Tag -

fate

Nippon Banzai! Publicystyka

Paweł R. Ofiarski – Fate/Stay Night: Heaven’s Feel. Part 1: Presage Flower

367 Views

Oj nie ma seria Fate ostatnimi czasy łatwo jeśli chodzi o serialowe adaptacje. Po doskonałym Fate/Zero, który był prequelem do Fate/Stay Night, mieliśmy kilka produkcji, które w mojej osobistej opinii nie należały do dzieł szczególnie wybitnych. Wpierw na ekrany telewizorów otrzymaliśmy drugą ścieżkę z gry Fate/Stay Night, mianowicie Unlimited Blade Works. Ze względu na charakter scenariusza z gry, trzeba uznać to anime za maksymalnie poprawne i przyjemne w odbiorze, nie mniej nie przyciągało jakoś szczególnie do ekranu. Niedługo potem otrzymaliśmy dwa spinoffy serii. Pierwszy, Fate/Apocrypha, był zupełnym nieporozumnieniem, czego niezwykle żałuję, gdyż oryginał, czyli Light Novela (trudno znaleźć odpowiednie polskie słowo na określenie tego typu książek, chyba najbliżej byłyby powieści odcinkowe) miała potencjał, które jednak odpowiedzialne za tę porodukcję studio zmarnowało (niech cię Netflix!). Niedługo potem otrzymaliśmy dość surrealistyczną produkcję o nazwie Fate/Extra: Last Encore, która miała być adaptacją dwóch gier z serii Fate z podtytułami Extra i Last Encore. O ile o postaciach mogę powiedzieć, że należały do ciekawych, to już w przypadku fabuły nie mogę wyrazić tak pozytywnej opinii. Przypominało to bardziej grę, w której gracz musiał przechodzić z poziomu na poziom i widz tracił zainteresowanie opowieścią w połowie serii. Co więcej, twórcy uznali, że to cudowne będzie widzów naładować terminologią, którą i tak ni w ząb nie zrozumieją, a będą musieli mieć z nią doczynienia przez cały seans. W swojej wyliczance nie biorę pod uwagę serii Fate/Kaleid, która poza postaciami nie ma nic wspólnego z głównym źródłem (aczkolwiek napomnę, ze adaptacja filmowa tej serii była bodaj najciekawszą produkcją z powstałych po Fate/Zero). Ci, co czytlai moje opinie na temat serii Fate, które umieściłem w jednym z numerów Abyssos, wiedzą, że wiązałem z powyższymi anime duże nadzieje, które zostały rozwiane przez rzeczywistość. Pozostał jedynie ostatni bastion: filmowa adaptacja trzeciej ścieżki z gry Fate/Stay Night: Heaven’s Feel. Mając jednak w pamięci powyższe produkcje, czekałem na nią z dużymi obawami. Gdy w końcu trafiła w moje łapki, wziąłem głęboki oddech i włączyłem produkcję, poddajac się losowi.

Ważną informacją dla potencjalnego widza będzie, niestety, to, że trudno będzie się połapać w serii bez znajomości franczyzny Fate. Pojawiające się tam postaci czy żarty będą zrozumiałe jedynie dla znających świat. Nie mniej, moim obowiązkiem, jako recenzenta, będzie jak najbardziej obiektywne spojrzenie na produkcję, zarówno ze strony dla znającego markę, jak i dla kompletnego laika. Nie mniej, zachęcam do obejrzenia choćby do obejrzenia prequela, Fate/Zero, gdyż można odnieść wrażenie, że scenariusz był pisany właśnie pod ścieżkę Heaven’s Feel.

