Varia

Michał J. Sobociński – Obowiązek

81 Wyświetleń

Nocą spadł deszcz, tak jak pan Józef spadł na pościelone łóżko. Trudno było mówić o szczególnym ułożeniu się do snu, kiedy pan Józef po prostu padł, jak dotknięty kulą żołnierz.
  Małżonka pana Józefa, pani Katarzyna, wstała około godziny ósmej, choć nie spała od godziny trzeciej. Pan Józef, pozostając w niezmiennej pozycji horyzontalnej, ułożony na wznak, nie mógł wiedzieć o sennych turbulencjach połowicy.
  Wszakże wypił z kolegami w starej stoczni ponad litr berbeluchy. Imprezę zakończyli, gdy zjawił się duet mężczyzn.  Żaden z nich nie był aniołem, choć mówili i przedstawiali się, jako stróżowie.
  Rankiem ukłuło go w prawą powiekę wredne słońce. Zaczęło grzać, mimo że była jesień. Otworzył ukłute oko. Drugiego nie miał siły.
  Wstał jęcząc z bólu. Poszedł do toalety celem przywrócenia sobie świetności. Wołającej o remont ubikacji również przydałaby się toaleta, pomyślał. Zaraz przeklął widząc, a przede wszystkim czując, że nocą przy oddawaniu moczu nie wysilał się na opuszczanie spodni. Jak to wytrzymała w nocy pani Katarzyna? Pan Józef nie był pewny, lecz błysk w pamięci wyostrzył mu obraz, w którym małżonka skrupulatnej okrywa się kołdrą.
  Gdy z wanny wyszedł nowy człowiek, w pierwszym odruchu pomyślał o kwiatach dla pani Katarzyny. W drugim odruchu zwymiotował szczęśliwie do kibelka wyprodukowanego w miejscowości Koło. Zatoczył się w miejscu, otarł gębę, splunął do umywalki z dawno wytartym logotypem i stwierdził, że oto gotów jest dzień święty święcić.
  Potem poszli na sumę, lecz bez śniadania. Pan Józef zdążył wypić z żoną kawę. Oboje milczeli, co wyjątkowo w smak było panu Józefowi. Głowa pulsowała mu w rytm telewizyjnych reklam zadających troskliwe pytania o perystaltykę jelit, nadmierną potliwość czy uczucie komfortu w krwawe, kobiece dni. Ubrał się w koszulę z krótkimi rękawami. Założył eleganckie spodnie, pamiętające dzień ślubu pana Józefa i pani Katarzyny. Poszli do kościoła.
  Puszczając połowicę do środka chłodnej świątyni, sam stanął przed nawą na dziedzińcu. Widząc towarzyszy nocnych bitew sięgnął do kieszeni i wyciągnął papierosy. Inni poprosili. Poczęstował. Jeden z nich odwdzięczył się ogniem. Pan Józef gadał bzdury, podobnie jego koledzy. Ksiądz coś ględził na kazaniu, ale fonia wychodząca z głośnika tuż pod stopami Matki Boskiej, jęczała, stękała i tak słowa sensownego nie dało się wyłowić ze słowotoku kaznodziei.
  Wracając z kościoła małżeństwo dalej nie odzywało się do siebie. Panu Józefowi zachciało się siku toteż celem oddania moczu udał się za winkiel. Tam obsobaczyła go okrutnie autochtonka, na co mężczyzna zareagował zupełną obojętnością. Po drodze zaszli do dyskontu z owadem w logo. Kupili pierś z kurczaka, piwo, kostkę rosołową, piwo, wyrób czekoladopodobny, piwo, baltonowski chleb oraz piwo. Przy kasie pani Katarzyna wybaczyła kasjerce brak grosika.
  Wrócili do domu. Zapachniało rosołem. Śmierdziało oszczanymi spodniami. Pani Katarzyna otworzyła okno i odzywając się, po raz pierwszy dziś do męża, stwierdziła coś niezrozumiale. Pan Józef stwierdzenia nie pojął. Lęgnął przed telewizorem i wziął się za rosół. Gazowany. Na ten z kostki trzeba było poczekać.
  W telewizji leciała Familiada, którą pan Józef oglądał na bieżąco. Zwykle w seansie towarzyszyła mu żona. Obecnie obrażona. Dawniej oglądał Familiadę i syn pana Józefa, ale odkąd studiuje na uniwersytecie zerwał z tradycjami rodzinnego domu. W ogóle zerwał z rodzinnym domem, niewdzięczny gnój i wykształcony łeb. Po teleturnieju wymuskany gościu opowiadał o programach wyborczych różnych partii politycznych. O wizjach. Założeniach. Koncepcjach. Nie pokusił się o głębsze analizy. Wskazał kto figuruje na miejscu czołowym. Pan Józef ucieszył się, że właśnie ta partia ma szansę zdobyć większość parlamentarną. Obiecali kurwich synów rozliczyć z rabunku, pieniędzy ciutkę rozdać z budżetu i bogatym hultajom złoty kranik zakręcić. Pan Józef w ogóle był zdania, że zachodnie koncerny i bogaci w tym kraju żerują na biednych ludziach. Na grzyb im tyle pieniędzy? Powinni się podzielić!
