Tag -

robert

Varia

Dusza ludzka

468 Views

Twierdzą, że dusza ludzka żyje, dopóki trwa o niej pamięć pośród żywych…

Był to jeden z tych listopadowych wieczorów, kiedy nawet kota żal wypuścić z domu na zewnątrz. Wiatr bezlitośnie chłostał korony drzew, zrywał liście, które ostatkiem sił zdołały utrzymać się na gałęziach. Słupek rtęci błądził w okolicach zera. Tamtej nocy nie było już co liczyć na poprawę pogody, toteż jeśli w ogóle kogoś spotykał, to wyłącznie byty podzielające jego los. Ludzie z krwi i kości, jeśli nie leżeli pod kołdrą, wgapiali się w telewizor z szklanką gorącej herbaty w dłoni.

Zygmunt spokojnie szedł ulicą, nikt i nic nie było w stanie zakłócić kroków leniwie posuwających go do przodu. Nie śpieszył się, czasu miał wiele, noc była jeszcze młoda. Nim mrok miał zacząć ustępować nieba na rzecz wschodu słońca, musiało minąć kilka długich godzin.

Szedł na przekór nieprzyjaznej pogodzie. Nie odczuwał zimna, po prostu nie mógł go odczuwać – tak samo jak ciepła, deszczu, śniegu. Nie tęsknił za odczuwaniem temperatur, ciśnienia i wielu innych kaprysów pogody. Jedyne, czego mu tak naprawdę brakowało, to krople deszczu na twarzy. Wiele dałby, by móc je ponownie poczuć na skórze, zwrócić lico ku niebu, dać upust wyobraźni. W dalekiej przeszłości często wychodził z domu właśnie gdy padał deszcz. Życie bolało, strasznie go dotknęło. Deszcz był dla niego niby kąpiel oczyszczająca, która zmywała złą krew sączącą się z serca i duszy. A jeśli działo się tak, że nie mógł całkowicie zapomnieć o bólu, koił ciszą. Oczywiście deszcz, uderzając w ziemię, w dachy zabudowań, przywoływał całą kawalkadę dźwięków, lecz one nie miały nic wspólnego z życiem. W czasie deszczu życie chowa się w domach, zagrodach, norach. W czasie deszczu wszystko co żywe szuka schronienia, jak gdyby deszcz był czymś destrukcyjnym, zdolnym zgasić lichy płomień istnienia. On, spacerując w deszczu, idąc pod wiatr w najpodlejsze ulewy, nie spotykał życia, którego tak bardzo nienawidził. Liczył na to, że spotka w końcu śmierć, bo jeśli życie tak panicznie boi się deszczu, to musi mieć to jakiś związek ze śmiercią. Był martwy już za życia, więc unikał tego, co żywe, a że jego ciało zawisło gdzieś na granicy życia, śmierć omijała i jego. Czekał na to zbawienne spotkanie przez wiele dziesięcioleci. Dożył sędziwego wieku, co w tamtym okresie zakrawało wręcz na cud – górna granica wieku, do którą osiągał przeciętny śmiertelnik, wynosiła pięćdziesiąt lat. On dożył dziewięćdziesięciu.

Przez ponad siedemdziesiąt lat wychodził deszczu naprzeciw. Spacery te mógłby liczyć w tysiącach, dziesiątkach tysięcy. Powinien więc choćby mimo woli zapamiętać smak zbawiennej kropli deszczu. Teoretycznie właśnie tak powinno być, jednakże po upływie dziewięciuset lat można nawet zapomnieć, jak własne imię brzmi w obcych ustach, a samemu trzeba by je powtarzać co jakiś czas, żeby w ogóle móc je pamiętać. Pośród tylu set lat można zapomnieć wiele, nawet tak zbawienne zjawisko, jakim dla niego był deszcz.

Jeśli kiedykolwiek otrzymałby przywilej spełnienia dwóch życzeń, jedno z nich mógłby wypowiedzieć w każdym języku świata – w nocy, za dnia, o każdej porze roku, ostatkiem sił byłby w stanie wyrzec tych kilka słów. Powtarzał to życzenie co dzień, nie mając żadnej realnej szansy na powodzenie. Powtarzał je po tysiąckroć: powtarzał je, kiedy jeszcze żył, po śmierci również nie zaprzestał. Po dziś dzień szuka Boga, w każdym języku świata wzywa jego imię, w każdym języku świata prosi, by choć jeszcze raz było mu dane ją spotkać. Jeden jedyny raz, jedna rozmowa, jedno spojrzenie. Drugie życzenie dotyczyłoby deszczu, chciałby na powrót  móc odczuwać wszystko, co z nim związane.

Chwila nostalgii oddaliła jego myśli od celu wędrówki, i choć oderwanie od rzeczywistości nie trwało długo, przeszedł całą ulicę nie spoglądając ponad dachy budynków. Nie zawrócił, nawet jeśli minął się z poszukiwanym celem, z każdym następnym domem mógł dosięgnąć kolejnego.

Nie mijał się już z nikim, a może tylko nie dostrzegał obecności innych. Jego także minąłby bez słowa, bez spojrzenia, gdyby zamiast pod słupem, przysiadł kawałek dalej, gdzie przytłumione światło latarni mogłoby go nie dosięgnąć. Siedział na ziemi, z kolanami podkurczonymi pod brodę, rękoma obejmował nogi. Patrzył gdzieś w dal, zdawał się nie dostrzegać rzeczywistości – był zupełnie od niej oderwany. Wyglądał jak zbity pies, wyrzucony z domu tylko dlatego, że pogryzł nowe buty, nie tak dawno jeszcze kochającej bezgranicznie pani.

Zygmunt byłby i może przeszedł obok obojętnie, wiele temu podobnych obrazów widywał na przestrzeni dziewięciuset lat tułaczki. Mijał sobie podobnych z mniejszą lub większą rezerwą, nie spoglądał w ich stronę dłużej, niżeli wymagało tego pobieżne objęcie wzrokiem, bez wdawania się w szczegóły –  nigdy się nie zatrzymywał, nigdy nie rozmawiał. Wyznawał zasadę mówiącą, że każdy sam jest kowalem swojego losu – zarówno za życia, jak i po śmierci. Tylko najinteligentniejsi i najtwardsi mogą przetrwać w obu światach – zwłaszcza w świecie umarłych. Tym razem Zygmunt zatrzymał się. Zauważył, że skulona postać niknie, co dla duszy jest równoznaczne z końcem bytowania, lecz wcale nie ten fakt poruszył jego martwe serce – jedni umierają, a na ich miejsce zajmują kolejni, taka już natura światów.

Gdyby Zygmunt nie spowolnił kroku, zapewne nie dostrzegłby źrenic powracających z krain obłędu, skupiających się na jego osobie. Gdyby nie ta siła, której nie mógł określić ani słabością, ani litością, która w niewytłumaczalny sposób hamowała mu nogi, błagalne spojrzenie poczułby jedynie na plecach, wtedy łatwo mógłby je zignorować. Gdyby… Lecz stało się tak, że to błagalne spojrzenie uderzyło z całą siłą w ostatnią wrażliwą część starej duszy, jedyną, która mogła go zatrzymać, zmusić do rozmowy, nawet do udzielenia pomocy.

Spojrzał głęboko w zrezygnowane oczy, w najdalszych zakamarkach źrenic zauważył strach. Ale to nie ten strach pobudził do życia martwe serce starej duszy. Zygmunt dostrzegł siebie. Lecz nie było to aktualne odbicie zatwardziałej twarzy, głowy pełnej niezbędnej, praktycznej wiedzy, gromadzonej przez całe stulecia. On widział siebie, Zygmunta sprzed dziewięciuset lat, Zygmunta zagubionego w gąszczu niewiedzy, Zygmunta w sidłach strachu.

Zatrzymał się w pół kroku, całym sobą zwrócił się w stronę młodej duszy. Zygmunt wie, jak odróżnić starą duszę od młodej. Wokół młodych dusz roztacza się aura niepewności, tak jest zawsze. W przypadku tej młodej duszy dochodził jeszcze strach, który dodatkowo potęgował ową aurę.

– Co się ze mną dzieje? – spytała młoda dusza. Gdyby jej oczy były zdolne wyrażać uczucia poprzez płacz, łza ścigałaby łzę.

– Umierasz – odpowiedział Zygmunt. Młoda dusza nie mogła odnaleźć w jego głosie nuty współczucia, a niewątpliwie Zygmunt zaczynał mu współczuć, lecz lata pozbawione dialogu uczyniły jego mowę niezdolną do okazywania głębszych emocji. Sam przemawiający także to dostrzegł.

Młoda dusza zakwiliła, jak gdyby rzeczywiście była tym zbitym psem, wyrzuconym z domu za błahe przewinienie.

– Umierasz. Ponadto wiem, że już kiedyś raz umarłeś – Zygmunt dokończył zdanie, lecz nie myśl. Zbyt wiele chciałby powiedzieć od razu, przez co mógłby zasiać w młodej duszy jeszcze większy niepokój. Milcząc zastanawiał się, co dalej począć. Cisza,  wiele niewiadomych w głowie, sprawiły, że zaczął postrzegać młodą duszę jako całkowicie odrębny byt, mający z nim samym niewiele wspólnego. Jeśli ma mu pomóc, musi mówić dalej, inaczej jego serce na powrót przeobrazi się w kamień, a wtedy po prostu odejdzie, skazując niknącego na pewny koniec. Musi ponownie zauważyć w nim podobieństwo do dawnego siebie – dalsze słowa przywołają wspomnienia, niezbędne ku temu.

– Więc nikt tobie nie wytłumaczył… Tak też myślałem.

Twarz, jeszcze sekundę temu naznaczona lękiem, przemieniła się w oblicze pełne zaciekawienia. Zygmunt dostrzegł ogrom pytań ciskających się na usta młodej duszy. Nie czekał, aż zasypie go ich gradem, mówił dalej.

– Dusza ludzka żyje tak długo, dopóki trwa w pamięci żywych. Widocznie o tobie już zapomniano. Nie zamartwiaj się tym zbytnio, to najnormalniejsza kolej rzeczy. Ile czasu minęło od twojej śmierci?

– Osiemdziesiąt lat.

– Osiemdziesiąt lat… Szybko o tobie zapomniano. Zresztą od jakiegoś czasu widzę, że świat szybko się zmienia. Żyje się szybko, szybko się umiera, szybko się zapomina. O mnie pamiętano przez trzysta lat, jednakże były to zgoła odmienne czasy. W dawnych wiekach pielęgnowano pamięć o zmarłym, przekazywano historię o nim z pokolenia na pokolenie. Wspomnę jeszcze, że żyłem dziewięćdziesiąt lat. W tamtych latach było to czymś nieosiągalnym. Swojego czasu byłem człowiekiem najdłużej żyjącym, bynajmniej udokumentowanym. W wielu księgach figurowało moje nazwisko. Kiedy ludzie zaczęli dożywać dziewięćdziesięciu lat, kiedy przestało to być czymś niezwykłym, zapomniano o mnie. Czasem ktoś zajrzy do tych starych ksiąg, głośno wyczyta moje imię. Ja wtedy wiem, że tak się dzieje. Całego wypełnia mnie energia, dzięki której czuję się… – Zygmunt zamilkł, zamknął powieki, po czym przemówił nie otwierając ich. – …jak gdybym na nowo zaczynał żyć. Zapewne nawet po śmierci czułeś się, jakbyś wcale nie umarł,  tylko dalej był człowiekiem z krwi i kości. To przez pamięć żywych. I zapewne odczuwałeś wyraźnie, jak o tobie zapominano. A najdokładniej czuć to tutaj – Zygmunt przyłożył dłoń do piersi, za którą niegdyś biło serce. – To jest tak, jakby je wyrywano rozgrzanymi szczypcami.

– Dokładnie tak było – odrzekł zafascynowany słuchacz. Zygmunt dalej ciągnął swoją mowę, zdawał się w ogóle nie słyszeć wtrącenia młodej duszy.

– Czasami myślę, że śmierć zażartowała sobie ze mnie. Nie może być tak, że ktoś tak skrupulatny jak ona zapomina o jednym, nic nieznaczącym istnieniu. Myślę, że dożyłem sędziwych lat wyłącznie dlatego, że pogardzałem życiem. Piłem na umór, jadłem co wpadło mi w ręce, spałem tam, gdzie akurat alkohol zwalił mnie z nóg. Sypiałem w zaspach śnieżnych, w kałużach, leżałem oddany na łaskę południowego słońca. Prowadziłem destrukcyjny tryb życia odkąd stałem się najnieszczęśliwszym człowiekiem świata. I tak, jak niegdyś chorowałem, z chwilą, w której obumarło moje serce, nie nabawiłem się nawet kataru. Cóż za ironia losu, nie uważasz? Jakaż wielka kpina ze strony śmierci.

Wielu ludzi cieszy się z życia, wie jak właściwie żyć, jak czerpać zewsząd pełne garście szczęścia. A pomimo tego umiera w pełnym okresie rozkwitu ciała i umysłu. A człowiek, który gardził wszystkim, co żywe wiódł długą, pełną cierpienia egzystencję. Do tego jeszcze cieszył się dobrym zdrowiem.

– Dlaczego tak bardzo gardziłeś życiem? – zapytała młoda dusza.

Zygmunt sprawiał wrażenie oderwanego od rzeczywistości. Wspomnienie dalekiej przeszłości oddalało go od rozmówcy, czyniąc z niego wyłącznie słuchacza.

– Oczywiście mogłem wyjść śmierci naprzeciw… – Zygmunt zaniósł się pełnym szaleństwa śmiechem. – Ale jeszcze wtedy wierzyłem w te bajki o istnieniu nieba i piekła. Jeśli któreś z nich istnieje, to jest to wyłącznie piekło. A znajduje się ono tutaj, na ziemi. Wróćmy jednak do czasów ślepej wiary, w której pokładałem wszelkie nadzieje. Popełniwszy samobójstwo nie trafiłbym do nieba, a tylko tam mógłbym… Masz szczęście, że mnie spotkałeś – rzekła starsza dusza, porzucając nagle wcześniejszy tok wywód. – Chodź ze mną, poszukamy odpowiedniego domu.

– W nocy chowasz się po domach? Straszysz tam? – zapytała młoda dusza.

– To co robię, co my dziś razem zrobimy, jest o wiele okrutniejsze od straszenia. Jak już wcześniej wspomniałem, pamięć żywych utrzymuje duszę przy życiu. Gdy pamięć żywych przemija, dusza sama musi walczyć o przetrwanie, w przeciwnym razie zniknie. Tego właśnie doświadczasz, nikniesz, ale nie jest jeszcze za późno.

Większość dusz nie wie, jak walczyć o przetrwanie, przez co przestaje istnieć. Czy po tym życiu jest następne? Nie wiem, i nie chcę wiedzieć. Naprawdę masz wielkie szczęście, że mnie spotkałeś. Nie trwońmy czasu na rozmowy w miejscu, nie wiadomo ile go tobie jeszcze zostało.

– Łukasz, mam na imię Łukasz.

– Zygmunt. Miło mi.

Stara dusza pomogła młodej stanąć na nogi. Przez wzgląd na osłabienie Łukasza, nie mogli przemieszczać się szybko. Z wolna przemierzali ulice. Zygmunt przez cały czas kierował wzrok z lewej na prawą stronę, następnie z prawej na lewą. I tak w koło.

– Czego właściwie szukamy? Nie możemy wejść do pierwszego napotkanego domu? O, choćby i do tego – Łukasz spory wysiłek włożył w podniesienie ręki. Palcem wskazał na zaniedbany budynek. Starsza dusza zatrzymała się nagle. Z wyrozumiałością osoby mającej w zanadrzu bagaż pełen życiowych mądrości spojrzał Zygmunt na Łukasza.

– W domu, który właśnie wskazałeś, mieszkają szczęśliwi ludzie. My szukamy tych, którzy nie potrafią żyć, którzy gardzą życiem, którzy nie zasługują na nie, bądź już go nie chcą. Powiedz mi, kimże byłbym, gdybym zabijał ludzi potrafiących żyć, cieszących się z tego najcenniejszego daru? Nie mylą cię uszy. Gdy zdasz sobie sprawę z pewnych rzeczy, zrozumiesz, o czym mówię. Gdybym zabijał ludzi szczęśliwych, byłbym zwykłym mordercą.

