Tag -

nervsten

Bez kategorii

Dominik Grosicki – Bękart z Nervsten

231 Wyświetleń

Karczma „Pod pijanym gigantem”, jak zwykle to bywało od czasu kryzysu, była prawie pusta. Jedynymi gośćmi byli zalany do nieprzytomności krasnolud siedzący w rogu karczmy, dwóch podróżujących elfów, zaś nieznajomy człowiek przy ladzie, popijając swoje piwo rozmawiał z karczmarzem. Był on zakryty czarnym płaszczem z kapturem który okrywał go od głowy aż po kolana. Jedyne, co było widać u nieznajomego to wysokie skórzane buty. Karczmarz zaś wycierał świeżo umyte kufle, od czasu do czasu śmiejąc się przy rozmowie.
– Nie zabiłem go. Nikomu nie zawadzał. Moje zadanie polegało na  zdobyciu naszyjnika, który przetrzymywał w grocie.
– Trolle nie należą do najłagodniejszych – na twarzy karczmarza było widać lekki uśmiech.
– Tak. Wiem, lecz nie podejrzewam, by miał kiedykolwiek okazję zrobić komuś krzywdę. Nawet mnie było trudno dostać się na to pustkowie.
– Ech- odetchnął karczmarz – Wracając do wcześniejszego tematu…
– Już ci mówiłem. Muszę z czegoś żyć.
– Dobrze wiesz, że od czasu zdrady królewskiego doradcy, magia została zakazana. Jeśli cię złapią to te wszystkie pieniądze będziesz mógł sobie…
– Koniec! Nie mam dziś humoru na takie rozmowy – Przerwał gwałtownie nieznajomy. Dobrze wiesz, co sądzę o zdradzie królewskiego doradcy. Poza tym nic innego nie umiem robić. Całe dzieciństwo czytałem książki ojca. Magia to jedyne, co mi po nim zostało. A matka… Jej nie widziałem już od dwóch lat.
– Tak w ogóle, co stało się z twoim ojcem? Nigdy o tym nie wspominałeś.
– Skoro nie wspominałem to znaczy, że miałem wyraźny powód- Lekko oburzył się nieznajomy.
– I co się z nim stało po śmierć poprzedniego króla?
– Uciekł… Dobra nie chce o tym gadać. Lepiej nalej mi piwa i mów jak tam z Ariel.
– Baba jak baba, cycki ma.
– A coś więcej?
– Co więcej?
– No… Jaka jest?
– Denerwująca jak każda inna.
– Ty się jednak nigdy nie zmienisz Ersen.
Do karczmy niespodziewanie weszło dwóch ciężko uzbrojonych mężczyzn. Ich postura była znacznie większa niż reszty gości.
– Proszę wstać! – Wrzasnął jeden z mężczyzn. Wrzask był tak głośny, że zdołał obudzić nawet krasnoluda śpiącego na stole.
– I po co się tak drzesz? – Powiedział nieznajomy, zachowując całkowity spokój. Nie wstał od lady.
– Nie słyszałeś polecenia? – Wtrącił drugi z mężczyzn o wiele spokojniejszym tonem.
– Mówiłem ci, żebyś przestał używać magii. Ci dwaj to królewska straż. Nie przychodzą po byle przestępców. To psy króla. Wykonują tylko jego prywatne polecenia. On sam musiał się o tobie dowiedzieć – Wyszeptał karczmarz.
Nieznajomy dopił swój trunek i wstał od lady. Zrzucił płaszcz i oczom wszystkich ukazała się pięknie zdobiona lekka zbroja. Przez pierś przebiegał pas, na którym wisiały ostrza służące do zabijania z małej odległości i dwa eliksiry. Do pasków zdobiących uda nieznajomego przymocowane były kolorowe eliksiry i dwa sztylety. Rękawice były wykonane z arweńskiej stali. Wyglądały przepięknie, robiąc wrażenie na wszystkich obecnych w karczmie. Nieznajomy miał krótkie brązowe włosy i zielone oczy. Postura jego ciała była przeciętna. Nie był on chudy, lecz nie wyglądał też na muskularnego. Jego zbroja miała także wszyty kaptur z dziwnymi znakami. Na widok lekko zdenerwowanego nieznajomego dwóch elfów gwałtownie wybiegło z karczmy, zapominając o zapłacie.

