadałem z niewiarygodną prędkością. Po chwili opadłem miękko na jakieś przestrzeni. Wzrok powoli wracał do stanu, w którym mogłem oglądać zarysy ułożonych przeze mnie widoków.

Wtedy spotkałem swojego pierwszego boga.

Stałem na szczycie jakieś wieży, gdzie nade mną unosiła się przeogromna twarz, która zdawała się uśmiechać do mnie. Padłem przed majestatem bojąc się, że gdy spojrzę w oczy doskonałej istoty, ta mnie spali. Czekałem na jakiś znak, ale jedyne co mi odpowiadało to jakieś piski, przytłumione głosy oraz dmuchanie wiatru. Mimo to, wciąż się bałem. W końcu jednak odważyłem się podnieść głowę i zostałem za to ukarany. Wiatr, wcześniej bardziej cichy połączył się wraz z przeogromnym piskiem, który wdarł się w moje uszy. Miałem wrażenie, że uderzenie przyszło z góry, ale bałem się tam spojrzeć. Ból był tak nie do zniesienia, że krzyknąłem z całej siły. Wtedy też poczułem, że coś ciągnie mnie do góry. I znów pojawiła się ta feeria barw. Tym razem sam zamknąłem oczy. A wie siostra co było najciekawsze? To, co ze sobą spakowałem, wciąż było ze mną. Nic nie zaginęło w czasie mojej wędrówki. Niesamowite, prawda?

Nie było to jedyna domena, którą odwiedziłem. Potem ujrzałem domenę Belladoha, jednak obraz, który widziałem był zupełnie inny. Widziałem przed sobą bowiem całą armię aniołów, które trzymając miecze zaszlachtowały jakiś złoczyńców w kapeluszach. Innym razem była to domena, w której Alh sądził ludzi, bowiem siedzieli i widzieli sceny ze swojego życia, decydując, czy żyli godnie czy też nie. A w jeszcze innym stał pośrodku jakiegoś szlaku, gdzie szarżowały na siebie jakieś diabelskie bestie, głośno rycząc. Żadna jednak nie trafiła na siebie. Było wiele takich miejsc, jedne przerażające, drugie bardzo piękne. W niektórych bywali nawet ludzi, którzy byli podobnie ubrani od mnie, innym razem odziani w boskie szaty. Bywało też tak, że nie widziałem żadnego człowieka, natomiast ujrzałem piekło, w którym to mordowały się wzajemnie smoki! Uwierzy siostra, smoki! Nie dość, że bogowie, to jeszcze smoki!

W końcu jednak bogowie dostrzegli moją obecność i zdecydowali się na mnie zemścić.

Prawdopodobnie wysłali mnie do miejsca, w którym czułbym się naprawdę dobrze. Było to pomieszczenie, gdzie wywieszone były liczne obrazy dzieła boskich istot. Wiedziałem, że byli to bogowie, bo tylko bogowie mogliby malować dokładnie tam samo jak ja!  Byłem początkowo zaszczycony, że dostąpiłem zaszczytu docenienia przez bogów. Nagle przede mną pojawił się sam Pryter! Tak, sam bóg piękna! Oczywiście, przybrał postać ludzką, bym się nie przeraził jak tamtego bóstwa na wieży. Skąd wiedziałem, że to Pryter? Bo opowiedział mi o wszystkich boskich obrazach, które tutaj były, z dokładną szczegółowością. Co więcej, pokazałem mu swoje dzieła. Oczywiście, najbardziej był zachwycony Transcendencją, bo kto by nie był! Ba, z tego powodu zaprosił mnie na spożycie boskiej ambrozji! Zielona ciecz, która wlewała się wtedy do mojego gardła ukazała mi pełnię boskiego świata! Te barwy, które widziałem po spożyciu opium były niczym przy ambrozji! Ale byłem śmiertelnikiem. Nie dla mnie boskie trunki, to też bardzo szybko po nich osłabłem. I padłem.