„Zabijał”, to słowo rozdarło myśli Łukasza. Doznał dziwnego uczucia, które przypominało obrzydzenie i zgrozę wzięte w jedno. „Zabijał”, ze zwykłego słowa, znanego mu jedynie z filmów, wiadomości, słowa niedotyczącego jego osoby, przeobraziło się w potwora stojącego na wprost jego oczu. Widział upiorną twarz, która do złudzenia przypominała jego własne oblicze. Cały ociekał krwią – miał ją we włosach, na rękach, czuł jej zapach. Brzydził się swoim krwawym odbiciem. Poza tym nie potrafił wyobrazić sobie, jak wygląda śmierć zadawana przez duszę. Bał się tego, co może nadejść, rozwodził się nad przyszłością, lecz nie pozostało mu inne wyjście – musi zabijać, by samemu móc przetrwać. Zebrał myśli, do pomocy przywołał rozsądek. „Jeśli trzeba śmierci człowieka, będę zabijał”, pomyślał. Pogodził się z losem, tylko jeszcze zastanawiał się, jakie koszta będzie musiał w związku z tym ponieść. Wyrzuty sumienia? Nie zauważa ich śladu w starszej duszy, jej twarz nawet nie drgnęła, gdy usta wyrzekły słowo „zabijał”. „Może martwi nie mogą odczuwać wyrzutów sumienia? A jeśli występują one, to może należy traktować je jako symbol zwycięstwa? Wola przetrwania powinna być dla mordercy wystarczającym usprawiedliwieniem występku. Będę usprawiedliwiał się właśnie wolą przetrwania”, myślał Łukasz. Był już zdecydowany na wszystko. Ponadto znajdował coraz to nowe argumenty pozwalające słowu „zabijał” zmaleć do rozmiarów ziarnka piasku.

– Już wiem, dlaczego szukasz takich, a nie innych ludzi. Ty chcesz pomagać ludziom pragnącym śmierci, nieszczęśliwym, jak ty niegdyś.

– Jesteś bardzo spostrzegawczy. Wszystko, co rzekłeś, jest zgodne z prawdą. Zabijając, wcielam się w śmierć, w jej łaskawszą stronę. Inaczej: jeśli śmierć ma serce, jeśli jest zdolna odczuwać litość, to ja jestem tym sercem, jestem tym uczuciem, gdy odbieram życie.

Teraz sprawdzimy domostwo, które wskazałeś. To, co w nim ujrzysz, porównasz z tym, co zobaczysz w domu, którego szukamy. Jeśli martwisz się o czas pozostały tobie, to powiadam ci, abyś się nie trapił. Znajdziemy właściwych ludzi szybciej, niż mógłbyś przypuścić. Świat jest pełen nieszczęśliwych, zmęczonych życiem ludzi.

Dusze weszły na podwórze ogrodzone stalowym płotem – rdza obejmowała każdą jego część, niektóre elementy prawie w całości zostały strawione przez korozję. Elewacja budynku również nie wyglądała olśniewająco – farba dużymi płatami odchodziła od ścian, mech porastał fundamenty.

Chwilę później stali już w pokoju. Pomimo później godziny pomieszczenie tętniło życiem. Nadgryziony przez mole dywan w większej części usłany był zabawkami. Trójka dzieci – chłopczyk i dwie dziewczynki – bawiła się w najlepsze. Pierwsze oznaki snu po kolei roztwierały maleńkie usta, naznaczały oczy łzawą powłoką znużenia. Lecz dzieci ani myślały o pójściu spać. Matka stała w drzwiach prowadzących na korytarz, bez wymiernego skutku nawołując jedno po drugim.

– Jazda do łóżek! – w tonie wypowiedzi kobiety nie było śladu zdecydowania. Czułe matczyne serce nie pozwalało jej na srogość.

– Daj im jeszcze chwilę – rzekł ojciec. – Widzisz, jak się ładnie bawią? Piętnaście minut. Później to ja rozkażę tobie i sam położę dzieci spać.

Kobieta podeszła do mężczyzny. Ten wstał, objął ją w pasie, po czym pocałował. Głośne cmoknięcie poderwało trzy pary wiecznie ciekawskich oczu – skierowały się one w stronę rodziców.

– Za-ko-cha-na pa-la! Ja-cek i Bal-ba-la!

Pokój wypełniła najszczersza radość, Łukasz nigdy jeszcze nie słyszał takich dźwięków. Widział obrazy, które same w sobie były wyrazem szczęścia. Dorośli uśmiechali się do siebie, do dzieci – ku ich uciesze pocałowali się raz jeszcze.

– Zaniedbany budynek, obskurne meble, podarte ubrania… Ale wiem, że widzisz coś więcej, widzisz szczęście. Byłbyś w stanie zabić to szczęście? Zakładam, że ta rodzina nie posiada oszczędności, że żyje od wypłaty do wypłaty, że często tej wypłaty nie wystarcza im na życie. Spójrz na nich raz jeszcze i powiedz mi, kimże byłbym, gdybym zabił któregokolwiek z tych osób?

– Mordercą. Byłbyś zwykłym mordercą.

– Dokładnie tak. Widzę, że zaczynasz mnie rozumieć. Przedłużając swój byt kosztem tego szczęścia byłbym zwykłym mordercą. Teraz poszukajmy właściwego domu, wtedy zrozumiesz różnicę pomiędzy morderstwem a naturalnym pragnieniem przetrwania w zgodzie z selekcją naturalną.

Ruszyli dalej. Szli nieco szybciej, a kondycja Łukasza była coraz słabsza. Jak przedtem zdołał iść samodzielnie, tak teraz musiał wspierać się na ramieniu Zygmunta, który nadawał tempo marszu.

– Zaraz znajdziemy odpowiedni dom. Na następnym skrzyżowaniu skręcimy w prawo, w bogatszą dzielnicę. Tam powinniśmy odnaleźć ludzi nieszczęśliwych. Pieniądze tylko z pozoru dają szczęście. Opowiedz mi o tym, jak umarłeś. Jakie prowadziłeś życie?

Łukasz z wyraźnym trudem odpowiadał na pytania, jednakże z każdym wspomnieniem nabierał sił. Wróciły one także w zwiotczałe nogi. Puściwszy ramię Zygmunta, zatoczył się dwa razy – starsza dusza podtrzymała go przy obu zachwianiach równowagi. Potem obyło się już bez pomocy, Łukasz szedł samodzielnie.

– Umarłem dość szybko. Zginąłem w wypadku samochodowym, nie miałem najmniejszych szans wyjść z niego żywy – jechałem zbyt szybko. Na zakręcie wyrzuciło moje auto na przeciwległy pas, wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Z auta zostało niewiele, podobnie jak ze mnie. Moje ciało rozerwało się na setki mniejszych kawałków. Gdyby nie było pewności, że to ja prowadziłem auto – mama widziała jak odjeżdżam spod domu – musieliby przeprowadzić badania DNA, by ustalić tożsamość kierowcy. Istna masakra. Czegoś tak okropnego w życiu nie widziałem, a doznane odczucia potęgował fakt, że to byłem ja – widziałem strzępy tego, co przed chwilą było mną, sam nie byłem w stanie rozpoznać siebie.

– To musiał być dla ciebie prawdziwy szok. Widzieć siebie w takim stanie… Opowiedz o swoim życiu.

– Chcesz wiedzieć, czy załapałbym się na twoje odwiedziny? – Łukasz wydawał się być rozbawiony własnym pytaniem. Zygmunt przytaknął skinieniem głowy.

– Prowadziłem dość hulaszczy tryb życia. Alkohol, kobiety, narkotyki – chleb powszedni. Pieniędzy nie brakowało mi nigdy. Bogaci zazwyczaj są zepsuci, a zwłaszcza ci, którzy tylko trwonią je na prawo i lewo, nie przykładając ręki do ich pomnażania. Bogaci często są nieszczęśliwi. Ja nigdy nie zdawałem sobie z tego sprawy, aż do dziś. Dopiero kiedy zobaczyłem w tym biednym domu jak wygląda prawdziwe szczęście, zrozumiałem, że tak naprawdę nigdy nie byłem szczęśliwy. O tak, gdybym nie zginął w wypadku, którejś nocy na pewno zawitałbyś pod mój dach.

Mając dużo pieniędzy mogłem co dzień spać z inną kobietą. Zaliczyłem ich bardzo dużo – Łukasz sylabizował całe ostatnie zdanie. Przeciągał w czasie jego wypowiedzenie. Przemawiał z dumą. Zygmunt pomyślał, że te kobiety, które posiadł wyłącznie za sprawą bogactwa, były jedynym jego osiągnięciem w życiu – widział w tym upadek moralny.

– A ty ile zaliczyłeś panienek? – zapytał Łukasz.

– Tutaj cię zaskoczę. Jedną.

– Jedną? To niedorzeczne.

– A jednak to prawda. Kochałem ją… bardzo ją kochałem. Właśnie wkroczyliśmy w bogatą dzielnicę. Wytężaj wzrok.

– Ale czego dokładnie mam wypatrywać?

– Dom będzie otoczony czernią.

– Chyba, kurwa, żartujesz?! Jest noc. Jak mam pośród mroku zauważyć kolor czarny?

– Zobaczysz, że ta czerń rzuci ci się w oczy.

Zapadła minuta, może dwie, całkowitej ciszy z rodzaju tych ciążących, które nie mogą trwać długo.

– Kto nauczył cię walczyć o przetrwanie? Zakładam, że byłeś nieświadomy, jak ja teraz jestem. Długo błądziłeś w tym zawiłym labiryncie świata umarłych? – dopytywała młodsza dusza.

– Jestem samoukiem. Za życia byłem bardzo spostrzegawczy, i taki pozostałem po śmierci. Dzisiejsza noc do złudzenia przypomina mi zdarzenie sprzed paruset lat. Błądziłem po ulicach, byłem wystraszony, z godziny na godzinę stawałem się coraz słabszy, nieznajomość przyczyny tego stanu pogłębiała strach. Szedłem do momentu, w którym moją uwagę przykuł dom zewsząd otoczony czarną poświatą. Przeniknąłem do jego wnętrza, sam nie wiedząc dlaczego. Wtedy nie pomyślałbym nawet, że to instynkt przetrwania popychał mnie w tamtą stronę.

Wszyscy domownicy spali, zresztą noc była już w pełni rozkwitła. W erze pozbawionej elektryczności i tych wszystkich pudeł, które sobą karmi, ludzie kładli się do łóżek bardzo wcześnie. Ciemne ulice odstraszały zwykłych obywateli. Po zmroku spotykało się jedynie bandytów i prostytutki – reszta społeczeństwa obawiała się wytknąć nos poza drzwi.

Stałem przy łóżku, obserwowałem śpiącego mężczyznę. Nie potrafię jednoznacznie określić, skąd zrodziło się to pragnienie… Chciałem wiedzieć, o czym śni, przekonać się, jak bardzo zmieniły się marzenia senne na przestrzeni trzystu lat. Poza tym byłem ogromnie ciekaw pragnień ludzkich. Świat zmienił się wielce, wiedziałem także, że dalej będzie się zmieniał. Widziałem na własne oczy zachodzące przemiany, lecz nigdy nie próbowałem zagłębić się w myśli ludzkie – aż do nocy, o której teraz prawię. Skupiłem się na mężczyźnie, zastanawiałem się, o czym śni, próbowałem wyczytać to z jego twarzy. Gdy skupienie przybrało formę medytacji, byłem już w jego śnie. Tak nawiasem powiem tobie, że pragnienia ludzkie nie zmieniły się ani trochę – wciąż śnią o seksie i bogactwach.

Przebywałem w umyśle tego człowieka aż do świtu, będąc jednocześnie istotną częścią każdego ze snów. Nad ranem mężczyzna już nie żył, a ja poczułem się znacznie lepiej – w chwili, w której przenikałem mury tamtego domu, byłem w takim samym położeniu, w jakim teraz jesteś ty. Po tamtej nocy, po śmierci mężczyzny, przez miesiąc czułem się wspaniale. Z upływem trzydziestu dni ponownie poczułem się gorzej, zaczynałem niknąć, lecz już wtedy wiedziałem, jak walczyć o przetrwanie. Z tamtym dniem stałem się lepszą stroną śmierci. Nawet przypadek nie był w stanie spowodować, że mógłbym zabić niewłaściwego człowieka. Tamten mężczyzna chorował, bardzo cierpiał.

– Skąd mogłeś o tym wiedzieć?

– Powiedział mi o tym we śnie. Myślał, że to ja jestem śmiercią, że przyszedłem uwolnić go…

Zygmunt zatrzymał swoje słowa w połowie zdania, cały znieruchomiał, jego stopa zawisła w powietrzu, około dwudziestu centymetrów nad chodnikiem.

– Właśnie znaleźliśmy właściwy dom. Spójrz no na tę czerń zawisłą nad dachem. Widzisz jak przylega do ścian? Cały dom otacza czerń, tworząc coś na kształt kopuły.

– Jednak może być coś czarniejszego od nocy… Dlaczego nigdy wcześniej tego nie dostrzegłem?

– Nie patrzyłeś uważnie. Teraz zobaczysz, czym różnią się ludzie mieszkający pod tym okazałym dachem od poprzednich, ulokowanych w zaniedbanym domu.

Dom stał pośrodku wielkiego ogrodu. Wchodząc na posesję odnosiło się wrażenie, że odgradza ją od reszty świata niewidzialna granica, po przejściu której wkracza się do świata bajek. Drzewa cytrynowe, bananowce, palmy, egzotyczne kwiaty. Zygmunta zadziwił stan flory, poruszył fakt, że rośnie w klimacie zupełnie niesprzyjającym ich rozwojowi. Gdyby Zygmunt mógł odczuwać bodźce zewnętrzne, na własnej skórze poczułby gwałtowną zmianę temperatury. Działo się tak za przyczyną specjalnego systemu grzewczego. Instalacja była rozmieszczona ledwie dziesięć centymetrów pod powierzchnią ziemi, na terenie całej posesji. Dzięki owej instalacji grzewczej egzotyczna fauna mogła utrzymywać się przy życiu.

Nie potrzeba było duszom niczego więcej, jak wzroku, by mogli pojąć ogrom bogactwa i przepychu właścicieli. Ogrodzenie tworzyły stalowe winorośle – liście i grona owocu do złudzenia przypominały prawdziwe. Poza tym drzewa, cała egzotyczna roślinność, której nie uraczysz nigdzie indziej, jak we właściwym im klimacie, chyba, żeby spełnić określone warunki, które na tej szerokości geograficznej, zdawałoby się, mogły zapewnić jedynie ogrody botaniczne. Ścieżka dzieliła posesję na dwie części, a tworzyła ją kostka brukowa koloru złota. Nie uraczyłoby się na niej ziarna piasku, jej błyszcząca powierzchnia odbijała blask nocnego nieba – księżyc z góry spoglądał na swoje nieskazitelne oblicze. Ścieżka prowadziła pod same drzwi wejściowe budynku. Dom wydawał się być wielki, i taki był w rzeczywistości. Za duży nawet dla rodziny z dziesięciorgiem dzieci, babcią, dziadkiem, wujkiem i ciocią.

– Dostrzegasz pierwsze różnice? Będzie ich więcej.

Młoda dusza milczała, patrzyła na dom z pewnego rodzaju zachłannością. Zygmunt wyłapał ten błysk rozjaśniający źrenice Łukasza, który był wyrazem ożywienia myśli i ducha. Ten dom musiał przynieść z sobą jakieś wspomnienia, stara dusza była niemalże pewna, że za chwilę dowie się, jakaż to myśl wprowadziła ogrom poruszenia w niknącą postać.

– Wchodzimy. Wyglądasz coraz słabiej – rzekł Zygmunt, co było zgodne z prawdą. Łukasz z upływem każdej minuty niknął coraz bardziej, był już niemalże przezroczysty. Jednakże jakaś tajemnicza energia emanowała z każdej części twarzy młodej duszy, co sprawiało, że na przekór niknięcia wyglądał bardzo żywo.

– Kiedyś mieszkałem tutaj. To było tak dawno, przed wieloma zmianami, jakie zaszły od dnia mojej śmierci, że zapomniałem, że nie poznałem miejsca, w którym spędziłem dzieciństwo. Ten bruk – Łukasz wskazał ręką na ścieżkę – był kiedyś ścieżką wysypaną białym kamieniem. Za mojego życia w ogrodzie nie rosły kwiaty, tym bardziej fikuśne drzewka. Cały ten teren porastały wiekowe drzewa, osiedle powstało wewnątrz dębowego lasu. Dasz wiarę, że nie wycinano więcej drzew niżeli było to konieczne pod zabudowę domu, dojazdu do niego i ewentualnie parkingu dla kilku aut? Stare drzewa, bardzo stare. Ich korony skutecznie przesłaniały słońce, co latem tworzyło z tego miejsca prawdziwy raj. Pojedyncze promienie odnajdywały małe przesmyki pomiędzy gałęziami. Światło wąską strugą padało na trawę. Wyobraź sobie setki takich promieni, niby serpentyny, i siebie tańczącego pośród nich. Teraz już nie ma tych drzew, nawet ślad po nich nie pozostał, wszystko wygląda inaczej.