– Ułatwię wam zadanie. Wyjdzie stąd i oszczędźmy sobie tej całej farsy – teraz głos Sorena był już pewny i bardzo poważny.
– Jesteś pewny siebie jak na kogoś tak młodego. Nie wiem, po co król kazał nam przychodzić po kogoś takiego, ale dostarczymy cię do niego żywcem.
– Tym razem nie zniszcz nic w karczmie- Wtrącił zdegustowany karczmarz.
Strażnicy wyciągnęli miecze i zakryli się ciężkimi tarczami. Soren uniósł ręce, które otoczyły się nagle fioletową aurą. Strażnicy przerazili się lekko, lecz dalej stali bez ruchu. W ułamku sekundy z rękawów Sorena wyleciały stalowe łańcuchy zakończone ostrzami. Większość z nich została sparowana przez pawęże strażników, jednak jeden przemknął pod nimi i owinął się wokół nogi strażnika. Soren szybkim, energicznym ruchem przyciągnął mężczyznę do siebie i przy pomocy zaklęcia rzucił strażnikiem o ścianę karczmy. Uderzenie było tak silne, że cały budynek zatrząsł się, a zbroja mężczyzny pękła. Został jeszcze jeden. Widać było pot spływający po jego czole ze zdenerwowania, lecz dalej starał się udawać niewzruszonego i gotowego do walki. Teraz Soren postanowił rzucić we wroga drewnianym stołem, a ten rozbił się o tarczę przeciwnika, który w tym właśnie momencie odsłonił twarz przed Sorenem. Widząc to, starał się z powrotem ją zasłonić, jednakże było już za późno. Stalowe ostrze Sorena przecięło skórę na jego policzku bez najmniejszego oporu. W krótkim czasie dwóch strażników leżało obezwładnionych, a podłogę zalała krew. Z karczmy było słychać tylko krzyki rannego strażnika.
Soren uspokoił się i odetchnął, a ostrza schowały się do rękawów jego płaszcza tak jakby były mu w pełni posłuszne. Następnie podszedł bliżej swojej ofiary i mocnym kopnięciem całkowicie powalił na ziemie. Po chwili położył skórzany mieszek na ladzie i dodał:
-To za stół i zakrwawioną podłogę.
– Co planujesz zrobić?– Odparł karczmarz, odsuwając mieszek w stronę Sorena dając mu do zrozumienia że go nie przyjmie.
– Przejdę się do skurwiela.
Soren wyszedł z karczmy, głośno trzaskając za sobą drzwiami. Szedł drogą, która prowadziła do pałacu. Przy ulicy siedziały dzieci proszące ludzi o pieniądze, by móc zjeść cokolwiek. Od czasu ponownego wybuchu wojny w kraju panował kryzys, który szczególnie dawał się we znaki niskiej warstwie społecznej. Jeden z chłopców, widząc Sorena uśmiechnął się szeroko i zaczął się z nim witać. Miał on nie więcej niż siedem lat.
 -Cześć! Cześć, Soren!
– Cześć, młody – uśmiechnął się Soren do młodego Ervina – Dawno się już nie widzieliśmy. Jak tam? Pewnie jesteś głodny.
Był to syn jednej z miejskich czarodziejek, które zostały zbiorowo zamordowane za uprawianie magii tuż po objęciu przez Elrica tronu. Ojciec Sorena był jej przyjacielem. W ostatnim liście do niego prosił, by pomógł jej i Ervinowi w życiu codziennym. Soren obwiniał się po śmierci matki Ervina, więc nie przechodziło mu nawet przez myśl, że z chłopcem może stać się to samo. Był ubrany w poszarzałe ubrania, które po latach ciągłego użytku prawie ich nie przypominały. Można było je nazwać już tylko szmatami, lecz Soren nie miał pieniędzy, by zapewnić chłopakowi lepsze warunki, więc ten musiał on żebrać na ulicy.
Soren wyciągnął mieszek, który był przywiązany do jego pasa i wyjął kilka złotych monet.
– Masz tu trochę pieniędzy. Powinno wystarczyć na pół bochenka chleba.
Chłopiec bardzo się ucieszył i rzucił Sorenowi na szyję.
– Dziękuję! Ale…. Ale co ty będziesz jadł? Nie będziesz głodny?
– Będę, ale już się zacząłem przyzwyczajać. O mnie się nie martw. Zostały mi pieniądze z ostatniego zlecenia. I jeszcze jedno – pamiętaj, że zawsze ci pomogę. Nie ważne, co by się działo. Rozumiesz?
– Wiem. Jesteś dla mnie jak mój starszy braciszek – Odparł chłopiec.
– Dobrze. Muszę już iść.
– To biegnę kupić coś do jedzenia. Do widzenia, Soren!
– Do widzenia – Powiedział, zachowując uśmiech na twarzy.
