Varia

Pierwsze Zlecenie (1)

256 Wyświetleń

Pierwsze Zlecenie
2590 Rok wg. Kalendarza Morlańskiego.
Była dosyć wczesna godzina, bodajże siódma rano. W tym miejscu na globie słońce wstawało dosyć późno, toteż było jeszcze trochę ciemno. Wszyscy zgromadzeni przy stole w spokoju i ciszy popijali poranną herbatę. Dla jasności, była to herbata zielona, bo taką właśnie pito tutaj na królewskim dworze, na długo przed powstaniem jakichkolwiek Gwardii i tym podobnych. O dziwo, nawet Fray nie robił zbytnich problemów tego ranka. Pewno się jeszcze nie rozbudził.
– Smakuje herbatka, Samuelu? – zapytał Ed.
– Ujdzie, ujdzie. Pijałem lepsze – odpowiedział, tym razem bez żadnej agresji w swoim tonie.
Tymczasem do Williama odezwał się Joseph Warg, z którym jeszcze do tej pory nie miał okazji porozmawiać. Nie da się zaprzeczyć, że było to z głównie z powodu jego wyglądu, a raczej małego detalu. Miał od kręcone, rude jak miedź włosy. Piegów na policzkach też mu nie poskąpiono. Tak, jak większość osób w Morlane wygląda z rudymi włosami czy piegami w miarę dobrze, przynajmniej jak na standardy, to ten człowiek wydawał się być z twarzy zwyczajnie szpetny. Breed wolał nie uświadamiać mu tego, jeszcze narobiłby sobie kolejnego wroga.
– Nie przyzwyczajaj się do takich poranków, Will. Tak jest tylko wtedy, gdy nie mamy tak wiele do roboty. A to się zmieni, uwierz mi – z przekonaniem wyjaśniał mu Rudzielec.
– Dobrze wiedzieć – sucho odparł Breed, wpatrujący się w stół, bo twarz tamtego niezbyt go interesowała.
– Coś cię gryzie? – zapytał.
– Nie, nic nic, możesz gadać.
– Czy to przez moją.. – chciał coś jeszcze dopowiedzieć, ale przerwał mu Gillson, w chyba najbardziej odpowiedniej chwili.
– William, zapytam z ciekawości. Tak jak patrzyłem na ten wasz dwór koło ulicy, trapiło mnie przez resztę wieczoru jedno: co ktoś taki jak Ty robi w Gwardii? Przecież jesteś ustatkowany do końca swojego żywota. A może i nawet dłużej.

