Category -

Varia

Varia

Pięć sióstr

234 Wyświetleń

Żyglina, któż może jej nie znać? Najsłynniejsza gospoda od Martwych Stepów po Góry Północne. Mieści się na skrzyżowaniu dwóch traktów, łączącego Gengerstan, najwspanialszą stolicę całej krainy i miasto Fevep, dokąd przybyła wojna, oraz ważnego traktu kupieckiego. Czemu gospoda zawdzięcza swą sławę? Tego nikt nie wie. Pokoje wyglądają jak zaniedbany chlew, a do salonu bez siekiery nie wejdziesz. Mimo, że wokół jest parę innych tawern, właśnie tutaj zmęczony podróżnik z chęcią ugasi swe pragnienie wychylając Zmorę, równie słynne jak gospoda piwo. Niektórzy sądzą, że w ścianach Żygliny przeplatana jest przyciągająca magia. Inni, że to skutek tajemniczej substancji dodawanej do Zmory, jednak wszyscy są zgodni co do jednego, tam znajdziesz każdego. Wszelakie organizacje przestępcze, znużonych poszukiwaczy przygód, szemranych kupców, a legenda głosi, że i sam król przebrany za chłopa nawiedza karczmę dla złocistego trunku. Lecz nikt nie wspomina o pewnej grupie stałych gości, którzy nigdy nie opuścili dnia w gospodzie. Dzień w dzień, bez ustanku krążą wśród klientów. Mowa tu o pięciu siostrach. Również dzisiejszego dnia udały się do gospody. W środku pierwsza z sióstr odłączyła się od reszty i podeszła do najbliższego stolika, gdzie siedział starzec wraz z trzema młodzieńcami. Sięgnęła do sakwy z kosztownościami mężczyzny i zaczęła szeptać mu do ucha…

– Synowie moi mili, przychodzi na mnie czas – westchnął Eston, stary kupiec, który dorobił się fortuny na handlu końmi. – Mam swoje lata. Czuję, że nie pożyję już długo. Postanowiłem więc przeznaczyć cały swój dorobek jednemu z was.

– Czemu tylko jednemu? Wszakże jesteśmy rodziną – odezwał się jeden z braci.

– Nie bądź śmieszny – zrugał go starzec. – Gdybyście dostali po równo, przepilibyście wszystko w miesiąc, a tak chociaż jeden będzie mógł jakoś zainwestować moje pieniądze. Dobrze wiem, że każdy z was ma ochotę na mój spadek i pewnie porobiliście sobie plany na przyszłość. Tak więc, wszystko dostanie ten, który przedstawi mi najstosowniejszy pomysł.

Bracia spojrzeli po sobie. Najstarszy przemówił pierwszy.

– Ojcze, pamiętam twe nauki i nie roztrwonię pieniędzy. Jeżeli to ja je dostanę, zakupię nową przyprawę, co pieprzem się nazywa i tym będę handlować.

Starzec podumał chwilkę i zaśmiał się szyderczo.

– Najstarszy i najgłupszy. Nic nie pamiętasz z moich nauk. Przecież wojna już za pasem, żelaza trzeba, a nie pieprzu! Przyprawy dobrze się sprzedają, ale nie w czasie wojen. Ty pieniędzy nie dostaniesz.

Najstarszy z braci spochmurniał, a średni wiekiem przedstawił swoją propozycję.

– Ja głupi nie jestem, wiem czego trzeba. Będę handlował żelazem, aż wojna się skończy. Wtedy poślubię moją wybrankę, którą już poznałeś i założę własne gospodarstwo.

– Już lepiej, choć i ten plan nie jest pozbyły wad – odpowiedział Eston. – Ta twoja wybranka… Nie żeń się z nią. Nie ma grosza przy duszy. Jak jej rodzina nie może się utrzymać to i ciebie pociągnie do biedy.

– Ależ ojcze, to nie podlega dyskusji! Przecież…

– Dlatego i ty nie dostaniesz mojego spadku – uciął kupiec.

Najmłodszy z braci słysząc te słowa ucieszył się bardzo. Śmiał się i klaskał ze szczęścia, przy okazji dziękując ojcu.

– Wiedziałem, że tak postąpisz. Dobrze wiesz, kto jest godzien zaufania. Dziękuje…

– Czy powiedziałem, że tobie przydzielę cały majątek? – przerwał mu starzec. Bracia zdziwili się ogromnie.

– Jesteś najgorszym hultajem, pijaczyną i rozrzutnikiem. Grzechem byłoby dać ci choć kawałek chleba. Żaden z was nie zasługuje na moje ciężko wypracowane pieniądze. Wynoście mi się stąd!

Bracia, najpierw przestraszeni, spojrzeli po sobie porozumiewawczo.

– Oddawaj pieniądze, grzecznie proszę.

– Co? Nie ma mowy! – krzyknął starzec.

–Dawaj przegniły skąpcu! – wrzasnęli wspólnie bracia i rzucili się na sakwę. Szamotanina trwała chwilę, kiedy nagle starzec powiedział:

– Nigdy ich nie dostaniecie!

I wepchnął sobie wszystkie drogocenne kamienie i monety do gardła. Zaraz potem umarł.

Pierwsza siostra odsunęła się od ciała i zmartwiona wyszła z gospody. Synowie dobywali noży do wiadomego celu, a druga siostra podeszła do innego stolika. Siedziało przy nim dwóch oprychów kłócących się między sobą. Siostra zaczęła podsycać ich złość, nakręcać, obmawiać drugiego. W końcu obydwóm wsunęła w dłonie noże…

– Jak śmiesz tak mówić! Odszczekaj to gnido, jest moja! – krzyczał na całą karczmę Mafos.

– Nie żartuj sobie, ja dużo wcześniej ją wypatrzyłem – odpowiedział Tyrfusz.

– Co z tego! Mieliśmy umowę, miałeś się nie wtrącać, zostawić ją dla mnie. – Mafos cały drżał ze złości. – Wiesz jak mi na niej zależało.

– Byłeś głupi. Myślałeś, że odstawię komuś taki towar? Jesteś gównem, które przyczepiło mi się do buta. Możesz co najwyżej płukać się w moich szczynach, mam gdzieś twoje umowy.

Mafos zrobił się cały czerwony na twarzy.

– Ty psi synu! Masz już nigdy nie kłaść na niej swoich obleśnych łapsk, inaczej wypruję ci flaki. Zrozumiałeś?!

Tyrfusz zaśmiał się rubasznie.

– Ha, ścierwo mi rozkazuje. Jesteś żałosny. Spodobała mi się i mam cię gdzieś, bezjajcu! Co dziewczynko, uderzyłem w czuły punkt? A może w nic nie trafiłem, ha, ha! Z każdej ryzykownej misji wracasz z pełnymi gaciami, śmierdzisz tchórzu! Nie jesteś mężczyzną, nie należy ci się ona.

– Odszczekaj to! Ty…

W tym momencie obydwaj panowie posłali tak bogate i wyrafinowane wiązanki, że nawet najwięksi zawadiacy słuchali z aprobatą, zapamiętując co wytrawniejsze bluzgi. Po koncercie wyzwisk obydwaj zwaśnieni usiedli zdyszani naprzeciw siebie i milczeli. Mafos pierwszy przerwał ciszę.

– Jest tylko jedno rozwiązanie, pojedynek na noże. Jedynie śmierć któregoś z nas wchodzi w grę. Chwytaj nóż!

Tyrfusz uśmiechnął się szyderczo.

– O, zebrało mu się na odwagę! Pojedynek na noże, niech tak będzie. – Tyrfusz odwrócił się do karczmarza i zawołał:

– Hej, przygotuj gospodę! Będzie walka!

Jak na rozkaz centrum sali momentalnie opustoszało. Pojedynkowicze weszli na środek, dobyli noży i zmierzyli się wzrokiem. Wszyscy wokół nawoływali do walki, a druga siostra krzyczała najgłośniej.

Pierwszy ruszył Tyrfusz. Podbiegł do przeciwnika i wyprowadził szybkie, proste pchnięcie. Miał jednak do czynienia z równie dobrym nożownikiem, który momentalnie odbił mu rękę i zamachnął się na jego szyję. Tyrfusz błyskawicznym ruchem kopnął Mafosa w tors i razem polecieli na ziemię. Mafos pierwszy stanął na nogi, chwycił pobliskie krzesło i miotnął nim w przeciwnika. Nikogo nie obchodziło, że był to niehonorowy atak, liczyło się tylko zwycięstwo.

– Giń! Ty ostatni…

Tyrfusz w ostatniej chwili uchylił się przed krzesłem. Podbiegł do lady i zaczął ciskać kuflami. Szkło wszędzie pryskało, widownia szalała. Mafos podbiegł do przeciwnika i spróbował zadać mu kolejne pchnięcie. Wymiana ciosów była szybka i krótka. Mafos dał się oszukać i tym samym nie wybronił jednego pchnięcia. Nóż Tyrfusza rozciął całe jego ramię. Ból spowodowany raną był niewyobrażalnie wielki i jedynie silna dawka adrenaliny utrzymała go przytomnego. Krew plusnęła na twarz Tyrfusza. Mafos wykorzystał chwilę nieuwagi przeciwnika. Potężne szarpnął go sprawną ręką za ubranie i razem ponownie upadli na ziemię. W szale szarpaniny obydwaj okładali się pięściami, ranili plecy leżącym szkłem. Mafosowi udało się dwa razy wstemplować nóż w brzuch Tyrfusza. Ten nie pozostał mu dłużny. Oswobodził rękę z nożem i szybkim ruchem rozpruł mu szyję. Fala krwi zalała posadzkę, walka była zakończona.

Zdyszany Tyrfusz zrzucił z siebie ciało poległego i powoli wstał.

– Śmieć – zdążył wymówić, splunął parę razy krwią, zacharczał i osunął się na ziemię.

– Remis! – ktoś krzyknął z sali i momentalnie ludzie rozeszli się. Specjalna służba zaczęła sprzątać. Druga siostra, ochlapana krwią i szczęśliwa wyszła z gospody.

Podczas walki parę gości nie przyłączyło się do widowiska. Jednymi z nich byli dwaj kupcy, chorobliwie chudy Knod i obrzydliwie gruby Kamis. Siedzieli razem z dwoma karczmianymi pannami i zajadali się, rozmawiając. Przysiadła się do nich trzecia siostra i zaczęła podawać im do ust różne specjały…

– Eh Knod, coś jest w tych popłuczynach, co się zwą Zmorą – powiedział Kamis. – Niby nic dobrego, a pasuje do wszystkiego. Na przykład do cielęcinki…

– O tak, smażona wątróbka cielęca – westchnął Knod.

– Oczywiście wcześniej namaczana w mleku.

– Wiadomo. Do tego trochę smażonej cebulki i może… Hmm…

– Czerwonego wina!

– Pysznie! – obydwaj wykrzyknęli i stuknęli się kuflami.

– Ty wiesz, ta Zmora byłaby dobra do marynaty baraniego combra – powiedział po chwili Kamis. – Do Zmory dodać trochę octu i wody…

– Oraz sporo ziaren jałowca i inne przyprawy – przerwał mu Knod.

– Racja. Marynatę chwilę pogotować i zalać nią comber. Później odstawić do chłodni i czekać cztery dni, aż przesiąknie delikatnym aromatem.

– Pamiętaj, że niewolno zajrzeć przed końcem – wtrącił ponownie Knod. – Inaczej spłoszyłoby się elfich kuchcików, a w końcu to oni decydują o smaku.

– Ale przecież to chochliki przyrządzają comber, a nie elfy. Z resztą nieważne. – Kamis wsadził sobie duży kawał pieczonej dziczyzny do ust, pogryzł chwilę i kontynuował:

– Po czterech dniach taki comberek należy osuszyć, natrzeć solą i zapiekać.

– W jakiej temperaturze? – spytał Knod.

– Kij go tam wie. Nie za chłodno, żeby gnole nie wykradły. Teraz najlepsze. Jak comber się pięknie zarumieni należy podlać go świeżutką śmietaną!

– Przyjacielu, to musi być pyszne – rozmarzył się Knod. – Szczególnie, jeżeli śmietanka byłaby ze wschodnich pastwisk. Na deser, co byś powiedział o egzotycznych owocach zza morza?

– Mówisz o tych soczystych, czerwonych, które aż tryskają sokiem po przekrojeniu? – zapytał Kamis.

– Nie, chodzi mi o te żółte, wyjątkowo słodkie, o falistym kształcie.

– Masz rację, wspaniale by pasowały. Wypijmy za baraninę!

Obydwaj koneserzy wypili po kuflu Zmory i zagryźli mięsem śmiejąc się do służebnych dziewek. Nagle Knod zwrócił się do Kamisa:

– Przypomniałem sobie kawał, chcesz posłuchać? Dobrze, pewien zdenerwowany gość siedzi w knajpie i mówi: „Panie, to wino jest ciepłe.”

„To niemożliwe!” odpowiada barman. „Przed chwilą sam dolewałem do niego zimnej wody.”

Ha, ha, ha! – Zaśmiał się Kamis. – Dobre, ha, ha, ghyg!

Tłuścioch chwycił się za szyję.

– Ghyg! Kostka mi wpadła! Ra… Ratu…

Kamis zrobił się cały fioletowy na twarzy. Usilnie walczył o oddech.

– Hej stary, wypluj to – zaniepokoił się Knod. – Niech mu ktoś pomoże!

Nikt z sali nawet nie zwrócił na niego uwagę. Wszyscy byli zajęci oglądaniem finałowego starcia.

Kamis stoczył się pod stół, rzucił się parę razy w konwulsjach. Po chwili już nie żył. Knod zajrzał pod stół. Zrozumiał, że Kamis umarł, więc sięgnął ręką po jego sakiewkę i blady wyszedł razem z trzecią siostrą z gospody. Siedzące przy stoliku kobiety wstały i rozeszły się do gości. Do jednej z nich przyłączyła się czwarta siostra, jej dobra znajoma. Zaczęły wspólnie wodzić oczami po ludziach…

– Ech, ci kupcy nic nie wiedzieli. Głupie żarłoki i tyle – pomyślała Vikonia. – Kogo my tu mamy? Hm… kolejni kupcy, jakieś oprychy lub złodzieje, żebrak… Nie może być! Czy mnie wzrok nie myli, czy tam siedzą dwaj rotmistrze? Tak, to moja szansa.

Vikonia podeszła do dwóch lekko wstawionych mężczyzn i zaczepiła zalotnie:

– Witajcie chłopcy. Taka słota za oknem, nie chcielibyście kobiecego towarzystwa na chwil parę?

– Z wielką chęcią poznamy tak uroczą kobietę – odrzekł Norbert, jeden z mężczyzn. – Ivo, zapłać pani.

Ivo, tak miał na imię drugi rotmistrz, wyjął sakiewkę i dyskretnie wręczył parę monet kobiecie. Vikonia z chichotem przytuliła się do ramienia Norberta i rozpoczęła rozmowę:

– Ale jesteście mężni! Widać to po waszych majestatycznych twarzach, oraz w oczach, co pewnie nie jedną bitwę widziały. Jesteście wojakami prawda?

– Ha, prawda to – odparł Ivo. – Ja jestem dowódcą trzeciej chorągwi Gengerstanu, a mój przyjaciel przewodzi jednej z piechurskich rot…

– Ach, czyli nie dość, że mężni to i ważni! – pisnęła Vikonia. – Wasze zdrowie!

Cała trójka wychyliła po Zmorze, a Ivo zamówił następne piwa.

– Wielka bitwa się zbliża – kontynuowała Vikonia. – Pewnie, jako najodważniejsi będziecie walczyć w pierwszej linii! Zgadza się?

– No wiesz, tak… no…

– Nie bądźcie tacy skromni. Dobrze wiem, że mężowie jak wy swą wielką siłą i geniuszem rozgromią wroga w perzynę. – Vikonia uśmiechnęła się do Norberta i musnęła dłonią jego brodę. W zamglonych oczach rotmistrza pojawiło się zadowolenie.

– Wiesz, ona ma rację – powiedział Ivo. – Pamiętasz jak wszyscy skomleli u hetmana o bezpieczne pozycje? Tchórzliwe psy, tylko my odważnie poprowadzimy nasze wojska na czele armii.

– Prawda przyjacielu – odparł Norbert. Vikonia słysząc, że znają plan bitwy, odkryła swoją szansę.

– Ach, czyli zgadza się, jesteście najodważniejsi! Z waszymi umiejętnościami i wielkimi torsami na pewno wygracie, lecz gdzie będziecie walczyć? – spytała słodko. – Z chęcią przyjrzałabym się bitwie.

– Powiedzielibyśmy ci, ale nie możemy – odpowiedział Norbert. – Hetman nie pozawala. Co, jakbyś komuś powiedziała, choćby przez przypadek? Wiadomość mogłaby dojść do uszu wroga!

Vikonia zrobiła smutną minę. Po wypiciu następnej kolejki zagadała ponownie:

– Chłopcy, przecież wiecie, że nie pisnę ani słówka. Obiecuję.

Obaj rotmistrze spojrzeli po sobie mocno już mętnym wzrokiem. Zaczęli się wahać.

– Nie wolno nam… Zrozum…

–Oj, nie dajcie się prosić. – Vikonia ciągle uśmiechnięta uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– No dobrze, niech ci będzie – poddał się Norbert, nachylił się do jej ucha i zaczął szeptać:

– Tej lub następnej nocy nasze wojska zaatakują wroga z dwóch stron. Od strony lasu i z północy. Zaskoczymy ich nieprzygotowanych i zwycięstwo nasze. Plan jest doskonały, tylko nie zobaczysz zbyt wiele jak się niebo zachmurzy.

Vikonia pisnęła z zadowolenia.

– Na pewno się zjawię. Tym czasem muszę już odejść, obowiązki wzywają – powiedziała i odeszła od stolika. Wychodząc z karczmy zaśmiała się z duchu.

– Co za przygłupy. Zdradzili swojego hetmana i będą za to płacić. Ale się mój szef ucieszy z nowych informacji.

Tym czasem w karczmie dwaj rotmistrzowie nagle nienaturalnie otrzeźwieli.

– Norbert, przekazałeś wszystkie informacje? – zapytał poważnie Ivo.

– Zgadza się.

– Hah, to… wspaniale. Nie dość, że rozdzielimy ich wojska to przemęczymy przez dwie noce. Zwycięstwo jest pewne, tylko kiedy nauczą się szkolić lepszych szpiegów?

Czwarta siostra klasnęła w dłonie z zadowolenia i dumna z udanej intrygi wyszła z gospody.

W środku została już ostatnia, piąta siostra. Od dłuższego czasu przyglądała się niezwykłemu grajkowi, który swą grą wyróżniał się z trupy, a była to trupa nie byle jaka. „Syreni śpiew”, tak się owa nazywała, zbierała najlepszych muzykantów ze wszystkich krain i grała dla najlepszych karczm, a nawet i królów. Swego czasu zawitali na parę tygodni w Żyglinie. Również w tej karczmie rozpętała się zażarta walka o miejsce harfiarza. Wygrał ją Felis, jeden z najlepszych harfiarzy jakich widział świat. On nie tylko umiał dobrze grać. Potrafił manipulować emocjami słuchaczy. Swą grą pobudzał ludzi do walki, rozweselał lub przenosił do błogich krain. Innymi słowy był wirtuozem. Tego dnia grał razem ze swoją trupą dla gości karczmy. Kiedy w gospodzie rozpętała się walka na noże, przerwali grę. Do Felisa podszedł starszy, brodaty człowiek z niedużą, drewnianą ławką.

– Drogi panie, jestem wędrownym magikiem. Czy nie chciałbyś zobaczyć moich sztuczek?

Felis od zawsze lubił magiczne sztuczki, więc z chęcią zgodził się i rzucił magikowi parę monet.

– Wspaniale, mój panie. Jestem mistrzem znikania przedmiotów. Spójrz na tego ptaszka.

Mężczyzna wyjął z sakiewki drewnianego ptaszka i położył go sobie na dłoni.

– Teraz jak klasnę, ptaszek zniknie.

Magik klasnął i rzeczywiście ptaszek zniknął. Felis, choć znał sztuczkę, zabił brawo.

– Teraz jak pstryknę palcami, to jedna z twoich rzeczy zniknie. Patrz.

Brodacz pstryknął palcami i zaśmiał się.

– Zobacz gdzie masz swoją sakiewkę.

Ta sztuczka już nie podobała się Felisowi.

– Oddaj moje pieniądze!

– Spokojnie, zaraz się odnajdą – powiedział magik i dodał:

– Czas na prawdziwe czary. Sprawię, żeby twoje palce zniknęły!

– To niemożliwe – odparł Felis. – Pokaż tę sztuczkę.

– Dobrze, połóż swoje dłonie na tej magicznej ławeczce i rozsuń kciuki.

Felis zrobił tak jak mu powiedziano. Mężczyzna wyciągnął przed siebie ręce i skupił się. Nagle krzyknął:

– Teraz twoje pace znikną! – Wyciągnął z szat wielki tasak i szybkim zamachem rąbnął w ławeczkę odcinając Felisowi osiem palców.

– Ta da! Palce zniknęły!

Odcięte członki potoczyły się po posadzce. Z dłoni buchnęła krew.

– Aaaaa! – krzyknął Felis i zemdlał z bólu.

Magik odwrócił się do zszokowanej trupy i przemówił:

– Jutro zgłosi się do was mój zleceniodawca. Chyba szukacie nowego harfiarza…

Ostatnia siostra zadowolona poklepała magika po plecach i razem z nim wyszła z gospody.

Tak minął zwykły dzień w Żyglinie, gospodzie gdzie krew płynie równie często, co piwo. Zaś imiona sióstr to:

Chciwość, Złość, Żarłoczność, Przebiegłość i Zazdrość.


Adrian Banacki

Varia

Dobry Plan

484 Wyświetleń

„Szalony Amerykanin pobił matkę kiełbasą krakowską” – od dwóch godzin powstrzymuję się przed zajrzeniem co jest napisane dalej w tak pięknie zatytułowanym artykule. Pewnie niedużo, bo większość miejsca zajmuje zdjęcie. Kiełbasy nie matki.  Zapewne czytelnicy tej „gazety” nie wiedzą, jak wygląda krakowska. Kreatywność autorów brukowców jest porażająca. A za takie głupoty dostają pewnie kilka razy więcej niż ja za swoją 12 godzinną zmianę w osiedlowym kiosku. No jak żyć Panie Premierze? No jak?

Śmieszne tytuły, gołe baby z Playboya co jeszcze można robić w takim kiosku jak mój. Ta mój, raczej krwiożerczego kapitalisty co zatrudnia mnie bez umowy, burżuj jeden. Praca w takim kiosku to zazwyczaj sama nuda. Ci sami klienci przychodzą w tych samych godzinach, po te same gazety, te same papierosy, te samo kupony i to samo barachło. Czasami ktoś spieszący się niezmiernie wpadnie po chusteczki albo bilet na autobus. Rzuci szybko drobne na ladę i już go nie ma. A ja tu tkwię jak na posterunku. Nie żebym miał tu specjalnie czego bronić, w końcu to nie moje towary tylko tego wstrętnego wyzyskiwacza co mi płaci te marne grosze za siedzenie tutaj od świtu do zmierzchu.

Ale jest jedna rzecz, która mnie się nie znudzi, obserwowanie ludzi skreślających liczby na kuponach. Pełny przekrój społeczeństwa a nadzieja na twarzach taka sama u wszystkich. Mnie się k… należy.

I pewnie większość z nich nie wie, że szansa na wygraną wygląda mniej więcej podobnie do tej opowiastki. Wyobraź sobie, że pewnego dnia znajdujesz na ulicy pozostawiony przez kogoś parasol. Podnosisz go z ziemi, udajesz się na najbliższy dworzec kolejowy, wsiadasz do pierwszego pociągu jak się zjawi i jedziesz w dowolnym kierunku. Wysiadasz na szóstej z kolei stacji, przed dworcem skręcasz w lewo i idziesz 15 minut prosto. Wchodzisz na drugie piętro budynku, koło którego się zatrzymałeś, dzwonisz do drzwi po lewej i zdziwionej osobie wręczasz parasol mówiąc, że znalazłeś jej zgubę. Szansa na to, że trafiłeś do właściwej osoby i podziękuje ci ona za odnalezienie parasola jest taka sama jak trafienia głównej wygranej w tej grze.

