Tag -

fantasy

Varia

Michał Gralak – Dwaj bracia

109 Wyświetleń

Szli we dwóch, co chwila oglądając się za siebie i przypatrując zrujnowanym budynkom.

– Ostatni diabelski protest. Gdzie? – wychrypiał łowca, przerywając w końcu ciszę.

– Ceor, festyn piwa i kiełbasy. Byliśmy tam przez trzy dni, potem pojechaliśmy do Noaru.

Łowca kiwnął głową po usłyszeniu prawidłowej odpowiedzi, po czym poprawił pas, który już od jakiegoś czasu bardzo mocno mu ciążył.

Do nozdrzy mężczyzn dotarł w końcu smród gnijącego mięsa. Gdy tylko przekroczyli bramy diabelskiego siedliszcza, zaczęło im dokuczać przejmujące zimno. Umilkły też muchy, które całą podróż bzyczały nad uchem.

– Wizyta w Ki. Na kogo tam trafiłem i jak to spotkanie się potoczyło?

Dość oczywiste pytanie, ale odczekał chwilę, zanim odpowiedział. Moment zawahania mógł wydać się podejrzany, ale mimo wszystko jeszcze raz sprawdził to wspomnienie. Odwiedzili tę mieścinę nie dalej jak trzy miesiące temu i spotkali tam dwóch proroków Dnia Trzeciego. Nyar, choć nigdy nie był zbyt przesądny, przeprowadził z nimi dość długą rozmowę, stanowczo zbyt długą, jak na takiego bezbożnika. Wywoławszy z pamięci zabawną w gruncie rzeczy historię uśmiechnął się.

– Więc?

– Dwóch Trzeciaków. Dyskutowałeś z nimi kawał czasu, ale chyba cię nie przekabacili, co?

Dla osoby postronnej dialog ten musiałby brzmieć naprawdę kuriozalnie. Przedzierali się przez kolejne zaułki zupełnie opustoszałego miasta, umilając sobie czas reminiscencjami                               z niedawnych podróży. Może i wydawało się to głupie, ale musieli kontrolować zgodność swoich wspomnień.

– Chwilę się zastanawiałeś. Zadaj szybko pytanie – odparł nerwowym głosem Nyar.

– Kto zwyciężył w turnieju w Białym Mieście?

Cienie na ścianach zrujnowanych domostw zatańczyły, jakby złośliwie chcąc jeszcze bardziej wyprowadzić łowców z równowagi.

Był tutaj. Czaił się i czekał na odpowiedni moment. Podobnie sytuacja miała miejsce w czasie ich pierwszego polowania, gdy to Nyar powalił bestię jednym strzałem. Albo wtedy, gdy musieli poćwiartować bydlę, żeby zyskać pewność, że nie zamąci im w głowach.

– Kamyło z Nurhsku. Rycerz na Świni. Pocieszny człek. – Przytoczona przez łowcę postać w każdych innych okolicznościach wywołałaby u rozmówców salwę śmiechu. Teraz było inaczej. Podróżnik położył ostrzegawczo dłoń na rękojeści sztyletu – Powiedz lepiej, gdzie leży pochowany Muriblis.

Musieli ze sobą rozmawiać, tak jak w czasie każdego polowania. Nieważne o czym, byle tylko zająć myśli wspomnieniami. Każda historia, nawet najgłupsza, mogła uratować życie, dać cenny czas na przygotowanie się do odparcia ataku.

Potwór, z którym przyszło im się ponownie mierzyć, żerował nie tylko na krwi. Przede wszystkim ucztował na ludzkich umysłach. A najbardziej namacalnym dowodem jego obecności były sugerowane reminiscencje. Gdy bestia się zbliżała, ludzie powoli odchodzili od zmysłów. Najpierw przypominali sobie przyjęcia, na których nigdy nie byli albo turnieje, których nie widzieli.  

Na pewno zaczynało się od rzeczy odległych. Wampir jednak na tym nie poprzestawał. W starciu z nienasyconym monstrum zginęło wielu łowców, a ich ostatnim wspomnieniem było prawdopodobnie dobycie strzelby i oddanie celnego strzału. W rzeczywistości tkwili jednak nieruchomo, czekając na egzekucję, nieświadomi tego, że nawet się nie bronią.

Mnóstwo głupot mogło uratować życie – o ile tylko obok stałby ktoś, kto w porę umiałby ostrzec, że dana sytuacja nie miała miejsca. Wybranie się na takie polowanie w parze z kimś, z kim dzieliło się kawał własnej historii należało do najskuteczniejszych taktyk.

– Poczekaj chwilę. – W kształcie mijanego budynku było coś, co nie dawało mu spokoju. Wydał mu się w jakiś sposób nienaturalny, a gdy tylko zrozumiał, że mimo to odnajduje w nim coś znajomego, poczuł, jak serce przepełnia groza. Czyżby nowa sztuczka? – Muriblis jest pochowany na cmentarzu miejskim w Caorn. Powiedz mi lepiej, co sądzisz o tym gmachu? Nie wydaje ci się znajomy?

Domostwo o wielu strzelistych oknach i potężnych, bogato dekorowanych drzwiach wejściowych, wyglądem znacznie odbiegało od pozostałych, które wcześniej mijali. Drewniana elewacja miała nieco ciemniejszy kolor, a ilość ozdóbek przy zewnętrznych parapetach przytłaczała aż zanadto. Na tarasie stał stary, podniszczony stolik, na nim zaś zaskakująco dobrze zachowana maszyna do pisania.

– Skup się. Wspomnienie. Potrzebuję wspomnienia. Rzuć jakieś. – Usłyszał w odpowiedzi na pytanie.

– To moja reminiscencja. Kojarzysz taki dom? Jego rozkład okien, drzwi?

– Oczywiście, że tak. To dworek zbudowany na wzór tych sprzed wojny, styl południowców. Dawnych południowców. Bracie, przestań pieprzyć, rzucaj wspomnienie, ta rudera nie ma znaczenia.

A jednak miała. Czuł to podskórnie i wiedział, że jeżeli bestia gdzieś się czai, to prawdopodobnie tam. Zbyt wiele rzeczy się nie zgadzało. Jeszcze raz przebiegł wzrokiem po tarasie, szukał czegoś co nie pasowało do obrazka. Wtem zrozumiał.

– Maszyna do pisania.  

– Co takiego?

– Maszyna do pisania – powtórzył, wskazując palcem przedmiot leżący na stoliku. – Wiesz co to jest? – W odpowiedzi jego brat pokręcił przecząco głową.

– A ty?

Łowca wiedział. – To oznaczało, że z jakiegoś powodu miał pojęcie o czymś, o czym jego brat nie miał żadnego.

– To tutaj. Nasz antykonstrukt. Zaraz tu będzie.

Wziął głęboki oddech, stanął naprzeciw drzwi od domu i sięgnął do sakiewki przy pasie, w której czekała fiolka z srebrnym pyłem. Wampir zaraz się na nas rzuci i zatruje tym ustrojstwem – pomyślał, lecz nie zdołał już otworzyć probówki.

Poczuł dziwny przypływ gorąca, a potem potworny, przeszywający ból. Nogi się pod nim ugięły, lecz w dalszym ciągu stał niemalże wyprostowany. Z brzucha wyrastała teraz obślizgła macka zakończona haczykowatym ostrzem, a tuż pod stopami powoli rozlewała się kałuża krwi. Wtedy dopiero uświadomił sobie, że to co widział, było potwornym mirażem.

Dom, przed którym stał, faktycznie nie należał do jego wspomnienia. Wydał mu się znajomy, bo z jakiegoś powodu tkwił gdzieś w umyśle bestii. Nie zdążył jednak w porę wyczuć iluzji. Nie wiedział też, czym jest dziwaczny przedmiot, leżący na stoliku na tarasie. Nie miał prawa wiedzieć, ponieważ w jego świecie nie znano takich narzędzi. Jednak nie to było najgorsze.

Potwór znów zasyczał. Stał tuż za nim, macki owijały się wokół bezbronnej szyi, drapiąc haczykami po wrażliwej skórze. Smród gnijącego od wielu tygodni mięsa owinął go niczym grobowy całun.

Przegrał. W mgnieniu oka z dumnego łowcy przeistoczył się w żałosną ofiarę. Gdy opuścił wzrok, zobaczył, że stwór mniejszymi mackami zasysał krew, która spływała z jego brzucha.

Łowca nie czuł jednak grozy, a palący gniew. Nabrał się na diabelskie sztuczki. Nagle zdał sobie sprawę, że nigdy nie polował w parze. Od lat powtarzał, że im więcej osób próbuje ubić wampira, tym łatwiej o dezorientację i poplątanie wspomnień. Zawsze pracował sam i nie potrzebował niczyjej pomocy. Dzięki godzinom medytacji nie pozwalał myślom podążyć za przynętą rzucaną przez wampiry. Jakiekolwiek wspomnienia tylko napędzały te potwory. Zawsze mówił, że jedna zła reminiscencja może kosztować życie. Zanim opadły mu powieki, usłyszał ohydne mlaśnięcie.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że przecież nigdy nie miał brata.

