Tag -

nippon

Nippon Banzai! Publicystyka

Paweł R. Ofiarski – Fate/Stay Night: Heaven’s Feel. Part 1: Presage Flower

367 Views

Oj nie ma seria Fate ostatnimi czasy łatwo jeśli chodzi o serialowe adaptacje. Po doskonałym Fate/Zero, który był prequelem do Fate/Stay Night, mieliśmy kilka produkcji, które w mojej osobistej opinii nie należały do dzieł szczególnie wybitnych. Wpierw na ekrany telewizorów otrzymaliśmy drugą ścieżkę z gry Fate/Stay Night, mianowicie Unlimited Blade Works. Ze względu na charakter scenariusza z gry, trzeba uznać to anime za maksymalnie poprawne i przyjemne w odbiorze, nie mniej nie przyciągało jakoś szczególnie do ekranu. Niedługo potem otrzymaliśmy dwa spinoffy serii. Pierwszy, Fate/Apocrypha, był zupełnym nieporozumnieniem, czego niezwykle żałuję, gdyż oryginał, czyli Light Novela (trudno znaleźć odpowiednie polskie słowo na określenie tego typu książek, chyba najbliżej byłyby powieści odcinkowe) miała potencjał, które jednak odpowiedzialne za tę porodukcję studio zmarnowało (niech cię Netflix!). Niedługo potem otrzymaliśmy dość surrealistyczną produkcję o nazwie Fate/Extra: Last Encore, która miała być adaptacją dwóch gier z serii Fate z podtytułami Extra i Last Encore. O ile o postaciach mogę powiedzieć, że należały do ciekawych, to już w przypadku fabuły nie mogę wyrazić tak pozytywnej opinii. Przypominało to bardziej grę, w której gracz musiał przechodzić z poziomu na poziom i widz tracił zainteresowanie opowieścią w połowie serii. Co więcej, twórcy uznali, że to cudowne będzie widzów naładować terminologią, którą i tak ni w ząb nie zrozumieją, a będą musieli mieć z nią doczynienia przez cały seans. W swojej wyliczance nie biorę pod uwagę serii Fate/Kaleid, która poza postaciami nie ma nic wspólnego z głównym źródłem (aczkolwiek napomnę, ze adaptacja filmowa tej serii była bodaj najciekawszą produkcją z powstałych po Fate/Zero). Ci, co czytlai moje opinie na temat serii Fate, które umieściłem w jednym z numerów Abyssos, wiedzą, że wiązałem z powyższymi anime duże nadzieje, które zostały rozwiane przez rzeczywistość. Pozostał jedynie ostatni bastion: filmowa adaptacja trzeciej ścieżki z gry Fate/Stay Night: Heaven’s Feel. Mając jednak w pamięci powyższe produkcje, czekałem na nią z dużymi obawami. Gdy w końcu trafiła w moje łapki, wziąłem głęboki oddech i włączyłem produkcję, poddajac się losowi.

Ważną informacją dla potencjalnego widza będzie, niestety, to, że trudno będzie się połapać w serii bez znajomości franczyzny Fate. Pojawiające się tam postaci czy żarty będą zrozumiałe jedynie dla znających świat. Nie mniej, moim obowiązkiem, jako recenzenta, będzie jak najbardziej obiektywne spojrzenie na produkcję, zarówno ze strony dla znającego markę, jak i dla kompletnego laika. Nie mniej, zachęcam do obejrzenia choćby do obejrzenia prequela, Fate/Zero, gdyż można odnieść wrażenie, że scenariusz był pisany właśnie pod ścieżkę Heaven’s Feel.

Akcja przenosi nas znów do miasta Fuyuki, w którym znów rozpoczyna się Wojna o Świętego Graala. Ponownie głównym protagonistą jest dobroduszny Emiya Shirou, który wplątał się przez przypadek w wojnę i stał sie jej uczestnikiem, przyzywając dusze potężnego, mistyczno-historycznego bohatera, który miał się zmierzyć z pozostałymi uczestnikami o przedmiot, który ma spełnić dowolne marzenie zwycięzcy. Czyli mamy powtórkę z poprzednich serii. Ale jedynie początek można uznać za wspólny z poprzednimi ścieżkami. Pojawia się bowiem coraz większe zagrożenie ze strony dodatkowego sługi, który pożera ludzi, a także tajemniczego bytu, który pojawia się z nikąd i pożera sługów w nicość. W to wszystko związana jest młoda dziewczyna, Sakura, która z zewnątrz jest niewinną dziewoją, nie mniej ewidentnie skrywa jakiś sekret.

Tajemnicza, ciemno- czerwona masa. Czym ona jest?

Drodzy czytelnicy, ja wiem, że opis fabuły zdaje się przypominać, jakby pisany był pod jakąś Tele-Gazetę, nie mniej, naprawdę trudno byłoby opisać fabułę tej produkcji bez wdawania się w ujawnienie fabuły. I to fabuły, która moim zdaniem, jest w stanie pobić ścieżkę Fate z Fate/Stay Night na głowę. Nie chcę oczywiście prognozować tak mocno do przodu, w końcu mamy do czynienia z pierwszym filmem z trylogii, której dwa następne filmy planowne sa na 2018 i 2019 rok, nie mniej, wszystko wskazuje na to, że będzie to produkcja co najmniej dobra. Bardzo dobrym pomysłem okazało się rozbicie serii na trzy filmy, zamiast zrobić jeden, jak to miało miejsce ze ścieżką Unlimited Blade Works z 2010 roku, która starała się ująć wszystkie wydarzenia w dwóch godzinach. To się nie mogło udać i traciło się przez to wiele soczystych kawałków ze ścieżki. Poprawiono to co prawda kilka lat później, robiąc z tego cały serial, nie mniej, sposób, jaki zdecydowano się zobrazowac ścieżkę Heavens Feel też jest dobry (choć wolałbym i tak odcinkowe anime, ale co się nie ma, co się lubi…). Warto zaznaczyć też znacznie mroczniejszy klimat opowieści. O ile wszystko jest ujete w bardzo jaskrawe barwy, to w ciągu całego seansu można było wyczuć dość cięzką atmosferę (może za wyjątkiem kilku scen o czysto humorystycznym charakterze), a te chwile oddechu pozwalały zaczerpnąć powietrza przed coraz to liczniejszymi pytaniami. Nie mniej, pojawia się też łyżka dziegciu w tym miodzie. Z założenia ta ścieżka ma być horrorem, nie mniej, nie czuło się tutaj atmosfery grozy, a raczej przygody. Nie zrozumcie mnie źle: były świetne momenty, które uderzały w serce, to jednak brakowało aż takiego poczucia niebezpieczeństwa u widza. Winić można trochę za to medium, w końcu to jednak animacja, nie zaś film, a ona rządzi się swoimi prawami. Widziałem co prawda kilka dobrych i strasznych horrorów anime, ale to tylko potwierdza regułę. Kolejną rzeczą, którą w szczególności docenią fani serii Stay Night jest zupełnie odmienne podejście do scenariusza. Założeniem gry było, by każda ścieżka była inna, to miała ze sobą pewne cechy wspólne. Jednakże, w przypadku Unlimited Blade Works mimo tego, że akcja szła innym torem, to jednak była ona bardzo podobna do ścieżki Fate, jakby dodano do niektórych aktów dodatkowe sceny. W przypadku pierwszego filmu Heaven’s Feel wszystko zostało odwrócone od 180 stopni i nawet sławetne spotkanie w kościele na początku od samego początku miało inny przebieg, choćby ze względu na zdradzenie ważnego dla poprzednich ścieżek twistu fabularnego. Może to świadczyć o tym, że faktycznie ma się do czynienia z czymś świeżym.

