Tag -

opowiadanie

Varia

Tymoteusz Czyż – Transport

135 Wyświetleń

Migające gwiazdy płynęły powoli za oknem. Wielkie obłoki pyłu, gazowe olbrzymy i niebiesko-zielone kule tak bardzo przypominające Ojczyznę, wszystkie te cuda po pewnym czasie brzydły, stawały się szarą codziennością podróży. Mozolnie zbliżali się do wrót przesyłowych zlokalizowanych na krańcu sektora. Dalej czekała ich procedura zakotwiczenia i zostaną wysłani na drugi brzeg galaktyki, prosto do układu w zewnętrznym ramieniu drogi mlecznej.

– Sprawdźcie chipy blokujące sczytywanie myśli – powiedziała do węzła radiowego.

Kapitańska czapka była przejawem archaicznej tradycji, ale według niej dodawała autorytetu. Poprawiła ją, tak, aby opadała na oczy, musiała zażyć trochę snu przed odprawą.

Oby wszystko przebiegło pomyślenie, pomyślała.

– Pani kapitan! – zawołał AX002.

Jak na mieszańca był całkiem przystojny, blizny po ataku robali jedynie dodawały mu męskości. Lubiła go, możliwe, że nawet za bardzo.

– Co się stało drugi? – zapytała.

– Mamy nadchodzące połączenie z centrali Pierwszych – powiedział wyraźnie drżącym głosem.

Pierwsi zwiastowali jedynie kłopoty. Czyżby wiedzieli o prawdziwych powodach ich misji?

– Przetrzymaj na łączach ile się da, potrzebuję trochę czasu. – Wyciągnęła okablowanie z portu i wsadziła w gniazda na przegubach rąk. Skanowanie zapór zakończyło się sukcesem, szyfrowanie protokołów działało należycie, była gotowa.

– Daj ich tutaj! – krzyknęła.

Czerń przedniej szyby zamigotała graficznymi artefaktami, po chwili szare drobinki materii wypełniły obraz, była to neutralna postać Pierwszych. W tle znajdowało się typowe biuro urzędnika średniego szczebla. Zaawansowane, krystaliczne monitory, procesory i dyski warte tyle, co jej cały statek. Nawet znalazło się miejsce na zieloną roślinkę, niewiadomego gatunku. Prawdziwe luksusy, jak na tę część galaktyki.

Szara materia zmieniła kolor na złoty i przybrała wygląd trójwymiarowego modelu typowego obywatela Ojczyzny. Po chwili czujniki wyłapały, że kapitan była kobietą i zmieniły płeć konsultanta na odpowiadającą.

– Nazywam się Axis i jestem państwa przewodniczką w procesie dokowania. Dla podwyższenia standardów rozmowa jest monitorowana przez zewnętrznego obserwatora z ministerstwa sieci i transportu. Na pierwszym miejscu stawiamy państwa komfort! –uśmiechnięta od ucha do ucha „kobieta” zastukała parę razy w ciekłokrystaliczny panel na biurku i ekrany pokładowe wyświetliły ankietę satysfakcji z przelotu. – Proszę o wypełnienie ankiety, to zajmie dosłownie chwileczkę, a ja w tym czasie przeskanuje komputer i dane transportowe.

Wyświetlacz zamigotał i ankieta wypełniła całą przestrzeń, świecąc jaskraworóżowymi literami.

Konsultantka zniknęła, ale czujniki zapór zareagowały natychmiast na obecność obcego kodu. Standardowe zabezpieczenia ustąpiły natychmiast po podaniu klucza. Kapitan miała nadzieję, że dodatkowe oprogramowanie nie podda się tak łatwo i urzędniczka nie zauważy niezgodności w systemie. Nawet nie chciała myśleć, co mogło się stać, gdyby cały spisek wyszedł na jaw.

Zauważyła, że AX002 stał cały czas na mostku, on też obserwował w napięciu niby rutynową kontrolę. Kłopoty zawsze zaczynały się od nadgorliwego urzędasa, chcącego zaimponować szefostwu.

– Mamy drobne nieścisłości, proszę przywołać załogantów: AC001, AC003, AX001. Podejrzewamy przemyt drobnoskalowy.

Głos wydobył się z głośników, ale twarz nie powróciła na wyświetlacze.

Kapitan zaklęła w duchu i nacisnęła przełącznik węzła radiowego. Trzymała spocony palec na przełączniku szyfrującym wiadomości wewnętrzne.

– AC jeden i trzy, AX jeden, proszeni są na mostek w trybie natychmiastowym – włączyła szyfrowanie transmisji – zabierzcie ze sobą kondensatory, mamy ogon.

Rozłączyła się jak najszybciej.

Czy wyłapała dziwne szumy na końcu transmisji? Czy w ogóle słuchała?

Po paru minutach na mostek weszli dwaj mężczyźni z ciężką czarną skrzynką i kobieta niosąca całe naręcze kabli. Rozstawili urządzenie na podłodze, nie zamieniając ani słowa. Szybko podpięli kondensatory do gniazd nadających sygnał w kosmos i przekręcili pokrętło. Lampki zaświeciły się na zielono i pokazały pełną moc. Jeżeli suka będzie podskakiwać, usmażą ją jednym przyciskiem.

– Załoganci kursu „ramię krzyża / ramię zewnętrzne, o numerze A140098”, dane załadunkowe kajut, nie zgadzają się z aktualnym obciążeniem znajdującym się w pomieszczeniach mieszkalnych, jak to możliwe?

Złota trójwymiarowa kukła powróciła na ekran. Tym razem nie uśmiechała się, pozostając bez wyrazu.

Kapitan zaczynała rozumieć, dlaczego Pierwsi tak często występowali w thrillerach. Potrafili zbudować napięcie jak nikt inny.

AC001 i 003 zarumienili się wyraźnie. Nie potrafili ukrywać swoich emocji, byli dla Pierwszej łatwym kąskiem.

– Bo my śpimy razem, dlatego obciążenia się nie zgadzają – powiedział mężczyzna z numerem 001 na mundurze i spurpurowiał cały.

Kobieta przytaknęła pośpiesznie. Pierwsza powoli zamrugała, musiała szukać czegoś w bazie danych, jej gatunek nie rozumiał rozmnażania jako procesu wymagającego udziału gonad.

– Rozumiem zaistniałą sytuację.

Starała się utrzymać profesjonalizm, ale widać było lekko drgający ironiczny uśmieszek.

Pewnie myśli teraz o nas, jako brudnych, spoconych zwierzętach, pomyślała kapitan.

– A załogant AX001? – wróciła do tematu – też uczestniczy w tym procederze?

– Nie – odpowiedział AX001 i zaczął nerwowo skubać kozią bródkę. – To moja hodowla zieleniny.

– A jaki gatunek jest tam dokładnie hodowany?

Axis zbliżyła się do kamery i chip na szyi AX001 włączył żółty alarm. Ciche pikanie wypełniło mostek.

Dobrze, że kazałam założyć te chipy, jeden tyłek uratowany przed sczytaniem.

– P-pietruszka – wyjąkał.

– Pietruszka – powtórzyła.

– Tak, chociaż tyle smaku można dodać do tych wszystkich przecierów z tubki i kurczaka z torebki – dodał dużo pewniej.

– Hodowla dla walorów smakowych. Proszę to odnotować w kartotece załoganta, przy bramie zostanie pan ukarany grzywną w ilości trzech procent pańskiej wypłaty. Nielegalne hodowanie gatunków zielonych bez zezwolenia, czy chce się pan odwołać, czy też przyjmuje nałożoną karę?

Na ekranie pojawił się zapis z kodeksu prawa przesyłowego.

–Przyjmuję. – Opuścił ręce w geście zrezygnowania.

– Zatem kontrola dobiega końca, dziękuję za współpracę, miłego lotu – wygłosiła formułkę pożegnalną.

Kapitan odetchnęła z ulgą, wszyscy wezwani załoganci zbierali się do wyjścia.

– A no tak, zapomniałabym o najważniejszym – dodała i światła na całym statku zgasły.

Kapitan rzuciła się do kondensatora, czerwony przycisk był na wyciągnięcie ręki.

Rozległ się huk wystrzału. Kapitan poczuła szarpnięcie w okolicy ramienia i w następnej sekundzie ostry ból z miejsca, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się jej ręka, a teraz zwisał krwawy ochłap.

Co do groma? Zdążyła pomyśleć.

AX002 mierzył do niej z pistoletu, oczy miał puste, po twarzy przebiegał nienaturalny skurcz. Pozostali padli na ziemię w ataku padaczki.

– Zostaw ich! – wykrzyknęła.

– To powiedz mi łaskawie co to takiego – na ekranie pojawił się schematyczny obraz magazynu, a w nim podświetlona na czerwono ukryta przesyłka. – Co jest w tym ładunku?

– Nie wiem! – zawołała.

– Zła odpowiedź. – Pierwsza zaśmiała się.

AX002 chwycił ją za włosy i uderzył głową o konsoletę. Chciała się wyrwać, ale z każdą chwilą było coraz zimniej i ciemniej. Powoli traciła przytomność. Wyciągnął kabel z centrali i odbezpieczył jej gniazda na karku.

– Nie rób tego!

– On ciebie nie słyszy, na godzinę przed transmisją złamałam jego zabezpieczenia i wszystko przeskanowałam. Ty możesz mieć najnowocześniejsze zapory, ale twoi załoganci niekoniecznie. Myślałaś, że zwykły chip mnie powstrzyma?

– Cholera, wysłali za nami przeklętego architekta myśli.

– Zgadza się, ktoś was wystawił, prosto w szpony naszego konsorcjum.

Wtyczka dosięgnęła wejścia i poczuła tylko zimne ukłucie podłączenia do sieci. Świat zawirował i wylądowała pośród niebieskiej toni wielkiego oceanu danych. Piękna wizualizacja na chwilę otumaniła zmysły.

Muszę uciekać, dotarło do niej.

Stąd nie ma ucieczki. Mam pełen dostęp do twoich wspomnień, nie masz gdzie się schować, usłyszała w głowie głos Axis.

Przed oczami zaświeciły plany bomby wodorowej, którą transportowali do bojówki bractwa zjednoczonych.

Wszystko stracone, pomyślała. Chcieli walczyć z inwigilacją, a dali się złapać jak dzieci.

Nie rozpaczaj. Na chwilę pożyczę twoją tożsamość i dostarczycie bombę na miejsce. Podejrzewam, że nawet cały plan ze zniszczeniem planety-garnizonu wypali. Z jedną drobną rysą. Mój zleceniodawca zyska dostęp do waszych baz danych, a ja zasłużę sobie na urlop. Myślałam nad wycieczką do tropików, zobaczyć wielkie zimnokrwiste jaszczurki. Najlepiej w jakimś totalnie zapomnianym świecie.

Poczuła jak wirusy Pierwszej, spychają jej świadomość, rozbierając dane z całego życia na ciągi impulsów elektrycznych. Zniknęło wspomnienie o AX002 i rodzącym się uczuciu. Zapomniała jak wyglądała Ojczyzna, zapomniała dlaczego chciała walczyć za wolność. Powoli stawała się zupełnie pusta.

***

– Pani kapitan! – zawołał AB004. – Mieliśmy tymczasową awarię generatorów, wszystko dobrze?

– Tak AB, niespodziewana kontrola z konsorcjum przesyłowego, ale przeszliśmy ją pomyślnie – odpowiedziała.

Mężczyzna popatrzył na zestaw regeneracyjny i zakrwawioną dłoń kapitan. Później dostrzegł leżące ciało AX002.

– Nie przejmuj się, mieliśmy zdrajcę na pokładzie, ale kondensatory zadziałały. Nie powinno być dalszych problemów, jednak pozostańcie czujni. No i powiadom skrzydło szpitalne, niech zajmą się tymi, których Pierwsza ugotowała, może coś jeszcze z nich będzie. Tylko szybko.

– Tak jest! – zawołał i odmaszerował do pośpiesznie do jednostki komunikacyjnej.

Sprawdziła wszystkie podzespoły, wirusy przejmujące kontrolę nad statkiem nic nie uszkodziły. Rozsiadła się wygodnie na kapitańskim fotelu i włączyła wyszukiwarkę.

„Biura podróży, wakacje w tropikach” wpisała.

Varia

Dariusz Bednarczyk – Smocze Opowieści

69 Wyświetleń

Nie ma dyngusa bez smoków

O tempora, o mores! Tradycja w narodzie całkiem upadła. Kto kiedyś słyszał, żeby w lany poniedziałek było pusto na ulicach? Jak kraj długi i szeroki woda lała się strumieniami, a prawdziwe bitwy wodne ciągnęły aż do obiadu i to zasadniczo bez względu na pogodę. Tymczasem nowe, wygodnickie pokolenia jawnie odcięły się od spuścizny pokoleń, za nic mając imperatyw przodków. Ulice wyludnione, podwórka puste, znikąd bojowych zawołań czy okrzyków zmoczonych do ostatniej nitki, na lekarstwo triumfalnych śmiechów, że o tupocie naprędce utworzonych wodnych zastępów nawet nie wspomnieć. Nic. Cisza, nędza i martwota, słowiański duch w narodzie całkiem zamarł. Zostały jeno społecznościówki.

Jak nic kwestia śmigusa- dyngusa bezpowrotnie niczym kujawskie przywoływanki zeszłaby do archiwum, gdyby nie rezolutne zielone smoki, które na powrót wskrzesiły tę chwalebną tradycję, przy okazji wyciągając w wielkanocny poniedziałek na dwór rzesze niesamowicie objedzonych ciekawskich. Wprawdzie rychło pojawiły się głosy malkontentów o profanacji i przekroczeniu granic, jednak najważniejsze, że tradycja nie upadła. Chwała niech będzie przybyszom z Comsa!

Rozkaz nr 14/2/2017                                                                                                                

Smoki! Za tydzień inspekcja, przyjeżdża brygadier z  Komendy Głównej Ochotniczej Straży Pożarnej. W związku z tym rozkazuję: pozbyć zapasów Blue Carbon., w salach wyłożyć koks, na trawnikach ustawić armatki wodne,  wyszorować podłogi, zerwać ze ścian kalendarze z krakowskimi dziewicami, usunąć symulantów z izby chorych, na skup wywieźć pordzewiałe koksowniki i nieczynne motopompy!

Wszystkim wydać szufle i podwójne porcje węgla! Dołożyć do pieca! Wyszlifować pazury oraz łuski, wyczyścić kaloryfery i nie bawić mi po kątach sikawkami! Pełna para! Na teren remizy nie wolno wnosić żaru. Od dzisiaj warta trzepie, niczym tropiący przemyt kotów celnicy na Melmac! Chrzciny, wesela, imieniny wstrzymane do odwołania! Nikomu przez tydzień ogień dupy nie wypali.

Na czas inspekcji wysłać w teren krótkowidzów, zezowatych oraz piromanów! Zorganizować defiladę! Adiutant przygotuje dla gościa apartament nad rzeką. Na poczęstunek  węgiel wyłącznie koksowniczy, żadnych dopalaczy!

Wszystko ma chodzić jak w koksowni i niech no mi tylko ciśnienie w cylindrze podskoczy! Podpadziochów będę ścigał osobiście! A kto wyróżni, dostanie awans! Naprawić w końcu ten jebany megafon i niechże nas strzeże Smok Wawelski!

Jakie prawa posiada smok zatrzymany w izbie wytrzeźwień

www.bunkiernawinylu.pl

Co do zasady wszyscy są równi wobec prawa, lecz jak powszechnie wiadomo są równi i równiejsi. Wydawać by się mogło, że jak zwykle, tak i w tym wypadku zieloni braci znajdują się na aucie. Tymczasem odnośnie korzystania z telefonu rzecz ma się zupełnie odwrotnie. Portfel, dokumenty i komórka obowiązkowo trafiają do depozytu, czipy zaś  ulegają czasowej neutralizacji. Ludzie nie mogą doprosić o umożliwienie wykonania choćby jednego połączenia, gdyż pracownicy izby zasłaniają się ustawą o ochronie danych osobowych, oczywiście błędnie w takich razach dokonując jej interpretacji. Ponadto choć wg przepisów rodzinę osoby zatrzymanej powiadamia się wyłącznie w uzasadnionych przypadkach i w miarę możliwości, kierownicy rzeczonych placówek na ogół stwierdzają brak ku temu wystarczających powodów. Jak zatem w takich wypadkach radzą sobie smoki? Smoki mają bionanokompy integralnie połączone z siecią i nie potrzebują niczyjej łaski.

Koksownia „Victoria”

WZK „Victoria” S. A. to obdarzone prawdziwym kultem pośród światowej populacji zielonych smoków zjawisko. Ten posiadacz 5 baterii, czołowy w Europie producent koksu, nad Odrą- Wisłą- Bugiem, co nawet znawcom tematu trudno zrozumieć, cieszył się nawet większą popularnością niźli Godzilla. Zwłaszcza z wielką estymą traktowano  koksownię w środowisku smoczych gangsterów, pośród których jednakim mirem obdarzani byli zarówno amatorzy jej wrogiego przejęcia przy pomocy skomplikowanych technologii nanokomputerowych, jak i zupełnie pozbawieni finezji rzezimieszkowie, próbujący przy użyciu prostych technik, choćby na jakiś czas przejąć jedną ze sławnych baterii. Wyrok za „Victorię” automatycznie ustawiał w hierarchii. Czyż należy się dziwić, iż co druga smocza knajpa nosiła jej imię?

SOSP

Początkowo Państwowa Straż Pożarna chętnie przyjmowała smoki na zasadzie swoistego eksperymentu, trafnie odczytując społeczne odczucia traktujące przybyszów z Comsa jako  przydatne maskotki. Z biegiem czasu nastąpiła jednakże daleko posunięta ewolucja w ich postrzeganiu. Zielone gady wyspecjalizowane na rodzimej planecie w pożarniczym fachu, wkrótce ujawniły swoje niebywałe umiejętności, wzbudzając konsternację w szeregach PSP. Bijąc strażaków na głowę według proporcji 3:1, okazały się być bezkonkurencyjne, co w dłuższej perspektywie przyniosłoby kres tradycyjnie postrzeganego etosu strażaka, załamanie szkolnictwa pożarniczego, a także całej związanej z tym drabiny społecznej, obarczając znacznym nawisem bezrobotnych nie należącą do mocarnych gospodarkę. W efekcie zaprzestano naboru. Bystre smoki znalazły jednak alternatywę. Odpowiedzią okazało się utworzenie Smoczej Ochotniczej Straży Pożarnej, znakomicie uzupełniającej istniejącą już OSP. W krótkim czasie obie strażackie  struktury owocnie skoordynowały swoje działania, traktując się jako pożyteczne dopełnienie dla dobra lokalnych społeczności, usuwając zarazem sprzed oczu PSP widmo prestiżowej porażki w okręgach miejskich urbanizacji.

Wszystko co dobre, niestety szybko się kończy. Po jakimś czasie sąsiedzkie OSP zdało się w zasadzie niepotrzebne. Jako urodzeni strażacy, smoki nie potrzebowały praktycznie żadnego szkolenia, nie używały uniformów, ani ubrań ochronnych. Wymogi sprzętowe ograniczały się zaledwie do środków transportowych, co przynajmniej początkowo znalazło wyjątkowe uznanie lokalnych samorządów. Wydawało, iż kres OSP zbliżał się dużymi krokami.

Okazało się jednak, że smok też człowiek, a sukces niejedno ma imię. Skupiając na akcjach, smoki zaniedbały pozostałe zadania statutowe, przy okazji nazbyt pogrążając w hedonistycznej celebracji swojego patrona Smoka Wawelskiego w chwilach wolnych od pożarniczych wyzwań. Kto by tam podejmował działania zapobiegające przy takich możliwościach? Współpraca z PSP, której naprawdę nikt nie chce? Informowanie ludności odnośnie zagrożeń, a widział ktoś smoka kaowca? Udział w zawodach, jeśli każdy występ na zawodach pożarniczych oznaczał zagrażające spokojowi publicznemu ośmieszenie mundurowych?

W ten właśnie sposób wyalienowane remizy i świetlice powoli zamieniły w magazyny koksu, a wiadomo przecież czym kończy się jego duszenie…

W krótkim cieniu wydm

Karawana wlokła łapa za łapą. Wyczerpane smoki mozolnie brnęły w głębokim piachu. Paliwo skończyło już dawno, że nie wspomnieć o wodzie. Kez jasno zdawał sobie sprawę, jak dużym błędem była rezygnacja z usług miejscowych, należało odpalić im choć jeden nanokomputer, bez odpowiedniego materiału genetycznego i tak mogli sobie co najwyżej pograć w RPG. Obejrzał się, może ktoś ich zauważy, za sobą zostawili przecież tyle koksu…

Z przygnębiającego odrętwienia wyrwały go pohukiwania z nagła ożywionych towarzyszy, aż mu się odbiło resztką pary wodnej. Luknął przed siebie. Całkiem niedaleko majaczyły obiecujące konstrukcje wydobywcze, czyżby kopalnia? — zaszemrało pytanie. Niebawem zbliżyli się na tyle, aby rozpoznać zwiastujące wybawienie kształty niewielkiej wieży wiertniczej, cud! Już po chwili zanurzyli spierzchnięte pyski we wspaniale kleistej, acz mocno zanieczyszczonej czarnej ambrozji. Eureka! Importowany na Comsa z odległych galaktyk, dostępny jedynie w limitowanych edycjach, a tu masz, świeżutki Apor*, prosto ze zbiornika i w dodatku na takim zadupiu!

*  Ropa

Król wszystkich smoków

Smoki również miały swojego idola. Olbrzymi, blisko stumetrowy, bez mała 55 ton żywej wagi, obowiązkowo pokryty ciemnoszarymi łuskami i poruszający na dwóch tylnych, zakończonych stopami o rozmiarach wagonu łapach. Przedmiot smoczego uwielbienia, bohater w niejednej  jaskini snutych eposów, wzór godny naśladownictwa, ucieleśnienie smoczych cnót, bez mała mściciel. Gladiator mięśni, żywa góra. Na plakatach niczym hollywoodzki heros prezentujący mocarne kończyny, długi, pomocny zarówno przy przemieszczaniu jak i walce, parametrami dorównujący wieży telewizyjnej ogon, niezawodne pazury, wzbudzające należny respekt o symetrycznym zgryzie zębiska, a do tego parę reprezentacyjnych rzędów płyt kostnych na wyrzeźbionym w pocie siłowni grzbiecie.

Odważny, zarazem groźny, makiawelicznie wprost przebiegły, wprawiający przeciwników w przerażenie. Odbierać wiatr z żagli? To na pewno on.

Niepotrzebny mu komputer, ponieważ sam jest komputerem. Bazyliszki, wiwerny, draki? Zaledwie pospólstwo. Siarkowodór? Proszę – metoda rodem z manufaktury – radioaktywny oddech i naturalna zdolność całkowitej regeneracji, ot co.

A wiecie jaki był ulubiony motyw smoczych tatuaży? Więc niby takie smoki z wiodącej technologicznie galaktyki, a tu masz, kto by to pomyślał – Godzilla!

Bez kategorii

Milena Jadzińska – Anioł sprawiedliwości

63 Wyświetleń

Kiedy się ocknął, nie wiedział, co się stało ani gdzie się obecnie znajduje. Spojrzał na szare, miejscami grafitowe, chmury. W oddali zobaczył wieżę jakiegoś starego zabytkowego zegara. Skupiając wzrok na tym, co widnieje w bliższej perspektywie, ujrzał skaliste mury po części zbudowane z czerwonej cegły. Ulicę zdobił kamienny bruk. Po drugiej stronie wyrastał bujny zielony las pełen mroku i tajemnic.

Poczuł ból głowy i zauważył, że ma w niej niepokojącą pustkę. Postanowił jeszcze dokładniej przyjrzeć się otoczeniu. Po paru minutach zorientował się, że stoi na żelaznym moście. Zrobiło mu się zimno, a do nozdrzy napłynął zapach stęchłej wody, która witała go wszystkimi odcieniami czerni swych czeluści.

Mógł zobaczyć w tej mętnej rzece swoje zniekształcone odbicie. Zdawał się blady, ale równie dobrze mogła to być tylko iluzja, oczy miał prawdopodobnie ciemne, z lewej skroni spływała mu na policzek stróżka cieczy, która, patrząc jego oczami, wydawała się czarna, lecz w rzeczywistości takiego koloru z pewnością nie miała. Krew bezszelestnie skapywała na marmurową płytę. Potargane włosy również ukazywały mu się w ciemnych, a może nawet czarnych barwach.

Oprócz swojego odbicia zauważył stojący za nim pomnik kamiennego cmentarnego anioła, którego czas z pewnością nie szczędził. Odwrócił się w tamtą stronę, ale żadnego anioła tam nie spostrzegł. Oczami znów powędrował w stronę tafli wody, tam kamienny stróż wyraźnie się odznaczał. Miał ogromne pierzaste skrzydła, długie kręcone włosy, szatę, która wyglądała, jakby była zwilżona. Prawą rękę skierował na wprost z wyraźnie wysuniętym palcem wskazującym, który w dość przerażający sposób wskazywał na niego. W lewej ręce trzymał długą, co najmniej trzymetrową, ostro zakończoną kosę. Twarz anioła wydawała się jednak spokojna, poza oczami, na które składały się dwie bezkresne wypalone dziury.

Mężczyzna powoli odsunął się od żelaznej balustrady. Nigdzie w swoim otoczeniu nie wypatrzył tej kamiennej rzeźby. Pomyślał wtedy, że może rzeka jest płytka, a kamienny anioł po prostu leży gdzieś na dnie.

Postanowił przejść na drugą stronę mostu i udać w kierunku kamiennych miejskich murów. Droga nie była długa, zajęła mu jedynie kilka minut. Wejścia na teren miasta broniła ogromna żelazna brama. Popchnął ją lekko i ku jego zdziwieniu pozwoliła mu wejść na teren osady. Idąc brukowaną uliczką, próbował znaleźć kogoś, kto tam mieszka i wyjawi mu nazwę tej miejscowości. Jednak każda kręta ścieżka do niczego nie prowadziła, a ponadto okazywała się pusta. W tym starym, prawdopodobnie średniowiecznym, mieście nikogo nie było. Wyglądało na opuszczone? Martwe?

