Varia

Orzeł

227 Wyświetleń

Profesor Władysław Aliowicz sapał wściekle. Dawno tak nie biegał. Nie po wyrytych korytarzach pod Focus Mall. Tym bardziej przed wojną, jako adiunkt Instytutu Historii Uniwersytetu Zielonogórskiego. Chyba, że na rekonstrukcjach historycznych, ale to był inny rodzaj wysiłku. Rozejrzał się pośpiesznie i ku jego radości dostrzegł za plecami doktora Marcina Bułgarskiego. A raczej jego kształt, bo szalejąca zamieć utrudniała widoczność.

– Chyba im zwialiśmy! – Rzucił Bułgarski przekrzykując wiatr. – Chwila… Cholera…

Doktor, równie zasapany jak profesor, przycupnął w miejscu gdzie przed laty zatrzymywał się autobus numer 11. Poprawił za duże gumowe rękawice wciągając je mocniej na palce. Na zielonkawej gumie pojawiła się karmazynowa ciecz. Krew.

– Prawie mi ją zabrał – krzyknął chwytając ranę. – Cholerny dzikus! Cholerni kanibale!

– Cicho, doktorze – syknął Aliowicz. – Uciekliśmy im. To najważniejsze – profesor zamilknął na moment. – Chodźmy do szpitala. Może ostały się tam jakieś bandaże…

– Proszę nie kpić – parsknął Bułgarski. – Szpital ograbiono zaraz po tym, jak wyniesiono wszystko z dyskontów i monopolowych. Zaraz po Apokalipsie…

– Nie używajcie tej durnej nazwy! – Warknął profesor odwracając się gwałtownie w kierunku kolegi. Potem westchnął. Ciężko. – Przepraszam to przez ten…

– Głód?

– Tak – przytaknął niechętnie. – Ile to już? Dwa dni?

Marcin Bułgarski nie zamierzał odpowiadać. Nie lubił pytań retorycznych. Wstał, poprawił gogle, które znalazł wraz z profesorem w sklepie 50 Style, przy ulicy Kupieckiej, podczas poprzedniej ekspedycji.

– Koniec odpoczynku – powiedział butnie. – Idziemy na wódkę!

– Humor widzę cię nie opuszcza, doktorze – odparł mniej wesele Aliowicz. – Ale masz rację. Nie powinniśmy tu tak sterczeć. Przejdźmy przez Lwowską. Tam na wzniesieniu jest Stock Tavern a raczej to co z niego zostało.

– To powiedzenie jest dziś nad wyraz popularne – sarknął Bułgarski.

– I chyba tylko to – skwitował historyk.

– Nie, profesorze – nie zgodził się doktor. – Skurwysyństwo i szaleństwo jest dziś całkiem powszechne.

– Zawsze było, doktorze Bułgarski.

Poszli ulicą Podgórną aż do skrzyżowania Waryńskiego z Lwowską. Z przyzwyczajenia zajrzeli do szyb opuszczonych aut. Co zresztą mogli w nich znaleźć? Radio? Które z nich dziś działa? Nie potrafiliby ich nawet zmusić do zmartwychwstania. Kiedyś zanieśliby je do naprawy. Ale nie dziś. Bułgarski zarzekał się dawniej, że liźnie nieco elektroniki i mechaniki. Ale nie liznął. Bo musiał lizać wodę lejącą się z pokrytych pleśnią żelbetonów Focus Mall.

– Te czasy nie sprzyjają humanistom, co? – Doktor ponownie zażartował zamykając z hukiem drzwi od Forda Ka.

Jego posępny towarzysz nie palił się z odpowiedzią. Machnął prowizoryczną włócznią w kierunku zdewastowanych schodów. Gdy znaleźli się na górze, wdrapali się na hałdę gruzu i ostrożnie zeszli z drugiej strony

– Poczekaj tu – profesor zatrzymał kolegę ręką. – W tym miejscu znajdował się kiedyś zakład fryzjerski.

– Znakomity pomysł – doktor pokiwał głową. – Ja też bym zgolił w końcu te kudły

Historyk odepchnął od futryny różowy baner przedstawiający biały profil kobiety. Wszedł do środka i zaczął penetrować obdarte szafki. Szkło, trzeszczące pod jego buciorami, zdradzałoby jego obecność. Gdyby nie huk zamieci.

