Wersja .pdf: Agata Poważyńska - Refleks Życia (20 pobrań)


Wpatrywał się beznamiętnie w ekran monitora, wyświetlającego coraz to dokładniejsze zbliżenia jego serca.
– O, tutaj jest. – Reper poruszył się nieznacznie zza ogromnych ramion machiny, zamierając nad celem. Przesuwał kolejne wajchy, stękanie mogło wyrwać się i człowiekowi, i maszynie. – Mam skubańca. D6, ale tak z prawej. Psiok, powinno być w centrum A2. Nieźle cię pokiereszowali, kolego. Niby jedna malutka rurka, a… – Kciukiem zsunął gogle. – Hej, G, jesteś ze mną?
G-7 oderwał oczy od trybików, korbaczy i pulsujących we własnym rytmie żyłek. Starał się nie mrugać. Gdyby zamknął i otworzył powieki, mógłby mimowolnie wrócić wzrokiem na ekran. Kiedy się poruszył, poczuł kwaśny odór smaru, który bulgotał w kadziach pracowni. Nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi na ten zapach.
– G-7? – ponaglił go Reper. Jego głos zadudnił wśród blaszanych ścian, przepadając gdzieś pomiędzy machinami. – Wszystko gra?
– Mogę się odłączyć?
– Czekaj, tylko zwolnię blokadę.
Usłyszał sapanie Repera, przeciągły syk mechanizmu zawtórował mu wiernie. G-7 wysunął haczykowatą zabiegową rurę z dolnego odcinka swojego kręgosłupa, czując, jak po ciele rozchodzi się płyn dezynfekujący. Wylazł zza kurtyny prześwietleniowej i zaczął się ubierać. Musiał zająć czymś dłonie. Trzęsły się, jakby doznał uszkodzenia nerwów albo może przecieku zewnętrznych zaworów, choć pod tym względem był zupełnie funkcjonalny.
Po osmalonej, poczerwieniałej z wysiłku twarzy Repera spływały strużki potu. Rzeźbiły niezrozumiałe kształty w warstwie sadzy. Mężczyzna otarł chusteczką policzki i czoło, a potem wydmuchał hałaśliwie nos.
– Wygląda na to, że będziesz musiał załatwić sobie zamiennik. Ha, w życiu nie widziałem awarii D6. Dokładnie to cewki chłodzącej. Przeciekała, aż kwas ją stopił. Wyobrażasz sobie? Dobrze, że wasze serca są zrobione z czegoś trwalszego. Inaczej machnąłbym ręką, przecież i tak idziesz na złom, ale… tylko czekać wypalą mi cenę na pośladku, nie? Nie wiem, G. Może Dubrist? Oni mogą mieć zapasowe. Cewka chłodząca, no, kto to widział? Co później, płytki paznokci, protezy rzęs? Gdzie ja podziałem numer?
G-7 przyglądał się w milczeniu, jak mężczyzna wybiera odpowiednią sekwencję liczb na przestarzałej tablicy głosowej. Jej kabel wił się niespokojnie, oplatając pocące się z gorąca ogromne kadzie. Reper trącił niesforny przewód nogą, jakby chciał go skarcić. Obcas jego buta wykrzesał parę iskier.
– Halo, tu Baza Doldrum? Dostanę przelot do Naprawczej? Pilne, awaria Gnista. Taa, siódemki. – Reper słuchał, jak ktoś dyktuje mu numer, który niespiesznie wpisał. Wolną ręką pociągnął łyk z metalowego kubka, wraz z nim nabrał w usta swojej ochrypłej przekory. – Baza? Tu Zachodni Kaszt, prześwietlenie. Potrzebuję jednej cewki chłodniczej dla Gnista Siódemki. Tak. Ja też nie, bracie. Nie. Ma termin za dwa dni. Czy dzwoniłbym, gdyby nie było ważne? Bez sprawnej cewki nic w niego nie wpompują, a wtedy oberwie się całemu twojemu bezużytecznemu… Gumową? Czy ty wiesz, jak się utylizuje Refleksy, jebodromie? Testami, nie gumowymi zatyczkami! Wsadź sobie taką w swoje K12. Teraz się zgadzasz, co? Pff. Wysyłam model.
Reper zaklął i zresetował tablicę, pociągając za wysłużoną rączkę. Ze złącza kabla trysnęły iskry, opadły ku ziemi. G-7 obserwował je z najwyższym skupieniem. Choć w swoim siedmioletnim życiu widział tysiące iskier, nie był w stanie sobie przypomnieć, jak wyglądają, gdy gasną w półmroku kopalnianych bunkrów. Czyżby nigdy nie przyglądał im się tak długo? Reper spojrzał na niego z rozbawieniem. On nie dbał o iskry.
