Category -

Phantasiae Acido

Phantasiae Acido

Baśń o Człowieku – Zdrada w Babilonie

230 Wyświetleń

<- Część poprzednia | Część następna ->


V. Zdrada w Babilonie

 Giovanni wędrował długo. Wciąż naprzód i naprzód. Przez wiele dni się nic nie wydarzyło, a Poszukiwacz Prawdy zastanawiał się czy przypadkiem nie zboczył z drogi. Z początku podróży myślał, że na jego Drodze-Pod-Górę będą ludzie uduchowieni jak on, też rozwijający się, ale teraz pojął, że Droga-Pod-Górę to nie droga ludzi świętych tylko ciekawy przypadek w wędrówce, jakby rodzaj wygłaszania istotnego hasła, w którym owa Droga to ciągła wędrówka naprzód z pewnym ładunkiem w sercu, którym są Wiara i Cel. Jego płaszczyzna drogi duchowej w tej Ścieżce odbywa się tylko i wyłącznie w jego sercu, a ludzie napotykani przez niego po prostu przecinają z nim swoją drogę, niekoniecznie pod górę, bo mogą iść w dół, albo w bok, albo nie iść wcale!

 Znów zostawmy Giovanniego samego by móc się przenieść do Wielkiej Wyżyny, którą Istoty, Sferoni i nędzne byty egzystencjonalne nazywają Babilonem Wielkim. W Babilonie żyli ludzie. Inni niż w wiosce Giovanniego zwanej Glob. A przynajmniej im się tak wydawało, że są inni, bo Mędrzec Prawdziwy Wędrowny Oświecon rzekłby, że bez względu na to motłoch z tych babilończyków. Zaślepieni są swoimi zarozumiałymi osóbkami.
Aktualnie Babilończycy toczyli ze sobą wojnę. Z jednej strony Młody Ruch Wyzwoleńczy spod znaku Niebieskiego Ptaka, a z drugiej Babiloński Ruch Zachowawczy o charakterze Semi-konserwatywnym. Po środku wyżyny, w punkcie jej centralnym na metrów wiele rozciągnięto barykady po dwóch przeciwległych stronach.
Na barykadach ludzie walczyli o wolność czy chociażby siebie samych…?
Tak pewien poeta o tym zajściu pisał przed laty:

„To jest bracie wojna!
Odwieczna wojna nowoczesności
z odrodzonym poczuciem tradycyjności.
Odwieczna dychotomia ludu,
gorsza niźli najgorsze voodoo
czary!


To jest jak wojna Nachainu z Heremo-imi, jak dualizm Aighedinosa z Parkszotilią, jak Barthonos i Petronos!”

Z jednej strony Babilończycy pruli do Wyzwoleńczych z wszystkiego co ten motłoch posiadał, a Wyzwoleńczy prowadzili zażarty ostrzał bateriami artyleryjskimi w stronę motłochu. Po której stronie stanąć, bo mówić chyba jak w Babilonie Wielkim jest nie trzeba. Ale wiedzieć pewne jest zanim do wyobraźni rozmach miejsca owego dojdzie świadomie. Brud, rozpusta, zło i występek w tym miejscu od szczurów częstsze, co ludzi nieprawi i psuje, jak na słońcu okrutnie pozostawioną z dala od wody szczeżuję!
Wniosek z wojny ten jedyny. Która strona dobra? Pytanie to ważne, a wręcz rzec muszę zasadnicze. Bo ‚miast dla zgody ścieżki torować rozmaite i wspólnym celom szlaki wytyczyć oni trą się jak dwie płyty tektoniczne wstrząsy wywołując.
Dobra ta Strona, której nie ma. Ponieważ i z jednej i z drugiej strony strzelają do was Istoty, toteż uciekać wam prędko od jednych i drugich radzę zniszczą się sami, a co będzie z nami?Niech się biją, bo biją się już tak lat 84 i przez wiele jeszcze lać lat się mierzą.
I oto staje Istota przed nimi i znając siebie w części chociaż najmniejszej wie, że ani jedna ani druga strona rozwiązania przynieść nie może. Swoje ścieżki będą wytyczać Duchy Wędrowne.

A nieopodal Babilonu Wielkiego, jest Babilon Mały. Miasteczko na wschód za Jeziorem Aa. Ludzie tam też bić się biją, lecz w podziemiu bo Unia Erudytów sprawuje pieczę i bezpieczeństwa pilnuje, tam podobnie jak w Babilonie Wielkim. Wszystko na kopyto jedno i pod dyktando wodza Babilonu co go Księciem-Szajchem obwołują i groźną zawżdy wiadomość tą po wyżynie całej zwiastują. Dyktando jego…łatwe, rzecz można miłe i przyjemne gusta i brzuchy obywateli łechcące. Jednakże trucizną on zapycha ich i zabija, lecz oni wiedzieć tego nie wiedzą i kochają go za to. Wnet przybył wieść na tą Samsonem zwany Mocarnym podróżnik z Gór zrodzon w lodu czeluściach przed latami mrozu i głodu. Wilki jemu nie straszne zaprzęg z nich uczynił swój, a niedźwiedzie mu sprzed drogi kamienie usuwają. Lecz skromnym Samson jest to od zawsze, a nosi od Kapelusz, fedorę, lub inne elegantsze. Jak na przykład na łowienie szprotek lub ludków straszenie zakłada z tura rogów hełm, trafne to spostrzeżenie. Broda jego po pas zwisa i podziw wzbudza wśród nieprzywykłych do dumy Samsona oglądania istot. Samson on muzykiem z miłości i zamiłowania, toteż na ulicy Świętego Jana w Babilonie Małym rozłożył swoje instrumentarium. Klawisze, Saksofon i co tam miał jeszcze Samson. I grał począł na całkiem inną nutę, nie wiele gorszą, lepszą zaprawdę. Grał inaczej niż Książę-Szajch radził,dyktował. Grał, grał i grał. I dobrze sobie z tym radził. Ludzie patrzyli i nagle widzieli, że to coś innego, nowego, czego nie znają. Nie znali tej Muzyki typu Wolne. Zdenerwowali się na Samsona Mocarza. A on widząc to na inne nuty przystał i wnet zaczął swój epileptyczny taniec odstawiać grywając w klawisze na pozór jak leci, lecz układem tajemnym naprawdę spisanym. I na saksofonie grał jak na didgeridoo, tak jak jeszcze nikt nigdy dotąd. Wtem zaczął niczym afrofuturysta spirale ciałem kręcić, nie przestając grać na klawiszach.I wtem wydać by się mogło, że na czas grania Gwiezdnego-Hymnu Samsona Mocarza cały kosmos zstąpił na ulicę Świętego Jana w Babilonie Małym i sfer niebieskich obrotem akompaniować zaczął. Granie trwało! A tłum się zbierał coraz większy i wciąż się powiększał. W końcu ludzi było tyle ile jest gwiazd na niebie. Wtem się zaczęły dziać koszmarne rzeczy; z transu grania Samsona wyrwawszy ludu zbieranina poczęła ciskać tym co pod ręką mieli w grajka.
I koniec to był kosmicznego grania….a szkoda, bo piękne to granie było! Motłoch nie uczynił jednak ze złych pobudek serca krzywdy Samsonowi, albowiem strachem kierowani byli, chociaż ich ciekawość do Kosmicznego Grania wzrastała z każdą minutą. Mędrcy by zapewne rzekli, że możliwym by było ich nawrócenie.
Strach mieszkańców Małego Babilonu spowodowało przybycie Miejskiej Straży spod ramienia Erudyckiej Unii. Sprawnie całą zbieraninę rozgonili i równie sprawnie zgarnęli całe instrumentarium Samsona Mocarza. Gdy go w siedmiu siłą obezwładnić musieli, albowiem Samson niewzruszon począł ponownie kosmiczne nuty wygrywać, unieruchomiony już zdążył wykrzyczeć „Bywajcie zdrów ludzie Babilonu!”
Gdy z ulicy zniknęli ostatni gapie po Samsonie nie było już śladu.

Samson nie był jedyny co niósł odmienienie ludziom z Babilonu. Był Anakrites co filozofię nową szerzył i nawet spisał ją w swojej „Pomocnej Książeczce Ras Anakritesa co w życiu codziennym winna być nieodzwona i niezastąpiona”.
Znać było na mieście także pana Elhec’a od wolnego trybu życia. Czy panią Regię co proponowała przepisy kuchenne stosować wprost przez Matkę Naturę zainspirowaną.
I wielu ich było, a każdy obrzucony w Babilonie łaski nie zaznali, ni litości, ni interesowania.

 Pan Kapelusz siedział na krześle śpiewając wesołą piosenkę natomiast Pan Henius dolewał ciepłej, świeżo zagotowanej wody do rzeki, by ją ogrzać, następnie zalał resztką czajniczek i zaczął gotować nową wodę. To była prawdawna i bardzo rzadka herbata, którą dostarczył Heniusowi Wędrowny Nommada. Herbata była sprasowana w prostokąt, była ciemnoczerwonej barwy, a jej zapach przypominał ziemię. Max Henius skruszył prostokąt i wrzucił trochę ziemistoczerwonej herbaty do czajniczka.
Grono Eleganckich Spiskowców poszerzyło się o jeszcze jednego Towarzysza, człowiek młody, włosy krótkie, wyglądał trochę jak ziemniak. Na dziwnej grał sobie maszynie co wspaniałe dźwięki wydawała, a zwali go Norwidem Pomocnym.
– Pomocny Norwidzie! Jakież to wspaniałe, utwór piękny. Łechce moje zadowolenie. Gdzież pan się nauczył grać na tak świetnie dobranej muzycznej maszynie? – zapytał Max Henius kiedy usiadł na krześle.

– Ach panie Henius…to tajemnica zawodowa, Każdy by mógł być Norwid gdyby wiedział, jak grać na tak świetnie dobranej muzycznej maszynie, a do tego jak ją tworzyć i gdzie tego uczą. – odparł wymachując rękami – Dururara dururaraa – śpiewał tak.

