Tag -

recenzja

Nippon Banzai! Publicystyka

Paweł R. Ofiarski – Fate/Stay Night: Heaven’s Feel. Part 1: Presage Flower

367 Views

Oj nie ma seria Fate ostatnimi czasy łatwo jeśli chodzi o serialowe adaptacje. Po doskonałym Fate/Zero, który był prequelem do Fate/Stay Night, mieliśmy kilka produkcji, które w mojej osobistej opinii nie należały do dzieł szczególnie wybitnych. Wpierw na ekrany telewizorów otrzymaliśmy drugą ścieżkę z gry Fate/Stay Night, mianowicie Unlimited Blade Works. Ze względu na charakter scenariusza z gry, trzeba uznać to anime za maksymalnie poprawne i przyjemne w odbiorze, nie mniej nie przyciągało jakoś szczególnie do ekranu. Niedługo potem otrzymaliśmy dwa spinoffy serii. Pierwszy, Fate/Apocrypha, był zupełnym nieporozumnieniem, czego niezwykle żałuję, gdyż oryginał, czyli Light Novela (trudno znaleźć odpowiednie polskie słowo na określenie tego typu książek, chyba najbliżej byłyby powieści odcinkowe) miała potencjał, które jednak odpowiedzialne za tę porodukcję studio zmarnowało (niech cię Netflix!). Niedługo potem otrzymaliśmy dość surrealistyczną produkcję o nazwie Fate/Extra: Last Encore, która miała być adaptacją dwóch gier z serii Fate z podtytułami Extra i Last Encore. O ile o postaciach mogę powiedzieć, że należały do ciekawych, to już w przypadku fabuły nie mogę wyrazić tak pozytywnej opinii. Przypominało to bardziej grę, w której gracz musiał przechodzić z poziomu na poziom i widz tracił zainteresowanie opowieścią w połowie serii. Co więcej, twórcy uznali, że to cudowne będzie widzów naładować terminologią, którą i tak ni w ząb nie zrozumieją, a będą musieli mieć z nią doczynienia przez cały seans. W swojej wyliczance nie biorę pod uwagę serii Fate/Kaleid, która poza postaciami nie ma nic wspólnego z głównym źródłem (aczkolwiek napomnę, ze adaptacja filmowa tej serii była bodaj najciekawszą produkcją z powstałych po Fate/Zero). Ci, co czytlai moje opinie na temat serii Fate, które umieściłem w jednym z numerów Abyssos, wiedzą, że wiązałem z powyższymi anime duże nadzieje, które zostały rozwiane przez rzeczywistość. Pozostał jedynie ostatni bastion: filmowa adaptacja trzeciej ścieżki z gry Fate/Stay Night: Heaven’s Feel. Mając jednak w pamięci powyższe produkcje, czekałem na nią z dużymi obawami. Gdy w końcu trafiła w moje łapki, wziąłem głęboki oddech i włączyłem produkcję, poddajac się losowi.

Ważną informacją dla potencjalnego widza będzie, niestety, to, że trudno będzie się połapać w serii bez znajomości franczyzny Fate. Pojawiające się tam postaci czy żarty będą zrozumiałe jedynie dla znających świat. Nie mniej, moim obowiązkiem, jako recenzenta, będzie jak najbardziej obiektywne spojrzenie na produkcję, zarówno ze strony dla znającego markę, jak i dla kompletnego laika. Nie mniej, zachęcam do obejrzenia choćby do obejrzenia prequela, Fate/Zero, gdyż można odnieść wrażenie, że scenariusz był pisany właśnie pod ścieżkę Heaven’s Feel.

Akcja przenosi nas znów do miasta Fuyuki, w którym znów rozpoczyna się Wojna o Świętego Graala. Ponownie głównym protagonistą jest dobroduszny Emiya Shirou, który wplątał się przez przypadek w wojnę i stał sie jej uczestnikiem, przyzywając dusze potężnego, mistyczno-historycznego bohatera, który miał się zmierzyć z pozostałymi uczestnikami o przedmiot, który ma spełnić dowolne marzenie zwycięzcy. Czyli mamy powtórkę z poprzednich serii. Ale jedynie początek można uznać za wspólny z poprzednimi ścieżkami. Pojawia się bowiem coraz większe zagrożenie ze strony dodatkowego sługi, który pożera ludzi, a także tajemniczego bytu, który pojawia się z nikąd i pożera sługów w nicość. W to wszystko związana jest młoda dziewczyna, Sakura, która z zewnątrz jest niewinną dziewoją, nie mniej ewidentnie skrywa jakiś sekret.

