fbpx
Varia

Beata Mróz – Jałowcowa, skurczybyku!

181 Wyświetleń

Ludzi popierniczyło już zupełnie. Do tej pory niemal w amoku robili zakupy tylko przed długimi weekenadami, zdającymi się być zapowiedzią apokalipsy, patrząc choćby na przerzedzone półki i obciążone wózki kupujących januszy. Teraz, gdy niemal każda niedziela zdawała się być takim małym świętem, konsumenckie pandemonium zaczynało się już od czwartku i trwało aż do poniedziałku (z oczywistym wyłączeniem wspomnianej niedzieli). Tym samym cotygodniowe zakupy dla chorobliwie nienawidzącego tłumów Bartosza stały się nie lada wyzwaniem, bitwą, do której strategie należało przygotować z odpowiednim wyprzedzeniem.

Wbrew pozorom, planowane działanie wyprzedzające nie było wynikiem głęboko zakorzenionego introwertyzmu Bartosza, ale zwykłą przezornością. W tłumie dużo łatwiej niepostrzeżenie się do kogoś zbliżyć i sprzedać mniej lub bardziej śmiertelny cios. Sam nieraz korzystał z tej metody. Wiedział, że nawet najczujniejsi potrafili przegapić delikatne ukłucie strzałką, szczególnie, gdy przyszło im walczyć o schab na promocji lub inne luksusowe dobra pojawiające się cyklicznie w marketach. Aż za dobrze pamiętał jak dopadł jedną strzygę na promocji torebek Wittchen. Maszkara, o wyjątkowo dobrze dobranej ludzkiej powłoce, nawet nie zauważyła, że coś ją trafiło. Fakt, iż akurat wyrywała upragnioną galanterię skórzaną z rąk jakiegoś grubego babsztyla mógł mieć na to jakiś wpływ. Choć po wyjściu ze sklepu rozpadła się w proch, jej usta wciąż wykrzywiał błogi grymas ekstatycznego uniesienia. No cóż, przynajmniej umarła szczęśliwa, a on mógł sprezentować Monice zgrabną, skórzaną torebkę.

Z tych i innych, mniej lub bardziej praktycznych powodów, znalazł się w markecie w ten środowy poranek. Choć patrząc na godziny otwarcia sklepu należałoby nazwać bladym świtem. W alejce z nabiałem wpadł na zaniepokojonego Mańka – kolegę ze studiów, dorabiającego sobie jako pracownik ochrony. Maniek, mimo szczypiorowatej budowy ciała i aparycji znudzonego nerda, którym zresztą był, potrafił nieźle dokopać. Bartosz aż za dobrze pamiętał ich wspólne, studenckie sparingi i odruchowo potarł bark, zwichnięty podczas jednego z nich. Życie obu chłopaków było wtedy znacznie prostsze. I ten właśnie Maniek, nieraz ratujący kolegę piwem i pokazujący ponoć sekretne chwyty wykradzione przez pradziadka z jakiegoś buddyjskiego klasztoru, stał zamyślony nad wielką kałużą mleka. W koło walały się pogniecione kartony, czy wręcz zmasakrowane kartony. Jednak, gdy dostrzegł znajomego, jego twarz rozpogodziła się.

– Spać nie możesz, że idziesz na zakupy o tak nieludzkiej porze? – Maniek pierwszy wyciągnął rękę na powitanie.

– Tylko tak mogę je zrobić w miarę normalnie – odparł Bartosz, ściskając dłoń ochroniarza. – Ale widzę, że i tobie się nie nudzi – powiedział, patrząc wymownie na rozlane mleko.

– A weź daj spokój. – Maniek przeciągnął ręką po łysej czaszce. – Jakieś szczyle kartony dziurawią. Pewnie nowe wyzwanie sobie wymyśliły, bo w spożywczakach na osiedlu to samo się dzieje – westchnął. – Szkoda tylko, że na sojowe się uparły, bo to cholerstwo drogie, a szef grozi potrąceniem z pensji. – Strapił się.