Te dwie kolumny, podtrzymujące zadaszenie tarasu, przypomniały mi szczeniackie lata, lecz dopiero gdy stanąłem przed tymi drzwiami, gdy ujrzałem wyrzeźbione na ich powierzchni motywy z mitologii greckiej, uświadomiłem sobie, że to właśnie jest mój dom rodzinny.

– Chcesz tam wejść? Jesteś tego pewien? Te mury mogą skrywać w sobie ludzi, w których płynie krew twojej rodziny, twoja krew.

– Wątpliwe – odparł Łukasz. „A jeśli nawet, to nie chcę o tym wiedzieć”, dodał w myślach. Instynkt przetrwania przemawiał coraz głośniej, zagłuszał wątpliwości, rozkazywał wręcz.

– Dobrze. Wchodzimy do środka.

Przeniknęli przez drzwi, znaleźli się w korytarzu, który swym rozmiarem dzielił dom na cztery części. Korytarz układał się w kształt krzyża o równych ramionach. Ściany pokrywała dębowa boazeria, deski, którymi wyłożona była podłoga, pochodziły z tegoż samego gatunku drzewa.

– Już teraz wiemy, co stało się z drzewami – rzekł Zygmunt. – Strasznie tu cicho, domownicy zapewne już śpią. Chodźmy poszukać ich sypialni.

Przenikali przez ściany wielu pomieszczeń, w korytarzu nie pojawiali się już praktycznie w ogóle – chyba, że przyszło im przejść do przeciwległego skrzydła budynku. Zwiedzili jadalnię i ogromny salon, który obejmował prawie jedną czwartą domu. W swych poszukiwaniach zajrzeli także do kuchni, małej biblioteczki i całego szeregu pokoi gościnnych, ze starannie zasłanymi łóżkami i skromnym umeblowaniem.

Zygmunt wyczuł życie, gdy tylko przeniknął przez mury domu – mógłby od razu skierować się do właściwego pomieszczenia. Jednakże tam znajdowali się dorośli, zaś Zygmunt poszukiwał dzieci, a one wysyłają znacznie słabsze sygnały, informujące dusze o ich bliskości. Szukał dzieci, ale w żadnym wypadku po to, by je zabić – nigdy nie skrzywdził dziecka. Jeśli w tym domu odnajdzie małych ludzi, porozmawia z nimi, wypyta o rodziców, o więzy łączące ich z nimi. Dzieci podczas snu odpowiadają na każde zadane pytanie, udzielają szczerych odpowiedzi. Jeśli tata czy mama bije, dziecko nie skłamie – podczas snu nie obawia się kary, nie czuje strachu. Jeśli w domu zamieszkałym przez nieszczęśliwych dorosłych żyją szczęśliwe dzieci, Zygmunt po prostu odchodzi, by poszukać innej ofiary. Tutaj nie spotkał dzieci, choć podczas obchodu znaleźli się w pokoju, który kiedyś musiał należeć do dziecka. Znajdowała się w nim kołyska, łóżeczko z baldachimem, regały wypełnione maskotkami. Istniała jeszcze jedna możliwość – maleństwo mogło spać z rodzicami, dlatego pokój stał pusty. Lecz było to mało prawdopodobne, gdyż cały dom wypełniało zło i smutek. W tym małym pokoju znajdowało się największe skupisko smutku i zła, ze znaczną przewagą pierwszego uczucia. Wiele łez widziały te ściany, tego Zygmunt był pewien.

Sypialnia kobiety i mężczyzny usytuowana była w prawej części budynku. Niewielki metraż przesycony był zapachem kobiecych perfum. Choć dusze są pozbawione zdolności odczuwania zapachów, mogą się nauczyć je dostrzegać poprzez kolory. Umarli mają wrażliwe źrenice, widzą znacznie więcej niżeli mogli dostrzec za życia. Kobieta użyła perfum o zapachu jaśminu, świadczyła o tym różowa mgiełka unosząca się w powietrzu.

Ciemność rozjaśniało delikatne światło małych żarówek, wmontowanych w każdą półkę regału z kryształami. Szkło, jeśli stało blisko krawędzi, potęgowało efekt oświetlenia. Młoda i stara dusza rozglądały się po pokoju. Ściany przyozdabiały obrazy malarzy, zapewne współczesnych twórców. Zresztą wszystko, co znajdowało się w pomieszczeniu, miało ścisły związek z teraźniejszością. Zygmunt szukał choćby cienia czasów minionych, jakiejś cząstki dawnej kultury. Dom skrywał w sobie wiele starych artefaktów, lecz sypialnia nie opiewała w żaden z nich. Za sprawą właścicieli pozbawiona przeszłości, za przyczyną dusz – przyszłości.

Jedną ze ścian w całości pokrywała rozsuwana szafa z wielkim lustrem. Zygmunt wpatrywał się w jego powierzchnię. Miał cichą nadzieję – jak za każdym razem gdy spoglądał w cokolwiek, co było zdolne odbić przeciwległy obraz – zobaczyć swoje oblicze. Bardzo był ciekaw tego, jak wygląda, zastanawiał się, czy przypomina starca, którym był w momencie śmierci, czy też może odzyskał rysy nastolatka. Widział wiele rzeczy odbitych przez taflę szkła – regał z kryształami, wielki obraz przedstawiający nagą kobietę, wiszący tuż za nimi, lecz nie dostrzegał ani siebie, ani Łukasza.

Odwrócił wzrok od tafli szkła, zbliżył się do łóżka. W czerwonej pościeli spał mężczyzna, po drugiej stronie kobieta. Byli zwróceni do siebie plecami, z ciałami umiejscowionymi na skrajach łóżka. Zygmunt wyczuł siłę odpychającą ich od siebie. Pomiędzy dwoma ciałami dało się wyczuć niechęć, odrazę, lecz najbardziej wyczuwalna była nienawiść, jaką kobieta wysyłała każdą cząstką siebie w stronę mężczyzny. Zygmunt podszedł do niej. Spojrzał najpierw na nią, później na stolik – na blacie, obok lampki nocnej, leżała obrączka. „Wiec mamy do czynienia z małżeństwem”, pomyślał.

Przyglądał się kobiecie z udawanym spokojem, trudno było mu opanować drżenie rąk. „Jest taka podobna…”, urwał myśl w połowie. „To niemożliwe, to nie ona”, dopowiedział. Zmęczone rysy twarzy kobiety wskazywały, że ma za sobą ciężki dzień, ciężki tydzień. Ale równie dobrze całe jej życie mogło być wielkim bagażem trosk, co w opinii Zygmunta było wielce prawdopodobne. Na delikatnej skórze lica malował się smutek, nawet sen nie przynosił jej ukojenia. Wyglądała na znacznie starszą niżeli była w rzeczywistości. Zygmunt na podstawie skóry na szyi ocenił jej wiek na trzydzieści lat. Natomiast ułożenie brwi, układ ust, podkrążone oczy z nienaturalnymi zmarszczkami wokół nich wskazywały na czterdzieści, czterdzieści pięć wiosen na karku. Jednakże Zygmunt wiedział, że skóra nigdy nie kłamie. Zauważył także, że poduszka była mokra od łez.

Zygmunt pogładził dłonią włosy kobiety. Ta poruszyła nieznacznie głową, niewątpliwie za sprawą dotyku. Pochylił się nad nią, zatrzymał usta tuż przy jej uchu, po czym zaczął szeptać, nie przestając głaskać blond włosów.

– Dlaczego płakałaś? – zapytał.

Nagle twarz kobiety przybrała inny wyraz, łzy poczęły wylewać się zza zamkniętych powiek. Słowa przerywane łkaniem zaczęły wypływać z drżących ust.

– Moje dziecko…

– Co z nim? Nie ma go tutaj.

– Ono nie żyje. Moja mała córeczka…

– Wszystko będzie dobrze, teraz uspokój się. Najdalej jutro spotkasz się ze swoją córeczką. Obiecuję, że tak się stanie.

Zygmunt cofnął dłoń, zaś kobieta, zupełnie już odmieniona na twarzy, zapadła w głęboki sen. Uśmiech przeobraził ją w prawdziwie piękną kobietę, skóra wokół oczu wygładziła się – zmarszczki znikły. Zdało się obu duszom, że powróciła do czasów, gdy żyła jej córka.

– Ona już od dawna chce umrzeć – rzekł Zygmunt. – Od bardzo dawna. Umarła z chwilą utraty dziecka.

– Zupełnie jak ty niegdyś, gdy straciłeś ukochaną kobietę.

– Masz rację, przyjacielu. Teraz musimy dowiedzieć się czegoś o mężczyźnie.

– Czy będziesz rozmawiał z nim, jak z tą kobietą?

– Nie, z nim nie da się rozmawiać. Jego serce jest przepełnione złem. To zło płynie w jego żyłach wraz z krwią, karmiąc niegodziwością każdą komórkę jego ciała. Jako umarli, możemy rozmawiać z żywymi wyłącznie podczas ich snu. To pierwsza zasada. Drugim czynnikiem jest natura człowieka – musi mieć czyste serce, mówiąc krócej – być dobrym. Dlatego możemy rozmawiać z każdym dzieckiem, one posiadają nieskazitelnie czyste serca, bez wyjątku. Natomiast dorośli nie zawsze. Z tym człowiekiem na pewno nie porozmawiamy. Musimy go obudzić, wtedy przekonamy się, jaki jest naprawdę.

Zygmunt cofnął się do regału z kryształami, wyciągnął rękę ku najwyższej półce, pochwycił dłonią wielki półmisek i bezceremonialnie strącił go na podłogę. Grube szkło nie zdołało oprzeć się twardemu podłożu. Z chwilą zderzenia z podłogą naczynie rozpadło się w drobny mak. Towarzyszył temu potępieńczy hałas – porwał on ciszę nocną w swe szpony, rozdarł na strzępy, po czym odrzucił w najdalszy kąt.

Zygmunt nie okazywał najmniejszych oznak zdenerwowania. Był opanowany, jak gdyby robił to już setki razy. Łukaszowi los nie oszczędził nerwów, był niespokojny, coś na kształt tremy wprowadzało burzowe chmury w jego myśli. Jednakże było też coś, co łączyło z sobą obie dusze. Oczekiwanie. Stali w miejscu, mniej i bardziej cierpliwie wyglądali dalszego rozwoju wydarzeń.

– Co to, kurwa, było? – krzyknął mężczyzna. Ciskał przekleństwami już z chwilą otwarcia powiek. Nim zeskoczył z łóżka na podłogę, wyrzucił z siebie całą serię obelg. Strach narastał w mężczyźnie, a każde przekleństwo było tego świadectwem. Biegiem rzucił się w stronę włącznika światła. Uderzywszy w niego pięścią, rozświetlił wszystkich pięć żarówek żyrandola. Intensywne światło poraziło blaskiem jego rozespane źrenice. Wściekle mrużył oczy, żałował, że nie zapalił nocnej lampki – jej światło byłoby bardziej przyjazne. Prócz hałasu, przeklinał jeszcze ten gwałtowny przypływ adrenaliny, nakazujący mu działać szybko i stanowczo, lecz także i bezmyślnie.

Kobieta wybudzała się powoli, jakby już nic i nigdy nie było w stanie wprowadzić do jej serca strachu. Powoli odrywała głowę od poduszki, równie leniwie otwierała powieki. Charakteryzował ją spokój, który wobec gwałtu dokonanego na ciszy nocnej nie powinien mieć racji bytu. Gdzieś poza światem realnym przebywały jej myśli. W zasadzie całe wnętrze kobiety – dusza, serce, uczucia skrywane przed światem – wybyło gdzieś daleko, nie tylko poza mury tej sypialni, czy też za ogrodzenie domu, lecz poza granice normalności, gdzie dla niej normalność stanowiła przemoc, jakże często wymierzona w jej osobę. Tylko ciało, obojętne na otoczenie, słuchało przekleństw ciskanych przez męża – obce, dalekie, na równi znienawidzone z barwą głosu, włosami, zapachem, dłońmi co dzień kładącymi się na jej ciele. Patrzyła, jak ten obcy i daleki mężczyzna, tak dobrze jej znany, miota rękoma niby wróbel skrzydłami, gdy pragnie wzbić się w powietrze. Oczy miał zaczerwienione, jakby ta złość doprowadziła do wrzenia jego krew. A cały ambaras wywołał rozbity kryształ. Śmiała się głośno, już nie w duchu wyrażała swoje rozbawienie. Miała w nosie ten kryształ, gdzieś tego mężczyznę.

Czuła się dziwnie, ten spokój, którego nic i nikt nie był w stanie zakłócić sprawiał, że była szczęśliwa. Od dziesięciu lat nie zaznała odrobiny szczęścia. Z chwilą, w której umarła jej córeczka, nie próbowała szukać ani szczęścia, ani spokoju. Śmiała się nie tylko z męża i jego bezsensownej złości. Śmiała się jak ktoś, kto przez zupełny przypadek znalazł coś, o istnieniu czego już od dawna nie pamiętał, co zgubił całe wieki temu, i choć to coś powinno być mu niezbędne do życia, nauczył się istnieć bez tego. A teraz śmieje się, pytając siebie, jak dał radę żyć bez tego, jak mógł zapomnieć o tym, jednocześnie mając pewność, że to coś będzie już zawsze przy nim.

Zanim dźwięk tłuczonego szkła i przekleństwa męża obudziły ją, spała, tego była absolutnie pewna. Nikt nie mógł jej niczego obiecać, a pomimo tego każdą cząstką siebie – przesadnie przygładzonymi włosami, myślą, każdym calem skóry i włosem z niej wyrastającym, wyczuwała złożoną obietnicę.

Dotknęła okolic oczu, były mokre od łez. Odnalazła ich ślady także na policzkach. Płakała, co często się jej zdarzało w przeciągu ostatnich dziesięciu lat, lecz nie pamięta, by kiedykolwiek płakała przez sen. Tak, tego była absolutnie pewna. Łza zabłąkana na rzęsie opadła, gdy gwałtowniej mrugnęła powieką, i wpadła wprost w otwartą dłoń, opartą na kolanie. Przestała się śmiać, dłoń przycisnęła do piersi. „Nie będę już więcej płakać”, pomyślała. Dziwne przeczucie podpowiadało jej, że właśnie tak już będzie, że ta łza zamknięta w dłoni jest ostatnim namacalnym dowodem smutku. Nie będzie już łez, nie będzie już smutku, jak i czegoś jeszcze, czego w tamtej chwili nie potrafiła sprecyzować, lecz wiedziała, że dokonanie niewiadomej to tylko kwestia czasu, krótkiego czasu.

– O co robisz tyle hałasu?! O głupi kryształ?! Stać cię na całą fabrykę tego gówna, a ty lamentujesz nad jednym… – kobieta nie dokończyła zdania. Mężczyzna dopadł do niej, wymierzył siarczysty policzek. Głowa kobiety przekręciła się w prawą stronę, jednakże ani siła ciosu, ani ból, który musiał mu towarzyszyć, nie zrobiły na niej najmniejszego wrażenia.

Wiele razy była bita, lecz nigdy nie zdołała przyzwyczaić się do razów. Zawsze posłusznie przyjmowała każdy cios, nie podnosząc głowy, łkając niemo. Jednakże tamtego wieczoru podniosła głowę, z dumą spoglądając w twarz oprawcy. W jej oczach nie można było odnaleźć choćby śladu strachu. Nawet nienawiść, uporczywie żywiona i pielęgnowana przez wszystkie lata małżeństwa, gdzieś się ulotniła. Tylko cicha pretensja z przeszłości, skrywana przez dziesięć lat, urastała z wolna w jej gardle. Gdy owa pretensja osiągnęła rozmiar, którego już nie dało się utrzymać w sobie, zaczęła krzyczeć. Lecz nawet ten krzyk był pozbawiony złości, gdyż nią wcale nie był – cicha pretensja musiała w końcu stać się głośnym wyrzutem.

– Wiem, że to ty ją zabiłeś! Ona nie spadła łóżka! To ty ją skatowałeś! Ty gnoju! Policja też o tym wiedziała! Sąd także! Ty skurwielu, gdyby nie twoje pieniądze, gniłbyś teraz w pierdlu, co noc posuwany w dupę!

– Zaraz pokażę tobie, kto kogo posunie w dupsko!

– Widzisz, ona już nie chce żyć, a on na życie nie zasługuje. Trafiliśmy do właściwego domu – rzekł Zygmunt.

Stara dusza beznamiętnie wpatrywała się w scenę gwałtu. Jeśli gdzieś dotykał Zygmunta ten potworny obraz, to musiało dziać się to głęboko w jego wnętrzu – tam, gdzie nie dosięgał wzrok Łukasza. Natomiast Łukasz rwał się, by pomóc kobiecie. Próbował chwycić mężczyznę, lecz okazało się być to nadaremnym wysiłkiem – jego ręce nie były zdolne zatrzymać się na jakiejkolwiek części ciała żywego człowieka.