– Nie czas na nauke na muzycznej maszynie gry, nawet najlepiej dobranej Panowie! Czas nam Gada znaleźć by poradził na nasze problemy Bezschematowych Wzorców, byśmy mogli ludzi z Babilonu Wielkiego i Małego wyzwolić z jarzma Księcia-Szajcha! – Pan Kapelusz pociągnął z fajki wodnej i wziął łyk herbaty, którą przed chwilą do czarki nalał mu Max Henius. Odchrząknął po cichu i kontynuował. – By przywołać Pana Gada potrzeba nam odtworzyć…Rytuał Przywołania. To zapomniana i stara metoda, ale znam ją tak się składa. Powtarzajcie za mną…PANIE GADZIE!!!!!!

 – Panie Gadzie! – odpowiedzieli głośno krzycząc Max Henius i Pomocny Norwid.

 – Przybywaj dopomóc w Babilonu zdradzie!

 – Przybywaj dopomóc w Babilonu zdradzie! – powtórzyli głośno za Kapeluszem

 – Już Gadzie!

 – Już Gadzie! – powtórzyli ostatni raz.

Przed nimi pojawił się Pan Gad ubrany w biały fartuch medyka, jego pokryta łuskami zielona skóra, kiczowato komponowała się z szarymi kamieniami przy Rzece Górskiej.

– Wzywaliście mnie może mali ludkowie?

– Panie Gadzie, niezmiernie mi miło, że raczyłeś się zjawić w naszym skromnym towarzystwie Eleganckich Spiskowców – uroczystym tonem rzekł Pan Kapelusz – Pozwol więc, że ja ciebie, Gadzie przedstawie. Oto Max Henius nasz współspiskowiec numer jeden, a utalentowany człowiek na świetnie maszynie muzycznej  to Pomocny Norwid! – i wskazał na wymienionych.

Gad spojrzał na Spiskowców spod oka. Złączył dłonie pod brodą i wodził ślepiami gadzimi od jednego do drugiego. Po chwili podjął.

– Do czegoż to jest wam potrzebny, o przepotężny Gad!? Mówice!

– Ach to całkiem błahy powód – skłamał Kapelusz – wręcz sentymentalny! Nasze biedne rodziny w Babilonach Wielkich i Małych cierpią głód i szykanowanie. Jednakże w tożsamych ze sobą wszystkich jednostkach Babilonów utrudniona jest pomoc! Na szczęście mamy sposób by przełamać tą stagnacje życiową w ich egzystencjach mianowicie…mamy Bezschematyczne Schematy! Ale nie wiemy jak je wyprodukować, lecz wiemy, że Ty to możesz!

– Tak Gadzie! Tyś naszą nadzieją! – zlamentował Henius

Pomocny Norwid przygrywał dramatyczny utwór na maszynie w czasie tej rozmowy!

– Dobrze…zrobię to! Ale…ale jak mi odpowiednio sowicie zapłacicie!

– Ależ oczywiście Gadzie…Twą nagrodą będzie średniej wielkości wzgórze, z drzewem pośrodku i z tym wszystkim co Gady lubią najbardziej! Wzgórze będzie w całości odizolowane od reszty świata. Będziesz podziwiał jak to żyjące istoty pnąc się do góry po szczeblach wzrostu zyskują życiodajną energię samym to życiem się stając, życie innym dając. Będziesz bogiem we właściwej sobie mikrokrainie! – z semantyczno-filozoficznym akcentem powiedział Pan Henius!
– Umowa stoi! – To mówiąc Gad wyciągnął ku nim trzy gadzie ręce każda pokryta łuską zieloną, a pod nimi także złotą.
Podali mu swoje i uścisnęli. Umowa z gadem została zawarta.

 Giovanni nasz wędrowiec, postanowił przejść przez Babilon Wielki, by zobaczyć jaki on jest by takim nie być. Ale los sprawił, ze go nie wpuszczono do niego, gdyż w swej całej plugowatości konieczne przed wstępem za okropne bramy były Kontrole Bytu. A Giovanni nie przeszedł pomyślnie owej kontroli, gdyż nie działał pod Dyktando zarządców. Nie był Bytem Babilońskiej Modły.
Udał się on więc dalej ku Babilonowi Małemu, ostrożnie, bo omijając strefę wojen.
Do miasta go wpuścili i wydało się mu się ta mieścina zwykłym miastem, ale było w nim coś co przykuło jego uwagę. Ujrzał zjawisko kiedy człowieka-artystę obrzuca się czym popadnie za sam swój artyzm.
Podszedł bliżej by się przyjrzeć. Ujrzał prawdziwego wirtuoza swego instrumentarium, obracającego się wokół własnej osi i nie przestając grać jednocześnie.
Nie mógł się pokazem żywym grania Kosmicznego nacieszyć zbyt długo, gdyż w tym momencie Straż Miejska Erudyckiej Unii zaczeła rozganiać zbieraninę. Giovanni nie do końca zadawał sobie sprawę z tego dlaczego oni to robią. Z rozmyślań wyrwał go wpadający na niego przechodzień. Najpierw jeden, potem drugi. I dostrzegł go strażnik, zwrócił uwagę na jego Wężowy Kostur. Podbiegł do Giovanniego i próbował mu go wyrwać.
– Magiczne przedmioty są zakazane w miejscach publicznych robaczku!
– Ależ władzy piewco tutaj! Przeto wpuścili mnie do Miasta tego miłego z nim. Nie informowano mnie o konsekwencjach magicznych rzeczy dzierżenia w zbieraninach ludnych.
I wężowe oczy na kosturze zapłonęły zielonym blaskiem. Strażnik uznał to za akt magicznego ataku w jego stronę. Ruszył na Giovanniego szybko i sprawniem, zanim ten zdążył się usunąć. Rozpoczęła się szarpanina. Oczy kosturu świeciły coraz bardziej jasnym blaskiem. Widząc to koledzy strażnika, podbiegli do Giovanniego z dwóch stron i złapali go za ramiona. Trzeci zaś pochwycił kostur.
– Bierzemy go wraz z grajkiem do Szyderczego Loszku! – poinformował pozostałych ten pierwszy.
Ostatnie co Giovanni zobaczył był strażnik, który przymierza się do uderzenia go w głowę pałką. Zaraz po tym nastała ciemność.


<- Część poprzednia | Część następna ->

Phantasiae Acido

Baśń o Człowieku – Gadał-Jogin-do-Gada

245 Wyświetleń

<- Część poprzednia | Część następna ->


II. Gadał-Jogin-do-Gada

 Giovanni nieprzerwanie sunął naprzód. Jednak nie poruszał sie już po górach, ale po wysokogórskiej dolinie. Co jakiś czas można było spotkać na trasie pagórki i większe wzgórza. Szybko zorientował się, że z każdej strony otaczają go góry z ośnieżonymi wierzchołkami szczytów,a z wielu z nich spływały górskie potoki. Z innych staczające się fragmenty skał wyrobiły żleby u podnóża których znajdowały się stożki usypiskowe. Wyższe szczyty były nieustannie smagane wiatrem. Ponadto w całej dolinie były tu i tam porozrzucane głazy narzucone, prawdopodobnie przez lodowiec, który sobie mieszkał w tych górach tysiace lat temu. Na tych narzutowych głazach było widać ślady wietrzenia. Wędrując tak przed siebie na pozór bez celu Giovanni postanowił przysiąść na kamieniu przed strumykiem by napić się wody i przemyć twarz oraz dłonie.  Niespodziewanie dostrzegł starca ubranego w fioletowo-żółte łachy, z poowijanymi wokół szyi koralami. Siwe włosy chował pod turbanem. Długa broda sięgała kolan. Oprócz tego był wychudzony i gdy mówił jego wąsy ruszały się w dziwny sposób. Obserwowany człowiek był porządnie opalony górskim słońcem.
Giovanni stwierdził, że starzec jest ascetą i w dodatku totalnie szalonym gdyż rozmawia z jaszczurkami i to w nadzwyczaj charakterystyczny sposób:

Gada jogin do gada,
to wesoła gromada.
Hej jaszczur armada,
nie gadać nie wypada.
Jak na pustci hamada,
to jest słów barykada.
Opowiem jak szeherezada,
O tym jak gada gad do dziada,
a dziad gada do gada
i gad opinie wykrada.
Za to odpowiada święta triada
co stworzyła tego kropnego gada,
jak pisała Upaniszada
i on gada wciąż do gada.
Gdy nowy gad się doń dosiada
y jakosi mu się gadka nie układa,
tak mówił gad do dziada.
To ascety do gada
święta serenada
jedna jest dla gada rada
co mu się już w umysł wkrada.
Oto moja kawalkada
co szturmuje jak cykada,
rym gęsty jak rzeczna mada,
tak jogin gada do gada.

Hej!

 I dosiadł się doń Giovanni nasz wędrowiec strudzon, co zaciekawiony został słów istną kawalkadą, niczym potokiem strumienia z pobliskich śniegów zrzucony na te gady zajęte rymowaniami starca-z-gór. Zbliżył się on tylko do szaleńca brodacza w rymach mistrzostwa obeznanego i czym prędzej zagadał doń, a gady czmychnęły między skały jak najszybciej umiały.
– Czemu tak jogin gada do gada? Czy taka jego wada? Że szalonemu człekowi od samotności gad pomaga? – przekręcił głową, pokręcił nosem i wpatrywał się w starca, który był nadzwyczaj zdumiony.

Po coś tu przylazł biada,
widzem, że skóra twa śniada,
a moja jest jak czekolada.
Łodiridiridiri dam dada!
Tak jogin do człowieka gada,
i nic nie jadłem dziś na obiada,
i chyba zjem dziś kiegoś gada,
tako mi głód podpowiada.
Albo sprzedam ci glonojada,
za suchary jak marmolada.
Mam nadzieje, że dla cię to nie moralna zwada,
a jak tak to czeka nas olimpiada,
w gadaniu do gada!
A jak nie chce niechaj nam nie przeszkadza,
w gadaniu do gada!
A gdzie jest twa osada?
Lepiej sie chowaj bo pada,
czeka cię za tem degrengolada
i człowiek upada.
Kadałałada umada chada!
A jogin rymów dokłada,
o tym jak gada do gada.
Hare Radha!