– Kamery nic nie wychwyciły? – spytał Bartosz, chociaż wiedział, że Maniek z pewnością to już sprawdził.

– A no nie – westchnął, kopiąc jeden z kartonów, a ten, z głuchym dźwiękiem, potoczył się po podłodze. – Wyślepiłem oczy na tych nagraniach, a jedyne, co wychwyciłem, to drobne zakłócenia w obrazie pojawiające się na chwilę przed zdewastowaniem kartonów.

Bartosz podniósł jedno z pustych opakowań. Zawarte w nim kiedyś mleko było ponoć migdałowe.

– To jest inne – wspomniał Mańkowi

– Tak. – Zgrzytnął zębami. – Dziś dobrali się, do tego i kokosowego. Krowiego nie tkną łachudry. – Pogroził pięścią nieistniejącemu przeciwnikowi.

– Słuchaj – zaczął Bartosz, wpatrując się w dwa znajomo wyglądające nakłucia w kartonie. – Tu wala się z piętnaście pustych kartonów. – Szturchnął najbliższy z nich, jakby chciał upewnić się, że i ten jest pusty.

– Ha! I to jest najciekawsze! – Oczy Mańka błysnęły niepokojącą gorączką. – Mleko wyparowało, nie ma. Niet. Null. Zero. –  Każde słowo akcentował machnięciem zaciśniętej w pięść dłoni, a Bartosz patrzył na niego z coraz większym niepokojem.

Sprawa była cokolwiek dziwna. Dzieciaki raczej wynosiłyby kartony albo dziurawiły i uciekały. One były zwyczajnie wypite. Powiedziałby, że wyssane do cna, patrząc na dwa nakłucia na brzegu opakowania i sposób zgniecenia opakowania.

Pokręcił głową w zamyśleniu. Przecież to było mleko roślinne! Hemoglobiny w tym tyle, co kot napłakał. Niedowierzając samemu sobie, otworzył swoje wewnętrzne oko, od kilku lat stanowiące o jego życiu, i spojrzał na pobojowisko.

Mroczna aura rodem ze starych nekropolii niemal powaliła go na ziemię. Była tak znajoma jak schabowy i mizeria na niedzielny obiad u mamy. Jednak miała w sobie też coś obcego, coś niepokojąco współczesnego jak smród dyniowo–sojowego latte i niespodziewane skrzenie smartphona.

Kiedy znów spojrzał na Mańka wyłączając nadprzyrodzoną wizję, ten przyglądał mu się z konsternacją.

– Znów robiłeś to swoje „hokus–pokus”? – zapytał, na co Bartosz kiwnął głową. Nie było sensu tłumaczyć.

– Stary… – Maniek zbladł. – Nie chcę tego, nie po tej rozróbie w akademiku.

Bartosz znów niemo kiwnął głową. Obecny przy nim Manfred Melancholik (państwo Melancholicy wykazali się specyficznym poczuciem humoru wybierając imię dla swego pierworodnego) miał to nieszczęście mieszkać z Bartoszem w jednym pokoju, kiedy to po raz pierwszy otworzyło się jego wewnętrzne oko. Dość powiedzieć, że widok przypominał połączenie „Egzorcysty” z „Pamięcią Absolutną” i animacjami Monthy Pythona. Po nocy, w trakcie której wspólnie zacierali ślady, nic między nimi nie było już takie samo.

– Słuchaj – zaczął Bartosz od niechcenia bujając wózek z zakupami przed sobą. – Tym się właśnie zajmuję. – Jego dłoń zatoczyła szeroki łuk. – Mogę ci pomóc, ale mamy takie niepisane prawo, że o tę pomoc musisz poprosić. – Co akurat było prawdą tylko w części.

