Tag -

telica

Varia

Jastek Telica – Nauka topienia smutków

91 Views

Bardzo zmalał.

Czas nastał dla niego nieodpowiedni. Nawykł do starego, nowego nijak nie umiał się nauczyć. Nad wodą pośpiech wprost diabelski. Ogrom wynalazków mających ułatwiać życie. W istocie je zastępujących. Pojęcia nie miał, co naziemni w tym całym pędzie widzą. Przecież im wcale z tymi wszystkimi ulepszeniami nie lżej. Prędzej ciężej. Męczą się, niepomni, że przodkowie flaków sobie nie wypruwali, mozołu zażywali z umiarem. Błogosławiona wstrzemięźliwość. Znajdowali czas na odpoczynek, do orki należało ich przymuszać. Potomkowie, plonów nie zbierając, coraz większe ciężary kładą na własne barki, wytchnienia unikając.

Nie pojmował.

W roślinności się zaszył, popatrywał przez nią w górę. Jak zwykle nartniki biegały po powierzchni. Szybkie, ale mało bojaźliwe, nie przez wywoływane maleńkie kręgi. Po prostu rybki na nie czyhające miały się gorzej, do mikrych rozmiarów dorastały, nieustannie odławiane, ilekroć którejś udało się wkroczyć w wiek dojrzały. Żadna nie zachwycała ni rozumem ni wielkością. Nudne niedorostki. Nie takie, jak w dawnych czasach, zdolne wciągać niebacznych w głębinę. Zresztą, jaka tu głębina? Gdzieniegdzie woda sięga po szyję, i to gdyby choć rosłemu człekowi, nie knypkowi, któremu w rozmiar nie poszło.

Niedorozwój w istocie wszędzie.

* * *

Parka zawitała nad brzeg. On kary, ona jabłkowita. Używali sobie. Wciąż te karesy. Niosło się po wodzie, a w głębinę też wstępowały. Gospodarz był czuły na podobne przejawy aktywności. Kiedyś też brał w nich udział, choć nie w tym stawku przeraźliwie płytkim. Wtedy, nad gwałtownym nurtem siedząc, albo się w nim pławiąc, nie zważając czy woda po burzy, czy nie, skoro każdą umiał spienić i pogonić do galopu, też za karą maścią przepadał. Jakoś jasne białki ku ogorzałym przychylniejsze. Dosiadała go taka sikoreczka na oklep, a on ją unosił. Nie żeby zaraz w głębinę. Nie wolno aż tak straszyć. Z początku. To typowe i w gruncie rzeczy nieciekawe, należy zaskakiwać. Oglądanie jednego uczucia nudne, splątanego i zmieszanego o wiele ciekawsze. A on lubił patrzeć, wszak taka natura wodnych stworów czających się w głębinach, czaić się na to co ponad tonią się wylęgło, by w sprzyjających okolicznościach smakołyk pyszczkiem zmacać.

No więc poprzez patrzenie, brał niejaki udział w karesach białki i jej smolistego wybranka. Nauczyć się sobie czegoś obiecywał. Samiec, jak przystało na osobnika karej maści, lico miał gładkie, jej piegami pokryte. Uroczymi niezwykle, dodającymi wdzięku roześmianej twarzyczce. Mieszkaniec stawu chętnie by ją na grzbiet wziął i poniósł w dale, o ile takich, by nie zabrakło. W czasie, kiedy wszystko zmalało, podobna przypadłość przytrafiła się także niedostępnym ostępom.

A na brzegu śmiech.

– Och, Jacku – dyszała dziewczyna.

Szukał u niej tego, czego jemu samemu z pewnością brakowało. W sumie nic nowego.

– Nie żałuj, Agatko – szeptał czule, w trakcie tych zabiegów, co wiodły go całkiem daleko. Upojony odkrywca nieznanych lądów.

A ona pozwalała je odsłaniać. Co bliskie, poznała, nudziła ją codzienność, jak to białkę złaknioną odmiany. Na skraj świata polezie za kaprysem, póki dla nowszej mody głowy nie straci.

Wesoło zrobiło się obserwatorowi, przez co prawie na powierzchnię wychynął.

Patrzył.

Ręce tamtego śmiałe.

Jej usta chętne.

Pięknie!

Ochota go wzięła, by wziąć aktywniejszy udział w harcach parki. Szepnął cicho do ziemi, by przystępniejsza się stała. Usłuchała namowy. Wodę puścił strumyczkiem cienkim jak igła, by się przesączyła do tamtych. Od spodu podeszła, choć nie po to, by kłuć.

– Och! – dziewczyna jęknęła.

Mężczyzna na opak zrozumiał jej westchnienie. Z czułością pospieszył, domyślając się, że spotkał mieszkankę dalekich lądów, która chlebem i solą wita zabłąkanego podróżnika.

