Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. II

302 Wyświetleń

<- Część I | Część III ->


Przed wejściem do pokoju numer dwadzieścia dwa tłoczyła się grupka żaków. Namawiając się wzajemnie na pukanie w drzwi, wspominali jak przed laty Karl Weiss wyszywał na banderze uschnięty dąb. Znak elfich buntowników prędko stał się symbolem solidarności ze starszą rasą. Stojący w tłumie Francesco Moutart po części rozumiał studencką fascynację Weissem. Odważny, bohaterski, idealista. Co z tego, że myli się w każdym z cali? Młodzi kochają mało rozsądnych, gdyż w miłości to podobieństwa a nie różnice się przyciągają.

– Podobno zmienił się nie do poznania! – Ekscytował się jakiś pierwszak.

– A jak miał się nie zmienić?  Znasz kogoś kto opuścił wyspę Mort? Cała wyspa to jedna wielka kolonia karna – odpowiedział mu jego równolatek.

– Jak wyjdzie od Tomasa to nam wszystko opowie!

Moutart chował w pamięci i sercu wszystkie opinie i ploteczki na temat Weissa. Spamiętywał przy tym tych, którzy nadmiernie egzaltowali się uczelnianym synem marnotrawnym.

Tomas Vouter zerkał przez ramię na drzwi pokoju 22. Uśmiechnął się myśląc o zasadach akademickiej społeczności. Żaden z pierwszych roczników nie miał prawa przeszkadzać żakom, którzy rozpoczęli quadrivium. Nawet jeśli obserwowaliby rozmowę z końca pokoju, mogącego pomieścić dwudziestu lokatorów. Student spojrzał na Weissa a potem na siedzącą na pryczy dziewczynę o lazurowych oczach. Nie spodobało mu się jak Emila Loufstein patrzy na Karla. Szczęśliwie żak również wpatrywał się w drzwi słuchając głośnych rozmów pierwszaków.

– Za twoich czasów tez był taki porządek? – Zagaił Tomas.

– Nic się nie zmieniło.

Potem zapadło, nieznośne dla cierpliwości, milczenie. Tomas zaprosił do rozmowy Karla z jasnego dlań powodu. Odkąd usłyszał, że na uniwersytet wraca osławiony swą odwagą Karl Weiss zapałał chęcią żądzy odbycia z nim rozmowy. Również Emila Loufstein nie mogła się doczekać spotkania z przywódcą rozruchów studenckich.

– Słyszeliście o pomyśle cesarza? – Odezwał się Karl wzdychając zaraz po tym. – Jego Miłość doszła do wniosku, że słusznie jest, aby środowisko akademickie tego miasta zostało wyłączone spod sądów kościelnych i  włączone pod jurysdykcje miejską.

– Tak, by cechy rzemieślnicze, osoby prywatne i spółki cywilnoprawne nie musiały wnosić podatku za zatrudnianie stażystów do pracy. Kanony kościelne zabraniają nakładania dodatkowych danin oprócz dziesięciny i podatku od głowy – sprostował szybciutko Tomas Vouter.

– Godzi to w część studentów, którzy nie są wspierani przez rodziców w sposób znaczny. To jasne – dodał Karl Weiss przekładając nogę na nogę.

Ponownie w pokoju numer 22 zapanowało milczenie.

– Uniwersytet nas potrzebuje – odezwał się po krótkim momencie. – Ale sam wiesz najlepiej, że jest za mało zainteresowanych by można coś wywalczyć. Poprzednio byli studenci, elfy, krasnoludy. Nawet paru wykładowców dołączyło!

– Nie przypominaj mi o tym kolego – odparł szorstko Weiss. – Poprzednio nie udało się nam posunąć pomysłów do przodu. Nie studiowałeś wtedy. Nie było cię tam. Popełniliśmy wiele błędów.

Byłem – sprostował w myśli Tomas. – Ale nie pamiętasz mnie.