Tajemnicza, ciemno- czerwona masa. Czym ona jest?

Drodzy czytelnicy, ja wiem, że opis fabuły zdaje się przypominać, jakby pisany był pod jakąś Tele-Gazetę, nie mniej, naprawdę trudno byłoby opisać fabułę tej produkcji bez wdawania się w ujawnienie fabuły. I to fabuły, która moim zdaniem, jest w stanie pobić ścieżkę Fate z Fate/Stay Night na głowę. Nie chcę oczywiście prognozować tak mocno do przodu, w końcu mamy do czynienia z pierwszym filmem z trylogii, której dwa następne filmy planowne sa na 2018 i 2019 rok, nie mniej, wszystko wskazuje na to, że będzie to produkcja co najmniej dobra. Bardzo dobrym pomysłem okazało się rozbicie serii na trzy filmy, zamiast zrobić jeden, jak to miało miejsce ze ścieżką Unlimited Blade Works z 2010 roku, która starała się ująć wszystkie wydarzenia w dwóch godzinach. To się nie mogło udać i traciło się przez to wiele soczystych kawałków ze ścieżki. Poprawiono to co prawda kilka lat później, robiąc z tego cały serial, nie mniej, sposób, jaki zdecydowano się zobrazowac ścieżkę Heavens Feel też jest dobry (choć wolałbym i tak odcinkowe anime, ale co się nie ma, co się lubi…). Warto zaznaczyć też znacznie mroczniejszy klimat opowieści. O ile wszystko jest ujete w bardzo jaskrawe barwy, to w ciągu całego seansu można było wyczuć dość cięzką atmosferę (może za wyjątkiem kilku scen o czysto humorystycznym charakterze), a te chwile oddechu pozwalały zaczerpnąć powietrza przed coraz to liczniejszymi pytaniami. Nie mniej, pojawia się też łyżka dziegciu w tym miodzie. Z założenia ta ścieżka ma być horrorem, nie mniej, nie czuło się tutaj atmosfery grozy, a raczej przygody. Nie zrozumcie mnie źle: były świetne momenty, które uderzały w serce, to jednak brakowało aż takiego poczucia niebezpieczeństwa u widza. Winić można trochę za to medium, w końcu to jednak animacja, nie zaś film, a ona rządzi się swoimi prawami. Widziałem co prawda kilka dobrych i strasznych horrorów anime, ale to tylko potwierdza regułę. Kolejną rzeczą, którą w szczególności docenią fani serii Stay Night jest zupełnie odmienne podejście do scenariusza. Założeniem gry było, by każda ścieżka była inna, to miała ze sobą pewne cechy wspólne. Jednakże, w przypadku Unlimited Blade Works mimo tego, że akcja szła innym torem, to jednak była ona bardzo podobna do ścieżki Fate, jakby dodano do niektórych aktów dodatkowe sceny. W przypadku pierwszego filmu Heaven’s Feel wszystko zostało odwrócone od 180 stopni i nawet sławetne spotkanie w kościele na początku od samego początku miało inny przebieg, choćby ze względu na zdradzenie ważnego dla poprzednich ścieżek twistu fabularnego. Może to świadczyć o tym, że faktycznie ma się do czynienia z czymś świeżym.

Sławetne spotkanie w kościele, które jednak skończyło się zupełnie inaczej niż wcześniej…

Skoro mówimy o Fate, mówimy o Wojnie o Świętego Graala. A skoro wojna, nie mogło oczywiście zabraknąć bitew, chociaż potyczki byłby znacznie lepszym słowem. A tych w Heaven’s Feel nie brakuje, a co ważniejsze, są świetnie wyreżyserowane, czego można było się spodziewać po studiu Ufotable, które wzięło tę serię na warsztat. Niesamowite wrażenie zrobiły przede wszystkim potyczki na przyczepie pędzącego po ulicach pojazdu pomiędzy Lancerem, a Assassinem, a także kończący film pojedynem w świątyni. Oglądało się to z dużą przyjemnością, rozkoszując się każdym elementem sekwencji pojedynku z dość soczystym zakończeniami (acz trochę spadającym niczym Deus Ex Machina). Zwolenników realistycznych walk muszę jednak ostrzec: jako, że są to pojedynki postaci historycznych, bądź legendarnych, trudno się spodziewać, by walki byłby owzorowane w sposób znany człowiekowi. To seria urban fantasy i siadając do niej, warto o tym pamiętać. Ważne jest też to, że nie nastawiono się na akcje typowo potyczkową i było sporo momentów zadumy i wytchnienia, za co chwała twórcom .

