Tag -

smoki

Varia

Dariusz Bednarczyk – Smocze Opowieści

69 Wyświetleń

Nie ma dyngusa bez smoków

O tempora, o mores! Tradycja w narodzie całkiem upadła. Kto kiedyś słyszał, żeby w lany poniedziałek było pusto na ulicach? Jak kraj długi i szeroki woda lała się strumieniami, a prawdziwe bitwy wodne ciągnęły aż do obiadu i to zasadniczo bez względu na pogodę. Tymczasem nowe, wygodnickie pokolenia jawnie odcięły się od spuścizny pokoleń, za nic mając imperatyw przodków. Ulice wyludnione, podwórka puste, znikąd bojowych zawołań czy okrzyków zmoczonych do ostatniej nitki, na lekarstwo triumfalnych śmiechów, że o tupocie naprędce utworzonych wodnych zastępów nawet nie wspomnieć. Nic. Cisza, nędza i martwota, słowiański duch w narodzie całkiem zamarł. Zostały jeno społecznościówki.

Jak nic kwestia śmigusa- dyngusa bezpowrotnie niczym kujawskie przywoływanki zeszłaby do archiwum, gdyby nie rezolutne zielone smoki, które na powrót wskrzesiły tę chwalebną tradycję, przy okazji wyciągając w wielkanocny poniedziałek na dwór rzesze niesamowicie objedzonych ciekawskich. Wprawdzie rychło pojawiły się głosy malkontentów o profanacji i przekroczeniu granic, jednak najważniejsze, że tradycja nie upadła. Chwała niech będzie przybyszom z Comsa!

Rozkaz nr 14/2/2017                                                                                                                

Smoki! Za tydzień inspekcja, przyjeżdża brygadier z  Komendy Głównej Ochotniczej Straży Pożarnej. W związku z tym rozkazuję: pozbyć zapasów Blue Carbon., w salach wyłożyć koks, na trawnikach ustawić armatki wodne,  wyszorować podłogi, zerwać ze ścian kalendarze z krakowskimi dziewicami, usunąć symulantów z izby chorych, na skup wywieźć pordzewiałe koksowniki i nieczynne motopompy!

Wszystkim wydać szufle i podwójne porcje węgla! Dołożyć do pieca! Wyszlifować pazury oraz łuski, wyczyścić kaloryfery i nie bawić mi po kątach sikawkami! Pełna para! Na teren remizy nie wolno wnosić żaru. Od dzisiaj warta trzepie, niczym tropiący przemyt kotów celnicy na Melmac! Chrzciny, wesela, imieniny wstrzymane do odwołania! Nikomu przez tydzień ogień dupy nie wypali.

Na czas inspekcji wysłać w teren krótkowidzów, zezowatych oraz piromanów! Zorganizować defiladę! Adiutant przygotuje dla gościa apartament nad rzeką. Na poczęstunek  węgiel wyłącznie koksowniczy, żadnych dopalaczy!

Wszystko ma chodzić jak w koksowni i niech no mi tylko ciśnienie w cylindrze podskoczy! Podpadziochów będę ścigał osobiście! A kto wyróżni, dostanie awans! Naprawić w końcu ten jebany megafon i niechże nas strzeże Smok Wawelski!

Jakie prawa posiada smok zatrzymany w izbie wytrzeźwień

www.bunkiernawinylu.pl

Co do zasady wszyscy są równi wobec prawa, lecz jak powszechnie wiadomo są równi i równiejsi. Wydawać by się mogło, że jak zwykle, tak i w tym wypadku zieloni braci znajdują się na aucie. Tymczasem odnośnie korzystania z telefonu rzecz ma się zupełnie odwrotnie. Portfel, dokumenty i komórka obowiązkowo trafiają do depozytu, czipy zaś  ulegają czasowej neutralizacji. Ludzie nie mogą doprosić o umożliwienie wykonania choćby jednego połączenia, gdyż pracownicy izby zasłaniają się ustawą o ochronie danych osobowych, oczywiście błędnie w takich razach dokonując jej interpretacji. Ponadto choć wg przepisów rodzinę osoby zatrzymanej powiadamia się wyłącznie w uzasadnionych przypadkach i w miarę możliwości, kierownicy rzeczonych placówek na ogół stwierdzają brak ku temu wystarczających powodów. Jak zatem w takich wypadkach radzą sobie smoki? Smoki mają bionanokompy integralnie połączone z siecią i nie potrzebują niczyjej łaski.

