Wersja .pdf: Jakub Luberda - Łączka Zajączka (19 pobrań)


– Jesteśmy na miejscu! – powiedział rodzinie Jeremi Hofman, gdy srebrne terenowe suzuki zatoczyło łuk na polanie w głębi starego lasu, tuż przed chatką z bali. Odpowiedziały mu okrzyki radości dzieci i westchnienia ulgi.
Szczęśliwie dotarli tu przed zmrokiem. Światło zachodzącego słońca już sączyło się przez gałęzie sosen i świerków niczym woda przez strop jaskini. Dzień był ciepły, nie wiało, a chmury trzymały się z daleka. Idealne warunki na rodzinne ognisko.
Kierowca wysiadł i odetchnął pełną piersią. Las działał na niego kojąco, jakby wyłączał w mózgu programy wiecznie aktywne w wielkim mieście – te, które odpowiadały za baczne zwracanie uwagi na ruch uliczny, kieszonkowców w tłumie czy spadający z dachów lód.
Pachniał wolnością.
A tego właśnie potrzebowali po ostatnich przeżyciach. Rywal Jeremiego o fotel prezesa wielkiego koncernu elektronicznego, na którego obsadzeniu bardziej zależało radzie zarządu spółki niż jemu, podesłał mu młodą siksę, która miała za zadanie go uwieść i rozbić jego małżeństwo. Liczył, że potem dostarczy członkom rady pikantne fotki i dowiedzie, że Jeremi nie jest w stanie godnie reprezentować wartości firmy. Mężczyzna nie zamierzał zaprzepaścić związku, który niedawno obchodził dwudziestopięciolecie, dla lafiryndy, która ucieknie przy pierwszych oznakach kłopotów. Cenił lojalność, a Marzena była przy nim, gdy nieomal stracili dom przez ryzykowną inwestycję.
– Jak tu pięknie! – zachwycała się jego żona z progu auta. Chwyciła za talizman z króliczej łapki zawieszony na szyi. Robiła tak za każdym razem, gdy czuła się szczęśliwa, by zakląć rzeczywistość i móc w każdej chwili przywołać radość, której doświadczyła.
– Patrzcie, ile królików! – zawołały ich dzieci, Kacper i Matylda, wskazując skraj lasu za domem. Kacper miał dziesięć lat, jedną wiosnę mniej niż siostra. Oprócz nich w aucie siedział ich dwudziestoczteroletni brat, Fryderyk.
– Och nie, przy nich nie będę mogła nic zasadzić! A tak się cieszyłam na pomidory i ogórki z własnego ogródka! – Marzena zakryła dłonią usta ze zgrozy, jakby właśnie zidentyfikowała ciało bliskiego krewnego.
– Nic się nie martw, kochana! – powiedział na wydechu Jeremi, gdy podszedł do bagażnika. – Przy mnie jedzenia nam nie braknie! – Wyjął z bagażnika ulubioną strzelbę myśliwską.
– Chodźmy do wujka i cioci! – zaproponował Kacper i wystrzelił w kierunku drzwi domku.
– Nie ma ich, mały. – Jeremi zatrzasnął bagażnik.
– A gdzie są? – dopytywała się Matylda.
– Znasz ich, pewnie podróżują po świecie.
Dzieci pomogły matce nieść bagaże i razem ruszyli w stronę chaty. Mężczyzna otworzył drzwi rodzinie i przepuścił przodem. Omal nie wyrżnął głową w zawieszoną w przejściu gaśnicę.
Przeszli przez pokój dzienny z sofą na środku i telewizorem pod wschodnią ścianą. Po obu stronach odbiornika znajdowały się drzwi. Jedne wiodły do sypialni, a drugie do niewielkiej kuchni. Naprzeciw wejścia umiejscowiono schody z półpiętrem. Salon przechodził w aneks jadalny.
– Czy Henryk i Alberta nie będą mieli nam za złe, że korzystamy z ich domu letniskowego? – Marzena położyła torby na stole.
– Skąd! Powiedzieli, żebyśmy się rozgościli, a oni do nas dołączą, gdy tylko przyjadą.
– Kiedy z nimi rozmawiałeś?
– Jak ich ostatni raz widziałem, cztery miesiące temu. – Jeremi zaglądał do szafek, jakby spodziewał się, że gospodarze zostawili im zapasy na zimę.
– Nie powinni do tego czasu wrócić? Albo chociaż zadzwonić?
– Pewnie są w jakimś buszu i nawet przez głowę im nie przeszło, że się o nich martwisz.
– To dziwne, nie zabrali sprzętu. Nie sądzisz?
– Może podróżują z plecakiem. Backpacking jest ostatnio modny.
– Może masz rację, stać ich na to, by kupować nowy sprzęt na miejscu.
Pod nogami przebiegły im rozbrykane dzieci. Mężczyzna klasnął dwukrotnie w dłonie, by zwrócić ich uwagę.
– W porządku, dzieci. Obok domu jest nieogrodzone urwisko, więc nie chcę widzieć żadnego z was biegającego w jego pobliżu, jasne?
– Tak, tato! – odparły chórem i wypadły przez drzwi frontowe.
Kolejne minuty upływały na radosnej krzątaninie. Wtem jednak rodzice i ich najstarszy syn usłyszeli krzyk Matyldy i wybiegli na zewnątrz. Znaleźli ją na zachód, tam gdzie kwiecista łąka ustępowała miejsca dzikiej puszczy. Dziewczynka trzymała się za palec z wyrazem zaciętości na twarzy, jakby walczyła z samą Hydrą.
– Matuś, co się stało? – Matka przyklękła obok niej i objęła.
– Chciałam nakarmić króliczka, a on mnie ugryzł! – odparła rozżalona. Ktoś pomyślałby, że to wina zwierzęcia, że wpychała mu palce między siekacze.
– Może nie chciał. Trawa mogła być za krótka – przekonywała Marzena.
Matylda wzruszyła ramionami, wpatrzona w zielsko pod stopami.
– Nie ma co ryzykować. Mógł być wściekły. Zdezynfekuję ranę i zawiozę małą do lekarza.
– Ja nie chcę do szpitala! – Zaczęła płakać.
– Spokojnie, zbadają ci tylko krew i zaraz wrócisz. Będę przy tobie cały czas. Co ty na to?
Niechętnie przytaknęła. Jeremi wziął ją na ręce i zaniósł do wozu.
– Patrzcie, co znalazłem! – zawołał Kacper, który wyłonił się spomiędzy drzew.
Jego ojciec podszedł i zobaczył, że chłopiec trzyma w dłoni drogi zegarek.
– To „słocz” Henryka. Nigdy się z nim nie rozstawał.
– To skąd znalazł się w lesie? – dopytywał się Kacper.
– Może go zgubił? – spekulowała Marzena.
– I wyjechał bez niego? – wtrącił Fryderyk.
– Może im się coś stało? – przejęła się kobieta.
– Pewnie musieli złapać samolot i nie było czasu go szukać.
Wzruszyli ramionami. Jeremi wsiadł do auta, przekręcił kluczyk w stacyjce i wykręcił terenówkę z polany.