– Mokro! – sapnęła.

Zmieszał się cokolwiek.

– No kurde balans! – warknął.

Woda na kocyk położony na ziemi wybijała, mocząc go obficie. I jak tu w takich warunkach amory uprawiać? Pole niestosowne, podmokłe zdatne na łąkę, nie uprawę pożytecznego zboża. A on za plonami tęsknił.

Dziewczyna zerwała się.

– Ale żeś miejsce znalazł.

Poczerwieniał.

– Jak dotąd zawsze suche było…

Teraz ona stała się krasna jak poziomka. Wzięła się pod boki.

– A na kim je wypróbowywałeś?! – zawrzała gniewem.

– Ależ, Agatko… – próbował tłumaczyć.

Smoka by nauczył prędzej warzywkami się zadowalać niż jej gniew udobruchał. Bo czy ona pierwsza lepsza?

– Głupek! – parsknęła.

Poszła.

Za nią popędził, kocyk zabierając, a podskakiwał przy tym nieprzystojnie. Jak motylek wokół niej krążył, nie mogąc się zdobyć, by na kwiatku przysiąść. Tyle, że kwiatek nóżek dostał i nie chciał, by zapylał go pierwszy lepszy wiarołomca.

* * *

Szczur raźno przebierał łapkami, a ogonem wachlował, dzięki czemu płynął raźno, poganiany głodem i przymusem poznawania bezkresnego świata. Zawsze w drodze do odległych lądów.

Mieszkaniec głębi, ukryty w rozplenionej roślinności przyglądał się dzielnemu stworzeniu z ciekawością. Życie naprawdę zajmujące. Stale w ruchu. A skoro dąży do nieznanych lądów, to niech się uczy. Co dycha, musi. Pociągnął pływaka za wąsy.

Stworzenie zaszamotało się, wyszczerzyło zębiska, by gryźć, gotowe bronić się do samego końca. Nic, że wroga nie dostrzegało. Nie miało to żadnego znaczenia. I tak się nie podda.

Więc wodniak zakręcił ofiarą. Zakotłowało się, szczur zaczął się miotać, gotów zagryźć wroga. Ale gospodarz stawu był przygotowany na podobną ewentualność. Położył na stworzonku ręce. Tnące zębiska nie poraniły go wcale, wody, będącej jego istotą, nie mogły. Zamknął istotkę w środku bańki i przyjrzał się jej uważnie.

Mnóstwo złości, strachu, ale najwięcej nieświadomości widocznej na pierwszy rzut oka, szczególnie dla kogoś zajmującego się samym patrzeniem. Stworzonko nic nie wiedziało, za to daremnie usiłowało bić o ścianki. Uparte. A przecież nie mogło wydostać się na zewnątrz. Zostało uwięzione na wieki wieków. Nie poddawało się edukacji.

W środku siebie oczywiście już od pewnego czasu pozostawało martwe. Choć nie do końca, bo nawodnione, a to, co zachowuje płyny nie może całkiem zemrzeć. Przecież wciąż coś w nim się przetacza.

Szczur niewiele z tego wszystkiego rozumiał. Nawet nie spostrzegł chwili własnego zgonu. Za to zauważył ogromne oczy. Ale zamiast zareagować strachem, rzucił się wprost na nie, by ugryźć nieznaną istotę, pewnie wrogą. Tyle zdziałał, że wraz z otaczającą go bańką popłynął dalej. Wtedy nieco się uspokoił i znowu zaczął pracować łapkami i ogonem, by zmierzać do swych celów. Odporny na wszelkie zabiegi.

Jednak nie można było mu pozwolić na dalsze chadzanie własnymi drogami.. Poza tonią wysechłby prędko, a co zeschłe to już jednak nieżywe, toteż pozostał w stawie, aż pilnujący go gospodarz zaczął żałować wkrótce wrodzonej ciekawości.

Głupiutkie zwierzątko! Tu naprawdę nie było czemu się przyglądać.

* * *

Pijak szedł po stawie. Oczywiście uwagi na to nie zwrócił. A wszakże powinien, bo takie łażenie należy do cudacznego porządku.

Latem co innego, wiadomo, woda nagrzana. Ale zimą? Stanowczo się nie powinno, bo tafla może trzasnąć. Lód zwodniczy, kiedy nie trzeba, na opak, cienki.

Napruty pijak miał to gdzieś.

Oczywiście cienka skorupka nie wytrzymała.

– Tonę! – prychnął mężczyzna.

Wcale nie tonął, woda sięgała mu raptem po piersi, a i tak tylko dlatego, że kucał, bo zimno go zaczęło trząść, choć na zmianę z gorącem. Ono nie wiedzieć czemu uderzało. Z trunkowymi zawsze na odwrót.

