Tag -

performance

Literacki performance

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #14

276 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->


Sinead Ignis

Odcinek 56

Gdy się jest córką bankiera pracującego w Loży, czyli organizacji, przy której mafia to amatorszczyzna, wówczas pewne umiejętności wynosi się po prostu z domu. Podobno reguła jest taka, że wnuk nuworysza bez ogłady i obycia jest już człowiekiem z wpojoną kindersztubą. Tradycje rodu Telien sięgały głęboko w przeszłość, jej rodzice mieli więc po kim dziedziczyć sposoby wychowania.
Idąc z duchem czasu, Telien stanowiła ciekawe połączenie surowych manier rodem z angielskich powieści oraz nowoczesnych trendów w psychologii rozwojowej. Skutkowało to tym, że odruchowo w każdej życiowej sytuacji trzymała plecy prosto, jej wymowa angielskich, francuskich, rosyjskich i szwedzkich wyrazów pozostawała nienaganna, a podczas uprzejmej konwersacji z oficjelami tudzież przedstawicielami Loży miała na twarzy piękny uśmiech, ruchy jej rąk cechowały się skrajną oszczędnością, a śmiech – lekko zduszony i modulowany – towarzyszył niewinnym żartom, które wypadało wymieniać ze znajomymi przy koktajlach. Mogła wybrać się na konną przejażdżkę z angielską księżniczką krwi oraz uczestniczyć w kolacji dyplomatycznej dla przedstawicieli państw ONZ. Ponieważ w dzieciństwie obrywała nieraz pejczem za pomyłkę w tytułowaniu lub za krzywo napisaną literę, potrafiła obudzona o trzeciej nad ranem wyrecytować ciąg baronetów, baronów, diuków i książąt, książąt-małżonków, królowych i regentów (i to w kilku językach), zaś jej charakter pisma mógłby posłużyć jako wzorzec do podręczników kaligrafii, gdyby takowe jeszcze pozostawały w użyciu.
Jednocześnie nawet do drzwi tak, wydawałoby się, archaicznej struktury, jaką była Loża, zapukała nowoczesność ze swoją technologią. I to od razu na najwyższym poziomie – infiltracja Loży sięgała oczywiście również wojska, toteż wszelkie osiągnięcia wojskowych naukowców oraz inżynierów były znane w Loży niemal od razu. Tak więc do zwykłego szkolenia Telien, jako najmłodszej Wiedzącej, doszły dodatkowe ćwiczenia, których podstawą był Internet. Wkrótce Telien swobodnie poruszała się nie tylko po egalitarnym świecie forów i czatów, ale też po obszarach głębokiego Internetu, dark Internetu, zabawiała się łamaniem zabezpieczeń bankowych czy rządowych oraz identyfikowaniem tożsamości rozmówcy na podstawie jednej czy dwóch informacji. Z entuzjazmem testowała również urządzenia identyfikujące tożsamość osoby na bazie wzoru tęczówki albo maszyny szyfrujące. Ojciec traktował to jako kaprys, lecz przełomem okazała się pewna sytuacja sprzed dwóch lat.
Jeszcze nie ukończyła szkolenia Wiedzącej, gdy wszystkie siły Loży – w tym również i takie niedorostki, jak ona wówczas – zostały skierowane do walki z niezidentyfikowanym źródłem przecieków na temat Loży. W prasie w różnych zakątkach globu zaczęły ukazywać się przemyślnie rozmyte, ale dla wtajemniczonych jednoznaczne wzmianki na temat Loży. Gdzieś ukazało się zdjęcie helikoptera, ktoś podawał zbyt szczegółowo przebieg jednej z akcji, tu symbol, tam przypuszczenia zbyt bliskie prawdy… Gdy jednak Amadeo Vox, wpływowy członek Loży a zarazem spokojny biznesmen „w cywilu” ukazał się na liście 100 znaczących osób na liście Times’a, wszyscy, łącznie z A. Voxem, zaniepokoili się. Skala jego oficjalnej działalności była zbyt niewielka.
Wysłano więc agentów do Rosji, Francji, Wielkiej Brytanii, Australii, Brazylii oraz Indii, czyli wszędzie tam, gdzie ukazały się niepokojące wzmianki, lecz pisma dobrze kryły swoich informatorów, a i oni sami zadbali skutecznie o anonimowość. Nie pomogło zastraszanie i zabójstwa. W Rosji upozorowano je na efekt wojny czeczeńskiej, w Indiach na zwykły gwałt połączony z zabójstwem, w pozostałych krajach zadbano o zniknięcie ciała. Redaktorzy wiedzieli, lecz mimo to nie udzielili informacji.
Wiedzące starały się ze wszystkich sił. Codziennie któraś ujawniała strzęp informacji, a specjaliści od klasyfikowania mieli pełne ręce roboty. To wciąż jednak było zbyt mało. Ojciec Telien również brał w tym udział, jako członek rodu Wiedzących. Wobec braku efektów, groziła mu co najmniej degradacja, a nawet śmierć. Wówczas Telien wzięła sprawy w swoje ręce. Zebrała transkrypcje wieszczb, skany artykułów, zdjęcia, zamknęła się na tydzień w pokoju, po czym wyszła i poszła prosto do Mistrza.
Śmiało stanęła przed Radą i spoglądając z wysokości swoich stu sześćdziesięciu centymetrów na mężczyznę o wzroście blisko metr dziewięćdziesiąt, swoim nienagannym głosem oznajmiła, że analizując artykuły, doszła do ustalenia wzoru znaków, używanego przez autora. Poprosiła również o dostęp do bazy wszelkich artykułów z podanych czasopism, dobrego programistę i trochę czasu.
Mistrz, ujęty szczerym przejęciem młodej, zielonookiej przyszłej Wiedzącej, z uśmiechem przyzwolił na tę fanaberię. Mimo to był szczerze zaskoczony, gdy w niecałe półtora tygodnia później przyniesiono mu zdjęcia pewnego Peruwiańczyka, dziennikarza śledczego piszącego po angielsku, i powiedziano, że z całą pewnością to on był autorem artykułów.
Wkrótce zarówno Peruwiańczyk, jak i jego informatorzy (jakieś płotki z Europy) nieszczęśliwie zachorowali na depresję w trybie synchronicznym i równie synchronicznie popełnili samobójstwo. Pochowano ich z wszelkimi honorami, a artykuły ustały jak nożem uciął. Pozycja Telien poszybowała do niebotycznych wysokości, nawet ojciec zaczął mówić, że „jak na kobietę, wykazałaś się wielkim intelektem”, dodając na końcu piękne brytyjskie „my dear”. Wkrótce jednak zaczął ją wysyłać na dodatkowe kursy programowania oraz konferencje zagraniczne, na których brodaci faceci o wyglądzie geeków i nerdów prezentowali najnowsze swoje pomysły.
Jednocześnie matka wymagała, aby, szkoląc się wciąż na Wiedzącą, jak nakazywała tradycja rodowa, odrzucała precz wymogi arystotelesowskiej logiki i weszła w głąb siebie, odnajdując intuicję.
– Jesteś Wiedzącą, ta wiedza jest w tobie! – tłumaczyła jej matka surowo (matka, Madeleine, pilnowała, by mówiąc do córki, posługiwać się językiem francuskim).
No a teraz, niedawno, wyskoczyła ta sprawa czwórki Polaków z jakiejś miejscowości o trzeszczącej nazwie. Tutaj Telien nie pracowała już tak wydajnie z banalnej przyczyny: nauka ich barbarzyńskiego języka o nadmiarze spółgłosek okazała się żmudna, lecz była niezbędna dla powodzenia przedsięwzięcia.
W międzyczasie dziewczyna usiłowała korzystać z Wizji. Chwile wolne od nich spędzała na analizie danych komputerowych. Nieraz myślała z irytacją, że to siedzenie okrakiem na granicy techniki i obrzędów rodem ze średniowiecza w końcu odbije jej się czkawką.

Wysiadając z autostopu w Paryżu w dzielnicy Marais (podróż samolotem uznała za zbyt ryzykowną), pożegnała się z kierowcą, wręczyła mu 100 euro i poszła do najbliższej kawiarni. Tam usiadła, zamówiła espresso i zaczęła myśleć.
Ojciec odsunął ją od sprawy. Ciekawe, że Loża mu na to pozwoliła. Odsunąć najlepszą Wiedzącą? A może… Dziewczynie dreszcz przebiegł po plecach. Może ojciec chciał ją uchronić? Wybłagał odsunięcie, bo Mistrz przebąkiwał coś o jej zbyt wolnych postępach i szykował jej coś gorszego za niespełnianie oczekiwań?
Kelnerka przyniosła napój, a Telien podziękowała skinieniem głowy. Upiła łyk i zamyśliła się znowu. Świat Loży bywał archaiczny także i w tym, że nie uznawano w nim równości płci. To mężczyźni rządzili oraz dzielili pieniądze. Miało to swoje dobre strony – kobiety rzadko kiedy bywały ofiarami kary śmierci. Ale taka izolacja na ten przykład…
Telien słyszała swego czasu o Iluinie. Ponoć popełniła kiedyś coś niewybaczalnego. Wciąż jednak pozostała dobrą Wiedzącą, więc zamknęli ją w celi, gdzie przebywała w samotności i pogłębiającym się obłąkaniu. Odwiedzano ją rzadko. Chyba tylko Holden to robił…
Holden? A właściwie to dlaczego?
Upiła kolejny łyk espresso. Holden… wysłali za nim Oprawcę, bo spieprzył swą misję. A może nie o to chodziło? Ciekawe czy jeszcze żyje i gdzie się teraz znajduje? Musi się koniecznie dowiedzieć, co jest grane i spróbować z nim skontaktować.

Wychodząc z kawiarni, zapytała o najbliższy punkt sprzedaży sprzętu elektronicznego.


Michał Nowina, korekta Quieva Kujdowa

Odcinek 57

Cisza, nareszcie cisza, pomyślał Antoni prowadząc auto w kierunku Kętrzyna. W celu uniknięcia pościgu objechali prawie całe Mazury. Korzystali przy tym głównie z dróg lokalnych, co nie podobało się nawigacji. Namiętnie kierowała ich do Zurichu i kazała zawrócić, kiedy tylko ich azymut nie oscylował w kierunku zachodnim. Było to równie irytujące jak sztubackie kłótnie braci. Teraz spali, a jemu udało się wreszcie wyłączyć polecenia głosowe w GPSie.
Justyna też zasnęła. W półmroku widział wyraźnie jej sylwetkę, spoczywającą swobodnie w fotelu. Jej twarz, oświetlona miękko blaskiem diod konsoli, wydawała się teraz taka spokojna. Na gładkie czoło opadł  niesforny kosmyk, uwolniony z uścisku gumki do włosów. Dodawało jej to nieco figlarnego uroku, kłócącego się z wizją opanowanej, skupionej na zadaniu oficer Policji. Była twarda i pewna w działaniu, jednak Antoni wyczuwał bijące od niej ciepło. Pierwszy raz poczuł je, kiedy trzymała jego głowę na progu willi dziadka, po tym jak go pobito.
Aż westchnął na wspomnienie tamtej chwili. Jej dotyk sprawił, że czuł się bezpieczny i odprężony. Takie odczucia stały mu się obce ostatnimi czasy. Życie go utwardziło. Zawsze na bakier z rówieśnikami, żeby udowodnić coś sobie, trenował szermierkę i sporty walki. Robił to w tajemnicy, ponieważ mama tego nie akceptowała. Jak tylko sięgał pamięcią, zawsze bardzo się o niego bała. Zresztą ciocia Irena również trzęsła się nad Dorotą jak nad jajkiem. Było to dla nich obojga bardzo denerwujące. Karmel, zawsze buntowniczo nastawiona do świata, protestowała otwarcie. On za to po cichu robił wszystko to, co by mogło przyprawić jego matkę o zawał. Miał później z tego powodu wyrzuty sumienia, kiedy zginęli rodzice. Kochał ich bardzo i ciążyło mu to ciągłe wymyślanie kłamstw na temat swoich wyjść z domu. Teraz już wiedział, że zachowanie ich rodziców było spowodowane wiedzą, jaką posiadali. Gdyby sam miał dziecko, z pewnością zrobiłby wszystko, żeby było bezpieczne i trzymało się jak najdalej od bagna, w którym się babrają. Po pogrzebie mamy i taty zamknął się w sobie. Jedynie z dziadkiem mógł rozmawiać o wszystkim. Okazało się jednak, że i on cały czas skrywał tajemnicę, która doprowadziła go w końcu do śmierci. Antek w pełni zdawał sobie sprawę ze skali zagrożenia. Zresztą, wydarzenia ostatnich dni pokazały, że może być jedynie gorzej.
Zamyślony, mechanicznie kierował pojazdem, obserwując pojawiające się i znikające, jeden za drugim, fragmenty krajobrazu. Z naprzeciwka minęła ich samotna cieżarówka, oświetlając przez krótki moment profil pasażerki przedniego siedzenia. Antoni mimowolnie zerknął znów w jej stronę i ogarnęło go dziwne ciepło. Justyna…  Nie rozmawiali ze sobą wiele, zresztą on w ogóle mało rozmawiał, w szkole czy na studiach było to samo – wieczny odludek omijający imprezy szerokim łukiem, z myślami we własnym świecie. Nigdy nie był duszą towarzystwa, dziewczyn w zasadzie unikał, podobnie jak one jego. Przy Justynie jednak czuł się inaczej..  jakby spotkał kogoś naprawdę bliskiego, kogoś, kto mógłby tylko być obok, i nic więcej. Czy kiedykolwiek w życiu zaznał czegoś podobnego?
Przypływ świadomości uderzył w niego brutalnie, przyprawiając o nagły skurcz żołądka. Zacisnął ręce na kierownicy, starając się uspokoić. „Boże jedyny, czemu akurat teraz..? ” – jęknął w duchu.  Parszywy los! Musiał postawić na jego drodze Justynę właśnie w takich okolicznościach?! Ledwo ją poznał, już musiał oswoić się z myślą, co straci, i to zapewne już niedługo. Chociaż z drugiej strony… gdyby nie dostał wtedy po gębie, nie spotkałby jej w ogóle.

Nagle na środku drogi zobaczył mocno poobijanego Land Rovera. Od razu rozpoznał Defendera łowcy demonitów. On sam zresztą machał im, zasłaniając jedną ręką oczy.
– Wstawać, śpiące królewny! – burknął Antoni, redukując bieg.
Auto powoli zaczęło zwalniać, aż wreszcie zatrzymało się przy drugiej terenówce.
– Nareszcie was dorwałem! – uśmiechnął się Isaak.
– Transponder! – krzyknęła wściekła Justyna, przecierając oczy.
Zdjęła z ręki zegarek i walnęła w niego rękojeścią pistoletu.
– Czyżby okres się zbliżał? – zarechotał łowca.
Policjantka spiorunowała go wzrokiem.
– Spokojnie malutka, ja zrobiłbym dokładnie to samo, ale jakieś dwieście kilometrów temu – odpowiedział pojednawczo.
– Sacrebleu! – zaklął nagle Holden.
– A tobie co znowu, braciszku? Pluskwa cię w dupę użarła? – przyciął mu Marco sarkastycznie.
– Pierścień! – odpowiedział Holden krótko.
– Co, bez biżuterii czujesz się mało męski? – drwił dalej Marco w najlepsze.
Holden spojrzał na niego z pogardą.
– Nadajnik, głupcze. W pierścieniu jest nadajnik! Trzeba go zniszczyć!
Na te słowa Karmel wygrzebała ze swojej torebki paczkę z rzeczami Holdena.
Wszyscy w milczeniu patrzyli, jak wziął od niej pierścień, zdecydowanym ruchem wysiadł z samochodu i ustawiając się z wiatrem roztrzaskał go kamieniem, zakrywając twarz rękawem kurtki. Wiatr porwał chmurkę halucynogennego pyłu i uniósł w dal.
– Jedno jest pewne: w tym miejscu Loża nas zgubiła – odetchnął z ulgą, wracając.
Dla wszystkich obecnych jasne stało się jednak coś jeszcze: że w tym oto momencie Holden dokonał wyboru, stając się niejako jednym z nich.
– Wszystko pięknie ładnie – podsumował Marco, burząc podniosły nastrój chwili – tylko jak ja niepostrzeżenie wyrwę z chaty paszport? W strefie Shengen luz, ale jak ta cała kabała rzuci nas w inny rejon świata, co wtedy? Tam bez paszportu będę miał pozamiatane – sarkał nie kryjąc irytacji na myśl o czekających go komplikacjach.
Łowca Demonitów roześmiał się.
– Moi drodzy, czy wy serio myślicie, że na swoje dowody czy paszporty gdziekolwiek się ruszycie niepostrzeżeni? Trzeba wam wyrobić nowe papiery.
Karmel spojrzała na paszport, który znaleźli w aucie. Wcześniej nie zwróciła uwagi, ale istniała w nim jako Doris Parker i była Irlandką. Skórzane etui skrywało okładkę i nie zauważyła, że jest to dokument obcego państwa.
Z ciekawości wyjęła dokumenty Antka. Uśmiechnęła się pod nosem.
– Szykuj kilt, kuzynku – rzekła nie kryjąc rozbawienia.
– Co, znowu jakaś wizja? – zapytał wyrwany z zamyślenia Antoni.
– Raczej poczucie humoru naszego dziadka, panie Dick McDonald.
Wszyscy jak na zawołanie parsknęli śmiechem.
Justyna wychyliła się przez okno samochodu i śmiejąc się co chwilę zamówiła siedem Mc zestawów na wynos, czym wprawiła wszystkich w szok, a potem w jeszcze większe rozbawienie.

Antoni rozdziawił usta ze zdumienia. Nie podejrzewał jej o takie poczucie humoru. Od początku nie znać było na jej twarzy cienia uśmiechu, a tu proszę… chociaż nijak nie mogło się to równać z ułańską fantazją jego dziadka, który był zdolny nadać mu imię jednego z założycieli sieci Fast Foodów. Stał tak przez chwilę osłupiały, lecz jej szczery uśmiech i błyszczące oczy przełamały w końcu tę blokadę i sam roześmiał się tak beztrosko, jakby nie groziło im żadne niebezpieczeństwo.
Taki wentyl był im potrzebny. Ciągłe napięcie, nerwówka i zagrożenie obciążało ich i utrudniało trzeźwe myślenie. Śmiech oczyszcza i dotlenia, daje chwilę wytchnienia i pozwala naładować akumulatory.
Rozbawienie ustąpiło równie szybko, jak się pojawiło. Dało im jednak nowy zapas sił i trochę nadziei.
Przez chwilę milczeli patrząc na siebie. Byli teraz zespołem. Musieli na sobie polegać, żeby przeżyć.
Jako pierwszy zareagował niemy łowca demonitów. Podszedł do Isaaka i płożył mu rękę na ramieniu. Oboje skinęli głowami.
– No dobra, moje gołąbki – odezwał się Savage. – Trzeba obmyślić plan działania.
Marco znowu spochmurniał.
– Wszyscy mają alter ego, kasę, wypas furę rodem z Bonda. A ja? Goły i wesoły, nawet swój wóz musiałem porzucić nad tym przeklętym jeziorem – westchnął niepocieszony.
Karmel spojrzała na niego znacząco spod ściągniętych brwi. „Ciesz się że masz dupę w jednym kawałku”, usłyszał w myślach i pokornie pokiwał głową.
Widząc to Holden szturchnął go zawadiacko w bok.
– Nie martw się, braciszku – rzekł rubasznie – Jedziemy na tym samym wózku.
Lynsverd aż się zagotował.
– Te, od kiedy to jesteśmy tak blisko? – warknął zaciskając pięści. – Nie porównuj się do mnie, bo nie ręczę za siebie. To, że rozpieprzyłeś ten swój tajniacki sprzęt, nie spowoduje od razu, że wezmę cię w ramiona!
Holden odsunął się i spuścił głowę, skonfudowany. Nie mógł pojąć, co go właściwie naszło? Pierwszy raz od niepamiętnego czasu zareagował tak otwarcie i spontanicznie na drugiego człowieka. Nie chciał tego, ale to było silniejsze. Żeby jeszcze było śmieszniej – osobą tą był człowiek, którego całymi latami nienawidził w duchu za sam fakt, że istnieje. Teraz zaś, wiedziony instynktem, wyciągnął do niego rękę, chcąc wyrwać się ku normalności, lecz ta została z marszu odtrącona – równie spontaniczna reakcja brata w jednej chwili sprowadziła go na ziemię. W sumie to po ich pierwszej konfrontacji trudno się było spodziewać czego innego, ale i tak go to zabolało.
Prawdę powiedziawszy, rozumiał z tego wszystkiego coraz mniej. Zaczynał się gubić w tym gąszczu emocji jak bezradne dziecko.
– Nie czas na kłótnie – odezwał się Antoni, przerywając tę wymianę uprzejmości. – Mamy na głowie dwie bandy palantów. Każdy z nas ma wyrok. Więc, żeby wynieść z tego wszystkiego głowy na karku, musimy współpracować.
– Bernard miał rację, że odziedziczyłeś po dziadku zdolności przywódcze – uśmiechnął się Issak, podchodząc do Toniego. Chwycił go za ramiona, spojrzał w oczy i odsunął z powrotem na bok. – Słusznie prawisz, aleś jeszcze żółtodziób, a my nie mamy czasu na zbieranie doświadczenia. Z tej racji będę mówił krótko. Pierwsze, to ciuchy. Mamy grudzień, a wy paradujecie praktycznie w samych swetrach. Drugie: dokumenty i zaopatrzenie w sprzęt. Antek i Dorota mają swoje papierki. Dla Justyny, Marka i Holdena załatwię do jutra wieczora. Sądzę, że to by było póki co na tyle.

Antek zkrzywił się, rozeźlony. W zasadzie chciał powiedzieć dokładnie to samo, lecz odpuścił sobie rozumiejąc, że łowca przejął prym w dowodzeniu dla ich dobra. Nie to go jednak najbardziej poruszyło. W jego głowie świdrowało wciąż pierwsze zdanie Isaaka. Skąd znał jego dziadka?
Chciał zapytać, ale ochroniarze wsiadali już do auta. Zanim odpalili silnik, Isaak ustalił, że spotykają się w Świętej Lipce jutro koło dwudziestej pierwszej.
– No to świetnie – burknął Marco. – Znowu będziemy musieli się tłuc nocą po tej dziurawej, wąskiej drodze. Antoś, naprawdę nie było jakiejś drogi wojewódzkiej pod ręką?
Antek, wyrwany z rozmyślań nad nieznaną strona życia swojego dziadka, odparł od niechcenia:
– To DW 600, w okolicy Szczytna  lepszych dróg nie uświadczysz. Mieszkając tyle lat w Kętrzynie powinieneś o tym wiedzieć.
– Omnibus pieprzony – mruknął  Długowłosy pod nosem i zaraz dodał głośno: – Skoro mamy zrobić zakupy, to trzeba ruszyć na Olsztyn. Mają tam całkiem niezłą galeryjkę i parę topowych sklepów odzieżowych.
– Galerie odradzałabym – włączyła się do rozmowy Justyna. – Tam nas namierzą w mgnieniu oka.
– Pani oficer ma rację – przytaknął Holden. – Loża jest podłączona pod wszystkie monitoringi na świecie wpięte w sieć, a jej dwa mega komputery analizują dane z nich na bieżąco. W pół minuty będą wiedzieli, gdzie jesteśmy. Od tego momentu zostanie nam piętnaście minut, do godziny. Tyle czasu potrzebuje na przybycie odział najbliższy miejscu zlokalizowania twarzy poszukiwanego.
– Żeś mnie pocieszył.. – westchnął Marco z rezygnacją. Słowa brata sprawiły, że jego entuzjazm zgasł w jednej chwili. – To co teraz robimy..?
Antoni milczał, skupiony. Próbował obmyślić plan działania, jednak myśli rwały mu się już ze zmęczenia. Musieli odpocząć. Tak, to powinien być pierwszy punkt programu – stwierdził zdecydowanie.
Odwrócił się do swoich towarzyszy i kazał wsiąść do auta.
– Dokąd jedziemy, kuzynku? – zapytała Karmel.
– Do pensjonatu w Orzynach. Znam jego właścicieli, to nocne Marki. Nie ma jeszcze drugiej, więc nie będą spali.

Sinead Ignis , korekta Quieva Kujdowa

Odcinek 58

Protestanckie cnoty, takie jak oszczędność, skromność i pracowitość, były Telien znane. Głównie ze słyszenia z ust rodziców, wykładowców i innych szacownych ludzi, którzy w jej świecie sprawowali władzę. Prywatnie jednak była człowiekiem leniwym. Dręczyło ją to przez większość życia aż do momentu, kiedy na jednej z konferencji informatycznych usłyszała z ust prezesa pewnej firmy, że woli on zatrudniać ludzi leniwych, ponieważ zamiast dłubać godzinami w problemie, wymyślają szybkie jego rozwiązania.
– Lenistwo, proszę państwa, jest zaletą! – grzmiał prezes ze swojego miejsca, a Telien siedziała, w duchu wyobrażając sobie oburzoną minę swoich rodziców, gdyby ośmieliła im się powiedzieć coś takiego. Nie doszło jednak do tego, podobnie jak do wielu innych interakcji, o których Telien słyszała, że w innych rodzinach były normalne. W tej jednak nie.