– Możemy dotykać ludzi gdy śpią, wyłącznie dotykać – rzekł Zygmunt.

– Ale ty zwaliłeś kryształ z półki.

– Owszem, ale wyłącznie dlatego, że to martwy przedmiot. Nie mógłbym nim rzucić. A żeby nauczyć się przesuwać przedmioty potrzeba wielu lat treningu – Zygmunt podszedł do Łukasza, położył rękę na jego ramieniu.

– Gdy zaśnie, uduszę go.

– Nie dasz rady. Prędzej sam zginiesz z wyczerpania. Poza tym nie odstąpię ci kobiety, ona jest moja. Jeśli chcesz umrzeć, twoja sprawa. Ale pamiętaj, że w czasie snu możesz go uśmiercać tyle razy, ile tylko zechcesz, aż do świtu – wystarczy, że wkradniesz się do jego  snu.

– Jeśli tylko zechcę, on może umierać choćby i tysiąc razy?

– Jeśli starczy tobie nocy, tak.

Tajemniczy uśmiech zagościł na twarzy młodej duszy, która wycofała się pod regał z kryształami. Łukasz wciąż był niespokojny, lecz już znacznie mniej porywczy.

– Teraz musimy poczekać, aż to się skończy i zasną. Scena, która rozgrywa się na naszych oczach nie ma nic wspólnego z miłością. Jest to wyłącznie brutalny akt przemocy, zniewolenia, upokorzenia.

– Mężczyznę spotka zasłużona kara – wtrącił Łukasz. – Właściwie dlaczego wspominasz o czymś tak oczywistym?

– Obrałem sobie zły wstęp dla przemowy. Wybacz. Może zacznę zupełnie inaczej. Za życia, a zwłaszcza pośród niekończącej się tułaczki umarłego, napatrzyłem się na miłość ciała, na zaspokojenie zwierzęcych potrzeb. Nawet nie zwierzęcych, nie można ubliżać zwierzętom, do bezmyślnego obcowania popycha je natura, potrzeba przedłużenia gatunku. Tymczasem ludzie parzą się z sobą z czystej potrzeby chuci. To jest straszne.

Kochałem kiedyś, kochałem jak nikt wcześniej, kochałem jak nikt później. Kochałem tak mocno, że gdyby miłość dawała władzę, rządziłbym światem. Lecz miłość jest jak człowiek uzbrojony w kij, stojący naprzeciw człowieka dzierżącego topór – człowiek z toporem jest uosobieniem życia. Jak myślisz, kto wygra, gdy tych dwoje zetrze się z sobą? Miłość przeważnie przegrywa w starciu z życiem. A jeśli miłość okazuje się jakoś walczyć z życiem, mieć nad nim przewagę, z chwilą śmierci ukochanej osoby zdajesz sobie sprawę z jej bezużyteczności.

Ona umierała na moich rękach. Ostatnie jej spojrzenie było utkwione we mnie. Z jej ust scałowałem ostatnie tchnienie życia. Rodzina miała ją wydać za mąż za jakiegoś szlachcica. Była piękną kobietą, niejeden gotów był oddać za nią życie.

Zmarła na zapalenie płuc. Kilka dni przed ślubem wybiegła z domu. W największą ulewę błąkała się po ulicach, dopóki deszcz nie przestał padać. Przyszła do mnie by umrzeć, a ja nic nie mogłem zrobić, jak tylko czuwać przy niej. Miłość ukoiła jej cierpienia, pozwoliła zachować trzeźwy umysł pomimo wysokiej gorączki. Umierała, lecz w przekonaniu, że wiodła w pełni szczęśliwe życie. Była blisko mnie po sam kres życia, zupełnie tak, jak przyrzekła, będąc już pewną wielkiej miłości, jaka połączyła nasze istnienia na dwa lata przed ową tragedią.

– Nie mogliście uciec?

– Nie. Czasy były wtedy inne. Stanowisko rodziny było rzeczą świętą, a zwłaszcza wola ojca. Nie do pomyślenia był sprzeciw, jakąkolwiek formę buntu skórzany pas dusił w zarodku. Zresztą kiedyś wychowywano dzieci w atmosferze posłuszeństwa i czci.

– Ona jednak sprzeciwiła się.

– Tak, postawiła na swoim i zapłaciła za to najwyższą cenę, której była świadoma od samego wyjścia z domu w ten ulewny wieczór. Nie mogła inaczej postąpić, jak zbuntować się i umrzeć.

Zawsze była wielce pomocna i życzliwa. Nigdy nie zazdrościła, uśmiech tylko w przypadku wyjątkowych nieszczęść schodził jej z twarzy. Przez te wszystkie lata w mojej pamięci zatarło się wiele obrazów, wiele twarzy straciło wyraz, nawet moje własne oblicze. Dzięki imionom, tej szczątkowej tożsamości, nie stały się one mglistym wspomnieniem. Zapomniałem wiele, jednak jej twarz, każde słowo, wspomnienia z nią związane, to wszystko żyje we mnie, w tym martwym sercu, które nigdy nie nauczyło się jej nie kochać, choć uparcie tego próbowało.

Zapadło milczenie, pełna rozpaczy cisza, o sile zdolnej przyćmić każdy dźwięk, każdy kolor i obraz. Tym, co w tamtej chwili przesłaniała, był akt okrucieństwa rozgrywający się na oczach dusz. Jednocześnie ta sama cisza zdawała się opowiadać nieszczęśliwe dzieje Zygmunta. Niemy narrator oddawał cały tragizm dopiero co opowiedzianej historii. Cisza nagle przerwała swą opowieść. W jednej sekundzie świat z powrotem nabrał właściwych kolorów, widziane obrazy przestały być zniekształcone, stały się wyraziste, dźwięki we właściwej formie dobiegały do uszu obu dusz. Ponownie mieli przed oczyma kobietę zaciskającą zęby na poduszce, bierną wobec okrucieństwa, a jednak w jakiś sposób górującą nad nim. Słyszeli sapanie mężczyzny, widzieli twarz oblaną czerwienią zmęczenia.

– Po zabiciu człowieka przeżyjesz miesiąc. Po upływie tego czasu musisz zabić następnego. Gdy nastanie świt, rozstaniemy się, zbyt długo wędrowałem sam, twoja obecność mi ciąży. Jestem typem samotnika, a ty jesteś pierwszą duszą, z którą rozmawiam tak otwarcie, a to mnie martwi. Może i dusza, jak żywe ciało, starzeje się, może jestem już zbyt zgorzkniały na towarzystwo. Dzięki tobie wyrzucam z siebie cały żal, wszystkie bolączki serca. Jest mi z tym dobrze, już dawno zapomniałem, jak oczyszczająca może być rozmowa. Zaczynam też dociekać przyczyn mojej niechęci do jakiegokolwiek towarzystwa, jak i powodów wylewności. Nie chcę znać przyczyny tego stanu, gdyż może się okazać, że rzeczywiście jestem już stary. Im dłużej będziesz przy mnie, tym intensywniej będę doszukiwał się tego źródeł. Już raz byłem stary. Ciesz się, że nie zaznałeś zniedołężnienia ciała i umysłu. Wolę żyć w niewiedzy.

Zanim na powrót stanę się zgorzkniały, zanim ponownie zamknę w sobie wspomnienia, nim ukryję je przed światem, przed tobą, pozwól, że jeszcze o czymś tobie opowiem. Na pewno wiesz czym jest dżuma, chyba nie muszę opisywać tej straszliwej choroby. Byłem świadkiem wielkiej epidemii dżumy. W tamtym okresie pochłonęła ona miliony istnień, zarówno żywych, jak i umarłych. Byłem już wtedy martwy, widziałem ogrom tragedii po obu stronach życia. Setki trupów leżały na ulicach. Dzieci obejmowały martwych rodziców w nadziei, że to tylko sen zmorzył ukochaną mamę, ukochanego tatę. Patrzyły na wykrzywione cierpieniem twarze, czekały całymi dniami na wybudzenie rodzica, aż w końcu śmierć przychodziła i po nie. W tym samym czasie dusze rodziców bezskutecznie próbowały objąć dzieci, z rozpaczą patrzyły na ich powolne umieranie. Całe ulice były wyściełane ciałami, żywi musieli stąpać po ciałach w mniej lub bardziej zaawansowanym stopniu rozkładu. Gnijące mięso przywierało do bosych stóp, obrzydliwy widok. Dziękuję, nie wiem komu, za to, że dusze  nie mogą wyczuwać zapachów, lecz mogłem sobie wyobrazić ten potworny smród. Przebywałeś kiedyś w pobliżu padliny? Jeśli tak, to pomnóż ten odór razy tysiąc. Miasta, wsie, spowijała zielona mgła, najstraszliwszy kolor, jaki w życiu widziałem. Zielona mgła to nic innego, jak odór rozkładających się ciał, widmo tragedii, która zdawała się nie mieć końca. Dżuma była niczym krwiożerczy potwór, którego głód wydawał się być nie do zaspokojenia. Patrząc na ten cały ogrom nieszczęść, odnosiłem wrażenie, że mgła ustąpi dopiero, gdy cała ludzkość padnie trupem.

Widziałem umierających ludzi, a później te same twarze konające po raz drugi. Dżuma zbierała okrutne żniwo. Kładła pokotem całe rodziny, wsie, miasta. Nie było żywych, którzy mogliby pielęgnować pamięć o zmarłym. Umierali żywi, umierały dusze. Podwójna tragedia, nie sądzisz?

Do dziś nie potrafię powiedzieć, która śmierć – żywego człowieka, czy też jego duszy – była bardziej okrutna. Ludzie jeszcze za życia ulegali rozkładowi, bardzo cierpieli. Natomiast po śmierci ich oblicza były przepełnione strachem, może nawet to nie był strach, a coś o wiele gorszego – nigdy wcześniej, ani później, nie widziałem czegoś podobnego. Dusze wyglądały tak, jakby doświadczały większego bólu niżeli podczas powolnego umierania za życia. Cierpieli zwłaszcza dorośli, po jednej, jak i po drugiej stronie. Patrzyli z boku na cierpienie swoich dzieci, najstraszniejszym dla człowieka, i dla duszy, jest oglądanie śmierci własnego dziecka, a jeszcze gdy dochodzi do tego tak okrutna śmierć… – Zygmunt głośno westchnął. – Nie mogę dalej o tym mówić. Pozostaję całkowicie bezsilny wobec tego wspomnienia.

Próbowałem pomóc duszom, lecz nie mogłem zrobić nic. Jeszcze wtedy nie wiedziałem wiele o życiu po śmierci, o walce o przetrwanie. W zasadzie to dżuma nauczyła mnie najwięcej o życiu po śmierci.

Gwałt dobiegł końca. Mężczyzna leżał po swojej stronie łóżka. Żyły na jego szyi uwydatniało podwyższone tętno, przyśpieszony oddech nie dawał się ujarzmić. Oczy miał zamknięte, usta na wpół otwarte. Niebawem zmęczenie miało wziąć górę nad ciałem, wciąż wyraźnie pobudzonym. Zaś jego umysł, już zupełnie odrętwiały, zapomniał, z jakiej przyczyny doświadczył gwałtownej pobudki.

Kobieta nie od razu ułożyła się do snu. Udała się do łazienki. Długo zmywała z siebie pot mężczyzny, każdy fragment skóry, jakiego poważył się dotknąć, szorowała aż do zaczerwienienia – w niektórych miejscach pojawiła się krew. Krocze oczyściła z nasienia. Koszulę nocną, splamioną potem męża, spermą i śliną, wyrzuciła do kosza na śmieci. Nagie ciało okryła dopiero w sypialni. Mężczyzna już wtedy spał.

Ugniatała poduszkę, wygładzała pościel, czego nie miała w zwyczaju robić, gdyż przeważnie kładła się i po prostu zasypiała, bądź próbowała zasnąć. W tamtej chwili przypominała ptaka wijącego gniazdo. Ptaka, który jest już za stary, by znosić jaja i wychowywać potomstwo, za stary, by dalej żyć. Zygmunt słyszał o gatunku nielota, zamieszkującego Australię, który pod koniec życia wije dla siebie pośmiertne gniazdo. W nim ostatni raz pokłada się do snu, w nim też umiera samotnie. Kobieta w swych poczynaniach bardzo przypominała tego ptaka.

Zygmunt próbował odnaleźć na jej twarzy piętno gwałtu. Zarówno twarz, jak i ciało było pozbawione śladu cierpienia i przemocy. Wesołość przebijała się poprzez każdy gest, spojrzenie utkwione w ścianie, tudzież innej części pokoju. Zygmunt przeczuwał, że nawet gdyby poinformował ją o tym, że to posłanie będzie jej ostatnim – łożem, na którym spotka śmierć, i to w dodatku nim słońce w pełni wzejdzie – nie rzuciłby tym cienia smutku na tę wesołość.

– Skup się teraz. Myśl tylko o mężczyźnie, a po chwili znajdziesz się w jego śnie. Nie miej wyrzutów sumienia, one są tylko zbędnym balastem obydwu żywotów. Widziałeś przecież, co zrobił tej kobiecie. Zniszczył jej życie, zabił własną córkę. On, jak mało kto, zasługuje na śmierć. Skup się i zgotuj mu najokrutniejszy koniec żywota, jaki mogłaby zrodzić ludzka wyobraźnia. Pamiętaj, że w jego głowie to ty jesteś panem snu, możesz zrobić wszystko, absolutnie wszystko.

Zygmunt nie miał pewności, że Łukasz właściwe wprowadzi w życie pośpiesznie wykładaną naukę. Nigdy z nikim nie dzielił się swoją wiedzą. Sam szybko potrafił wkraść się w marzenia senne śpiących ludzi, ale czy właściwie przekazywał to, co w sposób instynktowny powtarzał każdego miesiąca, przez kilkaset lat?

Łukasz wypiął pierś do przodu, jak gdyby nabierał powietrza w płuca. Wyimaginowany oddech dodał mu animuszu. Wszystkie myśli nakierował na mężczyznę. Wielkie skupienie ułożyło mięśnie twarzy Łukasza w wyraz iście stoicki. Przymknął powieki, a gdy je otworzył, był już we śnie mężczyzny.

Łukasz znalazł się w ogromnej komnacie starożytnego zamczyska. Pośrodku niej stało wielkie łoże, otoczone przez dwadzieścia dziewięć kobiet – wszystkie były nagie. Chude, pulchne, czarne, żółte, białe, latynoski. Blondynki, rude, brunetki. Każda z nich piękna na swój sposób. Na przykład ruda miała włosy przypominające żywe płomienie i bladą skórę, jak kartka papieru. Murzynka nosiła na głowie dredy, była uposażona w bujne piersi i ogromne pośladki. U każdej z kobiet Łukasz odnajdywał coś tak wielce urzekającego, że gdyby miał określić, która podoba mu się najbardziej, której pragnie ponad wszystkie, stałby niezdecydowany, błądząc oczyma po piersiach, pośladkach, udach, zaglądając głęboko w oczy, dotykając każdej z osobna, zastanawiając się, której nadałby miano najpiękniejszej. Noc dobiegłaby końca, nim którakolwiek z kobiet wysunęłaby się choćby na milimetr przed szereg, w którym zostałyby ustawione dla lepszego porównania. Takie właśnie były kobiety – każda inna, a jednocześnie tak samo urzekająca, jak reszta.

Łukasz podszedł bliżej zamkniętego przez kobiety kręgu – dłońmi utorował sobie miejsce między pulchną pięknością, o ogromnych szmaragdowych oczach, a szczupłą Azjatką drobnych kształtów. Uzyskał wgląd na łoże, które było ośrodkiem centralnym snu.

Przeraźliwie chuda blondynka siedziała okrakiem na mężczyźnie. Pod dyktando miłosnego uniesienia oddawała swoje biodra – poruszała nimi delikatnie, bezustannie kołysząc się w przód i w tył. Była niczym zbuntowana fala na spokojnym morzu, która wbrew wszechobecnej spokojnej toni naznacza swoją obecność. Blondynka z każdym ruchem zdawała się być bliżej spełnienia – twarz jej zmieniała się z każdym zagłębieniem członka w rozpalonym łonie.

Ani mężczyzna, ani kobieta  nie zauważyli Łukasza. Fakt bycia przez nich niedostrzeżonym dawał młodej duszy szeroki wachlarz iście hucznego oznajmienia swojej obecności. Czekał więc na chwilę, w której będzie mógł zaskoczyć mężczyznę w sposób najpodlejszy – długo nie trzeba było mu czekać na jej nadejście.