Sławetne spotkanie w kościele, które jednak skończyło się zupełnie inaczej niż wcześniej…

Skoro mówimy o Fate, mówimy o Wojnie o Świętego Graala. A skoro wojna, nie mogło oczywiście zabraknąć bitew, chociaż potyczki byłby znacznie lepszym słowem. A tych w Heaven’s Feel nie brakuje, a co ważniejsze, są świetnie wyreżyserowane, czego można było się spodziewać po studiu Ufotable, które wzięło tę serię na warsztat. Niesamowite wrażenie zrobiły przede wszystkim potyczki na przyczepie pędzącego po ulicach pojazdu pomiędzy Lancerem, a Assassinem, a także kończący film pojedynem w świątyni. Oglądało się to z dużą przyjemnością, rozkoszując się każdym elementem sekwencji pojedynku z dość soczystym zakończeniami (acz trochę spadającym niczym Deus Ex Machina). Zwolenników realistycznych walk muszę jednak ostrzec: jako, że są to pojedynki postaci historycznych, bądź legendarnych, trudno się spodziewać, by walki byłby owzorowane w sposób znany człowiekowi. To seria urban fantasy i siadając do niej, warto o tym pamiętać. Ważne jest też to, że nie nastawiono się na akcje typowo potyczkową i było sporo momentów zadumy i wytchnienia, za co chwała twórcom .

Pojedynek na przyczepie. Majstersztyk!

Postaci, oj tutaj będzie co opisywać, bo było ich dość sporo i na tyle istotnych, że należy o nich wspomnieć. Co ważniejsze, scenarzyści postanowili zagrać mocno na uczuciach fanów i serwując nam tzw. fanserwis (czyli zagrania mające na celu zadowolenie fanów), w którym każdy, kto zna serię uśmiechać się będzie od ucha do ucha. Ale, wracając do bohaterów: warto zacząć od głównego protagonisty, Emiyi Shirou. Zdaje się, że jest to chłopak, który był planowany jako ideał, czyli uczynny, miły i bohaterski. Jego marzeniem było stać się bohaterem, który zbawi ludzkość. Rzeczywistość jednak sprawiła, że zachodzą u niego powolne zmiany. Przede wszystkim, staje się egoistoą, nie mniej w tym bardziej pozytywnym znaczeniu (o ile można w ogóle egoimz określić jako cechę pozytywną). Zaczyna być coraz bardziej targany uczuciami, stając się przez to porywczy i skory do wściekłości. Co jest ważne dla fanów serii Fate, przestaje w końcu ględzić na temat zostaniu bohaterem, co osobiście uważam za duży krok naprzód w stosunku do poprzednich anime. Zaraz po nim mamy Saber, sługę, którą Shirou przyzwał przez przypadek, stając się pełnoprawnym uczestnikiem Wojny o Świętego Graala. Zdaje się być ona osobą dość otwartą (nowość w stosunku do porzednich ścieżek), chociaż kluczowo trzymającą swóje prawdziwe imię w tajemnicy (są ku temu powody) i zawsze skorą do wsparcia głównego bohatera. Na sam koniec filmu dochodzi jednak do pewnej transformacji, której skutki mogą być dość… interesujące.

Tajemnicza przemiana Saber

Fani z pewnością docenią to, że w przeciwieństwie do poprzednich ścieżek, nie będzie jednak trzymała pewnych tajemnic przed Shirou. Tohsaka Rin, naczelna tsundere serii, zdaje się być najbardziej rozgarniętą postacią i zarazem przewodniczką dla Shirou i laików świata Fate. Sceny z jej udziałem są bardzo udane, chociaż mocno przegadane i z rzadka popychające fabułę do przodu. Dla fanów kruczowłosej czarodziejki dobrą wiadomością jest to, że nie mamy już doczynienia z bezradną dziewoją jak to było w przypadku Unlimited Blade Works (gdzie była jedną z głównych bohaterek, tutaj jej rola jest drugoplanowa, a przynajmniej w tym filmie), a wraca stara Rin ze ścieżki Fate. Ważną rolę odgrywa również tajemniczy ksiądz, Kotomine Kirei, który wcześniej był tylko obserwatorem, obecnie zaczyna również pełnić rolę ważnej postaci, która faktycznie będzie chciała pomóc bohaterom, nie zaś jak wcześniej, przeszkodzić. Oczywiście, mamy jeszcze Iliasviel, nie mniej, jej rola nie była szczególna w tym filmie.

Trójka głównych bohaterów: Shirou, Saber i Rin

Czas na wisienki na torcie, czyli postaci, które szczególnie uwydatniono w tej serii. Chodzi o ród magów Matou i ich członków. Najważniejszą postacią jest oczywiście Sakura, główna bohaterka ścieżki i główny powód zmiany zachowania Shirou. Dla wielu osób Sakura zdaje się przypominać typową damę w opresji, którą główny bohater musi wyciągać z tarapatów. I tak jest, z tym, że po części. Młoda Matou nie miała łatwo: żyła w ciągłym strachu, dręczona przez pozostałych członków rodziny i nie zaznała ciepła ogniska domowego. Nic dziwnego, że tak lgnęła do normalnego życia, choćby przez wykonywanie prostych czynności domowych. Dom Shirou był dla niej ostoją ciepła i iluzją normalnego życia. Jednak, choć wewnętrznie go pragnęła, jej pochodzenie (hehe) sprawia, że jej rola nie pozwoli jej stać się normalą osobą.

Matou Sakura: niewinna dziewczyna czy coś więcej?

Winić można za to dwie osoby. Pierwszą jest Matou Zouken, stary mistrz magii, którego fani znają z Fate/Zero i dziadek bohaterki (rodzice, cóż… pomińmy to milczeniem). To okrutny despota i potwór w ludzkiej skórze, który pragnie osiągnąc cele idąc po trupach, nawet swoich bliskich. Nie boi się ich karcić i nawet okaleczać, a przy okazji zdaje się widzieć więcej, niż na to wszystko wskazuje. Ale, mimo swojego okrucieństwa, jest ciekawą postacią, który nie robi tego bez przyczyny. Drugą postacią jest brat Sakury, Shinji. O ile Zoukena można określi jako okrutnika z planem, to już ten chłopak robi krzywdę siostrze z czystej przyjemności i zazdrości w stosunku do Shirou. Niczym się nie przejmując, bije swoją siostrę, a można wyczuć też jakiś kazirodczy popęd do Sakury. Jest przy tym beznadziejny w tym co robi, przelewając frustrację na najbliższą rzecz, którą znajdzie pod ręką. To czysty chaos, którego ma się ochotę zabić już na początku. Niestety, chyba przyjdzie nam na to poczekać.. Jest jeszcze jedna istota, o której warto wspomnieć i jest to postać Ridera, jednego ze sług Matou, która stanowi na razie wielką tajemnicę, ale od razu widać, że odegra większą rolę w późniejszych filmach.

Najokrutniejsza cholera w filmie: Matou Shinji

Podsumowując, gromadka jest naprawdę spora, nie mniej, każda z nich wzbudza emocje, co moim zdaniem jest na plus. Podobnie też oceniam postać Sakury, którą, wbrew obiegowej opinii, będę zawsze traktowało jako świetnie napisaną postać tragiczną. Ma mroczną przeszłość, która emanuje, nie mniej, nie jest to na tyle żałosne, że dałoby się to rozwiązać jednym zdaniem, jak w większości podobnych postaci w anime. Ma po prostu duszę.

Seria Fate, oprócz akcji, niesie również inną rzecz: romans. Jak Heaven’s Feel wypada na tle pozostałych anime z tej franczyzny, a co ważniejsze, na tle innych romansów w klimacie battle royale? Powiedziałbym, że naprawdę dobrze. Nie będzie dużym spoilerem, jeśli powiem, że tyczy się to oczywiście relacji Shirou – Sakura. Wszystko zmierza naturalnym torem i nie jest jakoś szczególnie wymuszone, jak to ma miejsce w wielu podobnych produkcji. Faktycznie widać tutaj ciepło, fakt, że obu stronom zależy na sobie. Oczywiście, na razie jest to na poziomie czystego zuroczenia, nie mniej, zmierza to w dobrym kierunku. Jeśli chodzi o porównanie do poprzednich serii, to właśnie Heaven’s Feel wypada najlepiej i to mimo tego, że jest mniej czasu (w końcu 2 godziny to mało w porównaniu do 24 odcinków po 25 min każdy). Ktoś może zarzucić, że to ciepłe kluchy, nie mniej, dla mnie uczucie zbliżenia takie niekiedy jest. Co ciekawe, nie brakuje również odrobiny symboliki, że nie wszystko musi pójśc tak, jak się tego oczekuje.