Kiedy ponownie dotarł do bramy, była już, niestety, zamknięta. Z rozmaitych zakamarków zaczęły wychodzić myszy, szczury i pająki, wypełzać węże. Znad zegarowej wieży nadleciała chmara ptaków. Ewidentnie znajdowały się wśród nich same kruki i wrony, gdyż wszystkie były czarne.

Zwierzęta zaczęły go gryźć, dźgać, dziobać i kąsać. W ekspresowym tempie pozbawiły go skórzanej czarnej kurtki i białej koszuli. Za ogrodzeniem dostrzegł kamiennego anioła, który jednym ruchem kosy przeciął żelazną furtkę na pół.

– To za to, co jej zrobiłeś – powiedział beznamiętnie.

Atakowany ze wszystkich stron mężczyzna nie wiedział, o co chodzi.

– Ko-mu?

Zapytał z trudem. Całe ciało miał w tej chwili tak bardzo zmasakrowane, że przypominał krwawą kulkę mięsa.

– Nie udawaj. – Anioł spiorunował go swym przerażającym spojrzeniem – Pamiętasz.

Powoli kamienna kilkumetrowa postać zaczęła ulegać przeobrażeniu. Zmalała. Pokryła się ludzką skórą. Zniknęły też jej atrybuty – skrzydła i kosa. Pojawiły się długie rozwiane rudozłote włosy.

Nie tylko anioł uległ przemianie. Miasto także przybrało nowy kształt. Stało się piękną wiosenną łąką. Świeciło słońce, a niebo było intensywnie błękitne.

Mężczyzna podszedł do złotowłosej dziewczyny i wręczył jej mały jasnofioletowy kwiatek. Dziewczyna zmrużyła zielone oczy i spojrzała na niego z pogardą.

– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mnie nie nachodził! – warknęła piskliwym głosikiem.

– To tylko jeden kwiat – wyszeptał.

– O jeden za dużo – mruknęła. – Tym razem ci nie odpuszczę, powiem ojcu, że mnie prześladujesz…

Nagle obraz dziewczyny całkowicie się zamazał.

Była noc, a on znajdował się w mieście. W rogu ciemnej alejki czekał na niego mężczyzna w czerni. Próbował spokojnie ominąć to miejsce, jednak mężczyzna wyszedł mu naprzeciw i chwycił za szyję. Parokrotnie uderzył go z całej siły w twarz.

– Jeżeli kiedykolwiek jeszcze raz zbliżysz się do Róży – mężczyzna popatrzył mu głęboko w oczy, próbując wzbudzić w nim strach, który już i tak opanował całe jego ciało, nie pozwalając mu ruszyć choćby palcem – to cię zabiję, pokroję na kawałeczki i wrzucę do rzeki, rozumiesz?

Chwycił go tak mocno, że nie mógł oddychać.

– T-ak. – Ledwo wystękał.

Mężczyzna szarpnął go za lewe ramię, puścił szyję, złapał za prawą nogę i z całej siły rzucił nim o bruk.

Minęło parę lat, a postać Róży bez przerwy nawiedzała go w myślach. Jego samopoczucie, fizyczne i psychiczne, ulegało pogarszaniu. Zapominał o spotkaniach, nie miał siły ani ochoty pracować, gubił dokumenty, narzędzia, klucze. Powoli zaczął także nadużywać alkoholu. Każdego wieczora, kiedy siedział samotnie w mieszkaniu, wypijał po kilkanaście butelek różnych trunków.

W głównym pomieszczeniu mieszkalnym roiło się od rozbitego szkła, resztek jedzenia, smrodu alkoholu, nie wspominając już o niezliczonej liczbie robactwa.

Któregoś wieczoru wyszedł na miasto. Stojąc na moście, spostrzegł Różę z ojcem
i jakimś innym mężczyzną, który trzymał ją za rękę. W tym samym momencie podeszła do niego dziewczyna o włosach i twarzy białych jak mleko.

– Aniela – wyszeptała mu do ucha, patrząc z bardzo bliskiej odległości w oczy, które ona miała intensywnie błękitne.

Wzrokiem uciekał do Róży.

Aniela jednak pochłonęła go całkowicie swą osobą, odwracając uwagę od kochanej przez niego dziewczyny. Niestety, on nie był dla niej łaskawy. Często wpadał w furię, a kiedy coś nie szło po jego myśli, rzucał czym popadnie.

Zakochana dziewczyna po cichu liczyła, że jej ukochany się zmieni i ją w końcu naprawdę pokocha. Nie chciał jej za żonę, ona nie chciała być dla niego tylko przyjaciółką, więc pomyślał, że może weźmie ją jako kochankę.

Długo się jej opierał, ale musiał sam przed sobą przyznać, że Aniela była naprawdę atrakcyjna. Pewnej nocy wreszcie jej uległ. Żyli tak przez długie lata. Nie musiał na nią pracować, bo sama utrzymywała się z krawiectwa. Nie musiał robić nic w domu, bo wszystkim zajmowała się Aniela.

Przestał pracować, zmuszając biedną dziewczynę do cięższej pracy. W złości nadal się na niej wyżywał. Czasem tylko powiedział jej coś okrutnego, innym razem rozbił jej łuk brwiowy albo podbił oko.

Jednego wieczoru wrócił kompletnie pijany i widząc w Anieli Różę, która każdego dnia odrzucała jego zaloty, a teraz chodzi za rękę z innym, wpadł w szał. Zaczął wyzywać biedną zakochaną i utrzymującą go dziewczynę, kilkanaście razy z całej siły uderzył ją po twarzy, następnie zgwałcił.

Po kilku miesiącach okazało się, że Aniela spodziewa się dziecka. Na początku było to dla niego tylko kolejnym powodem do picia i częstszego wpadania w szał. Ciężarnej dziewczynie dostawało się za wszystko. Za przesoloną zupę, za otwarcie okna, za to, że się
w ogóle odezwała.

Jednak jakiś czas później zaszła w nim ogromna zmiana. Przyzwyczaił się do widoku ciężarnej Anieli, a w dodatku postanowił, że jeżeli powije mu córkę, nazwie ją Róża. Ze wszystkich sił dbał o kochankę. Poszukał nawet pracy, żeby zapewnić im lepszy byt. Co więcej, bywały chwile, że myślał o małżeństwie, jednak zanim zdążył wcielić swoje plany w życie, zmieniał szybko zdanie.

Niestety, jego radość z oczekiwania i spokój ducha minęły z dniem narodzin jego… syna. Tym razem wpadł w tak dziki amok, że wyrzucił niemowlaka przez okno, a Anielę tak długo bił i gwałcił, aż przestała się ruszać… i zmarła.

Zwłoki dziewczyny leżały w jego mieszkaniu przez wiele długich miesięcy.

Pewnego dnia postanowił pokroić je na kawałki, włożyć do materiałowego worka
i wrzucić ciemną nocą do rzeki. Dla kurażu musiał przed tym wypić kilka butelek mocnego alkoholu. Później, chwiejąc się na nogach, szedł od jednej strony do drugiej. Wszedł na most
i wrzucił zmasakrowane ciało. Właśnie tam. W miejscu, w którym się poznali. Zakończył to tam, gdzie się zaczęło.

Pozbycie się ciała dziewczyny nie rozwiązało jednak jego problemów. Ponadto pod jego dom zaczęła przychodzić policja, próbując ustalić okoliczności śmierci znalezionego na bruku martwego niemowlęcia. Sąsiedzi kilkakrotnie wskazywali na niego. On jednak dyplomatycznie tłumaczył, że nie wie, skąd się wzięło to dziecko pod jego oknem.

Po każdej takiej wizycie pił coraz więcej i więcej. Raz po zachodzie słońca wyszedł na miasto. Zobaczył Różę, która szła sama. Pomyślał, że to jego szansa. Podszedł do niej, jednak, gdy to zrobił ogarnęło go zupełnie inne uczucie od tego, które żywił do niej przez te wszystkie lata. To już nie była bezgraniczna miłość. O nie! To była bezkresna nienawiść. Nienawiść za zmarnowanie mu życia, za alkoholizm, depresję, za uczynienie go takim nieszczęśliwym, za pogardę malującą się na jej twarzy za każdym razem, kiedy wręczał jej kwiaty. Nagle z całej siły cisnął nią o kamienny bruk. Bez opamiętania bił ją pięściami po głowie i twarzy.

Ktoś go od niej odciągnął.

Dwóch mężczyzn. Jeden dobrze mu znany. Może już odrobinę stary, ale najwyraźniej nadal w dobrej formie. Drugi był młodszy ze złotą obrączką na serdecznym palcu prawej ręki. Był tak bardzo umięśniony, że na jego widok szamoczącego się furiata ogarnął strach, a może nawet przerażenie.

Dziewczyna leżąca na kamiennej posadzce się nie ruszała. Była cała we krwi.

– Co zrobiłeś mojej córce?! – pierwszy cios przyszedł szybciej, niż się spodziewał.

Ojciec Róży walnął go tak mocno, że jego głowa z impetem poleciała na mur, o który uderzyła z głuchym łoskotem.

– Dlaczego zaatakowałeś moją żonę?

Kolejny mężczyzna bił go jeszcze mocniej niż pierwszy.

Pięści napastników powoli pozbawiały go sił i tchu. Obraz z każdą kolejną minutą coraz bardziej się rozmazywał.

Nim się zorientował, był już martwy. Tak jak Róża.

Zmarła, doznając w wyniku tego ataku zbyt dużego uszkodzenia mózgu.

Dwaj mężczyźni siekierą poszatkowali ciało mężczyzny i wrzucili do rzeki. Tak jak on wcześniej uczynił ze zwłokami Anieli.

Różę pochowali na starym cmentarzu, w miejscu pochówku jej matki.

Wraz z pomnikiem usytuowali tam postać ogromnego marmurowego Anioła, który kilka lat później w niewiadomy dla nikogo sposób zaczął wskazywać na ludzi winnych cudzej krzywdy i posiadł ogromną kosę, zakończoną ostrym metalem.

Pewnego dnia Anioł zniknął z cmentarza. Miejscowi ludzie twierdzili, że ukradli go złodzieje. Niestety, Anioł sam opuścił cmentarz i postanowił pojawić się na moście. Jego celem było zabijanie zabójców, morderców, dręczycieli, gwałcicieli i wszystkich tych, którzy przyczynili się do nieszczęścia drugiego człowieka – bez względu na to, czy uczynili to przypadkowo, czy też umyślnie. Każdy zasługiwał na karę, także zatopiony na dnie rzeki mężczyzna. Kamienny Anioł zstąpił po niego aż do samych piekieł.

Krył się na moście, chował w rzece. Wreszcie zamknął go w martwym mieście, każdego dnia skazując na gryzienie, dziobanie, kucie i kąsanie. Kosą codziennie odcinał mu nogi i ręce — za każdy cios, który wymierzył w niewinną istotę.

Pozbawiony sił i tchu mężczyzna spojrzał na posąg Anioła z wypalonymi oczami.

– Kim jesteś? –to były jedyne słowa, które dał radę z siebie wyksztusić.

– Twoim Aniołem Sprawiedliwości.

Oculum Mundi

Paweł R. Ofiarski – We krwi prawda cz. 1

161 Wyświetleń

   Stauf spoglądał w stronę coraz bardziej narastającego stosu chorągwi, które padały u stóp doży, Ofierna oraz jego. Starożytny zwyczaj nakazywał, by po wygranej bitwie zliczyć pokonanych. Wedle podań, kiedyś robiono to przynosząc do stóp zwycięzcy jakąś część ciała pokonanych wrogów, czy to uszu, dłoni, a nawet głów. Z czasem w tej tradycji zaczęły zachodzić nieco bardziej cywilizowane zmiany i poczęto wyliczać, ile wrogich oddziałów rozbito w czasie bitwy. A że każdy oddział miał swój własny proporzec i obowiązkiem chorążego była ochrona chorągwi do śmierci, jego zdobycie przez wroga miało stanowić o porażce danej formacji. To co jednak najbardziej Staufa zmuszało do refleksji to znajomość heraldyki, co w efekcie kończyło się identyfikacją poległych szlachciców i często wspomnień z nimi związanych. Dwa białe konie, zwrócone do siebie, na czerwonej tarczy: ród von Zelzen, na chrzcinach którego jeszcze dwa lata temu pił wino, czarny niedźwiedź na żółtym polu: von Pir, z członkiem którego pięć lat temu wygrał turniej w Tenderheim. Ile szlacheckiej krwi tu poległo z powodu byle łyczka, któremu zachciało się wykazać wyższość nad innymi, taka luźna myśl przechodziła przez głowę Staufa.

            Gdy tylko w czasie bitwy doszedł potężny okrzyk Gryfonów „Huza!”, Otto już wiedział, że za chwilę poleje się morze krwi. Z lasu zaczęli wyjeżdżać jeźdźcy, którzy szybko zaczęli nabierać rozpędu, by uderzyć w stronę cesarskiego rycerstwa. Impet był potężny, a nad polem bitwy rozległ się odgłos umierających koni. Gryfoni jednym uderzeniem niemal rozbili w całości wysłaną przez cesarskich jazdę. Stauf wiedział, że widzi to też Schwalzwalde i szybko ruszy w sukurs resztce swoich oddziałów. Otto nie pomylił się: nad polem bitwy rozległy się śpiewy modlitewne zakonników, wzywających Polemo, czy jak mówią na niego na północy, Belladona o wsparcie w swoich czynach. Na czele jechał osobiście wielki komtur zakonu Gorejącego Słońca, co tylko podnosiło morale szarżujących. Naprzeciw nich znów wyszła lekka kawaleria, która ponownie zdołała się przegrupować, korzystając z tego, że zakonnicy zajęci byli walką z Gryfonami. Tym razem impet uderzenia był znacznie większy i mocno przerzedzili liczebność kawalerzystów, omal nie zdobywając chorągwi Staufów. Aby do tego nie dopuścić, wysłano na ratunek piechotę, która miała zawiązać walką zakonników do czasu, gdy jazda ze wschodu przygotuje się do kolejnego natarcia. Szybko zawiązali ich walką, by nie dopuścić, by rycerstwo cesarskie samo zdecydowało się ponowić szarżę. W międzyczasie, udało się obronić chorągwie, którą po śmierci chorążego przejął Castor von Wulfhof i bronił jej, mimo ran. W końcu, Gryfoni zdołali się przygotować do szarży i uderzyć na zakonników, ostatecznie zamykając bitwę zwycięstwem Republiki. Po obu stronach padło wielu, nie mniej, największe straty miało cesarstwo, włącznie ze śmiercią wielkiego komtura.

            Tego samego, którego główna chorągiew spoczęła jako ostatnia na stosie innych. Na niej dwóch mężczyzn położyło na noszach ciało Sigfrida von Schwalzwalde. Jego zbroja i płaszcz były pokryte krwią poległych w czasie bitwy, a śmiertelny cios został zadany pod pachą. Sądząc po ilościach dziur, Stauf zdołał wydedukować, że cios wyszedł z rąk wideł, a więc prawdopodobnie zabił go zwykły piechur. Niezbyt godna śmierć dla szlachcica. Inaczej jednak musiał sądzić doża Tepper, który spoglądał na ciało wielkiego komtura z wielkim zadowoleniem.

– Oto proporzec i ciało tego, co myślał, że jest ponad wszystkie mocarze – rzekł Ofiern, spoglądając na ciało.- Człek, choć gwałtowny, znał rycerskie rzemiosło i winno się okazać mu należyty szacunek i pochować ze wszystkimi honorami.

– Prawdę rzeczecie, panie hetmanie – powiedział Stauf pełen powagi. – Ale wciąż tylko ciało i chorągiew. Niedługo uszyją następną i dadzą tytuł nowemu zakonnikowi, który przejmie jego obowiązki. Winniśmy zostawić kwestię pochówku na później i rozmyślać, co dalej. Panie Tepper, jakieś sugestie?

– Poślemy posłańców do cesarza, by wymusić na nim wycofanie się swoich sił z naszych ziem – powiedział doża. – Wyślemy mu także te chorągwie, by wiedział, że mamy na tyle sił, by się z nim zmierzyć.

– To świetny pomysł – pokiwał głową Stauf, a Wolfgang skinął głową z lekkim uśmiechem. – Jeśli chcemy jeszcze bardziej go rozjuszyć. Jak to mawia stare przysłowie, obetniesz głowę hydrze, wyrosną dwie następne. Wysyłając emisariuszy, będzie to świadectwo, że to my jesteśmy stroną słabszą i chcemy pojednania, a tymczasem to z ich strony powinno wyjść takie poselstwo. Dodatkowo, dzięki chorągwiom będą w stanie wykalkulować ile sił trzeba, by nas ostatecznie rozbić. Stąd mam inną sugestię.

– Mówcie – powiedział doża, ruchem ręki dając wolność wypowiedzi Staufowi.

– Lekką kawalerię wyślemy na północ, by sabotowała wrogie ataki strategią uderz i uciekaj, obniżając morale. W międzyczasie, w miastach niech trwa zaciąg mieszczan. Przydadzą się w trakcie późniejszych bitew. Teraz, gdy zakonnicy zostali pokonani, trzeba się zmierzyć z głównymi siłami, a ją stanowi głównie piechota. Dojdzie pewnie do oblężeń, to też trzeba się skupić na odpowiednim ufortyfikowaniu miast.

– Zapewne cechy nie odmówią wystawienia swoich sił do obrony murów – zapewnił doża, w co nawet Stauf nie wątpił. – Zastanawia mnie, czemu jednak taka nagła zmiana strategii? Wcześniej byłeś waćpan  przeciwny zamykaniu się w twierdzach i miastach.

– Prawda li to – przyznał Ofiern. – Tam nie będziemy w stanie wykazać swego rycerskiego kunsztu jako znakomici jeźdźcy.

– Z całym szacunkiem, panie Tepper, gówno wiecie o strategii – Stauf zauważył, że twarz doży zrobiła się czerwona ze wściekłości. – A wy, hetmanie, o siłach cesarstwa. Z całego kraju zaleje nas piechota, która wie od wieków, jak należy walczyć z ciężkozbrojnym rycerstwem. Piki, które noszą, mają długość nawet do czterech metrów. Ustawione w formacji jeża będą trudniejszym przeciwnikiem dla jazdy aniżeli sama kawaleria, gdyż zwierzęta, niezależnie jak dobrze wytrenowane, nie powtrzymają naostrzonego grotu, który wbije się w szyje zwierzęcia i zupełnie unieruchomi jeźdźca.

– A co z lekką jazdą, hm? – dochodził dalej doża, wstrzymując się od wściekłości. – Nie będzie w stanie wymanewrować wroga i zmusić go do ataku?

– Nie – zaprzeczył Otto, ciężko wzdychając, że musi wykładać takie podstawy. – Po pierwsze, odniosły duże straty. Z dziesięciu chorągwi, zostały tylko cztery, nie licząc Wilców, co daje nam siłę czterech tysięcy ludzi. To żadna siła. Lepiej wykorzystać ich do demoralizacji wojsk a nie na pole bitwy. Wilcy zaś lepiej by zaczęli kąsać tyły, grabiąc, paląc i gnębiąc ludność sąsiadujących księstw. Po drugie, na polu bitwy ciężej będzie ustawić pułapkę dla piechoty, która porusza się w szyku. A tak dobry dowódca, jakim jest Marszałek Raizner, który ma dowodzić cesarskimi wojskami, wie, jak przygotować się do odparcia pułapki.

            Otto spoglądał kątem oka na dożę, który słuchał tego wszystkiego jak bajki starego rycerza: z pełnym podziwem, cząstką niezrozumienia i wielką niecierpliwością. Wiedział, że oczekuje od Staufa dalszych informacji, nie mniej nie miał zamiaru się z nimi dzielić. Odsłonięcie zbyt wielu kart może spotkać przykry koniec każdego. A póki co, nie miał zamiaru kończyć swojego żywota i kariery. W przypadku Ofierna doradca wojskowy dostrzegł, że ten rozumie o co mu chodzi, ale miał wrażenie, że hetman spogląda na niego z dozą lekceważenia. Otto wiedział o co mu się rozchodzi. Pavel Ofiern pochodził z bardzo starej atrynijskiej rodziny szlacheckiej, która niejednokrotnie miała w dłoni buławę hetmańską, a jego przodkowie zawsze dowodzili w największych wojnach, w których brała udział Atrynia. Wierzył w niemal zapomniane przez cesarstwo cnoty, a jedną z nich była rycerskość, którą przekładano na pole bitwy. A że rycerz składa się z jeźdźca i konia, to brak jednego z tych elementów sprawiał, że przestał istnieć. To pozornie i głupie porównanie było dla Atrynijczyków bardzo ważne, gdyż słynęli ze swojej jazdy i dzięki niej górowała nad resztą państw, to też pozbawienie ich tego atutu znacznie temperowało ich pewność siebie. Pozbawienie Ofierna możliwości wykazania się swoją jazdą mogło uchodzić za zhańbienie go. Ale w głębi duszy Otto wiedział, że hetman zdaje sobie sprawę, że Stauf ma rację, to też nie robił z tego awantury.

–  A więc obrona miast – przyznał doża, klaszcząc raz dłońmi. – Wyślę wieści do najważniejszych miast republiki, by cechy zaczęły się zbroić. Nie mniej, uczynię to dopiero po uczcie.

– Uczcie? – wzrok Staufa gwałtownie przesunął się w stronę Teppera. – W tym momencie?

– Oczywiście – stwierdził zadowolony z siebie doża, zarzucając do tyłu teatralnie płaszcz. – Cóż lepszego będzie nad napawaniem się zwycięstwem przy kielichu wina, akompaniamencie muzykantów wprost z Akademii Sztuk Pięknych wraz ze wszystkimi tymi, którzy przyczynili się do zwycięstwa w tej bitwie.

– Mądrze Pan prawi – Ofiern kilka razy kiwnął głową na znak aprobaty. – Nic tak nie smakuje po bitwie jak dobra biesiada.

– Postanowione – zakrzyknął Wolfgang, odwracając się piętą w stronę obozu. – Stauf, tuszę, że się również pojawisz i nie będziesz podpierał namiotu.

– Oczywiście, że przybędę – odpowiedział chłodno Otto, kłaniając się mijającemu go hetmanowi, który odwzajemnił grzeczność. – Wpierw sprawdzę co z wojskami i zrobię porządek z tym ciałem i chorągwiami.

            Doża nic nie odpowiedział, gdyż zadowolony oddalił się, nucąc jakąś wesołą melodię. Otto westchnął głęboko i machnął w stronę dwóch gwardzistów republiki, którzy wyznaczeni byli do przynoszenia chorągwi, wskazując na ciało wielkiego komtura. Ci uderzyli tylko pięścią w płytowy kirys na znak potwierdzenia rozkazu i zabrali ciało z dala od Staufa, który i tak zaczął się oddalać od gwardii. Niedaleko niego stali jego osobiści strażnicy, chociaż bardziej można byłoby ich nazwać członkami jego armii. Co prawda, z racji stanowiska, Stauf miał przywilej korzystania z gwardii doży, to pewniej się czuł w otoczeniu własnych żołnierzy. Ci mężczyźni, wyposażeni w  pełne kolczugi, stożkowate szyszaki i płaszcze z herbem rodowym Staufów, gdy tylko zobaczyli swoje pryncypała zasalutowali. Otto odwzajemnił się skinięciem głowy, pewnym krokiem ruszył w stronę namiotów, by osobiście sprawdzić nastroje wśród wojska. Zaraz za nim ruszyli jego ludzie w liczbie sześciu.

            Stauf w otoczeniu swoich żołnierzy zszedł z pagórka, na którym mieścił się namiot narad, w którym przed bitwą przygotowywali (czy raczej on przygotowywał) strategię bitwy i skierował się do obozu poniżej. Z góry wyglądało to, jakby na równinie stanęło nowe, potężne miasto zrobione z wielokolorowych namiotów, zarówno o tradycyjnym, trójkątnym kształcie, jak i w formie pawilonów, które były zarezerwowane głównie dla szlachty, dowódców poszczególnych oddziałów i co bogatszych najemników. Szczególną uwagę zwracały te o czerwonych barwach, odseparowanych od pozostałych, a które zamieszkałe były przez Gryfonów. Wejście do tej części obozu było pilnowane przez samych rycerzy ze wschodu, jakby chcieli się odróżnić od zwykłego żołdactwa. Jeszcze przed bitwą dochodziło do wzajemnych przepychanek między atrynijczykami, a pijanymi żołnierzami republiki, które omal nie skończyły się na wewnętrznej bitwie. Szczęśliwie, skończyło się na kilku ciężko rannych, a ludzie w porę się opanowali, gdy zobaczyli Staufa z uzbrojonych w pełne płytowe pancerze gwardzistów Norithoru, gotowych oddać strzały z kusz w stronę niesubordynowanego wojska. Podobnie uczynił też Ofiern, jednak mając za sobą grupę Wilców, którzy czekali tylko na pretekst by ulżyć komuś z życia. Obecnie jednak nie dochodziło do żadnych wewnętrznych konfliktów. Ludzie zajęci byli radowaniem się po zwycięskiej bitwie, śpiewając sprośne piosenki, otwierając beczki z piwem i rozpalając ogniska, na których dzisiejszej nocy upieczony będzie nie jeden świniak. W końcu dał rozkaz kwatermistrzom, by w chwili zwycięstwa nie ograniczali jadła dla żołnierzy. Niektórzy czyścili swoją broń i pancerze, inni zszywali uszkodzone ubrania i skórzane zbroje, które nosili. Jednak, gdy tylko Stauf postawił nogę w obozie i zaczął przez niego przechodzić, żołnierze zaczęli wiwatować na część Norithoru oraz samego Ottona, podnosząc do góry swój oręż i pięści. Co ciekawe, nikt nie wzywał imienia doży, co przeświadczało Staufa, że żołnierze wiedzą, komu tak naprawdę zawdzięczają zwycięstwo. Doradca wojskowy republiki żałował jedynie, że nie robią tego ci, co znajdowali się w drugim i trzecim obozie. Ten drugi to był obóz jeniecki, w którym przetrzymywano pojmanych wrogów. Część z nich była to szlachta i zakonnicy, którzy zdołają się wykupić z rąk doży (a Stauf wiedział, że Tepper bardzo chętnie przygarnie ich denary), a pozostała część to zwykli poborowi i czeladź, którzy mogli liczyć na łut szczęścia, że ich panowie o nich nie zapomną lub będą zmuszeni do pracy w charakterze przymusowej służby w obozie, chyba, że zdecydują się zmienić stronę. Tak to zwykle robi się z najemnikami, którym proponuje się walkę po ten zwycięskiej stronie. Jeńcy nie cieszyli się na zwycięstwo i z tamtej strony nie dochodziło nic poza szczękami pancerza pilnujących więźniów. Trzecia część obozu nie była taka cicha, ale odgłosy dobiegające z tamtej strony raczej wskazywały, że dla niektórych bitwa wciąż trwa. Był to lazaret, gdzie opatrywano rany. Z czego opatrywanie było stwierdzeniem nad wyraz niepoprawnym. Medyków było mniej niż rannych, to też prowadzono selekcję. Tych, co mają największe prawdopodobieństwo przeżycia opatrywano jako pierwszy, a potem resztę. W przypadku tych drugich kończyło się to często na amputowaniu kończyn bądź też, w przypadkach bardziej krytycznych, po prostu uśmiercaniem. Oczywiście, medyk to też człowiek i odpowiedni dźwięk w sakiewce mógł nieco przyspieszyć sprawę, stąd niekiedy lazarety zmieniały się w aukcje ludzkim życiem. Było to przerażające, ale jednocześnie jakże ludzkie. Stauf tego nie potępiał. Sam tak robił wielokrotnie, a wiedział, że i jego ranny, były zięć, Castor von Wulfhof, też poczynił w tę stronę jakieś kroki.