Obudziłem się rano, nie wiedzieć czemu, u siebie w domostwie. Śmierdziało wciąż trupem, które musiało już leżeć kilka dni. Ale nie to było dla mnie ważne. Bowiem obudziłem się zupełnie bez niczego! Nie miałem swoich bagaży, a co najważniejsze, obrazów! Jak siostra się mogła domyśleć, zdenerwowałem się, bo wiedziałem, że był to dowcip bogów. I to co piłem nie było ambrozją, a jakimś dziwnym eliksirem, który miał mnie jeszcze bardziej otumanić. Byłem zły. Chciałem odzyskać swoje obrazy, zwłaszcza Transcendencję. Zapaliłem raz jeszcze fajkę opium i ruszyłem w podróż w domenę bogów. Mając doświadczenie w tego typach podróży, już wiedziałem, jak należy się poruszać. Musiałem odzyskać to co należało do mnie!

Przeszukałem wiele domen, ale nie mogłem znaleźć śladu moich dzieł. Byłem zmarnowany, ale wciąż mocno zdesperowany, by to zrobić. Każdy krok zwiększał moją złość, a moje myśli skierowały się, by przeciwstawić się boskim bytom. I wie siostra co? Bogowie wysłuchali mnie. Musieli się dowiedzieć, że jakiś śmiertelnik im złorzeczy. Nie mogli znieść bluźniercy. Dlatego się przygotowali. Gdy podróżowałem przez domeny, usłyszałem śmiech w bańce w barwie dojrzałej brzoskwini. Dotknąłem jej, by się tam przenieść. Nagle znalazłem się w jakimś pokoju podobnym do tamtego, gdzie spotkałem Prytera. Znów było tam mnóstwo obrazów, ale również i ludzi ubranych w szaty bogów. Nie zwracali na mnie w ogóle uwagi, a ja na nich. Nagle, dostrzegłem. Mój obraz. Transcendencja. Wisi dumnie na jednej ze ścian. Rzuciłem się w tamtą stronę i siłą wyrwałem go ze ściany i próbując uciekać. Wtedy rozległy się krzyki i próby powstrzymania mnie. Walczyłem niczym niedźwiedź o swoją własność. Zbiłem jakieś naczynie i zraniłem kawałami szkła kilka boskich gości, jedną kobietę nawet oszpecając na twarzy. Ale nagle… wdarli się boscy strażnicy, o których mi kiedyś opowiadał ten człowiek od akolity. Powalili mnie i uderzyli jakąś potężną mocą, że aż upuściłem obraz. Straciłem go. Na zawsze. Rozpłynął się gdzieś w ciemności. Tak samo jak ja.

Dalej… nie wiem co było dalej. Dowiedziałem się, że jestem w domu dla obłąkanych. Mój wzrok wciąż nie funkcjonuje. Najwyraźniej wynik życia wśród bogów i oderwanie od świata doczesnego. Ale jeśli miałbym powiedzieć, czy żałuję, to odpowiadam, że nie! Jestem pierwszym człowiekiem, który przebywał tyle czasu w ich świecie! Pewnego dnia tam wrócę i jeszcze raz pokażę, że śmiertelnik też jest w stanie się przeciwstawić bogom! Mimo, że przegrał, haha! Hm, co to za dziwne uczucie. Jakieś ukucie. Ach… to opium. Więc jednak umożliwicie mi to sami. Może tu nie będzie tak źle, jak myślałem…

 

 

„Szarpanina w galerii sztuki! Rannych 5 osób, jedna osoba nie żyje!