Dlatego niektórzy starają się wzmocnić swoje szczęście. Jeden starszy mężczyzna mieszkający cały rok w altance miejskiego ogródka działkowego, zawsze grzebie w kuponach wyrzuconych przez innych graczy. Przepisuje z nich liczby do swojego, bo uważa, że on nigdy nie miał szczęścia a inni to ciągle je mają. Podobno za komuny był kimś ważnym, komu wszyscy się kłaniali, dziś wszyscy się odsuwają, bo śmierdzi niesamowicie.

Drugi z kolei gość szukał w kiosku dziewicy. Cyganka mu powiedziała, że pewna dziewica przyniesie mu wielkie szczęście, więc wszędzie takiej szukał, żeby u niej puścić kupon. Najwyraźniej na temat szczęścia w miłości miał już wyrobione zdanie i tym razem wolał szczęście pieniężne.

Ale ja w sumie nie życzę nikomu znajomemu przychodzącemu do kiosku dużej wygranej, bo ja mam obmyślony pewien dobry plan. Wymyśliłem, jak zwiększyć szansę wygranej w tej zabawie. Prędzej czy później do mojego kiosku wejdzie osoba i po sprawdzeniu kupnu okaże się, że wygrała ponad milion złotych. Na taką szczęśliwą, zwłaszcza dla mnie, okazję mam na podłodze ułożoną czarną folię, a pod ladą trzymam naładowany pistolet. Mam tylko nadzieję, że się doczekam przed emeryturą.

 

Varia

Dusza ludzka

524 Wyświetleń

Twierdzą, że dusza ludzka żyje, dopóki trwa o niej pamięć pośród żywych…

Był to jeden z tych listopadowych wieczorów, kiedy nawet kota żal wypuścić z domu na zewnątrz. Wiatr bezlitośnie chłostał korony drzew, zrywał liście, które ostatkiem sił zdołały utrzymać się na gałęziach. Słupek rtęci błądził w okolicach zera. Tamtej nocy nie było już co liczyć na poprawę pogody, toteż jeśli w ogóle kogoś spotykał, to wyłącznie byty podzielające jego los. Ludzie z krwi i kości, jeśli nie leżeli pod kołdrą, wgapiali się w telewizor z szklanką gorącej herbaty w dłoni.

Zygmunt spokojnie szedł ulicą, nikt i nic nie było w stanie zakłócić kroków leniwie posuwających go do przodu. Nie śpieszył się, czasu miał wiele, noc była jeszcze młoda. Nim mrok miał zacząć ustępować nieba na rzecz wschodu słońca, musiało minąć kilka długich godzin.

Szedł na przekór nieprzyjaznej pogodzie. Nie odczuwał zimna, po prostu nie mógł go odczuwać – tak samo jak ciepła, deszczu, śniegu. Nie tęsknił za odczuwaniem temperatur, ciśnienia i wielu innych kaprysów pogody. Jedyne, czego mu tak naprawdę brakowało, to krople deszczu na twarzy. Wiele dałby, by móc je ponownie poczuć na skórze, zwrócić lico ku niebu, dać upust wyobraźni. W dalekiej przeszłości często wychodził z domu właśnie gdy padał deszcz. Życie bolało, strasznie go dotknęło. Deszcz był dla niego niby kąpiel oczyszczająca, która zmywała złą krew sączącą się z serca i duszy. A jeśli działo się tak, że nie mógł całkowicie zapomnieć o bólu, koił ciszą. Oczywiście deszcz, uderzając w ziemię, w dachy zabudowań, przywoływał całą kawalkadę dźwięków, lecz one nie miały nic wspólnego z życiem. W czasie deszczu życie chowa się w domach, zagrodach, norach. W czasie deszczu wszystko co żywe szuka schronienia, jak gdyby deszcz był czymś destrukcyjnym, zdolnym zgasić lichy płomień istnienia. On, spacerując w deszczu, idąc pod wiatr w najpodlejsze ulewy, nie spotykał życia, którego tak bardzo nienawidził. Liczył na to, że spotka w końcu śmierć, bo jeśli życie tak panicznie boi się deszczu, to musi mieć to jakiś związek ze śmiercią. Był martwy już za życia, więc unikał tego, co żywe, a że jego ciało zawisło gdzieś na granicy życia, śmierć omijała i jego. Czekał na to zbawienne spotkanie przez wiele dziesięcioleci. Dożył sędziwego wieku, co w tamtym okresie zakrawało wręcz na cud – górna granica wieku, do którą osiągał przeciętny śmiertelnik, wynosiła pięćdziesiąt lat. On dożył dziewięćdziesięciu.

Przez ponad siedemdziesiąt lat wychodził deszczu naprzeciw. Spacery te mógłby liczyć w tysiącach, dziesiątkach tysięcy. Powinien więc choćby mimo woli zapamiętać smak zbawiennej kropli deszczu. Teoretycznie właśnie tak powinno być, jednakże po upływie dziewięciuset lat można nawet zapomnieć, jak własne imię brzmi w obcych ustach, a samemu trzeba by je powtarzać co jakiś czas, żeby w ogóle móc je pamiętać. Pośród tylu set lat można zapomnieć wiele, nawet tak zbawienne zjawisko, jakim dla niego był deszcz.

Jeśli kiedykolwiek otrzymałby przywilej spełnienia dwóch życzeń, jedno z nich mógłby wypowiedzieć w każdym języku świata – w nocy, za dnia, o każdej porze roku, ostatkiem sił byłby w stanie wyrzec tych kilka słów. Powtarzał to życzenie co dzień, nie mając żadnej realnej szansy na powodzenie. Powtarzał je po tysiąckroć: powtarzał je, kiedy jeszcze żył, po śmierci również nie zaprzestał. Po dziś dzień szuka Boga, w każdym języku świata wzywa jego imię, w każdym języku świata prosi, by choć jeszcze raz było mu dane ją spotkać. Jeden jedyny raz, jedna rozmowa, jedno spojrzenie. Drugie życzenie dotyczyłoby deszczu, chciałby na powrót  móc odczuwać wszystko, co z nim związane.

Chwila nostalgii oddaliła jego myśli od celu wędrówki, i choć oderwanie od rzeczywistości nie trwało długo, przeszedł całą ulicę nie spoglądając ponad dachy budynków. Nie zawrócił, nawet jeśli minął się z poszukiwanym celem, z każdym następnym domem mógł dosięgnąć kolejnego.

Nie mijał się już z nikim, a może tylko nie dostrzegał obecności innych. Jego także minąłby bez słowa, bez spojrzenia, gdyby zamiast pod słupem, przysiadł kawałek dalej, gdzie przytłumione światło latarni mogłoby go nie dosięgnąć. Siedział na ziemi, z kolanami podkurczonymi pod brodę, rękoma obejmował nogi. Patrzył gdzieś w dal, zdawał się nie dostrzegać rzeczywistości – był zupełnie od niej oderwany. Wyglądał jak zbity pies, wyrzucony z domu tylko dlatego, że pogryzł nowe buty, nie tak dawno jeszcze kochającej bezgranicznie pani.

Zygmunt byłby i może przeszedł obok obojętnie, wiele temu podobnych obrazów widywał na przestrzeni dziewięciuset lat tułaczki. Mijał sobie podobnych z mniejszą lub większą rezerwą, nie spoglądał w ich stronę dłużej, niżeli wymagało tego pobieżne objęcie wzrokiem, bez wdawania się w szczegóły –  nigdy się nie zatrzymywał, nigdy nie rozmawiał. Wyznawał zasadę mówiącą, że każdy sam jest kowalem swojego losu – zarówno za życia, jak i po śmierci. Tylko najinteligentniejsi i najtwardsi mogą przetrwać w obu światach – zwłaszcza w świecie umarłych. Tym razem Zygmunt zatrzymał się. Zauważył, że skulona postać niknie, co dla duszy jest równoznaczne z końcem bytowania, lecz wcale nie ten fakt poruszył jego martwe serce – jedni umierają, a na ich miejsce zajmują kolejni, taka już natura światów.

Gdyby Zygmunt nie spowolnił kroku, zapewne nie dostrzegłby źrenic powracających z krain obłędu, skupiających się na jego osobie. Gdyby nie ta siła, której nie mógł określić ani słabością, ani litością, która w niewytłumaczalny sposób hamowała mu nogi, błagalne spojrzenie poczułby jedynie na plecach, wtedy łatwo mógłby je zignorować. Gdyby… Lecz stało się tak, że to błagalne spojrzenie uderzyło z całą siłą w ostatnią wrażliwą część starej duszy, jedyną, która mogła go zatrzymać, zmusić do rozmowy, nawet do udzielenia pomocy.

Spojrzał głęboko w zrezygnowane oczy, w najdalszych zakamarkach źrenic zauważył strach. Ale to nie ten strach pobudził do życia martwe serce starej duszy. Zygmunt dostrzegł siebie. Lecz nie było to aktualne odbicie zatwardziałej twarzy, głowy pełnej niezbędnej, praktycznej wiedzy, gromadzonej przez całe stulecia. On widział siebie, Zygmunta sprzed dziewięciuset lat, Zygmunta zagubionego w gąszczu niewiedzy, Zygmunta w sidłach strachu.

Zatrzymał się w pół kroku, całym sobą zwrócił się w stronę młodej duszy. Zygmunt wie, jak odróżnić starą duszę od młodej. Wokół młodych dusz roztacza się aura niepewności, tak jest zawsze. W przypadku tej młodej duszy dochodził jeszcze strach, który dodatkowo potęgował ową aurę.

– Co się ze mną dzieje? – spytała młoda dusza. Gdyby jej oczy były zdolne wyrażać uczucia poprzez płacz, łza ścigałaby łzę.

– Umierasz – odpowiedział Zygmunt. Młoda dusza nie mogła odnaleźć w jego głosie nuty współczucia, a niewątpliwie Zygmunt zaczynał mu współczuć, lecz lata pozbawione dialogu uczyniły jego mowę niezdolną do okazywania głębszych emocji. Sam przemawiający także to dostrzegł.

Młoda dusza zakwiliła, jak gdyby rzeczywiście była tym zbitym psem, wyrzuconym z domu za błahe przewinienie.

– Umierasz. Ponadto wiem, że już kiedyś raz umarłeś – Zygmunt dokończył zdanie, lecz nie myśl. Zbyt wiele chciałby powiedzieć od razu, przez co mógłby zasiać w młodej duszy jeszcze większy niepokój. Milcząc zastanawiał się, co dalej począć. Cisza,  wiele niewiadomych w głowie, sprawiły, że zaczął postrzegać młodą duszę jako całkowicie odrębny byt, mający z nim samym niewiele wspólnego. Jeśli ma mu pomóc, musi mówić dalej, inaczej jego serce na powrót przeobrazi się w kamień, a wtedy po prostu odejdzie, skazując niknącego na pewny koniec. Musi ponownie zauważyć w nim podobieństwo do dawnego siebie – dalsze słowa przywołają wspomnienia, niezbędne ku temu.

– Więc nikt tobie nie wytłumaczył… Tak też myślałem.

Twarz, jeszcze sekundę temu naznaczona lękiem, przemieniła się w oblicze pełne zaciekawienia. Zygmunt dostrzegł ogrom pytań ciskających się na usta młodej duszy. Nie czekał, aż zasypie go ich gradem, mówił dalej.

– Dusza ludzka żyje tak długo, dopóki trwa w pamięci żywych. Widocznie o tobie już zapomniano. Nie zamartwiaj się tym zbytnio, to najnormalniejsza kolej rzeczy. Ile czasu minęło od twojej śmierci?

– Osiemdziesiąt lat.

– Osiemdziesiąt lat… Szybko o tobie zapomniano. Zresztą od jakiegoś czasu widzę, że świat szybko się zmienia. Żyje się szybko, szybko się umiera, szybko się zapomina. O mnie pamiętano przez trzysta lat, jednakże były to zgoła odmienne czasy. W dawnych wiekach pielęgnowano pamięć o zmarłym, przekazywano historię o nim z pokolenia na pokolenie. Wspomnę jeszcze, że żyłem dziewięćdziesiąt lat. W tamtych latach było to czymś nieosiągalnym. Swojego czasu byłem człowiekiem najdłużej żyjącym, bynajmniej udokumentowanym. W wielu księgach figurowało moje nazwisko. Kiedy ludzie zaczęli dożywać dziewięćdziesięciu lat, kiedy przestało to być czymś niezwykłym, zapomniano o mnie. Czasem ktoś zajrzy do tych starych ksiąg, głośno wyczyta moje imię. Ja wtedy wiem, że tak się dzieje. Całego wypełnia mnie energia, dzięki której czuję się… – Zygmunt zamilkł, zamknął powieki, po czym przemówił nie otwierając ich. – …jak gdybym na nowo zaczynał żyć. Zapewne nawet po śmierci czułeś się, jakbyś wcale nie umarł,  tylko dalej był człowiekiem z krwi i kości. To przez pamięć żywych. I zapewne odczuwałeś wyraźnie, jak o tobie zapominano. A najdokładniej czuć to tutaj – Zygmunt przyłożył dłoń do piersi, za którą niegdyś biło serce. – To jest tak, jakby je wyrywano rozgrzanymi szczypcami.

– Dokładnie tak było – odrzekł zafascynowany słuchacz. Zygmunt dalej ciągnął swoją mowę, zdawał się w ogóle nie słyszeć wtrącenia młodej duszy.

– Czasami myślę, że śmierć zażartowała sobie ze mnie. Nie może być tak, że ktoś tak skrupulatny jak ona zapomina o jednym, nic nieznaczącym istnieniu. Myślę, że dożyłem sędziwych lat wyłącznie dlatego, że pogardzałem życiem. Piłem na umór, jadłem co wpadło mi w ręce, spałem tam, gdzie akurat alkohol zwalił mnie z nóg. Sypiałem w zaspach śnieżnych, w kałużach, leżałem oddany na łaskę południowego słońca. Prowadziłem destrukcyjny tryb życia odkąd stałem się najnieszczęśliwszym człowiekiem świata. I tak, jak niegdyś chorowałem, z chwilą, w której obumarło moje serce, nie nabawiłem się nawet kataru. Cóż za ironia losu, nie uważasz? Jakaż wielka kpina ze strony śmierci.

Wielu ludzi cieszy się z życia, wie jak właściwie żyć, jak czerpać zewsząd pełne garście szczęścia. A pomimo tego umiera w pełnym okresie rozkwitu ciała i umysłu. A człowiek, który gardził wszystkim, co żywe wiódł długą, pełną cierpienia egzystencję. Do tego jeszcze cieszył się dobrym zdrowiem.

– Dlaczego tak bardzo gardziłeś życiem? – zapytała młoda dusza.

Zygmunt sprawiał wrażenie oderwanego od rzeczywistości. Wspomnienie dalekiej przeszłości oddalało go od rozmówcy, czyniąc z niego wyłącznie słuchacza.

– Oczywiście mogłem wyjść śmierci naprzeciw… – Zygmunt zaniósł się pełnym szaleństwa śmiechem. – Ale jeszcze wtedy wierzyłem w te bajki o istnieniu nieba i piekła. Jeśli któreś z nich istnieje, to jest to wyłącznie piekło. A znajduje się ono tutaj, na ziemi. Wróćmy jednak do czasów ślepej wiary, w której pokładałem wszelkie nadzieje. Popełniwszy samobójstwo nie trafiłbym do nieba, a tylko tam mógłbym… Masz szczęście, że mnie spotkałeś – rzekła starsza dusza, porzucając nagle wcześniejszy tok wywód. – Chodź ze mną, poszukamy odpowiedniego domu.

– W nocy chowasz się po domach? Straszysz tam? – zapytała młoda dusza.

– To co robię, co my dziś razem zrobimy, jest o wiele okrutniejsze od straszenia. Jak już wcześniej wspomniałem, pamięć żywych utrzymuje duszę przy życiu. Gdy pamięć żywych przemija, dusza sama musi walczyć o przetrwanie, w przeciwnym razie zniknie. Tego właśnie doświadczasz, nikniesz, ale nie jest jeszcze za późno.

Większość dusz nie wie, jak walczyć o przetrwanie, przez co przestaje istnieć. Czy po tym życiu jest następne? Nie wiem, i nie chcę wiedzieć. Naprawdę masz wielkie szczęście, że mnie spotkałeś. Nie trwońmy czasu na rozmowy w miejscu, nie wiadomo ile go tobie jeszcze zostało.

– Łukasz, mam na imię Łukasz.

– Zygmunt. Miło mi.

Stara dusza pomogła młodej stanąć na nogi. Przez wzgląd na osłabienie Łukasza, nie mogli przemieszczać się szybko. Z wolna przemierzali ulice. Zygmunt przez cały czas kierował wzrok z lewej na prawą stronę, następnie z prawej na lewą. I tak w koło.

– Czego właściwie szukamy? Nie możemy wejść do pierwszego napotkanego domu? O, choćby i do tego – Łukasz spory wysiłek włożył w podniesienie ręki. Palcem wskazał na zaniedbany budynek. Starsza dusza zatrzymała się nagle. Z wyrozumiałością osoby mającej w zanadrzu bagaż pełen życiowych mądrości spojrzał Zygmunt na Łukasza.

– W domu, który właśnie wskazałeś, mieszkają szczęśliwi ludzie. My szukamy tych, którzy nie potrafią żyć, którzy gardzą życiem, którzy nie zasługują na nie, bądź już go nie chcą. Powiedz mi, kimże byłbym, gdybym zabijał ludzi potrafiących żyć, cieszących się z tego najcenniejszego daru? Nie mylą cię uszy. Gdy zdasz sobie sprawę z pewnych rzeczy, zrozumiesz, o czym mówię. Gdybym zabijał ludzi szczęśliwych, byłbym zwykłym mordercą.

„Zabijał”, to słowo rozdarło myśli Łukasza. Doznał dziwnego uczucia, które przypominało obrzydzenie i zgrozę wzięte w jedno. „Zabijał”, ze zwykłego słowa, znanego mu jedynie z filmów, wiadomości, słowa niedotyczącego jego osoby, przeobraziło się w potwora stojącego na wprost jego oczu. Widział upiorną twarz, która do złudzenia przypominała jego własne oblicze. Cały ociekał krwią – miał ją we włosach, na rękach, czuł jej zapach. Brzydził się swoim krwawym odbiciem. Poza tym nie potrafił wyobrazić sobie, jak wygląda śmierć zadawana przez duszę. Bał się tego, co może nadejść, rozwodził się nad przyszłością, lecz nie pozostało mu inne wyjście – musi zabijać, by samemu móc przetrwać. Zebrał myśli, do pomocy przywołał rozsądek. „Jeśli trzeba śmierci człowieka, będę zabijał”, pomyślał. Pogodził się z losem, tylko jeszcze zastanawiał się, jakie koszta będzie musiał w związku z tym ponieść. Wyrzuty sumienia? Nie zauważa ich śladu w starszej duszy, jej twarz nawet nie drgnęła, gdy usta wyrzekły słowo „zabijał”. „Może martwi nie mogą odczuwać wyrzutów sumienia? A jeśli występują one, to może należy traktować je jako symbol zwycięstwa? Wola przetrwania powinna być dla mordercy wystarczającym usprawiedliwieniem występku. Będę usprawiedliwiał się właśnie wolą przetrwania”, myślał Łukasz. Był już zdecydowany na wszystko. Ponadto znajdował coraz to nowe argumenty pozwalające słowu „zabijał” zmaleć do rozmiarów ziarnka piasku.

– Już wiem, dlaczego szukasz takich, a nie innych ludzi. Ty chcesz pomagać ludziom pragnącym śmierci, nieszczęśliwym, jak ty niegdyś.

– Jesteś bardzo spostrzegawczy. Wszystko, co rzekłeś, jest zgodne z prawdą. Zabijając, wcielam się w śmierć, w jej łaskawszą stronę. Inaczej: jeśli śmierć ma serce, jeśli jest zdolna odczuwać litość, to ja jestem tym sercem, jestem tym uczuciem, gdy odbieram życie.

Teraz sprawdzimy domostwo, które wskazałeś. To, co w nim ujrzysz, porównasz z tym, co zobaczysz w domu, którego szukamy. Jeśli martwisz się o czas pozostały tobie, to powiadam ci, abyś się nie trapił. Znajdziemy właściwych ludzi szybciej, niż mógłbyś przypuścić. Świat jest pełen nieszczęśliwych, zmęczonych życiem ludzi.

Dusze weszły na podwórze ogrodzone stalowym płotem – rdza obejmowała każdą jego część, niektóre elementy prawie w całości zostały strawione przez korozję. Elewacja budynku również nie wyglądała olśniewająco – farba dużymi płatami odchodziła od ścian, mech porastał fundamenty.

Chwilę później stali już w pokoju. Pomimo później godziny pomieszczenie tętniło życiem. Nadgryziony przez mole dywan w większej części usłany był zabawkami. Trójka dzieci – chłopczyk i dwie dziewczynki – bawiła się w najlepsze. Pierwsze oznaki snu po kolei roztwierały maleńkie usta, naznaczały oczy łzawą powłoką znużenia. Lecz dzieci ani myślały o pójściu spać. Matka stała w drzwiach prowadzących na korytarz, bez wymiernego skutku nawołując jedno po drugim.

– Jazda do łóżek! – w tonie wypowiedzi kobiety nie było śladu zdecydowania. Czułe matczyne serce nie pozwalało jej na srogość.

– Daj im jeszcze chwilę – rzekł ojciec. – Widzisz, jak się ładnie bawią? Piętnaście minut. Później to ja rozkażę tobie i sam położę dzieci spać.

Kobieta podeszła do mężczyzny. Ten wstał, objął ją w pasie, po czym pocałował. Głośne cmoknięcie poderwało trzy pary wiecznie ciekawskich oczu – skierowały się one w stronę rodziców.

– Za-ko-cha-na pa-la! Ja-cek i Bal-ba-la!

Pokój wypełniła najszczersza radość, Łukasz nigdy jeszcze nie słyszał takich dźwięków. Widział obrazy, które same w sobie były wyrazem szczęścia. Dorośli uśmiechali się do siebie, do dzieci – ku ich uciesze pocałowali się raz jeszcze.

– Zaniedbany budynek, obskurne meble, podarte ubrania… Ale wiem, że widzisz coś więcej, widzisz szczęście. Byłbyś w stanie zabić to szczęście? Zakładam, że ta rodzina nie posiada oszczędności, że żyje od wypłaty do wypłaty, że często tej wypłaty nie wystarcza im na życie. Spójrz na nich raz jeszcze i powiedz mi, kimże byłbym, gdybym zabił któregokolwiek z tych osób?

– Mordercą. Byłbyś zwykłym mordercą.

– Dokładnie tak. Widzę, że zaczynasz mnie rozumieć. Przedłużając swój byt kosztem tego szczęścia byłbym zwykłym mordercą. Teraz poszukajmy właściwego domu, wtedy zrozumiesz różnicę pomiędzy morderstwem a naturalnym pragnieniem przetrwania w zgodzie z selekcją naturalną.

Ruszyli dalej. Szli nieco szybciej, a kondycja Łukasza była coraz słabsza. Jak przedtem zdołał iść samodzielnie, tak teraz musiał wspierać się na ramieniu Zygmunta, który nadawał tempo marszu.

– Zaraz znajdziemy odpowiedni dom. Na następnym skrzyżowaniu skręcimy w prawo, w bogatszą dzielnicę. Tam powinniśmy odnaleźć ludzi nieszczęśliwych. Pieniądze tylko z pozoru dają szczęście. Opowiedz mi o tym, jak umarłeś. Jakie prowadziłeś życie?

Łukasz z wyraźnym trudem odpowiadał na pytania, jednakże z każdym wspomnieniem nabierał sił. Wróciły one także w zwiotczałe nogi. Puściwszy ramię Zygmunta, zatoczył się dwa razy – starsza dusza podtrzymała go przy obu zachwianiach równowagi. Potem obyło się już bez pomocy, Łukasz szedł samodzielnie.

– Umarłem dość szybko. Zginąłem w wypadku samochodowym, nie miałem najmniejszych szans wyjść z niego żywy – jechałem zbyt szybko. Na zakręcie wyrzuciło moje auto na przeciwległy pas, wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Z auta zostało niewiele, podobnie jak ze mnie. Moje ciało rozerwało się na setki mniejszych kawałków. Gdyby nie było pewności, że to ja prowadziłem auto – mama widziała jak odjeżdżam spod domu – musieliby przeprowadzić badania DNA, by ustalić tożsamość kierowcy. Istna masakra. Czegoś tak okropnego w życiu nie widziałem, a doznane odczucia potęgował fakt, że to byłem ja – widziałem strzępy tego, co przed chwilą było mną, sam nie byłem w stanie rozpoznać siebie.

