Tag -

ofiarski

Oculum Mundi

Paweł R. Ofiarski – We krwi prawda cz. 1

156 Views

   Stauf spoglądał w stronę coraz bardziej narastającego stosu chorągwi, które padały u stóp doży, Ofierna oraz jego. Starożytny zwyczaj nakazywał, by po wygranej bitwie zliczyć pokonanych. Wedle podań, kiedyś robiono to przynosząc do stóp zwycięzcy jakąś część ciała pokonanych wrogów, czy to uszu, dłoni, a nawet głów. Z czasem w tej tradycji zaczęły zachodzić nieco bardziej cywilizowane zmiany i poczęto wyliczać, ile wrogich oddziałów rozbito w czasie bitwy. A że każdy oddział miał swój własny proporzec i obowiązkiem chorążego była ochrona chorągwi do śmierci, jego zdobycie przez wroga miało stanowić o porażce danej formacji. To co jednak najbardziej Staufa zmuszało do refleksji to znajomość heraldyki, co w efekcie kończyło się identyfikacją poległych szlachciców i często wspomnień z nimi związanych. Dwa białe konie, zwrócone do siebie, na czerwonej tarczy: ród von Zelzen, na chrzcinach którego jeszcze dwa lata temu pił wino, czarny niedźwiedź na żółtym polu: von Pir, z członkiem którego pięć lat temu wygrał turniej w Tenderheim. Ile szlacheckiej krwi tu poległo z powodu byle łyczka, któremu zachciało się wykazać wyższość nad innymi, taka luźna myśl przechodziła przez głowę Staufa.

            Gdy tylko w czasie bitwy doszedł potężny okrzyk Gryfonów „Huza!”, Otto już wiedział, że za chwilę poleje się morze krwi. Z lasu zaczęli wyjeżdżać jeźdźcy, którzy szybko zaczęli nabierać rozpędu, by uderzyć w stronę cesarskiego rycerstwa. Impet był potężny, a nad polem bitwy rozległ się odgłos umierających koni. Gryfoni jednym uderzeniem niemal rozbili w całości wysłaną przez cesarskich jazdę. Stauf wiedział, że widzi to też Schwalzwalde i szybko ruszy w sukurs resztce swoich oddziałów. Otto nie pomylił się: nad polem bitwy rozległy się śpiewy modlitewne zakonników, wzywających Polemo, czy jak mówią na niego na północy, Belladona o wsparcie w swoich czynach. Na czele jechał osobiście wielki komtur zakonu Gorejącego Słońca, co tylko podnosiło morale szarżujących. Naprzeciw nich znów wyszła lekka kawaleria, która ponownie zdołała się przegrupować, korzystając z tego, że zakonnicy zajęci byli walką z Gryfonami. Tym razem impet uderzenia był znacznie większy i mocno przerzedzili liczebność kawalerzystów, omal nie zdobywając chorągwi Staufów. Aby do tego nie dopuścić, wysłano na ratunek piechotę, która miała zawiązać walką zakonników do czasu, gdy jazda ze wschodu przygotuje się do kolejnego natarcia. Szybko zawiązali ich walką, by nie dopuścić, by rycerstwo cesarskie samo zdecydowało się ponowić szarżę. W międzyczasie, udało się obronić chorągwie, którą po śmierci chorążego przejął Castor von Wulfhof i bronił jej, mimo ran. W końcu, Gryfoni zdołali się przygotować do szarży i uderzyć na zakonników, ostatecznie zamykając bitwę zwycięstwem Republiki. Po obu stronach padło wielu, nie mniej, największe straty miało cesarstwo, włącznie ze śmiercią wielkiego komtura.

            Tego samego, którego główna chorągiew spoczęła jako ostatnia na stosie innych. Na niej dwóch mężczyzn położyło na noszach ciało Sigfrida von Schwalzwalde. Jego zbroja i płaszcz były pokryte krwią poległych w czasie bitwy, a śmiertelny cios został zadany pod pachą. Sądząc po ilościach dziur, Stauf zdołał wydedukować, że cios wyszedł z rąk wideł, a więc prawdopodobnie zabił go zwykły piechur. Niezbyt godna śmierć dla szlachcica. Inaczej jednak musiał sądzić doża Tepper, który spoglądał na ciało wielkiego komtura z wielkim zadowoleniem.

– Oto proporzec i ciało tego, co myślał, że jest ponad wszystkie mocarze – rzekł Ofiern, spoglądając na ciało.- Człek, choć gwałtowny, znał rycerskie rzemiosło i winno się okazać mu należyty szacunek i pochować ze wszystkimi honorami.

– Prawdę rzeczecie, panie hetmanie – powiedział Stauf pełen powagi. – Ale wciąż tylko ciało i chorągiew. Niedługo uszyją następną i dadzą tytuł nowemu zakonnikowi, który przejmie jego obowiązki. Winniśmy zostawić kwestię pochówku na później i rozmyślać, co dalej. Panie Tepper, jakieś sugestie?

– Poślemy posłańców do cesarza, by wymusić na nim wycofanie się swoich sił z naszych ziem – powiedział doża. – Wyślemy mu także te chorągwie, by wiedział, że mamy na tyle sił, by się z nim zmierzyć.

– To świetny pomysł – pokiwał głową Stauf, a Wolfgang skinął głową z lekkim uśmiechem. – Jeśli chcemy jeszcze bardziej go rozjuszyć. Jak to mawia stare przysłowie, obetniesz głowę hydrze, wyrosną dwie następne. Wysyłając emisariuszy, będzie to świadectwo, że to my jesteśmy stroną słabszą i chcemy pojednania, a tymczasem to z ich strony powinno wyjść takie poselstwo. Dodatkowo, dzięki chorągwiom będą w stanie wykalkulować ile sił trzeba, by nas ostatecznie rozbić. Stąd mam inną sugestię.

– Mówcie – powiedział doża, ruchem ręki dając wolność wypowiedzi Staufowi.

– Lekką kawalerię wyślemy na północ, by sabotowała wrogie ataki strategią uderz i uciekaj, obniżając morale. W międzyczasie, w miastach niech trwa zaciąg mieszczan. Przydadzą się w trakcie późniejszych bitew. Teraz, gdy zakonnicy zostali pokonani, trzeba się zmierzyć z głównymi siłami, a ją stanowi głównie piechota. Dojdzie pewnie do oblężeń, to też trzeba się skupić na odpowiednim ufortyfikowaniu miast.

– Zapewne cechy nie odmówią wystawienia swoich sił do obrony murów – zapewnił doża, w co nawet Stauf nie wątpił. – Zastanawia mnie, czemu jednak taka nagła zmiana strategii? Wcześniej byłeś waćpan  przeciwny zamykaniu się w twierdzach i miastach.

– Prawda li to – przyznał Ofiern. – Tam nie będziemy w stanie wykazać swego rycerskiego kunsztu jako znakomici jeźdźcy.

– Z całym szacunkiem, panie Tepper, gówno wiecie o strategii – Stauf zauważył, że twarz doży zrobiła się czerwona ze wściekłości. – A wy, hetmanie, o siłach cesarstwa. Z całego kraju zaleje nas piechota, która wie od wieków, jak należy walczyć z ciężkozbrojnym rycerstwem. Piki, które noszą, mają długość nawet do czterech metrów. Ustawione w formacji jeża będą trudniejszym przeciwnikiem dla jazdy aniżeli sama kawaleria, gdyż zwierzęta, niezależnie jak dobrze wytrenowane, nie powtrzymają naostrzonego grotu, który wbije się w szyje zwierzęcia i zupełnie unieruchomi jeźdźca.

– A co z lekką jazdą, hm? – dochodził dalej doża, wstrzymując się od wściekłości. – Nie będzie w stanie wymanewrować wroga i zmusić go do ataku?

– Nie – zaprzeczył Otto, ciężko wzdychając, że musi wykładać takie podstawy. – Po pierwsze, odniosły duże straty. Z dziesięciu chorągwi, zostały tylko cztery, nie licząc Wilców, co daje nam siłę czterech tysięcy ludzi. To żadna siła. Lepiej wykorzystać ich do demoralizacji wojsk a nie na pole bitwy. Wilcy zaś lepiej by zaczęli kąsać tyły, grabiąc, paląc i gnębiąc ludność sąsiadujących księstw. Po drugie, na polu bitwy ciężej będzie ustawić pułapkę dla piechoty, która porusza się w szyku. A tak dobry dowódca, jakim jest Marszałek Raizner, który ma dowodzić cesarskimi wojskami, wie, jak przygotować się do odparcia pułapki.

            Otto spoglądał kątem oka na dożę, który słuchał tego wszystkiego jak bajki starego rycerza: z pełnym podziwem, cząstką niezrozumienia i wielką niecierpliwością. Wiedział, że oczekuje od Staufa dalszych informacji, nie mniej nie miał zamiaru się z nimi dzielić. Odsłonięcie zbyt wielu kart może spotkać przykry koniec każdego. A póki co, nie miał zamiaru kończyć swojego żywota i kariery. W przypadku Ofierna doradca wojskowy dostrzegł, że ten rozumie o co mu chodzi, ale miał wrażenie, że hetman spogląda na niego z dozą lekceważenia. Otto wiedział o co mu się rozchodzi. Pavel Ofiern pochodził z bardzo starej atrynijskiej rodziny szlacheckiej, która niejednokrotnie miała w dłoni buławę hetmańską, a jego przodkowie zawsze dowodzili w największych wojnach, w których brała udział Atrynia. Wierzył w niemal zapomniane przez cesarstwo cnoty, a jedną z nich była rycerskość, którą przekładano na pole bitwy. A że rycerz składa się z jeźdźca i konia, to brak jednego z tych elementów sprawiał, że przestał istnieć. To pozornie i głupie porównanie było dla Atrynijczyków bardzo ważne, gdyż słynęli ze swojej jazdy i dzięki niej górowała nad resztą państw, to też pozbawienie ich tego atutu znacznie temperowało ich pewność siebie. Pozbawienie Ofierna możliwości wykazania się swoją jazdą mogło uchodzić za zhańbienie go. Ale w głębi duszy Otto wiedział, że hetman zdaje sobie sprawę, że Stauf ma rację, to też nie robił z tego awantury.

–  A więc obrona miast – przyznał doża, klaszcząc raz dłońmi. – Wyślę wieści do najważniejszych miast republiki, by cechy zaczęły się zbroić. Nie mniej, uczynię to dopiero po uczcie.

– Uczcie? – wzrok Staufa gwałtownie przesunął się w stronę Teppera. – W tym momencie?

– Oczywiście – stwierdził zadowolony z siebie doża, zarzucając do tyłu teatralnie płaszcz. – Cóż lepszego będzie nad napawaniem się zwycięstwem przy kielichu wina, akompaniamencie muzykantów wprost z Akademii Sztuk Pięknych wraz ze wszystkimi tymi, którzy przyczynili się do zwycięstwa w tej bitwie.

– Mądrze Pan prawi – Ofiern kilka razy kiwnął głową na znak aprobaty. – Nic tak nie smakuje po bitwie jak dobra biesiada.

– Postanowione – zakrzyknął Wolfgang, odwracając się piętą w stronę obozu. – Stauf, tuszę, że się również pojawisz i nie będziesz podpierał namiotu.

– Oczywiście, że przybędę – odpowiedział chłodno Otto, kłaniając się mijającemu go hetmanowi, który odwzajemnił grzeczność. – Wpierw sprawdzę co z wojskami i zrobię porządek z tym ciałem i chorągwiami.

            Doża nic nie odpowiedział, gdyż zadowolony oddalił się, nucąc jakąś wesołą melodię. Otto westchnął głęboko i machnął w stronę dwóch gwardzistów republiki, którzy wyznaczeni byli do przynoszenia chorągwi, wskazując na ciało wielkiego komtura. Ci uderzyli tylko pięścią w płytowy kirys na znak potwierdzenia rozkazu i zabrali ciało z dala od Staufa, który i tak zaczął się oddalać od gwardii. Niedaleko niego stali jego osobiści strażnicy, chociaż bardziej można byłoby ich nazwać członkami jego armii. Co prawda, z racji stanowiska, Stauf miał przywilej korzystania z gwardii doży, to pewniej się czuł w otoczeniu własnych żołnierzy. Ci mężczyźni, wyposażeni w  pełne kolczugi, stożkowate szyszaki i płaszcze z herbem rodowym Staufów, gdy tylko zobaczyli swoje pryncypała zasalutowali. Otto odwzajemnił się skinięciem głowy, pewnym krokiem ruszył w stronę namiotów, by osobiście sprawdzić nastroje wśród wojska. Zaraz za nim ruszyli jego ludzie w liczbie sześciu.

            Stauf w otoczeniu swoich żołnierzy zszedł z pagórka, na którym mieścił się namiot narad, w którym przed bitwą przygotowywali (czy raczej on przygotowywał) strategię bitwy i skierował się do obozu poniżej. Z góry wyglądało to, jakby na równinie stanęło nowe, potężne miasto zrobione z wielokolorowych namiotów, zarówno o tradycyjnym, trójkątnym kształcie, jak i w formie pawilonów, które były zarezerwowane głównie dla szlachty, dowódców poszczególnych oddziałów i co bogatszych najemników. Szczególną uwagę zwracały te o czerwonych barwach, odseparowanych od pozostałych, a które zamieszkałe były przez Gryfonów. Wejście do tej części obozu było pilnowane przez samych rycerzy ze wschodu, jakby chcieli się odróżnić od zwykłego żołdactwa. Jeszcze przed bitwą dochodziło do wzajemnych przepychanek między atrynijczykami, a pijanymi żołnierzami republiki, które omal nie skończyły się na wewnętrznej bitwie. Szczęśliwie, skończyło się na kilku ciężko rannych, a ludzie w porę się opanowali, gdy zobaczyli Staufa z uzbrojonych w pełne płytowe pancerze gwardzistów Norithoru, gotowych oddać strzały z kusz w stronę niesubordynowanego wojska. Podobnie uczynił też Ofiern, jednak mając za sobą grupę Wilców, którzy czekali tylko na pretekst by ulżyć komuś z życia. Obecnie jednak nie dochodziło do żadnych wewnętrznych konfliktów. Ludzie zajęci byli radowaniem się po zwycięskiej bitwie, śpiewając sprośne piosenki, otwierając beczki z piwem i rozpalając ogniska, na których dzisiejszej nocy upieczony będzie nie jeden świniak. W końcu dał rozkaz kwatermistrzom, by w chwili zwycięstwa nie ograniczali jadła dla żołnierzy. Niektórzy czyścili swoją broń i pancerze, inni zszywali uszkodzone ubrania i skórzane zbroje, które nosili. Jednak, gdy tylko Stauf postawił nogę w obozie i zaczął przez niego przechodzić, żołnierze zaczęli wiwatować na część Norithoru oraz samego Ottona, podnosząc do góry swój oręż i pięści. Co ciekawe, nikt nie wzywał imienia doży, co przeświadczało Staufa, że żołnierze wiedzą, komu tak naprawdę zawdzięczają zwycięstwo. Doradca wojskowy republiki żałował jedynie, że nie robią tego ci, co znajdowali się w drugim i trzecim obozie. Ten drugi to był obóz jeniecki, w którym przetrzymywano pojmanych wrogów. Część z nich była to szlachta i zakonnicy, którzy zdołają się wykupić z rąk doży (a Stauf wiedział, że Tepper bardzo chętnie przygarnie ich denary), a pozostała część to zwykli poborowi i czeladź, którzy mogli liczyć na łut szczęścia, że ich panowie o nich nie zapomną lub będą zmuszeni do pracy w charakterze przymusowej służby w obozie, chyba, że zdecydują się zmienić stronę. Tak to zwykle robi się z najemnikami, którym proponuje się walkę po ten zwycięskiej stronie. Jeńcy nie cieszyli się na zwycięstwo i z tamtej strony nie dochodziło nic poza szczękami pancerza pilnujących więźniów. Trzecia część obozu nie była taka cicha, ale odgłosy dobiegające z tamtej strony raczej wskazywały, że dla niektórych bitwa wciąż trwa. Był to lazaret, gdzie opatrywano rany. Z czego opatrywanie było stwierdzeniem nad wyraz niepoprawnym. Medyków było mniej niż rannych, to też prowadzono selekcję. Tych, co mają największe prawdopodobieństwo przeżycia opatrywano jako pierwszy, a potem resztę. W przypadku tych drugich kończyło się to często na amputowaniu kończyn bądź też, w przypadkach bardziej krytycznych, po prostu uśmiercaniem. Oczywiście, medyk to też człowiek i odpowiedni dźwięk w sakiewce mógł nieco przyspieszyć sprawę, stąd niekiedy lazarety zmieniały się w aukcje ludzkim życiem. Było to przerażające, ale jednocześnie jakże ludzkie. Stauf tego nie potępiał. Sam tak robił wielokrotnie, a wiedział, że i jego ranny, były zięć, Castor von Wulfhof, też poczynił w tę stronę jakieś kroki.

            Gdy tylko obszedł większość obozu, ukontentowany morale żołnierzy, zaczął kierować się w stronę swojego namiotu, by odpocząć i przemyśleć następne kroki. Mieścił się on na pagórku w samym centrum obozu i był otoczony namiotami swoich najwierniejszych żołnierzy. Ufał im bardziej niż swojej rodzinie, to też tylko wśród nich czuł się najpewniej. Skinął jeszcze kilku żołnierzom i ojcowsko niejednego poklepał po ramieniu, wykazując podziękowanie za dobrą walkę, by dość do swojego namiotu. Tam, oprócz czekających go wojsk, czekało jeszcze dwóch mężczyzn, których Stauf znał bardzo dobrze. Jeden z nich, ubrany w czarny dublet i białą koszulę z koronkami na rękawach, opierał dłoń na szabli. Mimo, iż mężczyzna nosił broń typową dla Atrynijczyków, nie pochodził z tego królestwa na wschodzie. Dowodem były czarne włosy, zaczesane w kitkę, gdy tymczasem w Królestwie Atrynii nosi się krótkie włosy, a także wyszyty na piersi herb Marchii Walsberg, części cesarstwa leżącej na północnym wschodzie. Drugi mężczyzna był ubrany w bardziej krzykliwy strój, składający się z żółtego kaftana i czerwonych spodni, zaś za pasem zwykły miecz jednoręczny. Na piersi miał wyhaftowaną tarczę o pięciu czerwonych słupach oraz postaci mężczyzny z dzbanem i lwa, który w całości tworzył herb Księstwa Flavoux, leżącym na południowym wschodzie i najbliżej granic z Republiką Norithoru. Na dodatek, mężczyzna był rudy, co w cesarstwie uchodziło za przejaw głupoty. Ten mężczyzna jednak był zaprzeczeniem tego mitu.

