Wersja .pdf: Michał J. Sobociński - Kaplica (20 pobrań)

Ilustracje: Julia’S’oul


Wczesna wiosna, 1947 roku

Do żarskiej stacji kolejowej zostało kilka kilometrów, ale Fiodor czuł, że zaraz uśnie. Powieki zdawały się być zbudowane z ołowiu, a przyjemne kołysanie lokomotywy wzmagało potrzebę snu. Motorniczy nie spał przynajmniej od szesnastu godzin prowadząc maszynę i dosypując węgla do wiecznie nienażartego pieca. Zakręcił korbką latarni i sprawdził stan węgla. Do Sorau wystarczy.

Jeszcze jadąc za dnia, młody Rosjanin podziwiał zalesiony krajobraz tych dawnych, niemieckich ziem. Na odprawie, oficer polityczny podkreślał, że Śląsk był polski. Kiedyś tam. W czasach przedrewolucyjnych, czy jakoś tak. Fiodor niekoniecznie interesował się odległymi czasami, ale przynajmniej wiedział, że po Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, wyzwolony lud polski, swą zachodnią granicę będzie opierać na Odrze i Nysie Łużyckiej.

– No, to na zdrowie! – powiedział wówczas do siebie i wziął łyk samogonu.

Po zapadnięciu zmroku było gorzej. Chciało mu się spać, gęby nie było do kogo otworzyć, po berbelusze w gąsiorku pozostał jedynie zapach.  Od czasu do czasu pociągał za sznurek podłączony do ogromnej piszczałki. Przeciągły dźwięk rozlewał się po okolicy. Fiodor trąbił raczej z nudów niż w określonym celu.

– A niech się wybudzają Polaczki.

Zarechotał pod nosem i wystawił głowę za okno. Łypnął do tyłu na ogarnięte mrokiem wagony towarowe i przypomniał sobie załadunek.

Stłoczone rodziny oczekujące na całej długości stacji kolejowej, taszczyły za sobą skromne dobytki. Walizki wypakowane po brzegi ubraniami, drobne kosztowności konfiskowane przez czerwonoarmistów, czasami zastawy kuchenne. Wśród głośno wydawanych poleceń ładowali się do wagonów towarowych, w których jeszcze do niedawna wożono na wschód zwierzęta. Potem długa trasa na zachód, przerywana rozmaitymi incydentami: a to ktoś wziął i umarł, a to ktoś wysadził kawałek linii kolejowej, a to ktoś próbował uciekać, bo miał rodzinę w okolicy…

Z zamyślenia wyrwał go dziwny chrobot. Coś strzeliło, lokomotywa się zatrzęsła i stanęła. Już po chwili motorniczy usłyszał przekleństwa po rosyjsku, a wkrótce rażący oczy słup latarki oślepił go. Przez moment chciał odwdzięczyć się wojskowemu tym samym, ale domyślając się konsekwencji, porzucił pomysł.

– Rajtarowicz, meldować co się stało! – zakomenderował oficer, stojący pod wejściem do lokomotywy.

Ale Fiodor Rajtarowicz nie wiedział, co zameldować. Nie wiedział również, co się stało.

Wysiadł z pojazdu wyciągnął papierosa, poczęstował oficera i podał mu ogień. Motorniczy wysłuchał kilku obelg i postanowił dołączyć do grupy majstrów mędrkujących przy silniku.

– Towarzysze, tak tylko powiem na przyszłość – odezwał się jeden z fachowców. – Przy kolektywizacji dóbr od aktywu reakcyjnego, nie zapominajcie o instrukcji obsługi.

Fiodor parsknął i rzucił okiem na zwartą ścianę lasu.

Strasznie tu dużo drzew, pomyślał. W życiu tyle nie widziałem. Pod Leningradem tylu nie ma, pod Kijowem też. Po co tym Niemcom tyle drzew? Ciekawe, co z nimi zrobią teraz Polacy.

Zszedł z torowiska i skierował się w stronę mrocznej fasady sosen. Kilka razy zakręcił korbką latarki, by nie iść w całkowitych ciemnościach. Fiodor w zasadzie nie bał się zmroku, a jako nowy sowiecki człowiek, odrzucał banialuki o duchach czy innych zabobonach, którymi popowie raczyli lud. Zaciągając się mocno papierosem doszedł do pniaka, rozpiął rozporek i opróżnił pęcherz. Dopalił skręta, peta cisnął w podmokłą trawę i już miał wracać, gdy usłyszał buczenie. Wytężył wzrok, ale nie dopatrzył się w ciemności niczego prócz kształtu gałęzi.

Nagle buczenie przeszło w przeciągłe warczenie.

– Wilk, cholera…

Ostrożnie, wzorem raka, jął cofać się w kierunku torowiska i wylegających się z wagonów Polaków. Warczenie ustało i Fiodor rozluźnił się.

Nim odetchnął z ulgą poczuł, jak coś ścisnęło jego ramię z mocą żelaznych obcęg. Nie zdążył nawet krzyknąć, gdy coś wciągnęło go w głuszę lasu.

***

Pan Eugeniusz Bąk, nowo obrany sołtys, wszedł na małą drabinę i zaczął wykręcać śruby. Jedna, druga, trzecia, czwarta i napis „Marsdorf” gruchnął na kostkę brukową. Zerknął na białą tablicę z wysokości ponad poziomem drabiny i uśmiechnął się dumnie. Jego pomocnik, Henrich, usłużnie podał nową tablicę, którą pan Bąk przykręcił z jeszcze większą lubością.

– Był Marsdorf, jest Marszów – powiedział schodząc z podwyższenia.

Zerknął na starego pomocnika i skrzywił się.

Stary Szkop, pomyślał. Pewnie przeklina mnie w myśli, ale co innego mu zostało? Przegrali wojnę uprzednio ją wywoławszy, toć mają za swoje. Dobrze zrobiłem, że go schowałem na strychu, kiedy milicja wywoziła stąd Niemiaszków. Rasa panów, dobre sobie.

Pan Bąk gestem ręki polecił Niemcowi zabrać starą tablicę i razem wrócili do domu sołtysa.

– Herr Bonk? – odezwał się Henrich, gdy dotarli do podwórza. – Habe ich schon freizeit?

– Co? Co tam szprechasz?

– Wolne, freizeit.

– A tak, tak. Idź sobie, dzięki.