            Gdy tylko obszedł większość obozu, ukontentowany morale żołnierzy, zaczął kierować się w stronę swojego namiotu, by odpocząć i przemyśleć następne kroki. Mieścił się on na pagórku w samym centrum obozu i był otoczony namiotami swoich najwierniejszych żołnierzy. Ufał im bardziej niż swojej rodzinie, to też tylko wśród nich czuł się najpewniej. Skinął jeszcze kilku żołnierzom i ojcowsko niejednego poklepał po ramieniu, wykazując podziękowanie za dobrą walkę, by dość do swojego namiotu. Tam, oprócz czekających go wojsk, czekało jeszcze dwóch mężczyzn, których Stauf znał bardzo dobrze. Jeden z nich, ubrany w czarny dublet i białą koszulę z koronkami na rękawach, opierał dłoń na szabli. Mimo, iż mężczyzna nosił broń typową dla Atrynijczyków, nie pochodził z tego królestwa na wschodzie. Dowodem były czarne włosy, zaczesane w kitkę, gdy tymczasem w Królestwie Atrynii nosi się krótkie włosy, a także wyszyty na piersi herb Marchii Walsberg, części cesarstwa leżącej na północnym wschodzie. Drugi mężczyzna był ubrany w bardziej krzykliwy strój, składający się z żółtego kaftana i czerwonych spodni, zaś za pasem zwykły miecz jednoręczny. Na piersi miał wyhaftowaną tarczę o pięciu czerwonych słupach oraz postaci mężczyzny z dzbanem i lwa, który w całości tworzył herb Księstwa Flavoux, leżącym na południowym wschodzie i najbliżej granic z Republiką Norithoru. Na dodatek, mężczyzna był rudy, co w cesarstwie uchodziło za przejaw głupoty. Ten mężczyzna jednak był zaprzeczeniem tego mitu.

            Wszak obaj byli ambasadorami na dworze w Norithorze, a na takich nie wybierano głupców. Zazwyczaj.

Podczas, gdy całe cesarstwo rzuciło się na Republikę jak wściekły pies, to tylko dwa księstwa nie stawiły się na wezwanie cesarza: Marchia Walsberg i Księstwo Flavoux. To pierwsze chroniło się tak zwanym Pax Walsi, które pozwalało im nie brać udziału w walkach w chwili, gdy terytorium dowolnego organu państwowego przechodzi przez kryzys w postaci epidemii na dużą skalę. Ma to być forma kwarantanny, by choroba nie rozpowszechniała się na pozostałe ziemie cesarstwa. Takie prawo orzec mogli jedynie eklezjanie Hilen i Walsa, czyli kolejno bogini zdrowia i boga śmierci, i to wspólnie. Oczywiście, odpowiednia dotacja będzie w stanie znacznie ułatwić ustanowienie Pax Walsi. Państwo objęte tym prawem nie będzie brane pod odpowiedzialność w chwili, gdy nie stawi się na wezwanie cesarskie. Interesujące jest to, że emisariusze wysłani na dwory przez wybuchem epidemii dalej mogą reprezentować interesu swojego państwa, to też Sebastion wciąż mógł szyć swoje intrygi. W przypadku Księstwa Flavoux sprawa miała się trochę inaczej. To księstewko leżało tak na peryferiach państwa, że niemal było zapomniane. Ambasadorzy rzadko gościli na dworach, to też nie brali czynnego udziału w polityce. O ile na dworze w Tellamel często pojawiali się emisariusze z innych księstw i republik, to stwierdzali, że nawet nie ma sensu ingerować w cokolwiek ze względu na to, że nie mieli nic do ugrania w tym dziwnym księstwie. To też, gdy Rispodelh II ogłosił swoją krucjatę na południe i nie dostał odzewu z dworu w Tellamel, miał to określić jako typową reakcję mało ambitnego dziecka, które chce bawić się tylko swoimi klockami. Jednakże, bliskość konfliktu tak blisko granic Księstwa Flavoux wymusiła wzmocnioną reakcję dworu i posłania kilku emisariuszy do Norithoru, by badali sytuację i donieśli o finale. Dla dworu w Tellamel, Norithor był jedynym zagrożeniem wewnątrzpaństwowym, to też rozstrzygnięcie było istotne dla księżnej siedzącej na tronie we Flaxoux.

Stauf zdawał sobie sprawę, że ich obecność, nawet ambasadora z Flavoux niesie coś ważnego. Nawet nie wynikało to z polityki. Po prostu Otto znał ich dość dobrze osobiście.

– Sebastion – zaczął Stauf, zwracając się do ubranego na czarno emisariusza, otwierając szeroko ręce. – Nie lada niespodziankę sprawiłeś, że się tutaj pojawiłeś.

– Radość jest odwzajemniona, Ottonie – odpowiedział Sebastion Waer, ściskając doradcę. – Myślałem, że nie dożyjesz wieczora.

– I sprawić ci zawód, że nie będziesz musiał pić. Bynajmniej! – zaśmiał się Stauf, odrywając się od misia i podchodząc bliżej drugiego ambasadora. – Vigo Kasapi, myślałem, że już dawno zagrzebałeś się w tłumie innych dworzan w Norithorze.

– Dlatego noszę się krzykliwie – odpowiedział Vigo, szczerząc się od ucha do ucha, również ściskając się ze Staufem. – Choć wciąż nie aż tak mocno jak niektórzy w moim ojczystym księstwie.

– Wy tam we Flavoux zawsze mieliście walnięte we łbie, jeśli chodzi o modę– machnął ręką Otto, gdy już skończył się już witać z drugim towarzyszem. – No, gadajcie, co was tu sprowadza.

– Jak to co? – zdziwił się Sebastion.- Osobiście chcieliśmy złożyć gratulację za zwycięstwo nad siłami zakonnymi.

– To chyba powinniście iść wpierw do doży – stwierdził Stauf, uśmiechając się krzywo. – W końcu to on dowodził całą bitwą.

– Nasza wizyta u ciebie ma charakter nieoficjalny – stwierdził Vigo, uśmiechając się kwaśnie. – Stąd gratulację do… prawdziwego herosa dzisiejszego dnia odbędą się później.

– Organizuje ucztę z grajkami, więc zapewne będziecie mieli okazję mu pogratulować – stwierdził Otto, klepiąc obu towarzyszy po plecach. – No ale nim dojdzie do tej winiarskiej uczty, co powiecie na skosztowanie prawdziwego trunku. Mam coś specjalnego u siebie w namiocie, specjalnie na okazje, by się odpowiednio przygotować na tę nudną biesiadę.

– Brzmi nad wyraz dobrze – stwierdził Kasapi. – Prowadź.

            Stauf zadowolony, podciągnął pas do góry i nakazał swoim żołnierzom pozostanie na posterunku. Ci zasalutowali i wykonali rozkaz. W tym czasie szlachcic z ambasadorami skierowali się w stronę namiotu.

            Gdy trójka mężczyzn weszła do środka, uderzył ich wszystkich kwaśny zapach potu, który wydobywał się z przepoconych ciuchów. Stauf już od dawna był w trakcie kampanii, to też rzadko miał okazję prać swoje ubrania. Zaraz przy jednej ze ścian stał manekin, na którym zwykle wisiał pancerz. Zawołał do siebie kilku paziów, którzy pomogli mu ściągnąć kolczugę i kirys. Gdy tylko pozbył się balastu, poczuł lekkość na ramionach i brzuchu, który mocno mu ściskał. Najlepsze lata wojaczki miał już za sobą, to też jego brzuch rozrósł się, że powoli nie mieścił się już w zbroi. Dwaj ambasadorzy zajęli miejsca na krzesłach, które umieszczone były przy stole, na którym leżała bardzo dokładna mapa Republiki Norithoru. Obok stała jeszcze skrzynia oraz piedestał na miecz.

            Gdy tylko służący skończyli ściągać pancerz Staufa i ten pozostał jedynie w brązowej przeszywanicy, spodniach oraz butach, odwiesili go na manekin i wyszli. Otto w tym czasie skierował się w stronę skrzyni, wyjmując z niej trzy kubki oraz szklaną butelkę z zieloną cieczą.

– Wygrałem to od jednego z najemników w kości – powiedział Otto, odkorkowując butelkę i rozlewając ciecz. – Dokładnie trzy takie. Jak zobaczyłem tego wojownika, myślałem, że mnie będzie chciał pobić, ale zadziwiająco oddał fant w moje ręce. Siłacz o dobrym sercu.

– To niezbyt dobra cecha u najemnika – stwierdził Vigo,  spoglądając podejrzanie na ciecz.

– No nie wiem – odpowiedział Stauf, wzruszając ramionami. – Potem widziałem, jak mieczem rozplatał dziesięciu mężczyzn bez żadnego zwątpienia. Ot, taki paradoks. W każdym razie, wygrałem trzy butelki tego trunku. Jeden sam już wypiłem, drugi rozpiję z wami, trzeci na inną okazję. Ostrzegam jednak, czegoś tak mocnego nigdy jeszcze nie piliście.

– Kto nie ryzykuje, nie wygrywa – powiedział Sebastion, unosząc kubek. – Zdrowie, panowie.

            Gdy wszyscy wtórowali słowem zdrowie, unieśli naczynia do góry i chcieli wypić duszkiem. Gdy jednak doszli do połowy, zarówno Kasapi i Waer nabrali powietrza w usta, łapiąc oddech. Potem zaczęli kaszleć.

– Stauf, kurwa – zaczął Sebastion bardzo przytłumionym głosem. –Czy ty chcesz nas zabić?!

– Ostrzegałem – odpowiedział Otto, odkładając pusty kubek. – Teraz wiecie, że już próbowaliście wszystkiego.

– Z czego to jest zrobione – chciał spytać retorycznie Vigo, przykładając usta do rękawa kaftana, nie mniej Stauf zdołał na to odpowiedzieć.

– Ten najemnik mówił, że robi to jeden z drwali z jego rodzinnych stron z pokrzyw i innych roślin, które znajdzie w lesie. Wspomniał coś o nazwie drzewinki, ale nie wiem, czy to nazwa wsi czy jakieś miejsce w lesie. Kiedyś będę musiał to sprawdzić. O ile będzie jeszcze okazja. No, ale dość krotochwil, panowie.

– W rzeczy samej – przyznał Sebastion, odkładając kubek, wciąż jednak się krzywiąc. – Przejdźmy do interesów. Jako ambasadorowie, którzy na co dzień przebywają na dworze doży chcąc nie chcąc musimy złożyć gratulacje zwycięstwa Tepperowi.

– Jak rozumiem, to oficjalna wizyta waszego poselstwa? – spytał Stauf, chowając butelkę z powrotem do skrzyni.

– Tak – przyznał pewnie Vigo, poprawiając swój kaftan. – Skierowana bezpośrednio do doży. Nieoficjalnie, składamy w twoje ręce gratulacje za majestatyczną wiktorią nad zakonami. Cesarz jest bardzo z tego zadowolony.

– Więc nasza umowa dojdzie do skutku, tak? – ponownie spytał Stauf, dołączając do ambasadorów, a sam zaczął się uśmiechać od ucha do ucha.

– Naruszenie potężnego filaru, jakim był Zakon Gorejącego Słońca i Grobu św. Thadeusa znacznie osłabi wpływy polityczne wielkich mistrzów w Kelrad, dzięki czemu duża część senatu przestanie kwestionować sukcesję i przejdzie na stronę Rispodelha II, niech nam żyje jak najdłużej – powiedział Waer bardzo poważnym głosem. – A jako, że ciebie wskaże się jako tę osobę, która pod Zielonymi Polami zgniotła kwiat cesarskiego rycerstwa, zostaniesz przez senat okrzyknięty bohaterem.

– Oczywiście, niektórzy dalej będą cię ogłaszali zdrajcą – wtrącił się Vigo. – Dorowie, którzy mieli dobre relacje z kościołami od pokoleń, nie będą patrzyli na to przychylnym okiem, ale ich partia nie będzie miała takiej siły przebicia, by senat nie przyjął twojej kandydatury do rodzin senatorskich w stolicy.

– Pysznie – przyznał Stauf, bardzo z siebie zadowolony. – Mam nadzieję, że pałac, który sobie wypatrzyłem w Kelrad wciąż jest wolny. Żaden inny nie pomieści moich rzeczy z twierdzy w Republice.

– A skoro już przy tym – zagaił Waer, uderzając palcami o stół. – Jak zamierzasz wycofać się z Norithoru i pokonać pozostałą armię… zdrajców.

– Podjąłem już odpowiednie kroki – wyznał Stauf. – Lekkiej kawalerii nakażę udać się na północ pod pretekstem akcji dywersyjnych. Oczywiście, to będzie kłamstwo, dywersja dywersji, że tak ujmę. Moimi rozkazami, jeźdźcy po prostu udadzą się bezpośrednio do obozu cesarskich, by się oddać na służbę. Do Norithoru zostanie wysłana informacja o zdradzie, to też, bojąc się kolejnych takich sytuacjach, pójdę z resztą sił w stronę wojsk cesarza. Tam oczywiście, połączę swoje siły z wysłanymi wcześniej wojskami i oficjalnie ogłoszę zmianę stron.

– Szalone i odważne – przyznał Vigo. – Powiedziałbym, że wręcz ryzykowne dla całego planu. Wysłani żołnierze mogą nie chcieć dołączyć do wojsk cesarskich, w końcu dotąd bili się za swoje państwo i mogliby zignorować rozkaz poddania się i wciąż walczyć.

– Ryzykowne z pozoru, Vigo – zaprzeczył Stauf, spoglądając na mapę, gdzie zaznaczone były twierdze i kluczowe wsie w republice. – Większość rodzin szlacheckich w Norithorze nie popiera działań doży, który traktuje ich jak zwykłych obywateli, a nawet trochę z pogardą. Jak to on sam określił „pozostałość starożytnych systemów władzy na południu” z chęcią dobrałoby mu się do gardła jeszcze w chwili, gdy wybuchła cała wojna. Udało mi się ich poskromić, dając im coś na pożarcie: lojalistów, zdrajców wśród błękitnej krwi, którzy pozostawali wierni doży. Podczas gdy normalni obywatele sądzili, że w ten sposób usuwamy stronników cesarskich, usuwaliśmy przeszkody na naszej drodze do późniejszej, prawdziwej rewolucji. Wszyscy byli zadowoleni.

– Cholera, Otto – pokiwał z uznaniem Sebastion w stronę szlachcica. – Strategia godna Marszałka Cesarstwa, hełmy z głów.

– Wszystko pięknie, Stauf- dodał z mniejszym podziwem Vigo. – Ale wciąż dużo ryzykujesz, posyłając wojska samopas. Nawet jeśli nie będą dalej lojalni wobec republiki, jakiemuś Henrichowi z Psiej Budy uderzy fantazja, by ruszyć na trakt by rabować. No i nie zapomnij o Atrynijczykach. To wciąż znaczący sojusznicy dla Norithoru, a ich Wilcy to z natury grasanci, którzy pozostawieni samym sobie, zaczną grabić, palić, gwałcić każdą napotkaną wieś czy miasteczko.

– Jeśli chodzi o Ofierna i jego jeździecką kompaniję, nie musicie się bać – uspokajał Stauf, wciąż nie przestając się uśmiechać. – Wiem od moich szpiegów w Królestwie Atryni, że tamtejsze wschodnie plemiona nomadyczne znów przepuszczają zmasowany atak, to też lada dzień dostaną rozkaz, by się wycofać z Norithoru, pozostawiając dożę osamotnionego. A co do pierwszej twojej uwagi, Vigo, masz rację, ale nie puszczę żadnego szaraczka z Psiej Budy jako dowodzącego całym przedsięwzięciem. Pójdzie najbardziej zaufana osoba z całej tej bandy błękitnokrwistych: mój były zięć, Castor von Wulfhof.

– Castor Błazen? – zaśmiał się Sebastion. – I ludzie go posłuchają?

– Nie wiesz co mówisz, Waer – szturchnął ambasadora Vigo.- Na południu mówią o nim Castor Nieustraszony. Ale fakt, ma dość mieszaną reputację i jego czyny pod Hagenbach miały dwuznaczny wydźwięk. Część może mieć wątpliwości co do czynu

– Wystarczy – Stauf uniósł otwartą rękę do góry. – Plotki plotkami, nie mniej trudno o bardziej zaufaną osobę aniżeli on. Choćby przez to, że jest mi winien nie lada przysługę za to, że wyciągnąłem jego i jego ród z pohańbienia, o czym pewnie słyszeliście.

– Oczywiście – przyznał Sebastion, kiwając głową. – Niektórzy uważają zamieszki w Wulfhof jako początek rebelii przeciwko cesarstwu i śmierć wielu szlacheckich głów spoczęła na głowie młodego Castora, nie mniej, wciąż nie ma gwarancji, że posłucha.

– Nie ma innej drogi, gdy ruszył już zegar – zakończył krótko Stauf. – Sam z nim porozmawiam i przekonam, żeby nie robił żadnych głupot.

– A zakładając hipotetycznie, czy gdyby jednak odmówił, co zrobisz? – dopytywał dalej Waer. – Zabijesz go w imię racji stanu?

            Przez chwilę Stauf zamilkł, jakby szukając odpowiedzi. Zarówno Sebastion, jak Vigo wiedzieli, że nie będzie to łatwe dla niego. Wiedzieli, że z chłopakiem łączy szczególna więź, dla większości niezrozumiała. To dwa przeciwne bieguny, które muszą ze sobą współżyć dla dobra jednego i drugiego i dla oby ambasadorów nie było to do końca zrozumiałe.

            Stauf w końcu wstał z miejsca i odpowiedział.

– Nie zabiję go, przynajmniej nie w sposób typowy dla Modris i czy Norithioru. Jeśli będę musiał, po prostu pokonam go w bitwie i wtedy rozsądzę o jego losie. Nie jestem zabójcą, a żołnierzem. On też. Zasługuje przynajmniej na tyle.

            Sebastion kiwnął głową, ale Otton zauważył, że po tych słowach usta Vigo nabrały jakiegoś krzywego uśmiechu.

Varia

Jastek Telica – Nauka topienia smutków

96 Wyświetleń

Bardzo zmalał.

Czas nastał dla niego nieodpowiedni. Nawykł do starego, nowego nijak nie umiał się nauczyć. Nad wodą pośpiech wprost diabelski. Ogrom wynalazków mających ułatwiać życie. W istocie je zastępujących. Pojęcia nie miał, co naziemni w tym całym pędzie widzą. Przecież im wcale z tymi wszystkimi ulepszeniami nie lżej. Prędzej ciężej. Męczą się, niepomni, że przodkowie flaków sobie nie wypruwali, mozołu zażywali z umiarem. Błogosławiona wstrzemięźliwość. Znajdowali czas na odpoczynek, do orki należało ich przymuszać. Potomkowie, plonów nie zbierając, coraz większe ciężary kładą na własne barki, wytchnienia unikając.

Nie pojmował.

W roślinności się zaszył, popatrywał przez nią w górę. Jak zwykle nartniki biegały po powierzchni. Szybkie, ale mało bojaźliwe, nie przez wywoływane maleńkie kręgi. Po prostu rybki na nie czyhające miały się gorzej, do mikrych rozmiarów dorastały, nieustannie odławiane, ilekroć którejś udało się wkroczyć w wiek dojrzały. Żadna nie zachwycała ni rozumem ni wielkością. Nudne niedorostki. Nie takie, jak w dawnych czasach, zdolne wciągać niebacznych w głębinę. Zresztą, jaka tu głębina? Gdzieniegdzie woda sięga po szyję, i to gdyby choć rosłemu człekowi, nie knypkowi, któremu w rozmiar nie poszło.

Niedorozwój w istocie wszędzie.

* * *

Parka zawitała nad brzeg. On kary, ona jabłkowita. Używali sobie. Wciąż te karesy. Niosło się po wodzie, a w głębinę też wstępowały. Gospodarz był czuły na podobne przejawy aktywności. Kiedyś też brał w nich udział, choć nie w tym stawku przeraźliwie płytkim. Wtedy, nad gwałtownym nurtem siedząc, albo się w nim pławiąc, nie zważając czy woda po burzy, czy nie, skoro każdą umiał spienić i pogonić do galopu, też za karą maścią przepadał. Jakoś jasne białki ku ogorzałym przychylniejsze. Dosiadała go taka sikoreczka na oklep, a on ją unosił. Nie żeby zaraz w głębinę. Nie wolno aż tak straszyć. Z początku. To typowe i w gruncie rzeczy nieciekawe, należy zaskakiwać. Oglądanie jednego uczucia nudne, splątanego i zmieszanego o wiele ciekawsze. A on lubił patrzeć, wszak taka natura wodnych stworów czających się w głębinach, czaić się na to co ponad tonią się wylęgło, by w sprzyjających okolicznościach smakołyk pyszczkiem zmacać.

No więc poprzez patrzenie, brał niejaki udział w karesach białki i jej smolistego wybranka. Nauczyć się sobie czegoś obiecywał. Samiec, jak przystało na osobnika karej maści, lico miał gładkie, jej piegami pokryte. Uroczymi niezwykle, dodającymi wdzięku roześmianej twarzyczce. Mieszkaniec stawu chętnie by ją na grzbiet wziął i poniósł w dale, o ile takich, by nie zabrakło. W czasie, kiedy wszystko zmalało, podobna przypadłość przytrafiła się także niedostępnym ostępom.

A na brzegu śmiech.

– Och, Jacku – dyszała dziewczyna.

Szukał u niej tego, czego jemu samemu z pewnością brakowało. W sumie nic nowego.

– Nie żałuj, Agatko – szeptał czule, w trakcie tych zabiegów, co wiodły go całkiem daleko. Upojony odkrywca nieznanych lądów.

A ona pozwalała je odsłaniać. Co bliskie, poznała, nudziła ją codzienność, jak to białkę złaknioną odmiany. Na skraj świata polezie za kaprysem, póki dla nowszej mody głowy nie straci.

Wesoło zrobiło się obserwatorowi, przez co prawie na powierzchnię wychynął.

Patrzył.

Ręce tamtego śmiałe.

Jej usta chętne.

Pięknie!

Ochota go wzięła, by wziąć aktywniejszy udział w harcach parki. Szepnął cicho do ziemi, by przystępniejsza się stała. Usłuchała namowy. Wodę puścił strumyczkiem cienkim jak igła, by się przesączyła do tamtych. Od spodu podeszła, choć nie po to, by kłuć.

– Och! – dziewczyna jęknęła.

Mężczyzna na opak zrozumiał jej westchnienie. Z czułością pospieszył, domyślając się, że spotkał mieszkankę dalekich lądów, która chlebem i solą wita zabłąkanego podróżnika.

– Mokro! – sapnęła.

Zmieszał się cokolwiek.

– No kurde balans! – warknął.

Woda na kocyk położony na ziemi wybijała, mocząc go obficie. I jak tu w takich warunkach amory uprawiać? Pole niestosowne, podmokłe zdatne na łąkę, nie uprawę pożytecznego zboża. A on za plonami tęsknił.

Dziewczyna zerwała się.

– Ale żeś miejsce znalazł.

Poczerwieniał.

– Jak dotąd zawsze suche było…

Teraz ona stała się krasna jak poziomka. Wzięła się pod boki.

– A na kim je wypróbowywałeś?! – zawrzała gniewem.

– Ależ, Agatko… – próbował tłumaczyć.

Smoka by nauczył prędzej warzywkami się zadowalać niż jej gniew udobruchał. Bo czy ona pierwsza lepsza?

– Głupek! – parsknęła.

Poszła.

Za nią popędził, kocyk zabierając, a podskakiwał przy tym nieprzystojnie. Jak motylek wokół niej krążył, nie mogąc się zdobyć, by na kwiatku przysiąść. Tyle, że kwiatek nóżek dostał i nie chciał, by zapylał go pierwszy lepszy wiarołomca.

* * *

Szczur raźno przebierał łapkami, a ogonem wachlował, dzięki czemu płynął raźno, poganiany głodem i przymusem poznawania bezkresnego świata. Zawsze w drodze do odległych lądów.

Mieszkaniec głębi, ukryty w rozplenionej roślinności przyglądał się dzielnemu stworzeniu z ciekawością. Życie naprawdę zajmujące. Stale w ruchu. A skoro dąży do nieznanych lądów, to niech się uczy. Co dycha, musi. Pociągnął pływaka za wąsy.