Plecy kobiety wygięły się w łuk, uda zesztywniały, zaś z jej twarzy biła namiętność w najczystszej postaci – Łukasz w całym swoim żywym życiu nie widział tak intensywnego i jednocześnie tak długiego orgazmu. Mężczyzna w swojej ekstazie był tylko o krok za blondynką. Uderzał coraz mocniej w rozchylone uda kobiety, lekko uniesione wskutek paraliżującej rozkoszy. Gdy zdawało się, że za kilka sekund i mężczyzna doświadczy niedających się opisać rozkoszy, Łukasz wsunął dłonie pod pachy blondynki i ściągnął ją z nabrzmiałego członka. Na blondynce nie wywarło to najmniejszego zaskoczenia, dalej przeżywała swój orgazm – sztywną, drżącą, odrzucił na dalszą część łoża.

Pierwszą reakcją mężczyzny było zdziwienie. Gdy już nieco oswoił się z sytuacją, zaskoczenie przerodziło się w złość. Z szeroko otwartymi oczyma poderwał się z łoża, wlepił w intruza pełne nienawiści spojrzenie, a gdy usta wykrzywione poprzez złość zaczęły się rozchylać, głos zabrała młoda dusza.

– Moje drogie panie, możecie odejść, lecz nie odchodźcie za daleko, będziecie jeszcze potrzebne tej nocy, ale tym razem to ja was wezwę. Tymczasem zajmijcie się sobą, nie chcę byście były zimne, gdy ponownie się do was zwrócę.

Kobiety oddaliły się w najdalszą część komnaty. Rozpoczęła się orgia, prawdziwe święto kobiecych żądz. Rozchylały się uda, ukazując nabrzmiałe kobiece łona. Przywierały do nich usta, języki błądziły dookoła nich. W wypiętych pośladkach niknęły palce. Jęki rozkoszy wypełniły komnatę, Łukasz musiał podnieść głos, by mężczyzna mógł go wyraźnie posłyszeć.

– A teraz, podły skurwysynie, zabawisz się ze mną, wyłącznie na moich warunkach. To w co się pobawimy? Mógłbym tym paniom kazać pożreć cię żywcem. Tak, właśnie tak mógłbym uczynić. Zostawiłbym tobie oczy, byś mógł patrzeć, jak będę je wszystkie po kolei pierdolił. I wiesz co? To jest całkiem dobry pomysł!

Łukasz dmuchnął mężczyźnie w twarz, lecz nie miało to nic wspólnego z oddechem, bo czy oddech mógłby wyrywać drzewa z korzeniami? A taką właśnie mocą dysponowały we śnie płuca Łukasza. Podmuch odrzucił mężczyznę, który zatrzymał się dopiero na ścianie. Przywarł do niej całą tylną częścią ciała. Łukasz wstrzymał oddech, mężczyzna powoli osuwał się w dół, lecz nie było mu dane opaść na kamienną posadzkę. Ze ściany wyrosły cztery upiorne dłonie – długie, pomarszczone palce uzbrojone w ogromne lwie pazury. Dwie dłonie pochwyciły ręce mężczyzny, kolejne dwie każdą z kończyn. Pazury zagłębiły się w spanikowanym ciele, po czym dłonie rozciągnęły członki do momentu, w którym rozległ się rozpaczliwy trzask stawów. Byłyby dalej ciągnęły, każda w swoją stronę, lecz Łukasz stanowczo powstrzymał je od rozerwania mężczyzny na pomniejsze kawałki.

– Wystarczy! – rozkazał dłonią. Następnie zwrócił się do kobiet. – Moje drogie panie, przerwijcie, proszę, lizanie cipek, wyjmijcie z nich paluszki. Zapewne zgłodniałyście, stąd ta zachłanność języków. Możecie zjeść tego oto pana – wskazał palcem na ścianę z zawisłym na niej mężczyzną. Kobiety bezzwłocznie rzuciły się we wskazaną przez Łukasza stronę.

– Trzy z was zostają ze mną, ja również jestem głodny, ale waszych wdzięków. Zdecydujcie same, które to będą.

Trzy kobiety spowolniły rozpędzone nogi. Była to przeraźliwie chuda blondynka, smukła żydówka, z burzą czarnych loków na głowie i garbatym nosem oraz latynoska z jędrnymi piersiami, wielkimi pośladkami, z twarzą przyozdobioną uśmiechem godnym anioła. Trzy kobiety, nie czekając na polecenie Łukasza, udały się w stronę łóżka, wdrapały na posłanie i ułożyły swe ciała w lubieżne pozy. Pozostałe dwadzieścia siedem, niczym psy myśliwskie z lisa, darło skórę z mężczyzny. Gdy na jego ciele nie pozostał najmniejszy skrawek skóry, szczęki poczęły zaciskać się na odkrytych mięśniach. Kobiety naprężały przy tym karki, wysiłek uwydatniał każdą z żył na szyi i twarzy, rękoma zapierały się o posadzkę, o ścianę, szarpały dopóty, dopóki kawał mięsa nie oderwał się od ciała mężczyzny. Łapczywie przeżuwały ociekające krwią kęsy, nierzadko jeszcze drżące. Z każdej rany obficie lała się purpurowa ciecz, a jedną wielką raną był już cały mężczyzna. Krwi wciąż przybywało, zalała całą posadzkę – Łukasz, zmierzając w kierunku kaźni, brodził w niej po kostki.

– Oszczędźcie oczy, chcę by widział, jak mnie zaspokajacie. Czeka nas długa noc – Łukasz uśmiechnął się chytrze do mężczyzny, jego cierpienie było dla młodej duszy wielką przyjemnością, orgią zmysłów. W owej chwili już wiedział, że te wszystkie kobiety nie sprawią mu równie wielkiej uciechy, jak strach i ból przedzierający się przez błagające o litość spojrzenie mężczyzny.

Łukasz skierował się w stronę łoża. Trzy kobiety widząc, że patrzy na nie, wypięły w jego stronę pośladki. Mniej więcej w połowie odległości dzielącej łoże od ściany, przystanął. Nie odwracając się za siebie, przemówił:

– Gdy już obgryzą cię do kości, na nowo obrośniesz w ciało. I tak wkoło, aż do wschodu słońca!

 

Zygmuntowi długo przyszło czekać na opadnięcie kobiecych powiek. Cierpliwie wpatrywał się w twarz wtuloną w poduszkę, źrenicami pełnymi zachwytu wyłapywał każdy ruch tylko z pozoru niespokojnego ciała. Kobieta zamykała oczy, potrafiła przez całą minutę chować je za kurtyną powiek, po czym otwierać nagle. Można by rzec, że igrała ze snem, bawiła się w kotka i myszkę – raz będąc kotem i ścigając sen, który akuratnie na ten czas przybrał postać myszy, chwilę później samemu będąc myszą.

Czekanie nie nudziło Zygmunta. Upajał się  radością kobiety, nierozumieniu przez nią nagłego jej przypływu i poniechaniu szukania jego przyczyn. Była szczęśliwa, to jej w zupełności wystarczało. Starą duszę radował jeszcze jeden fakt, a było nim wielkie poruszenie, układające twarz mężczyzny w nienaturalny grymas. Walczył on ze snem – Zygmunt gołym okiem mógł zmierzyć wszystkie wysiłki, jakie wkładał w bezskuteczne próby  wybudzenia się z koszmaru.

– Mam nadzieję, że teraz bardzo cię boli – pomyślał Zygmunt.

Kobieta rozespała się na dobre. Twarz jej była pełna spokoju – górna powieka dotykała delikatnie dolnej, rozchylone usta ze świstem porywały małe hausty powietrza. Zygmunt podszedł bliżej, pochylił się nad kobietą, na bok odsunął grzywkę okalającą czoło, ucałował odsłoniętą skórę.

– Dziękuję – usłyszał w odpowiedzi na niemy gest współczucia i zrozumienia.

– Jesteś takim samym człowiekiem, jakim ja byłem za życia. Jesteś taka spokojna. Zachowaj tego spokoju jak najwięcej, za chwilę się spotkamy.

Zygmunt utkwił spojrzenie w twarzy kobiety, zebrał swe rozbiegane myśli w jedną, skupiała się ona na spokojnym oddechu. Zamknął oczy, a kiedy ponownie je otworzył, stał już na łące w otoczeniu maków, rumianku i mleczu w pełni przekwitłego. Słońce świeciło wysoko, lecz niemrawe rzucało promienie w kierunku ziemi. Zygmuntowi na myśl przyszedł letni poranek.

Ruszył przed siebie, rosa osiadła na źdźbłach traw przenosiła się na jego spodnie. Z każdym krokiem w powietrze wzbijały się nasiona mleczu. Część z nich przywierała do okrycia nóg Zygmunta, lecz znaczną większość porywał delikatny wietrzyk. Wypatrywał kobiety, musiała być gdzieś tutaj, w końcu to jej sen. Szedł przed siebie, przystając czasem, by zerwać maku, rumianku – wybierał najpiękniejsze kwiaty. Natrafił także na róże. Uzbierało się kwiecia na duży bukiet, utrwalił go w jedno źdźbłami traw splecionymi w warkocz, którym związał łodygi.

Łąka zdawała się nie mieć końca, brnął przed siebie, wciąż nie mogąc odnaleźć kobiety. Mógłby ją przywołać, lecz nie chciał stać się panem jej snu, a jedynie jego częścią. Wspiął się na pagórek, wyrosły nagle spod ziemi. Na jego szczycie uzyskał wgląd na całą okolicę. Łąka obejmowała cały wyimaginowany świat. W oddali zauważył kobietę, zamajaczyła na horyzoncie, niewyraźna, niby mara, duch. Zygmunt zbiegł z pagórka, co sił w nogach zmierzał w jej stronę.

Stali naprzeciw siebie, dokładnie na wyciągnięcie ręki, i nawet ta bliskość nie zwróciła w stronę Zygmunta spanikowanych oczu kobiety.

– Szuka pani czegoś? – odezwał się Zygmunt.

Kobieta poderwała gwałtownie głowę, była wyraźnie zdziwiona obecnością Zygmunta. Niepewnie przemówiła.

– Szukam mojej córeczki, zgubiłam ją gdzieś i teraz nigdzie nie mogę jej znaleźć. Pomoże mi pan jej poszukać?

– Właśnie po to tu jestem.

– A nie śpieszy się pan na spotkanie? Trzyma pan przeuroczy bukiet kwiatów. Założę się, że da go pan pięknej kobiecie. Dawno nie dostałam kwiatów, pewnie przestałam być piękna – głos kobiety był pełen smutku i goryczy. Opuściła głowę chcąc ukryć zakłopotanie, utkwiła wzrok w ziemi.

– One są właśnie dla pani – Zygmunt zwrócił bukiet kwiatami ku niebu, podał go wprost w wyciągnięte z niedowierzaniem ręce. Kobieta przytuliła kwiaty do siebie, powąchała, i nim zdążyła podziękować za ten dar, wyraz prawdziwego szczęścia rozjaśnił jej twarz.

– Mam na imię Anastazja. Wie pan, jak ta księżniczka.

– Wiem. Jesteś równie piękna jak ona. Moje imię brzmi Zygmunt. Nie bój się o córeczkę. Jeszcze dziś się z nią zobaczysz. Możesz mi zaufać.

– Pana głos wydaje się być taki znajomy.

– Ktoś dzisiaj złożył tobie obietnicę, Anastazjo.

– Tak, teraz sobie przypominam. To był pan? Nie muszę pytać, to był pan.

– Jeszcze dziś zobaczysz swoją córeczkę, przyrzekam to tobie. Ona jest blisko, bez trudu ją odnajdziemy, ale najpierw musi być już po wszystkim.

– Po wszystkim?

– Podaj mi dłoń, przejdziemy się na długi spacer. Wszystko tobie wyjaśnię, wszystkiego nauczę. Jesteś taka podobna do…

– Do kogo?

– Podaj mi dłoń, będziemy mieli dużo czasu na rozmowy. Najważniejsze, byś nie bała się tego, co nadejdzie, byś nie bała się mnie, a wtedy ja już zawsze będę przy tobie…


Robert Kapczyński – Dusza ludzka

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 6 (#3 2017) kwartalnika Abyssos.

System

Drugi numer Abyssos

268 Views

Drugi numer czasopisma Abyssos przynosi kontynuację opowiadań rozpoczętych w numerze pierwszym (Po drugiej stronie lustra, Baśń o Człowieku, Wroniarze).

Ponadto, rozszerzając pole działalności, zawiązaliśmy współpracę z projektem Horyzonty, którego efekty będzie można śledzić na łamach Abyssos. Pozostając w podobnej konwencji Paweł Ofiarski w opowiadaniu You’re My Heart, You’re My Soul chwilowo odpoczywa od uniwersum Oculum Mundi.

Najcięższym kalibrem drugiego numeru czasopisma bez wątpienia jest rozmowa Błażeja Grysztara z Dawidem Jakubowskim, działaczem Komunistycznej Partii Polski. Rozmowa o ideałach, historii i przyszłości. Należy rzec, że prezentowane przez rozmówcę poglądy nie są współdzielone ze światopoglądem redakcji.

Do tego Patryk Szymczak ze swoją poezją na początek i na koniec.

Numer w formacie .pdf

Naszą publikację znajdą państwo również w Sklepie Play. Czasopismo jest do pobrania oczywiście za darmo.

Zapraszamy!

Varia

Pierwsze Zlecenie (1)

144 Views

Pierwsze Zlecenie
2590 Rok wg. Kalendarza Morlańskiego.
Była dosyć wczesna godzina, bodajże siódma rano. W tym miejscu na globie słońce wstawało dosyć późno, toteż było jeszcze trochę ciemno. Wszyscy zgromadzeni przy stole w spokoju i ciszy popijali poranną herbatę. Dla jasności, była to herbata zielona, bo taką właśnie pito tutaj na królewskim dworze, na długo przed powstaniem jakichkolwiek Gwardii i tym podobnych. O dziwo, nawet Fray nie robił zbytnich problemów tego ranka. Pewno się jeszcze nie rozbudził.
– Smakuje herbatka, Samuelu? – zapytał Ed.
– Ujdzie, ujdzie. Pijałem lepsze – odpowiedział, tym razem bez żadnej agresji w swoim tonie.
Tymczasem do Williama odezwał się Joseph Warg, z którym jeszcze do tej pory nie miał okazji porozmawiać. Nie da się zaprzeczyć, że było to z głównie z powodu jego wyglądu, a raczej małego detalu. Miał od kręcone, rude jak miedź włosy. Piegów na policzkach też mu nie poskąpiono. Tak, jak większość osób w Morlane wygląda z rudymi włosami czy piegami w miarę dobrze, przynajmniej jak na standardy, to ten człowiek wydawał się być z twarzy zwyczajnie szpetny. Breed wolał nie uświadamiać mu tego, jeszcze narobiłby sobie kolejnego wroga.
– Nie przyzwyczajaj się do takich poranków, Will. Tak jest tylko wtedy, gdy nie mamy tak wiele do roboty. A to się zmieni, uwierz mi – z przekonaniem wyjaśniał mu Rudzielec.
– Dobrze wiedzieć – sucho odparł Breed, wpatrujący się w stół, bo twarz tamtego niezbyt go interesowała.
– Coś cię gryzie? – zapytał.
– Nie, nic nic, możesz gadać.
– Czy to przez moją.. – chciał coś jeszcze dopowiedzieć, ale przerwał mu Gillson, w chyba najbardziej odpowiedniej chwili.
– William, zapytam z ciekawości. Tak jak patrzyłem na ten wasz dwór koło ulicy, trapiło mnie przez resztę wieczoru jedno: co ktoś taki jak Ty robi w Gwardii? Przecież jesteś ustatkowany do końca swojego żywota. A może i nawet dłużej.