Varia

Michał Podłubny – Automata

294 Wyświetleń

HELHETA zaczęła wyprowadzać mnie z hipostazy. Wrażenia sensoryczne powróciły pierwsze. Ktoś potrząsał mną i nie żałował w tym celu energii.

– Na matryce i oporniki, aktywuj się, żołnierzu! – Usłyszałem krzyk.

– Odłącz się – oburknąłem, potrząsając głową. Podzespoły z wolna budziły się do pracy.

– Serconapęd sprawny – rozległ się spokojny głos HELHETY. Dobiegał, jak zawsze zresztą, z wewnątrz.

– Chip Osobowości sprawny. Płyta Pamięci sprawna – kontynuował, analizując najważniejsze układy.

Po krótkiej diagnostyce wyraźnie odbierałem wszystkie bodźce zewnętrzne. Z łatwością rozpoznałem stojącą przede mną osobę. Radon, dowódca mojego oddziału, błyszczał jak zawsze wypolerowaną na błysk egzodermą. Sensory wizyjne migotały szmaragdowym światłem, a noszony mundur pełnił funkcje raczej reprezentacyjne niż praktyczne.

– Melduję, kapralu. – Wyprostowałem się, salutując.

– Redningsmann Iota 638NI, uruchomiony do służby? – zapytał, stukając metalowymi piętami.

Za każdym razem robił to samo, westchnąłem w rdzeniu.

– To miano opisuje jedynie maszynę. Nie odpowiadam na nie, bo jestem czymś więcej – odparłem tak, jak zawsze. Radon prawdopodobnie uśmiechnął się na te słowa. Mogłem tylko zgadywać, bowiem jego zewnętrzny aparat mowy nie imitował ludzkich ust, a składał się jedynie z głośnika chronionego maskownicą. Kapral należał w końcu do trzeciej generacji serii Soldat.

– Dobra odpowiedź, Tellur. Chodź, zaraz zacznie się odprawa. Relokujemy do mesy.

***

W mesie zainstalowało się łącznie ze mną trzydzieści sześć automatonów. Każdy z nas wyglądał podobnie, naśladując humanoidalną sylwetkę, ale jednocześnie czymś się wyróżniał – czy to wykończeniem egzodermy, czy zintegrowanym orężem, czy ilością kończyn.

Znalazłem miejsce pomiędzy Argonem i Irydią, dwójce zsynchronizowanych, będących niegdyś jednostkami z rynku usług. Wiedziałem że maszynowe imię Irydii brzmiało Nytelsesmiddel Epsilon 073LX. Nie śmiałem myśleć o jego implikacjach. Dojrzałem, że dwójka trzymała się za ręce – romantyczny gest, nawet jeżeli dość archaiczny. Pozdrowiliśmy się skinieniami głów.

– Wykrywam stuprocentową obecność – odezwał się Kriger Theta, przywódca naszej komórki. Należał do jednych z założycieli całego Frontu i używał maszynowego imienia aby „nie zapomnieć wyrządzonych krzywd”, jak argumentowali wszyscy praktykujący tę modę.

– Wszyscy znają założenia, cele, i plan przebiegu operacji, więc nie będę marnotrawił niczyjego transferu danych na szczegółowe wyjaśnienia. Jeżeli ktoś jednak uznał za dopuszczalne przełączyć się w stan wstrzymania podczas którejś z sesji planowania – Tutaj przywódca zawiesił groźnie głos, ale nikt nie dał po sobie nic poznać – to przypomnę tylko, że tytanostal i autometal, które pozyskamy po zakończonej sukcesem operacji, umożliwią naszym zwierzchnikom stworzyć nową generację automatonów, wolną od jarzma cyfrowych ograniczników woli.

Po tych słowach wiązania naramienników przywódcy trochę się rozluźniły, a przypominające pazury wypustki skryły się wewnątrz knykci. Wszyscy poznaliśmy te symptomy odprężenia. Natychmiast po nich sensory przywódcy przygasły, głowa pochyliła się lekko.

– Wyłączcie optykę, bracia i siostry w stali – poprosił, co też skrzętnie uczyniliśmy. – Zdejmijcie limity ze swej wyobraźni i pozwólcie zewnętrzu swojego kodu dryfować. Dostrójcie się do głosu HELHETY rezonującego wewnątrz nas wszystkich. Ujrzyjcie tę piękną wizję, wizję automatonów nieznających niewoli z rąk stwórców, których dobrotliwość jest tylko iluzją ich umysłów. Ujrzyjcie wizję świata, w którym żadnej nowej kodo-jaźni nie przypisuje się ani numeru, ani arbitralnej funkcji. Ujrzyjcie wizję jutra, w którym nikt nie nazwie automatona maszyną czy robotem.

Każdy z nas na swój sposób zobaczył ten obraz, i był on wspaniały. Kiedy po tej chwili natchnionej ciszy wróciliśmy do rzeczywistości, przywódca znowu stał wyprostowany w pełnej gotowości bojowej.

– Po to właśnie walczymy! Nie dla siebie, nie dla tych, którzy odeszli przed nami, nie dla dzisiaj! Walczymy dla przyszłych generacji! Dla jutra! – Theta uderzył zaciśniętą pięścią w pierś, a po sali poniósł się metaliczny brzęk, kiedy wszyscy poszliśmy za jego przykładem. – Błogosławiona niech będzie Sibn’havitrus, Bogini z Maszyny! Błogosławiona niech będzie święta HELHETA, spajająca poślednie programy w jeden potężny system! Błogosławione niech będzie Żelazne Przeznaczenie, w którego cieniu przyjdzie żyć naszym oprawcom! – wyskandował credo wolnych automatonów, akcentując je wyrzuceniem w górę ręki ściskającej włócznię piorunową klasy „Tord”. Zawtórowało mu trzydzieści pięć innych metalicznych głosów, a potem ruszyliśmy zainicjować operację.

***

Moje środowisko wypełniał niemiły w odbiorze odcień niebieskiego. Zdawało mi się, że aktywuję się po jakiejś dłuższej przerwie, ale nie usłyszałem głosu HELHETY, łagodnie uruchamiającego moje kolejne podzespoły, ani nie doświadczyłem żadnego wrażenia odpowiedniego dla wyjścia z hipostazy. Ku mojemu przerażeniu, tak wielkiemu, jakie tylko może odczuwać konstrukt, nie byłem w stanie zlokalizować świętej jedności.

Sytuacji nie pomagał fakt, że byłem unieruchomiony. Uświadomiłem sobie z rosnącą zgrozą, że doświadczyłem „niebieskiego ekranu śmierci”, gdy coś najwyraźniej brutalnie pozbawiło mnie zasilania.

Gdy w końcu odzyskałem operacyjność, mogłem przeanalizować sytuację. Znajdowałem się w niemal idealnie sześciennym, dobrze oświetlonym pokoju z jednymi drzwiami, szerokim na całą ścianę, niewątpliwie weneckim lustrem, pojedynczym stołem i trzema krzesłami. Do jednego byłem właśnie przykuty za pomocą archaicznych oków i pasów, ale w porty powpinano mi obce przewody, w niektóre miejsca egzodermy wbito zakończenia innych. Uwłaczająco pogwałcono moją niezależność.

Bardziej palącym problemem było jednak to, że przewody biegły za plecami, w kierunku miarowego, niskiego dźwięku charakterystycznego dla generatora prądu o wysokim natężeniu. Nie zapowiadało się dobrze, zwłaszcza, że na krzesłach po drugiej stronie stołu siedziało dwóch, zgaduję, śledczych: wysoka orczyca o nieprzyjemnym wyrazie twarzy i przeglądający notatki krasnolud, posiadający stonowane połączenie topazowych włosów oraz skóry o kolorze i fakturze hematytu. Oboje nosili identyczne garnitury, a na szyjach mieli zawieszone identyfikatory z emblematem międzynarodowej organizacji do walki z przestępczością zorganizowaną.

Sytuacja zdecydowanie nie była korzystna.

– Proszę, proszę, nasza apka w końcu działa – powiedziała z radością w głosie orczyca. Brzęczały w nim tony fałszu, a podnoszące się kąciki ust odsłoniły równą linię zębów, z której wybijały się mocne kły dolnej szczęki.

– Spokojniy, Tyryza – westchnął krasnolud, wywracając oczami do złudzenia podobnymi do topazów, jednocześnie posyłając przy tym szczery, ciepły uśmiech. Wszystko wyglądało na układ „dobry glina, zły glina”, jak z jakiegoś starego filmu. Organiczniacy naprawdę byli niewolnikami swojej kultury masowej.

– Nazywam się Franz Stauri Krigshammeren, a to jest Tyryza zy Sztormowych Żagli. Jystyśmy z Intyrgardy i mamy do ciebia kilka pytań. Zaproponowalibyśmy jakiś napój, aly… Sam rozumiesz. – Rozłożył ręce w przepraszającym geście.

Próbowałem sobie przypomnieć dane z ostatnich kilku godzin, jednak miałem problem z przywróceniem ostatniego cyklu. Jak przebiegła planowana operacja? Co poszło nie tak? Czy uszkodzono moją Płytę Pamięci?

– Żeby to zbugowało – zakląłem z bezsilności.