Młodzieniec spojrzał na twarz przyjaciela i po chwili namysłów odpowiedział:
– A bo widzisz, mój ojciec chciał kiedyś, bym poszedł w jego ślady, do armii. Tyle, że wojaczka mnie zbytnio nie interesuje. Ja potrzebowałem czegoś.. innego. Bardziej tajemniczego, zagadkowego. To miejsce mi chyba odpowiada.
Arthur zmrużył oczy.
– Naprawdę z ciebie dziwny człowiek, Breed.
– Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi, bądź tego pewien.
Rodney był właśnie w trakcie dokańczania swojego troszeczkę biednego śniadania, to jest bochenka świeżego chleba. Usprawiedliwiał się tak, że na tą chwilę mu tyle wystarczy. Nikt specjalnie też w tej sprawie nie protestował. Złapał za ścierkę leżącą tuż przed nim na stole, i wytarł nią usta.
– A więc – odchrząknął – Zlecenia. Mamy ostatnio donosy od straży i okolicznych kupców, że narastają zamieszki pomiędzy dwoma dosyć znaczącymi gangami.
– Ma pan na myśli Kruki?
– To jeden z nich , zgadza się panie Mate – potwierdził Ed – zna ktoś ten drugi gang?
Cisza.
– Tak właśnie myślałem. Otóż panowie, ja też nie wiem, jak się nazywają, i dla kogo pracują. I wasza będzie w tym głowa, by się dowiedzieć. Mieliśmy niedawno kilka zgłoszeń, które mogą mieć związek z nimi jakiś związek. Póki co, jedynie zbierzcie trochę informacji. Nie bierzcie się od razu za sprzątanie ulic z tych głupków, bo tylko pogorszymy sprawę. Wracając.
Edward wstał od krzesła.
– Gillson, Breed. Wy sprawdzicie sklep z biżuterią w zachodniej dzielnicy. Było tam włamanie, podejrzewają, że zrobiła to jakaś zorganizowana grupa. Sklep nazywa się bodajże.. Zakłady Jubilerskie Holkins. Znajduje się gdzieś na placu Edirith. Więcej szczegółów wam niestety nie mogę ujawnić, bo zbyt często tam nie bywam, natomiast sami informatorzy poskąpili nam jakichkolwiek wieści o miejscu zdarzenia. Wierzę, że uda się wam znaleźć to miejsce na własną rękę.
William tylko skinął głową, choć sam nie był pewien, czy znajdą ten sklep.
– Fray, Mate, was poślę w znane regiony. Gdzieś na Barkrage Yard doszło do kilku kradzieży, głównie od kupców przy straganach. Co ważne, były też na nich ataki, tym razem jest prawie pewne, że to robota kogoś z gangów. Podobnie jak wcześniej, bez żadnych głębszych dochodzeń.
Jeff chciał coś powiedzieć, ale Fray zdążył go upomnieć w tej kwestii:
– Dlaczego ich wysyłasz do innej dzielnicy, a nam dajesz taką łatwą robotę? Że niby jesteśmy gorsi? – odrzekł Samuel, wyraźnie groźnym tonem.
– Na pewno nie dlatego, że was lubię – odpowiedział mu Ed, z lekkim uśmieszkiem na twarzy – daję wam zlecenia w takiej kolejności, w jakiej je dostałem. I mam gdzieś, czy wam się to podoba czy nie. Wszystkich was to dotyczy.
Odetchnął, po czym kontynuował.
– Todd i Blaine. Was też wysyłam tutaj. Ale tym razem sprawa wygląda inaczej, bo odnaleziono niedawno zwłoki pewnego kupca, dosyć blisko Barkrage Yard zresztą. Straż oddzieliła miejsce wypadku od gapiów, więc nie będziecie mieć większych problemów ze znalezieniem celu.
Reszta zespołów została zaś rozdzielona do pomocy w przydrożnej małej wiosce, w której straż powoli przestawała sobie radzić z atakiem bandytów, których za murami większych miast nigdy nie brakowało.

