fbpx
Varia

Janusz Borys – Biesiada w domu Drakhara

117 Wyświetleń

Pomarańczowa aura roztoczona przez płomienie, była widoczna na wiele mil w każdym kierunku. Rungir pomyślał na początku, że to zapewne jeden z pierwotnych jaszczurów przebudził się w głębinach Skamieniałej Doliny i przybył na dwór Drakhara, aby siać zniszczenie. Młodzieniec dziękował bogom za swą powściągliwość i zdrowy rozsądek, wszak prawie skompromitował się w towarzystwie swej drużyny i niewiast jadących na ciężkich wozach, wyładowanych darami. Ludzie śmialiby się z niego przez całą biesiadę, nie dając mu zapomnieć o swym zabobonnym lęku i wybujałej wyobraźni. Hrodwiga na pewno przyłączyłaby się do nich. Zmrużyłaby te swoje jasne oczy z odrazą i patrzyła na niego jak na byle dziecko czy najpodlejszego thralla – pomyślał trwożnie Rungir.

– Wygląda niesamowicie – zagadnął ktoś zza pleców pogrążonego w zadumie Rungira.

Młodzieniec drgnął zaskoczony, ściągnął wodze swego rumaka, który wyczuwając panikę jeźdźca, zarzucił na bok wielkim łbem.

– Jakby ktoś ciął je mieczem – rzucił w odpowiedzi młodzieniec, tocząc czujnym wzrokiem po pionowym zboczu ponad warownym grodem, do którego zmierzali.

– Ponoć po drugiej stronie tych szczytów jest wiele podobnych miejsc. Tylko, że ktoś wyciął w nich schody, nawy i komnaty tak wielkie, że mogłyby pomieścić tysiąc mężów.

Słysząc te słowa, Rungir znów zatracił się w swych wyobrażeniach. Na chwilę znalazł się wśród przepastnych hal i kamiennych naw, podpartych surowymi, kamiennymi kolumnami.

– Jeśli to prawda to musieli je wykuć giganci, żaden człowiek nie dokonałby takiej rzeczy – stwierdził Rungir, rzuciwszy spojrzenie towarzyszącemu mu jeźdźcowi.

Asrag wyszczerzył zęby w wilczym uśmiechu. Jego dłoń bezwiednie przesunęła się na rękojeść szerokiego, żelaznego miecza zawieszonego przy siodle.

– Chciałbym zabić giganta – rzucił z rozmarzeniem i ryknął śmiechem, Rungir dołączył do niego, gdyż pomyślał o tym samym.

Ich rozmowę przerwał skowyt wilków. Potężny ryk rozdarł nocną ciszę i poniósł się wysoko ponad prehistorycznymi lasami i jeszcze starszymi górami. Kruki poderwały się z ośnieżonych gałęzi sosen i wzbiły z jazgotem w czarne jak węgiel niebo. Ale nawet odgłos ich potężnych skrzydeł bijących chłodne powietrze, nie zagłuszył zewu trąb. Kolumna wojów zatrzymała się, oczekując odpowiedzi z głębi skąpanego w ognistym blasku grodu. Zapadła długa chwila nerwowego oczekiwania. Wierzchowce drobiły niepewnie w miejscu, ryjąc śnieg pazurami, jeźdźcy poprawiali hełmy i sprawdzali czy broń dobrze leży przy siodłach. I choć przybyli na zaproszenie Drakhara – pana i władcy tych gór, wiekowego pogromcy podludzi i niszczyciela ksiąg – wciąż musieli mieć się na baczności. W tych stronach łatwo było o krwawy zatarg, słowa często były podszyte zdradą. Drużyna, do której należał Rungir, musiała być szczególnie ostrożna. Towarzyszyły im w końcu niewiasty i wozy wyładowane piwem, a także darami dla Drakhara i jego dworu. Atrakcyjny łup dla każdego liczącego się klanu.

Napięcie prysło w jednej chwili, gdy konchy z grodu zagrały w odpowiedzi. Drewniane wrota rozwarły się ze złowrogim pomrukiem. Nagle zaroiło się przy nich od ludzi w futrzanych płaszczach, przyświecających sobie pochodniami. Rungir rozluźnił się, bezdźwięcznie wsunął łuk z powrotem do sajdaka i wyprostował się w siodle, aby lepiej przyjrzeć się fortyfikacją wzniesionym na zdradliwie oblodzonym wzgórzu.

– Wygląda na to, że dziś będziemy tylko pić i śpiewać Asragu – rzucił uradowany młodzieniec do swego przyjaciela.

– Nie chwal nocy przed pierwszym brzaskiem – rzuciła postać, która szybko wysforowała się na czoło kolumny.

Obaj młodzieńcy pochylili głowy przed swym wodzem, jak tylko usłyszeli jego zachrypnięty głos.

Rungir wiedział, że Hrodwald miał rację. Jeszcze wiele mogło się wydarzyć, nim wstanie słońce. Gdy wojownicy klanów spotykali się przed kolejną wyprawą na ziemię podludzi, łatwo było o zwadę.