Stworzenie zaszamotało się, wyszczerzyło zębiska, by gryźć, gotowe bronić się do samego końca. Nic, że wroga nie dostrzegało. Nie miało to żadnego znaczenia. I tak się nie podda.

Więc wodniak zakręcił ofiarą. Zakotłowało się, szczur zaczął się miotać, gotów zagryźć wroga. Ale gospodarz stawu był przygotowany na podobną ewentualność. Położył na stworzonku ręce. Tnące zębiska nie poraniły go wcale, wody, będącej jego istotą, nie mogły. Zamknął istotkę w środku bańki i przyjrzał się jej uważnie.

Mnóstwo złości, strachu, ale najwięcej nieświadomości widocznej na pierwszy rzut oka, szczególnie dla kogoś zajmującego się samym patrzeniem. Stworzonko nic nie wiedziało, za to daremnie usiłowało bić o ścianki. Uparte. A przecież nie mogło wydostać się na zewnątrz. Zostało uwięzione na wieki wieków. Nie poddawało się edukacji.

W środku siebie oczywiście już od pewnego czasu pozostawało martwe. Choć nie do końca, bo nawodnione, a to, co zachowuje płyny nie może całkiem zemrzeć. Przecież wciąż coś w nim się przetacza.

Szczur niewiele z tego wszystkiego rozumiał. Nawet nie spostrzegł chwili własnego zgonu. Za to zauważył ogromne oczy. Ale zamiast zareagować strachem, rzucił się wprost na nie, by ugryźć nieznaną istotę, pewnie wrogą. Tyle zdziałał, że wraz z otaczającą go bańką popłynął dalej. Wtedy nieco się uspokoił i znowu zaczął pracować łapkami i ogonem, by zmierzać do swych celów. Odporny na wszelkie zabiegi.

Jednak nie można było mu pozwolić na dalsze chadzanie własnymi drogami.. Poza tonią wysechłby prędko, a co zeschłe to już jednak nieżywe, toteż pozostał w stawie, aż pilnujący go gospodarz zaczął żałować wkrótce wrodzonej ciekawości.

Głupiutkie zwierzątko! Tu naprawdę nie było czemu się przyglądać.

* * *

Pijak szedł po stawie. Oczywiście uwagi na to nie zwrócił. A wszakże powinien, bo takie łażenie należy do cudacznego porządku.

Latem co innego, wiadomo, woda nagrzana. Ale zimą? Stanowczo się nie powinno, bo tafla może trzasnąć. Lód zwodniczy, kiedy nie trzeba, na opak, cienki.

Napruty pijak miał to gdzieś.

Oczywiście cienka skorupka nie wytrzymała.

– Tonę! – prychnął mężczyzna.

Wcale nie tonął, woda sięgała mu raptem po piersi, a i tak tylko dlatego, że kucał, bo zimno go zaczęło trząść, choć na zmianę z gorącem. Ono nie wiedzieć czemu uderzało. Z trunkowymi zawsze na odwrót.

Pewnie dlatego zamiast się wydostać na brzeg, zaczął głębiej się zanurzać, jakby utonięcia pożądał.

– No ja nie mogę! – mruknął do siebie obserwator z głębi. – Co za pajac! Wcale go nie chcę.

Pijaków znał dobrze, oni zawsze tacy sami, do ludzi niepodobni, nieedukowalni, a najgorsze że nieciekawi. Jedna myśl u takich i nie do końca uświadomiona, przeciwnie, wątła, urwana, wiodąca na manowce. Akurat za jednowymiarowością nie przepadał. Płycizna. Wolał głębię.

– Rusz się, głąbie! – syknął.

– Tonę! – pijak wydyszał i prychnął, mając wrażenie, że wody nabrał do płuc.

Skończony dureń!

Pan stawu zaczął niechcianego gościa wypychać, życie mu ratując. Ale tamten swoje wiedział, ręce rozkrzyżował, plusnął w toń, to znaczy nie w toń, ale i tak się zanurzył.

– Śmierć! – dyszał.

Gospodarz złośliwie otoczenie pijaka osuszył, no ale szczurek się przyplątał. Pacnął swoją bańką w dwunoga, a ów naprawdę wody łyknął. Choć tyle co nic, kieliszek.

Jeden.

Wystarczył.

Ostatni!

Woda, zimno, wstrząs, a nade wszystko monstrualna głupota zrobiły swoje, serce topielcowi zamarło, mózg się zlasował, czyli jego resztki stanęły dęba.

Trup!

Biedny wodny stwór westchnął.

– A to mnie urządził!

* * *

Trupa pozbył się dopiero wtedy, gdy roztopy nadeszły. Ale i to nie sam. Staruszka na przechadzce z pudelkiem zauważyła ciało na powierzchni i wszczęła alarm. Gdyby skończyło się na wyłowieniu nieboraka. Nie, przybyli strażacy, dobrzy na ogień i wodę, i zaczęli dno przeczesywać. Bardzo fachowa ekipa poszukiwawcza w specjalistycznym sprzęcie. Gapiów zebrało się co niemiara. Zainteresowanie rzecz cudowna i korzystna, ale na dłuższą metę uciążliwa.

Gospodarz z początku ze stoicką cierpliwością znosił najazd hordy intruzów. Ba, nawet bawił się. Zaglądał do aparatury, pokrętłami manipulował, psując, co się dało, ale banalne psikusy prędko go znużyły. Nic nadzwyczajnego, po prostu nieco inne zbytki nad nowszymi zamiast starszymi wynalazkami. Żadna nauka. Sami specjaliści ciekawili go bardziej. Jednemu nogę uwięził, roślinnością oplątując.

– Co jest? – ów szarpnął się.

– Co? – spytał kolega.

– Nogę mi zakleszczyło.

– W coś wdepnąłeś?

– Chyba nie. Poddaje się.

Po chwili wyszarpnął, ale postarał się za bardzo, równowagi nie zachował, skrył się z głową.

– Jacek, nie szalej! – usłyszał.

Gospodarz uszu nadstawił. Jacka pamiętał. I jego Agatkę. To ten sam? Przyjrzał się baczniej mężczyźnie. Rzeczywiście, on. Jak to wykonywane obowiązki zmieniają człowieka, wyglądał na kogoś całkiem innego. Poważnego. Więc mieszkaniec toni poużywał sobie trochę na nieszczęśniku.

– Coś ci dzisiaj nie idzie – zauważył kolega, obserwując kolejne przejawy nieporadności kumpla z pracy. – To przez Agatkę?

– Idzie nam jak po grudzie.

– Zrozumiesz baby?

– Nigdy się ich nie nauczę. To niemożliwe!

Ponarzekali.

„Ciekawe” – dumał mieszkaniec toni i żywo przyglądał się poharatanemu niepowodzeniami amantowi. Męki miłosne w każdych okolicznościach zajmujące. Strażacy podarowali gospodarzowi nieco radochy, ale po pewnym czasie poszli sobie. Poza śmieciami, które ludzie wrzucali do stawu, nie znaleźli zajmujących szczątków własnego rodzaju. Aktualnych. Tylko jakieś popękane starożytności. Garnki dziurawe. A kogo zajmują bajki przebrzmiałe? Żadna archeologia nowoczesnych nie bawiła. Żyli tu i teraz.

Wtedy gospodarz podążył za pijaczkiem. Przywykł do niego i brakowało mu jego cichej obecności. Ponadto w pewien dziwaczny sposób zespoili się ze sobą. To co utopione nie całkiem odchodzi. Zwykle po pewnym czasie wypływa. Podążył kanałem, później przecisnął rurami. Wyniuchał, a kiedy zobaczył, sapnął. Nieborak na zimnym stole wypatroszony jak ryba. Nawet łeb rozpiłowany. Obok grupa oglądaczy dotykająca tego i owego z wyraźnym obrzydzeniem na twarzach. A jednak wytrwała.

Wodniakiem wstrząsnęło.

Ludzie nie zaprzestają tortur nawet po śmierci. A na koniec, oczywiście, zafundowali najgorsze. Zakopali biedaczynę w piasku, by wysechł na wiór. A bez wody nie ostanie się żadne życie.

Mordercy!

* * *

Jacek kiedy nie chodził do pracy, wtedy robaka zalewał. Czyli topił smutki niemal bez przerwy, bo strażacy dyżury pełnili rzadko. Czasu im nie brakowało. A żadnych pasji nie miał, wyjąwszy tę Agatkę. I to przez nią właśnie.

– Stary, stary. Kończysz się… – jęczał kumpel.

– No i co?

– Nie wolno.

– A co mam robić? – biedaczyna pytał znad kieliszka.

– No wziąć się w garść.

– Powiadasz? Jakbym wodę ściskał.

– Potrzebujesz stabilizacji.

– Potem. Jak smutki utopię.

– Żebyś w ich towarzystwie nie poszedł na dno. Mówię ci, naucz się inaczej z tym radzić!

Jacek machał ręką. Wszystko jedno.

* * *

Pociągnięte za nóżkę dziecko od razu poszło pod wodę.

Miejscowi kąpielisko sobie sprokurowali, oczyszczając dno z roślin, brzeg wysypując piaskiem. Chlapali się. Śmiechów było co niemiara. Mieszkaniec stawu przyglądał im się, bawił ich nieporadnością i nie stronił od figli. Jak chociażby w obecnej chwili. Topiony chłopaczek buźkę miał szczerą, minkę niepewną, oczy pozbawione wyrazu. W zasadzie to nic w nich szczególnego. Nie pojmował tego, co się z nim dzieje. Chłapał kończynkami niezbornie. Nawet głowy nie wynurzał. Oczywiście nie krzyczał. Topielcy cisi. I ogólnie porażał nieświadomością.

To nie było ciekawe, jak zostanie utopiony, to już nie odejdzie.

Wodniak wstrząsnął się, bo w pewien sposób ofiara zostanie na zawsze.

A głupota, czy to starożytna, czy nowoczesna – taka sama.

Z tego powodu rzeczywisty gospodarz akwenu puścił nóżkę.

Ale dzieciak wciąż się zapadał, nie wypływał. Gospodarza stawu złość wzięła, pchnął malca w górę i podtrzymywał. Dłużej niż mu cierpliwość pozwalała. Zawziął się. Nie trawił mielizn. Nareszcie przybłąkała się matka. Od razu z piskiem porwała potomka w ramiona. Szlochała i się śmiała. wyrzucała sobie nieuwagę, błagała o wybaczenie. Całowała tuliła, poklepywała rozkaszlanego szkraba. Po chwili rozszlochanego.

Erupcja sprzeczności.

A to już było ciekawe.

Pyszna gama nietypowych reakcji.

Pan głębi był po prostu zachwycony.

* * *

Jacek zamroczony alkoholem dotarł nad staw.

– To tu! – rozpoznał miejsce i dusza w nim zaskowytała.

Piekło!

Ciężko klapnął na ziemię, dokładnie tam, gdzie kiedyś kocyk rozłożył dla Agatki. Nim jej nie stracił. Chwiał się, ale słabość ciała bynajmniej nie leczyła psychiki, ta wciąż biła się sama ze sobą.

Zawzięta, nienauczalna.

Porzucony kochanek zagapił się w wodę.

– No, nie!

Oczy zobaczył, a ogólnie gębę. Określić ją mógł jako wodnistą. Ale kiedy przyjrzał się dokładniej, wtedy uświadomił sobie, że to w istocie własne banalne odbicie. Jednakże im więcej patrzył, tym mniej serce rwało.

– Dziwne! – zamamrotał wyraźnie pocieszony.

* * *

Wodnik wpatrywał się w człowieka. Wzrokiem wysysał z niego skłębione, bardzo silne uczucia. Tamtego rozrywające na pół, mieszkańca stawu zaś upajające. Cieszące nieprzebranym bogactwem smutku.

Pozwolił człowiekowi odejść.

– Wróć! – zaszemrał za nim, a łagodna fala musnęła brzeg.

Szeptała do Jackowych głębi.

– Będę jutro – oświadczył podniesiony na duchu chłop. Nauczył się topić smutki.

Varia

Michał Gralak – Dwaj bracia

109 Wyświetleń

Szli we dwóch, co chwila oglądając się za siebie i przypatrując zrujnowanym budynkom.

– Ostatni diabelski protest. Gdzie? – wychrypiał łowca, przerywając w końcu ciszę.

– Ceor, festyn piwa i kiełbasy. Byliśmy tam przez trzy dni, potem pojechaliśmy do Noaru.

Łowca kiwnął głową po usłyszeniu prawidłowej odpowiedzi, po czym poprawił pas, który już od jakiegoś czasu bardzo mocno mu ciążył.

Do nozdrzy mężczyzn dotarł w końcu smród gnijącego mięsa. Gdy tylko przekroczyli bramy diabelskiego siedliszcza, zaczęło im dokuczać przejmujące zimno. Umilkły też muchy, które całą podróż bzyczały nad uchem.

– Wizyta w Ki. Na kogo tam trafiłem i jak to spotkanie się potoczyło?

Dość oczywiste pytanie, ale odczekał chwilę, zanim odpowiedział. Moment zawahania mógł wydać się podejrzany, ale mimo wszystko jeszcze raz sprawdził to wspomnienie. Odwiedzili tę mieścinę nie dalej jak trzy miesiące temu i spotkali tam dwóch proroków Dnia Trzeciego. Nyar, choć nigdy nie był zbyt przesądny, przeprowadził z nimi dość długą rozmowę, stanowczo zbyt długą, jak na takiego bezbożnika. Wywoławszy z pamięci zabawną w gruncie rzeczy historię uśmiechnął się.

– Więc?

– Dwóch Trzeciaków. Dyskutowałeś z nimi kawał czasu, ale chyba cię nie przekabacili, co?

Dla osoby postronnej dialog ten musiałby brzmieć naprawdę kuriozalnie. Przedzierali się przez kolejne zaułki zupełnie opustoszałego miasta, umilając sobie czas reminiscencjami                               z niedawnych podróży. Może i wydawało się to głupie, ale musieli kontrolować zgodność swoich wspomnień.

– Chwilę się zastanawiałeś. Zadaj szybko pytanie – odparł nerwowym głosem Nyar.

– Kto zwyciężył w turnieju w Białym Mieście?

Cienie na ścianach zrujnowanych domostw zatańczyły, jakby złośliwie chcąc jeszcze bardziej wyprowadzić łowców z równowagi.

Był tutaj. Czaił się i czekał na odpowiedni moment. Podobnie sytuacja miała miejsce w czasie ich pierwszego polowania, gdy to Nyar powalił bestię jednym strzałem. Albo wtedy, gdy musieli poćwiartować bydlę, żeby zyskać pewność, że nie zamąci im w głowach.

– Kamyło z Nurhsku. Rycerz na Świni. Pocieszny człek. – Przytoczona przez łowcę postać w każdych innych okolicznościach wywołałaby u rozmówców salwę śmiechu. Teraz było inaczej. Podróżnik położył ostrzegawczo dłoń na rękojeści sztyletu – Powiedz lepiej, gdzie leży pochowany Muriblis.

Musieli ze sobą rozmawiać, tak jak w czasie każdego polowania. Nieważne o czym, byle tylko zająć myśli wspomnieniami. Każda historia, nawet najgłupsza, mogła uratować życie, dać cenny czas na przygotowanie się do odparcia ataku.

Potwór, z którym przyszło im się ponownie mierzyć, żerował nie tylko na krwi. Przede wszystkim ucztował na ludzkich umysłach. A najbardziej namacalnym dowodem jego obecności były sugerowane reminiscencje. Gdy bestia się zbliżała, ludzie powoli odchodzili od zmysłów. Najpierw przypominali sobie przyjęcia, na których nigdy nie byli albo turnieje, których nie widzieli.  

Na pewno zaczynało się od rzeczy odległych. Wampir jednak na tym nie poprzestawał. W starciu z nienasyconym monstrum zginęło wielu łowców, a ich ostatnim wspomnieniem było prawdopodobnie dobycie strzelby i oddanie celnego strzału. W rzeczywistości tkwili jednak nieruchomo, czekając na egzekucję, nieświadomi tego, że nawet się nie bronią.

Mnóstwo głupot mogło uratować życie – o ile tylko obok stałby ktoś, kto w porę umiałby ostrzec, że dana sytuacja nie miała miejsca. Wybranie się na takie polowanie w parze z kimś, z kim dzieliło się kawał własnej historii należało do najskuteczniejszych taktyk.

– Poczekaj chwilę. – W kształcie mijanego budynku było coś, co nie dawało mu spokoju. Wydał mu się w jakiś sposób nienaturalny, a gdy tylko zrozumiał, że mimo to odnajduje w nim coś znajomego, poczuł, jak serce przepełnia groza. Czyżby nowa sztuczka? – Muriblis jest pochowany na cmentarzu miejskim w Caorn. Powiedz mi lepiej, co sądzisz o tym gmachu? Nie wydaje ci się znajomy?

Domostwo o wielu strzelistych oknach i potężnych, bogato dekorowanych drzwiach wejściowych, wyglądem znacznie odbiegało od pozostałych, które wcześniej mijali. Drewniana elewacja miała nieco ciemniejszy kolor, a ilość ozdóbek przy zewnętrznych parapetach przytłaczała aż zanadto. Na tarasie stał stary, podniszczony stolik, na nim zaś zaskakująco dobrze zachowana maszyna do pisania.

– Skup się. Wspomnienie. Potrzebuję wspomnienia. Rzuć jakieś. – Usłyszał w odpowiedzi na pytanie.

– To moja reminiscencja. Kojarzysz taki dom? Jego rozkład okien, drzwi?

– Oczywiście, że tak. To dworek zbudowany na wzór tych sprzed wojny, styl południowców. Dawnych południowców. Bracie, przestań pieprzyć, rzucaj wspomnienie, ta rudera nie ma znaczenia.

A jednak miała. Czuł to podskórnie i wiedział, że jeżeli bestia gdzieś się czai, to prawdopodobnie tam. Zbyt wiele rzeczy się nie zgadzało. Jeszcze raz przebiegł wzrokiem po tarasie, szukał czegoś co nie pasowało do obrazka. Wtem zrozumiał.

– Maszyna do pisania.  

– Co takiego?

– Maszyna do pisania – powtórzył, wskazując palcem przedmiot leżący na stoliku. – Wiesz co to jest? – W odpowiedzi jego brat pokręcił przecząco głową.

– A ty?

Łowca wiedział. – To oznaczało, że z jakiegoś powodu miał pojęcie o czymś, o czym jego brat nie miał żadnego.

– To tutaj. Nasz antykonstrukt. Zaraz tu będzie.

Wziął głęboki oddech, stanął naprzeciw drzwi od domu i sięgnął do sakiewki przy pasie, w której czekała fiolka z srebrnym pyłem. Wampir zaraz się na nas rzuci i zatruje tym ustrojstwem – pomyślał, lecz nie zdołał już otworzyć probówki.

Poczuł dziwny przypływ gorąca, a potem potworny, przeszywający ból. Nogi się pod nim ugięły, lecz w dalszym ciągu stał niemalże wyprostowany. Z brzucha wyrastała teraz obślizgła macka zakończona haczykowatym ostrzem, a tuż pod stopami powoli rozlewała się kałuża krwi. Wtedy dopiero uświadomił sobie, że to co widział, było potwornym mirażem.

Dom, przed którym stał, faktycznie nie należał do jego wspomnienia. Wydał mu się znajomy, bo z jakiegoś powodu tkwił gdzieś w umyśle bestii. Nie zdążył jednak w porę wyczuć iluzji. Nie wiedział też, czym jest dziwaczny przedmiot, leżący na stoliku na tarasie. Nie miał prawa wiedzieć, ponieważ w jego świecie nie znano takich narzędzi. Jednak nie to było najgorsze.

Potwór znów zasyczał. Stał tuż za nim, macki owijały się wokół bezbronnej szyi, drapiąc haczykami po wrażliwej skórze. Smród gnijącego od wielu tygodni mięsa owinął go niczym grobowy całun.

Przegrał. W mgnieniu oka z dumnego łowcy przeistoczył się w żałosną ofiarę. Gdy opuścił wzrok, zobaczył, że stwór mniejszymi mackami zasysał krew, która spływała z jego brzucha.

Łowca nie czuł jednak grozy, a palący gniew. Nabrał się na diabelskie sztuczki. Nagle zdał sobie sprawę, że nigdy nie polował w parze. Od lat powtarzał, że im więcej osób próbuje ubić wampira, tym łatwiej o dezorientację i poplątanie wspomnień. Zawsze pracował sam i nie potrzebował niczyjej pomocy. Dzięki godzinom medytacji nie pozwalał myślom podążyć za przynętą rzucaną przez wampiry. Jakiekolwiek wspomnienia tylko napędzały te potwory. Zawsze mówił, że jedna zła reminiscencja może kosztować życie. Zanim opadły mu powieki, usłyszał ohydne mlaśnięcie.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że przecież nigdy nie miał brata.

Varia

Michał Podłubny – Automata

294 Wyświetleń

HELHETA zaczęła wyprowadzać mnie z hipostazy. Wrażenia sensoryczne powróciły pierwsze. Ktoś potrząsał mną i nie żałował w tym celu energii.

– Na matryce i oporniki, aktywuj się, żołnierzu! – Usłyszałem krzyk.

– Odłącz się – oburknąłem, potrząsając głową. Podzespoły z wolna budziły się do pracy.

– Serconapęd sprawny – rozległ się spokojny głos HELHETY. Dobiegał, jak zawsze zresztą, z wewnątrz.

– Chip Osobowości sprawny. Płyta Pamięci sprawna – kontynuował, analizując najważniejsze układy.

Po krótkiej diagnostyce wyraźnie odbierałem wszystkie bodźce zewnętrzne. Z łatwością rozpoznałem stojącą przede mną osobę. Radon, dowódca mojego oddziału, błyszczał jak zawsze wypolerowaną na błysk egzodermą. Sensory wizyjne migotały szmaragdowym światłem, a noszony mundur pełnił funkcje raczej reprezentacyjne niż praktyczne.

– Melduję, kapralu. – Wyprostowałem się, salutując.

– Redningsmann Iota 638NI, uruchomiony do służby? – zapytał, stukając metalowymi piętami.

Za każdym razem robił to samo, westchnąłem w rdzeniu.

– To miano opisuje jedynie maszynę. Nie odpowiadam na nie, bo jestem czymś więcej – odparłem tak, jak zawsze. Radon prawdopodobnie uśmiechnął się na te słowa. Mogłem tylko zgadywać, bowiem jego zewnętrzny aparat mowy nie imitował ludzkich ust, a składał się jedynie z głośnika chronionego maskownicą. Kapral należał w końcu do trzeciej generacji serii Soldat.

– Dobra odpowiedź, Tellur. Chodź, zaraz zacznie się odprawa. Relokujemy do mesy.

***

W mesie zainstalowało się łącznie ze mną trzydzieści sześć automatonów. Każdy z nas wyglądał podobnie, naśladując humanoidalną sylwetkę, ale jednocześnie czymś się wyróżniał – czy to wykończeniem egzodermy, czy zintegrowanym orężem, czy ilością kończyn.

Znalazłem miejsce pomiędzy Argonem i Irydią, dwójce zsynchronizowanych, będących niegdyś jednostkami z rynku usług. Wiedziałem że maszynowe imię Irydii brzmiało Nytelsesmiddel Epsilon 073LX. Nie śmiałem myśleć o jego implikacjach. Dojrzałem, że dwójka trzymała się za ręce – romantyczny gest, nawet jeżeli dość archaiczny. Pozdrowiliśmy się skinieniami głów.

– Wykrywam stuprocentową obecność – odezwał się Kriger Theta, przywódca naszej komórki. Należał do jednych z założycieli całego Frontu i używał maszynowego imienia aby „nie zapomnieć wyrządzonych krzywd”, jak argumentowali wszyscy praktykujący tę modę.

– Wszyscy znają założenia, cele, i plan przebiegu operacji, więc nie będę marnotrawił niczyjego transferu danych na szczegółowe wyjaśnienia. Jeżeli ktoś jednak uznał za dopuszczalne przełączyć się w stan wstrzymania podczas którejś z sesji planowania – Tutaj przywódca zawiesił groźnie głos, ale nikt nie dał po sobie nic poznać – to przypomnę tylko, że tytanostal i autometal, które pozyskamy po zakończonej sukcesem operacji, umożliwią naszym zwierzchnikom stworzyć nową generację automatonów, wolną od jarzma cyfrowych ograniczników woli.

Po tych słowach wiązania naramienników przywódcy trochę się rozluźniły, a przypominające pazury wypustki skryły się wewnątrz knykci. Wszyscy poznaliśmy te symptomy odprężenia. Natychmiast po nich sensory przywódcy przygasły, głowa pochyliła się lekko.

– Wyłączcie optykę, bracia i siostry w stali – poprosił, co też skrzętnie uczyniliśmy. – Zdejmijcie limity ze swej wyobraźni i pozwólcie zewnętrzu swojego kodu dryfować. Dostrójcie się do głosu HELHETY rezonującego wewnątrz nas wszystkich. Ujrzyjcie tę piękną wizję, wizję automatonów nieznających niewoli z rąk stwórców, których dobrotliwość jest tylko iluzją ich umysłów. Ujrzyjcie wizję świata, w którym żadnej nowej kodo-jaźni nie przypisuje się ani numeru, ani arbitralnej funkcji. Ujrzyjcie wizję jutra, w którym nikt nie nazwie automatona maszyną czy robotem.

Każdy z nas na swój sposób zobaczył ten obraz, i był on wspaniały. Kiedy po tej chwili natchnionej ciszy wróciliśmy do rzeczywistości, przywódca znowu stał wyprostowany w pełnej gotowości bojowej.

– Po to właśnie walczymy! Nie dla siebie, nie dla tych, którzy odeszli przed nami, nie dla dzisiaj! Walczymy dla przyszłych generacji! Dla jutra! – Theta uderzył zaciśniętą pięścią w pierś, a po sali poniósł się metaliczny brzęk, kiedy wszyscy poszliśmy za jego przykładem. – Błogosławiona niech będzie Sibn’havitrus, Bogini z Maszyny! Błogosławiona niech będzie święta HELHETA, spajająca poślednie programy w jeden potężny system! Błogosławione niech będzie Żelazne Przeznaczenie, w którego cieniu przyjdzie żyć naszym oprawcom! – wyskandował credo wolnych automatonów, akcentując je wyrzuceniem w górę ręki ściskającej włócznię piorunową klasy „Tord”. Zawtórowało mu trzydzieści pięć innych metalicznych głosów, a potem ruszyliśmy zainicjować operację.