Srogą zimą mroźny strach, lżejszą zimą w oczy piach – mruknął pod nosem wierszyk społeczności spod Focus Mall.

Pod szafką wykonanej ze sklejki znalazł nożyczki. Zardzewiałe. Z jednym ostrzem. Dla porządku rozejrzał się jeszcze po pomieszczeniu i nie znajdując nic innego, wyszedł. Potykając się o baner zaklął po niemiecku. Doktora zastał na kontemplacji strzępów wiaty, pod którą niegdyś pił Kasztelana z kolegami adiunktami. Odwrócił się.

– Dalej klniesz po niemiecku, profesorze – zauważył Bułgarski przekrzykując wiatr. – Po co? Czy nasza rodzima kurwa nie jest soczystsza od scheiße?

– Wszystko powiedziane po niemiecku źle brzmi – mimo żartu Aliowicz nie uśmiechnął się choćby na moment. – Proszę, to dla ciebie. Teraz chodźmy do środka.

Doktor przyjął prezent bez przekonania. Ruchem głowy zgodził się z profesorem, po czym weszli do zmarnowanego czasem i konfliktami budynku Stock Tavern.

– Cholerne zawieruchy, psia krew – Aliowicz ściągnął gogle i gumowy kaptur z głowy. – Jak na pustyni. Jak na cholernej Saharze. Gdyby nie gruzy to szłoby się pomylić! Sucho, zimno i wietrznie, psia krew, psia krew! I tak dzień w dzień!

Mężczyźni upewnili się, że są sami w pomieszczeniu. Bułgarski od wejścia zerknął tęsknym wzrokiem do pokoiku, przez który wchodziło się do toalet. Stał przed nimi stół bilardowy. Kiedyś. Przed Apokalipsą. Grał na tym stole może z dwa razy, ale zatęsknił do tych dwóch momentów… Byłoby ich z pewnością więcej,  gdyby nie jakaś nieznajoma doktorowi parka, która co wtorek grała dwie lub trzy godziny. Po tym czasie Bułgarski wypijał, co miał wypić, wypalił, co miał wypalić a potem krokiem niepewnym wracał do swojej kawalerki.

Usiadł pod ścianą, na której kiedyś wisiały wykresy. Towarzyszył im plakat uśmiechniętej młodzieży. Właściciele lokalu stylizowali je na wykresy ruchów giełdowych i plakat jakoś nigdy nie pasował tutaj Bułgarskiemu. Potem zerknął na Władysława Aliowicza, który przyklęknął pod odartą z tynku ścianą. Bułgarski znał profesora od kilkunastu lat i szczerze zdziwił się, gdy zauważył, że ten modli się ukradkiem. Profesor wcześniej negował teizm i krytycznie odnosił się do praktyk religijnych. Gdy ludzkość po Apokalipsie wynurzyła nieśmiało nosy spod ziemi, Aliowicz począł klepać zdrowaśki za każdym razem, gdy niebezpieczeństwo minęło. Doktor Bułgarski nie pytał o co modli się niemłody profesor. Domyślał się o co. Bo o co się modlić, jak nie o świat, gdy ten zdawał się już znikać? Po wykresie nie został nawet zarys na ścianie. Wisiał tylko plakat z uśmiechniętą gówniarzerią.

Nie lubił mu przerywać. Nawet, jeśli sam Bułgarski powątpiewał w nadprzyrodzoną istotę, której istnieniu dowodziła książka nie będąca już od dawna bestsellerem, szanował decyzje bliźnich. Naiwność czy racjonalizm – pytał się parokrotnie – czego się trzymać? Pewnie obu, odpowiadał sam sobie. Bo jeśli działa, to po co to niszczyć? Dla zabicia czasu doktor Bułgarski rozejrzał się po gruzowiskach. Po paru minutach znalazł stary kij bilardowy. Przycupnął na gruzowisku i przyłożył do niego ostrze nożyc. Wydobytą z zanadrza kombinezonu dratwę użył jako mocowanie nożyc do kija.

– …i zbaw nas ode złego. Amen – Aliowicz zakończył modlitwę.