***

Pomieszczenie zabiegowe wyglądało tak, jak można było sobie wyobrazić. Na każdej ścianie zajączki i uśmiechnięte chmurki, które miały za zadanie sprawić, że mali pacjenci poczują się pewniej w otoczeniu igieł i bieli rodem z futurystycznej totalitarnej antyutopii. Równie dobrze mogliby porozwieszać wesołe maskotki w kostnicy. Słoneczka mówiące, że wszyscy kiedyś umrzemy. Kwiatuszki radośnie oznajmujące, że to żaden wstyd stać się nawozem. Motyle przekonujące, że śmierć to dopiero początek.
Jeremi wcale się nie dziwił, że dzieci nie lubią wizyt u lekarza. Dobrze wiedziały, że statystycznie prawdziwe jest stwierdzenie, iż do szpitala jedzie się umrzeć. Dopiero dorośli nabywają przydatnej umiejętności wmawiania sobie, że „tym razem będzie inaczej”, która popycha ich do kolektury Idiotolotka lub w kolejne małżeństwo.
Dzieci widzą więcej, bo oszczędzamy im rzeczy, które mogłyby ich zmusić do wytworzenia podobnych mechanizmów obronnych. Ale nie możemy za nimi chodzić i wiecznie zasłaniać oczy i uszy na wszystko, co może je skrzywić. Nie są głupie.
Sympatyczna pani doktor po czterdziestce posmarowała ramię jodyną, by wbita igła nie przeniosła zarazków w głąb skóry i nie spowodowała zakażenia. Potem pobrała krew i założyła opatrunek.
– Wyniki będą jutro rano. Podałam antybiotyki, ale jeśli ma pan obawy, możemy zostawić ją na obserwacji na noc.
– Myślę, że tak będzie najlepiej, pani doktor.
– Tato, nie zostawiaj mnie! – Oczy Matyldy zaszkliły się od łez.
– Spokojnie, skarbie, nie zostawię cię. Pojadę tylko po twoje rzeczy, dobrze? Będę z tobą cały czas.
– Obiecujesz?
– Obiecuję. – Pocałował ją czule w czoło.

***

Jeremi zerknął na zegarek. Dochodziła siedemnasta. Zanim zawiezie Matyldzie jedzenie, przybory toaletowe i odzież na zmianę, miał jeszcze dosyć czasu, by upolować zająca na kolację. Liczył, że gdy tam dotrze, dziewczynka zdąży już zasnąć.
Mężczyzna zakradł się do gromady skubiących trawę zwierząt i podniósł broń. Te spostrzegły jego obecność i jak surykatki stanęły na dwóch łapach. Przyglądały mu się w bezruchu.
Pomyślał, że to osobliwe, ale w duchu był wdzięczny. Nie upolowałby żadnego po ciemku, gdyby się rozpierzchły.
Wymierzył strzelbę i oddał strzał. Pierwszy, i drugi, i trzeci. Wszystkie okazały się celne. Zwierzęta jednak albo nie przywykły do drapieżców, albo nie ruszyły się z miejsca, zdjęte strachem. W każdym razie nie uciekły. Nawet, gdy ich pobratymce padały trupem tuż obok.
Ruszył w ich kierunku, lecz przystanął, gdyż w końcu zauważył reakcję z ich strony. Pokickały do martwych towarzyszy i obwąchały ich. Potem zaczęły skubać trawę tuż przy nich, jak gdyby nigdy nic. Gdy jednak podszedł bliżej, zobaczył, że gryzą nie zielsko, a ciała.
Może ze stresu, pomyślał.
Przepędził resztę i zabrał upolowaną zwierzynę do domu. Na oprawienie będzie musiała poczekać.
Jeremi zapakował rzeczy Matyldy do reklamówki z logo Jaegermeistera i zaniósł do wozu. Chwilę potem ruszył w stronę słońca zwiastującego gasnący dzień, do szpitala.

***

Sala, w której leżała dziewczynka, przesiąknięta była tym samym zapachem Lisolu, co zawsze. Wonią, którą nieraz czuć w tłumie nastolatek, gdy wyparują tanie perfumy, które tym środkiem czyszczącym rozcieńczono.
– Jak się czuje moja mała księżniczka? – zapytał radośnie z progu.
– Tata! – zawołała zachwycona.
– A zgadnij, kto ze mną przyszedł. – Wyciągnął z siatki głowę pluszowego wilczka.
– Rupert! – krzyknęła z jeszcze większym entuzjazmem i rozłożyła przy tym ręce do uścisku.
Objął ją, gdy przytuliła maskotkę i pocałował w czoło.
– O, jesteś rozpalona. Wszystko w porządku?
– Szyja mnie boli.
– Rzeczywiście, opuchnięta.
– Słyszałam, jak pan doktor mówi takiej pani w czapce, że mam – zawahała się – popieprzone więźby płodne.
Jeremi z trudem powstrzymał uśmiech. Normalnie zwróciłby jej uwagę na słownictwo, ale uznał, że widząc reakcję, wprowadziłaby je na stałe do repertuaru, by bawić się jego oburzeniem. Przecież wiedziała, że ją kocha i nie grożą jej za to poważniejsze konsekwencje.
– Jestem pewien, że z twoimi więźbami płodnymi wszystko w porządku. Chodziło mu pewnie o to, że twoje ciałko zwalcza brzydkie bakterie.
Przytaknęła zamyślona.
– Ciągle chce mi się pić. Podasz mi wody?
– Przywiozłem ci sok. Nie chcesz?
– Nie chcę się dzielić z brzydkimi bakteriami. Poczekam, aż sobie pójdą.
– Słusznie. – Nalał jej wody z kranu. – Bo jeszcze zostaną na deser.
Roześmiała się i wzięła od niego kubek. Wypiła całą zawartość duszkiem, więc od razu napełnił naczynie jeszcze raz.
– Opowiesz nam z Rupertem bajeczkę?
– Dla ciebie wszystko, skarbie.
Wyjął książkę z siatki i dramatycznym głosem przeczytał jej tę o Gerdzie, której braci zła królowa śniegu zamieniła w łabędzie. Nie dowiedziała się tym razem, co się z nimi stało, bo szybko zasnęła. Tylko Rupert patrzył w przestrzeń wybałuszonymi w zdumieniu ślepiami. Jeremi doskonale go rozumiał. Też uważał, że jak na bajki dla dzieci, to zbyt ponure opowieści. Ale Matylda ją uwielbiała, a on nie miał serca jej odmówić.
Odłożył tom na szafkę i przykrył dziewczynkę kocem, który ze sobą przywiózł. Przez dłuższą chwilę patrzył, jak śpi. Potem cicho wymknął się z pokoju i zjechał windą z czwartego piętra na parking.
Gdy przekręcił kluczyk w stacyjce, myślał o tym, jaka czułość go ogarnęła, gdy się z nią żegnał. Przypomniało mu to dzień, gdy jego brat, Wincenty, mocno wyściskał matkę i jak wylewnie zapewniał, że ją kocha, choć miało go nie być tylko piętnaście minut. Tuż po tym rozbił się na motocyklu i już nie wstał. Ogrodzenie z blachy falistej odcięło mu głowę.
Szybko jednak przegonił wspomnienie.