Koksownia „Victoria”

WZK „Victoria” S. A. to obdarzone prawdziwym kultem pośród światowej populacji zielonych smoków zjawisko. Ten posiadacz 5 baterii, czołowy w Europie producent koksu, nad Odrą- Wisłą- Bugiem, co nawet znawcom tematu trudno zrozumieć, cieszył się nawet większą popularnością niźli Godzilla. Zwłaszcza z wielką estymą traktowano  koksownię w środowisku smoczych gangsterów, pośród których jednakim mirem obdarzani byli zarówno amatorzy jej wrogiego przejęcia przy pomocy skomplikowanych technologii nanokomputerowych, jak i zupełnie pozbawieni finezji rzezimieszkowie, próbujący przy użyciu prostych technik, choćby na jakiś czas przejąć jedną ze sławnych baterii. Wyrok za „Victorię” automatycznie ustawiał w hierarchii. Czyż należy się dziwić, iż co druga smocza knajpa nosiła jej imię?

SOSP

Początkowo Państwowa Straż Pożarna chętnie przyjmowała smoki na zasadzie swoistego eksperymentu, trafnie odczytując społeczne odczucia traktujące przybyszów z Comsa jako  przydatne maskotki. Z biegiem czasu nastąpiła jednakże daleko posunięta ewolucja w ich postrzeganiu. Zielone gady wyspecjalizowane na rodzimej planecie w pożarniczym fachu, wkrótce ujawniły swoje niebywałe umiejętności, wzbudzając konsternację w szeregach PSP. Bijąc strażaków na głowę według proporcji 3:1, okazały się być bezkonkurencyjne, co w dłuższej perspektywie przyniosłoby kres tradycyjnie postrzeganego etosu strażaka, załamanie szkolnictwa pożarniczego, a także całej związanej z tym drabiny społecznej, obarczając znacznym nawisem bezrobotnych nie należącą do mocarnych gospodarkę. W efekcie zaprzestano naboru. Bystre smoki znalazły jednak alternatywę. Odpowiedzią okazało się utworzenie Smoczej Ochotniczej Straży Pożarnej, znakomicie uzupełniającej istniejącą już OSP. W krótkim czasie obie strażackie  struktury owocnie skoordynowały swoje działania, traktując się jako pożyteczne dopełnienie dla dobra lokalnych społeczności, usuwając zarazem sprzed oczu PSP widmo prestiżowej porażki w okręgach miejskich urbanizacji.

Wszystko co dobre, niestety szybko się kończy. Po jakimś czasie sąsiedzkie OSP zdało się w zasadzie niepotrzebne. Jako urodzeni strażacy, smoki nie potrzebowały praktycznie żadnego szkolenia, nie używały uniformów, ani ubrań ochronnych. Wymogi sprzętowe ograniczały się zaledwie do środków transportowych, co przynajmniej początkowo znalazło wyjątkowe uznanie lokalnych samorządów. Wydawało, iż kres OSP zbliżał się dużymi krokami.

Okazało się jednak, że smok też człowiek, a sukces niejedno ma imię. Skupiając na akcjach, smoki zaniedbały pozostałe zadania statutowe, przy okazji nazbyt pogrążając w hedonistycznej celebracji swojego patrona Smoka Wawelskiego w chwilach wolnych od pożarniczych wyzwań. Kto by tam podejmował działania zapobiegające przy takich możliwościach? Współpraca z PSP, której naprawdę nikt nie chce? Informowanie ludności odnośnie zagrożeń, a widział ktoś smoka kaowca? Udział w zawodach, jeśli każdy występ na zawodach pożarniczych oznaczał zagrażające spokojowi publicznemu ośmieszenie mundurowych?

W ten właśnie sposób wyalienowane remizy i świetlice powoli zamieniły w magazyny koksu, a wiadomo przecież czym kończy się jego duszenie…

W krótkim cieniu wydm

Karawana wlokła łapa za łapą. Wyczerpane smoki mozolnie brnęły w głębokim piachu. Paliwo skończyło już dawno, że nie wspomnieć o wodzie. Kez jasno zdawał sobie sprawę, jak dużym błędem była rezygnacja z usług miejscowych, należało odpalić im choć jeden nanokomputer, bez odpowiedniego materiału genetycznego i tak mogli sobie co najwyżej pograć w RPG. Obejrzał się, może ktoś ich zauważy, za sobą zostawili przecież tyle koksu…