            Wszak obaj byli ambasadorami na dworze w Norithorze, a na takich nie wybierano głupców. Zazwyczaj.

Podczas, gdy całe cesarstwo rzuciło się na Republikę jak wściekły pies, to tylko dwa księstwa nie stawiły się na wezwanie cesarza: Marchia Walsberg i Księstwo Flavoux. To pierwsze chroniło się tak zwanym Pax Walsi, które pozwalało im nie brać udziału w walkach w chwili, gdy terytorium dowolnego organu państwowego przechodzi przez kryzys w postaci epidemii na dużą skalę. Ma to być forma kwarantanny, by choroba nie rozpowszechniała się na pozostałe ziemie cesarstwa. Takie prawo orzec mogli jedynie eklezjanie Hilen i Walsa, czyli kolejno bogini zdrowia i boga śmierci, i to wspólnie. Oczywiście, odpowiednia dotacja będzie w stanie znacznie ułatwić ustanowienie Pax Walsi. Państwo objęte tym prawem nie będzie brane pod odpowiedzialność w chwili, gdy nie stawi się na wezwanie cesarskie. Interesujące jest to, że emisariusze wysłani na dwory przez wybuchem epidemii dalej mogą reprezentować interesu swojego państwa, to też Sebastion wciąż mógł szyć swoje intrygi. W przypadku Księstwa Flavoux sprawa miała się trochę inaczej. To księstewko leżało tak na peryferiach państwa, że niemal było zapomniane. Ambasadorzy rzadko gościli na dworach, to też nie brali czynnego udziału w polityce. O ile na dworze w Tellamel często pojawiali się emisariusze z innych księstw i republik, to stwierdzali, że nawet nie ma sensu ingerować w cokolwiek ze względu na to, że nie mieli nic do ugrania w tym dziwnym księstwie. To też, gdy Rispodelh II ogłosił swoją krucjatę na południe i nie dostał odzewu z dworu w Tellamel, miał to określić jako typową reakcję mało ambitnego dziecka, które chce bawić się tylko swoimi klockami. Jednakże, bliskość konfliktu tak blisko granic Księstwa Flavoux wymusiła wzmocnioną reakcję dworu i posłania kilku emisariuszy do Norithoru, by badali sytuację i donieśli o finale. Dla dworu w Tellamel, Norithor był jedynym zagrożeniem wewnątrzpaństwowym, to też rozstrzygnięcie było istotne dla księżnej siedzącej na tronie we Flaxoux.

Stauf zdawał sobie sprawę, że ich obecność, nawet ambasadora z Flavoux niesie coś ważnego. Nawet nie wynikało to z polityki. Po prostu Otto znał ich dość dobrze osobiście.

– Sebastion – zaczął Stauf, zwracając się do ubranego na czarno emisariusza, otwierając szeroko ręce. – Nie lada niespodziankę sprawiłeś, że się tutaj pojawiłeś.

– Radość jest odwzajemniona, Ottonie – odpowiedział Sebastion Waer, ściskając doradcę. – Myślałem, że nie dożyjesz wieczora.

– I sprawić ci zawód, że nie będziesz musiał pić. Bynajmniej! – zaśmiał się Stauf, odrywając się od misia i podchodząc bliżej drugiego ambasadora. – Vigo Kasapi, myślałem, że już dawno zagrzebałeś się w tłumie innych dworzan w Norithorze.

– Dlatego noszę się krzykliwie – odpowiedział Vigo, szczerząc się od ucha do ucha, również ściskając się ze Staufem. – Choć wciąż nie aż tak mocno jak niektórzy w moim ojczystym księstwie.

– Wy tam we Flavoux zawsze mieliście walnięte we łbie, jeśli chodzi o modę– machnął ręką Otto, gdy już skończył się już witać z drugim towarzyszem. – No, gadajcie, co was tu sprowadza.

– Jak to co? – zdziwił się Sebastion.- Osobiście chcieliśmy złożyć gratulację za zwycięstwo nad siłami zakonnymi.

– To chyba powinniście iść wpierw do doży – stwierdził Stauf, uśmiechając się krzywo. – W końcu to on dowodził całą bitwą.

– Nasza wizyta u ciebie ma charakter nieoficjalny – stwierdził Vigo, uśmiechając się kwaśnie. – Stąd gratulację do… prawdziwego herosa dzisiejszego dnia odbędą się później.

– Organizuje ucztę z grajkami, więc zapewne będziecie mieli okazję mu pogratulować – stwierdził Otto, klepiąc obu towarzyszy po plecach. – No ale nim dojdzie do tej winiarskiej uczty, co powiecie na skosztowanie prawdziwego trunku. Mam coś specjalnego u siebie w namiocie, specjalnie na okazje, by się odpowiednio przygotować na tę nudną biesiadę.

– Brzmi nad wyraz dobrze – stwierdził Kasapi. – Prowadź.

            Stauf zadowolony, podciągnął pas do góry i nakazał swoim żołnierzom pozostanie na posterunku. Ci zasalutowali i wykonali rozkaz. W tym czasie szlachcic z ambasadorami skierowali się w stronę namiotu.

            Gdy trójka mężczyzn weszła do środka, uderzył ich wszystkich kwaśny zapach potu, który wydobywał się z przepoconych ciuchów. Stauf już od dawna był w trakcie kampanii, to też rzadko miał okazję prać swoje ubrania. Zaraz przy jednej ze ścian stał manekin, na którym zwykle wisiał pancerz. Zawołał do siebie kilku paziów, którzy pomogli mu ściągnąć kolczugę i kirys. Gdy tylko pozbył się balastu, poczuł lekkość na ramionach i brzuchu, który mocno mu ściskał. Najlepsze lata wojaczki miał już za sobą, to też jego brzuch rozrósł się, że powoli nie mieścił się już w zbroi. Dwaj ambasadorzy zajęli miejsca na krzesłach, które umieszczone były przy stole, na którym leżała bardzo dokładna mapa Republiki Norithoru. Obok stała jeszcze skrzynia oraz piedestał na miecz.

            Gdy tylko służący skończyli ściągać pancerz Staufa i ten pozostał jedynie w brązowej przeszywanicy, spodniach oraz butach, odwiesili go na manekin i wyszli. Otto w tym czasie skierował się w stronę skrzyni, wyjmując z niej trzy kubki oraz szklaną butelkę z zieloną cieczą.

– Wygrałem to od jednego z najemników w kości – powiedział Otto, odkorkowując butelkę i rozlewając ciecz. – Dokładnie trzy takie. Jak zobaczyłem tego wojownika, myślałem, że mnie będzie chciał pobić, ale zadziwiająco oddał fant w moje ręce. Siłacz o dobrym sercu.

– To niezbyt dobra cecha u najemnika – stwierdził Vigo,  spoglądając podejrzanie na ciecz.

– No nie wiem – odpowiedział Stauf, wzruszając ramionami. – Potem widziałem, jak mieczem rozplatał dziesięciu mężczyzn bez żadnego zwątpienia. Ot, taki paradoks. W każdym razie, wygrałem trzy butelki tego trunku. Jeden sam już wypiłem, drugi rozpiję z wami, trzeci na inną okazję. Ostrzegam jednak, czegoś tak mocnego nigdy jeszcze nie piliście.

– Kto nie ryzykuje, nie wygrywa – powiedział Sebastion, unosząc kubek. – Zdrowie, panowie.

            Gdy wszyscy wtórowali słowem zdrowie, unieśli naczynia do góry i chcieli wypić duszkiem. Gdy jednak doszli do połowy, zarówno Kasapi i Waer nabrali powietrza w usta, łapiąc oddech. Potem zaczęli kaszleć.

– Stauf, kurwa – zaczął Sebastion bardzo przytłumionym głosem. –Czy ty chcesz nas zabić?!

– Ostrzegałem – odpowiedział Otto, odkładając pusty kubek. – Teraz wiecie, że już próbowaliście wszystkiego.

– Z czego to jest zrobione – chciał spytać retorycznie Vigo, przykładając usta do rękawa kaftana, nie mniej Stauf zdołał na to odpowiedzieć.

– Ten najemnik mówił, że robi to jeden z drwali z jego rodzinnych stron z pokrzyw i innych roślin, które znajdzie w lesie. Wspomniał coś o nazwie drzewinki, ale nie wiem, czy to nazwa wsi czy jakieś miejsce w lesie. Kiedyś będę musiał to sprawdzić. O ile będzie jeszcze okazja. No, ale dość krotochwil, panowie.

– W rzeczy samej – przyznał Sebastion, odkładając kubek, wciąż jednak się krzywiąc. – Przejdźmy do interesów. Jako ambasadorowie, którzy na co dzień przebywają na dworze doży chcąc nie chcąc musimy złożyć gratulacje zwycięstwa Tepperowi.

– Jak rozumiem, to oficjalna wizyta waszego poselstwa? – spytał Stauf, chowając butelkę z powrotem do skrzyni.

– Tak – przyznał pewnie Vigo, poprawiając swój kaftan. – Skierowana bezpośrednio do doży. Nieoficjalnie, składamy w twoje ręce gratulacje za majestatyczną wiktorią nad zakonami. Cesarz jest bardzo z tego zadowolony.

– Więc nasza umowa dojdzie do skutku, tak? – ponownie spytał Stauf, dołączając do ambasadorów, a sam zaczął się uśmiechać od ucha do ucha.

– Naruszenie potężnego filaru, jakim był Zakon Gorejącego Słońca i Grobu św. Thadeusa znacznie osłabi wpływy polityczne wielkich mistrzów w Kelrad, dzięki czemu duża część senatu przestanie kwestionować sukcesję i przejdzie na stronę Rispodelha II, niech nam żyje jak najdłużej – powiedział Waer bardzo poważnym głosem. – A jako, że ciebie wskaże się jako tę osobę, która pod Zielonymi Polami zgniotła kwiat cesarskiego rycerstwa, zostaniesz przez senat okrzyknięty bohaterem.

– Oczywiście, niektórzy dalej będą cię ogłaszali zdrajcą – wtrącił się Vigo. – Dorowie, którzy mieli dobre relacje z kościołami od pokoleń, nie będą patrzyli na to przychylnym okiem, ale ich partia nie będzie miała takiej siły przebicia, by senat nie przyjął twojej kandydatury do rodzin senatorskich w stolicy.

– Pysznie – przyznał Stauf, bardzo z siebie zadowolony. – Mam nadzieję, że pałac, który sobie wypatrzyłem w Kelrad wciąż jest wolny. Żaden inny nie pomieści moich rzeczy z twierdzy w Republice.

– A skoro już przy tym – zagaił Waer, uderzając palcami o stół. – Jak zamierzasz wycofać się z Norithoru i pokonać pozostałą armię… zdrajców.

– Podjąłem już odpowiednie kroki – wyznał Stauf. – Lekkiej kawalerii nakażę udać się na północ pod pretekstem akcji dywersyjnych. Oczywiście, to będzie kłamstwo, dywersja dywersji, że tak ujmę. Moimi rozkazami, jeźdźcy po prostu udadzą się bezpośrednio do obozu cesarskich, by się oddać na służbę. Do Norithoru zostanie wysłana informacja o zdradzie, to też, bojąc się kolejnych takich sytuacjach, pójdę z resztą sił w stronę wojsk cesarza. Tam oczywiście, połączę swoje siły z wysłanymi wcześniej wojskami i oficjalnie ogłoszę zmianę stron.

– Szalone i odważne – przyznał Vigo. – Powiedziałbym, że wręcz ryzykowne dla całego planu. Wysłani żołnierze mogą nie chcieć dołączyć do wojsk cesarskich, w końcu dotąd bili się za swoje państwo i mogliby zignorować rozkaz poddania się i wciąż walczyć.

– Ryzykowne z pozoru, Vigo – zaprzeczył Stauf, spoglądając na mapę, gdzie zaznaczone były twierdze i kluczowe wsie w republice. – Większość rodzin szlacheckich w Norithorze nie popiera działań doży, który traktuje ich jak zwykłych obywateli, a nawet trochę z pogardą. Jak to on sam określił „pozostałość starożytnych systemów władzy na południu” z chęcią dobrałoby mu się do gardła jeszcze w chwili, gdy wybuchła cała wojna. Udało mi się ich poskromić, dając im coś na pożarcie: lojalistów, zdrajców wśród błękitnej krwi, którzy pozostawali wierni doży. Podczas gdy normalni obywatele sądzili, że w ten sposób usuwamy stronników cesarskich, usuwaliśmy przeszkody na naszej drodze do późniejszej, prawdziwej rewolucji. Wszyscy byli zadowoleni.

– Cholera, Otto – pokiwał z uznaniem Sebastion w stronę szlachcica. – Strategia godna Marszałka Cesarstwa, hełmy z głów.

– Wszystko pięknie, Stauf- dodał z mniejszym podziwem Vigo. – Ale wciąż dużo ryzykujesz, posyłając wojska samopas. Nawet jeśli nie będą dalej lojalni wobec republiki, jakiemuś Henrichowi z Psiej Budy uderzy fantazja, by ruszyć na trakt by rabować. No i nie zapomnij o Atrynijczykach. To wciąż znaczący sojusznicy dla Norithoru, a ich Wilcy to z natury grasanci, którzy pozostawieni samym sobie, zaczną grabić, palić, gwałcić każdą napotkaną wieś czy miasteczko.

– Jeśli chodzi o Ofierna i jego jeździecką kompaniję, nie musicie się bać – uspokajał Stauf, wciąż nie przestając się uśmiechać. – Wiem od moich szpiegów w Królestwie Atryni, że tamtejsze wschodnie plemiona nomadyczne znów przepuszczają zmasowany atak, to też lada dzień dostaną rozkaz, by się wycofać z Norithoru, pozostawiając dożę osamotnionego. A co do pierwszej twojej uwagi, Vigo, masz rację, ale nie puszczę żadnego szaraczka z Psiej Budy jako dowodzącego całym przedsięwzięciem. Pójdzie najbardziej zaufana osoba z całej tej bandy błękitnokrwistych: mój były zięć, Castor von Wulfhof.

– Castor Błazen? – zaśmiał się Sebastion. – I ludzie go posłuchają?

– Nie wiesz co mówisz, Waer – szturchnął ambasadora Vigo.- Na południu mówią o nim Castor Nieustraszony. Ale fakt, ma dość mieszaną reputację i jego czyny pod Hagenbach miały dwuznaczny wydźwięk. Część może mieć wątpliwości co do czynu

– Wystarczy – Stauf uniósł otwartą rękę do góry. – Plotki plotkami, nie mniej trudno o bardziej zaufaną osobę aniżeli on. Choćby przez to, że jest mi winien nie lada przysługę za to, że wyciągnąłem jego i jego ród z pohańbienia, o czym pewnie słyszeliście.

– Oczywiście – przyznał Sebastion, kiwając głową. – Niektórzy uważają zamieszki w Wulfhof jako początek rebelii przeciwko cesarstwu i śmierć wielu szlacheckich głów spoczęła na głowie młodego Castora, nie mniej, wciąż nie ma gwarancji, że posłucha.

– Nie ma innej drogi, gdy ruszył już zegar – zakończył krótko Stauf. – Sam z nim porozmawiam i przekonam, żeby nie robił żadnych głupot.

– A zakładając hipotetycznie, czy gdyby jednak odmówił, co zrobisz? – dopytywał dalej Waer. – Zabijesz go w imię racji stanu?

            Przez chwilę Stauf zamilkł, jakby szukając odpowiedzi. Zarówno Sebastion, jak Vigo wiedzieli, że nie będzie to łatwe dla niego. Wiedzieli, że z chłopakiem łączy szczególna więź, dla większości niezrozumiała. To dwa przeciwne bieguny, które muszą ze sobą współżyć dla dobra jednego i drugiego i dla oby ambasadorów nie było to do końca zrozumiałe.

            Stauf w końcu wstał z miejsca i odpowiedział.

– Nie zabiję go, przynajmniej nie w sposób typowy dla Modris i czy Norithioru. Jeśli będę musiał, po prostu pokonam go w bitwie i wtedy rozsądzę o jego losie. Nie jestem zabójcą, a żołnierzem. On też. Zasługuje przynajmniej na tyle.

            Sebastion kiwnął głową, ale Otton zauważył, że po tych słowach usta Vigo nabrały jakiegoś krzywego uśmiechu.

Nippon Banzai! Publicystyka

Paweł R. Ofiarski – Fate/Stay Night: Heaven’s Feel. Part 1: Presage Flower

367 Views

Oj nie ma seria Fate ostatnimi czasy łatwo jeśli chodzi o serialowe adaptacje. Po doskonałym Fate/Zero, który był prequelem do Fate/Stay Night, mieliśmy kilka produkcji, które w mojej osobistej opinii nie należały do dzieł szczególnie wybitnych. Wpierw na ekrany telewizorów otrzymaliśmy drugą ścieżkę z gry Fate/Stay Night, mianowicie Unlimited Blade Works. Ze względu na charakter scenariusza z gry, trzeba uznać to anime za maksymalnie poprawne i przyjemne w odbiorze, nie mniej nie przyciągało jakoś szczególnie do ekranu. Niedługo potem otrzymaliśmy dwa spinoffy serii. Pierwszy, Fate/Apocrypha, był zupełnym nieporozumnieniem, czego niezwykle żałuję, gdyż oryginał, czyli Light Novela (trudno znaleźć odpowiednie polskie słowo na określenie tego typu książek, chyba najbliżej byłyby powieści odcinkowe) miała potencjał, które jednak odpowiedzialne za tę porodukcję studio zmarnowało (niech cię Netflix!). Niedługo potem otrzymaliśmy dość surrealistyczną produkcję o nazwie Fate/Extra: Last Encore, która miała być adaptacją dwóch gier z serii Fate z podtytułami Extra i Last Encore. O ile o postaciach mogę powiedzieć, że należały do ciekawych, to już w przypadku fabuły nie mogę wyrazić tak pozytywnej opinii. Przypominało to bardziej grę, w której gracz musiał przechodzić z poziomu na poziom i widz tracił zainteresowanie opowieścią w połowie serii. Co więcej, twórcy uznali, że to cudowne będzie widzów naładować terminologią, którą i tak ni w ząb nie zrozumieją, a będą musieli mieć z nią doczynienia przez cały seans. W swojej wyliczance nie biorę pod uwagę serii Fate/Kaleid, która poza postaciami nie ma nic wspólnego z głównym źródłem (aczkolwiek napomnę, ze adaptacja filmowa tej serii była bodaj najciekawszą produkcją z powstałych po Fate/Zero). Ci, co czytlai moje opinie na temat serii Fate, które umieściłem w jednym z numerów Abyssos, wiedzą, że wiązałem z powyższymi anime duże nadzieje, które zostały rozwiane przez rzeczywistość. Pozostał jedynie ostatni bastion: filmowa adaptacja trzeciej ścieżki z gry Fate/Stay Night: Heaven’s Feel. Mając jednak w pamięci powyższe produkcje, czekałem na nią z dużymi obawami. Gdy w końcu trafiła w moje łapki, wziąłem głęboki oddech i włączyłem produkcję, poddajac się losowi.