***

– Nic z tego! To będzie musiało poczekać! – szeptała Marzena do telefonu. – Nie martw się, załatwię to. Będziesz miał swojego jelenia!
– Kto będzie miał swojego jelenia? – Marzena podskoczyła, słysząc nagle głos Jeremiego za plecami. Pospiesznie się rozłączyła.
– Kolega chce zrobić autystycznemu synowi niespodziankę i męczy mnie o to, żeby dopilnować, byście z polowania przynieśli żywego jelonka.
– Godne podziwu, ale nielegalne. Dalej jest rezerwat, a tu się raczej nie zapuszczają.
– No to mu mówię, a on żeby udawać, że jest odratowany i chowany na uwięzi, więc w dziczy nie przeżyje.
– Gdzie ty takich kolegów znajdujesz?
– Są jak fatum. Gdzie bym nie pojechała, opędzić się od nich nie mogę.
– Nie wiedziałem, że z ciebie taki obieżyświat!
– Jest dużo rzeczy, które o mnie nie wiesz! – zaśmiała się.
Chciał zapytać, jakie to rzeczy, ale pogładziła jego policzek i zamknęła usta pocałunkiem. Potem wyszła z pokoju.
Wzruszył ramionami i ruszył do kuchni. Tam wziął do ręki ostry jak obsydian nóż myśliwski i zrobił nacięcia wzdłuż brzucha i łap, by zdjąć z zająca skórę. Następnie rozciął sadełko, by wyjąć wnętrzności i obejrzeć zdobycz pod kątem pasożytów. Wtedy jego uwagę zwróciły zęby. Rozwarł chrapy kciukiem.
– I co, tato, upolowałeś coś? – Fryderyk zmierzał do kuchni. Myśliwy aż podskoczył i wypuścił oprawione mięso z rąk. Rozejrzał się gorączkowo po maleńkim pomieszczeniu i odruchowo wyrzucił tuszkę przez uchylone okno, za którym znajdował się uskok, akurat, gdy jego syn przekroczył próg.
– Co z nim nie tak?
– Nic, jakiś taki łykowaty się trafił.
– A co z resztą?
– Też.
– Też?
– Trafiłem na zajęczy związek weteranów. Były za stare, by uciekać.
– Pokaż.
– Nie mam więcej. – Spojrzał przelotnie na syna i wbił wzrok w blat.
– Tato, potrafię powiedzieć, kiedy kłamiesz.
– Frodo, proszę cię! – Ojciec zacisnął usta jak dziecko spodziewające się zastrzyku.
– Zejdę i znajdę tamtego.
Jeremi westchnął z rezygnacją i wyjął reklamówkę z wnęki między szafką a ścianą. Bez słowa położył na blacie i skrzyżował ręce na piersi w obronnym geście. Syn wyciągnął jedno ze zwierząt i obejrzał.
– A, o to ci chodzi! – Podniósł truchło i odsłonił zęby.
– No, takie dziwne. – Wzruszył ramionami. – Nie chcę, żebyście się potruli.
– Przesadzasz, tato. To zwyczajnie jakaś nowa krzyżówka. Tak jak coywolfy, czyli po prostu wilko-kojoty. Albo misie brutalne. Super agresywna mieszanka brunatnego i polarnego. Albo lycany, ta nowa odmiana kotów, które wyglądają jak wilkołaki.
– Wilkołaki? Wkręcasz mnie.
– Lycany powstały same z siebie przez mutację genetyczną. Weterynarze uznali, że są zdrowe, więc dopuścili do ich hodowli. Te zające pewnie ktoś wyhodował, licząc na kokosy, ale nie schodziły. Nie miał serca je zabić, więc wypuścił je tutaj.
– To ma sens. Będę musiał zapytać Henryka i Albertę, czy coś o tym wiedzą.
– Później się będziesz nad tym zastanawiał. Chodź nam lepiej pomóc z ogniskiem.
– Tylko odłożę te do spiżarni.
Fryderyk wyszedł na zewnątrz. Jeremi jeszcze przez chwilę stał z reklamówką w ręku i zastanawiał się, czy nie posłać zajęcy śladem jego pobratymca. Ostatecznie pozostawił zwierzynę na blacie i dołączył do rodziny.

***

Powietrze wypełniał słodkawy zapach smażonych kiełbasek. Bezwietrzna pogoda utrzymała się aż do zmroku, więc dym uchodził prosto do góry i nikt nie miał ze swojego miejsca poczucia, że ujeżdża pędzącą lokomotywę.
Kacper milczał, przygaszony z powodu nieobecności Matyldy. Był z nią bardzo zżyty. Jednak Jeremi pozwolił dojść do głosu wewnętrznemu dziecku i zabawiał chłopca, aż ten zapomniał o troskach.
Tego właśnie potrzebowali po ostatnich przeżyciach. Nie tylko najmłodsze dzieci miały powody do narzekań. Fryderyk przeżywał rozstanie z dziewczyną, która traktowała go wyłącznie jako punkt w CV, żywy portfel i odskocznię do wybitnej kariery. Wybrała mu nawet miejsce pracy, które zapewniło by jej środki na wystawne życie, od którego chciała odpoczywać w drogich hotelach w egzotycznych zakątkach świata.
Próbował z jej powodu popełnić samobójstwo. To właśnie wtedy Jeremi postanowił mu poprzez wspólny wyjazd przypomnieć, że wciąż ma rodzinę, która go wspiera, a dziewczyna najwyraźniej nigdy go za nią nie uważała.
Marzenie wciąż śniło się, że bank zabiera zadłużony hipoteką dom i muszą z pociechami mieszkać pod mostem. Inwestycja, na którą poszedł kredyt, nieomal nie wypaliła. Jeremi cudem dowiedział się o machlojach rywala z pracy, gdy ten wziął jego syna, Fryderyka, za jednego z inwestorów i wciskał mu kit o tym, jaki to z ojca, właściciela inwestycji, hulaka, malwersant i notoryczny bankrut. Mąciciel miał dostać część doli, jeśli bankowi uda się przejąć za bezcen zarówno inwestycję, jak i zadłużony dom.
Jeremi nie mógł wyjść z podziwu dla żony. Mogła odejść, zabrać młode, a wytrwała miesiące oszczędzania na wszystkim. Bywało, że nie jedli nic poza suchymi otrębami jak konie pociągowe. Marzena nie pozwalała mu się poddać, ulec depresji. Dawała mu potrzebne kopniaki w dupę. Goniła na spotkania z wierzycielami, aż w końcu udało im się przetrwać najcięższy okres.
– Hej, patrzcie! – Z rozmyślań wyrwał go głos Kacpra.
Spojrzeli we wskazywanym przez niego kierunku. Zobaczyli, że zające utworzyły krąg na skraju polany. Ich oczy świeciły w ciemności.
– To nie jest normalne – szepnął Fryderyk.
– Do domu! – zarządził Jeremi.
– Ale…! – protestował Kacper.
– Już! – obcesowo ponaglił.
Cofnęli się i kicacze rzuciły się do biegu. Kolejno wskakiwały do ognia. Dym rozbłysnął fajerwerkami rozrzucanego żaru. W powietrzu rozniósł się zapach palonego mięsa i futra.
Chłopczyk się rozpłakał. Zdążył z Matyldą je ponazywać. Odruchowo ruszył im na pomoc, ale matka go przytrzymała i siłą zaprowadziła do środka.

***

Fryderyk miał rację. Postradały zmysły od ciągłego parzenia ich z własnym rodzeństwem. Kto, jak kto, ale zającowate potrafiły po zapachu poznać, czy nie uderzają z awansami do ciotki Klarysy, zamiast Klementyny AKA piątej wody po kisielu.
Trzeba było się ich pozbyć, pomyślał Jeremi. Gdy jednak wpadł do kuchni, zamarł.
– Marzena, ruszałaś zające z blatu?
– Nie, ale może dzieci? – Spojrzała na Fryderyka, który znowu siedział przy laptopie na Reddicie, w wątku niewyjaśnionych zagadek kryminalnych. Śledził wątek nieuchwytnej czarnej wdowy. Pomyślała, że takie węszenie kiedyś źle się dla niego skończy.
– Nie ja! – odparł najstarszy syn, nie podnosząc wzroku znad ekranu.
– One wszystkie nie żyją! – zaryczał znowu Kacper.
Czyli to oznaczało, że nie. Pozostawała w takim razie jedna możliwa odpowiedź. Gdy byli na ognisku, włamał się tu jakiś włóczęga i je zwędził.