Hej!

 Jogin jak tak do gada gadał to Giovanni bardziej hipnotyzowany był jego gadaniem. I intonował wszystko ładnie, jedno mówił wolniej drugie szybciej, a z tego wszystkiego wychodziły gardłowe śpiewy.
– Zasz to czemuż tak gadadadasz ludziu? Wszak czas mój na zawrót był i wybrałem kierunek inny, toteż idę przed siebie, Drogą-pod-Górę, aby dotrzeć do swego Drzewa Życia starcze!     Starzec, przeciągnął się. Pomrugał, podłubał w nosie i uszach. Zwilżył w ustach, strzelił kostkami w palcach, ziewnął i wbił wzrok w Giovanniego.

Tak ci rzeknie jak jogin do gada,
że twych planów obsada,
jest nie warta nic jak zeszła dekada.
Zmarnowana na gadaniu do gada,
taka mała sobie tu oreada.
Jakbyś nie wiedział to driada,
co żyje w górach jak szczep gada,
a czasem jogin zarywa doń i gada.
Wielka moja arkada
i mała moja też arkada.
Nie chodź, ‚lko usiadaj i gadaj do gada
niechaj zaszczyci nas gadów parada,
nadchodzi fasada,
będzie tu wielka do gadów iliada,
zaszczyci się wnet śpiewny Nomada,
i z nami zagada do gada!

Hej!

 Jak jogin tak gadał, tak jak się gada do gada to się ruszał do rytmu słów swych i dziwnie machał rękami poniekąd. Cóż. Widać tak się gada do gada i nic na to nie poradzimy. Giovanni był pewien. Był pewien tego co właśnie powiedział Joginowi-co-gadał-do-gada.
– Cię starcze chyba na słońcu poskręcało i na wietrze wywiało umysłu cząstki, a od gadania do gada się tylko na „da-da” nauczył mówić. Widzę, żeś szczwany jako lisek co kury kradnie. Zwieść ci się mnie nie uda. Może gadanie do gada zajęcie fajne, bo twórcze i ciekawe, i szczerze powiem ci, że wahałem się przy opcji ze Śpiewnym Nomadą, bo to są ludzie z zasadami. Ale moja ścieżka, wiedzie Drogą-pod-Górę, i gadanie do gada nie wchodzi w grę tutaj. Moje drzewo na mnie czeka. Żegnaj starcze.
Giovanni się odwrócił i odszedł, ale po chwili spojrzał na czerwonego ze złości jogina, który znów coś mówił jak się gada do gada,lecz to wszystko zostało zagłuszone przez wiatr, który się zerwał niespodziewanie. Dodał mu tylko głośno:
– Hej!

 I poszedł dalej. Chciał czym prędzej znaleźć się od tego starca, który idee ścieżki ukraść mu zamierzał. Obawiając się pościgu postanowił przyśpieszyć kroku. Jak się śpieszy to się upada, bo się nie patrzy pod nogi i na szczegóły. Łatwo można coś przeoczyć. I tak też było tym razem. Od pośpiechu Giovanni upadł, potknąwszy się o kamień. Gdy Giovanni chciał wstać, kamień doń przemówił:
– Dokąd ci tak śpieszno, małej wiary człeku? Czyżbyś nie wiedział, że bieganie nie wymaga pośpiechu? – wtem kamień wysunął głowę i łapy.
Okazało się ze to Żółw. Żółw z żółto – brązową skorupą, w czarne łatki na niej. Mówił bardzo powoli i robił wszystko też wolno. Giovanni słysząc głos najpierw się przestraszył, ale potem szybko wziął nogi z domniemanego kamienia by zobaczyć do kogo należy ten głos. Wszakże mimo dziwów baśni tej, to nawet takie cuda jak kamienie mówiące tutaj nie występują.
– Ach Żółwiu witaj! Powiem ci szczerze, żem w pierwszej chwili mej myśli cię nie ujrzał i za kamień wziął mimo kolorów barwnych. Wybacz mi to z serca całego żółwiowego swego. A dokąd mi tak śpieszno? Uciekam przed Joginem-który-gadał-do-Gada. – wysapał Giovanni.
– Jogin-który-gada-do-Gada!? – w oczach Żółwia malowało się widoczne przerażenie – Pokój ci człeku, żeś mu uciekł prędko, gdyż on do nas Gadów wszystkich li męcząco gada. Mych braci zbiera i rozbija o skały, bo go nasze uszy słuchać nie zechciały. Zwieść cię chciał pewno, mój drogi przyjacielu, lecz mam nadzieje, że na długo nie odciągnął cię od celu. – Żółw mówił, a z jego słów było znać mądrość i wiedzę o świecie. Czyżby Żółw był pierwszym z tych-co-wiedzą? Żółw kontynuował. – Lecz gdzie me maniery, bom się nie przedstawił jestem ja sem Żółwik, Skorupiastym zwany.
– Jam Giovanni, z wioski zwanej Globem, mój drogi Żółwiku. Rzeknij mi coś więcej o tym dziadzie co braci ci zabił gadzie. – Giovanni usiadł na kamieniu przed Żółwiem i wyraźnie zamieniał się w słuch.
– Jogin ten przybył z bardzo daleka, ćwiczył  co dzień ruchy dziwne, nawet dla człowieka. Jednak jemu z nudy, albo kiej głupoty, by męczyć nas, ‚stkie gady nabrał ochoty. Węże  łapał, na ruszt wsadzał, bo proponowały lek na umysłu przyćmienie, co bywa trwały. Nas Żółwie o skały zabijał, bośmy gadom gadali by go nie słuchali. Jeszcze oprócz Gadów bywają tu Traszki, łać no im ‚lko w głowie siedzą ino fraszki. Kryją się więc w wodzie zimnej. Zać Jaszczurki maści wszelkiej, tchórze wstrętne, dyshonor Gadom nam przynoszą. Słuchać chcą go wiernie, zawsze, jak on Gada im do głowy. I rozumu już nie mają, toteż głupie umierają. My ostatni, ci co wiedzą, i co żyją w Górską Miedzą. Jogin zmora, Asceta wstrętny, zakała wszystkich joginów dobrych.
Giovanni szybko zrozumiał, co ma żółw na myśli. Jogin pomimo iż hipnotyzuje sobą, jest tak naprawdę nikim. Kimś kto chcę odciągnąć ludzi i Gady z ich ścieżki życia, by słuchały i głupiały jak jogin gada do gada. Przykre to.
– Więc Żółwiu cóż poradzić? Wyciągnąłem już nauki, ruszać w drogę moją czas. Choćże ze mną drogi Żółwiu, znajdziem ci nowy Żółwi Ród.
– Lecz Giovanni, nie tak prędko, ja już stare jest Gadeńko. Żółwi ród mój się odrodzi, gdy nas dziada śmierć oswobodzi. Jam cierpliwy, ja wyczekam. Tyś jest młody, tyś narwany, chętny jednak roztrzepany. Ja mam drogę swoją tutaj z domem, jednak Twoja wiedzie dalej i nie dla mnie jest tam miejsce. Jednak słuchaj, pochopnie nie myśl, że zostawię Cię tak samego, wcześniej nie wyprawiwszy ciebie w ekwipunek słowa mądrego. Jam jest Żółwiem i ja żyje, słuchaj…bo w mych słowach mądrość się kryje. – Żółw przestał na chwilę mówić. Wstał, wbił wzrok w swego nowego ucznia i podszedł doń. Zaczął mówić ponownie. – Zamiar dobry, choć żeś błędny, bo pośpieszny. Ja nauczę ciebie życia bez pośpiechu i rozbicia. Zaczniem teraz, bom nie jeden, który na drogę ci coś spakuje.  A więc słuchaj mnie uważnie. Skup się. To podstawa, by rozumieć słowa Gada. Najpierw sprawdź gdzie twe serce i jak bije gdy oddychasz. Jak nabierasz, jak wydychasz. – Żółw ucichł, by Giovanni wykonał swoje zadanie.

 I Giovanni siedząc tak na kamieniu, zamknął oczy, wsłuchał się w rytm bicia serca i oddychał. Spokojnie i harmonijnie. Robił to tak długo, aż nauczył się rytmu całego mechanizmu tłoczenia krwi i nabierania tlenu na pamięć. A Żółw czekał, cierpliwie i nawet nie zajął się czym innym tylko wpatrywał się w swego ucznia.
– Dość, dość Giovanni. Dobrze robisz, lecz za szybko się wydaje. Co słyszałeś, co mówiło serce twoje, gdy znosiło dziada znoje? Wspomnij teraz na ten moment.
Giovanni więc wrócił do stanu-słuchania-serca, i przypomniał sobie słowa Jogina-który-gadał-do-Gada. I znów wsłuchał się w serce. A ono krzyczało „Nie słuchaj, nie słuchaj.”
I już Giovanni był pewien. Pewien tego, że serce powie gdy coś złe, gdy coś dobre.
– Już rozumiesz? Żyj powoli, a ominiesz wiele znoi. Serce mówi ci dokładnie, by nie trafić gdzieś nieładnie. Nie uciekaj gdzieś przed sobą, bo, że nigdy nie uciekniesz przed sobą samym. Gdy uciekasz, i się śpieszysz, krzywda dzieje tobie się! Więc pamiętaj zwalniaj zawsze, gdy się spieszyć Ci się zachce. – przerwał na chwilę, po czym rozpoczął znów –  No Giovanni, mój człowieku, żyje już tak od pół wieku, i nie widać na mnie starości. I już więcej nie nauczę ciebie, ale wiem, ze twa droga teraz do węża powiedzie. Nie zbaczaj z drogi swej nigdy, dla nikogo, bo wtedy dla ciebie może być srogo. Jeszcze jedna rada od Gada. Idź do węża, gwoli woli. Lecz pamiętaj o mych słowach. – a te słowa żółw powiedział bardzo powoli. – Dlaczego mówię tak wolno? Ponieważ mi wolno. – Żółw mówił to jeszcze wolniej. Cierpliwym Żółw stworzeniem jest. – A gdzie szukać, tego Węża? To w jaskini nora jego,  idź na zachód z miejsca tego. I do Drzewa zmierzaj potem, z mą nauką i polotem.
– Co? Skąd wiesz Żółwiu o mym Drzewie, przecie nie mówiłem o tym nic do ciebie!?
Ale, Żółwia już tam nie było. Rozpłynął się jakby w powietrzu. Znikł. A Giovanni postanowił, że wyruszy do Węża.