Ważną informacją dla potencjalnego widza będzie, niestety, to, że trudno będzie się połapać w serii bez znajomości franczyzny Fate. Pojawiające się tam postaci czy żarty będą zrozumiałe jedynie dla znających świat. Nie mniej, moim obowiązkiem, jako recenzenta, będzie jak najbardziej obiektywne spojrzenie na produkcję, zarówno ze strony dla znającego markę, jak i dla kompletnego laika. Nie mniej, zachęcam do obejrzenia choćby do obejrzenia prequela, Fate/Zero, gdyż można odnieść wrażenie, że scenariusz był pisany właśnie pod ścieżkę Heaven’s Feel.

Akcja przenosi nas znów do miasta Fuyuki, w którym znów rozpoczyna się Wojna o Świętego Graala. Ponownie głównym protagonistą jest dobroduszny Emiya Shirou, który wplątał się przez przypadek w wojnę i stał sie jej uczestnikiem, przyzywając dusze potężnego, mistyczno-historycznego bohatera, który miał się zmierzyć z pozostałymi uczestnikami o przedmiot, który ma spełnić dowolne marzenie zwycięzcy. Czyli mamy powtórkę z poprzednich serii. Ale jedynie początek można uznać za wspólny z poprzednimi ścieżkami. Pojawia się bowiem coraz większe zagrożenie ze strony dodatkowego sługi, który pożera ludzi, a także tajemniczego bytu, który pojawia się z nikąd i pożera sługów w nicość. W to wszystko związana jest młoda dziewczyna, Sakura, która z zewnątrz jest niewinną dziewoją, nie mniej ewidentnie skrywa jakiś sekret.

Tajemnicza, ciemno- czerwona masa. Czym ona jest?

Drodzy czytelnicy, ja wiem, że opis fabuły zdaje się przypominać, jakby pisany był pod jakąś Tele-Gazetę, nie mniej, naprawdę trudno byłoby opisać fabułę tej produkcji bez wdawania się w ujawnienie fabuły. I to fabuły, która moim zdaniem, jest w stanie pobić ścieżkę Fate z Fate/Stay Night na głowę. Nie chcę oczywiście prognozować tak mocno do przodu, w końcu mamy do czynienia z pierwszym filmem z trylogii, której dwa następne filmy planowne sa na 2018 i 2019 rok, nie mniej, wszystko wskazuje na to, że będzie to produkcja co najmniej dobra. Bardzo dobrym pomysłem okazało się rozbicie serii na trzy filmy, zamiast zrobić jeden, jak to miało miejsce ze ścieżką Unlimited Blade Works z 2010 roku, która starała się ująć wszystkie wydarzenia w dwóch godzinach. To się nie mogło udać i traciło się przez to wiele soczystych kawałków ze ścieżki. Poprawiono to co prawda kilka lat później, robiąc z tego cały serial, nie mniej, sposób, jaki zdecydowano się zobrazowac ścieżkę Heavens Feel też jest dobry (choć wolałbym i tak odcinkowe anime, ale co się nie ma, co się lubi…). Warto zaznaczyć też znacznie mroczniejszy klimat opowieści. O ile wszystko jest ujete w bardzo jaskrawe barwy, to w ciągu całego seansu można było wyczuć dość cięzką atmosferę (może za wyjątkiem kilku scen o czysto humorystycznym charakterze), a te chwile oddechu pozwalały zaczerpnąć powietrza przed coraz to liczniejszymi pytaniami. Nie mniej, pojawia się też łyżka dziegciu w tym miodzie. Z założenia ta ścieżka ma być horrorem, nie mniej, nie czuło się tutaj atmosfery grozy, a raczej przygody. Nie zrozumcie mnie źle: były świetne momenty, które uderzały w serce, to jednak brakowało aż takiego poczucia niebezpieczeństwa u widza. Winić można trochę za to medium, w końcu to jednak animacja, nie zaś film, a ona rządzi się swoimi prawami. Widziałem co prawda kilka dobrych i strasznych horrorów anime, ale to tylko potwierdza regułę. Kolejną rzeczą, którą w szczególności docenią fani serii Stay Night jest zupełnie odmienne podejście do scenariusza. Założeniem gry było, by każda ścieżka była inna, to miała ze sobą pewne cechy wspólne. Jednakże, w przypadku Unlimited Blade Works mimo tego, że akcja szła innym torem, to jednak była ona bardzo podobna do ścieżki Fate, jakby dodano do niektórych aktów dodatkowe sceny. W przypadku pierwszego filmu Heaven’s Feel wszystko zostało odwrócone od 180 stopni i nawet sławetne spotkanie w kościele na początku od samego początku miało inny przebieg, choćby ze względu na zdradzenie ważnego dla poprzednich ścieżek twistu fabularnego. Może to świadczyć o tym, że faktycznie ma się do czynienia z czymś świeżym.

Sławetne spotkanie w kościele, które jednak skończyło się zupełnie inaczej niż wcześniej…

Skoro mówimy o Fate, mówimy o Wojnie o Świętego Graala. A skoro wojna, nie mogło oczywiście zabraknąć bitew, chociaż potyczki byłby znacznie lepszym słowem. A tych w Heaven’s Feel nie brakuje, a co ważniejsze, są świetnie wyreżyserowane, czego można było się spodziewać po studiu Ufotable, które wzięło tę serię na warsztat. Niesamowite wrażenie zrobiły przede wszystkim potyczki na przyczepie pędzącego po ulicach pojazdu pomiędzy Lancerem, a Assassinem, a także kończący film pojedynem w świątyni. Oglądało się to z dużą przyjemnością, rozkoszując się każdym elementem sekwencji pojedynku z dość soczystym zakończeniami (acz trochę spadającym niczym Deus Ex Machina). Zwolenników realistycznych walk muszę jednak ostrzec: jako, że są to pojedynki postaci historycznych, bądź legendarnych, trudno się spodziewać, by walki byłby owzorowane w sposób znany człowiekowi. To seria urban fantasy i siadając do niej, warto o tym pamiętać. Ważne jest też to, że nie nastawiono się na akcje typowo potyczkową i było sporo momentów zadumy i wytchnienia, za co chwała twórcom .

Pojedynek na przyczepie. Majstersztyk!

Postaci, oj tutaj będzie co opisywać, bo było ich dość sporo i na tyle istotnych, że należy o nich wspomnieć. Co ważniejsze, scenarzyści postanowili zagrać mocno na uczuciach fanów i serwując nam tzw. fanserwis (czyli zagrania mające na celu zadowolenie fanów), w którym każdy, kto zna serię uśmiechać się będzie od ucha do ucha. Ale, wracając do bohaterów: warto zacząć od głównego protagonisty, Emiyi Shirou. Zdaje się, że jest to chłopak, który był planowany jako ideał, czyli uczynny, miły i bohaterski. Jego marzeniem było stać się bohaterem, który zbawi ludzkość. Rzeczywistość jednak sprawiła, że zachodzą u niego powolne zmiany. Przede wszystkim, staje się egoistoą, nie mniej w tym bardziej pozytywnym znaczeniu (o ile można w ogóle egoimz określić jako cechę pozytywną). Zaczyna być coraz bardziej targany uczuciami, stając się przez to porywczy i skory do wściekłości. Co jest ważne dla fanów serii Fate, przestaje w końcu ględzić na temat zostaniu bohaterem, co osobiście uważam za duży krok naprzód w stosunku do poprzednich anime. Zaraz po nim mamy Saber, sługę, którą Shirou przyzwał przez przypadek, stając się pełnoprawnym uczestnikiem Wojny o Świętego Graala. Zdaje się być ona osobą dość otwartą (nowość w stosunku do porzednich ścieżek), chociaż kluczowo trzymającą swóje prawdziwe imię w tajemnicy (są ku temu powody) i zawsze skorą do wsparcia głównego bohatera. Na sam koniec filmu dochodzi jednak do pewnej transformacji, której skutki mogą być dość… interesujące.

Tajemnicza przemiana Saber

Fani z pewnością docenią to, że w przeciwieństwie do poprzednich ścieżek, nie będzie jednak trzymała pewnych tajemnic przed Shirou. Tohsaka Rin, naczelna tsundere serii, zdaje się być najbardziej rozgarniętą postacią i zarazem przewodniczką dla Shirou i laików świata Fate. Sceny z jej udziałem są bardzo udane, chociaż mocno przegadane i z rzadka popychające fabułę do przodu. Dla fanów kruczowłosej czarodziejki dobrą wiadomością jest to, że nie mamy już doczynienia z bezradną dziewoją jak to było w przypadku Unlimited Blade Works (gdzie była jedną z głównych bohaterek, tutaj jej rola jest drugoplanowa, a przynajmniej w tym filmie), a wraca stara Rin ze ścieżki Fate. Ważną rolę odgrywa również tajemniczy ksiądz, Kotomine Kirei, który wcześniej był tylko obserwatorem, obecnie zaczyna również pełnić rolę ważnej postaci, która faktycznie będzie chciała pomóc bohaterom, nie zaś jak wcześniej, przeszkodzić. Oczywiście, mamy jeszcze Iliasviel, nie mniej, jej rola nie była szczególna w tym filmie.

Trójka głównych bohaterów: Shirou, Saber i Rin

Czas na wisienki na torcie, czyli postaci, które szczególnie uwydatniono w tej serii. Chodzi o ród magów Matou i ich członków. Najważniejszą postacią jest oczywiście Sakura, główna bohaterka ścieżki i główny powód zmiany zachowania Shirou. Dla wielu osób Sakura zdaje się przypominać typową damę w opresji, którą główny bohater musi wyciągać z tarapatów. I tak jest, z tym, że po części. Młoda Matou nie miała łatwo: żyła w ciągłym strachu, dręczona przez pozostałych członków rodziny i nie zaznała ciepła ogniska domowego. Nic dziwnego, że tak lgnęła do normalnego życia, choćby przez wykonywanie prostych czynności domowych. Dom Shirou był dla niej ostoją ciepła i iluzją normalnego życia. Jednak, choć wewnętrznie go pragnęła, jej pochodzenie (hehe) sprawia, że jej rola nie pozwoli jej stać się normalą osobą.

Matou Sakura: niewinna dziewczyna czy coś więcej?

Winić można za to dwie osoby. Pierwszą jest Matou Zouken, stary mistrz magii, którego fani znają z Fate/Zero i dziadek bohaterki (rodzice, cóż… pomińmy to milczeniem). To okrutny despota i potwór w ludzkiej skórze, który pragnie osiągnąc cele idąc po trupach, nawet swoich bliskich. Nie boi się ich karcić i nawet okaleczać, a przy okazji zdaje się widzieć więcej, niż na to wszystko wskazuje. Ale, mimo swojego okrucieństwa, jest ciekawą postacią, który nie robi tego bez przyczyny. Drugą postacią jest brat Sakury, Shinji. O ile Zoukena można określi jako okrutnika z planem, to już ten chłopak robi krzywdę siostrze z czystej przyjemności i zazdrości w stosunku do Shirou. Niczym się nie przejmując, bije swoją siostrę, a można wyczuć też jakiś kazirodczy popęd do Sakury. Jest przy tym beznadziejny w tym co robi, przelewając frustrację na najbliższą rzecz, którą znajdzie pod ręką. To czysty chaos, którego ma się ochotę zabić już na początku. Niestety, chyba przyjdzie nam na to poczekać.. Jest jeszcze jedna istota, o której warto wspomnieć i jest to postać Ridera, jednego ze sług Matou, która stanowi na razie wielką tajemnicę, ale od razu widać, że odegra większą rolę w późniejszych filmach.

Najokrutniejsza cholera w filmie: Matou Shinji

Podsumowując, gromadka jest naprawdę spora, nie mniej, każda z nich wzbudza emocje, co moim zdaniem jest na plus. Podobnie też oceniam postać Sakury, którą, wbrew obiegowej opinii, będę zawsze traktowało jako świetnie napisaną postać tragiczną. Ma mroczną przeszłość, która emanuje, nie mniej, nie jest to na tyle żałosne, że dałoby się to rozwiązać jednym zdaniem, jak w większości podobnych postaci w anime. Ma po prostu duszę.

Seria Fate, oprócz akcji, niesie również inną rzecz: romans. Jak Heaven’s Feel wypada na tle pozostałych anime z tej franczyzny, a co ważniejsze, na tle innych romansów w klimacie battle royale? Powiedziałbym, że naprawdę dobrze. Nie będzie dużym spoilerem, jeśli powiem, że tyczy się to oczywiście relacji Shirou – Sakura. Wszystko zmierza naturalnym torem i nie jest jakoś szczególnie wymuszone, jak to ma miejsce w wielu podobnych produkcji. Faktycznie widać tutaj ciepło, fakt, że obu stronom zależy na sobie. Oczywiście, na razie jest to na poziomie czystego zuroczenia, nie mniej, zmierza to w dobrym kierunku. Jeśli chodzi o porównanie do poprzednich serii, to właśnie Heaven’s Feel wypada najlepiej i to mimo tego, że jest mniej czasu (w końcu 2 godziny to mało w porównaniu do 24 odcinków po 25 min każdy). Ktoś może zarzucić, że to ciepłe kluchy, nie mniej, dla mnie uczucie zbliżenia takie niekiedy jest. Co ciekawe, nie brakuje również odrobiny symboliki, że nie wszystko musi pójśc tak, jak się tego oczekuje.

Scena pełna ciepła, ale i zimna, czyli progres uczuć głównych bohaterów

W kwestii grafiki można powiedzieć tylko jedno słowo: Ufotable. Dla tych jednak, co nie rozumieją, spieszę już z szerszą opinią. Seria jest naładowana efektami komputerowymi, nie mniej wykorzystane zostało to znacznie lepiej anieżeli w innych produkcjach z serii Fate zrobione przez to studio. Wynikało to przede wszystkim z tego, że mieli dobry budżet i mniejszą skalę, co wykorzystano i nie leciało się po kosztach. Animacje były bardzo płynne, co szczególnie uwidocznione zostało w trakcie walk, nie zauważyłem tez żadnych deformacji. Wspaniale wyszły też tła i otoczenie, a szczególnie duże wrażenie zrobiły na mnie zachody słońca, a przede wszystkim animacja śniegu. Miało się czasem wrażenie, że w niektórych miejscach mogło być troszkę przyciemniony obraz, nie mniej, całość wyszła dość barwnie, nie mniej, z dużym naciskiem, by nie było pastelowo i oddawało lekki klimacik grozy. Bardzo udaną uznaję również animację twarzy i ruchów postaci.

Ta grafika… i ten śnieg. Cudo!

Za muzykę odpowiadała Yuki Kajiura, która stworzyła ścieżkę dźwiękową do wszystkich serii Fate produkcji Ufotable (można ją nawet nazwać etatową komozytorką studia), a także takich anime jak Sword Art Online, Puella Magi Madoka Magica czy Tsubasa Chronicles. Oznacza to, że zostało użytych dużo instrumentów elektronicznych, a na dokładkę, by przy bardziej spokojnych scenach, orkiestra.  Osobiście uważam, że świetnie pasowało to do serii. Gitarowe riffy, wymieszane z syntezatorami dodawały klimatu w trakcie walk, a cicha i stonowane utwory – podkreślały co cieplejsze sceny. Trudno też odmówić kunsztu seiyuu. Powracają starzy aktorzy głosowi, jak Ayako Kawasumi (nieśmiertelna Saber), Kana Ueda (Tohsaka Rin) czy prawdziwa legenda japońskiego voice actingu – Hiroshi Kamiya (w roli okrutnego Matou Shinjiego), a to oznacza świetną jakość dubbingu.

Wymieszanie wielu elementów muzycznych świetnie podkreśla charakter scen

Większość produkcji filmowych anime na podstawie dłuższych serii jest w większości odgrzewanym kotletem, czyli dać to samo, tylko krócej. Miło mi powiedzieć, że w przypadku pierwszego filmu z cyklu Heaven’s Feel udało się uniknąć przeszarżowania, dzięki czemu dostaliśmy produkcję, która nie dość, że da się oglądać bez zgrzytania zębów, to jeszcze uratowała honor Fate. Osobiście uważam ją za najlepsza produkcję z franczyzny jeśli chodzi o anime zaraz po Fate/Zero. Mimo to, warto pozostać ostrożnym. Przed nami jeszcze dwa filmy, które mogą popsuć passę. Co więcej, może być ona trudna dla kogoś, kto nie zna serii, przez co nie nadaje się do oglądania przez kogoś, kto nie zna marki Fate/Stay Night. Nie mniej, ja, jako fan, uznaję ją za świetną i polecam każdemu, kto kiedyś zdecyduje się po nią sięgnąć pełnym obaw względem poprzednich produkcji.

Nippon Banzai! Publicystyka

Paweł R. Ofiarski – Powrót do przyszłości, czyli jakie anime z gatunku science fiction wybrać

306 Views

Poprzednie dwa artykuły opiniowały serie anime, które działy się w tradycyjnym fantasy i bardziej nam współczesnym. Czas na trzecią, obiecaną serię, w której skupimy się na produkcjach mających na celu przedstawienie nam przyszłości. To druga, najliczniejsza odsłona anime z gatunku fantastki, która występuje w anime, a swego czasu, najbardziej popularna. W jej skład wchodzą nie tylko czystej krwi space opery, ale także gatunek w typie mecha, w której główną rolę, oprócz protagonistów, odgrywają walki większych bądź mniejszych robotów. To prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalna rzecz związana z anime, zaraz po roznegliżowanych paniach z dużymi oczami i poduszkami. Oto przed wami pięć serii, jakie zdecydowałem się zaprezentować, które w dużym stopniu wpłynęły na mnie i wzbudziły emocje i przemyślenia.