W sumie szkoda chłopa, zadumał się sołtys. Trzeba będzie się go pozbyć zanim milicja mnie dorwie za ukrywanie Niemca. No, ale rasa panów musi odpokutować grzechy, nie? A zrobi to najlepiej tu, na wsi, na swych dawnych ziemiach, które zajmowali.

Od wschodu zawiał silny wiatr. Pan Bąk zerknął na dukt prowadzący do lasu. Przypomniał sobie, że Kaźko jeszcze nie wrócił z popołudniowych wygłupów, którymi on i jego koledzy, zwykli się zajmować w czasie wolnym. Sołtysowi nie podobało się, że jego syn biega po lesie wedle woli. W ściółce mogły kryć się potrzaski zostawiane przez kłusowników, albo miny przeciwpiechotne, albo niewypały, albo zdziczałe psy.

No, ale z drugiej strony, poddał sobie pan Bąk, mówią, że Niemcy zakopali w ziemi złoto. Co tam mieli i zdołali zgromadzić przed wojną, rzekomo lądowało w gruncie. Roztropni ludzie powiadali, że kiedy już Niemcy tu wrócą, odkopią swój dobytek.

Z zamyślenia wyrwało go nawoływanie Kaźka.

– Ojciec! Ojciec! – wołał nadbiegający od strony lasu smarkacz.

Krzykiem zainteresował się i Henrich. Niemiec zszedł ze stryszku stodoły, który zajmował i podszedł bliżej pana Bąka.

– Gdzieś ty był? – zagrzmiał sołtys, mierząc syna złym spojrzeniem. – Aleś brudny! Matka ci da bobu, zobaczysz!

– No, koło torowiska byłem i patrz co znalazłem.

Chłopak wydobył z nabijanej guzikami kurtki, ludzką czaszkę.

– Matko Boska Częstochowska! – krzyknął pan Bąk. – A skądś ty ją wytrzasnął?

– A żeśmy biegali koło torowiska, i się ganiali, aż żeśmy do lasu wbiegli, a Staszek mi haka podstawił, to żem się wypier… Wywrócił! No i wpadłem do dziury, a tam różne kości były. I żem se czaszkę wziął. Mogę ją zatrzymać?

Henrich zamamrotał coś niezrozumiale.

– Co? Co ty tam szprechasz? – Sołtys odwrócił się do pomocnika.

– Leshy – powtórzył stary Niemiec.

***

Nie wszyscy starzy mieszkańcy tak zwanych Ziem Odzyskanych musieli opuścić swoje domy. Jeśli ktoś, z dziada pradziada, legitymizował się polskim pochodzeniem, czasami wystarczyło tylko nazwisko, mógł zostać. Taką osobą była pani hrabina Andresmanowa, której po wojnie Sowieci z majątku zostawili ledwie mały, ogołocony pokoik i kozę. Koza, jak to koza, specjalnie wybrednym stworzeniem nie będąc, jadła wszystko ze smakiem. Z tego powodu utrzymanie poczciwego zwierzęcia nie należało do zadań wybitnie trudnych.

Pani hrabina po polsku rozumiała dobrze, mówić potrafiła trochę mniej. Przyjezdni Polacy zza Buga zdawało się, że mówią jeszcze gorzej. O swoim tytule szlacheckim nie wspominała, wszak komuniści noblitów nienawidzili, a ona jako bardzo młoda, samotna kobieta musiała dołożyć wszelkich starań, aby nie dać się zwyczajnie wykończyć. Matka zmarła przed dwu laty, ojciec i starszy brat zginęli na froncie wschodnim. A żyć było trzeba, niby ta koza, choćby byle jak.

O tajemniczym zniknięciu motorniczego, wiosną roku 1947, usłyszała podsłuchując rozmowę dwóch żołdaków. Ciała Rosjanina nie znaleziono, zatem przyjęto, że został porwany przez tych kryminalistów z Armii Krajowej. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie miejsce, w którym doszło do zniknięcia.

“To zwykłe, słowiańskie zabobony, Amelio”, miała powtarzać piastunka hrabiny, gdy była jeszcze dzieckiem.

– A słyszała pani, że ten dzieciak co znalazł czaszkę w lesie się zgubił? – powiedziała nieznajoma kobieta, pierwsza w kolejce do doktora Lubersteina. – Ojca nie posłuchał, wrócił do lasu i tyle go widziano.

To tylko zabobony, powtórzyła w myśli.

– Tak to już jest! – mówiła dalej kobieta. – Wracają żołnierze z Berlina i zamiast naszej nowej Polsce służyć, to po lasach biegają i ludzi porywają.

W lasach pod Marsdorfem miało straszyć. To coś miało zapadać w zimowy letarg i budzić się na wiosnę. U schyłku lata okoliczni chłopi zanosili plony do lasu, by podobno w okresie jesiennym cieszyć się spokojem. Ojciec pani Andersmanowej powodowany ciekawością, miał nawet urządzić polowanie w lesie, ale prócz saren i dzików nie znaleziono niczego niezwykłego. Konsekwencją polowania miała być również śmierć dwóch łowczych, którzy umarli na chorobę Creutzfeldta-Jakoba.

To tylko zabobony, Amelio. Słowiańskie zabobony.

Nadszedł czas na wizytę. Hrabina zapukała w drzwi i weszła do gabinetu doktora Lubersteina. Żyd polskiego pochodzenia, przybyły podobno z Łodzi, nie wygląda jakoby wycierpiał katusze podczas wojny. Pani hrabina nie do końca rozumiała dlaczego naziści tak okrutnie traktowali Żydów jeszcze przed wojną, ale pan ojciec stwierdzał, iż jest za młoda, by pojąć takie złożone kwestie.

Omawiając kwestie zdrowotne rozmawiali po niemiecku. Doktor zaproponował taką formę komunikacji podczas pierwszej wizyty pani Andersmanowej. Bez problemu rozpoznał w niej pierwiastek raczej germański aniżeli słowiański. Pomimo tego nie czynił jej wstrętów, ani nie okazywał niechęci.

– To świerzb – powiedział lekarz, wyjmując kartkę papieru celem napisania recepty. – Przepisuję zwykłe witaminy, ale proszę mi wybaczyć, co powiem. Świerzb wywołany został przez złą higienę, zatem najlepszym lekarstwem będzie czystość. Cóż… To chyba przez tę kozę, która z panią mieszka. Proszę dbać o siebie, pani hrabino.