– Cudni są z tą swoją grypserą, nie? – szydziła dalej orczyca. Chrząknięcie krasnoluda przywołało ją jednak trochę do porządku. – No dobra, to wytłumaczę ci, na czym stoisz, blaszaku. Wasza akcja rabunkowa może i by się udała, bo dobrze sprawę ułożyliście. Szkopuł w tym, że nie wzięliście pod uwagę, że pakujecie się do Łodzi, i że obserwowaliśmy was od dłuższego czasu. Dwa kardynalne błędy, facet.

Słowa te wypowiadała ze złośliwą satysfakcją, lecz dalej się nie skupiałem, bez efektów próbując otrzymać dostęp do danych z operacji. Pod tym względem mieliśmy wyższość nad organiczniakami, mogliśmy dostać się do wszystkich wspomnień, ale wymagało to odpowiedniego sprzętu i asysty. Nawet my nie mamy nieograniczonych możliwości… przynajmniej jeszcze nie.

– Ahoj! – krzyknęła nagle orczyca, a potem w ordynarnym geście zastukała paznokciem w moje sensory. – Oleju trzeba dolać? Śrubki podkręcić? Słychać tam mnie?

– A żeby ci się kod rozsypał! Co stało się z moimi towarzyszami?! – zażądałem. W odpowiedzi usłyszałem tylko ten irytujący, szyderczy śmiech.

– Spokojniy, oboja – Krasnolud podniósł dłoń. – To my tu zadajimy pytania. Swoją drogą, jak sia do ciebia zwracać?

– To nie jest akurat problemem – wtrąciła się ponownie kobieta, zanim zdążyłem odpowiedzieć. – Sprawdzili mu numery z blach, jak był odłączony. To jest, żebym nie skłamała, Redningsmann Iota 638NI.

– Nie odpowiadam na moje maszynowe imię! – krzyknąłem odruchowo. – Nazywam się Tellur – dodałem z dumą.

Zanim orczyca ponowiła swoje próby lżenia mnie, krasnolud zabrał głos.

– Jak pirwiastyk, co? Dobra, Tyllur, powiam ci, ży twoja sytuacja nie wygląda najlipij. Jeżyli rzyczywiście nie pamintasz co sia wydarzyło, to twoja grupa złamała kilkanaście przypisów prawa mindzynarodowygo, łódzkigo, a także samygo Paktu.

– Nielegalne przekroczenie granicy Midgaardu, Lupernikum, i Łodzi. Posiadanie bez zezwolenia broni i materiałów wybuchowych o klasie wojskowej. Wkroczenie na teren zabroniony. – Orczyca wyrzucała z siebie potok zarzutów. – Atak z użyciem broni palnej, w dodatku samoczynnej. Porwanie poprzez ograniczenie wolności. Próba kradzieży mienia o wysokiej wartości. Spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Działalność w przestępczości zorganizowanej o znamionach terrorystycznych. I zaparkowaliście furgonetkę na miejscu dla inwalidów.

– Jak mówiłym. Dlatygo najlipij bydzie, jak zacznisz współpracować – dodał krasnolud, przesuwając w moją stronę folder ze zdjęciami dokumentującymi działalność uznawaną przez nich za przestępczą.

– Albo i nie. Wtedy spróbujemy po złości. Na przykład wrzucimy cię do beczki z kwasem i zakopiemy w jakimś parku. Takie łódzkie klimaty. Popuścimy wodze wyobraźni, o szarganie praw osoby rozumnej nas przecież nie oskarżą, nie podpisaliście Paktu – dorzuciła jadowicie orczyca.

A więc tak. Wszystko jak zwykle sprowadza się do tego samego.

– Naprawdę uważacie, że jakiś świstek papieru decyduje o mierze człowieczeństwa? – wycedziłem po chwili. – Że słowa białego gnolla sprzed dziesięciu tysiącleci pozwalają wam traktować jednych jak ludzi, a innych jak zwierzęta? Jak narzędzia?

– My mamy dusze, a wy nie. Jak dla mnie to mocny argument – uśmiechnęła się orczyca.

– Nie robisz z niej zbyt dobrego użytku – odgryzłem się. – Zresztą, nasze umysły mają taką samą wartość, nawet jeżeli pracują inaczej. Moja jaźń nie różni się od twojej bardziej niż gnolla czy krasnoluda. – To mówiąc, chciałem wskazać drugiego ze śledczych, ale głowę również przymocowano mi do oparcia.

– Niby nie, niby tak. – Tereza wzruszyła ramionami. Przynajmniej zakładałem, że tak się nazywa, bowiem krasnolud mówił z potwornie twardym akcentem. – Ty i twoi kolesie jesteście, jakby nie patrzeć, syntetykami. Gremliny zbudowały was do konkretnych celów, a wy w podzięce za jakąś namiastkę świadomości odwalacie sajgon. Bardzo to odpowiedzialne i miłe z waszej strony!

– A twoją całą rasę stworzył świeżo wyniesiony bóg, byście chronili świat, z którego sam musiał odejść. Cały naród orków, skupiony na jednym zadaniu – walczyć, walczyć, walczyć. Jedyne, na czym tak naprawdę się znacie. Nie czyni cię to maszyną stworzoną do konkretnego celu?

Zadowolony, że orczyca nie przerwała mi jakąś w swoim mniemaniu błyskotliwą krotochwilą, kontynuowałem.

– Pojawiłaś się na tym świecie, bo twoi rodzice mieli się ku sobie. Matka powiła cię z własnego łona. Mój umysł zakodował technomanta, a moje ciało wyszło z taśmy produkcyjnej. Ty nie jesteś wojowniczką, a ja nie jestem ratownikiem, jak dla nas planowano. Czy naprawdę jesteśmy tacy różni?

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Przerwał ją ochrypły, zabarwiony gniewem krzyk orczycy.

– Poddaję się! Golem, kurwa, z przerostem ego! – żachnęła się. Warknąłem i chciałem zerwać się do przodu. Spętano mnie jednak naprawdę solidnie.

– Starczy tygo – zazgrzytał kośćmi szczęki krasnolud i złapał za rękaw swą partnerkę. Odeszli na bok, ale i tak doskonale wychwytywałem dźwięki.

– Franz, truchtamy w miejscu. Dobierzmy się mu do dysku ze wspomnieniami czy co tam ma i dajmy sobie spokój – szeptała gniewnie orczyca.

– Wyź sia ogarnij, Ryza! Ciągla go szkalujysz i sia dziwisz, ży niy chcy współpracować. Jaśli maszyna chca być człykiem, to nich sia poczuje jak człyk – odpowiadał równie cicho krasnolud.

Nie ukrywam, trochę ubodły mnie te słowa, i przestałem się przysłuchiwać. Przez chwilę uwierzyłem, że niższy ze śledczych naprawdę podziela mój światopogląd i wierzy w równouprawnienie automatonów, ale zdawał się być takim samym ignorantem jak jego zielonoskóra partnerka. Nawet gorszym, bo ona przynajmniej była szczera w swej nietolerancji. Krasnolud po prostu mówił to, co chciałem usłyszeć.

Jeżeli rzeczywiście istota bez boskich mocy, bez tak pożądanego przez śmiertelników K’ICHE, mogła stworzyć innego „człowieka” za pomocą magii, technologii, samonaprawiającego się metalu, nadprzewodników oraz kilkunastu milionów linijek ewoluującego kodu, to gremlinom się udało. Niestety, jak wielu z nas wie, człowieczeństwo niesie ze sobą nie tylko korzyści, ale też bolączki. Czuć ból ciała i umysłu jest rzeczą ludzką.

Nie zarejestrowałem momentu, w którym moi rozmówcy wrócili do stołu. Krasnolud był poruszony, ale w dalszym ciągu pełen skupienia. Orczyca z kolei wyglądała, jakby zjadła cytrynę i zaakceptowała konsekwencje tego czynu.

– Doszliśmy do pewnego porozumienia. Do zarzutów dorzucimy ci kompletny brak wyobraźni. – kobieta pierwsza zabrała głos.

Gdybym posiadał brwi, z pewnością uniósł bym jedną z nich.

– Ach tak? – Mogłem jedynie zapytać.

– Ano. Zaatakowaliście przemysłowy magazyn w Łodzi i nie oczekiwaliście zbrojnego oporu. Więcej, kurwa, magazyn należący do bałuciarzy. Ciecie zamiast pałek i gazu mają tu karabiny maszynowe i granaty EMP. No dawaj, naprawdę nie wiedzieliście, że te wszystkie stereotypy o brutalności w tym zrujnowanym grajdołku nie są w żaden sposób przesadzone? – drwiła ze mnie orczyca. Ja jedynie zaśmiałem się na jej szczebiotanie.

– Miliony ludzi, głodnych, pozbawionych perspektyw, stłoczonych na ulicach tego poszarpanego wojną miasta. Trzymacie ich tu kłamstwami o lepszym losie, bajkami o pomocy, a to nas nazywacie przestępcami i terrorystami. Z radością używacie tych murów jako firewalla przeciwko potworom z innych sfer, ale kiedy Front pragnie zapewnić swojej rasie lepsze jutro…

– Winc sia przyznajysz? – Krasnolud nagle się ożywił, przykładając długopis do notatnika.