***

Jeremiego zbudził szelest. Poderwał się do pozycji siedzącej i wstrzymał oddech, jakby ten mógł zagłuszyć zbliżające się zagrożenie. Wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności. Mężczyzna rozejrzał się po pokoju i zrozumiał, że dźwięk dochodzi z zewnątrz. Po cichu wysunął się z łóżka, by nie zbudzić Marzeny, po czym wymknął się z sypialni. Po drodze odruchowo wziął do ręki pogrzebacz. Z sercem w gardle wyszedł przed chatę, rozglądając się na wszystkie strony.
Wówczas dostrzegł ruch.
Przy wygasłym ognisku zamajaczył cień. Jeremi nie widział dobrze, co to jest, bo częściowo zasłaniało go krzesło i stół. Wpierw pomyślał, że to jakieś zwierzę. Potem jednak wyłowił z mroku brudną od sadzy piżamę Kacpra leżącą nieopodal na trawie. Nieproszony gość był utytłany węglem drzewnym i popiołem. I z zapałem godnym dzikiego psa znęcał się nad czymś na ziemi.
Strach zmroził Jeremiemu oddech w gardle, gdy przeszło mu przez myśl, że jakaś bestia skrzywdziła jego syna. Podchodził, modląc się, by jego nadejścia nie zdradził szelest trawy. Póki co nie zdawał sobie sprawy z jego obecności, ale to mogło się szybko zmienić.
Na palcach obszedł meble i podniósł pogrzebacz do ciosu, gdy spostrzegł u przybysza ludzkie stopy.
– Kacper?!
Syn nie zareagował. Jeremi, wciąż z żelastwem w gotowości, wyciągnął lewą rękę i złapał za ramię dziecka.
To również nie spotkało się z odzewem, więc siłą odciągnął go od ogniska. Wówczas spostrzegł, że mały ogryza mięso ze zwęglonego zająca.
– Kacper, co ty wyprawiasz?! Przestań! – Wyrwał mu mięso z ręki i wyrzucił w krzaki. Ten ojca nawet nie zauważył, tylko z obłędem w oczach rzucił się w popiół w poszukiwaniu kolejnego truchła.
Jeremi sięgnął do stołu po kubek w połowie dopitej wody mineralnej i chlusnął nią w twarz dziecka.
Kacper się przebudził i popatrzył na ojca z konsternacją.
– Tato, co robisz w moim pokoju?
– Nie jesteśmy w twoim pokoju, skarbie.
– To gdzie?
– Na zewnątrz, przy ognisku.
– Czemu mnie tu przyniosłeś?
– Nie przyniosłem.
– To co tutaj robię?
– Nic nie pamiętasz?
– Nie, byłem w łóżku i…
– Lunatykowałeś.
– Tato, czy ja…? – Spojrzał na zwęglone pieczenie w popiele.
– Jutro o tym porozmawiamy. Teraz szuruburu w misce i do spania.
– Czy ja też pójdę do szpitala jak Matylda?
Ujął go za policzki.
– Ogień wygotował zarazki, więc pewnie nic ci nie będzie, ale jak chcesz, to jutro odwiedzimy twoją siostrę i pan doktor cię zbada. Zgoda?
– Boję się, tato.
– Już wszystko dobrze. Nie martw się. Jestem przy tobie. – Pogłaskał jego włosy.
– Czy mama będzie na mnie zła, że wybrudziłem piżamkę?
– Nie, to nie twoja wina, skarbie. Nie wiedziałeś, co się z tobą dzieje.
Przytaknął ospale. Jeremi wziął syna na ręce, nie dbając o to, że sam się ubrudzi i zaniósł do środka. Tulił go do piersi tak mocno, jakby lada moment miał mu go odebrać totalitarny reżim wojskowy.
Z wrażenia zapomniał wypuścić z dłoni pogrzebacz, więc odstawił go przy drzwiach sypialni.
Zagotował wody w czajniku elektrycznym, nalał do miski i wyszorował dziecko do czysta, a potem położył do łóżka. Ubrania wyrzucił do śmieci, bo i tak jego zdaniem się nie dopiorą. Kacprowi pewnie będzie żal ulubionej piżamy, ale coś, co będzie mu przypominać o tej nocy, to akurat ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebował.
W końcu sam wsunął się pod kołdrę. Zasypiał z myślą, że to koniec przygód na dziś.
Dwie godziny później obudziło go łomotanie do drzwi.

***

Jeremi podszedł do drzwi, powłócząc nogami. Wyglądał jak sługa okrutnego czarnoksiężnika, przywrócony do życia za pomocą nieczystej magii. I tak też się czuł. Powinien był wpierw zapytać, kogo tam niesie, nim otworzy, ale nie myślał szczególnie przytomnie o tej porze.
W progu stało dwóch rosłych mężczyzn. Jeden rudy z kucykiem i lokami jak makaron, drugi z białą brodą i wąsami, przyciętymi na modłę rączki od roweru. Wyglądał jak żywcem wyjęty z powieści steampunkowej.
– Pan Jeremi Hofman? – zapytał przybysz z wiktoriańskiej przeszłości.
– Tak, a o co chodzi? – Przetarł pięścią powiekę.
Zaświecili mu przed oczyma odznakami. Nosili się po cywilnemu i wyglądali na równie niezadowolonych z faktu, że wylawetowano ich z łóżek o tak wczesnej godzinie, co on. W pierwszej chwili pomyślał, że to windykatorzy, którzy w bardzo niewybredny sposób przyszli ściągnąć dług na lichwiarski procent, o którego zapłaceniu zapomniano im powiedzieć.
– Porucznik Stummbach i starszy posterunkowy Welech. – Rudy policjant skinął głową, gdy ten drugi wypowiedział jego nazwisko. – Jak rozumiem, Matylda Hofman to pana córka?
– Tak, a o co chodzi?
Stummbach żuł w ustach słowa jak tytoń, nim wydusił:
– W szpitalu doszło do… incydentu i badamy okoliczności zajścia.
– Ale o co chodzi?
– Przykro nam, ale pana córka nie żyje – odpowiedział za kolegę Welech. Stummbach sam został niedawno ojcem i takie wieści nie przechodziły mu przez gardło.
– A–ale jak to? – Przez głowę przemykały Jeremiemu różne wytłumaczenia i nie od razu wiedział, jakie pytanie zadać. Może doszło do błędnej identyfikacji? Może chodziło o rodzinę Offmachów z córką Maryną, tylko oni źle zapamiętali z notatek albo źle usłyszeli przez radio? Antyterroryści nieraz wchodzili niewinnym ludziom na chatę, bo informator podał numer sąsiedniego mieszkania, by poszukiwany zdążył spuścić towar w kiblu lub uciec, zbudzony taranem. Takie rzeczy się zdarzają!
– Jeszcze nie wiemy. Monitoring nie wykazał udziału osób trzecich.
– Chcę ją zobaczyć! – zawyła z drzwi sypialni Marzena. Jeremi nawet nie zauważył, że tam stała.
– Obawiam się, że to w tej chwili niewskazane – bąknął białobrody.
– Dlaczego? – chciała wiedzieć.
– Jej widok może być dla państwa dużym wstrząsem – przekonywał.
– Większego niż ten, jakim jest ta wiadomość nie będzie! – Odruchowo podrapała się po dłoni ze stresu, po czym sięgnęła po płaszcz i zaczęła się ubierać.
Kucyk zamknął oczy i westchnął.
– Sprawca zabrał trofeum. Dopóki go nie odnajdziemy, jej ciało będzie przedstawiało raczej upiorny widok. Za to znaleźliśmy w pokoju zająca. Podejrzewamy, że mógł go zostawić sprawca.
– Którego jednak nie widać na nagraniach. Nasz zespół bada, czy nie majstrowano przy kasetach.
Marzena wpatrywała się w nich w bezruchu, jakby czekając na puentę dowcipu.
– Matylda nie żyje?! – wykrzyknął Kacper, który przyczaił się w cieniu półpiętra i uciekł z rykiem na górę, gdzie trzasnęły drzwi.
– Kacper, czekaj…! – Jeremi chciał coś powiedzieć, ale nie znalazł słów. Sam był w fazie wyparcia.
– Ja z nim pogadam – odparła Marzena, jakby nagle wybudzona z transu, i poszła na górę.
– Przepraszam, muszę usiąść – odparł na wydechu.
– Możemy wejść? Musimy panu zadać kilka pytań.
– Proszę. Napiją się panowie kawy?
– Ja poproszę.
– Ja też.
Mężczyzna wyszedł do kuchni nastawić wodę, po czym wrócił do pokoju dziennego.
– Kiedy widział pan córkę po raz ostatni?
– Przed dwudziestą. Zawiozłem jej rzeczy do szpitala. Poczytałem bajkę i wyszedłem piętnaście minut później. W domu byłem o wpół do dwudziestej pierwszej.
– Z jakiego powodu tam trafiła?
– Ugryzł ją dziwnie zachowujący się zając. Pomyślałem, że może być wściekły.
– Czy to na pewno powód?
– Co pan sugeruje?
– Musiał się pan wściec, kiedy dowiedział się, że Matylda nie jest pana biologiczną córką.
– J–jak to? Przecież…!
– To naturalne, że chciał wypchnąć kukułcze jajo z gniazda.
– A nawet jeśli, to co? – Widząc ich twarze, zreflektował się. – To znaczy, nawet jeśli nie jest moja. Przecież macie…
– Monitoringi? Te, która obsługuje filia koncernu elektronicznego, któremu pan prezesuje? Ma pan przecież do nich dostęp. Co to za problem powiedzieć, że doszło do awarii z powodu wadliwej partii kamer i kaseta jest potrzebna, by znaleźć źródło usterki?
– Nawet, jeśli nie jest moja, nie znaczy to, że nie kocham jej jak własnego dziecka. Ojcem nie jest ten, kto spłodził, a kto wychował. Wyszli na ludzi i tego mi nikt nie odbierze. A teraz wybaczcie, jestem wykończony. Jeśli nie macie dalszych insynuacji, najlepiej będzie, jak sobie panowie już pójdą.
Ci powoli wstali.
– Proszę nie wyjeżdżać z miasta – burknął Stummbach.
– Mam córkę do pochowania, poruczniku. A nie pogrzebię jej, dopóki nie wydacie ciała.
Białobrody spłonął rumieńcem.
Nagle rozległ się motyw muzyczny serwisu informacyjnego z telewizora pod wschodnią ścianą. Jeremi aż podskoczył.
– Przepraszam. Brat zwykł nagrywać filmy lecące późno w nocy. Zapomniał wyłączyć. – Rozejrzał się wokół. – Gdzież ten pilot…
Stummbach powstrzymał go gestem dłoni, wpatrzony w ekran.
– Wciąż trwa śledztwo w sprawie tajemniczych zgonów, które miały miejsce w szpitalu im. Jakuba Holera w Jeleniej Górze. Policja podejrzewa, że to dzieło nieuchwytnego seryjnego mordercy. Jego ofiary są dekapitowane z brutalną siłą. Sprawca zabiera głowy, a pozostawia żywego zająca. Ponieważ nie widać go na monitoringu, funkcjonariusze są przekonani, że sprawcą jest ktoś z dostępem do kaset z nagraniami z monitoringu. Więcej w porannym wydaniu wiadomości.
– Ja pierdolę, co za sępy – wyrzucił z siebie na wydechu Stummbach.
– Chcecie powiedzieć, że to nieprawda?
– Na tym etapie niczego nie można wykluczyć, ale oni zachowują się, jakby ta teoria była faktem, który tylko czeka na potwierdzenie – stwierdził Welech.
– Przykro nam z powodu pana straty – odparł białobrody.
Jeremi jedynie skinął głową. Chciał wierzyć, że to autentyczne współczucie, a bezpodstawne oskarżenia sprzed chwili miały go tylko sprowokować do bezmyślnej szczerości. Musieli wybadać teren, bo na tym polegała ich robota. Wyraz twarzy, z jakim oglądał relację musiał im powiedzieć wszystko. Szczęka opadła mu tak nisko jak pytonowi połykającemu krowę.
– Obiecuję, że sobie poważnie porozmawiam z tą dziennikarzyną z Bożej dupy. – Stummbach ujął czapkę za daszek, nieznacznie skinął głową i razem z Welechem wyszli.