– Ale najwyższą cenę zapłaciłeś ty – do rozmowy włączyła się Emila.

– To nieprawda – zaprzeczył Karl kręcąc głową. – Biedaki z barykady uniwersyteckiej zostali zmasakrowani przez konnicę Henricha ze Stalervek. Rozmawiałem z nim dziś. Teraz służy tu jako naczelnik.

– Raczej naczelny donosiciel – prychął Tomas.

– To kiepski awans, co? – Zastanowił się Karl.

– Ma teraz dużo czasu – śpieszył z wyjaśnieniami Tomas. – A wieść niesie, że ponoć sam wniósł o utworzenie tego stanowiska.

– Taaa… – Przeciągnęła Emila kręcąc oczami. – Teraz ma więcej czasu na łajdaczenie się w Małej Syrence. No i na rozmowy z Moutartem.

– Szczupły, przeciętnego wzrostu, niemodna toga?

– To on – potwierdził Tomas. – Szpicel, menda i podobno łamacz mieczy.

– Kto?

– Tomasowi chodzi o to, Francesco, znaczy Moutart, oddaje się oddaje się mężczyznom jak dziwka – wytłumaczyła z obrzydzeniem Emila.

– To co za problem? – Nagle Weiss ożywił się.  – Donieść na niego inkwizycji i spalą go jako winnego wynaturzeń. Kto ogniem woj uje od ognia ginie, prawda?

Od razu chce działać. To prawda, co powiadali o nim – snuł w myślach Vouter.

– To nie takie proste. Odkąd rozgoniono batogami poprzedni bunt, wszelkie donosy z uczelni przechodzą przez ręce naczelnika – rzekł Tomas. –  I uprzedzając kolejne pytanie: nie,  nieoficjalny donos też nie ma szans. Inkwizytorium patrzy na uniwersytet, jeśli nie palącym, to z pewnością mało przychylnym wzrokiem.

Skamieniała twarz Karla Weissa zaniepokoiła młodego studenta. Żak chciał przedstawić mu bolączkę sądową, a tymczasem Karl aż palił się do krwawej roboty. Przynajmniej nie okazywał tego. Lecz Tomas dostrzegał w rozmówcy gniew narastający powolutku i stopniowo.

– Powzięliście już coś? – Zapytał Weiss.

Vouter przeczuwał i bał się tego pytania.

– Są z nami młodsze roczniki. Jednostki, których mało obchodzą podatki na rzecz miasta ale zrozumieją poniekąd naszą sprawę. Gdy przyjdzie im zostawić pieniądz u urzędnika w zamian za kwit, a nie karczmarza w zamian za gorzałkę – odparł mniej ostrożnie niż planował. – Ale starsze i najstarsze, pamiętające poprzednie wydarzenia, nie palą się do działania. To dziwne. Potrzebują nas. Ta inicjatywa jest korzystna dla wszystkich uczących się. Zmieniając sądownictwo uniwersytet padnie bez studentów.

– To, że rybak zależy od morza, nie oznacza, że morze zależy od rybaka – odpowiedział Weiss a potem machnął ręką. – Jak w miłości, moi mili, jedno odchodzi, przychodzi potem drugie.

– Jesteś cyniczny – obraziła się Emila.

Rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Tomas domyślił się, kto może im przeszkadzać. Po głośnym wejść! w progu pokoju pojawił się korpulentny młodziaszek o pucołowatych polikach. Wysoki chłopak, odziany w togę barwy zimowego, zachodzącego słońca, stanął w progu pozwalając, by wzrok zgromadzonych za drzwiami studentów, na chwilę wlał się do środka.

– O! Przepraszam! – Prawie krzyknął rozumując w czym przeszkodził. – Już mnie nie ma!

– Nie, nie, Edgar, czekaj – Tomas zaprosił blondyna gestem ręki.