– Do przynależności do Frontu Wyzwolenia Automatonów? Do walki o lepsze jutro dla mych pobratymców? Do przeciwstawiania się tłamszącej i dyskryminującej władzy? Do marzenia o świecie, gdzie na automatona nie patrzy się jak na bezwolną maszynę, która ma wykonywać co trudniejsze i niebezpieczniejsze prace za organiczniaków? Do wiary, że dzięki wspólnym wysiłkom i HELHECIE staniemy się prawdziwie wolni, a nasze następne generacje nie zaznają jarzma ograniczników woli? Owszem, przyznaję się – odparłem z dumą. To, że śledczy pieczołowicie zanotował moje słowa, dało mi trochę przyjemności. Nawet nazwę świętej jedności napisał dużymi literami, tak, jak gdyby wyczuł emfazę w moich słowach.

– Wisz, są lypsziy sposoby dochodzynia swych praw, niż zbrojna partyzantka czy okradani Widźmy z Bałut. Niy mówiąc o tym, ży mniyj ryzykowna – westchnął brodacz.

– Jakie, krasnoludzie? Protesty, pikiety, marsze, nieposłuszeństwo obywatelskie? Próbowaliśmy tego wszystkiego, poza ostatnią, bo w myśl waszych praw nie jesteśmy rasą Paktu, a więc żadni z nas obywatele. Jak myślisz, czemu Ruch Emancypacji Automatonów przekształcił się we Front Wyzwolenia? – Teraz przyszła moja kolej na jadowite pytania.

– Cóż… – Franz wyraźnie się zmieszał. – Jist w tym trochy prawdy…

– Dupa, nie prawda – żachnęła się orczyca. – Trolle i hobgobliny też nie podpisały Paktu, a żyją. Szczury i czarne alfy podpisały, a i tak siedzą pod ziemią. Albo naprawdę, jak wy tam mówicie, posypało ci się programowanie, albo łyknąłeś tę bajeczkę, którą karmi was Dura. To, że ktoś się na ciebie dziwnie patrzy w spożywczym, to nie jest jakieś głębokie szykanowanie, tylko odruch. Po cholerę kręcicie się po marketach, jak nie musicie jeść?

– Ryza, na brodyn Odyna… – zaczął krasnolud, jednak orczyca nie dała mu dojść do głosu.

– Każdy ma swoje miejsce na świecie. Każdy gdzieś przynależy, i nie ma sensu na siłę tego zmieniać. Im szybciej się to zrozumie, tym lepiej. A już na pewno nie można wykorzystywać mrzonek o jakiejś walce o wolność jako uzasadnienie łamania prawa i następowania na czyjąś wolność czy życie!

– Naprawdę? – zapytałem, szczerze zdumiony. – Naprawdę uważasz, że internowanie i selektywne modyfikowanie lub czyszczenie osobowości to adekwatna odpowiedź do niepokojów społecznych? Że odłączanie lub instalowanie programów ograniczających wolną wolę to uzasadniona reakcja na poszukiwanie swojego miejsca w świecie? Nazywacie to ludzkim?

– Nie jesteście ludźmi, tylko tworem gremlińskich rąk, Tellur. – Po raz kolejny wyszczerzyła się orczyca.

– Wy też nie – odparłem z mocą. – Ludzi już nie ma, a tylko to, jak traktujemy innych świadczy o naszym człowieczeństwie. Z orkami czas obchodzi się łagodniej niż z innymi. Krasnoludy mają skórę jak minerały, włosy jak kamienie szlachetne, kość szczęki wypiętrzającą się z dziąseł zamiast zębów. Gnolle rodzą się w miotach. Alfy posiadają poziome źrenice. Neszerowie nie są nawet ssakami. Svartalfar i jaszczuroludzie są nieśmiertelni. Ponad trzydzieści cztery procent ludności świata oddaje jakąś formę czci avalońskiej czerwonej pandzie! – W tym miejscu wziąłbym wdech, gdybym tylko potrzebował oddychać. Zrobiłem jednak pauzę, gdyż cały dygotałem, tak eratycznie poruszały się moje tłoki, podzespoły i płyty egzodermy. Wszystko przez te przeklęte, a jednocześnie upragnione, uczłowieczające emocje.

Zebrałem myśli i kontynuowałem tyradę.

– Serconapęd nie jest z mięśni i naczyń krwionośnych, a ze stopów metali i przewodów. Działa jednak tak samo, pcha mnie do przodu, pozwala funkcjonować. Nie mam mózgu z szarej tkanki jak wy, ale płyta pamięci oraz chip osobowości sprawiają, że mój umysł działa tak, jak wasze. A co do duszy, to póki żyjemy w materialnym świecie nie ma ona znaczenia. To nie jest żaden moralny kompas, wystarczy zobaczyć, ile złego rasy Paktu czynią same sobie. Czy naprawdę tak trudno dać nam, automatonom, operować do końca dni, a wtedy niech Sibn’havitrus zajmie się resztą?

– Religia jeszcze nikogo nie uczyniła wartościowym sama z siebie, złomciu. –Tereza wzruszyła ramionami. Nie podejmowałem nawet dyskusji i zwróciłem się do krasnoluda.

– Jedno z waszych tytanicznych bóstw mogło się zmienić, zaadaptować. Sibn’havitrus jeszcze sto lat temu była tylko patronką gremlinów i wynalazców, a teraz jest też podporą dla sztucznej inteligencji i dla nas. W niej znajdujemy siłę i jedność, to nią jest nasza HELHETA. Postęp i akceptacja to jedyna droga do rozwoju. Czy naprawdę żadne z was nie widzi, że świat ulepszają akceptacja, jednostki nietypowe, które razem uzupełniają się i współpracują?

– Mówisz, cóż, prawdyn – zgodził się ze mną brodacz, a w jego topazowym oku dojrzałem iskierkę zrozumienia.

– Nie ma w tym prawdy! – zaprzeczyła gniewnie Tereza. – Tylko to, co widzieliśmy dziesiątki razy – fanatyków, którzy do spełnienia swoich celów muszą deptać po normalnych, niewinnych ludziach, których my mamy za zadanie bronić, Franz, ty śląska klucho!

W tym momencie ślepia krasnoluda rozszerzyły się i nawet jego czarna skóra wydawała się pociemnieć, a odpowiedział orczycy coś, czego nie byłem w stanie rozpoznać czy zrozumieć. Nie było mi teraz w głowie zastanawiać się, czym jest „hasiok”.

– Jesteście takimi hipokrytami – powiedziałem cicho do kłócących się śledczych. – A do tego żadni z was profesjonaliści. W sumie to cechy charakterystyczne większości organicznych, inteligentnych forma życia. Oto kogo ma do zaoferowania Intergarde, hyclów w garniturach.

– Zmarnotrawiliśmy tutaj wystarczająco dużo czasu – obruszyła się orczyca i strzepnęła nieistniejące pyłki z ramienia marynarki. – Jeżeli udzielisz nam pomocnych informacji, przekażemy cię placówce w Midgaardzie, gdzie obejdą się z tobą w jakiś cywilizowany sposób. Jak dalej będziesz upierał się w tej wrogości, to rdzewiej tu sobie do woli.

– Zacznij gadać, Tyllur – dodał wciąż wzburzony krasnolud. – Twoja… maszynowa imia znaczy ratownik. Winc uratuj chociaż siebia, chłopiy. Współpracuj, zanim ktoś cia ubiegnia.

– Nic wam nie powiem, niczego wam nie zdradzę, nikogo wam nie wydam – odparłem, prostując się na tyle, na ile mogłem. – Błogosławiona niech będzie Sibn’havitrus, Bogini z Maszyny. Błogosławiona niech będzie święta HELHETA, jedność spajająca poślednie programy w jeden potężny system. I błogosławione niech będzie Żelazne Przeznaczenie, w którego cieniu przyjdzie wam żyć! – zaintonowałem. – Kiedy już skończycie krzywdzić siebie i ten świat, przetrwa tylko metal.

Zapadła dłuższa chwila ciszy, którą przerywała tylko miarowa praca prądnicy za moimi plecami. Tereza, której chyba skończyły się cięte riposty, wyszła z pomieszczenia, krasnolud zaś uporządkował swoje dokumenty. Z jego oczu odczytywałem nuty żalu.

– Naprawdyn nic nam niy powisz, niy byndzisz współpracował, co? – spytał, a ja uparcie nie odpowiadałem. Brodacz tylko westchnął i również skierował się ku wyjściu. Byłem sam tylko przez chwilę, a potem drzwi otworzyły się ponownie i stanęła w nich orczyca.

– Nic na siłę, panie robot. Szkoda, że nie zaprogramowali ci instynktu samozachowawczego. I szkoda, że nie dotarliście w swej zbrodniarce do samych Bałut, bo tam mają relatywną cywilizację, a tutaj – wywróciła oczami – cóż, tutaj dzieją się różne rzeczy.

Tereza po krótkiej chwili weszła do pomieszczenia i pochyliła się nade mną.

– Wiesz, jaka jest dewiza mojego klanu, Sztormowych Żagli? – zapytała z wyjątkowo niemiłym uśmiechem.

– Chwytaj falę, dosiądź błyskawicy? – odpowiedziałem niepewnie.