– To jak, gotowy? – zapytał radośnie, a potem parsknął śmiechem. – Swoją drogą, to bardzo zabawne. Reperować cię tylko dlatego, żeby mogli cię wyłączyć. To trochę tak, jakbyś musiał wykopać sobie swój własny grób.
– Nie.
– Co, „nie”?
– Zapytałeś, czy jestem gotowy. Nie jestem.
Reper nie wyglądał na przekonanego.
– Zrobiłbym ci przegląd płynów, bo coś mi się wydaje, że za wolno reagujesz. Ale nie ma na to czasu. Masz termin na siedemnastego. To za dwa dni, kapujesz? Weź przepustkę z biura i lepiej już idź, zanim coś się spapra i utkniesz prosto pod szczurzymi nosami rozkręcaczy. Wyrwą ci ramiona wielkimi łamaczami do betonu i otworzą twój brzuch piłą, żeby ukraść kable. Te kable są jak ludzkie flaki i krwawią olejem przekładniowym. To dopiero będzie widok, co?
– Chyba pojadę pociągiem.
Człowiek wzdrygnął się, jakby dotarł do niego obraz tego, co sam opisał.
– W takim razie jedź – rzekł chłodno. – Ale pamiętaj, kolejarze rozkręcają złom równie sprawnie, co szczury.
***
Czuł, że coś się w nim zmieniło, choć nie był w stanie tego nazwać. Czy to efekt uboczny zepsucia? Reper był jedynym człowiekiem, z jakim pracował G, wiedział, że ludzie bywają czasami „chorzy”. Miewają też dziwne przeczucia, które pomagają im wykryć ten stan, jak po prześwietleniu. G-7 pamiętał, że kiedyś zapytał mechanika, co znaczy być chorym.
– To tak, jakbyś miał awarię. Nie na ciele, tylko w środku. Trochę jakbyś się nieszczęśliwie zakochał, ale psiok, ty nie wiesz, co to znaczy. Jakbyś się przegrzał, ale bez iskier i alarmu, tylko tak, w głowie. Kapujesz?
Wtedy G-7 mu przytaknął, nie rozumiejąc ani słowa. Teraz wydawało mu się, że wie, co Reper próbował mu wytłumaczyć. Nie mógł w zupełności pojąć choroby, nie będąc człowiekiem, ale zdawało mu się, że dzisiejszego dnia był najbliżej jej zrozumienia. Czuł dziwne, mrowiące pulsowanie, rozchodzące się powoli po ciele, kując w koniuszki palców i przenikając prądem jego język. Głowę miał ciężką, trzykrotnie cięższą niż wtedy, kiedy nosił górniczy kask. Pod ziemią nigdy mu nie przeszkadzał, ale teraz G-7 czuł jego ślad. Znamię, które zostawiło na nim siedem lat pracy, kiedy wielokrotnie się psuł i przegrzewał, tylko po to, żeby pospiesznie go naprawiono i odesłano z powrotem do dłut pogłębiaczy. G-7 czuł każdą, nawet najmniejszą rysę, wiedział, jak głębokie były zarysowania po wiertłach, które wielokrotnie go skaleczyły, potrafił wskazać wgłębienia po przepalających jego blachy iskrach. I choć nie czuł bólu, był świadomy wszystkich swoich blizn, które niczym otwarte rany pokrywały jego zepsute, pół–ludzkie ciało, które już wkrótce miało zawisnąć na haku w hali utylizacyjnej.
Będąc świadomym po raz pierwszy, G-7 zrozumiał, że świadomość jest nieprzyjemna. Skazany na swoje zagubione myśli, z ulgą pozwolił, żeby sterował nim nurt codzienności. Posłuszeństwo wciąż tliło się pod jego czaszką, wsiadł do porannego pociągu zmierzającego do Bazy Naprawczej i pojechał na śmierć.