– To musiał być dla ciebie prawdziwy szok. Widzieć siebie w takim stanie… Opowiedz o swoim życiu.

– Chcesz wiedzieć, czy załapałbym się na twoje odwiedziny? – Łukasz wydawał się być rozbawiony własnym pytaniem. Zygmunt przytaknął skinieniem głowy.

– Prowadziłem dość hulaszczy tryb życia. Alkohol, kobiety, narkotyki – chleb powszedni. Pieniędzy nie brakowało mi nigdy. Bogaci zazwyczaj są zepsuci, a zwłaszcza ci, którzy tylko trwonią je na prawo i lewo, nie przykładając ręki do ich pomnażania. Bogaci często są nieszczęśliwi. Ja nigdy nie zdawałem sobie z tego sprawy, aż do dziś. Dopiero kiedy zobaczyłem w tym biednym domu jak wygląda prawdziwe szczęście, zrozumiałem, że tak naprawdę nigdy nie byłem szczęśliwy. O tak, gdybym nie zginął w wypadku, którejś nocy na pewno zawitałbyś pod mój dach.

Mając dużo pieniędzy mogłem co dzień spać z inną kobietą. Zaliczyłem ich bardzo dużo – Łukasz sylabizował całe ostatnie zdanie. Przeciągał w czasie jego wypowiedzenie. Przemawiał z dumą. Zygmunt pomyślał, że te kobiety, które posiadł wyłącznie za sprawą bogactwa, były jedynym jego osiągnięciem w życiu – widział w tym upadek moralny.

– A ty ile zaliczyłeś panienek? – zapytał Łukasz.

– Tutaj cię zaskoczę. Jedną.

– Jedną? To niedorzeczne.

– A jednak to prawda. Kochałem ją… bardzo ją kochałem. Właśnie wkroczyliśmy w bogatą dzielnicę. Wytężaj wzrok.

– Ale czego dokładnie mam wypatrywać?

– Dom będzie otoczony czernią.

– Chyba, kurwa, żartujesz?! Jest noc. Jak mam pośród mroku zauważyć kolor czarny?

– Zobaczysz, że ta czerń rzuci ci się w oczy.

Zapadła minuta, może dwie, całkowitej ciszy z rodzaju tych ciążących, które nie mogą trwać długo.

– Kto nauczył cię walczyć o przetrwanie? Zakładam, że byłeś nieświadomy, jak ja teraz jestem. Długo błądziłeś w tym zawiłym labiryncie świata umarłych? – dopytywała młodsza dusza.

– Jestem samoukiem. Za życia byłem bardzo spostrzegawczy, i taki pozostałem po śmierci. Dzisiejsza noc do złudzenia przypomina mi zdarzenie sprzed paruset lat. Błądziłem po ulicach, byłem wystraszony, z godziny na godzinę stawałem się coraz słabszy, nieznajomość przyczyny tego stanu pogłębiała strach. Szedłem do momentu, w którym moją uwagę przykuł dom zewsząd otoczony czarną poświatą. Przeniknąłem do jego wnętrza, sam nie wiedząc dlaczego. Wtedy nie pomyślałbym nawet, że to instynkt przetrwania popychał mnie w tamtą stronę.

Wszyscy domownicy spali, zresztą noc była już w pełni rozkwitła. W erze pozbawionej elektryczności i tych wszystkich pudeł, które sobą karmi, ludzie kładli się do łóżek bardzo wcześnie. Ciemne ulice odstraszały zwykłych obywateli. Po zmroku spotykało się jedynie bandytów i prostytutki – reszta społeczeństwa obawiała się wytknąć nos poza drzwi.

Stałem przy łóżku, obserwowałem śpiącego mężczyznę. Nie potrafię jednoznacznie określić, skąd zrodziło się to pragnienie… Chciałem wiedzieć, o czym śni, przekonać się, jak bardzo zmieniły się marzenia senne na przestrzeni trzystu lat. Poza tym byłem ogromnie ciekaw pragnień ludzkich. Świat zmienił się wielce, wiedziałem także, że dalej będzie się zmieniał. Widziałem na własne oczy zachodzące przemiany, lecz nigdy nie próbowałem zagłębić się w myśli ludzkie – aż do nocy, o której teraz prawię. Skupiłem się na mężczyźnie, zastanawiałem się, o czym śni, próbowałem wyczytać to z jego twarzy. Gdy skupienie przybrało formę medytacji, byłem już w jego śnie. Tak nawiasem powiem tobie, że pragnienia ludzkie nie zmieniły się ani trochę – wciąż śnią o seksie i bogactwach.

Przebywałem w umyśle tego człowieka aż do świtu, będąc jednocześnie istotną częścią każdego ze snów. Nad ranem mężczyzna już nie żył, a ja poczułem się znacznie lepiej – w chwili, w której przenikałem mury tamtego domu, byłem w takim samym położeniu, w jakim teraz jesteś ty. Po tamtej nocy, po śmierci mężczyzny, przez miesiąc czułem się wspaniale. Z upływem trzydziestu dni ponownie poczułem się gorzej, zaczynałem niknąć, lecz już wtedy wiedziałem, jak walczyć o przetrwanie. Z tamtym dniem stałem się lepszą stroną śmierci. Nawet przypadek nie był w stanie spowodować, że mógłbym zabić niewłaściwego człowieka. Tamten mężczyzna chorował, bardzo cierpiał.

– Skąd mogłeś o tym wiedzieć?

– Powiedział mi o tym we śnie. Myślał, że to ja jestem śmiercią, że przyszedłem uwolnić go…

Zygmunt zatrzymał swoje słowa w połowie zdania, cały znieruchomiał, jego stopa zawisła w powietrzu, około dwudziestu centymetrów nad chodnikiem.

– Właśnie znaleźliśmy właściwy dom. Spójrz no na tę czerń zawisłą nad dachem. Widzisz jak przylega do ścian? Cały dom otacza czerń, tworząc coś na kształt kopuły.

– Jednak może być coś czarniejszego od nocy… Dlaczego nigdy wcześniej tego nie dostrzegłem?

– Nie patrzyłeś uważnie. Teraz zobaczysz, czym różnią się ludzie mieszkający pod tym okazałym dachem od poprzednich, ulokowanych w zaniedbanym domu.

Dom stał pośrodku wielkiego ogrodu. Wchodząc na posesję odnosiło się wrażenie, że odgradza ją od reszty świata niewidzialna granica, po przejściu której wkracza się do świata bajek. Drzewa cytrynowe, bananowce, palmy, egzotyczne kwiaty. Zygmunta zadziwił stan flory, poruszył fakt, że rośnie w klimacie zupełnie niesprzyjającym ich rozwojowi. Gdyby Zygmunt mógł odczuwać bodźce zewnętrzne, na własnej skórze poczułby gwałtowną zmianę temperatury. Działo się tak za przyczyną specjalnego systemu grzewczego. Instalacja była rozmieszczona ledwie dziesięć centymetrów pod powierzchnią ziemi, na terenie całej posesji. Dzięki owej instalacji grzewczej egzotyczna fauna mogła utrzymywać się przy życiu.

Nie potrzeba było duszom niczego więcej, jak wzroku, by mogli pojąć ogrom bogactwa i przepychu właścicieli. Ogrodzenie tworzyły stalowe winorośle – liście i grona owocu do złudzenia przypominały prawdziwe. Poza tym drzewa, cała egzotyczna roślinność, której nie uraczysz nigdzie indziej, jak we właściwym im klimacie, chyba, żeby spełnić określone warunki, które na tej szerokości geograficznej, zdawałoby się, mogły zapewnić jedynie ogrody botaniczne. Ścieżka dzieliła posesję na dwie części, a tworzyła ją kostka brukowa koloru złota. Nie uraczyłoby się na niej ziarna piasku, jej błyszcząca powierzchnia odbijała blask nocnego nieba – księżyc z góry spoglądał na swoje nieskazitelne oblicze. Ścieżka prowadziła pod same drzwi wejściowe budynku. Dom wydawał się być wielki, i taki był w rzeczywistości. Za duży nawet dla rodziny z dziesięciorgiem dzieci, babcią, dziadkiem, wujkiem i ciocią.

– Dostrzegasz pierwsze różnice? Będzie ich więcej.

Młoda dusza milczała, patrzyła na dom z pewnego rodzaju zachłannością. Zygmunt wyłapał ten błysk rozjaśniający źrenice Łukasza, który był wyrazem ożywienia myśli i ducha. Ten dom musiał przynieść z sobą jakieś wspomnienia, stara dusza była niemalże pewna, że za chwilę dowie się, jakaż to myśl wprowadziła ogrom poruszenia w niknącą postać.

– Wchodzimy. Wyglądasz coraz słabiej – rzekł Zygmunt, co było zgodne z prawdą. Łukasz z upływem każdej minuty niknął coraz bardziej, był już niemalże przezroczysty. Jednakże jakaś tajemnicza energia emanowała z każdej części twarzy młodej duszy, co sprawiało, że na przekór niknięcia wyglądał bardzo żywo.

– Kiedyś mieszkałem tutaj. To było tak dawno, przed wieloma zmianami, jakie zaszły od dnia mojej śmierci, że zapomniałem, że nie poznałem miejsca, w którym spędziłem dzieciństwo. Ten bruk – Łukasz wskazał ręką na ścieżkę – był kiedyś ścieżką wysypaną białym kamieniem. Za mojego życia w ogrodzie nie rosły kwiaty, tym bardziej fikuśne drzewka. Cały ten teren porastały wiekowe drzewa, osiedle powstało wewnątrz dębowego lasu. Dasz wiarę, że nie wycinano więcej drzew niżeli było to konieczne pod zabudowę domu, dojazdu do niego i ewentualnie parkingu dla kilku aut? Stare drzewa, bardzo stare. Ich korony skutecznie przesłaniały słońce, co latem tworzyło z tego miejsca prawdziwy raj. Pojedyncze promienie odnajdywały małe przesmyki pomiędzy gałęziami. Światło wąską strugą padało na trawę. Wyobraź sobie setki takich promieni, niby serpentyny, i siebie tańczącego pośród nich. Teraz już nie ma tych drzew, nawet ślad po nich nie pozostał, wszystko wygląda inaczej.

Te dwie kolumny, podtrzymujące zadaszenie tarasu, przypomniały mi szczeniackie lata, lecz dopiero gdy stanąłem przed tymi drzwiami, gdy ujrzałem wyrzeźbione na ich powierzchni motywy z mitologii greckiej, uświadomiłem sobie, że to właśnie jest mój dom rodzinny.

– Chcesz tam wejść? Jesteś tego pewien? Te mury mogą skrywać w sobie ludzi, w których płynie krew twojej rodziny, twoja krew.

– Wątpliwe – odparł Łukasz. „A jeśli nawet, to nie chcę o tym wiedzieć”, dodał w myślach. Instynkt przetrwania przemawiał coraz głośniej, zagłuszał wątpliwości, rozkazywał wręcz.

– Dobrze. Wchodzimy do środka.

Przeniknęli przez drzwi, znaleźli się w korytarzu, który swym rozmiarem dzielił dom na cztery części. Korytarz układał się w kształt krzyża o równych ramionach. Ściany pokrywała dębowa boazeria, deski, którymi wyłożona była podłoga, pochodziły z tegoż samego gatunku drzewa.

– Już teraz wiemy, co stało się z drzewami – rzekł Zygmunt. – Strasznie tu cicho, domownicy zapewne już śpią. Chodźmy poszukać ich sypialni.

Przenikali przez ściany wielu pomieszczeń, w korytarzu nie pojawiali się już praktycznie w ogóle – chyba, że przyszło im przejść do przeciwległego skrzydła budynku. Zwiedzili jadalnię i ogromny salon, który obejmował prawie jedną czwartą domu. W swych poszukiwaniach zajrzeli także do kuchni, małej biblioteczki i całego szeregu pokoi gościnnych, ze starannie zasłanymi łóżkami i skromnym umeblowaniem.

Zygmunt wyczuł życie, gdy tylko przeniknął przez mury domu – mógłby od razu skierować się do właściwego pomieszczenia. Jednakże tam znajdowali się dorośli, zaś Zygmunt poszukiwał dzieci, a one wysyłają znacznie słabsze sygnały, informujące dusze o ich bliskości. Szukał dzieci, ale w żadnym wypadku po to, by je zabić – nigdy nie skrzywdził dziecka. Jeśli w tym domu odnajdzie małych ludzi, porozmawia z nimi, wypyta o rodziców, o więzy łączące ich z nimi. Dzieci podczas snu odpowiadają na każde zadane pytanie, udzielają szczerych odpowiedzi. Jeśli tata czy mama bije, dziecko nie skłamie – podczas snu nie obawia się kary, nie czuje strachu. Jeśli w domu zamieszkałym przez nieszczęśliwych dorosłych żyją szczęśliwe dzieci, Zygmunt po prostu odchodzi, by poszukać innej ofiary. Tutaj nie spotkał dzieci, choć podczas obchodu znaleźli się w pokoju, który kiedyś musiał należeć do dziecka. Znajdowała się w nim kołyska, łóżeczko z baldachimem, regały wypełnione maskotkami. Istniała jeszcze jedna możliwość – maleństwo mogło spać z rodzicami, dlatego pokój stał pusty. Lecz było to mało prawdopodobne, gdyż cały dom wypełniało zło i smutek. W tym małym pokoju znajdowało się największe skupisko smutku i zła, ze znaczną przewagą pierwszego uczucia. Wiele łez widziały te ściany, tego Zygmunt był pewien.

Sypialnia kobiety i mężczyzny usytuowana była w prawej części budynku. Niewielki metraż przesycony był zapachem kobiecych perfum. Choć dusze są pozbawione zdolności odczuwania zapachów, mogą się nauczyć je dostrzegać poprzez kolory. Umarli mają wrażliwe źrenice, widzą znacznie więcej niżeli mogli dostrzec za życia. Kobieta użyła perfum o zapachu jaśminu, świadczyła o tym różowa mgiełka unosząca się w powietrzu.

Ciemność rozjaśniało delikatne światło małych żarówek, wmontowanych w każdą półkę regału z kryształami. Szkło, jeśli stało blisko krawędzi, potęgowało efekt oświetlenia. Młoda i stara dusza rozglądały się po pokoju. Ściany przyozdabiały obrazy malarzy, zapewne współczesnych twórców. Zresztą wszystko, co znajdowało się w pomieszczeniu, miało ścisły związek z teraźniejszością. Zygmunt szukał choćby cienia czasów minionych, jakiejś cząstki dawnej kultury. Dom skrywał w sobie wiele starych artefaktów, lecz sypialnia nie opiewała w żaden z nich. Za sprawą właścicieli pozbawiona przeszłości, za przyczyną dusz – przyszłości.

Jedną ze ścian w całości pokrywała rozsuwana szafa z wielkim lustrem. Zygmunt wpatrywał się w jego powierzchnię. Miał cichą nadzieję – jak za każdym razem gdy spoglądał w cokolwiek, co było zdolne odbić przeciwległy obraz – zobaczyć swoje oblicze. Bardzo był ciekaw tego, jak wygląda, zastanawiał się, czy przypomina starca, którym był w momencie śmierci, czy też może odzyskał rysy nastolatka. Widział wiele rzeczy odbitych przez taflę szkła – regał z kryształami, wielki obraz przedstawiający nagą kobietę, wiszący tuż za nimi, lecz nie dostrzegał ani siebie, ani Łukasza.

Odwrócił wzrok od tafli szkła, zbliżył się do łóżka. W czerwonej pościeli spał mężczyzna, po drugiej stronie kobieta. Byli zwróceni do siebie plecami, z ciałami umiejscowionymi na skrajach łóżka. Zygmunt wyczuł siłę odpychającą ich od siebie. Pomiędzy dwoma ciałami dało się wyczuć niechęć, odrazę, lecz najbardziej wyczuwalna była nienawiść, jaką kobieta wysyłała każdą cząstką siebie w stronę mężczyzny. Zygmunt podszedł do niej. Spojrzał najpierw na nią, później na stolik – na blacie, obok lampki nocnej, leżała obrączka. „Wiec mamy do czynienia z małżeństwem”, pomyślał.

Przyglądał się kobiecie z udawanym spokojem, trudno było mu opanować drżenie rąk. „Jest taka podobna…”, urwał myśl w połowie. „To niemożliwe, to nie ona”, dopowiedział. Zmęczone rysy twarzy kobiety wskazywały, że ma za sobą ciężki dzień, ciężki tydzień. Ale równie dobrze całe jej życie mogło być wielkim bagażem trosk, co w opinii Zygmunta było wielce prawdopodobne. Na delikatnej skórze lica malował się smutek, nawet sen nie przynosił jej ukojenia. Wyglądała na znacznie starszą niżeli była w rzeczywistości. Zygmunt na podstawie skóry na szyi ocenił jej wiek na trzydzieści lat. Natomiast ułożenie brwi, układ ust, podkrążone oczy z nienaturalnymi zmarszczkami wokół nich wskazywały na czterdzieści, czterdzieści pięć wiosen na karku. Jednakże Zygmunt wiedział, że skóra nigdy nie kłamie. Zauważył także, że poduszka była mokra od łez.

Zygmunt pogładził dłonią włosy kobiety. Ta poruszyła nieznacznie głową, niewątpliwie za sprawą dotyku. Pochylił się nad nią, zatrzymał usta tuż przy jej uchu, po czym zaczął szeptać, nie przestając głaskać blond włosów.

– Dlaczego płakałaś? – zapytał.

Nagle twarz kobiety przybrała inny wyraz, łzy poczęły wylewać się zza zamkniętych powiek. Słowa przerywane łkaniem zaczęły wypływać z drżących ust.

– Moje dziecko…

– Co z nim? Nie ma go tutaj.

– Ono nie żyje. Moja mała córeczka…

– Wszystko będzie dobrze, teraz uspokój się. Najdalej jutro spotkasz się ze swoją córeczką. Obiecuję, że tak się stanie.

Zygmunt cofnął dłoń, zaś kobieta, zupełnie już odmieniona na twarzy, zapadła w głęboki sen. Uśmiech przeobraził ją w prawdziwie piękną kobietę, skóra wokół oczu wygładziła się – zmarszczki znikły. Zdało się obu duszom, że powróciła do czasów, gdy żyła jej córka.

– Ona już od dawna chce umrzeć – rzekł Zygmunt. – Od bardzo dawna. Umarła z chwilą utraty dziecka.

– Zupełnie jak ty niegdyś, gdy straciłeś ukochaną kobietę.

– Masz rację, przyjacielu. Teraz musimy dowiedzieć się czegoś o mężczyźnie.

– Czy będziesz rozmawiał z nim, jak z tą kobietą?

– Nie, z nim nie da się rozmawiać. Jego serce jest przepełnione złem. To zło płynie w jego żyłach wraz z krwią, karmiąc niegodziwością każdą komórkę jego ciała. Jako umarli, możemy rozmawiać z żywymi wyłącznie podczas ich snu. To pierwsza zasada. Drugim czynnikiem jest natura człowieka – musi mieć czyste serce, mówiąc krócej – być dobrym. Dlatego możemy rozmawiać z każdym dzieckiem, one posiadają nieskazitelnie czyste serca, bez wyjątku. Natomiast dorośli nie zawsze. Z tym człowiekiem na pewno nie porozmawiamy. Musimy go obudzić, wtedy przekonamy się, jaki jest naprawdę.

Zygmunt cofnął się do regału z kryształami, wyciągnął rękę ku najwyższej półce, pochwycił dłonią wielki półmisek i bezceremonialnie strącił go na podłogę. Grube szkło nie zdołało oprzeć się twardemu podłożu. Z chwilą zderzenia z podłogą naczynie rozpadło się w drobny mak. Towarzyszył temu potępieńczy hałas – porwał on ciszę nocną w swe szpony, rozdarł na strzępy, po czym odrzucił w najdalszy kąt.

Zygmunt nie okazywał najmniejszych oznak zdenerwowania. Był opanowany, jak gdyby robił to już setki razy. Łukaszowi los nie oszczędził nerwów, był niespokojny, coś na kształt tremy wprowadzało burzowe chmury w jego myśli. Jednakże było też coś, co łączyło z sobą obie dusze. Oczekiwanie. Stali w miejscu, mniej i bardziej cierpliwie wyglądali dalszego rozwoju wydarzeń.

– Co to, kurwa, było? – krzyknął mężczyzna. Ciskał przekleństwami już z chwilą otwarcia powiek. Nim zeskoczył z łóżka na podłogę, wyrzucił z siebie całą serię obelg. Strach narastał w mężczyźnie, a każde przekleństwo było tego świadectwem. Biegiem rzucił się w stronę włącznika światła. Uderzywszy w niego pięścią, rozświetlił wszystkich pięć żarówek żyrandola. Intensywne światło poraziło blaskiem jego rozespane źrenice. Wściekle mrużył oczy, żałował, że nie zapalił nocnej lampki – jej światło byłoby bardziej przyjazne. Prócz hałasu, przeklinał jeszcze ten gwałtowny przypływ adrenaliny, nakazujący mu działać szybko i stanowczo, lecz także i bezmyślnie.

Kobieta wybudzała się powoli, jakby już nic i nigdy nie było w stanie wprowadzić do jej serca strachu. Powoli odrywała głowę od poduszki, równie leniwie otwierała powieki. Charakteryzował ją spokój, który wobec gwałtu dokonanego na ciszy nocnej nie powinien mieć racji bytu. Gdzieś poza światem realnym przebywały jej myśli. W zasadzie całe wnętrze kobiety – dusza, serce, uczucia skrywane przed światem – wybyło gdzieś daleko, nie tylko poza mury tej sypialni, czy też za ogrodzenie domu, lecz poza granice normalności, gdzie dla niej normalność stanowiła przemoc, jakże często wymierzona w jej osobę. Tylko ciało, obojętne na otoczenie, słuchało przekleństw ciskanych przez męża – obce, dalekie, na równi znienawidzone z barwą głosu, włosami, zapachem, dłońmi co dzień kładącymi się na jej ciele. Patrzyła, jak ten obcy i daleki mężczyzna, tak dobrze jej znany, miota rękoma niby wróbel skrzydłami, gdy pragnie wzbić się w powietrze. Oczy miał zaczerwienione, jakby ta złość doprowadziła do wrzenia jego krew. A cały ambaras wywołał rozbity kryształ. Śmiała się głośno, już nie w duchu wyrażała swoje rozbawienie. Miała w nosie ten kryształ, gdzieś tego mężczyznę.

Czuła się dziwnie, ten spokój, którego nic i nikt nie był w stanie zakłócić sprawiał, że była szczęśliwa. Od dziesięciu lat nie zaznała odrobiny szczęścia. Z chwilą, w której umarła jej córeczka, nie próbowała szukać ani szczęścia, ani spokoju. Śmiała się nie tylko z męża i jego bezsensownej złości. Śmiała się jak ktoś, kto przez zupełny przypadek znalazł coś, o istnieniu czego już od dawna nie pamiętał, co zgubił całe wieki temu, i choć to coś powinno być mu niezbędne do życia, nauczył się istnieć bez tego. A teraz śmieje się, pytając siebie, jak dał radę żyć bez tego, jak mógł zapomnieć o tym, jednocześnie mając pewność, że to coś będzie już zawsze przy nim.

Zanim dźwięk tłuczonego szkła i przekleństwa męża obudziły ją, spała, tego była absolutnie pewna. Nikt nie mógł jej niczego obiecać, a pomimo tego każdą cząstką siebie – przesadnie przygładzonymi włosami, myślą, każdym calem skóry i włosem z niej wyrastającym, wyczuwała złożoną obietnicę.

Dotknęła okolic oczu, były mokre od łez. Odnalazła ich ślady także na policzkach. Płakała, co często się jej zdarzało w przeciągu ostatnich dziesięciu lat, lecz nie pamięta, by kiedykolwiek płakała przez sen. Tak, tego była absolutnie pewna. Łza zabłąkana na rzęsie opadła, gdy gwałtowniej mrugnęła powieką, i wpadła wprost w otwartą dłoń, opartą na kolanie. Przestała się śmiać, dłoń przycisnęła do piersi. „Nie będę już więcej płakać”, pomyślała. Dziwne przeczucie podpowiadało jej, że właśnie tak już będzie, że ta łza zamknięta w dłoni jest ostatnim namacalnym dowodem smutku. Nie będzie już łez, nie będzie już smutku, jak i czegoś jeszcze, czego w tamtej chwili nie potrafiła sprecyzować, lecz wiedziała, że dokonanie niewiadomej to tylko kwestia czasu, krótkiego czasu.