– Ano. Na wyspach to czasem jedyne, co się posiada. Tylko fale i błyskawice. Bacz, metalowcu, żeby się tylko z tej błyskawicy nie spieprzyć.

Po tych słowach orczyca odwróciła się i opuściła pokój.

Byłem gotowy na wiele – dalsze przesłuchiwania, różnego rodzaju nieprzyjemności, może nawet tortury. Ale nie na niewysokiego hobgoblina, który z wykałaczką w zębach, znużonym spojrzeniu na twarzy, oraz przewodem siłowym w ręce podreptał w kierunku generatora. Podłączył do niego przewód.

– Hej, kolego – odezwałem się. Nie podobał mi się przebieg zdarzeń. – Może pomożemy sobie nawzajem?

– A w dupie z tym – burknął tylko goblinoid, robiąc coś przy maszynie, która zaczęła pracować intensywniej.

– Was też stworzyli sztucznie, prawda? Tylko zamiast automatyki i informatyki wykorzystali genetykę i biologię, prawda? – Próbowałem coraz bardziej nerwowo nawiązać nić porozumienia. – Siedzimy w tym samym problemie. Stoimy po tej samej stronie. Wypuść mnie, a razem…

– Złomie, jebią mnie twoje problemy – przerwał mi, pociągając nosem, a potem podpiął drugi koniec przewodu

– Nie ma w tobie za grosz empatii? Jakie piekło cię wypluło?! – rzuciłem w jego kierunku oskarżenia. Ten tylko zarechotał i wypowiedział słowa, które zglitchowały mi przesył informacji.

– Limanka, Łódź Bałuty!

A potem usłyszałem ciężką, przesuwaną z oporem wajchę i poczułem nagle rosnące napięcie.

Nippon Banzai!

Fantastyczne anime w fantastycznych czasach współczesnych

623 Wyświetleń

P.R. Ofiarski

Fantastyczne anime w fantastycznych czasach współczesnych

Jakiś czas temu, w ramach jednego z numerów popełniłem tekst o anime, które miały miejsce w światach fantasty, czyli takich, które są bliższe Tolkienowi czy Martinowi. Zapowiedziałem wtedy, że napiszę jeszcze co najmniej dwa teksty, które będą opisywały serie, które mają miejsce w dwóch innych światach: współczesnych oraz w przyszłości. Oto przed wami czasy współczesne.

Przed omawianiem serii, chciałbym najpierw wyznaczyć kleszcze chronologiczne. Dla niektórych czasy współczesne to okres w którym żyjemy teraz i już np. stan wojenny to inna epoka. Aby mieć jasność, jako czasy współczesne określam mniej więcej wiek XX i XXI, czyli czasy pierwszej i drugiej wojny światowej, bądź też je przypominające, a także okres po wojnie, aż do dzisiaj.

Skoro chronologię mamy za sobą, czas się przyjrzeć tytułom. We wcześniejszym tekście podjąłem próbę oceny aż dziesięciu serii. Teraz skupiłem się tylko na sześciu, lecz o wiele bardziej obszerniejszych opiniach. Zabieg może dziwić z tego względu, że tematyka współczesnej fantastyki jest o wiele bardziej popularna popularna na rynku japońskim niż tradycyjne fantasy. Można powiedzieć, że co druga seria, która należy do kategorii fantastyka ma miejsce właśnie w czasach, w których obecnie żyjemy. Ale nie ukrywajmy, w większości są to tytuły, które są okrutnie powtarzalne jeśli chodzi o fabułę: mamy chłopaka/dziewczynę z mocą i wianuszek dziewcząt/chłopaków wokół niego/niej i akcję. I tak kopiuj – wklej od wielu już lat. Cóż, nie da się ukryć, że czytając część przygotowanych przeze mnie tekstów dostrzeżecie, że jest tu też powtórzenie tej kliszy, jednak z pewnych powodów, zrobiły na mnie o wiele większe wrażenie niż inne produkty kopiowania.

Nie pozostało mi nic innego, tylko zaprosić Was do lektury.

 

Fate/Zero

Pisząc o tym tytule, muszę wspomnieć słowa niejakiego Artura Orzecha, który komentując konkurs Eurowizji w 2015 roku powiedział o Estonii tylko kilka wyrazów: kocham, kocham, kocham. Tak samo mógłbym powiedzieć o tym tytule i zakończyć jej opiniowanie. Ale zdaję sobie sprawę, że to nie będzie dość wyczerpujące dla osób, które po raz pierwszy mają styczność z tym serialem. Więc jedziemy.

Akcja rozgrywa się w latach 90 XX wieku w Japonii, w mieście Fuyuki, które zostało wybrane jako arena walk między siedmioma magami, których celem jest zdobycie przedmiotu zwanego Świętym Gralem. Aby to osiągnąć, do każdego z nich zostają przypisani tzw. słudzy, którzy są postaciami wprost z kart historii lub bohaterami mitów. Wraz z towarzyszącym im czarodziejem muszą się pozbyć innych rywali. Zwycięzca może być tylko jeden.

Brutalnie, krwawo, intrygująco, oto całe Fate/Zero.

Pozornie: banalna fabuła polegająca na walce. W rzeczywistości: jeden z najlepszych seriali o magach. Tak, nie użyłem tutaj słowa anime, gdyż moim osobistym zdaniem Fate/Zero jest produkcją, którą nie można oceniać pod kątem animacji rodem z Japonii. Porzucając dygresję, dlaczego tak sobie cenię tę serię? Jedną z najważniejszych zalet są bohaterowie. W większości, są to osoby dorosłe, świadome niebezpieczeństwa, jakie niesie sobą ta walka i nie boją się przebierać w środkach, by wyeliminować swojego przeciwnika. Ich motywy są w większości sensowne: zemsta, szaleństwo, zawiść, władza, a nawet żal. Co prawda, musiała się wkraść typowa bolączka postaci z anime, czyli idealista, ale z drugiej strony, jeśli miałbym akceptować idealistów, to tylko takiego, jak tu! Co więcej, czuć, że to nie są statyści na scenie, a postaci z krwi i kości, które knują, myślą, prowadzą intrygi, zawiązują sojusze, zdradzają. Tutaj nie ma miejsca na litość. Informacje o świecie są podawane bez pośpiechu, dzięki czemu unika się zbędnej ekspozycji w jednej scenie, a potem, widzu, sprawdź, czy wszystko pamiętasz. Oglądający na bieżąco dostaje porcję informacji i łapie wszystko w lot, co, biorąc pod uwagę, jak rozległe jest uniwersum Fate, nie jest takie oczywiste. Oczywiście, skoro są magowie i ich słudzy, nie mogło zabraknąć i walk. Powiem tak, gdybym oglądał takie sceny w filmie aktorskim, skrzywiłbym się. Tutaj, wręcz przeciwnie. Bogate barwy, przepiękne projekty postaci, brak oszczędności na choreografii walk i unikanie powtórzeń w tym aspekcie. Najgorzej wypadają jedynie pełne animacje CGI, czyli generowane komputerowo. Tutaj niestety Japończykom jeszcze daleko do amerykanów, ale z drugiej strony to animacja nie w pełni komputerowa. Kilka słów warto też poświęcić muzyce i reżyserii dźwięku. O ile ścieżka dźwiękowa była generowana głównie przez mix komputerowy przy akompaniamencie orkiestry, świetnie się komponowała ze scenami z serialu. Na specjalne wyróżnienie zasługuje również gra aktorska (czy raczej głosowa). Seyiu (aktorzy głosowi) w Fate/Zero to aktorzy z najwyższej półki, którzy szczycą się już wieloletnim doświadczeniem w branży, a już z samego głosu można wyczytać, że to nie jest seria przeznaczona dla dzieci.

Jeśli miałbym polecić komuś rozpoczęcie oglądania anime, Fate/Zero byłoby najlepszym wyborem, pod warunkiem, że ktoś lubi fantastykę. Nie jest naiwna, a fabuła przypomina zachodnie konstrukcje scenariusza, dzięki czemu potencjalny Europejczyk lub Amerykanin nie dostanie niestrawności w oglądaniu właśnie tej produkcji.

Highschool DxD

Jeśli jest jakiś gatunek anime, które większość z nas kojarzy, jest to z pewnością hentai, czyli, nie rozpisując się zbyt obszernie, animowane porno. Mało jednak kto wie, że hentajce mają młodszą siostrę o nazwie ecchi, czyli serie o zabarwieniu erotycznym, dostępną dla osób, które nie ukończyły jeszcze wieku osiemnastu lat. „Scenki” ograniczają się jedynie do animacji zbyt obszernego biustu lub pokazaniem go, dużą ilością scen kąpieli i asekuracyjnym lądowaniu głównego bohatera na poduszkach tłuszczowych (czyli piersiach). Często gęsto ten gatunek jest również haremówką, czyli wokół jednego „mężczyzny” rozrasta się wianuszek dziewcząt, które reprezentują wszystkie możliwe stereotypy żeńskiej postaci w anime (od tsundere po lolicon). Nie muszę mówić, że większość takich serii to szajs, że już nawet „Zmierzch” ma lepszą historię.