– Dziękuję za prezent – odezwał się Bułgarski, gdy zobaczył, że jego kompan powstał z dewocyjnej pozycji. Pomachał prowizoryczną włócznią. – Przydał się.

Aliowicz zlustrował kolegę dokładnie. Poczuł, jak kiszki grają mu brzydką melodię. Jednego z jeźdźców Apokalipsy.

– Zamyśliliście się – pokiwał głową opierając się naprzeciw doktora. – Dzisiaj, kolego etyku, macie nad czym rozmyślać. Nad czym medytowaliście?

– Nie tylko rozmyślać, ale nawet i doświadczać. Empiryzm zespojony z aksjologią przeciwstawiony realizmowi okoliczności – doktor teatralnie przybrał minę uczonego. Profesor jak zwykle nie zareagował na żart. – Tamci kanibale… Spod Palmiarni. Pomyśleć, że przed Apo… Że przed końcem, kanibalizm był czymś odległym. Czymś, co przeszło do świata przeszłości. Tymczasem potrzeba było katastrofy nuklearnej, by to, co było, stało się tym, co jest. To ciekawe z punktu widzenia filozofii i przerażające z punktu widzenia etyki.

– Myślę, że z każdej ze stron jest to coś, co przeraża – nie zgodził się Aliowicz.

– Błąd, profesorze –  doktor pokręcił głową. – Z punktu widzenia dialektyki tudzież logiki to naturalne zjawisko. Dla Kanibali spod Palmiarni byliśmy tylko posiłkiem. Nie widzieli w nas ludzi, mimo podobieństw anatomicznych. Proszę zwrócić uwagę, że kiedyś taka kura czy świnia była najczęściej dla nas posiłkiem. Równocześnie trzymaliśmy w domu miłe kotki, bawiliśmy się z psami, urocze świnki morskie wzbudzały zachwyt w dzieciarni… To zależało od okoliczności, w których się znaleźliśmy. W jednych widzieliśmy przyjaciół, w innych pożywienie. Niemniej to wzbudza moje przerażenie… Próbowali odciąć mi rękę, gdy zaklinowała się w szybie Focus-Palmiarnia.

Doktor Bułgarski zerknął na poranioną dłoń i uzmysłowił sobie, że nigdy nie myślał jakby to było, gdyby jej nie było.

– Mam na myśli, że było to wyrazem aspektu kulturowego – ciągnął niestrudzenie. – Urodziliśmy się i wychowywaliśmy w odmiennej rzeczywistości. Naszą determinował zbiór zasad, etyki wytworzonej na zasadzie ewolucji przez okres kilkunastu wieków. Po Apo… – Aliowicz zacisnął brwi na co Bułgarski odpowiedział pokornym skinięciem głowy. – Przepraszam. Po katastrofie nadszedł czas rewolucji. Obyczajowej. Kulturalnej. Demograficznej! Każdego rodzaju! Ludzkość się pogubiła. Zbyt gwałtownie zostało jej odebrane to, co znane. To, co nazywaliśmy rutyną. To, co potrafiliśmy nazwać, ocenić… Po każdej rewolucji ludzie czuli się zakłopotani.

– Przepraszam, że nie wejdę z wami w dyskusję – Aliowicz mlasnął głośno jakby próbował smakować powietrze. – Jestem głodny jak cholera…

– Zjedlibyście mnie? – Doktor nie zamierzał odpuścić. –  Albo obcego człowieka?

– Broń Boże!

– A psa? Kierownictwo spod Focus Mall zezwoliło na jedzenie zwierząt domowych – drążył Bułgarski.

– Trudno mówić o zwierzętach domowych, gdy nie mamy domu, doktorze – sarkał Aliowicz. – Ale nie… Nie sądzę. Nie pozwala mi na to… Aspekt kulturowy. A pan?

– W życiu. Zbyt dobrze pamiętam mojego owczarka Maksia.

Historyk zebrał się z ziemi i przysiadł obok Bułgarskiego. Za nic mając przestrzeń osobistą doktora, chwycił go za ranną dłoń i zlustrował ją. Gapił się na nią długo, mamrocząc niezrozumiale pod nosem.