Soren szedł ulicą, której koniec znajdował się przy schodach wielkiego pałacu. Nie tracąc czasu, wszedł po nich i natrafił na straż przy wejściu. Byli oni opancerzeni i wielcy. Tak jakby z pośród tych wszystkich tępych mięśniaków wybrano największych, rozkazano im stać przy wejściu i straszyć śmiałków, którzy ośmielą się podejść do bram zamku.
– Nie możemy cię wpuścić.
– Przychodzę, by porozmawiać z królem.
– Jakbyśmy wpuszczali każdego, kto chce z nim porozmawiać, hołota krzątałaby się po zamku. Nie i koniec.
– Ech. Dobra. Zawołaj królewskiego doradcę.
– Niech ci będzie.
Po chwili ku oczom Sorena ukazał się stary i łysy mężczyzna, który w niczym nie przypominał królewskiego doradcy.
– Chodź. Król cię wyczekuje – rzekł starzec.
Soren przechodził przez bogato zdobioną salę tronową wypełnioną głowami zwierząt zabitych w trakcie polowań, które kochał młody król. W powietrzu wisiał zapach świeżo upieczonego chleba i sterty jedzenia leżącego na stołach znajdujących się przy ścianach. Służba króla, jego prywatne wojsko, daleka rodzina, a nawet przyjaciele Elrica – wszyscy siedzieli przy stołach, gdy nagle słysząc kroki Sorena odwrócili się ku niemu i mierzyli go wzrokiem.
„Jak myślisz? Każe go zabić? Na pewno!” – Słychać było rozmowy siedzących. Soren słyszał je doskonale, ale nie czuł strachu. Zachował spokój i opanowanie. Po chwili wszedł do małego pokoju, w którym było wielkie okno z widokiem na morze i tutejszy port. Nie była to sala tronowa tylko prywatny pokój króla. Z okna, które rozchodziło się po ścianie na przeciwko drzwi było widać doskonale miejski port i morze, które rozchodziło się majestatycznie po reszcie krajobrazu. W porcie, jak to zwykle bywało, każdy ciężko pracował. Rybacy rozplątywali sieci, kupcy kłócili się, kto ma lepsze ceny, kobiety wrzeszczały na swych mężów – zwykły miejski port.
Elric, który uchodził za tyrana rządzącego twardą ręką i sprzeciwiającego się nawet własnemu doradcy, okazał się młodym, wątłym chłopcem, który wyglądał jak by miał zaledwie dziewiętnaście lat. Blond włosy przysłaniały mu prawe oko. Nie wyglądał tak, jak wyobrażali go sobie ludzie. Soren nigdy wcześniej nie widział króla na własne oczy, więc był bardzo zdziwiony obrazem, który ujrzał.
-To on… mój… panie… – Powiedział wystraszony doradca.
– Dobrze. Zostań z nami.
– Tak jest…
– Dobrze, więc. To ty jesteś Bękartem z Nervsten? Hm?
– Wolałbym, by mówił mi pan po imieniu.
– Wasza wysokość – dodał oburzony król.
– Co? – Zdziwił się Soren.
– Wolałbym po imieniu… Wasza wysokość – Poprawił go Elric.
– Tak… to właśnie chciałem powiedzieć – Dodał zakłopotany Soren.
– Dobrze, Soren – Elricowi widocznie ciężko przeszło to przez usta – Mam mało czasu, więc przejdę do rzeczy. Jak wiesz, magia została kategorycznie zakazana w kraju i tyczy się to dosłownie każdego? Nawet mojego doradcy – dodał.
– Nie rozumiem w takim razie, po co mnie wezwałeś.
– Skoro tak stawiasz sprawę to gdzie w takim razie podziało się dwóch strażników, których po ciebie wysłałem? Byli uzbrojeni w ciężkie zbroje i miecze. Nikt o twojej posturze, w dodatku bez miecza nie dałby rady ich nawet drasnąć.
Soren był zakłopotany. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć Elricowi, więc wolał przemilczeć oskarżenia skierowane ku niemu.
– Mówiłem, by wysłać po niego przynajmniej czterech strażników… – Dodał bardzo cicho doradca Elrica.
– Co?! Czy ja dobrze słyszę?! Kwestionujesz moje decyzje?! Ty durny starcze, śmiesz mówić mi, co mam robić i wytykać mi moje błędy?! Straże!!!
– Nie! Proszę! Już nic nie powiem, Wasza Wysokość!
– Oj, nie powiesz. Już ja tego dopilnuję!
Do Sali z hukiem weszło trzech strażników uzbrojonych w długie włócznie.
– Zabrać go! I wtrącić do lochu, a tam odciąć mu język, żeby nigdy już nie wydał z siebie ani słowa.
Dwóch wielkich strażników złapało doradcę pod ręce i wytargało z pokoju, ignorując krzyki mężczyzny o pomoc.
– Szlag by to! To już czwarty doradca w ciągu tego roku.
– Może powinieneś ich lepiej traktować? – Wtrącił lekko przerażony całą sytuacją Soren. Sam bał się o swoje życie w obliczu oskarżeń, jakie zarzucał mu sam król.