Wczorajszego dnia, w okolicach godziny 20 doszło do próby kradzieży obrazu Wassilija Kandinyskiego pod tytułem „Kompozycja VI”, który właśnie odwiedzał Muzeum Narodowe w Poznaniu. Sprawcą był 20-sto letni mężczyzna, który wtargnął do siedziby muzeum i siłą próbował wykraść oraz. Napastnikowi udało się zabrać obraz, ale obecni goście próbowali nie dopuścić do tego, by wyszedł z nim z muzeum. Wtedy mężczyzna rozbił dzban i zaczął atakować szkłem odwiedzających. Zranił mocno pięć osób, a 32-letniej kobiecie wbił szkło w twarz i ręce uszkadzając system nerwowy. Zmarła w szpitalu z niedokrwienia.  Napastnika zdołała obezwładnić ochrona muzeum i przekazać w ręce policji. Trwa właśnie dochodzenie mienia sprawcy i zeznań świadków.”

„Sprawca morderstwa w Muzeum Narodowym w Poznaniu uniewinniony?!”

Dzisiaj poznański sąd orzeknie wyrok w sprawie 20-letniego mężczyzny, który dokonał morderstwa na 32-letniej Agacie M. w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Wyrok prawdopodobnie jest jednak już pewny. Obrońca mordercy, mecenas Włodzimierz R. mówi: „Mój klient jest osobą niepoczytalną psychicznie. Cierpi prawdopodobnie na schizofrenię, ma liczne urojenia, a także jest uzależniony od narkotyków z rodziny opiatowych. Dlatego może stanowić niebezpieczeństwo dla współwięźniów”.[…] Obecnie więzień przebywa w domu dla psychicznie chorych […]

Morderstwo w Muzeum Narodowym w Poznaniu dokonanane przez Terminatora?!”

Ludzie z przeszłości mogli znać podróże w czasie. Reporter SuperFaktu dotarł do wyposażenia Mordercy z Muzeum, które poddano badaniom. Jak się okazało, sposób ich wykonania nie jest możliwy przy obecnych warunkach. „Tego typu szwów i krojów używano w późnym średniowieczu, na przełomie mniej więcej XIV i XV wieku. Obecnie nawet bractwa rycerskie nie są w stanie idealni odtworzyć w stu procentach stroju człowieka z tamtej epoki. Tutaj mamy do czynienia z zupełnym oryginałem”, mówi prof. Hanna Koćka-Krenz z Instytutu Archeologii w Poznaniu. Przesłuchani świadkowie mówią również, że sprawca morderstwa krzyczał, że ten obraz należał do niego i został mu skradziony. Czyżbyśmy mieli więc do czynienia z podróżnikami w czasie?[…]

P. R. Ofiarski

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. I

213 Wyświetleń

Część II ->


 

5 idy miesiąca Cesarskiego, 585 lat po przybyciu Attara

Na biurku doktora Osteina panował bałagan. Uczony spoglądał nań obojętnym wzrokiem. Porównywał nieporządek do stanu swego roztargnienia. Naukę nad poezją norithorskich mistrzów, która dawniej wzbudzała w naukowcu niemal ekstazę, zastąpiło sporządzanie dokumentacji kartotek studenckich. Innym powodem, należałoby rzecz głównym, była stała pensja, o którą ciężko zabiegać przy mało frekwencyjnych wykładach z poetyki. Praca w administracji wyglądała na całkiem łatwą. Niekoniecznie ekscytującą. Więc gdy doktorowi Hauserowi pękły wnętrzności na ulicy Smrodnej, pojawiła się okazja, aby dać odpocząć młodzieńczym pasjom i zająć się czymś przewidywalnym.

Kancelaria, którą prowadził doktor Hauser, wedle uznania Alberta Osteina, mogłaby służyć, jako pole do popisu dla przyszłych dyplomatyków. Tabele zapisane nierównym pismem, niemożność odróżnienia literki „a” od „o”, kleksy i skróty, tłuste plamy na marnym papierze nie rokowały pracy przyjemnej zarówno dla oczu jak i dla cierpliwości. Doktor Ostein nie mógł znać tych niedogodności, gdyż o rozmiarach zastępów grubych tomów raportów i dokumentów akademickich mógł się przekonać dopiero po otrzymaniu klucza do „Archiwum Cesarskiego Uniwersytetu w Kelrad, dział Kartotek, nr. I”. Drzwi o grubości pensji doktorskiej być może nie utwierdzały w przekonaniu, iż dostęp do archiwum ma tylko archiwista, aczkolwiek wielkość mosiężnego zamka, owszem.