William i Arthur przez chwilę czasu stali bezczynnie przed wejściem do siedziby. Tymczasem Gillson złapał swój cylinder, i nałożył na głowę.
– Czemu wszędzie nosisz ten kapelusz?
– Bo go lubię, to jakaś zbrodnia?
– No, nie. Kto by pomyślał, że aż tak zależy ci na wyglądzie.
– To tylko jedna z tych rzeczy, o których nie wiesz. A wiesz mało. No ale, chyba nie zacząłeś rozmowy, aby tylko upominać się o mój cylinder, prawda?
– Jak mamy się dostać pod tego jubilera? Dosyć długo by zajęło dojście tam na nogach.
– Ty nie wiem jak się zamierzasz tam dostać, ale ja pojadę dorożką. Tobie też bym to radził, chyba, że chcesz się pospacerować. Tuszę, że masz przy sobie jakieś drobne?
– Mam. Chyba..
Breed wsunął dłoń w jedną z kieszeni, i nerwowo zaczął czegoś w niej szukać. Ale odnalazł tylko jakiś niepotrzebny nikomu list. Wsadził go z powrotem.
– Cholera.
– Eh, taki pałac do dyspozycji, a nawet kilku monet ze sobą nie ma. Co byś ty beze mnie zrobił.
Złapał dodatkowe kilka monet ze swojej sakiewki, i podał je młodzieńcowi.
– Dzięki.
– Do usług.. – odrzekł, lekko poirytowanym tonem.
Jeden z kierowców stał tuż przy ulicy. Dwaj gwardziści podrzucili mu swoje pieniądze, i wspięli się na górę powozu.
– Dokąd to?
– Na Edirith.
Mężczyzna lekko podskoczył na powozie.
– To trochę drogi. No ale dobrze, tyle wam starczy na jeden przejazd.
– Jakoś sobie poradzimy – Arthur uśmiechnął się do Breeda.
Starzec pogonił zaprzęg, a wóz mozolnie zaczął się pchać do przodu. Nie jechali zbyt szybko, więc Will dla zabicia czasu podziwiał widoki w zachodniej dzielnicy.
Tymczasem Fray z Mate’m byli już w Barkrage i wypytywali okolicznych sprzedawców o bandytów w okolicy.
– Czy ostatnio kręcił się tu jakiś podejrzany człowiek? Być może napadł któregoś z pańskich.. kolegów? – Mate zapytał jednego z kupców. Ten jeden był w dosyć sędziwym wieku, klęczał na czerwonawym dywanie, otoczony swoimi towarami, to jest głównie tanimi wazami i innymi naczyniami.
Dziadek tylko wykrzyczał kilka nieznanych im słów, przy okazji wykonując jakieś dziwne gesty, szczerze powiedziawszy, wyglądające trochę na obraźliwe dla nich.
– Marnujesz czas – powiedział Fray sucho – ten człowiek nic nam nie powie. To Skathiijczyk.
– Po czym wnioskujesz? – zaciekawił się Jeff.
Bez wahania wyrwał starcowi z rąk jedną z mniejszych waz, i wskazał na nią palcem.
– Te inskrypcje tutaj i tutaj. To pismo jednego z plemion zamieszkując Skathię. Wiem, bo kiedyś widziałem je w pewnej księdze, jednak nie mam pojęcia, co znaczą. Starzec nie wygląda jednak jak jeden z rdzennych mieszkańców. Strzelam, że skradł któremuś z dzikusów te towary i uciekł z nimi tutaj, w nadziei, że ktoś kupi ten chłam.
Odstawił wazę po czym się rozglądnął dookoła targu.
– Jakieś pomysły? – zapytał Samuel.
Jeffrey myślał przez chwilę i w ostatniej chwili zauważył jednego ze strażników miejskich, przy którymś straganie.
– Ten może coś wiedzieć – wskazał palcem, a strażnik chyba to zauważył.
Straż rozstawiano jedynie w co bardziej zatłoczonych miejscach, patrole zaś organizowano tylko początkującym, którzy przemierzali całe miasto, była to zresztą jedna z gorszych prac w milicji, dlatego też tylko im była wyznaczana. Zwykle mieli na sobie granatowe kurtki oficerskie, pod nimi nosili skórzaną, lekką zbroję. Oprócz tego standardowe części, takie jak napierśniki ze skóry, rękawice i tym podobne. Niektórzy nosili cięższe uzbrojenie, ale i tak nie było problemu z przedziurawieniem zbroi pistoletem, więc mało komu zależało.