Wnętrze długiego domu tętniło życiem. W okrągłych paleniskach otoczonych przez roześmianych, rumianych od piwa ludzi, ryczał ogień, który szybko pozwalał zapomnieć o panującym na zewnątrz mrozie. Stoły uginały się od jadła i napitku. Wojownicy ze wszystkich klanów mieszali się ze sobą, przechwalając się osiągnięciami swych legendarnych bohaterów i wodzów, a także własnymi wyczynami. Mężowie utalentowani w śpiewie i grze na lirze konkurowali ze sobą, prezentując epickie poematy, pieśni opiewające niemal już zapomniane dzieje i romantyczne ballady ubóstwiane, przez licznie zgromadzone niewiasty. Dzieci skryte w nawach wielkiej sali, przyglądały się temu wszystkiemu z zazdrością, marząc o dniu, gdy same będą mogły uczestniczyć w podobnych ucztach.

Rungir sączył piwo ze swego ozdobnego, bawolego rogu, słuchając opowieści siwego starca. Zdążył już wysnuć historię zniewolenia ludzi, którzy sprzeciwili się bogom i postanowili żyć w pokoju, a także opowieść o jaszczurzycy Grimojrze i jej grzesznym pragnieniu spisywania przeszłości. Młodzieniec zatracił się w gawędzie, na chwilę przenosząc się poza czas i przestrzeń. W swych wyobrażeniach był jednym z legendarnych pogromców, ścigających upadłych grzeszników, którzy nie wznosili palisad, ani nie kuli głowic toporów, odrzucając pragnienie walki i rozlewu krwi. Uczestniczył w tych historiach całym sobą – duchem i ciałem.

– Wiedziałem, że cię tu znajdę – Asrag dosiadł się do swego towarzysza, zderzając swój róg z jego. Nieco gorzkiego trunku ulało się na podłogę i futrzane płaszcze, w które byli odziani.

Rungir skarcił się w duchu. Jego towarzysz podkradł się do niego drugi raz tej nocy.

– Coś cię trapi – kontynuował Asrag. – Jesteś jednym z najlepszych łowców naszego klanu, cholera być może nawet najlepszym wśród wszystkich klanów! A i tak dałem cię radę zaskoczyć. Niemal słyszę jak trzepocze ci serce Rungirze.

– Ścisz swój głos! – pouczył go młodzieniec, bacznie rozglądając się na boki. Wypowiedzenie takich słów mogło zwiastować zwadę. Żaden z klanów nie lubił, gdy ktoś wywyższał się ponad pozostałych. Szczególnie, jeśli jego przechwałki były niepotwierdzone. – Wiesz, że wciąż mamy pierwszą wyprawę przed sobą.

– Jak tylko skruszeje lód i roztopią się śniegi, pozwolimy zaczerpnąć naszym toporom krwi podludzi przyjacielu! – ryknął Asrag i niemalże cały długi dom zawtórował mu.

Mężowie wydobyli miecze krzycząc i wymachując nimi nad głowami.

Rungir poczuł natychmiastowe ukłucie zazdrości. Optymizm i pasja jego towarzysza zawsze były wstanie poderwać mężów do działania i rozchmurzyć ich ponure oblicza. Wiedział też, że jego okrzyk nie pozostał niezauważony. Ukradkiem rozejrzał się po przepastnej izbie i dostrzegł, że sam Hrodwald przypatruje się jego przyjacielowi z uznaniem i tajemniczym uśmiechem na zazwyczaj posępnej twarzy. Być może to tylko piwo i ciepło przyczyniły się do dobrego humoru ich wodza – pomyślał ponuro Rungir. Lub Hrodwald właśnie odnalazł swego kandydata na kapitana, który poprowadzi drakkar młodych wojów.

– Przeszkadzasz mi w słuchaniu – poskarżył się cicho Rungir, rzucając okiem na rozanieloną twarz swego towarzysza.

– Ty i te twoje bajki. Zawsze z głową w chmurach i z tym tęsknym spojrzeniem, jakbyś sam był już stary i pozostało ci jedynie wspominanie dawnych dziejów. Zjedz i napij się z nami Rungirze. Zasiądź do stołu zajmowanego przez mężów z klanu Hrodwalda. Zamiast jedynie wsłuchiwać się w bajki jak baba, czy posmarkane dziecko, sam opowiedz nam coś o własnych wyczynach.

– Kiedy ja nic nie osiągnąłem – jęknął Rungir, kręcąc się nerwowo na swoim miejscu. – Przestań ze mnie szydzić przyjacielu.

– A kiedy wytropiłeś Wielkiego Spaqua pomimo ulewy? Albo odnalazłeś wilki bojowe w zamieci?

– A jak to się ma do tego, co osiągnęli pogromcy pierwotnych jaszczurów czy tych, którzy stali się egzekutorami boskiego prawa?

– A może po prostu chodzi o nią? – Asrag nagle zmienił temat. – Siedzisz i wzdychasz do niej?