Akcja przenosi nas znów do miasta Fuyuki, w którym znów rozpoczyna się Wojna o Świętego Graala. Ponownie głównym protagonistą jest dobroduszny Emiya Shirou, który wplątał się przez przypadek w wojnę i stał sie jej uczestnikiem, przyzywając dusze potężnego, mistyczno-historycznego bohatera, który miał się zmierzyć z pozostałymi uczestnikami o przedmiot, który ma spełnić dowolne marzenie zwycięzcy. Czyli mamy powtórkę z poprzednich serii. Ale jedynie początek można uznać za wspólny z poprzednimi ścieżkami. Pojawia się bowiem coraz większe zagrożenie ze strony dodatkowego sługi, który pożera ludzi, a także tajemniczego bytu, który pojawia się z nikąd i pożera sługów w nicość. W to wszystko związana jest młoda dziewczyna, Sakura, która z zewnątrz jest niewinną dziewoją, nie mniej ewidentnie skrywa jakiś sekret.

Tajemnicza, ciemno- czerwona masa. Czym ona jest?

Drodzy czytelnicy, ja wiem, że opis fabuły zdaje się przypominać, jakby pisany był pod jakąś Tele-Gazetę, nie mniej, naprawdę trudno byłoby opisać fabułę tej produkcji bez wdawania się w ujawnienie fabuły. I to fabuły, która moim zdaniem, jest w stanie pobić ścieżkę Fate z Fate/Stay Night na głowę. Nie chcę oczywiście prognozować tak mocno do przodu, w końcu mamy do czynienia z pierwszym filmem z trylogii, której dwa następne filmy planowne sa na 2018 i 2019 rok, nie mniej, wszystko wskazuje na to, że będzie to produkcja co najmniej dobra. Bardzo dobrym pomysłem okazało się rozbicie serii na trzy filmy, zamiast zrobić jeden, jak to miało miejsce ze ścieżką Unlimited Blade Works z 2010 roku, która starała się ująć wszystkie wydarzenia w dwóch godzinach. To się nie mogło udać i traciło się przez to wiele soczystych kawałków ze ścieżki. Poprawiono to co prawda kilka lat później, robiąc z tego cały serial, nie mniej, sposób, jaki zdecydowano się zobrazowac ścieżkę Heavens Feel też jest dobry (choć wolałbym i tak odcinkowe anime, ale co się nie ma, co się lubi…). Warto zaznaczyć też znacznie mroczniejszy klimat opowieści. O ile wszystko jest ujete w bardzo jaskrawe barwy, to w ciągu całego seansu można było wyczuć dość cięzką atmosferę (może za wyjątkiem kilku scen o czysto humorystycznym charakterze), a te chwile oddechu pozwalały zaczerpnąć powietrza przed coraz to liczniejszymi pytaniami. Nie mniej, pojawia się też łyżka dziegciu w tym miodzie. Z założenia ta ścieżka ma być horrorem, nie mniej, nie czuło się tutaj atmosfery grozy, a raczej przygody. Nie zrozumcie mnie źle: były świetne momenty, które uderzały w serce, to jednak brakowało aż takiego poczucia niebezpieczeństwa u widza. Winić można trochę za to medium, w końcu to jednak animacja, nie zaś film, a ona rządzi się swoimi prawami. Widziałem co prawda kilka dobrych i strasznych horrorów anime, ale to tylko potwierdza regułę. Kolejną rzeczą, którą w szczególności docenią fani serii Stay Night jest zupełnie odmienne podejście do scenariusza. Założeniem gry było, by każda ścieżka była inna, to miała ze sobą pewne cechy wspólne. Jednakże, w przypadku Unlimited Blade Works mimo tego, że akcja szła innym torem, to jednak była ona bardzo podobna do ścieżki Fate, jakby dodano do niektórych aktów dodatkowe sceny. W przypadku pierwszego filmu Heaven’s Feel wszystko zostało odwrócone od 180 stopni i nawet sławetne spotkanie w kościele na początku od samego początku miało inny przebieg, choćby ze względu na zdradzenie ważnego dla poprzednich ścieżek twistu fabularnego. Może to świadczyć o tym, że faktycznie ma się do czynienia z czymś świeżym.