Pojedynek na przyczepie. Majstersztyk!

Postaci, oj tutaj będzie co opisywać, bo było ich dość sporo i na tyle istotnych, że należy o nich wspomnieć. Co ważniejsze, scenarzyści postanowili zagrać mocno na uczuciach fanów i serwując nam tzw. fanserwis (czyli zagrania mające na celu zadowolenie fanów), w którym każdy, kto zna serię uśmiechać się będzie od ucha do ucha. Ale, wracając do bohaterów: warto zacząć od głównego protagonisty, Emiyi Shirou. Zdaje się, że jest to chłopak, który był planowany jako ideał, czyli uczynny, miły i bohaterski. Jego marzeniem było stać się bohaterem, który zbawi ludzkość. Rzeczywistość jednak sprawiła, że zachodzą u niego powolne zmiany. Przede wszystkim, staje się egoistoą, nie mniej w tym bardziej pozytywnym znaczeniu (o ile można w ogóle egoimz określić jako cechę pozytywną). Zaczyna być coraz bardziej targany uczuciami, stając się przez to porywczy i skory do wściekłości. Co jest ważne dla fanów serii Fate, przestaje w końcu ględzić na temat zostaniu bohaterem, co osobiście uważam za duży krok naprzód w stosunku do poprzednich anime. Zaraz po nim mamy Saber, sługę, którą Shirou przyzwał przez przypadek, stając się pełnoprawnym uczestnikiem Wojny o Świętego Graala. Zdaje się być ona osobą dość otwartą (nowość w stosunku do porzednich ścieżek), chociaż kluczowo trzymającą swóje prawdziwe imię w tajemnicy (są ku temu powody) i zawsze skorą do wsparcia głównego bohatera. Na sam koniec filmu dochodzi jednak do pewnej transformacji, której skutki mogą być dość… interesujące.

Tajemnicza przemiana Saber

Fani z pewnością docenią to, że w przeciwieństwie do poprzednich ścieżek, nie będzie jednak trzymała pewnych tajemnic przed Shirou. Tohsaka Rin, naczelna tsundere serii, zdaje się być najbardziej rozgarniętą postacią i zarazem przewodniczką dla Shirou i laików świata Fate. Sceny z jej udziałem są bardzo udane, chociaż mocno przegadane i z rzadka popychające fabułę do przodu. Dla fanów kruczowłosej czarodziejki dobrą wiadomością jest to, że nie mamy już doczynienia z bezradną dziewoją jak to było w przypadku Unlimited Blade Works (gdzie była jedną z głównych bohaterek, tutaj jej rola jest drugoplanowa, a przynajmniej w tym filmie), a wraca stara Rin ze ścieżki Fate. Ważną rolę odgrywa również tajemniczy ksiądz, Kotomine Kirei, który wcześniej był tylko obserwatorem, obecnie zaczyna również pełnić rolę ważnej postaci, która faktycznie będzie chciała pomóc bohaterom, nie zaś jak wcześniej, przeszkodzić. Oczywiście, mamy jeszcze Iliasviel, nie mniej, jej rola nie była szczególna w tym filmie.

Trójka głównych bohaterów: Shirou, Saber i Rin

Czas na wisienki na torcie, czyli postaci, które szczególnie uwydatniono w tej serii. Chodzi o ród magów Matou i ich członków. Najważniejszą postacią jest oczywiście Sakura, główna bohaterka ścieżki i główny powód zmiany zachowania Shirou. Dla wielu osób Sakura zdaje się przypominać typową damę w opresji, którą główny bohater musi wyciągać z tarapatów. I tak jest, z tym, że po części. Młoda Matou nie miała łatwo: żyła w ciągłym strachu, dręczona przez pozostałych członków rodziny i nie zaznała ciepła ogniska domowego. Nic dziwnego, że tak lgnęła do normalnego życia, choćby przez wykonywanie prostych czynności domowych. Dom Shirou był dla niej ostoją ciepła i iluzją normalnego życia. Jednak, choć wewnętrznie go pragnęła, jej pochodzenie (hehe) sprawia, że jej rola nie pozwoli jej stać się normalą osobą.