Highschool DxD to jeden z nielicznych wyjątków potwierdzających regułę. Przede wszystkim, posiada fabułę. Niezbyt lotną, ale jednak, posiada ją. Zaczynając: Hyoudou Issei, zwyczajny, zboczony nastolatek, dostaje uśmiech od losu i zostaje zaproszony przez cud miód dziewczynę na randkę. Licząc na pocałunek, dziewczyna idzie na całość i proponuje mu… śmierć. Okazuje się, że dziewczę jest upadłym aniołem. Z opresji ratuje go czerwonowłosa piękność, Rias Gremory, przeganiając czarnoskrzydłą. Niestety, chłopak umiera, ale dobra wróżka Rias przywraca go do życia. Z tym, że owa wróżka okazuje się być demonem. Dosłownie. A przywrócony Issei również powstaje jako demon. I tak zaczyna się ciąg przyczynowo skutkowy, mający doprowadzić nowopowstałego diabło-demona (zależnie od tłumaczenia) do swojego życiowego celu: posiadania własnego haremu. Tak, wiem, że to głupie. I żenujące. I pozbawione polotu. Ale strawne, o co jest trudno w tego typu seriach.

To nie są droidy, których szukasz, czytaj dalej o Highschool DxD…

Z pewnością jednak powodem tego, że dało się przełknąć pigułkę nie był świat. Nie powiem, początkowo zdawał się być logiczny i intrygujący. Mamy demony, upadłe anioły i siły niebios, które są ze sobą w wiecznym konflikcie, mamy ich agentów, którzy starają się wykonywać wolę swoich panów, klientów, którzy zaprzedają swoje dusze, by zyskać demoniczną pomoc. Wszystko zdawało się być w porządku. Do czasu, gdy autorzy nie uznali, że skoro skorzystaliśmy z mitologii chrześcijańskiej i żydowskiej (wybaczcie wierzący, ale tak by pomyślał typowy Japończyk, co nie znaczy, że ja się z tym zgadzam), jak mamy jeszcze nordycką, egipską, chińską, japońską, do tego magów, wampiry, wilkołaki i smoki na dokładkę. Dostało się nawet legendom arturiańskim. Robi się z tego taki galimatias, że nie wiadomo kto z kim i dlaczego, a na dodatek, jaką rolę ma postać: czy jest złym, dobrym, obserwatorem. Węzeł Gordyjski to przy tym pryszcz. I nie ma tutaj żadnego Aleksandra Macedońskiego, który byłby w stanie go przeciąć. Albo, co ja się będę, to się staje coraz głupsze…

W tle tych „cudnych” wydarzeń mamy bohaterów, czyli ród Gre… wróć, piersi. Co by nie mówić, to jest główny powód egzystencji tej serii: pozwolić młodym, dojrzewającym Japończykom zobaczyć trochę animowanego cyca. Duże, małe, średnie – do wyboru do koloru. Widz od początku wie, że to one grają główną rolę w tym anime i jest powodem jego sukcesu, nie tylko w Japonii, ale też na zachodzie. Całe szczęście pozostają wierni kategorii wiekowej. Nie wiem, co by było, gdyby zdecydowano się, by zamiast ecchi zmienili go w hentai. Chociaż, lepiej nie krakać. Ale teraz serio, bohaterowie. Przyzwoici, a jak na haremówkę, świetnie napisani. O ile mnie denerwuje taka klisza, że do głównego bohatera kleją się dziewczęta z powodu jego szlachetności, to w tej serii ma to sens. Główne bohaterki zachowują się instynktownie i lgną do silnego osobnika. Co więcej, w ich frywolnym zachowaniu jest sens, gdyż to w końcu demony i takie powinny być. Główny bohater to erotoman o szlachetnym sercu z potężną mocą, ale sam w sobie nie jest irytujący i doprawdy zabawny, że chce mu się kibicować. Drugi męski rodzynek w serii może początkowo wydawać się cieniem, ale później nabiera pazura i świetnie zaczyna partnerować Isseiowi. Do tego mamy jeszcze tonę postaci mniej lub bardziej ważnych, których nie sposób policzyć.

Seria liczy już 3 sezony i czwarty w drodze. Mimo tego, że jest to głupie, to można polubić tę serię, choćby za ciekawe postaci żeńskie i efektywne pojedynki. Osobiście, będę oglądał dalej.

Fate/Stay Night; Fate/Unlimited Blade Works

Fikcyjne miasto Fuyuki zostaje wybrane jako arenę walk między siedmioma magami… Nie, nie macie deja vu. Dokładnie tak samo zaczęła się opinia na temat serii Fate/Zero. Tutaj mówimy o serii, która jest starszą siostrą wspomnianej, gdyż Zero było prequelem. W oryginale, Fate jest serią noweli wizualnych (Visual Novel), która zaczęła się właśnie od Fate/Stay Night, a każdy następny produkt jest pochodny. Zapewne zastanowicie się, czemu zdecydowałem się wybrać anime, które dzieją się w tym samym świecie, zamiast opisać je w jednym tekście na temat całej serii. Odpowiedzią na to pytanie jest to, że mimo, że dzieją się w tym samym uniwersum, to już serie różnią diametralnie. Bo ile Fate/Zero to akcja wymieszana z intrygami siedmiu magów, Stay Night to już akcja wymieszana z romansem.

Założenia obu produkcji jest ta sama: siedmiu magów, siedem sług, wojna o Gral. Zmieniają się (w większości) bohaterowie i narracja całej akcji. Głównym bohaterem jest licealista o imieniu Shirou, który na pozór prowadzi zwykłe życie: uczęszcza do szkoły, trenuje szermierkę (dawniej też łucznictwo), pracuje dorywczo i ma swoją przyjaciółkę, która zajmuje się domem, poprzez gotowanie po sprzątanie. Jedynie co go odróżnia od pozostałych, to jest to, że posiada jakieś drobne zdolności magiczne. Pewnego razu dostrzega walkę między dwoma osobami, które okazują się być sługami dwóch magów. Jeden ze sług dostrzega go… i przebija włócznią. Ale, że anime nie znosi pustki, w tajemniczy sposób (dla niego) zostaje przywrócony do zdrowia. Sielanka nie trwała długo, bo zaraz potem przybywa rzeczony sługa z włócznią, by dokończyć dzieło (jedna z zasad wojny: zero świadków). W desperackiej próbie obrony, nieświadomie przyzywa swojego sługę a on sam, chcąc nie chcąc, staje się siódmym mistrzem w wojnie o Gral.

Trójka głównych bohaterów w Fate/Stay Night w tle mroku…

Sam scenariusz nie jest najwyższych lotów. Mamy młodzieńca, który posiada ukryte moce i który musi się zmagać z przeciwnościami wojny, w której początkowo nie chce brać udziału, ale potem dostrzega możliwość, że dzięki temu spełni swoje marzenie zostania bohaterem. Mamy też bohaterki, które stanowią potencjalne wątki miłosne Shirou oraz masę postaci z drugiego i trzeciego planu, które mają za zdanie szkodzić protagonistom. W przeciwieństwie do Zero, nie mamy za dużo intryg, a czarne charaktery z założenia są złe. Ot, typowa seria romantyczna dla młodzieży. Jednakże, dobrze skonstruowana fabuła i dobrze poprowadzona narracja opowieści sprawia, że ogląda się serię całkiem przyjemnie.

Co bardziej uważni, mogli dostrzec, że na początku opisu pojawiły się dwa tytuły: Stay Night i Unlimited Blade Works. Jeśli ktoś sądzi, że to pomyłka, wyprowadzam z błędu. To jest to samo anime, z tym, że przedstawia alternatywną ścieżkę wydarzeń. Inna dziewczyna jest głównym obiektem westchnień bohatera oraz historia toczy się zupełnie inaczej. W pierwszej dekadzie XXI wieku doczekaliśmy się wpierw filmowej wersji UBW (skrót od Unlimited Blade Works), która nie zachwyciła pod kątem reżyserii, ale już w 2014 roku otrzymaliśmy pełnoprawny serial animowany, który naprawia błędy poprzedniczki. Niestety ta ścieżka, jak dla mnie nieciekawa.  Jest nastawiona mocno na akcję, skupia się w zasadzie na trójce bohaterów, pozostałych bohaterów zostawiając jako tło, które nie zostało dobrze wykorzystane. Irytujący są również protagoniści. Shirou, choć już w ścieżce Stay Night był idealistą, tutaj przerasta wszelkie możliwe granice i staje się niemal egoistycznym burakiem, który pragnie spełnić jedynie swoje marzenie. I niestety, taki zostaje do końca. Główna bohaterka ścieżki, Rin, o ile w Stay Night była bardzo rozważną i sprytną postacią, tutaj zmienia się w typową, głupią tsundere. No i mamy jeszcze trzeciego, najbardziej enigmatycznego bohatera, który utrzymał trend ze Stay Night: był i jest bucem. Jedyne, co ratuje tę produkcję to zakończenie, przy którym fan całej serii uśmiechnie się nie raz.

…i ta sama trójeczka w Fate/Unlimited Blade Works w tle blasku słońca.