Na ulicach leżał brudny śnieg, wiał przenikliwy wiatr i Telien, z nową torbą na netbooka i dopiero co kupionym telefonem w ręce, dosłownie wpadła do kolejnej kawiarni. Znalazła wolny stolik i przecisnęła się między klientami, którzy dyskutowali zawzięcie. Dziewczyna mimowolnie zaczęła nasłuchiwać i przez chwilę pozazdrościła młodym ludziom wokół siebie tej aury beztroski, w której rozprawiali o uniesieniach ducha. Ktoś dowodził, że wielkie przeżycia są źródłem zarówno pięknej literatury, jak i grafomaństwa. Oponent, okularnik z fantazyjnie zawiązanym szalem, uważał jednak, że to nie jest możliwe, by dzieła tak jakościowo różne mogły się wywodzić z jednego pnia. To z kolei skierowało dyskusję na tory definicyjne – czym jest grafomaństwo i czy to aby na pewno różnica jakościowa?
Rozmowa w sam raz na Paryż, pomyślała Telien z ironią. Pisarze, malarze, filozofowie.. Zamówiła ciepłą herbatę z przekąską. Ciepło pomieszczenia rozchodziło się przyjemnie po jej ciele a łagodne czerwonawe światło kawiarni lekko zmącało kontury sprzętów i twarzy. Chętnie wypiłaby jakiś alkohol, lecz niestety – teraz właśnie, pomimo zmęczenia, musiała zwiększyć obroty i zachować niezmąconą jasność umysłu. Pozwoliła sobie jedynie na chwilę rozprężenia, rozciągając się wygodnie w miękkim fotelu i obserwując czujnie otoczenie spod półprzymknietych powiek.
Kiedy kelnerka zjawiła się z zamówieniem, Telien zebrała się w sobie i zaczęła działać. Podpięła netbook do gniazdka, wyjęła płytę z Linuxem i przystąpiła do instalacji oprogramowania. Potem wsadziła kartę do telefonu i przez chwilę przyglądała się aparatowi.
Wyszła z posiadłości niemal bez niczego (nie licząc pieniędzy oraz paru innych istotnych drobiazgów), ale to nie miało znaczenia. To co najważniejsze Telien przechowywała w swej pamięci. Posiadłszy wiedzę na temat informatyki, zabezpieczeń i działania Loży, uznała za konieczne poświęcanie mnóstwa czasu zapamiętywaniu każdego hasła czy ciągu cyfr, którego zdarzyło jej się użyć lub z którym musiała się zetknąć wielokrotnie. Nie dysponując fotograficzną pamięcią, robiła to żmudnie, ale wiedziała, że w organizacji takiej jak Loża jakiekolwiek osobiste notatki równałyby się samobójstwu – Mistrz nie wahał się zlecać przeszukiwania prywatnych kwater w siedzibie, a w dodatku sieć powiązań, zazdrości, stanowisk generowała chorobliwy stan czujności. Osiągnięciami należało się chwalić, rywali zadeptywać od razu, czyjś pomysł natychmiast podchwycić i przedstawić jako własny. I wszystko to szybko, zaraz, na już. Bo inni, lepsi, sprawniejsi, zdolniejsi, tłoczyli się tuż za plecami, by wbić w nie nóż. Nie tylko metaforyczny.
Telien upiła łyk herbaty. Teraz te bezsensowne szeregi znaków były jej kluczem do działań, mogły się jednak stać równie dobrze gwoździem do trumny.
Zawahała się przez chwilę, po czym skupiła i wybrała numer.
– Halo?- zapytał ktoś w słuchawce z silnym obcym akcentem. Telien poznała głos Ollego, lecz na wszelki wypadek wypowiedziała pięknym szwedzkim:
– Sądzę, że powinniśmy kupić lodówkę w kolorze awokado.
Na chwilę zapadła cisza, po czym męski głos odpowiedział:
– To rzadki kolor, ale myślę, że będzie dostępny w przyszłym tygodniu.
Telien uśmiechnęła się i rozejrzała dyskretnie. Nie, nikt nie wyglądał na podsłuchującego Szweda.
Odetchnęła z ulgą, jednak najważniejsze wciąż było przed nią.
– Olle – zaczęła – powiedz mi, co się dzieje. Wróciłam niedawno z wycieczki i…
– Tak, wiem – odparł – namierzają mnie. Za godzinę na czacie na forum.
Rozłączył się. Telien zaś spokojnie przetestowała system, po czym wyjęła z zakamarków kieszeni swój najcenniejszy skarb. Pendrive o pojemności 32 GB, wielkości opuszka palca. A na tym nośniku… Gdyby straciła to cudo, mogłaby się pożegnać z szansą na cokolwiek. Całe szczęście ojciec, człowiek mimo wszystko starej daty, choć pomyślał o odebraniu jej kart kredytowych, nie wpadł na pomysł, że malutki kawałek plastiku z elektroniką w środku może dawać tyle możliwości.
Wprawnie zainstalowała systemy zmieniające publiczny adres IP. Teraz będzie pisała z Chin lub Tajlandii. Programy antyszpiegowskie, różne inne drobiazgi zacierające ślady…
Mimo wszystko notatek dalej robić nie wolno, a szkoda. Jednak w centrach operacyjnych z prawdziwego zdarzenia meldunki pisze się na maszynie, a dane trzyma na starych pecetach bez dostępu do Internetu. Podobnie, puszczanie strumienia wody dla zagłuszenia podsłuchu wciąż zdawało egzamin. Ech, pomyślała. Przydałby się taki wirtualny kran.
No i wisienka na torcie – pakiet TOR, brama do Darknetu.
Zostało jeszcze trochę czasu, więc Telien dopijała stygnącą herbatę i rozmyślała. Olle… Poznali się przy okazji jakiegoś szkolenia z Loży. Takie spotkania, połączone z bankietem, służyły integracji, wymianie danych, no i edukacji. Oczywiście, spali ze sobą. Wysoki, blondyn, typowy Skandynaw, miał żonę i dwoje dzieci. O dziwo, żadne z nich nie było związane z Lożą, co z początku  bardzo Telien zdziwiło – w jej rejonach świata dla tej organizacji pracowały całe rodziny, żyjąc jej sprawami. Okazało się, że w różnych krajach bywało z tym niejednakowo – Szwed wyjaśnił, że u nich nie ma tradycji służenia Loży od pokoleń, członkowie często są jedynymi osobami ze swoich rodzin, które w jakiś sposób związały się z Lożą, czy raczej, z którymi Loża zdecydowała się nawiązać współpracę. Uśmiechając się pod jasnym wąsem, Olle powiedział, że nie szukał dojść, przedstawiciele sami się do niego zgłosili.
– Zupełnie jak w wywiadzie i kontrwywiadzie – dodał ze śmiechem, a Telien zastanawiała się wówczas, czy powiedział to jako porównanie wzięte znikąd, czy może kryło się w tym głębsze dno.
Powód był jednak zupełnie prozaiczny, jak się okazało. Olle miał powiązania z handlem narkotykami i żywym towarem. Loża zaś była żywo zainteresowana poszerzaniem strefy wpływów, a także – co tu ukrywać – pozyskiwaniem dodatkowej gotówki, której lwia część szła nie tylko na finansowanie ekscentrycznych poszukiwań artefaktów, ale i najbanalniejsze w świecie łapówki. Gdy Telien pierwszy raz usłyszała o Srebrnikach, pomyślała złośliwie, że całe to bogactwo zapewne pójdzie na kupienie Kongresu USA oraz przedstawicieli Parlamentu Europejskiego.
Tak, bez dwóch zdań znajomość z Ollem przysporzyła jej wiele korzyści, nie tylko ze względu na tych kilka przyjemnych chwil, jakie spędzili ze sobą. To właśnie Olle prowadził ją w świat Darknetu i dał ścieżki dostępu, których oczywiście nauczyła się na pamięć. W tamtym czasie poszukiwała wrażeń, chciała też poeksperymentować z narkotykami i ich wpływem na jej zdolności jako Wiedzącej. Teraz wpisała jeden z tamtych adresów – oby działał! A jeśli policja zamknęła już tę stronę?
Ale nie, forum funkcjonowało jak zawsze. Telien obojętnie prześlizgnęła się po ustaleniach dotyczących przemytu kokainy. Czekała, aż się pojawi Olle. Wreszcie!
Bez zbędnych wstępów napisał po szwedzku:
„Stary jest na ciebie wściekły za zero rezultatów planuje cię zamknąć uciekaj albo złap tego archeologa i jego kumpli”
Pociemniało jej w oczach. Przełknęła z trudem kęs ciastka i napisała:
„Gdzie zamknąć?”
„razem z iluina nie wiem która to”
„Co z tym archeologiem i resztą?”
„Holden był z nimi stracili z nim łączność nie wiadomo gdzie są”
Tutaj Telien uśmiechnęła się z wyższością. Niby sprawa tych Polaków była priorytetowa, ale… rozumiała, że Olle nie musiał być z wszystkim na bieżąco. Prawdę mówiąc i tak się dziwiła, że przebywając u siebie wiedział aż tyle.
„Kiedy?”
„nie wiem”
Uśmiech spełzł z twarzy Telien, gdy przeczytała:
„ścigają cię, mają cię brać żywcem, zostałaś uznana za bezużyteczną wiedzą że uciekłaś jak cię złapią mają nakaz zatrzymać i ogłuszyć”
„Najwyżej mnie zamkną.”
„mam zamówienia na nową porcję cracku mała chcą was szprycować tym bo ponoć efekty niezłe, będziecie wieszczyć tak że sybilla się schowa”
O, jaki cholerny humanista się znalazł! Wykształcony, pierdolona jego mać, pozwoliła sobie Telien zakląć w duchu wbrew wpojonej kindersztubie.
„A po co im te sybille?”
„żeby złapać tych polaków”
„To nie umieją ich namierzyć?”
„Ponoć jakiś nadajnik nawalił”
W tym momencie wszystko w umyśle Telien złożyło się w jedną całość. Nie pisała nic przez chwilę, usiłując przetrawić informację, a w międzyczasie na czacie pojawiło się:
„zmykaj, mała. Powiedziałem im że dzwoniłaś. Wzięli mój telefon i wiedzą skąd”
„Jak to”
„Sorry, mam żonę i dzieci. Niezła z ciebie dupa, ale zmień kraj. Już jadą po ciebie”.
Przez krótką chwilę Telien siedziała jak sparaliżowana. Musiała skupić wszystkie siły, by się opanować i odzyskać przytomność umysłu. Metodycznie, nie zaniedbując żadnych środków ostrożności, wylogowała się i wyczyściła pamięć komputera. Przywołała kelnerkę i zapłaciła. Potem spakowała się, sprawdziła, czy pendrive wylądował na swoim miejscu, weszła do toalety, wyjęła kartę SIM i utopiła w muszli klozetowej. Aparat zachowała, na pewno się jeszcze przyda. Wyszła energicznym krokiem i zapytała o najbliższy postój taksówek. Na szczęście był niedaleko. Akurat wsiadała do najbliższego samochodu, gdy zobaczyła kilka męskich sylwetek, wbiegających do kawiarni. Wszystkie wyciągały w biegu broń.
– Poproszę na Dworzec Północny – powiedziała do kierowcy.
Odjechali. W kasie dworcowej poprosiła o bilet na pociąg do Brukseli. Odjeżdżał dopiero następnego dnia około dziewiątej, więc Telien, nie tracąc spokoju, znów włączyła netbooka i sprawdziła adres najbliższej noclegowni dla bezdomnych oraz dojazd. Potem schowała swój nowo nabyty sprzęt w szafce depozytowej, w myślach żegnając się z nim. Wyszła z dworca i wsiadła do autobusu. Gdy zakręcał, zobaczyła parkujące auto i znów kilka sylwetek biegnących do budynku dworca. Oby tylko go nie obstawili…
Gdy zajechała na miejsce, z żalem wytarzała się na trawniku, rozczochrała włosy i wmieszała się w grupę kloszardów, zmierzających do noclegowni. Obym tylko nie złapała wszy, pomyślała z niesmakiem.
Bała się trochę, że ze swoimi białymi dłońmi zanadto się wyróżni, lecz jej znękana twarz (nie spała od prawie trzydziestu godzin), sińce pod oczami, bladość i ogólne zmęczenie przemówiły na jej korzyść. Na miejscu otrzymała możliwość wzięcia prysznica i przespania się paru godzinek. Oferowano jej również nowe ubranie. Podziękowała. Stare oddała, uprzednio wyjmując z nich resztkę pieniędzy.
Potem ułożyła się w ciemności, nasłuchując świszczących oddechów paryskich kloszardów. Sine, zniszczone twarze, czerwone ręce tych ludzi, wulgarny język – wszystko to napawało ją wstrętem. Nie mogła zasnąć. Przepite, ochrypłe głosy, mówiące różnymi językami świata brzmiały okropnie. Bogowie, pomyślała, toż to bydło, nie ludzie.
Gdy napotkała mętny wzrok współlokatorki z pokoju, aż zadrżała. Tamta to spostrzegła i powiedziała z dziwnym akcentem, który Telien zidentyfikowała ze zdumieniem jako polski:
– Co, panieneczko, pierwszy raz na ulicy?
Telien kiwnęła głową.
– Pracodawca nie zapłacił?
Znów kiwnięcie. Telien była bardzo, bardzo zmęczona.
– Nie martw się, gołąbeczko. Przywykniesz.
Na te słowa w głowie dziewczyny pojawiła się wizja siebie, siedzącej w jakimś pomieszczeniu, a ktoś – czy aby nie któryś z laborantów z Loży? – wstrzykiwał jej jakąś substancję, mówiąc: „Przywykniesz. Będziesz miała wizje, jak jeszcze nigdy”. A ona wyrywała się, krzyczała, ale dwóch innych trzymało ją mocno…
Omal nie krzyknęła, kiwnęła tylko głową i bez słowa przykryła się kołdrą. Serce biło jej szybko. Wiedzące jej rangi widziały nie tylko przeszłość i zdarzenia równoległe, ale i przebłyski przyszłości. Przyszłość jednak to nie wytyczona ścieżka, nie jasny trakt, lecz odgałęzienie rzeczywistości, które może potencjalnie zaistnieć, lecz nie musi..
Telien zrozumiała, że właśnie odebrała ostrzeżenie. Oto jedna z odnóg przyszłości ukształtowała się i czekała na swoje ziszczenie.


<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Literacki performance

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #13

249 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->


Michał Nowina

Odcinek 53

Pancerny bolid mknął żużlówką, prowadzony pewną ręką Justyny. Antoni milczał i aktywował kolejne systemy w samochodzie. Nawigacja z wejściem na GPS armii, systemy obrony aktywne i bierne, łącze darknet i pełen autocheck – widać, że dziadek przewidział wszystko. Skoro ten samochód jest tak wypasiony, to musi być też wskazówka co ma robić, czy gdzie jechać.
Niewiele myśląc włączył nawigację.
Na ekranie ukazał się jego dziadek na tle warsztatu samochodowego. Odpalił fajkę i rozsiadł się w krześle.
– Witaj osobo, która włączyłaś system w moim pięknym atucie. W tym momencie masz minutę na okazanie swej tożsamości. Jeżeli nie jesteś mną, co w zasadzie odpada, bo podejrzewam że już nie żyję, lub moimi kochanymi wnukami, to za 45 sekund z auta zostanie odessane powietrze. Wiem, mało to subtelne ale skuteczne i nie ma niewinnych ofiar, jak przy bombie. Połóż teraz dłoń na skanerze i módl się, żebyśmy byli spokrewnieni.
Antoni szybko zrobił, co kazał dziadek. Skaner sczytał jego dłoń i po chwili odtworzył się kolejny film:
– Antoś, urwisie! Cieszę się, że żyjesz! Martwi mnie tylko to, że to Dorotka kieruje, skoro ty uruchomiłeś system. Nie jestem pewien, czy wystarczająco wzmocniłem auto na jej zdolności.
– Dzięki dziadku za wiarę we mnie – odpowiedziała Karmel z tylnego siedzenia.
– Moja złotooka, ja zawsze w ciebie wierzyłem – odpowiedział dziadek. Widać znał swoje wnuczęta na wylot. – Właśnie dlatego to ciebie przygotowywałem od dziecka na pomoc dla Antka. On jest trochę nieporadny i musi mieć anioła stróża.
– Też ciebie kocham dziadku – mruknął Antek, czym wywołaj lekki uśmiech u Justyny.
– Już się tak nie dąsaj, wnusiu – dziadek odzywał się tak, jakby to nie było nagranie, a wideo rozmowa. – Ty masz talent do pakowania się w tarapaty. Nigdy nie wiesz kiedy odpuścić i ugryźć z innej strony. Teraz jednak musisz działać mądrze, a nie jak yorkshire terier, który zobaczył pitbula.
Dobrze moje dzieci. Koniec tych uprzejmości. Musicie się wspiąć na wyżyny przemyślności, żeby przeżyć. Ogólnie macie pełen przechlap. Próbowałem was chronić, ale skoro oglądacie ten film klasy B, to znaczy że zdążyliście już zapalić znicze na moim grobie.
Jak już pewnie wiecie, staliście się celem trzech grup, chcących zdobyć Judaszowe srebrniki. Ponoć dają władzę nad pieniędzmi całego świata. Chociaż to już się udało banksterom, wciąż nie brakuje oszołomów wierzących w moc artefaktów.
Srebrniki z Ziemi Świętej wywieźli Templariusze. Coś w tych monetach musi być, bo stali się najbogatszym zakonem ówczesnego świata.
Szczęścia jak widać nie przynoszą, bo chłopaki zostali zaproszeni na swoiste pieczyste przez Króla Filipa. Wcześniej jednak ukryli przeklęte pieniądze. Od tej pory walczą o nie Masoni, Loża Możnych i Bractwo Pierwszych oraz cała masa oszołomów. Z pierwszej trójki to Masoni są najbardziej grzecznymi dziećmi. Loża i Bractwo to prawdziwe psychopatyczne mendy. Posiadają po kilka srebrników. Jak weszli w ich posiadanie, nie wiem. Sądzę jednak, że poprzednich właścicieli bardzo bolało rozstanie z nimi. Teraz szukają Złego Szeląga, który pozwala odnaleźć pozostałe monety i posiąść ich moc. Wiem, że zabrzmi to bardzo patetycznie, ale musicie zrobić wszystko, żeby nie dostał się w ich łapy.
– Antoś, już wiem po kim jesteś tak pokręcony – mruknął z przekąsem Marco.
– Dzięki za komplement, ale w tej chwili humor mi trochę zwiądł. Staruszek wiedział o wszystkim, a nic nam nie powiedział, tylko zostawił rozrzuconą układankę! – krzykną Antek, waląc pięścią w konsolę.
Uderzenie uruchomiło funkcje autotracker.
– Cel podróży zatwierdzony. Adres docelowy: Zurih, Uniwersytet historyczny – powiedział miękki kobiecy głos. Następnie dodał: – Pojemność baku 100 litrów. Pozostało 89. Obecnie mój zasięg przy ekonomicznej jeździe wynosi około 1187km. Autocheck nie wykazuje uszkodzeń. Przechodzę w tryb nawigacji. Życzę udanej podróży.
Justyna parsknęła śmiechem.
– To auto jest kobietą!
– W dodatku o głosie mojej matki – dodał Antek, ocierając łzę.
Justynie zrobiło się głupio. Pierwszy raz znaczyła Antoniego tak zasmuconego. Widok tej męskiej łzy sprawił, że coś ją zakłuło w sercu. Odruchowo położyła rękę na jego ramieniu i powiedziała.
– Brakuje jej tobie.
– Bardzo. Obojga. A teraz wiem, że i ona brała w tym udział. Do tego usłyszeć jej głos.. – zaszlochał.
W aucie zrobiło się nagle dziwnie cicho. Każdy z nich stracił kogoś bliskiego. Tę ciszę przerwały odgłosy z bagażnika. Holden tłukł się krzycząc, że się dusi.
– Antek, sprawdź no czy ten przerośnięty KIT ma doprowadzenie tlenu do kufra, bo nie uśmiecha mi się jechać z tą gnidą na jednym siedzeniu! – warknął Marco, tłukąc łokciem w tylną półkę.
– Zawsze możesz się z nim zamienić, mój drogi – rzekła Karmel z przekąsem i potarmosiła go po głowie.
– Musimy się zatrzymać – zamknęła dyskusję Justyna.
Skierowała auto w boczną drogę i zgasiła światła. W pełnym zaciemnieniu odczekali chwilę, nasłuchując, czy nikt nie nadjeżdża. Następnie przyświecając sobie latarkami otworzyli bagażnik.
Holden, zwinięty w kłębek, skrywał głowę w ramionach.
– Wyłaź! – warknął bez ceregieli Marco.
– Kiedy nie mogę…
– Skoro nie możesz, to ok, jedziemy dalej! Antek, zamykaj kufer! Justyna – ty prowadź, a my z Dorotą rozłożymy się wygodnie na tylej kanapie.
Holden na te słowa aż się uniósł, wyjmując głowę z ramion.
– To lepiej już mnie zabijcie! Jeszcze nigdy tak się nie poobijałem!
Antoniemu i jego kompanom ukazał się żałosny widok. Holden miał rozbity nos, kilka guzów i rozcięty łuk brwiowy. Musiało nim porządnie wytrząść.
– Dobra, koniec gadania – powiedziała stanowczo Justyna. – Marco, pomóż bratu wyjść z bagażnika.
– Chyba cię pogrzało?! – wypalił tenże, wyprowadzony tym pomysłem z równowagi – Może mam go jeszcze przewinąć i dać smoczka? Niech go Antek wygramoli, to jego bryka!
– Marco, nie zachowuj się jak dzieciak! – zestrofowała go Karmel, pomagając kuzynowi wyciągnąć Holdena na zewnątrz.
Agent Loży ledwo trzymał się na nogach. Pomogli mu usiąść na tylnym siedzeniu i pospiesznie zajęli na powrót swoje miejsca.
Justyna ostrożnie wytoczyła wóz na główny dukt i dodała gazu. Pomknęli naprzód jak świetlna strzała wypuszczona w ciemność grudniowej nocy.

Michał Nowina & Quieva Kujdowa

Odcinek 54

Marco siłą rzeczy zmuszony był siedzieć teraz ramię w ramię z bratem, co wyjątkowo mu w tej chwili nie leżało i czego nawet nie starał się ukrywać. Urażony w swej dumie, nie mogąc się odseparować od obiektu irytacji, ostentacyjnie obrócił twarz do okna.
Antoni nie zważając na jego fochy podał Karmel apteczkę, a ta sprawnie zabrała się za opatrywanie ran Holdena.
– Dlaczego mi pomagacie..? – Holden nie krył zdumienia – Przecież chciałem was zabić, żeby ocalić własne życie. To nie trzyma się kupy.
– Poprawka, to oni się z tobą cackają – wtrącił Marco zjadliwie. – Jak dla mnie to mógłbyś jechać w tej kuszetce do samego Zurihu, braciszku.
– A dlaczego ty kazałaś mnie wziąć do auta? – Holden przeniósł wzrok na detektyw Bielską – Przecież ja ciebie Justyno.. no wiesz. Za takie coś to przecież…
– Po pierwsze to dla ciebie jestem panią detektyw, a po drugie potrzebujemy cię w jednym kawałku.
Justyna najchętniej rozjechałaby go tym pancernym autem, ale nie chciała się zniżać do jego poziomu. W sumie widok jego zmieszania i bolesnego zaskoczenia sprawił jej pewną satysfakcję, ale i zarazem dał do myślenia.
– Tobie też dziękuję, Antoni – odezwał się znowu Holden.
– Nie dziękuj mnie, tylko bratu, łajzo. Gdyby nie on, poleciałbyś z dymem jak nic.
Holden zrobił wielkie oczy i spojrzał na Marco.
– Coś tak ślepia wybałuszył, jakbyś nie mógł się wysrać? – odburknął długowłosy, wyraźnie niezadowolony z tego, że Antek wskazał Holdenowi wybawcę.
Ten w odpowiedzi zaczął się śmiać, aż się popłakał ze śmiechu.
– To wszystko nie trzyma się kupy! Loża kazała mi z was wycisnąć wszystko, co wiecie. Jednocześnie wysłali Oprawcę, by mnie zlikwidował za niewykonanie misji. Wy natomiast mnie uratowaliście. To mi się nie mieści w głowie!
– Bo zwykła świnia jesteś, braciszku – wycedził Marco, spoglądając mu w oczy z pogardą.
– Masz rację, Marco, jestem podły – odparł Holden, ze stoickim spokojem wytrzymując to spojrzenie. – Do tej pory robiłem wszystko by coś osiągnąć, żeby matka zobaczyła, że jestem tu i teraz i żyję dla niej.
– Co ty chcesz od naszej matki? – irytacja Marka zaczęła ponownie osiągać niebezpieczny pułap. – I jak niby miałaby to zobaczyć? – dorzucił zdezorientowany.
– Normalnie, przecież to jedna z naszych – wyznał Holden beznamiętnie. – Ale ona żyje tylko tym, że straciła swego ukochanego mężczyznę i syna. Ja dla niej nie istnieję. Szkoda że wcześniej nie wiedziałem, komu zawdzięczam ten parszywy zaszczyt.
Takiego obrotu sprawy nikt się chyba nie spodziewał, a najmniej już sam Marco. Po prostu zabrakło mu nagle słów, jakby mu mowę odjęło, co jak na niego było zjawiskiem wybitnie nietypowym. Wszyscy zgromadzeni spojrzeli na niego z niepokojem, czekając dalszej reakcji.
Temperament Marco nie kazał jednak na nią długo czekać.
Twarz wykrzywiła mu się w zjadliwym grymasie.
– Ach więc to tak? – syknął bratu do ucha, głaszcząc go po brodzie z perwersyjnym uśmiechem. – Sądząc po tobie, to z twego ojca musiał być kawał skurwiela, więc nie dziw się, że znalazła sobie kogoś lepszego.
Holden aż się zakrztusił.
– Mój ojciec przynajmniej był jednym z członków rady, a twój to zwykły bandyta! – wykrzyknął. – Morderca na usługach Loży, Bractwa i chuj wie kogo jeszcze! Służył i zdradzał jednocześnie. Chciał odkupić grzechy przodków, że to niby jest taki oddany – ooo tak, grać to on potrafił! Nawet Wiedzący nie poznali się na nim. Wszedł jak lis do kurnika, zerżnął moją matkę i spłodził kolejnego bandytę!
Marco chwycił go za gardło.
– Licz się ze słowami! – wycedził. – Mój ojciec nie był bandytą i ja nim nie jestem!
Holden ostentacyjnie zerwał jego rękę ze swojej szyi i spojrzał prosto w oczy.
– Jesteś taki jak on. Wcześniej czy później zaczniesz mordować. On ponoć zabijał bez mrugnięcia okiem. Nie wiem co ta suka, nasza matka, widziała w tym przybłędzie. Jak mogła porzucić dla niego swoje dziecko? To nieludzkie!
„Jak ona mogła?!” – kpił z niego Marco, parodiując bezbłędnie jego miny i gesty wyrażające święte oburzenie.
– I kto to mówi? – parsknął ironicznym śmiechem. – Też znalazł się moralizator! Jakbyś sam nie chciał nas zabić, hipokryto! Twój tatuś w takim razie nie był lepszy. Tylko on miał długi palec, to inni za niego brudzili sobie ręce. Poza tym skąd wiesz, czy to on właśnie nie zerżnął naszej matki? – dorzucił z przekąsem. – Jak widać nie pałała do niego entuzjazmem, chociaż był na świeczniku, więc coś jest na rzeczy. Matki często odrzucają dzieci poczęte w przemocy.
Holden rzucił się na brata nie panując nad wściekłością.
– Mój ociec był jej przyrzeczony, a ona jako Wiedząca musiała przyjąć wyrok losu! Jestem dzieckiem przeznaczenia!
Marco oderwał od siebie ręce Holdena i spojrzał na niego z politowaniem.
– Pojebany jesteś, jak i cała wasza pożal się boże organizacja, tyle ci powiem, braciszku – rzekł tonem najwyższej pogardy. – Nic dziwnego że mój ojciec zabrał stamtąd matkę, zanim zdążyli jej całkiem wyprać mózg.
– Skoro był taki wspaniały, to dlaczego później zniknął i nigdy już po nią nie wrócił, kiedy na niego czekała, usychając z tęsknoty? – odparował Holden nieoczekiwanie. – Może to on jej wyprał mózg? Ciebie też porzucił, jak by nie patrzeć. Widać oboje byli siebie warci.
Marco, gwałtownie pobladły, w jednej sekundzie zamachnął się i zdzielił go głową w nos. Holden osunął się po kanapie, zalewając się krwią.
– Ej ej, chłopaki, dalibyście se teraz na wstrzymanie, co?! – rzuciła gniewnie Karmel, podtrzymując wpółleżącego na niej Holdena. – Później będziecie mieli jeszcze dużo czasu na rozmowy!
– Zatrzymaj wóz – rzucił półgębkiem Antoni śledzący całe zajście, kładąc Justynie rękę na ramieniu.
Policjantka zahamowała gwałtownie, co oderwało uwagę uczestników kłótni od siebie. Antoni natomiast odwrócił się i wymierzył pistolet w Marco i Holdena.
– Wysiadać do kurwy nędzy, bo łby poodstrzelam! – warknął bezceremonialnie.
– Zważ kuzynie, że nie chcę mieć czyjegoś mózgu we włosach – próbowała rozładować sytuację Karmel.
– Wybacz Dorotko, ale jak ich słucham, to dostaję morderczych odruchów.
W międzyczasie Holden podniósł ręce do góry. Marco to wykorzystał i zdzielił go łokciem w brzuch.
Antoni aż się zagotował.
– Powiedziałem kurwa z wozu! Holden na tył, a ty gogusiu chodź ze mną!
Bracia widząc, że to jednak nie są przelewki, posłusznie opuścili auto. Justyna i Antek zrobili to samo.
– Co ty kurwa wyprawiasz! – krzyknął na Marka Antoni.
– Mówiłem, żeby ten kutas został w bagażniku! – sapnął wściekle długowłosy.
– Wiesz, że jest nam potrzebny!
– No wiem przecież, ale jak on mówi takie rzeczy, to szlag mnie trafia! – wyartykułował Marco, podkreślając każde słowo porządnym walnięciem w maskę samochodu.
Zapadła wymowna cisza, zmącona jedynie ciężkim oddechem obu braci.
Antoni westchnął z rezygnacją.
– Trochę ciebie rozumiem – stwierdził polubownie – ale nie rób cyrku teraz, kiedy musimy się skupić na ucieczce.
– Łatwo ci mówić! – odburknął Lynsverd z irytacją. – Tobie nikt rodziców nie obraża!
Karmel podeszła do niego milcząca, kładąc mu wymownie dłoń na ramieniu.
– Jak boga kocham, jeżeli ten psychopata się nie przymknie, to uduszę go gołymi rękami na potwierdzenie jego teorii! – dorzucił wściekle, nie zważając na jej czuły gest.
– No już, już – poklepała go uspokajająco na znak solidarności.
– Kurrrwa! – zaklął Marco siarczyście, kopnąwszy z rozmachem w oponę.
Oparł się ciężko o maskę, oddychając głęboko. Długie włosy opadły mu na twarz. Można się było jedynie domyślać, jaki skrywały widok.