Scena pełna ciepła, ale i zimna, czyli progres uczuć głównych bohaterów

W kwestii grafiki można powiedzieć tylko jedno słowo: Ufotable. Dla tych jednak, co nie rozumieją, spieszę już z szerszą opinią. Seria jest naładowana efektami komputerowymi, nie mniej wykorzystane zostało to znacznie lepiej anieżeli w innych produkcjach z serii Fate zrobione przez to studio. Wynikało to przede wszystkim z tego, że mieli dobry budżet i mniejszą skalę, co wykorzystano i nie leciało się po kosztach. Animacje były bardzo płynne, co szczególnie uwidocznione zostało w trakcie walk, nie zauważyłem tez żadnych deformacji. Wspaniale wyszły też tła i otoczenie, a szczególnie duże wrażenie zrobiły na mnie zachody słońca, a przede wszystkim animacja śniegu. Miało się czasem wrażenie, że w niektórych miejscach mogło być troszkę przyciemniony obraz, nie mniej, całość wyszła dość barwnie, nie mniej, z dużym naciskiem, by nie było pastelowo i oddawało lekki klimacik grozy. Bardzo udaną uznaję również animację twarzy i ruchów postaci.

Ta grafika… i ten śnieg. Cudo!

Za muzykę odpowiadała Yuki Kajiura, która stworzyła ścieżkę dźwiękową do wszystkich serii Fate produkcji Ufotable (można ją nawet nazwać etatową komozytorką studia), a także takich anime jak Sword Art Online, Puella Magi Madoka Magica czy Tsubasa Chronicles. Oznacza to, że zostało użytych dużo instrumentów elektronicznych, a na dokładkę, by przy bardziej spokojnych scenach, orkiestra.  Osobiście uważam, że świetnie pasowało to do serii. Gitarowe riffy, wymieszane z syntezatorami dodawały klimatu w trakcie walk, a cicha i stonowane utwory – podkreślały co cieplejsze sceny. Trudno też odmówić kunsztu seiyuu. Powracają starzy aktorzy głosowi, jak Ayako Kawasumi (nieśmiertelna Saber), Kana Ueda (Tohsaka Rin) czy prawdziwa legenda japońskiego voice actingu – Hiroshi Kamiya (w roli okrutnego Matou Shinjiego), a to oznacza świetną jakość dubbingu.

Wymieszanie wielu elementów muzycznych świetnie podkreśla charakter scen

Większość produkcji filmowych anime na podstawie dłuższych serii jest w większości odgrzewanym kotletem, czyli dać to samo, tylko krócej. Miło mi powiedzieć, że w przypadku pierwszego filmu z cyklu Heaven’s Feel udało się uniknąć przeszarżowania, dzięki czemu dostaliśmy produkcję, która nie dość, że da się oglądać bez zgrzytania zębów, to jeszcze uratowała honor Fate. Osobiście uważam ją za najlepsza produkcję z franczyzny jeśli chodzi o anime zaraz po Fate/Zero. Mimo to, warto pozostać ostrożnym. Przed nami jeszcze dwa filmy, które mogą popsuć passę. Co więcej, może być ona trudna dla kogoś, kto nie zna serii, przez co nie nadaje się do oglądania przez kogoś, kto nie zna marki Fate/Stay Night. Nie mniej, ja, jako fan, uznaję ją za świetną i polecam każdemu, kto kiedyś zdecyduje się po nią sięgnąć pełnym obaw względem poprzednich produkcji.

Nippon Banzai! Publicystyka

Paweł R. Ofiarski – Powrót do przyszłości, czyli jakie anime z gatunku science fiction wybrać

306 Views

Poprzednie dwa artykuły opiniowały serie anime, które działy się w tradycyjnym fantasy i bardziej nam współczesnym. Czas na trzecią, obiecaną serię, w której skupimy się na produkcjach mających na celu przedstawienie nam przyszłości. To druga, najliczniejsza odsłona anime z gatunku fantastki, która występuje w anime, a swego czasu, najbardziej popularna. W jej skład wchodzą nie tylko czystej krwi space opery, ale także gatunek w typie mecha, w której główną rolę, oprócz protagonistów, odgrywają walki większych bądź mniejszych robotów. To prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalna rzecz związana z anime, zaraz po roznegliżowanych paniach z dużymi oczami i poduszkami. Oto przed wami pięć serii, jakie zdecydowałem się zaprezentować, które w dużym stopniu wpłynęły na mnie i wzbudziły emocje i przemyślenia.

Neon Genesis: Evangelion

Jeśli jest cokolwiek, co mogło spowodować przysłowiowe pranie mózgu w moim umyśle było z pewnością to anime. Każdy kolejny odcinek zdawał się sprawiać, że nie wiedziałem co ja w zasadzie oglądam, gdyż tak surrealistycznej produkcji nie widziałem nigdy. A chciałbym zaznaczyć, że mówię tutaj o serii, która opowiada o mechach, co już samo w sobie jest dziwne.

Nie mniej, po kolei. Głównym bohaterem tego anime jest Ikari Shinji, lat 13, który przybywa na zaproszenie swojego ojca do Tokio, czy raczej jego odpowiednika w przyszłości. Zamiast swojego ojca, spotyka jedną z pracownic swojego płodziciela, która zamierza go zawieźć do miejsca pracy tatusia. Zamiast sielankowej przejażdżki po mieście, muszą unikać ataków ze strony jakiegoś dziwnego giganta, zwanego tutaj Aniołem, który z nieznanych przyczyn niszczy miasto. Bestię starają się zniszczyć miejscowe siły samoobrony, których ataki jednak nie odnoszą żadnego sukutku. W chwili przyjazdu do miejsca pracy ojca  Shinjiego (które notabene jest jakimś olbrzymimi kompleksem laboratoryjnym), chłopak staje oko w oko ze swoim rodzicielem… a przynajmniej ekran w oko, bo szanowny ojciec nie ma czasu spojrzeć synowi w oczy, od którego dowiaduje się, że ma pilotować wielkiego robota, które mają pokonać rzeczonego anioła i…

Zasypiacie? Ja też bym zasnął, ale na szczęście (?), nie kończy się to opowieścią o grupie młodzieńców, którzy mają zbawić świat. Znaczy… owszem, tak jest…  ale to nie jest przy tym opowieść szkolna. Znaczy, owszem, jest szkoła, lecz…  ech, powiedzmy sobie szczerze, dzieciaki, które mają za zadanie pilotować mechy (tutaj nazywane Evengelionami) nie są do końca zdrowe na umyśle. Przyjrzyjmy się samemu Ikariemu. Nie będzie dużym spoilerem, jeśli powiem, że Anioł z początku zostaje przez niego pokonany, ale cóż z tego, skoro chłopak łapie przy tym taką depresję, że zmaganie z nią musimy oglądać przez ponad dwadzieścia odcinków. I to nie jest depresja na zasadzie focha, tylko faktycznie wewnętrzna walka z tym problem, który protagonista, nawet mimo pomocy z zewnątrz, nie jest w stanie jej pokonać. Cicha i niezwykle skryta Rei początkowo zdaje się mieć fobię społeczną i amnezję, nie mniej z biegiem czasu poznajemy przerażającą prawdę na temat powodów jej przypadłości, a na dodatek powoduje u Ikariego jeszcze kompleks Edypa, gdyż niezwykle mocno przypomina mu jego matkę i czuje do niej pociąg (uczuciowy, nie zaś pospieszny). W przypadku Asuki mamy wybuchowość, nadpobudliwość, huśtawkę nastrojów, atencjonalność, a wszystko zwieńczone jest miłością do o wiele starszego od niej mężczyzny i to zmierzającą w stronę pociągu seksualnego. W zasadzie można powiedzieć, że nie ma tu istoty, która jest w jakiś sposób normalna, a nawet obecny w serii pingwin okazuje się być jakimś nieudanym eksperymentem genetycznym. Po prostu istny dom wariatów.