– Nikt nie może mi się przeciwstawiać. Jestem królem! – Wrzasnął Elric, uderzając ręką w stół stojący przy oknie pokoju wychodzącym na morze.
Soren w głowie miał scenariusz podobny do tego z przed chwili. Tylko tym razem ze swoim udziałem, więc powstrzymał się od dalszych komentarzy. Elric uspokoił się i kontynuował rozmowę.
– Dobrze. Skoro wiemy już, na czym stoimy to przejdźmy do właściwej części naszego spotkania. Mogę oczyścić cię z zarzutów i darować wszystkie twoje winy związane z korzystaniem z magii w MOIM kraju – podkreślił król.
– Nie wierzę, że tak po prostu.
– Masz rację. Wiem, czym się zajmujesz i wiem, że możesz mi pomóc.
Gdy Soren usłyszał te słowa, zdziwił się tym, że król, który zakazał magii w kraju, prosi go, by mu pomógł właśnie przy jej pomocy.
– Przepraszam, ale nie mogę ci pomóc – Soren odwrócił się udał w kierunku drzwi.
– Poczekaj. Wiem, co cię przekona.
Soren zamarł w miejscu i czekał na propozycję króla.
– Już dawno denerwowały mnie te… bachory, które żebrzą pod moim zamkiem. Nie mogę pozwolić sobie na to, by w moim kraju byli biedacy. To przecież oznaka słabości. Czyż nie? Widziałem, że z jednym z nich wyjątkowo się zaprzyjaźniłeś. Zrób, o co cię proszę, a nie stanie mu się krzywda.
Słysząc to, Sorena ogarnął gniew, jakiego nie czuł już od bardzo dawna. Jest on osobą bardzo spokojną i opanowaną, jak przystało na dobrego maga.
– Jeśli zrobisz mu krzywdę… – powiedział niewyraźnie Soren, nie przestając zaciskać zębów i nie kończąc zdania.
– To, co? Zabijesz mnie? W MOIM własnym zamku?  W najlepiej strzeżonym budynku w tym kraju?
Soren czuł jeszcze większy gniew wiedząc, że jest bezradny. Miał ochotę użyć magii i zabić, Elrica, lecz wiedział, że nie będzie to rozważne.
– Wracając do naszego tematu – kontynuował Elric – Bardzo mi przykro z powodu jego matki…
– Daruj sobie… – Przerwał gwałtownie Soren – Wiem, co się z nią stało i jesteś ostatnią osobą, której może być przykro z powodu jej śmierci.
– Jak wiesz, musiałem to zrobić, bo nie zastosowała się do mojego nowego prawa.
– Gówno mnie obchodzi twoje prawo. I mam też gdzieś to, co czujesz. Jeśli młodemu spadnie choćby włos z głowy to wyrżnę pół tego zamku i cię zabiję, choć miałbym za to przypłacić życiem – Odrzekł Soren, wylewając swój gniew. Wiedział, że może sobie na to pozwolić gdyż Elric potrzebuje go, a skoro jest w stanie w ramach tej przysługi zaprzeczyć swojemu ustalonemu wcześniej prawu to musi być to ważne. Bardzo ważne.
-Odważny jesteś. I właśnie, dlatego cię potrzebuje. Sprawa wygląda następująco. Nieopodal miasta znajdują się ruiny, zalane ruiny, w których zalęgł się wodnik. Potrzebuje jednego z jego zębów. Jesteś magiem, chyba wiesz, po co ?
Soren widział, czym jest wodnik, było to stworzenie z rodziny demonów, w odróżnieniu od zwykłych potworów, demony były rozumne. Umiały one posługiwać się mową, a niektóre były nawet mądrzejsze od ludzi. Wodnika najczęściej można widzieć w postaci morskich stworzeń. Często zaś przyjmował postać starca.  Kiedyś, gdy magia była jeszcze powszechnie używana z jego zębów robiono silne eliksiry lecznicze.
-Heh– nagle na twarzy Sorena zagościł uśmiech. Od kiedy to królowie potrzebują eliksirów by leczyć rany? Myślałem, że pieniądze to najlepsze lekarstwo –Pozwolił sobie zażartować Soren.
-Potrzebuje ich by wyleczyć moją kuzynkę, to miła dziewczyna. Może w ramach wdzięczności jej ojciec a mój wuj, przekaże mi mały datek finansowy.
-Czyli jednak chodzi o pieniądze.
-Humor ci dopisuje z tego, co widzę- Elric pierwszy raz się uśmiechnął
-Wątpię by chciał z tobą handlować życiem swojej córki.
-Dlatego potrzebuje tych eliksirów.
-Śmiem twierdzić, że zdobycie jego zębów nie będzie łatwe, nawet potężni magowie miewali problemy w walce z dorosłym wodnikiem.
-Przynieść mi tylko jeden.
-Nie jestem łowcą potworów, niech zrobi to jeden z twoich ludzi.
-Ruiny są otoczone magiczną barierą, żaden z moich ludzi nie wejdzie tam póki ktoś jej nie zdejmie, więc ty im pomożesz. Potrafisz to zrobić prawda?