Zmieszany student w todze poszedł ku trójce. Zerkał z obawą na Karla. Uśmiechnął się szelmowsko i zarzucił nogę na kolano.

– Karl Weiss – przedstawił się spoglądając na Edgara.

– Wiem kim jesteś… – Wyszeptał Edgar cały czas wpatrując się w żaka. – Zostałeś zesłany na wyspę Mort za bunt i rozruchy – rzekł niespokojnie. – Słyszałem, że zginąłeś. Podobno są tam urządzane polowania na skazanych nie-ludzi. Skazańcom obiecuje się wolność w zamian za uczestnictwo w polowaniu.

– Jakim znowu polowaniu?  Edgar, co ty gadasz? – Spytała znudzona Emila.

– To prawda! – Student wybuchł gniewem. – Słyszałem od… od pewnych ludzi! Dozorcy robią łapankę, potem obiecują wolność. Nieszczęśnicy,  którzy przestają na te kondycje dostają sztylet i won w las. Potem dozorcy z psami polują na nich. Komu uda się przetrwać noc ten może opuścić wyspę.

– Udało się komuś? – Wtrącił Tomas.

– Gdzieżby tam!

– Mi się udało – skwitował szybko Weiss. – Zatopiłem się w bagnie uprzednio przygotowując rurkę z trzciny, aby dostarczała mi powietrza. Rankiem dozorcy, choć nie zadowoleni, przetransportowali mnie do Modris.

– Niesłychane – westchnął Edgar.

– Ważne, że żyjesz Karl – uśmiechnęła się Emila. Tomasowi nie spodobała się ta życzliwość. – Dajcie spokój – westchnęła. – Znowu Ci zginął Łatek?

– Łatek? – Zaciekawił się Karl.

– A to mój kundelek. Mały, bury… Taki tam – wytłumaczył Edgar.

– Tu go nie ma – powiedział surowo Tomas. – Pewnie siedzi przy kuchni, jak zwykle.

Edgar skinął głową, podziękował i przeprosił za najście. Stojąc przy drzwiach wyjściowych rzucił słowem, które nie spodobało się Tomasowi. Uchol. Cholerny uchol. Moutart powinien złapać jakąś chorobę Prytera, psia jego rasa. Ciekawe czy prócz członka w rzyci ma coś jeszcze z donoszenia – głowił się żak.

– Coś nie tak? – Weiss pojął, że są podsłuchiwani.

– Musisz wybaczyć Edgarowi – Tomas podniósł głos i puścił oko do kolegi. – W tym roku skończył trivium i zainteresowało się nim Gorejące Słońce. Nie, nie – zaśmiał się Tomas widząc jak twarz Karla zdradza spłodzone w myślach zdziwienie. – Inkwizycja nie doszukuje się w Edgarze przestępstw religijnych. Werbują go do swoich szyków, ale spokojnie. Jest niegroźny. Póki co. Teraz uczy się pilnie i cały czas gada o tym, co zapamiętał z wykładów.

– No i szuka Łatka – zaśmiała się dziewczyna.

– Głupi kundel – obruszył się Vouter. – Najpierw miał go jeden z wykładowców. Hauser, doktor teologii. Łatek był jego pupilkiem i gdy szlag trafił doktora to Edgar postanowił go przygarnąć. Cholerny pchlacz wszędzie szcza i sra. Poza tym jest niegroźny.

– Aha – mruknął Weiss. – Co z Moutartem?

– A co ma być? Menda i kanalia z niego jest – Vouter nawet nie próbował panować nad głosem. – Teraz was przeproszę. Muszę odwiedzić parę osób – wstał. – Jutro na auli głównej odbędzie wykład jakiegoś astrologa z Modris. Profesor Tasartir, o ile mnie pamięć nie zwodzi. Nieobowiązkowy, ale odnoszę wrażenie, że obecnie jeśli już chodzić na wykłady to tylko te nieobowiązkowe. Polecam i rekomenduję. Porozmawiam z moimi druhami. – Zniżył głos – Pojutrze spotkajmy się obok. W pokoju numer 23. Porozmawiamy konkretniej.

