Tag -

14

Literacki performance

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #14

276 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->


Sinead Ignis

Odcinek 56

Gdy się jest córką bankiera pracującego w Loży, czyli organizacji, przy której mafia to amatorszczyzna, wówczas pewne umiejętności wynosi się po prostu z domu. Podobno reguła jest taka, że wnuk nuworysza bez ogłady i obycia jest już człowiekiem z wpojoną kindersztubą. Tradycje rodu Telien sięgały głęboko w przeszłość, jej rodzice mieli więc po kim dziedziczyć sposoby wychowania.
Idąc z duchem czasu, Telien stanowiła ciekawe połączenie surowych manier rodem z angielskich powieści oraz nowoczesnych trendów w psychologii rozwojowej. Skutkowało to tym, że odruchowo w każdej życiowej sytuacji trzymała plecy prosto, jej wymowa angielskich, francuskich, rosyjskich i szwedzkich wyrazów pozostawała nienaganna, a podczas uprzejmej konwersacji z oficjelami tudzież przedstawicielami Loży miała na twarzy piękny uśmiech, ruchy jej rąk cechowały się skrajną oszczędnością, a śmiech – lekko zduszony i modulowany – towarzyszył niewinnym żartom, które wypadało wymieniać ze znajomymi przy koktajlach. Mogła wybrać się na konną przejażdżkę z angielską księżniczką krwi oraz uczestniczyć w kolacji dyplomatycznej dla przedstawicieli państw ONZ. Ponieważ w dzieciństwie obrywała nieraz pejczem za pomyłkę w tytułowaniu lub za krzywo napisaną literę, potrafiła obudzona o trzeciej nad ranem wyrecytować ciąg baronetów, baronów, diuków i książąt, książąt-małżonków, królowych i regentów (i to w kilku językach), zaś jej charakter pisma mógłby posłużyć jako wzorzec do podręczników kaligrafii, gdyby takowe jeszcze pozostawały w użyciu.
Jednocześnie nawet do drzwi tak, wydawałoby się, archaicznej struktury, jaką była Loża, zapukała nowoczesność ze swoją technologią. I to od razu na najwyższym poziomie – infiltracja Loży sięgała oczywiście również wojska, toteż wszelkie osiągnięcia wojskowych naukowców oraz inżynierów były znane w Loży niemal od razu. Tak więc do zwykłego szkolenia Telien, jako najmłodszej Wiedzącej, doszły dodatkowe ćwiczenia, których podstawą był Internet. Wkrótce Telien swobodnie poruszała się nie tylko po egalitarnym świecie forów i czatów, ale też po obszarach głębokiego Internetu, dark Internetu, zabawiała się łamaniem zabezpieczeń bankowych czy rządowych oraz identyfikowaniem tożsamości rozmówcy na podstawie jednej czy dwóch informacji. Z entuzjazmem testowała również urządzenia identyfikujące tożsamość osoby na bazie wzoru tęczówki albo maszyny szyfrujące. Ojciec traktował to jako kaprys, lecz przełomem okazała się pewna sytuacja sprzed dwóch lat.
Jeszcze nie ukończyła szkolenia Wiedzącej, gdy wszystkie siły Loży – w tym również i takie niedorostki, jak ona wówczas – zostały skierowane do walki z niezidentyfikowanym źródłem przecieków na temat Loży. W prasie w różnych zakątkach globu zaczęły ukazywać się przemyślnie rozmyte, ale dla wtajemniczonych jednoznaczne wzmianki na temat Loży. Gdzieś ukazało się zdjęcie helikoptera, ktoś podawał zbyt szczegółowo przebieg jednej z akcji, tu symbol, tam przypuszczenia zbyt bliskie prawdy… Gdy jednak Amadeo Vox, wpływowy członek Loży a zarazem spokojny biznesmen „w cywilu” ukazał się na liście 100 znaczących osób na liście Times’a, wszyscy, łącznie z A. Voxem, zaniepokoili się. Skala jego oficjalnej działalności była zbyt niewielka.
Wysłano więc agentów do Rosji, Francji, Wielkiej Brytanii, Australii, Brazylii oraz Indii, czyli wszędzie tam, gdzie ukazały się niepokojące wzmianki, lecz pisma dobrze kryły swoich informatorów, a i oni sami zadbali skutecznie o anonimowość. Nie pomogło zastraszanie i zabójstwa. W Rosji upozorowano je na efekt wojny czeczeńskiej, w Indiach na zwykły gwałt połączony z zabójstwem, w pozostałych krajach zadbano o zniknięcie ciała. Redaktorzy wiedzieli, lecz mimo to nie udzielili informacji.
Wiedzące starały się ze wszystkich sił. Codziennie któraś ujawniała strzęp informacji, a specjaliści od klasyfikowania mieli pełne ręce roboty. To wciąż jednak było zbyt mało. Ojciec Telien również brał w tym udział, jako członek rodu Wiedzących. Wobec braku efektów, groziła mu co najmniej degradacja, a nawet śmierć. Wówczas Telien wzięła sprawy w swoje ręce. Zebrała transkrypcje wieszczb, skany artykułów, zdjęcia, zamknęła się na tydzień w pokoju, po czym wyszła i poszła prosto do Mistrza.
Śmiało stanęła przed Radą i spoglądając z wysokości swoich stu sześćdziesięciu centymetrów na mężczyznę o wzroście blisko metr dziewięćdziesiąt, swoim nienagannym głosem oznajmiła, że analizując artykuły, doszła do ustalenia wzoru znaków, używanego przez autora. Poprosiła również o dostęp do bazy wszelkich artykułów z podanych czasopism, dobrego programistę i trochę czasu.
Mistrz, ujęty szczerym przejęciem młodej, zielonookiej przyszłej Wiedzącej, z uśmiechem przyzwolił na tę fanaberię. Mimo to był szczerze zaskoczony, gdy w niecałe półtora tygodnia później przyniesiono mu zdjęcia pewnego Peruwiańczyka, dziennikarza śledczego piszącego po angielsku, i powiedziano, że z całą pewnością to on był autorem artykułów.
Wkrótce zarówno Peruwiańczyk, jak i jego informatorzy (jakieś płotki z Europy) nieszczęśliwie zachorowali na depresję w trybie synchronicznym i równie synchronicznie popełnili samobójstwo. Pochowano ich z wszelkimi honorami, a artykuły ustały jak nożem uciął. Pozycja Telien poszybowała do niebotycznych wysokości, nawet ojciec zaczął mówić, że „jak na kobietę, wykazałaś się wielkim intelektem”, dodając na końcu piękne brytyjskie „my dear”. Wkrótce jednak zaczął ją wysyłać na dodatkowe kursy programowania oraz konferencje zagraniczne, na których brodaci faceci o wyglądzie geeków i nerdów prezentowali najnowsze swoje pomysły.
Jednocześnie matka wymagała, aby, szkoląc się wciąż na Wiedzącą, jak nakazywała tradycja rodowa, odrzucała precz wymogi arystotelesowskiej logiki i weszła w głąb siebie, odnajdując intuicję.
– Jesteś Wiedzącą, ta wiedza jest w tobie! – tłumaczyła jej matka surowo (matka, Madeleine, pilnowała, by mówiąc do córki, posługiwać się językiem francuskim).
No a teraz, niedawno, wyskoczyła ta sprawa czwórki Polaków z jakiejś miejscowości o trzeszczącej nazwie. Tutaj Telien nie pracowała już tak wydajnie z banalnej przyczyny: nauka ich barbarzyńskiego języka o nadmiarze spółgłosek okazała się żmudna, lecz była niezbędna dla powodzenia przedsięwzięcia.
W międzyczasie dziewczyna usiłowała korzystać z Wizji. Chwile wolne od nich spędzała na analizie danych komputerowych. Nieraz myślała z irytacją, że to siedzenie okrakiem na granicy techniki i obrzędów rodem ze średniowiecza w końcu odbije jej się czkawką.