Doznał szoku, który skwapliwie skrył. Do tej pory tylko patrzył, sondując czujnikami wszystko wokół, wcale niczego nie widząc. A teraz…
Widział wszystko. Trzy kobiety w schludnych strojach laborantek, każda ze skrzydlatą broszką przypinającą kosmyk włosów do strzelistej czapki. Rozmawiały z przejęciem o pożarze w elektrowni, a później o wyprzedaży na sok pomarańczowy. Wielkiego mężczyznę w szarym skafandrze, który na przedramiennym ekranie obserwował tłustego bobasa bawiącego się klockami. Sześciu maszynistów o identycznie gładko ogolonych głowach, identycznie ściągniętych łopatkach i identycznie zawiązanych sznurowadłach. Oszczędzali energię; każdy z nich miał otwarte tylko jedno oko. Powieka drugiego ukazywała stan naładowania, odpowiedni do modelu każdego z nich. We wszystkich przypadkach wskazywała ona dziewięćdziesiąt dziewięć procent. G-7 zdał sobie sprawę, że były to Refleksy, klasa M, a więc trzynastolatki. Przez chwilę myślał, jak to jest, żyć aż trzynaście lat. To było dla niego tak abstrakcyjne, że system poinformował go o groźbie blokady interfejsu, więc G-7 szybko odwrócił wzrok. Gdy coś nieprzewidzianego działo się w kopalniach, na przykład wybuch czy atak, Reper mówił czasami, że serce „wali mu jak młotem”. G-7 nie miał prawdziwego serca, ale wydawało mu się, że coś raptownie kurczy się i rozszerza w jego piersi. Czy to był ten młot?
„Usterka”, przypominał komunikat.
„Usterka”.
Po drugiej stronie wagonu było niemalże pusto, jeśli nie liczyć młodej dziewczyny wypatrującejbez wyrazu przez okno. Szyba była tak brudna, że ciężko było cokolwiek przez nią dostrzec, lecz dziewczyna tkwiła w transie. Włosy miała koloru kryształu naświetleńczego, G-7 poczuł się więc bardzo swobodnie. Przypatrzył się jej. Nie mogła być dorosła. Strój, jaki nosiła, przypominał mieszankę ochronnej folii śmieciarzy i kostiumu ludzkich aktorek z centromiastowego klubu „Projekt Historia”, który odtwarzał zamierzchłe czasy, gdy ludzi dzieliło wszystko. Myśląc o występach, G-7 usłyszał głośny śmiech. Reper rechotał tylko wtedy, kiedy działo się coś niebezpiecznego. Obrócił głowę, chcąc przekonać się, czy śmiały się laborantki rozprawiające o soku pomarańczowym, ale one tylko spojrzały na niego z obrzydzeniem.
– Co się gapi? – zdumiała się jedna z nich, kobieta o zupełnie białych włosach. – Hej, skarbie, zabieraj przekrwione gały!
– Ciszej, kochana, nie ma co podnosić głosu. To Refleks. Górnik! Och, spójrzcie tylko, jest cały w smarze!
Trzecia pisnęła z zachwytu.
– Jeden z tych Refleksów, które pilnują, żebyśmy co rano wstawały pięknie naświetlone? No, no, myślisz, Tiss, że ma przy sobie parę kryształków? Chętnie bym je od niego odkupiła, ha ha! Naświetliłabym tę sukę spod piątki tak porządnie, że…
– On jest zepsuty, proszę naćpanych pań – wtrącił mężczyzna w skafandrze. – Ma czerwoną plakietkę. Jedzie do Bazy, żeby wymienić części na nowsze.
– Tobie też przydałaby się wymiana części, złomiarzu! – odpyskowała naćpana pani z białymi włosami. – Że też takie kreatury podróżują w jednym przedziale z cywilizowanymi ludźmi!
Pociąg zatrzymał się na stacji MODERNIZACJA: ZACHÓD i mężczyzna wyszedł, kręcąc głową i zwiększając dźwięk transmisji z rechoczącym bobasem. Wraz z nim wysiadło też sześciu identycznych maszynistów trzynastek. Zanim zabrzmiał pisk zatrzaskujących się drzwi, G-7 był już na zewnątrz. Coś skłoniło go, by on również opuścił przedział. Przez krótką chwilę obserwował plecy oddalającego się mężczyzny w skafandrze. Człowiek zatrzymał się na schodach, żeby wrzucić monetę żebrzącemu kalece. Powykręcany starzec przysiadły na stopniach wyciągnął ku niemu swoją laskę, jakby wznosił toast za ten czyn, a potem mężczyzna w skafandrze zniknął za filarem i G-7 stracił go z oczu. Spróbował podejść do żebrzącego i przeczytać napis na tabliczce u jego stóp, ale starzec poderwał się gwałtownie i zaczął wrzeszczeć na całe gardło:
– Precz! Refleksy, śmiecie, przerdzewiały złom! Precz, prześwietleńcu!