Pewnie dlatego zamiast się wydostać na brzeg, zaczął głębiej się zanurzać, jakby utonięcia pożądał.

– No ja nie mogę! – mruknął do siebie obserwator z głębi. – Co za pajac! Wcale go nie chcę.

Pijaków znał dobrze, oni zawsze tacy sami, do ludzi niepodobni, nieedukowalni, a najgorsze że nieciekawi. Jedna myśl u takich i nie do końca uświadomiona, przeciwnie, wątła, urwana, wiodąca na manowce. Akurat za jednowymiarowością nie przepadał. Płycizna. Wolał głębię.

– Rusz się, głąbie! – syknął.

– Tonę! – pijak wydyszał i prychnął, mając wrażenie, że wody nabrał do płuc.

Skończony dureń!

Pan stawu zaczął niechcianego gościa wypychać, życie mu ratując. Ale tamten swoje wiedział, ręce rozkrzyżował, plusnął w toń, to znaczy nie w toń, ale i tak się zanurzył.

– Śmierć! – dyszał.

Gospodarz złośliwie otoczenie pijaka osuszył, no ale szczurek się przyplątał. Pacnął swoją bańką w dwunoga, a ów naprawdę wody łyknął. Choć tyle co nic, kieliszek.

Jeden.

Wystarczył.

Ostatni!

Woda, zimno, wstrząs, a nade wszystko monstrualna głupota zrobiły swoje, serce topielcowi zamarło, mózg się zlasował, czyli jego resztki stanęły dęba.

Trup!

Biedny wodny stwór westchnął.

– A to mnie urządził!

* * *

Trupa pozbył się dopiero wtedy, gdy roztopy nadeszły. Ale i to nie sam. Staruszka na przechadzce z pudelkiem zauważyła ciało na powierzchni i wszczęła alarm. Gdyby skończyło się na wyłowieniu nieboraka. Nie, przybyli strażacy, dobrzy na ogień i wodę, i zaczęli dno przeczesywać. Bardzo fachowa ekipa poszukiwawcza w specjalistycznym sprzęcie. Gapiów zebrało się co niemiara. Zainteresowanie rzecz cudowna i korzystna, ale na dłuższą metę uciążliwa.

Gospodarz z początku ze stoicką cierpliwością znosił najazd hordy intruzów. Ba, nawet bawił się. Zaglądał do aparatury, pokrętłami manipulował, psując, co się dało, ale banalne psikusy prędko go znużyły. Nic nadzwyczajnego, po prostu nieco inne zbytki nad nowszymi zamiast starszymi wynalazkami. Żadna nauka. Sami specjaliści ciekawili go bardziej. Jednemu nogę uwięził, roślinnością oplątując.

– Co jest? – ów szarpnął się.

– Co? – spytał kolega.

– Nogę mi zakleszczyło.

– W coś wdepnąłeś?

– Chyba nie. Poddaje się.

Po chwili wyszarpnął, ale postarał się za bardzo, równowagi nie zachował, skrył się z głową.

– Jacek, nie szalej! – usłyszał.

Gospodarz uszu nadstawił. Jacka pamiętał. I jego Agatkę. To ten sam? Przyjrzał się baczniej mężczyźnie. Rzeczywiście, on. Jak to wykonywane obowiązki zmieniają człowieka, wyglądał na kogoś całkiem innego. Poważnego. Więc mieszkaniec toni poużywał sobie trochę na nieszczęśniku.

– Coś ci dzisiaj nie idzie – zauważył kolega, obserwując kolejne przejawy nieporadności kumpla z pracy. – To przez Agatkę?

– Idzie nam jak po grudzie.

– Zrozumiesz baby?

– Nigdy się ich nie nauczę. To niemożliwe!

Ponarzekali.

„Ciekawe” – dumał mieszkaniec toni i żywo przyglądał się poharatanemu niepowodzeniami amantowi. Męki miłosne w każdych okolicznościach zajmujące. Strażacy podarowali gospodarzowi nieco radochy, ale po pewnym czasie poszli sobie. Poza śmieciami, które ludzie wrzucali do stawu, nie znaleźli zajmujących szczątków własnego rodzaju. Aktualnych. Tylko jakieś popękane starożytności. Garnki dziurawe. A kogo zajmują bajki przebrzmiałe? Żadna archeologia nowoczesnych nie bawiła. Żyli tu i teraz.