Rzeczywiście Rungir usiadł w idealnym miejscu, aby jej się przyglądać. Siedziała po przeciwnej stronie sali – zimna i wyniosła jak zwykle. Kobieta godna własnej legendy. Hrodwiga trwała samotnie, niczym latarnia morska ponad wzburzonym morzem. Kiedyś otaczałby ją wianuszek godnych zalotników. Wszak córka samego Hrodwalda była wspaniałą branką, ale jej charakter okazał się przeszkodą, niemożliwą do pokonania nawet dla najdzielniejszych mężów. Co wcale nie zniechęcało młodego Rungira. Z niecierpliwością czekał dnia, gdy powróci z pierwszej wyprawy i będzie mógł stanąć w konkury o serce Hrodwigi.

– Nawet jeśli to co z tego? – odpowiedział po chwili milczenia. – Czyż nie jest piękna?

– Może piękna, ale z przeklętym charakterem. Cały klan słyszał o bluźnierstwach Hrodwigi.

Rungir słysząc te słowa, porwał się na równe nogi i rzucił towarzyszowi nienawistne spojrzenie. Jego dłonie zacisnęły się w pięści.

– Uważaj na słowa Asragu. Zapominasz, o kim mówisz.

– Niczego nie zapominam. Sam Hrodwald otwarcie wyraża pogardę do swej córki. I on odwrócił się od jej trujących słów.

– Nie wiesz, o czym mówisz.

– Ona obraża Czterech Bogów głupcze. Cały klan jest w niebezpieczeństwie. Może spaść na nas przekleństwo.

Obraża bogów, pomyślał drwiąco Rungir. Cóż to za bogowie, którzy nie są w stanie znieść cierpkich słów? Tacy, którzy zwróciliby się przeciw jednemu z najstarszych klanów tylko dlatego, że jedna niewiasta ma w sobie odwagę, otwarcie ich krytykować. Zresztą zgodnie z legendą klan Hrodwalda sam pochodzi od Frostnira ojca całej ludzkości. Czyż więc Hrodwiga nie krytykuje jedynie własnego rodu? Czy to właśnie jest przyczyną wzgardy jej ojca i starszyzny? Wszak dla władców nie ma nic gorszego niż człowiek podważający ich autorytet.

Rungir zapomniał o gniewie, myśląc o cierpieniu, które musi odczuwać jego luba. Po prostu stał tam, przyglądając się jej chłodnemu obliczu głuchy na słowa swego druha. Zatopiony w świecie, w którym istniała tylko ona. I wtedy odwróciła się ku niemu. Nie spojrzała jedynie ukradkiem, jak zrobiłaby to inna niewiasta. Zwróciła się do niego piersią, spoglądając na niego badawczo swymi lodowato zimnymi, błękitnymi oczyma. Była w nich drwina lub niewypowiedziane wyzwanie. Młodzieniec nie miał zamiaru przejmować się zasadami. Może za sprawą piwa, które wypił lub jej spojrzenia. Zrobił pierwszy krok w kierunku Hrodwigi i wtedy zagrały Konhy.

Drzwi wielkiej sali rozwarły się gwałtownie, do środka wdarł się śnieg, wirujący dziko wśród pochodni i długich stołów. Nieznajomy ryknął na całe gardło, wdzierając się do sali, niczym pogrążony w amoku berserk. Ygdras Hadrson, Ygdras Dwa Imiona był smukłym mężem o gorącym temperamencie i niezwykle przystojnej twarzy. Żywa legenda swego pokolenia. Człowiek, który zabił pierwotnego jaszczura. Jego purpurowy płaszcz łopotał na lodowatym wietrze, gdy wykrzykiwał pozdrowienia i ponaglał swych ludzi wnoszących beczki z piwem. Biesiadnicy z niedowierzaniem przyglądali się całej scenie. Taki dostatek był rzadko widywany, a dzielenie się nim było postrzegane, jako głupota, szaleństwo lub w najgorszym wypadku obelga. I choć Ygdras był uznanym wojownikiem i bohaterem narodowym, słynął też ze złego charakteru, przejawiającego się w skłonności do mordu jak i wszczynania awantur.

Rungir powiódł wzrokiem po zgromadzonych na sali wodzach klanów. Twarz Drakhara stanowiła prawdziwie marsową maskę.

Czyli Ygdras Dwa Imiona zabrał ze sobą większą obfitość piwa niż ta, którą podzielił się gospodarz – pomyślał Rungir. Było to jednoznaczne z okazaniem pogardy dla gospodarza. Sugerowanie, że był on biedniejszy od swego gościa. A podobne zachowanie zawsze wróżyło rychły rozlew krwi. Choć jak na razie Drakhar trzymał nerwy na wodzy, jedynie ponuro obserwując ekstrawagancję Ygdrasa.

– Wyrazy szacunku dla wielkiego Drakhara pana tych ziem, protektora wybrzeży i przywódcy klanu Drakhar – krzyknął dziarsko Ygdras unosząc srebrny kielich do ust.

Ludzie z lubością podjęli toast. Rozpierała ich duma, że oto ucztują ramię w ramię z żywą legendą. I gdy już wydawałoby się, że wszystko skończyłoby się na niewielkim skandalu. Z długich cieni zalegających za tronem gospodarza, wyłoniła się ogromna sylwetka. Postać bliższa gigantowi niż człowiekowi. Na twarzy olbrzyma malowała się irytacja, przepleciona z nienawiścią. Serce Rungira zabiło gwałtownie, gdy zdał sobie sprawę z tego, kim jest tajemniczy olbrzym.