Matou Sakura: niewinna dziewczyna czy coś więcej?

Winić można za to dwie osoby. Pierwszą jest Matou Zouken, stary mistrz magii, którego fani znają z Fate/Zero i dziadek bohaterki (rodzice, cóż… pomińmy to milczeniem). To okrutny despota i potwór w ludzkiej skórze, który pragnie osiągnąc cele idąc po trupach, nawet swoich bliskich. Nie boi się ich karcić i nawet okaleczać, a przy okazji zdaje się widzieć więcej, niż na to wszystko wskazuje. Ale, mimo swojego okrucieństwa, jest ciekawą postacią, który nie robi tego bez przyczyny. Drugą postacią jest brat Sakury, Shinji. O ile Zoukena można określi jako okrutnika z planem, to już ten chłopak robi krzywdę siostrze z czystej przyjemności i zazdrości w stosunku do Shirou. Niczym się nie przejmując, bije swoją siostrę, a można wyczuć też jakiś kazirodczy popęd do Sakury. Jest przy tym beznadziejny w tym co robi, przelewając frustrację na najbliższą rzecz, którą znajdzie pod ręką. To czysty chaos, którego ma się ochotę zabić już na początku. Niestety, chyba przyjdzie nam na to poczekać.. Jest jeszcze jedna istota, o której warto wspomnieć i jest to postać Ridera, jednego ze sług Matou, która stanowi na razie wielką tajemnicę, ale od razu widać, że odegra większą rolę w późniejszych filmach.

Najokrutniejsza cholera w filmie: Matou Shinji

Podsumowując, gromadka jest naprawdę spora, nie mniej, każda z nich wzbudza emocje, co moim zdaniem jest na plus. Podobnie też oceniam postać Sakury, którą, wbrew obiegowej opinii, będę zawsze traktowało jako świetnie napisaną postać tragiczną. Ma mroczną przeszłość, która emanuje, nie mniej, nie jest to na tyle żałosne, że dałoby się to rozwiązać jednym zdaniem, jak w większości podobnych postaci w anime. Ma po prostu duszę.

Seria Fate, oprócz akcji, niesie również inną rzecz: romans. Jak Heaven’s Feel wypada na tle pozostałych anime z tej franczyzny, a co ważniejsze, na tle innych romansów w klimacie battle royale? Powiedziałbym, że naprawdę dobrze. Nie będzie dużym spoilerem, jeśli powiem, że tyczy się to oczywiście relacji Shirou – Sakura. Wszystko zmierza naturalnym torem i nie jest jakoś szczególnie wymuszone, jak to ma miejsce w wielu podobnych produkcji. Faktycznie widać tutaj ciepło, fakt, że obu stronom zależy na sobie. Oczywiście, na razie jest to na poziomie czystego zuroczenia, nie mniej, zmierza to w dobrym kierunku. Jeśli chodzi o porównanie do poprzednich serii, to właśnie Heaven’s Feel wypada najlepiej i to mimo tego, że jest mniej czasu (w końcu 2 godziny to mało w porównaniu do 24 odcinków po 25 min każdy). Ktoś może zarzucić, że to ciepłe kluchy, nie mniej, dla mnie uczucie zbliżenia takie niekiedy jest. Co ciekawe, nie brakuje również odrobiny symboliki, że nie wszystko musi pójśc tak, jak się tego oczekuje.

Scena pełna ciepła, ale i zimna, czyli progres uczuć głównych bohaterów

W kwestii grafiki można powiedzieć tylko jedno słowo: Ufotable. Dla tych jednak, co nie rozumieją, spieszę już z szerszą opinią. Seria jest naładowana efektami komputerowymi, nie mniej wykorzystane zostało to znacznie lepiej anieżeli w innych produkcjach z serii Fate zrobione przez to studio. Wynikało to przede wszystkim z tego, że mieli dobry budżet i mniejszą skalę, co wykorzystano i nie leciało się po kosztach. Animacje były bardzo płynne, co szczególnie uwidocznione zostało w trakcie walk, nie zauważyłem tez żadnych deformacji. Wspaniale wyszły też tła i otoczenie, a szczególnie duże wrażenie zrobiły na mnie zachody słońca, a przede wszystkim animacja śniegu. Miało się czasem wrażenie, że w niektórych miejscach mogło być troszkę przyciemniony obraz, nie mniej, całość wyszła dość barwnie, nie mniej, z dużym naciskiem, by nie było pastelowo i oddawało lekki klimacik grozy. Bardzo udaną uznaję również animację twarzy i ruchów postaci.