Wstał i pożegnał się uściskiem dłoni z Karlem. Emile pocałował w policzek. Wychodząc z pokoju numer 22 ogłosił, że studenci mogą już doń wejść. Co uczynili pośpiesznie. Żaden z nich nie odważył się jednak zagaić do wychodzącego z pokoju Karla Weissa.

***

Emila Loufstein zaproponowała szatnię przy kaplicy Eo na miejsce spotkania. Nie widziała o czym chce z nią rozmawiać Karl Weiss. Rzucił przelotnie, że potrzebuje z nią pomówić w miejscu gdzie nie sięgają uszy Moutarta. Przecież mogliśmy pogadać w noclegowni. Moutart i tak by nic nie usłyszał przez panujący tam harmider. Może chodzi o coś więcej? Może Karl nie chce by Francesco widział jak rozmawiamy? Nóżby ta menda rozpuściła plotki, że mam niby romans z Karlem po jednym spotkaniu. No chyba taki durny nie jest…  – zachodziła w głowę dziewczyna.

Mijając kolejne grupki żaków słyszała jak dyskutują nad powrotem Weissa. Jedni opowiadali o jego wyczynach, inni zaś o pobycie na wyspie Mort. Trzeci z kolei zastanawiali się czy popchnie rzekomych buntowników do kolejnego starcia z władzą. Emila sama zastanawiała się po drodze jakie plany ma ten człowiek. Podobno nie jest gwałtowny, ale nie wyglądał na takiego, co łatwo zgadzałby się z losem. Emila postanowiła nie osądzać przedwcześnie Karla. Pożyjemy, zobaczymy – skwitowała w duchu.

Przeszła obok kaplicy Eo, przy której Edgar rozmawiał z akolitą. Emila nie usłyszała rozmowy, ale wywnioskowała z miny Edgara, że student był średnio ukontentowany jej zwieńczeniem. Jej treść pozostawiła w sferze domysłów i zatrzymując się przed drzwiami szatni, rozejrzała się. Nikogo w pobliżu. Nacisnęła na mosiężna klamkę i pchnęła drzwi.

Weiss siedział na blacie, za którym zwykł stać szatniarz.

– Jestem – powiedziała.

– Jesteś – rzekł niskim głosem powstając z blatu. Wyczuła od niego zapach smrodu kiepskiej mieszanki ziołowej do palenia.

Nie wiedziała czy sama ma zagaić czy poczekać aż Karl sam zacznie mówić. Cisza peszyła ją. Uciekała od wzroku żaka i była zarazem pewna, że mężczyzna wyczuwa jej zakłopotanie.

– Spokojnie, moja droga – zaczął łagodnym głosem. Mimo to jego chropowata barwa drażniła delikatny słuch studentki. – Chciałem z tobą porozmawiać o Tomasie.

Zmarszczyła brwi i podniosła głowę. Nie lubiła rozmawiać o kimś za plecami.

– Wyraziłem się źle, przepraszam – Karl zrozumiał sygnał pochodzący z oblicza dziewczyny. – Tomas zaprosił mnie do rozmowy, ale nie dowiedziałem się niczego konkretnego. Tak, wiem, że pojutrze zobowiązał się do przekazania szczegółów, ale nie chcę być zaskoczony. Powiesz mi co mu leży na sercu?

Emila wahała się. Istotnie, wiedziała co Tomas ukrywa, ale wolała by to on przekazał Karlowi swoje myśli. Błądząc wśród wątpliwości nie zauważyła nawet, że student znalazł się bliżej niej.

– Sama nie wiem… – Nie potrafiła podnieść wzroku. – Ech… – Zdecydowała. – Ty go nie pamiętasz, prawda?