Pluł i zataczał się, machając w walce ramionami. G-7 wycofał się chybotliwym krokiem. Rozejrzał się po tunelu stacji. Ludzie posyłali mu zaciekawione spojrzenia, niektórzy wlepiali się w nich obu z wyraźną odrazą. Ciężko było odróżnić, kogo brzydzą się bardziej: starca czy Refleksa. G-7 poczuł coś, czego nie potrafił nazwać. To piekące uczucie nie odchodziło, nawet kiedy umknął przed wzrokiem ludzi, przed ich żywymi, oceniającymi oczami, które śledziły go z przerażającą dokładnością najsprawniejszej maszyny. G-7 słyszał wściekłe okrzyki jeszcze długo później. Kołatały mu w głowie, wprawiając w drganie obraz tabliczki, którą automat zapisał w jego pamięci. Była pomiętym skrawkiem mokrej tektury. Napisano na niej koślawym pismem:
„Kocham każdego, wrzuć grosza.”

***
Przed kolistym budynkiem Bazy Naprawczej były dwa wejścia, jedno przeznaczone dla pracowników i interesantów, drugie dla pojazdów i maszyn. G-7 podpadał pod drugą z kategorii. Ogromne pręty bramy z żelaza niobu obracały się powoli, akompaniując dygotaniu podświetlonego znaku ponad wejściem. ZACHOWAJ ODSTĘP. G-7 go zachował, a następnie przywołał ekran i odbił swoją kartę. Z głośnika zaczął płynąć monotonny, zniekształcony przez zużycie głos:
– Wpisz. Numer. Zamówienia.
G-7 spojrzał na kartę, chociaż numer miał zapisany w pamięci. Czuł się dobrze, wpisując powoli całość, cyfra po cyfrze. Na koniec zawahał się śladem Repera. Mężczyzna często sprawdzał, czy nigdzie się nie pomylił.
– Wybierz opcję potwierdzenia – zaskrzeczał głośnik. – Jeden, skan kciuka. Dwa, numer seryjny Refleksa.
G-7 poczuł się jak w pociągu. Po chwili wybrał skan kciuka. Spod maszyny wyłonił się płaski dysk rozbłyskujący niebieską plazmatyczną warstwą, na której pojedyncze drobinki światła połączyły się w kształt przypominający ludzki palec. WCIŚNIJ, zakomenderował migoczący napis nad wyznacznikiem. G-7 oparł kciuk na dysku i wcisnął.
Szum dobiegający z maszyny nie zdradzał zupełnie niczego. G-7 trwał w okrutnej, przeciągającej się bezradności.
– Potwierdzono – oświadczył pusty głos maszyny i bramka zazgrzytała, odciągając na bok graniczne pręty.
G-7 wszedł do środka, stawiając krótkie, nieporadne kroki. W maszynowni widział kiedyś zdjęcie małego człowieka, który z wyrzuconymi dla utrzymania równowagi ramionami zmierzał przez korytarz, prosto ku oczekującej go z uśmiechem kobiecie. G-7 zdał sobie sprawę, że wykonuje podobną pracę. Na końcu jego korytarza nie czekał jednak uśmiech. Z tego, co wiedział, utylizacja następowała w ciszy, ciemności i samotności.
Z kolei pod drzwiami punktu przyjęć czekało sporo ludzi. Nie było tu Refleksów i G-7 poczuł ulgę. Jego ciało wciąż było wypełnione dziwacznym, przybierającym na sile pulsowaniem, ale nacisk ulżył, pozwalając mu przywyknąć do mrowienia. Stanął w kolejce za mrugającym szybko mężczyzną i czekał.
– Cześć – rozległ się głos dobiegający zza jego pleców.
To była dziewczyna z pociągu, o włosach koloru kryształów naświetleńczych, na których wydobywaniu G-7 poświęcił całe swoje życie.
– Cześć – rzucił, niezbyt wiedząc, co innego mógłby odpowiedzieć.
– Jechaliśmy razem pociągiem, pamiętasz? Wysiadłeś na Zachodzie.
– Tak.
– Masz sprawę do bazy? Chodzi o pozwolenie?
– Przyjechałem odebrać cewkę chłodniczą, model A2, dla Gnista Siedem.
– Czyli jesteś Iskierką? Nieźle. Słyszałam, że często się przepalacie. Jedno zwarcie i bum! – Klasnęła w dłonie tak gwałtownie, że aktywowała jego pancerne powieki. Przez chwilę trzymała złączone ręce tuż przed nosem G-7, a ten mógł obserwować wijące się pod jej skórą czarno–srebrne tatuaże. Dziewczyna złączyła palce w pięści i cofnęła je przekornie. Wydęła usta. – Nigdy nie widziałam tak wysokiego siedmiolatka. A mój brat chwali się, że jest najwyższy w klasie. Plajta. Myślisz, że można tu palić?