<- Część poprzednia | Część następna ->

Phantasiae Acido

Baśń o Człowieku – Żółw, Wąż i Traszka

287 Wyświetleń

<- Część poprzednia | Część następna ->


III. Żółw Wąż i Traszka

 Zgodnie ze wskazówkami Żółwia, Giovanni wyruszył na zachód od miejsca gdzie się rozstał z Żółwiem. Wędrując tak między kamieniami, Człowiek cały czas miał wrażenie, że widzi gdzieś swojego gadziego przyjaciela. Jak nie blisko, to w oddali. Nawet patrzył na nogi by nie nadepnąć przypadkowo, albo jak ostatnio – nie potknąć się o jego barwną skorupkę. Jednak wszystko to było złudzeniem. W wiosce Giovanniego Żółwie są utożsamiane z bycie powolnym, bezradnym, biernym i ogólnie nic nie kapującym, ale Giovanni stwierdził, że:
– Żółwie to wspaniałe stworzenia. O ludzie świata dzisiejszego, biada wam, że Żółwia nie doceniacie. Bo kto Żółwia nie szanuje, ten swe życie marnuje. W samej rzeczy Żółw to najlepszy nauczyciel dla człowieka. Cnotliwy, cierpliwy i twardy.
Wiatr wiał tu mocno. Skały porządnie się przerzedziły, częstszym widokiem były krzaki, trawy i drzewa, rzadszym natomiast mchy i porosty porastające kamienie. Nasz Człowiek dotarł do celu wskazanego mu przez Żółwia. Do jaskini, w której rzekomo wąż mieszka.
Z początku Giovanni wahał się czy wejść doń, czy nie. Węże ludziom z wioski kojarzą się z największym okropieństwem. Najźlejszym złem! Obrzydliwe i podłe stworzenia. Jednak stwierdził, że i o górach takie strasznie niemiłe rzeczy ludzie prawili, toteż postanowił, że zaryzykuje na pohybel i wskroś modzie i głupocie. Wkroczył do jaskini. Było tam zupełnie ciemno. Giovanni nic nie widział, a mimo to zrobił parę kroków i przemówił:
– Witam. Czy jest tu Wąż? Jam Giovanni poznaj mnie.
– Któżżż cię przysssyła człowieku…? – dobył się metaliczny, sykliwy głos z ciemności jaskini.
– Przysłał mnie Żółw, a uciekam przed Joginem-który-gadał-do-Gada. – spokojnie odparł Wężowi Giovanni. – Jak ci na imię, Wężu? – dodał.
– Zwą mnie Wążżż, a mówiszszsz, że przysssyła ciebie Żżżółw? – zasyczał Wąż.
– Owszem Wężu. Żółw rzekł mi, że masz coś dla mnie. Coś co mi się przyda podczas wędrówki mojej drogą, która wiedzie pod Górę.
– Prawda to. Więc Sssłuchaj Sssergio, bo powtarzał razy dwa nie będę sss. Zzzwą mnie uzzzdrowicielem. Bo leczę ten świat. Wszszszakże zss zzzamierzchłych czasssów nie na darmo Wążżż pojawia się przy sssymbolach zzzdrowia. Zwą mnie odnowicielem, bo sssprawiam, że początek ssstaje się końcem. Nie na darmo więc zzzjadam ssswój ogon jako początek i jako koniec. I nie bez powodu oplatam szyję Pana Śiwy – mówiąc, to a raczej sycząc, coś poruszyło się, to za, to przed Giovannim. – Jednak zzzwą mnie też kusicielem. Bo kuszszszę. Kuszszszę by się działo jak się miało dziać. Kuszszszę byś poznał tajniki życia i umysłu. Daszszsz się ssskusić?
– Tak! – I znów Giovanni się wahał, jednak zdecydował się. Postanowił zaufać Żółwiowi, bo tak mu powiedziało serce. I zaufa Wężowi, bo ufa Żółwiowi. Ale…ile ryzykuje?
– A więc dobrze, dobrze. Ssspójrz tylko. Jeden Wążżż. A tyle sssprzeczności. A teraz przejrzyj na oczy. I ssspójrz na domossstwo moje. – Wężowi zaświeciły się oczy.
I wtem rozbłysnęło coś, a Giovanniemu ukazała się całkiem schludna jaskinia. Zapełniona różnego rodzaju ziołami, owocami i grzybami oraz innymi nieznanymi Giovanniemu specyfikami.
– Co widziszszsz, co widziszszsz? Zioła, czary, ssspecyfiki? Nie! Nie mów nic. Daj mi rzec. I nie przerywaj. Przypomnij sssobie, co ludzie jedzą. Wssspomnij na to!  To co żyło. Lecz jużżż martwe. Żeby żyli, jedzą śmierć. Ssstara zasssada bardzo ssstara. Jak coś dajeszszsz, to to wraca. Dali śmierć zwierzęciu. To i śmierć do nich wróciła. Umierają, martwią w oczach. Wbrew pozorom nawet zdrowym. Zdrowie tylko od życia dossstane, nie siłą przez śmierć odebrane. Jam jest wężem taka dola, żem z natury jeść inaczej muszszszę. Inne zwierzę też tak mają. Pan Ahura zwany Mazdą karmi ich tak od ssstworzenia. Jednak człeku, ty, żeś inny. Wssspomnij na to. Wssspomnij sssyczę! Dobra dieta tobie dana. Zdrowia doda, choroby odegna. Na wędrówkę przyda ci się. Jedz owoce, kłącza, korzenie, warzywa i wszyssstko czym cię karmi Ziemia. Przed Arymańssską dietą ssstroń. Jam uzdrowiciel, odnowiciel i kusiciel. Kuszszszę zdrowiem, odnawiam życie i uzdrawiam chorych. Ssskusiłeś się. Dobrze zrobiłeś. Teraz idź i żyj zdrowo. Na natury łonie. Taka dola jest Szszszamana, jako i moja. Nie zabijaj ssstworzeń Bożych daj im życie, boś jest wyższszszy. Głowa w chmurach, pełznie po glebie.
– Za naukę ci Wężu twą dziękuje szczerze, do serca ją wziąłem jak tą Żółwiową. Już ruszam Wężu Szamanie. Jednak spytam jeszcze o jedno. Którędy do Traszki udać się mam, by sprawy odkryć sedno? – Giovanni ukłonił się
– Zanim pójdzieszszsz. Dla cię mam coś. Ssspójrz to tam jessst przy ścianie. Kossstur, lassska, kij wędrowca. Od Szszszamana dla Włóczykija. Z Głową Wężą i Górssskim Kryszszształem da ci siłę i energię złą zatrzyma. Weź to. Bierz to proszszszę. To podarek jest ode mnie sss.
I Giovanni podszedł do ściany, chwycił kostur przymierzył się doń, przerzucił z ręki do ręki i stwierdził, że mu pasuje. Chciał zapytać Węża, którędy do Traszki, ale Wąż go uprzedził.
– Masz już kossstur ssswój Wędrowcze. Teraz droga twa do Traszszszki. Wejdź do środka, w głąb jassskini, wzdłóż podziemnego ssstrumienia. Aż do ujścia na powierzchni, kossstur twój cię zaprowadzi. Teraz w drogę , bo czasss nagli. Płyń jak statek, choć bez żagli.
I wtem Wąż znikł. Znikł totalnie tak jak Żółw wcześniej. Giovanni wziął w dłoń swój kostur i ruszył przed siebie, w głąb ciemnej jaskini. Mrok tej jaskini, był większy niż w najciemniejszą noc. Ciemności nieprzeniknione, że można by je nożem kroić. Giovanni przeszedł parę kroków i trafił na ścianę. Zwrócił się w drugą stronę, znów przeszedł parę kroków i wszystko się powtórzyło. A do tego miał mętlik w głowie od słów węża, i tej całej wędrówki. Zaczynał się zastanawiać jaki jest cel  tego wszystkiego. Czy ta świadomość mu potrzebna? I czy nie jest ona gorsza od globalnej nie-świadomości w jego wiosce. Aby nie wyrządzić sobie krzywdy w postaci poobijania się o ściany jaskini, Wędrowiec zaczął chodzić po omacku. Używając swego kosturu jak niewidomy, wyklepując sobie drogę wśród mroku. Jednak w pewnym momencie i to zaczęło być trudne, gdyż strop jaskini to się zwyżał, to się zniżał, co wymuszało na Wędrowcu ciągłe schylanie się i wstawanie.
Zagubiony Giovanni przystanął podpierając się swym Wężowym Kosturem jak to go zwykł nazywać. I zaczął myśleć:
– Zagubionym jestem. I cóż począć. Myśleć przyszło jeno mi w tej godzinie nieprzyjemnej. Lecz mam jeszcze jedną opcję, całkiem z księżyca. Mam swój Kostur, Wężowy kostur. Zyskałem od węża mądrość a mawiają, że prawdziwa mądrość rozświetli każde mroki. Czas rozbudzić w sobie swoje Wewnętrzne Światło. – i uderzył końcówką kostura w ziemię. Spod niego wyłoniło się światło i rozświetliło cały korytarz.
Giovanni się uśmiechnął i czym prędzej pobiegł wzdłuż jaskini, omijając wszelkie przeszkody. Po chwili wybiegł z niej. Bardzo się cieszył, że znalazł się wreszcie na powierzchni. W miejscu gdzie jaskinia się kończyła, wypływał strumień spod ziemii, wszędzie było dużo drzew, strumień tworzył jeziorko i znikał w gęstwinie lasu. Zagajnik leśny w samym środku doliny górskiej. Dziwne to rzeczy myśli Giovanni. Czym prędzej więc zaczął wodzić wzrokiem szukając Traszki. Jednak zanim zdążył się zapytać chociażby czy jest tu ktoś taki to usłyszał cienki głosik i chichot.
– Witaj hihihi nieznajomy – zdawało się jakby to samo jeziorko mówiło. – Cóż cię sprowadza nad moje moczary?
– Jam od Żółwia i Węża przychodzę. Imię moje Giovanni. Uciekłem Joginowi-który-gadał-do-Gada. I wiadome mi tylko, że masz coś na wyposażenie dla mnie w drogę dalszą po górach tych.
– Miło mi, Giovanni hihihi. Jestem sobie Traszka. Straszne to rzeczy opowiadasz. Żółw, Wąż, jogin, Gady? Ja nie znam takich. Hihihihi. Ale dobrze trafiłeś. Dać ci mogę to czego potrzebujesz w drogę dalszą. Powiedz mi jedno. Co czujesz?
– Ciekawość, ekscytacje i zmęczenie.
– Rozumiem. A za domem nie tęsknisz?
– Owszem Traszko. Tęsknie. Jednak nie powstrzyma mnie to przed pójściem dalej w drogę Ścieżką-która-wiedzie-pod-Górę.
– Dobrze, to dobrze. Determinacja u ciebie jest. Hihihihi. Ale słuchaj uważnie. Chwała ci, żeś na Żółwia i Węża trafił. Chociaż na nich pewnoś najpierw musiał nadepnąć hihihi. Wracając – wielu spośród tych co idą pod górę, lub wydaje im się że idą. Wiele traci. Porzucają wszystko, porzucają siebie. Miłość, Rodzina, Przyjaźń, Dom. To wszystko tracą. A to święte jest zaiste. Spójrz tu. Tu do jeziora. Nachyl się. Co widzisz?
– Rośliny wodne, Traszko. Kijanki, żabki, rybki, ślimaczki, nartniki i jednego pływaka żółtobrzeżka. – powiedział nachylając się. Sondował jeziorko wzrokiem.
– Tak tak. To mój dom, to moja rodzina, to moi przyjaciele. – Traszka zaczęła być dziwnie poważna – Czy straciłeś wiele idąc w tą drogę? A gdybym powiedział Ci, że droga twa wiedzie, właśnie do twego jeziora? Jezioro Szczęścia twego. Idziesz. Bo chcesz. Chcesz czegoś. Szukasz szczęścia. Ale jedni myślą, że znaleźli, a to jest ich ułuda. Znajdź ją tam gdzie miłość ta prawdziwa jest jedyna od Stwórcy nadana. Nie porzucaj więc, choć konieczne to czasem. Ale też nie posiadaj bo to co posiadamy najczęściej tracimy. Po prostu bądź tu-i-teraz. Kochaj i żyj. Wiara, nadzieja i miłość. Czyż nie piękne to? Wnet Jezioro Szczęścia twego pełne będzie. Kto się postara ten będzie miał. Tylko zadbaj o to. I Twoja w tym głowa.
– Dziękuje ci Traszko, za twe nauki. Nieocenione one są, jak Węża i Żółwia. Przyjaciele moi niechaj błogosławieni będziecie wy i gatunki maści waszej, jeziora, łuski i skorupy. – wypowiadając te słowa zrobił dziwny ruch rękami.
– A i ja..hihihihi. Ja pobłogosławie cię częścią mojego jeziora. Podejdź tu i napij się. Poznasz smak szczęścia. Gdy spotkasz je jeszcze kiedyś po smaku je poznasz. Lecz nie próbuj nic pochopnie. Hihihi.
I podszedł Giovanni do jeziorka. Nachylił twarz, zanurzył dłonie nabrawszy do nich wody i napił się. Woda miała przecudowny smak. Zrobiło mu się ciepło na sercu, podniebienie przeżywało nieziemskie rozkosze. Odpłynął na chwilę nie wiedząc co sie dzieje, tak, że wstajac prawie wpadł do jeziora.
– Teraz wiesz już. Hihihi. I czas Twój iść dalej. Zejść z tej doliny. Doniosły mnie słuchy, że jogin cię ściga. Nie zawracaj. Idź w bok tu na zachód, dojdziesz do skałek. Idź nimi do góry, aż do przejścia wietrznego. Bywaj Giovanni.
– Bywaj Traszko! Jeszcze raz Ci dziękuje – mówiąc to Giovanni pobiegł nie spiesząc się zgodnie ze wskazówkami Żółwia.
I biegł tak Giovanni ścieżką wskazaną mu przez Traszkę. Zauważył, że nie spiesząc się, nie męczy się. Oddycha równo i harmonijnie. I wydawało mu się, że to nie on biegnie tylko stoi w miejscu, ale to cały świat przesuwa mu się pod stopami. Bezpośpiechowe-bieganie tak dobrze mu wychodziło, że gdy dotarł do skałek, wybiegł na nie, a co większe forsował z pomocą Skrzydeł Wiary i Wężowego Kosturu. Przed ostatnią postanowił odsapnąć, bo bardzo się zmęczył; nie da się pokonać tak łatwo ograniczeń ciała. Mimo wszystko wybieganie pod górę jest męczące, nawet jeśli się przy tym nie śpieszy. Góry to niepokonany przeciwnik. Należy im się szacunek i poważanie. Po tej chwili odpoczynku Giovanni szybo sforsował ostatnią skałę. Była ogromna. A na niej stały dwa nieregularne skalne filary. Wędrowiec już miał zrobić krok za nie kiedy usłyszał znany mu głos:

Bestia szczwana, co obraża jogina jak nędznego gada
że jest stary i umi tylko na „da-da-da”
już ja go rozsmaruje na skałach jak do ust pomada,
zdepcze go gadów parada,
ku chwale jogina-który-gadał-do-gada.
Za tą zniewagę czeka cię zagłada!
Da-da-da-da da-da!

Hej!

I rzucił się do szyi Giovanniemu Jogin-który-gadał-do-Gada. Wyskoczył wysoko. Bardzo zwinnie i szybko jak na starego dziada. Ale Giovanni mając Kostur był gotowy na atak z każdej strony, więc odsunął się tylko i puknął nim jogina z całej siły w głowe. Turban spadł, jogin się zakołysał, przewrócił, a Giovanni zepchnął go w dół, na skały. Serce całe mu drżało. Przetarł czoło z potu, i chciał ruszyć dalej. Wtem na drodze pojawił się Żółw.
– Witaj ponownie – przemówił swym żółwim tempem Żółw – Giovanni co wędruje-pod-Górę. Muszę przyznać, żeś przebył długą drogę człowieku, choć jesteś ludziem nowego wieku. Wszak to ostatnia tutaj z nami twa przygoda. A teraz wystąp więc przed te filary i powiedz mi co twe oczy uwidziały.
– Ach Żółwiu, widzieć cię to miód na serce moje. Jak tam zdrowie twoje? – mówiąc te słowa Giovanni przestąpił przez filary – Ależ….ależ tu nic niema. Przepaść , istna, zapaść, dziura. Roztrzaskam się o skały gdy pójdę dalej.
– Mimo, iż masz mądrość wolna, zdrowia i miłości jednak krocząc tu nic nie strzaska twoich kości. Nie patrz oczyma, one mylą. Jesteś Wędrowcem, a to znaczy wiele. Poczciwość, mądrość, miłość i wolność w dwóch znaczeniach. Popatrz tu sercem, tak jak stoisz, jak bije. Co widzisz zobaczysz. – Żółw mówiąc to nie przyśpieszał, ani nie zwalniał.
– Mimo, iż oczy mnie zawodzą to nadal nimi widzę przepaść. Jednak serce widzi drogę dalej. Czy kroczyć?
– Nie pytaj się głupio, tylko właź pod górę. Czas ruszać ci w drogę, po następną naukę.
Żółw i Giovanni gdy tak stali twarzami do rzekomej przepaści, nie zauważyli ruchu za ich plecami. Rozczochrany, wychudzony, stary półnagi dziad z pokrawawioną twarzą i wybitymi paroma zębami, korzystając z chwili nieuwagi chwycił Żółwia i cisnął nim o najbliższy filar. Giovanni szybko zareagował gdy tylko usłyszał krzyk Żółwia. Zaatakował, jednak nie zdołał dosięgnąć jogina tym razem. Widać na Jogina-który-gadał-do-Gada, atak kosturem działa tylko raz. Oczy Giovanniego zapłonęły, kiedy zobaczył umierającego Żółwia. Walił kosturem na oślep po skałach próbując dostać Jogina. Jednak ten unikał jego ataków i krzyczał tylko „hej, hej hej!”.
Wtem niespodziewanie, z jednego filaru zeskoczył Wąż, a z drugiego Traszka. Traszka czym prędzej podbiegła do Żółwia, a Wąż rzucił się na jogina, owinął się w okół jego szyi i obnażył spore jadowe kły. Począł kąsać raz po raz Jogina w szyje, w twarz i pierś. Jednakże Jogin bezradny nie był i zaczął siłą zrywać Węża z siebie. Zszokowany Giovanni nie czekając ani chwili, pacnął kosturem Jogina w splot słoneczny, potem w głowę, i podskakując w górę podciął mu nogi. Wąż odwinął się z drgającego w konwulsjach ciała jogina, spojrzał mu hipnotyzująco w gasnące oczy i podpełzł do Giovanniego.
– Możżże i zzzwą mnie Uzzzdrowicielem, albo Odnowicielem lub Kusicielem. Ale także zwą mnie Niszszszczycielem. Nie bez powodu Węże towarzyszszszą apokalipsssą.
Ale Giovanni nie bardzo słuchał Węża. Stał już obok Traszki trzymając na dłoniach rannego Żółwia. Łzy leciały mu po policzkach spływając na ziemię.
– Żółwiu…przyjacielu! Nie odchodź. Nie teraz. Żółwiu. – dało się ledwo słyszeć przez szlochanie.
Jednak Wąż podpełzł do Giovanniego ponownie, popatrzył na Żółwia i zaczął coś syczeć.- Nie lękaj się o niego Sssergio. Taka dola Szszszamana, ze chorych jużżż leczymy. – wysyczał wijąc się w dziwnym tańcu obok cierpiącego Żółwia. Żółw nie zajęczał ani razu. Twarde zwierzęta z tych żółwii. – Tydzień kuracji, zioła najprzedniejsze, w sssadzawce Twej Traszszszko kuracja kolejna i jak zzzdrów będzie naszszsz Żżżółw. Nie płacz przyjacielu.
– Hihihi. My Trzech Mędrców Dawnych, wiedzieć tyś to winien teraz. Aże dziada Jogina-co-gadał-do-Gada pokonał to szacunek ci na wieku Giovanni. Teraz możemy bezpiecznie żyć i nauczać prawdy Gady i inne Płazy wszystkie. Siostry i braci naszych. Hihihi. Ale wpierw Żółwiem się zajmijmy.
W tym momencie, ze zwierzaków wyłoniło się oślepiające światło, aż Giovanni się przewrócił. Nad miejscami gdzie przedtem były teraz widniały trzy Duchy. Najmędrsze z Najmędrszych. Jeden z nich. Ten symbolizujący Węża, zrobił znak ręką i wszystkie trzy świetliste zjawy zniknęły. Zaś za Giovannim nad przepaścią pojawił się most.
– Żegnajcie duchy Żółwia, Węża i Traszki. Dziękuje wam za waszą mądrość. – mówiąc to złożył pokłon w miejscu gdzie przedchwilą byli. Powoli wstał, wszedł na most i zanim się obejrzał już był na drugiej stronie.