Pokręcił głową.

– Tomas brał udział w twoim buncie. Na początku. Wciągnął go jego brat, Albrecht. Chodzili na pikiety, rozdawali ulotki, nawet byli na barykadach, ale… – Urwała.

– Ale?

– Ale Tomas stchórzył – dokończyła prędko. – Uciekł, gdy zobaczył oddziały Heinricha ze Stalervek. Skrył się w dzielnicy elfów a gdy dotarły tam wojska zbiegł do świątyni Hilen. Tam się poznaliśmy. Byłam akolitką, ale to co zobaczyłam…

– Powiedz proszę.

Emila złożyła ręce na piersiach. Czyniła tak, gdy czuła się zdenerwowana. Spuszczała wzrok i tuliła się sama gładkimi jak atłas rękami. Usiadła na ziemi obok zajętych wieszaków z płaszczami zaciągając seledynową suknię na kostki.

– Rannych po walkach umieszczano w szpitalach oraz w świątyni Hilen – opowiadała dalej. – Tomasowi nic się nie stało, ale postanowiłam udzielić mu azylu. Wkrótce przywieziono ranne elfy i krasnoludy. Wśród nich byli i żacy. Udzielając im pomocy znalazłam Tomasa, który łkał i przepraszał Albrechta a potem…

Dziewczyna schowała głowę w dłoniach. Nie płacz, nie płacz – powtarzała w myślach. Na próżno. Nagle poczuła czyjeś ciepło na swym prawym boku. Karl usiadł obok niej i przyglądał się troskliwym obliczem. Czuła, że nie powinna, ale na bogów musze to z siebie wyrzucić!

– Matka przełożona przeczuła, że zjawi się wojsko – podjęła ponownie. – I miała rację! Oprawcy naczelnika zamordowali wszystkich! Elfy, krasnoludy, studenci! Wszyscy zginęli! A matka przełożona schowała się w zakrystii! Nic nie uczyniła! – Emila wybuchła gromkim płaczem. – A oni… Gwałcili, mordowali…

– To moja wina.

Emila uniosła głowę i pokazała Karlowi czerwoną twarz, wilgotną od łez.

– Co ty gadasz?

– To prawda. To moja wina. Ludzie i nieludzie zginęli bo ja rozpętałem ten bunt.

– Brednie! Postąpiłeś słusznie! To cesarz jest głupcem i winnym śmierci tych… O bogowie… Co oni chcą od nie-ludzi? By myśleli jak ludzie? By myśleli jak wszyscy? Przecież większość to głupcy! Idą przez życie jak posłuszne owce ganiane przez pasterskie psy – żaliła się dziewczyna. – Postąpiłeś słusznie. Skąd mogłeś wiedzieć jak zareaguje władza?

– To nieistotne. Skutek był taki a nie inny.

– Mylisz się. Wiem to ja i wiesz ty – dziewczyna spojrzała na Karla mokrym oczami. – Tomas też to wie.

– Co się z nim stało?

– Uciekł ze świątyni. Znalazłam go pijanego na barykadach. Akolici asystowali kapłanom przy modłach w intencji tych, którzy ocaleli. Znasz ten zwyczaj, prawda?

– Tak – potwierdził. – Na polach bitwy tuż po starciu kapłani Hilen składają dzięki Belladonowi za to, że przerwał walkę. Potem zjawiają się kapłani Walsa i odprawiają wstępne nabożeństwo w intencji zmarłych.

– To nie był koniec. Gdy rozprawiono się z żakami wojsko i straż miejska wkroczyła do dzielnicy nie-ludzi. Matka przełożona otrzymała rozkaz by wstrzymać się od niesienia pomocy i… – Emila zapłakała gorzko. – I wypełniła rozkaz. Nie mogłam tego znieść – poczuła, że Weiss ujął ja za dłoń. – Odeszłam ze świątyni, zaś mój ojciec wysłał mnie na uniwersytet. Zresztą, to było jego marzenie – uśmiechnęła się blado do wspomnień. – Tutaj spotkałam Tomasa Voutera. Był inny. Silny. Cały czas mówił, że czeka na okazję by odwdzięczyć się mordercom brata. Ale cóż z tego?  Teraz, gdy nadszedł czas próby, waha się.