– Tak, potrafię.
-Dobrze, widzę, więc że się rozumiemy, Jutro z rana wyruszasz z oddziałem moim ludzi.
Soren chciał sprzeciwić się królowi, lecz przypomniał sobie o Ervinie.

12 godzin później

Soren szedł z oddziałem ciężko opancerzonej straży królewskiej i ich oficerem. Przemierzali oni las pełen pięknych krajobrazów i dzikich zwierząt. Większość z nich na sam dźwięk trzaskających pod stopami żołnierzy gałęzi uciekały w popłochu, lecz w oczy rzucał się wilk, który podchodził za blisko. Nie bał się oddziału opancerzonych żołnierzy, wręcz sprawiał wrażenie jak by obserwował każdy ich ruch. Po chwili widoczne stały się już ruiny, które były otoczone niebieską aurą na powierzchni, której dało dostrzec się małe ładunki elektryczne. Wilk nagle cofnął się i uciekł w głąb lasu. Gdy podeszli bliżej Soren pierwszy raz od wyjścia z miasta przemówił do żołnierzy.
-Odejdźcie! Każdy kto podejdzie bliżej może zostać porażony, a z tego, co widzę to całkiem silne zaklęcie obronne.

-Głupi mag myśli, że jest wszystko wiedzący-odparł jeden z żołnierzy prostacko się śmiejąc. Soren zignorował to jakże idiotyczne zachowanie i dalej przyglądał się zaklęciu.
-Musiał to rzucić bardzo  potężny mag, aura jest naładowana magią, którą z tego, co wiem dysponują tylko …
Soren powstrzymał się od dokończenia zdania wiedząc, że żołnierze nie ucieszą się z wieści, które by usłyszeli. Chodziło mu o  Zakon Czarnej Róży, który założył sam Isarion, mistrz ojca Sorena, Vernesa. Zakon przez wiele lat chronił mieszkańców przed niebezpieczeństwami i magami, którzy chcieli użyć magii by osiągnąć władze. Wszyscy myśleli, że został rozbity i rozpadł dawno temu. Lecz magia, którą była przesiąknięta bariera wskazywała na to, że stworzył ją jeden z członków zakonu.
-Nie dam rady jej zdjąć, nie potrafię.
-Najwyraźniej król cię przecenił chłopcze – odparł oficer straży.
-Ta bariera nie może być taka mocna, patrz jak to się robi- krzyknął jeden ze strażników podchodząc do niebieskiej aury, unosząc swój wielki młot nad głowę i uderzając w nią.
W momencie uderzenia słychać było tylko wielki grzmot i dźwięk upadającego parę metrów dalej ciała strażnika. Dźwięk grzmotu powalił wszystkich na ziemie i ogłuszył na chwilę. Gdy wszyscy doszli do siebie poczuli smród spalonego ciała leżącego nieopodal nich. Ciało żołnierza było kompletnie spalone a bariera nietknięta.
Soren podszedł do bariery i przysiadł przy niej, przypomniał sobie to, co kiedyś wyczytał w jednej z ksiąg ojca. Dotknął bariery sprawdzając czy jest w stanie zdjąć za pomocą zaklęcia, lecz udało mu się ustalić, że można zrobić to tylko po części.
– Nie ściągnę bariery, ale mogę na moment wywołać w niej lukę, przez którą przejdziemy.
-A już myślałem, że sobie odpocznę – powiedział najgrubszy z żołnierzy.
-Nie ma czasu na odpoczynek wchodzimy za magiem!– Odparł oficer
Soren wystawił ręce przed siebie kierując je w kierunku żołnierzy łączący dłonie by tylko palec wskazujący i kciuk się dotykały. Nagle w barierze zrobiła się mała dziurka a z czasem, gdy Soren oddalał od siebie dłonie robiła się większa aż żołnierze wraz z nim przeszli przez nią.
-Dobra chodźmy – powiedział zmęczony używaniem magii Soren.
Weszli do ruin gdzie było kompletne ciemno, gdyby nie to, że oficer miał ze sobą pochodnie nie było by tam nic widać. Korytarze dawnej świątyni były kręte i zawiłe. Było czuć w nich tylko smród zgniłych ciał i rybiego odoru. Nagle kampania doszła do największego z pomieszczeń. Ujrzeli oni starca, który siedział i co dziwne…łowił ryby w zalanym pomieszczeniu. Soren wiedział, czego ma się po nim spodziewać, lecz niedoświadczony oddział ruszył na niego krawędzią pomieszczenia, która nie była zalana, mimo ostrzegawczego krzyku Sorena wszyscy rzucili się do walki. W momencie, gdy żołnierze byli już przy starcu, uśmiechnął się on lekko, odłożył na bok drewnianą wędkę i momentalnie zmienił w coś, co wyglądem przypominało węża i zanurkował pod tafle wody. Żołnierze stali osłupiali do momentu, gdy z wody nie wyskoczyło stworzenie dorównujące rozmiarem nawet trollowi górskiemu. Przypominało węża, lecz miało łapy i ostre pazury a ogon zakończony ostrym kolcem jadowy, którym po chwili przedziurawiło jednego z żołnierzy niemalże na wylot i z powrotem zanurkowało pod wodę. W tym momencie oficer postanowił ocalić resztę żołnierzy i krzyknął:
-Wszyscy odwrót- wskazał palcem w kierunku wejścia, przy którym został Soren,
lecz było już za późno, potwór zrzucił cały oddział do wody, która zalewała środkową części pomieszczenia. Wszyscy stali już po ramiona w wodzie, sytuacja ta była niczym wyrok śmierci. Potwór wciągał każdego po kolei pod powierzchnie wody. Ostatnim w kolejności został oficer, który już przy samym Sorenie wyłaniał się z wody, wszystko wyglądało na to, że mu się to uda, gdy nagle przed oczami Sorena wyskoczył potwór, który jednym kłapnięciem szczęk zjadł oficera na oczach chłopaka. Po chwili zaczęli wymieniać się z Sorenem spojrzeniami, żaden z nich nie chciał zaatakować pierwszy. Po chwili potwór znów zamienił się w starca. I odezwał się do Sorena:
-Nie wydajesz się groźny-powiedział
-Masz racje nie mam zamiaru cię atakować– odparł chłopak.
-To, po co przyszedłeś tu z żołnierzami?– Zdziwił się starzec.
– Król mi kazał, chce bym zdobył twój ząb.
– I oczekujesz, że oddam ci go tak po prostu?- Król zagroził, że zabije kogoś, kto jest mi bliski a twoje zęby z tego, co wiem szybko odrastają.
-Masz racje. Szanuje to, że zachowałeś szczerość wobec mnie wiedząc, że mogę zabić się w ciągu chwili.
Starzec odwrócił się i odszedł na kilka kroków. Nagle zatrzymał się i coś podniósł, był to śnieżno biały ząb- Oto twoja nagroda. Jeden ze strażników wybił mi go, gdy uciekał.
-Soren z widocznym obrzydzeniem schował do kieszeni ząb i kiwnął głową na pożegnanie  i podniósł dalej palącą się pochodnie już martwego oficera
-Bywaj chłopcze-odrzekł wodnik
Soren wyszedł z ruin tą samą drogą, którą się tu dostał tym razem bez konieczności używania magii. Zmierzał do miasta, w drodze do miasta zwrócił uwagę na wilka, który mu towarzyszył idąc parę metrów obok Sorena. Spoglądał na niego swoimi wielkimi żółtymi ślepiami jak by czekał na dogodny moment by rzucić się na chłopaka. Soren doszedł do bram miasta a wilk znów zawrócił w stronę lasu. Wchodząc do miasta usłyszał szepczących kupców, mówili o wydarzeniach z dzisiejszego poranka. Gdy ludzie widzieli Sorena szybko wbiegali do domów i zamykali się szczelnie, wszyscy byli przerażeni jak gdyby miał ich zaraz zabić. Soren przyspieszył kroku by dowiedzieć się od samego króla, co się stało. Gdy doszedł do ulicy prowadzącej do pałacu ujrzał najgorszy widok, jaki mógł sobie wtedy wyobrazić. Młody Ervin wisiał bez życia przed pałacem na świeżo zbitej z desek szubienicy. Obok stało wtedy aż 8 żołnierzy, którzy szybko rzucili się na Sorena i przygwoździli go do ziemi, z jego kieszeni wyleciał ząb, który dostał od wodnika. Soren czuł wtedy gniew, jakiego nigdy w życiu nie doświadczył, miał ochotę zabić wszystkich, których wtedy miał przed oczami. Jego krzyki były pełne bezradności, rozpaczy oraz gniewu. Usłyszał on nagle dźwięk schodzącego po schodach mężczyzny. Wiedział on, kto to jest, co napełniło go jeszcze większym gniewem. Ervin podszedł do Sorena i podniósł z ziemi ząb.
-Tylko to? Gdzie reszta kompani?– Odparł ze zdziwieniem. Moi żołnierze pewnie nie żyją jak zgaduje.
-On miał tylko 6 lat! Czemu on?!
-Myślałeś, że daruje ci używanie magii w MOIM kraju? Na moich oczach?
-Mogłeś mnie zabić, ale wolałeś zabić niewinnego chłopca?!
-Ty też zginiesz nie martw się. A teraz zabierzcie go do lochu!

