Tag -

Gabriela

Varia

Gabriela Tyńska – Bursztyn – złoto Bałtyku

75 Views

Pomimo tego, że od zakończenia wojny minęło już wiele lat, Skoryna doskonale wszystko pamiętał – złocisty piasek, kojący szum bałtyckich fal, krwawy blask wschodzącego lub zachodzącego słońca, krzyki mew… Gdy ponownie pojawił się na kołobrzeskiej plaży, przez długą chwilę po prostu stał nad brzegiem i wspominał tamte lata walk o miasto. Pogoda akurat nie sprzyjała – sierpień był wyjątkowo pochmurny i chłodny, więc stał na teraz plaży całkiem sam.

Nie do końca był pewien, czy dobrze robi, wychodząc na przeciw wspomnieniom z rodzinnych stron, które odcisnęły na nim swoje piętno; tyle przelanej na piasku krwi, tyle dni pełnych lęku oraz niepewności… I chociaż dotarł już do jesieni swojego życia, wciąż nie mógł w pełni ich zaakceptować, szczególnie, gdy nawiedzały go nocami. Dodatkowo w ostatnich dniach wojny zgubił na plaży coś cennego, wiążącego się z jego odległymi wspomnieniami, które zwodnicza już pamięć nie była w stanie mu podsunąć.

Kiedy tak stał, wsłuchany w spokojne morze, czuł, jak powoli spływa na niego spokój. Przeszłości nie można zmienić.

– Czy to należy do pana? – rozległ się tuż obok niego dziecięcy głosik. Skoryna opuścił nieco głowę i zobaczył przed sobą małego chłopca. Ach, piękna młodość! Kiedy on był w jego wieku, pędził bezpieczne życie z trojgiem rodzeństwa pod czujnym okiem rodziców. Nie znał wtedy znaczenia „zabijać”, nie wiedział, ile naboi można wystrzelić za jednym razem z karabinu maszynowego, nie zdawał sobie sprawy z wagi słowa „ojczyzna”… Ile by dał za ponowne przeżycie słodkiego, niezmąconego niczym dzieciństwa!

Dopiero w następnej chwili jego podstarzałe już oczy zobaczyły jakiś błysk w wyciągniętych ku niemu rączkach. Przypatrzył się bliżej i dostrzegł go – wyjątkowo duży kawał prawdziwego bursztynu z zatopionym wewnątrz chrząszczem, który wisiał na przetartym już, przeżartym przez sól rzemieniu.

Widok ten sprawił, że Skoryna w jednej chwili miał ochotę porwać chłopca w ramiona i zawołać: „Tak, ależ tak!”. Nagle przypomniał sobie wszystko.

Kiedy miał może siedem lat, podczas zabawy z rodzeństwem w parku przypadkiem znalazł na jednej z sosen właśnie taki bursztyn. Ojciec pochwalił syna i wymyślił, że zrobi mu z niego wisiorek. Pomysł bardzo się małemu Skorynie spodobał, a kilka wieczorów później, oczarowany pięknym znaleziskiem na szyi, pilnie słuchał ojcowskich słów:

– Jak już wiesz, Antosiu, to jest bursztyn. Musisz jednak wiedzieć również o tym, że jest on nazywany złotem Bałtyku. To również nasze rodzime piękne i cenne bogactwo. Dbaj o niego, jak o własną rodzinę.

Kilkanaście lat później przyszli Niemcy i gwałtem odebrali Skorynie wszystko – i dom, i rodzinę. Tylko jemu jednemu udało się przeżyć niemiecką napaść, gdy ukryto go w szafie na strychu, gdzie siedział jak mysz, ściskając podarunek od ojca, którego już nigdy nie zobaczył żywego.

Wisiorek towarzyszył mu wszędzie, do czasu, aż nie zaciągnął się do wojska i wysłali go na front. Nieustannie kiedy na niego patrzył, przypominało mu się ciepło domowego ogniska, troskliwa matka i ojciec oraz radość, jaką czuł, będąc wśród swoich. Nocami kamień błyszczał wśród nikłego blasku świec, czy starych lamp, niby jego własna, szczęśliwa gwiazda.

Razem z jego zaginięciem życie Skoryny potoczyło się źle – ileż cierpienia przyniosła mu ta przeklęta wojna! – aż nie zatoczyło koła. Właśnie na tej samej plaży zgubił cenną pamiątkę i też tutaj ją odzyskał.

W końcu otrząsnął się, uśmiechając do nieznajomego chłopca.

– Owszem, był dla mnie bardzo ważny – odpowiedział grzecznie, po czym drżącymi z emocji dłońmi odebrał od niego przedmiot, a w jego oczach zalśniły łzy. – Bardzo ci dziękuję, młodzieńcze.

Malec przytaknął, zadowolony z siebie, a on ukradkiem otarł nagle wilgotne policzki.

– A czy wiesz, co takiego znalazłeś?

– Bursztyn! – padła od razu odpowiedź. – Jest ważny, używa się go do ozdabiania biżuterii i leczenia chorób, a kiedyś nim handlowano. To nasze polskie złoto!

Mężczyzna zamyślił się. Dla niego ten złoty kamień to coś dużo bardziej cennego, symbol czasów, kiedy czuł się bezpieczny.

– Gdzie mieszkasz? – zapytał po chwili ciszy, patrząc na ciemniejące powoli niebo. – Twoja mama pewnie zaczyna się o ciebie martwić.

– To niedaleko, prawie przy samej plaży. Sam szybko wrócę, proszę pana.