Tymczasem doktora Osteina z zadumy, nad nietrafnym wyborem posady, oswobodziło trzykrotne pukanie w drzwi od jego przytulnego gabinetu. Początkowo przeszły belfer zdziwił się perspektywą gościa w biurze. Przyszła mu jednak na myśl sprawa niejakiego Karla Weissa.

– Proszę wejść – nim rzekł, odchrząknął. Od kurzu nieprzyjemne zaschło mu w gardle.

O profesorze Brückerze, choć nie zwykł opuszczać swego ciemnego gabinetu, każdy adiunkt mógł coś opowiedzieć. Rzucić słowo o mlecznych włosach lub orzec jak przygarbiona sylwetka starca podkreślała wysiłek, jaki profesor wkładał w poruszanie się po korytarzach uniwersytetu. Inni opowiadali o nieprzyzwoitych praktykach profesora. Ale tym doktor Ostein nie dawał wiary.

Droga wiodąca z Instytutu Dialektyki do archiwów wymagała odbycia niemałego spaceru, stąd na twarzy świeżego archiwisty wymalowało się zaskoczenie.

Za plecami dialektyka stał młodzian z poważną a zarazem skupioną miną. Przynajmniej tak pomyślał doktor Ostein, gdy kompan profesora, ledwo wchodząc, czujnie lustrował pomieszczenie. Prawdopodobnie był równy latami najstarszych roczników studentów choć doktor miał wrażenie, że mógł być jeszcze starszy. Poważny wyraz twarzy dodawał mu nieco lat, a Osteinowi wrażenie, iż młodzieniec nie zalicza się do grona tuzinkowych ludzi. Kiedy jednak zwrócił swą uwagę na doktora-archiwistę, uśmiechnął się pogodnie i zatrzymał się przy drzwiach. Stanął wyprostowany prawie w futrynie i schował dłonie za plecami. Wzrok uciekł mu ku butom, błądząc po podłodze skrzypiącej od ciężaru kroków profesora. To dodało mu pokory, wymaganej od żaków.

Ostein wstał.

– Panie profesorze, mógł pan wysłać kogoś innego… – archiwista porwał się na uprzejmości. – Persona waszej nie winna się trudzić marszem, jak mniemam forsownym.

Brücker machnął ręką.

– I tak miałem sprawdzić jak sobie radzicie, doktorze Ostein – z gardła profesora wydobył się zachrypły głos.

– Posiadałem ciekawsze posady. Być może fortyfikacje dokumentów przytłaczają mnie ze względu na swoją ilość – naukowiec zamaszystym gestem ręki wskazał na wały papierów. –  Niechętnie przyznaję, że doktor Hauser nie odznaczył się pedantycznością, choć ufam, że gdyby planował rezygnację ze stanowiska pozostawiłby miejsce pracy w stanie zdatnym do użycia przez potomnych – tłumaczył Ostein.

Wątek tyczący się sprzątania przeszedł obecnemu archiwiście przez gardło z niemałym trudem. Doktor Ostein nie lubił kłamać, lecz nietaktem wydało mu się złorzeczenie o nieboszczyku.

– Tak czy inaczej muszę ponieść konsekwencje przyjęcia tej pracy i sumiennie wykonywać swoje obowiązki – dodał z bladym uśmiechem.

Stary profesor mlasnął i westchnął.

– Wykonywać swoje obowiązki, tak… – powtórzył, mlasnął po raz wtóry i wejrzał na młodzieńca stojącego obok. – Oto pan Weiss. Wraca na uczelnię po kilkuletniej… Przerwie.