Dwa dni później- Lochy zamku w Aragos

Czas spędzony w celi mijał Sorenowi wolno, minęły dwa dni a wydawało się jakby siedział to miesiąc. Lochy były zimne i pokryte mchem na ścianach, nie było to miejsce przyjemne. W powietrzu unosił się ciężki odór gnijących ciał i zdechłych szczurów. Soren był załamany śmiercią młodego Ervina, obiecywał, że mu pomoże nie ważne, co by się działo a teraz siedział tu, gdy zwłoki chłopca wiszą zbezczeszczone przed królewskim zamkiem. Siedział przy ścianie, łzy spływały mu po policzkach a ręce były ułożone bezwładnie na nogach. Nie mógł się ruszyć, nie miał na to siły. Czuł się wtedy jakby uleciało z niego całe życie. Jedyne, co mógł robić to płakać, był to widok niecodzienny. Pewny siebie, charyzmatyczny chłopak siedział teraz bezsilny i zalany łzami. Słyszał on śmiechy i rozbawienie strażników jutrzejszą egzekucją, lecz nie ruszało go to nawet przez moment jak gdyby przestał przejmować się swym żywotem. W pewnym momencie ujrzał małą czarną jaskółkę krzątającą się przed jego celą. Patrzyła na niego jakby chciała mu pomóc, lecz nie mogła, przekręciła lekko głowę nie przestając go obserwować i odleciała w stronę strażnicy znajdującej się za zakrętem kilka metrów od celi Sorena. Po chwili było słychać trzask łamanych kości i przeraźliwy okrzyk bólu. Soren słysząc te dziwne dźwięki podbiegł do krat celi i wypatrywał jaskółki. Nie było jej widać, Soren czekał na nią by przekonać się, co właśnie usłyszał. Nagle usłyszał dźwięk obijających się o siebie metalowych przedmiotów. Ptak w dziobie miał pęk stalowych kluczy. Przyniosła je pod celę Sorena jakby chciała mu je podarować. Chłopak, czym prędzej złapał za klucze i szukał odpowiedniego by otworzyć celę. Po chwili udało się, Soren był już wolny. Chciał spojrzeć jeszcze raz na jaskółkę i podziękować, lecz tej już nie było. Musiała odlecieć, kiedy szukałem klucza- pomyślał. Wychodząc z celi zobaczył za rogiem dwóch martwych strażników i powiedział sam do siebie:
-Ewidentnie zaklęcie, bardzo potężne.
Tuż obok nich leżała karteczka z napisem: „Spłaciłam swój dług, teraz jesteśmy kwita”  Soren już widział, kim była jaskółka i wilk, który mu towarzyszył w drodze do ruin.