Z przygnębiającego odrętwienia wyrwały go pohukiwania z nagła ożywionych towarzyszy, aż mu się odbiło resztką pary wodnej. Luknął przed siebie. Całkiem niedaleko majaczyły obiecujące konstrukcje wydobywcze, czyżby kopalnia? — zaszemrało pytanie. Niebawem zbliżyli się na tyle, aby rozpoznać zwiastujące wybawienie kształty niewielkiej wieży wiertniczej, cud! Już po chwili zanurzyli spierzchnięte pyski we wspaniale kleistej, acz mocno zanieczyszczonej czarnej ambrozji. Eureka! Importowany na Comsa z odległych galaktyk, dostępny jedynie w limitowanych edycjach, a tu masz, świeżutki Apor*, prosto ze zbiornika i w dodatku na takim zadupiu!

*  Ropa

Król wszystkich smoków

Smoki również miały swojego idola. Olbrzymi, blisko stumetrowy, bez mała 55 ton żywej wagi, obowiązkowo pokryty ciemnoszarymi łuskami i poruszający na dwóch tylnych, zakończonych stopami o rozmiarach wagonu łapach. Przedmiot smoczego uwielbienia, bohater w niejednej  jaskini snutych eposów, wzór godny naśladownictwa, ucieleśnienie smoczych cnót, bez mała mściciel. Gladiator mięśni, żywa góra. Na plakatach niczym hollywoodzki heros prezentujący mocarne kończyny, długi, pomocny zarówno przy przemieszczaniu jak i walce, parametrami dorównujący wieży telewizyjnej ogon, niezawodne pazury, wzbudzające należny respekt o symetrycznym zgryzie zębiska, a do tego parę reprezentacyjnych rzędów płyt kostnych na wyrzeźbionym w pocie siłowni grzbiecie.

Odważny, zarazem groźny, makiawelicznie wprost przebiegły, wprawiający przeciwników w przerażenie. Odbierać wiatr z żagli? To na pewno on.

Niepotrzebny mu komputer, ponieważ sam jest komputerem. Bazyliszki, wiwerny, draki? Zaledwie pospólstwo. Siarkowodór? Proszę – metoda rodem z manufaktury – radioaktywny oddech i naturalna zdolność całkowitej regeneracji, ot co.

A wiecie jaki był ulubiony motyw smoczych tatuaży? Więc niby takie smoki z wiodącej technologicznie galaktyki, a tu masz, kto by to pomyślał – Godzilla!

Varia

Dariusz Bednarczyk – Pierwsze smoki za płoty

79 Wyświetleń

Znowu powódź we Francji

„Nowinki bez podpinki”, 03. 02. 2017

Odkąd smoki przejęły ten polski zwyczaj polewania wodą, jak Francja długa i szeroka, pierwszego każdego miesiąca, ulice zamieniają się w potoki, a każdy kto zlekceważy konieczność zaopatrzenia w kalosze oraz płaszcz przeciwdeszczowy, nie może  być pewien dojścia suchą nogą nawet do najbliższego rogu. Poczucie bezpieczeństwa nie dotyka także zmuszonych paradować w zaopatrzonych specjalną membraną pelerynach, wzmocnionych patroli żandarmerii, co prawda Polacy bawią się w dyngusa wyłącznie w lany poniedziałek, czyli drugi dzień Świąt Wielkanocnych, jednak sfrustrowana, znudzona i wyalienowana smocza młodzież, z pewnością nie bez wpływu dotykającego zwłaszcza ich społeczność wysokiego bezrobocia,  nie jest gotowa na takie wyrzeczenie. Odtąd co miesiąc jak słodka Francja długa i szeroka- pompa, pompa i powódź!

Całkowicie zaskoczone rozmiarami wodnego pandemonium władze podjęły oczywiście swego czasu działania prewencyjne, celem stłumienia w zarodku ognisk wodnego  chaosu, jednakże rozpaczliwe próby interwencji podejmowane przy pomocy naprędce zmobilizowanych zastępów policji i straży pożarnej, przyniosły spektakularne fiasko. Okazując całkowity negliż myśli, władza strzeliła sobie w kolano, bowiem pozbawieni wsparcia policjanci rozkładali bezradnie ręce wobec szalonej zabawy gadzich gangów. Na straż pożarną przecież nie można było liczyć, wszak smoki zdominowały ją już od dawna…   

Wszystko zaczęło się w Wałbrzychu

W momencie pechowego pojawienia Keza, miasto nie przeżywało prosperity, wręcz przeciwnie, przysypane miałem zgrzebnej rzeczywistości ledwo zbierało do kupy po upadku kopalni- żywicielek. Ówczesny, pozostawiony sam sobie Wałbrzych powszechnie kojarzył się z wszechogarniającą szarzyzną, bieda- szybami oraz Defektem Muzgó, lecz to właśnie te realia zdecydowały o początkowo przychylnym nastawieniu mieszkańców do szansy, jaką przyniosło pojawienie się zielonych smoków. Zdegradowany i pozostawiony samemu sobie, Wałbrzych powrócił do gry.