– Widzę Ygdrasie, że w dworze twego klanu zabrakło mężów zdolnych wypić cały ten trunek – zadudnił ogromny mąż, gdy pogardliwy uśmiech pojawił się na jego twarzy. – Ale nie martw się. Klan Drakhara z przyjemnością ci pomoże.

Fagir Pogromca Trolli oparł swe spracowane dłonie na biodrach, gdy sala wybuchnęła szyderczymi rechotami. Nie spuszczał wzroku z Ygdrasa, który aż posiniał z wściekłości, słysząc obraźliwe słowa z ust swego odwiecznego rywala. Obaj mężowie piorunowali się spojrzeniami, niczym wilki gotowe wyrwać sobie nawzajem gardła.

Rungir był pewien, że Fagir przez cały ten czas ukrywał swą obecność, oczekując przybycia znienawidzonego konkurenta. Uczta była wszak ostatnią formalną okazją, która pozwoliłaby im w końcu odkryć, kto jest najpotężniejszym wojem wśród wszystkich klanów. Obserwujący scenę młodzieniec, oderwał swe podekscytowane spojrzenie od mężów i rozejrzał się po sali. Dostrzegł nieludzkich thralli pospiesznie odsuwających ławy i stoły, tworząc w ten sposób naprędce skleconą arenę. Przyjrzał się też gospodarzowi. Ten jednak wyczuł wzrok młodego Rungira i wbił w niego chłodne, przebiegłe spojrzenie swych starych oczu.

A więc stary Drakhar przewidział to wszystko i już wydał odpowiednie rozkazy – odgadł Rungir.

– Jak śmiesz Fangirze?! Mówić nim gospodarz, zdążył odpowiedzieć na me pozdrowienie? – warczał sprowokowany Ygdras, przestępując z nogi na nogę. Nie mogąc się wręcz doczekać wiszącej w powietrzu walki.

– Tak się składa, że już niedługo klan Drakhar i klan Vaygnip połączą się w jedność – odparował tubalnym głosem Fangir, przekrzykując wrzawę, panującą wewnątrz długiego domu. – Z tej okazji Drakhar pozwolił mi, przemawiać w swoim imieniu. Także widzisz Ygdrasie Dwa Imiona, że jedynym mąciwodą obecnym w tym przybytku jesteś ty.

Słysząc te oskarżenie, Ygdras przesunął dłoń na rękojeść zawieszonego u pasa miecza. Towarzyszący mu wojownicy, poszli w ślad za swym wodzem. Wiwaty, szyderstwa i śmiechy natychmiast zamarły, gdy licznie zgromadzeni mężowie sięgnęli po własne żelazo. Bitwa wisiała w powietrzu. Kobiety skuliły się w kątach lub schroniły pod ścianami, tuląc płaczące i przerażone dzieci do swych piersi.

I to właśnie wtedy wszystkie świece i pochodnie, każde palenisko gorejące pod kotłami strawy, zgasły. Niektórzy krzyknęli, gdy nagle pojawił się błękitny płomień, z którego wystąpił pokrzywiony, pokraczny człowieczek w niegarbowanych, zwierzęcych skórach, ciężko podparty na sękatym kiju, zakończonym żywą gałęzią.

Czyniący Drakhoru, pomyślał Rungir, gdy starzec zarechotał, zataczając się jak pijany.

Ludzie odskoczyli od niego jak poparzeni. Wielu wezwało imiona Czterech Bogów, aby chronili ich przed przewrotną naturą nikczemnego starca. Wszystkie klany lękały się magii i tych, którzy ją dzierżyli. Ludzie wiedzieli, że żaden oręż – nieważne czy żelazny, czy stalowy – nie zdoła pobić czy uśmiercić jednego z tych świętych szaleńców.

– Ośmielacie się biesiadować, przeklinać i szykować do rozlewu krwi, nawet nie myśląc o poświęceniu tego wydarzenia bogom? – wysyczał nieproszony gość, strzelając oczyma na prawo i lewo, napawając się zabobonnym przerażeniem, które malowało się na tępawych twarzach biesiadników. – I to wszystko w cieniu mej góry?

Nikt z zebranych nie odpowiedział. Mężowie jedynie pokornie opuścili głowy, oczekując, aż Drakhar lub ktoś inny przemówi. Jednak nawet gospodarzowi zabrakło odwagi. W jego rozszerzonych z przerażenia oczach, odbijał się blask nienaturalnego, błękitnego płomienia.

– Dopiero w obecności świętego pomazańca przypomnieliście sobie o należnej wszystkim ludziom bogobojności? – kontynuował niewzruszenie intruz. – Dobrze. Uznam to za godne przeprosiny. Ale nie obędzie się bez zapłaty.

– Czego żądasz? – słysząc nieco obłaskawiony ton czyniącego, Drakhar odzyskał nieco rezonu.

– Dziesięciu thralli poświęconych w ofierze Czterem Bogom, nim zakończy się noc. Beczkę gorzały, którą przytargali tu ludzie tego w purpurowym płaszczu, a także gościnę tej nocy.

