All Posts By

Abyssos

Varia

Michał J. Sobociński – Obowiązek

80 Wyświetleń

Nocą spadł deszcz, tak jak pan Józef spadł na pościelone łóżko. Trudno było mówić o szczególnym ułożeniu się do snu, kiedy pan Józef po prostu padł, jak dotknięty kulą żołnierz.
  Małżonka pana Józefa, pani Katarzyna, wstała około godziny ósmej, choć nie spała od godziny trzeciej. Pan Józef, pozostając w niezmiennej pozycji horyzontalnej, ułożony na wznak, nie mógł wiedzieć o sennych turbulencjach połowicy.
  Wszakże wypił z kolegami w starej stoczni ponad litr berbeluchy. Imprezę zakończyli, gdy zjawił się duet mężczyzn.  Żaden z nich nie był aniołem, choć mówili i przedstawiali się, jako stróżowie.
  Rankiem ukłuło go w prawą powiekę wredne słońce. Zaczęło grzać, mimo że była jesień. Otworzył ukłute oko. Drugiego nie miał siły.
  Wstał jęcząc z bólu. Poszedł do toalety celem przywrócenia sobie świetności. Wołającej o remont ubikacji również przydałaby się toaleta, pomyślał. Zaraz przeklął widząc, a przede wszystkim czując, że nocą przy oddawaniu moczu nie wysilał się na opuszczanie spodni. Jak to wytrzymała w nocy pani Katarzyna? Pan Józef nie był pewny, lecz błysk w pamięci wyostrzył mu obraz, w którym małżonka skrupulatnej okrywa się kołdrą.
  Gdy z wanny wyszedł nowy człowiek, w pierwszym odruchu pomyślał o kwiatach dla pani Katarzyny. W drugim odruchu zwymiotował szczęśliwie do kibelka wyprodukowanego w miejscowości Koło. Zatoczył się w miejscu, otarł gębę, splunął do umywalki z dawno wytartym logotypem i stwierdził, że oto gotów jest dzień święty święcić.
  Potem poszli na sumę, lecz bez śniadania. Pan Józef zdążył wypić z żoną kawę. Oboje milczeli, co wyjątkowo w smak było panu Józefowi. Głowa pulsowała mu w rytm telewizyjnych reklam zadających troskliwe pytania o perystaltykę jelit, nadmierną potliwość czy uczucie komfortu w krwawe, kobiece dni. Ubrał się w koszulę z krótkimi rękawami. Założył eleganckie spodnie, pamiętające dzień ślubu pana Józefa i pani Katarzyny. Poszli do kościoła.
  Puszczając połowicę do środka chłodnej świątyni, sam stanął przed nawą na dziedzińcu. Widząc towarzyszy nocnych bitew sięgnął do kieszeni i wyciągnął papierosy. Inni poprosili. Poczęstował. Jeden z nich odwdzięczył się ogniem. Pan Józef gadał bzdury, podobnie jego koledzy. Ksiądz coś ględził na kazaniu, ale fonia wychodząca z głośnika tuż pod stopami Matki Boskiej, jęczała, stękała i tak słowa sensownego nie dało się wyłowić ze słowotoku kaznodziei.
  Wracając z kościoła małżeństwo dalej nie odzywało się do siebie. Panu Józefowi zachciało się siku toteż celem oddania moczu udał się za winkiel. Tam obsobaczyła go okrutnie autochtonka, na co mężczyzna zareagował zupełną obojętnością. Po drodze zaszli do dyskontu z owadem w logo. Kupili pierś z kurczaka, piwo, kostkę rosołową, piwo, wyrób czekoladopodobny, piwo, baltonowski chleb oraz piwo. Przy kasie pani Katarzyna wybaczyła kasjerce brak grosika.
  Wrócili do domu. Zapachniało rosołem. Śmierdziało oszczanymi spodniami. Pani Katarzyna otworzyła okno i odzywając się, po raz pierwszy dziś do męża, stwierdziła coś niezrozumiale. Pan Józef stwierdzenia nie pojął. Lęgnął przed telewizorem i wziął się za rosół. Gazowany. Na ten z kostki trzeba było poczekać.
  W telewizji leciała Familiada, którą pan Józef oglądał na bieżąco. Zwykle w seansie towarzyszyła mu żona. Obecnie obrażona. Dawniej oglądał Familiadę i syn pana Józefa, ale odkąd studiuje na uniwersytecie zerwał z tradycjami rodzinnego domu. W ogóle zerwał z rodzinnym domem, niewdzięczny gnój i wykształcony łeb. Po teleturnieju wymuskany gościu opowiadał o programach wyborczych różnych partii politycznych. O wizjach. Założeniach. Koncepcjach. Nie pokusił się o głębsze analizy. Wskazał kto figuruje na miejscu czołowym. Pan Józef ucieszył się, że właśnie ta partia ma szansę zdobyć większość parlamentarną. Obiecali kurwich synów rozliczyć z rabunku, pieniędzy ciutkę rozdać z budżetu i bogatym hultajom złoty kranik zakręcić. Pan Józef w ogóle był zdania, że zachodnie koncerny i bogaci w tym kraju żerują na biednych ludziach. Na grzyb im tyle pieniędzy? Powinni się podzielić!
  Nikt nie powinien zarabiać  więcej niż ja, snuł filozof kanapowy.
  Każdemu winno być odbierane w miarę sukcesów, dodał potem.
To się chyba sprawiedliwość społeczna zowie, dumał. Ale czym ta cała sprawiedliwość społeczna różni się od zwykłej sprawiedliwości? Tego pan Józef nie wiedział.
 Uwagę pomiędzy telewizorem a zegarem, pan Józef podzielił bezbłędnie. Trzynasta trzydzieści i kilka sekund. Pani Katarzyna, co przewidywalne, zawołała męża na obiad. Mruknęła, że od małżonka czuć piwem ze wczoraj i ze dziś. Pan Józef polecił żonie oszczędność słów, w przeciwnym wypadku zaprosi ją do wojażu w egzotyczne miejsca porośnięte pieprzem.
  Przypomniała mu o wyborach.
  Panu Józefowi niespecjalnie chciało ruszyć się z miejsca. Słoneczko pięknie świeciło na dworze, ból głowy łupał. Nie chciał ustąpić ni pod atakiem tłustego rosołu, ni gazowanego rosołu. Co tam jeden głos może zmienić? Z drugiej strony można potem legalnie biadolić na tych u władzy. Po drugie żona przestanie jazgotać. Toteż umęczon i strudzon pan Józef powziął przygotować się.
  Do urny trzeba chodzić godnie. Bez znaczenia czy będzie to urna pogrzebowa czy wyborcza. Nieco wymięta koszula, na nią zaś luźna marynarka z trzema guzikami. Marynarka, rzecz to jasna, rozpięta. W teledurnowizji radzą, by choć jeden guzik zapiąć, ale guzik to oni tam wiedzą. Wszak gorąc leje się z nieba, niby lawa z Wezuwiusza. Włosy ulizał grzebykiem podobnym rybiego kręgosłupa. Odświeżył jamę ustną, swądem zaświadczającą o marności tkanki i ulotnego czasu zębów. Wyszorował je staranie, a dla zabicia smaku fluoru, popił resztką piwa.
  Poszli na przystanek. Pani Katarzyna wręczyła mężowi twardą walutę na zakup dwóch biletów, o cenie niemieszczącej się w granicach rozsądku normalnego mężczyzny. Pan Józef postanowił, wzorem partyzanta sprzed półwieku, schować się w lesie ludzi i czujnym okiem pilnować zniecierpliwionej małżonki. Dopytywałaby się, snuł w myśli, o bilety. A po co niepokoić zaniepokojoną całym życiem kobietę? Obeszło się bez agresji. Do ofensywy wrogiej nacji kanarków nie doszło. Przyczajony partyzant, ukryty chłop, zbliżając się do odpowiedniego przystanku, wrócił do żony i wysiedli razem.
W ogóle to komunikacja powinna być za darmo, niemo orzekł.
  W szkole, wybudowanej z okazji tysiąclecia tego kraju, wyszukali stołówkę. Tam pan Józef plastikiem udowodnił, że on to on. Urzędniczka badała szczegółowo dowód tożsamości, co ciut irytowało mężczyznę. Nachylił się tedy ku niej i wzorem maga rzucił zaklęcie co rychlejszego postępowania. Czar, co ma się rozumieć, zadziałał z siłą podwójnego odoru alkoholowego i przyniósł zamierzone skutki. Kobieta odłożyła dowód osobisty i kazała złożyć autograf w stosownym miejscu. Pożyczając długopis od męża, a raczej siostry, sprawiedliwości poszedł w ustronne miejsce.
  Ci będą lepsi od tamtych, pomyślał. Na pewno kraść nie będą, co tamte kurwie syny! Tego mogę być pewien, zarzucał sobie nieomylność. Ja głosuję na nich od zawsze! Ci nie zawiodą! Oni, co rozumie się jako wrogów publicznych acz chodzących po wolności, to łajzy i sprzedawczyki. Sprzedali dusze i dupy diabłu zagranicznemu. Oni krzty honoru nie mają, tradycji nie szanują i ich dziadkowe w Wermachtcie służyli.
  I zagłosował pan Józef na nieznajome nazwisko przy dobrze znanej mu partii.
  Potem odszedł w poczuciu spełnienia obywatelskiego obowiązku.   