Młodzieniec spojrzał na twarz przyjaciela i po chwili namysłów odpowiedział:
– A bo widzisz, mój ojciec chciał kiedyś, bym poszedł w jego ślady, do armii. Tyle, że wojaczka mnie zbytnio nie interesuje. Ja potrzebowałem czegoś.. innego. Bardziej tajemniczego, zagadkowego. To miejsce mi chyba odpowiada.
Arthur zmrużył oczy.
– Naprawdę z ciebie dziwny człowiek, Breed.
– Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi, bądź tego pewien.
Rodney był właśnie w trakcie dokańczania swojego troszeczkę biednego śniadania, to jest bochenka świeżego chleba. Usprawiedliwiał się tak, że na tą chwilę mu tyle wystarczy. Nikt specjalnie też w tej sprawie nie protestował. Złapał za ścierkę leżącą tuż przed nim na stole, i wytarł nią usta.
– A więc – odchrząknął – Zlecenia. Mamy ostatnio donosy od straży i okolicznych kupców, że narastają zamieszki pomiędzy dwoma dosyć znaczącymi gangami.
– Ma pan na myśli Kruki?
– To jeden z nich , zgadza się panie Mate – potwierdził Ed – zna ktoś ten drugi gang?
Cisza.
– Tak właśnie myślałem. Otóż panowie, ja też nie wiem, jak się nazywają, i dla kogo pracują. I wasza będzie w tym głowa, by się dowiedzieć. Mieliśmy niedawno kilka zgłoszeń, które mogą mieć związek z nimi jakiś związek. Póki co, jedynie zbierzcie trochę informacji. Nie bierzcie się od razu za sprzątanie ulic z tych głupków, bo tylko pogorszymy sprawę. Wracając.
Edward wstał od krzesła.
– Gillson, Breed. Wy sprawdzicie sklep z biżuterią w zachodniej dzielnicy. Było tam włamanie, podejrzewają, że zrobiła to jakaś zorganizowana grupa. Sklep nazywa się bodajże.. Zakłady Jubilerskie Holkins. Znajduje się gdzieś na placu Edirith. Więcej szczegółów wam niestety nie mogę ujawnić, bo zbyt często tam nie bywam, natomiast sami informatorzy poskąpili nam jakichkolwiek wieści o miejscu zdarzenia. Wierzę, że uda się wam znaleźć to miejsce na własną rękę.
William tylko skinął głową, choć sam nie był pewien, czy znajdą ten sklep.
– Fray, Mate, was poślę w znane regiony. Gdzieś na Barkrage Yard doszło do kilku kradzieży, głównie od kupców przy straganach. Co ważne, były też na nich ataki, tym razem jest prawie pewne, że to robota kogoś z gangów. Podobnie jak wcześniej, bez żadnych głębszych dochodzeń.
Jeff chciał coś powiedzieć, ale Fray zdążył go upomnieć w tej kwestii:
– Dlaczego ich wysyłasz do innej dzielnicy, a nam dajesz taką łatwą robotę? Że niby jesteśmy gorsi? – odrzekł Samuel, wyraźnie groźnym tonem.
– Na pewno nie dlatego, że was lubię – odpowiedział mu Ed, z lekkim uśmieszkiem na twarzy – daję wam zlecenia w takiej kolejności, w jakiej je dostałem. I mam gdzieś, czy wam się to podoba czy nie. Wszystkich was to dotyczy.
Odetchnął, po czym kontynuował.
– Todd i Blaine. Was też wysyłam tutaj. Ale tym razem sprawa wygląda inaczej, bo odnaleziono niedawno zwłoki pewnego kupca, dosyć blisko Barkrage Yard zresztą. Straż oddzieliła miejsce wypadku od gapiów, więc nie będziecie mieć większych problemów ze znalezieniem celu.
Reszta zespołów została zaś rozdzielona do pomocy w przydrożnej małej wiosce, w której straż powoli przestawała sobie radzić z atakiem bandytów, których za murami większych miast nigdy nie brakowało.

William i Arthur przez chwilę czasu stali bezczynnie przed wejściem do siedziby. Tymczasem Gillson złapał swój cylinder, i nałożył na głowę.
– Czemu wszędzie nosisz ten kapelusz?
– Bo go lubię, to jakaś zbrodnia?
– No, nie. Kto by pomyślał, że aż tak zależy ci na wyglądzie.
– To tylko jedna z tych rzeczy, o których nie wiesz. A wiesz mało. No ale, chyba nie zacząłeś rozmowy, aby tylko upominać się o mój cylinder, prawda?
– Jak mamy się dostać pod tego jubilera? Dosyć długo by zajęło dojście tam na nogach.
– Ty nie wiem jak się zamierzasz tam dostać, ale ja pojadę dorożką. Tobie też bym to radził, chyba, że chcesz się pospacerować. Tuszę, że masz przy sobie jakieś drobne?
– Mam. Chyba..
Breed wsunął dłoń w jedną z kieszeni, i nerwowo zaczął czegoś w niej szukać. Ale odnalazł tylko jakiś niepotrzebny nikomu list. Wsadził go z powrotem.
– Cholera.
– Eh, taki pałac do dyspozycji, a nawet kilku monet ze sobą nie ma. Co byś ty beze mnie zrobił.
Złapał dodatkowe kilka monet ze swojej sakiewki, i podał je młodzieńcowi.
– Dzięki.
– Do usług.. – odrzekł, lekko poirytowanym tonem.
Jeden z kierowców stał tuż przy ulicy. Dwaj gwardziści podrzucili mu swoje pieniądze, i wspięli się na górę powozu.
– Dokąd to?
– Na Edirith.
Mężczyzna lekko podskoczył na powozie.
– To trochę drogi. No ale dobrze, tyle wam starczy na jeden przejazd.
– Jakoś sobie poradzimy – Arthur uśmiechnął się do Breeda.
Starzec pogonił zaprzęg, a wóz mozolnie zaczął się pchać do przodu. Nie jechali zbyt szybko, więc Will dla zabicia czasu podziwiał widoki w zachodniej dzielnicy.
Tymczasem Fray z Mate’m byli już w Barkrage i wypytywali okolicznych sprzedawców o bandytów w okolicy.
– Czy ostatnio kręcił się tu jakiś podejrzany człowiek? Być może napadł któregoś z pańskich.. kolegów? – Mate zapytał jednego z kupców. Ten jeden był w dosyć sędziwym wieku, klęczał na czerwonawym dywanie, otoczony swoimi towarami, to jest głównie tanimi wazami i innymi naczyniami.
Dziadek tylko wykrzyczał kilka nieznanych im słów, przy okazji wykonując jakieś dziwne gesty, szczerze powiedziawszy, wyglądające trochę na obraźliwe dla nich.
– Marnujesz czas – powiedział Fray sucho – ten człowiek nic nam nie powie. To Skathiijczyk.
– Po czym wnioskujesz? – zaciekawił się Jeff.
Bez wahania wyrwał starcowi z rąk jedną z mniejszych waz, i wskazał na nią palcem.
– Te inskrypcje tutaj i tutaj. To pismo jednego z plemion zamieszkując Skathię. Wiem, bo kiedyś widziałem je w pewnej księdze, jednak nie mam pojęcia, co znaczą. Starzec nie wygląda jednak jak jeden z rdzennych mieszkańców. Strzelam, że skradł któremuś z dzikusów te towary i uciekł z nimi tutaj, w nadziei, że ktoś kupi ten chłam.
Odstawił wazę po czym się rozglądnął dookoła targu.
– Jakieś pomysły? – zapytał Samuel.
Jeffrey myślał przez chwilę i w ostatniej chwili zauważył jednego ze strażników miejskich, przy którymś straganie.
– Ten może coś wiedzieć – wskazał palcem, a strażnik chyba to zauważył.
Straż rozstawiano jedynie w co bardziej zatłoczonych miejscach, patrole zaś organizowano tylko początkującym, którzy przemierzali całe miasto, była to zresztą jedna z gorszych prac w milicji, dlatego też tylko im była wyznaczana. Zwykle mieli na sobie granatowe kurtki oficerskie, pod nimi nosili skórzaną, lekką zbroję. Oprócz tego standardowe części, takie jak napierśniki ze skóry, rękawice i tym podobne. Niektórzy nosili cięższe uzbrojenie, ale i tak nie było problemu z przedziurawieniem zbroi pistoletem, więc mało komu zależało.
Zbliżył się do gwardzistów.
Trzeba wam czego? – zapytał.
– Sir Jeffrey Mate i Samuel Fray z Gwardii. Mamy kilka pytań.
Strażnik wzniósł brew.
– Jeśli chodzi o burdę w tawernie, ja nic nie wiem.
Sam zaśmiał się cicho i szturchnął Mate’a w ramię.
-Bynajmniej my też o żadnej burdzie nie wiemy, ale tą sprawę zostawmy na później. Widzieliście w okolicy jakichś złodziei, lub może, jak któryś z nich napastował któregoś ze sprzedawców?
– Eee.. – zająknął się – chodźcie za mną.
Posłusznie poszli za stragan kupiecki wraz ze strażnikiem.
– Oni mają tutaj swoich ludzi. Jeden z nich wciąż obserwuje tych, co tu handlują, o tam – wychylił się zza winkla, i skinął głową w stronę jednego z ludzi przy straganach. Siedział cierpliwie na ławce obok – Ponoć niektórzy kupcy mają z nimi jakiś układ, co to ich nie będą bić, jeśli im płacić będą.
– Wiecie, dla kogo oni pracują?
– A, nie wiem. Nigdy nie mówili. A z tamtym gadać nie będę, bo mi jeszcze nóż w gardziel wsadzi.
– My też wsadzimy, jeśli wszystkiego nam nie powiesz – odparł Fray, szczerząc zęby do milicjanta, choć on tego chyba nie zauważył, co najwyżej tylko go usłyszał.
– Jeśli chcecie ich wyłapać, to lepiej zaczekajcie do nocy. Pod wieczór tu przychodzą zwykle ich ludzie. Ten wam chyba nic nie powie, on ma tylko pilnować tych kupczyków.
Mate skrzyżował ręce.
– No, to już coś. Dziękuje wam, panie. Bywajcie.
Strażnik skinął do niego głową, i wrócił pod stragan.
– No to czekamy – odrzekł do Fray’a.
– Chodź lepiej do tej tawerny, przynajmniej tam spędzimy trochę czasu.
– A w sumie, co komu szkodzi..
Zaśmiali się i ruszyli w stronę baru.
Na zachodzie atmosfera była nieco inna, niż w innych częściach miasta. Tutaj budynki były trochę zapuszczone, choć ich architektura taka sama. Tu i ówdzie pozarastały je wszelakie liście i gałęzie, tam trochę podniszczona ściana, ale jakoś to wszystko stało od długich lat.
Jedne z bardziej wyróżniających elementów tej dzielnicy to głównie dużo więcej ciasnych korytarzy i uliczek pomiędzy domami, nieco więcej biedy, i ogólnie jej występowanie. Przestępczość też wyższa, bo ubóstwo na takim stanie, który pozwala się jej rozwijać bez specjalnych problemów.
William i Arthur trochę przedłużali przejazd, licząc na to, że może za chwile ujrzą sklep, którego szukali.
– To już prawie plac Edirith. Gdzie wysadzić? – starzec już się niecierpliwił.
– Jedź dalej. Zaraz zejdziemy – przedłużał Breed – zresztą, przecież zapłaciliśmy za przejazd już wcześniej.
Ich kierowca wymamrotał coś pod nosem, dosyć cichym, choć trochę nieciekawie brzmiącym tonem. Pogonił konie.
– Widzę jakiś tłum. Może to tam? – Will wskazał na jeden z budynków, pod którym zebrało się kilka osób. W oddali, nieco nad głowami ludzi faktycznie było widać jakiś szyld, ale z tej odległości trudno było mu to ocenić, czy to dokładnie to miejsce.
– To tutaj – potwierdził jego partner, ściągając z oka jakieś szkiełko.
– Od kiedy ty nosisz monokl? – zdziwił się Breed.
– Na co dzień nie noszę. Przydaje się, jeśli czegoś dokładnie nie widzę z odległości. I ma też kilka innych zastosowań. Ale o tym później. Złaź z wozu.
Obaj zeskoczyli, a kierowca momentalnie zawrócił, i pośpieszył z powrotem do centrum. Widocznie trochę zbyt dużo czasu im zeszło na tej podróży.
Przepchali się przez gromadę mieszkańców i stanęli tuż przed wejściem, naprzeciwko dosyć mikrej postury człowieczka, i strażnika, pilnującego na boku.
– Przejścia nie ma, won mi stąd – odparł sucho człowieczek. Jak na tak małą osobę, głos miał dosyć przekonywujący.
Breed zgarbił się nad mężczyzną, i zapytał:
– Pan Holkins, jak mniemam? Jest pan właścicielem tego sklepu?
– Nazwisko się zgadza, ale sklep nie mój. Do córki należy. Do Julii. Ja jestem już za stary na takie rzeczy.
– William Breed i Arthur Gillson. Jesteśmy z Gwardii – odparł, pokazując mu przy okazji herb gwardzistów, to jest godło krainy Morlane, czyli wronę wzlatującą do nieba – chcemy wejść do tego budynku.
Mikrusowi puściły nerwy.
– Czy Wy gamonie nie rozumiecie, że tutaj przed chwilą było włamanie?! I ja mam was jeszcze wpuścić do środka? A gdzie, jeszcze mi znowu ktoś rozpieprzy cały sklep!
– Po pierwsze, nie pański sklep, sam pan to potwierdził. Po drugie, to pańska córka sama się zgłosiła o pomoc. My nie przychodzimy tutaj, bo tak nam się podoba. To z jej wezwania – wyjaśnił Breed. Gillson tymczasem stał tylko na tyłach i nasłuchiwał rozmowy.
Karzeł stanął na palcach, i nieco szepcącym głosem, powiedział:
– Precz.
Breed skrzyżował ramiona, prostując się. Gillson nieco zaskoczony wynikiem, chciał coś powiedzieć, ale mu przerwano.
– Nie nie, my już sobie idziemy. Skoro on nie chce naszej pomocy w złapaniu tych ludzi, niech poprosi straż – William wykrzykiwał słowa, bo tłum nieco ich zagłuszał, mężczyzna zaś bez przerwy podążał za nimi wzrokiem. Wreszcie się ocknął i podbiegł do nich, gdy przedzierali się przez ludzi. Ktoś go po drodze szturchnął w ramię, ale zignorował to.
– Zaczekaj, zaczekaj!
Breed i Gillson odwrócili się. Will uśmiechnął się do karła.
– Czyżby się pan nawrócił?
– Możecie wejść. Tylko mi niczego nie dotykać! – upomniał ich.
– Tego nie możemy obiecać – odparł Arthur, mijając Holkinsa.
Kompletnie powybijane szyby i gabloty. Długa, drewniana lada, przy której siedzieli sprzedawcy, jak i meble jej towarzyszące, były połamane. Po podłodze walało się sporo gruzów, do tej pory nikt nic jeszcze nie zrobił z tym bałaganem. Co dziwne, bo stary Holkins zachowywał się, jakby stało się to przed sekundą, a prawdą było, że zgłoszenie o napadzie dostano bodajże wczoraj o poranku.
– To nie był napad. Oni zwyczajnie zdewastowali cały ten sklep – stwierdził Will.
Gillson klęczał za zniszczoną ladą, obserwując jej wnętrze.
– Co dziwne, nie wzięli żadnych pieniędzy. Tylko ukradli trochę tej biżuterii. Też nie zabrali całości, zresztą – odparł.
– Może im nie zależało na pieniądzach.
– Bzdura – Arthur wstał zza lady – gdyby im nie zależało na pieniądzach, to by nic stąd nie zabrali. Choć fakt faktem, dziwne że zniszczyli przy tym cały sklep.
Gillson przejechał palcem po ladzie. Prócz kurzu, który okrywał już pół zniszczonych mebli, wyczuł na niej dziwne zarysowanie. Jakby ktoś przejechał po niej czymś ostrym, jak nóż. Ale nie było ono zbyt głębokie. Zwyczajnie, zbyt długie.
– Ciekawe.
– Co ukradli? – spytał.
– Kilka pierścionków i naszyjników. Wszystko albo srebrne, albo złote – odpowiedział William.
– Po czym wnioskujesz?
– Przy gablotach były miedziane tabliczki, a na nich opisy biżuterii. W niektórych gablotach brakuje podpisanych rzeczy.
– Może walają się gdzieś pod stertą tych mebli.
– Nie. Zauważylibyśmy. Trudno byłoby je przegapić, w końcu to złoto, na podłogę pada tyle światła, że świeciłyby się na niej jak cholera.
– Słusznie.

– Zbyt dużo nie mamy. Może warto by było wypytać tą jego córkę? – zapytał Breed.
– To by było chyba najlepsze wyjście. O ile jednak jegomość pozwoli nam z nią pomówić.
– O to się nie martw.
Były już okolice godziny dwudziestej. Niektórzy kupcy już się zdążyli „zmyć”, inni dalej tu byli, ale prócz nich samych, dookoła nie było prawie nikogo. Mate zataczał się, wychodząc z tawerny, mamrocząc coś pod nosem. Od czasu do czasu odbijał się od Samuela, który o dziwo zachował zimną krew, pomimo tego, że wypił podobną ilość trunków co jego przyjaciel.
Doczłapali się za wcześniejszy stragan. Strażnika już nie było, choć trochę dalej od nich jeden przemierzał ulicę. Fray wychylił się zza rogu, odpychając Mate’a na bok.