Zbliżył się do gwardzistów.
Trzeba wam czego? – zapytał.
– Sir Jeffrey Mate i Samuel Fray z Gwardii. Mamy kilka pytań.
Strażnik wzniósł brew.
– Jeśli chodzi o burdę w tawernie, ja nic nie wiem.
Sam zaśmiał się cicho i szturchnął Mate’a w ramię.
-Bynajmniej my też o żadnej burdzie nie wiemy, ale tą sprawę zostawmy na później. Widzieliście w okolicy jakichś złodziei, lub może, jak któryś z nich napastował któregoś ze sprzedawców?
– Eee.. – zająknął się – chodźcie za mną.
Posłusznie poszli za stragan kupiecki wraz ze strażnikiem.
– Oni mają tutaj swoich ludzi. Jeden z nich wciąż obserwuje tych, co tu handlują, o tam – wychylił się zza winkla, i skinął głową w stronę jednego z ludzi przy straganach. Siedział cierpliwie na ławce obok – Ponoć niektórzy kupcy mają z nimi jakiś układ, co to ich nie będą bić, jeśli im płacić będą.
– Wiecie, dla kogo oni pracują?
– A, nie wiem. Nigdy nie mówili. A z tamtym gadać nie będę, bo mi jeszcze nóż w gardziel wsadzi.
– My też wsadzimy, jeśli wszystkiego nam nie powiesz – odparł Fray, szczerząc zęby do milicjanta, choć on tego chyba nie zauważył, co najwyżej tylko go usłyszał.
– Jeśli chcecie ich wyłapać, to lepiej zaczekajcie do nocy. Pod wieczór tu przychodzą zwykle ich ludzie. Ten wam chyba nic nie powie, on ma tylko pilnować tych kupczyków.
Mate skrzyżował ręce.
– No, to już coś. Dziękuje wam, panie. Bywajcie.
Strażnik skinął do niego głową, i wrócił pod stragan.
– No to czekamy – odrzekł do Fray’a.
– Chodź lepiej do tej tawerny, przynajmniej tam spędzimy trochę czasu.
– A w sumie, co komu szkodzi..
Zaśmiali się i ruszyli w stronę baru.
Na zachodzie atmosfera była nieco inna, niż w innych częściach miasta. Tutaj budynki były trochę zapuszczone, choć ich architektura taka sama. Tu i ówdzie pozarastały je wszelakie liście i gałęzie, tam trochę podniszczona ściana, ale jakoś to wszystko stało od długich lat.
Jedne z bardziej wyróżniających elementów tej dzielnicy to głównie dużo więcej ciasnych korytarzy i uliczek pomiędzy domami, nieco więcej biedy, i ogólnie jej występowanie. Przestępczość też wyższa, bo ubóstwo na takim stanie, który pozwala się jej rozwijać bez specjalnych problemów.
William i Arthur trochę przedłużali przejazd, licząc na to, że może za chwile ujrzą sklep, którego szukali.
– To już prawie plac Edirith. Gdzie wysadzić? – starzec już się niecierpliwił.
– Jedź dalej. Zaraz zejdziemy – przedłużał Breed – zresztą, przecież zapłaciliśmy za przejazd już wcześniej.
Ich kierowca wymamrotał coś pod nosem, dosyć cichym, choć trochę nieciekawie brzmiącym tonem. Pogonił konie.
– Widzę jakiś tłum. Może to tam? – Will wskazał na jeden z budynków, pod którym zebrało się kilka osób. W oddali, nieco nad głowami ludzi faktycznie było widać jakiś szyld, ale z tej odległości trudno było mu to ocenić, czy to dokładnie to miejsce.
– To tutaj – potwierdził jego partner, ściągając z oka jakieś szkiełko.
– Od kiedy ty nosisz monokl? – zdziwił się Breed.
– Na co dzień nie noszę. Przydaje się, jeśli czegoś dokładnie nie widzę z odległości. I ma też kilka innych zastosowań. Ale o tym później. Złaź z wozu.
Obaj zeskoczyli, a kierowca momentalnie zawrócił, i pośpieszył z powrotem do centrum. Widocznie trochę zbyt dużo czasu im zeszło na tej podróży.
Przepchali się przez gromadę mieszkańców i stanęli tuż przed wejściem, naprzeciwko dosyć mikrej postury człowieczka, i strażnika, pilnującego na boku.
