W związku ze zbliżającą się premierą książki Bartka Ejzaka “Szarlatan i Hermafrodyta”, redakcja Abyssos postanowiła zadać kilka pytań autorowi. Zapraszamy 🙂


Abyssos: Przez ostatnie lata można zauważyć gwałtowny wzrost zainteresowania fantastyką. Tematyka, która przez lata traktowana była jako element wykluczający ze społeczeństwa, obecnie jest jego integralną częścią. Mimo to, wraz z ewaluacją fenomenu, pojawia się problem tzw. zadzierania z klasyką. Mam na myśli książki w stylu Edgara Allana Poe czy H.P. Lovecrafta. Traktowane niemalże w formie kultu sprawiają, że jakiekolwiek naruszenie tego statusu quo sprawia, że fani traktują próbę napisania czegoś w takiej formie jako profanum. Są na szczęście pisarze, którzy przeciwstawiają się takiemu zachowaniu. Jednym z nich jest Bartosz Ejzak, autor wydawanego przez Wydawnictwo Abyssos książki “Szarlatan i Hermafrodyta”. Bartku, cieszę się, że mogę z tobą porozmawiać. Z tego co wiem, jesteś doktorantem filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim. Powiedz, czy to właśnie ten kierunek sprawił, że zdecydowałeś się popełnić dzieło o, nie oszukujmy się, dość kontrowersyjnym w kręgu stylu?

Bartek Ejzak: Rzeczywiście, jestem doktorantem na Uniwersytecie Łódzkim. Zajmuję się literaturą XIX wieku. Swoją przygodę z klasyką rozpocząłem właśnie od literatury grozy – pod koniec gimnazjum zacząłem czytać Poego, potem poznałem Lovecrafta, Walpole’a i wielu innych twórców. Oczywiście, mój tekst to stylizacja, ale nie na jakiegoś konkretnego autora, bardziej starałem się emulować klimat, jaki panował w XIX-wiecznych tendencjach literackich. Język, którym operuje narrator w książce, wskazuje, że traktuje on opisywane zdarzenia z dużym namaszczeniem. Stąd skomplikowane konstrukcje składniowe, biblizmy, nawiązania do Księgi Ezechiela, stąd też aluzje do liryki greckiej, zwłaszcza tej związanej z obrzędami orfickimi. Czy jest to kontrowersyjna praktyka, tego nie wiem. Myślę, że zahaczamy tutaj o problem płynności gatunkowej i szeroko pojętych intertekstualizmów. Nie dla wszystkich będą one przejrzyste i w pełni zrozumiałe. Ogólnie we współczesnej prozie panuje tendencja, by powieść stanowiła intelektualną zagadkę, autor porozumiewa się z czytelnikiem nie tylko na płaszczyźnie samego tekstu, lecz również poprzez wspólne doświadczenia kulturowe. Czy powieść grozy to powieść fantastyczna? Na pewno nie w takim samym stopniu, co pierwsze utwory tego typu – mam na myśli chociażby Las za światem Williama Morrisa. Weird Tales tworzyło osoby gatunek (powieść dziwaczna, powieść tajemnicza, powieść grozy), spłynięcie gatunków nastąpiło dopiero później. Tak samo jak nie jest nią powieść impresjonistyczna ani oniryczna. Oczywiście, koniec świata, zdolności mediumiczne, pakt z diabłem, podróż na Księżyc… Analogicznie wymienić można Apokalipsę św. Jana, teksty Ochorowicza, opowiadania E.T.A. Hoffmanna, Na srebrnym globie Jerzego Żuławskiego. Czy to fantastyka? W znacznej mierze tak, choć nie tylko. Czy napisałem powieść fantastyczną? Mnie samemu trudno powiedzieć. Myślę, że w literaturze grozy XIX wieku chodziło bardziej o pokazanie najmroczniejszych aspektów ludzkiej natury. Objąłem ten sam cel i dlatego sięgnąłem po takie, a nie inne wzorce. Elementy fantastyczne (wizje, majaki, opisy pierwotnych, frenetycznych rytuałów) połączone z XIX-wiecznym, epickim rozmachem nadają się do ukazania najciemniejszego wnętrza człowieka, do zaprezentowania jego Cienia – Cienia w ujęciu Junga – jak nic innego.

A: Czyli śmiało można powiedzieć, że twoja książka nie jest tyle co fantastyką, co wykorzystuje jej motywy. Czy to samo można powiedzieć o fabule? Nie będę ukrywał, członkowie naszej redakcji są już po lekturze popełnionego przez ciebie, Bartku, dzieła i niezwykle zaskoczył nas właśnie ten element atmosfery świata rodem z XIX wieku przeniesiony do współczesności. Ale warto powiedzieć naszym czytelnikom, jako odnosi się to do fabuły całej powieści? 