            O ile Stay Night było zrobione prawie wyłącznie rysunkowo, to już Unlimited Blade Works jest zrobione w tym samym stylu, co Fate/Zero, to znaczy, że jest kolorowo, ładnie animowane i mamy dużo CGI. Tutaj znów wygrywa produkcja z 2006, chociaż komputerowe fajerwerki z UBW cieszą oko, zwłaszcza dla osób młodych. Jeśli chodzi o muzykę, zwycięzcą znów zostaje ścieżka Stay Night. Utwory są bardziej melodyjne, ładniej się wpasują w serię aniżeli aranżacje z nowej produkcji. O seyiu nie ma co się dużo rozpisywać: bardzo porządnie wykonali swoją robotę. Należy zwrócić uwagę, że w obu produkcjach pojawili się ci sami aktorzy.

Już w tym roku do kin wchodzi pierwszy z trzech filmów animowanych, który ma zobrazować ostatnią ścieżkę, Heaven’s Feel, która z całej trójcy jest najbardziej mroczna. Zostali zaangażowani ci sami aktorzy i studio, które zrobiło Fate/Zero i UBW. A więc będzie dobrze fabularnie, graficznie i głosowo. A na dokładkę, w tym roku wchodzą jeszcze dwie serie ze świata Fate. Nie wiem, czy wybuchnie wojna czy będzie apokalipsa, nic mnie nie powstrzyma przed seansem jakiejkolwiek produkcji z tej marki.

Dantalian no Shoka

W czasie rozmowy z jednym z moich znajomych o fantastyce, powiedział mi, że nawet w Japonii zachowują zachodnie trendy. Cóż, może o ile prezentowany świat się zgodzę, to już z bohaterami niekoniecznie. W każdym razie, kolejna seria w rozpisce zdaje się być prawie dowodem na potwierdzenie jego słów. Prawie, gdyż akcja tego anime nie ma miejsca w świecie fantasy, a w czasach bardziej nam współczesnych.

Anglia, plus minus lata 20 XX wieku. Młody chłopak, były pilot Royal Air Force, Hugh Anthony Disward, dla przyjaciół Huey, dziedziczy po dziadku starą posiadłość leżącą nieopodal Londynu oraz jakiś tajemniczy kluczyk. We wnętrzu dworu znajduje się ponoć niezwykle przepastna biblioteka, będącą mokrym snem każdego bibliofila. Dziadek nie poinformował go jednak, że wraz z posiadłością i biblioteką, otrzymuje, chcąc nie chcąc, pod opiekę młodą dziewczynę o czarnych włosach, która jest strażniczką prawie miliona magicznych woluminów. Dalian, bo tak owe dziewczę się zowie, początkowo nie pała do nowego właściciela zbyt dużą sympatią, ale gdy dochodzi do magicznej anomalii i wspólnie, z pomocą ksiąg i klucza, pokonują ją, zawierają umowę, że wspólnie będą badać podobne magiczne incydenty, które niepowstrzymane, mogą prowadzić do tragicznego końca.

Seria mnie oczarowała tak zwaną „angielską flegmą”. Mimo, że wszystkie postaci mówią w języku japońskim, ich charaktery pozostają w większości brytyjskie. Huey jest dumnym mężczyzną, o bardzo spokojnym usposobieniu i wręcz anielskiej cierpliwości. Co więcej, nie jest w tym irytujący, widz zaczyna od samego początku pałać do niego sympatią. Partnerująca mu Dalian ma trochę japońskiego charakteru, który można byłoby określić jako tsundere, nie mniej, w ostatecznym rozrachunku, jest to zachowanie nie tyle co wredniej lolitki, co stonowanej, rozwydrzonej młodej damy jaką można zobaczyć w wielu produkcjach przedstawiających życie szlachty (nawet w Nad Niemnem). Postaci ingerują w przedstawiony świat, nie żyją w zupełnej próżni, spotykając się z ludźmi. Choć akcja skupia się na dwójce bohaterów, postaci poboczne wzbudzają sympatię i oglądający ma nadzieję na ich częstsze pojawienie. Londyn, chociaż nie jest przedstawiony jako aglomeracja, utrzymał swój klimat angielskiej stolicy z lat 20-tych. Jeśli chodzi o scen akcji, to seria nie jest skierowana na nią bezpośrednio i ogranicza się zwykle do kilku scen i ferii barw, któremu towarzyszy tłumaczenie używanego zaklęcia poprzez narrację Hueya, a także spojrzeniu na personifikację fenomenu magicznego.

Protagoniści Dantalian no Shoka: od lewej flegmatyczny Anglik, na prawo wredna panienka.

Jeśli chodzi grafikę, jak wspomniałem akapit wcześniej, nie mamy do czynienia z fajerwerkami, jak choćby z opisywanego wcześniej Fate/Zero, ale to i dobrze, bo być może zepsułoby to cały odbiór. Zamiast tego dostaliśmy anime, choć pełne kolorów, to na tyle zszarzałe w odpowiednich miejscach, że otrzymujemy obraz dobrego serialu kryminalnego na angielskich błoniach. No i muzyka. O ile w czasie serialu można było z rzadka wyłapać ciekawe kawałki, to czołówka jest jedną z najbardziej zapadających w pamięć, bo nie dość, że zagrana na orkiestrę, to jeszcze śpiewana po łacinie. Choć do openingu z Elfen Lied jej daleko, działa magnetycznie, co jeszcze bardziej przyciąga do tytułu. Co do gry aktorskiej, zapada w pamięć przede wszystkim Dalian, która bardzo często do swoich zwrotów dodaje angielskie słowa. O ile „engrisz” jest dla mnie denerwujący w anime, to w tym przypadku krótkie „yes” lub „no” świetnie pasowało do produkcji i nie irytowało.

Seria zostawia po sobie pewien niesmak. Chociaż prawie każdy odcinek to osobna historia, która można oglądać w dowolnej kolejności, to było ich stanowczo za mało. Seria ma tylko 11 odcinków, chociaż śmiało można byłoby ją przedłużyć o, co najmniej, cztery. Domknęłoby to kilka wątków i efekt byłby o wiele lepszy. A tak, dostaliśmy serię o niezwykłym klimacie, ale ograniczoną czasowo. A szkoda.

Kokoro Connect

Japończycy uwielbiają szkolne komedie. Przynajmniej jedna czwarta serii, która wychodzi na sezon opowiada o licealistach lub przynajmniej gimnazjalistach. Często gęsto są to komedie romantyczne lub „słodkie dziewczęta robią słodkie rzeczy”. Tych produkcji jest tak wiele, że aż trudno się pokusić o stwierdzenie, że są oryginalne. Co najmniej połowa serii powiązanych z fantastyką to seria szkolna z elementami romansu i niestety, są ciężkostrawne, gdyż albo wieje od nich nudą albo kiczem. Naprawdę rzadko można obejrzeć coś, co przyciągnie widza i wprawi go w salwę śmiechu lub wzruszenie. Kokoro Connect to jedna z takich serii, pozornie nie różniąca się od nich, ale szybko opada całun stereotypu.

Historia, którą seria przedstawia już od samego początku nie należy do wybitnych. Mamy pięć osób: trzy dziewczyny, dwóch chłopaków, którzy są członkami koła kulturalnego. Powodem stworzenia tego klubu nie było to, że dzielą jakieś zainteresowania. Wręcz przeciwnie: albo maja je tak egzotyczne, że nie znajdują swojego miejsca w innych klubach albo nie są w stanie na nic się zdecydować albo wpadło się w konflikt ze starymi klubowiczami i trzeba było zdecydować się na coś nowego. Jak widać, swoisty koktajl, który zdaje się dobrze działać, a osoby, które należą do klubu wydają się między sobą lubić. Ale czy na pewno? Pewnego dnia klubowicze zauważają, że niespodziewanie mogą się znaleźć w ciele innych członków. Uznali to jednak za jakieś wariactwo i wrócili do swojego normalnego życia. Do czasu, gdy do drzwi ich pokoju klubowego zapukał niespodziewany gość: opiekun klubu, który sam w sobie, rzadko się pojawiał na ich spotkaniach, a na dodatek okazało się, że jest opętany przez jakiś tajemniczy byt. Owe stworzenie oznajmia im, że od tej pory będzie poddawał członków tego klubu eksperymentom i zamiana ciałami to dopiero początek. Na pytanie dlaczego to robi, odpowiedział, że dla zabawy. Czas zacząć grę!

O ile z tekstu wynika, że możemy mieć do czynienia z mroczną serią, w której każda z postaci będzie przeżywała swoją osobistą tragedię. Tymczasem jest na odwrót: otrzymujemy szaloną, szkolną komedię. Główni bohaterowie wykorzystują narzucone im moce do robienia sobie dowcipów lub torowania sobie drogi przez trudności. Jednakże, im dalej w las, tym pojawia się coraz więcej osobistych dramatów. Okazuje się, że umiejętności mogą być też przekleństwem i że osoba, z którą zdawało się mieć dobre stosunki skrywa tajemnice, które na szali mogą postawić dalszą przyjaźń. Zmiana ciał to jedno, ale co jeśli jest się w stanie usłyszeć myśli innej osoby? Wciąż jednak został zachowany ciepły charakter serii. Bohaterowie, zwłaszcza żeńscy, są naprawdę świetnie napisani i stanowią najmocniejszy punkt serii. Czasem nie ważne, jak dobrą ma się fabułę, to źle dopasowani protagoniści położą cały trud scenarzysty. Tutaj szczęśliwie mamy docenienia z odwrotnością: fabułę ratują bohaterowie. Nie żyją między sobą w próżni, ich relacje stawiają ich początkowo jako kolegów z klubów, potem przyjaciół, a na koniec część bohaterów kończą jako pary. Co by jednak nie mówić o bohaterach, każdą scenę kradnie postać Inaban. Dlaczego? Cóż, polecam zobaczyć samemu, ale powiem, że chciałbym widzieć tylko takie postaci w komediach romantycznych!