Należy zwrócić uwagę, że całe te problemy psychiczne bohaterów oblane są jeszcze mitologią chrześcijańsko żydowską. Wszędzie widać symbolikę któregoś z wyznań, czy to w postaci krzyża, zachowań bohaterów czy nawet samej terminologii użytej w anime. O ile w obecnych czasach nie jest to nic nadzwyczajnego, a nawet uznane za coś śmiesznego(zaczyna się to kojarzyć jako kicz), to w tym czasie w Japonii była czymś świeżym i nadawała mistycyzmu serii. Przede wszystkim wiąże się to z motywem apokalipsy, a dokładniej mówiąc próby jej powstrzymania (albo i nie). Zostało to jednak tak przedstawione, że w pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że my, rasa ludzka, zasługujemy jednak na masowe wyginięcie. Nie jest to w żaden sposób spoilerem, gdyż do takiego wniosku można dojść już po zobaczeniu pierwszego odcinka, nie mniej, powód dlaczego życzenie apokalipsy u widzów jest takie mocne, byłby zdradzeniem dobrze zbudowanej i poprowadzonej fabuły, którą warto jednak poznać samemu. Łyżką dziegciu jest chyba jedynie to, że w pewnym momencie natłok informacji jest tak duży, że trzeba kilka razy przewinąć, by zrozumieć o co postaciom chodzi.

Jak na razie, wedle tego co mówię, seria zdaje się być lekko niezwykłym anime o robotach i ratowaniu świata, a jednak, wspomniałem we wstępie, że spowodowała u mnie niezłe pranie mózgu. Wiążę się to z kilkoma aspektami. Przede wszystkim – psychika bohaterów na papierze może zdawać się być płaska, ale sposób jej przedstawienia, iluzja muzyczna i sceneria sprawiają, że ogląda się ich z przerażeniem i otwartymi ustami. Po drugie, w wielu momentach widz staje przed wewnętrznymi monologami postaci, zazwyczaj jest to Shinji, w którym mamy pozornie nic nieznaczące sceny z życia, w których uwypuklone są traumy bohaterów, jednak powodują u widza rozłożenie rąk i stwierdzenie “nie wiem co się dzieje, ale wciąga”. I w końcu trzeci powód… End of Evangelion, film kinowy, który pojawił się jako uzupełnienie serii telewizyjnej, pokazujący w innej formie dwa ostatnie odcinki serialu. O ile samo anime było ciężkie, to film jest już wyzwaniem. Nie tylko jest brutalny, ale surrealizm produkcji został pomnożony razy dwa. Dantejskie scenerie, które mają miejsce przy akompaniamencie niezwykle sielskiej muzyki sprawiają, że widz czuje się przerażony z otwartymi ustami. Gdy w końcu przychodzi koniec, nie wie co z sobą zrobić, czuje się jakby pustkę, a na dodatek więcej pytań, które zmuszają go do obejrzenia na nowo całego serialu, by złapać wszystko, co miało miejsce w ciągu ostatniej godziny.

Kwintesencja Neon Genesis Evangelion w jednym obrazku

Wracając na miłe tory, grafika jest barwna, zaś animacje po dziś dzień wprawiają w podziw. Kolorystyka i pastelowość, wymieszana z grą świateł nadaje produkcji grozy i natęża surrealistyczność. Doskonale przy tym jest też muzyka (dantejska scena przy akompaniamencie Ody do Radości” – geniusz), a zwłaszcza czołówka… która sprawia, że początkowo ma się wrażenie, że ogląda się jakąś heroiczną produkcję ze względu na jej skoczność i optymistyczny wydźwięk. O słodka naiwności widzów, którzy nie wiedzą w co się pakują. Gra aktorska wymagała dużego zaanagażowania seyuu, gdyż ciężko jest grać postaci, które są psychiczne, ale przy tym, nie są kompletnymi świrami (nie pozdrawiamy Nicholasa Cage’a). Tyczy się to zwłaszcza Megumi Hayashibary, która w latach 90 XX miała swój złoty okres, wcielającą się w postać Ray, która z racji bycia wypraną z uczuć mówić tak nienaturalnie jak się dało (a intencjonalnie nie wyrazić emocji w głosie jest ciężko).

Seria składa się z serialu oraz przynależnego jej filmu, a także trzech innych produkcji kinowych, będących rebootami, które mają przedstawić alternatywne wydarzenia znane z produkcji z lat 90-tych. Nie jest to marka dla każdego, zwłaszcza dla ludzi o słabych nerwach i którzy szukają po prostu rozrywki pełnej akcji. To produkt, który wymaga abstrakcyjnego myślenia. Mimo to, zdobył sobie dużą popularność nie tylko w Japonii, ale też na zachodzie i stanowi jeden z czołowych towarów eksportowych jeśli chodzi o anime, zaraz obok Pokemonów, Dragon Balla i… a o tym później.

Crest/Banner of the Stars

Jeśli słyszy się, że jakaś książka bądź film jest tzw. space operą, spodziewamy się bitew kosmicznych w których biorą udział wielkie i mniejsze okręty, zaś rzadziej spogląda się na ten gatunek z perspektywy bohaterów. Oczywiście, są oni widoczni, jednak nikną w chwili, gdy dochodzi do epickiej batalii. Omawiana seria jest jednym z wyjątków od tej reguły i trzeba przyznać, że zrobiła to z dużym rozmachem. Jedyne co jest smutne, że obecnie seria jest zapomniana, a tylko niewielka grupa ludzi na słowo Banner of the Stars zakrzyknie “Znam! To rewelacyjne anime!”. A szkoda.

Zaczynałem zwykle od fabuły, ale w przypadku tej produkcji warto jednak zacząć od świata przedstawionego, gdyż bez jego zrozumienia ciężko byłoby zrozumieć założenia fabularne serii. Akcja dzieje się w nieznanym nam czasie i w bliżej nieokreślonej galaktyce. Miejsce napędowym całej akcji jest Imperium Abh,  które jest w trakcie podbijania coraz to większej ilości planet. Nie robi tego z rozmachem Imperium Ludzkości z Warhammera 40k przez eksterminację okolicznej ludności. Robi to w sposób pokojowy, zachęcając gubernatorów planetarnych do dobrowolnej kapitulacji, pozwalając zachować im władzę, z tym, że otrzymują  tytularność Imperialną. Dochodzi wtedy do naturalizacji mieszkańców podbitych planet i stają się pełnymi obywatelami Imperium mimo widocznych różnic rasowych (rasa Abh posiada spiczaste uszy i niebieskie włosy – takie kosmieczne elfy). Dla większości nowych obywateli Imperium taki stan rzeczy nie jest pocieszający (mimo, że w żaden sposób nie są traktowani jako materiał gorszego sortu), ale wielu z nich widzi w tym możliwość awansu społecznego i chętnie wstępuje do wojska. Oczywiście, Imperium to nie jedyna siła. Mamy wiele frakcji neutralnych czy też inny wielki twór polityczny, jakim jest Sojusz Czterech Nacji, składającej się w większości z ludzi, którym nie w smak imperialistyczne zapędu Abhów. Stąd wielka flota Imperium co rusz musi się zmagać z niebezpieczeństwem ze strony niebezpiecznego przeciwnika, co wymaga ciągłego szkolenia nowej załogi i oficerów.

Tak właśnie poznajemy jednego z głównych bohaterów, Jinto Lina, 17-sto letniego hrabiego planety Martines, która siedem lat przed rozpoczęciem serii poddała się Imperium Abh. Chłopak przez większość czasu uczył się już w szkołach przeznaczonych dla Abhów, w tym także ich trudnego języka (który pojawia się nawet w samym anime). Czeka on w porcie kosmicznym na delegację, która ma go zabrać do stolicy Imperium, gdzie na zacząć naukę w szkole oficerskiej. Do misji oddelegowania go do akademii wojskowej wybrano młodziutką dziewczynę o imieniu Lafel, która była pierwszą, naturalną Abh, którą Jinto widział na oczy. Para szybko zdążyła złapać nić porozumienia i wszystko wskazywało, że podróż minie bez żadnego problemu. I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa – tak się nie stało.