Poetica

Tomik „Szczypta”. Okazyjna okazja :)

147 Wyświetleń

Mamy dla Was małą niespodziankę 🙂 Dzięki wsparciu Ośrodka Kultury i Sportu w Żukowie, możemy Wam zaoferować tomik poezji Sławomira Dawidowskiego „Szczypta” w bardziej atrakcyjnej cenie. Zapraszamy zatem do przedsprzedaży!

Tomiki zamówione przez poniższy formularz wyślemy Wam 5 listopada, zaś sam proces przedsprzedaży trwa do 29 października.

Kwotę 12zł i 99 gr (w tym 5,99 tomik oraz 7 zł koszt wysyłki) prosimy wysyłać na numer konta:

Stowarzyszenie Abyssos
Ul. Marii Konopnickiej 16
67-106 Modrzyca
Numer konta bankowego: 41 1950 0001 2006 0047 2637 0003 (Idea Bank)

W tytule przelewu prosimy o wpisanie imienia, nazwiska i dopisku Szczypta.


Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

Babska broń[S02E01]

99 Wyświetleń

Dzień dobry lub wieczór!

Dawno, dawno temu w Zielonej Górze, Michał i Paweł rozpoczęli pracę nad stworzeniem superbohatera z Dolnego Śląska. Bohatera na miarę swoich czasów 😉 Tak powstał rycerz Tęgomir oraz jego zacni konfratrzy. Projekt ten został porzucony na jakiś czas, a nasi bohaterowie zdali się umrzeć. Na szczęście zjawił się przebiegły nekromanta i wskrzesił naszych dzielnych druhów.

Zapraszamy do wysłuchania pierwszego odcinka przygód ekipy z Głogowa 🙂

P.S. Gdzieś na YouTube walają się stare odcinki, z umownego sezonu pierwszego 😉

______________________________

Opis odcinka:

Podczas gdy świat jeszcze nie wie o nadchodzącej ze wschodu Czarnej Śmierci, nim za sto lat wojska Litwy i Polski złoją rzycie Krzyżakom pod Grunwaldem i nim na Rzeczpospolitą padnie plaga zwaną wolną erekcją… znaczy elekcją, w Głogowie odbyło się zwykłe-niezwykłe wesele.

Zwykłe, bowiem książę Konrad swoją córę o kontrowersyjnej urodzie wydaje za Pepiczka z ważnego rodu. Niezwykłe, bowiem goście są co najmniej nietuzinkowi: czarnoskóry Fin. Gadający, hebrajski koń. Superszpieg Czechów oraz on… Rycerz Tęgomir z Głogowa! Bohater, wojownik, mąż stanu, wybawiciel od złego, a wszystko… na umowę zlecenie.

Czy weselicho przebiegnie tak, jak w swej prawilnej głowie zaplanował książę głogowski? Jakie cechy winien mieć członek cechu szpiegów, konfidentów i donosicieli? Czym jest rynkieting oraz co robi w wolnym czasie żona Konrada?

Odpowiedzi znajdziecie w tym odcinku!