Sławetne spotkanie w kościele, które jednak skończyło się zupełnie inaczej niż wcześniej…

Skoro mówimy o Fate, mówimy o Wojnie o Świętego Graala. A skoro wojna, nie mogło oczywiście zabraknąć bitew, chociaż potyczki byłby znacznie lepszym słowem. A tych w Heaven’s Feel nie brakuje, a co ważniejsze, są świetnie wyreżyserowane, czego można było się spodziewać po studiu Ufotable, które wzięło tę serię na warsztat. Niesamowite wrażenie zrobiły przede wszystkim potyczki na przyczepie pędzącego po ulicach pojazdu pomiędzy Lancerem, a Assassinem, a także kończący film pojedynem w świątyni. Oglądało się to z dużą przyjemnością, rozkoszując się każdym elementem sekwencji pojedynku z dość soczystym zakończeniami (acz trochę spadającym niczym Deus Ex Machina). Zwolenników realistycznych walk muszę jednak ostrzec: jako, że są to pojedynki postaci historycznych, bądź legendarnych, trudno się spodziewać, by walki byłby owzorowane w sposób znany człowiekowi. To seria urban fantasy i siadając do niej, warto o tym pamiętać. Ważne jest też to, że nie nastawiono się na akcje typowo potyczkową i było sporo momentów zadumy i wytchnienia, za co chwała twórcom .

Pojedynek na przyczepie. Majstersztyk!

Postaci, oj tutaj będzie co opisywać, bo było ich dość sporo i na tyle istotnych, że należy o nich wspomnieć. Co ważniejsze, scenarzyści postanowili zagrać mocno na uczuciach fanów i serwując nam tzw. fanserwis (czyli zagrania mające na celu zadowolenie fanów), w którym każdy, kto zna serię uśmiechać się będzie od ucha do ucha. Ale, wracając do bohaterów: warto zacząć od głównego protagonisty, Emiyi Shirou. Zdaje się, że jest to chłopak, który był planowany jako ideał, czyli uczynny, miły i bohaterski. Jego marzeniem było stać się bohaterem, który zbawi ludzkość. Rzeczywistość jednak sprawiła, że zachodzą u niego powolne zmiany. Przede wszystkim, staje się egoistoą, nie mniej w tym bardziej pozytywnym znaczeniu (o ile można w ogóle egoimz określić jako cechę pozytywną). Zaczyna być coraz bardziej targany uczuciami, stając się przez to porywczy i skory do wściekłości. Co jest ważne dla fanów serii Fate, przestaje w końcu ględzić na temat zostaniu bohaterem, co osobiście uważam za duży krok naprzód w stosunku do poprzednich anime. Zaraz po nim mamy Saber, sługę, którą Shirou przyzwał przez przypadek, stając się pełnoprawnym uczestnikiem Wojny o Świętego Graala. Zdaje się być ona osobą dość otwartą (nowość w stosunku do porzednich ścieżek), chociaż kluczowo trzymającą swóje prawdziwe imię w tajemnicy (są ku temu powody) i zawsze skorą do wsparcia głównego bohatera. Na sam koniec filmu dochodzi jednak do pewnej transformacji, której skutki mogą być dość… interesujące.

Tajemnicza przemiana Saber

Fani z pewnością docenią to, że w przeciwieństwie do poprzednich ścieżek, nie będzie jednak trzymała pewnych tajemnic przed Shirou. Tohsaka Rin, naczelna tsundere serii, zdaje się być najbardziej rozgarniętą postacią i zarazem przewodniczką dla Shirou i laików świata Fate. Sceny z jej udziałem są bardzo udane, chociaż mocno przegadane i z rzadka popychające fabułę do przodu. Dla fanów kruczowłosej czarodziejki dobrą wiadomością jest to, że nie mamy już doczynienia z bezradną dziewoją jak to było w przypadku Unlimited Blade Works (gdzie była jedną z głównych bohaterek, tutaj jej rola jest drugoplanowa, a przynajmniej w tym filmie), a wraca stara Rin ze ścieżki Fate. Ważną rolę odgrywa również tajemniczy ksiądz, Kotomine Kirei, który wcześniej był tylko obserwatorem, obecnie zaczyna również pełnić rolę ważnej postaci, która faktycznie będzie chciała pomóc bohaterom, nie zaś jak wcześniej, przeszkodzić. Oczywiście, mamy jeszcze Iliasviel, nie mniej, jej rola nie była szczególna w tym filmie.