Jak sami zauważyliście, bez początkowego przedstawienia świata, trudno byłoby się połapać w tym uniwersum. Nie jest może ono jakoś szczególnie oryginalne, nie mniej, to co jest najważniejsze w tej serii to postaci, a te zostały napisane rewelacyjne. Duża w tym zasługa twórcy noweli, nie mniej, przeniesienie charakterów głównych bohaterów niekoniecznie może być łatwe. Zarówno Lafiel, jak i Jinto są nastolatkami (ich wiek w ciągu serii zmienia się od 16/17 do 20/21 lat), a niestety twórcy anime mają tendencję do myślenia, że skoro mamy do czynienia z osobami młodymi, to można pozwolić, by zachowywały się głupio. Tutaj nie ma na to miejsca. Od samego początku muszą się zmagać z niebezpieczeństwem wojny, ze zdrajcami i wrogami, a przede wszystkim – brakiem sojuszników. Pozostaje ich rozum i wzajemne zaufanie. Niedługo potem dochodzi odpowiedzialność za załogantów okrętu, którym dowodzili (i nie traktuję tego jako spoiler, bo to dość spodziewana zagrywka). To, co mi się szczególnie podobało, to była relacja między nimi. Mimo, że należą do tego samego państwa, różnice kulturowe są widoczne od razu. Jinto pochodzi z powierzchni i mimo, że jest już szlachcicem Imperium, Abhowie wciąż wydają mu się bardzo obcy i tajemniczy. Tak samo Lafiel, która większość życia spędziła na okrętach i zejście na stały grunt jest dla niej stresujące, podobnie jak zwyczaje żyjących na planetach. Ten koktajl kulturowy i wymiana doświadczeń sprawiają, że doskonale się ze sobą uzupełniają. Oczywiście, między dwójką rodzi się jakieś uczucie, jednak ten wątek zostaje niezwykle naturalnie poprowadzony, że widzowie bez jakiegoś specjalnego zmęczenia obserwują wzajemne relacje. Co więcej, dialogi między nimi są poprowadzone z pomysłem i faktycznie brzmią jakby rozmawiało ze sobą dwie realne osoby, nie zaś aktorzy, którzy spełniają po prostu swój scenariusz.

Rozmowy w Banner of The Stars muszą zawsze być eleganckie

Co więcej, wszystkie dialogi są prowadzone w bardzo naturalny sposób, co jest ciekawe, gdy mówimy o serii, która w dużej mierze jest militarna i poważna. Większość produkcji ma tendencję do wpadania w pompatyczność. Crest/Banner of the Stars (a skoro już przy tym, Crest of the Stars to po prostu tytuł pierwszego sezonu, zaś od Banner of the Stars zaczynają się trzy następne) idzie w kierunku, że dobry dialog zastępuje więcej niż dziesięć bitew. I rzeczywiście, chętniej w tej serii ogląda się rozmowy między postaciami aniżeli sceny batalistyczne. Co więcej, wiele scen jest niezwykle humorystyczna. Nie są jednak one zaznaczone żadnym dżinglem czy deformacją, a co najważniejsze, intonacją głosu zaznaczającą ironię. Są po prostu naturalne. Niech za przykład posłuży rozważanie admirała z którym oficerem romansowała jego zastępczyni lub też szukanie odpowiedniego nazewnictwa na mieszkańców powierzchni przez jedną z oficer. Zazwyczaj takie sceny są wręcz żałosne, a tutaj naprawdę potrafiły rozbawić tylko swoim nakreśleniem. Chyba jedyną trudnością dla widza byłoby połapanie się w nazewnictwie i użytkowości niektórych komend i technologii.

Jeśli chodzi o grafikę, to nie jest ona powalająca. Panują tam raczej zimne barwy, ale w dość jaskrawych ich odcieniach, przez co sprawia się, że rysunki są stonowane i pasujące do klimatu opowieści. Bardzo słabo wypadają sceny batalistyczne, które występują dość często w serii, zwłaszcza w drugim sezonie. Mimo, że to jedne z niewielu scen, gdzie jest jaskrawo, chaos i dynamika nie pozwalają się nimi nacieszyć. Podobnie jest z muzyką: gdzieś tam pobrzmiewa, ale nie robi jakiegoś szczególnie istotnego tła, przez co seria zdaje się być cicha pod kątem ścieżki dźwiękowej. Nawet czołówka, która powinna być uhonorowaniem serii jest zupełnie niezapadająca w pamięć. Szczęśliwie, seyuu sprawili się po prostu wyśmienicie. Ayako Kawasumi, wówczas jeszcze debiutująca aktorka głosowa, spełniła się jako Lafiel dzięki swojej zimnej barwie głosu, ale show kradł Akio Ōtsuka w roli niezwykle dowcipnego pilota Samsona.

Pozostało odpowiedzieć na pytanie: czemu ta seria popadła w zapomnienie, mimo tego, że nakręcono jej aż cztery sezony? Myślę, że powodem tego był zmierzch produkcji science fiction na rzecz szkolnych komedii romantycznych, chociaż mogło też na to wpłynąć, że seria była po prostu za normalna. O ile chcemy oglądać seriale czy filmy, liczymy, że postaci lub fabuła będzie się czymś wyróżniała nad nasze szare życie. Tymczasem ta seria postawiła na naturalność, a tymczasem obecny widz woli oglądać świetnie animowane sceny walki, heroicznych bohaterów, którzy dokonują niemożliwego za pomocą jednego ruchu dłoni. Serie, w których wykonanie prostej akcji, jaką byłoby pokonanie zwykłego wroga wymaga co najmniej pół odcinka planowania, połączonej z dialogami, jakie słyszy się na co dzień są raczej niszowe. Ale mimo wszystko, polecam z całego serca obejrzenie tej serii, zwłaszcza jeśli lubicie kosmos i świetnie poprowadzone dialogi.

Cowboy Bebop

I think it’s time to blow this scene.
Get everybody and their stuff together.
Okay, three, two, one let’s jam….

Chcesz najlepsze anime w klimacie Science Fiction jakie zrobiono? Wybierz Cowboy Bebop. Chcesz najlepsze anime, które opowiada o najemnikach? Wybierz Cowboy Bebop. Chcesz najlepsze anime w klimacie noir? Wybierz Cowboy Bebop.  Chcesz anime, które posiada najlepszą czołówkę? Wybierz Cowboy Bebop. Chcesz NAJLEPSZE ANIME JAKIE KIEDYKOLWIEK POWSTAŁO? Wybierz Cowboy Bebop. I tutaj mógłbym zakończyć opiniowanie, gdyż zostało powiedziane w zasadzie wszystko. Poza małym szczegółem: dlaczego? Odpowiedź na to jest cholernie trudna…

Osoba czytająca streszczenie fabuły stwierdziłaby: ale zaraz, widzieliśmy to wiele razy! W końcu co jest niezwykłego w grupie łowców nagród, którzy podróżują po kosmosie na okręcie o nazwie “Bebop”, którzy oprócz tego mierzą się z demonami własnej przeszłości. Hm… może właśnie postaci. Bohaterowie, którzy występuja w tym anime to nie grupa przyjaciół, którzy rozwiązując powierzone im zadania zacieśniają więzy bądź też grupa nieznajomych, którzy z racji kłopotów, muszą działać razem, by skończyć jako przyjaciele. To bardziej luźna zbieranina indywiduuów, którzy przez zrządzenie losu muszą podróżować w jednym statku, często wchodząc sobie w drogę w trakcie rozwiązywania misji. Co więcej, każda z postaci ma mocno zbudowany charakter, mimo, że ich “role” zdają się być stereotypowe. Spójrzmy: były kryminalista, były policjant, zadłużona hazardzistka oraz sierota, mistrz techniki, a na dokładkę, pies, który jest geniuszem. To brzmi albo jak grupa z jakieś farsy lub też filmu kryminalnego klasy B. Tymczasem, każda z tych postaci to silne osobowości (nawet pies!), dla których życie łowcy nagród to ucieczka od przeszłości. Wiem, że wiele razy napomniałem o ich historii i to bez żadnych szczegółów, ale trudno omawiając tę serię zdradzić cokolwiek, gdyż nawet delikatne napomknięcie o fabule będzie w znaczący sposób spoilerem.

Jak to nie oglądałeś jeszcze Cowboy Bebop?!