– Boi się, że spotka go taki sam los jak jego brata?

– Też, ale… – pokiwała głową. – Tomas obawia się, że rozlew krwi niczego nie zmieni. I ma chyba racje. Co zdobyliśmy wtedy?

Zapadła nurtująca umysły cisza. Emila wsłuchiwała się w nią i zdała sobie sprawę, że Karl nie puścił jej dłoni.

– W całym mroku nieszczęść odnajduję światło – wymruczał żak.

Poczuła uderzenie w klatce piersiowej. Potem kolejne. I kolejne. Serce uderzało mocno, miarowo. Oddech stał się płytki i prędki jak woda w górskim potoku. Strumień żądzy przelał się przez dziewczynę zmuszając ja do skierowania twarzy ku Karlowi. Widok jaki zastała przeraził ją. Targane zmęczeniem oblicze rysowało się jej jako dojrzałe. Zmęczone, lecz nieugięte. Ostre i twarde jak stal, ale miłe oraz gładkie jak diament. Skąpała się w zieleni jego oczu i poczuła się jak na okraszonej rosą łące. Wbrew woli dotknęła jego skroni za uchem. Szukała wśród skołtunionych włosów szramy, która zdobył na barykadach. Namacalnego dowodu męstwa. Nie znalazła. Lecz poczuła smak jego warg.

Czuła jak ciało staje się ciężkie, płynne, mozolne. Nie potrafiła brnąć pod prąd. Dając ponieść się fali poczuła dreszcz. Grzechu? Zdrady?  Ale i Tomas zdradził. Siebie. Brata. Ideały – usprawiedliwiała się gładko. – Czemu mam mu ustępować w słabości. Jestem tylko kobietą… Tylko  zagubionym człowiekiem…  Pozwoliła podnieś się mężczyźnie. Naparł na nią przy ścianie, szukając ukojenia pragnień błądząc rękami po jej ciele. Oddychali szybko. Łapczywie konsumując każdy oddech. Przestał. Dlaczego?  Otwierając oczy dostrzegła, że wpatruje się w nią. Zrozumiała. Ale nie wiedziała, co odpowiedzieć. Owinięte wcześniej ręce w koło jego szyi, złożyła na barkach.

Pomóż odnaleźć mi drogę… – myślała.

Poczuła jego rękę na tyle. Chwycił ją mocno. Pewnie. Stanowczo. Jak nikt przed tym. Oplotła go nogą i czekała aż uniesie ją ku górze. Do nieba. Tam gdzie nie ma bólu, tam gdzie przez krótkie momenty nie pamięta się o niczym innym. Chciała zmienić się w jedno ciało z Karlem.  Ale on zwlekał. Wydłużał nieuniknione. Nie ma drogi odwrotu. Nie ma ucieczki.  Chwycił ją obiema rękoma, zaś ona dala się schwytać. Niósł ją wolno wpatrując się w jej twarz. Zieleń i błękit ich oczu spotkały się.  Nie myśleli nic ponad to. Niebo i ziemia. Emila nigdy nie czuła się tak wysoko. Wyżej niż strzeliste wieże Katedry Wielkiego Eo, wyżej niż połyskująca w świetle srebrnego księżyca kopuła Bazyliki Cesarskiej. Wyżej. Za wysoko. Co kiedy przyjdzie mi spaść?  – Zmartwiła się. Mężczyzna dopatrzył się, że niebo uciekło od ziemi. Posadził ją na blacie szatni i ujął za talię. Zatapiając w jej szyi usta, przypomniał o swej obecności. Przyciągnęła go do ciała i owinęła nogami. Rozprawiła się brutalnie z jego paskiem od spodni i poczuła ciepło dłoni Karla błądzącego pod jej suknią. Chciała się położyć na blacie. Czy zakręcił się świat? Nie pozwolił jej opaść. Chciał inaczej. Wiedziała o tym. Dobrze! Ale już!  Prędzej nim dowie się świat!  Nawet tu, bez łóżka!