Wysiadając z autostopu w Paryżu w dzielnicy Marais (podróż samolotem uznała za zbyt ryzykowną), pożegnała się z kierowcą, wręczyła mu 100 euro i poszła do najbliższej kawiarni. Tam usiadła, zamówiła espresso i zaczęła myśleć.
Ojciec odsunął ją od sprawy. Ciekawe, że Loża mu na to pozwoliła. Odsunąć najlepszą Wiedzącą? A może… Dziewczynie dreszcz przebiegł po plecach. Może ojciec chciał ją uchronić? Wybłagał odsunięcie, bo Mistrz przebąkiwał coś o jej zbyt wolnych postępach i szykował jej coś gorszego za niespełnianie oczekiwań?
Kelnerka przyniosła napój, a Telien podziękowała skinieniem głowy. Upiła łyk i zamyśliła się znowu. Świat Loży bywał archaiczny także i w tym, że nie uznawano w nim równości płci. To mężczyźni rządzili oraz dzielili pieniądze. Miało to swoje dobre strony – kobiety rzadko kiedy bywały ofiarami kary śmierci. Ale taka izolacja na ten przykład…
Telien słyszała swego czasu o Iluinie. Ponoć popełniła kiedyś coś niewybaczalnego. Wciąż jednak pozostała dobrą Wiedzącą, więc zamknęli ją w celi, gdzie przebywała w samotności i pogłębiającym się obłąkaniu. Odwiedzano ją rzadko. Chyba tylko Holden to robił…
Holden? A właściwie to dlaczego?
Upiła kolejny łyk espresso. Holden… wysłali za nim Oprawcę, bo spieprzył swą misję. A może nie o to chodziło? Ciekawe czy jeszcze żyje i gdzie się teraz znajduje? Musi się koniecznie dowiedzieć, co jest grane i spróbować z nim skontaktować.

Wychodząc z kawiarni, zapytała o najbliższy punkt sprzedaży sprzętu elektronicznego.