***

Tonące w koronach drzew słońce, przypominało doktorowi Lubersteinowi, wielką pomarańczę między kaktusami. Uśmiechnął się do wspomnień wakacji, które spędził wiele lat temu w Jerozolimie. Ziemia Obiecana, do której nie chciał wracać. Jego domem od zawsze była Polska. Choćby Polska Ludowa, chwytająca łapczywie pogranicze Dolnego Śląska i Łużyc.

Przyjemny spacer w okolicach wsi Marszów zakłócało wściekłe szczekanie psa. W okolicznych lasach roiło się od bezpańskich sfor, które pozbawione opiekunów, szukały pożywienia na własną łapę. Okoliczni chłopi czasami rozprawiali się z nimi zupełnie bez litości. Doktor Luberstein wierzył, że mieli ku temu jak najlepsze powody.

Wszedł na wzniesienie i zerknął na czubki swoich półbutów. Były oblepione mokrą ściółką, ale podróżnik zignorował ten fakt. Cieszył się świeżym powietrzem i naturą mającą chwilę wytchnienia od ingerencji ludzkiej. Schodząc ze wzgórka usłyszał, jakby kilka par łap, biegło po miękkim gruncie. Przystanął w miejscu i zacisnął dłonie w pięści. Zląkł się nie na żarty i rozejrzał w koło. Do najbliższych zabudowań prowadziły dzikie i kręte ostępy, po których, jeśliby przyszło uciekać, ciężko biec.

Postanowił zawrócić i wyjść z lasu. Skierował się na znaną ścieżkę i szedł przyśpieszonym krokiem nie oglądając się przez ramię.

Coś zawarczało.

Luberstein zerwał się, rzekłbyś jak sprężyna z gryfu, i popędził w gęstwinę sosen. Skojarzył, że najlepiej biec zygzakiem, brać drzewa raz z lewa, raz z prawa. Skojarzyłby i więcej, ale miękki grunt uciekł mu spod stóp. Doktor sturlał się niby kłoda w lichą kotlinkę, otoczoną pierścieniem modrzewiów. Mech łagodził upadek, ale czuł, że wkrótce na jego torsie wykwitnie kilka siniaków. Niezdarnie wstał, mieląc naprzemiennie polskie i niemieckie przekleństwa. Zerknął w górę, na czubek wzniesienia, z którego się stoczył. Na jej szczycie siedział niewielki pies, merdający ogonem. Gdy psiak zauważył zainteresowanie, zaczął szczekać wysokim altem. Po chwili zbiegł ze zbocza wprost na szykującego się do ataku Lubersteina. Doktor z całej siły kopnął psa, rzucając przy tym plugawymi przekleństwami. Zwierzę zaskomlało i zaczęło uciekać z powrotem w stronę wzniesienia, z którego jeszcze przed chwilą zbiegło. Pojedynczy kop nie zaspokoił nerwów mężczyzny, Dopadł psa w trzech krokach i kopnął go jeszcze raz. I jeszcze raz. Przy kolejnym kopniaku przestał.

Coś zaryczało przeciągle, rzekłbyś jakby byk mierzył się z lwem. Luberstein wyprostował się i zaraz skonstatował, że w szale zgubił okulary. Rozejrzał się wkoło i zauważył coś na przeciwległym szczycie obrębu kotlinki. To coś stało wyprostowane, podobne do pnia topoli. Skóra, o ile to była skóra, lśniła w promieniach popołudniowego słońca, zaledwie przez moment. Gdy doktor wytężył wzrok blask zniknął i nie widział nic więcej prócz pnia i wyrastającego zeń konarów.

Zauważył ruch i nim zdołał zareagować, znany mu nieludzki klangor, spłoszył okoliczne ptactwo. Mężczyzna krzyknął i poczuł, jak strach zaczyna ogarniać każdą komórkę ciała.

Wdrapał się na szczyt kotliny i puścił się biegiem przez las.

***

Noce były najgorsze. Milicja, myśliwi, nawet okoliczni chłopi, dosłownie każdy mógł zdradzić pozycję drużyny sierżanta Rejbaszki.

– Poroniony plan. – Żołnierz splunął na ziemię i zatarł zmarznięte dłonie.

Koncepcja była prosta. Oddziały Armii Krajowej z tego, czy innego powodu znajdujące się na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych, miały destabilizować akcję osadniczą. Czemu? Tego Rejbaszce nie powiedziano. O wielu innych sprawach też mu nie powiedziano, dlatego od bodaj tygodnia, drużyna krążyła po lesie, chowając się przed ludźmi.

Sierżant usłyszał kroki za swoimi plecami. Wstał z ziemi, zmrużył oczy i dojrzał kaprala Woluca.

– A żeś mnie nastraszył, kapralu.

– Przepraszam – odezwał się słabym głosem Woluc. – Tak sobie myślę…

– No? Co tam sobie myślisz?

– O tym, co dalej. Ostatni kontakt z dowództwem mieliśmy pod Niedoradzem. Konkretnych rozkazów nie otrzymaliśmy i…

Kapral zmieszał się, opuścił wzrok i odchrząknął.

– Tam też zjedliśmy po raz ostatni.

– Nie – zaprzeczył Rejbaszko, a twarz mu stężała. – Wcale nie ostatni.

Sierżanta nie zdziwił zbolały wyraz twarzy podkomendnego. Doskonale pamiętał, jak we wsi Modrzyca zakradli się do jednej ze stodół i próbowali podprowadzić kilka jajek, nieco warzyw i owoców. Czujni pionierzy przegonili ich precz, wymuszając kłusowanie w okolicznych lasach. I tak, od zająca do zająca, warchlaka do warchlaka, partyzanci zaszli pod Dolne Łużyce

– Dobra, dajmy temu spokój. – Sierżant machnął ręką i odwrócił się w stronę obozu. – Wzięli i pogonili nas, też mi rzecz. Odwdzięczymy się im, jak przyjdzie pora. Co z tego, że to Polacy? Przesiedleńcy, wdzięczni komuchom, że ichne lepianki za Bugiem zamienili na ceglane chałupy. Trzeba będzie, to i z nimi się zrobi porządek.

Przeszli do prowizorycznego obozu gdzie odpoczywała drużyna. Zmęczeni, milczący mężczyźni wpatrywali się w głuszę lasu. Na widok podchodzącego Rejbaszki wstali, ale zupełnie bez zapału.

– Baczność, słuchać rozkazów – zaczął dowódca oficjalnym tonem.