Przed oczami G-7 przemknęły pospieszne litery, formując razem ostrzeżenie:

„Uwaga! Łatwopalna substancja! Uwaga! Łatwopalna substancja! Uwa…”

G-7 wyłączył wykrywanie zagrożenia. Przypatrując się niedbałej posturze dziewczyny, wetknął dłonie za pas kombinezonu. Patrzył, jak wyciągnęła papierosa, a potem zatknęła go sobie za ucho. Jej kolorowe włosy były powiązane najróżniejszymi spinkami i gumkami, a na czole miała wygolony trójkątny kształt, który przypominał mu grot wiertła ósemki. To nagłe porównanie sprawiło, że drgnął.
– Jestem Ananke – przedstawiła się beztrosko dziewczyna.
– Ananke?
– Ana, jeśli chcesz. A ty?
– G-7.
– Każdy GnistSeptis nazywa się G-7? Ale plajta – powtórzyła, podciągając rękawy.
Miała pod nimi więcej tatuaży, choć mógł to być jeden wielki, łodygowaty twór z kolorowych, skrzących się gniewnie pigmentów.
– Septim.
– Co?
– GnistSeptim. Mój numer to…
– Ciągle tylko numery i numery. Może być Tim? Jest prościej.
G-7 zorientował się nagle, że korytarz opustoszał, a komenda nad drzwiami zmieniła się z CZEKAĆ na WEJŚĆ. G-7 postąpił krok i natychmiast stanął, rozdarty między dwoma rzeczywistościami. Fioletowo–żółte światła ostrzegawcze mrugały coraz szybciej, jakby odliczały do końca jego szansy. Dziewczyna westchnęła.
– Idź. No, dalej. Te jebodromy cię poszatkują, jeśli nie przyniesiesz im tego, co chcą. Mam rację?
Uśmiechnęła się. Jeden policzek miała dziurawy, jakby przeszyła go kula zszywkowa. Kiedy G-7 miał rok, podobna kula przeszła przez jego dłoń. Zrobiła to tak niefortunnie, że spędził trzy dni na kowadle dawnego mechanika, który musiał wymienić mu rękę aż do łokcia. Przypominając sobie tamtą ranę, G-7 domyślił się, że blizna dziewczyny to ślad po wyjętym kolczyku. Kiedy Reper był młodszy, nosił kolczyki w nosie, uszach i języku, ale to nie nadawało się do pracy wśród brudu i skażonych metali. Reper wkrótce stracił ucho, a wraz z nim swoje poczucie humoru. Od tamtego czasu stawał się coraz bardziej pokiereszowany i zużyty, aż został kolejną maszyną pośród wielu przerdzewiałych narzędzi z minionych wieków.
G-7 pospieszył do drzwi i chwycił za klamkę. Nim wszedł do środka, coś zawładnęło jego myślami. To było uczucie podobne do tego, jakie skłoniło go do opuszczenia pociągu. Obrócił się ku dziewczynie.
– Może… Wziąć dla ciebie jakieś pozwolenie?
Nie przestała się uśmiechać, ale coś wypaliło się w jej oczach. G-7 uświadomił sobie, że towarzyszący jej blask gasł już od początku ich rozmowy. Teraz ledwie się żarzyły. Wpatrując się w nie, G-7 przypomniał sobie iskry w maszynowni Repera. Dziewczyna mrugnęła, odsyłając resztki światła.
– Nie. Potrzebują mojej krwi do analizy. Jestem tu po pozwolenie na coś specjalnego.
– Na co takiego?
– Na samobójstwo.
Poprawiła plecak zwisający niedbale na jej ramieniu i weszła do miejsca odbioru zestawu ETERNUM, mijając siedzących na ławie starców, kalekich ludzi oraz ubranych na fioletowo–żółto pracowników k-nadzoru. Była jak motyl, który wleciał kiedyś do szybu kopalnianego, samotny pomarańczowy błysk pośród zwalniających jego skrzydła obłoków pyłu.

***
G-7 przyglądał się owiniętej w plastik nowiutkiej cewce A2, zastanawiając się, jak to jest, umierać.
Zdawał sobie sprawę, że gdyby nie wybuch, który odesłał go na stół Repera, podobna myśl nigdy nie przeniknęłaby jego wygłuszonego mózgu. A G-7 dopiero niedawno dowiedział się o jego istnieniu. Do tej pory umysł służył mu głównie do wyświetlania komunikatów. Wiedział, że sklepienie z popękanych płytek uśpionej magmy jest ponadskalowo gorące, a najmniejszy węgielek w jednej chwili przepaliłby jego kombinezon, gumę, sznurowanie, skórę i metal. Wiedział to, choć przecież na jego kombinezon nigdy nie spadł żaden węgielek. Wiedział, nie wiedząc. Jak mógł być pewien czegokolwiek?