Michał Nowina, korekta Quieva Kujdowa

Odcinek 57

Cisza, nareszcie cisza, pomyślał Antoni prowadząc auto w kierunku Kętrzyna. W celu uniknięcia pościgu objechali prawie całe Mazury. Korzystali przy tym głównie z dróg lokalnych, co nie podobało się nawigacji. Namiętnie kierowała ich do Zurichu i kazała zawrócić, kiedy tylko ich azymut nie oscylował w kierunku zachodnim. Było to równie irytujące jak sztubackie kłótnie braci. Teraz spali, a jemu udało się wreszcie wyłączyć polecenia głosowe w GPSie.
Justyna też zasnęła. W półmroku widział wyraźnie jej sylwetkę, spoczywającą swobodnie w fotelu. Jej twarz, oświetlona miękko blaskiem diod konsoli, wydawała się teraz taka spokojna. Na gładkie czoło opadł  niesforny kosmyk, uwolniony z uścisku gumki do włosów. Dodawało jej to nieco figlarnego uroku, kłócącego się z wizją opanowanej, skupionej na zadaniu oficer Policji. Była twarda i pewna w działaniu, jednak Antoni wyczuwał bijące od niej ciepło. Pierwszy raz poczuł je, kiedy trzymała jego głowę na progu willi dziadka, po tym jak go pobito.
Aż westchnął na wspomnienie tamtej chwili. Jej dotyk sprawił, że czuł się bezpieczny i odprężony. Takie odczucia stały mu się obce ostatnimi czasy. Życie go utwardziło. Zawsze na bakier z rówieśnikami, żeby udowodnić coś sobie, trenował szermierkę i sporty walki. Robił to w tajemnicy, ponieważ mama tego nie akceptowała. Jak tylko sięgał pamięcią, zawsze bardzo się o niego bała. Zresztą ciocia Irena również trzęsła się nad Dorotą jak nad jajkiem. Było to dla nich obojga bardzo denerwujące. Karmel, zawsze buntowniczo nastawiona do świata, protestowała otwarcie. On za to po cichu robił wszystko to, co by mogło przyprawić jego matkę o zawał. Miał później z tego powodu wyrzuty sumienia, kiedy zginęli rodzice. Kochał ich bardzo i ciążyło mu to ciągłe wymyślanie kłamstw na temat swoich wyjść z domu. Teraz już wiedział, że zachowanie ich rodziców było spowodowane wiedzą, jaką posiadali. Gdyby sam miał dziecko, z pewnością zrobiłby wszystko, żeby było bezpieczne i trzymało się jak najdalej od bagna, w którym się babrają. Po pogrzebie mamy i taty zamknął się w sobie. Jedynie z dziadkiem mógł rozmawiać o wszystkim. Okazało się jednak, że i on cały czas skrywał tajemnicę, która doprowadziła go w końcu do śmierci. Antek w pełni zdawał sobie sprawę ze skali zagrożenia. Zresztą, wydarzenia ostatnich dni pokazały, że może być jedynie gorzej.
Zamyślony, mechanicznie kierował pojazdem, obserwując pojawiające się i znikające, jeden za drugim, fragmenty krajobrazu. Z naprzeciwka minęła ich samotna cieżarówka, oświetlając przez krótki moment profil pasażerki przedniego siedzenia. Antoni mimowolnie zerknął znów w jej stronę i ogarnęło go dziwne ciepło. Justyna…  Nie rozmawiali ze sobą wiele, zresztą on w ogóle mało rozmawiał, w szkole czy na studiach było to samo – wieczny odludek omijający imprezy szerokim łukiem, z myślami we własnym świecie. Nigdy nie był duszą towarzystwa, dziewczyn w zasadzie unikał, podobnie jak one jego. Przy Justynie jednak czuł się inaczej..  jakby spotkał kogoś naprawdę bliskiego, kogoś, kto mógłby tylko być obok, i nic więcej. Czy kiedykolwiek w życiu zaznał czegoś podobnego?
Przypływ świadomości uderzył w niego brutalnie, przyprawiając o nagły skurcz żołądka. Zacisnął ręce na kierownicy, starając się uspokoić. „Boże jedyny, czemu akurat teraz..? ” – jęknął w duchu.  Parszywy los! Musiał postawić na jego drodze Justynę właśnie w takich okolicznościach?! Ledwo ją poznał, już musiał oswoić się z myślą, co straci, i to zapewne już niedługo. Chociaż z drugiej strony… gdyby nie dostał wtedy po gębie, nie spotkałby jej w ogóle.