– Trzeba by to przemyć, doktorze – puścił jego przegub. – Pod Focus Mall znajdziemy trochę wody utlenionej. Ktoś będzie miał ją na pewno.  Ale nie mamy po co tam wracać. Póki co.

– Bez fantów? Nie wpuszczą nas. Proszę zauważyć profesorze, że do Focus’a mamy… Bo ja wiem? Trzysta metrów? Może czterysta.

– A kręcimy się w jego obrębie od dwóch dni. Koń by się uśmiał.

–  Hah – Bułgarski owinął ranę. – A potem zjadłbym go. Z kopytami.

– Z popręgiem, uzdą, lejcami i siodłem – profesor wstał opieszale z kupki gruzu.

Doktor etyki wlepił wzrok w miejsce, które zajmował Aliowicz. Odgarnął resztki cegieł  i wygrzebał z pyłu zielonkawy kawałek papieru. Widniał na nim zwierz koloru cynamonowego oraz nazwa produktu jak i zwierzęcia.

– Żubr – Bułgarski uśmiechnął się. – We wtorki była tutaj na niego promocja…

Wybuch.

Grunt pod stopami uczonych zadrżał szalenie. Z dziurawego sklepienia posypał się pył, a plakat z jowialną młodzieżą gruchnął na gruz. Aliowicz momentalnie padł na ziemię. Doktor wczołgał się za kupę gruzu, na której wcześniej siedział. Zaczęło trzęść.

Potem się uspokoiło.

Cisza. Mącona jękiem zawieruchy.

Panowie odzyskując rezon poprawili gumowe kombinezony.

– Co to było?! – Bułgarski poprawił gogle.

– Jeden Bóg raczy wiedzieć – odpowiedział raptem Aliowicz podając koledze jego włócznię. – Wynośmy się stąd.

Wyszli z ruin Stock Tavern. Zbiegli po schodach wchodząc na ulicę Lwowską.

– Mam dość! Mam kurwa dość! – Bułgarski próbował przekrzyczeć ryk wiatru. – Wracajmy! Najwyżej dostaniemy naganę!

– Oszalałeś, doktorze?! Nie wpuszczą nas i gdzie wtedy pójdziemy?!

– Na pewno są inne społeczności… Gdzieś…

– Jasne! Są! – Warczał profesor. – Kanibale spod Palmiarni! Wejdźmy na ulicę Lubuską. Niedaleko jest wieża Braniborska. Szperacze spod Focus Mall twierdzą, że stoi tak jak stała. W mojej opinii jest to mało prawdopodobne, ale nie zaszkodzi sprawdzić. Wszak to nie daleko.

– Focus Mall też jest niedaleko! Zaledwie trzysta, czterysta metrów – Bułgarski sprawdził wiązanie „grotu” włóczni. – Krążmy po okolicy już dwa dni! Dwa dni o pustym żołądku! – Przykucnął i pokiwał głową okrytą kapturem. – Przepraszam… Narzekanie tu w niczym nie pomoże.

 

Żadne słowa nie były potrzebne. Bułgarski i Aliowicz poszli na południe ulicą Lubuską. Minęli przewrócony na bok kontener, do którego zielonogórzanie przed Katastrofą wrzucali nieposegregowane śmieci. Obecnie służył jako grobowiec szkieletu człowieka ograbionego ze wszystkiego. Mężczyźni zdziwili się, że ktoś nie połakomił się na kości, z których pozyskiwano nawóz, robiono prymitywne sztućce. Od biedy wykonywano groty lub pałki. Z tego powodu akademicki duet nie omieszkał zabrać kości udowych.

– Głodny jestem – sapnął Bułgarski chowając gnat do skórzanego plecaka.

– Wiem. Ja też.

Poszli obok Zielonogórskich Wodociągów i Kanalizacji sp. z.o.o, o których nieobecności mówiła tablica o wyblakłej, szafirowej barwie. Wichura puściła nieco, toteż zeszli z ulicy i kontynuowali podróż po podwórkach opuszczonych domów. Nie tracili czasu na szaber. Wiedzieli, że są puste. Szperacze spod Focus Mall zapuszczali się często w te rejony, ale jak donosili, nigdy dalej niż za skrzyżowanie z ulicą Braniborską.