***

Stary dowcip głosił, że gości odprowadza się do drzwi, by sprawdzić, czy naprawdę sobie poszli. Jeremi miał wrażenie, że swoim zachowaniem dał im powód, by zaciągnęli go na komisariat. Tu mieli związane ręce, bo byli na obcym terenie, ale w pokoju przesłuchań zapytaliby go nawet, czy utrzymywał stosunki seksualne ze zwłokami teściowej, gdyby mogli.
Jeszcze dłuższą chwilę stał w progu, wsparty o futrynę, dochodząc do siebie. W końcu ruszył z miejsca i kątem oka dostrzegł, że ktoś na półpiętrze przesunął się w cień.
A więc Marzena już wiedziała.
Nie zamierzał jej robić z tego powodu wyrzutów, nie dziś. Najważniejsze było to, by jego dzieci nie dorastały w skłóconej, rozbitej rodzinie.
A właściwie dziecko.
Wciąż nie mógł przyzwyczaić się do tego, że Matyldy już nie ma. Od znajomego słyszał kontrowersyjną tezę, że mózg, by poradzić sobie z żałobą, przyjmuje, jako metaforę zaświatów ostatnie odległe miejsce, gdzie zmarłą osobę widziano. Jeśli zginęła za granicą, to przebywa za granicą, tylko dalej i nie ma z nią kontaktu. Jeśli poniosła śmierć w wypadku samochodowym, to jest w trasie i nie odbiera telefonu za kółkiem. Jeśli na wycieczce, to trafiła gdzieś, gdzie nie ma zasięgu. A jeśli w pracy, to czekasz do końca jej zmiany, zanim popatrzysz na drzwi mieszkania i dopuścisz do siebie myśl, że przez nie już nie przejdzie. Dopiero, gdy pogodzisz się z jej odejściem, tym miejscem staje się grób.
Dla niego Matylda wciąż była w szpitalu i ilekroć usiłował wyobrazić sobie ją szczęśliwą w niebie, te dwie wizje zlepiały się w obraz aniołów w maskach i kitlach podpinających ją do aparatur i robiących jej zastrzyki. Myśl, że czas w zaświatach spędza przygaszona i przykuta do łóżka, była jeszcze gorsza niż fakt, że odeszła.
– Słyszałaś? – wydusił z siebie w końcu ze wzrokiem wbitym w podłogę.
– Jeremi, ja… ja…
– To niewybaczalne!
– Naprawdę mi przykro, że dowiadujesz się w taki sposób…!
– Tego już za wiele, Marzena! Ten cholerny Pasikiewicz nawet teraz nie przestaje mi szkodzić!
Kobieta stała przez chwilę z rozdziawionymi ustami, niezdolna wykrztusić słowa. Skąd o tym wiedział, myślała. W końcu jednak zorientowała się, o co mu chodzi.
– Tak, Jeremi. To złamany drań bez grosza honoru!
Przytaknął.
– Co z Kacprem?
– Boli go szyja. Jest rozpalony i chce mu się ciągle pić.
– Czyli ma to samo co…
– Proszę cię, nie wymawiaj jej imienia! Nie teraz!
Jeremi ją rozumiał. Póki nie określał, kogo ma na myśli, mogła się łudzić, że chodzi o zupełnie inną dziewczynkę.
– Musimy go dać do zbadania.
– Pojedziemy do naszego szpitala w Legnicy. Póki grasuje tu ten bydlak, nie zostawię w tym miejscu dziecka!
– Słusznie. Nie ma co czekać. Spakuj rzeczy i zaprowadź Kacpra do auta.
– Budzić Fryderyka?
– Tak. Możliwe, że będzie mnie musiał po drodze zmienić za kółkiem.
Marzena pobiegła na górę, a Jeremi pomyślał, że czas zrobić sobie kawę, którą nie zdążył wypić z policjantami.
Gdy już ją zaparzył, poszedł do ich sypialni, pakować bagaż. Starał się być silny, ale piersią wstrząsał głuchy, urywany szloch, gdy dotykał zabawek, które zabrał, by spędzić więcej czasu z dziećmi. Czuł się, jakby zbierał ich szczątki z ulicy po wybuchu bomby przeznaczonej dla niego.