Kezcoms- narodziny legendy

Jako obojnaki, smoki z Comsa potrafiły zwiększać populację bez oglądania na indywidualne asocjacje gatunkowe. W sprzyjających warunkach jeden zielony smok w stosunkowo krótkim czasie był w stanie powołać do życia strukturę osobniczą gotową zawładnąć cała planetą, w sposób naturalny spychając inne gatunki do roli zaledwie obserwatorów. Taki proces przebiegał na drodze pokojowej, albowiem te dwumetrowe gady celem zdobycie paliwa, za sprawą wrodzonej inteligencji oraz sprytu nie potrzebowały uciekania do przemocy, choć warunki fizyczne, a więc postura, waga, pancerz, wrodzone umiejętności w rodzaju ziania ogniem tudzież ich najważniejszy atut w postaci największego osiągnięcia technologicznego na Comsie, jakim jawił się wpisany w dna bionanokomputer, predestynowały ich do roli, co najmniej kosmicznych wojowników. Nie, smoki z Comsa posiadały pokojową naturę, niezbędną waleczność okazując wyłącznie w momentach wymagających obrony koniecznej.

Takim też, nieodrodnym potomkiem swojego gatunku był młody Kezcoms, który nie tylko zapoczątkował smoczy gatunek na Ziemi, a dokładniej w Wałbrzychu, podupadłej pogórniczej mieścinie leżącej na południowo- zachodniej flance Polski, lecz wkrótce przeszedł do legendy.

Uzasadnienie werdyktu w konkursie na najpiękniejszego smoka roku

                                                                                                   

Sexy Dragons # 161

    W tegorocznym konkursie na najpiękniejszego smoka roku, jednogłośnie i bezapelacyjnie, kompletnie deklasując rywali, zwyciężył – Dicnar! Duma smoczej rasy! Jego iście olimpijskie wymiary to: wysokość w kłębie – 3,40 m, masa ciała 320 kg, wysokość anten – 35 cm, a rozłożystość – 0,5 m!

Łapy w stanie idealnym, ani śladu grzybicy, szpony lekko spiłowane, znakomicie przystosowane zarówno do skateboardu jak też deski surfingowej, przyczepne w każdym podłożu. Ogon sprężysty, zapewniający znakomite podparcie, dodatkowo zaopatrzony w praktyczny uchwyt oraz teleskopowy wziernik.

Wzrok pałający, zdolny każdego poddać hipnozie, toksyczny niczym miotacz płomieni oddech. Wyrzut jęzora na dwa, zaś płomienia na pięć metrów. Umaszczenie i rozłożenie płytek zrogowaciałych idealnie odpowiadające wzorcowi z Sèvres. Pełne niekłamanego podziwu jury z przyjemnością podziwiało idealnie umięśnioną, zarazem smukłą budowę ciała, błyszczącą grzywę, a także lśniące łuski. Szczery zachwyt wzbudziła urocza, kompatybilna z dostępnymi na rynku konsola na czole, jak i perfekcyjnie zamontowane wokół fioletowo pałających oczu, google. Hormonalnie powiększone muskuły, zdają się podkreślać naturalne walory joysticków.

     Dicnar przewyższał rywali nie tylko wzorowym ułożeniem czy szlachetnym timbrem ryku. Jako urodzony przywódca w każdym środowisku przyjmuje pozycję lidera, nie znosząc sprzeciwu, ani nie tolerując żałosnego szemrania po kątach. Szerokie horyzonty nie ograniczają go w ramach dwóch zaledwie żywiołów ognia i wody. Jego pasją jest latanie.  

Planeta Coms

Planeta Coms leży dokładnie osiem parseków za Melmac, która to odległość w świecie zaawansowanych cywilizacji nie stanowi żadnej przeszkody i z tego też tytułu wszystkie koty są tam wzięte pod ustawową ochronę gatunkową.