Sinead Ignis & Quieva Kujdowa

Odcinek 55

Wpakowali się z powrotem do samochodu i jechali, tym razem w milczeniu. Karmel usiadła profilaktycznie między Markiem i Holdenem. Świeżo odnalezieni bracia patrzyli na mijaną trasę, każdy w swoje okno. Dziewczyna, pragnąc poprawić sobie humor, rozejrzała się w poszukiwaniu swojej jakimś cudem ocalałej torebki. Mimochodem zauważyła przy tym, że prawa noga zarówno jednego, jak i drugiego z braci podryguje, i to w dodatku w tym samym rytmie. No, nieźle, pomyślała. Przynajmniej wiadomo, że to raczej po matce.

Dookoła rozciągał się mazurski krajobraz, doskonale widoczny w świetle księżyca. Po mglistym i dość zimnym listopadzie, grudzień okazał się wyjątkowo ciepły. Aż brał żal, że na Boże Narodzenie prawdopodobnie nie pojawi się śnieg. Boże Narodzenie. Narodziny Boga..
Karmel dyskretnie spojrzała w prawo na Holdena. Wspominał, że wychowała go Loża, którą teraz mieli na karku. Zdając sobie w pełni sprawę, że zajmuje głowę kompletnymi bzdurami, Dorota jęła się zastanawiać nad kwestią, jak w takiej Loży obchodzi się Boże Narodzenie? Mają tam w ogóle jakąś choinkę? Aż korciło, żeby zapytać, ale absurdalność ewentualnego pytania ukazała jej się z całą mocą i Dorota z cichym żalem odrzuciła pokusę.

Auto sprawowało się świetnie. Chociaż standard dróg w tym zapadłym zakątku Polski nie odbiegał od krajowej średniej, liczne dziury, wyboje i ogólna prowizorka w najmniejszym stopniu nie wpływały na komfort jazdy. Dziadek zadbał o wszystko, w tym także o amortyzację, co w sercu zapadłej mazurskiej głuszy miało dla nich znaczenie niebagatelne, nie tylko ze względu na wygodę, ale również i bezpieczeństwo samej jazdy przy prędkości, z jaką się poruszali. Gdy Dorota uświadomiła sobie to wszystko bardziej na spokojnie, zrobiło jej się lżej na sercu. Jakby jej umysł na chwilę wyabstrahował świadomość, że obok niej, po prawej, siedział potencjalny – jeśli nie faktyczny – oprawca i morderca, brat wieloletniego przyjaciela i adoratora zarazem, ona zaś między nimi.
– Jeśli mamy ruszyć w taką trasę, musimy się zastanowić, jak zorganizować kilka istotnych spraw – odezwała się w pewnym momencie Justyna, siedząca teraz na miejscu pasażera i bacznie lustrująca otoczenie. Jej spokojny głos przeciął ciszę niczym nóż, aż wszyscy się wzdrygnęli. – Pieniądze, paszporty, jedzenie, ubranie… Przydałoby się też chociaż trochę snu.
Ta kobieta jest niesamowita, stwierdziła Dorota w cichości ducha. Tyle przeżyć w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin, Antoniemu ręce się trzęsą, ja wciąż myślę o tym co było i co ma być, Marco i Holden zaraz eksplodują, a ona wszystko ogarnia. Siedząc tuż przed facetem, który ją związał i torturował! Mając go za plecami.
– Mamy teraz tracić czas na spanie, mając tych zbirów na karku? – podsumował ją Marco z ironią – Przecież ledwo udało nam się uciec!
– Masz niewielkie pojęcie o metodach działania tych, co nas ścigają – zaśmiał się Holden pod nosem. – Twój ojciec był znacznie lepszy w te klocki. Wiedział do kogo uderzyć, by wyciągnąć potrzebne informacje.
– Justyna ma rację – wtrącił się przezornie Antoni, chcąc zdusić w zarodku zarzewie kolejnego sporu. – Co do samego spania, wygląda na to, że będziemy musieli spać na zmianę w aucie.
Cholerny mediator! – pomyślała Karmel ze złością – Będzie teraz usilnie gadał o wszystkim i o niczym, bo doskonale wyczuwa, że wystarczy iskra, by dwaj bracia znowu wzięli się za łby i żeby wypłynęły na wierzch wszystkie zadawnione krzywdy! Spojrzała na kuzyna w lusterku i nagły grymas wykrzywił jej twarz. O, nie! Załatwmy to raz, a dobrze! – podjęła błyskawiczną decyzję.
– Zanim odpoczniemy, czy uradzimy cokolwiek, wyjaśnijmy coś sobie! – odezwała się niespodziewanie. – Antoni, zatrzymaj auto! – Karmel mówiła to tak, jakby wydawała rozkaz i wszyscy rzucili jej zdziwione spojrzenie, jednak samochód posłusznie stanął na poboczu.
Po obu stronach drogi ciągnął się sosnowy las. Gdy auto stanęło i światła zgasły, na chwilę zapadła cisza. Dorota niespodziewanie wymierzyła niezbyt bolesny policzek najpierw Holdenowi, a następnie osłupiałemu Markowi.
– Panowie! – rzekła cicho, lecz dobitnie – Nie wymyśliliśmy jeszcze, co dalej, prawdopodobnie zmierzamy w kierunku Zurychu. Nie wiem póki co jak chcemy tego dokonać i co zrobimy z tym oto rzekomym funkcjonariuszem Interpolu… – w półmroku nie widać było wyrazu twarzy Holdena – ..ale dopóki jest z nami, zachowajmy jakieś cywilizowane standardy, dobrze?
– Ty chyba nie masz uczuć, kobieto! – wybuchł gwałtownie Marco.
Dorota zbladła, kiedy nagle mignęła jej wizja wysokiej kobiety z rocznym chłopcem na ręku. Dziecko płakało, gdy ta zniecierpliwionym ruchem wcisnęła mu skórkę od chleba, po czym podała go mężczyźnie w dziwnych szatach. „Iluina, ty chyba nie masz uczuć!” – wykrzyknął tamten, a dziecko płakało, płakało, płakało…
Niecierpliwym ruchem głowy odpędziła wizję i chwyciła Marka za bark. Odtrącił jednak jej rękę. Zaskoczyło ją to, zabiegał o nią przecież już jakiś czas i starał się raczej pozyskiwać jej względy.
– Objawia się jakiś kutas znikąd i będzie mi matkę obrażał? Pozwalasz na to, tak?! Bo to nie twoja matka? Pieprzona egoistka! – wypluł jednym tchem.
Teraz Dorota w efekcie szoku aż zastygła.
– Słucham? – wykrztusiła, mrugając.
– Na twoim miejscu nie byłbym tak skory do obrony matki – rzekł Holden beznamiętnym tonem. – Ja ją przynajmniej poznałem, ty jakoś nie miałeś okazji.
Marco wychylił się w jego stronę, rozwścieczony, prawie kłądąc się Karmel na kolanach. W jego głowie szalało istne piekło, przez ciało przechodziły na przemian fale zimna i gorąca. Owszem, praktycznie nie pamiętał swoich biologicznych rodziców, zachował o nich tylko strzępy wspomnień. Wychowali go obcy ludzie, ale wierzył, że prawdziwi rodzice pozostawili go pod opieką innych z bardzo ważnego powodu. Nie byli bezdusznymi potworami. Ta wiara pozwalała mu przetrwać przez te wszystkie lata, a teraz ta wywłoka z odchyłami psychopaty próbuje zburzyć podstawowy filar jego równowagi psychicznej? Był tak zirytowany, że z chęcią by go zabił.  Zacisnął zęby starając się uspokoić, zamiast tego czuł jednak, że zaraz znów eksploduje.
No pięknie, więc jednak awantury nie udało się uniknąć – stwierdziła z konsternacją Dorota , wciśnięta bezceremonialnie w oparcie kanapy. Na domiar złego ponownie wtrącił się Antoni, który miewał niekiedy dobre chęci połączone z zaskakującą nieudolnością w wyczuwaniu międzyludzkich niuansów:
– Wiecie co… Nie ma się co bić. O mojej matce mówili, że jest straszną flirciarą. Pewnie się zdziwicie, jak powiem, że urodziła mnie mając osiemnaście lat? Zrobiła maturę zaocznie.
No nie, pomyślała Karmel zarazem zirytowana i rozbawiona, nie można przecież być aż tak głupim, żeby sadzić uwagi tego typu w takim momencie!
Marco i Holden zbaranieli.
– ..ale wiecie – kontynuował Antoni niewzruszenie, przechylając nieco oparcie fotela i kładąc rękę na lewarku – dziadek i babcia nie robili jej specjalnych wyrzutów, bo sami mieli wpadkę. Z Ireną, matką Karmel. Młodzi byli, musieli się szybko pobierać.
– To jakim cudem twój dziadek skończył tę archeologię? – zainteresowała się ni stąd ni zowąd Justyna.
A tej co, też odbiło?
– Dość późno, jak ciotka i mama podrosły trochę. Babcia zawsze narzekała, że przez to nigdy nie mieszkali jak ludzie. Willę dziadkowie kupili na rok przed moimi narodzinami, a domek nad jeziorem miał nie więcej niż dziesięć lat.
Posmutniał wyraźnie, po czym westchnął i włączył światło.
Marco i Holden spojrzeli na siebie. Holden mimowolnie się uśmiechał, lecz Marco miał na twarzy grymas, który w pewien sposób przeraził Dorotę. Nigdy jeszcze, od kiedy się znali, nie widziała u niego takiego wyrazu twarzy.
Tymczasem Antoni najwyraźniej zakończył swoją przemowę, która, o dziwo, w jakiś sposób rozładowała sytuację. Ten też jest niezły, westchnęła w duchu. Jak on się uchował? Z drugiej strony jednak, jeżeli ktoś w XXI wieku nazywa się Antoni (co brzmi prawie jak synonim hasła „Boryna”), to cudów nie ma, w jakiś sposób to się musi odbić na jego psychice. Dorota poczuła nagle wdzięczność dla Marka za jej ksywę i uśmiechnęła się do niego mimochodem. On jednak wciąż miał ten dziwny zacięty wyraz twarzy. Uśmiech Karmel szybko zgasł, a po plecach przebiegł jej nagły dreszcz.
Była wdzięczna, gdy Justyna ucięła tę wymianę uprzejmości.
– Musimy zastanowić się, co dalej – powiedziała rzeczowo. – Przede wszystkim powinniśmy mieć pieniądze w gotówce, by nie zostawiać elektronicznych śladów. No i zabrać potrzebne dokumenty… Jak zamierzamy zdobyć to wszystko, nie ujawniając swojej obecności w miejscach, gdzie można się jej spodziewać?
– Ciężka sprawa – westchnął Antoni. – Ale świta mi jedna myśl. Nie wierzę, że dziadek przy całej swojej przemyślności nie zadbałby o tak istotną kwestię. Te rzeczy muszą znajdować się w aucie, przynajmniej częściowo, jestem o tym przekonany!
Pochylił się nad konsolą i w skupieniu zaczął przeglądać dostępne opcje. Nie znalazł tam niestety nic, co mogłoby go naprowadzić na ślad schowka. Zamyślony pukał po desce rozdzielczej. Jego dłoń trafiła na zagłębienie od szufladki popielniczki. Bezwiednie pociągnął za uchwyt. W środku leżała dziadkowa fajka. Antek chwycił za nią chcąc się przyjrzeć znalezisku. Kiedy tylko fajka znalazła się w górze, szufladka wysunęła się jeszcze bardziej.
Okazało się, że była to właśnie poszukiwana skrytka. Za popielniczką znajdowała się kolejna przegródka, a w niej paszport Antoniego i Doroty oraz po dziesięć tysięcy złotych, euro i funtów. Było też trochę dolarów, oraz karta bankomatowa z przyklejoną karteczką z czterema skomplikowanymi równaniami matematycznymi.
– Dorotko, widzę, że dziadek zadbał o twoje zdolności matematyczne – odezwał się rozbawiony do kuzynki. – Sądzę, że rozwiązaniem tych łamigłówek jest PIN do karty.
– Twój staruszek zaczyna mi się coraz bardziej podobać – zaśmiał się Marco iście diabolicznym śmiechem. – Aż żałuję, że nie miałem okazji poznać go za życia! Gdzie on się tego wszystkiego nauczył? Jesteś pewien, że jego główną specjalizacją było zgarnianie starych skorup? – dorzucił z ironią, przyglądając się znalezisku. – No dobrze, więc ty i Karmel macie drzwi otwarte – podsumował. – Zostaje jeszcze Justyna i Holden. No i ja.
– Ja noszę wszystkie niezbędne dokumenty zawsze przy sobie – rzekła Justyna.
– Ja mam jeszcze legitymację Interpolu – mruknął Holden. – O ile się jej nie pozbyliście – dorzucił z przekąsem.
– Mamy wszystkie twoje skarby – uśmiechnął się Antoni od ucha do ucha. Mogą się nam jeszcze przydać.
– A ja mam przy sobie tylko prawo jazdy, reszta jest u mnie na chacie – zakończył wyliczankę Marco, najmniej zadowolony ze wszystkich. – Co zrobimy z tym fantem? Jedziemy tam teraz?
– Jutro – odparł Antoni. – No i nie możesz tam iść osobiście, ani w dzień, ani w nocy. Pomyśl nad tym, kogo tam wyślesz i jak. A teraz śpijcie wszyscy, póki możecie.
Dorota starała się ułożyć jak najwygodniej na swoim miejscu na tylnym siedzeniu. Jeszcze parę godzin wcześniej nie wahałaby się oprzeć głowy o Marka. Teraz jednak coś ją powstrzymywało.
Próbując usnąć, mimowolnie zaczęła snuć praktyczne rozważania nad przyszłością w perspektywie obecnej sytuacji.
Mamy grudzień, pomyślała sennie. Zawaliłam mnóstwo laborek na polibudzie, nie mam szans na zaliczenie semestru… Antek też nie. Może by tak wsteczny urlop dziekański? Tylko czy dziekan przyjmie wniosek? Marco niczego nie zawalał. Od kiedy rzucił studia, uznając je za mało rozwojowe, funkcjonował we własnym rytmie i stylu, tułając się to tu, to tam i dorabiając na życie czy to na myjni, czy rozładowując kontenery. W razie czego ratował się brzdąkaniem na gitarze. Zawsze w biegu, przeciwko strukturom.
Bunt Karmel przybierał formy bardziej akceptowalne społecznie. Dorota uważała za pewien paradoks życiowy, że ona, ze wszystkimi swoimi wizjami i przeczuciami, dawała radę mieć stypendium naukowe na kierunku automatyka i robotyka. Przynajmniej w jakiś sposób przeciwstawiła się humanistyczno-społeczno-wizjonerskim tradycjom rodziny.
Usypiała już, kiedy nagle przypomniała sobie, z czym skojarzył jej się wyraz twarzy Marka.
Z zabójcą, który ostatnio prawie ich dopadł.


<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Literacki performance

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #12

265 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->



Weles

Odcinek 47

Telien obejrzała się na samolot, z którego właśnie wysiadła, schodząc na ziemię nieobciążona nawet najmniejszą walizką. Utrzymany w dobrym stanie Airbus A318 był jej własnością, dla niej pracowali służący i tragarze, dzięki którym drobniutka Telien opływała w luksusy. Po części nawet to lotnisko do niej należało, tak samo jak pobliska ekskluzywna willa, do której miał ją za chwilę zawieźć znajomy szofer.
W gruncie rzeczy nie należało to bezpośrednio do Telien, tylko do jej rodziny.
Głównie to do jej ojca.
Słońce nieźle przygrzewało, co w Tunezji nie jest chyba niczym niezwykłym. Włosami dziewczyny i jej zwiewną, turkusową spódnicą poruszał lekki tylko wietrzyk. Stwierdziła, że mogła się tak nie malować.
Westchnęła i odtworzyła w myślach rozmowę z ojcem.
” – Mam chować się po kurortach, bo ta banda jest nieprzewidywalna? – zapytała wtedy ojca, pełna zdziwienia. Miała zamiar drążyć temat. – Jesteśmy jedną z najpotężniejszych rodzin na tej planecie, czemu więc mam się przed nimi kryć? Loża nie powinna wysyłać na urlop zajmującej się sprawą Wiedzącej!
– Córeczko – zaśmiał się jej ojciec, popijając wtedy jakieś pieruńsko drogie whisky – Dawno nie odpoczywałaś od pracy. Zresztą, to jest zajęcie, którym musi zająć się specjalnie przygotowany zespół…
– Ojcze! – zaprotestowała, miętoląc w palcach zdjętą arafatkę – Powrót rodu Lynsverdów na scenę! Krew Archanioła w obiegu! Czy ty naprawdę masz zamiar trzymać mnie z dala o tych wydarzeń?
– Tak – bankier uciął rozmowę tymi właśnie słowami. „

Teraz Telien stała gdzieś na lotnisku, u wybrzeży wyspy należącej do jej rodziny. Nie wolno jej było opuszczać granic tej wyspy i ojciec miał ją powiadomić, gdy będzie mogła wrócić do działania w szeregach Loży.
Na dobrą sprawę ją więzili.
Nie podobało się jej to.
Klasyczna, czarna limuzyna przepłynęła przed nią i Wiedząca Loży wsiadła doń.
Wiedziała, co czeka ją przez najbliższe tygodnie. Za dużo słońca, za dużo za głośnej muzyki, za dużo makijażu, tancerki wszelkich rodzajów i o wiele za mało naprawdę ważnych wieści.
Po głowie krążyły jej obrazy. Jakoś będzie musiała dobrać się do wieści i materiałów odnośnie Marco Lynsverda i tej całej Karmel.


Michał Nowina

Odcinek 48

Telien siedziała znudzona w swoim luksusowym miejscu odosobnienia. Myśl, że gdzieś tam w Europie jest osoba, która może z nią stanąć jak równa z równą, nie dawała jej spokoju. Musiała jej rzucić wyzwanie. Musiała się sprawdzić, było to jej potrzebne niczym tlen. Ojciec mógł ją odesłać z dala od całego tego zamieszania – ona owszem, posłuchała, wszak nie robi się ojcu przykrości. Teraz jednak był on daleko, więc to ona decydowała o sobie. Nie zamierzała tkwić w tej luksusowej norze ani minuty dłużej, niż to było konieczne.

Spokojnie odczekała dwa dni. W tym czasie rozeznała się w panujących w willi zależnościach. Dobrze już wiedziała kto, od kogo, z kim i za ile. Jedynym problemem, który jeszcze musiała rozwiązać, był wbity w czarny garnitur ochroniarz o ekspresji terminatora, przydzielony jej przez Lożę. Musiała się go pozbyć, bo ta niańka nie opuszczała jej nawet w sypialni. Oddany swemu rozkazowi i gotowy go wykonywać, aż do śmierci. Cóż – pomyślała – trzeba mu będzie to umożliwić, przynajmniej odejdzie na służbie i w humanitarny sposób. Współbracia nie byliby tak litościwi – za niewykonanie zadania z pewnością zabijaliby go na raty miesiącami.

Michał Nowina

Odcinek 49

Teraz pozostało jej czekać odpowiedniego momentu. Musiała to zrobić szybko i niespodziewanie. Trucizny nie wchodziły w grę, bo dzięki umiejętnościom Holdena wszyscy agenci Loży uodpornili się na nie – przynajmniej na tyle, żeby zabić truciciela, zanim sami umrą.
W międzyczasie Telien przygotowywała sprawy przyziemne. Wpierw ukradła z pralni strój jednej z posługaczek. Wiedziała, że musi wtopić się w tłum, a w swojej garderobie wartej pi razy drzwi 200 tysięcy dolarów świeciłaby wśród wyspiarzy jak latarnia morska. Udało się jej wmówić ochroniarzowi, że musi zbesztać praczki za nie wywabienie plamy z jej sukienki i że przy okazji weźmie swoją garderobę na dzisiaj. Jakimś cudem kupił tę bajkę i ten etap przygotowań miała za sobą.
Cały czas czujnie czekała na właściwy moment. Jedyne czego teraz potrzebowała, to chwili nieuwagi jej niańki.
W myślach odkreślała kolejne punkty planu: strój – jest, fałszywy paszport zaszyty w torbie wraz z 100000 euro – jest, śmierć ochroniarza – brak.

Czas zdawał się mijać koszmarnie powoli i niemrawo, a odpowiednia chwila wciąż nie następowała. Zaczęła juz popadać w zwątpienie, gdy przypadkowo dowiedziała się z rozmów służby, że na wyspę zawinął statek transportowy z Europy. Alleluja! Teraz albo nigdy! – pomyślała i obmyśliła naprędce plan na wieczór. Kładąc się spać wypiła szklankę wody i udała, że zaczyna się krztusić.
Ochroniarz błyskawicznie do niej dobiegł i chwyciła za ramiona.
– Panienko Telien! Co się panience…? – zacharczał i splunął krwią.
W momencie, gdy przejęty zadawał jej to pytanie, Telien obróciła się błyskawicznie i pchnęła go małym sztyletem w gardło. Żołnierz Loży osunął się na ziemię z wyrazem niesamowitego zdziwienia na twarzy. Jego ciało jeszcze drgało, kiedy zmywała w łazience krew. Rozpruła torbę i przełożyła z niej pieniądze oraz dokumenty do małego plecaka. Na głowę założyła perukę, a broń strażnika przypięła do podwiązki pończoch.
Kolejną jej ofiarą tej nocy była młoda pokojówka, która była jej postury i nieco podobna do niej z twarzy.
Telien, wielce z siebie zadowolona, opuściła bez problemu willę i skierowała się do portu. Owszem, tak mało finezyjny mord był poniżej jej godności, ale cóż – brak czasu był dostatecznym usprawiedliwieniem. Musi się teraz szybko ulotnić z wyspy, bo kiedy w jej pokoju w willi znajdą zadźganego ochroniarza i ciało pokojówki w zsypie na pranie, rozpoczną się wielkie poszukiwania. Teraz ma tylko 24 godziny na dotarcie na kontynent.