Bartosz musiał wręcz bezwzględnie pomóc każdemu, kto o to poprosi, inaczej zostanie przeklęty permanentnym wstrętem do kawy, alkoholu i wyrobów tytoniowych, a w tej pracy, bez używek przetrwać się nie dało. Nieraz przeklinał tę durną zasadę, nie mniej dla starego kumpla mógł zrobić wyjątek.

– Jeśli się zdecydujesz, wiesz jak mnie znaleźć – dodał, pchając wózek w stronę alejki drogeryjnej. „Oko” podpowiadało mu, że za dwa dni Monika dostanie okresu, a jak zwykle skończyły się jej tampony.

Westchnął ciężko na swą męską dolę. Wolał znieść tę chwilę wstydu, niż pozwolić by jego kobieta niczym ranna lwica demolowała mieszkanie. I tak jeden dzień będzie nie do życia, ale może dzięki „zleceniu” przetrwa najgorsze poza domem? Fakt, przeklinał swój dar wiele razy, ale wykrywanie mrocznych i krwawych emanacji nieraz pozwalało mu zapunktować u Moniki. Co prawda ostatnio płakała przez trzy godziny, gdy przyniósł jej ciasto z czekoladową kruszonką, ale kiedy w końcu zasnęła mrucząc szczęśliwie, coś mu mówiło, że na tym nie straci. I nie pomylił się.

Rozważania na temat kobiecej natury i kwestią, czy lepsze są tampony z aplikatorem czy może bez, przerwało sapanie nadbiegającego Mańka.

– Stary musisz mi pomóc – rzucił na wydechu. – Kierownik pokazał mi wyciąg za te mleka z doliczoną karą za niewywiązywanie się z obowiązków. – Jego oczy były rozszerzone ze strachu. – Jak tak dalej pójdzie to do końca życia będę tu za darmo pracował i jeszcze każą mi pieniądze oddawać.

Bartosz pokiwał głową. Nic tak nie likwiduje obaw człowieka w kontaktach ze stroną nadprzyrodzoną, jak argument finansowy.

– O której dziś kończysz pracę? – zapytał rzeczowo i bez zbędnych wstępów.

– O 15 – odparł Maniek. – Najbliższą nockę mam za dwa dni. Wyrobisz się? – spytał z nadzieją w głosie.

– Jasne. – Bartosz uśmiechnął się półgębkiem. Karma jednak wraca. – Wpadnę po ciebie i razem odwiedzimy księdza – dodał, na co Maniek zbladł jeszcze bardziej. – I masarza – stwierdził po chwili, by zwiększyć konsternację kolegi. Następnie sięgnął na półkę i wziął dwie różne paczki tamponów stwierdzając, że ich zapas jest lepszy niż brak.

Po dokonaniu tej trudnej, aczkolwiek niezwykle życiowej decyzji, ruszył przed siebie zostawiając zszokowanego Mańka samemu sobie. Wciąż musiał dokończyć zakupy, a po przyjęciu nadprogramowego zlecenia musiał uzupełnić listę o kilka ważnych pozycji. Po zgarnięciu z półek paczki wafelków orzechowych, dropsów i czekolady, ruszył w stronę działu mięsnego w nadziei na nieco arsenałowego olśnienia. Podejrzewał jedno. Nie tylko ludzi w tych czasach popierdzieliło.

***

Market po godzinach nie był już tym samym miejscem konsumenckiej rozpusty. Spokój emanujący z każdej z alejek był wręcz namacalny, niemal tak podniosły jak w starej katedrze. Taką właśnie ciszę i monumentalną samotność Bartosz byłby w stanie polubić. Kto wie, może praca stróża na nocnej zmianie nie była aż tak zła? I Monika ucieszyłaby się, że znalazł stałe zajęcie. O ile co rusz nie zdarzałyby się jakieś nadprzyrodzone przygody, jak chociażby ta, z udziałem Mańka.

– Jesteś pewny, że to zadziała? – Usłyszał głos kumpla dochodzący z krótkofalówki.

– Jasne. – Gładko skłamał Bartosz, spokojnie patrolując alejkę z makaronami.