– Widzę cię! –zawołał Jeff, podobnie popychając Samuela.
– Cisza.
Człowiek, który wcześniej siedział na ławce, rozmawiał w alejce obok z jakimś nieznanym mężczyzną. Fray rozpoznał go z daleka, choć chwilę mu to zajęło. Co jakiś czas mężczyźni wskazywali palcami w poszczególne miejsca na placu. Samuel nie słyszał, o czym rozmawiali, a zresztą, w podsłuchiwaniu przeszkadzał mu trochę Mate, który od kilku minut gadał sam ze sobą.
Gdy mężczyźni spojrzeli w stronę odchodzącego strażnika, Samuel skorzystał w chwili, i jak najciszej mógł przebiegł na drugą stronę, chowając się za następnym straganem. Spojrzał zza rogu w drugą stronę, i zauważył wreszcie, na co mogli wskazywać rozmawiający. Jakiś dosyć mocno zbudowany człowiek niszczył jednemu z kupców swoje towary na sprzedaż. Brał pojedyncze naczynia w swoje masywne łapska i albo je łamał gołymi rękami, albo rozbijał to o ziemię, to o stragan, tuż obok kupca zresztą, który dostał odłamkiem ceramicznej wazy w policzek, z którego po chwili zaczęła cieknąć brunatna krew.
– Barett cholera, bierz tą kasę i chodź. Nie ma sensu marnować na niego więcej czasu – zawołał wreszcie do osiłka jeden z mężczyzn.

Barett syknął po cichu, po czym odwrócił wzrok na kupca. Tamten był już wystarczająco przerażony. Odsunął się od blatu przed straganem, i prawie byłby się potknął przy ścianie za nim. Wyciągnął pośpiesznie zza pazuchy sakwę, i włożył wewnątrz niej dłoń. Zaczął sobie odliczać monety, które powoli wyciągał, ale twardzielowi chyba też zależało na czasie. Wyrwał mu z dłoni sakwę, śmiejąc się rubasznie. Kilka monet wysypało się na ziemię, starzec bez wahania przykucnął, zbierając pozostałości z podłogi.
Tymczasem Fray’owi wpadł pewien pomysł do głowy.
Kiedy tamten był zajęty zastraszaniem kupca na wszelakie sposoby, Fray po cichu zakradł się do nich, okrążając centralny plac za straganami. Gdy był wystarczająco blisko, wychylił się spod jednej z beczek, prawdopodobnie należących do wcześniejszej tawerny i pomachał do kupca. Stał pod latarnią, więc nietrudno było mu go dostrzec. Starzec wzdrygnął się, zauważywszy nieznajomego i wychylił się na chwilę na bok. Osiłek coś wyczuł i momentalnie zwrócił uwagę na kupca, który na szybko obrócił się ponownie w jego stronę. Chyba nie zwrócił uwagi na to, że starzec grał na czas. Cóż, jego strata.
– Coś tam widział? Gadaj, ale już! – wykrzyknął, podnosząc pięść.
Nie minął moment, a pięść padła na dół, wraz z nieszczęśnikiem. Bełt wbił się dosyć mocno, gdzieś w okolice uda. Jednakże nie było zbyt dużo krwi, traf chciał, że osiłek miał również dosyć mocno zbudowane nogi. Nie zmienia to faktu, że padł z krzykiem na ziemię, trzymając się kurczowo za kolano. Spanikował do tego stopnia, że po chwili stracił przytomność, uderzając resztą cielska o drogę.
Tymczasem Fray stał dalej z wyciągniętym do przodu pistoletem. Opuścił go, gdy był pewien, że mężczyzna był nieprzytomny.
– No dalej, pomóż mi trochę – odrzekł do kupca łamaną skathijzczyzną, pomagając sobie gestami.
Starzec posłusznie podszedł, łapiąc truchło za nogi. Mimo dosyć sędziwego wieku, miał jeszcze trochę krzepy, to trzeba przyznać.
Czuł mocny ból, gdzieś z tyłu głowy i na nodze, udzie dokładniej. Tak, zdecydowanie na udzie. Powoli otworzył oczy.. i ukazał mu się pewien białowłosy jegomość.
– Chyba się budzi – stwierdził drugi mężczyzna za Fray’em.
– Szybko. Niedługo chyba będzie pierwsza.
– J-jakim cudem jesteś trzeźwy? – zapytał Mate, już w nieco „lepszym” stanie.
– Chyba zapomniałeś, że prawie nic nie piłem, tyś wszystko uchlał – odparł, uśmiechając się do kompana – zresztą, mam dość mocny łeb.
Po krótkiej pogawędce spojrzeli na nieszczęśnika. Nieco się wiercił, zauważywszy, że jest przywiązany do krzesła. Szybko przestał, bo jeden ze sznurów dosyć mocno naciskał na jego słabo opatrzoną na szybko ranę na nodze, co sprawiało niemały ból.
– No – odparł Fray – może teraz jakoś się dogadamy?
Przerażony i spętany osiłek rozglądał się nerwowo po pomieszczeniu. Raczej oszczędnie umeblowane, najpewniej znajdował się w jakiejś lichej spelunie. Po chwili zastanowienia powiedział:
– Co chcecie wiedzieć?
– Najlepiej wszystko! – odpowiedział Mate, z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
– Dla kogo pracujesz – zapytał białowłosy.
Osiłek zwilżył wargi.
– Uwolnijcie mnie, to powiem.
– Chyba sobie żartujesz – oburzył się Samuel – nikt cię nie rozwiąże. Zbawieniem dla ciebie to też nie będzie, pewnie byś się zawalił na podłogę przy pierwszym podejściu. Zresztą, ust przecież nie masz związanych.
– No to się nie dowiecie.
– Jeffrey! – zawołał Fray, wciąż wpatrując się w więźnia.
Mate bez słowa wstał ze swojego siedzenia, podchodząc do więźnia. Złapał za jeden z luźno wiszących węzłów i szarpnął. Sznur na nodze delikwenta mocno się zacisnął, dociskając ranę. Osiłek krzyknął, próbując się złapać, ale jego ręce również były skrępowane.

– Dość! Dość! – wył.
Taka bezwzględność ze strony Jeffreya nie była bynajmniej jego cechą. Pewnie by tego nie zrobił, gdyby nie był dalej pod wpływem, bo wśród reszty kolegów i rodziny jest postrzegany jako potulny baranek. Pozory mylą, jak widać.

 

Ciąg dalszy nastąpi.

Varia

Wroniarze

231 Views

Morlane, wiek siedemnasty, dwudziesty szósty według kalendarza Morlańskiego
Roku 2570, za zezwoleniem Rady Najwyższych i panującego władcy kontynentu Morlańskiego, Augustusa II z rodu DeViessinów utworzona zostanie organizacja pod nazwą Wroniej Gwardii, zrzeszająca kobiety i mężczyzn z rodzin szlacheckich. Gwardziści mają za zadanie rozwiązywanie spraw większej wagi, idącej poza możliwości straży miejskiej, takich jak zdrada stanu, rozboje na klasach wyższych lub morderstwa, jeżeli są powiązane. Gwardia służy zarówno szlachcie i mieszczaństwu, jak i chłopstwu. Wszystkie klasy społeczne będą traktowane jednakowo, według wspólnego prawa wielkiego kontynentu Morlane. Zlecenia będą podawane Gwardzistom bezpośrednio przez strażników miejskich, bądź członków rodzin królewskich i szlachtę, w niektórych przypadkach to właśnie poszkodowani mogą zwracać się o pomoc, jednak wtedy potrzebna jest informacja do osoby zarządzającej sprawami Gwardii w danej dzielnicy, mieście i tym podobnym miejscom na terenie kontynentu. Wszystkie inne informacje dostępne będą na tablicach ogłoszeniowych w miastach, bądź w siedzibie danej jednostki Gwardii. Wspomniane główne siedziby będą znajdować się w największych miastach kontynentu, między innymi w Ravenhill, Calun, Northend i Bardock.
Niech Zinthrar i Tyria mają Was w swojej opiece

Anonim

„Cholera, zaraz się spóźnię..”, pomyślał. Ubrał na szybko swój ciemnawy płaszcz i wybiegł z pokoju. Istotnie, nie śpieszył się specjalnie z wyjściem, jednocześnie tak ważnym dla niego i reszty rodziny.
– Już wychodzisz? – zapytał kobiecy, i raczej cichy głosik.
– Już? – spytał z niemałym poirytowaniem zbliżając się do drzwi.
– Ojciec wie, że wychodzisz?
– Wie.
– A matka?
– A skąd ma wiedzieć? Nie mówiłem jej jeszcze, a zresztą, nie wróciła jeszcze z targu.
– Powiem jej jak przyjdzie.
– Dobrze.
Już zamierzał wyjść, już miał pchnąć dłonią o drzwi, ale..
– Długo cię nie będzie? – spytała, łapiąc go za ramię.
Nie wytrzymał.
– Wybacz siostro, ale jakbyś nie zauważyła, troszeczkę mi się śpieszy, i nie jestem zbyt skory do rozmów – odrzekł. W jego głosie można było bynajmniej wyczuć sarkazm.
Chciała coś dodać, ale się wstrzymała, kiedy przed jej brązowymi oczyma z hukiem trzasnęła para jasnych drzwi.

Prawdą jest, że Northend to wyjątkowo piękne miasto. Jedno z największych w całej krainie, przez wielu również uznawane za swoistą kolebkę kultury. To właśnie stąd pochodziło wielu znanych na całe Morlane artystów, pisarzy i innych rzemieślników. Architektura tego miasta była dość charakterystyczna, a przynajmniej na tle innych miast tej krainy [de facto, przypominała coś w stylu połączenia rozmachu gotyku i przepychu baroku]. Budowle z jednej strony bogate w nieznaczące nic detale, ozdoby, a z drugiej imponujące swym ogromem i zbyt dużymi oknami. Pal licho, że o tej porze roku albo pada deszcz, albo śnieg z deszczem i zimno, właśnie w tym okresie to miasto naprawdę czarowało innych swoim pięknem.
Tymczasem młodzieniec pośpiesznym krokiem szedł przez szerokie ulice miasta, powoli zbliżając się do swego celu. Na ulicach w centrum było o tej godzinie dosyć tłoczno, od czasu do czasu nawet przejeżdżały bokiem dorożki dla podróżnych, czy sami jeźdźcy na koniach, zwykle reprezentujący strażników miejskich. Patrolowali okolicę w ciągu całego dnia, bo przyjęło się, że skoro to jedno z największych miast i stolica kultury zarazem, to i przestępców największe skupisko. No cóż, przynajmniej łotry mają nienajgorszy gust.

Po dłuższej chwili dotarł nareszcie do celu. Stał tuż naprzeciwko wejścia do pewnego budynku, a właściwie głównej siedziby Wroniej Gwardii w Northend. Przeszły go ciarki, na widok tej dziwnej budowli. Była ona tylko trochę oddzielona od reszty domów w rzędzie, a przy okazji w niczym nie przypominała ani jednego z nich. Z przodu wsparta na dwóch kolumnach, po jedną na każdą stronę. Po środku, już za niskimi schodami stały ogromne drzwi, wykonane głównie z jasnego drewna, tu i ówdzie przyozdobione wstawkami ze złota. Nieco wyżej na drzwiami znajdowało się jeszcze większe, okrągłe okno, przypominające bardziej bezbarwny witraż. Trafne spostrzeżenie, bo tak naprawdę budynek ten wcześniej był świątynią boga Zinthrara, najważniejszego z głównej dziewiątki bóstw w mitologii morlańskiej, będącego symbolem sprawiedliwości. Całość jednak została wystawiona na sprzedaż, kiedy po kilku zaledwie miesiącach kapłani zdali sobie sprawę, że trudno utrzymać tego typu budynek w dobrym stanie, szczególnie zważając na jego położenie prawie w centrum miasta. Po kilku sekundach wahania ruszył w stronę wejścia do budynku.

Wnętrze budynku prezentowało się równie ciekawie. Od samych drzwi do końca dosyć długiego korytarza ciągnął się ciemnobrązowy dywan z jakimiś nieistotnymi wzorami. Na suficie wisiały granatowe flagi, czy raczej chorągwie z symbolem Morlane po środku – wroną wzbijającą się w górę ku niebu, rzecz jasna, wrona koloru czarnego. Drugie piętro budynku wspierały kolejne szeregi kolumn, a na całym korytarzu było kilka osób, głównie szlachetnie urodzonych, zważając na ubiór. Większość była zajęta swoimi sprawami. Młodzieniec zaś ruszył naprzód przez korytarz, dalej podziwiając cały jego ogrom.

– Chwila chwila, nie tak szybko, koleżko – zatrzymał go pewien mężczyzna, z wyglądu nie grzeszący ani urodą, a rozumem pewnie też i nie.
– Gości nie przyjmujemy.
Zatrzymany młodzieniec rozglądał się przez chwilę, wodząc wzrokiem po szlachcie wesoło rozmawiającej dookoła nich. Uśmiechnął się szyderczo.
– Właśnie widzę. Ale ja tu nie gość, umówiony jestem. William Breed, sprawdź sam na tej swojej liście, jeśli potrafisz ją przeczytać.
Dryblas prychnął na niego, po czym zwrócił się w stronę stolika i krzesła, przy których najwyraźniej siedział, i podniósł ze stołu listę. Chwilę mu zajęło pozbieranie myśli, ale z niechęcią cofnął się do Breed’a.
– Zostaw swoją broń. Tutaj ci się nie przyda.
Zrobił jak go proszono. Podszedł do stołu, i odpiął swoją szablę od pasa, rzucając ją na blat. Rzeczy, które trzymał wewnątrz płaszcza nie wyciągał, bo raczej nikomu by nimi krzywdy nie zrobił. Odpiął od pasa swój pistolet, i też postawił na blacie.
No właśnie, pistolet. Trudno byłoby to nazwać pistoletem. Baza niby właściwa, taka jak od pistoletu skałkowego, które w swoim czasie produkowały ludy na północy Rithlheim, ale reszta broni była dosyć niecodzienna. Bo była nią.. cięciwa od kuszy. Tak właśnie, w Morlane nie strzelano z broni palnej, tylko z wszelakich rodzajów kusz. Nie chodziło o lenistwo rzemieślników z Rithlheim, a raczej o to, że materiały do tworzenia prochu strzelniczego okazały się kończyć dużo szybciej, niż się spodziewano. Tak więc królowie kilku krain zadecydowali, że tylko oni i ich rodziny mogli używać „prawdziwej” broni na proch strzelniczy, zaś reszta ludzi – kusz. Nie były co prawda tak bardzo pewne w kwestii strzału, ale dziwnym zrządzeniem losu, z czasem mieszkańcy nabrali z „pistoletami na bełty” takiej wprawy, że były one ekwiwalentem pistoletów, karabinów i tym podobnych. Prosta, a przydatna rzecz, naprawdę.
– Racz przeprosić Panie, no, ten tego, William. Możesz przejść. Schodami w górę i prosto korytarzem – powiedział mężczyzna, trochę się jąkając.
Istotnie, za tą masą cielska w oddali na końcu korytarza wejściowego były dosyć spore schody. Już zamierzał się do nich zbliżyć, ale łapsko Dużego przybiło mu w pierś.
– Ale spróbuj tylko narobić kłopotów, a obedrę Cię ze skóry – dodał z lekką pewnością siebie.
– Zapamiętam.
Tak właśnie się nazywał młodzieniec. William Cedric Breed, szlachcic, syn Anne Breed oraz George’a Spifta. Jest też bratem Erin Breed, wcześniej wspomnianej. Raczej urodziwy młodzian. Ma brązowe, dosyć rozczochrane włosy, a jednocześnie część z nich ma spiętych w koński ogon, z tyłu głowy. Nosił się zwykle w płaszczach, często ciemnego koloru. Gdy był nieco młodszy, ojciec wynajął mu prywatnego korepetytora, od którego nauczył się między innymi strzelania z broni palnej czy fechtunku mieczem.
Od ojca zresztą odziedziczył nawyk ściągania na siebie kłopotów wszędzie gdzie się pojawia, ale jednocześnie też i jego umiejętności, głównie bitewne. Od matki odziedziczył zaś chyba jedynie kolor oczu, jednak był z Anne dosyć zżyty i często doradzał się matki w wielu sprawach, tu już niekoniecznie bitewnych.