Stojąc na skrzyżowaniu zauważyli wieżę. Etyk, po chwili gapienia się na jej wierzchołek, raptownie podskoczył.

– Ptaki! Profesorze! Ptaki! – Marcin Bułgarski wskazał ręką na czub ostałej, lichej wieży.

– W nogi!

Obłoczek różnorakiego ptactwa wypuścił się z wieży. Gdakały, trelały, śpiewały, piszczały… Uczeni zaś popędzili na zachód w kierunku zabudowań. Kontakt z ptakami najczęściej kończył się załapaniem dziwnej i nieznanej choroby. Latająca śmierć w wyniku radiacji doznała szoku i awansowała w łańcuchu pokarmowym na sam szczyt. Profesor Aliowicz miał okazję oglądać kilku nieszczęśników plujących konwulsyjnie pianą. Umierali w przeciągu kilku kwadransów.

Ukryli się w opuszczonym domu, przez którego okno obserwowali przestrzeń.

– Że też dokarmiałem te paskudy przed Apokalipsą na dworcu PKS…

– Nie wymawiajcie tej durnej nazwy! – Burknął przez zęby profesor Aliowicz. – Kolega to robi specjalnie czy co? Nienawidzę kiedy…

Urwał.

– Sza! Ktoś idzie!

Wychylając maski tlenowe zza framugi okna, zauważyli samotną postać. Pierwsze w oczy rzucały im się długie dready, sięgające istocie daleko za łopatki. Głowę przewiązał wyblakłą chustą, zaś tors chronił burą kamizelką taktyczną używaną niegdyś przez policję. Twarz ochraniał pełną maską przeciwgazową w odróżnieniu od naukowców, którzy posiadali starsze modele nadające się jedynie do ochrony twarzy. Bez oczu. Akademicki duet zdziwił się, gdy spostrzegł, że nieznajomy na lędźwiach dźwigał coś w rodzaju miecza. Zespół sznurów, dratw, taśm i pasów tworzył prowizoryczną pochwę.

– Filip! Filip! – Gruby, zniszczony głos zdradzał płeć męską. – Gdzie jesteś mały gnoju?!

Przystanął i rozejrzał się.

– Może ma coś do jedzenia? – Doktor szturchnął Aliowicza.

– I co? Może zapłacimy mu jeszcze kartą? Nie mamy nic na handel.

– A kości?

– Co kości? A myto dla Focus Mall? Może się teraz najemy, ale potem nie wejdziemy do środka.

– Proszę mi wybaczyć – Bułgarski zebrał się z podłogi. – Profesor raczy pieprzyć.

Władysław Aliowicz próbował jeszcze chwycić doktora za rękaw. Na próżno. Etyk wyjrzał przez okno i pomachał nieznajomemu.

– Halo! Dzień dobry!

– Schowaj się idioto! A jeśli to kanibal?! – Warczał profesor pod nogami młodszego kolegi ciągając go za spodnie.

Nieznajomy dreadziarz w jednej chwili wyciągnął z jaszczura miecz. Zwrócił się w kierunku okna, z którego machał Bułgarski. Gdy go spostrzegł, schował się za zrujnowanym Volkswagenem Polo zaparkowanym naprzeciwko.

– Spokojnie, proszę pana! – Oswobodziwszy nogawkę z uścisku Aliowicza, etyk wygramolił się z domu. – Jesteśmy Szperaczami spod Focus Mall! Z naszej strony nic panu nie grozi!

Historyk przeklinał w myśli młodszego kolegę. Prawicą chwycił pewniej swoją włócznię, w lewicę złapał broń Bułgarskiego. Wyszedł przez okno i wręczył doktorowi jego broń. Ku ich zaskoczeniu miecznik wyszedł zza Polo. Schował miecz do pochwy w widoczny sposób.

– Szukam przyjaciela – głos miał nieprzyjemny.

– Kiepskie czasy sobie pan wybrał – młodszy z uczonych oparł się o włócznię. – A my szukamy jedzenia.

Dreadziarz gwałtownie dobył miecz. Skoczył w kierunku naukowców i ugiął nogi przygotowując się do zadania cięcia od prawej.

– Pax! Spokój! – Profesor odskoczył przerażony pod ścianę. – Nie chcemy jeść Ciebie!