Niczego nie był pewny, a już w szczególności identyfikacji istoty, jaką podejrzewał o te uprzykrzające kradzieże z dewastacją w tle. Ostrożnie przejechał dłonią po kolorowych balonach wypełnionych mlecznym płynem. W ramach przygotowań poprzyczepiał je do paska przewieszonego przez pierś. To, wraz z olbrzymim pistoletem na wodę dzierżonym przez niego w dłoniach, sprawiało, że przypominał wyjątkowo wojowniczno nastawionego klauna.

– Jak sytuacja na nabiale? – spytał Mańka zamkniętego w dyżurce ochrony.

Kumpel miał być jego oczami, gdy on sam, w pożyczonym uniformie, robił marketowi obchód tak, jakby na jego półkach kryły się co najmniej skarby Romanowów.

– Siedzimy tu dość długo i nic się nie dzieje – marudził wyraźnie znudzony Maniek. – Poza tym z tej torby dochodzą takie zapachy, że aż mnie w kiszkach skręca.

– Po pierwsze, ta torba zawiera cały nasz arsenał, więc lepiej żeby pozostała nienaruszona. – Bartosz otarł wyimaginowany pot z twarzy. – Po drugie to siedzisz ty, a ja tu nadprogramowe kilometry wyrabiam. – Właśnie mijał lodówki z serami, gdy zatrzymało podskórne uczucie chłodu nie mające nic wspólnego z faktem, że sekcja chłodziarek wybitnie obniżała temperaturę otoczenia. – Po trzecie… – Jego oddech zamienił się w parę. – To musi zadziałać… – ściszył głos i z psikawką gotową do strzału ruszył w stronę półek z mlekiem – poprzedniego miejsca zbrodni. Przygotowali tam dla nieproszonego gościa małą niespodziankę.

– ZAKŁÓCENIA!!! – wrzasnął Maniek, ale jego krzyk zlał się z hukiem przewracanych kartonów i kaskadą swojskich przekleństw wypowiadanych z dziwnym akcentem.

Bartosz wpadł do alejki, gdzie przygotowali zasadzkę. Z kilku strategicznych kartonów usunęli mleko sojowe i zastąpili je krowim, specjalnie błogosławionym. Nie przyglądając się nawet przeciwnikowi z miejsca potraktował go wodą ze święconego przez księdza pistoletu. I to akurat najłatwiej było wyprosić od klechy. Z resztą arsenału były większe problemy. Poza tym, gdyby przeciwnik jednak nie miał natury nadprzyrodzonej to woda nie powinna nikomu zrobić krzywdy. Taką przynajmniej miał nadzieję.

– Nosz kurwa! – dobiegło do uszu Bartosza ze strony… hmm… obcego, plującego płynem ze słuszną zawartością tłuszczu i laktozy jak najbardziej naturalnego pochodzenia, który rano jeszcze znajdował się w krowich wymionach.

– To potwarz! To obraza wielkiego artysty! – darł się w niebogłosy. Niestety, dla Bartosza brzmiało to raczej jak „Tho potwasz, tho obhasa wielkhieko ahtysty!”.

Stwór, bo inaczej nie dało się określić tego menela w dredach, o brodzie pamiętającej brukselkę z sprzed trzech tygodni, w każdym możliwym słowie starał się wcisnąć głoskę “h”. Powodem tego zdecydowanie nie były nad wyraz wyrośnięte czwórki, tylko nieznacznie niemieszczące się w jamie gębowej maszkarona.

– Spokój bratku! – krzyknął Bartosz celując z pistoletu, choć widział, że woda, nawet święcona, nie zrobiła na przeciwniku odpowiedniego wrażenia.

 –Spokhój! Jha ci dham spokhój! – potworek zdenerwował się tak, że wielkie okulary (bez szkieł) zsunęły mu się na koniec haczykowatego nosa. – Nishcycie mhój performance! Jha thu shtukhe uphawiam, a thakhi phlebs mhój nhekhtah i hambhozje na te khowia thucisna zhamienia!