Nagle na środku drogi zobaczył mocno poobijanego Land Rovera. Od razu rozpoznał Defendera łowcy demonitów. On sam zresztą machał im, zasłaniając jedną ręką oczy.
– Wstawać, śpiące królewny! – burknął Antoni, redukując bieg.
Auto powoli zaczęło zwalniać, aż wreszcie zatrzymało się przy drugiej terenówce.
– Nareszcie was dorwałem! – uśmiechnął się Isaak.
– Transponder! – krzyknęła wściekła Justyna, przecierając oczy.
Zdjęła z ręki zegarek i walnęła w niego rękojeścią pistoletu.
– Czyżby okres się zbliżał? – zarechotał łowca.
Policjantka spiorunowała go wzrokiem.
– Spokojnie malutka, ja zrobiłbym dokładnie to samo, ale jakieś dwieście kilometrów temu – odpowiedział pojednawczo.
– Sacrebleu! – zaklął nagle Holden.
– A tobie co znowu, braciszku? Pluskwa cię w dupę użarła? – przyciął mu Marco sarkastycznie.
– Pierścień! – odpowiedział Holden krótko.
– Co, bez biżuterii czujesz się mało męski? – drwił dalej Marco w najlepsze.
Holden spojrzał na niego z pogardą.
– Nadajnik, głupcze. W pierścieniu jest nadajnik! Trzeba go zniszczyć!
Na te słowa Karmel wygrzebała ze swojej torebki paczkę z rzeczami Holdena.
Wszyscy w milczeniu patrzyli, jak wziął od niej pierścień, zdecydowanym ruchem wysiadł z samochodu i ustawiając się z wiatrem roztrzaskał go kamieniem, zakrywając twarz rękawem kurtki. Wiatr porwał chmurkę halucynogennego pyłu i uniósł w dal.
– Jedno jest pewne: w tym miejscu Loża nas zgubiła – odetchnął z ulgą, wracając.
Dla wszystkich obecnych jasne stało się jednak coś jeszcze: że w tym oto momencie Holden dokonał wyboru, stając się niejako jednym z nich.
– Wszystko pięknie ładnie – podsumował Marco, burząc podniosły nastrój chwili – tylko jak ja niepostrzeżenie wyrwę z chaty paszport? W strefie Shengen luz, ale jak ta cała kabała rzuci nas w inny rejon świata, co wtedy? Tam bez paszportu będę miał pozamiatane – sarkał nie kryjąc irytacji na myśl o czekających go komplikacjach.
Łowca Demonitów roześmiał się.
– Moi drodzy, czy wy serio myślicie, że na swoje dowody czy paszporty gdziekolwiek się ruszycie niepostrzeżeni? Trzeba wam wyrobić nowe papiery.
Karmel spojrzała na paszport, który znaleźli w aucie. Wcześniej nie zwróciła uwagi, ale istniała w nim jako Doris Parker i była Irlandką. Skórzane etui skrywało okładkę i nie zauważyła, że jest to dokument obcego państwa.
Z ciekawości wyjęła dokumenty Antka. Uśmiechnęła się pod nosem.
– Szykuj kilt, kuzynku – rzekła nie kryjąc rozbawienia.
– Co, znowu jakaś wizja? – zapytał wyrwany z zamyślenia Antoni.
– Raczej poczucie humoru naszego dziadka, panie Dick McDonald.
Wszyscy jak na zawołanie parsknęli śmiechem.
Justyna wychyliła się przez okno samochodu i śmiejąc się co chwilę zamówiła siedem Mc zestawów na wynos, czym wprawiła wszystkich w szok, a potem w jeszcze większe rozbawienie.

Antoni rozdziawił usta ze zdumienia. Nie podejrzewał jej o takie poczucie humoru. Od początku nie znać było na jej twarzy cienia uśmiechu, a tu proszę… chociaż nijak nie mogło się to równać z ułańską fantazją jego dziadka, który był zdolny nadać mu imię jednego z założycieli sieci Fast Foodów. Stał tak przez chwilę osłupiały, lecz jej szczery uśmiech i błyszczące oczy przełamały w końcu tę blokadę i sam roześmiał się tak beztrosko, jakby nie groziło im żadne niebezpieczeństwo.
Taki wentyl był im potrzebny. Ciągłe napięcie, nerwówka i zagrożenie obciążało ich i utrudniało trzeźwe myślenie. Śmiech oczyszcza i dotlenia, daje chwilę wytchnienia i pozwala naładować akumulatory.
Rozbawienie ustąpiło równie szybko, jak się pojawiło. Dało im jednak nowy zapas sił i trochę nadziei.
Przez chwilę milczeli patrząc na siebie. Byli teraz zespołem. Musieli na sobie polegać, żeby przeżyć.
Jako pierwszy zareagował niemy łowca demonitów. Podszedł do Isaaka i płożył mu rękę na ramieniu. Oboje skinęli głowami.
– No dobra, moje gołąbki – odezwał się Savage. – Trzeba obmyślić plan działania.
Marco znowu spochmurniał.
– Wszyscy mają alter ego, kasę, wypas furę rodem z Bonda. A ja? Goły i wesoły, nawet swój wóz musiałem porzucić nad tym przeklętym jeziorem – westchnął niepocieszony.
Karmel spojrzała na niego znacząco spod ściągniętych brwi. „Ciesz się że masz dupę w jednym kawałku”, usłyszał w myślach i pokornie pokiwał głową.
Widząc to Holden szturchnął go zawadiacko w bok.
– Nie martw się, braciszku – rzekł rubasznie – Jedziemy na tym samym wózku.
Lynsverd aż się zagotował.
– Te, od kiedy to jesteśmy tak blisko? – warknął zaciskając pięści. – Nie porównuj się do mnie, bo nie ręczę za siebie. To, że rozpieprzyłeś ten swój tajniacki sprzęt, nie spowoduje od razu, że wezmę cię w ramiona!
Holden odsunął się i spuścił głowę, skonfudowany. Nie mógł pojąć, co go właściwie naszło? Pierwszy raz od niepamiętnego czasu zareagował tak otwarcie i spontanicznie na drugiego człowieka. Nie chciał tego, ale to było silniejsze. Żeby jeszcze było śmieszniej – osobą tą był człowiek, którego całymi latami nienawidził w duchu za sam fakt, że istnieje. Teraz zaś, wiedziony instynktem, wyciągnął do niego rękę, chcąc wyrwać się ku normalności, lecz ta została z marszu odtrącona – równie spontaniczna reakcja brata w jednej chwili sprowadziła go na ziemię. W sumie to po ich pierwszej konfrontacji trudno się było spodziewać czego innego, ale i tak go to zabolało.
Prawdę powiedziawszy, rozumiał z tego wszystkiego coraz mniej. Zaczynał się gubić w tym gąszczu emocji jak bezradne dziecko.
– Nie czas na kłótnie – odezwał się Antoni, przerywając tę wymianę uprzejmości. – Mamy na głowie dwie bandy palantów. Każdy z nas ma wyrok. Więc, żeby wynieść z tego wszystkiego głowy na karku, musimy współpracować.
– Bernard miał rację, że odziedziczyłeś po dziadku zdolności przywódcze – uśmiechnął się Issak, podchodząc do Toniego. Chwycił go za ramiona, spojrzał w oczy i odsunął z powrotem na bok. – Słusznie prawisz, aleś jeszcze żółtodziób, a my nie mamy czasu na zbieranie doświadczenia. Z tej racji będę mówił krótko. Pierwsze, to ciuchy. Mamy grudzień, a wy paradujecie praktycznie w samych swetrach. Drugie: dokumenty i zaopatrzenie w sprzęt. Antek i Dorota mają swoje papierki. Dla Justyny, Marka i Holdena załatwię do jutra wieczora. Sądzę, że to by było póki co na tyle.

