Category -

Recenzje

Recenzje

Ghost in the Shell – recenzja

297 Wyświetleń

Ecce Homo”. Te dwa wyrazy, które wyszły z ust Poncjusza Piłata, który skazał Chrystusa na śmierć poprzez ukrzyżowanie, są idealne do określenia charakteru każdego produktu rodem z cyberpunku. Jest to świat, w którym implanty zastępują wiele części ciała lub usprawniają już istniejące by uzyskać większą efektywność organizmu. Jest to też świat, w którym cały czas przewija się to samo pytanie „Ile zostało człowieka w człowieku”, biorąc pod uwagę, jak człowiek coraz bardziej zmienia się w maszynę. Można powiedzieć, w pewnym sensie cyberpunk to miejsce, w którym poczuje się dobrze i humanista i inżynier. Jednym z klasyków takiego świata jest japońska manga „Ghost in the Shell”, która była w swoim czasie fenomenem na skalę światową. Na jej podstawie stworzono filmy, anime i recenzowany przeze mnie film.     Naczelnym pytaniem, które sobie postawiłem przed seansem to było to, czy amerykańska adaptacja mangi dobrze odda ducha oryginału. W końcu nie raz mieliśmy przykłady, jak naczelni pożeracze hamburgerów potrafili skopać piękny, japoński klasyk (patrz: „Dragon Ball: Ewolucja”). To też nic dziwnego, że podchodziłem do tej produkcji jak zdrowy do chorego: z dużą ostrożnością. W ostatecznym rozrachunku, nie zaraziłem się od niego, ale też nie byłem do końca usatysfakcjonowany, że musiałem tam być.

Tytułowa „Dusza w muszli” ma oznaczać przeniesienie świadomości do nowego, cybernetycznego ciała. Przebiegała ona poprzez transfuzję mózgu do sztucznego ciała, tworząc cyborga z ludzką świadomością. Był to rodzaj nadawania nowego życia zmarłej cieleśnie osobie. Pierwszym takim tworem była niejaka Major, która miała stać się bronią pod kontrolą korporacji „Hanka Robotics”, potężnego molocha, zajmującego się cyfryzacją i robotyką, a także implantami. Została przydzielona do oddziału do zadań specjalnych, jak usuwanie terrorystów. Podczas jednej z akcji dochodzi do napotkania zhakowanych robotów, którzy zdają się uśmiercać naukowców pracujących dla „Hanka”. Aby rozpracować cyberterrorystów, Major decyduje się wejść w rdzeń jednego z robotów, w którym to odnajduje coś, co odmieni jej sposób patrzenia na świat oraz swoją przeszłość.

Osobiście nie lubię cyberpunku ze względu na dość oczywiste pytanie, o którym wspominałem na początku. Nie mniej, gdy świecił swoje triumfy na salonach, takie pytanie było dość chwytliwe i kształtowało bardziej dorosłe spojrzenie na science fiction. Obecnie jednak jest ono tendencyjne. Z tego względu, film zdaje się być spóźniony o co najmniej 20 lat, gdyż widzowie są w stanie wyrazić pogląd na zadane pytanie. Czy to jednak sprawia, że film jest zły? Nie. „Ghost in the Shell” może i nie przejdzie jako szczególny klasyk, ale też nie będzie można go określić jako dno. Mimo tego, brakowało mu jakiegoś pazura. Sceny akcji, które się pojawiły się w filmie, były dla mnie kręcone na odczep się, jak typowe sceny z filmu sensacyjnego. Tymczasem z racji gatunku, można było sobie pozwolić na większe szaleństwo. Co więcej, film był mało brutalny. Nigdy nie wyznaczałem tego aspektu jako elementu decydującego, ale w tym wypadku ma spore znaczenie. Cyberpunk z założenia nie jest miłym miejscem, gdzie łatwiej dostać kulkę niż uśmiech przechodnia. Nie mówię tutaj o scenach gore, ale gdy się strzela, krew powinna lecieć aż się patrzy. Wiele ofiar to były co prawda roboty, ale ludzie też dostawali swoje strzały w łeb.