– O co robisz tyle hałasu?! O głupi kryształ?! Stać cię na całą fabrykę tego gówna, a ty lamentujesz nad jednym… – kobieta nie dokończyła zdania. Mężczyzna dopadł do niej, wymierzył siarczysty policzek. Głowa kobiety przekręciła się w prawą stronę, jednakże ani siła ciosu, ani ból, który musiał mu towarzyszyć, nie zrobiły na niej najmniejszego wrażenia.

Wiele razy była bita, lecz nigdy nie zdołała przyzwyczaić się do razów. Zawsze posłusznie przyjmowała każdy cios, nie podnosząc głowy, łkając niemo. Jednakże tamtego wieczoru podniosła głowę, z dumą spoglądając w twarz oprawcy. W jej oczach nie można było odnaleźć choćby śladu strachu. Nawet nienawiść, uporczywie żywiona i pielęgnowana przez wszystkie lata małżeństwa, gdzieś się ulotniła. Tylko cicha pretensja z przeszłości, skrywana przez dziesięć lat, urastała z wolna w jej gardle. Gdy owa pretensja osiągnęła rozmiar, którego już nie dało się utrzymać w sobie, zaczęła krzyczeć. Lecz nawet ten krzyk był pozbawiony złości, gdyż nią wcale nie był – cicha pretensja musiała w końcu stać się głośnym wyrzutem.

– Wiem, że to ty ją zabiłeś! Ona nie spadła łóżka! To ty ją skatowałeś! Ty gnoju! Policja też o tym wiedziała! Sąd także! Ty skurwielu, gdyby nie twoje pieniądze, gniłbyś teraz w pierdlu, co noc posuwany w dupę!

– Zaraz pokażę tobie, kto kogo posunie w dupsko!

– Widzisz, ona już nie chce żyć, a on na życie nie zasługuje. Trafiliśmy do właściwego domu – rzekł Zygmunt.

Stara dusza beznamiętnie wpatrywała się w scenę gwałtu. Jeśli gdzieś dotykał Zygmunta ten potworny obraz, to musiało dziać się to głęboko w jego wnętrzu – tam, gdzie nie dosięgał wzrok Łukasza. Natomiast Łukasz rwał się, by pomóc kobiecie. Próbował chwycić mężczyznę, lecz okazało się być to nadaremnym wysiłkiem – jego ręce nie były zdolne zatrzymać się na jakiejkolwiek części ciała żywego człowieka.

– Możemy dotykać ludzi gdy śpią, wyłącznie dotykać – rzekł Zygmunt.

– Ale ty zwaliłeś kryształ z półki.

– Owszem, ale wyłącznie dlatego, że to martwy przedmiot. Nie mógłbym nim rzucić. A żeby nauczyć się przesuwać przedmioty potrzeba wielu lat treningu – Zygmunt podszedł do Łukasza, położył rękę na jego ramieniu.

– Gdy zaśnie, uduszę go.

– Nie dasz rady. Prędzej sam zginiesz z wyczerpania. Poza tym nie odstąpię ci kobiety, ona jest moja. Jeśli chcesz umrzeć, twoja sprawa. Ale pamiętaj, że w czasie snu możesz go uśmiercać tyle razy, ile tylko zechcesz, aż do świtu – wystarczy, że wkradniesz się do jego  snu.

– Jeśli tylko zechcę, on może umierać choćby i tysiąc razy?

– Jeśli starczy tobie nocy, tak.

Tajemniczy uśmiech zagościł na twarzy młodej duszy, która wycofała się pod regał z kryształami. Łukasz wciąż był niespokojny, lecz już znacznie mniej porywczy.

– Teraz musimy poczekać, aż to się skończy i zasną. Scena, która rozgrywa się na naszych oczach nie ma nic wspólnego z miłością. Jest to wyłącznie brutalny akt przemocy, zniewolenia, upokorzenia.

– Mężczyznę spotka zasłużona kara – wtrącił Łukasz. – Właściwie dlaczego wspominasz o czymś tak oczywistym?

– Obrałem sobie zły wstęp dla przemowy. Wybacz. Może zacznę zupełnie inaczej. Za życia, a zwłaszcza pośród niekończącej się tułaczki umarłego, napatrzyłem się na miłość ciała, na zaspokojenie zwierzęcych potrzeb. Nawet nie zwierzęcych, nie można ubliżać zwierzętom, do bezmyślnego obcowania popycha je natura, potrzeba przedłużenia gatunku. Tymczasem ludzie parzą się z sobą z czystej potrzeby chuci. To jest straszne.

Kochałem kiedyś, kochałem jak nikt wcześniej, kochałem jak nikt później. Kochałem tak mocno, że gdyby miłość dawała władzę, rządziłbym światem. Lecz miłość jest jak człowiek uzbrojony w kij, stojący naprzeciw człowieka dzierżącego topór – człowiek z toporem jest uosobieniem życia. Jak myślisz, kto wygra, gdy tych dwoje zetrze się z sobą? Miłość przeważnie przegrywa w starciu z życiem. A jeśli miłość okazuje się jakoś walczyć z życiem, mieć nad nim przewagę, z chwilą śmierci ukochanej osoby zdajesz sobie sprawę z jej bezużyteczności.

Ona umierała na moich rękach. Ostatnie jej spojrzenie było utkwione we mnie. Z jej ust scałowałem ostatnie tchnienie życia. Rodzina miała ją wydać za mąż za jakiegoś szlachcica. Była piękną kobietą, niejeden gotów był oddać za nią życie.

Zmarła na zapalenie płuc. Kilka dni przed ślubem wybiegła z domu. W największą ulewę błąkała się po ulicach, dopóki deszcz nie przestał padać. Przyszła do mnie by umrzeć, a ja nic nie mogłem zrobić, jak tylko czuwać przy niej. Miłość ukoiła jej cierpienia, pozwoliła zachować trzeźwy umysł pomimo wysokiej gorączki. Umierała, lecz w przekonaniu, że wiodła w pełni szczęśliwe życie. Była blisko mnie po sam kres życia, zupełnie tak, jak przyrzekła, będąc już pewną wielkiej miłości, jaka połączyła nasze istnienia na dwa lata przed ową tragedią.

– Nie mogliście uciec?

– Nie. Czasy były wtedy inne. Stanowisko rodziny było rzeczą świętą, a zwłaszcza wola ojca. Nie do pomyślenia był sprzeciw, jakąkolwiek formę buntu skórzany pas dusił w zarodku. Zresztą kiedyś wychowywano dzieci w atmosferze posłuszeństwa i czci.

– Ona jednak sprzeciwiła się.

– Tak, postawiła na swoim i zapłaciła za to najwyższą cenę, której była świadoma od samego wyjścia z domu w ten ulewny wieczór. Nie mogła inaczej postąpić, jak zbuntować się i umrzeć.

Zawsze była wielce pomocna i życzliwa. Nigdy nie zazdrościła, uśmiech tylko w przypadku wyjątkowych nieszczęść schodził jej z twarzy. Przez te wszystkie lata w mojej pamięci zatarło się wiele obrazów, wiele twarzy straciło wyraz, nawet moje własne oblicze. Dzięki imionom, tej szczątkowej tożsamości, nie stały się one mglistym wspomnieniem. Zapomniałem wiele, jednak jej twarz, każde słowo, wspomnienia z nią związane, to wszystko żyje we mnie, w tym martwym sercu, które nigdy nie nauczyło się jej nie kochać, choć uparcie tego próbowało.

Zapadło milczenie, pełna rozpaczy cisza, o sile zdolnej przyćmić każdy dźwięk, każdy kolor i obraz. Tym, co w tamtej chwili przesłaniała, był akt okrucieństwa rozgrywający się na oczach dusz. Jednocześnie ta sama cisza zdawała się opowiadać nieszczęśliwe dzieje Zygmunta. Niemy narrator oddawał cały tragizm dopiero co opowiedzianej historii. Cisza nagle przerwała swą opowieść. W jednej sekundzie świat z powrotem nabrał właściwych kolorów, widziane obrazy przestały być zniekształcone, stały się wyraziste, dźwięki we właściwej formie dobiegały do uszu obu dusz. Ponownie mieli przed oczyma kobietę zaciskającą zęby na poduszce, bierną wobec okrucieństwa, a jednak w jakiś sposób górującą nad nim. Słyszeli sapanie mężczyzny, widzieli twarz oblaną czerwienią zmęczenia.

– Po zabiciu człowieka przeżyjesz miesiąc. Po upływie tego czasu musisz zabić następnego. Gdy nastanie świt, rozstaniemy się, zbyt długo wędrowałem sam, twoja obecność mi ciąży. Jestem typem samotnika, a ty jesteś pierwszą duszą, z którą rozmawiam tak otwarcie, a to mnie martwi. Może i dusza, jak żywe ciało, starzeje się, może jestem już zbyt zgorzkniały na towarzystwo. Dzięki tobie wyrzucam z siebie cały żal, wszystkie bolączki serca. Jest mi z tym dobrze, już dawno zapomniałem, jak oczyszczająca może być rozmowa. Zaczynam też dociekać przyczyn mojej niechęci do jakiegokolwiek towarzystwa, jak i powodów wylewności. Nie chcę znać przyczyny tego stanu, gdyż może się okazać, że rzeczywiście jestem już stary. Im dłużej będziesz przy mnie, tym intensywniej będę doszukiwał się tego źródeł. Już raz byłem stary. Ciesz się, że nie zaznałeś zniedołężnienia ciała i umysłu. Wolę żyć w niewiedzy.

Zanim na powrót stanę się zgorzkniały, zanim ponownie zamknę w sobie wspomnienia, nim ukryję je przed światem, przed tobą, pozwól, że jeszcze o czymś tobie opowiem. Na pewno wiesz czym jest dżuma, chyba nie muszę opisywać tej straszliwej choroby. Byłem świadkiem wielkiej epidemii dżumy. W tamtym okresie pochłonęła ona miliony istnień, zarówno żywych, jak i umarłych. Byłem już wtedy martwy, widziałem ogrom tragedii po obu stronach życia. Setki trupów leżały na ulicach. Dzieci obejmowały martwych rodziców w nadziei, że to tylko sen zmorzył ukochaną mamę, ukochanego tatę. Patrzyły na wykrzywione cierpieniem twarze, czekały całymi dniami na wybudzenie rodzica, aż w końcu śmierć przychodziła i po nie. W tym samym czasie dusze rodziców bezskutecznie próbowały objąć dzieci, z rozpaczą patrzyły na ich powolne umieranie. Całe ulice były wyściełane ciałami, żywi musieli stąpać po ciałach w mniej lub bardziej zaawansowanym stopniu rozkładu. Gnijące mięso przywierało do bosych stóp, obrzydliwy widok. Dziękuję, nie wiem komu, za to, że dusze  nie mogą wyczuwać zapachów, lecz mogłem sobie wyobrazić ten potworny smród. Przebywałeś kiedyś w pobliżu padliny? Jeśli tak, to pomnóż ten odór razy tysiąc. Miasta, wsie, spowijała zielona mgła, najstraszliwszy kolor, jaki w życiu widziałem. Zielona mgła to nic innego, jak odór rozkładających się ciał, widmo tragedii, która zdawała się nie mieć końca. Dżuma była niczym krwiożerczy potwór, którego głód wydawał się być nie do zaspokojenia. Patrząc na ten cały ogrom nieszczęść, odnosiłem wrażenie, że mgła ustąpi dopiero, gdy cała ludzkość padnie trupem.

Widziałem umierających ludzi, a później te same twarze konające po raz drugi. Dżuma zbierała okrutne żniwo. Kładła pokotem całe rodziny, wsie, miasta. Nie było żywych, którzy mogliby pielęgnować pamięć o zmarłym. Umierali żywi, umierały dusze. Podwójna tragedia, nie sądzisz?

Do dziś nie potrafię powiedzieć, która śmierć – żywego człowieka, czy też jego duszy – była bardziej okrutna. Ludzie jeszcze za życia ulegali rozkładowi, bardzo cierpieli. Natomiast po śmierci ich oblicza były przepełnione strachem, może nawet to nie był strach, a coś o wiele gorszego – nigdy wcześniej, ani później, nie widziałem czegoś podobnego. Dusze wyglądały tak, jakby doświadczały większego bólu niżeli podczas powolnego umierania za życia. Cierpieli zwłaszcza dorośli, po jednej, jak i po drugiej stronie. Patrzyli z boku na cierpienie swoich dzieci, najstraszniejszym dla człowieka, i dla duszy, jest oglądanie śmierci własnego dziecka, a jeszcze gdy dochodzi do tego tak okrutna śmierć… – Zygmunt głośno westchnął. – Nie mogę dalej o tym mówić. Pozostaję całkowicie bezsilny wobec tego wspomnienia.

Próbowałem pomóc duszom, lecz nie mogłem zrobić nic. Jeszcze wtedy nie wiedziałem wiele o życiu po śmierci, o walce o przetrwanie. W zasadzie to dżuma nauczyła mnie najwięcej o życiu po śmierci.

Gwałt dobiegł końca. Mężczyzna leżał po swojej stronie łóżka. Żyły na jego szyi uwydatniało podwyższone tętno, przyśpieszony oddech nie dawał się ujarzmić. Oczy miał zamknięte, usta na wpół otwarte. Niebawem zmęczenie miało wziąć górę nad ciałem, wciąż wyraźnie pobudzonym. Zaś jego umysł, już zupełnie odrętwiały, zapomniał, z jakiej przyczyny doświadczył gwałtownej pobudki.

Kobieta nie od razu ułożyła się do snu. Udała się do łazienki. Długo zmywała z siebie pot mężczyzny, każdy fragment skóry, jakiego poważył się dotknąć, szorowała aż do zaczerwienienia – w niektórych miejscach pojawiła się krew. Krocze oczyściła z nasienia. Koszulę nocną, splamioną potem męża, spermą i śliną, wyrzuciła do kosza na śmieci. Nagie ciało okryła dopiero w sypialni. Mężczyzna już wtedy spał.

Ugniatała poduszkę, wygładzała pościel, czego nie miała w zwyczaju robić, gdyż przeważnie kładła się i po prostu zasypiała, bądź próbowała zasnąć. W tamtej chwili przypominała ptaka wijącego gniazdo. Ptaka, który jest już za stary, by znosić jaja i wychowywać potomstwo, za stary, by dalej żyć. Zygmunt słyszał o gatunku nielota, zamieszkującego Australię, który pod koniec życia wije dla siebie pośmiertne gniazdo. W nim ostatni raz pokłada się do snu, w nim też umiera samotnie. Kobieta w swych poczynaniach bardzo przypominała tego ptaka.

Zygmunt próbował odnaleźć na jej twarzy piętno gwałtu. Zarówno twarz, jak i ciało było pozbawione śladu cierpienia i przemocy. Wesołość przebijała się poprzez każdy gest, spojrzenie utkwione w ścianie, tudzież innej części pokoju. Zygmunt przeczuwał, że nawet gdyby poinformował ją o tym, że to posłanie będzie jej ostatnim – łożem, na którym spotka śmierć, i to w dodatku nim słońce w pełni wzejdzie – nie rzuciłby tym cienia smutku na tę wesołość.

– Skup się teraz. Myśl tylko o mężczyźnie, a po chwili znajdziesz się w jego śnie. Nie miej wyrzutów sumienia, one są tylko zbędnym balastem obydwu żywotów. Widziałeś przecież, co zrobił tej kobiecie. Zniszczył jej życie, zabił własną córkę. On, jak mało kto, zasługuje na śmierć. Skup się i zgotuj mu najokrutniejszy koniec żywota, jaki mogłaby zrodzić ludzka wyobraźnia. Pamiętaj, że w jego głowie to ty jesteś panem snu, możesz zrobić wszystko, absolutnie wszystko.

Zygmunt nie miał pewności, że Łukasz właściwe wprowadzi w życie pośpiesznie wykładaną naukę. Nigdy z nikim nie dzielił się swoją wiedzą. Sam szybko potrafił wkraść się w marzenia senne śpiących ludzi, ale czy właściwie przekazywał to, co w sposób instynktowny powtarzał każdego miesiąca, przez kilkaset lat?

Łukasz wypiął pierś do przodu, jak gdyby nabierał powietrza w płuca. Wyimaginowany oddech dodał mu animuszu. Wszystkie myśli nakierował na mężczyznę. Wielkie skupienie ułożyło mięśnie twarzy Łukasza w wyraz iście stoicki. Przymknął powieki, a gdy je otworzył, był już we śnie mężczyzny.

Łukasz znalazł się w ogromnej komnacie starożytnego zamczyska. Pośrodku niej stało wielkie łoże, otoczone przez dwadzieścia dziewięć kobiet – wszystkie były nagie. Chude, pulchne, czarne, żółte, białe, latynoski. Blondynki, rude, brunetki. Każda z nich piękna na swój sposób. Na przykład ruda miała włosy przypominające żywe płomienie i bladą skórę, jak kartka papieru. Murzynka nosiła na głowie dredy, była uposażona w bujne piersi i ogromne pośladki. U każdej z kobiet Łukasz odnajdywał coś tak wielce urzekającego, że gdyby miał określić, która podoba mu się najbardziej, której pragnie ponad wszystkie, stałby niezdecydowany, błądząc oczyma po piersiach, pośladkach, udach, zaglądając głęboko w oczy, dotykając każdej z osobna, zastanawiając się, której nadałby miano najpiękniejszej. Noc dobiegłaby końca, nim którakolwiek z kobiet wysunęłaby się choćby na milimetr przed szereg, w którym zostałyby ustawione dla lepszego porównania. Takie właśnie były kobiety – każda inna, a jednocześnie tak samo urzekająca, jak reszta.

Łukasz podszedł bliżej zamkniętego przez kobiety kręgu – dłońmi utorował sobie miejsce między pulchną pięknością, o ogromnych szmaragdowych oczach, a szczupłą Azjatką drobnych kształtów. Uzyskał wgląd na łoże, które było ośrodkiem centralnym snu.

Przeraźliwie chuda blondynka siedziała okrakiem na mężczyźnie. Pod dyktando miłosnego uniesienia oddawała swoje biodra – poruszała nimi delikatnie, bezustannie kołysząc się w przód i w tył. Była niczym zbuntowana fala na spokojnym morzu, która wbrew wszechobecnej spokojnej toni naznacza swoją obecność. Blondynka z każdym ruchem zdawała się być bliżej spełnienia – twarz jej zmieniała się z każdym zagłębieniem członka w rozpalonym łonie.

Ani mężczyzna, ani kobieta  nie zauważyli Łukasza. Fakt bycia przez nich niedostrzeżonym dawał młodej duszy szeroki wachlarz iście hucznego oznajmienia swojej obecności. Czekał więc na chwilę, w której będzie mógł zaskoczyć mężczyznę w sposób najpodlejszy – długo nie trzeba było mu czekać na jej nadejście.

Plecy kobiety wygięły się w łuk, uda zesztywniały, zaś z jej twarzy biła namiętność w najczystszej postaci – Łukasz w całym swoim żywym życiu nie widział tak intensywnego i jednocześnie tak długiego orgazmu. Mężczyzna w swojej ekstazie był tylko o krok za blondynką. Uderzał coraz mocniej w rozchylone uda kobiety, lekko uniesione wskutek paraliżującej rozkoszy. Gdy zdawało się, że za kilka sekund i mężczyzna doświadczy niedających się opisać rozkoszy, Łukasz wsunął dłonie pod pachy blondynki i ściągnął ją z nabrzmiałego członka. Na blondynce nie wywarło to najmniejszego zaskoczenia, dalej przeżywała swój orgazm – sztywną, drżącą, odrzucił na dalszą część łoża.

Pierwszą reakcją mężczyzny było zdziwienie. Gdy już nieco oswoił się z sytuacją, zaskoczenie przerodziło się w złość. Z szeroko otwartymi oczyma poderwał się z łoża, wlepił w intruza pełne nienawiści spojrzenie, a gdy usta wykrzywione poprzez złość zaczęły się rozchylać, głos zabrała młoda dusza.

– Moje drogie panie, możecie odejść, lecz nie odchodźcie za daleko, będziecie jeszcze potrzebne tej nocy, ale tym razem to ja was wezwę. Tymczasem zajmijcie się sobą, nie chcę byście były zimne, gdy ponownie się do was zwrócę.

Kobiety oddaliły się w najdalszą część komnaty. Rozpoczęła się orgia, prawdziwe święto kobiecych żądz. Rozchylały się uda, ukazując nabrzmiałe kobiece łona. Przywierały do nich usta, języki błądziły dookoła nich. W wypiętych pośladkach niknęły palce. Jęki rozkoszy wypełniły komnatę, Łukasz musiał podnieść głos, by mężczyzna mógł go wyraźnie posłyszeć.

– A teraz, podły skurwysynie, zabawisz się ze mną, wyłącznie na moich warunkach. To w co się pobawimy? Mógłbym tym paniom kazać pożreć cię żywcem. Tak, właśnie tak mógłbym uczynić. Zostawiłbym tobie oczy, byś mógł patrzeć, jak będę je wszystkie po kolei pierdolił. I wiesz co? To jest całkiem dobry pomysł!

Łukasz dmuchnął mężczyźnie w twarz, lecz nie miało to nic wspólnego z oddechem, bo czy oddech mógłby wyrywać drzewa z korzeniami? A taką właśnie mocą dysponowały we śnie płuca Łukasza. Podmuch odrzucił mężczyznę, który zatrzymał się dopiero na ścianie. Przywarł do niej całą tylną częścią ciała. Łukasz wstrzymał oddech, mężczyzna powoli osuwał się w dół, lecz nie było mu dane opaść na kamienną posadzkę. Ze ściany wyrosły cztery upiorne dłonie – długie, pomarszczone palce uzbrojone w ogromne lwie pazury. Dwie dłonie pochwyciły ręce mężczyzny, kolejne dwie każdą z kończyn. Pazury zagłębiły się w spanikowanym ciele, po czym dłonie rozciągnęły członki do momentu, w którym rozległ się rozpaczliwy trzask stawów. Byłyby dalej ciągnęły, każda w swoją stronę, lecz Łukasz stanowczo powstrzymał je od rozerwania mężczyzny na pomniejsze kawałki.

– Wystarczy! – rozkazał dłonią. Następnie zwrócił się do kobiet. – Moje drogie panie, przerwijcie, proszę, lizanie cipek, wyjmijcie z nich paluszki. Zapewne zgłodniałyście, stąd ta zachłanność języków. Możecie zjeść tego oto pana – wskazał palcem na ścianę z zawisłym na niej mężczyzną. Kobiety bezzwłocznie rzuciły się we wskazaną przez Łukasza stronę.

– Trzy z was zostają ze mną, ja również jestem głodny, ale waszych wdzięków. Zdecydujcie same, które to będą.

Trzy kobiety spowolniły rozpędzone nogi. Była to przeraźliwie chuda blondynka, smukła żydówka, z burzą czarnych loków na głowie i garbatym nosem oraz latynoska z jędrnymi piersiami, wielkimi pośladkami, z twarzą przyozdobioną uśmiechem godnym anioła. Trzy kobiety, nie czekając na polecenie Łukasza, udały się w stronę łóżka, wdrapały na posłanie i ułożyły swe ciała w lubieżne pozy. Pozostałe dwadzieścia siedem, niczym psy myśliwskie z lisa, darło skórę z mężczyzny. Gdy na jego ciele nie pozostał najmniejszy skrawek skóry, szczęki poczęły zaciskać się na odkrytych mięśniach. Kobiety naprężały przy tym karki, wysiłek uwydatniał każdą z żył na szyi i twarzy, rękoma zapierały się o posadzkę, o ścianę, szarpały dopóty, dopóki kawał mięsa nie oderwał się od ciała mężczyzny. Łapczywie przeżuwały ociekające krwią kęsy, nierzadko jeszcze drżące. Z każdej rany obficie lała się purpurowa ciecz, a jedną wielką raną był już cały mężczyzna. Krwi wciąż przybywało, zalała całą posadzkę – Łukasz, zmierzając w kierunku kaźni, brodził w niej po kostki.