Antek zkrzywił się, rozeźlony. W zasadzie chciał powiedzieć dokładnie to samo, lecz odpuścił sobie rozumiejąc, że łowca przejął prym w dowodzeniu dla ich dobra. Nie to go jednak najbardziej poruszyło. W jego głowie świdrowało wciąż pierwsze zdanie Isaaka. Skąd znał jego dziadka?
Chciał zapytać, ale ochroniarze wsiadali już do auta. Zanim odpalili silnik, Isaak ustalił, że spotykają się w Świętej Lipce jutro koło dwudziestej pierwszej.
– No to świetnie – burknął Marco. – Znowu będziemy musieli się tłuc nocą po tej dziurawej, wąskiej drodze. Antoś, naprawdę nie było jakiejś drogi wojewódzkiej pod ręką?
Antek, wyrwany z rozmyślań nad nieznaną strona życia swojego dziadka, odparł od niechcenia:
– To DW 600, w okolicy Szczytna  lepszych dróg nie uświadczysz. Mieszkając tyle lat w Kętrzynie powinieneś o tym wiedzieć.
– Omnibus pieprzony – mruknął  Długowłosy pod nosem i zaraz dodał głośno: – Skoro mamy zrobić zakupy, to trzeba ruszyć na Olsztyn. Mają tam całkiem niezłą galeryjkę i parę topowych sklepów odzieżowych.
– Galerie odradzałabym – włączyła się do rozmowy Justyna. – Tam nas namierzą w mgnieniu oka.
– Pani oficer ma rację – przytaknął Holden. – Loża jest podłączona pod wszystkie monitoringi na świecie wpięte w sieć, a jej dwa mega komputery analizują dane z nich na bieżąco. W pół minuty będą wiedzieli, gdzie jesteśmy. Od tego momentu zostanie nam piętnaście minut, do godziny. Tyle czasu potrzebuje na przybycie odział najbliższy miejscu zlokalizowania twarzy poszukiwanego.
– Żeś mnie pocieszył.. – westchnął Marco z rezygnacją. Słowa brata sprawiły, że jego entuzjazm zgasł w jednej chwili. – To co teraz robimy..?
Antoni milczał, skupiony. Próbował obmyślić plan działania, jednak myśli rwały mu się już ze zmęczenia. Musieli odpocząć. Tak, to powinien być pierwszy punkt programu – stwierdził zdecydowanie.
Odwrócił się do swoich towarzyszy i kazał wsiąść do auta.
– Dokąd jedziemy, kuzynku? – zapytała Karmel.
– Do pensjonatu w Orzynach. Znam jego właścicieli, to nocne Marki. Nie ma jeszcze drugiej, więc nie będą spali.