– Nawet nie próbuj – odrzekł staruszek, grożąc mu palcem. – Jako były żołnierz czuję się zobowiązany, aby cię odprowadzić. Wiele lat temu chroniłem takie dzieci, jak ty, aby nigdzie samotnie nie szły.

– Ojej, był pan żołnierzem, jeździł czołgiem i strzelał z prawdziwego karabinu? – zapytał chłopiec, a jego oczy zrobiły się okrągłe jak spodki. – Też chcę!

Skoryna tylko dobrotliwie się uśmiechnął, chwycił go za rączkę i ruszyli brzegiem plaży w kierunku najbliższych domostw. Gdyby tylko mały wiedział, że to nie jest wcale proste…

– Bycie żołnierzem nie jest takie łatwe, jak się wydaje. To duża odpowiedzialność, wymagająca ogromnej odwagi i bohaterstwa. Nie wiem, czy nie wystraszyłbyś się huku pocisków.

– Wcale nie, niczego się nie boję! – odparł z zapałem chłopczyk. Na te słowa mężczyzna roześmiał się, przystanął i wyjął z plecaka swoją wysłużoną żołnierską czapkę, po czym założył ją mu na głowę. Następnie zmierzył go wzrokiem i ocenił:

– No nie wiem, nie wiem, musiałbyś jeszcze trochę urosnąć.

– Urosnę, zobaczy pan! – zawołało z entuzjazmem dziecko, aż podskakując. Skoryna westchnął, a po dłuższej chwili dotarli przed dom chłopca. Weteran miał okazję zamienić słowo z jego matką, a nawet skorzystał z zaproszenia na herbatę.

Będąc już w środku, kiedy siedział nad parującym kubkiem, usłyszał za oknem szum deszczu. Zapatrzył się w nie, w jednej ręce trzymając czapkę, a z drugiej nadal zwisał mu rzemyk z rodzinną pamiątką. Ścisnął go, wspominając tamten wieczór z ojcem, a po jego twarzy popłynęły łzy wzruszenia.

Nie może zapomnieć, czym dla niego jest bursztyn.

Bez kategorii

Gabriela Tyńska – Sztuka współczesna

186 Views

Był to, zdawałoby się, kolejny nudny dzień upalnych wakacji. Jednak pomimo temperatury znacznie wyższej, niż zapowiadały pogodynki, w gmachu głównym muzeum narodowego od samego jego otwarcia ilość ludzi przekraczała sumę odwiedzin chyba nawet z ostatniego półrocza.

Powód? Zupełnie błahy. To znaczy, wcale niebłahy dla wszystkich tych, którzy przeciskali się w mrówczym tłumie, by na własne oczy zobaczyć… To.

Na rynku sztuki, mającym już niemało lat na karku pojawił się nieznany dotąd nikomu debiutant i wystawił swoje dzieło głodnym oczom tak i pasjonatów, koneserów, jak i zwyczajnych laików. Osiągnął swój cel już po pierwszym odwiedzającym, który pędząc korytarzem niby goniony przez samą śmierć wpadł do odpowiedniej sali i… Krzyknął.

Zwabieni tym odgłosem maruderzy, nie tak szybcy, w moment do niego dołączyli, a kiedy stanęli przed ścianą, na której nieznany dotąd przedstawiciel młodej krwi sztuki kazał zawiesić swój obraz… Zamarli.

Ani okrzyk, ani ów paraliż nie bynajmniej był wywołany przez porażającą doskonałość intelektualnego przekazu, wyznaczony nowy tor dla wszechobecnej sztuki abstrakcyjnej, czy też wizerunek kolejnego czarnego kwadratu na białym tle, który wycenia się na tysiące dolarów.

Był to obraz, owszem. Akwarela na płótnie. Nie jakaś strasznie duża, ani też nie mała – wystarczająca, by zobaczyć wszystkie elementy kompozycji, nie wciskając nosa w dzieło.

Zaraz w sali podniosły się okrzyki pełne oburzenia:

– Jak ktoś mógł wymyślić coś tak okropnego?

– To plama na honorze współczesnej sztuki!

– Ne mogę na to patrzeć! Nie mogę zastanowić się nad przekazem, bo tutaj go nie ma!

– Gdzie są talerze? Niech ktoś powiesi talerz na ścianie!

– Albo postawi na środku krzesło bez jednej nogi pomalowane na czarno!

Wśród zebranego ciasnego tłumu jedna postać odstawała od reszty. Nie tylko przez fakt, że stała z boku, na samym brzegu rzeki niezadowolonych ludzi. Była naga i skrzydlata. Miała skrzydła, duże i białe, a nie posiadała głowy. Pomimo tego widziała wszystko doskonale. Widziała, jak dzieło nieznanego dotąd malarza-artysty wywołuje jedną z największych kontrowersji ostatnich lat. Zaraz jednak, kiedy w sali zrobiło się jeszcze bardziej tłoczno – każdy był głodny sensacji, zwłaszcza na tle sztuki – gdzieś w miejscu, gdzie powinny znajdować się usta, rozległo się ciche, ale niezadowolone westchnienie, po czym tajemnicza postać opuściła ciżbę, niezauważona przez nikogo.   

A co przedstawiał obraz?

Stół. Duży, ciemny, z dębowego drewna. Starannie nakryty kraciastym obrusem. A na stole duża szklana misa z owocami. Różnymi – dwoma jabłkami, pękatą gruszką oraz bananem. Na szczycie owocowej piramidy zaś widniało coś… Coś nietypowego, dziwnego. Prostokątny i czarny kształt, namalowany idealnie w centrum.

Tytuł natomiast brzmiał: „Martwa natura ze smartfonem”.