Aktorstwo. Na pozór drewniane, w rzeczywistości – takie, jakie oczekiwałem. „Ghost in the Shell” to adaptacja dzieła pochodzącego z kraju Kwitnącej Wiśni i większość akcji działa się właśnie w Japonii. Tamtejsza mentalność sprawia, że większość jej mieszkańców zachowuje stoicki spokój. Druga rzecz – część bohaterów to roboty w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jak można się spodziewać uczuć od robotów lub cyborgów? Wracając do aktorów: Scarlett Johansson grała już w wielu filmach akcji (począwszy od serii Marvela po „Lucy”), więc doskonale wiedziała, jak się zachować na planie. Co więcej, jej charakteryzacja sprawiała, że faktycznie mogła by uchodzić za japonkę, dzięki czemu wielu fanów oryginalnej adaptacji odetchnęła z ulgą na jej widok na ekranie. Niestety, reszta aktorów grała co najwyżej średnio. Partnerujący Scarlett Pilou Asbæk z założenia miał być śmieszno-poważny, Takeshi Kitano odgrywać starego, mądrego Japończyka, a więc odgrywali jakiegoś pewnego rodzaju wzorce, a nie konkretne postaci. Jedynie Juliette Binoche, jako współczująca doktor, zagrała najlepiej z całej obsady z drugiego planu, ale tego można było oczekiwać od tak doświadczonej aktorki. Co do czarnych charakterów, mieliśmy ich aż dwóch, z czego ten grany przez Michaela Pitta zdawał się być najlepiej zagrany z racji chyba najbardziej niebanalnej postaci w całym filmie.

Jak na razie, mało zachwalam, a więcej krytykuję. To teraz na odwrót. Muszę pochwalić specjalistów od efektów specjalnych. Idealnie odwzorowali miasto w klimacie cyberpunku. Wielkie hologramy, wielopiętrowe konstrukcje w stylistyce futurystycznej, które kontrastują z budynkami modernistycznymi (czyli naszymi, współczesnymi) czy też animacje implantów czy samych robotów. Wszystko było tak realistyczne, że nawet bez okularów 3D miało się wrażenie, jakby się tam znajdowało. Świetnie to współgrało z kamerą, która wiedziała, jak odpowiednio podkreślić klimat miasta, a także akcję i mimikę postaci. Za muzykę odpowiadał Clint Mansell, czyli doświadczony kompozytor i twórca soundtracków do filmów takich jak „Requiem dla Snu” czy „Źródło”. Niestety, o ile mogę powiedzieć o tych filmach, że muzyka była jednym ze znaków rozpoznawalnych tych produkcji, to w przypadku „Ghost in the Shell” utwory nie były szczególnie zapadające w pamięć, aczkolwiek oddawały klimat przedstawianego świata.

Gdybym miał odbierać film „Ghost in the Shell” jako film właściwy cyberpunkowi, czyli akcja wymieszana z humanizmem, to w mojej ocenie jest mocno spóźniony. Co prawda widz nie widzi problemu z wtórnością, to jednak domaga się ulepszenia formy. Amerykańska adaptacja mangi nie jest niczym odkrywczym pod kątem fabularnym, nie mniej, jest świetnym widowiskiem, zwłaszcza, gdy widz ma okazję skupiać się na poznawaniu niuansów świata cyberpunku, a nie na akcji. Dlatego też, jeśli miałbym go polecić komukolwiek to prawdopodobnie osobom, które jeszcze nie zapoznały się dobrze z tym typem science fiction, a nie chce za bardzo kopać w klasykach, jak „Łowca Androidów”.

Recenzje

Dusigrosz (recenzja)

219 Wyświetleń

Drożący prąd? Drożejąca woda? Drożejące artykuły spożywcze? To są problemy typowego Polaka, który ma na utrzymaniu rodzinę lub młodego studenta polonistyki lub socjologii, który zaczyna wkraczać w dorosłość. Nie da się ukryć, że by dzisiaj przeżyć trzeba być niezwykle gospodarnym, a niekiedy, bardzo oszczędnym. Ale niektórzy to już przesadzają.