Na niezwykłość Cowboy Bebopa wpływa również problem w określaniu przynależności gatunkowej. Najprościej byłoby powiedzieć, że jest to science fiction, bo akcja dzieje się w przestrzeni kosmicznej i na planetach układu słonecznego, nie mniej, to tylko panierka, a nie sam posiłek. Jest tu też sporo westernu, postapokalipsy, trochę horroru i klimatów z filmów akcji. Nie mniej, jeśli miałbym się uprzeć i wskazać konkretny gatunek, byłoby to prawdopodobnie Noir, czyli tzw. Czarne Kino, które charakteryzowało się ponurym klimatem i fatalizmem świata przedstawionego, w których głównym tematem był świat przestępczy, a postaci to często albo femme fatale albo przestępcy/policjanci z problemami egzystencjalnymi, którzy są moralnie na pograniczu dobra i zła. Oglądając Cowboy Bebop od razu rzuca się w oczy klimat filmów takich jak “Sokół Maltański” czy “Dama z Szanghaju”, czyli świat industrialny, pełen mrocznych zakątków, w których mają miejsca gangsterskie porachunki, a knajpy pełne są typów spod ciemnej gwiazdy, którzy są schowani za dymem papierosowym, a wszystko przy akompaniamencie jazzu. Jeśli chodzi o postaci w anime, do grona postaci nie byłoby problemu zaadaptować takiego Humphreya Bogarta(na którym prawdopodobnie wzorowali się twórcy tego anime przy tworzeniu postaci głównego bohatera) czy Rity Hayworth, czyli ikon filmów Czarnego Kina. Śmiem nawet stwierdzić, że to anime jest jakoby hołdem oddanym gatunki Noir, który, choć wciąż szanowany, nie jest już popularnym nurtem kina, jak choćby był w latach 40 XX wieku.

Jeśli chodzi o oprawę wizualną mamy do czynienia z anime lat 90, tak też mało grafiki komputerowe, a więcej rysowanych teł i postaci. Mimo, że użyto sporej palety barw, to jednak dużo chłodnych kolorów i sposobu rzucania cieni i wykorzystania ich sprawia, że idealnie dopasowują się do komponentów kina Noir. Co więcej, sceny akcji zostały bardzo dobrze wyreżyserowane i „zanimowane”, ale jednocześnie uniknięto przesadnego patosu, o jaki łatwo przecież w anime. Co prawda, sceny akcji były potrzebne, to jednak czasami zaburzają cały klimat serii. Jednak nie robi z pewnością tego muzyka, która stanowi wariację na temat jazzu i bluesa, zwłaszcza tego pierwszego. Już sama nazwa anime Bebop powinna się fanom muzyki jazzowej kojarzyć z nurtem o nazwie…. bebop, rozpoczętym przez Charlie Parkera, a i wiele kompozycji ze ścieżki dźwiękowej nawiązuje właśnie do tego nurtu, w tym sama czołówka, która osiągnęła już statut kultowej. Nie brakuje też inspiracjami Moricone ze Spagetthi Westernów czy tematami Muddy Watersa czy Roberta Johnsona. Jeśli chodzi zaś o dubbing, zatrudnieni seyuu to śmietanka i obecnie celebryci w swojej dziedzinie, czyli m.in. Unshō Ishizuka czy Megumi Hayashibara.

Kończąc opiniowanie serii, muszę powiedzieć, że, podobnie jak z przypadku Neon Genesis Evangelion, mamy tutaj do czynienia z anime, które jest w zasadzie jedną z ikon animacji rodem z Japonii i powodem rozpowszechnienia na zachodzie. Z tym, że w przeciwieństwie do Evangeliona mamy do czynienia z dość bezpieczną serią, którą można oglądać bez późniejszych traum, a przy tym pozostaje błyszczącym klejnotem fabularnym, który powinien mieć każdy serial na świecie, niezależnie, czy to “żywy” czy animowany. Najlepszym dowodem na to jest choćby to, że wielu celebrytów ze świata filmu określa “Cowboya Bebopa” jako pewien wzór, którym się kierowali. Koronnym przykładem niech tu będzie Keanu Reeves, który odgrywając tytułową postać w “Johnie Wicku” wzorował się właśnie na postaci Spike, a sam aktor pragnąłby wcielić się tę postać w wersji aktorskiej produkcji, o której już słyszy się od wielu wielu lat.

Outlaw Star

Jak wspomniałem, lata 90-te do dobry okres dla anime z gatunku science fiction, nie mniej pod koniec można było zauważyć powolny upadek tego gatunku na rzecz szkolnych komedii romantycznych na podstawie gier visual novel (czyli gry, w których pojawia się setki linii tekstu z planszami przedstawiającymi opisywane wydarzenie bądź też wyłącznie z tłem). Dowodem na to był właśnie Outlaw Star z roku 1998. Anime na podstawie mangi z roku 1996 spotkało się, mimo dość pozytywnych recenzji, z dość średnim odbiorem. Czy wynikało to z tego, że faktycznie był to zmierzch gatunku czy po prostu słabe anime.

Zacznijmy od fabuły. Opowiada on o losie firmy, która zajmuje się niemal wszystkimi zadaniami, jakie padną im w ręce. Ochrona, przemyt, naprawianie traktorów, oferty towarzyskie – to dla nich chleb powszedni. Wszystko się zmienia, gdy od pewnej kobiety dwójka głównych bohaterów, Gene Starwind, który jest typem playboya oraz Jim Hawking, 11-sto letni inżynier (to anime, tam takie zjawiska to normalka), dostaje polecenie ochrony pewnej kobiety i jej cennego ładunku. Należy dodać, że kobieta nie wyjawia wszystkiego, nie mniej w wyniku pewnych wydarzeń, prawda wychodzi na jaw, a cennym ładunkiem okazuje się być młoda dziewczyna, która jest kluczem do odnalezienia cennego skarbu. Jak to skarb, jest on ukryty i trzeba go najpierw znaleźć. A że kosmos długi i szeroki, trzeba najpierw zdobyć statek. A to się równa z tym, że Gene musi przełamać swoją fobię związaną z podróżą nimi.

Wspólna podróż grupy ludzi w poszukiwaniu skarbu to temat dość ograny, tak też założenia fabularne nie należą do najlepszych. Dodatkowo, to wszystko zostało polane typowym “animowym” sosem, czyli mamy obowiązkowy wyjazd do gorących źródeł, wyścig, próbę zabójstwa, a także przyłączanie się dawnych wrogów do załogi. Wszystko to widzieliśmy i nie stanowi jakiejś szczególnie porywających założeń. To co twórcom najbardziej się udało to prawdopodobnie postaci, a przynajmniej główni bohaterowie. Gene, jak wspomniałem wcześniej to typ kobieciarza z traumą do latania i świetny strzelec. Podobało mi się, że o swojej traumie nie wspomina w każdej nadarzającej się okazji, a nawet dość szybko jej się pozbywa. W chwili, gdy zasiada w końcu za sterami okrętu, zmienia się. Fajnie właśnie widać, jak postać rozwija się z odcinka na odcinek. Postać Jima, dzieciaka inżyniera zapadła w pamięć, gdyż mimo młodego wieku, zachowuje największą trzeźwość umysłu i stanowi idealne dopasowanie do porywczego i nierozsądnego Gena. Jeden bez drugiego prawdopodobnie by zginął. Jest jeszcze Meflina, owy klucz do skarbu, która jest bio androidem, nie znającym specjalnie świata ludzi i często się w nim gubiąca. O ile wiele osób stwierdza, że jej postać nie jest ciekawa, to jednak nie miała taka być: to w końcu android. Suzuka, zawodu zabójczyni, miała stanowić element tradycji japońskiej w uniwersum, jednak wyszła z niej raczej średnio interesująca postać. Aisha, kotokształtna kapitan statku, który został zniszczony przypadkiem przez Gena i spółkę, była okrutnie irytująca, podobnie jak robot pokładowy (myślę, że Japończycy powinni wyciągnąć więcej z Lema aniżeli z własnych doświadczeń robotyki). Całkiem też nieźle wyszły postaci epizodyczne, zwłaszcza Fred, główny pracodawca Gena i Jima, który nie dość, że jest homseksualistą, to stanowi najlepszy element komediowy serii.