Wpatrywał się w cewkę, zwiniętą pod plastikową osłoną, niczym jakieś przerażone stworzenie, usiłujące jedynie ukryć się przed jego wzrokiem. Drugą stronę opakowania w całości pokrywała naklejka o migoczącym oświadczeniu: „Czas do zużycia Łaty: Osiem Godzin, Dwanaście Minut”, wibrując rytmicznie podczas odliczania. Wokół przejeżdżały pojazdy sunące i nadziemne wagony metra, maszyny wydawały bilety albo słały ku przechodniom swoje świecące ostrzeżenia.G-7 oparł się łokciami o balustradę, patrząc na rzekę. Przypominała mu smar płynący długimi korytarzami do kotłów ładowni. Roztaczała wokół siebie podobny zapach, a w pewnym momencie wypatrzył nawet martwego szczura, który dryfował na małej wysepce pozlepianych ropą śmieci. Nastroszone futerko zwierzęcia lśniło, jakby celowo przyciągając uwagę. G-7 pomyślał, że jest to piękne. Zastanowił się, czy piękno mogło być zdechłym szczurem płynącym z nurtem rzeki ludzkich odpadów.
– Nazwij mnie jebodromem – powiedział mu kiedyś Reper, zszywając skaleczenie na ramieniu ostrą drzazgą z odkażonej blachy – ale widziałem kiedyś zegarek, taki stary, kieszonkowy, z otwieraną klapką i łańcuszkiem, przestali je produkować długo przed tym wszystkim… Płynął ze śmieciami i całym tym gównem, które wyrzucali dawni górnicy. Ludzie. Jeszcze wtedy nie było was, Gnistów. Ja tam nie pojmuję, jak można wyrzucić działający zegarek. Ten już umierał, parszywiec, bo smar, farba i klej prawie go zupełnie zatopiły, ale jakimś cudem płynął na górze tej kupy śmieci. Ja go zobaczyłem, tego rozbitka, jak poświeciłem latarką. Tykał w ciemności, to poświeciłem. Taa. Dokładnie na jego wskazówki, a pokazywały one za dziesięć czwartą. Duża wskazówka prawie na cztery, a mała na drugiej kresce po lewej. A kiedy padło na niego światło, to sekundnik zwolnił i znieruchomiał. Na za dziesięć czwarta. I zegarek przestał tykać, smar zaczął go topić. No, psiok, z dłonią na sercu. Przestał tykać, jakby chciał, bym na niego poświecił. Wtedy była za dziesięć czwarta. I nazwij mnie jebodromem, ale nigdy nie widziałem nic piękniejszego niż ten zegarek, który utonął w smarze, pokazując mi godzinę za dziesięć czwartą.
– Hej! – rozległ się głos, który natychmiast pochłonęła mgła. – Hej, Tim! Tim!
G-7 zesztywniał, jakby nie był to krzyk, lecz dłoń, która zacisnęła się stanowczo na jego ramieniu. To była myśl tak niespodziewana, że niemal nie wypuścił cewki.
Z objęć szarej mgły wyłoniła się Ananke, która przedzierała się przez tłum napierających na obłoki ludzi. Dzielnie brnęła do przodu, póki nie sforsowała fali i uczyniła kroku w lewo, by stanąć na moście obok G-7.
– Tak myślałam, że tu będziesz – powiedziała, wciskając kciuki pod szelki plecaka.
Jej ciężkie, skórzane buty przypominały trochę robocze buciory G-7, z pomocą których spacerował w amoku po płytkach zrośniętych kryształów. Zachwiał się i złapał mocniej balustrady.
– Skąd wiedziałaś?
– To most samobójców. Ludzie przychodzą tu, żeby się zabić.
– Ja nie jestem człowiekiem. Jestem…
– Ludzie, Refleksy, co za różnica? Tak mi się powiedziało.
Zamrugał.
– Czyli przyszłaś tu, żeby się zabić?
– Przyszłam tu, bo zobaczyłam, jak przechylasz się przez balustradę. Ale skoro już tu jestem… Ładnie tu. Masz ochotę na pół odżywczego szejka? Kupiłam, a potem przeszłam sobie na fioletowym świetle, było zabawnie. Chcesz spróbować?
Kiwnął głową. Zeszli po pochyłych filarach ogromnego mostu i przysiedli na rusztowaniu poniżej. Ana zwiesiła nogi w dół, bezwahania przebijając chmurę gęstej mgły wypełniającej świat. G-7 mógł przejrzeć smog, ale nie przypuszczał, by dziewczyna widziała cokolwiek prócz szarych chmur. Nagle otoczyła oczy dłonią.