– Oszczędźcie oczy, chcę by widział, jak mnie zaspokajacie. Czeka nas długa noc – Łukasz uśmiechnął się chytrze do mężczyzny, jego cierpienie było dla młodej duszy wielką przyjemnością, orgią zmysłów. W owej chwili już wiedział, że te wszystkie kobiety nie sprawią mu równie wielkiej uciechy, jak strach i ból przedzierający się przez błagające o litość spojrzenie mężczyzny.

Łukasz skierował się w stronę łoża. Trzy kobiety widząc, że patrzy na nie, wypięły w jego stronę pośladki. Mniej więcej w połowie odległości dzielącej łoże od ściany, przystanął. Nie odwracając się za siebie, przemówił:

– Gdy już obgryzą cię do kości, na nowo obrośniesz w ciało. I tak wkoło, aż do wschodu słońca!

 

Zygmuntowi długo przyszło czekać na opadnięcie kobiecych powiek. Cierpliwie wpatrywał się w twarz wtuloną w poduszkę, źrenicami pełnymi zachwytu wyłapywał każdy ruch tylko z pozoru niespokojnego ciała. Kobieta zamykała oczy, potrafiła przez całą minutę chować je za kurtyną powiek, po czym otwierać nagle. Można by rzec, że igrała ze snem, bawiła się w kotka i myszkę – raz będąc kotem i ścigając sen, który akuratnie na ten czas przybrał postać myszy, chwilę później samemu będąc myszą.

Czekanie nie nudziło Zygmunta. Upajał się  radością kobiety, nierozumieniu przez nią nagłego jej przypływu i poniechaniu szukania jego przyczyn. Była szczęśliwa, to jej w zupełności wystarczało. Starą duszę radował jeszcze jeden fakt, a było nim wielkie poruszenie, układające twarz mężczyzny w nienaturalny grymas. Walczył on ze snem – Zygmunt gołym okiem mógł zmierzyć wszystkie wysiłki, jakie wkładał w bezskuteczne próby  wybudzenia się z koszmaru.

– Mam nadzieję, że teraz bardzo cię boli – pomyślał Zygmunt.

Kobieta rozespała się na dobre. Twarz jej była pełna spokoju – górna powieka dotykała delikatnie dolnej, rozchylone usta ze świstem porywały małe hausty powietrza. Zygmunt podszedł bliżej, pochylił się nad kobietą, na bok odsunął grzywkę okalającą czoło, ucałował odsłoniętą skórę.

– Dziękuję – usłyszał w odpowiedzi na niemy gest współczucia i zrozumienia.

– Jesteś takim samym człowiekiem, jakim ja byłem za życia. Jesteś taka spokojna. Zachowaj tego spokoju jak najwięcej, za chwilę się spotkamy.

Zygmunt utkwił spojrzenie w twarzy kobiety, zebrał swe rozbiegane myśli w jedną, skupiała się ona na spokojnym oddechu. Zamknął oczy, a kiedy ponownie je otworzył, stał już na łące w otoczeniu maków, rumianku i mleczu w pełni przekwitłego. Słońce świeciło wysoko, lecz niemrawe rzucało promienie w kierunku ziemi. Zygmuntowi na myśl przyszedł letni poranek.

Ruszył przed siebie, rosa osiadła na źdźbłach traw przenosiła się na jego spodnie. Z każdym krokiem w powietrze wzbijały się nasiona mleczu. Część z nich przywierała do okrycia nóg Zygmunta, lecz znaczną większość porywał delikatny wietrzyk. Wypatrywał kobiety, musiała być gdzieś tutaj, w końcu to jej sen. Szedł przed siebie, przystając czasem, by zerwać maku, rumianku – wybierał najpiękniejsze kwiaty. Natrafił także na róże. Uzbierało się kwiecia na duży bukiet, utrwalił go w jedno źdźbłami traw splecionymi w warkocz, którym związał łodygi.

Łąka zdawała się nie mieć końca, brnął przed siebie, wciąż nie mogąc odnaleźć kobiety. Mógłby ją przywołać, lecz nie chciał stać się panem jej snu, a jedynie jego częścią. Wspiął się na pagórek, wyrosły nagle spod ziemi. Na jego szczycie uzyskał wgląd na całą okolicę. Łąka obejmowała cały wyimaginowany świat. W oddali zauważył kobietę, zamajaczyła na horyzoncie, niewyraźna, niby mara, duch. Zygmunt zbiegł z pagórka, co sił w nogach zmierzał w jej stronę.

Stali naprzeciw siebie, dokładnie na wyciągnięcie ręki, i nawet ta bliskość nie zwróciła w stronę Zygmunta spanikowanych oczu kobiety.

– Szuka pani czegoś? – odezwał się Zygmunt.

Kobieta poderwała gwałtownie głowę, była wyraźnie zdziwiona obecnością Zygmunta. Niepewnie przemówiła.

– Szukam mojej córeczki, zgubiłam ją gdzieś i teraz nigdzie nie mogę jej znaleźć. Pomoże mi pan jej poszukać?

– Właśnie po to tu jestem.

– A nie śpieszy się pan na spotkanie? Trzyma pan przeuroczy bukiet kwiatów. Założę się, że da go pan pięknej kobiecie. Dawno nie dostałam kwiatów, pewnie przestałam być piękna – głos kobiety był pełen smutku i goryczy. Opuściła głowę chcąc ukryć zakłopotanie, utkwiła wzrok w ziemi.

– One są właśnie dla pani – Zygmunt zwrócił bukiet kwiatami ku niebu, podał go wprost w wyciągnięte z niedowierzaniem ręce. Kobieta przytuliła kwiaty do siebie, powąchała, i nim zdążyła podziękować za ten dar, wyraz prawdziwego szczęścia rozjaśnił jej twarz.

– Mam na imię Anastazja. Wie pan, jak ta księżniczka.

– Wiem. Jesteś równie piękna jak ona. Moje imię brzmi Zygmunt. Nie bój się o córeczkę. Jeszcze dziś się z nią zobaczysz. Możesz mi zaufać.

– Pana głos wydaje się być taki znajomy.

– Ktoś dzisiaj złożył tobie obietnicę, Anastazjo.

– Tak, teraz sobie przypominam. To był pan? Nie muszę pytać, to był pan.

– Jeszcze dziś zobaczysz swoją córeczkę, przyrzekam to tobie. Ona jest blisko, bez trudu ją odnajdziemy, ale najpierw musi być już po wszystkim.

– Po wszystkim?

– Podaj mi dłoń, przejdziemy się na długi spacer. Wszystko tobie wyjaśnię, wszystkiego nauczę. Jesteś taka podobna do…

– Do kogo?

– Podaj mi dłoń, będziemy mieli dużo czasu na rozmowy. Najważniejsze, byś nie bała się tego, co nadejdzie, byś nie bała się mnie, a wtedy ja już zawsze będę przy tobie…


Robert Kapczyński – Dusza ludzka

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 6 (#3 2017) kwartalnika Abyssos.

Varia

Spotkanie

431 Wyświetleń

W lesie panował względny spokój. Zima ustępowała miejsca wiosennej porze roku. Znikający powoli śnieg zwiastował rychło nadciągające ocieplenie. Za kilka tygodni zaczną pączkować pierwsze drzewa i krzewy. Wkrótce po nich wykiełkują pierwsze kwiaty. Na razie jednak krajobraz nagich pni oraz wiecznie zielonych iglaków był przykryty białym puchem. Tylko niekiedy widać było gołą i zamarzniętą ziemię w kolorze ciemnego brązu. Zwierzęta niechętnie wychylały się ze swoich nor, ale Reikwald żył.

Koń przystanął i parsknął kilkukrotnie targając łbem na boki. Para uleciała z jego chrap. Odziany w grube skóry i podbity futrem płaszcz mężczyzna poklepał wierzchowca po szyi nachylając się i szepcząc mu coś do ucha. Zerknął w stronę drzew – linii lasu wzdłuż której przejeżdżał kierując się traktem z Auerswald do Kemperbad.

– Co czujesz Moneta? – wychrypiał cicho – Co tam jest?

Sam również nadstawił ucha. Wielokrotnie się przekonał, że warto słuchać instynktu zwierząt. Lepiej dbają o swoje życie niż ludzie. Mężczyzna poprawił ręką pas przecinający pierś, a podtrzymujący podłużny pakunek przewieszony przez plecy. Chrząknął po chwili, splunął na ziemię patrząc jak ciepła flegma roztapia kupkę śniegu. Ciągle niczego nie słysząc uderzył lekko piętami w boki konia i ruszył powoli do przodu. Nie zamierzał jednak całkowicie ignorować przeczucia wierzchowca. Dłoń przez cały czas trwała na zapięciu pasa do którego przytroczony był oręż.

Tymczasem głębiej w lesie ciszę zakłóciły odgłosy pogoni. Chuda, wiotka istota biegła przez las. Starała nie oglądać się za siebie. Zapewne doganiają ją. Nie może zwolnić. Inaczej ją zabiją. Nie miała jednak już tyle siły. Płuca ciężko pracowały. Usłyszała ryk za sobą i niemalże instynktownie się schyliła. Głuchy stukot siekiery uderzającej o drzewo tuż nad nią oznajmił jej, że był to całkiem dobry pomysł. Zachwiało nią jednak i zamiast wyprostować się upadła na ziemię. Natychmiast przewróciła się na plecy. Zobaczyła, że jeden ze zwierzoludzi siłuje się z toporem wbitym w pień. Minęła chwila zanim zrezygnował z wyciągania go. Drugi w tym czasie już rzucił się na uciekiniera. Podniósł topór wysoko nad głowę odsłaniając się całkowicie. Myślał pewnie, że ofiara jest już bezbronna i się srogo pomylił. Leżąca postać wyciągnęła już strzałę z kołczanu i trzymając ją w ręku z całej siły wbiła grot przeciwnikowi w nogę. Stwór zaryczał i całym impetem opuścił topór na ziemię. Ostrze jednak wbiło się tylko w biały płaszcz. Gdyby postać nie usiadła pewnie ów broń sterczała by jej z klatki piersiowej.

Nie była w wygodnej pozycji. Skulona siedziała pomiędzy nogami kozła, a jego opuszczonymi rękoma. Przeturlała się w bok rwąc okrycie, zerwała się na nogi i z powrotem zaczęła bieg. Tym razem zdjęła z pleców łuk.

Nieustanny ucieczka przez długi czas wycieńczyła istotę. Odczuwała ból we wszystkich mięśniach. Gdy chciała odwrócić się i strzelić do wrogów ręka jej drgnęła i strzała poszybowała gdzieś w krzaki. Znów o mały włos się nie przewróciła. Akrobatyczne wygięcie tułowia napędzane instynktem znowu uratowało jej życie, dzięki czemu topór tylko lekko drasnął ją w bok. Zabolało. Uciekinier syknął głośniej. Zamachnął się z całej siły i grzmotną łukiem w łeb kozła. Zwierzoludź zatoczył się do tyłu a drugi zastąpił jego miejsce. Złapał za łuk i z całej siły pchnął wiotką postać do tyłu. Krzyknęła upadając na ziemię, uderzając barkiem o wystający korzeń. Strzały pod wpływem impetu wysypały się dookoła z kołczanu. Postać zasłoniła się bronią przed kolejnymi spadającymi z góry ciosami ale postanowiła też nie być dłużna – wściekle zamachnęła się nogą by podciąć wynaturzenie chaosu. Psowaty stwór zwalił się tuż obok swojej ofiary. Zdążył jednak opuścić łapę na jej twarz. Korzystając z okazji i szczęśliwego trafu, szarpnął pazurami rozrywając skórę i przecinając mięśnie. Głośny, krótki i przede wszystkim gwałtowny krzyk bólu poniósł się lasem.

Mężczyzna na trakcie ściągnął lejce zatrzymując wierzchowca. Nie przesłyszał się. Krzyk przedarł się przez iglaste listowie i zaświdrował w uszach. Pomyślał że przez te przeklęte drzewa nie sposób ocenić odległości. Zaraz potem jednak do jego uszu dotarły też inne dźwięki, przypominające chrapliwe porykiwania. Rozejrzał się po ścieżce wiodącej wzdłuż lasu.

Prosty, ubity trakt, niegdyś został dobrze zadbany przez ludzi elektora. Korzenie nieczęsto wybijały spod ziemi, a to stanowczo wyróżnia dobrą drogę w Imperium. Aktualnie poza samotnym jeźdźcem nikogo tu nie było, a niedługo też miało zmierzchać. Najbliższa gospoda była zdecydowanie za daleko – nawet na szybki kłus. Już wcześniej był świadomy, że przyjdzie mu spędzić noc pod gołym niebem. Nie uśmiechało mu się jednak nocowanie w takiej okolicy. Z drugiej strony, cokolwiek tam jest mogło go potem zjeść, nie zważając na ogień. Słyszał plotki o potworach z Reikwald. No i jeszcze ten krzyk… niewątpliwie ludzki.

Ruchem kciuka poluźnił pas w sprzączce. Pakunek zsunął się, a mężczyzna płynnym ruchem przerzucił go na przód. Zaraz potem uwolnił nogę ze strzemiona i zeskoczył z wierzchowca niemal od razu kucając i układając tobołek na ziemi. Zaczął go szybko rozwijać. Z rozpostartej na ziemi płachty wydobył strzelbę o drewnianej, mocnej kolbie i przymocowanym z boku wyciorze. Oparł broń o kolano, odkorkował róg i szybko wsypał odpowiednią ilość prochu do postawionej na sztorc broni. Z sakiewki wyjął kulę, również wrzucił do lufy i zasypał kolejną warstwą prochu. Całość ubił wyciorem. Czynność nie trwała dłużej jak dwadzieścia sekund. Postronny obserwator mógłby po wyuczonych ruchach rozpoznać w podróżniku imperialnego strzelca. Mężczyzna wstał i obszedł wierzchowca uważnie nasłuchując coraz głośniejszych dźwięków dobiegających z lasu.

Przez moment przeszło mu przez głowę, aby uwiązać jeszcze konia, ale naraz zrezygnował z pomysłu. W razie czego chociaż on się uratuje, a wierzgający, przestraszony koń podczas walki potrafi wspaniale utrudnić życie wszystkim dookoła.

Mężczyzna podniósł broń do barku i wbił wzrok w ścianę drzew wsłuchując się już w bicie swojego serca, przyśpieszające rytm w oczekiwaniu na niewiadome. Wiedział że cokolwiek się nie zbliża lada chwila wypadnie spomiędzy drzew, a wtedy żołnierz będzie miał zaledwie chwilę na oddanie strzału. Przez moment wydawało mu się że widzi między pniami jakiś ruch, ale rozłożyste gałęzie pokryte zielonymi igłami skutecznie blokowały pole widzenia.

Gdyby istota nie przekręciła głowy pewnie straciłaby oko. Podczas ruchu zsunął się jej kaptur z głowy odsłaniając spiczasto zakończone ucho. Elf przez chwilę szamotał się z przygniatającym go zwierzoczłekiem. Jego pazury zdążyły zadrapać ciało do krwi w paru miejscach. Szamotali się ze sobą jeszcze kilka chwil, aż fala gniewu i determinacji zalała i przyćmiła zmysły elfa. Wyszarpnął się spod cielska bestii kosztem długich, ciągnących się po całym ramieniu ran. Nie mógł nigdzie dostrzec drugiego przeciwnika. Nie zastanawiał się już. Rzucił się do dalszego biegu, podnosząc trzy strzały. Nagle jak spod ziemi wyrósł wściekły kozioł robiąc zamach toporem. Potwór zaryczał przeraźliwie i uderzył elfa w głowę tępą stroną siekiery. Cios go zamroczył. Zatoczył się kilka kroków i przewrócił się przez krzaki wypadając na trakt. Chciał się jeszcze podnieść, ale nie miał już siły.

Gdy spomiędzy drzew wypadła jakaś smukła istota okutana w brudne białe szmaty, mężczyzna na trakcie odruchowo wycelował w nią strzelbę. Nie zdążył rozpoznać kim jest – zbyt szybko mignęła upadając na ziemię. Przeniósł lufę w bok słysząc nadciągającą pogoń i nie pomylił się. Trzy uderzenia serca później przedzierając się przez krzaki, niemal na ślepo, zza rozłożystego iglaka wypadły dwa stwory. Wędrowiec doskonale wiedział z czym ma do czynienia, choć spotkał te stwory tylko raz w swoim życiu. Dziękował potem Sigmarowi, że uszedł z tego cało. Może dzięki temu, a może dzięki żołnierskiej dyscyplinie zapanował nad ukłuciem strachu, a dłoń nie drgnęła gdy palec nacisnął na długi spust.

Lasem poniósł się donośny huk. Spłoszony wystrzałem koń pocwałował traktem. Ołowiana kula utkwiła w barku zwierzoczłeka. Impakt wystrzału, z tak bliska, był na tyle duży, że bestią targnęło. Zachwiała się w biegu, straciła równowagę i padła na ziemię ryjąc łbem o zaspę śniegu. W jednej chwili mężczyzna opuścił dymiącą szaroczarnym dymem lufę, upuszczając broń na ziemię. Sięgnął po zawieszony u pasa miecz.

Ogłuszający huk sprawił, że elf zwinął się w kłębek i przyłożył dłonie do uszu. Chciał uciec od tego hałasu tak jak koń. Dopiero po kilku uderzeniach serca podniósł wzrok. W dziwnej perspektywie zobaczył człowieka, który właśnie rzucał  dziwną broń i sięgał po miecz. Widok broni przypomniał mu, że musi koniecznie wstać. Odturlał się w lewo i podniósł na kolana. Chociaż wydawało by się, że nie powinien – dalej trzymał łuk. W ręku została mu jedna strzała. Nie mógł sobie przypomnieć, gdzie jest teraz reszta. Wstał już na proste nogi i odsunął się kolejne kilka kroków. Dało to mu jasny obraz sytuacji. Człowiek powalił jednego ze zwierzoludzi. Drugi właśnie się na niego rzucał.

Wędrowiec zdążył jedynie przybrać postawę defensywną, zanim drugi zwierzoczłek go dopadł. Mężczyzna nie miał tarczy i zaczął żałować że ta pognała wraz z koniem. Sam nie był na tyle szybki, aby uniknąć solidnego ciosu toporem. Zdołał jednak go przyjąć na ustawiony poprzecznie miecz. Mięśnie zadrżały pod skórzanym odzieniem a druga ręka wystrzeliła do przodu, by pomóc pierwszej utrzymać oręż. Zbrojny, pozwolił toporowi zsunąć się po ostrzu i wykręcił broń do dołu posyłając krępe ręce przeciwnika w tym samym kierunku. To kupiło mężczyźnie tyle czasu, by mógł odskoczyć o kilka kroków. Ciężki oddech wznosił kolejne chmury pary w powietrze.

Elf napiął łuk i natychmiast tego pożałował. Rany na ramieniu i klatce piersiowej zakuły mocno zmuszając do zwolnienia naciągu. Ból jednak otrzeźwił umysł. Zostawił Kozła, który się rzucił na człowieka. Ponownie, tym razem wolniej i ostrożnie, naciągnął cięciwę. Zwierzoczłek z psim pyskiem podnosił się właśnie z zaspy. Gdy już miał pewność, że trafi, łucznik wypuścił strzałę. Ta świsnęła w powietrzu i przebiła gardło bestii zagłębiając się w ciele niemalże do lotki. Elf syknął niezadowolony. Celował w głowę. Odniósł jednak sukces – cel zdychał. Pomiot wyprężył się w agonalnym skurczu mięśni i z powrotem upadł w zaspę śniegu znacząc ją krwawą plamą formującą się przy karku.

Tymczasem kilka metrów dalej, wciąż trwał pojedynek. Zwierzoczłek nie zamierzał czekać aż wędrowiec zbierze siły. Parsknął kozim łbem. Z chrap poszła ciepła para. Znów ruszył z rykiem do przodu tym razem uderzając po ukosie z zamiarem rozrąbania mężczyźnie barku. Ten tym razem był przygotowany. Uderzył silnym ciosem w bok nadlatującego drzewca i sam usunął się z toru cięcia. Skrócił dystans i kopniakiem uderzył w kolano bestii, zmuszając ją do klęknięcia. Teraz wszystko zależało od tego czy bestia zrezygnuje ze zbyt długiej na tym dystansie broni, by rozszarpać człowieka pazurami. Na szczęście była bardziej przywiązana do brutalnego toporka niż mądra. Zanim go podniosła, mężczyzna brał już zamach od boku i mocnym pchnięciem wbił sztych ostrza pod pachę mutanta. Z początku opornie ale potem gładko, stal wślizgnęła się w ciało. Krew buchnęła pod ciśnieniem wzdłuż ostrza. Na wszelki wypadek, wędrowiec posłał jeszcze kopniaka na pierś klęczącej istoty i odsunął się o dwa kroki zostawiając oręż w cielsku przeciwnika, a samemu sięgając po nóż o szerokim ostrzu. Pochylił się lekko do przodu gotowy zadać kolejny cios drgającemu agonalnie wynaturzeniu.

Zapanowała względna cisza. Żaden ze zwierzoludzi się nie poruszał. Elf odetchnął. Podziękował w myślach Kurnousowi, za zwycięstwo. Rozejrzał po ziemi. Znalazł pozostałe dwie strzały. Nie znając zamiarów człowieka pobiegł po resztę strzał znajdujących wcale nie tak daleko. Wędrowiec nie zareagował. Próbował przyjrzeć się sylwetce, ale nie potrafił nawet określić czy ma do czynienia z mężczyzną, z kobietą, a może z jakimś leśnym stworem. Ruszył za to do przodu, by odzyskać miecz z truchła swojego przeciwnika. Chwilę się z nim mocował, gdyż ostrze utkwiło głęboko i zahaczyło o kość.

Elf dopiero po uzbieraniu wszystkich porozrzucanych strzał, wrócił i przykląkł przy większej zaspie śniegu, nie skażonej krwią zwierzoludzi. Zaczął przemywać ranę. Brał w dłoń garść zimnego puchu i roztapiając go oddechem starał się pozbyć zanieczyszczeń z ramienia. Obaj obserwowali się czujnie gotowi by w każdym momencie podjąć znowu walkę.

Mężczyzna nosił na sobie grube, typowo zimowe odzienie. Spod ciężkiego futra przebijała wytarta skórznia. Kurtka spięta była na biodrach pasem z solidną metalową sprzączką. Pusta pochwa od miecza została przytroczona do drugiego pasa, obciążonego dodatkowo nożem i dwoma sakiewkami. Równie wytarte i zużyte co kurtka spodnie zostały wpuszczone w mocne, żołnierskie buty. Z jednej z cholew wystawał trzonek niedużego noża. Podróżnik krył głowę pod kapturem. Można było dostrzec błysk zielonych oczu zatopionych w twarzy zarośniętej gęstą, choć krótką brodą. W żaden sposób nie szło ocenić wieku mężczyzny.

Elf, co można było stwierdzić po widocznych spiczastych uszach, miał całą twarz wymalowaną w dziwne jasno-ciemne pasy. Ów malunek nie pozwalał na dokładne określenie rysów a co dopiero płci. Na lewej połowie twarzy malowidło było rozmazane wraz z krwią otaczającą czerwone pręgi. Włosy mocno związane w kucyk, również były przystosowane do kamuflażu. Białe i ciemne pasy i gdzieniegdzie wystające gałązki dopełniały się ze strojem. Chuda sylwetka postaci ubrana była w kurtkę, która nie pamiętała już swojego poprzedniego jasnego koloru. Teraz była mokra od śniegu, wymazana we krwi i ziemi, tak samo jak płaszcz spoczywający na ramionach. Cały strój nie nadawał się już do swojej wcześniejszej funkcji. Ani spodnie, ani buty nie dawały już nic poza ochroną przed ciepłem. Jedyną rzeczą jaką wybijała się kolorem z ubioru były świdrujące na wylot fioletowe oczy.

Mężczyzna złapał przez moment spojrzenie tych oczu. Były czujne, groźne i zwiastowały niebezpieczeństwo. Elf jednak nie wykonywał gwałtownych ruchów, więc podróżnik zabrał się za czyszczenie broni z krwi grudami śniegu.

– Nie ma za co – powiedział nieco głośniej.