– Po co? – Ton doktora Osteina spoważniał. Powrócił też za biurko i usiadł wyraźnie spięty. – Z dokumentacji wynika, że choć rozpoczął pan trivium, to profesorowie podawali w wątpliwość pańskie przywiązanie do ora et labora. Panie Weiss – wycedził przez zęby. – Nie zależy panu na uzyskaniu stopnia doktora?  

– Mi? Nie – odparł głębokim głosem Weiss. – Absolutnie nie.

– Co pan zatem tu robi?

– Spełniam życzenie ojca – odpowiedział bez zastanowienia.

Odpowiedź przeszła archiwiście koło uszu. Nie była zresztą istotna. Ostein wziął w dłonie dokument i zagłębił się w jego treść.

– Dziękuję profesorze za fatygę. Nie chcę tracić waszego cennego czasu – mruknął doktor nie odrywając wzroku od karty papieru.

Bacząc na wiek profesora Brückera, czas mógł nosić przymiotnik bezcenny. Wyszedł nieśpiesznie.

– Z dokumentów wynika, że zostaliście zawieszeni w prawach żaka, gdyż zostaliście oskarżeni o konspirację przeciw osobie Jego Cesarskiej Mości – tłumaczył ze spokojem naukowiec dalej nie odrywając wzroku od kartki. – Szczegóły zostały utajnione, ale pod słowem miejsce odosobnienia kryje się loch lub Wyspa, prawda?

Zrobił przerwę. Być może oczekiwał na odpowiedź. Na próżno.

– Nie mi oceniać wasze poglądy, ale radzę… – zaczął ponownie.

– Dobrze – przerwał Weiss. – Radzono mi zbyt wiele razy. O skutkach może pan dowiedzieć się pan z dokumentów, które ma pan przed sobą.

Oho! Wygadany! – pomyślał doktor Ostein. W czasie wieloletniej praktyki spotkał nieco emancypowanych żaków, lecz nigdy – zgodnie z zalecaniami obyczajów – nie wdawał się z nimi w dyskusje.

– Nie bądźcie bezczelni to możecie doczekać się tytułu – odparł z braku lepszej odpowiedzi. – Oto dokumenty. Zgłoście się zaraz do naczelnika Henricha ze Stalervek. To szlachcic o grubej głowie i jeszcze grubszych manierach. Z nim nie pójdzie tak miło jak z szanownym profesorem Brückerem… lub ze mną – dodał niechętne – Potem zgłoście się do waszej nacji. Z papierów wynika, że należycie do modriskiej choć przyznam, że nazwisko macie północne – doktor poświęcił chwilę cichej zadumie nad nazwiskiem żaka. Otrząsnął się i znów łypnął na Weissa. – Bądźcie… Ostrożni. Do widzenia.

Po wręczeniu papierów, żak przyjrzał się im, lecz nie zagłębiał się w lekturę raportu. Skinął głową i bez słowa opuścił uczonego otoczonego stertą papierów.

Doktorowi Albertowi Osteinowi nie spodobał się Karl Weiss. W ogóle.

***

 

Gruba ręka Henricha ze Stalervek, opierając się na biurku, podtrzymywała jego tłustą i sapiącą z bólu gębę. Naczelnik rozpinał czarny mundur, ornamentowany motywem złotego niedźwiedzia. Już na pierwszy rzut oka naczelnik malował się, jako osoba zamożna a zarazem oddająca się profesji żołnierskiej. Wnosząc po insygniach oficerskich, dumnie eksponowanych na piersi naczelnika, zainteresowani mogli być pewni jego oddaniu rodzinie cesarskiej. Gdy uporał się ze srebrnymi guzami rozłożył się w fotelu kładąc luźno ręce na oparciach. Wzdychał ciężko, jak na grubasa z niebanalnym bólem głowy, przystało.