Ta grafika… i ten śnieg. Cudo!

Za muzykę odpowiadała Yuki Kajiura, która stworzyła ścieżkę dźwiękową do wszystkich serii Fate produkcji Ufotable (można ją nawet nazwać etatową komozytorką studia), a także takich anime jak Sword Art Online, Puella Magi Madoka Magica czy Tsubasa Chronicles. Oznacza to, że zostało użytych dużo instrumentów elektronicznych, a na dokładkę, by przy bardziej spokojnych scenach, orkiestra.  Osobiście uważam, że świetnie pasowało to do serii. Gitarowe riffy, wymieszane z syntezatorami dodawały klimatu w trakcie walk, a cicha i stonowane utwory – podkreślały co cieplejsze sceny. Trudno też odmówić kunsztu seiyuu. Powracają starzy aktorzy głosowi, jak Ayako Kawasumi (nieśmiertelna Saber), Kana Ueda (Tohsaka Rin) czy prawdziwa legenda japońskiego voice actingu – Hiroshi Kamiya (w roli okrutnego Matou Shinjiego), a to oznacza świetną jakość dubbingu.

Wymieszanie wielu elementów muzycznych świetnie podkreśla charakter scen

Większość produkcji filmowych anime na podstawie dłuższych serii jest w większości odgrzewanym kotletem, czyli dać to samo, tylko krócej. Miło mi powiedzieć, że w przypadku pierwszego filmu z cyklu Heaven’s Feel udało się uniknąć przeszarżowania, dzięki czemu dostaliśmy produkcję, która nie dość, że da się oglądać bez zgrzytania zębów, to jeszcze uratowała honor Fate. Osobiście uważam ją za najlepsza produkcję z franczyzny jeśli chodzi o anime zaraz po Fate/Zero. Mimo to, warto pozostać ostrożnym. Przed nami jeszcze dwa filmy, które mogą popsuć passę. Co więcej, może być ona trudna dla kogoś, kto nie zna serii, przez co nie nadaje się do oglądania przez kogoś, kto nie zna marki Fate/Stay Night. Nie mniej, ja, jako fan, uznaję ją za świetną i polecam każdemu, kto kiedyś zdecyduje się po nią sięgnąć pełnym obaw względem poprzednich produkcji.

Recenzje

Ghost in the Shell – recenzja

296 Views

Ecce Homo”. Te dwa wyrazy, które wyszły z ust Poncjusza Piłata, który skazał Chrystusa na śmierć poprzez ukrzyżowanie, są idealne do określenia charakteru każdego produktu rodem z cyberpunku. Jest to świat, w którym implanty zastępują wiele części ciała lub usprawniają już istniejące by uzyskać większą efektywność organizmu. Jest to też świat, w którym cały czas przewija się to samo pytanie „Ile zostało człowieka w człowieku”, biorąc pod uwagę, jak człowiek coraz bardziej zmienia się w maszynę. Można powiedzieć, w pewnym sensie cyberpunk to miejsce, w którym poczuje się dobrze i humanista i inżynier. Jednym z klasyków takiego świata jest japońska manga „Ghost in the Shell”, która była w swoim czasie fenomenem na skalę światową. Na jej podstawie stworzono filmy, anime i recenzowany przeze mnie film.     Naczelnym pytaniem, które sobie postawiłem przed seansem to było to, czy amerykańska adaptacja mangi dobrze odda ducha oryginału. W końcu nie raz mieliśmy przykłady, jak naczelni pożeracze hamburgerów potrafili skopać piękny, japoński klasyk (patrz: „Dragon Ball: Ewolucja”). To też nic dziwnego, że podchodziłem do tej produkcji jak zdrowy do chorego: z dużą ostrożnością. W ostatecznym rozrachunku, nie zaraziłem się od niego, ale też nie byłem do końca usatysfakcjonowany, że musiałem tam być.

Tytułowa „Dusza w muszli” ma oznaczać przeniesienie świadomości do nowego, cybernetycznego ciała. Przebiegała ona poprzez transfuzję mózgu do sztucznego ciała, tworząc cyborga z ludzką świadomością. Był to rodzaj nadawania nowego życia zmarłej cieleśnie osobie. Pierwszym takim tworem była niejaka Major, która miała stać się bronią pod kontrolą korporacji „Hanka Robotics”, potężnego molocha, zajmującego się cyfryzacją i robotyką, a także implantami. Została przydzielona do oddziału do zadań specjalnych, jak usuwanie terrorystów. Podczas jednej z akcji dochodzi do napotkania zhakowanych robotów, którzy zdają się uśmiercać naukowców pracujących dla „Hanka”. Aby rozpracować cyberterrorystów, Major decyduje się wejść w rdzeń jednego z robotów, w którym to odnajduje coś, co odmieni jej sposób patrzenia na świat oraz swoją przeszłość.