Pół godziny później

Soren po wyjściu kanałem prowadzącym z lochów ujrzał miasto, ciemne miasto, oświetlone jedynie lekkimi płomykami pochodni rozstawionych na ulicach. Bez wątpienia był środek nocy, w tych rejonach była piękna. Nawet zmartwionego Sorena zdołała zachwycić. Gdy spojrzał w górę ujrzał setki gwiazd oświetlających bezchmurne i czyste niczym suknia z lnu niebo. Rozchodziły się równomiernie jak gdyby ktoś je starannie ułożył. Księżyc świecący najjaśniej wskazywał na letnią porę roku i krótkie niczym ludzkie żywota dni. Soren z zachwytu niemalże zapomniał o tym gdzie jest i co ma zrobić. Nagle wyrwał się z transu i udał się ku karczmie a raczej domostwu, z którym była połączona. Przemierzał główną ulice Aragos rozglądając się czy nikt go nie śledzi. Doszedł wreszcie do domostwa i pociągnął z klamkę we frontalnych drzwiach, lecz te były zamknięte. Postanowił, więc wejść oknem, które było uchylone na piętrze. Wszedł ona na dach budynku, roztrzęsiony tym, co stało się z jego młodym przyjacielem nie patrzył pod nogi i nie trafił nogą na stare już dachówki i zawisnął między budynkami robiąc więcej hałasu niż rozpędzony bawół. W ostatnim momencie złapał się dachu karczmy, podciągnął się szybko i wskoczył przez otwarte okno by nikt go nie zauważył. W domu panował ogromny bałagan i chaos, wszędzie było widać porozrzucane ubrania oraz panował w nim duszący wręcz zapach alkoholu. Soren robiąc ciche, ale długie kroki próbował przedostać się do sypialni. Nagle wychodząc do pomieszczenia łączącego salon z sypialnią poczuł uderzenie z niewiarygodnym impetem w lewą cześć szczęki. Uderzenie powaliło go na ziemi i zdołało oszołomić go do tego stopnia, że straciło on przytomność. Po 5 minutach obudził go drugi cios, tym razem lżejszy i w prawą cześć szczęki. Ujrzał on nagle twarz swojego przyjaciela Ersena wołającego do niego:

-Obudź się! Boże zabiłem go! Ludzie ratujcie!
-Zamknij się… – Ledwo wydusił obolały Soren.
-O matko ty żyjesz! Słyszę ktoś mi się do chałupy włamuje to lecę żeby go przepędzić, nagle wylatuje mi przed twarzą to uderzam kutasa w ryj i patrzę a to ty leżysz na ziemi i nie odpowiadasz.
-Jak mam odpowiadać jak jakiś skurwiel uderza mnie znienacka w ryj?!
-Dobra, ryj nie kufel nie rozbije się. Wstawaj i opowiadaj, co w środku nocy u licha robisz w moim domu?
-Tak przychodzę się przywitać…
-Wczoraj cię chcą wieszać a dzisiaj na herbatkę wpadasz?
-Pomóż mi wstać to ci wszystko opowiem.
Ersen wyciągnął rękę po obolałego Sorena i zaprowadził go do stołu, na którym leżały resztki kolacji z dnia poprzedniego.
-To opowiadaj, co się dzieje, że tu jesteś a nie w celi czekając na egzekucje?
-Moja stara znajoma postanowiła się odwdzięczyć w najlepszym z możliwych momentów.
-Dobra to, czego chcesz ode mnie?
-Potrzebuje trochę zapasów. Głównie prowiant i wodę
-Oczywiście, wiesz, że na mnie zawsze możesz liczyć, ale co dalej? Gdzie chcesz się udać?
-Jak na razie chce się trzymać z dala od tego miasta. Pojadę, więc na północ, spróbuje skontaktować się z innymi magami.
-A ja? Co mam mówić kiedy zaczną cię szukać?
-Że się nie widzieliśmy, zapomnij o tym spotkaniu.
-Kiedyś cię zabije…- Odparł Ersen
-Nie dzisiaj mój przyjacielu- z uśmiechem dodał Soren.