– Gdzieście panie się tak urządzili? – Zapytał siedzący naprzeciwko magister z wymalowanym uśmieszkiem godnym kupieckiej szelmy. – Czyżby wojskowe kasyno oferowało tak mocno trunki? Wszakże nie raz i nawet nie dwa razy słyszałem o nowatorskich rozwiązaniach służących abstynencji pośród żołnierzy.

Głos miał cienki, nieco melodyjny, być może dla niektórych irytujący. Ponadto seplenił. Siedział z założoną nogą na nogę, poprawiając lewicą co rusz granatową togę. W prawej dłoni trzymał kartę papieru zapisaną równym i schludnym pismem.

– Tylko szeregowym, Moutart – westchnął naczelnik ściągając dłoń z twarzy. – No, bo gdzieżby oficerom? Bunt by się podniósł. Sami wiecie…Okowitę i gorzałę bogowie stworzyli dla lepszych, choć są paskudne w smaku, a jakże. Gorsi niech piją piwa. Co by choćby smak był lepszy od życia.

Wypowiedz okazała się męcząca. Oficer odsapnął.

– W „Małej Syrence” podają najlepszą gorzałkę, choć muszę powiedzieć, że coś te kurwie córy doń dodają – wojskowy przytaknął głową. – Pociąg mam cały czas do tegoż zamtuza, a będąc w innych namawiam kamratów by raczej wstąpić w progi, że tak powiem, mi znane. Tu nawet nie chodzi o dziewczęta obsługujące, że tak powiem, żołnierskie ostrze, ale o, jak mawiają, atmosferę lokalu i tam obecnych bywalców. Chociaż dziewuszki wcale ładne, wcale gładkie. Ot dupodaje wielkomiejskie tyle co umalowane i kształcone w sztuce rżnięcia.

Machnął ręką i wypuścił z siebie powietrze rozsiadając się wygodnie w swym fotelu. Bordowy kolor nawet na chwilę nie opuścił twarzy oficera.

– Podejrzewam, że to panie są tam brane,  a nie odwrotnie.

– Pewnie, że podejrzewasz! – Zagrzmiał naczelnik, potem syknął i złapał się za głowę. – Tobie tylko zostaje podejrzewać. Jebak teoretyk się znalazł, kurważ mać. A mnie chodzi o coś innego.

Wystarczyło zerknięcie, by upewnić się, że Moutart w dalszym ciągu poświęca cała uwagę naczelnikowi. A spróbuj mnie nie słuchać, gnido – pomyślał. – Już ja prędko rozpuszczę plotki o tym jak donosiłeś na brać studencką. Ha!

– Wam naukowcom to jeno cyferki i zbytki na myśli – powiedział mało zgodnie z prawdą i sumieniem, gdyż wielokrotnie korzystał z usług mężów mądrości. Ale tych przydatnych. Nie retorów, dialektyków, archeologów czy teologów. – W ogóle nie myślicie o pięknie – kontynuował grubas.  – Ani o religii! – Widząc twarz zdziwionego magistra uderzył roześmiany pięścią w stół. – Ha! Ależ macie minę! Pewnie taka samą mieliście jak wam jakaś dzierlatka pierwszy raz pokazała, że fjutek nie służy jeno do szczania! Ha! Chociaż co ja gadam? Wysnułem przecie hipotezę, że bliżej wam do teoretyka a nie praktyka! Haha! – Naczelnik srogo pożałował jowialnego nastroju, gdy kac przypomniał mu o swym istnieniu. – Widzicie, Moutart, mam ładną żonę. Mimo, że dobija do czterech dekad zachowuje gibkość linoskoczka i temperament dzikusa. Wtedy gdy to potrzeba, ma się rozumieć – pogroził żakowi palcem jakby groźba miała zmazać dopowiedzenia. – Kochać to ja jej nie kocham bo prawdziwy mężczyzna kocha swoją pracę, swoich przełożonych i w efekcie swój reżim. Musisz mnie Moutart tedy kochać, bo jakże miałbyś mi wtedy wiernie służyć? – Naczelnik zaśmiał się gromko widząc skwaszoną twarz nadętego jak balon studenta. – Chodzę tedy na te kurwy zbolałe w zasadzie nie dla rozrywki, a dla obyczaju mego stanu, z którym muszę żyć w zgodzie. Czy słyszeliście niegdyś o arystokracie lub innym bogaczu, co by nie pofolgował chuci z jakąś inną panną lub nie panną, że tak powiem? Ano też właśnie. A skoro figluję z pewnym obrzydzeniem – oficer rozłożył ręce – to czy nie czyni to ze mnie swoistego eremity?