______________________________

Autor odcinka: Michał J. Sobociński

Wystąpili:
– Narrator: Łukasz Wiśniewski;
– Tęgomir, Mosze: Michał J. Sobociński
– Knut, Konrad, Kanclerz: Paweł R. Ofiarski
– Zofia: Asia Wróbel

Realizacja: Attic Studio! oraz Studio ZeV

Agenda Poetica

„Szczypta”. Sprzedaż tomiku wierszy

252 Wyświetleń

Miło nam poinformować, że jakiś czas temu dołączył do nas Sławek Dawidowski. O samym sobie mówi:

Młody człowiek, którzy marzy o zostaniu artystą. Wciąż poszukujący nowych form wyrazu dla swoich artystycznych potrzeb. Fan obcowania ze sztuką i początkujący twórca własnej. Miłośnik kina, obserwator życia, człowiek zwykły  i  niezwykły. Działający na serwisie Instagram jako Szczypta Dekadentyzmu, gdzie publikuje swoje teksty oraz dzieli się ciekawą twórczością innych.

 Osoby chętne do zakupu zapraszamy do wypełnienia poniższego formularza 🙂 UWAGA! POZOSTAŁO TYLKO 10 SZTUK!


Kwotę 30 zł i 99 gr (w tym 23,99 tomik oraz 7 zł koszt wysyłki) prosimy wysyłać na numer konta:

Stowarzyszenie Abyssos
Ul. Marii Konopnickiej 16
67-106 Modrzyca
Numer konta bankowego: 41 1950 0001 2006 0047 2637 0003 (Idea Bank)

W tytule przelewu prosimy o wpisanie imienia, nazwiska i dopisku Szczypta. 

Zaznaczając informację o odbiorze u autora, prosimy o wysłanie kwoty jedynie za tomik.

Nippon Banzai!

Pokemon Adventures

236 Wyświetleń

Cały świat na nowo oszalał na punkcie nostalgii naszego dzieciństwa: Pokemonów. Po niewątpliwym sukcesie jakim było Pokemon GO, które zmieniło każdego w trenera pokemonów, poszły następne ciosy.  Najpierw, w maju, wyszedł długo oczekiwany film będący spełnieniem snów wszystkich dzieciaków z lat 90, Detektyw Pikachu. Dodatkowo, już za kilka miesięcy będziemy mieli okazję pograć w nową grę o podtytule Sword&Shield na Nintendo Switch. Wiatry przeszłości ogarnęły świat

Dopadły też starego Tarzanusa.

Jako, że jeszcze nie jestem w stanie obejrzeć film o dedukującym Pikachu z głosem Ryana Reynoldsa (wińcie pracę) i nie jestem dumnym posiadaczem japońskiej konsoli musiałem sobie poradzić w inny sposób. Pierwszą myślą było, aby kupić gdzieś Gameboya z grami Pokemon, ale alert bankowy szybko mnie powstrzymał od tego ruchu. Usiadłem następnie do obejrzenia nostalgicznego anime, sięgając po jakieś nowe serie. Niestety, wiek zweryfikował to, że coś co kiedyś było obowiązkową codziennością sprawiająca radość po powrocie ze szkoły, w dorosłości stało się męczarnią. Serial był dla dzieci i taki pozostał.  Byłem w kropce. Czy dla dorosłego fana pokemonów nie ma naprawdę  nic? Czy pozostały jedynie dziecinne wspomnienia?

Wtem pojawiła się żaróweczka.

Wertując w pamięci, za dzieciaka, w jednym ze sklepów, widziałem okładkę komiksu (skąd mogłem wiedzieć, że to była manga?) o dumnej nazwie Pokemon Adventures. Wtenczas liczyłem, że to będzie adaptacja bajki (wiem, że anime, ale co było za dzieciaka, zostaje za dzieciaka), ale zawiodłem się, gdyż okazało się, że są tam postaci których nie znam, a pierwszym pokemonem nie był Pikachu. No i cena… dla dziecka stanowczo za duża. Przez lata pozostała zapomniana.

Ponad dekadę później, starszy już Tarzanus, ruszony wiatrami nostalgii przypomniał sobie o tym zeszyciku. Pomyślałem: a co mi tam. Kilka kliknięć myszką i uderzeń klawiatury później znalazłem ową mangę i zacząłem czytać. Był 7 czerwca 2019 roku.

16 czerwca 2019. Ponad 600 rozdziałów później. Tarzanus siada za klawiaturą, aby z rozmarzeniem wypisanym na twarzy, podzielić się z ludem Abyssos swoimi przemyśleniami dotyczącymi Pokemon Adventures (bądź Special, są dwa tytuły)

Zacznijmy od podstaw i fabuły.  Po pierwsze, manga nie ma nic wspólnego z serialem. Owszem, pojawiają się pewne znane z niej postaci, ale ich obecność ma związek z czymś zupełnie innym. To zmanganizowane gry, wydawane na przenośne konsole. Tak, moi drodzy, jeśli myśleliście że takie Pokemon Red czy Gold nie miały fabuły, mylicie się. Jakaś tam była, ale nikt z nas nie zwracał na nią uwagę. Liczyło się, aby walczyć i trenować swoje stworki. a nie śledzić dialogi. Czy w mandze opowieść jest też tylko otoczką do łapania kolejnych Pokemonów? Brońcie boże! Owszem, większość aktów zaczyna się od młodych protagonistów, którzy wyruszają w świat. Ale ich cele niekoniecznie polegają na chwytaniu kieszonkowych stworków. Jeden z bohaterów chce być mistrzem ligi, inny wykonuje misję zdemaskowania pewnej organizacji, a jeszcze inny chce wygrać wszystkie konkursy piękności Pokemon. Co bohater to inna historia. Co więcej, ich cele w pewnym momencie splątują się z głównym zagrożeniem opowieści. Robione jest to w taki sposób, że główni bohaterowie, stając przed wyborem, chcą się w to zaangażować, gdyż zignorowanie niebezpieczeństwa znacznie opóźni bądź uniemożliwi im osiągnięcie swojego celu.  Jako człowiek zaznajomiony z głupotami rodem z anime, gdzie protagonista angażuje się w konflikt, bo ma dobre serce, byłem w szoku. Pozytywnym, chciałbym zaznaczyć. Bardzo ciekawe jest to, że opowieści są dość mroczne. I to nie z powodu lejącej się gęsto juchy. Przedstawione tam problemy stawiają dość trudne pytania. Czy pokemon jest niewolnikiem swojego trenera? Jak pogodzić odwieczny konflikt między ziemią a wodą? Do czego prowadzi zabawa w boga? Czy zmiana czasu niesie ze sobą negatywne skutki? To tylko kawałek z ciasta. Pełnego bitej śmietany i czekolady, chciałbym nadmienić. Aż chce się go zjeść na miejscu.