– Nie jesteście kanibalami? – Nieznajomy był gotowy do ataku.

– Nie na Boga jedynego!

– To kim?

– Szperaczami! Spod Focus Mall! – historyk poczuł za plecami ścianę budynku.

Miecznik taksował mozolnie dwójkę mężczyzn. Wyprostował się i schował ostrze za plecy. Wyciągnął prawą dłoń do profesora. Ze zniszczonych skórzanych rękawiczek wystawały patykowate palce z poobgryzanymi paznokciami. Odchylając maskę przeciwgazową na czub głowy, historyk pomyślał o rycerzach i przyłbicach. Mieczach i strojach z epoki XII wieku. O rekonstrukcjach. O swoich studentach z auli C zmiecionych atomowym podmuchem.

– Jan Ostaszewski – powiedział dreadziarz ściskając dłoń Aliowicza. – Do usług.

– Profesor Władysław Aliowicz – historyk oderwał się od wspomnień. – A to doktor Marcin Bułgarski.

– Lekarz?

– Gorzej – wtrącił Bułgarski. – Etyk.

Ostaszewski, ku niezadowoleniu Marcina Bułgarskiego, nie zareagował na teatralny pesymizm. Nie warknął  jak profesor, nie odpowiedział równym żartem. Po prostu – nie odparł nic. Ten brak reakcji zaniepokoił etyka. Po Apokalipsie, myślał wielokrotnie, każdy okazuje emocje. Jakiekolwiek.

– Jestem, jak wy to mówicie, Szperaczem. Słyszeliście panowie ostatni wybuch? – Potwierdzili. – Właśnie. Po nim mój przyjaciel Filip dał nogę. Teraz go szukam – rozejrzał się, jakby chciał zademonstrować swój mozół. – Jednego już mam. Orzeł jest już z nami.

– Orzeł? – Zapytał Bułgarski nie kryjąc obawy.

– Potwierdzam. Orzeł.

– W sensie śmiercionośne ptaszysko?

– Zgadza się – pokiwał głową. – Pustynny orzeł. Ale nam nie zagraża. Nie dobrym ludziom.

Profesor Aliowicz pomyślał, że mają do czynienia ze świrem. Nie trudno było spotkać człowieka, któremu Katastrofa pomieszała system wartości oraz klepki. W opinii historyka, Ostaszewski wydawał się niegroźnym durniem. Ekscentrycznym, ale nie stanowiącym zagrożenia.

– Zróbmy tak – podjął Jan Ostaszewski – Pokażę wam przeprawę obok tej pieprzonej wieży – mężczyzna wskazał na budowlę ruchem głowy. – Za nią znajduje się opuszczony skład aprowizacyjny i bunkier dla władz miasta w przypadku wojny. Wieść niesienie, że urzędnicy nie zdołali do niego dotrzeć. Dużo dóbr się marnuje.

– Skąd to wiesz? – Aliowicz oparł się o włócznię.

– Wiem. Po prostu wiem. Proszę nie być człowiekiem małej wiary. Ufać bliźnim trzeba.

Marcinowi Bułgarskiemu wydało się, że Ostaszewski trafił w sam punkt. Podejrzewał, że gdyby nie maska tlenowa, dostrzegłby na twarzy profesora paskudny grymas. Dreadziarz dla potwierdzenia słów zdjął z pleców torbę i zaprezentował jej zawartość: opakowania z Relanium, Loperamidu, Acardu, Enarenalu i Ibupromu.

– Dobrze, zrozumiałem przekaz. Co w zamian?

– W zamian pomożecie mi poszukać Filipa – powiedział twardym głosem. – Wchodząc na ulicę Braniborską, od strony ulicy Wrocławskiej, usłyszałem wybuch. Filip pognał w głąb Braniborskiej, w kierunku wieży. Ten gnojek to straszny tchórz. Zaszył się gdzieś pewnikiem i czeka aż go znajdę. Jak usłyszy nawoływanie, pewnie wychyli nosa z kryjówki.

– Jasne – skwitował z przekąsem Aliowicz. – Gdzie jest bunkier?

– Po kolei, kolego.

– Nie jestem pana kolegą.