Gospodarz jedynie skinął głową i klasnął w dłonie. U jego boku natychmiast zjawili się najbardziej zaufani słudzy klanu Drakhara, którzy pochylili się tak, aby ich pan mógł wyszeptać swe rozkazy, nie musząc podnosić się ze swego tronu.

Kilka uderzeń serca później eksplodowała przemoc. Słudzy Drakhara chwytali na chybił trafił nieludzkich niewolników, grożąc im biciem i żelazem, jednocześnie wywlekając ich w lodowaty mrok nocy. Rungir wiedział, że na zewnątrz czeka ich jedynie pień na ich karki i topór. Do rana ich głowy ozdobią bramy palisady. Cóż taka była wola bogów – pomyślał. Reszta thralli pospiesznie rzuciła się, do rozpalania wygasłych ogni. I choć czyniący Drakhoru wyglądał na zadowolonego, ludzie i tak trwali w trwożnej ciszy. Tłoczyli się w ciasnych gromadach, przypatrując się starcowi, który spokojnie pił piwo ze swego rogu. Tylko dwóch mężów zachowało rezon. Ygdras Dwa Imiona i Fagir Zabójca Trolli wciąż mierzyli się spojrzeniami, gotowi w każdej chwili rzucić się na siebie. W końcu, gdy starzec skończył raczyć się piwem, odezwał się do pragnących zamordować się wzajemnie mężów.

– A wy, co tak na siebie łypiecie i dyszycie? Ty długowłosy jak cię zwą? – zagadnął starzec, zajęty szukaniem fajki w swej niewielkiej podróżnej torbie. – Ja cię skądś nie znam?

– Zwą mnie Ygdras Dwa Imiona – odrzekł wojownik dziarskim głosem, nawet na moment nie spuszczając wzroku ze swego rosłego rywala. – I choć nigdy nie poznałem ciebie panie. Miałem do czynienia z czyniącym Drakhoru.

– Ach… Już pamiętam mój szlachetny kuzyn Sigard, to on nadał ci drugie imię prawda? Co patrzysz na mnie taki zdziwiony chłopcze? Widziałem to w snach, wszyscy czyniący śnią wspólnie, taka już jest natura naszej więzi. A teraz – mówiąc to starzec zagryzł krzywe zęby na ustniku drewnianej fajki – opowiedz nam o swym zatargu z Fangirem, a ja zapale.

– Ten nikczemnik zawsze mi zazdrościł. Od chwili, gdy to ja okazałem się być pogromcą pierwotnego jaszczura. Nigdy nie mógł pogodzić się z tym, że ktoś okazał się od niego lepszy i godniejszy łaski bogów.

Słysząc te słowa, umięśniony niczym zapaśnik wojownik, zazgrzytał zębami. Ruszył w kierunku swego znienawidzonego rywala z zaciśniętymi pięściami. Widząc to, Ygdras odskoczył, błyskawicznie, dobywając miecza.

– Ty kłamco, ty bękarcie… – klną i wyzywał Fangir, krzywiąc się jak zwierzę. – Ty zabiłeś? Jedyne, co zrobiłeś to zniszczyłeś tamę na rzece Wizgów. Woda zatopiła jaszczura, jak zresztą każdego nieszczęśnika, który żył w tamtych stronach. Po dziś dzień zalegają tam ogryzione szkielety i spuchnięte, gnijące ciała. Jesteś mordercą, ale skaldowie śpiewają o tobie jak o bohaterze!

– Na twarzy Ygdrasa wykwitł ponury uśmieszek. Jego oblicze mocno pociemniało na wspomnienie tamtych straszliwych wydarzeń, które kosztowały życie niezliczonych ludzi. Nim jednak zdążył odpowiedzieć, czyniący wtrącił się w żarliwą wymianę.

– Nie zawsze trzeba pokonywać swych wrogów bezmyślną siłą Fangirze. Tak mówią pieśni, zesłane nam przez bogów – pouczał starzec, kopcąc cuchnące zioło ze swej fajki.

– Ten bezmyślny osiłek nie może mi przebaczyć, bo ja dokonałem czegoś, czego on nigdy nie byłby wstanie uczynić. Nie umiał nawet odnaleźć drogi przez Strome góry. Tydzień tam krążył, nim w końcu je opuścił i to jeszcze po złej stronie! – krzyknął Ygdras, a mężowie ryknęli śmiechem. Jednak, gdy wściekły Fangir potoczył wzrokiem po szydercach, szybko zapadła cisza.

– Ciebie znam Fangirze i nie muszę pytać o twe wyczyny. Wszak na rozkaz czyniących Drakhoru zgładziłeś trolle, blokujące przeprawę nad przełęczą Ostrych Kłów – wyszeptał na wpół do siebie starzec. –  Już widzę, z czym mamy do czynienia! Będziecie walczyć, a ten, kto przeżyje, poprowadzi wyprawę przeciwko podludziom.

Mężowie ryknęli na znak zgody i zachęty, aby zagrzać rywali do walki.

– Niech będzie – rzucił pogardliwie Ygdras Dwa Imiona. – Jeśli taka jest wola bogów.