Port w nocy nie był bezpiecznym miejscem, a tym bardziej dla damulki jej postury i wychowania. Kiedy tylko dotarła do doków, już przy pierwszym ze statków została otoczona przez grupę podpitych marynarzy. Obrzucali ją obleśnymi spojrzeniami i wyraźnie dawali do zrozumienia, o co im chodzi. Telien bała się. Owszem, miała broń, ale nie chciała jej teraz używać. Zależało jej na ciszy. Wyczekała więc chwili nieuwagi podpitych adoratorów i prześlizgnęła się między nimi. Biegła ile miała sił w nogach, lecz napastnicy byli tuż za jej plecami. Nagle potknęła się i upadła, a nad nią wyrosły trzy rosłe postacie napalonych mężczyzn. Jeden z nich nachylił się i bez ceregieli włożył jej rękę między nogi. Drugą ręką chwycił ją za gardło.
Przerażona Telien zapomniała o pistolecie i zacisnęła mocno uda, co tylko rozochociło go bardziej.
– Daj pyska, suko! – warknął – Lubię całusy, zanim się spuszczę!
Ból, strach i obrzydzenie wypełniało ją do głębi. Musi się opanować, pomyślała, i od razu z niedostępnej stała się uległa. Uśmiechnęła się, co jeszcze bardziej rozradowało marynarza. Potem przesunęła ręką po jego kroczu. Czuła, że jest napalony jak ogier, co jeszcze wzmogło jej obrzydzenie. Działanie takie przyniosło jednak efekt. Napastnik puścił jej gardło i zaczął rozpinać spodnie. Kiedy ściągnął bokserki, Telien błyskawicznie wbiła mu w przyrodzenie swój mały sztylet. Mężczyzna zawył z bólu, a jego kumple osłupieli.
Na to tylko czekała i poderwała się do dalszej ucieczki.
– Zabijemy cię, kurwo !!! – usłyszała za sobą. To dodało jej skrzydeł. Biegła jeszcze szybciej, ale płuca odmawiały już posłuszeństwa. Zrezygnowana stanęła i odwróciła się do napastników. Sięgnęła ręką pod spódnicę, ale zanim wyciągnęła broń, jej prześladowców znokautował jakiś mężczyzna, który wyłonił się nagle znikąd.
– Nic ci nie jest? – zapytał, wchodząc w słup światła rzucany przez latarnię.
Był wysoki, dobrze zbudowany i bardzo przystojny. Niesforna grzywka jasnych włosów opadała mu na błękitne oczy.

Michał Nowina

Odcinek 50

– Nic tobie nie jest? – ponowił pytanie jasnowłosy.
– Na szczęście zjawiłeś się w samą porę – odpowiedziała, mierząc go wzrokiem.
– Wybacz że pytam, ale co w porcie robi o tej porze dziewczyna taka jak ty? – ciągnął, zdumiony.
Telien przez ułamek sekundy się zamyśliła.
– Uciekam przed złymi ludźmi. Muszę się dostać na kontynent – wyrzuciła jednym tchem, udając przestraszoną, zagubioną dziewczynkę.
Przystojniak chwycił przynętę, niczym ryba haczyk.
– Zaraz za tym drobnicowcem stoi mój jacht. Mogę zawieźć ciebie na Sycylię  – zaoferował entuzjastycznie. – Miałem wypływać w południe, ale dla ratowania pięknej kobiety mogę zmienić plany.
– Nawet nie wie pan jak jestem panu wdzięczna, panie… No właśnie, jak mam się do pana zwracać?
– Proszę wybaczyć – zaśmiał się beztrosko, podając jej rękę – Jestem Ernesto Costa.
Telien ujęła jego dłoń i dygnęła jak służąca.
– Ana Sergio.
– Piękne imię, Ana – rzekł, robiąc ruch ramieniem zachęcający do pójścia za nim.
Telien posłusznie ruszyła w kierunku potężnego okrętu handlowego. W duchu uśmiechała się do siebie. Doprawdy, miała szczęście. Trafiła od razu na syna największego armatora na Morzu Śródziemnym. Jego ojciec dorobił się na przemycie i piractwie, a teraz został szanowanym biznesmenem. Do tego jego jachty miały wstęp do wszystkich portów na tym akwenie. Lepiej już trafić nie mogła.

Za drobnicowcem stał przycumowany ponad sześćdziesięciometrowy jacht najnowszej generacji. Jacht – to mało powiedziane. To był pełnowymiarowy mały wycieczkowiec, wart ponad trzysta milionów dolarów. Na trapie przywitał ich kapitan, który osobiście zaprowadził ją do jej kajuty.
Wzięła szybki prysznic, żeby zmyć z siebie brudy dzisiejszego wieczoru.
Kiedy w końcu rozsiadła się w fotelu, poczuła jak statek odbija od nabrzeża. Udało się – pomyślała z dziką satysfakcją, wyciągając nogi na podnóżku.
Po chwili ktoś zapukał do drzwi.
– Kto tam? – zapytała, choć dobrze wiedziała, kto.
– To ja, Ernesto.
– Proszę, niech pan wejdzie.
– Nie pan, po prostu Ernesto – odpowiedział, wciągając wózek z jedzeniem. – Pomyślałem, że musisz być głodna.
Odwrócił się i przez chwilę patrzył na nią zaskoczony.
– Wydawało mi się, że miałaś inny kolor włosów? – stwierdził, nie kryjąc zdumienia.
– Tak. Chciałam uciec nierozpoznana – odparła bez ogródek.
– Rozumiem. Możesz być spokojna, nie zgłosiliśmy pasażera. W papierach portowych jestem tylko ja i załoga –  rzekł pojednawczo, przysuwając  stolik do sofy. – Proszę, jedz.
– Dziękuję – uśmiechnęła się, podciągając rękawy trochę przydługiego szlafroka.
Jadła uważając, żeby nie zdradzić swojego pochodzenia. Przy homarze poprosiła swojego gospodarza o pomoc w uporaniu się z nim. Wytłumaczyła mu, że takie coś je po raz pierwszy, bo u niej w domu jadało się prosto i głównie makarony. Ernesto, zadowolony że może wykazać się przed piękną towarzyszką, w pełni nieświadomy dał się wciągnąć w jej grę.
Po kolacji wypili dwie butelki wina. W sumie Telien wysączyła tylko dwa kieliszki, ale taki był jej plan. Piękny, dobrze zbudowany blondyn o niebieskich oczach wpadł jej w oko. Musiała jakoś odreagować po stresie dzisiejszej nocy.
Kiedy zobaczyła, że Ernesto jest już trochę podpity, rozchyliła lekko szlafrok i oparła się swobodnie o oparcie sofy.
– Gorąco tu trochę. Nie sądzisz? – zapytała wydymając teatralnie usta, po czym zaczęła się leniwie wachlować ręką.
– Mogę podkręcić klimatyzację – odpowiedział usłużnie i nachylił się ponad nią, próbując sięgnąć po pilot klimatyzatora na komodzie. Telien wykorzystała to błyskawicznie. Wszak uwodzenie mężczyzn było jej ulubioną rozrywką. Zarzuciła mu ręce na szyję, uśmiechając się przy tym zachęcająco.
Ernesto odczytał ten sygnał. Odwzajemnił jej uśmiech, po czym pocałował ją namiętnie. Ona wpiła się w jego usta i przyciągnęła go do siebie. Oszołomiony alkoholem, rozpalony mężczyzna, wiedziony namiętnością ściągnął z niej szlafrok i zaczął pieścić. Począwszy od szyi, przez jej małe ale krągłe piersi, po brzuch. Pozwoliła mu na to, chłonąc każdą pieszczotę. Następnie podciągnęła go wyżej, rozpinając mu koszulę i spodnie. Jego pięknie zarysowany tors przyprawił ją o dreszcze. Zaczęła go całować i głaskać, ocierjąc się o niego jak kotka. Potem szybko pozbawiła go dolnej garderoby i po chwili spletli się w namiętnym uścisku, odpływając w krainę rozkoszy.

Kiedy Ernesto się obudził, było już dobrze po południu. Chciał pocałować swoją nocną kochankę na przywitanie, lecz jej już nie było. Jego jacht zawinął do Trapani, a Ana zniknęła.
– Co za kobieta.. – powiedział sam do siebie i zaczął się ubierać.

Michał Nowina

Odcinek 51

Noc, której Telien uciekała z wyspy, miała się okazać równie dramatyczna dla Antoniego i jego towarzyszy.
Mijał trzeci dzień oględzin terenu wokół domku jego dziadka. Doprowadzili się do porządku, a co najważniejsze odpoczęli nieco po wyczerpujących wydarzeniach ostatnich kilkudziesięciu godzin.

Marco z porządnie opatrzoną dłonią pozornie nie dawał po sobie poznać, jak bardzo go poruszyła cała ta sytuacja. Przyglądał się przykutemu do łóżka Holdenowi i przeklinał w duchu los za to, że dał mu za brata taką gnidę. Zastanawiał się, jakim cudem jego matka mogła urodzić nędznika tego pokroju? Ojcu też z chęcią zadałby kilka pytań co do jego przeszłości. Zastanawiał się, w co on właściwie pogrywał: po co wszedł w szeregi Bractwa i co się z nim stało, kiedy ślad po nim zaginął?

Bardzo podobne pytania do swego dziadka miał Antoni. Siedział w jego bujanym fotelu i próbował poskładać w jedną całość tę łamigłówkę, którą dziadunio podsuwał im po kawałku. Istne puzzle – sęk w tym, że Antek nie cierpiał puzzli, co jak na archeologa było dziwne.
Kiwając się w fotelu i rozmyślając, machinalnie wpatrywał się w Bielską. Sam nawet nie zauważył, jak bliska się mu stała, szczególnie po akcji w bunkrze. Siedziała cały czas jakby nieobecna. Wyczuwał jej cierpienie i było mu jej okropnie żal.

W Justynie odżyły wspomnienia, które do tej pory były ukryte głęboko w podświadomości. Nie wiedziała kim tak naprawdę jest i dlaczego jej życiem kieruje tak okrutny los. Dzieciństwo w sierocińcu, w którym wszystkie jej pytania były zbywane milczeniem lub tłamszone w zarodku, potem dramatyczna wpadka na początku służby, niewola i tortury.. Najgorsze było to, że zadano jej tyle bólu i nie powiedziano dlaczego. Owszem, domyślała się nieco. Od pierwszego dnia w akademii prowadziła śledztwo w sprawie rodziców. Wszystkie akta zniknęły, ona jednak nie dała się zbyć i drążyła dalej. Wreszcie ją porwano i znęcano się nad nią przez kilka miesięcy. Odbili ją ludzie Gomeza i tak trafiła w szeregi Europejskiej Agencji do walki z sektami i przestępczością paranormalną. Nie przybliżyło jej to bynajmniej do rozwiązania zagadki – przeciwnie, ilość pytań wzrosła diametralnie. Paradoksalnie – teraz, choć targały nią silne emocje, czuła że wychodzi na prostą. Tak czy inaczej, była obecnie tak blisko wyjaśnienia sprawy, jak nigdy dotąd. Postanowiła sobie, że tym razem dowie się w końcu, kim jest. Miała też przy sobie ludzi, którym mogła zaufać. Syn jej wybawcy, który tak samo jak ona szukał swej tożsamości, opiekuńczy i ciągle zaskakujący Antek oraz jego niesamowita kuzynka o nieprzeciętnej urodzie.. po prostu kompanija z wyższej półki – pomyślała i uśmiechnęła się do siebie. Z takimi to lepiej zgubić się niż z innymi znaleźć. Loża, Bractwo, czy inna szemrana spółka – nie ważne, wyrwie im w końcu tajemnice swojej przeszłości.

Z zamyślenia wyrwało ją zamieszanie na zewnątrz domku.
Poruszenie i szmery przeszły w strzelaninę. Ludzie Gomeza z kimś walczyli.
Justyna przeładowała pistolet. Jak na komendę to samo zrobili jej kompani.
Antek chwycił ze stolika kluczyki wozu i oparty obok krótki miecz.
– Mamy towarzystwo – mruknął.
– Trudno nie zauważyć – odparł  Marco z przekąsem.
Wokół domku narastał tumult. Osoby zgromadzone w środku czekały w napięciu, co się stanie. Wreszcie przez drzwi wpadł łowca demonitów.
– Wynosimy się stąd, cukiereczki! – zakomunikował krótko i zwięźle. – Wkoło pełno panienek w sukienkach z kapturami!
– Dobra, Antek, grzej ten swój Batmobil! – krzyknął Marco, chwytając za rękę Dorotę, która patrzyła znowu w przestrzeń nieprzytomnym wzrokiem. – Karmel, ocknij się! – szarpnął ją mocniej.
Dorota spojrzała na niego niewidzącymi oczyma.
– Ogień, wszędzie ogień..! – zaczęła krzyczeć, chwytając się za skronie.
– Dorota, opanuj się, jaki znowu ogień? – jęknął długowłosy.
– Justyna, pomóż mu z nią! – wtrącił się kategorycznie Antoni. – Skoro moja kuzynka mówi o ogniu, to zaraz na bank wszystko pójdzie z dymem!
Pani detektyw, nauczona już doświadczeniem, niezwłocznie chwyciła dzbanek z wodą i chlusnęła nią w twarz Karmel.
– Oszalałaś! – wściekła się przemoczona dziewczyna.
– Podziękujesz mi później – rzuciła niczym nie zrażona policjantka.
W tym momencie przez okno wpadł koktajl Mołotowa.
Salonik błyskawicznie stanął w płomieniach.
Antoni wraz z resztą towarzystwa błyskawicznie wyskoczyli na ganek. Przemknęli chyłkiem do auta i migiem wślizgnęli się do środka – w samą porę. W ślad za nimi pomknęły kule, plaskając o karoserię.
Nagle Marco zaklął siarczyście.
– Co jest, chłopie? – rzucił Antoni z niepokojem, odpalając silnik – Stało się coś?
– Tak, los mi dał czarną owcę za brata i ten baran przecież zaraz się usmaży! Antek, osłaniaj mnie!
– Czekaj wariacie, chwilunia! – skarcił go Antoni.
Szybko nawrócił i ustawił wóz przy wejściu do domku.
Marco wyskoczył z samochodu i wpadł w drzwi. Podbiegł do kanapy przeładowując pistolet.
– Pewnie, strzelaj, Kainie! – warknął Holden z ironią, obserwując jego poczynania. – Wolę już kulkę niż usmażenie!
– Nie kuś, bo skorzystam, bracie! – odciął się Marco, akcentując dobitnie ostatnie słowo, po czym przymierzył i przestrzelił łańcuszek od kajdanek. – Chodź z nami! Tylko pamiętaj:  jeden fałszywy ruch, a będziesz błagał o śmierć!
Holden oszołomiony jego zachowaniem tylko skinął głową i wyskoczył z nim z płonącego budynku.
– Antek, otwieraj bagażnik! – zawołał Marco w biegu, ciągnąc za sobą brata, któremu od długotrwałego unieruchomienia plątały się nogi.
– Jak to bagażnik? – zaoponował w popłochu Holden, w którego zdążyła już wstąpić nowa nadzieja. W odpowiedzi został wepchnięty do olbrzymiego kufra Warszawy.
– To auto starej daty. Będzie ci wygodnie, braciszku! – rzucił Marco z przekąsem, zatrzaskując klapę, po czym błyskawicznie wskoczył do auta. Antek wcisnął pełny gaz i ruszyli, wyrywając piach spod kół. Zestaw reflektorów dalekosiężnych oświetlił im drogę.

Michał Nowina

Odcinek 52

Muzyka ilustrująca odcinek

Antek nie szukał drogi. Wysokie zawieszenie, napęd 4×4 i potężne orurowanie pozwoliły mu drzeć przez zarośla bez najmniejszego trudu.
– Nie boisz się, że wpadniesz na jakieś drzewo? – spytał Marco, lekko przestraszony.
– Nie, niby czemu? Znam ten teren jak własną kieszeń – odparł Antoni niewzruszenie – Zresztą, zaraz zeskoczymy na żużlówkę.
– Antoś, potwórz proszę – co zrobimy? – twarz Marco nagle się wydłużyła.
– Nie gadaj tyle, tylko lepiej chwyć się czegoś!
W tym momencie Warszawa z rykiem oderwała się od nasypu i przefrunęła spory kawałek, po czym wylądowała lekko kozłując na drodze prowadzącej do lasu.
– Iiiiihaa! – krzyknął Antoni, wprowadzając w osłupienie swoich towarzyszy – Kocham off road!
– Zaczynam się ciebie bać – wykrztusił Marco zszokowany. – Już pewniej się z tobą czułem, jak byłeś sztywniakiem!
– Nie becz. Jeszcze nie raz ciebie zaskoczę.
– Wcale mnie to nie pociesza, Antoś.
– Mnie też, kuzynku – wtrąciła się Karmel. – Nawet ja ciebie nie znałam z tej strony.
– Cóż, droga Dorotko. Nie każdą książkę poznasz po okładce.
– Może byś tak przestał już filozofować, Antoni – wtrąciła Justyna – Mamy towarzystwo.
Z prawej strony zrównał się z nimi terenowy mercedes.
Antoni nie pamiętał już, jaki silnik zamontował w tej Warszawie Szczerbaty Kazik, ale moc miał okrutną. Ścigający ich mercedes miał problem dotrzymać im tempa. Wreszcie uderzył ich w bok. Antek ledwo opanował samochód.
– Zatrzymaj się! – krzyknęła Justyna.
– Po co?!
– Zamieńmy się! Wiem co mówię!
Antoni kiwnął głową i ostro nacisnął pedał hamulca. Zatrzymali się po kilkudziesięciu metrach. Wóz napastników przemknął obok nich jak strzała i zawrócił dopiero trzysta metrów dalej.
Justyna szybko prześlizgnęła się po kolanach Antka, zamieniając się z nim miejscami. Zapięli pasy i ruszyli do przodu. Mercedes również ruszył w ich kierunku. Justyna tylko przyśpieszyła.
– Hola, pani detektyw! Czy ty chcesz zrobić to, co mam na myśli? – zapytał Marco i mocniej chwycił za reling w drzwiach.
– Zbadamy poziom ich determinacji! – odkrzyknęła i docisnęła gaz do podłogi.
Na kilkadziesiąt metrów przed zderzeniem włączyła wszystkie światła, oślepiając kierowcę drugiego auta. Mercedes zjechał ostro w bok, wypadł z drogi i dachował.
– Wiesz Justyna, muszę przyznać, że masz jaja – odetchnął Marco z ulgą.
– Nie docinaj jej, tylko sprawdź, czy masz suche pampersy – odezwała się Karmel, waląc go łokciem w bok.
– Takiej jazdy uczą w spec służbach – odparła Justyna z uśmiechem.
– Ja też podziwiam twoje stalowe nerwy – dodał Antek.
– Twój skok też był niczego sobie, panie Krzemiński.
– Znalazła się dobrana para piratów drogowych – syknął z przekąsem Marco, rozcierając obolałe żebra.
Antoni z miejsca pasażera rozglądał się po wnętrzu wozu. Spojrzał bacznie na pulpit przed sobą i nacisnął przycisk otwierający schowek. Ze zdziwienia aż mu opadła szczęka.
Na desce rozdzielczej odsłoniły się panele z różnymi przyciskami i dużym ekranem w środku. Schowek na przeciwko pasażera okazał się stanowiskiem komputerowym z małym joystickiem. Prawdziwe stanowisko nawigatora.
Justyna zaczęła się śmiać.
– Marco, miałeś rację – stwierdziła – To istny Batmobil! Antoni, twój dziadek doprawdy miał fantazję!
– I przepastne konto – dodał Marco pod nosem, chłonąc wzrokiem całą tę elektronikę.
Antek jednak nie słuchał, tylko szybko rozgryzał menu systemu.
Myszkowanie po funkcjach przerwał mu trzask kul odbijających się od przedniej szyby.
– Towarzystwo z przodu! Mamy blokadę! – krzyknęła Justyna.
– Patrząc na to, co dziadek dał nam w spadku, blokada nam dynda.
– Doprawdy..? – burknął Marco ze zwątpieniem.
– Patrzaj lepiej i podziwiaj – mruknął Antek i przełączył coś na panelu środkowym.
Na ekranie pojawił się obraz z celownikiem. Antoni chwycił joystick i nacisnął spust. Boczne nadbudowy tylnych nadkoli okazały się miejscem zamontowania karabinów maszynowych. Kilka serii zmiotło obsadę blokady i zrobiło sito z ich aut. Justyna w pełnym pędzie wjechała między nie. Pancerna Warszawa odrzuciła wraki na boki i pomknęła dalej.


<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Literacki performance

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #11

245 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->


Michał Nowina

Odcinek 40

Karmel pod pozorem skorzystania z toalety wymknęła się do domku, zostawiając wszystkich przy specyficznie stuningowanym aucie dziadka.
Weszła do łazienki i usiadła na klapie od sedesu. Potrzebowała chwili spokoju. Była zła na Antka za tę nocną eskapadę. Wiedziała że zrobił to co musiał, ale nocne przesluchania prowadzone przez ludzi Gomeza bardzo ją irytowały. Owszem, nie dała im tej satysfakcji i nie okazała nawet odrobinu zdenerwowania, teraz jednak potrzebowała się uspokoić.
Przed oczami przepływały jej obrazy ich przyszłości. Były to urywki, ale bardzo wyraziste. Najgorsze jednak było, że owe urywki za każdym razem mmiały odmienne zakończenie.
Bez wątpienia była jej potrzebna chwila spokoju.
Nachyliła się, opierając twarz na dłoniach. Starała się skupić, ale na próżno. Otworzyła oczy i zauważyła, że jedna ze śrub mocujących sedes w podłodze jest niedokręcona. Szybko uklęknęła przed ceramiczną muszlą i palcami odkręciła wkręty. Delikatnie ją uniosła i  jej oczom pokazał się list, szczelnie zaklejony w torebce foliowej. Dorota uśmiechęła się do siebie. Chrakter pisma na kopercie wskazywał bez wątpliwości, że to korespondencja jej dziadka. Poza tym znajdowała się pod muszlą klozetową.
– Normalnie niczym klony – powiedziała cichutko sama do siebie, uśmiechając się mimowolnie pod nosem. W jednej z wizji widziała kuzyna chowającego coś w spłuczce. Skojarzyła się jej z tą sytuacją.
Wiedziała, że nie może za długo siedzieć w ubikacji bez wzbudzania podejrzeń.
Nie zwlekając otowrzyła szybko list i przeczytała go z zapartym tchem.

„Droga wnusiu!
Cieszę się, że udało się Tobie odnaleźć ten list.
Ty i Toni jesteście jedyną nadzieją, żeby powstrzymać niegodziwców od zapanowania nad największą siłą współczeesnego świata – nad pieniądzem, a dokładnie rzecz biorąc nad wszystkimi pieniędzmi świata.
Otóż zaraz po studiach nasza grupa wyjechała do Ziemi Świętej na wykopaliska. Znaleźlismy tam starodruki mówiące o Judaszowych srebrnikach i mocy, jaką ze sobą niosą. Legenda mówi, że jest to dwadzieścia dziewięć monet wybitych przez kapłanów jerozolimskich. Trzydziesta z nich, znana na całym świecie jako zły szeląg, pochodzi ponoć z samego piekła. Owe monety dają niesamowite szczęście do pieniędzy. Kto posiada chociaż jedną, szybko staje się bogaczem. Piekielna moneta natomiast przynosi samo nieszczęście. Jednyny sposób na nią, to umieszcznie jej na święconej ziemi lub połączenie z pozostałymi srebnikami. Razem dają włascicielowi władzę nad wszystkimi pieniędzmi Ziemi. Przez to od wieków są na celowniku wszelkich ludzi i organizacji pragnących zdobyć panowanie nad światem. Poznawszy tajemnicę, staliśmy się jej strażnikami. Szukaliśmy wszelkich wskazówek mówiących o miejscu ukrycia przeklętego skarbu. Odnaleźliśmy klucz do skrytki jednej części skarbu. Musisz wiedzieć, że Templariusze odnaleźli ten artefakt i to dzięki niemu stali się najbogatszym zakonem w ich czasach. Kiedy dowiedział się o tym król Francji, zapragnął mieć skarb dla siebie. Dalszą historię zakonu znacie. Wielki mistrz wiedząc co ich czeka postanowił jednak zabezpieczyć przeklęte monety, tak, żeby nie stanowiły zagrożenia. Wybrał sześciu zaufanych ludzi, którzy podzielili skarb. Zły szeląg pozostał gdzieś na terenie dzisiejszych Włoch. Pozostałe monety zakonnicy rozdzielili miedzy sobą i rozjechali się  -każdy w swoją stronę – żeby je ukryć. Od tego momentu już się więcej nie spotkali. Tajemnicę skrytki mieli znać tylko oni, i mieli zabrać ją do grobu. Jeden z nich nie zachował jednak ostrożności i dwie monety dostały się w ręce tajemniczego zakonu, który postanowił, że odbuduje potęgę finansową Templariuszy i zapanuje nad światem. Zakon ten to wyjatkowo niebezpieczna organizacja, która nie cofnie się przed niczym. Od tamtego czasu żyjemy z wizją śmierci w oczach. Pisząc ten list mam świadomość, że niedługo przyjdzie  kolej na mnie. Zakon jest okrutny i likwieduje wszystkich, którzy nie zejdą mu z drogi.
Kolejnym graczem na scenie jest Loża Pierwszych. Dziwna organizacja, przy której Masoneria to klub malucha. Oni także są niebezpieczni, jednakże sama ich obecność wbrew pozorom daje wam większe szanse na przeżycie, zgodnie z zasadą, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Osobiście miałem do czynienia z niejakim Lynsverdem, którego rodzina  kiedyś  była powiązana z Lożą. Pomagaliśmy mu w ukryciu syna. To ten postrzelony jasnowłosy młodzieniec, który kręci się koło ciebie, odkąd oboje skończyliście osiem lat. Podejrzewam jednak, że kiedy będziesz czytać ten list, ta wiedza nie będzie dla ciebie nowością.
Na koniec powiem tyle: musicie odnaleźć Judaszowe Srebrniki i na nowo je ukryć  –  dla dobra świata, inaczej biada nam. Dalsze informacje uzyskacie w Genewie na Geotte Strasse 3A/17.
Całuję Ciebie mój kwiatuszku i proszę, zniszcz ten list po odczytaniu. Potem wprowadź w szegóły kuzyna.
Twój kochający dziadek Janek.”