Jego głos przypominał niemiły zgrzyt metalu trącego o metal. Był chrapliwy, ostry i cichy. Jednocześnie wystarczająco mocny by elf go usłyszał. Ten zmrużył oczy ale nie odpowiedział. W końcu spuścił wzrok i zabrał się dalej do oczyszczania pozostałych ran. Czuł jak powoli z jego ciała uchodzi napięcie. Zamrugał powiekami. Wstając oparł się o drzewo. Było z nim źle i wiedział o tym. Człowiek nie pozwolił sobie na razie na agresywny ruch, więc elf ściągnął płaszcz i podarł go. Przewiązał bardziej czystym wnętrzem najpoważniejsze rany na ramieniu. Znów spojrzał na człowieka. Połowa twarzy była teraz czystsza i wyłoniły się ostre rysy. Mężczyzna dostrzegł trochę rozmyty wzrok. Kończył właśnie czyścić broń i prostował się, chowając oręż do pochwy.

– Jeśli koń nie spłoszył się zbyt daleko, to poradzę coś na twoje rany… – zmrużył oczy przyglądając się uważnie elfowi – wyglądają paskudnie i śmierdzą rychłą gangreną. Kilkoma szmatkami tego nie załatwisz.

Ten nie odpowiedział, ale kiwnął delikatnie głową. Ból zaczął się powoli nasilać, a on nie miał medykamentów… ani nikogo kto mógłby zaleczyć te rany. Ciało słabło i trzeba było coś szybko zrobić. Mężczyzna skierował się w stronę elfa, a w duchu przyznał, że musi być nie lada hardy, żeby stać jeszcze na nogach mimo widocznych ran. Sam nie chciał jednak umrzeć od zdradzieckiego noża na trakcie, dlatego utrzymał dystans kilku kroków, wciąż obserwując ruchy leśnej zjawy.

– Zwą mnie Wolf – powiedział krótko po czym gwizdnął przeciągle nasłuchując tętentu kopyt. Elf nerwowo cofnął się gdy człowiek zaczął iść w jego stronę.

– Prowadź – odezwał się stawiając akcent w dziwnym miejscu zaskakująco melodyjnym głosem. Przebrzmiewała w nim lekka chrypka i miękkość. Podróżnik przez moment nabrał wątpliwości, co do płci elfa. Głos był zbyt wysoki, ale z drugiej strony żołnierz też nie spotkał na swojej drodze wielu przedstawicieli tej dzikiej rasy. Wszyscy którzy do tej pory się przewinęli przed jego oczyma, to były elfy morskie i te, które wybrały życie wśród ludzi – wszystkie z równie delikatnym i dziwnym brzmieniem głosu. O leśnych nasłuchał się ludowych historii – że porywają dzieci i podrzucają własne, że porywają dzieci i je zjadają, że porywają dzieci by je wychować i nawet własnych nie oddają. Uznał że ludzie chyba nie lubią swoich dzieci, skoro je tak łatwo oddają. W żadnym razie nie mógł mieć pewności. Na szczęście nie był dzieckiem i według wioskowych bajań, nic mu nie groziło.

Gdy po dłuższej chwili nie doczekał się powrotu wierzchowca, ruszył przed siebie traktem. Nie chciał zdradzać niepokoju, ale w sumie bardziej go teraz martwił dobytek który miał w jukach wierzchowca, niż zaleczenie ran nieznajomego.

Elf niewiadomej płci nieśmiało podążył za człowiekiem. W zasadzie to bardziej przekładał nogi jedna za drugą w dziwnym ciągu. Coraz bardziej było po nim widać, że słabnie. Grymas bólu wypłynął na jego twarz. Mocniej zacisnął dłoń zdrowej ręki na prowizorycznym bandażu. Pozwoli człowiekowi sobie pomóc i zniknie z powrotem w lesie. Nic więcej. Może uda się jeszcze znaleźć kogoś, kto przeżył z klanu…

Na szczęście koń nie pognał zbyt daleko. Minąwszy zakręt, w miejscu gdzie trakt musiał ominąć wzniesienie terenu, zwierzę zatrzymało się i pasło, spokojnie wygryzając zamarznięte kępy trawy spomiędzy szczap śniegu. Wolf podszedł do konia poklepując go po boku. Złapał za lejce i podprowadził klacz do drzewa. Tam zarzucił rzemienie na gałąź i zabrał się do przetrząsania juków.

– Lepiej się połóż pod którymś drzewem.

Elf nie miał siły na żadne sprzeciwy. Poddanie się woli człowieka kluło go w dumę, ale miał świadomość, że sam sobie nie poradzi. A chciał przeżyć. Usadowił się pod najbliższym świerkiem. Poczuł cudny zapach żywicy tłumiący metaliczny odór jego własnej krwi. W tym czasie Wolf odnalazł w jukach potrzebne rzeczy – zakorkowaną butelkę mocnej gorzałki pędzonej na zbożu, suchy prowiant, hubka i krzesiwo oraz zwój taniego materiału, który po kilkukrotnym praniu i wymoczeniu w spirytusie mógł służyć jako bandaż. Zebrał to wszystko obok drzewa, przy którym siedział elf i wszedł kilkadziesiąt kroków w las by nazbierać chrustu i kilka większych gałęzi.

Ranny zaczął sam przygotowywać się. Puszczając poharatane ramię, zdrową ręką ściągnął powoli resztę płaszcza. Następnie rozwiązując szmatę z ręki zdjął kurtkę, której rękaw był w strzępach. Ciężko oddychając z bólu ostatnim wysiłkiem pozbył się tuniki. Teraz można było zobaczyć pasy bandaża mocno otulającego klatkę piersiową. Nie umknęło to uwadze zbrojnego, który powrócił z naręczem gałęzi i ułamanych badyli. Lekko zarysowane pod materiałem piersi nie pozostawiały złudzeń. Szybko jednak odwrócił wzrok i zajął się szykowaniem ogniska.

Nie minęło dużo czasu, gdy skrzesany na hubce ogień zaczął lizać ułożone w stos drewno. Od tego momentu Wolf był podwójnie ostrożny, jako że ogień, choć mały, mógł przyciągnąć więcej pomiotów chaosu. Najchętniej by wsadził elfkę na konia i pognał w kierunku gospody. To czego jej nie powiedział to fakt, że przy tych ranach, gangrena będzie jej najmniejszym zmartwieniem.

– Było ich więcej? – zagadał do kobiety kładąc nóż na kamieniu blisko ognia – Wiesz czy więcej ciebie goniło? – dodał niepewny czy rozumie jego pytanie.

– Que? – zdziwiła się elfka, ale szybko doszedł do niej sens słów człowieka. – Neén – po czym poprawiła się – Nie.

Pokiwał głową i przysunął się, by zająć się jej ranami. Drgnęła pod jego dotykiem, jakby chciała uciec, a twarz wykrzywił momentalnie grymas złości. Zbrojny nie zraził się tą reakcją. Mocniej złapał za nadgarstek ranionej ręki i wyprostował ją, przyglądając się krwawym śladom po pazurach. Elfka była zbyt słaba by toczyć kolejną walkę, potrzebowała też pomocy. Pełgającą w oczach złość zastąpił chłód.

Mężczyzna przemył rany raz jeszcze wodą z roztopionego śniegu. Oczyścił z krwi i brudu ręce, bok, bark i twarz. Kamuflaż zaczął powoli schodzić, ścierany wraz z juchą. Na wierzch wyszły ostre, nieco egzotyczne rysy oraz jasna karnacja. Wolf wielokrotnie słyszał legendy o wrodzonym i naturalnym pięknie elfów. Tymczasem miał przed sobą żywy dowód na to, że bajarze albo byli ślepi, albo mocno koloryzowali swoje opowieści. Kobieta nie przewyższała urodą wiejskich dziewek, a z dodatkowymi szramami na twarzy, mogłaby zbierać “datki” w ciemnej uliczce. Jednak tak, jak w każdej legendzie jest ziarno prawdy, tak i tu, uroda elfki miała w sobie coś, co przyciągało wzrok.

Po przemyciu sznyt, zostało tylko polać je gorzałką i przypalić nożem. Wiedzę tą mężczyzna zawdzięczał żołnierskiemu życiu. Po bitwie, gdy noszono rannych do obozowiska, albo zajmowano się nimi na miejscu nie zawsze starczało czasu dla każdego. Zbyt często medyk się spóźniał. Na trakcie, umiejętność radzenia sobie z ranami i drobnymi dolegliwościami zwróciła się dziesięciokrotnie.

Na początku elfka przyglądała się poczynaniom człowieka bez większych sprzeciwów. Chciała sama sobie przemyć twarz, ale mężczyzna, który nazywał siebie Wolfem nie pozwolił jej. Fuknęła gdy ten otworzył butelkę z alkoholem. Pachniało okropnie i dziwnie. Zastanawiała się co to za piekielne lekarstwo człowiek starał się jej podać.

– Co to? – Przypomniała sobie najprostsze pytanie w reikspielu.

– Gorzała, a co ma być? – odpowiedział sięgając po drewnianą łyżkę z juków – Wypij to kobieto. Wypij, a potem zaciśnij zęby na tym.

Wyciągnął w jej stronę łyżkę i zrobił gest jakby chciał ją ugryźć w poprzek. W drugiej dłoni wciąż trzymał butelkę z alkoholem. Rzucił okiem w stronę ułożonego na kamieniu noża. Ostrze z pewnością się już nadawało do przypalania, ale trzeba było jeszcze przemyć rany.

Elfka uniosła jedna brew słysząc nazwę cuchnącej cieczy. Nie do końca również zrozumiała o co chodzi z łyżką, a przynajmniej dopóki człowiek nie wykonał ruchu. Wzięła od niego butelkę i z bardzo podejrzliwym wzrokiem upiła pierwszy drobny łyk. Gdy tylko poczuła smak równie obrzydliwy co zapach, chciała wypluć wszystko. Widząc grymas niezadowolenia, Wolf błyskawicznie zasłonił usta kobiety dłonią.

– A-a-a… – mruknął – przełknij.

Z niedowierzaniem w oczach kobieta przełknęła palącą ciecz. Nie mogła wytrzymać jej smaku. Czuła jak trunek przedostaje się w dalsze części przełyku dziwnie rozgrzewając jej ciało. Gwałtownie wypuściła powietrze gdy mężczyzna już odsłonił jej usta.

– D’yaebl arse?! – powiedziała krztusząc się. Nie mogła sobie przypomnieć żadnego właściwego słowa w języku ludzi, więc wykrztusiła resztki oparów tego czegoś z gardła.

Zbrojny uśmiechnął się niewyraźnie. Wyglądało to tak, jakby gliniana maska pękła na wysokości ust. Odebrał elfce gorzałkę i sam pociągnął łyk.

– Nie rozumiem co do mnie mówisz… – mruknął – ale mam nadzieję, że ty rozumiesz mnie. Teraz będzie piec i boleć gorzej niż podczas walki. Nie próbuj nie zabić.

Przytknął szmatkę pod jedną z ran i przechylił butelkę, wylewając trochę alkoholu na rozorany pazurem mięsień. Elfka syknęła obnażając zęby z dość wydatnymi kłami. Chciała odsunąć rękę. Mężczyzna zakrył szmatką ranę i wcisnął kobiecie do ręki butelkę.

– Pij.

Kobieta pokręciła przecząco głową. Utrata krwi i mocny alkohol odebrały jej resztki rozsądku i został tylko instynkt. Boli – nie podoba się, niedobre – nie pije. Wolf mruknął coś pod nosem niezadowolony, ale wyciągnął jej z ręki gorzałkę. Znowu pociągnął łyk i polał alkoholem następną ranę. Elfka słabo starała się odsunąć. Nie miała siły się bronić. Jej ręka była wyciągnięta, ale reszta ciała starała się odsunąć od źródła bólu. Zbrojny położył szmatkę na kolanie i złapał ją za zdrowy bark nachylając się do twarzy.

– Wiem że boli, ale jak tego nie zrobię, stracisz rękę – kiwnął głową niepewny czy zrozumiała – Ano?

Zrozumiała, co nie znaczyło, że jej się podobało. Zamknęła oczy starając się przywołać rozum z powrotem. Wskazała palcem na butelkę.

– To pomoże? – po czym wykonała gest wskazujący na picie.

Wolf kiwnął głową w odpowiedzi. Elfka nie wierząc sobie wzięła butelkę. Powstrzymując niechęć wzięła głęboki wdech i potężny łyk odchylając głowę w tym zmuszając się do połknięcia cieczy. Choć się jej udało zakaszlała ponownie i zaśmiała. Umysł zalała fala otępienia.

Mężczyzna ponownie odebrał jej butelkę i znowu zajął się przemywaniem ran. Tym razem było łatwiej, bo elfka mniej się wyrywała. Gdy skończył, ponownie wręczył jej gorzałkę zachęcając do picia. Machnął jej przed oczami dłonią, skupiając uwagę na sobie i wyciągnął trzy palce. Kobieta tępo spojrzała się rozmytym wzrokiem. Pociągnęła łyk. Czuła jak jej ciało drętwieje. Wyciągnęła dłoń z trzema palcami wystawionymi w górę.

– Ano. Pij. Jeszcze dwa.

Elfka spojrzała się na butelkę. Pokiwała głową na boki wzruszyła ramionami i wypiła dwa kolejne hausty. Chciała odstawić butelkę. Ta lekko się zatrzęsła gdy elfka zaczęła się śmiać bez powodu. Wolf odebrał alkohol i odstawił naczynie na ziemię. Zamiast tego wcisnął jej między zęby drewnianą łyżkę. Sięgnął w stronę ogniska po nóż. Chowając go za nadgarstkiem mocniej ścisnął nadgarstek elfki i wyprostował ramię. Płynnym ruchem przystawił rozgrzane ostrze wzdłuż rany.

Ból jaki przeszedł ramię kobiety sprawił, że wszystkie mięśnie się napięły. Nogi się podkurczyły, tors poderwał się do przodu, zdrowa dłoń znalazła się na futrzanym płaszczu mężczyzny i zacisnęła się. Z zaciśniętych zębów wydał się ryk. Otępienie rozwiało się pod trwającym wieki bólem w ramieniu.

Mężczyzna odczekał chwilę, aż skóra przypiekła się wystarczająco mocno, by zasklepić ranę. Zwolnił chwyt na nadgarstku kobiety i ostatecznie go puścił. Znowu położył nóż na kamieniu i podsunął tak, aby płomienie lizały ostrze. Odwrócił się by spojrzeć na elfkę. Nie odzywał się przez moment patrząc w jej oczy i nasłuchując czy nic nie korzysta z okazji podkradając się do skromnego obozowiska. Kobieta patrzyła przed siebie i ciężko dyszała. Jej wzrok coraz bardziej się rozmazywał pod powracającym otępieniem.

Wolf odczekał dłuższą chwilę, aż ostrze znowu się nagrzeje i ponownie po nie sięgnął. Złowił spojrzenie kobiety i kiwnął głową pokazując broń. Elfka niemrawo kiwnęła głową jakby nie do końca wiedząc co ją czeka. W powietrze znowu się wzbił swąd palonego mięsa, a ranna szarpnęła się. Mężczyzna jednak mocno trzymał jej nadgarstek nie pozwalając zsunąć się broni na boki. Trzymał ją przez dłuższą chwilę, która trwała nieskończoność i w końcu odłożył broń na kamień przy ognisku. Elfka zsunęła się ze zmęczenia i pół leżała i pół siedziała oparta zdrowym barkiem i głową o drzewo. Klatka piersiowa kobiety unosiła się i opadała w rytm ciężkiego oddechu. Zadrżała z wyczerpania. Pół przymkniętymi oczami spoglądała na człowieka.

Zabieg powtórzył się raz jeszcze, zanim ranna zemdlała. Człowiek i tak był pod wrażeniem, że wytrzymała dwie tury z gorącym ostrzem. Był też zadowolony. Teraz mógł się nią zająć bez obaw o szarpnięcia i podrygi. Swąd palonego mięsa przyćmił zapach dymu z ogniska. Wolf nie przerywał jednak pracy. Przy twarzy dwukrotnie się zastanowił. Nie chciał jej zostawić nieuleczalnych blizn na całe życie, a wiedział że elfy mogą dożyć kilkuset wiosen jeśli nie dopadnie ich wcześniej gwałtowna śmierć. Pomyślał o igłach i nici, ale nie miał takich akcesoriów przy sobie. Karczma zaś była daleko.

Zaklął i odłożył nóż zastanawiając się gorączkowo nad sytuacją. Gdyby chodziło tylko o jej rany, nie miałby skrupułów. Nie chciał jednak zostawać dłużej w tym miejscu, niż powinien. Zwierzoludzi mogło być więcej, a ogień mógł ich zwabić.

Zasypał ognisko śniegiem i pociągnął raz jeszcze z butelki opróżniając ją do połowy. Rozprostował kości wyciągając się i podszedł do wierzchowca. Nasłuchiwał przez kilka minut odgłosów lasu. Mruknął po chwili i splunął na ziemię. Poluzował pasy siodła i przesunął je trochę do tyłu. Na przedniej części rozłożył grubą derkę.

– No Moneta… ruszamy w drogę.

Wrócił do ogniska, pozbierał ekwipunek i powrzucał wszystko do juków przy siodle. Ubrał elfkę w tunikę oraz kurtkę. Owinął kocem. Gdy ją podniósł zdziwił się jak niewiele waży. Bez większego trudu przerzucił ją przez konia i samemu wskoczył na siodło. Pochylił się jeszcze nad głową klaczy i poklepał ją po szyi.

– Równo Moneta. Szybko i równo…


Arkadiusz Marcjanek, Magdalena Budzyńska – Spotkanie

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 6 (#3 2017) kwartalnika Abyssos.

Varia

Eutanasta i Niedźwiedź

282 Wyświetleń

Wszystkim obecnym ciężko było w to uwierzyć, jednak ciało znajdujące się w trumnie leżącej na katafalku, nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Niegdyś energiczna, a po pijaku skora do bitki, postać rosłego i tęgiego brodacza, leżała w absolutnym bezruchu.

Nie było wiadomo, kto wpadł na idiotyczny pomysł wciśnięcia nieboszczyka we frak. Do tego wyglądało na to, że był to jego ślubny frak, z czasów, gdy był młodszy o jakieś dwadzieścia kilogramów. Im dłużej się na niego patrzyło, tym bardziej miało się wrażenie, że guziki koszuli wystrzelą zaraz w powietrze niczym pociski. Po za tym elegancki ubiór po prostu do niego nie pasował. Ani do wyglądu, ani do charakteru.

O popełnienie tego karygodnego czynu podejrzewano wdowę po zmarłym, choć nie mówiono tego głośno. W końcu biedaczka straciła ukochanego męża. A znając reputację nieboszczyka, po takiej stracie, kobitce mogło przewrócić się w głowie. Dlatego też wszyscy przymykali oczy na udziwnienia, takie jak frak, czy całe morze kwiatów. Wszystko w pięknym, staromodnym i całkowicie niepraktycznym stylu.

Wiadomym było, że nieboszczyk, nie lubił długich pożegnań. Tyczyło się to również pogrzebów. Dla takiego człowieka idealnym ostatnim pożegnaniem był ten z rodzaju szybkich, odbywający się na morzu. Pech chciał, że stary Wilk Morski wyzionął ducha na suchym lądzie. Na szczęście, żaden z jego przyjaciół czy krewnych, nie chciał wygłosić pożegnalnego monologu. Ewentualnie, to wdowie nie udało się nikogo przekonać. Skończyło się na tym, że łysawy, tłusty klecha, pogadał trochę o Bogu wzywającym do siebie „Tego dobrego człowieka”.

– Wszyscy znaliśmy Beniamina, alias „Niedźwiedzia”, Bere – rzekł na zakończenie – I wszyscy możemy to potwierdzić.

Potwierdzić, że był dobry? Zależy w czym…

Ponoć dobrze się z nim piło, o ile było się jego przyjacielem. Jeśli nie, to lepiej było wyjść z baru zanim Niedźwiedź się upił. Gdy nie miał kogo sprać, przewracał tylko stół, przy którym siedział i wychodził.

Był też ponoć dobrym mężczyzną. Potwierdzenie można było uzyskać u wszystkich kobiet, które miał. W całym porcie nie było takiej, która nie marzyłaby o Niedźwiedziu Bere. Można sobie wyobrazić późniejszy lament wszystkich panienek, kiedy dowiedziały się o ślubie Niedźwiedzia. Usidliła go piętnaście lat młodsza, Maria, zwana przez niego Misiaczkiem. Później tak jej już zostało. Niedźwiedź i Misiaczek, byli chyba najszczęśliwszą parą w całym mieście. Potwierdzenie słodkiej bajeczki o Pięknej i Bestii.

Na pewno był dobry również w tak zwanej, brudnej robocie. Świadczyła o tym jego reputacja i to, co mówili o Niedźwiedziu na mieście. Potrzebowałeś ochrony – zgłaszałeś się do Bere. Chciałeś ściągnąć dług – wynajmowałeś Bere. Ktoś miał przelecieć przez ścianę – Niedźwiedź ci to załatwił. Wszystko wskazywało na to, że jego pseudonim nie wziął się z obco brzmiącego nazwiska.

Korowód opuścił kaplicę na końcu dzielnicy i powędrował za miasto, nad klify. Fale grzmiały, rozbijając się o skały i wysoką, pionową ścianę. Wiatr dął głośno, wiejąc znad morza, zapowiadał rychłe nadejście sztormu.

Zgodnie z ostatnią wolą zmarłego, ciało wyjęto z trumny, obwiązano obciążnikami, po czym zrzucono w morskie odmęty.

Postawiłem kołnierz swojego prochowca, po czym szybko złapałem kapelusz, żeby mi nie odleciał. Niespiesznym krokiem podszedłem do wdowy. Stała na krawędzi klifu wpatrując się w fale raz za razem rozbijające się o stromy brzeg. Łzy spływały po jej bladych, zbyt mocno przypudrowanych policzkach.

– Jest pani pewna? – zapytałem z miejsca. Fachowo byłoby zadać owo pytanie jak najciszej, jednak grzmot fal i wiatr sprawiły, że musiałem je niemal wykrzyczeć.

Pokiwała głową w odpowiedzi.

Przyłożyłem jej do pleców strzykawkę, kształtem przypominającą pistolet. Dobrze leżała w dłoni, a system ciśnieniowy szybko wtłaczał całą zawartość.

– Tak dla pewności – rzuciłem.

Nie zdążyła odpowiedzieć. Chwyciłem ją za rękę i wbiłem długą igłę w plecy. Trucizna wlała się prosto do płuc błyskawicznie niszcząc pęcherzyki. Moja klientka nawet nie była świadoma tego, że już nie oddycha.

Misiaczek spadł w przepaść goniąc swojego ukochanego Niedźwiedzia. Schowałem strzykawkę o kształcie pistoletu i odszedłem.

Nikt nic nie mówił. Znali wolę wdowy. Wszystko odbyło się jak należy – po cichu, dyskretnie i elegancko.

Podręcznikowa eutanazja.


Bartłomiej Sztobryn

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 5 (#2 2017) kwartalnika Abyssos.

Varia

Przeznaczenie Dezawa

275 Wyświetleń

Śnieg skrzypiał pod stalowymi buciorami. Na futrach osiadł delikatny mróz przenikający w głąb odzienia. Brody piechurów pokryły się szadzią. Czarne chmury sprowadzające noc nie zapowiadały nic dobrego. Wędrowcy dotarli na skraj lasu. Niosący rannego po chwili opóźnienia spowodowanego targaniem towarzysza również dołączyli do pozostałych. Drewniane nosza zdawały się błagać o zwolnienie z powodu ciężaru opasłego Regnara zranionego w wyniku starcia z diabelską kostuchą, która dopadła ich kilka dni po wyruszeniu w drogę. Mściła się na każdym kto zdołał wyrwać się spod kosy udręki i pogardy. W oddali unosiła się delikatna poświata małej wioski, która w wyniku ciężkiego i mroźnego powietrza stała się ledwo dostrzegalna.

– Zajdźmy na noc do wioski, panie – wtrącił Vingor dając tym samym oznakę zmęczenia spowodowana szybkim marszem.

– Nie ma mowy głupcze – warknął dowódca – Nie ściągniemy na niewinnych ludzi gniewu tego ścierwa. To wyłącznie nasza rzecz.

– Dobrze gada – pochwalił dowódcę Regnar – Ona wróci po mnie, nie po nich. Nie siejmy leku wśród prostaków.

– Tu rozbijemy obóz – rozkazał Berg wskazując miejsce między drzewiną – Przy odrobinie szczęścia wywabimy kostuchę na otwarte pole i otoczymy odcinając drogę ucieczki. Rozpal ogień Dezawie synu Reznora! Niech truchło wie, że czekamy!