Mało wspomniałem o konkretnej fabule, wiem. Powodem tego było to, że gdybym miał opisywać narrację, zajęłoby to przynajmniej dwie strony. Dlaczego? Gdyż każda gra, która do tej pory wyszła ma swój akt, który ciągnie się przez kilkadziesiąt rozdziałów. Mamy rozdziały poświęcone grom Red/Blue/Yellow/Green (ostatnia pozycja wydana tylko w Japonii), Gold/Silver/Crystal, Ruby/Sapphire/Emerald, Diamond/Pearl/Platinum, Black/White, Black2/White2, X/Y i Sun/Moon. Co więcej, kilkanaście rozdziałów poświęcono także remakeom poprzednich produkcji, czyli LeafGreen/FireRed, HeartGold/SoulSilver oraz OmegaRuby/AlphaSapphire. Sporo ich, a każda z nich ma swoją fabułę i bohaterów. Opisać każdą historię wymagałoby dla każdego aktu osobnej recenzji.

Sporo już jesteśmy po fabule, przyjrzyjmy się postaciom. I znów, każdy z aktów ma swoich bohaterów. Szczęśliwie, większość nosi imiona, które odpowiadają nazwie gry (Red, Silver itd.), dzięki czemu nie ma się problemów z ich zapamiętaniem (oczywiście w przypadku remaków, bohaterowie noszą nazwy pierwotnych wersji). Muszę przyznać, że w przypadku ich kreowania, twórcy mangi stanęli na wysokości zadania. Każdy z nich ma odrębną osobowość i cele, dzięki czemu ma się wrażenie, że czytany akt, jest nowym doświadczeniem, chociaż większość ich protagonistów zaczyna od zera. Co więcej, nie są to bohaterowie statyczni. Wraz z opowieścią, charakter i podejście do życia protagonistów się zmienia, w zależności od przeżytych przygód (niekoniecznie przyjemnych).  Postać, którą się poznało na początku, na końcu aktu jest inna. To ważne, gdyż to wydarzenia nas kształtują, o czym zapominają nawet pisarze normalnych książek. Dlatego należą się hołdy twórcom Pokemon Special za zwrócenie na to uwagi. Za to i za parę innych rzeczy. Choćby to, że postaci nie żyją w próżni. Ich relacje zmieniają się w toku czytania. Z niechęci, rodzi się przyjaźń, z nienawiści rodzi się uczucie, ze służby, rodzi się współpraca. Wielokrotnie uroniłem łzę i klaskałem z radości, widząc, jak bohaterowie zaczynają dostrzegać swoje błędy i dochodzi naturalnej transformacji ich osobowości. Tak się tworzy protagonistów: aby czytelnik przeżywał każdą ich decyzję wraz z nimi. Ważne jest też to, że gdy akt się kończy, jego bohaterowie nie znikają. Oni cały czas egzystują w tym świecie albo jako wspomnienie, występ gościnny, a nawet stając zaraz obok głównych bohaterów rozdziału jako równi im w byciu istotnym. I nawet tam rozwijane są ich osobowości! Czas też jest dla nich niełaskawy. Brzmi to dość negatywnie, ale zaskakująco, ma to w tym wypadku pozytywny wydźwięk. Wiele wydarzeń ma miejsce na przestrzeli lat, dlatego też wiek bohaterów zmienia się. Niech przykładem będzie Red, Blue i  Green, którzy na początku swojej przygody mieli lat 11, zaś na koniec aktu OmegaRuby/AlphaSapphire 20.  Co ważne, na przestrzeni lat zmienili się nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. To cieszy, biorąc pod uwagę, że w anime od 20 lat Ash wciąż ma 10 lat…

Powyższe uwagi tyczą się nie tylko protagonistów, ale i postaci drugiego czy trzeciego planu. A ich jest nawet ze sto! Większość z nich dostaje swoje pięć minut, czasem nawet więcej. Egzystują w rzeczywistości i stanowią jego istotną część, która nie może bez nich istnieć! Tyczy się to nawet czarnych charakterów, którzy są w stanie zmienić swój tok myślenia w trakcie aktu! Tak są stworzone postaci w Pokemon Adventures. Uczyć się od jego twórców, do licha…