***

Niespełna dwadzieścia minut później Marzena zeszła po schodach z Kacprem na rękach. Chłopiec miał napęczniałe tętnice, szyja wydłużyła się, a jej skóra popękała w nadwerężonych miejscach. Wyglądała jak gniazdo szerszeni.
Fryderyk został jeszcze na piętrze, by zabrać swoje rzeczy.
– Jeremi? Gdzie jesteś?
– Marzena? – odpowiedział głos z sypialni. – Nie wchodź tu, tylko uchyl drzwi i rzuć mi pogrzebacz! Szybko!
– Ale co się…?
– Nie ma czasu! Rzuć!
Położyła dziecko na sofie i chwyciła żelastwo niedbale porzucone przy framudze. Uchyliła ostrożnie drzwi i zobaczyła, że Jeremi, zapędzony do kąta obok łóżka, próbował odpędzić od siebie kopniakami trzy zające. Zakrwawione.
Kobieta szybko rozegrała następny ruch w głowie, sięgnęła do środka i z powrotem zamknęła skrzydło, przekręcając zabrany klucz w zamku.
– Marzena? Co ty robisz?! Rzucaj!
Nie odpowiedziała, wsparta o wejście, jakby futrzaki mogły je staranować.
Zające podchodziły coraz bliżej. Jeremi kopał na odlew. Te cofały się nieznacznie, próbowały go podejść to z tej, to z tej. Wydawało się, że liczyły na moment nieuwagi.
W gardle zaschło mu z przerażenia. Gdy godził się ze śmiercią, nadzieja na przetrwanie w świecie, w którym już nie było jego dzieci, na nowo rozdrapywała rany. W końcu porwał prześcieradło z łóżka i rzucił na zgraję. Oślepione, skoczyły na niego, ale przez materiał na pyskach nie zdołały go ugryźć. Jeremi przypadł do ściany obok i oszołomione opadły na podłogę, gdy uderzyły o tę za nim. Wykorzystał ten moment i popędził do drzwi. Szarpnął za klamkę raz i drugi, ale bez skutku.
Zające wypełzły spod prześcieradła i powoli zbliżały się do niego z obłędem w oczach. Mężczyzna oparł się o przejście.
– Marzena, otwórz! – Jego głos przybrał ton błagania i desperacji. Nie doczekał się jednak odpowiedzi.
– Zaraz mnie zabiją!
– To wszystko przez ciebie! – wysyczała.
– Ależ co ty gadasz, Marzena!
– Gdyby nie ty, Matylda nadal by żyła! Ty nas tu ściągnąłeś!
– Nic o tym nie wiedziałem! Przysięgam!
– A teraz na moich oczach umiera Kacper! To ty powinieneś tu leżeć zamiast niego!
Jeremi jej nie rozpoznawał. Owszem, potrafiła postawić na swoim, mimo pozorów pogodnej, przyjaznej cioteczki, ale takiej Marzeny jeszcze nie widział. Czy to syndrom zdominowanej i doprowadzonej do ostateczności kobiety? Czy może zawsze taka była, tylko nie zauważył tego, zaślepiony wewnętrzną siłą żony?
Kobieta warknęła z wściekłości i frustracji, po czym oderwała się od drzwi i wzięła na ręce syna, który już mało, co kontaktował.
To miało być takie proste. Przytłoczony długami i stratą dorobku życia Jeremi rozpija się i robi coś głupiego, co kosztuje go połowę majątku przy rozwodzie i prawo do opieki nad dziećmi. W końcu popełnia samobójstwo i to tak dyskretnie, by Matylda i Kacper otrzymały pieniądze z polisy. Jak powinna zrobić rozsądna głowa rodziny.
I wszystko by się udało, gdyby ten kretyn Pasikiewicz nie zdradził ich synowi planów wydupania męża z majątku.
Fakt, Fryderyk miał wtedy fazę eksperymentowania z wyglądem, ale mimo wszystko. Jak można nie poznać własnego syna? No jak? Nie można ufać facetom. Niczego nie potrafią zrobić dobrze!
Musiała od tamtej pory grać wspierającą żonę. Miała nadzieję, że Jeremi zniechęci się do walki z wierzycielami, ale niechcący pomogła mu się wygrzebać z dołu, jaki pod nim kopali. Tak mu na rodzinie zależało, staremu durniowi!
Poza tym, że polował, był z niego ciapciuch. Nie zabijał nawet dla sportu. Jadł wszystko, co upolował, żeby broń Boże nic się nie zmarnowało. Śmiechu warte! Nie to, co Pasiekiwicz, prawdziwy mężczyzna. Typ obieżyświata, którego żadna nie usidli.
Żadna oprócz niej, oczywiście.
To napawało ją dumą. Nawet ktoś taki jak on nie mógł się jej oprzeć.
Ponieważ Fryderyk okazał się na tyle przywiązany do Jeremiego, by go ostrzec przed Pasikiewiczem, postanowiła go nie wtajemniczać w plan. Teraz został jej tylko on. Szkoda. Matylda i Kacper byli na tyle młodzi, że można nimi odpowiednio pokierować, a nawet przyzwyczaić do nowego ojca.
Nie, nie Pasikiewicza. On ich nigdy nie chciał. Spłodził całą trójkę tylko do celów grabienia z liści podstarzałych ojczulków, którzy zbyt późno zorientowali się, że ich czas na założenie rodziny mija.
Kiedy plan z samobójstwem Jeremiego nie wypalił, zamierzała pójść za mężem i Henrykiem z jednym z jego zapasowych sztucerów, by upozorować wypadek na polowaniu. Na konto wuja wpłynęłaby w tym czasie tajemnicza kwota za pomoc bankowi w wyłuskaniu męża z majątku, co Henryk szczegółowo wyłuszczyłby w liście pożegnalnym. Potem grzecznie pociągnąłby za spust strzelby włożonej w usta, jeśli nie chciał, by jego kochaną Albertę spotkała krzywda.
Jej myśli przerwało pojawienie się Fryderyka.
– Uciekaj do auta! Migiem! – rozkazała, wskazując drzwi.
– Ale czemu? O co chodzi?
– Nie pytaj! Ten łotr ze szpitala przyszedł teraz po nas!
– Mój Boże! A co z tatą?!
– Zatrzymał go w pokoju. Chce, byśmy uciekali!
– Nie możemy go tak zostawić! – wrzasnął z rozpaczą w głosie i szarpnął klamką. – Mamo, gdzie klucz?
– Zamknął się od środka!
– O nie! Tato? – Załomotał w drzwi. – TATO!
Przyłożył ucho do drzwi i usłyszał jakieś kroki, gulgotanie i mlaskanie.
– Chodź! Nie ma czasu! – nalegała z progu.
– Idź! Dogonię was!
Kobieta wybiegła z domu, a Fryderyk zdjął gaśnicę ze ściany. Usłyszała dochodzące ze środka łomotanie butli o zamek i w końcu trzask ustępującego drewna. Dobiegła do drzwi samochodu i niemal wrzuciła Kacpra na tylne siedzenie. Zakryła go kocem i przypięła pasami, po czym usiadła za kółkiem. W całym zamieszaniu zapomniała, że Jeremi ma kluczyki, ale to żaden problem dla kogoś z jej przeszłością. Odpaliła od kabla.
Fryderyk wyłamał drzwi i wpadł do środka. Znalazł ojca na podłodze. Miał podgryzione gardło i dziesiątki ran szarpanych na ciele. Chłopak rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu napastnika, ale stwierdził, że musiał uciec przez uchylone okno, więc wziął rannego pod ramię i podniósł. Mężczyzna gestykulował nerwowo, pokazując mu podwórko i odpychał. Młodzieniec uznał, że faktycznie chce, by się ratował. On jednak ani myślał go zostawiać i poprowadził na zewnątrz.
Wtedy usłyszał ryk silnika. I samochód pospiesznie wyjeżdżający z polany.
– Hej! Czekaj na nas! – Pomachał, by zwrócić jej uwagę. Był pewien, że go widziała, bo znalazł się w lusterku.
Matka jednak nawet nie zwolniła. Zostawiła ich tu.
Fryderyk stłumił żal i pomyślał, że na jej miejscu też chciałby jak najszybciej zawieźć Kacpra do szpitala. Może mu się nagle pogorszyło? Jak go zawiezie, to po nich wróci. Musi.
Ojciec tymczasem zagulgotał z bólu i osunął się na ziemię. Fryderykowi dłonie trzęsły się z przypływu adrenaliny. Miotał się. Część świadomości kazała mu działać, a inna nie pozwoliła pozostawić go samego.
– Tato! Nie odpływaj, słyszysz?! Wezwę pomoc!
Ale tata już nie słyszał.