Dwa słońca, cztery księżyce oraz niezmierzone pokłady węgla kamiennego całkowicie zdeterminowały życie jego mieszkańców, którzy właśnie na węglu oparli podstawy swojego rozwoju. Wydawać by się mogło, iż ów determinizm wyznaczyć mógł zaledwie jeden kierunek, a mianowicie  siermiężną kulturę steampunkową. Nic bardziej mylnego, na Comsie prosperitę wyznaczał bowiem koks!

To koks i bezustanne koksowanie w decydujący sposób wpływały na poziom życia jej mieszkańców, albowiem był to główny towar eksportowy planety, czemu trudno się zresztą dziwić. Koks jako produkt przemiany materii w smoczych organizmach stanowił paliwo niezmiernie cenione u głównych kontrahentów, jakimi byli zamieszkujący sąsiednią galaktykę Kruppaa i Thyssenaa Mittaalowcy. To właśnie za środki z eksportu koksu pozyskiwano ogromne ilości wody, skutecznie niwelujące jej deficyt na Comsie. Z tej przyczyny smoki zmuszone od zawsze, walczyć z żywiołem ognia wywoływanym nieustannym koksowaniem, z konieczności stały się znakomitymi strażakami, o których wieść niosła w najdalsze zakątki cywilizowanego kosmosu, przynosząc zasłużoną sławę.

Nic dziwnego zatem, że na Ziemi nic o tym nie wiedziano.

Wielka tajemnica smoków z Comsa

Od kiedy smoki pojawiły się na wśród ludzi, obojętnie wrogów czy przyjaciół, wszystkich niezmiernie interesowała kwestia ich niezwykłej wprost werwy i żywotności. Jedynie znawcy tematu łączyli smoczy behawioryzm z koksem, w znacznym stopniu zbliżając do wyjaśnienia, aczkolwiek nie zadowalało to jak zwykle w podobnych przypadkach opacznie pojmującej temat koksowania opinii publicznej. Dopiero oficjalna ekspertyza specjalistów z Akademii Górniczo- Hutniczej pozwoliła choć w jakimś stopniu, rozwiać obrosłe mitem plotki.

Sprawa miała się w sposób następujący. Podstawę menu smoków z Comsa stanowił węgiel kamienny. Tysiące lat ewolucji stworzyły w ich brzuchach coś na kształt komory koksującej, czyli doszło tam do wytworzenia szeregu poprzedzielanych, pomniejszych komór, w których ni mniej, ni więcej trwał proces wysokotemperaturowego odgazowywania węgla.

Normalnie w brzuchu najprawdziwsza koksownia, z tej więc przyczyny niespożyte siły witalne, a przy okazji ta sławetna smocza czkawka oraz spowijana obłokami dymu zgaga. (Dla całkiem niezorientowanych- chciałbyś mieć w brzuchu permanentne dymarki?).

Jak wiadomo finalnymi produktami procesu koksowania są koks, smoła węglowa, woda pogazowa, no i oczywiście gaz koksowniczy. A zatem jesteśmy w domu. W efekcie własnej przemiany materii smoki otrzymywały koks, będący wysokoenergetycznym paliwem, a zarazem deserem lub ewentualnie pokarmem zastępczym w razie braku bądź niedoborów węgla, stąd więc dodatkowo pochodziła ich przysłowiowa wręcz żywotność. W tym temacie klasyczny koks nie ma bowiem sobie równych.

Pozostaje jeszcze kwestia gazów i ziania ogniem. A co stanowi główny składnik gazu koksowniczego? Siarkowodór! W lekkim stężeniu to zaledwie zapach zgniłych jajek, lecz spróbuj naprawdę wkurzyć smoka. Przy dużym stężeniu siarkowodór natychmiast poraża nerw węchowy, stając silnie trującym gazem bojowym. Stąd zatem niosący zagładę, sławetny oddech smoka.

Smok Wawelski II

W pewnym przykopalnianym laboratorium początkujący, lecz niezwykle ambitny smoczy analityk w tajemnicy przed przełożonymi, eksperymentował z koksem. Sprężał, poddawał wysokiemu ciśnieniu, odparowywał, mieszał, zmieniając proporcje, pooddawał zmiennym temperaturom, naświetlał, a nawet próbował zamrażać.