Trójka głównych bohaterów: Shirou, Saber i Rin

Czas na wisienki na torcie, czyli postaci, które szczególnie uwydatniono w tej serii. Chodzi o ród magów Matou i ich członków. Najważniejszą postacią jest oczywiście Sakura, główna bohaterka ścieżki i główny powód zmiany zachowania Shirou. Dla wielu osób Sakura zdaje się przypominać typową damę w opresji, którą główny bohater musi wyciągać z tarapatów. I tak jest, z tym, że po części. Młoda Matou nie miała łatwo: żyła w ciągłym strachu, dręczona przez pozostałych członków rodziny i nie zaznała ciepła ogniska domowego. Nic dziwnego, że tak lgnęła do normalnego życia, choćby przez wykonywanie prostych czynności domowych. Dom Shirou był dla niej ostoją ciepła i iluzją normalnego życia. Jednak, choć wewnętrznie go pragnęła, jej pochodzenie (hehe) sprawia, że jej rola nie pozwoli jej stać się normalą osobą.

Matou Sakura: niewinna dziewczyna czy coś więcej?

Winić można za to dwie osoby. Pierwszą jest Matou Zouken, stary mistrz magii, którego fani znają z Fate/Zero i dziadek bohaterki (rodzice, cóż… pomińmy to milczeniem). To okrutny despota i potwór w ludzkiej skórze, który pragnie osiągnąc cele idąc po trupach, nawet swoich bliskich. Nie boi się ich karcić i nawet okaleczać, a przy okazji zdaje się widzieć więcej, niż na to wszystko wskazuje. Ale, mimo swojego okrucieństwa, jest ciekawą postacią, który nie robi tego bez przyczyny. Drugą postacią jest brat Sakury, Shinji. O ile Zoukena można określi jako okrutnika z planem, to już ten chłopak robi krzywdę siostrze z czystej przyjemności i zazdrości w stosunku do Shirou. Niczym się nie przejmując, bije swoją siostrę, a można wyczuć też jakiś kazirodczy popęd do Sakury. Jest przy tym beznadziejny w tym co robi, przelewając frustrację na najbliższą rzecz, którą znajdzie pod ręką. To czysty chaos, którego ma się ochotę zabić już na początku. Niestety, chyba przyjdzie nam na to poczekać.. Jest jeszcze jedna istota, o której warto wspomnieć i jest to postać Ridera, jednego ze sług Matou, która stanowi na razie wielką tajemnicę, ale od razu widać, że odegra większą rolę w późniejszych filmach.

Najokrutniejsza cholera w filmie: Matou Shinji

Podsumowując, gromadka jest naprawdę spora, nie mniej, każda z nich wzbudza emocje, co moim zdaniem jest na plus. Podobnie też oceniam postać Sakury, którą, wbrew obiegowej opinii, będę zawsze traktowało jako świetnie napisaną postać tragiczną. Ma mroczną przeszłość, która emanuje, nie mniej, nie jest to na tyle żałosne, że dałoby się to rozwiązać jednym zdaniem, jak w większości podobnych postaci w anime. Ma po prostu duszę.

Seria Fate, oprócz akcji, niesie również inną rzecz: romans. Jak Heaven’s Feel wypada na tle pozostałych anime z tej franczyzny, a co ważniejsze, na tle innych romansów w klimacie battle royale? Powiedziałbym, że naprawdę dobrze. Nie będzie dużym spoilerem, jeśli powiem, że tyczy się to oczywiście relacji Shirou – Sakura. Wszystko zmierza naturalnym torem i nie jest jakoś szczególnie wymuszone, jak to ma miejsce w wielu podobnych produkcji. Faktycznie widać tutaj ciepło, fakt, że obu stronom zależy na sobie. Oczywiście, na razie jest to na poziomie czystego zuroczenia, nie mniej, zmierza to w dobrym kierunku. Jeśli chodzi o porównanie do poprzednich serii, to właśnie Heaven’s Feel wypada najlepiej i to mimo tego, że jest mniej czasu (w końcu 2 godziny to mało w porównaniu do 24 odcinków po 25 min każdy). Ktoś może zarzucić, że to ciepłe kluchy, nie mniej, dla mnie uczucie zbliżenia takie niekiedy jest. Co ciekawe, nie brakuje również odrobiny symboliki, że nie wszystko musi pójśc tak, jak się tego oczekuje.