BE: Oczywiście, fabuła aż kipi od fantazmatów! Myślę, że próżno szukać fragmentów – może z wyjątkiem tych opisujących emocjonalne pejzaże bohaterów – w których nie zaznaczałaby się ingerencja sił nadprzyrodzonych. Zdecydowanie sacrum przeważa tu nad profanum, moje postaci, nawet jeśli są do bólu przyziemne, nie mogą uciec od wpływu tego, co niezrozumiałe, trudne do wypowiedzenia, metafizyczne. Szczerze przyznam, że cieszy mnie fakt, iż tekst wywołuje emocje, zdziwienie, może nawet pewne niedowierzanie. Taka rola literatury. Bolączki współczesności, XIX-wieczna konwencja oraz wyzwolenie najpierwotniejszych instynktów, całej energii podświadomości drzemiącej w człowieku. Tak opisałbym ponure Tszczyce, to właśnie świat Zgorzelskiego i Izabeli Kulwieckiej.

A: Wspomniałeś dwójkę bohaterów: Zgorzelskiego i Kulwiecką. Czy to są tytułowi protagoniści książki, czyli szarlatan i hermafrodyta, a może ich rola jest zupełnie inna w kontekście powieści? I jeśli tak, to jaka? 

BE: Zdecydowanie po przeczytaniu książki każdy z czytelników instynktownie uzna Zgorzelskiego za tytułowego szarlatana. Jak sądzę, jest to dość dobrze umotywowane przez fabułę. Wszelako kto jest hermafrodytą? Myślę, że prędzej Sasza, głównie ze względu na skomplikowaną kondycję medyczną – mam tu oczywiście na myśli jej dwupłciowość. I znowu wracamy do literatury XIX wieku, do popularnego wówczas, zwłaszcza w dobie bliskiej mi Młodej Polski, motywu Androgyne. Sasza stanowi jego ucieleśnienie na kartach powieści, nie gra jednak pierwszych skrzypiec. To po prostu seksualna obsesja Zgorzelskiego. Myślę, że w przypadku polifonicznej narracji nie można ustalić konkretnego głównego bohatera, niemniej gdy patrzę na swój tekst, to dostrzegam, że przesunąłem akcenty zdecydowanie w stronę Zgorzelskiego i Kulwieckiej. Byli chyba mi najbliżsi ze wszystkich wymyślonych przeze mnie postaci. Zatrzymajmy się jednak na chwilę przy androgynii. Otóż Sasza nie jest jedyną dwupłciową osobą. W renesansowych podręcznikach do czarnej magii, mam tu głównie na myśli Pseudomonarchię Daemonum czy Goecję, ale też dzieła Fausta czy Trithemiusa, zarówno cechy męskie, jak i żeńskie uosabia także demon Pajmon. To właśnie z nim/nią tytułowy szarlatan Zgorzelski zawiera pakt. Kim w takim razie jest hermafrodyta? Nie chciałbym podawać czytelnikom gotowych rozwiązań interpretacyjnych, podróż po fabule książki ma być zabawą, a próby rozwikłania znajdujących się w niej zagadek to jeden z głównych elementów gry autora z odbiorcą. Mogę udzielać wyłącznie wskazówek. Ale pytałeś o rolę Izabeli i Zgorzelskiego w powieści. Jest ona dość znamienita, ponieważ tych dwoje posiada wiedzę oraz umiejętności, by zapobiec zbliżającej się katastrofie. Jak należy oceniać ich intencje? Czy zwycięży poczucie obowiązku, czy może samolubna chęć samorealizacji i pragnienie dążenia do własnego szczęścia? Odpowiedź i na te pytania pozostawiam moim czytelnikom.

Abyssos: Twoi czytelnicy, oprócz zmierzenia się z interesującą i rozbudowaną pod kątem interpretacji opowieścią, będą mieli jeszcze temat do zgłębienia. Jak wspomniałeś wcześniej, popełniona przez ciebie powieść naszpikowana jest stylizacją XIX wieczną. Jest to element w pisarstwie, który nie jest obecnie spotykany. Sprawiło ci wiele problemów użycie tych specyficznych konstrukcji czy było to spacer po parku? I co więcej, jak sądzisz, jakby cię osadzili klasycy, którzy by czytelnie “Szarlatana i Hermafrodytę”? 