– Czy pańskie rozmyślania mają konkluzje? – Znudzony żak poprawił swą togę.

– Ach! Oczywiście, Moutart! – Na czerwonym obliczu Henricha ze Stalervek pojawił się żółty uśmiech. – Mam na myśli, że dobrze i zdrowo jest czasem wskoczyć między biodra inne niż żony przy akompaniamencie nieopodatkowanego alkoholu! Dla oczyszczenia ducha poprzez umartwianie ciała,  że tak powiem.

Naczelnik wiedział, że słuchanie jego dowcipów i rubaszne wnioski są dla młodego mężczyzny mordęgą. Nie zważał w żadnym z razów na fochy żaka. Testował jego cierpliwość jak najlepszy hutnik rudę żelaza, a to wiadomo kuje się póki gorące. Zmęczenie umysłu studenta miało sprawić by Moutrat przyjął każdą propozycje naczelnika.

– Do rzeczy, człowieku. Nie przyszedłeś ty na pogaduchy – ton Henricha ze Stalervek zmienił się z wesołego na surowy. – Sprawa napięta jest jak baranie jaja podczas golenia go wkoło baraniego fjuta.

– Nie wiedziałem, że nawet stamtąd pozyskuje się surowiec.

– A tak. Pozyskuje. Robi się z nich delikatne onuce dla mądralińskich żaków – naczelnik nie dał się zwieść sarkazmowi studenta. – Na uniwersytet wraca niejaki Karl Weiss. Mówi ci coś to nazwisko?

– Mówi – potwierdził Moutrat piskliwym głosem. – Obrońca nie-ludzi, psia jego rasa – magister oburzył się teatralnie. – Po wojnie z republiką Norithoru koordynował protesty w sprawie obrony elfów i krasnoludów wzbraniających się od złożenia ofiar dziękczynnych. Organizował nawet zbrojne grupy, które miały rozbijać straż porządkową świątyni. Nie udowodniono mu wprawdzie nic z tego, ale rektor postanowił wysłać Weissa na przymusowy urlop dziekański.

– Który zakończył się tydzień temu – skwitował naczelnik. – Weiss wrócił na uniwersytet, ale szczęśliwie cesarz powołał Urząd Do Spraw Wywrotów Studenckich, a mnie obsadził na stanowisku naczelnym. I mam zamiar dobrze wypełniać swoją pracę. Kurewsko dobrze, Moutart.

Henrich ze Stalervek dopatrzył się w minie magistra oczekiwania. Wie, że coś mu zlecę – pomyślał. – I dobrze. Gówniarz jest dobrym szpiclem. Pewnie o tym nie wie, ale zachodzi w głowę kiedy dam mu spokój. Ale nie, nie Moutart!  Trzeba było nie donosić na cenzora Glauca, baranie jeden!

Rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi. Moutart aż wzdrygnął, gdy z zamyślenia wyrwał go huk walenia w drzwi.

– Chyba mamy gości – uśmiechnął się naczelnik. – Wejść!