Neon Genesis: Evangelion

Jeśli jest cokolwiek, co mogło spowodować przysłowiowe pranie mózgu w moim umyśle było z pewnością to anime. Każdy kolejny odcinek zdawał się sprawiać, że nie wiedziałem co ja w zasadzie oglądam, gdyż tak surrealistycznej produkcji nie widziałem nigdy. A chciałbym zaznaczyć, że mówię tutaj o serii, która opowiada o mechach, co już samo w sobie jest dziwne.

Nie mniej, po kolei. Głównym bohaterem tego anime jest Ikari Shinji, lat 13, który przybywa na zaproszenie swojego ojca do Tokio, czy raczej jego odpowiednika w przyszłości. Zamiast swojego ojca, spotyka jedną z pracownic swojego płodziciela, która zamierza go zawieźć do miejsca pracy tatusia. Zamiast sielankowej przejażdżki po mieście, muszą unikać ataków ze strony jakiegoś dziwnego giganta, zwanego tutaj Aniołem, który z nieznanych przyczyn niszczy miasto. Bestię starają się zniszczyć miejscowe siły samoobrony, których ataki jednak nie odnoszą żadnego sukutku. W chwili przyjazdu do miejsca pracy ojca  Shinjiego (które notabene jest jakimś olbrzymimi kompleksem laboratoryjnym), chłopak staje oko w oko ze swoim rodzicielem… a przynajmniej ekran w oko, bo szanowny ojciec nie ma czasu spojrzeć synowi w oczy, od którego dowiaduje się, że ma pilotować wielkiego robota, które mają pokonać rzeczonego anioła i…

Zasypiacie? Ja też bym zasnął, ale na szczęście (?), nie kończy się to opowieścią o grupie młodzieńców, którzy mają zbawić świat. Znaczy… owszem, tak jest…  ale to nie jest przy tym opowieść szkolna. Znaczy, owszem, jest szkoła, lecz…  ech, powiedzmy sobie szczerze, dzieciaki, które mają za zadanie pilotować mechy (tutaj nazywane Evengelionami) nie są do końca zdrowe na umyśle. Przyjrzyjmy się samemu Ikariemu. Nie będzie dużym spoilerem, jeśli powiem, że Anioł z początku zostaje przez niego pokonany, ale cóż z tego, skoro chłopak łapie przy tym taką depresję, że zmaganie z nią musimy oglądać przez ponad dwadzieścia odcinków. I to nie jest depresja na zasadzie focha, tylko faktycznie wewnętrzna walka z tym problem, który protagonista, nawet mimo pomocy z zewnątrz, nie jest w stanie jej pokonać. Cicha i niezwykle skryta Rei początkowo zdaje się mieć fobię społeczną i amnezję, nie mniej z biegiem czasu poznajemy przerażającą prawdę na temat powodów jej przypadłości, a na dodatek powoduje u Ikariego jeszcze kompleks Edypa, gdyż niezwykle mocno przypomina mu jego matkę i czuje do niej pociąg (uczuciowy, nie zaś pospieszny). W przypadku Asuki mamy wybuchowość, nadpobudliwość, huśtawkę nastrojów, atencjonalność, a wszystko zwieńczone jest miłością do o wiele starszego od niej mężczyzny i to zmierzającą w stronę pociągu seksualnego. W zasadzie można powiedzieć, że nie ma tu istoty, która jest w jakiś sposób normalna, a nawet obecny w serii pingwin okazuje się być jakimś nieudanym eksperymentem genetycznym. Po prostu istny dom wariatów.

Należy zwrócić uwagę, że całe te problemy psychiczne bohaterów oblane są jeszcze mitologią chrześcijańsko żydowską. Wszędzie widać symbolikę któregoś z wyznań, czy to w postaci krzyża, zachowań bohaterów czy nawet samej terminologii użytej w anime. O ile w obecnych czasach nie jest to nic nadzwyczajnego, a nawet uznane za coś śmiesznego(zaczyna się to kojarzyć jako kicz), to w tym czasie w Japonii była czymś świeżym i nadawała mistycyzmu serii. Przede wszystkim wiąże się to z motywem apokalipsy, a dokładniej mówiąc próby jej powstrzymania (albo i nie). Zostało to jednak tak przedstawione, że w pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że my, rasa ludzka, zasługujemy jednak na masowe wyginięcie. Nie jest to w żaden sposób spoilerem, gdyż do takiego wniosku można dojść już po zobaczeniu pierwszego odcinka, nie mniej, powód dlaczego życzenie apokalipsy u widzów jest takie mocne, byłby zdradzeniem dobrze zbudowanej i poprowadzonej fabuły, którą warto jednak poznać samemu. Łyżką dziegciu jest chyba jedynie to, że w pewnym momencie natłok informacji jest tak duży, że trzeba kilka razy przewinąć, by zrozumieć o co postaciom chodzi.

Jak na razie, wedle tego co mówię, seria zdaje się być lekko niezwykłym anime o robotach i ratowaniu świata, a jednak, wspomniałem we wstępie, że spowodowała u mnie niezłe pranie mózgu. Wiążę się to z kilkoma aspektami. Przede wszystkim – psychika bohaterów na papierze może zdawać się być płaska, ale sposób jej przedstawienia, iluzja muzyczna i sceneria sprawiają, że ogląda się ich z przerażeniem i otwartymi ustami. Po drugie, w wielu momentach widz staje przed wewnętrznymi monologami postaci, zazwyczaj jest to Shinji, w którym mamy pozornie nic nieznaczące sceny z życia, w których uwypuklone są traumy bohaterów, jednak powodują u widza rozłożenie rąk i stwierdzenie “nie wiem co się dzieje, ale wciąga”. I w końcu trzeci powód… End of Evangelion, film kinowy, który pojawił się jako uzupełnienie serii telewizyjnej, pokazujący w innej formie dwa ostatnie odcinki serialu. O ile samo anime było ciężkie, to film jest już wyzwaniem. Nie tylko jest brutalny, ale surrealizm produkcji został pomnożony razy dwa. Dantejskie scenerie, które mają miejsce przy akompaniamencie niezwykle sielskiej muzyki sprawiają, że widz czuje się przerażony z otwartymi ustami. Gdy w końcu przychodzi koniec, nie wie co z sobą zrobić, czuje się jakby pustkę, a na dodatek więcej pytań, które zmuszają go do obejrzenia na nowo całego serialu, by złapać wszystko, co miało miejsce w ciągu ostatniej godziny.

Kwintesencja Neon Genesis Evangelion w jednym obrazku

Wracając na miłe tory, grafika jest barwna, zaś animacje po dziś dzień wprawiają w podziw. Kolorystyka i pastelowość, wymieszana z grą świateł nadaje produkcji grozy i natęża surrealistyczność. Doskonale przy tym jest też muzyka (dantejska scena przy akompaniamencie Ody do Radości” – geniusz), a zwłaszcza czołówka… która sprawia, że początkowo ma się wrażenie, że ogląda się jakąś heroiczną produkcję ze względu na jej skoczność i optymistyczny wydźwięk. O słodka naiwności widzów, którzy nie wiedzą w co się pakują. Gra aktorska wymagała dużego zaanagażowania seyuu, gdyż ciężko jest grać postaci, które są psychiczne, ale przy tym, nie są kompletnymi świrami (nie pozdrawiamy Nicholasa Cage’a). Tyczy się to zwłaszcza Megumi Hayashibary, która w latach 90 XX miała swój złoty okres, wcielającą się w postać Ray, która z racji bycia wypraną z uczuć mówić tak nienaturalnie jak się dało (a intencjonalnie nie wyrazić emocji w głosie jest ciężko).

Seria składa się z serialu oraz przynależnego jej filmu, a także trzech innych produkcji kinowych, będących rebootami, które mają przedstawić alternatywne wydarzenia znane z produkcji z lat 90-tych. Nie jest to marka dla każdego, zwłaszcza dla ludzi o słabych nerwach i którzy szukają po prostu rozrywki pełnej akcji. To produkt, który wymaga abstrakcyjnego myślenia. Mimo to, zdobył sobie dużą popularność nie tylko w Japonii, ale też na zachodzie i stanowi jeden z czołowych towarów eksportowych jeśli chodzi o anime, zaraz obok Pokemonów, Dragon Balla i… a o tym później.

Crest/Banner of the Stars

Jeśli słyszy się, że jakaś książka bądź film jest tzw. space operą, spodziewamy się bitew kosmicznych w których biorą udział wielkie i mniejsze okręty, zaś rzadziej spogląda się na ten gatunek z perspektywy bohaterów. Oczywiście, są oni widoczni, jednak nikną w chwili, gdy dochodzi do epickiej batalii. Omawiana seria jest jednym z wyjątków od tej reguły i trzeba przyznać, że zrobiła to z dużym rozmachem. Jedyne co jest smutne, że obecnie seria jest zapomniana, a tylko niewielka grupa ludzi na słowo Banner of the Stars zakrzyknie “Znam! To rewelacyjne anime!”. A szkoda.

Zaczynałem zwykle od fabuły, ale w przypadku tej produkcji warto jednak zacząć od świata przedstawionego, gdyż bez jego zrozumienia ciężko byłoby zrozumieć założenia fabularne serii. Akcja dzieje się w nieznanym nam czasie i w bliżej nieokreślonej galaktyce. Miejsce napędowym całej akcji jest Imperium Abh,  które jest w trakcie podbijania coraz to większej ilości planet. Nie robi tego z rozmachem Imperium Ludzkości z Warhammera 40k przez eksterminację okolicznej ludności. Robi to w sposób pokojowy, zachęcając gubernatorów planetarnych do dobrowolnej kapitulacji, pozwalając zachować im władzę, z tym, że otrzymują  tytularność Imperialną. Dochodzi wtedy do naturalizacji mieszkańców podbitych planet i stają się pełnymi obywatelami Imperium mimo widocznych różnic rasowych (rasa Abh posiada spiczaste uszy i niebieskie włosy – takie kosmieczne elfy). Dla większości nowych obywateli Imperium taki stan rzeczy nie jest pocieszający (mimo, że w żaden sposób nie są traktowani jako materiał gorszego sortu), ale wielu z nich widzi w tym możliwość awansu społecznego i chętnie wstępuje do wojska. Oczywiście, Imperium to nie jedyna siła. Mamy wiele frakcji neutralnych czy też inny wielki twór polityczny, jakim jest Sojusz Czterech Nacji, składającej się w większości z ludzi, którym nie w smak imperialistyczne zapędu Abhów. Stąd wielka flota Imperium co rusz musi się zmagać z niebezpieczeństwem ze strony niebezpiecznego przeciwnika, co wymaga ciągłego szkolenia nowej załogi i oficerów.

Tak właśnie poznajemy jednego z głównych bohaterów, Jinto Lina, 17-sto letniego hrabiego planety Martines, która siedem lat przed rozpoczęciem serii poddała się Imperium Abh. Chłopak przez większość czasu uczył się już w szkołach przeznaczonych dla Abhów, w tym także ich trudnego języka (który pojawia się nawet w samym anime). Czeka on w porcie kosmicznym na delegację, która ma go zabrać do stolicy Imperium, gdzie na zacząć naukę w szkole oficerskiej. Do misji oddelegowania go do akademii wojskowej wybrano młodziutką dziewczynę o imieniu Lafel, która była pierwszą, naturalną Abh, którą Jinto widział na oczy. Para szybko zdążyła złapać nić porozumienia i wszystko wskazywało, że podróż minie bez żadnego problemu. I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa – tak się nie stało.

Jak sami zauważyliście, bez początkowego przedstawienia świata, trudno byłoby się połapać w tym uniwersum. Nie jest może ono jakoś szczególnie oryginalne, nie mniej, to co jest najważniejsze w tej serii to postaci, a te zostały napisane rewelacyjne. Duża w tym zasługa twórcy noweli, nie mniej, przeniesienie charakterów głównych bohaterów niekoniecznie może być łatwe. Zarówno Lafiel, jak i Jinto są nastolatkami (ich wiek w ciągu serii zmienia się od 16/17 do 20/21 lat), a niestety twórcy anime mają tendencję do myślenia, że skoro mamy do czynienia z osobami młodymi, to można pozwolić, by zachowywały się głupio. Tutaj nie ma na to miejsca. Od samego początku muszą się zmagać z niebezpieczeństwem wojny, ze zdrajcami i wrogami, a przede wszystkim – brakiem sojuszników. Pozostaje ich rozum i wzajemne zaufanie. Niedługo potem dochodzi odpowiedzialność za załogantów okrętu, którym dowodzili (i nie traktuję tego jako spoiler, bo to dość spodziewana zagrywka). To, co mi się szczególnie podobało, to była relacja między nimi. Mimo, że należą do tego samego państwa, różnice kulturowe są widoczne od razu. Jinto pochodzi z powierzchni i mimo, że jest już szlachcicem Imperium, Abhowie wciąż wydają mu się bardzo obcy i tajemniczy. Tak samo Lafiel, która większość życia spędziła na okrętach i zejście na stały grunt jest dla niej stresujące, podobnie jak zwyczaje żyjących na planetach. Ten koktajl kulturowy i wymiana doświadczeń sprawiają, że doskonale się ze sobą uzupełniają. Oczywiście, między dwójką rodzi się jakieś uczucie, jednak ten wątek zostaje niezwykle naturalnie poprowadzony, że widzowie bez jakiegoś specjalnego zmęczenia obserwują wzajemne relacje. Co więcej, dialogi między nimi są poprowadzone z pomysłem i faktycznie brzmią jakby rozmawiało ze sobą dwie realne osoby, nie zaś aktorzy, którzy spełniają po prostu swój scenariusz.

Rozmowy w Banner of The Stars muszą zawsze być eleganckie

Co więcej, wszystkie dialogi są prowadzone w bardzo naturalny sposób, co jest ciekawe, gdy mówimy o serii, która w dużej mierze jest militarna i poważna. Większość produkcji ma tendencję do wpadania w pompatyczność. Crest/Banner of the Stars (a skoro już przy tym, Crest of the Stars to po prostu tytuł pierwszego sezonu, zaś od Banner of the Stars zaczynają się trzy następne) idzie w kierunku, że dobry dialog zastępuje więcej niż dziesięć bitew. I rzeczywiście, chętniej w tej serii ogląda się rozmowy między postaciami aniżeli sceny batalistyczne. Co więcej, wiele scen jest niezwykle humorystyczna. Nie są jednak one zaznaczone żadnym dżinglem czy deformacją, a co najważniejsze, intonacją głosu zaznaczającą ironię. Są po prostu naturalne. Niech za przykład posłuży rozważanie admirała z którym oficerem romansowała jego zastępczyni lub też szukanie odpowiedniego nazewnictwa na mieszkańców powierzchni przez jedną z oficer. Zazwyczaj takie sceny są wręcz żałosne, a tutaj naprawdę potrafiły rozbawić tylko swoim nakreśleniem. Chyba jedyną trudnością dla widza byłoby połapanie się w nazewnictwie i użytkowości niektórych komend i technologii.

Jeśli chodzi o grafikę, to nie jest ona powalająca. Panują tam raczej zimne barwy, ale w dość jaskrawych ich odcieniach, przez co sprawia się, że rysunki są stonowane i pasujące do klimatu opowieści. Bardzo słabo wypadają sceny batalistyczne, które występują dość często w serii, zwłaszcza w drugim sezonie. Mimo, że to jedne z niewielu scen, gdzie jest jaskrawo, chaos i dynamika nie pozwalają się nimi nacieszyć. Podobnie jest z muzyką: gdzieś tam pobrzmiewa, ale nie robi jakiegoś szczególnie istotnego tła, przez co seria zdaje się być cicha pod kątem ścieżki dźwiękowej. Nawet czołówka, która powinna być uhonorowaniem serii jest zupełnie niezapadająca w pamięć. Szczęśliwie, seyuu sprawili się po prostu wyśmienicie. Ayako Kawasumi, wówczas jeszcze debiutująca aktorka głosowa, spełniła się jako Lafiel dzięki swojej zimnej barwie głosu, ale show kradł Akio Ōtsuka w roli niezwykle dowcipnego pilota Samsona.

Pozostało odpowiedzieć na pytanie: czemu ta seria popadła w zapomnienie, mimo tego, że nakręcono jej aż cztery sezony? Myślę, że powodem tego był zmierzch produkcji science fiction na rzecz szkolnych komedii romantycznych, chociaż mogło też na to wpłynąć, że seria była po prostu za normalna. O ile chcemy oglądać seriale czy filmy, liczymy, że postaci lub fabuła będzie się czymś wyróżniała nad nasze szare życie. Tymczasem ta seria postawiła na naturalność, a tymczasem obecny widz woli oglądać świetnie animowane sceny walki, heroicznych bohaterów, którzy dokonują niemożliwego za pomocą jednego ruchu dłoni. Serie, w których wykonanie prostej akcji, jaką byłoby pokonanie zwykłego wroga wymaga co najmniej pół odcinka planowania, połączonej z dialogami, jakie słyszy się na co dzień są raczej niszowe. Ale mimo wszystko, polecam z całego serca obejrzenie tej serii, zwłaszcza jeśli lubicie kosmos i świetnie poprowadzone dialogi.

Cowboy Bebop

I think it’s time to blow this scene.
Get everybody and their stuff together.
Okay, three, two, one let’s jam….

Chcesz najlepsze anime w klimacie Science Fiction jakie zrobiono? Wybierz Cowboy Bebop. Chcesz najlepsze anime, które opowiada o najemnikach? Wybierz Cowboy Bebop. Chcesz najlepsze anime w klimacie noir? Wybierz Cowboy Bebop.  Chcesz anime, które posiada najlepszą czołówkę? Wybierz Cowboy Bebop. Chcesz NAJLEPSZE ANIME JAKIE KIEDYKOLWIEK POWSTAŁO? Wybierz Cowboy Bebop. I tutaj mógłbym zakończyć opiniowanie, gdyż zostało powiedziane w zasadzie wszystko. Poza małym szczegółem: dlaczego? Odpowiedź na to jest cholernie trudna…

Osoba czytająca streszczenie fabuły stwierdziłaby: ale zaraz, widzieliśmy to wiele razy! W końcu co jest niezwykłego w grupie łowców nagród, którzy podróżują po kosmosie na okręcie o nazwie “Bebop”, którzy oprócz tego mierzą się z demonami własnej przeszłości. Hm… może właśnie postaci. Bohaterowie, którzy występuja w tym anime to nie grupa przyjaciół, którzy rozwiązując powierzone im zadania zacieśniają więzy bądź też grupa nieznajomych, którzy z racji kłopotów, muszą działać razem, by skończyć jako przyjaciele. To bardziej luźna zbieranina indywiduuów, którzy przez zrządzenie losu muszą podróżować w jednym statku, często wchodząc sobie w drogę w trakcie rozwiązywania misji. Co więcej, każda z postaci ma mocno zbudowany charakter, mimo, że ich “role” zdają się być stereotypowe. Spójrzmy: były kryminalista, były policjant, zadłużona hazardzistka oraz sierota, mistrz techniki, a na dokładkę, pies, który jest geniuszem. To brzmi albo jak grupa z jakieś farsy lub też filmu kryminalnego klasy B. Tymczasem, każda z tych postaci to silne osobowości (nawet pies!), dla których życie łowcy nagród to ucieczka od przeszłości. Wiem, że wiele razy napomniałem o ich historii i to bez żadnych szczegółów, ale trudno omawiając tę serię zdradzić cokolwiek, gdyż nawet delikatne napomknięcie o fabule będzie w znaczący sposób spoilerem.