No dobra, Tarzanus, ktoś krzyknie. Ty nam nie mydl (czy módl) oczu bohaterami, tylko Pokemonami, bo to one są najważniejsze. Cóż, po lekturze stwierdzam, że same postaci mogą stanowić clue dlaczego warto przeczytać mangę, ale już przechodzę do kieszonkowych potworków. Każdy akt odpowiada danej generacji, więc możemy się spodziewać, że będzie całe multum stworków.  I tak jest, chociaż nie pokazano nam wszystkich. Część przeniesiono na inne akty. Ale to dobrze, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że trzeba przygotować specjalnie każdy rozdział poświęcony innemu Pokemonowi w generacji. Pewne rzeczy można zostawić na później. a skupić się na fabule. Najwięcej czasu papierowego (heh, dobre) poświęcono dwóm grupom pokemonów: tych należących do protagonistów i tym niezwykłym. Zacznijmy od pierwszych.  Wedle założeń gry, pierwszego Pokemona dostaje się do profesora. I tu mamy pierwsze złamanie tej żelaznej zasady. Każdy z głównych bohaterów rozpoczyna swoją przygodę mając już ze sobą jednego bądź więcej towarzyszy. Tak zwanego startera dostają niewiele później, ale to dobrze pokazuje, że kieszonkowe potwory są z ludźmi od zawsze i niekoniecznie pierwszym kontaktem musi być wizyta u takiego Oaka czy Elma. Dobrze pokazano każdy element współpracy trenera z Pokemonem. Proces zdobywania jego zaufania, tworzenia się więzi i przyjaźni był pomijany w grach, a tutaj bardzo mocno naznaczono, że bez tego, walki mogą być trudne. Trener musi rozumieć swojego partnera, bo inaczej przegra. To już nie są cyferki, a realne istoty.  Warto się przyjrzeć też ewolucji. Jej proces jest zależny od wielu czynników. Podobnie jak w grze, dochodzi do niej w zależności ile doświadczenia zdobył dotychczas w walce, ale także, jaką relację miał z trenerem. Ba, niekiedy bywało tak, że pokemon nie chciał ewoluować bądź trener specjalnie zniechęcał ich do tego, by pozostały w formie pierwotnej. Nie bez znaczenia są też ich umiejętności. Nie tylko użytkowane są w walce, ale także w życiu codziennym. I nie mówię tutaj o zdolności Lot czy Cięcie (po angielsku Fly i Cut, gracze zrozumieją). Czasem zwykłe ataki mogą służyć jako moce użytkowe w problemow w terenie. Drugą grupą są pokemony niezwykłe. Zwykle to wokół nich osadzona jest fabuła danego aktu. Są to bowiem legendy danego rejonu, wzbudzający naturalny szacunek i podziw wszystkich jego mieszkańców. Nie są tylko rzadką istotą, którą trzeba złapać bądź pokonać, jak to ma miejsce w grze. Każde ich pojawienie się świadczy, że dzieje się coś niezwykłego. Ich obecność jest wyczuwalna i może stanowić albo zagrożenie albo nadzieję. Co więcej, to nie jest mięso armatnie do walki z byle Pokemonem. To majestatyczne byty, świadome swojej potęgi, które nie pozwolą się łatwo kontrolować. Co najwyżej mogą zawierać sojusze bądź być zmuszane do współpracy. Nigdy jednak nie będą czyjąś własnością. Oprócz nich są jeszcze dzikie pokemony bądź należące do trenerów, które odgrywają rolę tła, rzadziej wokół nich jest osadzona jakaś poważniejsza fabuła. Są one epizodem, który ma je przedstawić i jak wspomniałem wcześniej, otoczką dla fabuły. Mimo to, wciąż są istotną częścią świata.

Skoro Pokemony, to walki. A ich jest bardzo dużo. Zasadniczo, tutaj się nasuwa jedna z wad: wbrew pozorom bitwy nie są aż tak efektywne i lepiej by się sprawdziły jako animacja. Wiadomo, że dla człowieka z naszych oczu sceny akcje wymagają dynamiczności, a karmieni CGI w kinie, można odczuwać niedosyt oglądając same ilustracje. Ale nie znaczy to, że są one nieciekawe. Wręcz przeciwnie. Przede wszystkim, zwycięstwo zależne są od strategii. To nie jest rzucanie swojego potworka na walkę, tylko regularna bitwa pomiędzy trenerami bądź działanie na zasadzie papier kamień nożyce. Taktyka, wykorzystanie terenu, odkładanie ataków na później, wykorzystanie typu jednostek – można się poczuć jak w grze strategicznej.  Pamiętacie wspomniane kilka zdań wcześniej ataki użytkowe? To samo się tyczy również pojedynków. Pozornie bezużyteczne umiejętności mogą  wnieść dużo do pojedynku (choćby użyta wcześniej umiejętność Deszcz na pokemonie zwiększy skuteczność elektrycznego ataku). Część z nich dzieje się wedle ustalonych wcześniej zasad, a inne niemal do śmierci Pokemona. Nudzić się nie można..

Świat przedstawiony. Najprościej byłoby powiedzieć, że wystarczy zagrać w grę i ma się go w małym palcu Ale byłoby to zbyt łatwe. Fakt, lokacje są bardzo wiernie oddane z gry, ale gdzie tam mieliśmy interaktywne plansze, tu pokazane jest życie i jego problemy. Nie zapomnijmy, że w miastach nie żyje tylko kilka osób a nawet po kilkaset czy kilka tysięcy. Pokazanie tego w grze nie jest możliwe. Tutaj, jak najbardziej.  Zwłaszcza, że manga tłumaczy wiele wydarzeń, a nawet je modyfikuje, by były bliższe do zaakceptowania. Podam jeden z przykładów. W Pokemon Red/Blue/Green/Yellow miasto Saffron było zamknięte, do czasu, aż nie przyniosło się strażnikowi czegoś do picia. Proste, prawda?W Pokemon Special nabrało to trochę innego wymiaru . Zamiast tego, mamy blokadę miasta, gdyż wszyscy jego mieszkańcy są pod wpływem silnej hipnozy i trzeba znaleźć inny sposób, aby się do niego dostać. Jaki? A to już przeczytajcie sami, bo rozwiązano to w sposób fenomenalny! Zmieniono też rolę trenerów, liderów i innych mistrzów. Nie są tylko mięsem treningowym dla trenera, a żywymi osobami, które odnoszą się do wydarzeń na świecie. Mogą starać się go uratować, ale i chcieć zniszczyć bądź wprowadzać chaos. Ba, niektórzy są bardzo ważni dla całej fabuły, pomimo, że w grze poświęcono im bardzo mało uwagi. Podobnie z resztą jak uczeni profesorowie. W grach ich jedynym zadaniem było danie pokedexu i pierwszego Pokemona. W tym świecie faktycznie ich rola jako naukowców została mocno podkreślona, by udowodnić, że ich tytuły naukowe nie są tylko na pokaz. A skoro już przy komputerach do zbierania danych o Pokemonach jesteśmy, należy zaznaczyć, że ich rola jest większa. Po pierwsze, stanowią nieocenioną pomoc w walce. Po drugie, dla ich posiadaczy to bilet wstępu do wielu miejsc. Są w końcu na misji pozyskiwania informacji dla najtęższych umysłów tego świata. Ich posiadanie liczy się z respektem u większości mieszkańców i pewnymi przywilejami. Jest też sporo smaczków, którzy fani gier stwierdzą, że zostało to świetnie wkomponowane w świat.  Nie inaczej jest „złymi organizacjami”. Oczywiście chodzi o Zespół Rocket (czy jak w Polsce się mówi Zespół R) i jej pochodne, jak Zespół Magma czy Plazma. To nie tylko banda zwyrodnialców na potrzeby bycia czarnym charakterem. To organizacje, które mają swoją hierarchię i cele, które mogą się wydawać nikczemne, to mogą służyć dobremu celowi.