– Spójrz. Statki.
Były tam, rozmyte, buro czarne kształty, tym większe, im dłużej na nie spoglądał. Długie, kanciaste, zbite płaty przerdzewiałego metalu, zawieszone w dymnym wieczorze.
– To barki. Wiozą części do Bazy Naprawczej.
Ludzkie zabiegi są cenniejsze, więc przewozi się je powietrzem i szynami, ale dla maszyn zostaje tylko brudna woda, pomyślał, ale nie powiedział tego głośno. To było dziwne, słyszeć głos we własnej głowie. Czy to było ludzkie, czy tylko awaria dawała o sobie znać?
– Części, jak to co ściskasz w dłoni? To cewka, o której mówiłeś?
– Do mojej naprawy, tak.
– Nie wyglądasz, żebyś był zepsuty.
Pociągnęła łyk z rurki sterczącej z różowo–niebieskiego kubka i podała go G-7, który ujął go niezręcznie.
– Ty też nie.
– A więc jestem zepsuta? – Uśmiechnęła się, a jej dziurawy policzek zafalował w rytm płynącej rzeki. – Bo chcę się zabić? Wiesz co, nie chce mi się gadać. Zmieniłam zdanie, oddaj mi szejka.
Myślał, że odejdzie, zostawi go samego na rusztowaniu, ale ona tylko podciągnęła kolana pod brodę i objęła je ramionami. Jej strączkowate, kolorowe włosy wyglądały jak zastygnięty w benzynie górniczy kask. G-7 obserwował płynące na południe statki. Były daleko, ale on widział dobrze ich numery seryjne. Ana siorbała swój napój przez przezroczystą rurkę. Hałas był niemal kojący. G-7 odchrząknął, głównie po to, żeby zagłuszyć myśli. Stawały się coraz głośniejsze, a mrowienie dokuczliwsze.
– Wiesz, że to coś, co pijesz, jest trujące?
Przełknęła pokaźną porcję napoju.
– Co?
– Widzę skład. Tartrazyna, glikol propylenowy i sukraloza. Jeśli nie przestaniesz tego pić, to…
– To co? Nie dożyję trzydziestki? Nie mam zamiaru dożyć jutra, puszko. Piję to, bo mi smakuje, nie żeby się zastanawiać, co w tym pływa. We wszystkich zakładach produkcyjnych po taśmach biegają karaluchy. Chcesz papierosa?
– Mówiłaś, że nie będziemy rozmawiać.
– Przy paleniu trzeba rozmawiać, bo inaczej dopada cię poczucie winy, że palisz. Nawet takiego sztompa, co to pali już ze dwadzieścia lat. Chcesz czy nie?
– Łatwopalne substancje…
– Przestań. – Trąciła jego ramię otwartą dłonią, a potem złapała za jego łokieć i podniosła go do góry. Obserwował ją ze zdumieniem. – Gdzie to jest? – zapytała, szturchając go palcem w obojczyk. – Gdzie jest przycisk?
– Jaki przycisk?
– Wyłącznik tych bzdur. Czy jeśli cię zepchnę, to przestaniesz narzekać? To tylko jeden papieros. Paliłeś kiedyś? Poczekaj, pokażę ci. – Sięgnęła za ucho, jakby odgarniała włosy, złapała tylko za koniec zielonego papierosa. Był grubości cewki dosercowej G-7. Dziewczyna odpaliła go staroświecką zapałką, których pudełka G-7 widywał czasami w graciarni Repera. „Kiedyś wszystko było jednorazowe”, powiedział mu wtedy. Ana zaciągnęła się i wypuściła z ust obłok koloru portowych chmur. Wyciągnęła papierosa, pochwyconego sprawnie między kciukiem i palcem wskazującym. – No, spróbuj – zachęciła go.
Wydął wargi i nabrał odrobinę powietrza, wpatrując się w rozjarzoną na czerwono końcówkę. Wstrząsnął nim skurcz, jakby szarpnięcie w pasie od liny ściągającej. Kaszlnął i zaczął gwałtownie mrugać, widząc naprzemiennie uśmiechniętą twarz Ananke oraz komunikat o ‚bezpośrednim zagrożeniu wybuchem’. Zadygotał, ale nic się nie wydarzyło, a kaszel przeszedł. Stwierdził, że czuje jego smak, kwaśny posmak cieczy chłodzącej i papierosowego dymu. Nikt prócz Repera nie palił czegoś tak staroświeckiego jak papieros. Papieros, zapałki… Tim myślał, ale przestał. To wciąż było dla niego dziwaczne, jakby robił coś wbrew światu. Odchylił się do tyłu, nie naśladując nikogo. To było to, na co miał ochotę.