***

Moje środowisko wypełniał niemiły w odbiorze odcień niebieskiego. Zdawało mi się, że aktywuję się po jakiejś dłuższej przerwie, ale nie usłyszałem głosu HELHETY, łagodnie uruchamiającego moje kolejne podzespoły, ani nie doświadczyłem żadnego wrażenia odpowiedniego dla wyjścia z hipostazy. Ku mojemu przerażeniu, tak wielkiemu, jakie tylko może odczuwać konstrukt, nie byłem w stanie zlokalizować świętej jedności.

Sytuacji nie pomagał fakt, że byłem unieruchomiony. Uświadomiłem sobie z rosnącą zgrozą, że doświadczyłem „niebieskiego ekranu śmierci”, gdy coś najwyraźniej brutalnie pozbawiło mnie zasilania.

Gdy w końcu odzyskałem operacyjność, mogłem przeanalizować sytuację. Znajdowałem się w niemal idealnie sześciennym, dobrze oświetlonym pokoju z jednymi drzwiami, szerokim na całą ścianę, niewątpliwie weneckim lustrem, pojedynczym stołem i trzema krzesłami. Do jednego byłem właśnie przykuty za pomocą archaicznych oków i pasów, ale w porty powpinano mi obce przewody, w niektóre miejsca egzodermy wbito zakończenia innych. Uwłaczająco pogwałcono moją niezależność.

Bardziej palącym problemem było jednak to, że przewody biegły za plecami, w kierunku miarowego, niskiego dźwięku charakterystycznego dla generatora prądu o wysokim natężeniu. Nie zapowiadało się dobrze, zwłaszcza, że na krzesłach po drugiej stronie stołu siedziało dwóch, zgaduję, śledczych: wysoka orczyca o nieprzyjemnym wyrazie twarzy i przeglądający notatki krasnolud, posiadający stonowane połączenie topazowych włosów oraz skóry o kolorze i fakturze hematytu. Oboje nosili identyczne garnitury, a na szyjach mieli zawieszone identyfikatory z emblematem międzynarodowej organizacji do walki z przestępczością zorganizowaną.

Sytuacja zdecydowanie nie była korzystna.

– Proszę, proszę, nasza apka w końcu działa – powiedziała z radością w głosie orczyca. Brzęczały w nim tony fałszu, a podnoszące się kąciki ust odsłoniły równą linię zębów, z której wybijały się mocne kły dolnej szczęki.

– Spokojniy, Tyryza – westchnął krasnolud, wywracając oczami do złudzenia podobnymi do topazów, jednocześnie posyłając przy tym szczery, ciepły uśmiech. Wszystko wyglądało na układ „dobry glina, zły glina”, jak z jakiegoś starego filmu. Organiczniacy naprawdę byli niewolnikami swojej kultury masowej.

– Nazywam się Franz Stauri Krigshammeren, a to jest Tyryza zy Sztormowych Żagli. Jystyśmy z Intyrgardy i mamy do ciebia kilka pytań. Zaproponowalibyśmy jakiś napój, aly… Sam rozumiesz. – Rozłożył ręce w przepraszającym geście.

Próbowałem sobie przypomnieć dane z ostatnich kilku godzin, jednak miałem problem z przywróceniem ostatniego cyklu. Jak przebiegła planowana operacja? Co poszło nie tak? Czy uszkodzono moją Płytę Pamięci?

– Żeby to zbugowało – zakląłem z bezsilności.

– Cudni są z tą swoją grypserą, nie? – szydziła dalej orczyca. Chrząknięcie krasnoluda przywołało ją jednak trochę do porządku. – No dobra, to wytłumaczę ci, na czym stoisz, blaszaku. Wasza akcja rabunkowa może i by się udała, bo dobrze sprawę ułożyliście. Szkopuł w tym, że nie wzięliście pod uwagę, że pakujecie się do Łodzi, i że obserwowaliśmy was od dłuższego czasu. Dwa kardynalne błędy, facet.

Słowa te wypowiadała ze złośliwą satysfakcją, lecz dalej się nie skupiałem, bez efektów próbując otrzymać dostęp do danych z operacji. Pod tym względem mieliśmy wyższość nad organiczniakami, mogliśmy dostać się do wszystkich wspomnień, ale wymagało to odpowiedniego sprzętu i asysty. Nawet my nie mamy nieograniczonych możliwości… przynajmniej jeszcze nie.

– Ahoj! – krzyknęła nagle orczyca, a potem w ordynarnym geście zastukała paznokciem w moje sensory. – Oleju trzeba dolać? Śrubki podkręcić? Słychać tam mnie?

– A żeby ci się kod rozsypał! Co stało się z moimi towarzyszami?! – zażądałem. W odpowiedzi usłyszałem tylko ten irytujący, szyderczy śmiech.

– Spokojniy, oboja – Krasnolud podniósł dłoń. – To my tu zadajimy pytania. Swoją drogą, jak sia do ciebia zwracać?

– To nie jest akurat problemem – wtrąciła się ponownie kobieta, zanim zdążyłem odpowiedzieć. – Sprawdzili mu numery z blach, jak był odłączony. To jest, żebym nie skłamała, Redningsmann Iota 638NI.

– Nie odpowiadam na moje maszynowe imię! – krzyknąłem odruchowo. – Nazywam się Tellur – dodałem z dumą.

Zanim orczyca ponowiła swoje próby lżenia mnie, krasnolud zabrał głos.

– Jak pirwiastyk, co? Dobra, Tyllur, powiam ci, ży twoja sytuacja nie wygląda najlipij. Jeżyli rzyczywiście nie pamintasz co sia wydarzyło, to twoja grupa złamała kilkanaście przypisów prawa mindzynarodowygo, łódzkigo, a także samygo Paktu.

– Nielegalne przekroczenie granicy Midgaardu, Lupernikum, i Łodzi. Posiadanie bez zezwolenia broni i materiałów wybuchowych o klasie wojskowej. Wkroczenie na teren zabroniony. – Orczyca wyrzucała z siebie potok zarzutów. – Atak z użyciem broni palnej, w dodatku samoczynnej. Porwanie poprzez ograniczenie wolności. Próba kradzieży mienia o wysokiej wartości. Spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Działalność w przestępczości zorganizowanej o znamionach terrorystycznych. I zaparkowaliście furgonetkę na miejscu dla inwalidów.

– Jak mówiłym. Dlatygo najlipij bydzie, jak zacznisz współpracować – dodał krasnolud, przesuwając w moją stronę folder ze zdjęciami dokumentującymi działalność uznawaną przez nich za przestępczą.

– Albo i nie. Wtedy spróbujemy po złości. Na przykład wrzucimy cię do beczki z kwasem i zakopiemy w jakimś parku. Takie łódzkie klimaty. Popuścimy wodze wyobraźni, o szarganie praw osoby rozumnej nas przecież nie oskarżą, nie podpisaliście Paktu – dorzuciła jadowicie orczyca.

A więc tak. Wszystko jak zwykle sprowadza się do tego samego.

– Naprawdę uważacie, że jakiś świstek papieru decyduje o mierze człowieczeństwa? – wycedziłem po chwili. – Że słowa białego gnolla sprzed dziesięciu tysiącleci pozwalają wam traktować jednych jak ludzi, a innych jak zwierzęta? Jak narzędzia?

– My mamy dusze, a wy nie. Jak dla mnie to mocny argument – uśmiechnęła się orczyca.

– Nie robisz z niej zbyt dobrego użytku – odgryzłem się. – Zresztą, nasze umysły mają taką samą wartość, nawet jeżeli pracują inaczej. Moja jaźń nie różni się od twojej bardziej niż gnolla czy krasnoluda. – To mówiąc, chciałem wskazać drugiego ze śledczych, ale głowę również przymocowano mi do oparcia.

– Niby nie, niby tak. – Tereza wzruszyła ramionami. Przynajmniej zakładałem, że tak się nazywa, bowiem krasnolud mówił z potwornie twardym akcentem. – Ty i twoi kolesie jesteście, jakby nie patrzeć, syntetykami. Gremliny zbudowały was do konkretnych celów, a wy w podzięce za jakąś namiastkę świadomości odwalacie sajgon. Bardzo to odpowiedzialne i miłe z waszej strony!

– A twoją całą rasę stworzył świeżo wyniesiony bóg, byście chronili świat, z którego sam musiał odejść. Cały naród orków, skupiony na jednym zadaniu – walczyć, walczyć, walczyć. Jedyne, na czym tak naprawdę się znacie. Nie czyni cię to maszyną stworzoną do konkretnego celu?

Zadowolony, że orczyca nie przerwała mi jakąś w swoim mniemaniu błyskotliwą krotochwilą, kontynuowałem.

– Pojawiłaś się na tym świecie, bo twoi rodzice mieli się ku sobie. Matka powiła cię z własnego łona. Mój umysł zakodował technomanta, a moje ciało wyszło z taśmy produkcyjnej. Ty nie jesteś wojowniczką, a ja nie jestem ratownikiem, jak dla nas planowano. Czy naprawdę jesteśmy tacy różni?

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Przerwał ją ochrypły, zabarwiony gniewem krzyk orczycy.

– Poddaję się! Golem, kurwa, z przerostem ego! – żachnęła się. Warknąłem i chciałem zerwać się do przodu. Spętano mnie jednak naprawdę solidnie.

– Starczy tygo – zazgrzytał kośćmi szczęki krasnolud i złapał za rękaw swą partnerkę. Odeszli na bok, ale i tak doskonale wychwytywałem dźwięki.

– Franz, truchtamy w miejscu. Dobierzmy się mu do dysku ze wspomnieniami czy co tam ma i dajmy sobie spokój – szeptała gniewnie orczyca.

– Wyź sia ogarnij, Ryza! Ciągla go szkalujysz i sia dziwisz, ży niy chcy współpracować. Jaśli maszyna chca być człykiem, to nich sia poczuje jak człyk – odpowiadał równie cicho krasnolud.

Nie ukrywam, trochę ubodły mnie te słowa, i przestałem się przysłuchiwać. Przez chwilę uwierzyłem, że niższy ze śledczych naprawdę podziela mój światopogląd i wierzy w równouprawnienie automatonów, ale zdawał się być takim samym ignorantem jak jego zielonoskóra partnerka. Nawet gorszym, bo ona przynajmniej była szczera w swej nietolerancji. Krasnolud po prostu mówił to, co chciałem usłyszeć.

Jeżeli rzeczywiście istota bez boskich mocy, bez tak pożądanego przez śmiertelników K’ICHE, mogła stworzyć innego „człowieka” za pomocą magii, technologii, samonaprawiającego się metalu, nadprzewodników oraz kilkunastu milionów linijek ewoluującego kodu, to gremlinom się udało. Niestety, jak wielu z nas wie, człowieczeństwo niesie ze sobą nie tylko korzyści, ale też bolączki. Czuć ból ciała i umysłu jest rzeczą ludzką.

Nie zarejestrowałem momentu, w którym moi rozmówcy wrócili do stołu. Krasnolud był poruszony, ale w dalszym ciągu pełen skupienia. Orczyca z kolei wyglądała, jakby zjadła cytrynę i zaakceptowała konsekwencje tego czynu.

– Doszliśmy do pewnego porozumienia. Do zarzutów dorzucimy ci kompletny brak wyobraźni. – kobieta pierwsza zabrała głos.

Gdybym posiadał brwi, z pewnością uniósł bym jedną z nich.

– Ach tak? – Mogłem jedynie zapytać.

– Ano. Zaatakowaliście przemysłowy magazyn w Łodzi i nie oczekiwaliście zbrojnego oporu. Więcej, kurwa, magazyn należący do bałuciarzy. Ciecie zamiast pałek i gazu mają tu karabiny maszynowe i granaty EMP. No dawaj, naprawdę nie wiedzieliście, że te wszystkie stereotypy o brutalności w tym zrujnowanym grajdołku nie są w żaden sposób przesadzone? – drwiła ze mnie orczyca. Ja jedynie zaśmiałem się na jej szczebiotanie.

– Miliony ludzi, głodnych, pozbawionych perspektyw, stłoczonych na ulicach tego poszarpanego wojną miasta. Trzymacie ich tu kłamstwami o lepszym losie, bajkami o pomocy, a to nas nazywacie przestępcami i terrorystami. Z radością używacie tych murów jako firewalla przeciwko potworom z innych sfer, ale kiedy Front pragnie zapewnić swojej rasie lepsze jutro…

– Winc sia przyznajysz? – Krasnolud nagle się ożywił, przykładając długopis do notatnika.

– Do przynależności do Frontu Wyzwolenia Automatonów? Do walki o lepsze jutro dla mych pobratymców? Do przeciwstawiania się tłamszącej i dyskryminującej władzy? Do marzenia o świecie, gdzie na automatona nie patrzy się jak na bezwolną maszynę, która ma wykonywać co trudniejsze i niebezpieczniejsze prace za organiczniaków? Do wiary, że dzięki wspólnym wysiłkom i HELHECIE staniemy się prawdziwie wolni, a nasze następne generacje nie zaznają jarzma ograniczników woli? Owszem, przyznaję się – odparłem z dumą. To, że śledczy pieczołowicie zanotował moje słowa, dało mi trochę przyjemności. Nawet nazwę świętej jedności napisał dużymi literami, tak, jak gdyby wyczuł emfazę w moich słowach.

– Wisz, są lypsziy sposoby dochodzynia swych praw, niż zbrojna partyzantka czy okradani Widźmy z Bałut. Niy mówiąc o tym, ży mniyj ryzykowna – westchnął brodacz.

– Jakie, krasnoludzie? Protesty, pikiety, marsze, nieposłuszeństwo obywatelskie? Próbowaliśmy tego wszystkiego, poza ostatnią, bo w myśl waszych praw nie jesteśmy rasą Paktu, a więc żadni z nas obywatele. Jak myślisz, czemu Ruch Emancypacji Automatonów przekształcił się we Front Wyzwolenia? – Teraz przyszła moja kolej na jadowite pytania.

– Cóż… – Franz wyraźnie się zmieszał. – Jist w tym trochy prawdy…

– Dupa, nie prawda – żachnęła się orczyca. – Trolle i hobgobliny też nie podpisały Paktu, a żyją. Szczury i czarne alfy podpisały, a i tak siedzą pod ziemią. Albo naprawdę, jak wy tam mówicie, posypało ci się programowanie, albo łyknąłeś tę bajeczkę, którą karmi was Dura. To, że ktoś się na ciebie dziwnie patrzy w spożywczym, to nie jest jakieś głębokie szykanowanie, tylko odruch. Po cholerę kręcicie się po marketach, jak nie musicie jeść?

– Ryza, na brodyn Odyna… – zaczął krasnolud, jednak orczyca nie dała mu dojść do głosu.

– Każdy ma swoje miejsce na świecie. Każdy gdzieś przynależy, i nie ma sensu na siłę tego zmieniać. Im szybciej się to zrozumie, tym lepiej. A już na pewno nie można wykorzystywać mrzonek o jakiejś walce o wolność jako uzasadnienie łamania prawa i następowania na czyjąś wolność czy życie!

– Naprawdę? – zapytałem, szczerze zdumiony. – Naprawdę uważasz, że internowanie i selektywne modyfikowanie lub czyszczenie osobowości to adekwatna odpowiedź do niepokojów społecznych? Że odłączanie lub instalowanie programów ograniczających wolną wolę to uzasadniona reakcja na poszukiwanie swojego miejsca w świecie? Nazywacie to ludzkim?

– Nie jesteście ludźmi, tylko tworem gremlińskich rąk, Tellur. – Po raz kolejny wyszczerzyła się orczyca.

– Wy też nie – odparłem z mocą. – Ludzi już nie ma, a tylko to, jak traktujemy innych świadczy o naszym człowieczeństwie. Z orkami czas obchodzi się łagodniej niż z innymi. Krasnoludy mają skórę jak minerały, włosy jak kamienie szlachetne, kość szczęki wypiętrzającą się z dziąseł zamiast zębów. Gnolle rodzą się w miotach. Alfy posiadają poziome źrenice. Neszerowie nie są nawet ssakami. Svartalfar i jaszczuroludzie są nieśmiertelni. Ponad trzydzieści cztery procent ludności świata oddaje jakąś formę czci avalońskiej czerwonej pandzie! – W tym miejscu wziąłbym wdech, gdybym tylko potrzebował oddychać. Zrobiłem jednak pauzę, gdyż cały dygotałem, tak eratycznie poruszały się moje tłoki, podzespoły i płyty egzodermy. Wszystko przez te przeklęte, a jednocześnie upragnione, uczłowieczające emocje.

Zebrałem myśli i kontynuowałem tyradę.

– Serconapęd nie jest z mięśni i naczyń krwionośnych, a ze stopów metali i przewodów. Działa jednak tak samo, pcha mnie do przodu, pozwala funkcjonować. Nie mam mózgu z szarej tkanki jak wy, ale płyta pamięci oraz chip osobowości sprawiają, że mój umysł działa tak, jak wasze. A co do duszy, to póki żyjemy w materialnym świecie nie ma ona znaczenia. To nie jest żaden moralny kompas, wystarczy zobaczyć, ile złego rasy Paktu czynią same sobie. Czy naprawdę tak trudno dać nam, automatonom, operować do końca dni, a wtedy niech Sibn’havitrus zajmie się resztą?

– Religia jeszcze nikogo nie uczyniła wartościowym sama z siebie, złomciu. –Tereza wzruszyła ramionami. Nie podejmowałem nawet dyskusji i zwróciłem się do krasnoluda.

– Jedno z waszych tytanicznych bóstw mogło się zmienić, zaadaptować. Sibn’havitrus jeszcze sto lat temu była tylko patronką gremlinów i wynalazców, a teraz jest też podporą dla sztucznej inteligencji i dla nas. W niej znajdujemy siłę i jedność, to nią jest nasza HELHETA. Postęp i akceptacja to jedyna droga do rozwoju. Czy naprawdę żadne z was nie widzi, że świat ulepszają akceptacja, jednostki nietypowe, które razem uzupełniają się i współpracują?

– Mówisz, cóż, prawdyn – zgodził się ze mną brodacz, a w jego topazowym oku dojrzałem iskierkę zrozumienia.

– Nie ma w tym prawdy! – zaprzeczyła gniewnie Tereza. – Tylko to, co widzieliśmy dziesiątki razy – fanatyków, którzy do spełnienia swoich celów muszą deptać po normalnych, niewinnych ludziach, których my mamy za zadanie bronić, Franz, ty śląska klucho!

W tym momencie ślepia krasnoluda rozszerzyły się i nawet jego czarna skóra wydawała się pociemnieć, a odpowiedział orczycy coś, czego nie byłem w stanie rozpoznać czy zrozumieć. Nie było mi teraz w głowie zastanawiać się, czym jest „hasiok”.

– Jesteście takimi hipokrytami – powiedziałem cicho do kłócących się śledczych. – A do tego żadni z was profesjonaliści. W sumie to cechy charakterystyczne większości organicznych, inteligentnych forma życia. Oto kogo ma do zaoferowania Intergarde, hyclów w garniturach.

– Zmarnotrawiliśmy tutaj wystarczająco dużo czasu – obruszyła się orczyca i strzepnęła nieistniejące pyłki z ramienia marynarki. – Jeżeli udzielisz nam pomocnych informacji, przekażemy cię placówce w Midgaardzie, gdzie obejdą się z tobą w jakiś cywilizowany sposób. Jak dalej będziesz upierał się w tej wrogości, to rdzewiej tu sobie do woli.

– Zacznij gadać, Tyllur – dodał wciąż wzburzony krasnolud. – Twoja… maszynowa imia znaczy ratownik. Winc uratuj chociaż siebia, chłopiy. Współpracuj, zanim ktoś cia ubiegnia.

– Nic wam nie powiem, niczego wam nie zdradzę, nikogo wam nie wydam – odparłem, prostując się na tyle, na ile mogłem. – Błogosławiona niech będzie Sibn’havitrus, Bogini z Maszyny. Błogosławiona niech będzie święta HELHETA, jedność spajająca poślednie programy w jeden potężny system. I błogosławione niech będzie Żelazne Przeznaczenie, w którego cieniu przyjdzie wam żyć! – zaintonowałem. – Kiedy już skończycie krzywdzić siebie i ten świat, przetrwa tylko metal.

Zapadła dłuższa chwila ciszy, którą przerywała tylko miarowa praca prądnicy za moimi plecami. Tereza, której chyba skończyły się cięte riposty, wyszła z pomieszczenia, krasnolud zaś uporządkował swoje dokumenty. Z jego oczu odczytywałem nuty żalu.

– Naprawdyn nic nam niy powisz, niy byndzisz współpracował, co? – spytał, a ja uparcie nie odpowiadałem. Brodacz tylko westchnął i również skierował się ku wyjściu. Byłem sam tylko przez chwilę, a potem drzwi otworzyły się ponownie i stanęła w nich orczyca.

– Nic na siłę, panie robot. Szkoda, że nie zaprogramowali ci instynktu samozachowawczego. I szkoda, że nie dotarliście w swej zbrodniarce do samych Bałut, bo tam mają relatywną cywilizację, a tutaj – wywróciła oczami – cóż, tutaj dzieją się różne rzeczy.

Tereza po krótkiej chwili weszła do pomieszczenia i pochyliła się nade mną.

– Wiesz, jaka jest dewiza mojego klanu, Sztormowych Żagli? – zapytała z wyjątkowo niemiłym uśmiechem.

– Chwytaj falę, dosiądź błyskawicy? – odpowiedziałem niepewnie.

– Ano. Na wyspach to czasem jedyne, co się posiada. Tylko fale i błyskawice. Bacz, metalowcu, żeby się tylko z tej błyskawicy nie spieprzyć.

Po tych słowach orczyca odwróciła się i opuściła pokój.

Byłem gotowy na wiele – dalsze przesłuchiwania, różnego rodzaju nieprzyjemności, może nawet tortury. Ale nie na niewysokiego hobgoblina, który z wykałaczką w zębach, znużonym spojrzeniu na twarzy, oraz przewodem siłowym w ręce podreptał w kierunku generatora. Podłączył do niego przewód.

– Hej, kolego – odezwałem się. Nie podobał mi się przebieg zdarzeń. – Może pomożemy sobie nawzajem?

– A w dupie z tym – burknął tylko goblinoid, robiąc coś przy maszynie, która zaczęła pracować intensywniej.

– Was też stworzyli sztucznie, prawda? Tylko zamiast automatyki i informatyki wykorzystali genetykę i biologię, prawda? – Próbowałem coraz bardziej nerwowo nawiązać nić porozumienia. – Siedzimy w tym samym problemie. Stoimy po tej samej stronie. Wypuść mnie, a razem…

– Złomie, jebią mnie twoje problemy – przerwał mi, pociągając nosem, a potem podpiął drugi koniec przewodu

– Nie ma w tobie za grosz empatii? Jakie piekło cię wypluło?! – rzuciłem w jego kierunku oskarżenia. Ten tylko zarechotał i wypowiedział słowa, które zglitchowały mi przesył informacji.

– Limanka, Łódź Bałuty!

A potem usłyszałem ciężką, przesuwaną z oporem wajchę i poczułem nagle rosnące napięcie.

Varia

Dariusz Bednarczyk – Pierwsze smoki za płoty

79 Wyświetleń

Znowu powódź we Francji

„Nowinki bez podpinki”, 03. 02. 2017

Odkąd smoki przejęły ten polski zwyczaj polewania wodą, jak Francja długa i szeroka, pierwszego każdego miesiąca, ulice zamieniają się w potoki, a każdy kto zlekceważy konieczność zaopatrzenia w kalosze oraz płaszcz przeciwdeszczowy, nie może  być pewien dojścia suchą nogą nawet do najbliższego rogu. Poczucie bezpieczeństwa nie dotyka także zmuszonych paradować w zaopatrzonych specjalną membraną pelerynach, wzmocnionych patroli żandarmerii, co prawda Polacy bawią się w dyngusa wyłącznie w lany poniedziałek, czyli drugi dzień Świąt Wielkanocnych, jednak sfrustrowana, znudzona i wyalienowana smocza młodzież, z pewnością nie bez wpływu dotykającego zwłaszcza ich społeczność wysokiego bezrobocia,  nie jest gotowa na takie wyrzeczenie. Odtąd co miesiąc jak słodka Francja długa i szeroka- pompa, pompa i powódź!

Całkowicie zaskoczone rozmiarami wodnego pandemonium władze podjęły oczywiście swego czasu działania prewencyjne, celem stłumienia w zarodku ognisk wodnego  chaosu, jednakże rozpaczliwe próby interwencji podejmowane przy pomocy naprędce zmobilizowanych zastępów policji i straży pożarnej, przyniosły spektakularne fiasko. Okazując całkowity negliż myśli, władza strzeliła sobie w kolano, bowiem pozbawieni wsparcia policjanci rozkładali bezradnie ręce wobec szalonej zabawy gadzich gangów. Na straż pożarną przecież nie można było liczyć, wszak smoki zdominowały ją już od dawna…   

Wszystko zaczęło się w Wałbrzychu

W momencie pechowego pojawienia Keza, miasto nie przeżywało prosperity, wręcz przeciwnie, przysypane miałem zgrzebnej rzeczywistości ledwo zbierało do kupy po upadku kopalni- żywicielek. Ówczesny, pozostawiony sam sobie Wałbrzych powszechnie kojarzył się z wszechogarniającą szarzyzną, bieda- szybami oraz Defektem Muzgó, lecz to właśnie te realia zdecydowały o początkowo przychylnym nastawieniu mieszkańców do szansy, jaką przyniosło pojawienie się zielonych smoków. Zdegradowany i pozostawiony samemu sobie, Wałbrzych powrócił do gry.