Jak to nie oglądałeś jeszcze Cowboy Bebop?!

Na niezwykłość Cowboy Bebopa wpływa również problem w określaniu przynależności gatunkowej. Najprościej byłoby powiedzieć, że jest to science fiction, bo akcja dzieje się w przestrzeni kosmicznej i na planetach układu słonecznego, nie mniej, to tylko panierka, a nie sam posiłek. Jest tu też sporo westernu, postapokalipsy, trochę horroru i klimatów z filmów akcji. Nie mniej, jeśli miałbym się uprzeć i wskazać konkretny gatunek, byłoby to prawdopodobnie Noir, czyli tzw. Czarne Kino, które charakteryzowało się ponurym klimatem i fatalizmem świata przedstawionego, w których głównym tematem był świat przestępczy, a postaci to często albo femme fatale albo przestępcy/policjanci z problemami egzystencjalnymi, którzy są moralnie na pograniczu dobra i zła. Oglądając Cowboy Bebop od razu rzuca się w oczy klimat filmów takich jak “Sokół Maltański” czy “Dama z Szanghaju”, czyli świat industrialny, pełen mrocznych zakątków, w których mają miejsca gangsterskie porachunki, a knajpy pełne są typów spod ciemnej gwiazdy, którzy są schowani za dymem papierosowym, a wszystko przy akompaniamencie jazzu. Jeśli chodzi o postaci w anime, do grona postaci nie byłoby problemu zaadaptować takiego Humphreya Bogarta(na którym prawdopodobnie wzorowali się twórcy tego anime przy tworzeniu postaci głównego bohatera) czy Rity Hayworth, czyli ikon filmów Czarnego Kina. Śmiem nawet stwierdzić, że to anime jest jakoby hołdem oddanym gatunki Noir, który, choć wciąż szanowany, nie jest już popularnym nurtem kina, jak choćby był w latach 40 XX wieku.

Jeśli chodzi o oprawę wizualną mamy do czynienia z anime lat 90, tak też mało grafiki komputerowe, a więcej rysowanych teł i postaci. Mimo, że użyto sporej palety barw, to jednak dużo chłodnych kolorów i sposobu rzucania cieni i wykorzystania ich sprawia, że idealnie dopasowują się do komponentów kina Noir. Co więcej, sceny akcji zostały bardzo dobrze wyreżyserowane i „zanimowane”, ale jednocześnie uniknięto przesadnego patosu, o jaki łatwo przecież w anime. Co prawda, sceny akcji były potrzebne, to jednak czasami zaburzają cały klimat serii. Jednak nie robi z pewnością tego muzyka, która stanowi wariację na temat jazzu i bluesa, zwłaszcza tego pierwszego. Już sama nazwa anime Bebop powinna się fanom muzyki jazzowej kojarzyć z nurtem o nazwie…. bebop, rozpoczętym przez Charlie Parkera, a i wiele kompozycji ze ścieżki dźwiękowej nawiązuje właśnie do tego nurtu, w tym sama czołówka, która osiągnęła już statut kultowej. Nie brakuje też inspiracjami Moricone ze Spagetthi Westernów czy tematami Muddy Watersa czy Roberta Johnsona. Jeśli chodzi zaś o dubbing, zatrudnieni seyuu to śmietanka i obecnie celebryci w swojej dziedzinie, czyli m.in. Unshō Ishizuka czy Megumi Hayashibara.

Kończąc opiniowanie serii, muszę powiedzieć, że, podobnie jak z przypadku Neon Genesis Evangelion, mamy tutaj do czynienia z anime, które jest w zasadzie jedną z ikon animacji rodem z Japonii i powodem rozpowszechnienia na zachodzie. Z tym, że w przeciwieństwie do Evangeliona mamy do czynienia z dość bezpieczną serią, którą można oglądać bez późniejszych traum, a przy tym pozostaje błyszczącym klejnotem fabularnym, który powinien mieć każdy serial na świecie, niezależnie, czy to “żywy” czy animowany. Najlepszym dowodem na to jest choćby to, że wielu celebrytów ze świata filmu określa “Cowboya Bebopa” jako pewien wzór, którym się kierowali. Koronnym przykładem niech tu będzie Keanu Reeves, który odgrywając tytułową postać w “Johnie Wicku” wzorował się właśnie na postaci Spike, a sam aktor pragnąłby wcielić się tę postać w wersji aktorskiej produkcji, o której już słyszy się od wielu wielu lat.

Outlaw Star

Jak wspomniałem, lata 90-te do dobry okres dla anime z gatunku science fiction, nie mniej pod koniec można było zauważyć powolny upadek tego gatunku na rzecz szkolnych komedii romantycznych na podstawie gier visual novel (czyli gry, w których pojawia się setki linii tekstu z planszami przedstawiającymi opisywane wydarzenie bądź też wyłącznie z tłem). Dowodem na to był właśnie Outlaw Star z roku 1998. Anime na podstawie mangi z roku 1996 spotkało się, mimo dość pozytywnych recenzji, z dość średnim odbiorem. Czy wynikało to z tego, że faktycznie był to zmierzch gatunku czy po prostu słabe anime.

Zacznijmy od fabuły. Opowiada on o losie firmy, która zajmuje się niemal wszystkimi zadaniami, jakie padną im w ręce. Ochrona, przemyt, naprawianie traktorów, oferty towarzyskie – to dla nich chleb powszedni. Wszystko się zmienia, gdy od pewnej kobiety dwójka głównych bohaterów, Gene Starwind, który jest typem playboya oraz Jim Hawking, 11-sto letni inżynier (to anime, tam takie zjawiska to normalka), dostaje polecenie ochrony pewnej kobiety i jej cennego ładunku. Należy dodać, że kobieta nie wyjawia wszystkiego, nie mniej w wyniku pewnych wydarzeń, prawda wychodzi na jaw, a cennym ładunkiem okazuje się być młoda dziewczyna, która jest kluczem do odnalezienia cennego skarbu. Jak to skarb, jest on ukryty i trzeba go najpierw znaleźć. A że kosmos długi i szeroki, trzeba najpierw zdobyć statek. A to się równa z tym, że Gene musi przełamać swoją fobię związaną z podróżą nimi.

Wspólna podróż grupy ludzi w poszukiwaniu skarbu to temat dość ograny, tak też założenia fabularne nie należą do najlepszych. Dodatkowo, to wszystko zostało polane typowym “animowym” sosem, czyli mamy obowiązkowy wyjazd do gorących źródeł, wyścig, próbę zabójstwa, a także przyłączanie się dawnych wrogów do załogi. Wszystko to widzieliśmy i nie stanowi jakiejś szczególnie porywających założeń. To co twórcom najbardziej się udało to prawdopodobnie postaci, a przynajmniej główni bohaterowie. Gene, jak wspomniałem wcześniej to typ kobieciarza z traumą do latania i świetny strzelec. Podobało mi się, że o swojej traumie nie wspomina w każdej nadarzającej się okazji, a nawet dość szybko jej się pozbywa. W chwili, gdy zasiada w końcu za sterami okrętu, zmienia się. Fajnie właśnie widać, jak postać rozwija się z odcinka na odcinek. Postać Jima, dzieciaka inżyniera zapadła w pamięć, gdyż mimo młodego wieku, zachowuje największą trzeźwość umysłu i stanowi idealne dopasowanie do porywczego i nierozsądnego Gena. Jeden bez drugiego prawdopodobnie by zginął. Jest jeszcze Meflina, owy klucz do skarbu, która jest bio androidem, nie znającym specjalnie świata ludzi i często się w nim gubiąca. O ile wiele osób stwierdza, że jej postać nie jest ciekawa, to jednak nie miała taka być: to w końcu android. Suzuka, zawodu zabójczyni, miała stanowić element tradycji japońskiej w uniwersum, jednak wyszła z niej raczej średnio interesująca postać. Aisha, kotokształtna kapitan statku, który został zniszczony przypadkiem przez Gena i spółkę, była okrutnie irytująca, podobnie jak robot pokładowy (myślę, że Japończycy powinni wyciągnąć więcej z Lema aniżeli z własnych doświadczeń robotyki). Całkiem też nieźle wyszły postaci epizodyczne, zwłaszcza Fred, główny pracodawca Gena i Jima, który nie dość, że jest homseksualistą, to stanowi najlepszy element komediowy serii.

Jak zaś z konstrukcją świata? Muszę pogratulować podejścia do realizmu. Wlatując do danego portu trzeba płacić za dokowanie, utarczki w mieście często mogą się skończyć interwencją odpowiednich służb, zaś sam świat nie jest zbudowany (dosłownie) z elementów typowo kosmicznych. Nie brakuje spelun, ciemnych zaułków i gangów, które czyhają na okazję. Wyjątkowo interesująco przedstawiają się walki w kosmosie. Mamy oczywiście element, który występował od czasu Gwiezdnych Wojen, czyli odgłosy w galaktyce, ale to akurat już stała część wielu produkcji science fiction. To co jednak najbardziej zwraca uwagę to same statki. W przeciwieństwie do wielu serii z gatunku space oper, okręty nie tylko używają dział, ale także specjalnych ramion do walki wręcz. Starcia między statkami przeradzają się z nudnej wymiany ognia do dość efektownych pojedynków na zasadzie zapasów bądź walk sumo. Jest to bardzo duży plus.

Może jednak przekonam cię do obejrzenia Outlaw Star, hm?

Grafika, podobnie jak w wielu produkcjach z tego okresu, jest czysto rysunkowa. Budżet był na miarę przyzwoitym poziomie, to też nie zobaczymy zbyt dużej ilości deformacji, a i walki są efektowne mimo i utrzymujące tempo. Natomiast muszę stwierdzić, że muzycznie anime nie powaliło. Oglądałem wiele produkcji, często przeciętnych, z których jakiś utwór chodził mi w pamięć. Tutaj jedynie jest tak w przypadku Openingu, który jednak nie wychylał się od wzorów, które pojawiały się w tym okresie. Reszta muzyki była zupełnie neutralna. Seyuu odwalili kawał dobrej roboty. Największą gwiazdą była Ayako Kawasumi, choć wtedy, podobnie jak w przypadku Crest/Banner of the Stars dopiero zaczynała swoją przygodę z dubbingiem.

Czy Outlaw Star to słaba produkcja? Osobiście uważam, że nie, są znacznie gorsze. Jest jednak bardzo neutralna i jedyne, co można zapamiętać to walki w kosmosie, parę głównych bohaterów i czołówkę. Widać, że stanowi jeden z elementów upadającego już trendu na Science Fiction i próbę dodania czegoś nowego, by przyciągnąć widza. Ale niestety, popularność visual novel zmiotła na jakiś czas tego typu produkcje do kąta. Mimo to, warto dać się skusić. To przyjemna i lekka rozrywka na stresujący dzień.

Code Geass

Wszystkie do tej pory omawiane produkcje można byłoby określić jako te posiadające siwą brodę. W końcu pierwsze sezony miały miejsce jeszcze w latach 90-tych, a więc okresie, kiedy produkcje Science Fiction były wciąż popularne. Jak wspomniałem w trakcie opisywania Outlaw Star, nadszedł zmierz i przyszedł nowy król: komedie romantyczne. Ale nie zupełny upadek. Swoją nisze z zakresu SF znaleziono w produkcjach typu Mecha, które trwały nieprzerwanie od czasu pierwszych Gundamów jeszcze w latach 70 tych i wciąż zachowały swoją popularność. Najprościej byłoby umieścić Code Geass właśnie w tej kategorii… z tym, że byłoby to kłamstwo. Bardziej to political fiction z elementami walki robotów i magii. Istny miks gatunków. I na dodatek dobry.

Poznajcie Leloucha, na co dzień zwykłego ucznia elitarnego liceum. Nie jest gościem, który jest jakoś szczególnie sprawny fizycznie, nie mniej jest niezwykle inteligentny jak na swój wiek i na dodatek, jest członkiem samorządu uczniowskiego. Przypadek sprawia, że znalazł się w samym środku walki między terrorystami, a siłami porządkowymi Imperium Brytanii, która podbiła pół świata, w tym Japonię, dzięki potężnym robotom- Rycerzy Mroku. Nowa prowincja, o nazwie Strefa 11 nie była szczególnie zachwycona nową władzą, to też część jej obywateli zbuntowała się przeciwko najeźdźcom. Wracając do naszego bohatera, udaje mu się wyjść z cało z walki, dzięki pomocy starego przyjaciela, Suzaku, który teraz walczy po stronie Brytanii. Z ciężarówki, w której ukrywali się terroryści, udaje mu się wydobyć specjalną kapsułę z zielonowłosą dziewczyną. Szybko wpada znów w łapy żołnierzy, ale uratowana dziewczyna ratuje go od śmierci i nagradza specjalną umiejętnością, nazwaną geas, dzięki której można wydać rozkaz, który ofiara musi bezzwłocznie wykonać. Szybko się też okazuje, że Lelouch jest synem samego imperatora Brytanii, który porzucił go po śmierci matki. Młody chłopak, pełen chęci zemsty na płodzicielu, rozpoczyna swoją rebelię, która ma doprowadzić do przejęcia przez niego tronu. W tym samy czasie, Suzaku otrzymuje zaszczyt wzięcia udziału w eksperymencie jako pilot nowego typu robota, który ma przeciwstawić się niebezpieczeństwu ze strony terrorystów. Pionki rozstawione na szachownicy, czas zacząć śmiertelna potyczkę.

Mimo, że zarys jest biedny, to im dalej w las jest o wiele ciekawiej. Przede wszystkim, fabuła jest rozdzielona między różne wątki, które z czasem się ze sobą splatają. Mamy więc zemstę i próbę wejścia na tron Leloucha, walkę o odzyskanie niepodległości Japonii, rozwiązywanie tajemnicy geas, intrygi wewnątrz rodziny panującej czy nawet coś takiego, jaki zwykłe życie w szkole i rodzinie. Oczywiście, nie mogło zabraknąć traum przeszłości. To co wydaje się szczególnie interesujące to jest to, że wszystko nie zostało spowite typowymi dla anime zachowaniami postaci, a każda głupia czynność miała swoje wytłumaczenie w fabule (no… prawie każda, ciągle nie rozumiem motywu z przebieraniem się za koty). Świat przedstawiony, choć pastelowy, nie jest czarny i biały, głównie szary. Nie wiadomo, kogo naprawdę wspierać w serii, gdyż każde ze stronnictw ma coś za uszami.

Zdecydowanie największą zaletą serii są postaci. Główna postać, Lelouch to osoba idąca po trupach do swojego celu, antybohater, z którym w teorii jest ciężko się utożsamiać. Jest żądny władzy i nie powstrzyma się przed najgorszymi czynami. Przybierając postać Zero, tajemniczego mężczyzny w masce i szerokim płaszczu (w ogóle, bardzo dużo tu postaci w płaszczach, taki etos rycerza i bandyty), manipuluje każdym, kto mu się przyda, nie tylko używając swojej mocy, ale również samymi słowami i czynami. Sprzymierzając się z terrorystami, pod pozorem odzyskania dla nich kraju, stara się odzyskać koronę, by wprowadzić Brytanię w nową, świetlistą przyszłość. To świetny taktyk i aktor w skórze potwora, ale zachowujący dużo charyzmy i uczucia dla rodziny, która go wspiera. Po przeciwnej stronie mamy Suzaku, który pnie się w strukturach armii Imperium Brytanii oraz społecznych. On również pragnie zmiany Brytanii, jednak chce to uczynić poprzez wewnętrzną zmianę, a nie agresywną ekspansję. To idealista, zdeterminowany w swoim celu, a przy tym świetny pilot. Trudno go nazwać idealnym, gdyż gdy trzeba nie powstrzyma się przed agresją i ma w licznych momentach wahania co do celu. W tym wszystkim zamieszana jest C.C. (nie mylić z C.C.C.), zielonowłosa dziewczyna, która jest wiedźmą, która przez rozdawanie geas pragnie zdjąć swoje przekleństwo. To cyniczne i wredne dziewuszystko stanowi typ idealnego partnera dla Leloucha, nie mniej, jak kot, chodzi też własnymi drogami. To tylko wierzchołek góry lodowej jeśli chodzi o postaci: mamy jeszcze Kallen, Rolo, Shirley, Nunnally… cały wachlarz postaci, które nie dość, że są świetnie skonstruowane, to jeszcze niemal zawsze odgrywają bardzo znaczącą rolę w fabule. To prawdopodobnie jedna z nielicznych serii (w tym także seriali aktorskich), która tak świetnie wykorzystuje swoje kreacje.

Lelouch suszy ząbki czy kontentuje się z masakry?

Code Geass to świetny pokaz, jak można wymieszać technologię i magię. Stanowi potwierdzenie tezy, że wojna sprawia, że rozwój technologiczny idzie do przodu. Początkowo mechy stanowią siłę, ale bazuje się też na normalnym wojsku. Z czasem sprawy zaczynają przybierać taki obrót, że walki mechów stanowią podstawę każdej batalii, marginalizując zwykłe mięso armatnie. Od zwykłych robotów, po te, co potrafią latać aż po prawdziwe machiny zagłady. Każde ze stronnictw musi cały czas się rozwijać, czy to przez kradzież czy rozwój, by przeciwstawić się potędze innej strony. Zaraz potem mamy magię w postaci geas, która potrafi odwrócić bieg potyczki. Możliwość rozkazu, słuchanie myśli, zatrzymywanie czasu – wszystko to znajdowało rozwiązanie nie tylko poza polem bitwy, ale także w samym jego środku. Jest to jednak obosieczne ostrze, które potrafi też skrzywdzić właściciela i doprowadzić do szaleństwa. Wymaga też eksperymentów, gdyż nic nie przychodzi samo. Z czasem jednak moc wzrasta, co doprowadza do większej potęgi, ale i pogłębienia się szaleństwa.