Czas przyjrzeć się aspektowi graficznemu. Cóż, to manga więc można się spodziewać kreski typowej dla Japonii. Dla wielu to będzie zapewne przeszkodą, którą nie da się pokonać chyba że przez przymus. Dla tych, co oczekują obszerniejszej opinii, jest ona rysowana w sposób dość dziecinny, ale niesamowicie pasujący do świata Pokemonów. Jej autor (osoba odpowiedzialna za grafiki w grze kolekcjonerskiej Pokemon Trading Card Game) nawiązuje do gry, co akurat jest idealne do podkreślenia nostalgii. Ale jest i negatywna strona tego wszystkiego. Postaci zdają się być niskie, nawet jeśli są dorosłe. Jako, że akcja Special dzieje się na przestrzeni lat, trudno złapać moment fizycznego dorastania postaci. Wyjątkiem od tego są kobiety, z dość oczywistych względów. A skoro już przy nich jesteśmy, warto zwrócić uwagę na kontrowersje. Z racji, że to Japoński twór, można się było spodziewać seksualizacji kilku bohaterek. Na sam przód wysuwa się Blue ze swoim pozornie dużym biustem w wieku lat 11. W amerykańskiej wersji przerysowano postać, by odpowiadała jej wiekowym standardom. Co ciekawe była to też wada, bo stracono bardzo dobry plot twist (pamiętacie, jak powiedziałem, że pozornie duży biust?). Ale to nie jedyna kontrowersja. Rozpołowiony Pokemon, scena ukrzyżowania, bicie dzieci to kolejne przykłady, które musiały być poddane cenzurze, aby dostać się na rynek zachodni. Czy to w czymkolwiek uwłacza? Moim zdaniem nie. Ale zrozum tu obrońców moralności. Wracając. Dialogi pomiędzy postaciami zostały napisane dość dobrze i uniknięto zbędnej ekspozycji i przedłużeń, ale brakuje im pazura. Nie mniej, to nie psuje dobrej opowieści.

Czy są jakieś wady? Owszem. Choćby to, że akty są odgrzewanym kotletem. Bohater zaczyna swoją przygodę, napotyka w jej trakcie swojego rywala, potem nadchodzi moment, w którym dowiaduje się o co wszystkim w tym chodzi, dochodzi do kulminacji z jednym bądź kilkoma legendarnymi Pokemonami i zakończenia, mniej lub bardziej szczęśliwego. Oczywiście, są bardzo duże różnice w aktach i postaciach, cele też się mogą różnić, lecz wszystko i tak można zamknąć w jednej kliszy.  Z drugiej strony, Pokemony niekoniecznie były grami, które jakoś szczególnie wyrywały się z tego koła. A i ten kotlet jest robiony z różnymi przyprawami, dzięki czemu smak potrawy inny, chociaż oparty na tym samym składniku. O lilipuctwie postaci wspomniałem w akapicie graficznym. Czy coś jeszcze? Myślę, że akt dotyczący Diamond/Pearl/Platinum był bodaj najbardziej przedłużony i przy tym najnudniejszy. Za mało się działo w stosunku do ilości postaci, które też nie były dobrze napisane. Przez to czytało się go najtrudniej, ale trzeba było to zrobić dla zachowania ciągłości.

Skoro już wspomniałem o najgorszym akcie, należałoby wspomnieć o najlepszych. Krótko i na temat: Red/Blue/Green za świetne wprowadzenie do świata, Gold/Silver/Crystal za scenariusz, Ruby/Sapphire za najlepszą interakcję pomiędzy postaciami oraz Black/White zarówno za fabułę, jak i bohaterów na raz.

Podsumowując, jestem zachwycony Pokemon Adventures. Posiada świetnie napisane i poprowadzone postaci, bardzo bogaty świat, który załapią zarówno laicy i fani, a także dobry scenariusz, o co nawet w książkach jest trudno. Co więcej, uniknął błędów swojej animowanej siostry, dzięki ciągłemu rozwojowi bohaterów, a grę przewyższył w przypadku samych Pokemonów, którzy z żołnierzy dla trenera stali się jego prawdziwymi partnerami.  Aż żal, że nie została ona nigdy ekranizowana. Inną przykrą rzeczą było to, że papierowo w Polsce wydano jedynie pierwszy album w czterech częściach. Ale od czego jest internet. Kilka kliknięć i jest dostęp do wszystkich rozdziałów Pokemon Special. I to nawet po polsku! Więc jeśli macie niedostatki w tym pokemonowym szale, szczerze i z całego serca Tarzanus poleca zapoznanie się z tą mangą/komiksem (bo, cholera, jednak czyta się toto nie od prawej do lewej, tylko od lewej do prawej, jak na zachodzie przykazano. Dziwne…)

 

Paweł R. „Tarzanus” Ofiarski

Agenda

Numer specjalny #11

329 Wyświetleń

Nikt nie spodziewa się Abyssosowej Inkwizycji! A tu proszę, przybywają nagle z numerem. I to nie byle jakim!

Jakiś czas temu, dzięki uprzejmości Patryka Szymczaka, nawiązaliśmy współpracę z Conworldawką. Co to za zwierz? A jest to ugrupowanie zbierające pod swoimi skrzydłami pisarzy, którzy za pomocą opowiadań przedstawiają swoje pomysły na świat. Prócz tego, nie boją się stawać prawdzie w oczy i krytykują bądź chwalą założenia fantastyki poprzez ich analizę w felietonach. Kilku z nich zgodziło się też z czytelnikami podzielić swoimi opisami światów. Nie ukrywamy, ciekawy to projekt.

Dlatego też, celem zaprezentowania ich umiejętności, jako Abyssos postanowiliśmy przeznaczyć specjalnie dla nich osobny numer. No i oto on! Macie przed sobą pierwszy numer specjalny Abyssos! Kilku z autorów pojawiało się na łamach wcześniejszych odsłon kwartalnika (m.in. Sylwester Gdela), a część to nowe twarze, które mamy nadzieję zagrzeją u nas miejsce na dłużej.

Dlatego, nie zwlekając już, zachęcamy do pobierania i czytania.