Mężczyzna, który pojawił się w drzwiach był typowego wzrostu i wagi. Włosy skołtuione kontrastowały z szytym na miarę kubrakiem. Wyglądał poważnie. Zbyt kurna poważnie. Studenci wyglądają jak groteskowe barany, a nie jak skupiony urzędnik – rozmyślał naczelnik.

Wydobył jeden arkusz z górki czystych kartek. Zmoczył ostrożne gęsie pióro w inkauście i głośno wciągnął powietrze. Żak stanął za plecami Moutarta zerkającego z ciekawością na kolegę.

– Imię – naczelnik powiedział formalnie aniżeli spytał.

– Karl Euzebiusz.

– Nazwisko i herb.

– Weiss. Na herb moi przodkowie nie zasłużyli.

– Przeklęta hołota. Ty też nie dajesz władzy powodów do nobilitacji. Pochodzenie.

– Republika. Ostały się dwie – odparł uprzejmym głosem Weiss.

– Do czasu. Do czasu! – warknął naczelnik. –  Modris czy Middenvatten?

– Ta na M.

Zwykle groźne łypnięcie naczelnika działało na żaków jak smagnięciem biczem konia. Weiss zareagował na wzrok wojskowego szelmowskim uśmiechem. Henrich był pod wrażeniem odwagi studenta, ale nie dał po sobie niczego znać. Choćby złości.

– Modris, choć obyczaje macie na poły barbarzyńskie – powiedział chwytając się za skroń. Ból głowy dał o sobie znać. – Oj, panie Weiss. Coś mi się wydaje, że prędzej zobaczymy się na jakiejś egzekucji niż na rozdaniu zaświadczeń o kwalifikacjach.

Moutart zachichotał jak mała dziewuszka. Karl Weiss ponownie uśmiechnął się złośliwie.

– To wszystko?

– Marzenie twoje. Co wy tam niby studiujecie?

– Rozpocząłem trivium. Pan coś skończył?

– Nie. Urodziłem się tak mądry, że mogę nadzorować baranie stada bez tytułu doktora – burknął naczelnik i zauważył jak z twarzy Moutarta znika dobry humor. – Tyle. Poszedł won i nie nadstawiaj się władzy to może znowu nie wylądujesz na Wyspie. Pamiętaj, lud wystawia władzę na próbę cierpliwości, a gdy się ta skończy, lud musi wystawić dupę. A potem jest rżnięcie. Aż do krwi, że tak powiem – wojskowy poczuł, że stracił panowanie nad sobą. Westchnął głęboko. – Przydzielam cię do nacji Norithor-Modris. Zgłoście się do pokoju 22. Jest obok pokoiku socjalnego numer 23. Żak Tomas Vouter przydzieli wam miejsce do spania. Idźcie w pokoju.

Karl Weiss wyszedł nie mówiąc nic na odchodne. Moutart siedzący cały czas tyłem do starszego żaka czuł się nieswojo. Zauważył to naczelnik rozkoszując się obiadem niezadowolenia magistra. Tymczasem szykował się deser.

– Nie ufałbym mu, panie naczelniku.

– A pewnie, że nie. Dlatego będziecie go dla mnie śledzić. Tylko dyskretnie i w najgłębszej tajemnicy. Skrywajcie ją tak głęboko tak jak profesor Brücker skrywa penisa w waszej dupie.

Moutart raptem wstał i jeszcze szybciej pobladł. Upadł na kolano i już miał zanieść się szlochem,  gdy naczelnik uniósł prawicę.

– Ani słowa, barani łbie! – Ryknął. – Wiem, że tego nie lubicie i wiem jak bardzo zależy wam na znakomitych oceanach z dialektyki – powiedział ze sztucznym gniewem w głosie. – W tych czasach nawet grzesznicy są przydatni. Pamiętaj jednak, że nie wolno okazywać swego spowiednika – wskazał dla jasności palcem na swoje ucho. – To wszystko, Moutart. Już cię tu nie ma.


 

Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.

Część II ->