Osobiście nie lubię cyberpunku ze względu na dość oczywiste pytanie, o którym wspominałem na początku. Nie mniej, gdy świecił swoje triumfy na salonach, takie pytanie było dość chwytliwe i kształtowało bardziej dorosłe spojrzenie na science fiction. Obecnie jednak jest ono tendencyjne. Z tego względu, film zdaje się być spóźniony o co najmniej 20 lat, gdyż widzowie są w stanie wyrazić pogląd na zadane pytanie. Czy to jednak sprawia, że film jest zły? Nie. „Ghost in the Shell” może i nie przejdzie jako szczególny klasyk, ale też nie będzie można go określić jako dno. Mimo tego, brakowało mu jakiegoś pazura. Sceny akcji, które się pojawiły się w filmie, były dla mnie kręcone na odczep się, jak typowe sceny z filmu sensacyjnego. Tymczasem z racji gatunku, można było sobie pozwolić na większe szaleństwo. Co więcej, film był mało brutalny. Nigdy nie wyznaczałem tego aspektu jako elementu decydującego, ale w tym wypadku ma spore znaczenie. Cyberpunk z założenia nie jest miłym miejscem, gdzie łatwiej dostać kulkę niż uśmiech przechodnia. Nie mówię tutaj o scenach gore, ale gdy się strzela, krew powinna lecieć aż się patrzy. Wiele ofiar to były co prawda roboty, ale ludzie też dostawali swoje strzały w łeb.

Aktorstwo. Na pozór drewniane, w rzeczywistości – takie, jakie oczekiwałem. „Ghost in the Shell” to adaptacja dzieła pochodzącego z kraju Kwitnącej Wiśni i większość akcji działa się właśnie w Japonii. Tamtejsza mentalność sprawia, że większość jej mieszkańców zachowuje stoicki spokój. Druga rzecz – część bohaterów to roboty w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jak można się spodziewać uczuć od robotów lub cyborgów? Wracając do aktorów: Scarlett Johansson grała już w wielu filmach akcji (począwszy od serii Marvela po „Lucy”), więc doskonale wiedziała, jak się zachować na planie. Co więcej, jej charakteryzacja sprawiała, że faktycznie mogła by uchodzić za japonkę, dzięki czemu wielu fanów oryginalnej adaptacji odetchnęła z ulgą na jej widok na ekranie. Niestety, reszta aktorów grała co najwyżej średnio. Partnerujący Scarlett Pilou Asbæk z założenia miał być śmieszno-poważny, Takeshi Kitano odgrywać starego, mądrego Japończyka, a więc odgrywali jakiegoś pewnego rodzaju wzorce, a nie konkretne postaci. Jedynie Juliette Binoche, jako współczująca doktor, zagrała najlepiej z całej obsady z drugiego planu, ale tego można było oczekiwać od tak doświadczonej aktorki. Co do czarnych charakterów, mieliśmy ich aż dwóch, z czego ten grany przez Michaela Pitta zdawał się być najlepiej zagrany z racji chyba najbardziej niebanalnej postaci w całym filmie.

Jak na razie, mało zachwalam, a więcej krytykuję. To teraz na odwrót. Muszę pochwalić specjalistów od efektów specjalnych. Idealnie odwzorowali miasto w klimacie cyberpunku. Wielkie hologramy, wielopiętrowe konstrukcje w stylistyce futurystycznej, które kontrastują z budynkami modernistycznymi (czyli naszymi, współczesnymi) czy też animacje implantów czy samych robotów. Wszystko było tak realistyczne, że nawet bez okularów 3D miało się wrażenie, jakby się tam znajdowało. Świetnie to współgrało z kamerą, która wiedziała, jak odpowiednio podkreślić klimat miasta, a także akcję i mimikę postaci. Za muzykę odpowiadał Clint Mansell, czyli doświadczony kompozytor i twórca soundtracków do filmów takich jak „Requiem dla Snu” czy „Źródło”. Niestety, o ile mogę powiedzieć o tych filmach, że muzyka była jednym ze znaków rozpoznawalnych tych produkcji, to w przypadku „Ghost in the Shell” utwory nie były szczególnie zapadające w pamięć, aczkolwiek oddawały klimat przedstawianego świata.