Aaaa! Bym zapomniał! Przed Wielkanocą Pandread przegrał ankietę na łamach fanpejdża w sprawie czy ma oglądać anime czy nie. Nawet nie wiecie, jak mi się teraz rączki zacierają jak mu zniszczyć bardziej psychikę. Czy dać mu jakiegoś hentajca, może ecchi? A może być dobrym wujkiem i dać mu takiego Cowboya Bebopa. Decyzje, decyzje…

Link do pobrania najnowszego numeru

Pablus Pablissimo Maximus Tarzanus

Agenda

Fantastyczny Konkurs Literacki „Fanfic” – wyniki

281 Wyświetleń

Miło nam poinformować, że jeden z naszych autorów, mianowicie Michał Jan Sobociński, zajął pierwsze miejsce w II Fantastycznym Konkursie Literackim „Fanfic” w kategorii „długa forma”. Autor opowiadania „Czcij ojca swego”, napisanego na kanwie stworzonej z połączenia motywów biblijnych, polskich legend, Uniwersum Metro, serii Fallout, S.T.A.L.K.E.R. a także nutki regionalizmu 🙂

Ponadto w kategorii „krótka forma” pierwsze miejsce zajął Dariusz Bednarczyk, którego twórczość mogliście poznać na łamach naszego czasopisma 🙂

Gratulujemy!

Agenda

Pyrkon 2019 – relacja

227 Wyświetleń

Pyrkon, Pyrkon… i po Pyrkonie. Już kilka dni po zakończeniu jednego z największych konwentów, pojawiły się pierwsze relacje. Nie chcąc pozostać gorszymi uznaliśmy, że przetrawimy naszą wizytę w Poznaniu i zdamy wam krótką relację 🙂

Jak było?

Na dzień dobry dostaliśmy poważnego questa o nazwie „uzyskaj właściwy identyfikator”. Kojarzycie takie misje z gier, w których NPCe wysyłają was do innych NPCów, by uzyskać jakieś informacje? Uzyskaliśmy taką przy kasach, gdy uzyskaliśmy błędne plakietki. I tak, z punktu informacyjnego, wysłano nas do innych kas. Tam zaś dostaliśmy info, że mamy się zgłosić do biura. W biurze zaś, że do koordynatora naszego bloku. Od koordynatora zapewnienie, że na czas naszej prelekcji identyfikatory będą. Ale jako doświadczeni gracze, wiedzieliśmy, że będzie można obejść quest. Stąd wróciliśmy do kas, gdzie nam po raz pierwszy kazano się zgłosić. Tam znaleźliśmy informacje o obsłudze prelegentów. I tam też zakończyliśmy naszą chwalebną (i długą) misję, uzyskując właściwe identyfikatory. Zadanie wykonane. +100 exp i przedmiot „plakietka prelegenta +1”.

A jakie wrażenia, gdy misja była za nami?

Jesteśmy zachwyceni, co tu dużo gadać. I to bez brania udziału w żadnych blokach programowych. Czuło się tę niezwykłą atmosferę będąc wśród tłumu 20 tysięcy fascynatów. Co rusz odwracaliśmy głowę, by zobaczyć jakiś nowy cosplay. O ile Pandread widział wyłącznie ludzi w strojach, to już Tarzanus, człowiek, co widział 500 anime, cały czas pod nosem mówił, skąd zna daną postać. Ale, to nie on latał z aparatem, by za wszelką cenę zrobić sobie zdjęcia z postaciami. Ten przywilej przyjął na klatę Pandread i Asioł, szczerząc się do obiektywu z wybranymi postaciami. Efekty: cóż, są zdjęcia. Na kilku z nich wszedł w kadr Tarzanus, menda jedna.

Ale nie tylko się bawiliśmy. Mieliśmy przed sobą prelekcję „Opowieści ze Świata Oka – Projekt Literacki”. O ile był strach, że nikt nie przyjdzie, szybko minął po otwarciu wrót. Przyszli ludkowie, słuchali uważnie i robili zdjęcia. Chyba nie ma lepszej satysfakcji niż zadowolona publiczność.

Co więcej, uzyskaliśmy nowych kompanionów na czas zwiedzania Pyrkonu: starych znajomych prezesów z czasów, gdy namiętnie grali w sesje by fora internetowe.

Po skonsumowaniu obiadu w postaci makaronu (Tarzanus , naczelny kucharz stowarzyszenia, stwierdza, że było to wyjątkowo znamienite danie, acz mała porcja), weszliśmy w szał. Zakupowy szał. Mieliśmy wydać miliony monet na gadżety, ale okazało się, że nasze legendarne bogactwo było ograniczone. Stąd, skończyliśmy z książką. Pozostałe złoto wydaliśmy na miejscowe specjały, jak piwa pokroju „Zmęczona Cosplayerka”.

W końcu nadszedł czas rozstania i każdy ruszył na indywidualne questy. Pandread i Asioł zdecydowali się na podróż elektroniczną hulajnogą, ich kompani poszli na sesję RPG, a Tarzanus na misję ekspolaracyjno – rozrywkową do centrum Poznania.

Czy wrócimy za rok?

No ba!

Być może w przebraniach, a na pewno w ubraniach 😉 

 

Varia

Bartłomiej Szumski – Alicja

216 Wyświetleń

– Dzień dobry, panie Baltazarze – powiedział lekarz. – Jak pan się dzisiaj czuje? Trochę lepiej?

Zignorował ją. Oddział zamknięty, na którym się znajdował, nie nastrajał go na pogawędki z  ładnymi, ale naiwnie pozytywnymi blondynkami.

– Proszę pana, musi się pan otworzyć na terapię – kontynuowała niezrażona. Uśmiechała się przekonująco. Była młoda i zadbana. Nie praktykowała długo, inaczej nie byłaby tak pełna ideałów, woli pomocy i innych rzeczy, które skutecznie były rugowane z psychiki przez rutynę i oglądane tragedie.

– Dobrze – odpowiedział w końcu, po długiej chwili milczenia. – Jest lepiej, chyba leki mi  pomagają.

– Cieszę się. Chciałam z panem porozmawiać o tym, co się wydarzyło…

– Chyba czytała pani postanowienie sądu? – przerwał jej.

– Tak, czytałam opinię biegłego – nie dała się zdenerwować, ani zbić z pantałyku. – Musi pan zrozumieć, że zespół stresu pourazowego to poważna choroba.

Były policjant odwrócił głowę. Wiedział, co było w aktach: halucynacje, zaburzenia obsesyjne, nerwica natręctw, niekontrolowana agresja.