  Nikt nie powinien zarabiać  więcej niż ja, snuł filozof kanapowy.
  Każdemu winno być odbierane w miarę sukcesów, dodał potem.
To się chyba sprawiedliwość społeczna zowie, dumał. Ale czym ta cała sprawiedliwość społeczna różni się od zwykłej sprawiedliwości? Tego pan Józef nie wiedział.
 Uwagę pomiędzy telewizorem a zegarem, pan Józef podzielił bezbłędnie. Trzynasta trzydzieści i kilka sekund. Pani Katarzyna, co przewidywalne, zawołała męża na obiad. Mruknęła, że od małżonka czuć piwem ze wczoraj i ze dziś. Pan Józef polecił żonie oszczędność słów, w przeciwnym wypadku zaprosi ją do wojażu w egzotyczne miejsca porośnięte pieprzem.
  Przypomniała mu o wyborach.
  Panu Józefowi niespecjalnie chciało ruszyć się z miejsca. Słoneczko pięknie świeciło na dworze, ból głowy łupał. Nie chciał ustąpić ni pod atakiem tłustego rosołu, ni gazowanego rosołu. Co tam jeden głos może zmienić? Z drugiej strony można potem legalnie biadolić na tych u władzy. Po drugie żona przestanie jazgotać. Toteż umęczon i strudzon pan Józef powziął przygotować się.
  Do urny trzeba chodzić godnie. Bez znaczenia czy będzie to urna pogrzebowa czy wyborcza. Nieco wymięta koszula, na nią zaś luźna marynarka z trzema guzikami. Marynarka, rzecz to jasna, rozpięta. W teledurnowizji radzą, by choć jeden guzik zapiąć, ale guzik to oni tam wiedzą. Wszak gorąc leje się z nieba, niby lawa z Wezuwiusza. Włosy ulizał grzebykiem podobnym rybiego kręgosłupa. Odświeżył jamę ustną, swądem zaświadczającą o marności tkanki i ulotnego czasu zębów. Wyszorował je staranie, a dla zabicia smaku fluoru, popił resztką piwa.
  Poszli na przystanek. Pani Katarzyna wręczyła mężowi twardą walutę na zakup dwóch biletów, o cenie niemieszczącej się w granicach rozsądku normalnego mężczyzny. Pan Józef postanowił, wzorem partyzanta sprzed półwieku, schować się w lesie ludzi i czujnym okiem pilnować zniecierpliwionej małżonki. Dopytywałaby się, snuł w myśli, o bilety. A po co niepokoić zaniepokojoną całym życiem kobietę? Obeszło się bez agresji. Do ofensywy wrogiej nacji kanarków nie doszło. Przyczajony partyzant, ukryty chłop, zbliżając się do odpowiedniego przystanku, wrócił do żony i wysiedli razem.
W ogóle to komunikacja powinna być za darmo, niemo orzekł.
  W szkole, wybudowanej z okazji tysiąclecia tego kraju, wyszukali stołówkę. Tam pan Józef plastikiem udowodnił, że on to on. Urzędniczka badała szczegółowo dowód tożsamości, co ciut irytowało mężczyznę. Nachylił się tedy ku niej i wzorem maga rzucił zaklęcie co rychlejszego postępowania. Czar, co ma się rozumieć, zadziałał z siłą podwójnego odoru alkoholowego i przyniósł zamierzone skutki. Kobieta odłożyła dowód osobisty i kazała złożyć autograf w stosownym miejscu. Pożyczając długopis od męża, a raczej siostry, sprawiedliwości poszedł w ustronne miejsce.
  Ci będą lepsi od tamtych, pomyślał. Na pewno kraść nie będą, co tamte kurwie syny! Tego mogę być pewien, zarzucał sobie nieomylność. Ja głosuję na nich od zawsze! Ci nie zawiodą! Oni, co rozumie się jako wrogów publicznych acz chodzących po wolności, to łajzy i sprzedawczyki. Sprzedali dusze i dupy diabłu zagranicznemu. Oni krzty honoru nie mają, tradycji nie szanują i ich dziadkowe w Wermachtcie służyli.
  I zagłosował pan Józef na nieznajome nazwisko przy dobrze znanej mu partii.
  Potem odszedł w poczuciu spełnienia obywatelskiego obowiązku.   

You Might Also Like