<- Część poprzednia | Część następna ->

Phantasiae Acido

Baśń o Człowieku – Pan Gad

191 Wyświetleń

<- Część poprzednia | Część następna ->


IV. Pan Gad

 Giovanni znajdował sie daleko od miejsca w którym widział Duchy mędrców po raz ostatni.  Wędrował teraz lasem, jednakże nadal znajdował się w górach. Co jakiś czas wydawało mu się, że za nim lub przed nim, lub nawet obok niego wędrują te duchy. Nawet w oddali widział medytujących lub ćwiczących jogę starców. Od tego wszystkiego zaczęło mieszać mu się w głowie. Zapadła noc. Mrok lasu tylko potęgował ciemność. Nasz Wędrowiec jednak nie poddawał się i niestrudzenie wędrował naprzód! I po raz kolejny zdawało mu się, że na polance gdzie księżycowe światło prześwituje przez drzewa widzi Ducha Węża jak gra na bębnach. Giovanni tego nie wiedział, ale odstraszał on złe duchy od niego. Od tego momentu ciągle towarzyszył mu odgłos didgeridoo. Po 3 godzinach obłąkane granie, któregoś z duchów stało się uciążliwe. Mało tego. Komary zaczęły gryźć, w lesie stawało się coraz bardziej gorąco wilgotno i parno. Duszno jak okiem sięgnąć. Zaś droga stawała się coraz bardziej kręta. Giovanni musiał sobie pomagać Wewnętrznym światłem z Wężowego Kostura co tylko przyciągało doń komary. Jednak nie poddawał się i wędrował ciągle wędrował.
Komary z tego lasu, były prawdziwymi pasożytami. Nie żywiły się krwią tylko energią wędrowca. Nie było na nie rady w tym momencie. Ich ugryzienie jest pamiętne i bolesne. Wybierają tylko słabe punkty.

 Po następnych ciężkich chwilach wędrówki zaczęło się rozjaśniać. Ranek przyniósł pewne ukojenie od komarów i swego rodzaju strachu. I jakby didgeridoo ucichło. Wędrował dalej. Czuł się mimo wszystko dobrze, nie potrzebował o dziwo snu. Był naładowany wielkim ładunkiem energii pochodzącej z lasu (mimo, iż komary mu jej nieco zabrały).Wiedział jednak, że będzie w końcu musiał się zatrzymać i przespać. A także coś zjeść, ale tylko w zgodzie ze wskazówkami Węża. Droga zaczęła skręcać, toteż Giovanni skręcił zgodnie z kierunkiem trasy. Nagle zamarł…
Bo otóż przed sobą zobaczył wielkiego, strasznego i majestatycznie pięknego Tygrysa. Tygrys nie zauważył wędrowca, tylko siedział doń tyłem i…płakał. Dziwne to bardzo żeby Tygrys płakał. Wielki kot, wojownik, większy od Lwa. Tygrys który potrafi Lwa – króla zwierząt pokonać. Tygrys mimo wszystko był wyjątkowy. Nie miał typowego umaszczenia jak inne Tygrysy. Był karmelowo-pomarańczowy. Bardzo piękne miał futerko. Ale ten Tygrys siedzi i płacze. Cóż za żałosny widok. Giovanni nie wiedział co robić. Przejść, zawrócić, czy może porozmawiać z Tygrysem. Dziwnie odniósł się do siebie. Postawił się w sytuacji Tygrysa i postanowił do niego przemówić.
– Ach witaj Tygrysie. Piękny dzień dziś mamy. Może zechcesz mi potowarzyszyć w drodze? – co za durna propozycja, pomyślał Giovanni. Ale nic innego mu do głowy nie przychodziło.
Tygrys tylko się odwrócił, obnażył kły, otarł oczy i popatrzył się groźnie na Giovanniego. Wyprostowany już powiedział:
– Czego ode mnie chcesz Człowieku?
– Ach drogi mój Tygrysie. Ma dusza towarzystwa pragnie, zaiste to prawdziwe. A jesteś moją pierwszą istotą materialną którą spotykam na swej ścieżce po tym Dziwnym Lesie, nie licząc uciążliwych Energetycznych Komarów . Znaczy..mam na myśli to, że nie wiem czy kogoś lub coś widziałem, czy to były zwidy czy paranoje, albo duchy prawdziwe, czy tylko jacyś amatorzy praktyk szamańskich w powłóczystych szatach w nocy. Nazywam się Giovanni Tygrysie.
– A ja jestem Tygrys. Jestem Złoty jakbyś nie zauważył. Złoty Tygrys. Zastanów sie człeku zza-przed-Gór czyś grzybów nie jadł jakiś. – przeciągnął się na całą długość ciała. Okazało się, że  Złoty Tygrys ma, aż trzy metry! Spory kociak. A do tego widać, że nie jest groźny. Przyjaźnie nastawiony kociak. Mimo to dalej Tygrys. Ale czy roztropny? I kim w ogóle są Tygrysy jeśli jeszcze takie istnieją.
– Miło mi cię Tygrysie Złoty spotkać. Czyż nie byłbym zbyt arogancki i wszędonoswtykalski gdybym się zapytał czemu płaczesz? Wskaże jak Giovanni, jak Wędrowiec. Pomoc nieść innym istotom to dla mnie chleb powszedni. – Giovanni wypiął dumnie pierś, a następnie się ukłonił. Tygrys tylko popatrzył się nań z wyższością.
– To strasznie skomplikowana sprawa. Długa i zawiła. Nic ci po niej sądzę człowieku. Jesteś jeszcze młody Giovanni. A tu chodzi o moją ukochaną.
I nagle Giovanni zamarł. Gdyż przypomniał sobie co on przeżywał co stracie swojej ukochanej. Chciał coś powiedzieć, ale Tygrys go uprzedził.
– Dam ci radę. A raczej ci coś powiem. Coś co ważne może być dla ciebie i twych przyszłych bliskich w świecie twoim. Ludzie. Oni są jak koty. Jedni jak zwykłe dachowce. Inni jak Pantery, Jaguary lub Tygrysy. I widzisz co się stanie. Bo tak się też stało. Gdy się kotu nadepnie na ogon? Zwykły kot. Ucieknie, pomiauczy z bólu i ucieknie. Potem wróci jak gdyby nic. Ale Tygrys? Spróbuj Tygrysowi nadepnąć na ogon. Dawaj! – i wystawił mu Tygrys Złoty ogon pod stopy – Albo nie próbuj. Bo to sie skończy źle. Dla nas. Obu jako jedno. Gdy się Tygrysowi nadepnie na ogon to wtedy nie ucieknie i nie pomiauczy z bólu. On ryknie. Bardzo głośno. I odda. Pazurami, siłą, zębami i całą masą ciała. Zabójczo szybki. To nie koniec. Długo nie będzie mógł się otrząsnąć z tego. Znów przyłoży. Nawet jeśli to kochana osoba. Aj moja mentalność Tygrysia taka jest. Może mamimy urodą, tygrysowatością, wdziękiem i czym tam jeszcze mamy. W zachwyt wprawiać potrafimy. Ale z nami się nie zadziera. Czego często wielu nie rozumie. Zabiłem ją…a przynajmniej w swoim sercu, bo dla mnie jest nie żywa.
I Giovanni wszystko pojął jak to było z nim. Jak to było z nim i z jego ukochaną. Mimo, iż nic nie wiemy o życiu Giovanniego przed podróżą. I niech tak pozostanie.
Tygrys znikł. Znikł. Przemienił się w dym i rozpłynął się w powietrzu. Na ziemi gdzie stał została tylko kałuża Tygrysich łez oraz drewniana figurka przedstawiająca Tygrysa. I Giovanni pojął. Pojął tą prawdę, jak łza przejrzysta. Nieskazitelną jak lekki górski wiaterek. Prawdziwą jak Jezioro Traszki. Pojął, iż, że to on jest, był i będzie Tygrysem.
Jedyne co zrobił to otarł łzy, bo zorientował się, że to on płakał. Wziął tylko jeszcze figurkę do sakiewki i wyruszył dalej. Do miejsca gdzie dżungla się przerzedzała, a dalej nie było już Dżungli tylko równina. A na niej trasy poznaczone; różne kierunki świata, różne cele w dół na górę, przed siebie lub też za. A równinę wysokogórksą przecinała rzeczka. Czym prędzej czas opuścić ten halucynogenny las. Pełny trans-ziół, które rozpylając swe koszmaru lub uciechy psychicznej nasienie pylaste żywym istotom Równoświaty tworzy. Czas opuścić las zwany Zalesiem, gdzie Szaman Podły do twarzy przystawia specyfiki i czary by mamić!