Dorota otarła łzy i podarała list. Następnie spuściła go w sedesie i wyszła z łazienki udając, że boli ją brzuch.

Jagoda Dżejdża Niemczycka & Quieva Kujdowa

Odcinek 41

Przemykając ciemnym korytarzykiem w stronę wyjścia, Karmel mimowolnie rzuciła okiem na uchylone drzwi niedużego pokoiku, skąd tliło się słabe światło nocnej lampki. Tknięta nagłym impulsem zwolniła kroku i zajrzała do środka.
Na starym, dębowym łóżku dziadka Antoniego leżała Justyna ze wzrokiem tępo wbitym w sufit.
Karmel przez moment stała skonsternowana w progu, wahając się, czy powinna zakłócać kobiecie tę chwilę prywatności – w końcu oprócz bycia funkcjonariuszką służb specjalnych detektyw Bielska była po prostu człowiekiem, zwyczajnie potrzebującym czasem odrobiny wytchnienia w samotności. Jednak widok, jaki sobą przedstawiała w tym momencie, nasuwał na myśl raczej wręcz przeciwny wniosek.
– Mogę przeszkodzić na momencik.. ? – zapytała w końcu, rozstrzygając ostatecznie ów dylemat. – Mam do przekazania nowe, ważne informacje odnośnie sprawy.
Justyna drgnęła i skierowała na Dorotę nieobecne spojrzenie.
– Tak… oczywiście, wejdź – odparła bezbarwnym, znużonym głosem.
Dorota przysiadła na finezyjnym taborecie, spreparowanym z wykarczowanego z korzeniami sosnowego pniaka. Ujęła się za skronie, próbując zebrać przez chwilę rozbiegane myśli. Skąd ten nagły impuls, by ujawnić Bielskiej poufne informacje od dziadka? Czyż nie zajrzała tu właściwie w wręcz przeciwnego powodu? By się upewnić, że nikt jej nie obserwował i nie domyślał się niczego? A jednak na widok tej kobiety intuicja podszepnęła jej, że tak właśnie powinna postąpić.
– Słucham cię, mów – suche, rzeczowe stwierdzenie wyrwało ją z rozmyślań, stawiając „do pionu”.
Karmel spięła się i wzięła głęboki oddech, jak skoczek rzucający się na głęboką wodę.
– Po wszystkich tych wydarzeniach dzisiejszego dnia musiałam pobyć chwilę sama – zaczęła niepewnie, zbita nieco z tropu dziwnym wyrazem oczu policjantki – Więc wyrwałam się  pod pozorem skorzystania z toalety… i znalazłam tam kolejny list ze wskazówkami od dziadka!
Justyna nie wyglądała na zaskoczoną ani specjalnie zainteresowaną tą nowiną. Uniosła tylko nieznacznie głowę i spytała:
– Wynika z niego coś nowego dla całej sprawy?
– Wynika, i to bardzo dużo! – wypaliła Karmel podekscytowana. – Według listu dziadka ta srebrna blaszka, jaką nosi na szyi Marco, to fragment klucza otwierającego szkatułkę, w której ukryto część Judaszowych Srebrników! Zgromadzenie ich wszystkich razem zapewnia posiadaczowi panowanie nad wszystkimi pieniędzmi świata. Musimy odnaleźć wszystkie srebrniki i ukryć je w bezpiecznym miejscu, zanim zrobi to Loża lub ktokolwiek inny! – wyrecytowała jednym tchem.
Justyna nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko gorzko, przymykając oczy. I choć jej twarz pozostała bez wyrazu, to w cichym westchnieniu, jakie wyrwało się z jej ust, słychać było przełykane skrycie łzy.
Po krótkiej chwili milczenia Karmel w końcu nie wytrzymała.
– Justyna… co się dzieje? – zapytała bez ogródek, bez krępacji przechodząc na „ty”. – I w ogóle jak mogli cię zostawić samą w takim stanie?
– Sama o to poprosiłam, chciałam pomyśleć chwilę w spokoju. Ale dziękuję ci za troskliwość – Bielska spojrzała na nią smutno, jakby nieobecna duchem. – Wiesz… problem w tym, że ja nie do końca sobie już z tym wszystkim radzę. Szczerze mówiąc, mam już dość tej sprawy, to ponad moje siły – wyznała bezsilnie, kryjąc twarz w dłoniach.
– Ależ ja cię doskonale rozumiem! – wypaliła Karmel, nie kryjąc wzburzenia – Tylko że widzisz.. tak jakby żadna z nas nie ma i nie miała wyboru. Skoro więc już wdepnęliśmy w to bagno, to trzeba teraz wspólnie jakoś z niego wyjść, prawda?
– Chyba masz rację.. – westchnęła policjantka i niechętnie podniosła się z łóżka. – Chodźmy poszukać pozostałych, trzeba im przekazać, czego się dowiedziałaś.
– Mogłabym spytać, na ile oni.. to znaczy ci wszyscy śmieszni panowie w melonikach, są wtajemniczeni w tę sprawę?
Justyna spojrzała przeciągle w oczy dziewczyny, jakby chciała tam znaleźć odpowiedź, ile jej może zdradzić na obecną chwilę.
– Wiedzą wiele – odparła po namyśle – Ale nie wszystko. Niektóre szczegóły znam tylko ja.
Karmel pokiwała głową, unosząc wymownie brwi.
– Bo to twoje prywatne śledztwo, nieprawdaż? – stwierdziła. – Dobrze to rozumiem?
– Bystra jesteś. Ale nie pytaj o więcej – ucięła zimno Bielska.
– Nie zapominaj, że ja też wiem ze swojej strony to i owo. Nie znalazłam się w tej bajce przez przypadek – skwitowała Karmel zadziornie, odzyskując utraconą chwilowo pewność  siebie.  – Chodzi o tę pamiątkę po tatusiu, którą ten gamoń nosi na szyi, czy tak? Co takiego ci ona przypomina, że musiałaś to wymazać z pamięci?
Justyna pobladła gwałtownie i opadła z powrotem na tapczan.
– Kim ty jesteś, dziewczyno? – spytała zmienionym głosem.
– Jedynie kimś, kto ma tę „przyjemność”  znać go od dziecka. Widzę, że coś jest z nim  nie tak. On nie zachowuje się normalnie w ten sposób.
– To znaczy w jaki?
– Jakby miał poczucie winy, jakby go coś przytłaczało. Dziwne to, bo to lekkoduch jakich mało, do tego nie znosi niebieskich, jak już zapewne zdążyłaś zauważyć. Może ty mi potrafisz wytłumaczyć, skąd się to bierze? – Karmel wbiła w nią świdrujące spojrzenie.
– Sama bym chciała to wiedzieć – odparła Bielska ze złością – to by mi sporo wyjaśniło.
– Więc dalej, ulżyj sobie i innym, i wyrzuć w końcu z siebie to co wiesz, a my pomożemy ci rozwiązać tę zagadkę! Musisz ją wyjaśnić, inaczej ten koszmar nigdy się nie skończy.. dla nas wszystkich.

Michał Nowina

Odcinek 42

Justyna uśmiechnęła się krzywo:
– Ostatni raz, kiedy chciałam to wyjaśnić, wpadłam w niezłe bagno i ledwo uszłam z życiem.
Karmel wyczuwając ciężar na duszy policjantki odruchowo położyła dłoń na jej ramieniu. Wraz z dotykiem pojawiła się wizja, ale nie – jak dotychczas – przyszłości. To musiała być przeszłość, była tego pewna. Miała wrażenie, że patrzy czyimiś oczami. Wszystko górowało nad nią. Musiała zadzierać głowę do góry, żeby zobaczyć twarze kobiety i mężczyzny w pośpiechu pakujących dwie walizki. Ciemnowłosa kobieta nachyliła się nad nią i wzięła na ręce. O Boże, to jej wspomnienia! – pomyślała zszokowana. Do tej pory miewała tylko wizje przyszłości, które były niczym deja vu. Wyczuwała też niektóre fakty, tak jak z Marco i Holdenem. Nigdy jednak nie weszła komuś w umysł, tak, żeby widzieć jego wspomnienia! Postanowiła jednak się opanować, żeby nie stracić swoistego połączenia z umysłem Bielskiej.
Obrazy były wyraźne, lecz dźwięki przytłumione i zwielokrotnione, niczym echo.
W mieszkaniu wkoło niej było pełno porozrzucanych ubrań. Zdenerwowany mężczyzna siłował się z przeładowaną walizką i co chwilę poprawiał odznakę policyjną, która przy każdym nachyleniu się wyślizgiwała się spod marynarki i bujała na łańcuchu, plącząc się mu między rękoma. Kobieta zaczęła ją ubierać, powtarzając ciepło, że wszystko będzie dobrze. W jej głosie jednak można było wyczuć nutę zwątpienia. Chwilę później zbiegała po schodach, ciągnąc ją za rękę.
Zimny jesienny wieczór oblekł ich chłodem i wilgocią siąpiącego deszczu. Mężczyzna pośpiesznie usiadł za kierownicą auta i odpalił silnik, kobieta zajęła z nią miejsce na tylnym siedzeniu. Samochód ruszył wraz z zamknięciem drzwi. Jechali szybko, ale pewnie. Wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku. Jednakże kiedy wjechali w las, w tył ich auta uderzył nieoświetlony pojazd. To była wielka terenówka. Próbował przed nią uciec, lecz ścigający ich samochód był szybszy. Po kolejnym uderzeniu ich auto wpadło w poślizg i uderzyło w drzewo. Kobieta nie była przypięta pasami i siła uderzenia wyrzuciła ją przez przednią szybę. Z gardła mężczyzny wyrwał się głuchy jęk. Dorota słyszała, jak powtarza w kółko słowo: „Nie..”. Tylko dziewczynka, której oczyma patrzyła, wyszła z tego bez szwanku, porządnie zapięta w pasy.
Z terenówki wysiadło trzech zakapturzonych mężczyzn. Podbiegli do auta i zaczęli szarpać rannego mężczyznę, domagając się zwrotu swej własności.
Po chwili podjechał jeszcze jeden samochód, z którego wysiadła postać ubrana w podobny strój – długi płaszcz z kapturem, spod ktorego wymykały się pasma opadających na ramiona jasnych włosów. Widziała tylko zarys jego sylwetki, ponieważ osobnik stał oświetlony od tyłu przez reflektory. Podszedł do trójki bandytów i zapytał spokojnie:
– I jak, oddał?
– Jeszcze nie, ale… – zaczął mu odpowiadać jeden z nich, jednak nie skończył, ponieważ padł z przestrzeloną głową. Zanim jego towarzysze zareagowali, również leżeli już martwi.
Mężczyzna wsunął głowę do środka samochodu i poklepał kierowcę po ramieniu.
– Trzymaj się – powiedział – Zaraz ciebie wyciągnę.
Ranny wyjął z kieszeni jakiś przedmiot i podał długowłosemu, mówiąc słabnącym głosem:
– Ukryj to i ratuj moje dziecko.. ! – po tych słowach jego głowa opadła bezwładnie.
Nieznajomy uniósł w ręku przedmiot, tak, że mogła zobaczyć, co to jest. To było nic innego, jak Markowy naszyjnik! Sycił przez chwilę oczy jego widokiem, po czym schował go do kieszeni. Następnie wślizgnął się przez wybitą szybę na tył auta, by wypiąć ją z pasów.  Przeciskając się do niej, zawadził kapturem o podsufitkę auta. Gdy nakrycie głowy opadło, odsłaniając twarz nieznajomego, Karmel podskoczyła i krzyknęła:
– Marco!
Niestety, w tym momencie zdjęła rękę z ramienia policjantki i wizja się urwała.

Michał Nowina

Odcinek 43

– Nie! Nie! Nie! Jakim cudem?! Pytam! Jakim cudem?! – wrzeszczał mężczyzna siedzący na wielkim fotelu , spowitym mrokiem. – Jak to się stało, że pięciu podludzi zdołało zabić dziesięciu Uświęconych?!
– Mistrzu, nie mam pojęcia. Ja tylko przekazuję wieści od szpiegów – odpowiedział  niewysoki mężczyzna w szarym garniturze. Po jego skroniach spływała stróżka zimnego potu. Wiedział, że będąc koordynatorem akcji przechwycenia artefaktu może stracić głowę za byle błahostkę. Takową jednak nijak nie można było nazwać niepowodzenia tych rozmiarów, co akcja nad jeziorem.
– Co ty masz za szpiegów? – mistrz wysyczał przez zęby. – Żeby nie ustalić tak podstawowej informacji, ilu trzeba ludzi, by schwytać, przełsuchać i zabić jednego archeologa?
– Panie, do tej pory obiekt nie wykazywał takich zdolności!
– Gówno mnie to obchodzi, że nie wykazywał! My ponoć wiemy wszystko! Nawet to, kto zostanie prezydentem w USA, a nie znamy umiejętności takiej pchły, jaką jest ten cały Antoni? W jednej chwil nie zrobił się z niego Rambo. Musiał już coś umieć, trenować, a wy to przeoczyliście!
– Nasz wywiad uzupełnił informacje.
– Lepiej późno, niż wcale – westchnął mężczyzna w mroku. – Mów więc, co wiecie.
Relacjonujący wziął głeboki oddech.
– Otóż Antoniemu towarzyszy jego kuzynka Dorota, która okazała się być jasnowidzącą – kontynuował. – Jednakże ciekawsze są dwie kolejne osoby.
– Kto?
– Marek Legowicz, wśród przyjaciół nazywany Marco. Przysposobiony syn kustosza Muzeum Historii Świata.
– No i.. ?
Mężczyzna w szarym garniturze słysząc to zawieszone w przestrzeni pytanie przełknąl ślinę ze strachu.
– I Justyna Bielska, a tak na prawdę Dąbrowska. Córka podispektora Kazimierza Dąbrowskiego.
– Wydaje mi się, że kiedyś słyszałem o tym policjancie – mruknął pod nosem mistrz.
– Tak, panie. Wydał pan na niego wyrok, za kradzież jednego z kluczy. Zginął z żoną w wypadku samochodowym, kiedy Justyna miała siedem lat.
– Tak, teraz przypominam to sobie.. To wtedy ten zdrajca Lynsverd zabił kilku Uświęconych.
– Tak – odpowiedział człowiek w garniturze. – I tutaj wracamy znowu do pana Marka.
– Mianowicie..? – mistrz nie krył zniecierpliwienia.
– To tak na prawdę Marcel Lynsverd, syn tego zdrajcy, który zabił tylu naszych.

Jagoda Dżejdża Niemczycka & Quieva Kujdowa

Odcinek 44

– Czym żem ci znowu zawinił, moja droga, że tak okrutnie krzyczasz na mnie? – usłyszała nagle za plecami. Drgnęła gwałtownie, spłoszona obracając się za siebie.
W drzwiach stał Marco i z niekłamaną ciekawością przyglądał się całej scenie, unosząc w górę jedną brew.
– Czego mnie straszysz? – burknęła, wciąż jeszcze roztrzęsiona. – Jeszcze ci nie przeszły te twoje głupie nawyki z dzieciństwa?
– Ależ skąd bym śmiał – odparł z ironią, podchodząc bliżej i ujmując ją poufale acz stanowczo pod ramię. Spojrzał przy tym badawczo w oczy Justyny, której twarz momentalnie przybrała na powrót swój zwyczajny, zacięty i pewny siebie wyraz. – Po prostu długo cię nie było, więc chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku.
– Czy kobieta nie ma prawa pobyć chwilę sama, byś zaraz nie deptał jej po piętach? – odparła rozdrażniona, siląc się na spokojny ton i stanowczo uwalniając się z jego uścisku.
– To zależy od tego, czym się wtedy zajmuje – stwierdził dobitnie, już bez uśmiechu.
Widać było, że czuł się wyraźnie nieswojo. Widział wyraz twarzy Karmel; zbyt długo ją znał, żeby nie wyczuć w jej głosie kłamstwa. Doskonale wiedział, że musiała mieć  właśnie jedną ze swoich wizji, instynktownie wyczuwał jednak, że nie był to najlepszy moment, by drążyć ten temat.
– To może ja już pójdę.. – mruknął zakłopotany, stojąc w progu. – Porozmawiamy później, jak odpoczniesz – dorzucił w końcu, po czym wyszedł.
Sam nie wiedział, dlaczego tak właściwie odszedł, nie próbując się dowiedzieć czegoś więcej. Podświadomie czuł, że ta wizja Karmel miała dużo wspólnego z nim, ale w inny sposób niż dotychczas. Nie miał jednak zamiaru teraz się tym zadręczać. Padał z nóg i jedynym, czego w tym momencie tak naprawdę pragnął, był sen. Zameldował więc Antoniemu, że z dziewczynami wszystko w porządku i wróciwszy do domku rzucił się na stare skrzypiące łóżko w pokoiku, które zwolniła właśnie Justyna.

Sen przyszedł szybko. Otulił jego świadomość cieplej niż stary, przeżarty przez czas i mole koc dziadka Antoniego. Z mroku zaczęły się wyłaniać nieokreślone kształty i obrazy. W kolorystyce i atmosferze tego snu było coś bardzo niepokojącego i przerażającego. Oczami podświadomości ujrzał wnętrze drewnianej chaty, kołysanej gwałtownym powiewem wiatru. Intuicja podpowiadała mu, że był już tu kiedyś, z zakurzonych zakamarków własnej pamięci nie mógł jednak wydobyć żadnego konkretnego wspomnienia, potwierdzającego to przypuszczenie. Nagle usłyszał przeraźliwy, kobiecy krzyk. Zobaczył wysoką, szczupłą kobietę o długich, płowych włosach i łagodnych rysach twarzy, gwałtownie odpychającą małego chłopczyka, trzymającego się jej kurczowo. W jej jasnych, błękitnych niczym bezchmurne niebo oczach dostrzegł przerażenie, ale też determinację. Chłopczyk – na oko czteroletni – zrozumiał polecenie i momentalnie wsunął sie pod ciężkie rozłożyste łoże, stojące w rogu pokoju. Zapanowała ciemność. Krzyk kobiety stopniowo narastał, stawał się coraz silniejszy, w końcu był tak silny, że zdawał się przewiercać czaszkę na wylot, po czym zaczął stopniowo maleć, niknąć, aż w końcu zapanowała całkowita cisza.

Obudził się zlany potem. Zwlókł się z posłania i podszedł do lustra, nerwowo trzęsąc  dłońmi. W osłupieniu gapił się na własne odbicie: przy skórze pojawiły mu się już jasne odrosty, a oczy spowijała mgła niepewności i przerażenia.
Znał to spojrzenie. Dokładnie taki sam wyraz miały oczy kobiety ze snu.

Michał Nowina

Odcinek 45

Wpatrując się w swoje odbicie próbował usilnie przypomnieć sobie, czego dotyczył  ten sen. Czuł wyraźnie, że była to wizja z przeszłości. Nie pamiętał wczesnego dzieciństwa – jego najwcześniejszym wspomnieniem był sierociniec, a potem zastępcza rodzina, która dała mu tyle ciepła i miłości. Cenił przybraną matkę i ojca, to oni byli dla niego prawdziwą rodziną. Dzięki tej wizji zrozumiał jednak, że kobieta ze snu musiała być jego biologiczną matką i że rodzieliły ich bardzo dramatyczne wydarzenia.
Nie mogąc poradzić sobie z mętlikiem myśli klębiacych się w głowie, postanowił się przewietrzyć.
Wyszedł na ganek, oświetlony mdłym światłem słabej żarówki. W kącie, na bujanym fotelu, siedział niemy łowca demonitów i bacznie lustrował wzrokiem teren. Uśmiechnął się na jego widok. Marco odwzajemnił ten uśmiech i skinął lekko głową. Zszedł po schodkach i wpatrzył się w ciemność ponad lekko połyskującą taflą wody.
Na drugim przegu poprzez noktowizyjną lornetkę obserwowała go para ciekawskich oczu. Obserwator przyłożył telefon do ucha i zameldował:
– Cel numer jeden w zasięgu wzroku. Cel numer dwa w budynku. Co robimy?
– Czekać, w razie potrzeby interweniować. Cele od jeden do cztery musza przeżyć.
– Ok, w takim razie kontynuujemy obserwację.

Michał Nowina

Odcinek 46

„Cel numer jeden” był obserwowany także przez „cel numer dwa”, skryty za firanką małego okienka w aneksie kuchennym. Antoni polubił na swój sposób tego aroganckiego zawadiakę, który starał się udowodnić całemu światu, jaki to jest wspaniały, chociaż tak naprawdę nie musiał wcale tego robić. Podejrzewał, że to niedowartościowanie musi mieć związek z jakimiś dramatycznymi przeżyciami kompana, i sięga korzeniami prawdopodobnie jeszcze czasów jego dzieciństwa. Marco jakby nie zauważał, jaki jest bystry, inteligentny i wrażliwy, przejawy tej ostatniej cechy usilnie skrywając pod opryskliwym, czasami chamskim zachowaniem. Antek zdawał sobie sprawę, że nie jest przez niego specjalnie lubiany. Miał jednak nadzieję że to się zmieni, kiedy towarzysz wspólnej niedoli w końcu w pełni zrozumie, że tylko współpracując razem mogą wyjść z tego bagna, i że bez chociażby wątłej nici porozumienia i wzajemnej akceptacji nic z tego nie wyjdzie. Trudno pogodzić ogień z wodą, lecz Antoni w myśl maksymy, że nadzieja umiera ostatnia, postanowił cierpliwie poczekać. Wierzył, że Marco wreszcie dojrzy szczerość jego intencji i obdarzy go zaufaniem. Tylko wtedy będą mieli szanse na przeżycie.


<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Literacki performance

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #10

196 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Jagoda Dżejdża Niemczycka & Quieva Kujdowa

Odcinek 36

Justyna przykucnęła na wilgotnym mchu, opierając się o stojące nieopodal spróchniałe drzewo. Westchnęła cicho. Wreszcie udało jej się wymknąć spod czujnych oczu przesłuchujących ją detektywów, pod pretekstem odpoczynku i odetchnięcia świeżym, nocnym powietrzem. Podświadomie czuła, że nie powinna wyjawiać im wszystkiego, przed konsultacją z Antonim i Marco.
– Oj, Justyna. Czyżbyś ty, zatwardziała policjantka, gardziła pomocą kolegów detektywów? – powiedziała sama do siebie, uśmiechając się smutno.
Sprawy zanadto się skomplikowały. Powróciły cienie z przeszłości, które ją przerażały i którymi w żadnym razie nie miała ochoty dzielić się z tymi typami od Gomeza. Sama zresztą do końca ich nie rozumiała, bo tak długo zakopywała je na samym dnie swojej świadomości, że stały się w końcu nikłymi cieniami, plamami na psychice, a nie rzeczywistymi wspomnieniami. Nagły powrót mrocznych upiorów przeszłości podłamał ją i wyczerpał psychicznie, natychmiastowe rozdrapywanie ran poprzez męczące przesłuchania nie miało więc sensu i było bardzo bolesne.

Powoli zapadał zmrok. Cisza poprzedzierana była cichymi głosami detektywów, zgromadzonych wokół auta, w którym siedział zakuty w kajdanki Holden. Przez ciemność przebijało się również nikłe światło reflektorów samochodowych i oświetlający całą scenerię księżyc, wyłaniający się spoza chmur. Naturalny satelita Ziemi był akurat w pierwszej kwadrze – na niebie widoczna była tylko połowa jego tarczy, tej nocy wyjątkowo jasna i migotliwa, przypominająca swym wyglądem kawałek połyskującego srebra.
„Srebro”- pomyślała Justyna.
Uderzył ją mocny, pulsujący ból w skroni. Wydawało jej się, że to słowo ma dla niej jakieś specjalne, ukryte znaczenie, i było w pewien sposób związane z jej przeszłością.
W umiarkowanej ciszy usłyszała nagle czyjeś miarowe kroki i trzask łamanych gałęzi. Powstrzymując uporczywy ból głowy, zaczęła nasłuchiwać.
„Ach, to tylko Marco i Antek”- odetchnęła z ulgą. Potrafiła już z łatwością rozpoznać ich kroki. Po chwili dołączyły do nich również głosy. Marco z entuzjazmem opowiadał coś Antoniemu, ten zaś wydawał się markotny i odburkiwał tylko coś pod nosem.
W pewnym momencie Justyna złapała się za głowę. Miała wrażenie, że w miarę jak Marco i Antek byli coraz bliżej, ból nasilał się i stawał coraz bardziej nieznośny.
– Justyna? Co się dzieje?- usłyszała nad sobą pełen niepokoju głos Marco.
– Nic, wszystko w porządku, po prostu głowa mnie trochę boli – odparła spoglądajac w górę.
Zamarła. Na szyi mężczyzny wisiał rzemyk z zawieszoną na nim srebrną blaszką. Najprawdopodobniej wysunął mu się, gdy przedzierał się przez zarośla, otaczające dom dziadka.
„Srebro. Znowu to srebro”- przemknęło jej przez myśl.
Wtem zwalił ją z nóg oszałamiający ból, tysiąckrotnie silniejszy od początkowego. Świat zaczął wirować jak w jakiejś szatańskiej karuzeli. Z mroku jej świadomości zaczęły się wyłaniać dziwne nieregularne obrazy i głosy. Głosy, które stopniowo przerodziły się w krzyki. Po chwili krzyczała również Justyna.
Nagle przyszło zrozumienie. Pojawiło się znikąd i niespodziewanie.
Wyczerpana kobieta opadła na ziemię. Zanim zemdlała, zdążyła jeszcze wyszeptać ledwo słyszalny głosem:
– Marcel…

Quieva Kujdowa & Michał Nowina

Odcinek 37

Muzyka ilustrująca odcinek

Świadomość wracała stopniowo.