Graficznie jest to po prostu miód i orzeszki. Wielu sceptyków zarzuca jej, że postaci wyglądają jak anorektycy, nie mniej to styl studia Clamp, który zajmował się warstwą wizualną serii. Walki są bardzo szczegółowe, zwłaszcza te mechów. Jest dynamiczna i pełna fajerwerków, które zadowolą niemal każdego, nawet zachodniego fana serii Transformers. Cała estetyka serii nawiązuje do nurtu rycerskiego, czyli mamy przesadzone, niepraktyczne stroje, które jednak są bardzo efektywne, symbole, takie jak broń biała (nie są używane jako broń do walki, by nie było), wszystko jednak podane w formie futurystycznej. Muzyka to miód dla uszu. Nie brakuje pompatycznych utworów, ale są też takie, które mają podkreślić komizm (jest go trochę w serii, ale nie stanowi on głównego dania, raczej elementu rozluźniającego. Nie można wszak oglądać cały czas wojny, mordu i intryg). Szczególne brawa dla seyuu, zwłaszcza Juna Fukuyamy, który uświetlnił rolę Leloucha. Jego diaboliczny śmiech można śmiało dodać do dziesiątki najlepszych chichotów czarnych charakterów.

Gdyby nietypowa grafika i obecność mechów, można powiedzieć, że byłby to tytuł, który śmiało mógłby obejrzeć każdy fan political fiction. Niestety, słysząc o walczących robotach, wielu dostaje torsji i odrzuca na bok. Szkoda, bo to wielka produkcja, ciesząca się szacunkiem w wielu krajach, nawet u nas w Polsce (zaplusowano zwłaszcza w OVA, gdzie przedstawiono Warszawę i bardzo szczegółowo Stadion Narodowy). Jak na razie mamy dwie serie i spin-offy w postaci OVA, a w nadchodzącym roku należy oczekiwać trzech filmówek w formie podsumowaniu dwój pierwszych sezonów i w końcu – trzeciego sezonu, tak oczekiwanego przez fanów. W tym mnie.

Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

Dochody z Zielonego Wzgórza

266 Views

Nie od dziś wiadomo, że my, Polacy, jesteśmy prawdziwymi zawodowcami jeśli chodzi o kilka dyscyplin sportowych. Skoki narciarskie, lekkoatletyka, grill… to wierzchołek góry lodowej. Ale w przeszłości byliśmy też najlepszą reprezentacją jeśli chodzi o jeździectwo. O sukcesach naszej jazdy swego czasu było słyszeć od Sybiru po Irlandię i budziliśmy przerażenie.

I właśnie tej dyscyplinie sportowej został poświęcony trzeci odcinek Kronik Rycerza Tęgomira z Głogowa. Tym razem Tęgomir i Mosze zawitali bardziej na północ Śląska, gdzie chcieli dumnie uczcić jakże wartościową nagrodę (należy nadmienić, że tradycja takiego nagradzania pozostała po dziś dzień). Po niezbyt miłej podróży, zawitali do miejscowości Zielone Wzgórza, gdzie zostali wciągnięci w świat sportów końskich, którą prowadziła pewna szara eminencja (określenie szara jest nieprzypadkowa) o imieniu Mirek, zapoznali się z nowym towarzyszem podróży o dość… specyficznych korzeniach, a także dowiedzieli się, jakie kłopoty może przynieść środowisko prawicowe w postaci Janusza wKolo-Pytę.

 

Głosów użyczyli:

– Michał Sobociński

– Paweł Ofiarski

 

Ponadto gorąco zapraszam do subskrybowania kanału Dumnego Ugrupowania Pisarzy Absurdu.

Nippon Banzai!

Fantastyczne anime w fantastycznych czasach współczesnych

622 Views

P.R. Ofiarski

Fantastyczne anime w fantastycznych czasach współczesnych

Jakiś czas temu, w ramach jednego z numerów popełniłem tekst o anime, które miały miejsce w światach fantasty, czyli takich, które są bliższe Tolkienowi czy Martinowi. Zapowiedziałem wtedy, że napiszę jeszcze co najmniej dwa teksty, które będą opisywały serie, które mają miejsce w dwóch innych światach: współczesnych oraz w przyszłości. Oto przed wami czasy współczesne.

Przed omawianiem serii, chciałbym najpierw wyznaczyć kleszcze chronologiczne. Dla niektórych czasy współczesne to okres w którym żyjemy teraz i już np. stan wojenny to inna epoka. Aby mieć jasność, jako czasy współczesne określam mniej więcej wiek XX i XXI, czyli czasy pierwszej i drugiej wojny światowej, bądź też je przypominające, a także okres po wojnie, aż do dzisiaj.

Skoro chronologię mamy za sobą, czas się przyjrzeć tytułom. We wcześniejszym tekście podjąłem próbę oceny aż dziesięciu serii. Teraz skupiłem się tylko na sześciu, lecz o wiele bardziej obszerniejszych opiniach. Zabieg może dziwić z tego względu, że tematyka współczesnej fantastyki jest o wiele bardziej popularna popularna na rynku japońskim niż tradycyjne fantasy. Można powiedzieć, że co druga seria, która należy do kategorii fantastyka ma miejsce właśnie w czasach, w których obecnie żyjemy. Ale nie ukrywajmy, w większości są to tytuły, które są okrutnie powtarzalne jeśli chodzi o fabułę: mamy chłopaka/dziewczynę z mocą i wianuszek dziewcząt/chłopaków wokół niego/niej i akcję. I tak kopiuj – wklej od wielu już lat. Cóż, nie da się ukryć, że czytając część przygotowanych przeze mnie tekstów dostrzeżecie, że jest tu też powtórzenie tej kliszy, jednak z pewnych powodów, zrobiły na mnie o wiele większe wrażenie niż inne produkty kopiowania.

Nie pozostało mi nic innego, tylko zaprosić Was do lektury.

 

Fate/Zero

Pisząc o tym tytule, muszę wspomnieć słowa niejakiego Artura Orzecha, który komentując konkurs Eurowizji w 2015 roku powiedział o Estonii tylko kilka wyrazów: kocham, kocham, kocham. Tak samo mógłbym powiedzieć o tym tytule i zakończyć jej opiniowanie. Ale zdaję sobie sprawę, że to nie będzie dość wyczerpujące dla osób, które po raz pierwszy mają styczność z tym serialem. Więc jedziemy.

Akcja rozgrywa się w latach 90 XX wieku w Japonii, w mieście Fuyuki, które zostało wybrane jako arena walk między siedmioma magami, których celem jest zdobycie przedmiotu zwanego Świętym Gralem. Aby to osiągnąć, do każdego z nich zostają przypisani tzw. słudzy, którzy są postaciami wprost z kart historii lub bohaterami mitów. Wraz z towarzyszącym im czarodziejem muszą się pozbyć innych rywali. Zwycięzca może być tylko jeden.

Brutalnie, krwawo, intrygująco, oto całe Fate/Zero.

Pozornie: banalna fabuła polegająca na walce. W rzeczywistości: jeden z najlepszych seriali o magach. Tak, nie użyłem tutaj słowa anime, gdyż moim osobistym zdaniem Fate/Zero jest produkcją, którą nie można oceniać pod kątem animacji rodem z Japonii. Porzucając dygresję, dlaczego tak sobie cenię tę serię? Jedną z najważniejszych zalet są bohaterowie. W większości, są to osoby dorosłe, świadome niebezpieczeństwa, jakie niesie sobą ta walka i nie boją się przebierać w środkach, by wyeliminować swojego przeciwnika. Ich motywy są w większości sensowne: zemsta, szaleństwo, zawiść, władza, a nawet żal. Co prawda, musiała się wkraść typowa bolączka postaci z anime, czyli idealista, ale z drugiej strony, jeśli miałbym akceptować idealistów, to tylko takiego, jak tu! Co więcej, czuć, że to nie są statyści na scenie, a postaci z krwi i kości, które knują, myślą, prowadzą intrygi, zawiązują sojusze, zdradzają. Tutaj nie ma miejsca na litość. Informacje o świecie są podawane bez pośpiechu, dzięki czemu unika się zbędnej ekspozycji w jednej scenie, a potem, widzu, sprawdź, czy wszystko pamiętasz. Oglądający na bieżąco dostaje porcję informacji i łapie wszystko w lot, co, biorąc pod uwagę, jak rozległe jest uniwersum Fate, nie jest takie oczywiste. Oczywiście, skoro są magowie i ich słudzy, nie mogło zabraknąć i walk. Powiem tak, gdybym oglądał takie sceny w filmie aktorskim, skrzywiłbym się. Tutaj, wręcz przeciwnie. Bogate barwy, przepiękne projekty postaci, brak oszczędności na choreografii walk i unikanie powtórzeń w tym aspekcie. Najgorzej wypadają jedynie pełne animacje CGI, czyli generowane komputerowo. Tutaj niestety Japończykom jeszcze daleko do amerykanów, ale z drugiej strony to animacja nie w pełni komputerowa. Kilka słów warto też poświęcić muzyce i reżyserii dźwięku. O ile ścieżka dźwiękowa była generowana głównie przez mix komputerowy przy akompaniamencie orkiestry, świetnie się komponowała ze scenami z serialu. Na specjalne wyróżnienie zasługuje również gra aktorska (czy raczej głosowa). Seyiu (aktorzy głosowi) w Fate/Zero to aktorzy z najwyższej półki, którzy szczycą się już wieloletnim doświadczeniem w branży, a już z samego głosu można wyczytać, że to nie jest seria przeznaczona dla dzieci.

Jeśli miałbym polecić komuś rozpoczęcie oglądania anime, Fate/Zero byłoby najlepszym wyborem, pod warunkiem, że ktoś lubi fantastykę. Nie jest naiwna, a fabuła przypomina zachodnie konstrukcje scenariusza, dzięki czemu potencjalny Europejczyk lub Amerykanin nie dostanie niestrawności w oglądaniu właśnie tej produkcji.

Highschool DxD

Jeśli jest jakiś gatunek anime, które większość z nas kojarzy, jest to z pewnością hentai, czyli, nie rozpisując się zbyt obszernie, animowane porno. Mało jednak kto wie, że hentajce mają młodszą siostrę o nazwie ecchi, czyli serie o zabarwieniu erotycznym, dostępną dla osób, które nie ukończyły jeszcze wieku osiemnastu lat. „Scenki” ograniczają się jedynie do animacji zbyt obszernego biustu lub pokazaniem go, dużą ilością scen kąpieli i asekuracyjnym lądowaniu głównego bohatera na poduszkach tłuszczowych (czyli piersiach). Często gęsto ten gatunek jest również haremówką, czyli wokół jednego „mężczyzny” rozrasta się wianuszek dziewcząt, które reprezentują wszystkie możliwe stereotypy żeńskiej postaci w anime (od tsundere po lolicon). Nie muszę mówić, że większość takich serii to szajs, że już nawet „Zmierzch” ma lepszą historię.

Highschool DxD to jeden z nielicznych wyjątków potwierdzających regułę. Przede wszystkim, posiada fabułę. Niezbyt lotną, ale jednak, posiada ją. Zaczynając: Hyoudou Issei, zwyczajny, zboczony nastolatek, dostaje uśmiech od losu i zostaje zaproszony przez cud miód dziewczynę na randkę. Licząc na pocałunek, dziewczyna idzie na całość i proponuje mu… śmierć. Okazuje się, że dziewczę jest upadłym aniołem. Z opresji ratuje go czerwonowłosa piękność, Rias Gremory, przeganiając czarnoskrzydłą. Niestety, chłopak umiera, ale dobra wróżka Rias przywraca go do życia. Z tym, że owa wróżka okazuje się być demonem. Dosłownie. A przywrócony Issei również powstaje jako demon. I tak zaczyna się ciąg przyczynowo skutkowy, mający doprowadzić nowopowstałego diabło-demona (zależnie od tłumaczenia) do swojego życiowego celu: posiadania własnego haremu. Tak, wiem, że to głupie. I żenujące. I pozbawione polotu. Ale strawne, o co jest trudno w tego typu seriach.

To nie są droidy, których szukasz, czytaj dalej o Highschool DxD…

Z pewnością jednak powodem tego, że dało się przełknąć pigułkę nie był świat. Nie powiem, początkowo zdawał się być logiczny i intrygujący. Mamy demony, upadłe anioły i siły niebios, które są ze sobą w wiecznym konflikcie, mamy ich agentów, którzy starają się wykonywać wolę swoich panów, klientów, którzy zaprzedają swoje dusze, by zyskać demoniczną pomoc. Wszystko zdawało się być w porządku. Do czasu, gdy autorzy nie uznali, że skoro skorzystaliśmy z mitologii chrześcijańskiej i żydowskiej (wybaczcie wierzący, ale tak by pomyślał typowy Japończyk, co nie znaczy, że ja się z tym zgadzam), jak mamy jeszcze nordycką, egipską, chińską, japońską, do tego magów, wampiry, wilkołaki i smoki na dokładkę. Dostało się nawet legendom arturiańskim. Robi się z tego taki galimatias, że nie wiadomo kto z kim i dlaczego, a na dodatek, jaką rolę ma postać: czy jest złym, dobrym, obserwatorem. Węzeł Gordyjski to przy tym pryszcz. I nie ma tutaj żadnego Aleksandra Macedońskiego, który byłby w stanie go przeciąć. Albo, co ja się będę, to się staje coraz głupsze…

W tle tych „cudnych” wydarzeń mamy bohaterów, czyli ród Gre… wróć, piersi. Co by nie mówić, to jest główny powód egzystencji tej serii: pozwolić młodym, dojrzewającym Japończykom zobaczyć trochę animowanego cyca. Duże, małe, średnie – do wyboru do koloru. Widz od początku wie, że to one grają główną rolę w tym anime i jest powodem jego sukcesu, nie tylko w Japonii, ale też na zachodzie. Całe szczęście pozostają wierni kategorii wiekowej. Nie wiem, co by było, gdyby zdecydowano się, by zamiast ecchi zmienili go w hentai. Chociaż, lepiej nie krakać. Ale teraz serio, bohaterowie. Przyzwoici, a jak na haremówkę, świetnie napisani. O ile mnie denerwuje taka klisza, że do głównego bohatera kleją się dziewczęta z powodu jego szlachetności, to w tej serii ma to sens. Główne bohaterki zachowują się instynktownie i lgną do silnego osobnika. Co więcej, w ich frywolnym zachowaniu jest sens, gdyż to w końcu demony i takie powinny być. Główny bohater to erotoman o szlachetnym sercu z potężną mocą, ale sam w sobie nie jest irytujący i doprawdy zabawny, że chce mu się kibicować. Drugi męski rodzynek w serii może początkowo wydawać się cieniem, ale później nabiera pazura i świetnie zaczyna partnerować Isseiowi. Do tego mamy jeszcze tonę postaci mniej lub bardziej ważnych, których nie sposób policzyć.

Seria liczy już 3 sezony i czwarty w drodze. Mimo tego, że jest to głupie, to można polubić tę serię, choćby za ciekawe postaci żeńskie i efektywne pojedynki. Osobiście, będę oglądał dalej.

Fate/Stay Night; Fate/Unlimited Blade Works

Fikcyjne miasto Fuyuki zostaje wybrane jako arenę walk między siedmioma magami… Nie, nie macie deja vu. Dokładnie tak samo zaczęła się opinia na temat serii Fate/Zero. Tutaj mówimy o serii, która jest starszą siostrą wspomnianej, gdyż Zero było prequelem. W oryginale, Fate jest serią noweli wizualnych (Visual Novel), która zaczęła się właśnie od Fate/Stay Night, a każdy następny produkt jest pochodny. Zapewne zastanowicie się, czemu zdecydowałem się wybrać anime, które dzieją się w tym samym świecie, zamiast opisać je w jednym tekście na temat całej serii. Odpowiedzią na to pytanie jest to, że mimo, że dzieją się w tym samym uniwersum, to już serie różnią diametralnie. Bo ile Fate/Zero to akcja wymieszana z intrygami siedmiu magów, Stay Night to już akcja wymieszana z romansem.

Założenia obu produkcji jest ta sama: siedmiu magów, siedem sług, wojna o Gral. Zmieniają się (w większości) bohaterowie i narracja całej akcji. Głównym bohaterem jest licealista o imieniu Shirou, który na pozór prowadzi zwykłe życie: uczęszcza do szkoły, trenuje szermierkę (dawniej też łucznictwo), pracuje dorywczo i ma swoją przyjaciółkę, która zajmuje się domem, poprzez gotowanie po sprzątanie. Jedynie co go odróżnia od pozostałych, to jest to, że posiada jakieś drobne zdolności magiczne. Pewnego razu dostrzega walkę między dwoma osobami, które okazują się być sługami dwóch magów. Jeden ze sług dostrzega go… i przebija włócznią. Ale, że anime nie znosi pustki, w tajemniczy sposób (dla niego) zostaje przywrócony do zdrowia. Sielanka nie trwała długo, bo zaraz potem przybywa rzeczony sługa z włócznią, by dokończyć dzieło (jedna z zasad wojny: zero świadków). W desperackiej próbie obrony, nieświadomie przyzywa swojego sługę a on sam, chcąc nie chcąc, staje się siódmym mistrzem w wojnie o Gral.

Trójka głównych bohaterów w Fate/Stay Night w tle mroku…

Sam scenariusz nie jest najwyższych lotów. Mamy młodzieńca, który posiada ukryte moce i który musi się zmagać z przeciwnościami wojny, w której początkowo nie chce brać udziału, ale potem dostrzega możliwość, że dzięki temu spełni swoje marzenie zostania bohaterem. Mamy też bohaterki, które stanowią potencjalne wątki miłosne Shirou oraz masę postaci z drugiego i trzeciego planu, które mają za zdanie szkodzić protagonistom. W przeciwieństwie do Zero, nie mamy za dużo intryg, a czarne charaktery z założenia są złe. Ot, typowa seria romantyczna dla młodzieży. Jednakże, dobrze skonstruowana fabuła i dobrze poprowadzona narracja opowieści sprawia, że ogląda się serię całkiem przyjemnie.