Sinead Ignis , korekta Quieva Kujdowa

Odcinek 58

Protestanckie cnoty, takie jak oszczędność, skromność i pracowitość, były Telien znane. Głównie ze słyszenia z ust rodziców, wykładowców i innych szacownych ludzi, którzy w jej świecie sprawowali władzę. Prywatnie jednak była człowiekiem leniwym. Dręczyło ją to przez większość życia aż do momentu, kiedy na jednej z konferencji informatycznych usłyszała z ust prezesa pewnej firmy, że woli on zatrudniać ludzi leniwych, ponieważ zamiast dłubać godzinami w problemie, wymyślają szybkie jego rozwiązania.
– Lenistwo, proszę państwa, jest zaletą! – grzmiał prezes ze swojego miejsca, a Telien siedziała, w duchu wyobrażając sobie oburzoną minę swoich rodziców, gdyby ośmieliła im się powiedzieć coś takiego. Nie doszło jednak do tego, podobnie jak do wielu innych interakcji, o których Telien słyszała, że w innych rodzinach były normalne. W tej jednak nie.

Na ulicach leżał brudny śnieg, wiał przenikliwy wiatr i Telien, z nową torbą na netbooka i dopiero co kupionym telefonem w ręce, dosłownie wpadła do kolejnej kawiarni. Znalazła wolny stolik i przecisnęła się między klientami, którzy dyskutowali zawzięcie. Dziewczyna mimowolnie zaczęła nasłuchiwać i przez chwilę pozazdrościła młodym ludziom wokół siebie tej aury beztroski, w której rozprawiali o uniesieniach ducha. Ktoś dowodził, że wielkie przeżycia są źródłem zarówno pięknej literatury, jak i grafomaństwa. Oponent, okularnik z fantazyjnie zawiązanym szalem, uważał jednak, że to nie jest możliwe, by dzieła tak jakościowo różne mogły się wywodzić z jednego pnia. To z kolei skierowało dyskusję na tory definicyjne – czym jest grafomaństwo i czy to aby na pewno różnica jakościowa?
Rozmowa w sam raz na Paryż, pomyślała Telien z ironią. Pisarze, malarze, filozofowie.. Zamówiła ciepłą herbatę z przekąską. Ciepło pomieszczenia rozchodziło się przyjemnie po jej ciele a łagodne czerwonawe światło kawiarni lekko zmącało kontury sprzętów i twarzy. Chętnie wypiłaby jakiś alkohol, lecz niestety – teraz właśnie, pomimo zmęczenia, musiała zwiększyć obroty i zachować niezmąconą jasność umysłu. Pozwoliła sobie jedynie na chwilę rozprężenia, rozciągając się wygodnie w miękkim fotelu i obserwując czujnie otoczenie spod półprzymknietych powiek.
Kiedy kelnerka zjawiła się z zamówieniem, Telien zebrała się w sobie i zaczęła działać. Podpięła netbook do gniazdka, wyjęła płytę z Linuxem i przystąpiła do instalacji oprogramowania. Potem wsadziła kartę do telefonu i przez chwilę przyglądała się aparatowi.
Wyszła z posiadłości niemal bez niczego (nie licząc pieniędzy oraz paru innych istotnych drobiazgów), ale to nie miało znaczenia. To co najważniejsze Telien przechowywała w swej pamięci. Posiadłszy wiedzę na temat informatyki, zabezpieczeń i działania Loży, uznała za konieczne poświęcanie mnóstwa czasu zapamiętywaniu każdego hasła czy ciągu cyfr, którego zdarzyło jej się użyć lub z którym musiała się zetknąć wielokrotnie. Nie dysponując fotograficzną pamięcią, robiła to żmudnie, ale wiedziała, że w organizacji takiej jak Loża jakiekolwiek osobiste notatki równałyby się samobójstwu – Mistrz nie wahał się zlecać przeszukiwania prywatnych kwater w siedzibie, a w dodatku sieć powiązań, zazdrości, stanowisk generowała chorobliwy stan czujności. Osiągnięciami należało się chwalić, rywali zadeptywać od razu, czyjś pomysł natychmiast podchwycić i przedstawić jako własny. I wszystko to szybko, zaraz, na już. Bo inni, lepsi, sprawniejsi, zdolniejsi, tłoczyli się tuż za plecami, by wbić w nie nóż. Nie tylko metaforyczny.
Telien upiła łyk herbaty. Teraz te bezsensowne szeregi znaków były jej kluczem do działań, mogły się jednak stać równie dobrze gwoździem do trumny.
Zawahała się przez chwilę, po czym skupiła i wybrała numer.
– Halo?- zapytał ktoś w słuchawce z silnym obcym akcentem. Telien poznała głos Ollego, lecz na wszelki wypadek wypowiedziała pięknym szwedzkim:
– Sądzę, że powinniśmy kupić lodówkę w kolorze awokado.
Na chwilę zapadła cisza, po czym męski głos odpowiedział:
– To rzadki kolor, ale myślę, że będzie dostępny w przyszłym tygodniu.
Telien uśmiechnęła się i rozejrzała dyskretnie. Nie, nikt nie wyglądał na podsłuchującego Szweda.
Odetchnęła z ulgą, jednak najważniejsze wciąż było przed nią.