***

Doktor Luberstein nie krzyczał, biegł ile sił miał w nogach. Nie oglądał się za siebie, omijając zręcznie sosny, rzekłbyś wprawiona sarna uciekająca przed wilkiem. Pomimo najcięższych starań zdarzało się, że stracił równowagę i zarył twarzą w miękki mech. Gdy przeczucie obecności tego, co widział całkiem zniknęło, zatrzymał się. Oddychał ciężko, aż w końcu oparł się o drzewo i soczyście zwymiotował.

Ocierając twarz z wymiocin skonstatował, że dobiegł do zalanej żwirowni. Bordowy od wysiłku, raptownie łapał powietrze, aż w końcu rozejrzał się za schronieniem. To coś goniło go do skraju lasu, doktor widział zabudowania Marszowa między drzewami. Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał radosny śmiech okolicznej dziatwy. Nad brudną wodą młodzież lepiła kulki z gliny i ciskała ją w siebie lub w wodę.

Powinienem ich ostrzec, pomyślał Luberstein, wychodząc z lasu.

Powinien.

***

– Eugeniusz Bąk – przedstawił się sołtys mężczyźnie słuchającego tego, co mówił. – Już się przedstawiałem. To moja żona, Kryśka.

Milicjant wbrew zapewnieniom wydawał się znudzony. Leniwie kiwał głową i spoglądał w stronę zwartej ściany lasu.

– Słońce już zaszło, a Kaźko do domu nie wrócił – przypomniała zapłakana pani Kryśka. – Boże mój, dopomóż…

– Bóg tu nie pomoże, bo Boga nie ma – rzucił mechanicznie mężczyzna. – Poszedł bawić się do lasu z kolegami. Pozostali chłopcy wrócili, jak zeznali państwa sąsiedzi. Może on…

– Kaźko! – wybuchła płaczem kobieta.

– Kaźko – odparł sennie funkcjonariusz – może Kaźko się zgubił? Cóż, należałoby zebrać wieś i pójść do lasu. Nawoływać. Chłopak się znajdzie.

– Myśmy już próbowali! – Pan Bąk wyrwał się z objęć żony. – Ni widu, ni słychu!

– Może…

Nim milicjant wysunął kolejną tezę, oderwał wzrok od służbowego notesu i zwrócił uwagę na nadchodzącego mężczyznę. Nieco zgarbiałego, z posępnym wyrazem twarzy, o smutnych i zmęczonych oczach. Prowadził za ramię wyprostowanego chłopaka, w stronę którego państwo Bąk ruszyli niby rażeni piorunem.

I się znalazł smarkacz, odetchnął w duchu funkcjonariusz.

Pan Bąk już miał wyciągać pasek ze spodni i zginać kolano we wiadomym celu, gdy młody zaczął się drzeć i wymachiwać rękoma w stronę lasu.

– Co? Co on tam gada? – Do rodziny dołączył stróż prawa.

– Żyd, panie władzo – mruknął Kaźko. – Pod lasem leży ten konował, Żyd. On kiedyś mię…

– Dobra, dość. Ty – policjant zwrócił się do posępnego mężczyzny. – Widziałeś ty tego Żyda?

– Eee… On nic panu nie odpowie – rzucił natychmiast pan Bąk. – On niemota, znaczy nie gada. Na wojnie granat wybuchł mu koło ucha i skołowaciał do reszty.

Na potrzebę chwili milicjant uwierzył w słowa sołtysa.

– Dobra, młody. Prowadź do doktora.

***

– Doktor Luberstein dzisiaj nie przyjmuje.

Głos pielęgniarki był zupełnie zimny. Hrabina wysiliła się na uśmiech i pokorne skinięcie głową. Powoli odwróciła się od okienka i wróciła na miejsce, które zamierzała zająć przy wchodzeniu do szpitala.

– A czemu – zaczęła kobieta obok – do innego pani nie pójdzie? Luberstein to Żyd, kto wie co on tam za palcami ma.

– No wie pani co? – Pani Andersmanowa pokręciła głową. – Dlaczego pani tak mówi?

– A co mam nie mówić, kiedy to prawda? Ludzi niby leczy, a po lasach łazi niby te bezpańskie psy. I co? I doigrał się. Rano znaleziono go pod Marszowem. Bełkotał coś pod nosem, trząsł się jak w febrze, oszalał. Tak mówią.

– Pod Marsdo… Pod Marszowem? Do czego tam doszło?

Towarzyszka hrabiny pochyliła się konfidencjonalnie. Jej twarz szpeciły ślady po ospie, gęsto usypane na zmęczonym obliczu. Hrabina mimowolnie skrzywiła się.

– Luberstein twierdzi, że widział jakiego potwora – wypaliła chrapliwym głosem.

“To tylko zabobony, Amelko. Słowiańskie zabobony”.

– A wcześniej jakiś gówniarz ze wsi znalazł ludzkie szczątki – kontynuowała kobieta z narastającym przejęciem w głosie. – To pewnie Żydzi albo Polacy, co  ich Niemcy zamordowali. Tak, jak w Katyniu. Tam też Niemcy pomordowali Polaków.

Podczas wojny hrabina słyszała coś zgoła innego.

Co kraj to propaganda, pomyślała pani Andersmanowa.

– Wieczorem ma się tam zebrać rada sołecka i ustalić coś względem łażenia po lesie. – Kobieta porzuciła skryty ton głosu na rzecz protekcjonalnych tonów. – A po mojemu to strata czasu. Póki w lasach partyzanty, póty się nie powinno tam łazić. Jak już zrobią porządek z tymi zbójami to proszę bardzo.

***

Docierając do równych rzędów sosen, sierżant Rejbaszko poczuł osobliwy zapach. Coś jakby metan. Zaraz poczuł strach, a cisza zdawała się krystalizować pośród ciemności lasu. Jeszcze na froncie żołnierz odczuwał podobne lęki. Nie potrafił ich sprecyzować więc nazywał je po prostu intuicją. Coś niewytłumaczalnego kazało mu się schować, nie wychylać nosa albo spieprzać jak najdalej. To właśnie ten lęk uratował go kilkukrotnie przed potencjalnym niebezpieczeństwem.

Wydał rozkaz do zatrzymania.

– Co jest? – syknął kapral Woluc.

– Nie wiem. Cisza. Nasłuchiwać.

– Rozkaz.

– A co to jest? – powiedział jeden z podkomendnych i wskazał ręką na pień.