Jak zaś z konstrukcją świata? Muszę pogratulować podejścia do realizmu. Wlatując do danego portu trzeba płacić za dokowanie, utarczki w mieście często mogą się skończyć interwencją odpowiednich służb, zaś sam świat nie jest zbudowany (dosłownie) z elementów typowo kosmicznych. Nie brakuje spelun, ciemnych zaułków i gangów, które czyhają na okazję. Wyjątkowo interesująco przedstawiają się walki w kosmosie. Mamy oczywiście element, który występował od czasu Gwiezdnych Wojen, czyli odgłosy w galaktyce, ale to akurat już stała część wielu produkcji science fiction. To co jednak najbardziej zwraca uwagę to same statki. W przeciwieństwie do wielu serii z gatunku space oper, okręty nie tylko używają dział, ale także specjalnych ramion do walki wręcz. Starcia między statkami przeradzają się z nudnej wymiany ognia do dość efektownych pojedynków na zasadzie zapasów bądź walk sumo. Jest to bardzo duży plus.

Może jednak przekonam cię do obejrzenia Outlaw Star, hm?

Grafika, podobnie jak w wielu produkcjach z tego okresu, jest czysto rysunkowa. Budżet był na miarę przyzwoitym poziomie, to też nie zobaczymy zbyt dużej ilości deformacji, a i walki są efektowne mimo i utrzymujące tempo. Natomiast muszę stwierdzić, że muzycznie anime nie powaliło. Oglądałem wiele produkcji, często przeciętnych, z których jakiś utwór chodził mi w pamięć. Tutaj jedynie jest tak w przypadku Openingu, który jednak nie wychylał się od wzorów, które pojawiały się w tym okresie. Reszta muzyki była zupełnie neutralna. Seyuu odwalili kawał dobrej roboty. Największą gwiazdą była Ayako Kawasumi, choć wtedy, podobnie jak w przypadku Crest/Banner of the Stars dopiero zaczynała swoją przygodę z dubbingiem.

Czy Outlaw Star to słaba produkcja? Osobiście uważam, że nie, są znacznie gorsze. Jest jednak bardzo neutralna i jedyne, co można zapamiętać to walki w kosmosie, parę głównych bohaterów i czołówkę. Widać, że stanowi jeden z elementów upadającego już trendu na Science Fiction i próbę dodania czegoś nowego, by przyciągnąć widza. Ale niestety, popularność visual novel zmiotła na jakiś czas tego typu produkcje do kąta. Mimo to, warto dać się skusić. To przyjemna i lekka rozrywka na stresujący dzień.

Code Geass

Wszystkie do tej pory omawiane produkcje można byłoby określić jako te posiadające siwą brodę. W końcu pierwsze sezony miały miejsce jeszcze w latach 90-tych, a więc okresie, kiedy produkcje Science Fiction były wciąż popularne. Jak wspomniałem w trakcie opisywania Outlaw Star, nadszedł zmierz i przyszedł nowy król: komedie romantyczne. Ale nie zupełny upadek. Swoją nisze z zakresu SF znaleziono w produkcjach typu Mecha, które trwały nieprzerwanie od czasu pierwszych Gundamów jeszcze w latach 70 tych i wciąż zachowały swoją popularność. Najprościej byłoby umieścić Code Geass właśnie w tej kategorii… z tym, że byłoby to kłamstwo. Bardziej to political fiction z elementami walki robotów i magii. Istny miks gatunków. I na dodatek dobry.

Poznajcie Leloucha, na co dzień zwykłego ucznia elitarnego liceum. Nie jest gościem, który jest jakoś szczególnie sprawny fizycznie, nie mniej jest niezwykle inteligentny jak na swój wiek i na dodatek, jest członkiem samorządu uczniowskiego. Przypadek sprawia, że znalazł się w samym środku walki między terrorystami, a siłami porządkowymi Imperium Brytanii, która podbiła pół świata, w tym Japonię, dzięki potężnym robotom- Rycerzy Mroku. Nowa prowincja, o nazwie Strefa 11 nie była szczególnie zachwycona nową władzą, to też część jej obywateli zbuntowała się przeciwko najeźdźcom. Wracając do naszego bohatera, udaje mu się wyjść z cało z walki, dzięki pomocy starego przyjaciela, Suzaku, który teraz walczy po stronie Brytanii. Z ciężarówki, w której ukrywali się terroryści, udaje mu się wydobyć specjalną kapsułę z zielonowłosą dziewczyną. Szybko wpada znów w łapy żołnierzy, ale uratowana dziewczyna ratuje go od śmierci i nagradza specjalną umiejętnością, nazwaną geas, dzięki której można wydać rozkaz, który ofiara musi bezzwłocznie wykonać. Szybko się też okazuje, że Lelouch jest synem samego imperatora Brytanii, który porzucił go po śmierci matki. Młody chłopak, pełen chęci zemsty na płodzicielu, rozpoczyna swoją rebelię, która ma doprowadzić do przejęcia przez niego tronu. W tym samy czasie, Suzaku otrzymuje zaszczyt wzięcia udziału w eksperymencie jako pilot nowego typu robota, który ma przeciwstawić się niebezpieczeństwu ze strony terrorystów. Pionki rozstawione na szachownicy, czas zacząć śmiertelna potyczkę.

Mimo, że zarys jest biedny, to im dalej w las jest o wiele ciekawiej. Przede wszystkim, fabuła jest rozdzielona między różne wątki, które z czasem się ze sobą splatają. Mamy więc zemstę i próbę wejścia na tron Leloucha, walkę o odzyskanie niepodległości Japonii, rozwiązywanie tajemnicy geas, intrygi wewnątrz rodziny panującej czy nawet coś takiego, jaki zwykłe życie w szkole i rodzinie. Oczywiście, nie mogło zabraknąć traum przeszłości. To co wydaje się szczególnie interesujące to jest to, że wszystko nie zostało spowite typowymi dla anime zachowaniami postaci, a każda głupia czynność miała swoje wytłumaczenie w fabule (no… prawie każda, ciągle nie rozumiem motywu z przebieraniem się za koty). Świat przedstawiony, choć pastelowy, nie jest czarny i biały, głównie szary. Nie wiadomo, kogo naprawdę wspierać w serii, gdyż każde ze stronnictw ma coś za uszami.

Zdecydowanie największą zaletą serii są postaci. Główna postać, Lelouch to osoba idąca po trupach do swojego celu, antybohater, z którym w teorii jest ciężko się utożsamiać. Jest żądny władzy i nie powstrzyma się przed najgorszymi czynami. Przybierając postać Zero, tajemniczego mężczyzny w masce i szerokim płaszczu (w ogóle, bardzo dużo tu postaci w płaszczach, taki etos rycerza i bandyty), manipuluje każdym, kto mu się przyda, nie tylko używając swojej mocy, ale również samymi słowami i czynami. Sprzymierzając się z terrorystami, pod pozorem odzyskania dla nich kraju, stara się odzyskać koronę, by wprowadzić Brytanię w nową, świetlistą przyszłość. To świetny taktyk i aktor w skórze potwora, ale zachowujący dużo charyzmy i uczucia dla rodziny, która go wspiera. Po przeciwnej stronie mamy Suzaku, który pnie się w strukturach armii Imperium Brytanii oraz społecznych. On również pragnie zmiany Brytanii, jednak chce to uczynić poprzez wewnętrzną zmianę, a nie agresywną ekspansję. To idealista, zdeterminowany w swoim celu, a przy tym świetny pilot. Trudno go nazwać idealnym, gdyż gdy trzeba nie powstrzyma się przed agresją i ma w licznych momentach wahania co do celu. W tym wszystkim zamieszana jest C.C. (nie mylić z C.C.C.), zielonowłosa dziewczyna, która jest wiedźmą, która przez rozdawanie geas pragnie zdjąć swoje przekleństwo. To cyniczne i wredne dziewuszystko stanowi typ idealnego partnera dla Leloucha, nie mniej, jak kot, chodzi też własnymi drogami. To tylko wierzchołek góry lodowej jeśli chodzi o postaci: mamy jeszcze Kallen, Rolo, Shirley, Nunnally… cały wachlarz postaci, które nie dość, że są świetnie skonstruowane, to jeszcze niemal zawsze odgrywają bardzo znaczącą rolę w fabule. To prawdopodobnie jedna z nielicznych serii (w tym także seriali aktorskich), która tak świetnie wykorzystuje swoje kreacje.