– Przejścia nie ma, won mi stąd – odparł sucho człowieczek. Jak na tak małą osobę, głos miał dosyć przekonywujący.
Breed zgarbił się nad mężczyzną, i zapytał:
– Pan Holkins, jak mniemam? Jest pan właścicielem tego sklepu?
– Nazwisko się zgadza, ale sklep nie mój. Do córki należy. Do Julii. Ja jestem już za stary na takie rzeczy.
– William Breed i Arthur Gillson. Jesteśmy z Gwardii – odparł, pokazując mu przy okazji herb gwardzistów, to jest godło krainy Morlane, czyli wronę wzlatującą do nieba – chcemy wejść do tego budynku.
Mikrusowi puściły nerwy.
– Czy Wy gamonie nie rozumiecie, że tutaj przed chwilą było włamanie?! I ja mam was jeszcze wpuścić do środka? A gdzie, jeszcze mi znowu ktoś rozpieprzy cały sklep!
– Po pierwsze, nie pański sklep, sam pan to potwierdził. Po drugie, to pańska córka sama się zgłosiła o pomoc. My nie przychodzimy tutaj, bo tak nam się podoba. To z jej wezwania – wyjaśnił Breed. Gillson tymczasem stał tylko na tyłach i nasłuchiwał rozmowy.
Karzeł stanął na palcach, i nieco szepcącym głosem, powiedział:
– Precz.
Breed skrzyżował ramiona, prostując się. Gillson nieco zaskoczony wynikiem, chciał coś powiedzieć, ale mu przerwano.
– Nie nie, my już sobie idziemy. Skoro on nie chce naszej pomocy w złapaniu tych ludzi, niech poprosi straż – William wykrzykiwał słowa, bo tłum nieco ich zagłuszał, mężczyzna zaś bez przerwy podążał za nimi wzrokiem. Wreszcie się ocknął i podbiegł do nich, gdy przedzierali się przez ludzi. Ktoś go po drodze szturchnął w ramię, ale zignorował to.
– Zaczekaj, zaczekaj!
Breed i Gillson odwrócili się. Will uśmiechnął się do karła.
– Czyżby się pan nawrócił?
– Możecie wejść. Tylko mi niczego nie dotykać! – upomniał ich.
– Tego nie możemy obiecać – odparł Arthur, mijając Holkinsa.
Kompletnie powybijane szyby i gabloty. Długa, drewniana lada, przy której siedzieli sprzedawcy, jak i meble jej towarzyszące, były połamane. Po podłodze walało się sporo gruzów, do tej pory nikt nic jeszcze nie zrobił z tym bałaganem. Co dziwne, bo stary Holkins zachowywał się, jakby stało się to przed sekundą, a prawdą było, że zgłoszenie o napadzie dostano bodajże wczoraj o poranku.
– To nie był napad. Oni zwyczajnie zdewastowali cały ten sklep – stwierdził Will.
Gillson klęczał za zniszczoną ladą, obserwując jej wnętrze.
– Co dziwne, nie wzięli żadnych pieniędzy. Tylko ukradli trochę tej biżuterii. Też nie zabrali całości, zresztą – odparł.
– Może im nie zależało na pieniądzach.
– Bzdura – Arthur wstał zza lady – gdyby im nie zależało na pieniądzach, to by nic stąd nie zabrali. Choć fakt faktem, dziwne że zniszczyli przy tym cały sklep.
Gillson przejechał palcem po ladzie. Prócz kurzu, który okrywał już pół zniszczonych mebli, wyczuł na niej dziwne zarysowanie. Jakby ktoś przejechał po niej czymś ostrym, jak nóż. Ale nie było ono zbyt głębokie. Zwyczajnie, zbyt długie.
– Ciekawe.
– Co ukradli? – spytał.
– Kilka pierścionków i naszyjników. Wszystko albo srebrne, albo złote – odpowiedział William.
– Po czym wnioskujesz?
– Przy gablotach były miedziane tabliczki, a na nich opisy biżuterii. W niektórych gablotach brakuje podpisanych rzeczy.
– Może walają się gdzieś pod stertą tych mebli.
– Nie. Zauważylibyśmy. Trudno byłoby je przegapić, w końcu to złoto, na podłogę pada tyle światła, że świeciłyby się na niej jak cholera.
– Słusznie.