Wojownik niezwłocznie chwycił za tobół, z którego wyciągnął kilka suchych drew po czym zaczął krzesać ogień. Po chwili płomień buchnął omal nie spalając brody palacza. Ognisko nie tylko przenikało ciepłem strudzonych piechurów, ale również rozleniwiło instynkt walki i czujności które były jedyny sposobem przedłużenia marnego żywota. Kiedy ogień rozbudził się na dobre, Dezaw przeszedł wzdłuż linii lasu szukając odrobiny chrustu. Miejscami spod zmrożonego śniegu wystawały pojedyncze badyle. Woj próbował wyciągnąć kilka, niestety większość łamała się w dłoni po delikatnym pociągnięciu.

– Psia krew – zaklął po nosem – Nic z tego nie będzie. Jak pech to pech, a raczej przekleństwo tej suki – poprawił się w myśli.

Coś delikatnie zatrzeszczało w głębi lasu. Dezaw zamarł wytrzeszczając wzrok. Dłoń automatycznie powędrowała w kierunku prawego ramienia, zza którego wystawała rękojeść wielkiego stalowego topora. Przykucnął na śniegu i próbował wypatrzeć coś w ciemności. W oddali błysnęły dwa małe punkciki. Mrugały intensywnie obserwując wojaka.

– To sarna – stwierdził i uśmiechnął się w duchu – piękna, świeżutka, dorosła sarna. Choć malutka, poznajmy się bliżej – szepnął pod nosem.

Zwierzę sprawiało wrażenie jakby słyszało każdy oddech brodacza. Zamiast topora zdecydował się wyciągnąć z rękawa małą składaną kuszę. Z wysokiego niemal do kolan buciora dobył bełt zakończony pierzastą lotką. Za pazuchą miał drewniane pudełeczko przewiązane licowym rzemykiem, w którym trzymał olej utarty z trujących ziół. Niezwłocznie zanurzył weń grot bełta i sprawnie zamontował naciągając broń. Mróz utrudniał czynności które trzeba było wykonywać w rękawicach ze smoczej skóry.

Zwierzę stało bez ruchu obserwując poczynania oprawcy, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co się kroi. Dezaw przyłożył kusze do polika i namierzył cel.

– Już cię mam – pomyślał.

Delikatnie zwolnił mechanizm. Strzała z ogromną prędkością przeszyła powietrze kończąc lot w miękkiej grdyce sarny. Zwierzę momentalnie padło na glebę wydając ostatni dech. Strzelec poderwał się na nogi i poszedł w głąb lasu po upolowaną zdobycz.

– Nie, potrzebnie smarowałem grot – wybełkotał w myśli – I tak padła od razu bidula.

Trucizna była tak silna, że w kilka minut zżarła metalowy grot bełta. Myśliwy złożył broń i schował za pazuchę. Podniósł zwierzę i sprawnie przerzucił przez ramię. Odwrócił się na pięcie i dziarskim krokiem ruszył w stronę obozu.

Ogień w oddali stał się punktem orientacyjnym dla wojownika przecierającego nową drogę przez skuty mrozem śnieg. Posiłek, który niósł na ramieniu nie był ciężki, jednak w obecnych warunkach stawał się utrudnieniem w i tak uciążliwym marszu.

Kiedy Dezaw przybliżał się do obozowiska odczuł dziwny smród. Połączenie potu i gnoju było przy tym niczym perfum. Fetor przypominał rozkładającego się trupa w połączeniu ze zgniłymi jajami i domieszką butwiejącej kapusty. Im wojak zbliżał się do miejsca, w którym zostawił kompanów, tym smród narastał coraz bardziej i bardziej. Piechur przystanął i nie mogąc wytrzymać rzygnął przez lewe ramię.

Znał ten fetor. Wiedział z czym – a raczej z kim – się wiąże i zdawał sobie sprawę z powagi przeklętej sytuacji. Nie przypuszczał jednak, że stanie się ona tak paraliżująca w skutkach.

Nastała noc. Czarne chmury zasłoniły księżyc, który w tym zasranym mroku był jedynym dawcą światła. Wojownik znajdował się jakieś czterdzieści kroków od prowizorycznego obozu. Nagle zamarł. Pociemniało mu przed oczami. Flaki w żołądku ścisnęło jak w imadle. Padł na kolana z rozdziawiona gębą próbując rozwikłać czy to co widzi jest snem a może jawą. Duszący fetor ogłupiał i mdlił do granic możliwości. Dezaw ponownie nie wytrzymał. Walnął o ziemię lekko już skostniałą sarnę i ponownie targnęły nim rwące torsje. Próbował dojść do siebie.

Na drzewach okalających ognisko wisiały cztery zmasakrowane ciała wikingów. Śnieg jeszcze nie, dawno czysty i biały teraz zmienił barwę na krwistą czerwień. Wokoło panowało nie, ziemskie spustoszenie. Trup rannego w ostatniej walce Regnara wisiał na grubej gałęzi po lewej stronie ogniska. Był zupełnie nagi. Z rozciętego brzuszyska wydostawały się parujące jeszcze wnętrzności. Ręce ponacinane w kilku miejscach straciły różowy kolor z powodu obficie upływającej krwi. Wisielec miał wydłubane oczy i podcięte gardło. Nie wiadomo, dlaczego powieszono go głową w dół i przymocowano do gałęzi za jedną nogę.

Na dwóch kolejnych ciałach Dezaw nie spostrzegł żadnych śladów walki. Wszystko wyglądało tak, jakby usieczono braci w czasie snu. Dwóm środkowym wisielcom również wydłubano oczy, jednakże powieszono ich w tradycyjny sposób – za szyję.

Po prawej stronie dogasającego już ognia wisiało ciało Berga – dowódcy drużyny. Gdyby nie stój i łańcuch na szyi, Dezaw nie rozpoznał by ciała. Było iście zmasakrowane. Jak u pozostałych towarzyszy, dowódcę również pozbawiono oczu. Miał obcięte dłonie, z których kapała resztka krwi. Nie powieszono go na gałęzi, ale przybito toporem do pnia drzewa, miażdżąc żebra i kręgosłup. Spalona broda i twarz Berga wyglądały odrażająco.

Zdruzgotany Dezaw przyglądał się ciałom towarzyszy. Podchodził bliżej próbując dopatrzeć się choć najmniejszych śladów ułatwiających zidentyfikować zwyrodniałego mordercę i potwierdzić własne przypuszczenia. Niestety. Zbrodnia musiała być przemyślana i zaplanowana w każdym szczególe. I jedno było pewne, nie dokonał tego człowiek. Nikt z ludzi nie byłby w stanie zaatakować z zaskoczenia czterech rosłych wojowników i dokonać takiej rzezi.

Kiedy przyglądał się zmasakrowanym zwłokom poczuł czyjąś obecność za plecami. Zimny pot perlił się na czole i spływał po plecach. Zerknął w prawą stronę chcąc dostrzec na śniegu cień oprawcy rzucany przez płomień ogniska. Nic jednak nie dało się zauważyć. Utwierdziło to Dezawa w przekonaniu, że przypuszczenia kłębiące się w umyśle były słuszne. Zebrał się w sobie i odchylił jedną nogę w tył robiąc duży krok. Od razu zauważył, że na śniegu pozostał tylko ślad po upolowanej niedawno sarnie, zwierzęcia jednak nie było.

– Wróciło ścierwo – wycedził po wąsem – Ta masakra to jej sprawka. Zaraz dobierzesz się do mnie, ale nie pójdzie ci tak łatwo.

Przymrużył oczy. Lewą ręką poprawił rogaty hełm i pogładził kosmatą brodę. Rękojeść stalowego topora, który dzierżył na plecach zadrżała, dając znak nadprzyrodzonej obecności drugiej osoby. Naraz usłyszał trzask w głębi lasu. Wstrzymał oddech koncentrując się na dźwięku. Zerwał się gwałtowny i mroźny wiatr roznosząc resztki żaru z dogasającego ogniska. Powiew poruszył trupy wiszące na gałęziach. W powietrzu dało się odczuć smród śmierci.

Dezaw wyprostował się i powoli chwycił drżącą rękojeść topora. Na trupie dowódcy usiadło czarne ptaszysko i głośno zakrakało.

– Zaczęło się – szepnął odwracając się na pięcie.

Ujrzał przed sobą przerażającą odchłań. Ziemia jakby zniknęła pod stopami otwierając czeluście mroku. Nagle poczuł dotyk kościstej łapy, która zacisnęła się na nim jak na mieczu.  Ostre trupie paluchu wbiły się w bark Dezawa zadając przeszywający ból. Wojownik upuścił trzymany w dłoni topór i zawył. Nie dając za wygraną szarpnął się potężnie wyrywając z uścisku śmierci. Błyskawicznie odwrócił się w stronę kostuchy i pobladł z przerażenia tracąc czucie w nogach i rękach.

Zza poszarpanego kaptura pobłyskiwały przekrwione ślepia, których spojrzenie zadawało ból i strach. Truchło przybliżyło się do Dezawa i kolejny raz wbiło szpony w ramiona. Kiedy podniósł głowę stanął oko w oko z królową śmierci. Wzrok utkwiony w zaropiałym ślepiu przyprawił go o mdłości. Naraz poczuł potężny wicher. Wszystko wokół zatańczyło. Dzielny woj znalazł się jakby w środku trąby powietrznej, niszczącej wszystko wokół.

Syn Reznora padł na kolana oszołomiony. Targało nim na lewo i prawo, jednak nie na tyle żeby wyrzucić poza obręb wściekłego wietrzyska. Ból przeszywał każdy centymetr ciała, sprawiając wrażenie jakby po kolei łamał każdą kość, wyrywał każdy mięsień. Męczarnia w końcu wzięła górę. Stracił kontakt z rzeczywistością. Zemdlał.

*************

Otworzył oczy. Mrugnął kilka razy łapiąc ostrość jak po długim śnie. Poruszył delikatnie palcami, potem całymi dłońmi, rękoma i nogami. Wszystko było całe, sprawne. Nie odczuwał bólu. Przed oczami miał czarne niebo pozbawione gwiazd. Co jakiś czas przeszywały je błyskawice nie wydając grzmotów. Również nie padał deszcz jak to zazwyczaj bywa w trakcie burzy. Mroźny wiatr smagał mu twarz i postrzępiona brodę.

Dezaw uniósł głowę i podparł się na łokciu rozglądając wokół. Smolista ciemność opanowywała wszystko. Nie możliwym było dostrzec cokolwiek. Nawet błyskawice nie rozświetlały dalszego horyzontu. Zauważył, że leży na kamiennym moście. Nie był w stanie ocenić jego wysokości, bowiem u dołu również panował mrok. Kamienna ścieżka prowadziła tylko w jednym kierunku – ku otchłań.

Wojownik podniósł się z ziemi i natychmiast zauważył, że stracił wszelka broń. Na plecach nie było topora. Nie posiadał również futrzanego płaszcza, w którym ukrył składana kuszę. Na głowie nie było rogatego hełmu ani miecza przy pasie. Jedyne co mu pozostało to wysokie buciory i skórzane spodnie. Na piersi miał gęsto pleciona kolczugę, która ochraniała również ręce. Na dłoniach pozostały rękawice ze smoczej skóry.

Kiedy stanął na równe nogi zdjął rękawice i otarł twarz. Jeszcze raz rozejrzał się w około zyskując pewność czy to co widzi jest realne.

– Gdzie ja jestem u licha? – zapytał sam siebie – Nadal żyję, a suka jakby przepadła – zastanawiał się przypominając wydarzenia sprzed chwili.

– Nie wygląda to na piekło, ale niebem też na pewno nie jest – zaśmiał się pod wąsem brodacz.

Nie mając za dużego wyboru ruszył przed siebie po wąskim moście. Wokoło tańczyły czarne chmury okalając i odcinając widoczność. Gdzie nie gdzie kamienna droga była wyszczerbiona na wylot ukazując otchłań, której i tak nie można było oszacować. Most nie posiadał żadnych łańcuchów ani balustrad które umożliwiały podparcie się w marszu.

Po przebyciu kilkunastu kroków dzielny mąż zaczął dostrzegać w mroku rysujące się kształty. Im podchodził bliżej, tym widok stawał się wyraźniejszy. Nagle jak na skinienie czarodziejską różdżką mrok opadł ukazując oczom Dezawa ogromne zamczysko.

– Dobry Boże – wymamrotał przyglądając się okazałej budowli.

Chciał zrobić krok w tył, zorientował się jednak, że droga za nim znikła bezpowrotnie. Jeszcze jeden krok i runął by w niezmierzoną przepaść.

Zamczysko było wielkie i mroczne. Ze wszystkich stron otoczone murem sprawiało wrażenie nie dostępnego. Ponad całą budowlą górowała czworokątna wieża, zakończona mniejszymi wieżyczkami w każdym rogu. Wokoło murów umieszczono fosę, w której zamiast wody pobłyskiwała czarna gęsta substancja wydająca zapach świeżej krwi. Ponad fosą górował most zwodzony prowadzący do bogato zdobionej bramy zamkniętej kratownicą. Nie było ani drzew, ani kwiatów. Powietrze nie miało żadnego zapachu. Jedyny źródłem światła w tym przeklętym miejscu był księżyc unoszący się centralnie nad mroczną budowlą. Gdzie nie gdzie dało się słyszeć krakanie ptaszyska. Było takie samo jak to które słyszał z ramienia zabitego wodza tuż przed przybyciem demona. Poza tym wszędzie panowała głucha cisza.

Dezaw syn Reznora ruszył przed siebie. Nie odczuwał strachu, był raczej ciekaw miejsca, w którym się znalazł. Jedyny niepokój wzbudzał w nim brak broni, bowiem woj bez oręża jest jak łuk bez strzały. Im bardziej zbliżał się do zamku tym zyskiwał większą pewność siebie.

Jak wejdę na dziedziniec poszukam broni. – mówił – Inaczej może być ciężko.

Ocalały piechur przeszedł przez most zwodzony i dotarł do zamkniętej kratownicy. Wciskał kamienne bloki szukając ukrytego sposobu na otwarcie bramy jednak nic się nie działo. Na budowli dało się dostrzec rzeźbione ornamenty przedstawiające nie chlubną działalność kostuchy zamieszkującej ponury obiekt. Nagle jak na życzenie potężna brama drgnęła i powoli uniosła się do góry ukazując dziedziniec zamczyska.

Wojownik dziarskim krokiem ruszył w stronę podwórza. Kiedy tylko przekroczył bramę, ta z wielkim hukiem runęła w dół odcinając drogę powrotną.

– Cwany ruch kostucho – krzyknął mrużąc oczy – myślisz, że to coś ci pomoże?

– Nikt nie wyszedł tą bramą żywy marny człowiecze – odezwał się ochrypły i ponury głos.

– To się jeszcze okaże, ścierwo – mruknął rozglądając się czujnie.

Wnętrze dziedzińca zamkowego jak i pozostała część budowli ogarnięta była ciszą i mrokiem. Nad kamiennym podłożem unosiła się mgła. Po środku sterczała studnia od dawna pozbawiona życiodajnej wody. Pod murami wznosiły się krużganki podparte równo rozstawionymi kolumnami. Kilka z nich przybierało postać rzeźby przedstawiającej zakapturzone postaci podparte mieczem lub kosą. Księżyc rozświetlał niemal każdy kąt krużganku dodając figurom niemal ożywczego blasku.

– To się franca urządziła – szepnął chwytając czujnym wzrokiem każdy szczegół.

Niepokojącym było, że nigdzie nie znalazł broni. Domyślał się, że wieża, na którą patrzy jest siedzibą wroga i nie może wejść w jej paszczę bez oręża w dłoni. Zaczął gorączkowo przechadzać się po dziedzińcu szukając choć najmniejszego narzędzia mogącego posłużyć za broń. Niestety nie znalazł niczego. Na domiar tego kolczuga na ramionach zaczęła ciążyć jak nigdy dotąd w pewnym momencie przyciskając syna Reznora do ziemi.

– To jedyna ochrona – sapał sam do siebie – żebym miał tu zdechnąć nie zdejmę jej. Muszę iść dalej.

Zebrał wszystkie siły i podniósł się stając ciężko na nogach. Powoli ruszył w kierunku wieży. Hart ducha i waleczność serca nie pozwoliła mu dać za wygraną. Wiązało się to bowiem z plamą na honorze. Dotarł do wielkich drewnianych drzwi. Te również na zwór bramy wejściowej ozdobione były płaskorzeźbami z wizerunkiem kostuchy. Wielką metalową klamkę pokrywała widoczna szadź. Dopiero teraz Dezaw poczuł, jak przenika go zimno i uciążliwy dreszcz. Chwycił rękojeść zakutaną w rękawicę dłonią. Drzwi chrupnęły i potężnie zaskrzypiały uchylając się przed zmarzniętym wojownikiem. Wszedł do środka. Panował tu półmrok.

Od drzwi zaczynały się strome schody prowadzące na szczyt wieży. Na ścianach pokrytych szronem tliły się pochodnie. O dziwo płomień był błękitny, więc tłumaczyło by to półmrok w nie przyjemnym wnętrzu. Dezaw zaczął wspinać się ku górze. Po drodze mijał szkielety, które zapewne należały do śmiałków będących tu wcześniej niż on. Mimo ciążącej na barkach kolczugi wojak dzielnie radził sobie z pokonywaniem wysokości. Im wyżej, tym schody stawały się, coraz węższe i bardziej strome. Po pokonaniu kilkudziesięciu stopni  przystanął na chwilę. Para z gęby dawała wyraz zmęczenia oraz panującego wewnątrz chłodu. Po pokonaniu połowy drogi, dostrzegł u szczytu otwarte drzwi prowadzące zapewne do miejsca przeznaczenia. Tak jak w całym zamku, również tu panował mrok. Z wielkim trudem dzielny i strudzony wojownik dotarł na szczyt wieży. Przekroczył próg obserwowanych wcześniej drzwi i znalazł się w wielkiej sali przypominającej dawną kaplicę. Obserwując zamek z zewnątrz nie przypuszczał, że pomieszczenie na szczycie może być tak duże. Urządzone bardzo surowo i chłodno przytłaczało ponurą atmosferą.

Wchodząc do środka Dezaw od razu spostrzegł dębowy stół przykryty czarnym płótnem, na którym leżał topór, miecz, mała składana kusza, rogaty hełm oraz pudełko przeplecione skórkowym rzemykiem. Na drewnianym kołku zawieszono grube futro. Pomieszczenie wypełniał fetor trupa, jednak tym razem do zniesienia. Nad głową zaraz po wejściu do sali górował mały balkon podparty czterema kolumnami na wzór tych z dziedzińca. Ściany zdobiły wysokie strzeliste okna wypełnione czarnym witrażem w różnych odcieniach. Pod oknami na dużych świecznikach ćmiły się świece o błękitnym płomieniu. Sklepienie wielkiej sali pokrywała mgła, z której co chwile strzelały błyskawice na wzór tych z mostu przed zamczyskiem. Przez środek biegł ledwo widoczny czarny dywan przysłonięty unoszącą się nad podłogą mglista poświatą. Prowadził na koniec sali, gdzie siedziała Ona, tajemnicza, odrażająca i zakryta poszarpanym kapturem – Śmierć.

Widok kostuchy przyprawiał o dreszcze. Nawet Dezawem targnął strach.

Kostucha siedziała na tronie wykonanym z ludzkich czaszek. Łatwo było dostrzec, że w niektórych miejscach brakowało ich kilka, aby wypełnić siedzisko w całości. Prowadziło do niego kilkustopniowe wzniesienie do złudzenia przypominające podwyższenie królewskie. Kostucha odziana w czarny płaszcz z kapturem stanowiła obraz odrazy i nieszczęścia. W lewej ręce trzymała długi trzonek z ludzkich kości zakończony ogromną zakrzywiona kosą, pobłyskującą nad głową. Od spodu kosa zakończona była ostrym jak brzytwa kolcem. Przednia część szaty była rozchylona i gołym okiem można było dostrzec gnijący mostek i żebra. Błyskawice pojawiające się na czarnym sklepieniu uderzały w kosę powodując wybuch iskier nad odrażającą postacią. Na prawej kościstej łapie widniał duży pierścień, symbol władzy nad życiem.

– Jesteś wreszcie ludzka miernoto – zagadnęło truchło podnosząc łep i witając swego gościa.

Dezaw spojrzał w jej kierunku udając, że nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia.

– Czego chcesz? – zapytał mróżąc oczy – Po co mnie tu ściągnęłaś?

– Spotykamy się nie pierwszy raz – ciągnęła śmierć –  Postanowiłam, że tym razem stawie się osobiście – mało tego – ugoszczę cię w moim skromnym pałacu – powiedziała wykonując gest prawym łapskiem – Niewielu miało ten zaszczyt.

– Nie wydaje mi się, żeby patrzenie na trupa było zaszczytem – odpowiedział śmiejąc się pod nosem – Z grzeczności jednak nie zaprzeczę.

Kościotrup nie był zadowolony z odpowedzi Dezawa. Najwyraźniej wzbudziło to w nim gniew. Wbił w rozmówce wzrok przeszywający niczym sztylet.

Dezaw odczuł dziwne ukłucie w piersi i jęknął.

– Pytam czego chcesz odemnie kreaturo? – krzyknął wojownik, co najwraźniej nie spodobało się rozmówcy.

– Jak śmiesz podnosić głos na Władcę Śmierci, plugawy śmieciu! – ryknęła podnosząc się z tronu – Jedno me skinienie przeniesie cię w ogień piekielny i szczeźniesz błagając o kroplę wody.

– Nie mam zamiaru ginąć! – postawił się Dezaw – Jeśli mamy walczyć, to wynik może być jeden. Ścierwu na pochybel.

Śmierć ponownie poderwała się z tronu. Niebo pod sklepieniem jakby się rozstąpiło. Powiał silny i duszący wiatr jak wtedy, gdy porawno go w zaświaty. Kostucha rąbnęła kosą w posadzkę. Drganie przewróciło brodacza odbierając na moment dech.

– Jesteś zerem synu Reznora. Nie możesz nic osiągnąć, a mimo to walczysz. Ty i twoi towarzysze – wielcy pogromcy złego. Żaden nie zdążył zareagować. Wycięłam ich w pień w przeciągu sekundy. Nikt nie może mnie pokonać. Wiesz dlaczego?? – zapytała.

– Umieram z ciekawości – odpowedział drwiąco Dezaw.

– Bo na imię mi Śmierć! – wrzasnęła – Każdy człowiek podlega mojej władzy. To ja decyduję o godzinie w której wyrwę twą duszę z ciała i skaże na potępienie u mego boku. Nikt nigdy nie wygrał i nie wygra ze mną. Ja dzierżę klucze czasu przypisanego każdemu według miary życia. Żaden miecz ani topór. Żadna kusza czy łuk nie są w stanie zagrozić memu jestestwu. Rozumiesz to głupcze?

– Szanowna Ochydo – rozpoczął Dezaw skłaniając się komicznie – Wszystko coś powiedziała zgodne jest z prawdą. Istnieje jednak pewna rzecz która nas różni. W mojej piersi bije serce, które jest dawcą życia, ciepła, uczucia. Również w nim rodzi się wola walki. W moim ludzie istnieje takie powiedzenie: „Jakie serce, taki miecz”. I choć może to z mało by pokonać tak wredne truchło jak ty, to jednak miej świadomość, że nigdy nie dostaniesz mojej duszy.

– Widzisz to wolne miejsce? – zapytała śmierć wskazując kościstym paluchem wgłębienie na czaszkę w oparciu tronu – To na twój łep miernoto. Dołączając do kolekcji staniesz się moją własnością tak jak pozostali.

Śmierć skinąła łapą i wokoło niej zaczęły pojawiac się uciemiężone duszę zakletych w tronie właścicieli czaszek. Dezaw rozpoznał na ich twarzach cierpienie i ból. Jakby błagali o pomoc, której nie mogli otrzymać.

– Stań do walki Suko! – warknął wojownik – Miejmy to za sobą.

Syn Reznora podszedł do dębowego stołu i przywdział rogaty hełm. Otwierając pudełko z trucizną zamoczył w niej ostrze miecza, po czym przytroczył go do szerokiego skórzanego pasa. Przeładował kuszę i odłożył na stół. Chwycił w dłoń drżącą rękojeść topora. Machnął w powietrzu, jakby na próbę i stnął przodem do tronu śmierci.

– Jestem gotów – poinformował przeciwniczkę.