Z drugiego piętra dało się słyszeć jakieś rozmowy, głównie pomiędzy kilkoma mężczyznami:
– Edward, dajże żyć! Przecież nie będziemy czekać tyle czasu na cholerne dwie osoby – lamentował jeden z nich.
– Gdyby im zależało, to by się nie spóźniali tylko przyszli przed czasem. Szlachta, psia mać – i kolejny.
– Panowie, spokojnie! – zawołał inny z nich, tym razem prawdopodobnie wspomniany Edward.
– Przecież się nam nie śpieszy, prawda?
Odpowiedziały mu szmery i szepty kilku zebranych.
– Prawda?! A zresztą, ważne, że w ogóle ktoś przyjdzie, tak, zdecydowanie TO się liczy.
W tym czasie William zdążył już się wdrapać na schody. Już na górze, na wprost od niego stał stół długi na cały pokój, a wokół niego tłum ludzi, wyglądających na nieco już się niecierpliwiących.
Reszta pomieszczenia nie różniła się znacznie od poprzedniego korytarza. Kilka chorągwi wiszących na suficie, obok żelaznego świecznika, na ziemi rozłożony dużo większy od poprzedniego dywan, znacznie bardziej ozdobny niż poprzedni. Przy ścianach stało kilka starych, skrzypiących regałów, ze stosem książek na każdym z nich. Najpewniej w tym pomieszczeniu wcześniej odprawiano uroczystości ku chwale Zinthrara.
Gdy tylko stanął w miejscu, wszyscy zgromadzeni spojrzeli na niego. Ich wzrok przeszywał go, jakby ktoś kłuł go rapierem w pierś aż do wykrwawienia. Nawet trochę się zawstydził.
Jeden z nich odważył się wyjść z tłumu, i podejść bliżej do młodzieńca. Nie wyglądał na jego wiek, ale nie wyglądał też staro. Był starszy może o kilka lat, nie więcej. Miał brązowe, dosyć długie, rozpuszczone włosy. Nosił granatowy, długi płaszcz z jasnymi, prawie białymi elementami i kołnierzem, pod płaszczem zaś dosyć dziwną, ciemnawą kurtkę z kilkoma orderami i złotymi wstawkami. Jego ubiór przypominał raczej generalski, niźli szlachecki.
– Jak się nazywasz, mój drogi chłopcze? – zapytał.
– Breed.. William Breed, sir – wyjąkał Will.
Mina mężczyzny znacznie się polepszyła.
– Wspaniale. Syn George’a i Anny, czyż tak? – z wyraźnym entuzjazmem wypytywał młodzieńca, jakoby mu robił przesłuchanie – Jak się miewa ojciec?
– Dosyć dobrze, nie jest już jednak w armii. Odszedł.
– A szkoda. Byliśmy razem w tym samym pułku, uwierzyłbyś?
William próbował stłumić śmiech, co w tej sytuacji było nader trudne to zrobienia. Kiwał tylko głową, potakując.
– Anne wciąż tak urodziwa jak kiedyś?
– Oh, bynajmniej tak. Ojciec wciąż jej mówi, że pięknieje z wiekiem. Trudno mu szczerze powiedziawszy tego odmówić.
Atmosfera w pokoju jakby się nieco rozluźniła. Goście co jakiś czas zaśmiali się czy szeptali, bacznie słuchając rozmowy.
– Cholera, gdzie moje maniery – na szybko uścisnął dłoń Breed’a, z zadziwiającą siłą, prawdę mówiąc – Edward Rodney, do usług.
– Miło poznać – wykrztusił odpowiedź.
Rodney po dosyć długiej rozmowie wrócił na swoje miejsce na końcu stołu, tuż przed wielkim oknem budynku i zawołał:
– No, to został nam już tylko jeden!
William zajął jedno z wolnych miejsc przy stole i przysiadł się obok mężczyzny sączącego swoje piwo ze szklanego kufla.
– Kim jest ten ostatni jegomość? – zapytał pijącego faceta wystarczająco cicho, by inni nie usłyszeli, zajęci swoimi sprawami.
– Fray – odpowiedział i wziął kolejnego łyka swojego trunku.
– Kim jest ten.. Fray, o którym mówisz?
– To ty nie wiesz? – zdziwił się tak, że aż odłożył swój kufel w trakcie picia – Samuel Fray, toć jest najgorszy z nas tu zgromadzonych, charakternik jakich mało.
– Oj, będzie ciekawie.

Dla zabicia czasu William pogawędził trochę z tym mężczyzną. Zwał się on Patrick Todd. Nie pochodził stąd, dorastał we wsi Ridgewood na obrzeżach miasta. Był drwalem, a pracę tą porzucił po tym, jak któryś raz na Ridgewood napadli banici i puścili całą wioskę z dymem, kradnąc przy okazji to, co wyglądało na cenniejsze, to jest, co bardziej się świeciło.. I przy okazji został wtedy śmiertelnie zraniony jego brat Edmund, który zmarł po dniu, od krwotoku wewnętrznego, choć walczył długo. Przystąpił do Gwardii głównie po to, by chronić innych od podobnych nieszczęść. Z wyglądu raczej krzepki facet. Łysy, umięśniony, chodził w odzieniu typowo chłopskim, by za bardzo się nie wyróżniać. Nawet zdążyli się polubić.

– Jeszcze raz mi będziesz chciał odebrać moją broń, a przysięgam, że sam osobiście wsadzę ci swój rapier prosto w ten głupi zad! – dobiegł ich krzyk z okolic schodów.
Chyba nachodził długo oczekiwany ostatni gość tego popołudnia. A wyglądał on nader dziwnie. Czy raczej, tylko jego włosy tak wyglądały. Bo były białe. Śnieżnobiałe. Nie siwe, bo stary nie był, po prostu białe.
– To jest ten Fray? – palnął Breed, choć nie wziął pod uwagę, jak głośno to powiedział.
– Dla ciebie Sir Samuel Fray, mopanku – odpowiedział.
– Zacna peruka, panie Fray – powiedział odruchowo, bez namysłu, czego potem zresztą żałował.

Białowłosy odstawił kufel z piwem, który wziął od jednego z przyszłych gwardzistów, i spojrzał na Breed’a.
– Coś ty powiedział?
– To co słyszałeś.
– Zaraz mu chyba obiję mordę.. – Samuel już się do niego zbliżał, podniósł zaciśniętą pięść do góry, ale Todd zdążył złapać go za ramię – puść mnie.. cholera jasna!
– Później to rozstrzygniemy, panowie. Teraz proszę, zajmijcie wszyscy miejsca, mamy trochę do przedyskutowania – powiedział Edward już normalnym, surowym tonem.
Z niechęcią obaj zasiedli na swoich miejscach, i zwrócili wzrok w stronę Rodney’a.
Edward wziął głęboki wdech i zaczął mówić.
– Panowie. Zgromadziliście się tutaj, by dołączyć do Wroniej Gwardii w Northend. Jest to zaiste szlachetny cel, to miasto już zbyt ucierpiało od bandytów i im podobnych osobników.
Będziecie tutaj służyć swojemu królowi, swoim przyjaciołom, rodzinie i wszystkim mieszkańcom naszego królestwa. Tak tak, królestwa. Nasze działania obejmują całą krainę, a i Rithlheim i inne kontynenty mają w to swój wkład. Ale by godnie służyć naszej ojczyźnie, będziecie musieli wykazać się wszystkimi możliwymi cechami, których nie powstydziłby się nawet rycerz. Odwaga i wierność. To będą wasze zasady w tej organizacji, do których musicie się stosować. Musicie się nauczyć pokory i pracować w grupie – w tej chwili Edward wzniósł głowę, i spojrzał naprzód, dziwnym zrządzeniem losu w to miejsce, gdzie siedzieli Breed i Samuel – bo w Gwardii nie ma samotników i wszyscy pracujemy razem. Będziecie przyjmować zlecenia ode mnie i tylko ode mnie. Broni będziecie używać tylko i wyłącznie wtedy, jeżeli wasze życie będzie zagrożone, a w tym mieście nie jest to rzadki przypadek. Zabijcie w ostateczności. Nie będę na siłę wysyłał na zlecenia osoby, która zabija każdego, kto im się nawinie. Takich ludzi kiedyś paliliśmy na stosie w centrum. Pamięta ktoś ten czas? Wracając do naszych zasad. Waszym i moim obowiązkiem jest reprezentowanie Gwardii. Obowiązkiem jest noszenie naszego herbu na swoich ubraniach. Swoje uzbrojenie odbierzecie wszyscy z pomieszczenia w dolnym korytarzu, tam, gdzie zostawił je nasz strażnik, którego nie wątpię, że zdążyliście poznać. Szczególnie pan, panie Fray.

Samuel wyszczerzył zęby, wpatrując się w Rodney’a.
– No dobrze – kontynuował – Skoro już znacie wstępne zasady i obowiązki, przejdźmy do pracy właściwej.
Będziecie pracować na co dzień w parach, które wyznaczę ja. Nie zmienicie ich. Musicie się dostosować. Od czasu do czasu grupy będą się łączyć, w przypadkach gdy zlecenia będą bardziej skomplikowane. Jest nas dziewiętnastu. No dobrze, nie przedłużajmy już.

Edward złapał swoją listę z nazwiskami ze stołu, i wymieniał po kolei pary:
– Sir Victor Blaine i Patrick Todd!
Breed dopiero zdał sobie sprawę z tego, że Todd wcale nie był szlachcicem. Ale lepiej nie zapeszać.
– Sir Timothy Marsh i Sir Joseph Warg.
Atmosfera trochę się popsuła.
– Sir Samuel Fray i Sir.. – Rodney musiał wziąć swoje okulary, by doczytać się na prędko napisanego imienia – Sir Jeffrey Mate.
Jeffreyowi wyraźnie zrzedła mina, Fray zaś uśmiechnął się do niego szyderczo.
– Eh, pominę już te wasze tytuły, i tak wszyscy są szlachcicami.. Daniel Witt i Elijah Breene.
– John Wickey i Martin Harry Dright.
Edward krzywo popatrzył się na Martina:
– Musiałeś się upomnieć o to drugie imię?
– William Breed i Arthur Gillson.
Gillson siedział po środku blisko Edwarda. Dosyć pokaźny zarost przyozdabiał jego twarz, jednak szpeciła ją też dosyć długa rana, przechodząca przez jego usta. Jak się później okazało, Arthur to były żołnierz w armii morlańskiej, prawdopodobnie więc był nieco starszy od Breed’a, podobnie jak Ed. Ubrany był podobnie jak Rodney, tyle że lepiej od niego się prezentował w tym stroju, i płaszcz był czarny.

– No – Ed po chwili nieuwagi nieco oprzytomniał – mam nadzieję, że nie będzie między wami burd. W razie czego w każdym momencie mogę wystawić was pod majestat naszego króla, nawet i teraz. Ale nie chcę. Odbierzcie swoje rzeczy od Liama, to znaczy tego osiłka przy wejściu i zabierajcie się stąd. Żwawo.

Tłum po chwili rozszedł się na wszystkie strony. Niektórzy dyskutowali z innymi gwardzistami, swoimi partnerami po fachu. Ale w tym tłumie nie można było przegapić samego Fray’a, który przez resztę wieczoru bacznie obserwował każdy, nawet najmniejszy ruch Williama. A przynajmniej dopóki się nie rozeszli przed budynkiem. W drodze powrotnej młodzieńcowi towarzyszył jego nowy przyjaciel, Arthur.
– Nie podoba mi się ten cały Samuel – rzekł William, wreszcie przerywając ciszę.
– On nie ma się tobie podobać. Masz z nim pracować, nic poza tym. Przynajmniej udawaj, że cię on nie obchodzi – odparł sucho Gillson, po czym dodał – a tak na marginesie, to nie była peruka.
William chicho zarechotał, przypominając sobie ten moment.
– To niby co? Tupecik?
– Ani jedno, ani drugie. Ten kolor włosów jest u nich w rodzinie dziedziczny. Ponoć jego prababka miała konszachty z jakąś wiedźmą, jeśli sama takową nie była, i na wskutek jej czynów została przeklęta przez przyjaciółki podczas sabatu. Ale to tylko plotki – wyjaśnił.
– Trudno mi uwierzyć w takie brednie.
– Nazywaj je jak chcesz, na tą chwilę to jedyne co bardziej logiczne wyjaśnienie.
– Skąd ty to wszystko w ogóle wiesz?
Arthur podrapał się po swoim zaroście i przez chwilę chyba się nad czymś zastanawiał.
– Powiedzmy, że mieszkam w tych rejonach na tyle długo, by wiedzieć takie rzeczy.

Wiedział, że nie mówił mu wszystkiego, ale lepiej było nie dociekać jeszcze w szczegóły. Będą mieli dużo czasu na rozmowy. Oboje się rozdzielili gdzieś w połowie ulicy Recrown w centrum miasta. Był to też adres Williama.
Rodzina Breedów nie była bynajmniej biedna. Duże, żelazne wrota po środku wysokiego, marmurowego muru odgradzały ogrody pałacu od parszywych ulic tego miasta. Od czasu do czasu ktoś się próbował wkraść na posesję, ale zwykle spadali z bram lub muru, i w najlepszym wypadku coś sobie pogruchotali. Stróż, widząc stojącego przy bramie młodziana podszedł bliżej, wysunął z kieszeni kilka kluczy, i po kolei otwierał zamki w bramie. Trochę to zajęło, ale ostatecznie udało się wejść.

Samego pałacu nie powstydziłby się pewnie nie jeden członek rodziny królewskiej. Ogromna konstrukcja, jeden z charakterystycznych punktów w całym mieście, co każdy przyjezdny i mieszkaniec wiedział od dawna. Miejsce to rzekomo było kiedyś poprzednim dworem królewskim, ale dzięki dzielniej służbie rodziny Breedów (a przynajmniej ich przodków, bo obecny król nie darzy ich tak wielkim szacunkiem jak dawniej.) ówczesny władca spisał całą tą budowlę na nazwisko tej szlacheckiej rodziny. Służba dba o wygląd z zewnątrz, jak i z wewnątrz całego pałacu, tak więc nie widać tak naprawdę, ile to miejsce przeżyło nieszczęść w trakcie wojen.

Z dziedzińca pod drzwi domu prowadziły długie, masywne schody na wyżej postawioną platformę, na której stał pałac. Swoją drogą, z tej właśnie platformy, znad schodów często poprzedni król dyskutował z poddanymi, wygłaszał nowiny, orędzia i tym podobne. Teraz to tylko służyło za podstawę i przy okazji ładny balkonik.
Will zamierzał właśnie wejść po schodach, już tych wewnątrz domu, na piętro i dostać się do swojego pokoju, próbując przy okazji nikogo nie pobudzić o tej godzinie. Tym razem nikt nie zatrzymał go w połowie drogi, więc zwyczajnie wszedł na górę, otworzył drzwi do swojego pomieszczenia, i..
– Wróciłeś – powiedziała kobieta siedząca przy jego biurku.
– Tak. Wybacz matko, że osobiście nie powiadomiłem, że wyjdę, ale.. – przerwała mu.
– To nic. Erin wszystko mi już wyjaśniła – kobieta wstała od biurka, i odwróciła się w jego
stronę, jednocześnie podchodząc nieco bliżej do niego.

Anne Breed. Kobiecina nie miała raczej więcej, niż 40 lat. Długie, kruczoczarne włosy opadały jej na ramiona. Zmarszczek widać żadnych nie było, bo też zwykle zakrywała je cienką warstwą makijażu. O jej wygląd dbały głównie służki, choć sama też czasem dawała radę. W tej chwili miała na sobie wyjątkowo długą, ciemnozieloną suknię dworską, na której tu i ówdzie były wszyte wzory ze złota. Prawdziwego złota. Widocznie jeszcze nie skończyła sprzątać w domu, skoro jeszcze się nie przebrała. Lub ojciec jest poza domem. Oba wyjścia
prawdopodobne.

– Jak poszło spotkanie? – zapytała.
– Nie wiem, co masz na myśli – powiedział nieśmiało, bo nie był jeszcze pewien, czy siostra powiedziała matce wszystko.
– Nie myśl, że nie wiem, gdzie i po co byłeś. Miałam na myśli jak minęło twoje pierwsze zlecenie w Gwardii.
Odetchnął z ulgą.
– Żadnego zlecenia jeszcze nie było. Dopiero wyznaczono grupy. Ale nasz mistrz gwardzista chyba was zna.
– Nie chyba, tylko na pewno – powiedziała, po czym złapała za wachlarz, który zostawiła na biurku, i wachlowała się nim, rozmawiając z synem – Edward był w wojsku z twoim ojcem, a nasze rody dobrze się znają, jeszcze sprzed czasów, kiedy twojego ojca ciągnęło do wojaczki.
– A to ciekawe – skłamał – Matko, nie chcę potępiać, ale chciałbym już odpocząć.
Anne skinęła tylko głową, i wyszła z pokoju, zamykając drzwi. Zarzucił swój płaszcz na krzesło przy biurku, i poprosił jedną ze służek do przygotowania kąpieli. Służka zachichotała, ale od razu pobiegła do łaźni i poszła przygotować wodę. Do końca nie rozumiał o co chodziło, ale niespecjalnie go też to interesowało. Cóż, mężczyzna młody, urody mu raczej nie brak, to i adoratorkę znalazł.
No cóż.

Robert Widła

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.