– Zbyt dużo nie mamy. Może warto by było wypytać tą jego córkę? – zapytał Breed.
– To by było chyba najlepsze wyjście. O ile jednak jegomość pozwoli nam z nią pomówić.
– O to się nie martw.
Były już okolice godziny dwudziestej. Niektórzy kupcy już się zdążyli „zmyć”, inni dalej tu byli, ale prócz nich samych, dookoła nie było prawie nikogo. Mate zataczał się, wychodząc z tawerny, mamrocząc coś pod nosem. Od czasu do czasu odbijał się od Samuela, który o dziwo zachował zimną krew, pomimo tego, że wypił podobną ilość trunków co jego przyjaciel.
Doczłapali się za wcześniejszy stragan. Strażnika już nie było, choć trochę dalej od nich jeden przemierzał ulicę. Fray wychylił się zza rogu, odpychając Mate’a na bok.

– Widzę cię! –zawołał Jeff, podobnie popychając Samuela.
– Cisza.
Człowiek, który wcześniej siedział na ławce, rozmawiał w alejce obok z jakimś nieznanym mężczyzną. Fray rozpoznał go z daleka, choć chwilę mu to zajęło. Co jakiś czas mężczyźni wskazywali palcami w poszczególne miejsca na placu. Samuel nie słyszał, o czym rozmawiali, a zresztą, w podsłuchiwaniu przeszkadzał mu trochę Mate, który od kilku minut gadał sam ze sobą.
Gdy mężczyźni spojrzeli w stronę odchodzącego strażnika, Samuel skorzystał w chwili, i jak najciszej mógł przebiegł na drugą stronę, chowając się za następnym straganem. Spojrzał zza rogu w drugą stronę, i zauważył wreszcie, na co mogli wskazywać rozmawiający. Jakiś dosyć mocno zbudowany człowiek niszczył jednemu z kupców swoje towary na sprzedaż. Brał pojedyncze naczynia w swoje masywne łapska i albo je łamał gołymi rękami, albo rozbijał to o ziemię, to o stragan, tuż obok kupca zresztą, który dostał odłamkiem ceramicznej wazy w policzek, z którego po chwili zaczęła cieknąć brunatna krew.
– Barett cholera, bierz tą kasę i chodź. Nie ma sensu marnować na niego więcej czasu – zawołał wreszcie do osiłka jeden z mężczyzn.