   Zostawmy więc Giovanniego samego na minut kilka by mógł w zadumie je spędzić teraz. By sam mógł wszystko sobie w swej głowie poukładać. Jednak by nie robić niepotrzebnej przerwy od rzeczy przyjemnych to przenieśmy się nad ową wyżej wymienioną rzeczkę. Metrów siedem od brzegu rzeczki, w której były kamienie duże i małe, ostre i śliskie, a cały brzeg był też kamieniami usłany. Otoczakami najczęściej, jak to w górskich rzeczkach bywa.
A więc metrów od rzeczki siedem, na trawie skąpanej w słońcu stał sobie stolik. Taki przy jakim ludzie piją herbaty. Przy stoliku. Rzecz to oczywista. Krzesełka dwa! Nieopodal zaś, a jeszcze napomnę, że przy stoliku stała skrzynia przeznaczenia niewiadomego, nieopodal wracając zaś było ognisko. Ognisko się paliło i gotowało wodę. Cały czas nieustannie gotowało wodę, która co jakiś czas była podmieniana.

Przy stoliku siedziało dwóch mospanków. Dżentelmeni minionej epoki. Elegancko ubrani, w najwybitniejsze stroje, siedzieli prosto i pili herbatę. Herbatę ową mieli ze świata całego. I skrzynia niewiadomego przeznaczenia w istocie była skrzynią pełną herbat. Ale na cóż woda gotowana. To pytanie trudne! Po cóż sie głowić nad tym pytaniem natury ludzkiej pochodzenia egzystencjonalnego. Opcje są dwie. Pierwsza oczywista. Brali wodę z rzeczki, gotowali ją i wlewali z powrotem do niej aby ją podgrzać. Woda w górach bywała zimna toteż kąpać się w takiej lodowatej wodzie to rzecz niezbyt przyjemna. Czemu nie? Wiemy już że nie ma dla ludzi wiary rzeczy niemożliwych. Trzeba wierzyć, a jak sie wierzy to już jest coś. Druga opcja, przeznaczenia wody gotowanej jest co prawda mniej oczywista, ale jakże praktyczna przy tym. Gotowali ją na herbatę być może. A może i nie?

 Panowie rozmawiali. Miejmy nadzieje, że dowiemy się z ich rozmowy na co im gotowana woda.

– Dziwna to sprawa drogi panie Henius. Ludzie coraz częściej stają się…tacy sami. Ta nonszalancja stylistyczna doprowadza mnie to egzystencjonalnego szału. – powiedział ten pierwszy który miał na głowie Kapelusz. – Panie Heniusie. Wie pan może co do diaska, bądź licha w zależności od manier pańskich i moich, się tu wyrabia?

– Mam niechybne prześladujące mnie od jakiegoś czasu wrażenie. Wrażenie to odczuwam jako niepojęty chłód przeszywający mnie nawet w najcieplejszych porach dnia, w słońcu na przykład. Rozumie pan, Panie Kapelusz o czym mówię? – ten drugi zwany Panem Heniusem. Patrzył się na słońce i gładził po brodzie raz po ras popijając melisę z pomarańczą.

– Tak tak. Owszem rozumiem panie, panie Henius. Rozumiem w jakiż to podstępny sposób się to objawia. – Pan Kapelusz wziął łyk lipy z miodem i cytryną. – Natomiast nie wiem panie Henius skąd to się bierze?

– Doskonale. Ależ to nic nie szkodzi, przejdźmy więc, mój drogi Panie Kapeluszu do sprawy naszej sedna tak jakby. Ekhem – pan Henius poprawił muchę, wziął kolejny łyk herbaty z melisą i pomarańczą – Tak więc…sprawy te mogą mieć związek z tym, że w tej wielkiej mistycznej zupie ludzkiego jestestwa maczały swe obrzydliwe paluchy ISTOTY Z INNEJ SFERY EGZYSTENCJI.

– Zapewne, panie Henius! Zapewne. – i wziął – bez najmniejszego zdziwienia cudaczną wiadomością pana Heniusa – kolejny łyk herbaty.

– Pewne, przedpewne lub zapewne. To bez różnicy, czy znaczenia. Musimy znaleźć Pana Gada by wykonał iście skomplikowany Gadzi rytuał. – bawił się muszkieterskim wąsem Pan Henius i wpatrywał się w palenisko z wodą.

– Oczywiście. Zmusimy go by skopiował im odpowiednie bezschematyczne wzorce, które będą powodowały skutek przeciwny do bycia identycznie zidiociałymi istnieniami. – Pan Kapelusz odłożył kubek i zatarł cwaniacko dłonie.

– Aj aj… – Właśnie Pan Henius polał się herbatą.

   Wróćmy teraz do Giovanniego. Giovanni wędrował długo. W końcu zrobił sobie przerwę by coś zjeść. Jadł suchary i owoce. Bardzo zdrowo. Napił się krystalicznie czystej wody ze źródełka i nawet nie zauważył kiedy znużył go sen. Jednakże nic mu się nie śniło, a gdy tak spał i spał stanął nad nim pewien stwór. Wysoki, w całości pokryty łuskami w stroju medyka bądź lekarza. Stał tak nad Giovannim i wpatrywał się w niego.

 Giovanni otwarł najpierw jedno, potem drugie oko. Zamknął szybko oba. Mrugnął nimi i otwarł z powrotem z niedowierzaniem patrząc na Pana Gada. Zerwał się szybko na nogi i zapytał przerażony.

– K-k-kim jesteś zarazo? – z tego zaspania i zmęczenia, które spowodowały zaskoczenie Giovanni stał sie chwilowo bardzo nie miły i uprzedzony.

– K-k-kim jestem zarazą? – powtórzył przypisując to sobie Pan Gad.

– Tak. Odpowiedz już!

– Tak. Odpowiadam już. – znów powtórzył to co Giovanni tylko względem siebie.

– Chyba się z tobą tak łatwo nie dogadam. Jestem Giovanni.

– Chyba się tak łatwo ze mną nie dogadasz. Jestem Gad. Pan Gad. Popatrz na to Giovanni.

 I wtem z lekarza o złotych łuskach, kolcach od czubka głowy do niewielkiego ogona się ciągnących i świecących oczach o pionowych źrenicach stał się chudym starcem w Turbanie z koralami na szyi i obłędem w oczach.

Da-da-da-da! Powiedz coś do Pana Gada-da!

Hej!

– O nie…tylko nie to. Czy ja śnię!? Uszczypnijcie mnie – podenerwowany Giovanni, już totalnie przestał być miły i mówić do każdej istoty z szacunkiem i tym całym mistycyzmem. Lecz w tym momencie z Jogina-który-gadał-do-Gada, Pan Gad zamienił się w kraba i uszczypnął Giovanniego w kolano. Nie! Giovanni nie śnił.
– Nie śnisz. Jeden zero Giovanni! Ale, ale…nie gniewaj sie na mnie. Dobrze? Mam dla Ciebie ofertę. Ofertę nie do odrzucenia. Najlepsza ona na świecie. Posłuchaj mnie. Dwa razy powtarzał nie będę. Ludzie są zachwyceni. A więc tak. Wiem dokąd idziesz i dokąd zmierzasz. I…i… powiem ci, że to gniot. Totalna kicha, gniot, porażka. Nie masz nic nie idziesz nigdzie. Tylko pod jakąś syfną górę. Tak tak…pomyśl tylko. Jakby tak wszyscy szli pod Górę nikt by nie wiedział co to dobry produkt i konsumpcja. Tak, tak. Naśladuj innych bo dobrze robią. Zrób tak jak ci ja każe bo mam racje. Idziesz. Masz. Konsumujesz. I cały czas chcesz więcej, więcej. I nie mów, że tego nie potrzebujesz. Bo potrzebujesz. Tylko nie chcąc tego chcesz. I idziesz szeeeeeroką drogą. Kopiujesz innych jak ja! Fajna sprawa powiem ci. Skusisz się? – i Pan Gad wyszczerzył ostre jak brzytwa zęby i mrugnął okiem z pionową źrenicą.

– Nie Gadzie. Jesteś jak ten wstrętny Jogin. Ja idę do mego Drzewa Życia. Idę pod Górę. Bo Drzewo tam jest. I to drzewo jest na wyspie pośrodku Jeziora Szczęścia. Nie zwiedziesz mnie. Wiem jak kończą tacy co tak idą. Uciekłem od tego tylko po to by mnie to dorwało Gadzie znów? –  uniósł ręce do góry, w powietrze i wzrok po chmurach powłóczył.

– Ja i Jogin mamy na koncie wiele Gadów. – wyszczerzył zęby swe ostre w parszywym uśmiechu. –  A powiem ci, że chrzanić, spalić, i pociąć twoje drzewo. Przerobi się je na durną książkę o konsumpcyjnych rzeczach. Albo o czymś co uczy głupot. Lub o wiem! O zberezieństwach świata tego.  Nie! Lepiej o jakimś głupku co szedł pod górę cały czas. Tylko trzeba jakiegoś niszowego autora by to nudne było. Tak tak.. A do Twojego jeziora będzie się wrzucać odpadki. Zrówna się górę z ziemią. Nie uciekniesz przede mną. Giovanni. Wielu próbowało. – i nagle Pan Gad stał się wielki, i większy. – Pstryk – powiedział pstrykając palcami – Hipnoza – machnął ręką przed oczyma Giovanniego pomachał wszystkimi palcami przed własną twarzą i wprawił w ruch hipnotyczny, w spiralny obrót swoje Gadzie oczy.
Giovanni stanął jak wryty. Wpatrywał sie w wielkiego Pana Gada bez życia.
– Skończ szkołę. Znajdź pracę. Ożeń się. Miej dzieci. Płać podatki. Bądź tolerancyjny. Bądź poprawny politycznie. Jedz więcej. Kupuj więcej. Miej więcej. Traktuj jak rzeczy. Idź za mną. Idź za ludźmi. Szeroką prostą drogą. A teraz powtarzaj. Jestem wolny, jestem wolny.
– Jestem Dzikiem, jestem Dzikiem, jestem Dzikiem Gadzino!
Giovanni przechytrzył chytrusa wszechczasów jego własną metodą. Też się transformował gdy on się transformował. Kiedy Gad się powiększał, to Giovanni wprowadził siebie w stan w którym sie słucha serca. Wypowiadając te słowa wyrwał się z niego i wyjął z sakiewki figurkę Tygrysa . Obejrzał ją i cisnął z całą siłą w wielkie oczy Pana Gada. Gad zawył skowytem zarzynanego prosiaka. Chwycił się za oko i przewrócił na ziemię. Nim się zorientował był przygnieciony przez cielsko trzymetrowego Złotego Tygrysa, który próbował mu sie dobrać do gardzieli
– Nadepnąłeś mi na ogon Gadzino. A wiedz, że jam jest Tygrys. A z Tygrysami się nie zadziera. Koty chodzą własnymi ścieżkami. – Oczy mu zapłonęły Zielonym ogniem. Wziął do ręki swój Wężowy Kostur i grzmotnął jego końcówką w ziemię.
Spod miejsca gdzie uderzył wydobyła się fala. Pod jej wpływem Gad się pomniejszył. To sprawiło z kolei, że wyrwał się spod Tygrysa, ale to niewiele dało, bo Tygrys puścił się za nim pędem i gonił Gada Pana tak po całej równinie wysoko w górach. Jedyne co Giovanni zrobił to rzucił Słuszną Klątwę na Gada.
– Uciekaj tak wiecznie! Gadzino. Tępicielu rodu i umysłu ludzkiego. Nie zwiedziesz już nikogo!
Po tych słowach usiadł w pozycji lotosu i wprowadził się w stan spokoju i słuchania serca by przywołać Tygrysa z powrotem do jego Totemu.
I od tej pory stwierdził, że z takimi kłamstwami jak te Gada trzeba walczyć. I nazwał się więc Wędrowiec nasz Poszukiwaczem Prawdy.
Od tej pory z całym zasobem wiedzy zdobytej wędrował dalej ze swym Duchem Tygrysem u boku.