***

Marzena pędziła przed siebie szosą otoczoną przez głuszę. Co rusz oglądała się za siebie.
Ani śladu tych pieprzonych futrzaków.
Wiedziała, że nie powinna tak gnać. Nie miała prawa jazdy na obecne nazwisko. Zwykle mogła jeździć obok męża i nikt jej nie legitymował. Żaden kopsiarz nie pomyślał, że żona bogatego i szanowanego przedsiębiorcy, a zarazem matka trójki przykładnych dzieci, może być poszukiwaną oszustką, złodziejką tożsamości, bigamistką, poławiaczką fortun i czarną wdową. Teraz jednak ryzykowała, że zostanie zatrzymana do kontroli i jej tajemnica wyjdzie na jaw.
W tej chwili była to jednak sprawa drugorzędna. Liczył się tylko Kacper. W razie czego, pokaże im dziecko i przekona, że dotarcie do szpitala to sprawa życia i śmierci.
Ze stresu odruchowo podrapała się po wierzchu prawej dłoni, gdzie miała do niedawna znamię. Fryderyk poradził jej usunąć, bo obawiał się, że może z tego wyrosnąć czerniak. Normalnie by z tym zwlekała, ale operacje plastyczne to dla niej nie pierwszyzna.
Dobry z niego chłopak, ale strasznie naiwny. Pewnie po ojcu. Pomógł mi bardziej niż mógłby sobie to kiedykolwiek wyobrazić, pomyślała.
Zbliżała się do zakrętu nad urwiskiem, więc wcisnęła hamulec. Ten zagłębił się w podłodze jak proktolog w cudzej dupie.
Przycisnęła pedał mocniej, by wymusić jakąkolwiek reakcję, ale na próżno. Spróbowała z ręcznym, ale chodził jak pindol staruszka, który nie wdrapałby się do trumny, a co dopiero na babę. Nie pomogło również kręcenie w stacyjce. Na domiar złego spod maski sączył się dziwnie znajomy swąd spalenizny.
Nie było mowy, że po ciemku i przy takiej prędkości wyrobi się na zakręcie, więc podjęła szybką decyzję o wjechaniu do rowu.
Tak auto powinno wytracić prędkość, pomyślała.
Niestety, po ciemku nie zauważyła, że pas fosy się skończył. Terenówka zjechała z drogi i z impetem uderzyła o drzewo.
Minęła dłuższa chwila, nim Marzena odzyskała rozeznanie w sytuacji po zderzeniu z poduszką powietrzną. Z przykrością stwierdziła, że nadal czeka ją przykry spacer po górzystych pustkowiach w środku nocy. Dobrze, że pomyślała o tym, by Kacpra przypiąć pasami.
Wygramoliła się z auta w otoczce mgły dobywającej się z rozbitej chłodnicy i otworzyła tylne drzwi. Odpięła pasy i sięgnęła po koc. Z zadowoleniem odkryła, że Kacper porusza pod nim głową, więc żyje i jest przytomny. Kiedy jednak odchyliła pled, krzyknęła z przerażenia i cofnęła się, zatrzaskując przy tym drzwi. W jej stronę skoczyła mięsista, obdarta ze skóry głowa Kacpra i rozbiła się na szybie.
Rzuciła się do ucieczki w dół zalesionego zbocza i spostrzegła dziesiątki płonących wściekłą czerwienią ślepi w mroku. Otaczały ją ciasnym kręgiem.
Zawróciła się w stronę szosy, lecz stamtąd również nadciągnęły. Dysząc przez zaciśnięte zęby, porwała z ziemi kamień, który wskazało jej światło reflektorów, i ruszyła w dół stoku.
Zające nie zareagowały, gdy przebiegła obok nich.
Odwróciła głowę i zaśmiała histerycznie, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście – pogoń pozostała za nią. Wtem jednak śmiech się urwał. Potknęła się o korzeń i stoczyła ze wzgórza.
Gdy się ocknęła, ujrzała te same demonie oczy tuż obok. Otworzyła usta do krzyku, ale z gardła nie dobył się głos. Poderwała się do ucieczki, ale ciało odmówiło posłuszeństwa.
Zwierzęta zbliżyły się.
Miotała się w próbie odpędzenia natrętów, lecz nie dały się odstraszyć. Zrobiło jej się gorąco. Poczuła narastającą panikę. A potem pierwsze ugryzienia.
Na łydkach, szyi, dłoniach.
Bezradnie patrzyła, jak odrywają od kości całe płaty mięsa. Każde szarpnięcie paliło, jakby znakowano ją niczym bydło.
Z oczu pociekły jej łzy.
Patrzyła, jak powoli umiera i miała świadomość, że z każdym kęsem traci szanse na to, że lekarze przywrócą jej dawną sprawność, jeśli rozbity samochód zauważy na czas zbłąkany kierowca.
Nie mogła tak skończyć! Była zbyt młoda, piękna i zdolna! Stworzono ją do rzeczy wielkich! Latami wymykała się patriarchalnemu wymiarowi sprawiedliwości, który w nią nie wierzył, bo była kobietą. Była na wolności, kiedy jej bracia, których jej ojciec faworyzował i którzy sami uważali się za lepszych i sprytniejszych od niej, odsiadywało wieloletnie wyroki. Dowiodła, że się co do niej mylił.
I teraz nigdy się o tym nie dowie.