François Gautier ma szczęście w życiu: ma mieszkanie, ma pracę jako skrzypek w orkiestrze, niezłą sumkę na koncie bankowym, pozwalającą mu żyć ponad swój stan. Ale cóż z tego, skoro bohater filmu „Dusigrosz” woli zachowywać się jak typowy Szkot i oszczędzać na każdym korku. Po co kupować keczup, skoro przeterminowana w 2006 roku tubka cały czas nadaje się do spożycia. Po co marnować prąd, skoro są latarnie za oknem, które go dostarczą światło za darmo. Po co kupować artykułu skoro można podwędzać od sąsiadów i z miejsc publicznych np. papier toaletowy. Nie da się ukryć, François to skąpiec, znienawidzony przez sąsiadów oraz kolegów z pracy, nie mniej, zdaje się, że to mu kompletnie nie przeszkadza. Dobrze mu się żyje i co złego może się stać? A na przykład, że do orkiestry dołącza młoda, atrakcyjna wiolonczelistka, czująca miętę do bohatera, uczulona na wszelkie możliwe, tanie dania. Albo nagle, przed skrzypkiem pojawia się dziewczyna, będąca efektem użycia przeterminowanej prezerwatywy sprzed lat, ogłaszająca się jego córką i chcąca zamieszkać z tatusiem, który wedle słów matki jest hojnym filantropem. Czy sytuacja wymusi na Françoisie zmianę swojego zachowania?

Nie da się ukryć: Francuzi mają niezwykły talent do komedii. Wielu z nas pamięta klasyki choćby Louis de Funès, jak serię o żandarmie czy Fantomasie, czy bardziej współczesne, jak „Francuski Pocałunek” czy niemal kultowy już u nas „Asteriks i Obelisk: Misja Kleopatra”. Opierają się one często na absurdzie lub też klasycznej pomyłce, ale to jest ich cecha szczególna, którą ciężko nie kochać. „Dusigrosz” to przedstawiciel tego pierwszego typu komedii. Nieprawdopodobne wręcz skąpstwo jest tak niemożliwe, że śmiało można by go postawić na jednym podium ze Sknerusem McKwaczem jeśli chodzi o kreację postaci. Oboje są porównywalni zarówno w kwestii oszczędzania, a także zarabiania: wszędzie szukają sposobu by coś zyskać, jak najmniej wydając. Tylko w przeciwieństwie do kochanego naszego kaczora, François poprzez relacje z córką i wiolonczelistką zmienia się. Nie jest to jednak transformacja typowo hollywoodzka, a dopiero wstępny proces. Nie można wyzbyć się nagle charakteru i przyzwyczajeń, jak nas często przekonywało do tego Hollywood , można jednak podjąć kroki, by to zmienić. Ten realizm w abstrakcji jest czymś, czego w kinie często brakuje i choćby z tego powodu można uznać „Dusigrosza” za film nie tyle co wielki, co z pewnością nietypowy.

Postać Françoisa to swoiste mistrzostwo świata. Założeniem filmu było przedstawienie go jako typowego odludka, stroniącego od kontaktów międzyludzkich. Stąd też jego zachowania mogą niektórych mierzić, nie mniej, są dość zrozumiałe, jeśli dokładnie się przyjrzymy jego otoczeniu. Widać jednak, że jest człowiekiem, nie robotem i z czasem, gdy coraz częściej przebywa wśród ludzi, budzą się w nim ludzkie odruchy, zwiastujące jakąś zmianę. Mimika oraz reakcje Dany Boona, aktora który wcielił się w tytułowego dusigrosza, są tak naturalne, jakbyśmy nie oglądali filmu, tylko naszą własną rzeczywistość. Partnerują mu przez film dwie kobiety. Valiere, młoda i ambitna wiolonczelistka nie była postacią jakąś szczególnie rozbudowaną: jej celem było być obiektem westchnień Françoisa, ślicznie się uśmiechać, a także powodować powody do zmiany, ale nie będąc jej bezpośrednią przyczyną. Tę część zarezerwowano dla Laury, jego nieślubnej córki, granej przez młodziutką Noémie Schmidt. W chwili, gdy pojawia się na ekranie wraz z głównym bohaterem, tworzą jeden z najbardziej komicznych duetów od czasów Geoffreya Rusha i Colina Firtha z „Jak zostać królem”. Jest to kobieta silna, niebędąca specjalnie przesadzona, a przy tym również zachowująca ludzkie odruchy. To ona był tą siłą, która przez większość filmu kierowała Françoisem, czy mu to się podobało czy nie, nawet, jeśli robiła to nieintencjonalnie. Pozostała część obsady to tło, będące po prostu powodem do gagów.