Najpierw przebił się do niej cichy monotonny szelest zeschłych liści, wciąż jeszcze wiszących na gałęziach drzew, trącanych podmuchami jesiennego wiatru – wyjątkowo ciepłego jak na tę porę roku. Mimo tego wzdrygnęła się, skostniała.
Powoli uchyliła powieki, i ujrzała wpatrzone w siebie z niepokojem dwie pary oczu. Antoni, pochylony nad nią, mówił coś klepiąc ją w policzek. Marco przyklęknął obok, dziwnie milczący i zamyślony, zastygły w posągowej pozie niczym jakiś mistyczny wojownik. Jego długie włosy poruszały się delikatnie muskane wiatrem, potęgując jeszcze to wrażenie. Ten obraz tak ją uderzył, że na powrót zamknęła oczy, wzburzona.
– Justyna, jak się czujesz? – usłyszała pełen troski głos Antka. – Dasz radę wstać? Ziemia jest zimna, pomogę ci usiąść, dobrze?
Skinęła milcząco głową na potwierdzenie. Silne męskie ramiona ujęły ją z obu stron i uniosły, opierając o drzewo. Siedziała tak dłuższą chwilę, oddychając głęboko.
– Mam wezwać pomoc? – usłyszała znowu – Miałaś atak, nie wyglądało to dobrze.
Wykonała gwałtowny, przeczący ruch ręką. Nie życzyła sobie w tym momencie absolutnie nikogo obcego. Obcego..? Zdumiała się niepomiernie sama przed sobą, jak szybko i niepostrzeżenie ta dwójka zdołała pretendować do miana bliskich jej osób. A przecież znała ich bliżej dopiero od kilku dni, żeby wręcz nie powiedzieć – kilkudziesięciu godzin. Coś jej jednak mówiło, że będą to jedne z najważniejszych dni w jej zawikłanym życiu.
Ukryła twarz w dłoniach, próbując jakoś ogarnąć cały ten chaos. Siedziała chwilę bez ruchu, myśląc intensywnie. Zaczęła odtwarzać w pamięci ostatnie zdarzenia, obrazy, urywki zdań. Ciemność, przemoc, walka, tajemnica, szok..
Otworzyła ponownie oczy. Antoniego nie było nigdzie widać, siedział przy niej tylko Marco, opierając spuszczoną głowę na podciągniętych pod brodę kolanach. I dobrze. Im mniej świadków, tym lepiej, pomyślała. Nie należała do osób zbyt wylewnych z natury, a czuła instynktownie, że nie obejdzie się bez gwałtownych wybuchów emocji.
– Jestem ci wdzięczna za pomoc, tam w bunkrze – przerwała w końcu milczenie. – Nie miałam dotąd jak tobie podziękować – dodała zmęczonym głosem.
– Drobiazg, nie ma sprawy – odparł cicho długowłosy, unosząc głowę. Nie patrzył jednak na nią, uporczywie wbijając wzrok w jakiś punkt przed sobą. Srebrny amulet kołysał się swobodnie na jego szyi, połyskując na tle czarnej kurtki oraz włosów, które okrywały jego ramiona niczym płaszcz. Kiedy tak przyglądała się z bliska jego twarzy, zwróciła mimochodem uwagę na dwudniowy już prawie zarost, wyraźnie widoczny w świetle zamierającego dnia dzięki blaskowi księżyca. I nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego – wszak w ciągu ostatniej doby nie miał przecież zbytnio okazji skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji – gdyby nie fakt, że ów zarost był.. zupełnie jasny, w przeciwieństwie do ciemnych włosów.
– Biedaku, nawet rzęsy musiałeś sobie ufarbować – rzekła wyraźnie ubawiona pomimo całej tej sytuacji, mimowolnie ujmując jedno z opadających pasm i przesuwając je między palcami – To nie jest ich naturalny kolor, prawda?
Marco wzdrygnął się cały, jakby doznał czegoś nad wyraz przykrego.
– I cóż z tego? – skwitował sucho, obdarzając ją po raz pierwszy wnikliwym spojrzeniem swoich jasnych oczu.
Justyna cofnęła rękę, skonsternowana. Najwyraźniej posunęła się w swej spontanicznej poufałości za daleko.
– Przepraszam – szepnęła zażenowana. – Wybacz, nie zamierzałam cię krępować.. To tylko tak..
– Nie chodzi o to – przerwał jej nerwowo – Tylko.. od czasu pojawienia się Holdena i tego drugiego psychola zachowujesz się..  dziwnie. Nie rozumiem, dlaczego – dokończył, nie spuszczając z niej oczu.
„Ty też”, chciała powiedzieć, ale tylko przełknęła głośno ślinę.
Siedzieli oboje sztywni, jakby połknęli kij, wpatrując się wyczekująco w siebie nawzajem. Zapadło niezręczne milczenie.
– Mogę zobaczyć..? – odpowiedziała w końcu pytaniem na pytanie, wskazując na jego srebrny amulet.
Zdziwiony odpiął z pewnym wahaniem wisiorek i bez słowa podał jej, śledząc przez cały czas uważnie wyraz jej twarzy. Ważyła go przez chwilę w otwartej dłoni, potem zacisnęła palce, przymykając powieki.
– Kiedy w samochodzie Antoni pociągnął ciebie za rzemień, zauważyłam twój amulet – odezwała się w końcu cicho. – Jego widok przywołał pewne wspomnienia…
– Jakie wspomnienia..? – zapytał, siląc się na ton niewymuszenie obojętny.
Justyna ujęła się za skronie, w których znowu zaczęło jej łupać nieznośnie.
– Nie umiem powiedzieć dokładnie.. do tej pory były zamazane, ukryte gdzieś głęboko w zakamarkach mojej pamięci, tak jakby ktoś ten rozdział mojego życia zamknął na klucz. Nawiedzały mnie tylko w sennych koszmarach… Teraz w bunkrze wszystko to do mnie wróciło, ze zdwojoną siłą – przerwała na chwilę i uniosła w górę naszyjnik, by spojrzeć na niego z innej perspektywy. – To należało kiedyś do mojego ojca, jestem tego pewna  –  rzekła z przekonaniem, przypatrując się wnikliwie dziwnemu wzorowi.
– Nie może być! – wybuchł Marco poirytowany – To przecież pamiątka po moim tacie!
Złapał się za głowę, wpijając palce we włosy. Widziała jak drży, nie mogąc wykrztusić tego, co miał na końcu języka.
Choć w świetle dzisiejszych wydarzeń nie wydawało się to wszystko wcale zabawne, ogarnęła ją znowu przemożna wesołość.
– Spokojnie, nie panikuj – odparła z wyczuwalną ironią, podążając bezbłędnie za jego tokiem myślowym – Nie jesteś moim bratem. Chociaż, jak sam widzisz, wszyscy jesteśmy jak rodzeństwo w tym wspólnym nieszczęściu. A ten przedmiot jest jego przyczyną. Zgubił moją rodzinę i twego ojca niechybnie też, kiedy dostał się w jego ręce.
– Ale zaraz, nic nie rozumiem! – wszedł jej w słowo, gestykulując zamaszyście. – Kim byli twoi rodzice i co mój ojciec miał z nimi wspólnego? I skąd w ogóle ta pewność, że to był on?
– Kim byli moi rodzice, dobrze nie pamiętam… Miałam wtedy może z siedem lat? Być może byli archeologami, tak jak Antoni i jego dziadek. Wchodząc w posiadanie tego artefaktu podpisali na siebie wyrok – rzekła dobitnie, pstrykając w blaszkę palcem, aż zadźwięczało. – Co zaś do tego mężczyzny, który próbował nas uratować, to nie wiem skąd się wziął i co go łączyło z tą sprawą, ale jedno jest pewne – był tak podobny do ciebie, że mogłabym powiedzieć, że to byłeś ty.
Siedzieli tak przez chwilę – on ze zwieszoną głową,  ona oparta o drzewo, trzymając  wciąż  w ręku wisior zdjęty z jego szyi.
– Czy oni żyją..? – spytał w końcu bezbarwnie, przerywając znów zapadłą ciszę.
– Naprawdę nie wiem.. – odparła zamyślona – To są urywki wydarzeń. Wspomnienie bólu zaciera mi obraz.. Ostatnie co pamiętam, to że mężczyzna, który zabił tamtych ludzi, wziął mnie na ręce i wyniósł stamtąd. Potem wydaje mi się, że ktoś nas gonił.. Następne moje wspomnienia, to już sierociniec prowadzony przez zakonników.
Marco pochylił głowę, zasępiony.
– Mnie wychowali przybrani rodzice, których cenię i kocham jak własnych – odparł, siląc się na spokój. – Nie znałem swojego ojca, zostało mi po nim tylko to – wskazał na wisior, który odebrał z jej rąk, ponownie zawieszając go sobie na szyi. – Tyle przekazała mi rodzina, w której się wychowałem, nic więcej nie wiem ponad to, że nie żyje. Matka ponoć zaginęła, tak mówili.
– To by się zgadzało… – rzekła kiwając smutno głową w pełnej melancholii zadumie.
– Ale że co..? Wydajesz się wiedzieć tyle więcej ode mnie! – sapnął skonfudowany.
Justyna spojrzała na niego przeciągle. Widziała malującą się w jego oczach żądzę wiedzy i niemą prośbę o odpowiedź. Przez chwilę biła się z myślami.
– Nie mam ci teraz do powiedzenia zbytnio niczego ponad to, co już usłyszałeś – odparła w końcu, znużona. – O więcej na razie nie pytaj, to dla mnie zbyt bolesny temat. Póki co, sama wiem niewiele więcej od ciebie.
– W porządku, rozumiem.. – odparł z westchnieniem, w błędnym przeświadczeniu, że temat został definitywnie zamknięty.
– Co ty tam rozumiesz, gieroju! – ofuknęła go gniewnie Justyna, wybuchając nagle jak wulkan. – Dziesięć lat w sierocińcu i pół roku u tamtych, rozumiesz to? Pół roku koszmaru, zanim udało mi się uciec i wstąpić do spec wydziału, żeby ukarać winnych, rozumiesz?! – wykrzykiwała, machając chaotycznie rękoma nad głową. Nijak nie przypominała w tym momencie owej chłodnej, opanowanej pani detektyw, którą Marco poznał dwa dni temu.
– Ale już wszystko dobrze!… – zaczął spłoszony, nie wiedząc jak właściwie powinien postąpić w tej sytuacji. – Nikt ci nie zrobi więcej krzywdy z powodu tego przeklętego naszyjnika, zadbam o to osobiście!
Kiedy wyrzekł na głos te słowa, które już kiedyś słyszała wypowiedziane takim samym głosem, przez kopię mężczyzny, którego obraz odcisnął się w jej pamięci niczym piętno przeznaczenia, z Justyny jakby uszło naraz całe powietrze. Osunęła się po pniu drzewa i skryła twarz w dłoniach. Z jej piersi wyrwał się ciężki, głuchy szloch.
– Proszę, nie płacz… – poprosił Marco błagalnie, całkiem już zbity z tropu – Nienawidzę, gdy kobieta płacze..
– Wybacz, to było podłe, co powiedziałam – wykrztusiła w końcu zdławionym głosem, ocierając ukradkiem niechciane łzy. – To przecież nie twoja wina, że trafiłeś w tym życiu lepiej niż ja. Na pewno nie było ci znowu aż tak lekko.
Nic na to nie odpowiedział, ale jego spojrzenie mówiło samo za siebie.
– Jedno jest pewne – ciągnęła dalej, zbierając się w sobie – Posiadanie tego przedmiotu stanowi dla ciebie śmiertelne zagrożenie! To właśnie z jego powodu tamci ludzie prześladowali moją rodzinę, a później dopadli mnie i się znęcali nade mną. Z twojej reakcji tam w bunkrze wywnioskowałam, że musiałeś być kiedyś świadkiem podobnych scen i zapisać to wszystko gdzieś w zakamarkach swej podświadomości.
– Chyba tak.. – rzekł przybity – Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się… coś takiego. Pierwszy raz w życiu zachowałem się w ten sposób.
Na moment zapadło wymowne milczenie.
– Co zrobimy z tą szują, która na nieszczęście okazała się być moim bratem? – zaczął znowu po chwili.
– Nie wiem – odparła Justyna niewyraźnie. – Po tym co zrobił, nie mogę na niego patrzeć. Przynajmniej na razie. Ale jedno jest pewne: musimy wyciągnąć z niego więcej informacji, i to bez udziału służb specjalnych – podkreśliła dobitnie, spoglądając na niego porozumiewawczo.
– Bez dwóch zdań – potaknął przymykając oczy. – A teraz powinnaś odpocząć. Jesteś wykończona.
Sam też się czuł wykończony, ale o tym już głośno nie wspomniał.
Justyna, całkiem wyczerpana, skuliła się i oparła bezwładnie głowę na kolanach. Nie próbowała nawet protestować, kiedy wziął ją na ręce i poniósł w stronę domku. Jej świadomość zawiesiła się chwilowo na „wierzę, że będzie dobrze” i zastygła w błogim stanie bezmyślności.

W drzwiach minął się z Antonim, wymieniając z nim wymowne, naznaczone cichym porozumieniem spojrzenie. „Wspaniale – pomyślał, uśmiechając się kpiąco do swoich myśli  – Już bym chyba wolał, żebyś to ty był moim bratem, sztywniaku. Chyba cię polubiłem, wiesz? A zresztą, cholera wie, jakie jeszcze niespodzianki czekają mnie w całej tej bajce” – westchnął w duchu.

Michał Nowina

Odcinek 38

Antoni, po tym jak opuścił Marka i Justynę,  pozwalając im w spokoju „zażyć relaksującego spaceru”, jak ironicznie nazwał tę sytuację w myślach, sam w końcu znalazł chwilę czasu by móc zająć się tylko sobą. Wziął błyskawiczny, wytęskniony prysznic i z ulgą zmienił dres na bardziej stosowne do okoliczności czyste ubranie, które zawsze czekało na niego w domku na wypadek ewentualnych odwiedzin.

Ludzie Gomeza wciąż myszkowali w domu, a ich szef dalej maglował Holdena. Wszyscy byli tak zajęci, iż nawet nie zauważyli, że Antek założył ciepłą jesienną kurtkę i ruszył ku drzwiom. W wejściu napotkał Marka z Justyną na rękach. Obrzucili się nawzajem uważnym spojrzeniem, z którego Antoni zmiarkował, iż rozmowa z Justyną przebiegła pozytywnie i przyniosła oczekiwane odpowiedzi na pytania, Długowłosy zaś wyczytał, że nadszedł czas na samotny wypad towarzysza w teren. Mrugnęli do siebie porozumiewawczo, uśmiechając się kącikami ust.

Kiedy tylko drzwi zamknęły się za Antkiem, ten wtopił się w mrok. Znał ten teren jak własną kieszeń. Szybko poruszał się wzdłuż linii lasu, kryjąc się w mroku zalegającym pod rozpościerającymi się nisko koronami drzew. Uwagę miał napiętą jak struna, a każdy krok stawiał z wielką rozwagą. Nagle usłyszał, że ktoś rozmawia przez telefon. W ciemności nie rozpoznał twarzy, ale zarys melonika wskazywał na Bernarda. Tajemniczy jegomość mówił cicho. Antoniemu pomiędzy szelestem liści udało się usłyszeć tylko kilka słów, które były głównie potakiwaniami. Na koniec Bernard zadał pytanie: „- Czekamy, czy działamy?” Po chwili odpowiedział: „- Rozumiem”, po czym zakończył rozmowę i równie bezszelestnie ruszył w stronę domku na plaży.
Antoni nie wiedział, z kim mężczyzna rozmawiał i o czym, ale mu się to nie spodobało. Nie mógł jednak ostrzec w tym momencie swoich towarzyszy, musiał teraz działać szybko i sam.
Po kilkunastu minutach szybkiego marszu przez las dotarł do leśniczówki. Zapukał do drzwi, które otworzył mu rosły, brodaty mężczyzna.
– Witaj, Robercie.
– Cześć, Antek. Wpadłeś z dziadkiem na podziwianie jesiennych mgieł?
– Dziadek nie żyje.
– Przykro mi.
– Mnie również. Właśnie w związku z jego śmiercią jestem tutaj.
– Nie rozumiem – odpowiedział zdziwiony mężczyzna.
– Lepiej, żebyś za dużo nie wiedział – odpowiedział Antoni – Muszę zabrać twojego quada. Oficjalnie mnie nie widziałeś, rozumiesz? Jakby ktoś doszedł, że quad ci zniknął, to powiedz, że ci go ukradziono. Ogólnie udawaj niezorientowanego.
– Dobrze, Toni, chociaż nie podoba mi się to wszystko – odparł leśniczy i podał mu kluczyki, oraz duży myśliwski nóż. – Weź go, może się tobie przydać ten hajek..
– Dzięki, przyjacielu, a teraz zmykaj do domu i pamiętaj: nic nie widziałeś, nic nie słyszałeś.
Antek szybko pobiegł do wiaty za stodołą i wypchnął po cichu dużego quada na leśną drogę. Odpalił go dopiero kilkaset metrów od leśniczówki. Silnik bez dużych obrotów terkotał delikatnie. Antek toczył się powoli bez świateł leśnym traktem. Dopiero, kiedy dotarł do szosy, włączył oświetlenie i przydusił gaz.
Do miasta dojechał nad ranem. Quada ukrył w krzakach obok złomowiska i czekał, aż pojawi się ktoś, kto otworzy ten hipermarket dla MacGywera.
Kiedy zaczynało świtać, obok bramy pojawił się starszy jegomość. Niespiesznie pootwierał wszystkie kłódki i rozsunął skrzydła bramy. Antek ruszył za nim, rozglądając się przy tym uważnie wokoło. Kiedy weszli głębiej na plac, starszy pan nagle przystanął.
– Długo jeszcze będziesz się tak za mną skradał, młodzieńcze? – spytał nie odwracając się.
– To zależy od tego, czy jest pan Szczerbatym Kazikiem?
– To oznacza tylko jedno: Janek nie żyje, a ty jesteś jego wnukiem – odpowiedział smutno staruszek.
– Tak.
– W takim razie nie ma czasu do stracenia. Chodź do mojego garażu.
Antek ruszył szybko za swoim rozmówcą. Po chwili znaleźli się przy zardzewiałym blaszaku. Kłódki z oporem ustąpiły pod naporem kluczy. Widać było, że są w użyciu od lat.
Wnętrze było zakurzone i pełne gratów i narzędzi. Na środku stał przykryty plandeką duży wóz. Starszy pan podszedł do regału i go przesunął, wyjmując zza niego skrzynkę, którą położył na stole.
– Skąd pan wiedział, że dziadek nie żyje? – zapytał zaciekawiony Antek.
– A czy widzisz, żebym był szczerbaty? – odpowiedział staruszek z uśmiechem. – Poza tym mam na imię Henryk.
– Rozumiem, hasło.
– Tak, mój drogi, hasło. Twój dziadek wraz ze swym zespołem wdepnął swego czasu na wykopaliskach w pewne biblijne gówno, które śmierdzi dobre dwa tysiące lat.
– Brzmi ciekawie, proszę pana, ale może by tak coś jaśniej?
– Jaśniej to ja nie wiem i wolę nie wiedzieć. Wszystko znajdziesz w skrzynce i w aucie, które zamówił u mnie twój szurnięty dziadunio.
Po tych słowach Henryk zdjął plandekę z samochodu. Antek aż wstrzymał oddech. Stała przed nim stara, garbata Warszawa dziadka. Tylko, że była na wysokim, terenowym podwoziu. Wyglądała tak szpanersko, że Antoni roześmiał się w głos.
– Jeżeli to ma być auto, którym mam uciec, to jeszcze powinno mieć megafon i wrzeszczeć: „Halo, tutaj jestem!”
– To nie jest zwykłe auto. Pod maską masz 3,5 litra turbo diesel, skrzynia biegów od Nissana Patrola, zresztą tak samo jak silnik. Pojedzie nawet na olej ze spożywczaka. Napęd cztery na cztery, karoseria okryta siatką tytanową i trzema warstwami kevlaru, szyby kuloodporne, nieprzebijalne opony. W kabinie masz dwa schowki na broń, a w nich karabin Beryl  i pistolet Glock, plus amunicja. Przy drzwiach obrzyny, a pod szybami z przodu i z tyłu otwierane otwory strzelnicze. Taki mały cywilny czołg, który przejdzie wszędzie.
– No, muszę przyznać, że robi wrażenie. Pan to skonstruował?
– Tak, mój drogi młodzieńcze – odpowiedział Henryk, nie kryjąc dumy. – A teraz wsiadaj i jedź, gdzie masz jechać.
– Dobrze, tylko proszę, niech pan odstawi quada, który stoi w krzakach za szrotem, do leśniczówki koło domku kempingowego mojego dziadka.
– Dobrze, mój drogi, i niech Bóg ma cię w opiece.
Antoni wsiadł do super bryki dziadka i odpalił silnik. Potężna moc zagrała pod maską. Po chwili jechał już ulicami miasta. Kiedy dojechał do lasu, skręcił w leśny dukt i się zatrzymał. Otworzył skrzynkę. Znalazł w niej zdjęcie, z którego patrzyły na niego uśmiechnięte twarze dziadków, rodziców oraz ciotki – matki Doroty. Wszyscy byli już mieszkańcami tego lepszego świata.
Pod zdjęciem leżała mapa oraz list, krótki ale treściwy:

„Antku, Dorotko.
Swego czasu znaleźliśmy miejsce, gdzie ukryte są Judaszowe Srebrniki. Jak głosi stary przekaz, kto je posiądzie, będzie miał władzę nad wszystkimi pieniędzmi świata. Rozlokowano je w kilkunastu miejscach. Część odnaleźli krzyżowcy, część poszukiwacze skarbów. My postanowiliśmy chronić największej szkatułki. Przypłaciliśmy to jak widać życiem, bo skoro to czytacie, to znaczy, że nie żyję. Mapa doprowadzi cię do dalszych informacji. Ukryj ją w samochodzie, a list zniszcz.”

Tak też Antoni uczynił, po czym zawrócił wóz i pojechał z powrotem nad jezioro.
Kiedy się zatrzymał przed domkiem, oniemieli wszyscy, nie wyłączając ludzi Gomeza. Ten jednak doskoczył do niego wściekły:
– Gdzie żeś był, signior Antoni! Co to ma znaczyć?!
– Pojechałem po swoje auto. Nie sądzę, bym dostał pozwolenie, gdybym poprosił.
– To było głupie i nieodpowiedzialne!
– Być może, ale wiedziałem o tym tylko ja i dlatego było bezpiecznie.
Hiszpan aż zacisnął dłonie w pięści, ale mimo wszystko musiał mu przyznać mu rację.
Marco w tym czasie oglądał z zaciekawieniem ten antyk na wielkich kołach, obchodząc  go ze wszystkich stron.
– No nieźle! – gwizdnął z zachwytu, jakby zobaczył piękną kobietę. – Muszę przyznać, Antek, że szpanerską masz brykę! – wyraził swój podziw, klepiąc maskę z uznaniem – Nie spodziewałem się tego po takim sztywniaku jak ty.
– Jestem oryginalny, to i autko muszę mieć oryginalne – odpalił Antek, szczerząc zęby w jowialnym uśmiechu.

Bartosz Parczan Parczyński

Odcinek 39

– Co tu się właściwie dzieje? – zapytał nieznany Antkowi jegomość. – Gomez ! Mów, szybko!
– To właśnie jest signior Antoni, o którym wam opowiadałem – Gomez złapał Antka i przyciągnął do siebie, by nieznajomy mógł się przyjrzeć. – A to, Antku, jest Isaac z rodziny Savage’ów.
– Nietypowe macie nazwisko, panie Isaac – stwierdził Antoni nieufnie, podając mu rękę.
– Wątły trochę – odrzekł Isaac , taksując Antka wzrokiem. – To na pewno on?
– Tak. A ten tutaj to wspaniały syn Archanioła – rzucił Gomez, wskazując na Marco.
– Lynsverd? Tutaj? No proszę, proszę – jemu także uścisnął dłoń.
Rysy twarzy miał dość łagodne, wręcz wzbudzające zaufanie. Na widok zniechęconej miny Marco uśmiechnął się wesoło.
-To istny zaszczyt poznać Lynsverda. Zwłaszcza potomka Archanioła.
– Znałeś go? – zapytał Marco ożywiony.
– On też nie pałał do mnie sympatią z początku – ciągnął dalej Savage ku irytacji Marco,  jakby nie słyszał  w ogóle jego pytania – Ale dość o tym. Poznajcie mojego towarzysza!  Siedzi o tam, daleko, na tym małym pieńku – wskazał palcem wielkiego mężczyznę czyszczącego buty.
– A jak jemu na imię? – zapytał Antoni.
– Nie wiem – padła zaskakująca odpowiedź. – Jest niemową, więc nie miał okazji się tym pochwalić – rzekł rozbawiony. – Signior Antoni, ci panowie od dzisiaj będą pańską strażą przyboczną.
– Nie potrzebuję ochrony! – Antoni był gotowy się kłócić.
– Po bandażu na ręce Lynsverda wnioskuję, że wręcz przeciwnie. Dobrze wiemy, kto mu to zrobił – stwierdził Isaac .
– A w czym jesteś niby taki dobry? Skąd wiesz, że masz szansę nas obronić? – zapytał Antek, rozwścieczony.
Wszyscy zgromadzeni wybuchnęli śmiechem.
Isaac spokojnie podwinął rękaw koszuli. Na ręce widniały cztery tatuaże z Uroborosem.
– Zawsze po zabiciu jednego z tych skurwieli sprawiam sobie taki – rzekł, wyraźnie dumny ze swych trofeów. – Do kolekcji brakuje mi jeszcze jednego.

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Literacki performance Varia

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #8

214 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Michał Nowina i Jagoda Dżejdża Niemczycka

Odcinek 27

Na kilka chwil zapadła cisza. Ani Marco, ani Antoni nie mieli pojęcia, w którą stronę mógł się oddalić Holden z Justyną.
Po kilku minutach natężonego główkowania głos zabrał Marco:
– Nie uważasz, że te zbiry, które zmuszeni byliśmy unicestwić, mogą mieć powiązania z naszym rzekomym policjantem z Interpolu? Bardzo

Continue Reading

Literacki performance

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #7

207 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Weles

Odcinek 20.