– Profesorze, spokojnie – wtrącił etyk odwracając się do profesora. – Ten człowiek chce nam pomóc.

– Nie potrzeba mi adwokata, panie Bułgarski – burknął Ostaszewski i gdyby nie maska obdarowałby profesora spojrzeniem spod byka.

– Mów dalej, proszę – Bułgarski przeszedł na żałosny ton.

– Po odnalezieniu Filipa obiecuję wam, mili panowie, że doprowadzę was do bunkra – urwał. –  Ja uzupełniłem swoje zapasy. Potrzebne są mi na handel. Zresztą, nie byłbym w stanie zabrać wszystkiego. A jest tego trochę.

Władysław Aliowicz nie był przekonany do nieznajomego. Początkowo biła od niego aura szaleństwa kontrastująca z jakimś profesjonałem. Szperaczem, idealnie przystosowanym do postnuklearnych warunków.

Ale jakie miał wyjście?

– Niech będzie – zgodził się z niechęcią w głosie.

Budzący niepokój profesora dreadziarz, poprowadził uczonych w kierunku wieży. Zbliżając się do skrzyżowania, przy którym doktor zauważył Latającą śmierć, Ostaszewski podał uczonym butelkę –  zdawałoby się –  perfum. Zapach wydobywający się z niej przypominał mieszankę rozpuszczalnika, benzyny i parafiny. Wytłumaczył przy tym, że zapach odstraszał zwierzęta. W tym ptaszyska.

Prowadził ich przez podwórka, kazał przeskakiwać przez żelbetonowe płoty, czołgali się pod zerwanymi ogrodzeniami. Chociaż przemierzali drogę truchtem, Władysławowi Aliowiczowi wydawało się, że przeszli żenująco krótki dystans. Wszystko przez raptowne postoje, chowanie się pod opuszczonymi samochodami, reagowanie na każdy dźwięk, który różnił się od zawieruchy.

– Profesorze? – Marcin Bułgarski oddychał głośno.

– Tak?

– Głodny jestem.

Wdrapali się na wzniesienie. W długiej, wąskiej ulicy Aliowicz rozpoznał Braniborską. Ostaszewski istotnie przeprowadził ich obok wieży bez ryzyka spotkania Kanibali spod Palmiarni. Profesor zachodził w głowę, dlaczego nie pamięta miejsc, które przebywali? Przed Katastrofą mieszkał w Zielonej Górze około dziesięciu lat. Wydawało mu się, że zna miasto Bachusa.

Schodząc z wzniesienia, etyk i historyk wiedzieli, że dalej na północ znajduje się Focus Mall. Zerkając na siebie parsknęli śmiechem, określając jak blisko znajduje się ich dom. Jan Ostaszewski nie zainteresował się ich reakcją. Przeszli około dwudziestu paru metrów i znaleźli się na stacji paliw Orlen, obleganej przez mnogość różnorakich aut. Standardowo każde z nich miało wybitą szybę. Przekroczyli plac stacji i weszli na podwórza zrujnowanych pruskich kamienic.

– Czy idziemy pod stadion Falubazu? – Doktor tęsknym wzrokiem spojrzał w kierunku kolejnego wzniesienia.

– Typowi Zielonogórzanie – wycedził Jan. – Koniec świata, a wy wszystko do żużlu sprowadzacie.

Mężczyzna wprowadził uczonych do niedużego pomieszczenia kamienicy, której kondygnacje leżały po trochu na ulicy Wrocławskiej, po trochu na podwórzu. Etyk przypomniał sobie, że kiedyś sprzedawano w tym miejscu systemy zabezpieczeń. Ostaszewski bez słowa odgarnął hałdę gruzu. Pod nią znajdowała się żeliwna klapa. Podniósł ją nie bez trudu.

– Skąd wiedziałeś, że tu to było? – Doktor nie starał się maskować zdziwienia.

– Po prostu. Wiedziałem.

Pod nią ciągnął się w dół szyb. Aliowicz i Bułgarski ocenili, że prawdopodobnie został wydrążony jeszcze przed Katastrofą. Wzmacniane, betonowe ściany nie wyglądały jakby miały się za chwilę zapaść. Nie tak, jak w szybach pod Focus Mall. Zeszli na sam dół i stanęli na błotnistym podłożu.