Kezcoms- narodziny legendy

Jako obojnaki, smoki z Comsa potrafiły zwiększać populację bez oglądania na indywidualne asocjacje gatunkowe. W sprzyjających warunkach jeden zielony smok w stosunkowo krótkim czasie był w stanie powołać do życia strukturę osobniczą gotową zawładnąć cała planetą, w sposób naturalny spychając inne gatunki do roli zaledwie obserwatorów. Taki proces przebiegał na drodze pokojowej, albowiem te dwumetrowe gady celem zdobycie paliwa, za sprawą wrodzonej inteligencji oraz sprytu nie potrzebowały uciekania do przemocy, choć warunki fizyczne, a więc postura, waga, pancerz, wrodzone umiejętności w rodzaju ziania ogniem tudzież ich najważniejszy atut w postaci największego osiągnięcia technologicznego na Comsie, jakim jawił się wpisany w dna bionanokomputer, predestynowały ich do roli, co najmniej kosmicznych wojowników. Nie, smoki z Comsa posiadały pokojową naturę, niezbędną waleczność okazując wyłącznie w momentach wymagających obrony koniecznej.

Takim też, nieodrodnym potomkiem swojego gatunku był młody Kezcoms, który nie tylko zapoczątkował smoczy gatunek na Ziemi, a dokładniej w Wałbrzychu, podupadłej pogórniczej mieścinie leżącej na południowo- zachodniej flance Polski, lecz wkrótce przeszedł do legendy.

Uzasadnienie werdyktu w konkursie na najpiękniejszego smoka roku

                                                                                                   

Sexy Dragons # 161

    W tegorocznym konkursie na najpiękniejszego smoka roku, jednogłośnie i bezapelacyjnie, kompletnie deklasując rywali, zwyciężył – Dicnar! Duma smoczej rasy! Jego iście olimpijskie wymiary to: wysokość w kłębie – 3,40 m, masa ciała 320 kg, wysokość anten – 35 cm, a rozłożystość – 0,5 m!

Łapy w stanie idealnym, ani śladu grzybicy, szpony lekko spiłowane, znakomicie przystosowane zarówno do skateboardu jak też deski surfingowej, przyczepne w każdym podłożu. Ogon sprężysty, zapewniający znakomite podparcie, dodatkowo zaopatrzony w praktyczny uchwyt oraz teleskopowy wziernik.

Wzrok pałający, zdolny każdego poddać hipnozie, toksyczny niczym miotacz płomieni oddech. Wyrzut jęzora na dwa, zaś płomienia na pięć metrów. Umaszczenie i rozłożenie płytek zrogowaciałych idealnie odpowiadające wzorcowi z Sèvres. Pełne niekłamanego podziwu jury z przyjemnością podziwiało idealnie umięśnioną, zarazem smukłą budowę ciała, błyszczącą grzywę, a także lśniące łuski. Szczery zachwyt wzbudziła urocza, kompatybilna z dostępnymi na rynku konsola na czole, jak i perfekcyjnie zamontowane wokół fioletowo pałających oczu, google. Hormonalnie powiększone muskuły, zdają się podkreślać naturalne walory joysticków.

     Dicnar przewyższał rywali nie tylko wzorowym ułożeniem czy szlachetnym timbrem ryku. Jako urodzony przywódca w każdym środowisku przyjmuje pozycję lidera, nie znosząc sprzeciwu, ani nie tolerując żałosnego szemrania po kątach. Szerokie horyzonty nie ograniczają go w ramach dwóch zaledwie żywiołów ognia i wody. Jego pasją jest latanie.  

Planeta Coms

Planeta Coms leży dokładnie osiem parseków za Melmac, która to odległość w świecie zaawansowanych cywilizacji nie stanowi żadnej przeszkody i z tego też tytułu wszystkie koty są tam wzięte pod ustawową ochronę gatunkową.

Dwa słońca, cztery księżyce oraz niezmierzone pokłady węgla kamiennego całkowicie zdeterminowały życie jego mieszkańców, którzy właśnie na węglu oparli podstawy swojego rozwoju. Wydawać by się mogło, iż ów determinizm wyznaczyć mógł zaledwie jeden kierunek, a mianowicie  siermiężną kulturę steampunkową. Nic bardziej mylnego, na Comsie prosperitę wyznaczał bowiem koks!

To koks i bezustanne koksowanie w decydujący sposób wpływały na poziom życia jej mieszkańców, albowiem był to główny towar eksportowy planety, czemu trudno się zresztą dziwić. Koks jako produkt przemiany materii w smoczych organizmach stanowił paliwo niezmiernie cenione u głównych kontrahentów, jakimi byli zamieszkujący sąsiednią galaktykę Kruppaa i Thyssenaa Mittaalowcy. To właśnie za środki z eksportu koksu pozyskiwano ogromne ilości wody, skutecznie niwelujące jej deficyt na Comsie. Z tej przyczyny smoki zmuszone od zawsze, walczyć z żywiołem ognia wywoływanym nieustannym koksowaniem, z konieczności stały się znakomitymi strażakami, o których wieść niosła w najdalsze zakątki cywilizowanego kosmosu, przynosząc zasłużoną sławę.

Nic dziwnego zatem, że na Ziemi nic o tym nie wiedziano.

Wielka tajemnica smoków z Comsa

Od kiedy smoki pojawiły się na wśród ludzi, obojętnie wrogów czy przyjaciół, wszystkich niezmiernie interesowała kwestia ich niezwykłej wprost werwy i żywotności. Jedynie znawcy tematu łączyli smoczy behawioryzm z koksem, w znacznym stopniu zbliżając do wyjaśnienia, aczkolwiek nie zadowalało to jak zwykle w podobnych przypadkach opacznie pojmującej temat koksowania opinii publicznej. Dopiero oficjalna ekspertyza specjalistów z Akademii Górniczo- Hutniczej pozwoliła choć w jakimś stopniu, rozwiać obrosłe mitem plotki.

Sprawa miała się w sposób następujący. Podstawę menu smoków z Comsa stanowił węgiel kamienny. Tysiące lat ewolucji stworzyły w ich brzuchach coś na kształt komory koksującej, czyli doszło tam do wytworzenia szeregu poprzedzielanych, pomniejszych komór, w których ni mniej, ni więcej trwał proces wysokotemperaturowego odgazowywania węgla.

Normalnie w brzuchu najprawdziwsza koksownia, z tej więc przyczyny niespożyte siły witalne, a przy okazji ta sławetna smocza czkawka oraz spowijana obłokami dymu zgaga. (Dla całkiem niezorientowanych- chciałbyś mieć w brzuchu permanentne dymarki?).

Jak wiadomo finalnymi produktami procesu koksowania są koks, smoła węglowa, woda pogazowa, no i oczywiście gaz koksowniczy. A zatem jesteśmy w domu. W efekcie własnej przemiany materii smoki otrzymywały koks, będący wysokoenergetycznym paliwem, a zarazem deserem lub ewentualnie pokarmem zastępczym w razie braku bądź niedoborów węgla, stąd więc dodatkowo pochodziła ich przysłowiowa wręcz żywotność. W tym temacie klasyczny koks nie ma bowiem sobie równych.

Pozostaje jeszcze kwestia gazów i ziania ogniem. A co stanowi główny składnik gazu koksowniczego? Siarkowodór! W lekkim stężeniu to zaledwie zapach zgniłych jajek, lecz spróbuj naprawdę wkurzyć smoka. Przy dużym stężeniu siarkowodór natychmiast poraża nerw węchowy, stając silnie trującym gazem bojowym. Stąd zatem niosący zagładę, sławetny oddech smoka.

Smok Wawelski II

W pewnym przykopalnianym laboratorium początkujący, lecz niezwykle ambitny smoczy analityk w tajemnicy przed przełożonymi, eksperymentował z koksem. Sprężał, poddawał wysokiemu ciśnieniu, odparowywał, mieszał, zmieniając proporcje, pooddawał zmiennym temperaturom, naświetlał, a nawet próbował zamrażać.

Tak się złożyło, iż pewnego razu nieostrożna sprzątaczka zbiła kolbę z poddanym eksperymentowi materiałem badawczym. Chcąc ukryć wypadek, wyniosła resztki do stojącego przed budynkiem instytutu badawczego kontenera, pozostawiając pozostałe kolby w stanie nietkniętym, co uśpiło czujność domorosłego badacza. Zdarzenie pozostałoby na zawsze  w tajemnicy, a dane pechowego eksperymentatora nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby śmieci z feralnego pojemnika nie trafiły na lewe wysypisko.

Niestety, stało się inaczej. Przemieszany z tradycyjnym, promieniotwórczy koks za sprawą skrupulatnych zbieraczy surowców wtórnych, trafił na skład opału, a stamtąd do pieców. Poddane spalaniu izotopy spowodowały gigantyczny, zagrażający bezpieczeństwu zdrowotnemu całego Śląska, nie wyłączając Zaolzia smog. Wkrótce pomiędzy Pragą, a Warszawą nastąpiła gorączkowa wymiana not, zaś służby postawiono w stan najwyższej gotowości. Tymczasem smog z jednej strony sięgnął Krakowa, z drugiej zaś dochodził do Brna, wywołując zrozumiałą panikę na całych Morawach. Widoczność spadła niemal do zera, podczas gdy wody rzek w niewyjaśnionych okolicznościach  uszły. Kulminację wydarzeń stanowiła potężna eksplozja, do jakiej doszło w okolicach Nowej Huty.

Dopiero wówczas uwolnione od kagańca służb specjalnych media, podały dane domorosłego naukowca. Był to Smok Wawelski II.

Stary smok

Stary smok od wielu lat królował na niewielkiej, porzuconej przez wszystkich odkrywce węgla brunatnego. Usytuowana pomiędzy poligonem wojskowym, a miejskim wysypiskiem z racji niewielkich rozmiarów nie stanowiła przedmiotu zainteresowania spółek skarbu państwa, ani tym bardziej wielkiego kapitału. Zgodnie omijali ją spacerowicze i szukająca wrażeń młodzież, nie wyłączając cyklistów. Nie popasał tam lis, ni kuna, a i sarny wolały trzymać z daleka, skutecznie odstraszane żarem smoczej przemiany materii. Nie zawitała nawet wszędobylska sójka, że o zamieszkujących od dawna miasto ciekawskich srokach nie wspomnieć. Wolny zatem od natrętów smok pustelnik pędził żywot na samotnym koksowaniu, jakkolwiek każdy spec z Akademii Górniczo- Hutniczej oczywiście żachnąłby się, na użycie owego terminu wobec rzeczonej obróbki brunatnego węgla, ale co tam.

Mijały lata, wokół odkrywki zgromadziła woda, skutecznie izolując od świata zewnętrznego, zaś zdradziecka wilgoć podstępnie zablokowała podstawowe funkcje i tak w zasadzie nie używanego bionanokomputera smoka dziwaka. I byłby całkiem zapomniał o Comsie i Melmac, gdyby nie zmiany jakie tymczasem zaszły w wielkim świecie, czyli  pobliskim miasteczku.

Zrazu ogrodzono teren odkrywki. Następnie pojawiły grupy mierniczych. Wkrótce do niwelacji terenu przystąpiły nachalne buldożery. Pozbawiony dostępu do kompa, a tym samym i sieci, smok pustelnik wpadł w niezły ambaras. Nie pozostawało więc nic innego, jak udać do miasta celem zasięgnięcia języka u zamieszkujących je cywilizowanych osobników własnego gatunku. Cóż się okazało? Władze samorządowe sprzedały teren pod zabudowę centrum handlowego, skazując tym samym smoczego pustelnika na banicję. Na takie dictum stary smok postanowił pokazać, co potrafi według najlepszych wzorów z Comsa i w pokurczu rozpaczy samotrzeć stanął naprzeciw tęponosym buldożerom. O tempora, o mores! Odcięty od sieci, rychło padł ofiarą własnej waleczności, albowiem węgiel brunatny jest paliwem o znacznie mniejszym potencjale energetycznym od kamiennego, stąd licząc w swej naiwności na przerażające jęzory ognia, wykrzesał zaledwie płomyczek zapalniczki.

Wkrótce na miejscu bywszej odkrywki, stanęła lekka konstrukcja nowej świątyni handlu, przed wejściem której, niczym mitologiczny kontrapunkt witał wszystkich zielony, buchający parą smok…

Czyżby? Drodzy Państwo, nic z tych rzeczy, stary smok za radą ziomków przeniósł się na Łużyce.

Varia

Gabriela Tyńska – Bursztyn – złoto Bałtyku

79 Wyświetleń

Pomimo tego, że od zakończenia wojny minęło już wiele lat, Skoryna doskonale wszystko pamiętał – złocisty piasek, kojący szum bałtyckich fal, krwawy blask wschodzącego lub zachodzącego słońca, krzyki mew… Gdy ponownie pojawił się na kołobrzeskiej plaży, przez długą chwilę po prostu stał nad brzegiem i wspominał tamte lata walk o miasto. Pogoda akurat nie sprzyjała – sierpień był wyjątkowo pochmurny i chłodny, więc stał na teraz plaży całkiem sam.

Nie do końca był pewien, czy dobrze robi, wychodząc na przeciw wspomnieniom z rodzinnych stron, które odcisnęły na nim swoje piętno; tyle przelanej na piasku krwi, tyle dni pełnych lęku oraz niepewności… I chociaż dotarł już do jesieni swojego życia, wciąż nie mógł w pełni ich zaakceptować, szczególnie, gdy nawiedzały go nocami. Dodatkowo w ostatnich dniach wojny zgubił na plaży coś cennego, wiążącego się z jego odległymi wspomnieniami, które zwodnicza już pamięć nie była w stanie mu podsunąć.

Kiedy tak stał, wsłuchany w spokojne morze, czuł, jak powoli spływa na niego spokój. Przeszłości nie można zmienić.

– Czy to należy do pana? – rozległ się tuż obok niego dziecięcy głosik. Skoryna opuścił nieco głowę i zobaczył przed sobą małego chłopca. Ach, piękna młodość! Kiedy on był w jego wieku, pędził bezpieczne życie z trojgiem rodzeństwa pod czujnym okiem rodziców. Nie znał wtedy znaczenia „zabijać”, nie wiedział, ile naboi można wystrzelić za jednym razem z karabinu maszynowego, nie zdawał sobie sprawy z wagi słowa „ojczyzna”… Ile by dał za ponowne przeżycie słodkiego, niezmąconego niczym dzieciństwa!

Dopiero w następnej chwili jego podstarzałe już oczy zobaczyły jakiś błysk w wyciągniętych ku niemu rączkach. Przypatrzył się bliżej i dostrzegł go – wyjątkowo duży kawał prawdziwego bursztynu z zatopionym wewnątrz chrząszczem, który wisiał na przetartym już, przeżartym przez sól rzemieniu.

Widok ten sprawił, że Skoryna w jednej chwili miał ochotę porwać chłopca w ramiona i zawołać: „Tak, ależ tak!”. Nagle przypomniał sobie wszystko.

Kiedy miał może siedem lat, podczas zabawy z rodzeństwem w parku przypadkiem znalazł na jednej z sosen właśnie taki bursztyn. Ojciec pochwalił syna i wymyślił, że zrobi mu z niego wisiorek. Pomysł bardzo się małemu Skorynie spodobał, a kilka wieczorów później, oczarowany pięknym znaleziskiem na szyi, pilnie słuchał ojcowskich słów:

– Jak już wiesz, Antosiu, to jest bursztyn. Musisz jednak wiedzieć również o tym, że jest on nazywany złotem Bałtyku. To również nasze rodzime piękne i cenne bogactwo. Dbaj o niego, jak o własną rodzinę.

Kilkanaście lat później przyszli Niemcy i gwałtem odebrali Skorynie wszystko – i dom, i rodzinę. Tylko jemu jednemu udało się przeżyć niemiecką napaść, gdy ukryto go w szafie na strychu, gdzie siedział jak mysz, ściskając podarunek od ojca, którego już nigdy nie zobaczył żywego.

Wisiorek towarzyszył mu wszędzie, do czasu, aż nie zaciągnął się do wojska i wysłali go na front. Nieustannie kiedy na niego patrzył, przypominało mu się ciepło domowego ogniska, troskliwa matka i ojciec oraz radość, jaką czuł, będąc wśród swoich. Nocami kamień błyszczał wśród nikłego blasku świec, czy starych lamp, niby jego własna, szczęśliwa gwiazda.

Razem z jego zaginięciem życie Skoryny potoczyło się źle – ileż cierpienia przyniosła mu ta przeklęta wojna! – aż nie zatoczyło koła. Właśnie na tej samej plaży zgubił cenną pamiątkę i też tutaj ją odzyskał.

W końcu otrząsnął się, uśmiechając do nieznajomego chłopca.

– Owszem, był dla mnie bardzo ważny – odpowiedział grzecznie, po czym drżącymi z emocji dłońmi odebrał od niego przedmiot, a w jego oczach zalśniły łzy. – Bardzo ci dziękuję, młodzieńcze.

Malec przytaknął, zadowolony z siebie, a on ukradkiem otarł nagle wilgotne policzki.

– A czy wiesz, co takiego znalazłeś?

– Bursztyn! – padła od razu odpowiedź. – Jest ważny, używa się go do ozdabiania biżuterii i leczenia chorób, a kiedyś nim handlowano. To nasze polskie złoto!

Mężczyzna zamyślił się. Dla niego ten złoty kamień to coś dużo bardziej cennego, symbol czasów, kiedy czuł się bezpieczny.

– Gdzie mieszkasz? – zapytał po chwili ciszy, patrząc na ciemniejące powoli niebo. – Twoja mama pewnie zaczyna się o ciebie martwić.

– To niedaleko, prawie przy samej plaży. Sam szybko wrócę, proszę pana.

– Nawet nie próbuj – odrzekł staruszek, grożąc mu palcem. – Jako były żołnierz czuję się zobowiązany, aby cię odprowadzić. Wiele lat temu chroniłem takie dzieci, jak ty, aby nigdzie samotnie nie szły.

– Ojej, był pan żołnierzem, jeździł czołgiem i strzelał z prawdziwego karabinu? – zapytał chłopiec, a jego oczy zrobiły się okrągłe jak spodki. – Też chcę!

Skoryna tylko dobrotliwie się uśmiechnął, chwycił go za rączkę i ruszyli brzegiem plaży w kierunku najbliższych domostw. Gdyby tylko mały wiedział, że to nie jest wcale proste…

– Bycie żołnierzem nie jest takie łatwe, jak się wydaje. To duża odpowiedzialność, wymagająca ogromnej odwagi i bohaterstwa. Nie wiem, czy nie wystraszyłbyś się huku pocisków.

– Wcale nie, niczego się nie boję! – odparł z zapałem chłopczyk. Na te słowa mężczyzna roześmiał się, przystanął i wyjął z plecaka swoją wysłużoną żołnierską czapkę, po czym założył ją mu na głowę. Następnie zmierzył go wzrokiem i ocenił:

– No nie wiem, nie wiem, musiałbyś jeszcze trochę urosnąć.

– Urosnę, zobaczy pan! – zawołało z entuzjazmem dziecko, aż podskakując. Skoryna westchnął, a po dłuższej chwili dotarli przed dom chłopca. Weteran miał okazję zamienić słowo z jego matką, a nawet skorzystał z zaproszenia na herbatę.

Będąc już w środku, kiedy siedział nad parującym kubkiem, usłyszał za oknem szum deszczu. Zapatrzył się w nie, w jednej ręce trzymając czapkę, a z drugiej nadal zwisał mu rzemyk z rodzinną pamiątką. Ścisnął go, wspominając tamten wieczór z ojcem, a po jego twarzy popłynęły łzy wzruszenia.

Nie może zapomnieć, czym dla niego jest bursztyn.

Varia

Przemysław Kubisiak – Wybrana przez bogów

126 Wyświetleń

Słońce stało wysoko mimo wczesnej budzącej nowy dzień pory. Ciepłe i ostre promienie przedzierały się przez szczelinę drzwi utkanych z belek i świeżo przyciętej świerszczyny. Niewielki domek stał na skraju lasu oddalony od najbliższego grodu około pół dnia drogi. Lekko spróchniałe belki wypchane dorodnym mchem stanowiły równe i dość wysokie ściany zwieńczone spadzistym pokrytym strzechą dachem. Wydeptana wokół ścieżka zakryła bujną niegdyś ściółkę porastającą najbliższe okolice domostwa. Kilkanaście kroków w głąb lasu, wznosił się niewielki szałas będący dogodnym miejscem do przechowywania drewna oraz suszenia pojedynczych skrawków mięsa mającego zwabić łasą na każdy kąsek zwierzynę.

Silny powiew wiatru przechadzającego się w koronach drzew zapowiadał niechybnie nadciągającą burzę. Żar z nieba bił w spragnioną deszczu przyrodę, która skłaniała się na wietrze nie mając już siły na opór. W okolicach chałupy kręciła się młoda dziewczyna, która zbierając owoce lasu podśpiewywała radośnie niczym rusałka. Uwijała się przy drobnych pracach domowych oraz przy pielęgnowaniu rannego lisa, znalezionego po drugiej stronie lasu. Mimo obcego otoczenia zwierzę nie wyrywało się z rąk opiekunki, wręcz przeciwnie lgnęło do dziewczyny niczym do pełnego jaj kurnika.

– Nie martw się mały – szeptała dziewczyna wcierając w ranę zwierzęcia pozyskany z ziół olejek – Dobry Simargł pomoże ci wrócić do pełni sił byś znów hasał po lesie jak nowo narodzony.

Pierwszy grzmot na niebie zapowiedział upragnioną od tygodni burzę. Dziewczyna wierzyła, że to boski Perun, bóg grzmotów i błyskawic wszedł w komitywę ze swa małżonką Perperuną, panią deszczu i urodzaju, dzięki czemu pobłogosławili oni ludziom i przyrodzie dając niezbędny i życiodajny opad. Nieboga uprzątnęła obejście domu, następnie uplotła z trawy legowisko dla rannego zwierzęcia. Gdy dopełniła ogólnych porządków padła na kolana i kierując wzrok ku niebu westchnęła w krótkiej modlitwie ofiarują bogom bukiet świeżo uplecionych ziół i kwiatów. Kolejny grzmot przeszył nieboskłon co dziewczę potraktowało jako odpowiedź i przyjęcie skromnej ofiary. Nim spadły pierwsze krople deszczu młódka rozstawiła kilka drewnianych naczyń celem zdobycia wody z nieba przydatnej do maści, wywarów i zwalczania innych pochodzących od złego licha chorób.

Trzask łamanych gałęzi podrażnił słuch niczym kolejny grzmot na niebiesie. Szybko dało się wyczuć gwałtowny wicher, który przyniósł ze sobą typowy swąd, w którym dziewczyna szybko rozpoznała brak przypadku. Odwróciła się gwałtownie, lecz wiedząc, że niczego nie ujrzy, ruszyła w głąb lasu. Powiew wzmógł się na tyle, że zbliżająca burza przestała być słyszalna zaś wystraszony lisek uciekł do izby zapominając o zranieniu. Dziewczyna zasłoniwszy oczy ręką, weszła kilka kroków w las, gdzie – ku oczekiwaniu – dostrzegła stojącego między konarami wilka. Czarny jak noc i umięśniony niczym byk patrzył wielkimi ślepiami, żarzącymi się jak świeżo rozpalony płomień. Boruta, duch roślin i zwierząt – szepnęła pod nosem nieboga – zazdrosny o ofiarę złożoną Perunowi i Perperunii – dodała – Zaraz znajdę coś dla ciebie. Zwinnym susem skoczyła w stronę szałasu, gdzie suszyły się dwa kawałki mięsa. Nim chwyciła pierwszy ochłap Boruta ruszył w jej stronę nabierając prędkości jak pędzący w górki wóz. Pot spłynął po plecach dziewczyny, która w obawie przed demonem cisnęła mięso dokładnie pod umięśnione i włochate łapy. Zwierzę zatrzymało się chwytając łapczywie daninę. Kiedy drobne kostki strzeliły w pysku potwora dziewczyna szeptała pod nosem gusła przeznaczone na odpędzenia ducha Boruty w głąb lasu skąd przyszedł nie pierwszy już raz. Kiedy skończyła cedzić zaklęcia wilk zaczął tracić swą posturę, przybierając typowe dla dzikiego psa ciało. Przerażone zwierzę warknęło na młódkę po czym chwytając resztkę mięsa uciekło skąd przybyło.

– I tym razem udało się, choć Boruty coraz częściej pod chałupę podchodzą – pomyślała z niepokojem.

Wielkie jak dłonie krople spadły leniwie odbijając się od suchej ziemi. Dziewczyna wróciła do domu, lecz zatrzymując się przed wejściem skierowała twarz ku niebu. Wzmagający się opad zmoczył jej twarz, dodając jędrnej skórze ochłody i wytchnienia. Drzwi obejścia ledwo wytrzymywały siłę wiatru, gdy burza rozszalała się na dobre. Belki trzeszczały i skrzypiały uginając się jak sfatygowana łódź, zaś nieszczelny dach przepuszczał wodę, która skraplała się wprost do glinianego dzbanka. Młoda dziewczyna zdawała się nie reagować na targaną przez naturę chatą. Siedziała w kąciku przy niewielkim palenisku gotując coś w kociołku. Zapach dodawanych ziół i przypraw sprawił, że nawet lis przybliżył się do trzaskających polan wyciągając nos i łowiąc najdrobniejszy zapach. Kiedy burza ustała na dobre młódka otwarła drzwi domu co by wpuścić do wnętrza nieco świeżego i rześkiego powietrza. W oddali od strony grodu ujrzała maleńkie sylwetki zmierzających w jej stronę ludzi. Nie przywiązała do tego wagi, myśląc, że to wędrowcy, którzy zmienią kurs omijając jej domostwo. Rzeczywistość jednak okazała się inna.

***********************  

Grupa kilkunastu wojów tłoczyła się w niewielkiej izbie. Wypełniający ją dym szczypał w oczy i drapał w gardła, jednak żaden z obecnych nie chciał otworzyć ciężkich dębowych drzwi, aby zrobić lekki przewiew. Opaśli brodacze zajęci byli kłótniami, przepychankami co potęgowały niosące się w eter krzyki i chichoty. Większość z nich przywdziana była w napierśniki i pumpiaste spodnie, których nogawice niknęły w wysoko sznurowanych butach. Szerokie pasy, do których przytroczono miecze posiadały liczne ornamenty i połyskujące srebrem ćwieki.