Rejbaszko już się szykował do reprymendy, ale zaciekawiony skupił wzrok na punkcie, który wskazywał żołnierz. Tam dopatrzył się jakiejś skrzyneczki. Ściągnął ją delikatnie, owinął płaszczem i zakręcił korbką od latarki. Skrzyneczkę i głowę schował pod odzież, tak by słupem światła nie zdradzać pozycji w ciemnym lesie. Wkrótce słabe światło ukazało obraz Matki Boskiej zamknięty w małym pudełku, a także napis.

– “Mutter Gottes für die Rettung…” – wydukał sierżant. – Dalej nie widzę. Napis jest zamazany.

– Szwabskie, tfu! – splunął Woluc.

– Ano, szwabskie. – Dowódca rzucił obrazek na ziemię i zgasił latarkę. – Koniec atrakcji, ruszamy da…

– Jezus Maria, co to?!

Nim ktokolwiek zdołał odpowiedzieć, oddział usłyszał ryk. Wkrótce po nim Woluc zawył nieludzko, a Rejbaszko chaotycznie skierował latarkę w jego stronę. Oderwana od korpusu głowa kaprala, poszybowała kilka kroków od oddziału, a ciało bezwolnie upadło na ściółkę.

Wybrzmiał ryk, podobny złączonemu warczeniu watahy wilków.

Żołnierze pośpiesznie wyciągnęli latarki i zaczęli kręcić korbkami. Wkrótce światło przepędziło mrok, a między drzewami sierżant dojrzał ruch.

– Tam, tam! Strzelać bez rozka…

Coś jakby kula, rzekłbyś ołowiana, stanęła mu w gardle, gdy zobaczył wychodzącą zza sosny postać. Nieco przygarbiona, z długim psim pyskiem, kreatura warczała naprzemiennie kłapiąc zębiskami. Długie ramiona, zwieńczone nierównymi szponami, poruszały się w rytm chodu bestii. Rejbaszko przełknął ślinę i nim zdążył wydać polecenia usłyszał wystrzał.

Gdy bestia zniknęła mu z pola widzenia zrozumiał, że kule tu w niczym nie pomogą.

Zrobiło się bardzo cicho. Żołnierze wystrzelali magazynki do końca.

– Czym ty jesteś?! – zawył sierżant, machając chaotycznie latarką.

– Leshi manel – odpowiedział mu groźny, gardłowy głos. – Yah illumita.

Czym ty kurwa jesteś?!

–  Jestem, który jestem – wytłumaczyło monstrum, wychodząc z gęstego mroku.

***

Późną nocą, gdy Henrich Blumberdorf słuchał salw karabinu, przypomniał sobie o przedwojennych mieszkańcach tych ziem. O dzieciach, które zabłądziły w lesie. O poranionej zwierzynie. O dziwnych czaszkach, które zdarzało mu się znajdować. Henrich, słuchając wystrzałów, wiedział że Polacy też je słyszą i zupełnie, tak jak niegdyś on, drżą ze strachu.

***

21 marca 1989 roku

Płomień ognia wzbił się ku niebu, a wraz z powstającymi kłębami dymu, swąd palonej słomy drażnił delikatne powonienie hrabiny. Amelia Andersman obserwowała z uśmiechem dzieci wrzucające podpaloną kukłę Marzanny wprost do Złotej Strugi, którą okoliczni mieszkańcy Marszowa, zwykli przezywać Smródką. Jeszcze większy uśmiech wywoływała głęboka konsternacja wikarego kościoła Matki Bożej Szkaplerznej. Starsza już nieco, ale zawsze dostojna kobieta, podeszła do wyprostowanego księdza i skinęła głową.

– To tylko zabawa, proszę księdza – powiedziała najmilszym głosem, jaki potrafiła z siebie wydobyć.

Ksiądz Tomiak niewzruszony obserwował bawiące się dzieci. Był bardzo młody i całkiem przystojny, jeśli odjąć buńczuczny grymas przebiegający po twarzy.

– A wie ksiądz, że mamy tu w okolicy piękną kapliczkę? – Hrabina nie myślała rezygnować. – Proboszcz z Kunic ją poświęcił, a też niektórzy mówili, że to o pogaństwo zakrawa. Że drzewa się w ten sposób czci.

– Znam tę historię – odparł sucho wikary. – Rok temu doszło tu do pożaru, z którego ocalało jedno, jedyne drzewo. Na nim wisiał kiedyś wizerunek Matki Boskiej zatem mieszkańcy uznali to za cud. Pobudowali kapliczkę, a wspomniany proboszcz Michalak ją poświęcił. Zgadza się?

– Zgadza. Ksiądz wydaje się nie pochwalać takiej spontanicznej pobożności.

– Pochwalam, o ile jest utrzymana w duchu czystego chrześcijaństwa. A tu mamy przykład – skinął głową w kierunku tańczących w kółku dzieci – zupełnie innych intencji.

Niech sobie uważa co chce, pomyślała pani Andersmanowa, ale ma rację, co do intencji.

Zerknęła na szalejące w koło dzieci, zmrużyła oczy i przypomniała sobie o zeszłorocznych wydarzeniach. Poczuła na twarzy ciepło, niby ognia.

13 maja 1988 spłonęło kilkadziesiąt hektarów lasu, a ocalała jedna sosna, dała do myślenia tym, którzy łączyli legendy z rzeczywistością. Jedno, powyginane drzewo, podobne setce innych. Wtedy zapadła decyzja o budowie. Kapliczkę wzniesiono nie z pobudek chrześcijańskich, a właśnie pogańskich. Nawet jeśli wdzięczni mieszkańcy nie wiedzieli, co robią. Na szczęście to coś, co mieszka w lesie, nie jest tak dokładne, jak ksiądz wikary. Wizerunek kobiety z dzieckiem, Matki Boskiej, Magna Mater, Matki Ziemi, zdaje się być dla bestii jednym i tym samym. Odkąd wzniesiono kaplicę nic nie wyje w lesie. Nikt nie gubi się w środku dnia. Trzoda chlewna nie choruje, a plony zdają się być obfitsze niż kiedykolwiek.

Hrabina nie zauważyła kiedy ksiądz się oddalił. Poczuła obecność kogoś innego. Obejrzała się za ramię i zauważyła pana Eugeniusza Bąka. Emerytowany sołtys, zgarbiały i stary, dobijał już do setki, ale mimo różnorakich dolegliwości, zdarzało mu się wychodzić z domu.