Pisk.

Krzyk profesora. Ostaszewski wydobył z kamizelki małą latareczkę. Potraktowany słupem światła szczur umknął dalej. Historyk próbował go zdeptać. Złapać.

Może zjeść?

Wzdłuż ścian tuneli rozciągał się gruby kabel. W równych odstępach do ścian przytwierdzono lampy. Doktor Bułgarski pomyślał, że będzie mógł wrócić w to miejsce i zabrać pokaźne przewody. Nie miał specjalnego pomysłu co mógłby z nimi zrobić, ale ktoś pod Focus Mall? Pewnie tak.

Wkrótce światło latarki Jana Ostaszewskiego okazało się zbędne. W tunelu powstały dziury doprowadzające światło słoneczne z zewnątrz. Oświetlenia nie było za wiele, ale wystarczyło do swobodnego przemierzania szybu. Trójka mężczyzn dotarła do rozwidlenia dróg. Jedna z odnóg była wyraźnie lepiej oświetlona. Wędrówka nią okazała się niemożliwa dla dorosłego, gdyż odnoga okazała się wyrwą w tunelu. Za wyrwą malował się mały krater. Od strony tunelu okalała go ścieżka dostępna tylko dla kogoś małego.

– Stamtąd – Jan wskazał na drugą stronę krateru – Filip zwiał. Może wbiegł do szybu.

Uczeni nie odpowiedzieli Ostaszewskiemu. Głód odbierał im chęć do wszystkiego. W szczególności do rozmowy. Mimo to etykowi przeszło przez myśl, że miecznik za kompana może mieć jakieś dziecko… Zagłębili się w dalszą część tunelu. Wkrótce po tym dotarli, jak się okazało, do końca drogi. W miejscu oddzielającym szyb od pomieszczenia, musiały dawniej stać ołowiane drzwi. Wskazywała na to ościeżnica wykonana z tego materiału. Mężczyźni usłyszeli ruch w pomieszczeniu. Dreadziarz dobył miecza.

Obok ołowianych pojemników leżał mały piesek rasy West White Terrier. Był niemiłosiernie umorusany kurzem. Oczy ciemne jak węgielki wpatrywały się w buty przybyłych mężczyzn. Trząsł się i naprzemiennie sapał i piszczał. Nie wyglądał na szczeniaczka rozradowanego widokiem swojego pana.

– Filipek! – Jan Ostaszewski gwałtownie rzucił się w stronę małego, białego psiaka.

Władysław Aliowicz i Marcin Bułgarski pojęli, że zbiegiem okoliczności upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu. Pies zwiał do bunkru, w którym lekarstwa czekały na szczęśliwego znalazcę. W obu uczonych coś pękło w jednej chwili. Udało się. Zdobyli medykamenty. Mogli wrócić do społeczności spod Focus Mall i wymienić zdobycz za grzyby… Śmierdzące, paskudne grzyby. Ohydne w smaku, mało kaloryczne, ubogie w składniki odżywcze… Gumowe, postapokaliptyczne, nienaturalne gówno…

Mięso.

Zapragnęli mięsa.

Choćby z psa.

Zerknęli na siebie i zrozumieli się bez żadnych słów. Przysposobili włócznie.

– Proszę pana – profesor odezwał się niskim głosem.

Przewodnik odwrócił się powoli ściskając Filipa. Domyślając się decyzji uczonych, jedną ręką ściągnął maskę, drugą w dalszym ciągu tulił pieska. Oszaleli z głodu mężczyźni zobaczyli ogorzałą, pomarszczoną twarz Jana Ostaszewskiego. Miał pociągłe oczy w kształcie migdała i skupione usta. Odstawił psa na ziemię. Bułgarski pojął, czym jest drugi przyjaciel dreadziarza. Ale było za późno. Ostaszewski wyciągnął pistolet Desert Eagle – Pustynnego Orła – i podarował każdemu z nich prezent. Jeden w czoło Władysława Aliowicza.

Drugi w serce Marcina Bułgarskiego.

Michał J. Sobociński


 

Opowiadanie bierze udział w konkursie Metro2033 zorganizowanego przez wydawnictwo Insignis.

You Might Also Like

Skomentuj

Treść