Gdybym miał odbierać film „Ghost in the Shell” jako film właściwy cyberpunkowi, czyli akcja wymieszana z humanizmem, to w mojej ocenie jest mocno spóźniony. Co prawda widz nie widzi problemu z wtórnością, to jednak domaga się ulepszenia formy. Amerykańska adaptacja mangi nie jest niczym odkrywczym pod kątem fabularnym, nie mniej, jest świetnym widowiskiem, zwłaszcza, gdy widz ma okazję skupiać się na poznawaniu niuansów świata cyberpunku, a nie na akcji. Dlatego też, jeśli miałbym go polecić komukolwiek to prawdopodobnie osobom, które jeszcze nie zapoznały się dobrze z tym typem science fiction, a nie chce za bardzo kopać w klasykach, jak „Łowca Androidów”.

Recenzje

Dusigrosz (recenzja)

217 Views

Drożący prąd? Drożejąca woda? Drożejące artykuły spożywcze? To są problemy typowego Polaka, który ma na utrzymaniu rodzinę lub młodego studenta polonistyki lub socjologii, który zaczyna wkraczać w dorosłość. Nie da się ukryć, że by dzisiaj przeżyć trzeba być niezwykle gospodarnym, a niekiedy, bardzo oszczędnym. Ale niektórzy to już przesadzają.

François Gautier ma szczęście w życiu: ma mieszkanie, ma pracę jako skrzypek w orkiestrze, niezłą sumkę na koncie bankowym, pozwalającą mu żyć ponad swój stan. Ale cóż z tego, skoro bohater filmu „Dusigrosz” woli zachowywać się jak typowy Szkot i oszczędzać na każdym korku. Po co kupować keczup, skoro przeterminowana w 2006 roku tubka cały czas nadaje się do spożycia. Po co marnować prąd, skoro są latarnie za oknem, które go dostarczą światło za darmo. Po co kupować artykułu skoro można podwędzać od sąsiadów i z miejsc publicznych np. papier toaletowy. Nie da się ukryć, François to skąpiec, znienawidzony przez sąsiadów oraz kolegów z pracy, nie mniej, zdaje się, że to mu kompletnie nie przeszkadza. Dobrze mu się żyje i co złego może się stać? A na przykład, że do orkiestry dołącza młoda, atrakcyjna wiolonczelistka, czująca miętę do bohatera, uczulona na wszelkie możliwe, tanie dania. Albo nagle, przed skrzypkiem pojawia się dziewczyna, będąca efektem użycia przeterminowanej prezerwatywy sprzed lat, ogłaszająca się jego córką i chcąca zamieszkać z tatusiem, który wedle słów matki jest hojnym filantropem. Czy sytuacja wymusi na Françoisie zmianę swojego zachowania?

Nie da się ukryć: Francuzi mają niezwykły talent do komedii. Wielu z nas pamięta klasyki choćby Louis de Funès, jak serię o żandarmie czy Fantomasie, czy bardziej współczesne, jak „Francuski Pocałunek” czy niemal kultowy już u nas „Asteriks i Obelisk: Misja Kleopatra”. Opierają się one często na absurdzie lub też klasycznej pomyłce, ale to jest ich cecha szczególna, którą ciężko nie kochać. „Dusigrosz” to przedstawiciel tego pierwszego typu komedii. Nieprawdopodobne wręcz skąpstwo jest tak niemożliwe, że śmiało można by go postawić na jednym podium ze Sknerusem McKwaczem jeśli chodzi o kreację postaci. Oboje są porównywalni zarówno w kwestii oszczędzania, a także zarabiania: wszędzie szukają sposobu by coś zyskać, jak najmniej wydając. Tylko w przeciwieństwie do kochanego naszego kaczora, François poprzez relacje z córką i wiolonczelistką zmienia się. Nie jest to jednak transformacja typowo hollywoodzka, a dopiero wstępny proces. Nie można wyzbyć się nagle charakteru i przyzwyczajeń, jak nas często przekonywało do tego Hollywood , można jednak podjąć kroki, by to zmienić. Ten realizm w abstrakcji jest czymś, czego w kinie często brakuje i choćby z tego powodu można uznać „Dusigrosza” za film nie tyle co wielki, co z pewnością nietypowy.