Stało się. Emila dyszała mocno…  Karl też. Ale potem nie opadł na nią. Tomas tak robił. A on nie. Gdy skończył podciągnął spodnie i zapiął klamrę pasa. Znów niebo i ziemia zetknęły się w milczących interwałach czasu. Ucałował jej dłoń przesuwając ją najpierw ku swym ustom.

– Co teraz? – Spytała, gdy przyjęła pocałunek.

Pogłaskał ją czułe po głowie i uśmiechnął się krzywo.

– A czego byś pragnęła?  – Odpowiedział pytaniem.

– Nie wiem – zakłopotała się. – Nie chcę by Tomas się o tym dowiedział. To go złamie. Przestanie wierzyć w sprawę i porzuci to, co zostało zbudowane.

– Emilo, pytam czego ty chcesz.

Pomyślała, że uwiódł ja w jednym celu, ale… Po co by pytał o moje pragnienia?

– Nie wiem. Pogubiłam się. Wydaje mi się, że sprowadziłeś mnie tu w jednym celu… – zerknęła na mężczyznę z dozą strachu. – Ech, Karl.. Nie wiem gdzie jestem.

– Jesteś w pokoju – odparł Karl zadzierając jej głowę do góry.

– Nie żartuje sobie.

– Nie żartuję – rzekł spoglądając na nią z uśmiechem. – Wszyscy odwiedzamy różne pokoje. Zaglądamy do nich na moment, przeglądając się w stojących w nich lustrach.

– Mówisz jak niejaki Artem. Poeta z południa państwa – zakpiła dziewczyna.

– Być może, ale posłuchaj – Karl nie zniechęcił się. – Przyglądamy się swoim cechom, zajęciom, aspiracjom, ale czasem ktoś wchodzi do tego samego pokoju co my – pogładził jej delikatną rękę. – Ty weszłaś do mojego pokoju, a ja twojego. Przeglądamy się teraz w jednym lustrze.

Piękne słowa, panie Weiss, ale plecie pan jak poeta – myślała Emila. Nie mogąc powstrzymać chęci przyglądania się twarzy Karla postanowiła rozprasować dłońmi pogniecioną suknię. Trud zdawał się próżny, lecz skutecznie absorbował uwagę dziewczyny. Czuła jego wzrok. Kłujący i czysty jak mróz.

– Po co mnie tu zaprosiłeś? – Odważyła się zapytać wprost.

Nie odpowiedział. Emila poczuła się źle. Jak wtedy, gdy oznajmiła matce przełożonej, że odchodzi. Ruszyła wówczas w mało znane, w niebezpieczne, bo nowe. Nie ufając w słuszność kroków. Ale Karl… Niepodległy, wolny i silny. Spróbował raz i nie powiodło mu się. Teraz wrócił, choć widział jak będzie ciężko. Mimo to jest. I będzie. Pokonany, ale nie zdobyty jak gród Yorbrittum, co strzela w niebo surowym basztami.

Inny niż Tomas.

– Emilo, spotkamy się jeszcze – szukał słowa – sami?

Poczuła, że pragnie się z nią pożegnać, lecz jak na przekór nie wyglądał na takiego, który chciałby odejść.

– Może kiedyś. W jakimś pokoju z jednym lustrem – odpowiedziała z marnym uśmiechem.


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 2 (2015) kwartalnika Abyssos.

<- Część I | Część III ->

You Might Also Like

Skomentuj

Treść