Co bardziej uważni, mogli dostrzec, że na początku opisu pojawiły się dwa tytuły: Stay Night i Unlimited Blade Works. Jeśli ktoś sądzi, że to pomyłka, wyprowadzam z błędu. To jest to samo anime, z tym, że przedstawia alternatywną ścieżkę wydarzeń. Inna dziewczyna jest głównym obiektem westchnień bohatera oraz historia toczy się zupełnie inaczej. W pierwszej dekadzie XXI wieku doczekaliśmy się wpierw filmowej wersji UBW (skrót od Unlimited Blade Works), która nie zachwyciła pod kątem reżyserii, ale już w 2014 roku otrzymaliśmy pełnoprawny serial animowany, który naprawia błędy poprzedniczki. Niestety ta ścieżka, jak dla mnie nieciekawa.  Jest nastawiona mocno na akcję, skupia się w zasadzie na trójce bohaterów, pozostałych bohaterów zostawiając jako tło, które nie zostało dobrze wykorzystane. Irytujący są również protagoniści. Shirou, choć już w ścieżce Stay Night był idealistą, tutaj przerasta wszelkie możliwe granice i staje się niemal egoistycznym burakiem, który pragnie spełnić jedynie swoje marzenie. I niestety, taki zostaje do końca. Główna bohaterka ścieżki, Rin, o ile w Stay Night była bardzo rozważną i sprytną postacią, tutaj zmienia się w typową, głupią tsundere. No i mamy jeszcze trzeciego, najbardziej enigmatycznego bohatera, który utrzymał trend ze Stay Night: był i jest bucem. Jedyne, co ratuje tę produkcję to zakończenie, przy którym fan całej serii uśmiechnie się nie raz.

…i ta sama trójeczka w Fate/Unlimited Blade Works w tle blasku słońca.

            O ile Stay Night było zrobione prawie wyłącznie rysunkowo, to już Unlimited Blade Works jest zrobione w tym samym stylu, co Fate/Zero, to znaczy, że jest kolorowo, ładnie animowane i mamy dużo CGI. Tutaj znów wygrywa produkcja z 2006, chociaż komputerowe fajerwerki z UBW cieszą oko, zwłaszcza dla osób młodych. Jeśli chodzi o muzykę, zwycięzcą znów zostaje ścieżka Stay Night. Utwory są bardziej melodyjne, ładniej się wpasują w serię aniżeli aranżacje z nowej produkcji. O seyiu nie ma co się dużo rozpisywać: bardzo porządnie wykonali swoją robotę. Należy zwrócić uwagę, że w obu produkcjach pojawili się ci sami aktorzy.

Już w tym roku do kin wchodzi pierwszy z trzech filmów animowanych, który ma zobrazować ostatnią ścieżkę, Heaven’s Feel, która z całej trójcy jest najbardziej mroczna. Zostali zaangażowani ci sami aktorzy i studio, które zrobiło Fate/Zero i UBW. A więc będzie dobrze fabularnie, graficznie i głosowo. A na dokładkę, w tym roku wchodzą jeszcze dwie serie ze świata Fate. Nie wiem, czy wybuchnie wojna czy będzie apokalipsa, nic mnie nie powstrzyma przed seansem jakiejkolwiek produkcji z tej marki.

Dantalian no Shoka

W czasie rozmowy z jednym z moich znajomych o fantastyce, powiedział mi, że nawet w Japonii zachowują zachodnie trendy. Cóż, może o ile prezentowany świat się zgodzę, to już z bohaterami niekoniecznie. W każdym razie, kolejna seria w rozpisce zdaje się być prawie dowodem na potwierdzenie jego słów. Prawie, gdyż akcja tego anime nie ma miejsca w świecie fantasy, a w czasach bardziej nam współczesnych.

Anglia, plus minus lata 20 XX wieku. Młody chłopak, były pilot Royal Air Force, Hugh Anthony Disward, dla przyjaciół Huey, dziedziczy po dziadku starą posiadłość leżącą nieopodal Londynu oraz jakiś tajemniczy kluczyk. We wnętrzu dworu znajduje się ponoć niezwykle przepastna biblioteka, będącą mokrym snem każdego bibliofila. Dziadek nie poinformował go jednak, że wraz z posiadłością i biblioteką, otrzymuje, chcąc nie chcąc, pod opiekę młodą dziewczynę o czarnych włosach, która jest strażniczką prawie miliona magicznych woluminów. Dalian, bo tak owe dziewczę się zowie, początkowo nie pała do nowego właściciela zbyt dużą sympatią, ale gdy dochodzi do magicznej anomalii i wspólnie, z pomocą ksiąg i klucza, pokonują ją, zawierają umowę, że wspólnie będą badać podobne magiczne incydenty, które niepowstrzymane, mogą prowadzić do tragicznego końca.

Seria mnie oczarowała tak zwaną „angielską flegmą”. Mimo, że wszystkie postaci mówią w języku japońskim, ich charaktery pozostają w większości brytyjskie. Huey jest dumnym mężczyzną, o bardzo spokojnym usposobieniu i wręcz anielskiej cierpliwości. Co więcej, nie jest w tym irytujący, widz zaczyna od samego początku pałać do niego sympatią. Partnerująca mu Dalian ma trochę japońskiego charakteru, który można byłoby określić jako tsundere, nie mniej, w ostatecznym rozrachunku, jest to zachowanie nie tyle co wredniej lolitki, co stonowanej, rozwydrzonej młodej damy jaką można zobaczyć w wielu produkcjach przedstawiających życie szlachty (nawet w Nad Niemnem). Postaci ingerują w przedstawiony świat, nie żyją w zupełnej próżni, spotykając się z ludźmi. Choć akcja skupia się na dwójce bohaterów, postaci poboczne wzbudzają sympatię i oglądający ma nadzieję na ich częstsze pojawienie. Londyn, chociaż nie jest przedstawiony jako aglomeracja, utrzymał swój klimat angielskiej stolicy z lat 20-tych. Jeśli chodzi o scen akcji, to seria nie jest skierowana na nią bezpośrednio i ogranicza się zwykle do kilku scen i ferii barw, któremu towarzyszy tłumaczenie używanego zaklęcia poprzez narrację Hueya, a także spojrzeniu na personifikację fenomenu magicznego.

Protagoniści Dantalian no Shoka: od lewej flegmatyczny Anglik, na prawo wredna panienka.

Jeśli chodzi grafikę, jak wspomniałem akapit wcześniej, nie mamy do czynienia z fajerwerkami, jak choćby z opisywanego wcześniej Fate/Zero, ale to i dobrze, bo być może zepsułoby to cały odbiór. Zamiast tego dostaliśmy anime, choć pełne kolorów, to na tyle zszarzałe w odpowiednich miejscach, że otrzymujemy obraz dobrego serialu kryminalnego na angielskich błoniach. No i muzyka. O ile w czasie serialu można było z rzadka wyłapać ciekawe kawałki, to czołówka jest jedną z najbardziej zapadających w pamięć, bo nie dość, że zagrana na orkiestrę, to jeszcze śpiewana po łacinie. Choć do openingu z Elfen Lied jej daleko, działa magnetycznie, co jeszcze bardziej przyciąga do tytułu. Co do gry aktorskiej, zapada w pamięć przede wszystkim Dalian, która bardzo często do swoich zwrotów dodaje angielskie słowa. O ile „engrisz” jest dla mnie denerwujący w anime, to w tym przypadku krótkie „yes” lub „no” świetnie pasowało do produkcji i nie irytowało.

Seria zostawia po sobie pewien niesmak. Chociaż prawie każdy odcinek to osobna historia, która można oglądać w dowolnej kolejności, to było ich stanowczo za mało. Seria ma tylko 11 odcinków, chociaż śmiało można byłoby ją przedłużyć o, co najmniej, cztery. Domknęłoby to kilka wątków i efekt byłby o wiele lepszy. A tak, dostaliśmy serię o niezwykłym klimacie, ale ograniczoną czasowo. A szkoda.

Kokoro Connect

Japończycy uwielbiają szkolne komedie. Przynajmniej jedna czwarta serii, która wychodzi na sezon opowiada o licealistach lub przynajmniej gimnazjalistach. Często gęsto są to komedie romantyczne lub „słodkie dziewczęta robią słodkie rzeczy”. Tych produkcji jest tak wiele, że aż trudno się pokusić o stwierdzenie, że są oryginalne. Co najmniej połowa serii powiązanych z fantastyką to seria szkolna z elementami romansu i niestety, są ciężkostrawne, gdyż albo wieje od nich nudą albo kiczem. Naprawdę rzadko można obejrzeć coś, co przyciągnie widza i wprawi go w salwę śmiechu lub wzruszenie. Kokoro Connect to jedna z takich serii, pozornie nie różniąca się od nich, ale szybko opada całun stereotypu.

Historia, którą seria przedstawia już od samego początku nie należy do wybitnych. Mamy pięć osób: trzy dziewczyny, dwóch chłopaków, którzy są członkami koła kulturalnego. Powodem stworzenia tego klubu nie było to, że dzielą jakieś zainteresowania. Wręcz przeciwnie: albo maja je tak egzotyczne, że nie znajdują swojego miejsca w innych klubach albo nie są w stanie na nic się zdecydować albo wpadło się w konflikt ze starymi klubowiczami i trzeba było zdecydować się na coś nowego. Jak widać, swoisty koktajl, który zdaje się dobrze działać, a osoby, które należą do klubu wydają się między sobą lubić. Ale czy na pewno? Pewnego dnia klubowicze zauważają, że niespodziewanie mogą się znaleźć w ciele innych członków. Uznali to jednak za jakieś wariactwo i wrócili do swojego normalnego życia. Do czasu, gdy do drzwi ich pokoju klubowego zapukał niespodziewany gość: opiekun klubu, który sam w sobie, rzadko się pojawiał na ich spotkaniach, a na dodatek okazało się, że jest opętany przez jakiś tajemniczy byt. Owe stworzenie oznajmia im, że od tej pory będzie poddawał członków tego klubu eksperymentom i zamiana ciałami to dopiero początek. Na pytanie dlaczego to robi, odpowiedział, że dla zabawy. Czas zacząć grę!

O ile z tekstu wynika, że możemy mieć do czynienia z mroczną serią, w której każda z postaci będzie przeżywała swoją osobistą tragedię. Tymczasem jest na odwrót: otrzymujemy szaloną, szkolną komedię. Główni bohaterowie wykorzystują narzucone im moce do robienia sobie dowcipów lub torowania sobie drogi przez trudności. Jednakże, im dalej w las, tym pojawia się coraz więcej osobistych dramatów. Okazuje się, że umiejętności mogą być też przekleństwem i że osoba, z którą zdawało się mieć dobre stosunki skrywa tajemnice, które na szali mogą postawić dalszą przyjaźń. Zmiana ciał to jedno, ale co jeśli jest się w stanie usłyszeć myśli innej osoby? Wciąż jednak został zachowany ciepły charakter serii. Bohaterowie, zwłaszcza żeńscy, są naprawdę świetnie napisani i stanowią najmocniejszy punkt serii. Czasem nie ważne, jak dobrą ma się fabułę, to źle dopasowani protagoniści położą cały trud scenarzysty. Tutaj szczęśliwie mamy docenienia z odwrotnością: fabułę ratują bohaterowie. Nie żyją między sobą w próżni, ich relacje stawiają ich początkowo jako kolegów z klubów, potem przyjaciół, a na koniec część bohaterów kończą jako pary. Co by jednak nie mówić o bohaterach, każdą scenę kradnie postać Inaban. Dlaczego? Cóż, polecam zobaczyć samemu, ale powiem, że chciałbym widzieć tylko takie postaci w komediach romantycznych!

Jak widzisz taki uśmiech u Inaban z Kokoro Connect, wiedz, że masz przechlapane…

Rzeczą, która dla niektórych może być najtwardszym orzechem do zgryzienia to grafika. Jest cukierkowa, podobnie z resztą jak projekty postaci, dlatego też seria raczej jest przeznaczona dla osób, których drażni zbyt pastelowość, a już w ogóle zamyka ścieżkę dla tych, co uważają anime za czyste zło. Co innego gra głosem. Postaci przechodzą zmiany, czy to za sprawą sytuacji czy mocy, przez co wymuszone było, by seyiu modyfikowali głos tej postaci przynajmniej kilka razy. Wyszło to niemal perfekcyjnie i śmiem twierdzić, że mamy odczynia jedną z lepszych serii pod kątem dubbingu.

Jak mówiłem, z racji cukierkowości, seria nie zdobędzie sobie fanów pośród przeciwników anime. Osobiście jednak twierdzę, że warto dać tej serii szansę z powodu tego, że rzadko mamy do czynienia z tak dobrze napisaną serią szkolną, a na dodatek, romansem. Tak też, spróbujcie połknąć pigułkę goryczy i obejrzyjcie. Zwłaszcza, że posiada zamknięty scenariusz i, choć miło by było, nie potrzebuje drugiego sezonu, bo pierwszy jest w zupełności satysfakcjonujący.

Haiyore! Nyaruko-san

H.P. Lovecraft. Mistrz grozy swoich czasów, twórca kultowej już mitologii, w której główną rolę odgrywa niejaki Cthulhu. Oczywiście, skoro jak wspomniałem, coś jest otoczone kultem, każdy przejaw ingerencji w dany obiekt kończy się często zlinczowaniem, jeśli nie jest wedle założeń fanów. Dlaczego o tym mówię? Otóż powstanie tej serii jest jak uderzenie w jaja prosto z buta o metalowym czubie w stosunku do wszystkich fanów Lovecrafta. A dla mnie pożywką i radością, że kolejne tabu zostało złamane i to, co było kiedyś sacrum, może nagle stać się też profanum.

Po lewej japoński Nyaratohotep, po prawej jego zachodnie wyobrażenie. Zajdź siedem różnic.

No dobra, ale o co chodzi? Poznajemy chłopaka o imieniu Mahiro, który ucieka przed jakąś bestią. W chwili, gdy już nie ma ratunku, niczym grom z jasnego nieba spada na monstrum białowłose dziewczę z nieco przydługim kosmykiem na głowie, które łomem nokautuje potwora. Ów salwator młodego Mahiro przedstawia się jako Nyaralatohotep, Pełzający Chaos i Noszący 999 Masek, etc, a dla przyjaciół Nyaruko. Oznajmia bohaterowi, że jest z kosmosu i przybyła na Ziemię w celu uzyskania zdobyczy kulturowych cywilizacji ludzkiej. Krótko mówiąc: anime, mang, gier komputerowych i gadżetów pochodnych od nich. Jak można się domyślić, chłopak nie jest z tego faktu zadowolony, gdyż nie dość, że owe bóstwo jest okrutnie irytujące, to jeszcze decyduje się okupować jego mieszkanie (za błogosławieństwem matki Mahiro), a na dokładkę Nyaralatohotep widzi w nim potencjalny obiekt seksualny i dąży do spłodzenia potomka. W niedługim czasie, ilość istot z mitologii Cthulhu w mieszkaniu Mahiro oczywiście wzrasta. Czy chłopak zachowa poczytalność?

Jak mówiłem na początku, seria łamie wszystkie tematy tabu jeśli chodzi o opowiadania Lovecrafra. Zamiast „antropomorficznych monstrów pełzających z otchłani najczarniejszych ludzkich fantazji”, mamy „kawai dziewczęta, które są tak słodkie, że aż przerażające”. Nie powiem, w tym szaleństwie (hehe, szaleństwie)  jest metoda, gdyż widz od samego początku krzyczy z rozpaczy, że taka abominacja w ogóle powstała, a na dodatek, że pośród tego krzyku znajdzie chwilę dla śmiechu. Co by nie mówić, seria, zwłaszcza dla kogoś, kto zna twórczość mistrza grozy (i ma na tyle dystansu, by przeżyć kreację bohaterów), znajdzie całe mnóstwo smaczków do jego oryginalnych dzieł (R’lyoh jako park rozrywki, Nodens jako potencjalny reżyser filmów gejowskich), a nawet samej postaci Lovecrafta. Jest to czysta parodia, którą mogliby stworzyć tylko Japończycy w swoich chorych (szalonych) umysłach. Trudno ją oceniać jako serię, która ma jakieś szczególne wartości. Chociaż, nie czekajcie… można. Bo o ile w swoim czasie, mistrz grozy tworzył najlepsze horrory, to Haiyore! Nyaruko-san można uznać za serię grozy naszych czasów. W końcu niech znajdzie się ktoś, kto jest w stanie na serio przeżyć to anime i zostać przy zdrowych zmysłach. A skoro już jesteśmy przy zachowaniu poczytalności, to nie powiem, główny bohater serii (wbrew temu, co pokazano nam na początku anime) ma bardzo dużo zdrowia psychicznego. Stąpa twardo po ziemi, nie daje się sobą pomiatać jak każdy dobry Japończyk i często stanowi jedyną przeszkodę dla szalonych pomysłów bytów z mitologii Cthulhu, a za swoją broń przeciwko nim uznaje… widelec. Czemu akurat on? Nie wiem, ale to szalona seria, więc szalone pomysły mają rację bytu. Partnerujące mu dziewczęta i jeden chłopak zostały wzięte wprost z opowieści Lovecrafta. O Nyaratohotepie sobie już powiedzieliśmy, a do tego grona należy zaliczyć jeszcze Cthughę o wdzięcznym imieniu Kuko, która nie dość, że jest chodzącym NEETem (poświeciłem temu zjawisku osobny tekst, ale dla przypomnienia: nerd, który unika ludzi), to jeszcze ma lesbijskie pociągi do Nyaruko; a także Hastura o imieniu Hausta, który jest facetem (ponoć), co mu nie przeszkadza, by mieć pociąg seksualny do Mahiro.  Tak… tyle z głównych bohaterów. Już jest ciekawie. Do tego dodacie sobie jeszcze całą masę postaci pobocznych, mniej lub bardziej normalnych (ze wskazaniem na tych pierwszych) i otrzymujemy chorą i szaloną komedię z elementami fantastyki.

Jeśli chodzi o grafikę, nie brakuje kolorów i scen walki, które na myśl przypominają Power Rangers (nie chodzi mi o choreografię), ale raczej wszystko jest tak słodkie, że z każdym odcinkiem coraz bardziej traci się nadzieję, że ten świat da się jeszcze uratować. Co ciekawe, producenci zatrudnili masę świetnych aktorów głosowych, dzięki czemu, seria jest przyjemna w odbiorze pod kątem dźwięku (o ile komuś nie przeszkadzają zbyt emocjonalne krzyki co po niektórych postaci)

Haiyore! Nyaruko-san posiada na swoim koncie dwa właściwe sezony anime, dwa sezony krótkich opowiastek o bohaterach oraz kilka OVA. O czym to świadczy? Japończycy są po prostu chorzy psychicznie. Najgorsze jest to, że tym szaleństwem zarażają nawet zachodnich mieszkańców globu, przez co są w stanie nawet polubić tę serię. Przykładem niech będzie osoba opisująca to anime. Zaczynając swoje teksty, byłem zupełnie normalny, a teraz czuję, że szaleństwo pochłania mnie z każdą kolejną linijką… coraz bardziej… i bardziej… Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn!