– Bartosz! – Krótkowfalówka plunęła głosem Mańka.

– Nie teraz – odburknął, po czym zwrócił się do przeciwnika. – Jakie to czasy nastały, żeby wampiry zamiast dziewice wysysać, mleko sojowe żłopały?

– Phy! – Oburzony „nosferatu” zaczął oglądać swoje dłonie z długimi, szponiastymi tipsami. – Nie shądze, zhebym mushiał znizhać się dho thej odphowhiedzi. – Uśmiechnął się drapieżnie.

– Bartosz!!

– Ihighnorant…

– Bartosz!!

– Thakhi jhakh thy..

– Bartek, cholera jasna!

– Co? – spytał poirytowany.

– …thego nhie zhosumie. – Wampir uśmiechnął się niepokojąco szeroko.

– On nie wychlał tego mleka sam!

Bartosz musiał przyznać, że zlekceważył go. Sądził, że wampir o tak wegańskich upodobaniach nie może być groźny. Bo co mógł mu zrobić? Wyssać? Przerobić w krwiopijcę na swój obraz i podobieństwo? No cóż. Młody łowca zapomniał, że zwykłego człowieka można zabić na kilka innych, nie mniej barwnych sposobów. Szczególnie, gdy ma się do dyspozycji jeszcze pięć całkiem silnych, tipsiastych maszkar, z czego przynajmniej dwie o bliżej nieokreślonej płci.

Pomijając efektowne syczenie i prychanie przez zęby rodem z kiepskich horrorów (Bartosz znał prawdziwe wampiry i wiedział, że tak się nie zachowują), młody pogromca czuł się jakby wpadł pomiędzy stado meneli. Albo hipsterów. Różnica wizualna była niewielka, a on nie zamierzał się im uważniej przyglądać. Licząc na przytomność Mańka, oderwał z paska jeden z balonów i cisnął nim w najbliższego stwora.

– Macie wegesyny! – krzyknął.

Gdy po salwie śmiechu nastąpił krzyk zarzynanego wieprza, wiedział, że nie pomylił się w ocenie arsenału. Balonowa bomba, wypełniona krowim święconym mlekiem, zadziałała jak granat rozpryskowy, przy okazji tworząc mozaikę barwnych poparzeń na dwóch sąsiednich stworach. Bartosz uśmiechnął się do siebie, gdy przypomniał sobie, jaką sensację wywołali na plebanii prosząc o poświęcenie mleka. Tak naprawdę dopiero gospodyni księdza, patrząc głęboko w oczy łowcy, wymogła na kapłanie spełnienie prośby. Nie wiedział, co w nim dostrzegła i ile wyczytała z jego aury, ale w duchu podziękował kobiecie obiecując sobie, że jeśli z tego wyjdzie, to jakoś się jej odwdzięczy.

Tymczasem zaskoczone wampiry szybko odzyskały rezon. Dwa z nich starały się prowadzić działania zaczepno–obronne unikając mlecznych bomb Bartosza, a pozostała trójka z przywódcą stada na czele, postanowiła doładować swoje moce sojową ambrozją z sąsiednich półek. No tak. Przychodziły tu na żer. Więc miał do czynienia z osłabionymi głodem bestiami. Jeśli się najedzą…

Coś złapało go za ramię i pociągnęło w tył. Siła odrzutu cisnęła nim o półkę z płatkami kukurydzianymi. Te na szczęście zamortyzowały jego upadek. Już dziękował za ocalenie bliżej nieokreślonym bóstwom opiekuńczym, ale gdy zobaczył, co się do niego zbliża, szybko zwątpił w ich istnienie. Ruda istota, którą wcześniej opisałby jako zaniedbaną bezdomną, zaczęła wyglądać jak wielka feministka z najbardziej wojowniczych memów. Przy niej walkirie wydawały się potulnymi kociakami, a męskie narządy rozrodcze same chowały się w podbrzuszu w obawie przed bolesną kastracją.