 3 Godziny później

-Wziąłeś wszystko?
-Chyba tak.
-Dobra, nie będę cię zatrzymywał. Tylko nie daj się zjeść.
-Znasz mnie, nie szedłbym na śmierć.
-Czekaj chwile. W stajni nie opodal miasta jest mój koń. Poczciwa czarna kobyła, nazwałem ją Donna na cześć mojej pierwszej miłość. Ta to miała…
-Ekhem!
-A no tak zapomniałem. Dawno nie wiozła nikogo na garbie, ale jest szybka niczym letnia burza- zaśmiał się Ersen. Koń w rzeczy samej!- Szybko dodał.
-Soren lekko się zaśmiał i dodał- Dzięki przyjacielu, Nie daj się temu kutasowi, który siedzi na tronie. Wkrótce zapłaci za swoje grzechy.
-Bywaj -Odparł z powagą Ersen.
-Bywaj przyjacielu.

Soren wyszedł przez drewniane drzwi i szybkim, lecz cichym krokiem udał się w stronę bramy miasta. Strażnicy przy bramie jak to bywało  ich zwyczaju spali na warcie, więc wyjście z miasta nie było dużym problemem. Przy bramie spał niski i gruby strażnik.Soren przekradł się miedzy budynkami zachowując przy tym spokój.Postanowił przecisnąć się między wielkimi metalowymi kratami, która były opuszczone na dół jak to zwykle bywało w nocy. Soren po chwili przeciskania się był już prawie po drugiej stronę. Nagle usiłując wciągnąć lewą nogę na drugą stronę bramy zahaczył on o strażnika, który gwałtownie wyrwał się i aż podskoczył. Soren zachował spokój i wyszeptał po cichu zaklęcie robiąc poziomy ruch ręką przed twarzą strażnika. Strażnik zapadł w sen, było to zaklęcie usypiające. Jedno z podstawowych zaklęć, Soren przypomniał sobie, gdy będąc małym chłopcem wyczytał je w jednej z ksiąg ojca, która nosiła nazwę „Podstawy magii obronnej”. Ojciec, Sorena, jako królewski doradca nie mógł często być w domu.Zawsze popierał zainteresowanie syna magią w przeciwieństwie do jego matki, która za każdym razem, gdy widziała go z książką w ręku pouczała go o niebezpieczeństwie, jakie niesie magia. Uważała, że jest za młody na używanie magii.Gdy tylko ojcu Sorena udało się być w domu zabierał on syna do lasu, przy którym znajdował się ich rodzinny dom i ćwiczył z synem rzucanie czarów tak, aby mama małego Sorena tego nie widziała. Soren szybkim krokiem szedł przed siebie, udając się na północ do stajni, w której czekał na niego koń Ersena. Przechodził on obok lasu, który był tuż przy mieście. O tej porze nawet zwykły zbitek drzew był wstanie przerazić Sorena, w dodatku z oddali było słychać wrzaski jakiejś kobiety. Nagle w oddali zauważył grupkę ciężko opancerzonych żołnierzy, najprawdopodobniej był to pluton egzekucyjny. Wśród nich była kobieta z dzieckiem na rękach, było to jeszcze niemowlę. Kobieta głośno płakała i krzyczała, że nie odda im swojego syna. Soren widząc to postanowił ukryć się za  drzewem, czekać na dalszy ciąg wydarzeń i przysłuchiwać się całej sytuacji.
-Trzymajcie ją a ja poderżnę małemu gardło-Krzyczał jeden z żołnierzy.
-Proszę nie róbcie mu krzywdy!
-Oduczymy cie spiskować przeciwko królestwu!- Wtrącił jeden z żołnierzy trzymających kobietę.
-Nic nie zrobiłam! Jestem niewinna!
– Dawać go tu!
Jeden z żołnierzy wyrwał dziecko z rąk kobiety i pchnął ją w stronę drzewa z tak dużym impetem, że uderzyła w nie głową. Kobieta wydawała z siebie okrzyki rozpaczy i usiłowała się wyrwać z rąk swoich oprawców. Największy z nich kazał kobiecie zamilknąć, kobieta nie chciał tego zrobić upominając się ciągle o oddanie jej dziecka. Jeden z żołnierzy rozbiegł się i zdzielił kobietę w twarz. Kobieta uspokoiła się a po jej wargach zaczęła spływać krew. Siłą postawiono na nogi i kazano patrzeć, co robią z jej dzieckiem.
-Patrz dziwko jak twój bękart umiera! -Wydarł się największy wyciągając ostry sztylet z pochwy i przyłożył to szyi dziecka. Gdy chciał zacząć już pociągać ostrzem po szyi niemowlęcia poczuł  mocne uderzenie i ostrze z tyłu głowy. Upuścił on niemowlę i bezwładnie upadł na ziemie. W głowie widniało ostrze do rzucania a kilka metrów dalej stał Soren. Na jego twarzy nie było widać emocji, wyprostowany wpatrywał się w żołnierzy.
-Spierdalać stąd…Już!
-Błagam, zostaw nas w spokoju!- Wykrzyczał jeden z uciekających w kierunku miasta żołnierzy.
-Nienawidzę królewskich kundli (…)- Dodał stąpając po ciele martwego mężczyzny zdenerwowany Soren. Zrobił on kilka kroków w przeciwną stronę do płaczącej kobiety trzymającej na rękach swe dziecko.
-K…Kim ty jesteś?!- Wykrzyczała.
-Bękartem z Nervsten-odpowiedział ze zdenerwowaniem.