– Olle – zaczęła – powiedz mi, co się dzieje. Wróciłam niedawno z wycieczki i…
– Tak, wiem – odparł – namierzają mnie. Za godzinę na czacie na forum.
Rozłączył się. Telien zaś spokojnie przetestowała system, po czym wyjęła z zakamarków kieszeni swój najcenniejszy skarb. Pendrive o pojemności 32 GB, wielkości opuszka palca. A na tym nośniku… Gdyby straciła to cudo, mogłaby się pożegnać z szansą na cokolwiek. Całe szczęście ojciec, człowiek mimo wszystko starej daty, choć pomyślał o odebraniu jej kart kredytowych, nie wpadł na pomysł, że malutki kawałek plastiku z elektroniką w środku może dawać tyle możliwości.
Wprawnie zainstalowała systemy zmieniające publiczny adres IP. Teraz będzie pisała z Chin lub Tajlandii. Programy antyszpiegowskie, różne inne drobiazgi zacierające ślady…
Mimo wszystko notatek dalej robić nie wolno, a szkoda. Jednak w centrach operacyjnych z prawdziwego zdarzenia meldunki pisze się na maszynie, a dane trzyma na starych pecetach bez dostępu do Internetu. Podobnie, puszczanie strumienia wody dla zagłuszenia podsłuchu wciąż zdawało egzamin. Ech, pomyślała. Przydałby się taki wirtualny kran.
No i wisienka na torcie – pakiet TOR, brama do Darknetu.
Zostało jeszcze trochę czasu, więc Telien dopijała stygnącą herbatę i rozmyślała. Olle… Poznali się przy okazji jakiegoś szkolenia z Loży. Takie spotkania, połączone z bankietem, służyły integracji, wymianie danych, no i edukacji. Oczywiście, spali ze sobą. Wysoki, blondyn, typowy Skandynaw, miał żonę i dwoje dzieci. O dziwo, żadne z nich nie było związane z Lożą, co z początku  bardzo Telien zdziwiło – w jej rejonach świata dla tej organizacji pracowały całe rodziny, żyjąc jej sprawami. Okazało się, że w różnych krajach bywało z tym niejednakowo – Szwed wyjaśnił, że u nich nie ma tradycji służenia Loży od pokoleń, członkowie często są jedynymi osobami ze swoich rodzin, które w jakiś sposób związały się z Lożą, czy raczej, z którymi Loża zdecydowała się nawiązać współpracę. Uśmiechając się pod jasnym wąsem, Olle powiedział, że nie szukał dojść, przedstawiciele sami się do niego zgłosili.
– Zupełnie jak w wywiadzie i kontrwywiadzie – dodał ze śmiechem, a Telien zastanawiała się wówczas, czy powiedział to jako porównanie wzięte znikąd, czy może kryło się w tym głębsze dno.
Powód był jednak zupełnie prozaiczny, jak się okazało. Olle miał powiązania z handlem narkotykami i żywym towarem. Loża zaś była żywo zainteresowana poszerzaniem strefy wpływów, a także – co tu ukrywać – pozyskiwaniem dodatkowej gotówki, której lwia część szła nie tylko na finansowanie ekscentrycznych poszukiwań artefaktów, ale i najbanalniejsze w świecie łapówki. Gdy Telien pierwszy raz usłyszała o Srebrnikach, pomyślała złośliwie, że całe to bogactwo zapewne pójdzie na kupienie Kongresu USA oraz przedstawicieli Parlamentu Europejskiego.
Tak, bez dwóch zdań znajomość z Ollem przysporzyła jej wiele korzyści, nie tylko ze względu na tych kilka przyjemnych chwil, jakie spędzili ze sobą. To właśnie Olle prowadził ją w świat Darknetu i dał ścieżki dostępu, których oczywiście nauczyła się na pamięć. W tamtym czasie poszukiwała wrażeń, chciała też poeksperymentować z narkotykami i ich wpływem na jej zdolności jako Wiedzącej. Teraz wpisała jeden z tamtych adresów – oby działał! A jeśli policja zamknęła już tę stronę?
Ale nie, forum funkcjonowało jak zawsze. Telien obojętnie prześlizgnęła się po ustaleniach dotyczących przemytu kokainy. Czekała, aż się pojawi Olle. Wreszcie!
Bez zbędnych wstępów napisał po szwedzku:
„Stary jest na ciebie wściekły za zero rezultatów planuje cię zamknąć uciekaj albo złap tego archeologa i jego kumpli”
Pociemniało jej w oczach. Przełknęła z trudem kęs ciastka i napisała:
„Gdzie zamknąć?”
„razem z iluina nie wiem która to”
„Co z tym archeologiem i resztą?”
„Holden był z nimi stracili z nim łączność nie wiadomo gdzie są”
Tutaj Telien uśmiechnęła się z wyższością. Niby sprawa tych Polaków była priorytetowa, ale… rozumiała, że Olle nie musiał być z wszystkim na bieżąco. Prawdę mówiąc i tak się dziwiła, że przebywając u siebie wiedział aż tyle.
„Kiedy?”
„nie wiem”
Uśmiech spełzł z twarzy Telien, gdy przeczytała:
„ścigają cię, mają cię brać żywcem, zostałaś uznana za bezużyteczną wiedzą że uciekłaś jak cię złapią mają nakaz zatrzymać i ogłuszyć”
„Najwyżej mnie zamkną.”
„mam zamówienia na nową porcję cracku mała chcą was szprycować tym bo ponoć efekty niezłe, będziecie wieszczyć tak że sybilla się schowa”
O, jaki cholerny humanista się znalazł! Wykształcony, pierdolona jego mać, pozwoliła sobie Telien zakląć w duchu wbrew wpojonej kindersztubie.
„A po co im te sybille?”
„żeby złapać tych polaków”
„To nie umieją ich namierzyć?”
„Ponoć jakiś nadajnik nawalił”
W tym momencie wszystko w umyśle Telien złożyło się w jedną całość. Nie pisała nic przez chwilę, usiłując przetrawić informację, a w międzyczasie na czacie pojawiło się:
„zmykaj, mała. Powiedziałem im że dzwoniłaś. Wzięli mój telefon i wiedzą skąd”
„Jak to”
„Sorry, mam żonę i dzieci. Niezła z ciebie dupa, ale zmień kraj. Już jadą po ciebie”.
Przez krótką chwilę Telien siedziała jak sparaliżowana. Musiała skupić wszystkie siły, by się opanować i odzyskać przytomność umysłu. Metodycznie, nie zaniedbując żadnych środków ostrożności, wylogowała się i wyczyściła pamięć komputera. Przywołała kelnerkę i zapłaciła. Potem spakowała się, sprawdziła, czy pendrive wylądował na swoim miejscu, weszła do toalety, wyjęła kartę SIM i utopiła w muszli klozetowej. Aparat zachowała, na pewno się jeszcze przyda. Wyszła energicznym krokiem i zapytała o najbliższy postój taksówek. Na szczęście był niedaleko. Akurat wsiadała do najbliższego samochodu, gdy zobaczyła kilka męskich sylwetek, wbiegających do kawiarni. Wszystkie wyciągały w biegu broń.
– Poproszę na Dworzec Północny – powiedziała do kierowcy.
Odjechali. W kasie dworcowej poprosiła o bilet na pociąg do Brukseli. Odjeżdżał dopiero następnego dnia około dziewiątej, więc Telien, nie tracąc spokoju, znów włączyła netbooka i sprawdziła adres najbliższej noclegowni dla bezdomnych oraz dojazd. Potem schowała swój nowo nabyty sprzęt w szafce depozytowej, w myślach żegnając się z nim. Wyszła z dworca i wsiadła do autobusu. Gdy zakręcał, zobaczyła parkujące auto i znów kilka sylwetek biegnących do budynku dworca. Oby tylko go nie obstawili…
Gdy zajechała na miejsce, z żalem wytarzała się na trawniku, rozczochrała włosy i wmieszała się w grupę kloszardów, zmierzających do noclegowni. Obym tylko nie złapała wszy, pomyślała z niesmakiem.
Bała się trochę, że ze swoimi białymi dłońmi zanadto się wyróżni, lecz jej znękana twarz (nie spała od prawie trzydziestu godzin), sińce pod oczami, bladość i ogólne zmęczenie przemówiły na jej korzyść. Na miejscu otrzymała możliwość wzięcia prysznica i przespania się paru godzinek. Oferowano jej również nowe ubranie. Podziękowała. Stare oddała, uprzednio wyjmując z nich resztkę pieniędzy.
Potem ułożyła się w ciemności, nasłuchując świszczących oddechów paryskich kloszardów. Sine, zniszczone twarze, czerwone ręce tych ludzi, wulgarny język – wszystko to napawało ją wstrętem. Nie mogła zasnąć. Przepite, ochrypłe głosy, mówiące różnymi językami świata brzmiały okropnie. Bogowie, pomyślała, toż to bydło, nie ludzie.
Gdy napotkała mętny wzrok współlokatorki z pokoju, aż zadrżała. Tamta to spostrzegła i powiedziała z dziwnym akcentem, który Telien zidentyfikowała ze zdumieniem jako polski:
– Co, panieneczko, pierwszy raz na ulicy?
Telien kiwnęła głową.
– Pracodawca nie zapłacił?
Znów kiwnięcie. Telien była bardzo, bardzo zmęczona.
– Nie martw się, gołąbeczko. Przywykniesz.
Na te słowa w głowie dziewczyny pojawiła się wizja siebie, siedzącej w jakimś pomieszczeniu, a ktoś – czy aby nie któryś z laborantów z Loży? – wstrzykiwał jej jakąś substancję, mówiąc: „Przywykniesz. Będziesz miała wizje, jak jeszcze nigdy”. A ona wyrywała się, krzyczała, ale dwóch innych trzymało ją mocno…
Omal nie krzyknęła, kiwnęła tylko głową i bez słowa przykryła się kołdrą. Serce biło jej szybko. Wiedzące jej rangi widziały nie tylko przeszłość i zdarzenia równoległe, ale i przebłyski przyszłości. Przyszłość jednak to nie wytyczona ścieżka, nie jasny trakt, lecz odgałęzienie rzeczywistości, które może potencjalnie zaistnieć, lecz nie musi..
Telien zrozumiała, że właśnie odebrała ostrzeżenie. Oto jedna z odnóg przyszłości ukształtowała się i czekała na swoje ziszczenie.


<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->