Bartosza trzeci raz w życiu sparaliżował strach. Pierwszy raz miał miejsce w przedszkolu, gdy na akademii miał wygłosić wierszyk przed całą szkołą, a drugi, gdy zapraszał Monikę na randkę. Poza tym jako mistyczno–genetycznie uwarunkowany łowca potworów (tak, to ponoć było u nich rodzinne) charakteryzował się raczej niskimi progiem przestrachu. Przynajmniej tak myślał aż do teraz.

Już żegnał się z życiem, gdy powietrze przeszył świst i zapach wędzonki. Przerobiona domowym sposobem kołkownica wypluwała z siebie bełty, o promieniach zrobionych z najtwardszych kabanosów, jakie kumple mogli znaleźć w tak krótkim czasie. Trzy z nich bezbłędnie trafiły w dupsko wampirzycy, powodując jej niemal natychmiastową przemianę w kupkę popiołu. Kabanosy też były święcone.

– Stary, rusz dupę, bo sam ich wszystkich nie załatwię! – krzyknął ochroniarz rzucając Bartoszowi torbę z ich arsenałem.

Łowca zanurkował do ciemnego wnętrza, gdy Maniek, niczym Chuck Norris wywijający nunczako z kiełbasy krakowskiej, rzucił się na jednego z wampirów. Mlekopijca tymczasem przeobrażał się w muzyka abstrakcyjnego, wydając przy tym dźwięki tak jękliwe, że przy nich Gala Kakofonixa uznano by za wirtuoza głosu. Widząc chwilową konsternację przeciwników, Bartosz podpalił petardę wetkniętą w kulkę salcesonu i rzucił w pozostałą trójkę. Może mięsny granat nie był tak skuteczny jak mleczny, ale swoje szkody poczynił. Kiedy maszkary próbowały się ogarnąć, łowca wyciągnął nabijane srebrnymi ćwiekami salami, ostrugane, dla wygody, w kształt kija baseballowego. W sumie był nawet ciekawy czy ten metal podziała na jego przeciwników.

Wprawnym okiem dostrzegł najsłabsze ogniwo – strzygowatego pokurcza, którego skóra już zaczynała się lekko dymić – i zaczął okładać go salami. Wampir zawył, czy to od drobinek oślego mięsa czy kawałków kruszcu przyczepionych do jego twarzy, i w ostatnim zrywie heroizmu rzucił się na Bartosza. Ten jednak widząc małą efektywność broni obuchowej, skoczył do torby w poszukiwaniu zaostrzonego chorrizo. Niemal literackim zbiegiem okoliczności stwór nabił się na hiszpańską kiełbasę dokładnie w momencie, gdy młody łowca właśnie odwracał się w jego stronę.

Tymczasem Maniek kończył „dyskusję” z drugim ze swoich przeciwników. Zagnał go w kozi róg na dziale mięsnym i właśnie przebijał złamanym wołowym gnatem z równie zabójczym skutkiem.

– O tym nie pomyślałem – mruknął Bartosz jakby do siebie i zaczął szukać prowodyra całego zajścia.

Przewodnik stada, utożsamiający się z twórcą sztuki współczesnej, tracąc silne ramiona swoich popleczników, starał się wykonać taktyczny odwrót. Łowca tymczasem nonszalancko sięgnął po jeden z tradycyjnych, mlecznych kartonów i odkręcił. Po długim, zaspokajającym pragnienie łyku, cisnął go tuż pod nogi uciekiniera.