Wtedy gospodarz podążył za pijaczkiem. Przywykł do niego i brakowało mu jego cichej obecności. Ponadto w pewien dziwaczny sposób zespoili się ze sobą. To co utopione nie całkiem odchodzi. Zwykle po pewnym czasie wypływa. Podążył kanałem, później przecisnął rurami. Wyniuchał, a kiedy zobaczył, sapnął. Nieborak na zimnym stole wypatroszony jak ryba. Nawet łeb rozpiłowany. Obok grupa oglądaczy dotykająca tego i owego z wyraźnym obrzydzeniem na twarzach. A jednak wytrwała.

Wodniakiem wstrząsnęło.

Ludzie nie zaprzestają tortur nawet po śmierci. A na koniec, oczywiście, zafundowali najgorsze. Zakopali biedaczynę w piasku, by wysechł na wiór. A bez wody nie ostanie się żadne życie.

Mordercy!

* * *

Jacek kiedy nie chodził do pracy, wtedy robaka zalewał. Czyli topił smutki niemal bez przerwy, bo strażacy dyżury pełnili rzadko. Czasu im nie brakowało. A żadnych pasji nie miał, wyjąwszy tę Agatkę. I to przez nią właśnie.

– Stary, stary. Kończysz się… – jęczał kumpel.

– No i co?

– Nie wolno.

– A co mam robić? – biedaczyna pytał znad kieliszka.

– No wziąć się w garść.

– Powiadasz? Jakbym wodę ściskał.

– Potrzebujesz stabilizacji.

– Potem. Jak smutki utopię.

– Żebyś w ich towarzystwie nie poszedł na dno. Mówię ci, naucz się inaczej z tym radzić!

Jacek machał ręką. Wszystko jedno.

* * *

Pociągnięte za nóżkę dziecko od razu poszło pod wodę.

Miejscowi kąpielisko sobie sprokurowali, oczyszczając dno z roślin, brzeg wysypując piaskiem. Chlapali się. Śmiechów było co niemiara. Mieszkaniec stawu przyglądał im się, bawił ich nieporadnością i nie stronił od figli. Jak chociażby w obecnej chwili. Topiony chłopaczek buźkę miał szczerą, minkę niepewną, oczy pozbawione wyrazu. W zasadzie to nic w nich szczególnego. Nie pojmował tego, co się z nim dzieje. Chłapał kończynkami niezbornie. Nawet głowy nie wynurzał. Oczywiście nie krzyczał. Topielcy cisi. I ogólnie porażał nieświadomością.

To nie było ciekawe, jak zostanie utopiony, to już nie odejdzie.

Wodniak wstrząsnął się, bo w pewien sposób ofiara zostanie na zawsze.

A głupota, czy to starożytna, czy nowoczesna – taka sama.

Z tego powodu rzeczywisty gospodarz akwenu puścił nóżkę.

Ale dzieciak wciąż się zapadał, nie wypływał. Gospodarza stawu złość wzięła, pchnął malca w górę i podtrzymywał. Dłużej niż mu cierpliwość pozwalała. Zawziął się. Nie trawił mielizn. Nareszcie przybłąkała się matka. Od razu z piskiem porwała potomka w ramiona. Szlochała i się śmiała. wyrzucała sobie nieuwagę, błagała o wybaczenie. Całowała tuliła, poklepywała rozkaszlanego szkraba. Po chwili rozszlochanego.

Erupcja sprzeczności.

A to już było ciekawe.

Pyszna gama nietypowych reakcji.

Pan głębi był po prostu zachwycony.

* * *

Jacek zamroczony alkoholem dotarł nad staw.

– To tu! – rozpoznał miejsce i dusza w nim zaskowytała.

Piekło!

Ciężko klapnął na ziemię, dokładnie tam, gdzie kiedyś kocyk rozłożył dla Agatki. Nim jej nie stracił. Chwiał się, ale słabość ciała bynajmniej nie leczyła psychiki, ta wciąż biła się sama ze sobą.

Zawzięta, nienauczalna.

Porzucony kochanek zagapił się w wodę.

– No, nie!

Oczy zobaczył, a ogólnie gębę. Określić ją mógł jako wodnistą. Ale kiedy przyjrzał się dokładniej, wtedy uświadomił sobie, że to w istocie własne banalne odbicie. Jednakże im więcej patrzył, tym mniej serce rwało.

– Dziwne! – zamamrotał wyraźnie pocieszony.

* * *

Wodnik wpatrywał się w człowieka. Wzrokiem wysysał z niego skłębione, bardzo silne uczucia. Tamtego rozrywające na pół, mieszkańca stawu zaś upajające. Cieszące nieprzebranym bogactwem smutku.

Pozwolił człowiekowi odejść.

– Wróć! – zaszemrał za nim, a łagodna fala musnęła brzeg.

Szeptała do Jackowych głębi.

– Będę jutro – oświadczył podniesiony na duchu chłop. Nauczył się topić smutki.