Jego rywal zachował milczenie. Sięgnął jedynie po topór wojenny, uśmiechając się na wilczą modłę. Wpatrując się w Ygdrasa zdejmującego purpurowy płaszcz, niczym w zwierzynę łowną tropioną od wielu dni.

Wojownicy starli się bez ostrzeżenia, tarcza uderzyła o tarcze. Ostrza przecięły powietrze, nie znajdując swych celi. Sala ryknęła, pogrążona w morderczej ekstazie. Kobiety tuliły się do siebie, osłaniając oczy. Wszystkie z wyjątkiem Hrodwigi, która przyglądała się pojedynkowi z nieskrywanym zainteresowaniem.

Ygdras jest szybszy, pomyślał Rungir, przypatrując się wymianie niczym zahipnotyzowany. Obaj prezentowali się przerażająco. Ich doskonała forma i precyzja ciosów przewyższały każdego wojownika, którego znał młodzieniec. W domu Drakhara równy trafił na równego. Fangir z początku napierał zdecydowanie, wyprowadzając zamaszyste ciosy swym masywnym toporem, zapewne licząc na to, że jego rywal przyjmie ciosy na tarczę, ryzykując złamanie przedramienia. Jednak Ygdras wiedział lepiej. Trzymał się na dystans i czekał, starał się zmęczyć większego wojownika. Choć nie pozostawał pasywny, ani nie unikał walki jak jakiś tchórz. Dźgał swym mieczem, wyprowadzał szybki atak za każdym razem, gdy dostrzegł otwarcie w obronie swego przeciwnika. Starcie przywodziło na myśl pojedynek górskiego niedźwiedzia z górską pumą. I choć Fangir krwawił z kilku ran, które zadał mu mniejszy przeciwnik, Rungir wiedział, że żadna z ran nie jest głęboka. Jedynie niewielkie ukłucia, które prześlizgnęły się przez kolczugę. I to właśnie wtedy, gdy młodzieniec oceniał walczących, doszło do pierwszej zmiany układu sił

Ygdras odskoczył zbyt późno i głowica topora zahaczyła o brzeg tarczy. Ostrze rozdarło drewno i żelazne okucie w mgnieniu oka. Zaskoczony wojownik runął na ziemię. Obserwatorzy wiwatowali na widok wspaniałego ciosu. Fangir nie tracąc czasu wykonał potężnego młyńca i opadł na zszokowanego przeciwnika, który odsunął się w ostatniej chwili. Ostrze topora rozdarło deski wielkiej sali, blokując się na chwilę.

– Tarcza! – ryknął Ygdras podnosząc się na równe nogi. – Tarcza!

Jeden z jego ludzi, którzy wcześniej wnosili beczki z piwem odpowiedział na wezwanie, na chwilę nim nadszedł kolejny druzgoczący cios topora. Jednak tym razem smuklejszy wojownik był gotowy. Skoczył na ostrzę, nie dając mu nabrać impetu i szybkim kopnięciem wytrącił swego przeciwnika z równowagi. Błyskawiczny cios mieczem ugodził Fangira w twarz. Trysnęła krew, salą wstrząsnęło ohydne mlaśnięcie żelaza, rozdzierającego skórę i mięśnie. Nos ugodzonego męża rozpadł się na dwoje, jucha zalewała mu oblicze, spływając do ust niepowstrzymaną kaskadą.  Ygdrass zaatakował ponownie. Miecz z ogromną siłą uderzyło w kark, jednym płynnym ruchem oddzielając głowę od reszty ciała.

Sala ryknęła, czując, że jej żądza krwi została zaspokojona. Zwycięstwa odrzucił tarczę i uniósł okrwawione ostrze wysoko w powietrze, tak aby każdy mógł je zobaczyć. Jednak wtedy stało się coś niespodziewanego. Okaleczone ciało olbrzyma uniosło topór po raz ostatni, aby uderzyć w plecy swego zabójcy. Ygdras musiał się domyśleć, że dzieje się coś dziwnego. Musiał to wyczytać z przerażonych, pobladłych twarzy obserwujących pojedynek ludzi. Nie odwrócił się jednak, zdążył jedynie opuścić ostrzę, które jeszcze przed chwila zwycięsko dźgało powietrze. Wtedy bezgłowy Fangir zatopił swe żelazo głęboko w ciele przerażonego Ygdrasa Dwa Imiona. Cios niemalże oddzielił ramię od barku, tworząc straszliwą ranę, rzygającą strugami krwi. Zaskoczony zwycięzca zawył niczym ugodzone zwierzę, nim zwalił się na śliską od krwi podłogę. W ślad za nim poszło bezgłowe ciało jego rywala.

Jak tylko niespotykany, krwawy spektakl zakończył się, zapadła ciężka cisza. Jedynie wiatr zawodzący za ciężkimi okiennicami i szczekanie psów przypominało, że czas wciąż płynie. Ludzie patrzyli po sobie, pogrążeni w konsternacji.

Wszyscy rozpamiętywali, co powiedział starzec – pomyślał Rungir, równie zdenerwowany i zbity z tropu, co reszta zgromadzonych.