BE: To prawda, nie jest, chociaż na studiach dawano nam przykłady z literatury najnowszej, utwory będące stylizacjami na teksty oświeceniowe czy nawet Kochanowskiego. Było to dawno, na pierwszym roku studiów licencjackich – nie pomnę w tym momencie konkretnych tytułów. Język stanowił dla mnie pewne wyzwanie. Czy duże? Całkiem możliwe. Do napisania tej książki podchodziłem wiele razy, kilka, jeśli nie kilkanaście razy. Pierwsze próby podejmowałem, gdy miałem bodajże 19 albo 20 lat. Od tamtego czasu pomysł uległ licznym modyfikacjom, z pierwotnego, dość zresztą naiwnego, pomysłu przetrwały zaledwie strzępy, drobne impresje. Czemu mi nie wychodziło? Nie miałem chyba odpowiedniego warsztatu, ten zaś pojawił się dopiero, gdy poznałem twórczość całego szeregu XIX-wiecznych, wyśmienitych twórców. Z biegiem lat powoli nimi przesiąkałem. To wyglądało trochę jak nauka obcego języka – potrzeba czasu, aby opanować go w pełni. Pamiętam, na pierwszym roku studiów doktoranckich, gdy usiadłem i zacząłem pisać, nagle zrozumiałem, że wreszcie! Właśnie o to mi chodziło… Myślę, że Szarlatan i hermafrodyta nie powstałby, gdybym nie wziął się wcześniej za coś mniej skomplikowanego. Mam oczywiście na myśli Ganimedesa. Tam również stylizuję wypowiedź narratora. Choć jest to język liryczny, świadomie nieco Wilde’owski, to jednak bardziej współczesny. Prostszy. Wiele zawdzięczam właśnie Ganimedesowi. Ta krótka książeczka ośmieliła mnie, dodała wiatru w żagle. Potem przyszedł czas na coś większego, postanowiłem sięgnąć do starego pomysłu. Przy Szarlatanie i hermafrodycie musiałem odrzucić brzemię powieści modernistycznej, zapoczątkowanej prawdopodobnie przez Joyce’a. Czy moi mistrzowie byliby ze mnie dumni? Rzecz jasna chciałbym, aby tak było. Nie dorównuję im, lecz mam nadzieję, że mimo wszystko przyjęliby mnie do swojego Panteonu.*

Abyssos: Skoro wiemy już, że pisanie zajęło tobie tyle czasu, to mógłbyś przybliżyć proces twórczy? Wiemy, że korzystałeś z dorobku klasyków, ale jak wyglądało tworzenie skomplikowanych zdań? 

BE: Po napisaniu jakiegoś fragmentu czytałem go dziesiątki razy. Dosłownie dziesiątki. Eliminowałem zarówno ewidentne błędy, jak również niezgrabności stylistyczne, zastanawiałem się nad sposobem stylizacji, szukałem inspiracji czytając jeszcze więcej starych książek, obmyślałem alternatywne rozwiązania. To się chyba nazywa cyzelowanie. Tekst ukończyłem w 2019 roku, ostatnie poprawki wprowadzałem jeszcze przed paroma miesiącami. To niecałe dwa lata poprawiania po napisaniu ostatniego zdania!  Pamiętam, jak kontaktowałem się z redakcją Abyssos, aby zapytać, czy mogę dosłać najostateczniejszą wersję książki. Niektórzy mówią mi, że to przesadny samokrytycyzm, lecz żeby stworzyć tekst dobry albo przynajmniej pretendujący do bycia dobrym, trzeba się nad nim napracować. Czy zatem mogę uznać, że odniosłem sukces? Takie pytanie zadaję sobie niemal codziennie. I codziennie zostaję z niczym. Nie potrafię sobie odpowiedzieć, już na gruncie poznawczym jest to chyba niemożliwe. Po pierwsze, jako twórca zawsze pozostanę subiektywny. Po drugie – Szarlatan i hermafrodyta to pomysł, który był ze mną przez wiele, wiele lat. Doświadczam obecnie, jakkolwiek absurdalnie to może zabrzmieć, syndromu rodzica, który musi wypchnąć swoje pisklę z gniazda.

Abyssos: Na sam koniec, powiedz, komu byś polecił “Szarlatana i Hermafrodytę”? 

BE: Nie chcę nikogo wykluczać, po książkę może sięgnąć każdy. Jeśli jednak ktoś poszukuje w literaturze niepokoju, podświadomych lęków, skrywanych nawet przed sobą samym, wyrzutów sumienia, jeśli próbuje w codzienności znaleźć głębszy, metafizyczny sens, to sądzę, że w Szarlatanie i hermafrodycie zadomowi się na dłuższą chwilę.