– Ja to bym ją najpierw ze skóry obdarł – wrzeszczał najgrubszy z zebranych – A potem psom na pożarcie rzucił.

– Prędzej sami byście ją zeżarli Sobiemirze, a nie psom oddali! – odparł stojący najbliżej wojak wzbudzając gromki ryk zebranych.

– A ciebie na deser Wysławie! – odgryzł się grubas.

– Faktem jest, że dziewka nadal czarną magię praktykuje. Nie godzi się, żeby blisko grodu naszego takie praktyki dopuszczać. To przez nią bogowie deszczu nie zsyłają swoim gniewem nas karząc.

– Po lesie się ugania szepcząc magiczne gusła pod nosem – wtórowali dwaj bliźniacy z warkoczami na głowach.

– A skąd to wiecie, że niby gusła wypowiada? – zapytał z ciekawości Sobiemir wlewając w siebie zawartość glinianego dzbana.

– Bo moja mówiła, że ją w zaroślach podsłuchała – odparł jeden z braci.

– Jeśli to by wiedźma była, to od razu by waszą babę przez instynkt magiczny dostrzegła.

–  I tak się stało, bo Lutka spieprzyła aż jagody w krzakach zostawiła – ryknął śmiechem drugi z braci wzbudzając radość wśród reszty.

– Ustąpcie już bracia! – przemówił jedyny siedzący mężczyzna – Czas, żeby decyzję jaką podjąć nie zaś za łby się szarpać.    

Głosy zebranych ucichły zaś głowy skierowały się w tę samą stronę jak na komendę. Kilkanaście par oczu utkwionych było w mężczyźnie, który siedział wygodnie taksując wszystkich przenikliwym wzrokiem. Kiedy podniósł się z siedziska wojowie rozstąpili się bez słowa robiąc przejście niczym dla króla. W przeciwieństwie do pozostałych, mężczyzna miał krótką i zadbaną brodę na ramiona zaś opadały długie i nieco przetłuszczone włosy. Na skroni nosił złoty diadem z wykutym orłem widocznym na frontonie. Długi i szeroki na cztery palce miecz wisiał u pasa przeważając go na lewą stronę.

– Nie od dzisiaj nam wiadomo, że różne podania o dziewce głoszą – rozpoczął wódz przechadzając się wśród zebranych – Baby nasze najczęściej, lecz najmniej spójnie tę kwestię podjudzają. Jedne mówią, że wiedźma, bo w pełni księżyca w niebo się unosi inne jeszcze twierdzą, że duchy z lasu wywołuje magicznymi zapachami je nęcąc. Są też i opinie, że młódka bogów się nie boi rozmawiając z nimi jak równa z równym.

– Temu deszczu na nas nie spuszczają! – wtrącił się Wysław symbolicznie podnosząc wzrok ku niebu.

– Możliwe, że dobrze prawicie – poparł wódz – Pewności jednak nie mamy.

– A jakich nam jeszcze dowodów potrzeba? – spytali równomiernie bliźniacy.

– Co zatem radzicie drodzy Witowie? – zapytał wódz siadając na powrót na swym miejscu.

W izbie zapanował gwar. Dzbany i kubki poszły w ruch wzniecając w powietrzu woń sfermentowanego jęczmienia. Niektórzy żywo gestykulowali, inni stali w milczeniu słuchając sąsiadów, jeszcze inni pili racząc się przednim i dojrzałym trunkiem. Kilku z obecnych sięgnęło nawet po miecze w proteście przed odmiennym poglądem wobec pozostałych co szybko stłumiono przywracając pokojową atmosferę. Po dłuższej chwili Wit imieniem Zamir, podszedł do oczekującego wodza i z racji swego starszeństwa przemówił w imieniu zebranych.

– Niech imię Peruna boga nieba, Swaróga boga słońca i Welesa pana zaświatów będzie wychwalane i czczone po wsze czasy!

– Niech będzie wychwalane! – odparli zebrani.

– Pierwszy z Witów i wodzu nasz! Zebrani tu witowie wobec bogów naszych i ciebie uradzili, że trzeba dziewkę pojmać i przed radą naszą postawić. Nie godzi się, aby pod nosem naszym diabelskie czary uprawiać. Posłuchać jednak warto co dziewoja ma na swoje usprawiedliwienie. Warto też, o przyczynę ją zapytać a nadto skutki jej działań przedstawić które na nas się odbijają.

– Znacie sprawę córki Bożeny, nijakiej… – wódz przerwał próbując przywołać w pamięci imię dziewczęcia.

– Zwą ją Dalebora! – podpowiedział najmłodszy z zgromadzonych o rzadkim jak kaktus zaroście.

– Słusznie bracie! – poparł wódz – Uzdrowiona została, kiedy nasi do Welesa już ją odprawiali.

– To jedyne tego typu zajście – odparł Zamir – Ludzie cud bogom przypisali, samej zaś dziewce przypadek zawdzięczając. Nic tylko przed radą ją postawić i opinii druidów zasięgając.

– Skoro taka wasza wola, niech się wypełni – zadecydował wódz – Dwóch zbrojnych niech pod las jedzie i wiedźmę do grodu dostarczy.

– Dwóch panie? Toż to czarci pomiot i siła nieczysta, może ją rozpierać! – zaprotestował brodaty opas z drugiego końca sali.

– To trzech wojów niech po dziewkę ruszy co by się dwójce przez przypadek nie wyrwała!

– My byśmy czterech radzili – wtrącił kolejny z zebranych.

– Odstąpcie bracia! – warknął wódz podrywając się z miejsca – Ruszać w drogę! I podszepty sobie darować! Postanowione!

Kiedy czterech zaopatrzonych w włócznie i miecze wojów opuszczało granice grodu, na niebie zbierały się czarne jak noc chmury. Pierwsze błyski uderzały w horyzont zapowiadając upragnioną od tygodni burzę. Czyżby i tym razem rozmowy dziewczyny z Perunem przyniosły zamierzony efekt? – pomyślał wódz obserwując oddalających się zbrojnych – Niech was bogowie prowadzą – dodał po czym wrócił do izby.

***************************  

Powiew świeżego i chłodnego wiatru niósł orzeźwienie. Zroszone deszczem kwiaty otwierały swe kielichy prezentując bogatą gamę barw zaś trawy stały się bardziej zielone i sprawiały wrażenie jakby rosły w oczach. Melodyjne śpiewy ptaków niosły się echem po lesie odbijając od konarów drzew i wracając z powrotem. Całe piękno zakłócały delikatne drgania ziemi zwiastujące zbliżających się konnych. Dziewczyna patrzyła z niepokojem zdając sobie sprawę, że wcześniejsze obawy nie były bezpodstawne. Zbliżające się postaci rosły z każdym krokiem nabierając kształtów i wyrazistości. Tętent kopyt bił o ziemię przywołując na myśl pędzące stado dzikich koni. Gdy dotarli na miejsce zastali spokój i ciszę. Nie schodząc z koni okrążyli chałupę dobywając mieczy. Zdziwienie wzięło górę, kiedy nie zastali nikogo, mimo iż jadąc w stronę lasu wyraźnie dostrzegli sylwetkę kobiety. Nie myśląc długo dwóch wojaków zsiadło z koni i powolnym krokiem podeszło do lichych drzwi chałupy. Kolejnych dwóch zabezpieczało ich z tyłu mierząc przed siebie długimi na pięć łokci włóczniami. Pewno siedzi w środku – szepnął jeden ze stojących pod drzwiami, podczas gdy jego towarzysz zamachnął się długim i przysadzistym kopniakiem wywalając drzwi. Tuman kurzu wzbił się powietrze zasłaniając wnętrze. Nic się jednak nie wydarzyło.

– Wyłaź czarci pomiocie! – krzyknął jeden z konnych – Bo inaczej chałupę podpalimy.

Nie zważając na groźby kompana wojacy z mieczami wtargnęli do domostwa. Po dłuższej chwili dało się słyszeć piski i krzyki połączone z przekleństwami oraz groźbami oprawców. Mężczyźni wypchnęli dziewczynę, która potykając się o próg runęła wprost pod czekających na zewnątrz konnych.

– Wstawaj szelmo! – krzyczał jeden dźgając dziewczynę tępą stroną włóczni.

W tym czasie wychodzący z domu zarzucili gruby powróz na szyję dziewczyny ściągając go ciasno. Młódka zakrztusiła się dusząc spazmatycznym kaszlem. Jeden z oprawców ciął skórzanym pasem po plecach schwytanej co przyprawiło ją o kolejny upadek i paniczny wybuch płaczu.

– Teraz beczysz wiedźmo? Było wcześniej myśleć, zanim ze złym lichem paktować zaczęłaś – warknął jeden z wojów.

– Czego ode mnie chcecie? Czy komu krzywdę wyrządziłam? – krzyknęła dziewczyna w ataku rozpaczy i strachu.

– Jeszcze pytasz kreaturo? Już ci bogowie łaski nie okażą! Jedziemy!

– Gdzie mnie zabieracie panowie?

– Do grodu wiedźmo. Przed radą Witów staniesz choć kat i tak dla ciebie pisany! – odburknął zbrojny szarpiąc za kolejny sznur tym razem na dłoniach pojmanej.

Droga do grodu dłużyła się w nieskończoność. Zmęczona marszem dziewczyna coraz częściej dawała oznaki wyczerpania i niemocy. Smukła i niska postura nie zapewniała warunków do marszu, co dodatkowo utrudniały spętane ręce i zaciśnięty sznur na szyi. Na popas zatrzymali się w niewielkim zagajniku. Miska obroku i nieco wody ze strumienia musiały wystarczyć koniom, które dawały wyraźny znak swego niezadowolenia. Przywiązana do drzewa dziewczyna słaniała się na boki umierając z pragnienia. Jeden z oprawców widząc stan schwytanej podał jej końska misę napełnioną wodą.

– Niech ci panie bogowie wynagrodzą – szepnęła przez spękane wargi. Ten jednak zamiast dać jej pić, chlusnął w twarz dziewczęcia dając pozostałym powód do radości.

Nieunikniony zmierzch zapadł szybko wzbudzając lekki strach u przybyłych z grodu ludzi. Na myśl o spędzeniu nocy w towarzystwie wiedźmy ściskało ich w żołądkach.

– Nie dotrzemy przed zmierzchem – ocenił jeden z wojaków – Przyjdzie nam z nią nocą wędrować.

– Nie sposób ciągać dziewkę po nocy – wtrącił drugi – Na śmierć ją zatyramy a do grodu jedynie truchło do wleczemy.

– Nie ma rady. Musim wartę rozstawić i noc przeczekać – zadysponował kolejny – A z nastaniem brzasku – jak Swaróg da –  w drogę ruszymy.

Jak uradzili tak też się stało. Pierwsza para uzbrojonych we włócznie mężczyzn stanęło w odległości kilkunastu łokci od dziewki. Jarzący się w kaganku płomyk rzucał nikłe światło w jej kierunku. Ciepła noc ożywiła świerszcze i cykady które sprawiały wrażenie bardziej aktywnych niż zwykle. Nawet konie zdawały się drzemać w najlepsze pochrapując zdrowo i głośno. W głębi lasu dało się słyszeć trzaski czasem ciche piski, których pochodzenia stojący na warcie nie potrafili określić. Raz zdarzyło się nawet, że doszły do nich dźwięki tajemniczo zbliżających się kroków, które ucichły nagle jakby zapadając się pod ziemię. Zalani potem mężczyźni gapili się w ciemność próbując dostrzec cokolwiek, jednak ich wysiłki okazały się daremne. Po pełni księżyca zmienili wartę jednak oka zmrużyć nie mogli. Dopiero nad ranem, kiedy dzień widniał na horyzoncie odpoczywającym po służbie udało się zmrużyć oko regenerując siły choć w najmniejszej części.

– Słyszeliście co w nocy? – zapytał jeden z wyrwanych ze snu wojaków.

– Jeno świerszcze i cykady, no i konie które najwięcej ze snu skorzystały – odparł drugi.

– Nas dziwne głosy dochodziły. Ni to piszczenie, ni krzyki – kontynuował pierwszy – Raz to nawet jakby kto się do nas czaił, aleśmy nikogo nie dostrzegli.

Przez moment zapanowała cisza, która dała odczuć ciężar gorączkowych myśli związanych z diabelstwem które dwaj pierwsi wartownicy słyszeli w nocy.

– To wilkołaki panie! – wtrąciła się dziewczyna wzbudzając zainteresowanie najbliżej stojących mężów.

– Co za czort wiedźmo?

– To ludzie, którzy w nowiu księżyca wilkami się stają – odparła – Ofiar szukają by krwi nieco upuścić i zwierzęcą dzikość ujarzmić.

– To jak to że nas żywcem zostawiły?

– Mam amulet, który skutecznie je odstrasza. Podchodzić próbowały, jednak wisior musiał je hamować.

– Życie nam uratowałaś wiedźmo! – krzyknął trzeci z mężczyzn radują się bez opamiętania – Dajcie jej jeść i napitku nie żałujcie. Zasłużyła na porządną strawę co by siły przed dalszym marszem nabrała.

Od tego momentu wojacy zmienili nieco stosunek do pojmanej. Istotnie zawdzięczali jej życie, zatem chcąc odwdzięczyć się nieco posilili ją i z szyi powróz zdjęli. Dwóch z nich próbowało nawet porozmawiać z dziewczyną, ta jednak nie okazała się wylewną udzielając jedynie zdawkowych i wymijających odpowiedzi. Mężczyźni przekonali się szybko, że wiedźma nie jest taką, za jaką uważają ją mieszkańcy grodu, choć podejrzewali też, że to jedynie pozory by chciała własną skórę przed katem uchronić.

Kiedy słońce stanęło w zenicie, na horyzoncie pojawił się zarys grodu. Upalny dzień powodował, że zwalniali marszu nie chcąc sforsować dziewki, dla której dotarcie na miejsce to dopiero połowa tego co miało ją czekać. Kiedy czuwający na palisadzie łucznicy dostrzegli zbliżającą się grupę, zadęli w rogi dając sygnał mieszkańcom, iż zbliża się oczekiwany przez wszystkich moment. Drewniana brama rozwarła się ze zgrzytem, otwierając drogę na niewielki most umożliwiający przejście przez fosę. Ludziska wysypywali się na zewnątrz niczym zboże ze spichlerza. Część mieszkańców dzierżyła w dłoniach kije, widły a nawet garnki unosząc je do góry w proteście przeciwko tej którą prowadzono na sąd. Kiedy czteroosobowa eskorta zbliżyła się do grodu, w bramie pojawili się zbrojni, którzy starając się oddzielić niespokojny tłum torowali przejście dla przybyłych. Wulgarne wiwaty i okrzyki witały dziewczynę, która wycieńczona drogą nie zwracała uwagi na zebraną tłuszczę. Sypano w nią piachem i pluto, czasem ciskano drobny przedmiot czy fragment potłuczonego glinianego garnka. Mimo usilnych starań zbrojnych nie do końca udało się opanować motłoch, który wszedł do grodu zmierzając wprost pod ulokowaną w centrum izbę Witów. Dziewczyna rozglądała się na strony podziwiając drewniane budowle, które w porównaniu z chatą pod lasem stanowiły istny rarytas. Grube strzechy równo ułożonych wiązek kryły szerokie dachy opadające niemal do samej ziemi, zaś grube i ciosane bale piętrzyły na kilkanaście łokci wzwyż. W centrum grodu znajdowała się kamienna studnia, wokół której rozstawiono szerokie dębowe ławy. Obok zaś wznosiła się otwarta budowla, w której umieszczono posąg Peruna przyozdobiony kwiatami i wciąż tlącymi się ziołami.

– Chwała Bogom żeście cali i zdrowi dotarli – przywitał wojaków sędziwy mężczyzna z łysą jak kolano głową oraz zapuszczoną niemal do kolan brodą. Wspierał się na długiej drewnianej lasce, na szczycie której widniały dwa bycze rogi przymocowane czerwoną wstęgą. Odziany zaś był w powłóczysta szatę przepasaną rzemieniem. Na rękach nosił blaszane ozdoby w postaci szerokich na dwa palce bransolet na nogach zaś skórzane sandały.  

– Witaj Izborze! – odparł jeden z przybyłych – Po zachodzie na popas stanelim i zmrok nas zastał. Ale Bogowie mieli na nas pieczę – dodał.

– Bez wątpienia bracie, bez wątpienia – wtórował druid.

– Witowie oczekują? – kontynuował rozmowę wojak.

– Pierwszy jeszcze nie dotarł, dlatego czekać trzeba – poinstruował starzec – To jednak kwestia kilku wdechów a stawić się powinien.

Nim skończył mówić zgromadzony wokół tłum rozstąpił się niczym drewno w rękach drwala. W stronę sali dziarskim krokiem zmierzał wódz. Odziany był w napierśnik i spodnie z grubej skóry. Na ramionach powiewał purpurowy płaszcz, spod którego błyszczał długi na dwa i pół łokcia miecz. Na skroni pierwszego z Witów spoczywał zdobiony diadem z orłem na froncie. Dziewczyna przyglądała się na zmierzającego w jej stronę mężczyznę. Przywoływała w pamięci obrazy mogące świadczyć, że nie jest to pierwsze z nim spotkanie. Mimo usilnych starań nie potrafiła skojarzyć wodza, zapewne przez zmęczenie i pragnienie które doskwierało jej od rana.

– Chodźmy – ponaglił wojów Izbor, kiedy wódz dotarł do izby znikając w jej progu.

– Idziemy wiedźmo! – krzyknął zbrojny szarpiąc za krępujący ręce sznur.

Tłum poderwał się widząc wchodzących do izby. Krzyki, hałasy i podszepty towarzyszyły mieszkańcom, którzy pozostali na zewnątrz oczekując decyzji Witów.

W izbie panował półmrok, który w spiekocie dnia stanowił oazę wytchnienia. Jedynym źródłem światła był niewielki otwór umieszczony w centrum dachowego pokrycia. W narożnikach izby rozmieszczono duże misy przeznaczone do palenia kadzideł na cześć bogów. Na rzeźbionym siedzisku w centrum spoczął pierwszy z Witów. Towarzyszył mu siedzący na oparciu orzeł, który zerkał bystro na wchodzących do wnętrza ludzi przechylając łebek. Za nim zaś tłoczyli się pozostali należący do rady mężowie. Po prawicy wodza stał wsparty o laskę druid Izbor, dzierżąc w dłoni małą rzeźbioną figurkę Welesa, boga magii. Duszące opary wdzierały się do nozdrzy drapiąc gardło. Dziewka zakasłała zaś wielu zebranych zasłoniło twarze bojąc się złego uroku.

– Dajcie jej pić! – polecił wódz poprawiając się w siedzisku – Bo nam zaraz trupem padnie!

Jeden z Witów dobył miecz i chwytając nim za ucho pustego do połowy dzbana podał dziewcze, ta zaś przyssała się do naczynia spijając łapczywie zawartość. Kiedy skończyła, pierwszy z Witów skinął na Izbora, który ruszając w stronę dziewki zadał pierwsze, otwierające proces pytanie.

– Jak cię zwą?

Młódka patrzyła na druida, który krążąc wokół otaksował opłakany wizerunek nie przypominający typowej wiedźmy. W izbie panowała cisza jak makiem zasiał.

– Odpowiadaj, kiedy pytam! – warknął Izbor popychając dziewkę końcem drewnianej lachy.

Ta upadła na ziemię jednak szybko wróciła do pionowej pozycji pomimo związanych powrozem rąk.

– Nadia, panie – odparła wreszcie.

– Gdzie twój dom?

– Pod lasem panie, pół dnia drogi od grodu – poinformowała.

– Ojce, żyją? – drążył dalej brodacz.

– Nie panie, pomarli.

– Kim byli?

– Po kądzieli pracowali na roli zaś po mieczu handlem obwoźnym się parali.

– Skąd pochodzisz wiedźmo?

– Z południa panie – odparła co wznieciło szepty wśród zebranych.

– Ścichnijcie bracia – uciszył wszystkich wódz wznosząc dłoń ku górze.

– Mów dokładnie, skąd pochodzisz, bo cię każę batem na placu wysiekać – warknął Izbor chcąc zastraszysz oskarżoną.

– Z bagien panie, które tutaj zwiecie Mgliste – wydukała dziewka.

Wśród zebranych zawrzało. Mgliste bagna to przeklęta kraina, gdzie zapuszczał się jedynie człek o nie zdrowych zmysłach. Podania głosiły, że to tam rodzą się utopce, biesy i inne przeklęte przez bogów stworzenia. Kto tam poszedł, nigdy nie wrócił. Wieczny mrok i opary śmierci spowijały moczary zabijające wszelki objaw życia. Burzowe błyski i nieczyste opady z nieba dusiły, zabijały i pochłaniały duszę, która wracała na ziemię jako demon.

– Cóż nam więcej trzeba bracia! – krzyknął jeden ze stojących za wodzem mężów – Wiedźma z krwi i kości!

– Kłamstwo głosicie pany! – krzyknęła dziewczyna chcąc bronić się co sił.

Pozostali przekrzykiwali ją gotowi wykonać wyrok śmierci choćby tu i teraz.

– Niech mówi – przerwał wrzawę Izbor uciszając wszystkich – Niech mówi!

– Istotnie na południu ciągną się bagna, które swym wyglądem mogą człeka w mrok wprowadzić, dalej jednak jest kraina piękna, która jeszcze obfitsza od waszej się wydaje a którą mój lud zowie Podgórzem, bo nad głowami wielkie i dzikie skały się wznoszą.

– O Bogowie! O Czym pleciesz wiedźmo! Jakie znowu skały?

– Góry panie! Wielkie i strzeliste. Przez samych bogów usypane – odparła.

– To co sprawiło, że z tej boskiej krainy do nas cię przyniosło? – wtrącił wódz wywołując śmiech u zebranych.

– Zima panie! Tam ostra i sroga. Z gór chmury śniegu schodzą niszcząc dobytek i ludzi zabijając – tłumaczyła – Rodzice tak zginęli, temu dom opuściłam i na północ ruszyłam.

Druid zacisnął pięść czując drganie dzierżonej figurki. Zmarszczył brwi spoglądając na dziewczynę dziwiąc się, że przypuszczenia wszystkich okazały się mylne.

– Dobrze dziewka prawi! Mimo, iż nasze zdanie inne! – przemówił wskazując rozwartą dłoń z podobizną Welesa – Zatem nie można nam bogom się sprzeciwiać.

Kiedy skończył mówić dało się słyszeć grzmot, który wprawił w drżenie posady izby. Gęstniejąca atmosfera spotęgowała obawę, iż nie dość, że wiedźma w dziewce drzemie, to jeszcze wybraną przez bogów można w niej upatrzeć. Nie wiedzieć czemu zamiast skupić się na przesłuchaniu, dziewczyna wpatrywała się w siedzącego na oparciu orła, który nie pozostawał jej dłużny. Wszystkiemu przyglądał się również najstarszy z Witów Zamir który, póki co nie wypowiedział ani słowa chcąc ocenić sytuację. Teraz jednak postanowił zareagować.

– Czy prawdą jest, że Daleborę, córkę jednego z naszych uzdrowiłaś?

Znów zapadła cisza, w której nawet oddech orła stał się słyszalny.

– Prawda panie – odparła dziewka.

– Jak to uczyniłaś?

– Napar z ziół i owoców lasu uwarzyłam wszystko podszeptem do bogów ozdabiając.

– Podszeptem do bogów? – powtórzył tym razem Izbor – To aż tak cię słuchają, że na twoje życzenie wszystek spełniają?

– Nie wiem panie – tłumaczyła – Ja jedynie z pokorą proszę. Czasem się wypełnia, a czasem nie.

– Ludzie gadają, że złe co z lasu ciągnie potrafisz odpędzić urokiem albo i czarem jakim – zagaił ponownie Zamir, podczas gdy w oddali dało się słyszeć kolejny grzmot – Prawdą jest, że magią się parasz?

Dziewka patrzyła na zebranych poszukując choć jednej przychylnej sobie twarzy. Stłoczeni za wodzem mężczyźni zdawali się zaślepieni chęcią zemsty i rządzą śmierci. Nawet jedna para oczu nie dawała choćby cienia nadziei, że sprawiedliwość ma szansę dojść do głosu.

– O co mnie oskarżacie zacni mężowie? Czyż zawiniłam wam choć słowem? – szepnęła pod nosem, co doszło do stojącego obok druida.

– Jak śmiesz pytać nas o cokolwiek czarci pomiocie! – ryknął Izbor uderzając pięścią w twarz dziewczyny – Nie jesteś mężem co mógłby na naszą litość zasłużyć, lecz głupią babą i to w magii zamoczoną.

Nadia zapłakała leżąc twarzą na drewnianym podłożu. Znieważona, bosa i związana jak zwierzę szlochała do bogów chcąc oddać cierpienie które niesłusznie jej zgotowano.

Na raz dało się słyszeć głuche dudnienie do drzwi izby. Jeden ze stojących na wylocie ruszył do obejścia omijając szerokim łukiem leżącą na ziemi Nadię. Wszyscy wpatrywali się w woja licząc każdy krok dzielący go od celu. Kiedy uchylił drzwi do wnętrza wpadł roztrzęsiony i blady mężczyzna. Przyduża koszula, za krótkie spodnie i bose nogi zdradzały, że był jednym z pracujących w polu chłopów. W dłoniach miał wyraźnie porwany słomiany kapelusz.

– Wodzu! Pany Witowie! – rozpoczął zdyszany mężczyzna zerkając nieśmiało na leżącą dziewczynę.

– Co się stało Bogumile? – zapytał wódz – Mów rychło, bo nam z dziewką dość opornie idzie.

Chłop ponownie spojrzał na Nadię, która niezauważenie podniosła się na nogi ocierając twarz po surowym razie od druida.