– Będą przez niego kłopoty – powiedział starzec, spoglądając w stronę duchownego.

***

Początek listopada, 2014 roku

– Oto Słowo Pańskie! – wyśpiewał ksiądz wikary.

– Chwała Tobie, Chryste! – zaintonowali wierni zgromadzeni w kościele.

– Usiądźcie, proszę.

Zgromadzeni na mszy świętej wierni, posłusznie usiedli w ławkach kunickiego kościoła. W tym czasie wikary rzucił okiem na notatki do homilii. Kazanie proboszcza Tomiaka, człowieka surowego i pozbawionego cnoty kompromisu, niekoniecznie podobało się młodemu księdzu.

Rozpoczął od spraw zwykłych, podziękowań, drobnych ogłoszeń. Potem przyszła pora na część właściwą, tą mniej drobną czy zwykłą.

Ale jak mus to mus, pomyślał.

– Dobrym zwyczajem pozostaje, że piętnastego dnia miesiąca sierpnia, wierni do kościoła przynoszą to, co im ziemia obrodziła. Postępujemy tak zaraz po żniwach. Dziękujemy w ten sposób Bogu, za pośrednictwem Panienki Przenajświętszej, za łaskę i dobrodziejstwa natury, którą Pan nasz tchnął w ziemię. Najstarsi mieszkańcy pamiętają jednak, że nie zawsze tak było.

Nawet najstarsi mieszkańcy nie pokiwali głowami, bo w istocie, nie pamiętali, by zawsze tak było. Parafianie wpatrywali się w nieco zmieszanego księdza.

– Na nieszczęście w lasach naszych kąkol bałwochwalstwa w dalszej mierze ma się dobrze. Bogu niech będą dzięki, że Pismo Święte przychodzi nam z pomocą. Bowiem było tak, że chrześcijanie z Koryntu zechcieli wracać do bałwochwalczych praktyk. Może nie chcieli ucinać kontaktu z rodziną albo z przyjaciółmi, którym zależało na podobnych praktykach? Może bali się, że staną się pustelnikami albo myśleli, że to nic złego? Że wszak to jeno posąg czy budowla? Nic bardziej mylnego, kochani moi. Święty Paweł chce im to wyjaśnić, ale pierwej mówi do nich: “Uciekajcie!”. A czemu tak do nich powiedział? Nie rozumieli podłoża tego o co w tym chodzi. Paweł chce im wytłumaczyć grzech, ale później.

Słowa, które wikary czytał z pożółkłej kartki, przynosiły mu na myśl średniowiecze.

Nie, poprawił się w myśli, renesans. To tak zwane Odrodzenie przyniosło ludziom ciemnotę, zapaść i cierpienie.

– W innym miejscu mówi Pan: “A oto przybywają jezdni, jeźdźcy na koniach parami. Odezwał się jeden i rzekł: «Upadł Babilon, upadł, i wszystkie posągi jego bożków strzaskane na ziemi!». Jak rozumieć ten fragment? Pan Bóg rękami Izraela strąca posągi, wyrywa kąkol, oddziela ziarno od plew. I my tak powinniśmy czynić. Bronić się przed zakusami tego, co ładne. Co kuszące, piękne, wymagające kultu, a Bóg w pierwszym przykazaniu mówi, że nie ma nic prócz niego. Amen.

– Bóg zapłać! – odpowiedzieli wierni.

***

Koniec listopada, 2014 roku.

Hrabina Andersmanowa szła skrajem ulicy, uważając aby nie poślizgnąć się na śliskiej od mokrych liści nawierzchni. Minęła zjazd do sortowni śmieci, pokonała dwa ostre zakręty i puściła w niepamięć wyzwiska kierowców mijających ją. Nie winiła ich za obelgi. Droga nie posiadała pobocza, była wystarczająco niebezpieczna do jazdy samochodem, a co dopiero do pieszych wycieczek.

Ale nie było innego wyjścia, nie sposób było dotrzeć do zgliszczy kapliczki inaczej niż piechotą. Oczywiście mogła poprosić kogoś o pomoc, o podwiezienie jej na miejsce, ale i to nie wchodziło w rachubę. Wszystko, co hrabina zaplanowała, musiało pozostać w tajemnicy.

Zeszła z asfaltu i poszła długim leśnym duktem. Dotarła do brodu Złotej Strugi, przy której niegdyś obserwowała palenie Marzanny. Potem przekroczyła torowisko, przy którym w 1947 roku zaginął radziecki motorniczy. Wydawało jej się, że las zaprasza ją do wejścia, a przy tym coś knuje. Wiedziała co on zamierza, wiedziała, że już nie wróci do Żar. Zauważyła ślady, głębokie ślady wozów strażackich i powoli poszła ich śladem.

Docierając do rozdroża, skręciła w lewo i uśmiechnęła się na widok drogowskazów: “Do kapliczki”.

“To tylko słowiańskie zabobony, Amelko”, przypomniała sobie słowa piastunki.

– Otóż nie – mruknęła pod nosem.

Nie zdziwiła się widząc go chodzącego w koło zniszczonej kapliczki. Monstrum w ogóle nie wydawało się agresywne. Chodziło wśród zgliszczy dotykając pazurami nadpalonych desek i wydawało z siebie głębokie pomruki. Podejrzewała, że potwór wyczuwa jej obecność.

Zatrzymał się między konarem, a głazem służącym za fundament konstrukcji.

– Oleen Leshi – wyburczał gardłowym głosem. – Postu taalta!

– Wiem kim jesteś i wiem, co chcesz zrobić, ale proszę wstrzymaj się. Rozumiesz co mówię?

Bestia powoli pokiwała głową.

– Ludzie odbudują kapliczkę, zobaczysz. Daj im tylko czas. To twój las, a my go krzywdzimy. Wiem. Wiem, rozumiem to.

Leszy podszedł bliżej. Okrywał się płaszczem pozbawionym rękawów, z głębokim kapturem zarzuconym na kosmaty łeb. Był znacznie wyższy od człowieka, pomimo tego, że garbił się. Długie ręce, porośnięte gęstą, podpalaną sierścią, przynosiły na myśl wilkołaka. Podobnie jak długi, wilczy pysk. Na przekór zwierzęcemu obliczu stały mądre, błękitne oczy. Hrabina nie mogła pozbyć się wrażenia, że bije od nich coś w rodzaju inteligencji, której nie mogła racjonalnie wytłumaczyć.

Bezszelestnie zbliżył się do kobiety.