– Marne twe przygotownia człowieczyno – odparła podrywając się z tronu. Obie ręce podniosła w górę uwalniając błyskawice z ciemnego sklepienia. Towarzyszył temu przerażający huk i gromki śmiech kostuchy.  Pochodnie pod oknami zmieniły barwę płomienia. Teraz przybrały naturalne właściwości żywego ognia. Z wielkim hukiem zatrzasnęły się drzwi za plecami wikinga.

– Mam dla ciebie propozycje synu Reznora – zagadnęło truchło przybliżając się małymi krokami do Dezawa.

– Nie jestem zainteresowany – odpowiedział.

– Nie chcesz nawet poznać mojej oferty? – dopytywała śmierć, coraz bardziej przybliżając się do przeciwnika.

–  Jedyne czego chce to wbić topór w twój pusty i kościsty łeb – wypalił wojownik rzucając się na kostuchę.

Śmierć zrobiła szybki unik zręcznie parując cios wojaka. Nim ten zdążył się obrócić miał już nad głową kosę tnącą powietrze w jego kierunku. Nie zdążył całkowicie uniknąć ostrza które w jednej chwili odcięło ucho wojownika.

Dezaw zawył z bólu przysłaniając ręką zakrwawione miejsce. Szybo spostrzegł, że rana momentalnie gnije i ocieka ropą. Zatrute ostrze zainfekowało organizm – pomyślał.

Truchło uniosło się w powietrze rzuciło piorunem w rannego przeciwnika, który z każdą chwilą tracił siły chwiejąc się na nogach. Piorun trafił w Dezawa eksplodując na zasłaniającej klatkę piersiową kolczudze. Wybuch niemal zabił rannego wojaka. Leżąc poparzony na posadzce szybko tracił świadomość.

Śmierć mogła przejść do ulubionej części walki. Podeszła do konającego i wtopiła w niego parszywe ślepia. Jednym ruchem przywołała kosę i przyłożyła do grdyki leżącego.

– Mogę uratować ci życie, w zamian za służbę w gildii śmierci – wycedziła chełpiąc się zwycięstwem – Wystarczy jedno słowo i podpis na cyrografie, a będziesz żył.

– Ścierwu na pohybel – wymówił ostatnim tchnieniem brodacz.

– Zatem nie pozostawiasz mi wyboru głupcze – odpowiedziała.

Truchło podniosło się. Jednym gestem łapy przeniosło ofiarę w pozycję siedzącą. Kosa uniosła się w powietrze i szybkim pchnięciem odcięła głowę wojownika. Z ciała bryznęła czarna zakażona krew. Tułów upadł na podłogę, zaś głowa potoczyła się w kierunku tonu Śmierci. Kostucha podeszła i chwyciła odcięte trofeum. Kiedy podniosła głowę Dezawa, ta momentalnie zamieniła się w gołą czaszkę, jakby spędziła w grobie przynajmniej sto lat. Umieściła ją w oparciu tronu, uzupełniając w ten sposób puste miejsce. Zasiadła na trupim podium i wybuchła hałaśliwym i przerażającym śmiechem, który odbił się echem nie tylko po sali, ale i całej okolicy.

Najdawniejsze ludy zamieszkujące północ spisały legendę, która głosi: „Jeśli w pochmurną i straszną niczym upiór noc, wśród świstów chłodnego wietrzyska usłyszysz w oddali echo plugawego śmiechu który wpadając w ucho przyprawi cię o dreszcz, musisz wiedzieć, że kolejne miejsce wśród tronowych czaszek Śmierci zostało zapełnione”.


Przemysław Kubisiak

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 5 (#2 2017) kwartalnika Abyssos.

Varia

Splatając sznur

192 Wyświetleń

Nigdy się nie poddawaj. Słyszałem tą starą formułę tyle razy. Odbija się echem w moim umyśle, niczym w bezkresnej jaskini. Była to jedyna rzecz, o której myślałem, kiedy zakładali mi pętlę na szyję. Moja mantra, nieprzerwanie powtarzana w myślach. W tle akompaniament płaczu mojej żony i dzieci. Wszyscy mieli podzielić mój los. Zostać ukarani za pierwotne pragnienie wolności. Pragnienie, które zrozumiałby każdy zniewolony nieszczęśnik. Nie żegnałem się z żoną, nie skomlałem o litość dla siebie czy rodziny. Ofiara, którą mieliśmy złożyć była niezbędna. Nasi wrogowie musieli zrozumieć, że nigdy nie ugniemy się pod ich batem. Musieli wiedzieć, że nie złamie nas byle najeźdźca.

Continue Reading

Literacki performance Varia

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #8

265 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Michał Nowina i Jagoda Dżejdża Niemczycka

Odcinek 27

Na kilka chwil zapadła cisza. Ani Marco, ani Antoni nie mieli pojęcia, w którą stronę mógł się oddalić Holden z Justyną.
Po kilku minutach natężonego główkowania głos zabrał Marco:
– Nie uważasz, że te zbiry, które zmuszeni byliśmy unicestwić, mogą mieć powiązania z naszym rzekomym policjantem z Interpolu? Bardzo

Continue Reading

Literacki performance Varia

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #6

249 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Jagoda Dżejdża Niemczycka
Odcinek 15.

Nikły płomień pochodni rzucał chybotliwe cienie na marmurową posadzkę, odbijając się mdłym blaskiem w zimnych, brudnych ścianach.
Na środku pomieszczenia stał długi, pięknie rzeźbiony stół, przy którym zasiadało dwunastu mężczyzn w czarnych pelerynach i głowach zasłoniętych kapturami. Panowała absolutna cisza, w której nie można było dosłyszeć się nawet najmniejszego szmeru.

Continue Reading

Literacki performance Varia

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #5

307 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Jagoda Dżejdża Niemczycka
Odcinek 9

Antoni rozsiadł się wygodnie na sofie, która okazała się wyjątkowo miękka i przytulna. Naburmuszony, spojrzał kątem oka na Justynę i jej towarzysza. Był zły jak diabli, zdawał sobie bowiem sprawę, że cała sytuacja była naprawdę niebezpieczna, a jednocześnie intuicja dawała mu z tyłu głowy cichutkie sygnały, że policja może mieć nie do końca czyste intencje. Na daną chwilę nie wiedział jednak innego wyjścia. Czuł się jak zaszczuty zając, na którego polują bliżej nieokreśleni kłusownicy, zaś Justyna była tak naprawdę jedyną osobą, od której mógł się dowiedzieć czegokolwiek
o swoim teraźniejszym położeniu. Był więc zmuszony jej zaufać.
– Justyno, czekam na wyjaśnienia – zaczął zdecydowanym tonem. – Jeśli rzeczywiście siedzę w jakimś bagnie, chcę przynajmniej wiedzieć, jak bardzo jest ono głębokie.
– Obawiam się, Antoni, że głębsze, niż się na początku spodziewaliśmy.. – odparła Justyna, zapatrzona w płomień rozpalonego kominka. – Co prawda nie udało nam się namierzyć owych zbirów, dzięki którym wylądował pan w śpiączce farmakologicznej, ale jak już wspominałam, zdołaliśmy dowiedzieć się czegoś o kolegach ze studiów pańskiego dziadka, którzy zginęli w dość dziwnych okolicznościach.
– Wspominałaś też coś o jednym studencie, który zaginął … – przypomniał sobie Antoni.
– Owszem – zgodziła się policjantka – ale nie udało nam się zdobyć o nim żadnych informacji, które naprowadziłyby nas na jakiś trop. Śledztwo w sprawie zniknięcia zostało już dawno umorzone, z braku jakichkolwiek konkretnych poszlak.
– Ale chyba dowiedzieliście się czegokolwiek, prawda? Inaczej nie inicjowalibyście całej sprawy z porwaniem, ani nie zamykali mnie tutaj, niczym sardynki w puszce? A może się mylę, i tak naprawdę mam się o niczym nie dowiedzieć?! – zdenerwował się Antoni.
Był naprawdę rozgoryczony całą sytuacją, nie wiedział już w co wierzyć, co o tym wszystkim myśleć i komu ufać.
– Prawdę mówiąc, Antoni, wiedza ta może okazać się dla pana niezwykle niebezpieczna i nieodpowiednia – kontynuowała niewzruszenie Bielska. – Sami jesteśmy przerażeni całą sytuacją i szczerze, nie chcemy narażać pana na jeszcze większy szok, zważając na stan pańskiego zdrowia. Ale jeśli koniecznie chce pan…
– Pani chyba oszalała! – wybuchł Antek. – Siedzę tu zamknięty, sam nie wiem po co i dlaczego, ktoś uparcie pragnie mnie załatwić, wy jeszcze bezczelnie twierdzicie, że to wszystko dla mojego dobra?! – jego krzyk odbił się szerokim echem po pokoju, sprawiając, że w pomieszczeniu zapadła grobowa cisza.
Antoni był zdruzgotany. Gwałtownie zerwał się z fotela i pobiegł w stronę drzwi. Musiał jak najprędzej wydostać się z tego więzienia! Miarka się przebrała: nie ufał już teraz nikomu, nie miał jednak żadnej koncepcji na to, jak w pojedynkę dowiedzieć się prawdy.
Wtem drogę zagrodziła mu postać doktora Krzysia, który gwałtownie złapał go wpół i popchnął w stronę ściany.
– Panie doktorze, nasz pacjent jest chyba za bardzo poruszony zaistniałą sytuacją. Proszę się nim zająć – zakomunikowała Justyna głosem lodowatym jak woda w stawie, w którym Antoni miał już nieszczęście się tego dnia znaleźć.
– Ależ oczywiście, pani detektyw – odparł lekarz. Antoni przez ułamek sekundy zdołał odwrócić głowę w stronę Justyny. W zimnym spojrzeniu jej pociemniałych oczu, które wcześniej wydały mu się tak sympatyczne i pełne ciepła, dostrzegł przebłysk czegoś, co można było określić jako lodowatą obojętność i… satysfakcję? Nie zdążył jednak dokładnie zinterpretować ich wyrazu, gdyż poczuł, jak silna ręka odwraca go gwałtownie i owija jego nos i usta szmatką, nasączoną chloroformem. Po chwili stracił świadomość.

Obudził się na łóżku, w tak dobrze mu już znanym pomieszczeniu willi, podłączony do kroplówki. Momentalnie przypomniał sobie w jaki sposób się tu znalazł i jak podle został potraktowany. Pomimo wyczerpania i ogólnej słabości zapaliła się w nim wściekłość tak żarliwa, że zdawała się rozsadzać go od środka. Wiedział jednak, że znalazł się w położeniu wręcz beznadziejnym, i nie miał kompletnie żadnego pomysłu, jak tę sytuację zmienić.
Ogarnęła go dławiąca bezsilność. Ostatkiem sił zwlókł się z łóżka i podszedł do okna. Obojętnym wzrokiem wpatrywał się w skąpane w mroku korony drzew, kołysane podmuchami gwałtownego wiatru. Wtem dostrzegł kobiecą postać, ukrywającą się między drzewami okalającymi teren willi a zaparkowanym nieopodal jeepem. Pomimo szoku wywołanego tym spostrzeżeniem, Antoni uśmiechnął się pod nosem. Rozpoznał tę postać. Jego kuzynka Dorota zawsze należała do osób wyjątkowo upartych.


Michał Nowina
Odcinek 10

Ciemny korytarz prowadził do równie ciemnego pokoju. Mdłe światło malutkiej lampki spełniało jedynie funkcję ułatwiającą komunikację. Z mroku wyłaniał się cień wysokiego fotela i zarys postaci. Twarzy jednak widać nie było.
– Zawiedliście nas – powiedział cień. Głos starszego mężczyzny był zimny i twardy.
Mężczyzna z owiniętą bandażem ręką skulił się w sobie. Wiedział, że jego sytuacja nie jest za ciekawa. Zdawał sobie jednak sprawę, że jedyną możliwą formą obrony jest pokorne oczekiwanie na to, co zadecyduje Pierwszy Pośród Równych. Służył idei i był posłuszny, jego „ja” się nie liczyło. Bezgraniczne oddanie było siłą ich organizacji. Każdy z członków ślubował na krew. Ślub czynił każdego członka równym wobec siebie. Żaden z nich nie mógł się wywyższać ponad innych. Jedynie Uświęceni, czyli Bracia Strażnicy i Pierwszy Pośród Równych, byli ponad innymi. Pierwszy był wszechwiedzącym panem życia i śmierci , Uświęceni natomiast ręką i mieczem wyższej sprawy.
– Zawiedliście nas – powtórzył cień. – Nie wykonaliście swej powinności. Pozwoliliście, by przeżył jeden z naszych największych wrogów. Nie wyciągnęliście też z niego żadnych informacji. Zdajecie sobie sprawę, że to poważne przewinienie?
– Tak – odpowiedział mężczyzna, mimowolnie chwytając się za zakrwawiony opatrunek.
– W dodatku pozostawiliście ślad, który może was zdemaskować. Zlekceważyliście przeciwnika.
– Nie mam nic na swoją obronę. Zanim Wasza Ekscelencja wyda postanowienie, proszę jedynie o uwzględnienie mojego oddania. Przyjmę każdy los, jaki będzie mi pisany – mężczyzna mówił pewnie, jednak w gardle czuł piekący smak kwasu żołądkowego.
– Właśnie wasza dotychczasowa służba zaszczyciła was audiencją u mnie. Wzięliśmy to pod uwagę i dlatego Uświęcony przyprowadził ciebie tutaj. W nagrodę za swą wierność gwarantuję wam szybką i bezbolesną śmierć.
Mężczyzna z zabandażowaną ręką nawet nie zdążył zrozumieć sensu wypowiedzi Pierwszego. Zakapturzona postać stojąca za nim obezwładniła go zastrzykiem. Nieświadomy upadł na podłogę. Druga iniekcja zawierała truciznę.
Po kilku sekundach było już po wszystkim.


Michał Nowina
Odcinek 11.

– Karmel, skąd ty u licha wiesz, że w tej hacjendzie jest twój kuzynek?
– Stul dziób, Marco. Jestem pewna, że go tutaj więżą.
– Ładne więzienie – zarechotał. – Jakby mnie gliny przymknęły, chciałbym się znaleźć w takiej celi. Mam jednak pytanie: przeczucie przeczuciem, ale pewności nie ma, że on tam jest, prawda?
– Spójrz ślepoto na okno na pierwszym piętrze – powiedziała Dorota chwytając towarzysza za kark i pokierowała jego głową.
– Sam bym zauważył – mruknął pod nosem.
Denerwowały go te bezpośrednie zachowania Karmel. Znosił to jednak dzielnie, ponieważ fascynowała go jak żadna inna kobieta. Lubił zdobywać panienki, owszem. Zresztą z Dorką też próbował, ale dostał po łapkach. Od tej chwili stała się jego niedoścignionym marzeniem. Od roku nie przeleciał żadnej chętnej laluni. Jego celem stało się zdobyć Karmel. Tym razem jednak nie chodziło mu o seks. Pragnął, żeby zauważyła w nim mężczyznę godnego jej zainteresowania.
Teraz jednak jedyne na co mógł liczyć, to jej złośliwości. Nie pozostała zresztą dłużnana to mruknięcie i skwitowała, że z jego spostrzegawczością nie zauważyłby na ciemnym tle świecącej dupy. Oj, nie szczędziła mu złośliwych słówek, ale za to właśnie ją kochał.
Antoni widząc kuzynkę szybko zgasił światło w pokoju. Kiedy Marco to zauważył, chciał już ruszyć do przodu, ale Dorota go zatrzymała.
– Co jest? Muszę przecież przyprowadzić tego niedojdę – szepnął przyciśnięty do ziemi.
– Sam przyjdzie – odpowiedziała.
– Niby jakim cudem? Przecież to atrapa faceta.
– Nie znasz go – stwierdziła z nutą dumy – On tylko tak niepozornie wygląda, ale sprytny jest niczym MacGyver.
– To czego ciągle się z niego nabijasz? – odparł nie kryjąc zdziwienia.
– Bo to mój kuzyn. Twój uwsteczniony mózg tego nie zrozumie – skwitowała krótko.
– Ciebie mózg Einsteina by nie zrozumiał, moja droga.
– Chcesz żyć, to się zamknij – warknęła Dorota i spojrzała w stronę okna na pierwszym piętrze.

Antek wyszperał w szafce pielęgniarki plaster nawinięty na szpulkę. Cieszył się, że okna są wyposażone w zwykłe, a nie zespolone szyby. Jedną z nich, znajdującą się w dolnym dziale skrzydła balkonowego, gęsto okleił plastrem, tworząc siatkę. Założył buty i kopnął w szklaną połać, która popękała i z delikatnym chrzęstem wypadła z okna. Dzięki siatce z plastra szyba nie narobiła dużego hałasu.
Antoni odczekał chwilę by sprawdzić, czy ktoś nie usłyszał jego próby ucieczki. Chociaż dla niego ten delikatny chrzęst był niczym huk pioruna, to jednak nikt na niego nie zareagował. Wyślizgnął się więc na balkon i tak jak poprzednio zszedł szybko na dół. Od krzaka do krzaka, skradał się do grupy drzew, gdzie ostatnio widział Dorotę. Oczywiście już jej tam nie było. Stała z Marco przy jeepie. Zadowolony, szybko przeskoczył płot. Kiedy jednak dotknął ziemi, usłyszał z boku szczęk przeładowywanej broni.
– Gadaj suko dla kogo pracujesz, albo odstrzelę ci łeb!
– Karmel, to ta idiotka Bielska! – jęknął Marco, podnosząc ręce do góry.
– Zamknij się palancie. Gdybym mogła, ciebie bym zastrzeliła na miejscu. Jak wy wytrzymujecie z takim czymś? – krzyknęła Justyna nie opuszczając broni.
Dorota uśmiechnęła się szelmowsko do Marco.
– Jak zwykle nie masz racji, biedaku.
– W czym? – spytał zdezorientowany.
– Pani oficer jest bardzo inteligentną osóbką. Z miejsca się na tobie poznała. Swoją drogą, mogła by jednak lepiej sprawdzać rodzinę osoby, którą ma zamiar porwać. Jestem kuzynką Antoniego i przyjechałam zabrać go do domu. Nie jest o nic oskarżony, więc chyba ma prawo decydować, gdzie chce być? – tym razem jej karmelowe oczy patrzyły prosto w twarz policjantki.
– Rodzina, nie rodzina, nie pozwolę wam go zabrać. Muszę go chronić, jest w niebezpieczeństwie.
– Hola! To usypianie chloroformem jest formą zapewnienia bezpieczeństwa?! Wypadałoby jednak mnie spytać o zdanie! – wrzasnął zdenerwowany Antoni.
– Wszystko w porządku, pani inspektor? – spytał mężczyzna, który wyłonił się zza drzew w ogrodzie.
– Tak, Wojciechu – odpowiedziała Justyna.
– Na ziemię !!! – krzyknęła nagle Dorota i upadła na asfalt. Marco natychmiast uczynił to samo. Antek znał zdolności swojej kuzynki. Nawet nie zastanawiał się dlaczego, tylko błyskawicznie rzucił się na Justynę, przykrywając ją ciałem.
Tylko Wojciech nie upadł. Zanim zrozumiał co się stało, leżał z przestrzeloną głową.
– Do samochodu! – komenderowała dalej Dorka.
Marco pomógł Antoniemu podnieść policjantkę z ziemi i wepchnęli ją do auta. Zanim drzwi się zamknęły, Karmel ruszyła już z piskiem opon. Kolejny pocisk roztrzaskał boczne lusterko. Dorota jednak prowadziła pewnie, wciskając w podłogę pedał gazu. Chciała jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem strzelca, który z zimną krwią zabił tamtego policjanta.


Weles
Odcinek 12.

– Karmel, moja droga – długowłosy wychylił się kawałek do przodu z tylnego siedzenia – Wyjaśnij mi łaskawie, czemu to nie ja prowadzę? – uniósł nonszalancko brwi.
– Bo jesteś zajęty pilnowaniem, by pani detektyw i Antoś byli spokojni i nam zaufali? – westchnęła tylko, nie dając po sobie poznać, jak bardzo boi się w głębi duszy. Strzelano do nich z pieprzonej snajperki! Za oknami migały im przelatujące szybko drzewa powoli gęstniejącego lasu, a jej wydawało się, że w każdej chwili może ujrzeć wystającą z pomiędzy gałęzi lufę karabinu.
– Ja niemal zawsze jestem spokojna – odezwała się Justyna, której oczy zupełnie nic nie wyrażały.
– Teraz musimy się za to zabrać na poważnie. Wszyscy! – stwierdził dobitnie Antoni, zaciskając szczęki i pięści. – Nie możemy wchodzić sobie pod nogi i tym samym wpychać nawzajem głów pod topór.
– Tylko ja powiedziałbym to lepiej! – wtrącił Marco, szczerząc swe niebrzydkie zęby w szelmowskim uśmiechu.
Wszyscy postanowili skwitować to milczeniem, co było reakcją w sumie właściwą.
– W sumie.. wiem co zrobić, by rozluźnić atmosferę – nagle Marco udawanie spoważniał.
– Chcesz rozluźniać atmosferę, gdy grozi nam śmierć.. ? – pani detektyw widać nie była w stanie traktować go inaczej, niż z góry. Marco w tym czasie jednak odwrócił się i na tyle samochodu znalazł pudełko z płytą CD. Opanowanej i kalkulującej Bielskiej okłada i zawartość nie interesowała, Antoś ciekawski z natury rzucił okiem w stronę płyty, ale nie zobaczył za wiele poza nazwą kapeli.
Saxon.
– Denim & Leather…? – mruknęła Karmel – Mam to włączyć?
– Nie, podałem ci ją po to, żebyś mogła zobaczyć, jakie mają ładne logo – ponaglił Marco – Wiesz, Karmelku, jeśli niedługo umrzemy, to nasłuchajmy się chociaż przed śmiercią dobrej muzyki – pokazał jej język.
Dorota uśmiechnęła się, bo w duchu podzielała podejście swego towarzysza. Może jeszcze jego optymizm będzie przydatny w tej dołującej eskapadzie?
Wtedy z głośników rozległy się pierwsze dźwięki sławetnego „Princess of the Night”, bodaj największego z hitów Saxona.
– Tylko nie zaczynaj się chwalić ciekawostkami o zespole czy czymkolwiek, bo zaduszę – upomniała na starcie Karmel.
Justyna Bielska, obowiązkowa pani detektyw, w towarzystwie tej przeuroczej kompanii, przygotowywała się wtedy psychicznie na nadchodzące przeciwności. A może raczej nadchodzący burdel, co było nie mniej trafnym określeniem.


Michał Nowina
Odcinek 13.
(nie mogłem sobie podarować, żeby nie napisać czegoś pod tym numerem) 😉

Jeep mknął przez las, a jego kabinę wypełniły dźwięki klasycznego rocka. Antoni stwierdził, że ten długowłosy indywidualista ma całkiem niezły gust muzyczny. Sam jednak z rockowych zespołów bardziej wolał Queen i symfoniczne brzmienie Within Temptation. Teraz jednak nie muzyka była mu w głowie. Do tego Marco rozpraszał go, kiedy rzucał swoją grzywą w takt muzyki i udawał, że gra na gitarze.


Michał Nowina
Odcinek 14.

Antek był coraz bardziej rozdrażniony. Nie mógł się skupić, a do tego cały czas miał wrażenie, że przez dźwięki muzyki dochodzi go głos dziadka. Kiedy jednak klasyczny rock zmienił się w szarpany jazgot metalu, nie wytrzymał. Zwinnym susem przeskoczył na przednie siedzenie pasażera i wyłączył odtwarzacz.
– No wiesz, zgredzie? Co ci muzyka przeszkadza? – obruszył się Marco i wychylił się między przednie siedzenia, żeby z powrotem włączyć muzykę.
Antoni chwycił go za rzemień zawieszony na szyi i przyciągnął do siebie.
– Zacznij się zachowywać normalnie, pajacu – warknął i pchnął go na tylną kanapę. Marco chciał się podnieść, ale w tym samym momencie poczuł lufę pistoletu Justyny wbijającą się w jego bok.
– Pan Antoni ma rację. Teraz potrzeba nam spokoju i jeżeli nie dostosujesz się do tego, to zastrzelę ciebie na miejscu.
– Widzę, że pani oficer ma zdolności wychowawcze. Jeszcze nie widziałam, żeby ten pokraka z miejsca się tak uspokoił – Dorota uśmiechnęła się i zdjęła nogę z gazu. Kiedy jej kuzyn siedział obok, czuła się pewniej i strach zaczynał ustępować miejsca trzeźwemu myśleniu.

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->