Kiedy główne gwiazdy przedstawienia oddały się rozmowie i oddaliły od poszkodowanego i jego znaleziska, ten syknął do Karmel:
– Ten palant mówi cicho i niewyraźnie – skrzywił się i ścisnął znalezioną broń. – Nie dosłyszałem jego pytania i nie dam sobie wmówić, że nie wiem, jak wygląda mizerykordia. Przecież spędziłem…
– … niejeden dzień w bractwie rycerskim, tak, wiem – jęknęła Karmel,

patrząc Continue Reading

Literacki performance

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #4

181 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Jagoda Dżejdża Niemczycka

Odcinek 7

Marco odłożył słuchawkę i uśmiechnął się dumnie do własnego ego. Cóż, to normalne, że Karmel zwróciła się do niego z taką sprawą, nie od dziś przecież wiadomo, że to właśnie on sprawdza się w tak ekstremalnych sytuacjach najlepiej!
Zarechotał triumfalnie do własnych myśli. Z odmętów jego narcystycznego umysłu zdołał się jednak przebić cichutki głosik zdrowego rozsądku, który ironicznie przypomniał: „No tak, jest tylko jeden mały problem: jakim cudem masz zamiar w tak krótkim czasie zorganizować ekipę „ratunkową”, opracować cały plan uprowadzenia Antosia i wreszcie zrealizować go tak, by uniknąć glin, komisariatu i wszystkich konsekwencji?”
– Szlag by to wziął! – zaklął Marco pod nosem.
Wiedział jednak, że prędzej czy później opracuje plan idealny. Znany był przecież z tego, że z każdej utarczki wychodził zwycięsko.

Leżąca na szpitalnym stoliku komórka Antoniego przeszyła ciszę głośnym dzwonieniem. Z początku jej właściciel próbował ignorować natarczywy sygnał, widocznie jednak ktoś, kto chciał się do niego dodzwonić, wykazywał się ogromną determinacją, nie dawał bowiem za wygraną – telefon rozbrzmiewał raz za razem, wprawiając Antoniego w coraz większą irytację. W końcu zrezygnowany doczłapał do stolika i nacisnął przycisk odbioru.
– Słucham?! – warknął nieprzyjemnie.
– Co się Antosiu tak pieklisz, to tylko ja, Dorotka! – usłyszał z drugiej strony tak dobrze znany mu głos. Głos, którego oczywiście w najmniejszym stopniu nie miał ochoty teraz słyszeć.
– Dorota! Do jasnej cholery! – wybuchnął Antoni. – Nie wiem czy wiesz, ale jestem teraz w szpitalu, po tym jak kilku zbirów napadło na mnie i stłukło do nieprzytomności! Naprawdę nie mam teraz ochoty na pogaduszki!
– Spokojnie kuzynku, spokojnie. Wiem już o wszystkim, mam swoje własne źródła informacji. Jeżeli mi nie wierzysz, zastanów się, w jaki sposób stałeś się posiadaczem komórki.
„Co? To Dorota mi ją kupiła?”- zdziwił się Antoni. Przypomniał sobie, że gdy wybudził się ze śpiączki, personel szpitala przekazał mu komórkę jako prezent od „kogoś z rodziny”. To musiała być sprawka Doroty!
– A więc przestań się na mnie wydzierać, i radzę, posłuchaj uważnie, bo sprawa jest poważna – kontynuowała ze spokojem godnym stoickiego filozofa.
„Jakbym tego nie wiedział!”- pomyślał z irytacją Antoni, lecz posłusznie zamilkł. Jednakże po dłuższej chwili wsłuchiwania się w monolog kuzynki nie wytrzymał i wybuchł:
– Co?! Dorota, ty chyba już całkiem oszalałaś! Przecież ja jestem teraz na rehabilitacji po ciężkich urazach, a ty masz zamiar razem z tym twoim podejrzanym typem, Marco, czy jak mu tam, wykraść mnie ze szpitala i wywieźć nie wiadomo gdzie?! – pod wpływem jego wrzasku szklana żarówka, wisząca na suficie zachybotała się lekko.
– Posłuchaj, ty baranie! Po pierwsze, zamknij to paszczydło i z łaski swojej wyrażaj swą irytację nieco ciszej, bo zapewne nie jesteś w tym szpitalu sam – odparła trochę już zdenerwowana Dorota.
„No tak. Ma rację”- pomyślał stropiony Antoni. Wyjrzał zlękniony na korytarz. Na jego szczęście większość pielęgniarek musiała przebywać akurat w innej części oddziału, jego potępieńcze wrzaski nie wywołały więc zbytniego poruszenia.
– Po drugie – kontynuowała Dorota – nasz plan jest niestety konieczny do zrealizowania, ponieważ w całą sprawę nie powinny mieszać się gliny. Wiem trochę więcej od ciebie, radzę ci więc grzecznie posłuchać i zrobić wszystko, co ci każę, inaczej możesz przypłacić tę sprawę życiem, zrozumiano?
Antoni poczuł się zdezorientowany. Kompletnie nie wiedział już komu wierzyć i co w tej sytuacji począć.
– No i jak? Dotarło coś wreszcie do ciebie? – zapytała z przekąsem Dorota.
– Czekaj chwilę, muszę się zastanowić – odrzekł.
– No dobra. Tylko szybko. Nie mamy zbyt wiele czasu.
Zapadło milczenie. Po dłuższej chwili Antoni, choć wcale nie taki pewien tej podjętej na szybko i pod przymusem decyzji, odparł:
– Dobrze. Powiedzmy, że ci wierzę i będę się ciebie słuchać, choć wcale nie jestem przekonany do tego twojego szalonego planu. Przedstaw mi więc proszę szczegóły i sposób realizacji – westchnął ciężko.
– Wiedziałam, że w końcu się zgodzisz. Słuchaj więc uważnie: jutro o 10:00 Marco przyjdzie do szpitala i przedstawi się jako twój brat. Ubłaga jakoś oddziałową, żeby wypuściła was na mały spacerek po szpitalnym parku. Niepostrzeżenie wymkniecie się poza teren placówki, gdzie będę czekać już ja w zaparkowanym nieopodal samochodzie. Reszty dowiesz się na miejscu.
– Ale zaraz, Dorota! – jęknął – Przecież ja jestem ledwo cztery tygodnie po wypadku! Pielęgniarki za nic nie zgodzą się na żaden spacerek!
– Spokojnie Antoś, spokojnie – odparła – Marco to gość o niezwykłym darze przekonywania i zjednywania sobie ludzi. Jestem przekonana, że cała akcja się powiedzie, inaczej bym go w to nie angażowała.
– Skoro tak mówisz… – zamyślił się Antoni.
– Tak, jestem tego pewna. No to co, Antoś, bądź w gotowości jutro przed 10:00. Schowaj gdzieś komórkę i kilka najpotrzebniejszych rzeczy i staraj się nie wzbudzać swoim zachowaniem żadnych podejrzeń. Widzimy się jutro. Na razie – zakomunikowała, po czym rozłączyła się.
Wyczerpany Antoni opadł na szpitalne łóżko. Był zmęczony całym tym słowotokiem Doroty i jak na razie nie miał ochoty myśleć, co przyniosą mu najbliższe godziny. Wyglądało na to, że następny dzień okaże się długi i pełen niespodzianek.

Następnego dnia Antoni obudził się dość wcześnie i już od samego rana zaczął czynić przygotowania do zbliżającej się eskapady. Spakował do (na szczęście dość pojemnych) kieszeni dżinsów komórkę, portfel i wszystkie potrzebne dokumenty. Porządkując szpitalne szuflady, natknął się na coś dziwnego pomiędzy stertą ubrań – była to mała karteczka z łacińskim napisem. Antoni miał wrażenie, że słyszał już kiedyś to stwierdzenie, niestety luki w pamięci nie pozwalały mu przypomnieć sobie kiedy, ani w jakich okolicznościach się już z nim spotkał. Intuicja podpowiadała mu jednak, że karteczka ta ma jakieś istotne znaczenie dla całej sprawy, schował ją więc do kieszeni spodni, wsuwając między dokumenty. Spojrzał na zegarek wiszący na ścianie – powoli zbliżała się 10:00, Marco powinien już niedługo się pojawić.
Po chwili usłyszał głośne pukanie do drzwi, po czym do pokoju weszła pielęgniarka, a za nią wysoki mężczyzna. Antoni zdębiał. Marco miał długie, ciemne włosy, czarną skórzaną kurtkę narzuconą niedbale na koszulkę i nogi obute w ciężkie ( i nawiasem mówiąc niezbyt czyste) glany – to wszystko wywarło na Antku dość imponujące wrażenie.
– Panie Antoni, ten człowiek podaje się za pańskiego brata i przyszedł pana odwiedzić. Czy chce pan się z nim widzieć? – zapytała pielęgniarka.
– Tak, oczywiście! Witaj braciszku, dawno się nie widzieliśmy! – wykrzyknął Antoni, starając się, by jego udawana radość zabrzmiała jak najbardziej autentycznie.
– Dobrze. W takim razie zostawiam panów samych – zgodziła się pielęgniarka i skierowała się w stronę wyjścia.
Jego nowy gość wykrzywił się w fałszywym uśmiechu, gdy wychodziła, po czym wyciągnął rękę w stronę Antoniego.
– Jestem Marco, ale o tym pewnie już wiesz. Karmel przedstawiła ci cały plan, prawda?
„Karmel?”- zastanowił się Antek. A no tak, to pewnie jakaś ksywka Doroty, że też nie przyszło mu to od razu do głowy!
– Tak.. tak, oczywiście. Wiem, że macie mnie podstępem wyprowadzić ze szpitala i gdzieś wywieźć, w dalszym ciągu nie wiem jednak gdzie, w jakim celu, i o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi – zauważył kąśliwie Antoni.
– Ciii… nie tak głośno – upomniał go Marco – dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. A teraz poczekaj tu chwilę, pójdę przekonać tę kobiecinę, żeby wypuściła nas na „spacer”- powiedział, po czym z cichym westchnieniem skierował się w stronę dyżurki pielęgniarek.
Nie minęło nawet pół godziny, a jego towarzysz już był z powrotem.
– No i jak? Zgodziła się? – zapytał lekko przejęty Antoni.
– Tak, w końcu udało mi się ją przekonać. Strasznie zrzędliwe babsko, nie bardzo chciała ustąpić, ale jakoś ją zmęczyłem. W końcu jestem Marco, przede mną i moim urokiem nikt się nie oprze – wyszczerzył zęby w triumfalnym uśmiechu.
„Cóż za zadziwiająca skromność”- pomyślał z irytacją Antoni. Był jednak pod wrażeniem zdolności konwersacyjnych przyjaciela Doroty.
– Lepiej jednak szybko się stąd zmywajmy – zauważył Marco i zerknął na zegarek. – Jest już trochę późno, a coś mi się wydaje, że ta pielęgniarka może należeć do osób szybko zmieniających zdanie. Poza tym… zapomniałem zapytać: co z glinami? Dalej się tu kręcą, czy dali ci na razie spokój?
– Na razie śledztwo stoi w miejscu, niewiele pamiętam z tamtych zdarzeń, nie byłem zbyt pomocny. Raczej nie powinni nas zaskoczyć, ale masz rację, na wszelki wypadek należy się spieszyć – odparł trzeźwo Antoni, po czym dżwignął się ciężko z łóżka i zaczął ubierać . – Chodźmy więc, jestem gotowy.
– Dasz radę sam zejść na dół, czy mam ci pomóc? – zapytał Marco z ledwo wyczuwalną troską w głosie.
– Nie, dam sobie jakoś radę sam – odparł Antek zdecydowanym głosem. Co prawda wciąż miał pewne trudności z chodzeniem, a rehabilitacja ciągle trwała, nie chciał jednak wyjść na mięczaka i uciekać się do pomocy tego typa.
– Dobrze, jak tam sobie chcesz – zgodził się Marco, po czym zdecydowanym krokiem wyszedł na korytarz. Antoni poczłapał za nim, szybko jednak przekonał się, że nie jest w stanie dorównać kroku swojemu towarzyszowi.
– Może jednak potrzebujesz pomocy, co, chojraku? – zaśmiał się Marco i wziął Antka pod rękę. – Chodź, musimy się spieszyć.
Gdy mijali dyżurkę, drogę ni stąd ni zowąd zastąpiła im pielęgniarka.
– Panie Antoni, szczerze powiedziawszy, nie podoba mi się ten pomysł. Jeśli jednak koniecznie potrzebuje pan świeżego powietrza, proszę pamiętać, by nie przebywać zbyt długo na dworze i koniecznie wrócić na obiad – westchnęła zrezygnowana.
– Ależ oczywiście! Zapewniam panią, że nic się waszemu pacjentowi nie stanie! Przyprowadzę go z powrotem za jakąś godzinę. Obiecuję! – uśmiechnął się słodko Marco, po czym popchnął Antka w stronę windy. – Do widzenia!
Gdy już stara i lekko trzeszcząca winda przetransportowała ich na sam dół, Marco pomógł Antoniemu dojść do drzwi frontowych i zejść po schodach prowadzących na plac przy szpitalu. Byli wolni! Teraz należało tylko nie wzbudzając niczyjego zainteresowania przemknąć się poza teren szpitala, gdzie czekała już na nich Dorota.
– Posłuchaj – szepnął mu do ucha jego towarzysz – musimy zachowywać się jak najmniej podejrzanie. Udawajmy po prostu, że sobie spacerujemy i jesteśmy zajęci wdychaniem świeżego powietrza, nikt nie zwróci uwagi, jeśli stopniowo będziemy oddalać się od szpitala.
Zbliżali się już do głównej bramy. Rzeczywiście, gdy wyszli poza teren placówki, nikt nawet tego nie zauważył. Antoni rozejrzał się – granatowy mercedes Doroty zaparkowany był tuż przy samym ogrodzeniu, a ona sama stała nieopodal, spoglądając w ich stronę.
– No nareszcie! – zawołała, gdy tylko się zbliżyli – już myślałam, że wszystko piorun strzelił i trzeba będzie układać cały plan od początku. A teraz wsiadaj, Antek. Musimy się śpieszyć i spadać stąd, zanim personel dowie się o twoim zniknięciu!

 

Michał Nowina

Odcinek 8

Kiedy tylko podszedł do samochodu, z piskiem opon podjechały dwa czarne VW Transportery. Odsunęły się boczne drzwi i z każdego z nich wyskoczyło kilku zamaskowanych mężczyzn. Gazem łzawiącym obezwładnili Dorotę i Marco. Antoni chciał zawołać o pomoc, ale na jego ustach i nosie spoczęła szmatka nasączona chloroformem.

Obudził się znowu w łóżku. Obok stała pielęgniarka i regulowała kroplówkę.
Chwycił ją za rękę i szarpnął do siebie.
– Gdzie ja jestem?! – syknął ze złością.
– Proszę się nie obawiać. W bezpiecznym miejscu – odpowiedziała mu z uśmiechem.
W tym momencie do pokoju wszedł doktor Krzyś.
– Panie doktorze! Co to ma znaczyć? – wzburzył się Antoni – Niech pan nie mówi, że jest pan w zmowie z tymi bandziorami?
– Jeżeli policję można nazwać bandziorami, to tak – zażartował lekarz. – Jest pan w wielkim niebezpieczeństwie, dlatego dałem się namówić pani detektyw na to pseudo porwanie. Zresztą wszystko sama panu opowie.
Po chwil do pokoju weszła Justyna.
– Witam pana. Jak się dzisiaj pan czuje? – zapytała ironicznie.
– Zważając na to, jaką przeszedłem rehabilitację, to pytanie wydaje się retoryczne – zripostował cierpko Antoni.
– Oho, wstępne uprzejmości zostały już wymienione – wtrącił doktor Krzyś. – Podejrzewam jednak, że dalszej treści rozmowy nie chcę znać, więc zostawię was samych – to mówiąc wyszedł.
– Widzę, że cięty humor pana nie opuszcza. Ustalmy jednak jedno. To na mnie nie działa, nie pozbędzie się mnie pan za pomocą niedomówień, kłamstw, tajemnic
i marnego dowcipu. Rozumiemy się?
– Jak najbardziej, pani detektyw. Myślałem jednak, że moje poczucie humoru bawi panią.
– W innej sytuacji może tak, ale nie wtedy gdy wokół giną ludzie, i jakiś zadufany w sobie zgarniacz pyłu z porozbijanych skorup zwodzi mnie na manowce.
Antoni zrozumiał, że ta kobieta naprawdę się przejmuje tą całą sytuacją, i wbrew ogólnie przyjętemu wizerunkowi policjanta jest piekielnie inteligentna. Już wcześniej czuł, że może jej zaufać, mimo to był wciąż wewnętrznie rozdarty, czy może zdradzić jej sekret dziadka. Pani Zuzanna umierając powiedziała jednak, że strażników jest coraz mniej. Był także świadom tego, iż sam nie da rady rozwikłać tej tajemnicy, nie mówiąc już o możliwości obrony przed tymi bandytami, którzy go tak załatwili. Jest sam, chyba nie ma wyboru. Co robić?
Nagle usłyszał wyraźnie głos dziadka: „Antoś, chłopcze, zaufaj jej. Ona ciebie nie zawiedzie”. Przeraził się tego. Prawdę mówiąc nie wiedział, co się z nim dzieje. Policjantka najwyraźniej niczego nie słyszała. Cały czas patrzyła mu w oczy i czekała, aż coś powie. „Trudno, raz kozie śmierć – myślał gorączkowo. – „Omamy, nie omamy, ale jeżeli dziadek komuś ufa, to ja też mogę. Kurczę, chyba zaczynam fiksować, słyszę głos z zaświatów. Musiałem naprawdę mocno dostać po głowie. Trudno, raz kozie śmierć”.
Spoglądał na nią, zgnębiony.
– Pani Justyno, chciałbym pani wszystko opowiedzieć, ale sam nie wiem, o co w tym właściwie chodzi, i jestem tak samo zagubiony jak pani – wyznał w końcu. – Ten mój dowcip tak naprawdę jest reakcją na stresująca sytuację. Przepraszam, jeżeli panią uraziłem.
Policjantka jakby trochę złagodniała.
– Przeprosiny przyjęte – odparła już nieco mniej sarkastycznym tonem – ale proszę mnie już więcej nie robić w konia, dobrze? Sprawdziłam tę panią Zuzannę – ciągnęła dalej. – Otóż faktycznie kończyła studia z pańskim dziadkiem. Nazywała się Zuzanna Andler i zrobiła doktorat z archeologii. Potem wyjechała do Stanów i kontynuowała pracę naukową. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że z grupy studentów, która kończyła naukę z pana dziadkiem, prawie wszyscy nie żyją. Poginęli w dziwnych okolicznościach, i to z całymi rodzinami. Z tego co ustaliłam, nie ma wiadomości tylko o jednym koledze pańskiego dziadka, ponieważ zniknął ćwierć wieku temu i słuch po nim zaginął. Kiedy się tego dowiedziałam, od razu postanowiłam pojechać do pańskiego domu. Po prostu czułam, że pan będzie następny.
Antoniemu zrobiło się trochę głupio.
– Przepraszam, zapomniałem podziękować za uratowanie życia – odparł wyraźnie zbity z pantałyku. – Proszę, mówmy sobie po imieniu. Ten pan i pani strasznie mnie krępują, a czuję, że rozwikłanie zagadki, przez którą zginęło tylu ludzi, zajmie nam trochę czasu.
– Też tak uważam – odparła już całkowicie rozbrojona.
– Dobrze, więc jestem Antoni.
– A ja Justyna.
– Miło mi. Prawdę mówiąc, jedyne co pamiętam z wizyty tych drabów w moim domu, to że jednemu odgryzłem kawał palca, i potem dotyk twoich dłoni na mojej głowie. Reszta obrazów jest taka zamazana. Wiem, że coś znalazłem w domu, i że to gdzieś ukryłem, ale nie pamiętam co i gdzie. Próbuję sobie cokolwiek przypomnieć, aż mnie głowa boli, ale mam totalną dziurę w pamięci.
– Spokojnie, spróbuj teraz odpocząć i się nie przemęczaj. Pamiętaj, że dopiero co wróciłeś z krainy umarłych.
– Tak, tak ale mój umysł ma to gdzieś. Cały czas usiłuje odtworzyć, co się wydarzyło tamtego wieczoru. Gdybym mógł wrócić do domu, na pewno bym sobie przypomniał co i gdzie schowałem.
– Niestety, Antoni, ale musisz na razie polegać tylko na swojej dziurawej pamięci. Wiem, że to zabrzmi dziwnie z ust policjantki, ale twoje uprowadzenie jest zrobione trochę poza regulaminem.
Zszokowany Antek nie mógł powstrzymać się od żartu:
– No, no, no, zadziwia mnie pani, pani detektyw. Co się stało, że łamiesz regulamin, Justyno? Co jak co, ale działania poza prawem w twoim wykonaniu się nie spodziewałem.
– Nic w tym nadzwyczajnego – odpowiedziała. – Mieliśmy potężne naciski z góry, żeby umorzyć śledztwo w sprawie twojego dziadka, Pani Zuzanny i ciebie. Sprawy przybierają jednak inny tok, kiedy jedna ze stron jest zaginiona lub porwana, wtedy śledztwa nie można umorzyć, chociażby sam minister nam kazał. Właśnie dlatego nie możesz wytykać nosa z tej dziupli, dopóki nie dam tobie znaku, że coś się dowiedziałam, i że możesz wychodzić z ukrycia.
Po tych słowach nie czekając na odpowiedź swego podopiecznego wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi a klucz.
Antoni siedział chwilę nieruchomo, zaskoczony. W końcu wstał i po cichu podszedł do drzwi. Zaczął nasłuchiwać. W korytarzu słyszał głos Justyny. Rozmawiała po hiszpańsku z jakimś facetem. Jego lodowaty i stanowczy głos nie przypadł mu zbytnio do gustu. Przyklęknął i zajrzał przez dziurkę od klucza. Ujrzał przystojnego, dobrze zbudowanego mężczyznę w eleganckim garniturze, o urodzie typowego macho z Iberii. Mimowolnie skonstatował, że sam, ze swoją niepozorną budową ciała wyglądałby przy nim jak mięczak, chociaż wcale przecież nie należał do słabeuszy. Posługując się dalej takimi kategoriami, to ze swoją pospolitą twarzą i lekko falującymi rudawymi włosami mógłby stanowić odrębną ligę, żeby nie powiedzieć pod-ligę urody mężczyzny.
Trapiło go jednak co innego. A jeżeli te draby znaleźli to, co on schował? – pomyślał. Musiał się koniecznie dostać z powrotem do domu, zresztą wciąż nie był pewien, czy powinien pójść za głosem dziadka. To trzymanie go „pod kluczem” prawdę powiedziawszy nie wzbudziło nazbyt jego entuzjazmu.
Ubrał dres i przyjrzał się oknom. Były zamknięte, ale z pomocą długiej, zakrzywionej pęsety zdołał otworzyć zamek. Wyszedł na balkon i zlustrował teren. Posiadłość była ogromna. Dotykała do jeziora, gdzie przycumowane były dwie łodzie motorowe. Antoni podszedł do brzegu balkonu i z zadowoleniem stwierdził, że zaraz przy barierce przymocowana jest do ściany pionowa rynna. Zsunął się więc po niej powoli i po chwili był na dole.
Zadowolony z siebie, choć pioruńsko zmęczony, stanął na trawniku. Zapomnieli, że porządny archeolog to również wspinacz i grotołaz – pomyślał z uśmiechem. Szybkim krokiem ruszył w stronę przystani. Po głowie tłukło mu się z tysiąc myśli, ale jedna rzecz najbardziej mu zgrzytała: polski detektyw, współpracownik Hiszpan i willa niczym u Carringtonów. Coś tu śmierdzi, i to na kilometr.
Z zamyślenia wyrwał go głos mężczyzny, z którym rozmawiała Justyna.
– Signior Antoni! Signior, proszę się nie wygłupiać!
Antoni nie zamierzał słuchać nawoływań. Od przystani dzieliło go zaledwie dwieście metrów. Puścił się biegiem w jej kierunku. Jednakże w jego stanie bieganie nie było dobrym pomysłem. Kiedy wbiegał na pomost, zakręciło mu się w głowie i stracił równowagę. Chwilę potem znalazł się w wodzie.
Wyciągną go Hiszpan.
– Signior Antoni – powiedział, okrywając go własną marynarką – Justine mówiła mi, że jest pan uparty, ale że głupi, zapomniała powiedzieć.
– Kim do diaska jesteś, żeby mnie osądzać?! – odburknął wściekle Antoni, szczękając zębami – Nie lubię być zamknięty!
– Signior, kim jestem nie mogę powiedzieć. Jednakże proszę mi wierzyć, Justine pana chroni. Nawet nie zdaje sobie pan sprawy, w jakie bagno został wepchnięty. Proszę nam zaufać, inaczej szybko pan dołączy do dziadka.
– Jeżeli mam zaufać, ty musisz powiedzieć mi wszystko co wiesz, inaczej wam nie zaufam za żadne skarby!
– Dobrze. W takim razie chodźmy do domu. Doktor Krzyś pana przebada, a potem porozmawiamy. Uprzedzam jednak : wiedza, którą posiadam, może okazać się dla pana niebezpieczna.
– Niewiedza za to dla mnie jest zabójcza. Stłukli mnie jak schabowego, a ja do tej pory nie wiem za co! Wolę wiedzieć dlaczego zginęło tylu ludzi, i dlaczego chcieli mnie skrócić o głowę. Przynajmniej będę wiedział jak się bronić.
– Dobrze, sam tego chciałeś. Wrócimy do budynku. Osuszysz się i przy szklaneczce brandy spokojnie wszystko tobie opowiem. Na początek zacznę od przedstawienia się. Nazywam się Endarion de Mazer i jestem cywilnym egzorcystą.
– Cywilny egzorcysta?? Coś mi się zdaje, że będzie potrzebna nie szklanka, a raczej cała butelka brandy.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i razem ruszyli do budynku.
Antoni szybko się przebrał w naszykowane mu ubranie i chwilę potem razem z hiszpańskim znajomym schodzili po schodach do biblioteki, gdzie chcieli zasiąść do rozmowy przy wspomnianej brandy.
Niestety, trunek pozostał tylko w sferze marzeń. Przy kominku czekała już na nich Justyna.
– I jak, panie archeologu? Woda w jeziorze ciepła?
Endarion szepnął Antoniemu na ucho:
– Coś mi się zdaje, signior, że brandy przełożymy na inny termin. Przy tej kobiecie nawet zatyczki od karafki nie powąchamy.
Antek mimowolni sie uśmiechnął. Do Justyny jednak odezwał się stanowczo:
– Pani Justyno. Tyle już przeżyłem, że uważam za stosowne poinformowanie mnie, po jak bardzo grząskim bagnie stąpam.
Kobieta spojrzała na niego spojrzeniem, którego by się nie powstydziła kotka przyglądająca się myszy zagonionej w ślepy zaułek.
– Panie Antoni, pan po nim nie stąpasz. Siedzisz pan w nim po szyję, jak nie głębiej.
– Można jaśniej? – zdenerwował się Antoni. – Jedyne co wiem, to to, że z tego powodu zginęła cała moja rodzina. Muszę wiedzieć. Rozumie pani?
Policjantka wskazała mu ręką sofę.
– Proszę, właśnie po to tutaj pana sprowadziliśmy.