Jak widzisz taki uśmiech u Inaban z Kokoro Connect, wiedz, że masz przechlapane…

Rzeczą, która dla niektórych może być najtwardszym orzechem do zgryzienia to grafika. Jest cukierkowa, podobnie z resztą jak projekty postaci, dlatego też seria raczej jest przeznaczona dla osób, których drażni zbyt pastelowość, a już w ogóle zamyka ścieżkę dla tych, co uważają anime za czyste zło. Co innego gra głosem. Postaci przechodzą zmiany, czy to za sprawą sytuacji czy mocy, przez co wymuszone było, by seyiu modyfikowali głos tej postaci przynajmniej kilka razy. Wyszło to niemal perfekcyjnie i śmiem twierdzić, że mamy odczynia jedną z lepszych serii pod kątem dubbingu.

Jak mówiłem, z racji cukierkowości, seria nie zdobędzie sobie fanów pośród przeciwników anime. Osobiście jednak twierdzę, że warto dać tej serii szansę z powodu tego, że rzadko mamy do czynienia z tak dobrze napisaną serią szkolną, a na dodatek, romansem. Tak też, spróbujcie połknąć pigułkę goryczy i obejrzyjcie. Zwłaszcza, że posiada zamknięty scenariusz i, choć miło by było, nie potrzebuje drugiego sezonu, bo pierwszy jest w zupełności satysfakcjonujący.

Haiyore! Nyaruko-san

H.P. Lovecraft. Mistrz grozy swoich czasów, twórca kultowej już mitologii, w której główną rolę odgrywa niejaki Cthulhu. Oczywiście, skoro jak wspomniałem, coś jest otoczone kultem, każdy przejaw ingerencji w dany obiekt kończy się często zlinczowaniem, jeśli nie jest wedle założeń fanów. Dlaczego o tym mówię? Otóż powstanie tej serii jest jak uderzenie w jaja prosto z buta o metalowym czubie w stosunku do wszystkich fanów Lovecrafta. A dla mnie pożywką i radością, że kolejne tabu zostało złamane i to, co było kiedyś sacrum, może nagle stać się też profanum.

Po lewej japoński Nyaratohotep, po prawej jego zachodnie wyobrażenie. Zajdź siedem różnic.

No dobra, ale o co chodzi? Poznajemy chłopaka o imieniu Mahiro, który ucieka przed jakąś bestią. W chwili, gdy już nie ma ratunku, niczym grom z jasnego nieba spada na monstrum białowłose dziewczę z nieco przydługim kosmykiem na głowie, które łomem nokautuje potwora. Ów salwator młodego Mahiro przedstawia się jako Nyaralatohotep, Pełzający Chaos i Noszący 999 Masek, etc, a dla przyjaciół Nyaruko. Oznajmia bohaterowi, że jest z kosmosu i przybyła na Ziemię w celu uzyskania zdobyczy kulturowych cywilizacji ludzkiej. Krótko mówiąc: anime, mang, gier komputerowych i gadżetów pochodnych od nich. Jak można się domyślić, chłopak nie jest z tego faktu zadowolony, gdyż nie dość, że owe bóstwo jest okrutnie irytujące, to jeszcze decyduje się okupować jego mieszkanie (za błogosławieństwem matki Mahiro), a na dokładkę Nyaralatohotep widzi w nim potencjalny obiekt seksualny i dąży do spłodzenia potomka. W niedługim czasie, ilość istot z mitologii Cthulhu w mieszkaniu Mahiro oczywiście wzrasta. Czy chłopak zachowa poczytalność?

Jak mówiłem na początku, seria łamie wszystkie tematy tabu jeśli chodzi o opowiadania Lovecrafra. Zamiast „antropomorficznych monstrów pełzających z otchłani najczarniejszych ludzkich fantazji”, mamy „kawai dziewczęta, które są tak słodkie, że aż przerażające”. Nie powiem, w tym szaleństwie (hehe, szaleństwie)  jest metoda, gdyż widz od samego początku krzyczy z rozpaczy, że taka abominacja w ogóle powstała, a na dodatek, że pośród tego krzyku znajdzie chwilę dla śmiechu. Co by nie mówić, seria, zwłaszcza dla kogoś, kto zna twórczość mistrza grozy (i ma na tyle dystansu, by przeżyć kreację bohaterów), znajdzie całe mnóstwo smaczków do jego oryginalnych dzieł (R’lyoh jako park rozrywki, Nodens jako potencjalny reżyser filmów gejowskich), a nawet samej postaci Lovecrafta. Jest to czysta parodia, którą mogliby stworzyć tylko Japończycy w swoich chorych (szalonych) umysłach. Trudno ją oceniać jako serię, która ma jakieś szczególne wartości. Chociaż, nie czekajcie… można. Bo o ile w swoim czasie, mistrz grozy tworzył najlepsze horrory, to Haiyore! Nyaruko-san można uznać za serię grozy naszych czasów. W końcu niech znajdzie się ktoś, kto jest w stanie na serio przeżyć to anime i zostać przy zdrowych zmysłach. A skoro już jesteśmy przy zachowaniu poczytalności, to nie powiem, główny bohater serii (wbrew temu, co pokazano nam na początku anime) ma bardzo dużo zdrowia psychicznego. Stąpa twardo po ziemi, nie daje się sobą pomiatać jak każdy dobry Japończyk i często stanowi jedyną przeszkodę dla szalonych pomysłów bytów z mitologii Cthulhu, a za swoją broń przeciwko nim uznaje… widelec. Czemu akurat on? Nie wiem, ale to szalona seria, więc szalone pomysły mają rację bytu. Partnerujące mu dziewczęta i jeden chłopak zostały wzięte wprost z opowieści Lovecrafta. O Nyaratohotepie sobie już powiedzieliśmy, a do tego grona należy zaliczyć jeszcze Cthughę o wdzięcznym imieniu Kuko, która nie dość, że jest chodzącym NEETem (poświeciłem temu zjawisku osobny tekst, ale dla przypomnienia: nerd, który unika ludzi), to jeszcze ma lesbijskie pociągi do Nyaruko; a także Hastura o imieniu Hausta, który jest facetem (ponoć), co mu nie przeszkadza, by mieć pociąg seksualny do Mahiro.  Tak… tyle z głównych bohaterów. Już jest ciekawie. Do tego dodacie sobie jeszcze całą masę postaci pobocznych, mniej lub bardziej normalnych (ze wskazaniem na tych pierwszych) i otrzymujemy chorą i szaloną komedię z elementami fantastyki.

Jeśli chodzi o grafikę, nie brakuje kolorów i scen walki, które na myśl przypominają Power Rangers (nie chodzi mi o choreografię), ale raczej wszystko jest tak słodkie, że z każdym odcinkiem coraz bardziej traci się nadzieję, że ten świat da się jeszcze uratować. Co ciekawe, producenci zatrudnili masę świetnych aktorów głosowych, dzięki czemu, seria jest przyjemna w odbiorze pod kątem dźwięku (o ile komuś nie przeszkadzają zbyt emocjonalne krzyki co po niektórych postaci)

Haiyore! Nyaruko-san posiada na swoim koncie dwa właściwe sezony anime, dwa sezony krótkich opowiastek o bohaterach oraz kilka OVA. O czym to świadczy? Japończycy są po prostu chorzy psychicznie. Najgorsze jest to, że tym szaleństwem zarażają nawet zachodnich mieszkańców globu, przez co są w stanie nawet polubić tę serię. Przykładem niech będzie osoba opisująca to anime. Zaczynając swoje teksty, byłem zupełnie normalny, a teraz czuję, że szaleństwo pochłania mnie z każdą kolejną linijką… coraz bardziej… i bardziej… Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn!

 

Nippon Banzai! Publicystyka

Filmy… animacje fantasy w Japonii

417 Wyświetleń

Nie da się ukryć, że rynek animacji ma się w Japonii dobrze (patrz, mój wcześniejszy felieton na stronie www.abyssos.eu), o ile nie rewelacyjnie. Na każdą porę roku wydawane jest ponad dwadzieścia produkcji, ale tylko nieliczne z nich można uznać za warte obejrzenia. Oczywiście, autorzy starają się jak najbardziej rozreklamować swoje „perełki”, nie mniej, ostateczny efekt powodzenia należy i tak do widza. Wracając do myśli przewodniej, większość produkcji, które serwują twórcy to seriale o tematyce fantastycznej, począwszy od modern, future, tradycyjnej, a skończywszy nawet na MMORPG(a jak!). Porównując tę tendencję do tego, ile seriali fantastycznych wychodzi na zachodzie, można stwierdzić, że rynek japoński znacznie dominuje na tle ilościowym. Bo jeśli chodzi o jakoś… to, jak wspominałem wcześniej, jest różnie.

Continue Reading