„Ten, kto przeżyje, poprowadzi wyprawę przeciwko podludziom.” Młodzieniec wiedział, że nie tylko on miał palące pytania, na które potrzebował odpowiedzi. Drakhar wbijał intensywne spojrzenie w szalonego świętego.

Dopiero po chwili młody Rungir ocknął się z szoku i niedowierzania. Dostrzegł swoją własną szansę na zyskanie w oczach zgromadzonych.

– Bogowie przemówili – ryknął najmężniej jak umiał. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. Jako, że większość mężów go nie znała, szybko zaczęli szeptać między sobą, aby wywiedzieć się kto ośmiela się zabierać głos w tak ponurej i trudnej sprawie. – Ani Ygdras ani Fangir nie byli godni nam przewodzić! Nastał czas nowych bohaterów, nowych wybrańców!

– I ty chłystku myślisz, że wolno ci przemawiać wśród starszych i jeszcze pewno jesteś ten wybrany przez bogów? – rzucił jakiś zawistny głos z głębi sali.

Ludzie zamruczeli na znak zgody, pokazując szydercze gesty w kierunku młodzieńca. Jednak nie zraniło go to, ani nie osłabiło jego pewności siebie.

– Nie! Myślę, że dopiero następna wyprawa wyłoni godnych. Niechaj topory i spryt zadecydują kto z nas jest wart uśmiechu Czterech Bogów.

Sala ryknęła z uznaniem. Gdy Rungir skończył mówić, otarł pot z czoła i dopiero wtedy poczuł jak okrutnie wali mu serce. Wszak wszyscy wbijali w niego ciekawskie spojrzenia – także jego ukochana jak i mistyk Drakhoru. Jednak wydawało się, że wszyscy są zadowoleni. Czyniący odetchnął z ulgą, wiedząc, że młodzieniec rozwiązał za niego nie lada problem natury religijnej, który mógł znacznie nadwyrężyć zaufanie do wszystkich Drakhorskich mistyków. Hrodwald najwidoczniej pod wrażeniem odwagi i przebiegłości młodzika, uśmiechał się do niego życzliwie, wiedząc, że oto odnalazł mężczyznę, który jest godzien poprowadzić młodych przeciw podludziom. Drakhar rozluźnił się, gdyż wiedział, że interwencja bezimiennego młodzieńca uratowała go przed złym gadaniem ludzi, którzy wszędzie chcieliby widzieć złe omeny i klątwy, szczególnie gdy zwracały się przeciw potężnym i majętnym. Choć nie wszyscy byli zadowoleni z tego obrotu spraw. Rungir zwrócił swe oblicze, najpierw ku swemu przyjacielowi, który nie uśmiechał się już pogodnie do swego druha. Zamiast tego wpatrywał się w niego jak w zajadłego wroga.

Odebrałem mu zaszczyt przewodzenia młodymi, a przynajmniej możliwość łudzenia się, że ten honor przypadnie Asragowi, uzmysłowił sobie Rungir, patrząc na napiętą, gniewną postawę swego druha. Choć jeszcze nikt nie obwieścił mnie oficjalnie przewodnikiem drakaru młodych wilków… Już utraciłem przyjaciela, który być może właśnie stał się mym najzajadlejszym rywalem.

Czy i my w końcu zmierzymy się na takiej uczcie Asragu? – rozpaczał w duchu Rungir.

Jednak nie to najbardziej doskwierało młodzieńcowi. Gdy spojrzał na Hrodwige, dostrzegł w jej oczach żądło zimnej pogardy, wymierzone wprost w niego. Czy to za sprawą podniosłej atmosfery, czy wypitej gorzały Rungir, nie oglądając się na nic, przebił się przez sale wiwatujących mężów, aby porozmawiać ze swą lubą.

– Nadchodzi czas wyprawy – oznajmił, jakby kobieta przez cały ten czas była nieobecna na sali. – Wiem, że dziś jestem nikim. Ale gdy powrócę zza Wzburzonego morza, wystąpię o twą rękę Hrodwigo.

– Nigdy nie powrócisz żywy. Zamiast mordować i grabić, powiem ci co możesz uczynić aby zyskać mą rękę i miłość Rungirze z klanu Hrodwalda – wyszeptała niewiasta, wpatrując się zmrużonymi oczyma w dzielnego młodzieńca. – Zostań ze mną. Odrzuć wojnę i śmierć. A na zawsze będę twoja.

Oddzielić się od klanu? Sprzeciwić tradycji, wyznaczonej przez przodków – śmiał się w duchu Rungir. I co począć dalej? Żyć w samotności i odosobnieniu, uprawiając ziemię i hodując zwierzęta?

– Prosisz o jedno, czego nie mogę zrobić Hrodwigo – rzucił młodzieniec, wpatrując się w nią pożądliwym wzrokiem. – Już wkrótce będziemy palić i mordować. Krew podludzi zabarwi ich rzeki na czerwono, zatruje ziemię, na której nic już nigdy nie wyrośnie. I ja spocznę martwy na tej ziemi, rozdarty na sztuki, jeśli taka jest wola bogów. Jednak, jeśli powrócę na dziobie drakara, będziesz moja i nic mnie nie powstrzyma, przed pojęciem cię na żonę. Ani klan, ani twój ojciec. Rozumiesz mnie?