A skoro już przy nich, warto omówić ten aspekt, w końcu „Dusigrosz” z założenia miał być komedią. Żarty opierają się na sytuacja, rzadziej na konkretnych dialogach, do których kino już nas przyzwyczaiło. Często można było się ich spodziewać nim padły, co nie zmienia jednak, że mimo, że pachniały lekko stęchlizną, to jednak byłby wciąż jadalne i smakowały niczym świeżo podany posiłek. Duża w tym zasługa reżyserii i scenariusza, które idealnie wyczuwały moment, by wrzucić dowcip i nie przeciągając go za długo. Scen, w których można było paść ze śmiechu było naprawdę sporo i trzymały mniej więcej równy poziom. Co prawda, pod koniec filmu więcej było dramatu, któremu mógłbym zarzucić na wskroś hollywoodzkie podejście, jednak spadał oto na widza niczym deus ex machina, atakując w niespodziewanym momencie, że zamiast stwierdzić, że to odgrzewany kotlet, naprawdę szło się wzruszyć.

Jeśli chodzi o zdjęcia, mamy tutaj do czynienia z filmem klasycznym pod tym względem: brakuje fajerwerków komputerowych, ale efekty specjalnie nie miały być kwintesencją filmu. Można powiedzieć, że były zrobione rzetelnie, ale niczym szczególnym nie powaliły widza. Jedyne na co trzeba zwrócić uwagę w tej kwestii to ujmowanie w kadrze postaci: kamerzysta doskonale wiedział, jak należycie złapać ruchy i reakcje postaci, by nadać im efektu komizmu i dramatu. A skoro film opowiada o skrzypku, nie mogło też zabraknąć muzyki. W wielu momentach filmu słyszeliśmy kompozycje klasyczne, głównie na instrumenty smyczkowe. Powalającą sceną była chwila, gdy główna postać musiała się spieszyć i w panice zagrała w niezwykle błyskawicznym tempie  „Cztery pory roku” Vivaldiego, a wedle słów jednego z muzyków w filmie, zagrano całość w 12 minut! Nie będę ukrywał, chciałbym to zobaczyć na żywo.

Podsumowując, „Dusigrosz” to film niezwykle energiczny, trzymający równy poziom, przy którym każdy znajdzie coś dla siebie. Humor jest genialny, gra aktorska mistrzowska, a fabuła, choć znana, trzyma widza cały czas w napięciu. Jeśli szukacie filmu, przy którym się zrelaksujecie po ciężkim dniu za jakieś marne grosze, to właśnie komedia Freda Cavayé jest stworzona dla was.

Paweł R. Ofiarski

Recenzje

Polskie S-F reaktywacja

218 Wyświetleń

26 i 30 listopada za sprawą Allegro ukazały się w Internecie dwa filmy s-f rodzimej produkcji.

Te krótkie formy to „Smok” i „Twardowsky”, które powstały w ramach projektu „Legendy polskie”.
Reżyserem filmów jest Tomasz Bagiński. Od razu nasuwa się na myśl, że są to produkcje przeładowane efektami komputerowymi – wszak w naszym kraju chyba większego specjalisty w tej dziedzinie nie ma. On jednak udowadnia, że potrafi połączyć oba światy – fabularny i cyfrowy – w zgrabną i przyjemną w odbiorze całość.
Rzadko jestem skory do prawie bezkrytycznego zachwytu, ale tym razem trudno by znaleźć  coś, do czego można się przyczepić.