<- Część poprzednia | Część następna ->

Bartosz Halik.

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 4 (#1 2017) kwartalnika Abyssos.

Phantasiae Acido

Baśń o Człowieku – Ścieżka-pod-Górę

206 Wyświetleń

| Część następna ->


 

I. Ścieżka-pod-Górę.

Niebo całe było zatłoczone przez różnego rodzaju ptactwo, ale Giovanni potrafił rozpoznać wśród nich tylko jaskółki. Takie jakie mieszkały w jego wiosce, takie które widywał codziennie zanim wyruszył.
Ale powinniśmy zacząć od tego czemu wyruszył. Dlaczego? Wielu młodych ludzi wyruszało w takie podróże w celu zdobycia sławy, bogactwa, zabicia smoka czy uratowania jakiejś totalnie rozpieszczonej księżniczki. Giovanni wyruszył w innym celu. Od zawsze spoglądał w stronę tego-co-jest-za-górami, liczył gwiazdy na niebie. Nie rozumiał świata, tym bardziej też tych co myśleli, że rozumieją. Bo cóż oni mogą wiedzieć skoro tylko byli w dwóch może trzech sąsiednich wioskach, parę razy na wyspie przy Przesileniowych Odpływach, a poza tym to tyle. I zawsze mówili to samo. Świat jest zły, życie złe, my źli, wszystko złe! Giovanni wiedział, że to nieprawda. Nie wierzył im, toteż inaczej niż jego rówieśnicy patrzył na egzystencje swoją. Wiedział, że coś jest w tym świecie takiego co udowodni mu, że jest tak jak to on twierdzi. Wierzył w to mocno i wiedział, że tak się stanie. Niestety ludzie śmiali się z Giovanniego i w twarz szydzili z jego nastawienia do życia. Ale Giovanni nie przejmował się tym, miał gdzieś ich zdanie o sobie, i o tym co sądzą o tym, co on sądzi o tym i tamtym.
Jednak nie tylko złośliwe naigrywanie ludzi z okolicy były przyczyną wędrówki Giovanniego. Wyruszył bo chciał, wyruszył bo wiedział, że chcę, wyruszył bo nie wiedział o tym nic. Wyruszył bo nie rozumiał. Ale jednego był pewien, gdyż niewiele rzeczy pewnych na tym łez padole dla ludzi nie-żywych jest w istocie. Był pewien tego, że gdy dotrze do swego celu, wszystko zrozumie.
A czym był jego cel jak nie zwykłym zrozumieniem? Giovanniego nawiedził sen. To ponoć sam dobry Duch Natchnienia zwany Émbnevsi zesłał owy sen nań. A śnił on o Drzewie. Drzewo to jakby zwyczajne, ale tylko dla człowieka totalnie nie-żywego. Po jednej stronie drzewa był dzień, a po drugiej noc. Nad drzewem chmury pierzaste i gwiazdy świetliste. Korzenie drzewa były poskręcane i głęboko sięgały, jakby do serca Matki Ziemi. Zdawać by się mogło, że korzenie drzewa chronią serce swej matki przed śmiertelnym ciosem jej dzieci. Stąd wniosek prosty, że drzewo jest najdoskonalszym z istot. Jeżeli istotą je w ogóle nazwać można. Po prostu kocha swoją matkę i nie przejmuje się światem zewnętrznym. Zaś gałęzie drzewa były poskręcane jak muszle ślimaków morskich, owoce drzewa karmiły wszystkie stworzenie Boże, a największe z nich miały kształty symboli ludzkości. Każdy owoc był inny jak każda śnieżynka. Jedyny w swoim rodzaju.
Giovanni rozpoczął swoją wędrówkę tak jak stał. Rano wstał, ubrał się, zjadł śniadanie, wziął ze sobą niezbędne rzeczy i wyszedł z wioski. Takie wędrówki zawsze są tym lepsze im bardziej niezamierzone. Ludzie pytali się gdzie to on zmierza, a on im odpowiadał:
– Przed siebie, w góry!
Jego decyzja, była szokująca dla prostych mieszkańców wioski.
– W góry? W górach jest niebezpiecznie szalony człeku!
Giovanni nie przejmował się tym. Wielu ludzi jest przekonana, że góry to największe okropieństwo jakie jest na świecie. Że są niebezpieczne, brudne, zimne i wymieniać tak by mogli bez końca. Jednak Giovanni był pewien, że przełamanie tradycyjnych wręcz uprzedzeń to początek wędrówki. Ale nie tej co odbędzie jego ciało. Tej co odbędzie jego dusza i umysł. W końcu wszyscy mówią o górach różne bardzo niemiłe rzeczy, a sami tam nigdy nie byli. Powołują się tylko na słowa swoich Guślarzy i Starszych. Giovanni posiada ogromne zasoby odwagi. Bo w końcu co jest bliżej Nieba, góry czy może te wioski na dole?
Ludzie zebrali się u wyjścia z wioski i obserwowali jak Giovanni się oddala. Jedni wytykali go palcami, inni śmiali, a jeszcze inni złośliwie życzyli powodzenia. Ale nikt. Nikt nie zadał sobie tyle trudu by pomyśleć i zastanowić się jaki jest cel jego wędrówki? Niestety to jest skutek uboczny jestestwa w takim miejscu. Skutek, który dotyka każdego mieszkańca w wiosce zwanej Glob.

Nasz wędrowiec sunął pewnym krokiem naprzód. Spokojnie pod górę, podziwiał widoki. Wyschnięte zbocza gór, w dole morze i święta wyspa oraz jego wioska. Odwrócił się by popatrzeć na miejsce swoich narodzin. A to wszystko z góry wydawało mu się małe, błahe. Nieistotne. Równie dobrze wioska zwana Globem mogłaby nie istnieć. Jeżeli początek wędrówki był bardzo łatwy, wręcz spacerek to droga coraz bardziej zaczynała być trudna. Coraz bardziej męcząca. Jednak Giovanni postanowił, że nie podda się i pójdzie dalej. Zaczął się zastanawiać jak długo będzie wędrować. A tymczasem szedł dalej naprzód, a ścieżka stawała się coraz bardziej stroma. Zsuwające się kamienie utrudniały chodzenie, a pochyłe zbocza na dużej wysokości przyprawiały o zawroty głowy. Z każdym krokiem Giovanni zbliżał się do szczytu. Dotarł do miejsca w którym ścieżka była jeszcze trudniejsza i wiodła przez labirynt ostrych skał, w wielu miejscach trzeba się było wspinać. I spojrzał raz jeszcze Giovanni na swoją wioskę, i przypomniał sobie jak to pomimo szydzenia ludzi, ich bycia niemiłymi, ich głupoty i innych wad dobrze mu w wiosce, gdzie ma wszystko pod nosem, nie ma Drogi-pod-górę, ani ostrych skał kaleczących dłonie.
– Chyba za dobrze mi tam w Globie moim było – stwierdził obrzucając wzrokiem horyzont. – Wszystko niby jest, a jakby wszystkiego brakuje.
Ale ruszył dalej, z nadzieją, z chęcią, z ciekawością na świat.
Po ponad godzinie wędrowania wśród tego labiryntu skał dotarł do miejsca gdzie głazy były najwyższe i tworzyły niemal pionową półkę. Zawahał się, gdyż myślał, że nie podoła tej wędrówce. Spojrzał jeszcze raz, jeden ostatni raz w stronę Globu i przypomniał sobie, że musi dotrzeć do końca Ścieżki-pod-Górę, do swego Drzewa Życia. Postanowił, że musi w siebie uwierzyć i to bardzo mocno. Bo tylko z mocną wiarą pokona tą przeszkodę.
– Chociaż trudna część trasy tej, to i ja nie zatrzymam się jej. Bo jak mawia przysłowie stare wiara czyni cuda, a więc i mi cud potrzebny będzie. Niechaj wiara moja skrzydła mi da bym i ja znalazł się po stronie drugiej przeszkody tej!
Kończąc te słowa rozpędził się i wskoczył na pierwszy wystający kamień, potem na drugi. Zwinnie jak pantera. I nie było wcale to takie trudne z tymi Skrzydłami Wiary. Pokonał przeszkodę pierwszą, z wielu jakie na niego czekają przez całą trasę jego Mistycznej Wędrówki.
Szczęśliwy ruszył dalej i uznał, że jest potwornie zmęczony, a mimo to bardzo zadowolony.


| Część następna ->

Bartosz Halik.

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.