– Pysytha täällä minaan kanssanih – wyburczał, szturchając pazurem jej wątłą dłoń.

Choć nie rozumiała ani słowa, wiedziała że zostanie tu z nim na zawsze.

***

13 grudnia 2019 roku

Wizyty na posterunku policji wzbudzały w Romanie Ofrakowskim pewien niepokój. Prawda, nie były częste, wręcz znikome, ale gdy został wezwany telefonicznie nie miał zielonego pojęcia o co mogło chodzić. Wziął w pracy dzień wolny, zapakował się do samochodu i zaparkował nieopodal wejścia do budynku. Droga z Zielonej Góry do Nowej Soli zajęła mu mniej niż dwadzieścia minut.

Na portierni został skierowany do biura komendanta, gdzie udał się bez zwłoki. Zapukał do drzwi, a po usłyszeniu krótkiej komendy, wszedł do środka. Odetchnął, gdy zauważył kto stoi obok wąsatego szefa policji.

– Jasiek? – zdziwił się Roman, zamykając drzwi. – A co ty tu robisz?

Z Janem Ostaszewskim Roman miewał sporadyczny kontakt. Poznali się jeszcze przed studiami, kumplowali, a potem ich drogi rozeszły się zgodnie z porządkiem ludzi dorosłych: pierwsza praca, pierwszy kredyt, pierwsze dziecko. Roman wypełniał te punkty w sposób upośledzony. Pierwsza praca w starostwie powiatowym okazała się trwalsza niż by sobie tego życzył. Kredyt we frankach dał się poznać, jako złodziejski. Dzieci nie miał, bo nie miał z kim ich mieć.

O Janku wiedział tyle, że skończył studia, zatrudnił się w policji i w ogóle nie przypominał gliniarza. Nosił długie dready związane w kitkę, przyduży sweter pochodzący bodaj z czasów studiów, luźne jeansy i trampki. Szczegółami roboty nigdy się nie chwalił więc Ofrakowski nie potrafił powiedzieć nic ponad to, co widział.

– Cześć Roman. – Janek oddał komendantowi folder wypełniony papierami. – Dawaj, chodź. Nie stój w progu. Siadaj tu.

Posłusznie usiadł naprzeciw wąsacza. Nie mógł wyzbyć się uczucia niepokoju, spoglądając na buraczane lico funkcjonariusza.

– Komendant Grosik – zabulgotał policjant i położył folder przed Romanem. – Obecny tu oficer Ostaszewski wskazał pana, jako osobę, która mogłaby nam pomóc.

Ofrakowski zamrugał oczami.

– Jest pan archeologiem? – ciągnął Grosik.

– Z wykształcenia, ale pracuję w starostwie powiatowym i…

– Proszę się zapoznać z tymi dokumentami. – Komendant położył pucołowatą dłoń na folderze.

– Chodzi nam o zwykły pogląd na sprawę – dodał Ostaszewski, zakładając rękę na rękę. – Nie o specjalistyczną opinię. Rzuć okiem i powiedz, co widzisz.

Roman posłusznie otworzył folder i wyciągnął dokumenty. Większą część kartek zajmowały kolorowe fotografie. Jego uwagę przykuła zwłaszcza jedna przedstawiająca pękate naczynie. Na wazie namalowany był krzyż słoneczny sugerujący związki z chrześcijaństwem. Po drugiej stronie wazy namalowana była zakrzywiona w literę “L” siekierka z tulejką i uszkiem.

– Kultura łużycka, ale to proste – powiedział do siebie, wpatrując się w zdjęcie. Podniósł głowę i obrzucił Ostaszewskiego pytającym wzrokiem. – Przecież tyle to sam wiesz, a jeśli nie wiesz, to przynajmniej wiesz gdzie szukać.

Ostaszewski nic nie odpowiedział. Wyciągnął z folderu kolejną fotografię i podsunął ją pod nos Romana. Mężczyzna poprawił okulary, odchrząknął i zapatrzył się na pękate puchary z zygzakami przy lejach.

– Puchary lejkowate, neolit.

Kolejne zdjęcie przedstawiające urny z koślawymi twarzami, z wieczkami urn przypominającymi kapelusze. Roman uśmiechnął się.

– Kultura pomorska. Urny wsadzano w skrzyneczki i…

– Bez szczegółów, panie Ofrakowski – uciął wartko komendant. – Proszę nam powiedzieć, co łączy te wszystkie, ekhm, kultury? Tak się pan wyraził?

– Tak. Kultury. – Roman ze wszystkich sił starał się schować w kieszeń pogardę. – Co je łączy? Ryt pogrzebowy i miejsce występowania. Wszystkie te kultury obiły się o ziemie Dolnego Śląska i Dolnych Łużyc.

– Co? – Grosik ciężko westchnął. – Przecież to ziemia lubuska. O co mu chodzi, Ostaszewski?

– To tylko nazwa administracyjnie. Historycznie jesteśmy na Dolnym Śląsku, a Żary to Łużyce. Nieważne.

Służbiści zamilkli. Roman czuł wiszące w powietrzu pytanie, ale wolał zachować milczenie.

– Panowie. – Komendant wstał z głębokiego fotela. – Dokończcie gdzie indziej. Mam też inne obowiązki.

Wyszli z gabinetu, uprzednio wymieniając kilka grzeczności. Mało szczerych, według Romana. Wyszli na zewnątrz i zapalili papierosy.

– Dobra, zapytam wprost – odezwał się Ostaszewski, opierając się o balustradę. – Czy możliwe jest, aby wszystkie urny, które widziałeś na zdjęciach, znalazły się w jednym grobowcu?

– Co? – Roman parsknął. – Nie, to niemożliwe. Te kultury funkcjonowały na tych ziemiach w odstępach kilkuset lat. Jeśli jest tak, jak mówisz, to ktoś musiał znieść urny w jedno miejsce. Nie wiem tylko po co.

Znowu zapadła cisza. Kilka osób wchodzących na komendę, zerkało z zaciekawieniem na duet.

– Sprawa jest głęboka i nieco pogmatwana – zaczął Janek. –  Wszystko zaczęło się pięć lat temu. Policja w Żarach otrzymała zgłoszenie o zaginięciu pewnej kobiety. Samotnej, zaniedbanej, bez przyjaciół i rodziny. Pomimo okrutnej biedy wyjątkowo angażowała się w kultywowanie miejscowej kultury. Wiesz, stolica polskich Łużyc i te sprawy. Ech… Zwłoki zaginionej znaleziono w lesie nieopodal kapliczki.