Dziewczyna nie odpowiedziała. Jedynie pozwoliła sobie na drwiący uśmiech, nim odwróciła się by odejść w głąb sali, gdzie mogłaby pogrążyć się w swej samotności.

Rungir pozwolił jej odejść, zresztą zrobiła to akurat, gdy otoczył go krąg wojowników z gwardii Hrodwalda. Spodziewał się, że wódz będzie chciał z nim porozmawiać, nim noc się dokona. Skinął głową na gwardzistów i pozwolił poprowadzić się przed oblicze swego wodza. Wiedząc, że oto niespodziewanie staje przed życiową szansą, aby okryć swe imię sławą i czcią, której zawsze pożądał.

Świtało już, gdy biesiada dobiegła końca. Ognie wypaliły się dawno temu i nieprzyjemny chłód wkradł się do biesiadnej sali. Thralle uwijali się w ciszy, starając się nie zbudzić, żadnego ze zmorzonych piwem mężów, gdy okrywali ich kocami i zwierzęcymi skórami. Wszyscy spali snem sprawiedliwych, wszyscy za wyjątkiem Hrodwigi, która przyglądała się śpiącym.

Barbarzyńcy, pomyślała, patrząc na pijanych mężów, zalegających wszędzie i gdziekolwiek. Niektórzy z nich leżeli w zaschłej krwi Ygdrassa i Fangira, których ciała posadzono przy jednym z długich stołów, aby jako duchy mogli wciąż cieszyć się ucztą. Odcięta głowa zabójcy trolli została postawiona na talerzu, gdzie zebrała się pokaźna ilość jego posoki. Niczego innego nie można było się spodziewać po niszczycielach ksiąg i mordercach niewinnych, których jedyną przewiną było to, że byli inni. Pokładałam w nich zbyt wiele nadziei, poznając ich kulturę, spędzając z nimi cały ten czas… Słuchałam o pierwotnych jaszczurach, o potworach czających się w nocy, spiskujących przeciw ludziom i ich Czterech Bogom. Próbowałam przemówić im do rozumu, nawet powtórnie narodziłam się jako dziecko Hrodwalda, wszystkie trudy na darmo. Ostatnia nadzieja, którą pokładałam w Rungirze – rozpaczała niewiasta – w jego delikatności i marzycielskiej naturze, prysła jak tylko poczuł, że oto może wsławić się zabijaniem i niszczeniem. Jak każdy, z którym wiązałam nadzieje. Jak każdy z nich.

Hrodwiga obserwując pierwszych budzących się wojowników, podjęła w końcu decyzję. Całą noc toczyła wewnętrzną walkę. Jednak jej medytacje przywiodły ją ku ponurym wnioskom. W końcu zrozumiała, że pokładała zbyt wielką nadzieję w prymitywnych ludziach, opętanych przez demoniczne istoty, podające się za ich bogów. Zbyt naiwni, zbyt łatwowierni… zbyt pijani rządzą krwi. Nagle poczuła wstyd, gdy przypomniała sobie swe kłótnie i zwady z innymi pierwotnymi jaszczurami. Błagała swych braci i siostry, aby oszczędzili ludzki gatunek. Szlachetne istoty zgodziły się i uległy pod jej namowami. Szanowali ją jak równą sobie, choć była kobietą. Jeśli stawali do walki z człowiekiem, zawsze w honorowym starciu. Samotnie mierząc się przeciw armią i czarom, przeciw podstępom i truciznom nikczemnych ludzi. Ginęli heroiczną śmiercią, choć na próżno. Jeden po drugim oddawali swe życie w obronie istot, które nikczemne klany nazywały podludźmi. Ale teraz nastał czas by położyć temu kres, uzmysłowiła sobie Hrodwiga.

Mogę czekać, miarkowała sobie. Poczekam, aż odejdą na swą wyprawę, zabijać i grabić. Dopiero wtedy zrzucę tę obślizgłą człowieczą maskę. Unicestwię ich domostwa, obrócę wniwecz kulturę i zgładzę rodziny nikczemnych wojowników. Spalę na popiół czyniących Drakhoru. A gdy wrócą swymi łodziami, wypełnionymi łupem i niewolnymi thrallami, zrozumieją, że wracają na cmentarzysko pełne spalonych chat i zwęglonych trupów. Tak podjęła sobie Hrodwiga, obserwując ostatnich wojowników, kierujących się na północ ku swoim smukłym okrętom. Odchodzili pełni nadziei, złaknieni przygód i chwały. Rungir odwrócił się na chwilę ku niej, robiąc swą słodką zamyśloną minę. Walczył ze sobą, ona to wiedziała. Odczytywała z jego myśli. Pomachał jej, nim wskoczył na pokład. Tym samym przypieczętowując swój los, swego ludu i Hrodwigi, czy też Grimojry jak niegdyś ją nazywali.

Obserwując odpływające okręty, Grimojra zapłakała na myśl o potworze, którym będzie musiała się stać, aby wyzwolić świat od ludzkiej plagi.

You Might Also Like