 

Recenzje

Ghost in the Shell – recenzja

296 Views

Ecce Homo”. Te dwa wyrazy, które wyszły z ust Poncjusza Piłata, który skazał Chrystusa na śmierć poprzez ukrzyżowanie, są idealne do określenia charakteru każdego produktu rodem z cyberpunku. Jest to świat, w którym implanty zastępują wiele części ciała lub usprawniają już istniejące by uzyskać większą efektywność organizmu. Jest to też świat, w którym cały czas przewija się to samo pytanie „Ile zostało człowieka w człowieku”, biorąc pod uwagę, jak człowiek coraz bardziej zmienia się w maszynę. Można powiedzieć, w pewnym sensie cyberpunk to miejsce, w którym poczuje się dobrze i humanista i inżynier. Jednym z klasyków takiego świata jest japońska manga „Ghost in the Shell”, która była w swoim czasie fenomenem na skalę światową. Na jej podstawie stworzono filmy, anime i recenzowany przeze mnie film.     Naczelnym pytaniem, które sobie postawiłem przed seansem to było to, czy amerykańska adaptacja mangi dobrze odda ducha oryginału. W końcu nie raz mieliśmy przykłady, jak naczelni pożeracze hamburgerów potrafili skopać piękny, japoński klasyk (patrz: „Dragon Ball: Ewolucja”). To też nic dziwnego, że podchodziłem do tej produkcji jak zdrowy do chorego: z dużą ostrożnością. W ostatecznym rozrachunku, nie zaraziłem się od niego, ale też nie byłem do końca usatysfakcjonowany, że musiałem tam być.

Tytułowa „Dusza w muszli” ma oznaczać przeniesienie świadomości do nowego, cybernetycznego ciała. Przebiegała ona poprzez transfuzję mózgu do sztucznego ciała, tworząc cyborga z ludzką świadomością. Był to rodzaj nadawania nowego życia zmarłej cieleśnie osobie. Pierwszym takim tworem była niejaka Major, która miała stać się bronią pod kontrolą korporacji „Hanka Robotics”, potężnego molocha, zajmującego się cyfryzacją i robotyką, a także implantami. Została przydzielona do oddziału do zadań specjalnych, jak usuwanie terrorystów. Podczas jednej z akcji dochodzi do napotkania zhakowanych robotów, którzy zdają się uśmiercać naukowców pracujących dla „Hanka”. Aby rozpracować cyberterrorystów, Major decyduje się wejść w rdzeń jednego z robotów, w którym to odnajduje coś, co odmieni jej sposób patrzenia na świat oraz swoją przeszłość.

Osobiście nie lubię cyberpunku ze względu na dość oczywiste pytanie, o którym wspominałem na początku. Nie mniej, gdy świecił swoje triumfy na salonach, takie pytanie było dość chwytliwe i kształtowało bardziej dorosłe spojrzenie na science fiction. Obecnie jednak jest ono tendencyjne. Z tego względu, film zdaje się być spóźniony o co najmniej 20 lat, gdyż widzowie są w stanie wyrazić pogląd na zadane pytanie. Czy to jednak sprawia, że film jest zły? Nie. „Ghost in the Shell” może i nie przejdzie jako szczególny klasyk, ale też nie będzie można go określić jako dno. Mimo tego, brakowało mu jakiegoś pazura. Sceny akcji, które się pojawiły się w filmie, były dla mnie kręcone na odczep się, jak typowe sceny z filmu sensacyjnego. Tymczasem z racji gatunku, można było sobie pozwolić na większe szaleństwo. Co więcej, film był mało brutalny. Nigdy nie wyznaczałem tego aspektu jako elementu decydującego, ale w tym wypadku ma spore znaczenie. Cyberpunk z założenia nie jest miłym miejscem, gdzie łatwiej dostać kulkę niż uśmiech przechodnia. Nie mówię tutaj o scenach gore, ale gdy się strzela, krew powinna lecieć aż się patrzy. Wiele ofiar to były co prawda roboty, ale ludzie też dostawali swoje strzały w łeb.

Aktorstwo. Na pozór drewniane, w rzeczywistości – takie, jakie oczekiwałem. „Ghost in the Shell” to adaptacja dzieła pochodzącego z kraju Kwitnącej Wiśni i większość akcji działa się właśnie w Japonii. Tamtejsza mentalność sprawia, że większość jej mieszkańców zachowuje stoicki spokój. Druga rzecz – część bohaterów to roboty w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jak można się spodziewać uczuć od robotów lub cyborgów? Wracając do aktorów: Scarlett Johansson grała już w wielu filmach akcji (począwszy od serii Marvela po „Lucy”), więc doskonale wiedziała, jak się zachować na planie. Co więcej, jej charakteryzacja sprawiała, że faktycznie mogła by uchodzić za japonkę, dzięki czemu wielu fanów oryginalnej adaptacji odetchnęła z ulgą na jej widok na ekranie. Niestety, reszta aktorów grała co najwyżej średnio. Partnerujący Scarlett Pilou Asbæk z założenia miał być śmieszno-poważny, Takeshi Kitano odgrywać starego, mądrego Japończyka, a więc odgrywali jakiegoś pewnego rodzaju wzorce, a nie konkretne postaci. Jedynie Juliette Binoche, jako współczująca doktor, zagrała najlepiej z całej obsady z drugiego planu, ale tego można było oczekiwać od tak doświadczonej aktorki. Co do czarnych charakterów, mieliśmy ich aż dwóch, z czego ten grany przez Michaela Pitta zdawał się być najlepiej zagrany z racji chyba najbardziej niebanalnej postaci w całym filmie.

Jak na razie, mało zachwalam, a więcej krytykuję. To teraz na odwrót. Muszę pochwalić specjalistów od efektów specjalnych. Idealnie odwzorowali miasto w klimacie cyberpunku. Wielkie hologramy, wielopiętrowe konstrukcje w stylistyce futurystycznej, które kontrastują z budynkami modernistycznymi (czyli naszymi, współczesnymi) czy też animacje implantów czy samych robotów. Wszystko było tak realistyczne, że nawet bez okularów 3D miało się wrażenie, jakby się tam znajdowało. Świetnie to współgrało z kamerą, która wiedziała, jak odpowiednio podkreślić klimat miasta, a także akcję i mimikę postaci. Za muzykę odpowiadał Clint Mansell, czyli doświadczony kompozytor i twórca soundtracków do filmów takich jak „Requiem dla Snu” czy „Źródło”. Niestety, o ile mogę powiedzieć o tych filmach, że muzyka była jednym ze znaków rozpoznawalnych tych produkcji, to w przypadku „Ghost in the Shell” utwory nie były szczególnie zapadające w pamięć, aczkolwiek oddawały klimat przedstawianego świata.

Gdybym miał odbierać film „Ghost in the Shell” jako film właściwy cyberpunkowi, czyli akcja wymieszana z humanizmem, to w mojej ocenie jest mocno spóźniony. Co prawda widz nie widzi problemu z wtórnością, to jednak domaga się ulepszenia formy. Amerykańska adaptacja mangi nie jest niczym odkrywczym pod kątem fabularnym, nie mniej, jest świetnym widowiskiem, zwłaszcza, gdy widz ma okazję skupiać się na poznawaniu niuansów świata cyberpunku, a nie na akcji. Dlatego też, jeśli miałbym go polecić komukolwiek to prawdopodobnie osobom, które jeszcze nie zapoznały się dobrze z tym typem science fiction, a nie chce za bardzo kopać w klasykach, jak „Łowca Androidów”.

Recenzje

Dusigrosz (recenzja)

217 Views

Drożący prąd? Drożejąca woda? Drożejące artykuły spożywcze? To są problemy typowego Polaka, który ma na utrzymaniu rodzinę lub młodego studenta polonistyki lub socjologii, który zaczyna wkraczać w dorosłość. Nie da się ukryć, że by dzisiaj przeżyć trzeba być niezwykle gospodarnym, a niekiedy, bardzo oszczędnym. Ale niektórzy to już przesadzają.

François Gautier ma szczęście w życiu: ma mieszkanie, ma pracę jako skrzypek w orkiestrze, niezłą sumkę na koncie bankowym, pozwalającą mu żyć ponad swój stan. Ale cóż z tego, skoro bohater filmu „Dusigrosz” woli zachowywać się jak typowy Szkot i oszczędzać na każdym korku. Po co kupować keczup, skoro przeterminowana w 2006 roku tubka cały czas nadaje się do spożycia. Po co marnować prąd, skoro są latarnie za oknem, które go dostarczą światło za darmo. Po co kupować artykułu skoro można podwędzać od sąsiadów i z miejsc publicznych np. papier toaletowy. Nie da się ukryć, François to skąpiec, znienawidzony przez sąsiadów oraz kolegów z pracy, nie mniej, zdaje się, że to mu kompletnie nie przeszkadza. Dobrze mu się żyje i co złego może się stać? A na przykład, że do orkiestry dołącza młoda, atrakcyjna wiolonczelistka, czująca miętę do bohatera, uczulona na wszelkie możliwe, tanie dania. Albo nagle, przed skrzypkiem pojawia się dziewczyna, będąca efektem użycia przeterminowanej prezerwatywy sprzed lat, ogłaszająca się jego córką i chcąca zamieszkać z tatusiem, który wedle słów matki jest hojnym filantropem. Czy sytuacja wymusi na Françoisie zmianę swojego zachowania?

Nie da się ukryć: Francuzi mają niezwykły talent do komedii. Wielu z nas pamięta klasyki choćby Louis de Funès, jak serię o żandarmie czy Fantomasie, czy bardziej współczesne, jak „Francuski Pocałunek” czy niemal kultowy już u nas „Asteriks i Obelisk: Misja Kleopatra”. Opierają się one często na absurdzie lub też klasycznej pomyłce, ale to jest ich cecha szczególna, którą ciężko nie kochać. „Dusigrosz” to przedstawiciel tego pierwszego typu komedii. Nieprawdopodobne wręcz skąpstwo jest tak niemożliwe, że śmiało można by go postawić na jednym podium ze Sknerusem McKwaczem jeśli chodzi o kreację postaci. Oboje są porównywalni zarówno w kwestii oszczędzania, a także zarabiania: wszędzie szukają sposobu by coś zyskać, jak najmniej wydając. Tylko w przeciwieństwie do kochanego naszego kaczora, François poprzez relacje z córką i wiolonczelistką zmienia się. Nie jest to jednak transformacja typowo hollywoodzka, a dopiero wstępny proces. Nie można wyzbyć się nagle charakteru i przyzwyczajeń, jak nas często przekonywało do tego Hollywood , można jednak podjąć kroki, by to zmienić. Ten realizm w abstrakcji jest czymś, czego w kinie często brakuje i choćby z tego powodu można uznać „Dusigrosza” za film nie tyle co wielki, co z pewnością nietypowy.

Postać Françoisa to swoiste mistrzostwo świata. Założeniem filmu było przedstawienie go jako typowego odludka, stroniącego od kontaktów międzyludzkich. Stąd też jego zachowania mogą niektórych mierzić, nie mniej, są dość zrozumiałe, jeśli dokładnie się przyjrzymy jego otoczeniu. Widać jednak, że jest człowiekiem, nie robotem i z czasem, gdy coraz częściej przebywa wśród ludzi, budzą się w nim ludzkie odruchy, zwiastujące jakąś zmianę. Mimika oraz reakcje Dany Boona, aktora który wcielił się w tytułowego dusigrosza, są tak naturalne, jakbyśmy nie oglądali filmu, tylko naszą własną rzeczywistość. Partnerują mu przez film dwie kobiety. Valiere, młoda i ambitna wiolonczelistka nie była postacią jakąś szczególnie rozbudowaną: jej celem było być obiektem westchnień Françoisa, ślicznie się uśmiechać, a także powodować powody do zmiany, ale nie będąc jej bezpośrednią przyczyną. Tę część zarezerwowano dla Laury, jego nieślubnej córki, granej przez młodziutką Noémie Schmidt. W chwili, gdy pojawia się na ekranie wraz z głównym bohaterem, tworzą jeden z najbardziej komicznych duetów od czasów Geoffreya Rusha i Colina Firtha z „Jak zostać królem”. Jest to kobieta silna, niebędąca specjalnie przesadzona, a przy tym również zachowująca ludzkie odruchy. To ona był tą siłą, która przez większość filmu kierowała Françoisem, czy mu to się podobało czy nie, nawet, jeśli robiła to nieintencjonalnie. Pozostała część obsady to tło, będące po prostu powodem do gagów.

A skoro już przy nich, warto omówić ten aspekt, w końcu „Dusigrosz” z założenia miał być komedią. Żarty opierają się na sytuacja, rzadziej na konkretnych dialogach, do których kino już nas przyzwyczaiło. Często można było się ich spodziewać nim padły, co nie zmienia jednak, że mimo, że pachniały lekko stęchlizną, to jednak byłby wciąż jadalne i smakowały niczym świeżo podany posiłek. Duża w tym zasługa reżyserii i scenariusza, które idealnie wyczuwały moment, by wrzucić dowcip i nie przeciągając go za długo. Scen, w których można było paść ze śmiechu było naprawdę sporo i trzymały mniej więcej równy poziom. Co prawda, pod koniec filmu więcej było dramatu, któremu mógłbym zarzucić na wskroś hollywoodzkie podejście, jednak spadał oto na widza niczym deus ex machina, atakując w niespodziewanym momencie, że zamiast stwierdzić, że to odgrzewany kotlet, naprawdę szło się wzruszyć.

Jeśli chodzi o zdjęcia, mamy tutaj do czynienia z filmem klasycznym pod tym względem: brakuje fajerwerków komputerowych, ale efekty specjalnie nie miały być kwintesencją filmu. Można powiedzieć, że były zrobione rzetelnie, ale niczym szczególnym nie powaliły widza. Jedyne na co trzeba zwrócić uwagę w tej kwestii to ujmowanie w kadrze postaci: kamerzysta doskonale wiedział, jak należycie złapać ruchy i reakcje postaci, by nadać im efektu komizmu i dramatu. A skoro film opowiada o skrzypku, nie mogło też zabraknąć muzyki. W wielu momentach filmu słyszeliśmy kompozycje klasyczne, głównie na instrumenty smyczkowe. Powalającą sceną była chwila, gdy główna postać musiała się spieszyć i w panice zagrała w niezwykle błyskawicznym tempie  „Cztery pory roku” Vivaldiego, a wedle słów jednego z muzyków w filmie, zagrano całość w 12 minut! Nie będę ukrywał, chciałbym to zobaczyć na żywo.

Podsumowując, „Dusigrosz” to film niezwykle energiczny, trzymający równy poziom, przy którym każdy znajdzie coś dla siebie. Humor jest genialny, gra aktorska mistrzowska, a fabuła, choć znana, trzyma widza cały czas w napięciu. Jeśli szukacie filmu, przy którym się zrelaksujecie po ciężkim dniu za jakieś marne grosze, to właśnie komedia Freda Cavayé jest stworzona dla was.

Paweł R. Ofiarski

Nippon Banzai! Oculum Mundi

Krew z krwi, część 1

471 Views

Strzała z łuku uderzyła prosto w pierś szarżującego w stronę samuraja ogra. Bestia ryknęła w amoku, kontynuując bieg. Broń, jaką była wielka maczuga nabijana krzemieniami miała właśnie uderzyć w leżącego członka klanu Yamisura, gdy nagle zza bambusowych drzew wyleciało kilka strzał, z czego dwie uderzyły prosto w głowę potwora, lecz to tylko go zamroczyło. Jednak ten czas wykorzystał leżący na ziemi wojownik, który szybkim ruchem chwycił swoją katanę i błyskawicznym cięciem ostrza przejechał po brzuchu ogra. Pomimo, że skóry bestii były twarde do tego stopnia, że zapewniały naturalny pancerz, to nie stanowiły przeszkody dla niezwykle ostrych mieczy, które posiadali samurajowie. Szybko, to miejsce pokryła czarna krew, a bestia oddała ostatni, agonalny jęk. Po chwili trzymetrowe ciało padło z łoskotem na ziemię. Samuraj nie tracił czasu na spoglądanie na swojego przeciwnika. Kiwnął do łuczników, którzy właśnie wyłonili się zza bambusowych drzew i dał sygnał do ataku w stronę najbliższej grupy przeciwników.

Continue Reading

Nippon Banzai! Publicystyka

Filmy… animacje fantasy w Japonii

413 Views

Nie da się ukryć, że rynek animacji ma się w Japonii dobrze (patrz, mój wcześniejszy felieton na stronie www.abyssos.eu), o ile nie rewelacyjnie. Na każdą porę roku wydawane jest ponad dwadzieścia produkcji, ale tylko nieliczne z nich można uznać za warte obejrzenia. Oczywiście, autorzy starają się jak najbardziej rozreklamować swoje „perełki”, nie mniej, ostateczny efekt powodzenia należy i tak do widza. Wracając do myśli przewodniej, większość produkcji, które serwują twórcy to seriale o tematyce fantastycznej, począwszy od modern, future, tradycyjnej, a skończywszy nawet na MMORPG(a jak!). Porównując tę tendencję do tego, ile seriali fantastycznych wychodzi na zachodzie, można stwierdzić, że rynek japoński znacznie dominuje na tle ilościowym. Bo jeśli chodzi o jakoś… to, jak wspominałem wcześniej, jest różnie.

Continue Reading

Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

Dlaczego wyginęły smoki?

261 Views

Kolejną część przygód rycerza Tęgomira z Głogowa i jego hebrajskiego konia Mosze Zweinstenia rozpoczynamy od hipotezy. Tęgomir z zapałem objaśnia księciu głogowskiemu z jakiego powodu, wzmiankowane w źródłach historycznych, smoki opuściły ziemski ród. Wygłoszenie krótkiej tezy stanowi preludium do podjęcia misji zleconej przez Konrada I głogowskiego.

Gdy umowa zlecenie zostaje podpisana rozpoczyna się przygoda, w której poganie i kobiecy wąs, odgrywają znamienitą rolę.

🙂

Słuchowisko można pobrać bezpośrednio stąd: klik

Występują:

    • Michał Sobociński;
    • Paweł Ofiarski;

Ponadto gorąco zapraszam do subskrybowania kanału Dumnego Ugrupowania Pisarzy Absurdu.

Mih lub Michajasz.