– I co teraz? – zapytał.
– Teraz? – powtórzyła Ana odległym głosem, jakby „teraz” było jakimś abstrakcyjnym pojęciem, podobnym do myślenia, do zapachu i smaku. – Słuchaj, Tim. Jeśli czekasz, aż zacznę ci opowiadać moje życie, próbując jakoś wyjaśnić fakt, że tu siedzimy, to… – Zaciągnęła się. – Chyba tak nie będzie. – Wypuściła dym. – Nie ma o czym mówić. Ja już wiem, mam wszystko poukładane w głowie. Dopalę papierosa i sobie pójdę.
– Dokąd?
– Na wymianę, na… Nazywaj to jak chcesz,raczej się już nie zobaczymy. Mogą ci mówić, że się zepsułeś, ale wygląda, że wszystko z tobą w porządku.
– Wyłączą mnie, Ana.
Zupełnie nagle nabrało to dla niego głębi, pojął, że nie wie, co jest po wyłączeniu. Jego cała wiedza dotyczyła podziemnej pracy, tekstur, temperatur i maszyn, lecz za halą utylizacyjną nie było nic.
Dziewczyna westchnęła.
– To tam nie wracaj.
– Nie wracaj?
– Co cię tam trzyma? Kod? Numer seryjny? Przecież siedzisz tutaj teraz ze mną i patrzysz, jak rzeką płyną statki. Ktoś powiedział ci, że masz umrzeć?Umieranie nie jest czymś, co powinno się kazać. To nie jest praca, którą można wykonać i tyle. Gdyby była, na końcu dostawałbyś zapłatę, ale kto potrzebuje takich pieniędzy? Każdy powinien umrzeć wtedy, kiedy tego chce. Kiedy jest na to gotowy. – Odwróciła się ku niemu, połyskując włosami. – Refleks to przecież człowiek, tylko sparszywiały i właściwie nieśmiertelny. Jesteś gotowy, żeby umrzeć, Tim?
Przypomniał sobie to, co powiedział Reperowi w maszynowni, kiedy ten zapytał go, czy jest gotowy jechać po cewkę. A teraz trzymał ją w dłoni, owiniętą szczelnie nieprzepuszczalnym powietrze plastikiem. Wystarczyło rozkręcić jego pierś, wymienić kanalik doprowadzający ciecz do serca i odesłać do utylizacji. Ale co się stanie potem? Mógłby zadać to pytanie dziewczynie, ale nie chciał.
– Nie chcę – powiedział na głos to, co pomyślał.
Uśmiechnęła się i zgasiła ogryzek papierosa o blaszaną rurę nad ich głowami. W tym uśmiechu było coś, czego Tim nie znał. Poczuł ból, którego nie potrafił niczym usprawiedliwić.
– Powodzenia – rzuciła tylko Ananke.
Wstała. Nim Tim zorientował się, co się dzieje, dziewczyna była już na rusztowaniu, podciągnęła się o chyboczącą barierkę i zniknęła we mgle. Chmura rozmiarów świata zakołysała się i znieruchomiała.
Dlaczego za nią nie krzyknął? Dlaczego pozwolił jej odejść? Dlaczego…
Policyjne światło zastąpiło wyrwę w obłoku.
– Tutaj jest. Jebany złom. Ten nowy program regulujący jest do dupy.
– Przecież wciąż tutaj siedzi, tak? Mógł skoczyć, ale wciąż tutaj siedzi. Wygląda, jakby na kogoś czekał.
– Czekał? Serio, młody? A niby na kogo czeka blaszana wydmuszka po człowieku?

***
Czuł każdą rurkę, przewód, kabel, śrubę i nakrętkę, każdy misternie zbudowany narząd swego mechanicznego ciała. Było lustrzanym odbiciem człowieka. Zwierciadło strzaskane i zasnute warstwą brudu, śniedzi oraz kurzu, a majaczące w nim odbicie pozostawało jedynie zdeformowanym kształtem tego, co miało być doskonałe. W zimnej sali, w której leżał, na ścianie naprzeciw niego wisiał plakat z najbardziej perfekcyjną spośród ludzkich kreacji. Nie była tak wadliwa jak Refleksy, a przy tym zupełnie niezdolna do walki z przeznaczeniem. Plakat dopiero co opuścił taśmę, był owalny, gładki i lśniący jak lustro. Nie był w stanie odwrócić wzroku, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy ujrzał swoje własne serce.
Czy gdy on umrze, ono będzie bić szybciej? Bić w następnej piersi?