Pozwólcie, że powiem teraz parę słów o każdym filmie z osobna.

Smok to przeniesiona w realia niedalekiej przyszłości opowieść o potworze. Tym razem nie jest to przerośnięty gad na sterydach i z przewlekłą zgagą. Smokiem w filmie jest terrorysta, który posiada super nowoczesną machinę latającą. Sieje nią zniszczenie w Krakowie i porywa piękne dziewczyny.
No i co w tym nowego? – powiecie – Przerośnięta jaszczurka, czy steryd w bojowym, wypasionym śmigłowcu , to i tak sprowadza się do tego samego.

Powiem szczerze, że na początku też tak spojrzałem na ten film. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że opowieść ta została zainspirowana legendą o Smoku Wawelskim.

To, co uderza w tym obrazie, to potok informacji medialnych. Telewizja, radio, internet wręcz bombardują widza przepływem informacji. Wprost nie idzie za nimi nadążyć. W tym natłoku wiadomości  dramat uwięzionych dziewczyn schodzi na drugi plan. To jest smutne i tragiczne. Uważam to za świetny sposób  przedstawienia takiej sytuacji. Podane to jest w zawoalowany sposób, wręcz podprogowo (widać tu doświadczenie w tworzeniu reklam, jakie posiada Bagiński), ale właśnie to, że nie ma tu łopatologizmu sprawia, że film naprawdę jest wartościowym dziełem. Morał nie jest serwowany na końcu – on przewija się przed naszymi oczyma przez cały czas.
Jednym moim zdaniem minusem tego filmu jest rola młodego konstruktora robotów,  według mnie zagrana bardzo sztywno. Jest to jednak jedyny zgrzyt i nie dewaluuje całego obrazu.
Zakończenia nie będę zdradzał.  Kto wie, być może wśród czytających jest ktoś, kto jeszcze tego filmu nie widział i nie chcę psuć mu zabawy.

Teraz wezmę na warsztat film „Twardowsky”. Któż nie zna legendy o szlachcicu, który zaprzedał duszę diabłu i zamieszkał na księżycu? Film jest w pełni oparty na tej legendzie, tyle że nie mamy tutaj do czynienia ze szlachcicem, a ze współczesnym, bajecznie bogatym celebrytą – na tyle bogatym, że niezauważenie może polecieć na księżyc, gdzie czeka na niego stacja ze wszystkimi wygodami.

Trudno coś napisać o tym filmie, nie zdradzając zaraz całej akcji. Jest jej w sumie niewiele, ale i nie o nią w zasadzie tutaj chodzi. Obraz ten ma bardziej filozoficzny przekaz, oddany  prostym, zrozumiałym dla każdego językiem.
Co w tym ciekawego, spytacie, skoro wszystko zostało wyłożone kawa na ławę?

Otóż film ten ma mega mocna stronę. Jest on świetnie zilustrowany muzyką. Słyszymy  więc dobrze nam znane polskie przeboje, stanowią one jednak nie tylko ścieżkę dźwiękową tej produkcji, lecz także  opowiadają  własną równoległą historię, tworząc swoistą narrację, a ostatni z nich niesie ze sobą głębokie przesłanie.
Co do gry aktorskiej, to muszę powiedzieć, że czuję się dopieszczony – Robert Więckiewicz oraz Aleksandra Kasprzyk dali jej wspaniały pokaz.

Więcej nie napiszę o tym filmie, gdyż wart jest obejrzenia i odkrycia jego przekazu  bez zbędnych zapowiedzi.

Podsumowując : Muszę powiedzieć, że cieszy mnie pojawienie się tych produkcji. Udowadniają, że z naszym kinem s-f nie jest wcale tak źle. Jeżeli tylko znajdzie się sponsor, to można zrobić kawał dobrej roboty. Mam nadzieję, że te filmy, które powstały w ramach kampanii promującej Allegro, będą jaskółkami nowej wiosny rodzimego s-f.

Pozdrawiam i życzę miłego oglądania

Michał Nowina