*

– Niech to trafi szlag! – warczał Marco, dławiąc się ze złości hot-dogiem w barze na stacji benzynowej. – Dlaczego nie wyszło po mojemu?! Przecież ja nigdy nie przegrywam! Zawsze jest tak, jak ja chcę i dostaję to, czego chcę!
– Nie zawsze – odpowiedziała znużonym głosem Dorota, przyglądająca się w lusterku swoim spuchniętym oczom. Ich widok nie nastrajał jej najlepiej. Lubiła dobrze wyglądać i podobać się innym. Nie była chorą narcyzką, była po prostu kobietą i potrzebowała tego, sama dla siebie. Taki zabieg podbijający produkcję endorfin, dla samej przyjemności. Nic, co by mogło prowadzić do depresji. Dzisiaj jednak była wkurzona. Nie dość że plan nawalił, Antek zniknął, Marco histeryzuje, to jeszcze sama wygląda jakby podbito jej oczy. Przez to wszystko nie może się skupić i wyczuć, gdzie jest jej kuzyn.
– Jak to nie zawsze? – oburzył się Marco, dopychając jej hot-doga, czym wyrwał ją z otępienia.
Uśmiechnęła się i wychyliła w jego stronę.
– Wiesz, uroczy jesteś, kiedy wyłazi z ciebie mały, rozkapryszony dzieciak – rzuciła kpiąco. – Trochę mi ciebie żal, ale chyba nie muszę ci przypominać, jak rok temu próbowałeś zaciągnąć mnie do łóżka. Owszem, przyznaję, starałeś się bardzo, ale za cienki Bolek z ciebie, żeby mnie tak łatwo przelecieć.
Słysząc te słowa, długowłosy o mało nie udławił się parówką.
– Karmel, gdyby nie ja, to dzisiaj byś oberwała! – odparł z wyrzutem, wyraźnie dotknięty.
Dorota zdusiła śmiech.
– Zastanawiam się, czy potraktowano nas tym samym gazem. Mnie palą jedynie oczy, ale tobie chyba wypaliło mózg. Dostałeś pieprzówką i porządnie z piąchy w splot słoneczny. Mnie tylko pchnęli i na szczęście zdążyłam zamknąć oczy, więc szybko odzyskałam wzrok. Tylko dlatego zdołałam wciągnąć do auta twój tyłek i odjechać, zanim przyjechała policja. Więc nie licytuj się mój miły, ok?
– Ok, ok – skwitował pojednawczo. – Ciekawi mnie tylko, kim byli ci gnoje.
– Gliny.
– Jak to gliny, po co, i w ogóle skąd to wiesz? – wyrzucił jednym tchem – Zresztą, ty ciągle wiesz coś o rzeczach, o których słyszę w wieczornych wiadomościach.
– Sama nie wiem, ale powinnam się domyśleć, że coś jest nie tak. Za gładko poszło. Kiedy przyniosłam komórkę Antkowi, jego sala była pilnowana. Dzisiaj żadnej ochrony, dosłownie nikt nie protestował, że ta fajtłapa mój kuzyn wyłazi na spacer. A gdy tylko znalazł się za bramą szpitala, podjechały te dwie czarne taksówki.
– Skoro uważasz, Karmelku, że to byli niebiescy, to powiedz mi : jaki mieli cel w porywaniu tej parodii człowieka, jaką jest Antek?
– Sądzę, że stoi za tym ta czarnowłosa pięknisia, pani Bielska. Jeżeli zrobi coś Antkowi, to jej oczy wydrapię.
– Jak na razie, Dorotko, to sama masz nieźle spuchnięte oczy – zauważył z przekąsem.
– Zanim powiesz coś takiego kobiecie, spisz testament, niedojdo – sarknęła poirytowana. – Teraz, chcąc czy nie, musisz mi pomóc. Auto zostawię w lesie, a my skoczymy po twojego jeepa.
– Zaraz, jeszcze mi piwa nie postawiłaś za akcję w szpitalu! – zaoponował Marco.
– Nie przeginaj! – fuknęła. – Uratowałam twój zafajdany tyłek, postawiłam hot-doga, do tego zeżarłeś mojego, więc piwo sam sobie kupisz po wszystkim. A teraz rusz się, nie ma czasu do stracenia!

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Literacki performance Varia

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #2

199 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Michał Nowina, Dida (Forum miłośników „Sagi o Ludziach Lodu” PIFF ) 

Odcinek 3

Kiedy tylko Antoni wyłączył komórkę, rozbrzmiał dzwonek okrutnie starego telefonu dziadka, pamiętającego niechybnie jeszcze czasy Churchila. Nie podejrzewając niczego wstał i przeszedł do kuchni w przekonaniu, że ktoś ze znajomych czy krewnych  dzwoni z kondolencjami – odebrał już wcześniej kilka takich rozmów.
– Halo? – zapytał znużony, odpowiedziała mu jednak głucha cisza. Doprawdy świetny moment na strojenie sobie żartów, pomyślał z irytacją. Miał już zamiar odwiesić słuchawkę, gdy usłyszał głos:
– Panie Antoni? Niech pan się nie rozłącza…
Był to ciepły melodyjny głos kobiecy. Przemknęło mu przez myśl, iż zna skądś ten głos, lecz po namyśle stwierdził, że chyba jednak nie.
– Tak, słucham? – usłyszał swoją własną odpowiedź.
– Jest coś, co chciałabym z panem przedyskutować.. aczkolwiek obawiam się, że to nie jest rozmowa na telefon. Czy możemy się spotkać w ulubionej kawiarni pańskiego dziadka? Za 30 minut tam będę. Proszę się spieszyć!
– Ale… – zaczął, nieznajoma jednak zakończyła już rozmowę.
Co się dzieje? Kim jest ta kobieta?
– Ulubiona kawiarnia dziadka… – pomyślał na głos do pustej słuchawki.

Antoni spieszył się jak tylko potrafił. Do umówionego wcześniej spotkania zostało jeszcze parę godzin, miał więc nadzieję, że ogarnie oba terminy.
Niestety, w kawiarni „Literat” był dopiero po 45 minutach.
Znał to miejsce. Jego dziadek zawsze, będąc w pobliżu, wstępował tutaj na herbatę.
Podszedł do baru, przedstawił się i zapytał, czy ktoś na niego nie czeka. Barman ruchem ręki wskazał mu stolik ukryty głęboko w niszy. Siedziała przy nim elegancka, starsza kobieta. Popijała coś ze stylowej filiżanki i czekała.
– Pani do mnie dzwoniła? – zagaił Antoni, przysiadając się do stolika.
– Tak, ja. Z tego co pamiętam, to umawialiśmy się za pół godziny, a jest prawie godzina. Naprawdę, punktualność jest słabą stroną waszego rodu. Twój dziadek też się notorycznie spóźniał, ale nie o to mi teraz chodzi.
– Kim pani jest? – spytał Antoni bez ogródek,  przyglądając się apodyktycznej damie. Wydawało mu się, że zna z widzenia lub z opowieści wszystkich znajomych dziadka. Tej kobiety jednak nie kojarzył. Jej głos znów wydał mu się znajomy, nadal jednak był pewien, że nigdy jej wcześniej nie spotkał.
– To nieważne – nieznajoma zarumieniła się wyraźnie i zaczęła nerwowo skubać chusteczkę trzymaną w ręku. – Mam ci coś ważnego do powiedzenia, a to, kim jestem, nie ma z tym żadnego związku.
– Ale mimo to chciałbym wiedzieć? Chyba gdzieś już słyszałem pani głos.
Kobieta pokręciła głową i zacisnęła usta.
– Dzisiaj rano wróciłam do domu po dłuższej nieobecności. Czekał na mnie stos korespondencji i paczka, nadana przez twojego dziadka. Znalazłam w niej mały pakunek i list z prośbą, żebym to przechowała i wręczyła ci, gdy Jana już nie będzie na tym świecie. Spotkałabym się z tobą wcześniej, ale nie było mnie w kraju.
Po tych słowach nieznajoma sięgnęła po torebkę wiszącą na oparciu krzesła i wyciągnęła niewielki pakunek, zawinięty w zwykły szary papier, przewiązany sznurkiem.
Antoni wziął od nieznajomej paczkę. Była nieduża, może troszkę większa niż paczka papierosów, a wewnątrz coś gruchotało. Bez słowa schował ją do kieszeni – owszem, ciekawiło go co jest w środku, jednakże w tym momencie bardziej interesująca była dla niego sama starsza pani, która zachowywała się w tak tajemniczy sposób.
– Może napiłaby się pani jeszcze kawy lub herbaty? – zagadnął kurtuazyjnie.
Nieznajoma uśmiechnęła się.
– Nie, dziękuję. Dopiero co wypiłam kawę. W moim wieku nie można sobie pozwolić na więcej, a już na pewno na tę sama przyjemność dwa razy pod rząd.
Antoni wciąż bacznie się jej przyglądał. Zawsze miał pamięć do twarzy, miejsc i sytuacji, gorzej natomiast było u niego z zapamiętywaniem imion – dlatego właśnie to uczucie, iż zna skądś tę starszą panią, nie dawało mu spokoju. Jeżeli był pewien że nigdy jej wcześniej nie spotkał, to skąd by miał ją znać?
Starsza pani była teraz bardzo podenerwowana. Udawała, że wszystko jest w porządku, była jednak spięta i ukradkiem rozglądała się po sali.
Antoni postanowił, że za wszelką cenę dowie się, kim jest jego rozmówczyni.
– Bardzo przepraszam panią – zaczął. – Proszę mnie nie zbywać. Jestem pewien, że jako dziecko musiałem widzieć panią u mojego dziadka w domu. Byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł poznać chociaż pani imię. To dla mnie zaszczyt poznać znajomą dziadka, tym bardziej, że do towarzyskich to on nie należał.
– Jak my wszyscy.. – westchnęła.
– Słucham?
– Nie, nic ważnego. Dobrze, młody człowieku. Powiem tylko tyle : mam na imię Zuzanna i od wielu lat byłam znajomą twojego dziadka. Razem studiowaliśmy i przez szereg lat współpracowaliśmy w pracy. O więcej proszę mnie nie pytaj.
– Strasznie pani tajemnicza. Umiem jednak uszanować czyjąś prywatność, dlatego nie będę pani więcej męczył pytaniami.
– Gentelman, jak dziadek – staruszka uśmiechnęła się pod nosem. – Zresztą, jesteś do niego podobny z wyglądu, tyle że masz bardziej okrągłą twarz. Oj, zagalopowałam się. Ja tutaj robię jakieś tajemnice, a pozwalam sobie mówić panu na „ty”.
– Nic nie szkodzi. Jest pani w wieku mojego dziadka. On też mi mówił po imieniu, więc niech pani też mówi mi Antoni.
– Dobrze zatem, Antoni – rzekła na powrót poważniejąc. – Utrzymuję tajemnicę, ponieważ chcę ciebie chronić, i wierz mi, lepiej żebyś nie wiedział przed czym.
– Po takim wstępie to z ciekawości nie będę mógł spać.
– Curator is prime grade insquequo coniecto.*
– Pani Zuzanno, znam łacinę. Wiem, że to pierwszy stopień do piekła.
– W tym przypadku może to być dosłowne, mój drogi Antoni.
– Piekło to ja mam w domu. Jak sobie pomyślę, że muszę posprzątać wszystkie pokoje i na nowo posegregować notatki dziadka, to mi się przysłowiowy nóż w kieszeni otwiera.
– Co się stało, drogi chłopcze?- zapytała Zuzanna wyraźnie zdenerwowana.
– Podczas pogrzebu dziadka ktoś włamał się do domu i wywrócił tam wszystko do góry nogami, a jak wróciłem, to na odchodnem zdzielił mnie czymś ciężkim w głowę.
– Masz szczęście, że żyjesz. Wracaj natychmiast do domu, trochę go uporządkuj i radzę dobrze, nie nocuj w nim.
– Pani Zuzanno, przecież dam sobie radę. Co mi się może stać w moim domu?
– Co? Już raz w głowę oberwałeś. Bądź mądry i mnie posłuchaj.
– Dobrze, jeżeli to takie ważne, to prześpię się w akademiku.
– Dobry pomysł, a teraz wybacz, ale zaraz mam autobus. Muszę już iść. Jeżeli coś się zmieni, odezwę się.
Antoni wstał, żeby podać płaszcz pani Zuzannie.
– Naprawdę było mi bardzo miło panią poznać. Nie mogę się doczekać naszego następnego spotkania.
– Mi również było miło. Jesteś naprawdę miłym młodym człowiekiem.
Pani Zuzanna wzięła torebkę z oparcia krzesła i wyszła z kawiarni.
Antoni ponownie usiadł przy stoliku. Zadumany, siegnął do kieszeni. Chciał już otworzyć przesyłkę od dziadka, kiedy usłyszał pisk opon i huk na ulicy.
Od razu przez myśl przemknęła mu jego nowa znajoma.
Jak z procy wybiegł przed lokal. Na ulicy zgromadził się już spory tłumek gapiów.
– Pewnie weszła mu pod koła! – było słychać z tłumu. – Taka stara baba nie powinna chodzić sama po ulicy, tylko zagrożenie stwarza dla kierowców!
– Co też pan mówi, jakby ten kierowca był w porządku, nie uciekłby z miejsca wypadku!
W tej bezskładnej paplaninie Antoniemu udało się wreszcie przedrzeć przez tłum.
To co zobaczył, przeraziło go : pani Zuzanna leżała na jezdni w pozycji bezwładnie rzuconej lalki, z głową bokiem leżącą na asfalcie.
– Ludzie!!! Wezwijcie karetkę!! Niech ktoś wezwie to cholerne pogotowie!! – krzyknął Antoni podbiegając do pani Zuzy.
– Chłop…chłopcze.. – wykrztusiła.
– Proszę, niech pani nic nie mówi. Pogotowie już jedzie.
– Chłopcze, pamiętaj, destination procuratio ones, quis venustas quoque concero tendo. **
– Co pani mówi? Jakie sznurki?
– Zzz..zrozumiesz, przyjdzie czas, to zrozumiesz… Nostrum, illud quis rectus ut vigilo unus erant yourselves ut stipes…. Pondera non ago. Bids ut latin, vel alius non veneratio vadum wits.
Antoni zrozumiał i również przeszedł na łacinę
– Wits? Quis talis wits? ***
Niestety pani Zuzanna już nie odpowiedziała. Z ust pociekła jej stróżka krwi i przestała oddychać. Kiedy przyjechało pogotowie, lekarz stwierdził zgon.
Wraz z karetką pojawiła się też Policja. Wśród gapiów znalazł się ktoś, kto widział samochód, który potrącił panią Zuzę.
– Panie władzo – mówił wyraźnie podekscytowany sprzedawca z pobliskiego kiosku – To był jak nic pancerny Mesio!
– Mesio??? – zdziwił się policjant.
– Znaczy się Mercedes, panie władzo. Pancerny jak nic, nawet się lekko nie wgiął. Tablice miał zachlapane błotem. To była robota na zlecenie, mówię panu. Wiem, bo w pracy czytam „Śledczego”, a tam piszą o takich sprawach, i to sama prawda jest panie władzo, samiuśka!
– Tak, sama prawda – przytaknął policjant z przekąsem. – Jeżeli się panu jeszcze coś przypomni, proszę zgłosić się na komisariat. Zresztą i tak jeszcze pana wezwiemy na spisanie zeznań.
– Co tylko pan sobie życzy, panie władzo.
Teraz ten sam funkcjonariusz podszedł do Antoniego.
– Znał pan ofiarę?
– Tyle o ile. Pani Zuzanna była znajomą mojego dziadka.
– To proszę go wezwać na komisariat – ciągnął procedurę policjant.
– Z miłą chęcią, ale dziadek nie może przyjechać.
– Nie ma problemu, przyślemy po niego radiowóz.
– I tak się nie stawi. Dzisiaj był jego pogrzeb.
– Proszę pana, niech pan sobie żartów ze mnie nie robi, jestem funkcjonariuszem na służbie! – ofuknął go mundurowy.
– Nie śmiałbym sobie żartów robić z policji, tym bardziej w obliczu śmierci.
– Wie pan co, jak jest pan taki wygadany, to pojedziemy na komisariat i tam porozmawia pan z moim szefem. Zapraszam do radiowozu!
Zrezygnowany Antoni nie stawiał żadnego oporu. Posłusznie wykonał polecenie, jednak funkcjonariusz przez całą drogę nie odezwał się już do niego ani słowem. Najwyraźniej poczuł się urażony.
Na komisariacie kazał mu usiąść na korytarzu i czekać. Antoni grzecznie usiadł, a że czekanie się przedłużało, rozpakował przesyłkę od dziadka.
W pudełku był kluczyk i kartka z napisem po łacinie „Heretofore peto suum identity, duco preterea portrait posterus.
Conjunction sub nether vir pariter vetted profundities , quod manus manus volo thee ero vinum.” ****
Znowu zagadka – powiedział sobie w myślach. Głębia, wino? O co tu chodzi?
Z zadumy wyrwał go kobiecy głos.
– Znowu się spotykamy. Dwa razy w ciągu jednego dnia. Wpierw włamanie, potem śmiertelny wypadek. Albo pan jest w mafii, albo ma paskudnego pecha?
– Zapewniam panią detektyw, że to drugie – odparł  znużony. – Po śmierci pani Zuzanny na pewno to drugie.
Pani Bielska ruchem ręki zaprosiła go do biura.
– Rozumie pan, że teraz będę musiała panu zadać parę pytań dotyczących zmarłej. Domyślam się, że ten telefon, po którym wyszedł pan z domu, był właśnie od niej?
Antoni lekko się zmieszał, niemile zaskoczony faktem, że znajduje się pod obserwacją. Oczy pani detektyw, chociaż ciepłe, wyrażały irytację ich właścicielki, związaną z zatajeniem prawdy.
– Tak, to ona dzwoniła i poprosiła o spotkanie, ale przyrzekam, że nie wiedziałem jaki był jego cel.
– Nie musi pan przyrzekać. Nie wygląda pan na kłamcę, więc powiedzmy, że w to wierzę. Jednakże proszę nie zatajać przede mną żadnych, nawet najdrobniejszych faktów. Pan też dzisiaj oberwał, więc to spotkanie z samochodem mogło być przeznaczone dla pana.

(…)

* ciekawość, to pierwszy stopień do piekła
** kieruje nami przeznaczenie, a przeznaczeniem kierują ci, co pociągają za sznurki
*** Z nas, tych co stoją na straży, tylko jeden ostał się na posterunku. Reszta nie żyje. Mówię po łacinie, bo nie każdy musi wiedzieć.
Wiedzieć? Co takiego wiedzieć?
**** Spójrz pod nogi i zbadaj głębię, a wskazówką niech tobie będzie wino – przypis autora

 

Jagoda Dżejdża Niemczycka

Odcinek 4

Antoni zamarł. No tak, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? Przecież to oczywiste: napad, dziwne telefony, no i nieoczekiwana śmierć tej nieznajomej kobiety.. To wszystko zaczęło się układać w przerażającą całość.
Oblał go zimny pot. Wreszcie dotarło do niego, że znalazł się w samym środku jakiejś szemranej sprawy, z którą niekoniecznie chciał mieć cokolwiek do czynienia. Nie pozostawiono mu jednak wyboru, najwyraźniej znalazł się na czyimś celowniku  i jego zadaniem było teraz przetrwać za wszelką cenę.
– Panie Antoni – z odrętwienia wyrwał go głos funkcjonariuszki. – Musi nam pan teraz opowiedzieć wszystko, co pan wie o ofierze. Jeszcze raz przypominam, że wskazana jest bezwzględna szczerość. Wygląda na to, że śmierć pani Zuzanny nie była zwykłym wypadkiem. Jeśli więc mamy do czynienia z morderstwem, również pan i pańscy najbliżsi nie są bezpieczni. Proszę o tym pamiętać!
– Tak, oczywiście.. – odezwał się Antoni. –  Zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej się znalazłem, i obiecuję, że będę wobec pani szczery. Nie znałem ofiary, choć przez chwilę miałem wrażenie, że słyszałem już kiedyś jej głos..  to chyba jednak tylko złudzenie. Pani Zuzanna co prawda podawała się za znajomą mojego dziadka, lecz nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek odwiedzała go w jego mieszkaniu.
– Myśli pan zatem, że kobieta kłamała, mówiąc, że go zna?
– Niekoniecznie.. – Antoni zamyślił się. – Jej słowa wydawały się szczere. Możliwe, że zwyczajnie nie miałem wcześniej okazji  poznać jej osobiście, dziadek utrzymywał przecież liczne kontakty z dawnymi znajomymi z pracy.
– Dobrze – przytaknęła policjantka. – Załóżmy więc, że pani Zuzanna mówiła prawdę. W jakim celu chciała się z panem spotkać?
Antoni zamilkł. Jakiś głos z tyłu głowy podpowiadał mu, że nie powinien zdradzać policji wszystkiego, że nikt, absolutnie nikt nie powinien dowiedzieć się o pustej szufladzie, tajemniczym liściku i ostatnich słowach pani Zuzanny. Kłóciło się to jednak z jego naturalną szczerością. Antoni nie lubił kłamać i jeśli mógł, starał się za wszelką cenę unikać naginania prawdy. Mimo to podświadomie czuł, że sytuacja ta wymagała takiego postępowania.
– Chciała po prostu złożyć kondolencje – kłamstwo z trudem przeszło mu przez gardło. – Rozmawialiśmy o przeszłości dziadka. Pani Zuzanna opowiadała, że była jego znajomą z pracy, razem pracowali przy wykopaliskach. To była zwykła rozmowa. Mimo wszystko wydaje mi się, że jej śmierć była fatalnym zrządzeniem losu, ta pani była osobą w podeszłym wieku, chciała przejść przez ulicę i mogła najzwyczajniej w świecie nie zauważyć pędzącego samochodu.
– Jest pan pewien? – policjantka zmierzyła go świdrującym spojrzeniem, lecz wytrzymał dzielnie jej wzrok.
– Tak mi się tylko wydaje. Nie zauważyłem w jej zachowaniu niczego dziwnego, czegoś, co mogłoby wskazywać na to, że ta kobieta była zamieszana w jakąś niebezpieczną sprawę.
Pani Bielska spojrzała na niego z pewną troską w oczach. Zadumała się przez chwilę, po czym odrzekła:
– Dobrze. Jeśli tak pan uważa, nie pozostaje nam nic innego, jak dać panu na razie spokój. Miał pan wystarczająco nerwowy dzień. Nie oznacza to jednak, że śledztwo zostanie umorzone. Zginął człowiek, a sprawca zbiegł z miejsca wypadku. Naszym zadaniem jest dopilnować, by okoliczności śmierci pani Zuzanny zostały całkowicie wyjaśnione. Proszę więc na wszelki wypadek uważać na siebie, i jeśli przypomni pan sobie jakiś szczegół, który mógłby być istotny dla całej sprawy, proszę natychmiast zgłosić się na komendę.
– Oczywiście – odrzekł Antoni – zrobię co w mojej mocy, by sytuacja rozwiązała się pomyślnie. A teraz… czy mogę już sobie pójść? Mam trochę spraw do załatwienia w związku ze śmiercią dziadka. Poza tym muszę jeszcze uporządkować całe mieszkanie po dzisiejszym włamaniu – westchnął zmęczony.
– Ma pan rację – przyznała. – Przepraszam, że pana zatrzymujemy, ale rozumie pan, musimy zebrać jak najwięcej zeznań i dowodów. Może pan już wracać do swoich spraw.
– Dziękuję – uśmiechnął się Antoni, po czym skierował się w stronę wyjścia. – Do widzenia pani.
Drzwi komisariatu zamknęły się za nim z cichym kłapnięciem. Uderzyła go fala zimnego, rześkiego powietrza. Było późne popołudnie, środek listopada, powoli zapadał zmrok.
Z odrętwienia wyrwało go nagłe szarpnięcie i natarczywy, kobiecy głos.
– Antoś! Ty baranie! Już myślałam, że wsiąkłeś tam, u tych glin! Pamiętasz jeszcze, że miałeś przyjść pod „Kulawą Pszczołę” ? – zarechotała dziewczyna.
– Dorota, przestań się chichrać! To wcale nie jest śmieszne! – sapnął zirytowany. – Nawet nie wiesz, co przeżyłem przez ostatnie kilka godzin!
Dziewczyna spoważniała i spuściła wzrok. Wiatr bawił się jej gęstymi, orzechowymi włosami, rozwiewając je na wszystkie strony. W dużych, karmelowych oczach można było dostrzec cień lęku.
– Wiem Antoś, wiem. Wiem o wszystkim – powiedziała zdecydowanym głosem. – Chodź ze mną. Musimy porozmawiać.
<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->