Tak się złożyło, iż pewnego razu nieostrożna sprzątaczka zbiła kolbę z poddanym eksperymentowi materiałem badawczym. Chcąc ukryć wypadek, wyniosła resztki do stojącego przed budynkiem instytutu badawczego kontenera, pozostawiając pozostałe kolby w stanie nietkniętym, co uśpiło czujność domorosłego badacza. Zdarzenie pozostałoby na zawsze  w tajemnicy, a dane pechowego eksperymentatora nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby śmieci z feralnego pojemnika nie trafiły na lewe wysypisko.

Niestety, stało się inaczej. Przemieszany z tradycyjnym, promieniotwórczy koks za sprawą skrupulatnych zbieraczy surowców wtórnych, trafił na skład opału, a stamtąd do pieców. Poddane spalaniu izotopy spowodowały gigantyczny, zagrażający bezpieczeństwu zdrowotnemu całego Śląska, nie wyłączając Zaolzia smog. Wkrótce pomiędzy Pragą, a Warszawą nastąpiła gorączkowa wymiana not, zaś służby postawiono w stan najwyższej gotowości. Tymczasem smog z jednej strony sięgnął Krakowa, z drugiej zaś dochodził do Brna, wywołując zrozumiałą panikę na całych Morawach. Widoczność spadła niemal do zera, podczas gdy wody rzek w niewyjaśnionych okolicznościach  uszły. Kulminację wydarzeń stanowiła potężna eksplozja, do jakiej doszło w okolicach Nowej Huty.

Dopiero wówczas uwolnione od kagańca służb specjalnych media, podały dane domorosłego naukowca. Był to Smok Wawelski II.

Stary smok

Stary smok od wielu lat królował na niewielkiej, porzuconej przez wszystkich odkrywce węgla brunatnego. Usytuowana pomiędzy poligonem wojskowym, a miejskim wysypiskiem z racji niewielkich rozmiarów nie stanowiła przedmiotu zainteresowania spółek skarbu państwa, ani tym bardziej wielkiego kapitału. Zgodnie omijali ją spacerowicze i szukająca wrażeń młodzież, nie wyłączając cyklistów. Nie popasał tam lis, ni kuna, a i sarny wolały trzymać z daleka, skutecznie odstraszane żarem smoczej przemiany materii. Nie zawitała nawet wszędobylska sójka, że o zamieszkujących od dawna miasto ciekawskich srokach nie wspomnieć. Wolny zatem od natrętów smok pustelnik pędził żywot na samotnym koksowaniu, jakkolwiek każdy spec z Akademii Górniczo- Hutniczej oczywiście żachnąłby się, na użycie owego terminu wobec rzeczonej obróbki brunatnego węgla, ale co tam.

Mijały lata, wokół odkrywki zgromadziła woda, skutecznie izolując od świata zewnętrznego, zaś zdradziecka wilgoć podstępnie zablokowała podstawowe funkcje i tak w zasadzie nie używanego bionanokomputera smoka dziwaka. I byłby całkiem zapomniał o Comsie i Melmac, gdyby nie zmiany jakie tymczasem zaszły w wielkim świecie, czyli  pobliskim miasteczku.

Zrazu ogrodzono teren odkrywki. Następnie pojawiły grupy mierniczych. Wkrótce do niwelacji terenu przystąpiły nachalne buldożery. Pozbawiony dostępu do kompa, a tym samym i sieci, smok pustelnik wpadł w niezły ambaras. Nie pozostawało więc nic innego, jak udać do miasta celem zasięgnięcia języka u zamieszkujących je cywilizowanych osobników własnego gatunku. Cóż się okazało? Władze samorządowe sprzedały teren pod zabudowę centrum handlowego, skazując tym samym smoczego pustelnika na banicję. Na takie dictum stary smok postanowił pokazać, co potrafi według najlepszych wzorów z Comsa i w pokurczu rozpaczy samotrzeć stanął naprzeciw tęponosym buldożerom. O tempora, o mores! Odcięty od sieci, rychło padł ofiarą własnej waleczności, albowiem węgiel brunatny jest paliwem o znacznie mniejszym potencjale energetycznym od kamiennego, stąd licząc w swej naiwności na przerażające jęzory ognia, wykrzesał zaledwie płomyczek zapalniczki.

Wkrótce na miejscu bywszej odkrywki, stanęła lekka konstrukcja nowej świątyni handlu, przed wejściem której, niczym mitologiczny kontrapunkt witał wszystkich zielony, buchający parą smok…

Czyżby? Drodzy Państwo, nic z tych rzeczy, stary smok za radą ziomków przeniósł się na Łużyce.