Lelouch suszy ząbki czy kontentuje się z masakry?

Code Geass to świetny pokaz, jak można wymieszać technologię i magię. Stanowi potwierdzenie tezy, że wojna sprawia, że rozwój technologiczny idzie do przodu. Początkowo mechy stanowią siłę, ale bazuje się też na normalnym wojsku. Z czasem sprawy zaczynają przybierać taki obrót, że walki mechów stanowią podstawę każdej batalii, marginalizując zwykłe mięso armatnie. Od zwykłych robotów, po te, co potrafią latać aż po prawdziwe machiny zagłady. Każde ze stronnictw musi cały czas się rozwijać, czy to przez kradzież czy rozwój, by przeciwstawić się potędze innej strony. Zaraz potem mamy magię w postaci geas, która potrafi odwrócić bieg potyczki. Możliwość rozkazu, słuchanie myśli, zatrzymywanie czasu – wszystko to znajdowało rozwiązanie nie tylko poza polem bitwy, ale także w samym jego środku. Jest to jednak obosieczne ostrze, które potrafi też skrzywdzić właściciela i doprowadzić do szaleństwa. Wymaga też eksperymentów, gdyż nic nie przychodzi samo. Z czasem jednak moc wzrasta, co doprowadza do większej potęgi, ale i pogłębienia się szaleństwa.

Graficznie jest to po prostu miód i orzeszki. Wielu sceptyków zarzuca jej, że postaci wyglądają jak anorektycy, nie mniej to styl studia Clamp, który zajmował się warstwą wizualną serii. Walki są bardzo szczegółowe, zwłaszcza te mechów. Jest dynamiczna i pełna fajerwerków, które zadowolą niemal każdego, nawet zachodniego fana serii Transformers. Cała estetyka serii nawiązuje do nurtu rycerskiego, czyli mamy przesadzone, niepraktyczne stroje, które jednak są bardzo efektywne, symbole, takie jak broń biała (nie są używane jako broń do walki, by nie było), wszystko jednak podane w formie futurystycznej. Muzyka to miód dla uszu. Nie brakuje pompatycznych utworów, ale są też takie, które mają podkreślić komizm (jest go trochę w serii, ale nie stanowi on głównego dania, raczej elementu rozluźniającego. Nie można wszak oglądać cały czas wojny, mordu i intryg). Szczególne brawa dla seyuu, zwłaszcza Juna Fukuyamy, który uświetlnił rolę Leloucha. Jego diaboliczny śmiech można śmiało dodać do dziesiątki najlepszych chichotów czarnych charakterów.

Gdyby nietypowa grafika i obecność mechów, można powiedzieć, że byłby to tytuł, który śmiało mógłby obejrzeć każdy fan political fiction. Niestety, słysząc o walczących robotach, wielu dostaje torsji i odrzuca na bok. Szkoda, bo to wielka produkcja, ciesząca się szacunkiem w wielu krajach, nawet u nas w Polsce (zaplusowano zwłaszcza w OVA, gdzie przedstawiono Warszawę i bardzo szczegółowo Stadion Narodowy). Jak na razie mamy dwie serie i spin-offy w postaci OVA, a w nadchodzącym roku należy oczekiwać trzech filmówek w formie podsumowaniu dwój pierwszych sezonów i w końcu – trzeciego sezonu, tak oczekiwanego przez fanów. W tym mnie.

Nippon Banzai!

Otaku? Nie znam człowieka…

279 Views

W wielu sferach grup ludzkich, na osobę czytającą mangi czy oglądającą anime mówi się mangozjeb lub też animezjeb. Co bardziej kulturalne lub oczytane osoby powiedzą po prostu otaku. Najśmieszniejsze w tym jest to, że te pierwsze określenia są, jak na ironię, milsze. Oczywiście, są one obraźliwe, ale mniej bolesne od sformułowania, że „ktoś jest otaku”. Ale, jak to mawiają dziennikarze, nie uprzedzajmy faktów.

By zrozumieć błąd, trzeba się przyjrzeć etymologii i sposobie używania tego wyrazu. W języku japońskim, słowo otaku jest odniesieniem do mieszkania lub rodziny innej osoby niż używający tego słowa. Swoje aktualne znaczenie zaczęło nabierać dopiero po artykule w czasopiśmie „Manga Burikko”, poświęconym anime i mandze. Autor jednego z tekstów, Nakamori Akio, określeniem otaku nadał antyfanom swojej twórczości. Mimo to, wielu zaczęło określac mianem otaku fana mangi i anime, mające nieco żartobliwe znacznie. Trwało to do roku 1989, w którym to doszło do morderstwa czterech kobiet. W domu mordercy, Miyazaki Tsutomu, znaleziono stosy różnych seriali animowanych produkcji japońskiej i brutalnych filmów. Pomimo, że był to odosobniony przypadek, sprawa „Mordercy Otaku” raz na zawsze usadziła słowo „otaku” jako negatywne stwierdzenie w tak hermetycznym państwie, jakim była wtedy Japonia.

Ale, wróćmy do rzeczywistości. Jak wielu mogło się domyślić, słowo otaku oznacza fana anime, mangi i gier komputerowych. Jeśli by szukać jakiś podobieństw, najbliższe byłby słowa „geek” lub „nerd”, ale o ile tych określeń można użyć do różnego rodzaju fanatycznych zainteresowań, to już otaku określa jednoznacznie fana rozrywek z kraju kwitnącej wiśni. Nie mniej, rzecz w tym, że te rozrywki stały się jego życiową obsesją i sensem życia. Wyobraźcie sobie osobę, która poświęca się tylko oglądaniu anime, czytaniu mang i w graniu w gry komputerowe (oczywiście made in Japan!), wywieszaniu plakatów postaci ze wspomnianych form sztuki, kupowaniu tysięcy figurek, pościeli powiązanych z seriami, pisanie fanficów etc etc. Wielu może krzyknąć „ale zaraz, otaku przecież są kreatywni, mogą się zdeterminować, by stworzyć grę lub własną mangę!”. Osobiście wskazywałbym na fakt, że takie osoby są po prostu zainteresowane tego typu popkulturą, ale nie idealizują je bądź nawet czczą jak bóstwo. Stąd, zawsze trzeba postawić barierę między zaciekawieniem, a fanatyzmem.

Takie spojrzenie prezentuje oczywiście zachód. Japończycy odbierają to w jeszcze bardziej negatywny sposób aniżeli my, Europejczycy. Wynika to z kwestii kultury potomków samurajów, gdzie najistotniejsze jest kultywowanie dawnych tradycji. W obecnej chwili, w kraju kwitnącej wiśni dochodzi do małej rewolucji kulturowej pośród młodzieży, która coraz częściej buntuje się przeciwko tradycjom przeszłości. Stąd też, utworzyła się kontrkultura, która uważa bycie otaku za coś dobrego. Dla wielbiących pracę i dyscyplinę Japończyków taki stan rzeczy jest zagrożeniem społecznym. Coraz więcej młodych ludzi daje się ponieść światu rozrywki i wraz z nią dorastając, zamykają się w tym świecie coraz bardziej. Nie chcą pracować czy też pobierać żadnej edukacji. W stosunku do takich osób używa się najczęściej określenia NEET, od angielskiego zdania „Not it Education, Employment or Training”(Bez wykształcenia, zatrudnienia lub szkoleń) lub też Hikikomori (od słów uciekać oraz ukrywać się) dla mocno skrajnych przypadków, podchodzących pod chorobę psychiczną. Na domiar złego, twórcy mangi i anime wcale nie pomagają. W każdym roku, przynajmniej w jednym sezonie, musi wyjść seria, w której to otaku jest przedstawiony jako normalny człowiek, tylko, że zatracony w swojej… pasji. Nic dziwnego. W końcu taki fanatyk to dla koncernów najlepszy cel, więc oczywistością jest, że będzie głaskany po główce.

Stąd też, gdy zobaczysz jakiegoś jegomościa lub waćpannę czytających mangę lub oglądającą odcinek jakiegoś anime, zastanów się, czy używając słowo otaku nie obrazisz go bardziej, niż gdybyś mu powiedział, że jest mangozjebem.