***

Fryderyk siedział na progu z telefonem w ręku. Matka nie odbierała. Kiedy mogła być w trasie, nie liczył, że odbierze. Teraz jednak, gdy nad czubkami drzew szarzało jak w kubku z wodą malarza, nie miał tego jak wytłumaczyć. Może spała po długiej jeździe? Może czuła się głupio, że ich zostawiła?
Wkrótce jej telefon ostatecznie zamilkł.
Dopóki się na nim skupiał, mógł odsuwać od siebie myśl o tym, że jednej nocy stracił niemal całą rodzinę. Teraz docierało do niego, że tuż obok leży jego ojciec i umiera, a on nie potrafi mu pomóc.
Jego własny smartfon wkrótce padnie. Ładowarce na piętrze w tajemniczy sposób ktoś odgryzł kabel, więc zostało mu może z pół godziby, by coś zrobić.
Przejrzał wątek czarnej wdowy i odkrył, że ktoś wygrzebał jej niepublikowane wcześniej zdjęcie. Szybko jednak przekonał się, że jej twarz zakrywał kapelusz z szerokim rondem i prawa dłoń, która przytrzymywała go w miejscu. Do tego zdjęcie zrobiono bez flesza, gdy było ciemno.
Młodzieniec odłożył telefon i zamyślił się. Po dłuższej chwili podskoczył w miejscu z miną, jakby usiadł na jeżu i ponownie chwycił za aparat.
Pobrał zdjęcie i wrzucił do aplikacji pozwalającej na podstawową edycję zdjęć. W niej zaczął bawić się kontrastem, balansem kolorów, jasnością, wykrywaniem krawędzi, wyostrzaniem obrazu, krzywymi koloru, które pozwalały wyodrębniać i usuwać barwy o tych samych wartościach.
I wtedy to zobaczył. Dłoń. Maleńki punkt ukryty w cieniu.
Patrzył na zdjęcie z wybałuszonymi oczyma i uchylonymi w szoku ustami. Jego serce zamarło. Umysł próbował się wyłączyć, wypierać, że to, co widzą oczy naprawdę istnieje. Ale fotografia nigdzie się nie wybierała. Nie przez najbliższe piętnaście minut. W końcu musiał skapitulować i pogodzić się z rzeczywistością. Wszystko układało się w logiczną całość. Wreszcie zrozumiał, dlaczego ten Pasikiewicz, o którym wspominał ojciec, wydał mu się taki znajomy i dlaczego matka tak się wściekła, gdy pojawił się u nich w domu pod nieobecność ojca.
Ojciec.
Gdzieś po głowie kołatała mu się myśl, że powinien zadzwonić po karetkę, bo w najlepszym przypadku matka zapomni to zrobić. Wcześniej nie chciał jej wkopywać tym, że odjechała bez wezwania pomocy. Teraz telefon poniewczasie może być ostatnią nadzieją jego taty na przeżycie.
Ze stanu otępienia wyrwał go nagły huk. Tył czaszki Jeremiego eksplodował, a po niej pękły bąble na tętnicach. Z powstałych otworów wyłoniły się pokraczne odnóża. Głowa rzucała się to lewo, to w prawo, aż z chrzęstem oddzieliła się od kręgosłupa. Stoczyła się z karku i niezgrabnie stanęła na łapach
Fryderyk patrzył na to z oczyma szeroko otwartymi z przerażenia. Nie mógł się ruszyć. Mózg mówił mu, że to mu się tylko śni.
Maszkara powoli odwróciła się do niego. Usta wybrzuszyły się w pysk, nos skurczył, a górna warga podwinęła, odsłaniając długie siekacze. Głowa ojca spojrzała na chłopaka wzrokiem, który wypełniał bezgraniczny smutek, jakby świadomość, że nie zdołał ocalić rodziny.
Chłopak odruchowo cofnął się i chwycił za broń Jeremiego, którą zabrał dla obrony przed oprawcą ojca. Maszkara niepewnie postąpiła naprzód, najpierw o krok, potem drugi.
Fryderyk przekonał się, że nie jest w stanie pociągnąć za spust.
Pojedynek na nie spuszczanie z siebie nawzajem oczu przeciągał się w nieskończoność, gdy niespodziewanie zaszeleściły okoliczne zarośla. Otoczyły go miriady świecących punkcików. Z ciemności w światło księżyca wyszły dwie mięsiste głowy, w których rozpoznał twarze matki i brata. Obok nich stał zając, na którego uszach coś błyszczało.
Kolczyki Matyldy.
Opuścił strzelbę. Mógłby próbować strzelać do futrzaków, ale nie wierzył, by trafił je po ciemku i by kiedykolwiek wystarczyło mu nabojów.
A więc wszystko stracone, pomyślał. Nie potrafił sobie wyobrazić życia bez nich. Że wróci do pustego domu, będzie jadał samotnie przy stole, chodził do pracy, której jedynym celem było podtrzymanie wegetacji. Marzenia o własnej rodzinie legły w gruzach, gdy rozstał się z dziewczyną, Gretą.
Może i nie myślał jasno, wybudzony po krótkim śnie w środku nocy, lecz doprawdy nie widział wyjścia z sytuacji.
Ale czy na pewno?
Jego rodzina wreszcie była w komplecie. Znowu mogli być razem, musiał tylko zrobić, co trzeba.
Powoli sięgnął po głowę ojca. Ten się wycofał poza zasięg jego rąk. Fryderyk rzucił się w jego stronę, ale maszkara mu się wymknęła.
Fryderyk nie zamierzał się poddać. Wstał i skierował się w stronę ogniska. Wtedy czerep Jeremiego i pozostałe zające ruszyły z miejsca.
Zamarł, ale wkrótce zorientował się o co im chodzi. Ruszył biegiem, ale one były szybsze. Błyskawicznie zakryły palenisko, pożerając pozostałe pieczenie. Fryderyk odrzucał futrzaki, ale nowe zajmowały ich miejsce.
– NIE! – ryknął z rozpaczy i wściekłości. – Nie odbierzecie mi rodziny drugi raz! – Chwycił zająca i już zamierzył się, by wgryźć się w jego kark, ale nim zdążył, poczuł szarpnięcie i gromada kicaczy odciągnęła go od ogniska, ciągnąc za rękawy i poły kurtki.
Fryderyk rozpłakał się, gdy patrzył, jak znika jego ostatnia nadzieja na bycie z rodziną i futrzaki się rozchodzą. Polana pustoszała jak jego serce.
Tylko głowy jego najbliższych wpatrywały się w niego z odległości. Nieco dalej stały zające, które za życia pewnie były wujem Heńkiem i ciotką Albą. Czuł się niczym szczenię wilka, którego matka z wyszczerzonymi zębami odpędza, by zaczął żyć na własny rachunek.
W porządku.
Odwrócił się i ruszył do drzwi po swoje rzeczy. Czuł ich wyczekujące spojrzenia na plecach. Dotarł pod dom, wystukał numer na telefonie, wybrał połączenie i niespodziewanie rzucił się w kierunku strzelby.
Reakcja była natychmiastowa.
Futrzaki pognały ku niemu jak poparzone. Fryderyk krzyczał coś o ojcu, o tym, że to on ich zabił, że policja się o wszystkim dowie, po czym włożył lufę do ust. Poniewczasie jednak zorientował się, że lufa jest zbyt długa, by dosięgnąć spustu. Pospiesznie zzuł but, ale zające już były przy nim. Opadły go, ale zbyt późno.
Broń wypaliła.

***

Kolejnej nocy włączył się telewizor. Prezenterka w nocnym wydaniu wiadomości mówiła:
– Grażyna Sobieszuchta–Kochanke, nocne wydanie wiadomości kanału SenSat. Zapraszam. – Kobieta poprawiła kartki jak ktoś z paskudnym przypadkiem zespołu obsesyjno-kompulsywnego, po czym przeszła do pierwszego tematu. – Miastem wstrząsnęło nagranie zgłoszenia na policyjny numer alarmowy, na którym zarejestrowano dokonywaną zbrodnię. Na nim ofiara krzyczy i obwinia niejakiego Hipolita P. o wykonywaną na nim egzekucję. W tle wyraźnie słychać wystrzał z broni palnej.
Po numerze telefonu zidentyfikowano zgłaszającego, jako syna znanego przedsiębiorcy, Jeremiego H., Fryderyka H. Hipolit P. jest współpracownikiem jego ojca. Motywem zbrodni miały być korzyści majątkowe. Dowiedziono, że podejrzany zabiegał o usunięcie rywala ze stanowiska prezesa koncernu ShamSkunk Electronics. Gdy to się nie udało, usiłował doprowadzić do bankructwa jego inwestycję.
Policja namierzyła telefon Fryderyka H., który doprowadził ją do domu letniskowego należącego do rodziny biznesmena. Na miejscu śledczy natrafili na ślady pospiesznej, ale udaremnionej ucieczki, a nieopodal – rozbity samochód Jeremiego H. z przerwanymi linkami hamulcowymi. Wszyscy zniknęli w tajemniczych okolicznościach.
Po opublikowaniu wizerunków zaginionych na policję zgłosiły się osoby, które rozpoznały w żonie przedsiębiorcy nieuchwytną oszustkę, poszukiwaną w dziesięciu województwach. Ze sprawą wiąże podejrzanego wiele połączeń telefonicznych na numer kobiety, w tym jeden wykonany na krótko przed zaginięciem rodziny.
Policja nie wyklucza dalszych zatrzymań.
Obraz na ekranie się zmienił i widać było na nim mężczyznę wyprowadzonego z budynku przez policję.
– Nic nie wiem o żadnych Hofmanach! Nie miałem z tym nic wspólnego! – zapewniał, zanim jego słowa stały się niezrozumiałe, gdy został siłą wepchnięty do radiowozu.
Na sofie siedział Fryderyk, zapatrzony w przestrzeń. Gdyby ktoś teraz wszedł do chaty, pomyślałby, że jest głęboko zamyślony.
Nic podobnego. Fryderyk nie myślał o niczym. Jego głowę wypełniała pustka. Gdyby ten ktoś jednak postąpił o krok lub w dwa w głąb salonu, zobaczyłby, że chłopak jest na wpół zjedzony.
Może też zobaczyłby, jak jego głowa odpada i stacza się na podłogę.
Może dostrzegłby też zające licznie hasające po domu, wychodzące z nor ukrytych za meblami, które prowadzą do tuneli pod całym domem i jego okolicami.
Może.
Ale na pewno byłaby to ostatnia rzecz, jaką by zobaczył.