Barett syknął po cichu, po czym odwrócił wzrok na kupca. Tamten był już wystarczająco przerażony. Odsunął się od blatu przed straganem, i prawie byłby się potknął przy ścianie za nim. Wyciągnął pośpiesznie zza pazuchy sakwę, i włożył wewnątrz niej dłoń. Zaczął sobie odliczać monety, które powoli wyciągał, ale twardzielowi chyba też zależało na czasie. Wyrwał mu z dłoni sakwę, śmiejąc się rubasznie. Kilka monet wysypało się na ziemię, starzec bez wahania przykucnął, zbierając pozostałości z podłogi.
Tymczasem Fray’owi wpadł pewien pomysł do głowy.
Kiedy tamten był zajęty zastraszaniem kupca na wszelakie sposoby, Fray po cichu zakradł się do nich, okrążając centralny plac za straganami. Gdy był wystarczająco blisko, wychylił się spod jednej z beczek, prawdopodobnie należących do wcześniejszej tawerny i pomachał do kupca. Stał pod latarnią, więc nietrudno było mu go dostrzec. Starzec wzdrygnął się, zauważywszy nieznajomego i wychylił się na chwilę na bok. Osiłek coś wyczuł i momentalnie zwrócił uwagę na kupca, który na szybko obrócił się ponownie w jego stronę. Chyba nie zwrócił uwagi na to, że starzec grał na czas. Cóż, jego strata.
– Coś tam widział? Gadaj, ale już! – wykrzyknął, podnosząc pięść.
Nie minął moment, a pięść padła na dół, wraz z nieszczęśnikiem. Bełt wbił się dosyć mocno, gdzieś w okolice uda. Jednakże nie było zbyt dużo krwi, traf chciał, że osiłek miał również dosyć mocno zbudowane nogi. Nie zmienia to faktu, że padł z krzykiem na ziemię, trzymając się kurczowo za kolano. Spanikował do tego stopnia, że po chwili stracił przytomność, uderzając resztą cielska o drogę.
Tymczasem Fray stał dalej z wyciągniętym do przodu pistoletem. Opuścił go, gdy był pewien, że mężczyzna był nieprzytomny.
– No dalej, pomóż mi trochę – odrzekł do kupca łamaną skathijzczyzną, pomagając sobie gestami.
Starzec posłusznie podszedł, łapiąc truchło za nogi. Mimo dosyć sędziwego wieku, miał jeszcze trochę krzepy, to trzeba przyznać.
Czuł mocny ból, gdzieś z tyłu głowy i na nodze, udzie dokładniej. Tak, zdecydowanie na udzie. Powoli otworzył oczy.. i ukazał mu się pewien białowłosy jegomość.
– Chyba się budzi – stwierdził drugi mężczyzna za Fray’em.
– Szybko. Niedługo chyba będzie pierwsza.
– J-jakim cudem jesteś trzeźwy? – zapytał Mate, już w nieco „lepszym” stanie.
– Chyba zapomniałeś, że prawie nic nie piłem, tyś wszystko uchlał – odparł, uśmiechając się do kompana – zresztą, mam dość mocny łeb.
Po krótkiej pogawędce spojrzeli na nieszczęśnika. Nieco się wiercił, zauważywszy, że jest przywiązany do krzesła. Szybko przestał, bo jeden ze sznurów dosyć mocno naciskał na jego słabo opatrzoną na szybko ranę na nodze, co sprawiało niemały ból.
– No – odparł Fray – może teraz jakoś się dogadamy?
Przerażony i spętany osiłek rozglądał się nerwowo po pomieszczeniu. Raczej oszczędnie umeblowane, najpewniej znajdował się w jakiejś lichej spelunie. Po chwili zastanowienia powiedział:
– Co chcecie wiedzieć?
– Najlepiej wszystko! – odpowiedział Mate, z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
– Dla kogo pracujesz – zapytał białowłosy.
Osiłek zwilżył wargi.
– Uwolnijcie mnie, to powiem.
– Chyba sobie żartujesz – oburzył się Samuel – nikt cię nie rozwiąże. Zbawieniem dla ciebie to też nie będzie, pewnie byś się zawalił na podłogę przy pierwszym podejściu. Zresztą, ust przecież nie masz związanych.
– No to się nie dowiecie.
– Jeffrey! – zawołał Fray, wciąż wpatrując się w więźnia.
Mate bez słowa wstał ze swojego siedzenia, podchodząc do więźnia. Złapał za jeden z luźno wiszących węzłów i szarpnął. Sznur na nodze delikwenta mocno się zacisnął, dociskając ranę. Osiłek krzyknął, próbując się złapać, ale jego ręce również były skrępowane.

– Dość! Dość! – wył.
Taka bezwzględność ze strony Jeffreya nie była bynajmniej jego cechą. Pewnie by tego nie zrobił, gdyby nie był dalej pod wpływem, bo wśród reszty kolegów i rodziny jest postrzegany jako potulny baranek. Pozory mylą, jak widać.

 

Ciąg dalszy nastąpi.

You Might Also Like

Skomentuj

Treść