– Do ciała pewnie dorwała się leśna zwierzyna?

– Nie. I to był pierwszy sygnał, że jest coś nie tak. Brakowało jej wątroby i serca. Reszta nienaruszona. O wszystkim opowiedział mi teść. Lekarz, zna wszystkich. Zaoferowałem pomoc żarskiej policji, zgodzili się. W efekcie rewizji mieszkania znaleźliśmy zeszyt z notatkami denatki.

– Jak w kiepskim filmie – parsknął Roman. – Stara baba, odwieczna tajemnica i pamiętnik.

– Nie szydź z łaski swojej. To nie był pamiętnik, a testament.

– Testament?

– Tak. A w zasadzie prośba o pomoc, ale po kolei. Słyszałeś o zaginięciu radzieckiego maszynisty z 1947 roku? Albo o rzezi AKowców? Ten sam rok.

– Nic mi na ten temat nie wiadomo.

– Nic dziwnego. – Ostaszewski wzruszył ramionami. – O tym, że do 1988 cały rejon żarski był, jakby pustynią też pewnie nie wiesz. Porównując plony z innymi rejonami wypadał blado.

– A ty skąd to wiesz?

– Kolega ze studiów zrobił mi to porównanie.

– Kolega też pracuje w ABW? – zakpił Roman.

– Nie. – Głos Ostaszewskiego nie zdradzał choćby irytacji. – W archiwum. Wracając. W 1988 roku powstaje wspomniana kaplica, jako wotum dziękczynne za opanowanie pożaru. Od tego momentu nikt nie gubi się w lasach, nikt nie znika bez śladu, plony są coraz obfitsze. Jak to wytłumaczyć?

– Upada komuna, PGRy są przekształcane i tak dalej i tak dalej. – Roman dla lepszego efektu każdy przykład wyliczał na palcach.

 – Nie według testamentu tej kobiety – uciął Ostaszewski. Spojrzał poważnie na Romana i ciężko westchnął. – Ona uważała, że wszystkie te zawirowania są efektem działalności Leszego.

– Leszego? Przecież to legendy.

– Roman, nie marnowałbym twojego czasu gdyby chodziło o majaki jakiejś starej, durnej baby. Ta kobieta, Amelia Andersman, urodziła się w Żarach. To znaczy w Sorau, jeszcze przed wojną. Po zakończeniu wojny pozwolono jej zostać w Żarach, bowiem potrafiła wykazać polskie pochodzenie. Rodziny nie miała żadnej, a przynajmniej nie wzmiankuje o tym w zeszycie. W roku 1988, po ogromnym pożarze, inicjuje budowę kapliczki, jak sama twierdzi, po to aby w końcu udobruchać Leszego. W 2014 roku ktoś podpala kaplicę, a pani Andersman spisuje swoje myśli i udaje się do lasu.

– Po co?

– Po to, by złożyć się w ofierze Leszemu.

Roman zamrugał oczami i pokręcił głową.

– Chciała w ten sposób go udobruchać. Wychodzi na to, że cóż… dogadali się. Kiedy jej ciało zostało znalezione nieopodal kapliczki, sprawdziliśmy dokładnie teren. Potem poprosiliśmy o pomoc archeologów. Znaleźli zabytki i artefakty, które pokazywałem ci na zdjęciach.

– Archeologowie nie mogli wykonać tych ekspertyz?

– Nie. Po pierwsze zależy mi na czasie, po drugie wyniki badań mogłyby generować pytania. Wszystko co wykopali, lądowało w naszym worku. Oczywiście po wszystkim zwrócimy im to, co znaleźli.

– No, dobra. A co z Leszym?

– Zauważ, że wszystkie zabytki, które odkryto, zostały znalezione w tym jednym miejscu. Przyjmując, choćby na chwilę, że taki potwór może istnieć, kobieta wykazała się ogromnym rozsądkiem doprowadzając do budowy kapliczki. Gdyby powiedziała wprost, co odkryła, wziętoby ją za wariatkę, a nieszczęścia mnożyłyby się dalej. Po jej zgonie teren w koło kaplicy został zagospodarowany. To zasługa lokalsów. Pojawiły się obrazki, wota, modlitwy, cały folklor. W końcu amatorzy quadów wznieśli tam nową kapliczkę.

Roman nic nie odpowiedział.

– 5 grudnia ktoś podpalił tę kapliczkę. Od tamtej pory minęło osiem dni, a żarska policja doniosła o samobójcy w lesie. Nadleśnictwo grzmi o jakiejś świńskiej chorobie. Mam też cynk o lisach ze wścieklizną.

– Ekhm… No, to może warto odbudować kapliczkę?

Ostaszewski zapalił kolejnego papierosa. Oparł się o zimną poręcz i przymknął oczy. Stał tak przez chwilę, sprawiając wrażenie, że zaraz zaśnie.

– Nie, koniec dogadywania się. To intruz. Morderca i gnój. Już wystarczy, że w ludzkiej skórze trzeba znosić podobnych jemu.

– Czyli co? Zabić?

– Urządzić polowanie i zabić. Byle nikt do lasu nie wchodził w tym czasie.

***

7 stycznia 2020 roku

Warkot silników quadów rozniósł się po całej okolicy, choć mieszkańcy Marszowa byli przyzwyczajeni do podobnych ryków, zawsze ich irytowali amatorzy metalowych bestii. Zakłócali spokój leśnej głuszy, a co gorsza, ryli dukty i ścieżki. Podobne eskapady wielokrotnie były zgłaszane na policję, ale tym razem o wykroczeniach nie było mowy.

Leśnicy podjechali do następnej ścieżki prowadzącej w głąb lasu. Zgasili silniki maszyn, ale zostawili zapalone światła. Szedł sezon, ludzie coraz częściej organizowali wycieczki, a ryzyko rosło. Czasu było coraz mniej, leśnicy i policja mają zacząć już pojutrze.

Zacząć, pomyślał Kazimierz Bąk. Co w zasadzie?

Poczuł dreszcz, gdy spojrzał w otchłań czarnego lasu. Wydawało mu się, że ta sama otchłań spogląda na niego. Polecił towarzyszowi się pośpieszyć. Zabrali łopatę, młotek i wkrótce kolejna tablica została wbita w ziemię.

ZAGROŻENIE ASF

ZAKAZ WSTĘPU DO LASU