Postać Françoisa to swoiste mistrzostwo świata. Założeniem filmu było przedstawienie go jako typowego odludka, stroniącego od kontaktów międzyludzkich. Stąd też jego zachowania mogą niektórych mierzić, nie mniej, są dość zrozumiałe, jeśli dokładnie się przyjrzymy jego otoczeniu. Widać jednak, że jest człowiekiem, nie robotem i z czasem, gdy coraz częściej przebywa wśród ludzi, budzą się w nim ludzkie odruchy, zwiastujące jakąś zmianę. Mimika oraz reakcje Dany Boona, aktora który wcielił się w tytułowego dusigrosza, są tak naturalne, jakbyśmy nie oglądali filmu, tylko naszą własną rzeczywistość. Partnerują mu przez film dwie kobiety. Valiere, młoda i ambitna wiolonczelistka nie była postacią jakąś szczególnie rozbudowaną: jej celem było być obiektem westchnień Françoisa, ślicznie się uśmiechać, a także powodować powody do zmiany, ale nie będąc jej bezpośrednią przyczyną. Tę część zarezerwowano dla Laury, jego nieślubnej córki, granej przez młodziutką Noémie Schmidt. W chwili, gdy pojawia się na ekranie wraz z głównym bohaterem, tworzą jeden z najbardziej komicznych duetów od czasów Geoffreya Rusha i Colina Firtha z „Jak zostać królem”. Jest to kobieta silna, niebędąca specjalnie przesadzona, a przy tym również zachowująca ludzkie odruchy. To ona był tą siłą, która przez większość filmu kierowała Françoisem, czy mu to się podobało czy nie, nawet, jeśli robiła to nieintencjonalnie. Pozostała część obsady to tło, będące po prostu powodem do gagów.

A skoro już przy nich, warto omówić ten aspekt, w końcu „Dusigrosz” z założenia miał być komedią. Żarty opierają się na sytuacja, rzadziej na konkretnych dialogach, do których kino już nas przyzwyczaiło. Często można było się ich spodziewać nim padły, co nie zmienia jednak, że mimo, że pachniały lekko stęchlizną, to jednak byłby wciąż jadalne i smakowały niczym świeżo podany posiłek. Duża w tym zasługa reżyserii i scenariusza, które idealnie wyczuwały moment, by wrzucić dowcip i nie przeciągając go za długo. Scen, w których można było paść ze śmiechu było naprawdę sporo i trzymały mniej więcej równy poziom. Co prawda, pod koniec filmu więcej było dramatu, któremu mógłbym zarzucić na wskroś hollywoodzkie podejście, jednak spadał oto na widza niczym deus ex machina, atakując w niespodziewanym momencie, że zamiast stwierdzić, że to odgrzewany kotlet, naprawdę szło się wzruszyć.

Jeśli chodzi o zdjęcia, mamy tutaj do czynienia z filmem klasycznym pod tym względem: brakuje fajerwerków komputerowych, ale efekty specjalnie nie miały być kwintesencją filmu. Można powiedzieć, że były zrobione rzetelnie, ale niczym szczególnym nie powaliły widza. Jedyne na co trzeba zwrócić uwagę w tej kwestii to ujmowanie w kadrze postaci: kamerzysta doskonale wiedział, jak należycie złapać ruchy i reakcje postaci, by nadać im efektu komizmu i dramatu. A skoro film opowiada o skrzypku, nie mogło też zabraknąć muzyki. W wielu momentach filmu słyszeliśmy kompozycje klasyczne, głównie na instrumenty smyczkowe. Powalającą sceną była chwila, gdy główna postać musiała się spieszyć i w panice zagrała w niezwykle błyskawicznym tempie  „Cztery pory roku” Vivaldiego, a wedle słów jednego z muzyków w filmie, zagrano całość w 12 minut! Nie będę ukrywał, chciałbym to zobaczyć na żywo.

Podsumowując, „Dusigrosz” to film niezwykle energiczny, trzymający równy poziom, przy którym każdy znajdzie coś dla siebie. Humor jest genialny, gra aktorska mistrzowska, a fabuła, choć znana, trzyma widza cały czas w napięciu. Jeśli szukacie filmu, przy którym się zrelaksujecie po ciężkim dniu za jakieś marne grosze, to właśnie komedia Freda Cavayé jest stworzona dla was.

Paweł R. Ofiarski