– Znowu dziecko zginęło mości panowie! – krzyczał Bogumił odchodząc na krok od dziewczyny – Koleje niemowlę upiór z lasu porwał! Bogowie nas karzą! – zawodził – Co robić?

– Widział kto czarta jak dziecko porywa? – zapytał Izbor przenosząc uwagę na chłopa.

– Jam widział mości Izborze! Na własne oczy patrzałem!

– Jak wyglądał?

– Wielki i czarny jak noc, umięśniony jak tur jaki! Z zewnątrz na wilka wyglądał, ale przecie dzikie psy takie nie są! Ślepia czerwone jakby ogień w nich tańczył a zębiska – tutaj zademonstrował rękoma – Takie miał, jak szable jakie.

W izbie zapanował gwar. Mężczyźni dyskutowali wymieniając się spostrzeżeniami i usłyszanymi nowinami. Sam Izbor wrócił do szeregu, przysiadł na oparciu i szepcząc coś do wodza gestykulował wymownie.

– To boruta!

Zapadła cisza. Oczy zebranych skupiły się na dziewczynie, która stojąc na środku izby wlepiała wzrok w ziemię. Czas jakby się zatrzymał. Nawet znudzony przedłużającym się przesłuchaniem orzeł zerknął bystro na Nadię przechylając łebek.

– Czego tam znowu gadasz wiedźmo? – zapytał wódz przerywając milczenie.

– To boruta, panie – powtórzyła – Leśny demon przybierający zwierzęcą postać.

– Skąd to wiesz?

– Ostatnio często w te strony podchodzi. Najdalej wczoraj jednego spod chaty przegoniłam.

– Wiesz czego tutaj szuka? – zapytał tym razem Zamir.

– Nie wiem panie. I dziwnym wydaje się, że dziecko porwać zechciał. Prawdą jest, że boruta nie jest przychylnym człowiekowi, i często zwodzi go na manowce, dlatego podejrzewam, że dziecko za złym urokiem poszło, zaś demon porwał je ze świeżym mięsem myląc.

– Na bogów! – wyszeptał Bogumił wlepiając oczy w Nadię – To jej sprawka mości pany! To przez nią nieszczęście na nas spadło – krzyczał wskazując na dziewkę.

W sali ponownie zawrzało. Wódz kazał wyprowadzić spanikowanego chłopa i zamknąć drzwi pod pretekstem narady, którą trzeba w tej sprawie odbyć.

– Wiesz, jak odpędzić demona i spokój nam przywrócić? – zapytał wódz podnosząc się z siedziska.

– Wiem panie! – odparła pewnym głosem Nadia.

– Zatem będzie tak! Ruszysz do lasu co by złego odpędzić. Jeśli zginiesz, słuszną karę za czary poniesiesz, jeśli zaś wrócisz cało, daruję ci życie upatrując w tym wolę bogów, którzy istotnie przez ciebie działać lubują.

Decyzja wodza nie przyniosła pożądanej euforii, nikt jednak nie raczył jej podważyć. Wszyscy jak jeden mąż uznali, że pierwszy z Witów dobrze postąpił i sprawę uczciwie postawił.

********************

– Czego ci trzeba, żeby z demonem stanąć? – zapytał Izbor wyprowadzając dziewkę tylnym wyjściem.

– Szakłaku panie i woreczek soli – odparła Nadia rozmasowując zsiniałe nadgarstki – Poza tym dwa kawałki surowego mięsa i ogień rozpalony.

– Dostaniesz wszystko! A czy dziecko całe wróci?

– Nie wiem tego panie. Dziwnym jest, że boruta tak blisko grodu podszedł. To wielki demon, lecz strachliwy, choć przyznać trzeba, że agresywny i odważny jest ostatnio. Noc Kupały się zbliża, może dlatego bardziej aktywnie demony sobie poczynają – zamyśliła się chwilę po czym dodała – A nie znalazłoby się co dla mnie mości panie? Od rana nic w gębie nie miałam.

– Chleba i kaszy ze skwarkami dostaniesz, żebyś nie pomyślała, że ludzie z grodu mściwi i bezduszni są – odparł.

– Dziękuje wam. Obiecuję do bogów za was westchnąć – dodała prezentując delikatny i powabny uśmiech.

Dzień chylił się ku zachodowi. Czerwone jak ogień słońce wtuliło się w ziemię znikając za horyzontem. Polne robactwo zaczynało codzienny koncert przerywany hukaniem siedzącej na skraju lasu sowy. Wielkie ślepia świeciły w mroku niczym świeżo wybite monety. Po skromnym i upragnionym posiłku, dziewka kucnęła przy grodowej palisadzie szepcząc coś pod nosem. Tajemnicza czynność pochłonęła jej czujność i uwagę. Nie zorientowała się, kiedy podszedł do niej Izbor wręczając pochodnie i niewielkie zawiniątko.

– Co czynisz wiedźmo? Jakieś gusła na nas zsyłasz? – zapytał skonsternowany druid.

– Nie panie, jedynie za posiłek dziękuje i o opiekę Peruna proszę, co by mnie chronił przed demonem, z którym mierzyć się przyszło – tłumaczyła Nadia.

– Idź już! I niech wobec ciebie wola bogów się wypełnia – odparł nieco spokojniej po czym odszedł znikając za dębowym ogrodzeniem.

Dziewka ruszyła pewnie, lecz powoli. Mimo wątłego światła zdołała wypatrzeć pojedyncze ślady, które wzbudziły podejrzenie co do prawdziwości przesłania o Borucie. Przez chwilę pomyślała, żeby przeczekać do rana co ułatwiłoby nie tylko walkę, ale i wyśledzenie demona, jednak widząc coraz więcej śladów zdała sobie sprawę, że w tym przypadku noc będzie odpowiednią porą. Kiedy dotarła do granicy lasu, księżyc stał w pełni rzucając łunę na tonące w mroku drzewa. W głębi panowała grobowa cisza, przerywana przez delikatny powiew czającego się w koronach wiatru. Mimo trudnej widoczności, Nadia szła pewnie starając się przyzwyczaić wzrok do trudnych warunków. Po kilkunastu krokach dotarła do niewielkiej polanki oświetlonej przez stojący wysoko księżyc. Zewsząd dochodziła tylko cisza. Żadnych ruchów, podejrzanych dźwięków czy postaci. Przemierzyła polanę, która okazała się złudna, bo podmokła. Dogasająca pochodnia nie napawała nadzieją na ułatwienie zadania mimo to Nadia ruszyła w przód nie oglądając się za siebie. Na raz dało się słyszeć dziki ryk, niosący echem po lesie. Dziewczyna przystanęła wstrzymując oddech, zaś włosy na rękach samoczynnie stanęły dęba. W oddali przemknął cień, który dał jej pewność, że tajemniczy demon nie jest borutą. Nieprzyjazną atmosferę spotęgował wiatr, który wzmógł się gasząc ledwie ćmiącą pochodnię. Ciemność opanowała okolicę odbierając najmniejszą szansę na dostrzeżenie czającego się pomiota. Nadia wstrzymała dech modląc się do bogów o pomoc i interwencję.

– SZA-MA-WOT – przemówił szept szybując z podmuchem wiatru niepostrzeżenie niknąc za plecami.

– MET-KO-S – odparła dziewczyna wytężając wzrok w ciemności.

Na raz poczuła ukłucie w oczach które wywołało lawinę łez. Przymknęła powieki czując dyskomfort i dławiący strach. Po chwili jednak, dziwne uczucie zaczęło ustępować miejsca przyjemnemu i ożywczemu chłodowi. Powieki rozwarły się samoczynnie ukazując wyraźny i ostry jak brzytwa obraz lasu, który jeszcze przed chwilą otulał mrok. Drzewa świecące niczym pochodnie jarzyły się na tle ściółki pokrywającej podłoże niczym morska tafla. Każdy, najmniejszy nawet szczegół uchylał swego rąbka przed bystrym i przenikliwym wzrokiem dziewczyny. W jednej chwili dostrzegła człowieka, który siedząc wzdłuż leśnego ostępu opierał się o drzewo nie dając znaku życia. Pierwszy krok dziewczyny nie należał do udanych, bowiem podchodząca pod stopę gałązka trzasnęła niosąc echo po okolicy. Mimo to tajemnicza postać nie drgnęła sprawiając wrażenie odciętej od rzeczywistości. Nie chcąc powtórzyć błędu, Nadia zdjęła trzewiki, zaś drugą ręką sięgnęła po gałązkę ukrytego w torbie szakłaku. Woń dorodnej witki poszybowała przez las dochodząc do nozdrzy śpiącego. Człowiek poruszył delikatnie nosem po czym zerwał się na nogi sprawiając wrażenie zaskoczonego. Księżyc wychylił się zza chmur i przebijając przy bujne korony drzew padł na mężczyznę.

– Jesteś wreszcie Nadio! – stwierdził niemal nagi człowiek.

– Przyszłam po dziecko, któreś porwał czarcie! – odparła ściskając gałązkę.

– Aleś ty w gorącej wodzie kompana. Przypatrz mi się i zgadnij kim jestem?

Dziewczyna utkwiła wzrok w czarnych oczach rozmówcy. Znajome rysy twarzy i umięśniona postura przypominały jej kogoś sprzed lat. Nie musiała długo myśleć. Szeroki uśmiech mężczyzny odsłonił białe jak płótno zębiska przywołując niezatarty obraz z przeszłości.

– Gniewosz! – wycedziła uwydatniając blask napływających do oczu łez.

– Witaj! – przywitał się ponownie – Radość mnie ogarnia, że przybywasz.

– Wiedziałam, że bogowie przeklęli cię po stokroć, nie myślałam jednak, że aż tak.

Gniewosz przechylił głowę nasłuchując słów dziewczyny.

– Od samego początku wiedziałaś, że jestem wilkołakiem. Po tylu latach wyrzuciłaś mnie na bruk każąc odejść i zapomnieć. Po tym wszystkim co nas łączyło.

– Mieszkanie z człowiekiem wilkiem pod jednym dachem jest niebezpieczne – stwierdziła.

– Przez tyle lat nic ci nie zrobiłem, więc przez kolejne również niczego bym się nie dopuścił. Nikogo nie kochałem tak jak ciebie, tylko dzięki tobie potrafiłem zapanować nad siłami nowiu i powstrzymywać przed dzikością wilczego ciała. Lecz ty upatrzyłaś sobie tego szczura Bogusza, który i tak zostawił cię jak szmatę.

– To moja sprawa. Oddaj dziecko! – krzyknęła.

– Myślisz, że tak po prostu oddam ci bękarta i rozejdziemy się do domów?

– Czego chcesz? Możesz mnie zabić, lecz oszczędź berbecia – próbowała negocjować.

Gniewosz ponownie nasłuchiwał wykonując przy tym charakterystyczne dla zwierzęcia ruchy. Księżycowe promienie zbliżały się nieuchronnie, on jednak oddalał się o krok by zniknąć w cieniu drzew.

– Zdejmij ze mnie klątwę wiedźmo! – wycharczał chłopak – Albo zabij pozbywając cierpień na wieki.

– Wiesz, że nie potrafię! Nie mnie dane uroki odczyniać. Jedynie proste rzeczy zdziałać potrafię.

Widząc, że Gniewosz zbliża się małymi kroczkami, Nadia sięgnęła do woreczka dobywając pełną garść soli. Zwinnym ruchem rozsypała ją przed sobą czyniąc grubą i prostą linię, zaś pozostałością cisnęła w stronę wilkołaka. Demon starał się utrzymać nerwy na wodzy, jednak wytrzymał tylko przez chwilę. Cofnął się w tył robiąc nadludzkich rozmiarów krok, po czym stanął w centrum rzucanego przez księżyc światła. Twarz mężczyzny poczerniała, zaś goły tors zaczął pokrywać się czarnymi jak smoła kudłami. Bose stopy rosły wzdłuż zaś ostre pazury wrastając w ziemię ryły ślad niczym startujący do biegu wilk. Oczy mężczyzny nabrały dzikości. Twarz zmieniła się z każdą chwilą nabierając rysów charakterystycznych dla demona w wilczej skórze. Skóra mężczyzny pękała uwalniając wielkie i górowate mięśnie. Czerwonymi jak ogień ślepiami zmierzył dziewczynę, która przeczuwając atak, sięgnęła za pazuchę po niezbędne w walce z demonem zioła. Kiedy wilkołak ruszył w jej stronę przykucnęła rozsypując zawartość dłoni szeptając przy tym charakterystyczne sobie gusła. Demon pędził w stronę Nadii wyrywając darń soczystej leśnej trawy. Gniewosz wyczuwając sól i świeżo palone zioła zwolnił zdając sobie sprawę, że magicznej bariery nie zdoła łatwo przeforsować. Nie wiadomo skąd nad głową dziewczyny, zaczęły gromadzić się liczne świecące punkciki, które do złudzenia przypominały świetliki. Dziwne zjawisko nasilało się z każdą chwilą nabierając blasku. Demon zatrzymał się wbijając ślepia w ziemię.

– SZA-MA-WOT! – przemówił głos mknąc między świetlistymi punktami.

– MET-KO-S! – odparła Nadia zaś jej oczy rozbłysły

– PEN-KA-MOFOS-UA – powtórzył się szept wyraźniej niż poprzednio.

Nadia wstała na równe nogi i unosząc ręce w górę krzyknęła, co sił w płucach:

– WAAL-KA-T M-EFOR ANDA-LA!!!

Tysiące świetlików ruszyło zza jej pleców niczym strzały. Oślepiający blask uderzył w skuloną bestię wywołując ryk i histeryczne drganie. Jasność kumulowała się w energię, która zdawała się skrywać wielką moc. Wzmógł się wiatr, czochrając swym powiewem korony drzew jak i źdźbła wysokich traw. Bestia walczyła z palącym blaskiem, który palił żywcem. Mimo świadomości bliskiego końca, demon zdobył się na kontrolowany skok, dotkliwie raniąc nieświadomą niczego dziewczynę. Gładka jak jedwab skóra pękła uwalniając obficie tryskającą posokę. Nadia pisnęła waląc o ziemię jak kłoda. Próbowała okiełznać ból zarazem nie tracąc bestii z oczu.

– MET-KO-S! – szepnęła wzbudzając kolejne fale palącej bestię energii.

Gniewosz zwijał się w spazmatycznych bólach by po chwili stanąć w ogniu. Niebieski płomień tańczył na kopcącym się cielsku niczym na suchych polanach w kominku. Ryk bestii niósł się po lesie drżąc w jego posadach. Nadia sięgnęła po woreczek z ziołami i solą ciskając w płonącego żywcem demona. Ogień zaskwierczał jak przy świerkowych igłach przepuszczając w stronę wilka palącą sól. Potwór padł na ziemię w martwym bezruchu. Po chwili do uszu Nadii doszedł płacz ukrytego w zaroślach dziecka. Dziewczyna mimo bólu i zimnych potów poderwała się na nogi przeszukując miejsce, z którego dobiegał dźwięk. Po dłuższej chwili dostrzegła uwikłane w krzakach zawiniątko. Pobiegła czym prędzej tuląc dziecię do piersi. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że tajemnicza moc pozwalająca jej widzieć w ciemności przestała działać. Zmęczona i poważnie ranna Nadia zatonęła w wszech panującej ciemności. Jedyną oznaką światła była resztka dopalającego się wilczego truchła.

Przebudził ją blask stojącego w zenicie słońca. Las wyglądał jak nie pamiętający niczego niemy obserwator. Wszystko było na swoim miejscu, zaś po wilkołaku pozostała kupka popiołu. Ptaki śpiewały wesoło. Nadia schyliła się nad prochami rozgrzebując palcem zimny pył.

– Ja też cię kochałam – szepnęła pod nosem roniąc łzę – Jednak są w życiu sytuacje, których nie da się przezwyciężyć. Pozostaje wypełnić pustkę w sercu i starać się żyć dalej mimo bólu i tęsknoty. Niech bogowie będą ci ukojeniem Gniewku – dodała nabierając prochy w garść i rozsypując po okolicy – Zawsze będziesz w moim sercu.

Przeszywający ból targnął dziewczyną zwalając z nóg. W zdrowej dłoni trzymała zawiniątko które mimo wielu atrakcji spało jak suseł. Ranna strona pulsowała czerniejąc i ropiejąc. Nadia wiedziała, że zadrapanie wilkołaka to pewna śmierć, rozprzestrzeniająca się po ciele niczym mrówki po dorodnym liściu. Jedyne czego chciała jeszcze dokonać, to dostarczyć do grodu śpiące w ramionach dziecię. Ruszyła przed siebie słaniając się i powłócząc nogami. Mrok zakrywał jej pole widzenia zasłaniając coraz większą część otoczenia. Dotarła do znajomej polanki rozkoszując się szmerem biegnącego w korytku strumyka. Padła na kolana, próbując umyć skażoną ranę, której skraje zaczynały się pienić.

– Nie zostało ci wiele czasu córko – przemówił tajemniczy głos zza pleców Nadii.

Dziewczyna nie odwróciła się mając pewność, iż zakrywająca ją łuna śmierci płata swe figle jeszcze za życia.

– Wielkiego czynu dokonałaś ratując małe i niewinne życie – kontynuował głos otulając ją swym ciepłem.

– Kim jesteś pani? – wydukała ledwie przytomna dziewczyna.

– Twoim wybawieniem! – odparła tajemniczo – Przyszłam, dać Ci nowe życie, bowiem obecne tracisz przez niesprawiedliwość.

– Nie bardzo pojmuję, pani.

– Gniewosz widząc, że umiera skalał cię wilczym jadem, myśląc, że skoro sam umiera, to ciebie pociągnie za sobą. Zabrał swą miłość do grobu, a ty?

Dziewczyna leżała wpatrując się w wartki nurt strumienia. Cichy oddech zmożonego snem dziecięcia stał się teraz donośny niczym sapanie utrudzonego wysiłkiem woja. Jej ciałem miotały skurcze, zaś w żyłach czuła niby żywy ogień.

– Jedyne czego chcę, to oddać dziecię w ręce matki – odparła wreszcie z trudem.

– Wiesz, że mogę dać ci życie? Sprawić, że ranne miejsce zasklepi się nie pozostawiając śladu po chorobie. Wrócisz do swej chaty robiąc to co dotychczas, nikt z grodu nie będzie cię już niepokoić. Wiesz to przecież! – zaznaczyła dosadniej –  Wybór jest jednak po twojej stronie.

– Pozwól mi pani, połączyć się z Gniewoszem. Skoro nie było nam to dane za życia, niech więc śmierć będzie nam spoiwem – zadecydowała słabnąca Nadia.

– Czy więc tak ma skończyć dziewczyna wybrana przez bogów? – zapytała kobieta użalając się nad niezrozumiałą decyzją dziewczęcia.

– Zdradź mi swoje imię pani – poprosiła Nadia krztusząc się i kaszląc.

– Jestem Zorza zwana też Dennicą, wysłanniczka samego Peruna, która z jego woli budzi dzień i opiekuje się jego początkiem. Dlatego dla ciebie również mogę stać się początkiem Nadio i dać ci poranek nowego życia – nalegała Zorza.

Silne dreszcze szarpnęły dziewczyną, zaś jej wzrok stał się mętny. Z nieba bił cieplutki promień słońca, który odbijając się w krystalicznej tafli strumienia raził swym blaskiem i energicznością. Śpiew ptaków przebijał się przez szumiący na wietrze las.

– GA-SZUM ENERA – szepnęła dziewczyna, gdy jej ciało zastygło w bezruchu.

– GA-SZUM ENERA – powtórzyła Zorza roniąc czystą jak kryształ łzę.

***********************

Żałobny kondukt przebijał się głównym deptakiem grodu. Stłoczeni ludzie wpatrywali się w leżące na marach ciało, które będąc w kwiecie wieku oddało ducha w ważnej sprawie. Na czele procesji szedł druid zawodząc coś pod nosem, następnie rada Witów zaś po nich Wódz, druid Izbor oraz najstarszy z Witów Zamir. Słońce stało w zenicie, paląc swymi promieniami zaś ptaki – jakby świadome podniosłej uroczystości – śpiewały smutno i żałobnie. Po dłuższej chwili kondukt dotarł na miejsce, gdzie ciało Nadii należało oddać bogom. Zebrani otoczyli równo ułożony stos, który pnąc się ku górze obrastał w białe pąki polnych kwiatów, u dołu zaś złożono dary bogom którzy przyjmując owoc ziemi i pracy rąk ludzkich stać się mieli przychylni młodej duszy, która odeszła za wcześnie, lecz świadomie.

Kiedy wszyscy dotarli na miejsce, dało się słyszeć szloch i zawodzenie. Rozczulone kobiety zdawały sobie sprawę, że ta którą jeszcze wczoraj chciano ściąć na grodowym placu, dziś żegnana jest z honorami i nieocenioną wdzięcznością. Kiedy wszyscy trwali w oczekiwaniu, z tłumu wyłonił się druid Izbor, który unosząc ręce w górę uciszył lud. Po chwili zaległa cisza jak makiem zasiał.

– Wielki Perunie! Panie niebios i burz! Wielki z wielkich i największy z największych! – rozpoczął modlitwę, podczas gdy tłum schylił głowy na znak szacunku – I ty wielki Welesie! Panie magii i zaświatów! – tłum trwał w postawie uniżenia – Do was wołam bogowie początku i końca! Do was dawców życia i śmierci! Przyjmijcie tę, która zmyła swoje winy, oddając życie za życie! Przyjmijcie tę, której czyn okazał się chwalebny! Przyjmijcie wreszcie tę, której odwaga i hardość serca, nie pozwoliły ugiąć się przed złem, które na nas spadło! O bogowie! Wzywam was i wasze moce! Niech ofiara jej życia i dary złożone z plonów ziemi i pracy, zapewnią jej nieśmiertelność i chwałę potomnych!

– Chwała! Chwała! Chwała! – zawtórował tłum krzykiem przez łzy.

Druid kończąc swą przemowę wyszeptał obrzędowe gusła obrzucając ciało Nadii kwiatami, ziołami i popiołem. Kiedy skończył ustąpił miejsca pierwszemu z Witów, dowódcy, wodzowi i piastującemu władzę orła panu, którego zwano Mieszkiem. Kiedy stanął pośród czekających na słowo gapiów, czuł na sobie odpowiedzialność i zaufanie pokładane w nim przez lud.

– Odkąd zamieszkała pod lasem, widziano w niej wiedźmę. Posądzano o czary, gusła, omijano i wyszydzano. Kiedy potrzebowano pomocy, zwłaszcza gdy nasz brat Izbor, nie miał posłuchu u bogów, wówczas znano do niej drogę i z dobrym na ustach słowem wędrowano do dziewki – jak ją nazywano – spod lasu. Nie dalej jak wczoraj, nasza rada gotów była, skazać ją na śmierć, nie dając prawa głosu ani możliwości obrony. Mimo to, gdy pojawiło się niebezpieczeństwo w osobie demona, nikt z nas nie chwycił za broń, nikt nie nadstawił karku w obronie swoich. Ona zaś poszła stając dzielnie oko w oko z człowiekiem wilkiem, mało tego uratowała nasze dziecię, oddając to co najcenniejsze. Niech nasza pamięć o niej będzie wieczna! Przekazujmy ją naszym dzieciom, zaś one swoim. Niech jej imię przywołuje w nas wydarzenia tamtych dni, zaś miłość, którą miała w sercu niech nadal trwa i oddziaływa na innych. Niech ta, którą wybrali bogowie będzie przestrogą i nauką na przyszłość. Odpoczywaj w pokoju!

Podłożony ogień, buchał i strzelał pochłaniając suche jak wiór drewno. Czerwone niczym krew języki tańczyły smagane ciepłym letnim wiatrem. Ciało dziewczyny zniknęło w odmętach żywiołu zapadając się do środka konstrukcji. Czas przemijał szybko pozostawiając obrazy z przeszłości, które z biegiem lat, spłowieją, przestaną interesować, wreszcie znikną. Lud zaś stał i patrzył.

Po północnej stronie grodu, na skraju zagajnika stała biała postać, której smukła sylwetka niknęła w bystrej słonecznej poświacie. Przypatrywała się ceremonii żałobnej wodząc wzrokiem po ludziach otaczających płonący stos.

– Myślę, że jednak dobrze zrobiłaś decydując się na śmierć – zagadnęła pocierając płynącą po twarzy łzę.

– Dlaczego pani? – odparła stojąca tuż obok Nadia.

– Człowiek to fałszywe stworzenie. Dziś będą cię szanować, a jutro nienawidzić. Szybko zapomną o tej ofierze, bo ich pamięć zatruta jest egoizmem i chęcią posiadania. Łzy obeschną, pamięć pokryje kurz zapomnienia, a to dziecię któreś ocaliła, nie będzie nawet wiedzieć, kim byłaś.

– Nie wymagam by o mnie pamiętano pani Zorzo. Ja z innych przyczyn wybrałam śmierć aniżeli życie.

– Wiem moja droga, wiem – odparła kobieta w bieli.

– Oby bogowie okazali się łaskawi. Nic więcej nie oczekuję, pani.

– Nie ma żadnych bogów Nadio. Jesteś tylko ty i twoje wybory. Najważniejsze jest, aby były zgodnie z tym sumieniem.

– Jak to pani? Co to znaczy?

– Czy twój wybór nie jest powodem żalu tudzież strachu?

– Nie pani – odparła dziewczyna.

– Zatem reszta należy do ciebie. Każdy z nas tka swój własny los. Sama jesteś boginią, która kieruje wrzecionem swego losu. Rozumiesz?

– Czy to znaczy, że teraz mogę odejść i zacząć od początku?

– Właśnie tak. Zatem idź i nie oglądaj się za siebie, bo nie warto. Może kiedyś jeszcze się spotkamy.

– Dziękuję ci, pani – odparła Nadia odwracając się i kierując w stronę lasu.

– Nie każdy dostaje drugą szansę, zatem nie zmarnuj jej – szepnęła Zorza posyłając swe słowa w podmuchu lekkiego wiatru, który trafił do uszu dziewczyny odciskając się jak w kamieniu.

– Na pewno nie zmarnuje – odparła pod nosem Nadia znikając w gęsto utkanym lesie.

KONIEC