Pudełko pękło rozbryzgując mleczną zawartość oraz tworząc warunki idealnie do poślizgu na gładkich płytkach marketu. Testów przyczepności wege–wampir zdecydowanie by nie zdał. Gdy stówr próbował się pozbierać, zgrabnie rzucona świńska nóżka trafiła go prosto w czoło. To Maniek zły jak osa, zbliżał się do źródła swoich problemów. Widząc determinację w oczach kolegi, Bartosz dopadł wampira i przytrzymał go na ziemi. Tymczasem ochroniarz wyciągnął zza paska ściętą w szpic kiełbasę, którą zdawał się trzymać właśnie na taką okazję.

– Jałowcowa? – zdziwił się wampir.

– Z czosnkiem skurczybyku! – krzyknął i zatopił wędlinę w piersi wampira aż po samą etykietkę.

***

To był przyjemny majowy dzień. Monika, pozbawiona „mrocznej aury”, uwijała się przy grillu. Musiała przerobić całe to mięso, jakie przytargali do niej panowie. Bartosz i Maniek siedzieli na ławce korzystając z cienia rozłożystej wiśni. Zewsząd dochodziły ich zapachy pieczonej kiełbasy i głośne rozmowy Polaków. Chłopakom wyjątkowo to dziś nie przeszkadzało a wręcz przeciwnie, brzmiało naprawdę swojsko. Nawet rozkręcone na ful radio, ze Sławomirem, po raz setny śpiewającym o polewaniu się szampanem, nikogo nie drażniło.

– Zawsze tak jest? – spytał Maniek przerywając milczenie.

– Gdzie tam. – Bartosz uśmiechnął się półgębkiem. – U Korczaków szwagier się jeszcze nie spił, więc jest cicho i spokojnie.

– Nie o to pytam – stwierdził z jakąś taką dziwną powagą w oczach.

Łowca westchnął. Mimo, że całe wampirze pobojowisko uprzątnęli całkiem zgrabnie, a Maniek mógł oświadczyć kierownikowi, że już więcej kradzieży mleka nie będzie, ten zażądał nagrania z monitoringu, którego oczywiście dostać nie mógł. W wypijające „sojową ambrozję” wege–wampiry z pewnością by nie uwierzył. Po pokrętnych wyjaśnieniach, nie popartych materiałem dowodowym, na wszelki wypadek zwolnił Mańka, bo temat wydawał mu się podejrzany. I miał rację. Ale chłopak nie narzekał. Miał dość tego miejsca i z chęcią znalazłby coś innego, dlatego teraz z takim wyczekiwaniem patrzył na Bartosza.

– Nie zawsze – westchnął łowca. – Zazwyczaj to czysta porządna robota. Z większością nadprzyrodzonych idzie się dogadać. Tych mniej skorych do rozmowy załatwia się po cichu żelazem, srebrem czy na co tam są wrażliwi. Zazwyczaj jestem bardziej dyplomatą czy negocjatorem niż pełnoetatowym łowcą potworów. Świat się zmienił. Każdy chce żyć, a zabijanie ostatnich przedstawicieli gatunków nie wydaje mi się najwłaściwszym sposobem na życie.

– Czyli to w markecie…

– To było coś dziwnego. – Potarł skronie – Mutacja, moda… nie wiem… po weekendzie będę musiał o tym ze starszyzną pogadać.

– Ha! Czyli nie wiedziałeś, czy święcone mleko zadziała! – Wytknął mu kumpel.

– Ale zadziałało. – Uśmiechnął się i pociągnął łyk piwa.

Znów umilkli, relaksując się chwilą spokoju, gdy nagle dobiegły i głosy dyskutujących sąsiadów.

– Panie kiedyś to było! Teraz się im wszystkim w dupach poprzewracało. Telefony, srajfony, buty za połowę pensji i jakieś takie fikuśne kawy, co człek nawet nazwy nie powtórzy. A ja Panu powiem, że to przez to, że mięsa nie jedzą, gorzałki się nie napiją. Organizmowi podstawowych witamin brakuje to i wariować zaczyna…

Maniek z Bartoszem spojrzeli po sobie i parsknęli śmiechem. Jakoś nie mogli się z tym panem nie zgodzić.

You Might Also Like