Scena pełna ciepła, ale i zimna, czyli progres uczuć głównych bohaterów

W kwestii grafiki można powiedzieć tylko jedno słowo: Ufotable. Dla tych jednak, co nie rozumieją, spieszę już z szerszą opinią. Seria jest naładowana efektami komputerowymi, nie mniej wykorzystane zostało to znacznie lepiej anieżeli w innych produkcjach z serii Fate zrobione przez to studio. Wynikało to przede wszystkim z tego, że mieli dobry budżet i mniejszą skalę, co wykorzystano i nie leciało się po kosztach. Animacje były bardzo płynne, co szczególnie uwidocznione zostało w trakcie walk, nie zauważyłem tez żadnych deformacji. Wspaniale wyszły też tła i otoczenie, a szczególnie duże wrażenie zrobiły na mnie zachody słońca, a przede wszystkim animacja śniegu. Miało się czasem wrażenie, że w niektórych miejscach mogło być troszkę przyciemniony obraz, nie mniej, całość wyszła dość barwnie, nie mniej, z dużym naciskiem, by nie było pastelowo i oddawało lekki klimacik grozy. Bardzo udaną uznaję również animację twarzy i ruchów postaci.

Ta grafika… i ten śnieg. Cudo!

Za muzykę odpowiadała Yuki Kajiura, która stworzyła ścieżkę dźwiękową do wszystkich serii Fate produkcji Ufotable (można ją nawet nazwać etatową komozytorką studia), a także takich anime jak Sword Art Online, Puella Magi Madoka Magica czy Tsubasa Chronicles. Oznacza to, że zostało użytych dużo instrumentów elektronicznych, a na dokładkę, by przy bardziej spokojnych scenach, orkiestra.  Osobiście uważam, że świetnie pasowało to do serii. Gitarowe riffy, wymieszane z syntezatorami dodawały klimatu w trakcie walk, a cicha i stonowane utwory – podkreślały co cieplejsze sceny. Trudno też odmówić kunsztu seiyuu. Powracają starzy aktorzy głosowi, jak Ayako Kawasumi (nieśmiertelna Saber), Kana Ueda (Tohsaka Rin) czy prawdziwa legenda japońskiego voice actingu – Hiroshi Kamiya (w roli okrutnego Matou Shinjiego), a to oznacza świetną jakość dubbingu.

Wymieszanie wielu elementów muzycznych świetnie podkreśla charakter scen

Większość produkcji filmowych anime na podstawie dłuższych serii jest w większości odgrzewanym kotletem, czyli dać to samo, tylko krócej. Miło mi powiedzieć, że w przypadku pierwszego filmu z cyklu Heaven’s Feel udało się uniknąć przeszarżowania, dzięki czemu dostaliśmy produkcję, która nie dość, że da się oglądać bez zgrzytania zębów, to jeszcze uratowała honor Fate. Osobiście uważam ją za najlepsza produkcję z franczyzny jeśli chodzi o anime zaraz po Fate/Zero. Mimo to, warto pozostać ostrożnym. Przed nami jeszcze dwa filmy, które mogą popsuć passę. Co więcej, może być ona trudna dla kogoś, kto nie zna serii, przez co nie nadaje się do oglądania przez kogoś, kto nie zna marki Fate/Stay Night. Nie mniej, ja, jako fan, uznaję ją za świetną i polecam każdemu, kto kiedyś zdecyduje się po nią sięgnąć pełnym obaw względem poprzednich produkcji.