– Proszę mi opowiedzieć – kontynuowała po chwili – cały przebieg tamtego śledztwa.

Aspirant Baltazar Majewski, bawiąc się zawieszoną na szyi odznaką, siedział nonszalancko rozparty na krześle. Znajdująca się przed nim kobieta zalewała go potokiem płaczliwej wymowy, którego nie słuchał, nie kryjąc zniecierpliwienia. Na stole, pomiędzy nimi, leżało zdjęcie pucołowatego chłopca w kanarkowożółtym swetrze.

– Jest pani pewna, że nie zasiedział się u jakiegoś znajomego? – spytał przerywając jej monolog.

– Słucham? – spytała zaskoczona przesłuchiwana.

– Proszę pani, chłopak ma piętnaście lat, nie ma go od wyjścia ze szkoły, czyli jakieś pięć godzin – powiedział funkcjonariusz, opierając się łokciami o blat stołu. – Pewnie siedzi u jakiejś koleżanki…

– Panie policjancie – kobieta weszła mu w słowo – nie zna pan Michałka, on by czegoś takiego nie  zrobił, to dobry chłopiec.

– Słuchaj, pani – odparł ostrym tonem – aby przyjąć zgłoszenie o zaginięciu muszą upłynąć dwadzieścia cztery godziny od ostatniego kontaktu. Z tego co pani zeznała, nie ma podstaw, by  domniemywać, że dzieciak został porwany. Pani zeznanie zostanie zarejestrowane, a jeżeli chłopak nie znajdzie się do jutra, proszę stawić się, by zgłosić oficjalne zawiadomienie.

– Ale proszę pana, przecież to cała doba, w tym czasie… – zaczęła histerycznie kobieta.

– Ja teraz nic więcej nie mogę dla pani zrobić – odparł kategorycznie policjant. – Niech pani lepiej pojeździ po jego koleżankach z klasy, zamiast zawracać głowę służbom. Do widzenia.

Niedługo później aspirant skończył służbę i z uśmiechem na ustach wrócił do domu, by zdążyć jeszcze na końcówkę meczu. Całe zajście dość szybko wyleciało z głowy znudzonego funkcjonariusza, ot kolejna histeryczka, co przeżywa szok i przerażenie, gdy jej malutki synek zaczyna na własną rękę odkrywać otaczający go świat. Sen zmorzył go jeszce na kanapie, w trakcie oglądania powtórek.

Baltazar wisiał unieruchomiony. Bezlitośnie wykręcone ręce bolały go, a w ustach czuł ostry smak krwi. Nie mógł mówić, ani się poruszyć, nie mógł nawet zamknąć oczu. Miał wrażenie, że  otaczająca go bezkształtna i bezosobowa siła zmusza go, by patrzył.

Przed oczami miał metaliczną, bezgranicznie czarną powierzchnię lustra. Uzmysłowił sobie, że  wisi nad jego powierzchnią. Wydawało mu się już, że agonia bólu i bezruchu trwa wiecznie, gdy  dostrzegł ruch za plecami swojego lustrzanego odbicia. Był to korowód barwnych postaci, które zbliżały się w tanecznym pochodzie.

Zadrżał, a raczej zadrżałby, gdyby mógł. Gdy orszak zbliżył się do niego, zauważył, że prowadzi go młoda dziewczyna w zwiewnej, błękitnej sukience. Trzymała za rękę chłopca, kilkunastolatka w  charakterystycznym, kanarkowożółtym swetrze nałożonym na koszulę. Te barwy, żółć i błękit dziwnie odrażająco odcinały się od otaczającej czerni. Ku swojemu zaskoczeniu, poznał to dziecko od razu.

Gdy dziewczyna już niemal pochylała się nad jego ramieniem zauważył, jak bardzo jest zdeformowana, zdziwiło go, że nie zwrócił na to uwagi wcześniej. Jej chorobliwie blada skóra opinała kości twarzoczaszki i upiornie odsłaniała gałki oczne nadając całości kształt i wygląd gołej czaszki, pogłębiany tylko przez tłuste, blond włosy opadające na jej ramiona. Uśmiechała się do  niego odsłaniając żółte zęby, zbyt duże i wyraźnie widoczne spod obciągniętych rozkładem dziąseł.

Przez chwilę był pewien, że odezwie się do niego, lecz ona tylko tańczyła dalej ciągnąc za sobą kawalkadę tancerzy, w tym nieszczęsnego, zaginionego Michałka w jego paskudnym swetrze. Oddalając się od Baltazara wciąż odprowadzała go wzrokiem, a z jej ust nie schodził ten potworny grymas, który jedynie przez brak lepszego porównania można nazwać uśmiechem.

Nagle wybuchła szaleńczym śmiechem, a niemy widz tego makabrycznego przedstawienia przez potwornie długi ułamek sekundy czuł, że spada.

*

Obudził się nagle, zlany potem, zdziwiony, że nie roztrzaskał znajdującego się przed nim lustra. Nie mógł pozbyć się sprzed oczu widoku tej nieskończonej czerni i tych postaci, które przed chwilą zaprezentowały mu się, dumne ze swej obscenicznie martwej formy.

Długo siedział w rozburzonej pościeli, lecz sen nie chciał zatrzeć się w jego pamięci. Wzdrygał się przed wstaniem z łóżka, lecz w końcu logiczna i racjonalna część jego umysłu wzięła górę nad  targającymi nim emocjami. Drewniana podłoga ziębiła mu stopy, gdy poszedł opłukać twarz zimną wodą. Wpatrując się w łazienkowe lustro, długo stał oparty o umywalkę, zastanawiając się, czemu to zwykłe, codzienne odbicie budzi w nim irracjonalny lęk.

W końcu zdecydował się wrócić do łóżka, lecz zatrzymał się w drzwiach sypialni niezdecydowany. Zapalił światło i w szafce nocnej zaczął szukać dawno zapomnianego różańca. Znalazł mały, skórzany woreczek z drewnianymi koralikami.

Nim zasnął odmówił jedynie niewielką część monotonnej modlitwy, lecz resztę nocy przespał spokojnie, bez snów. A przynajmniej bez takich snów, które pamiętałby rankiem.

Gdyby ktoś powiedział mu, że z powodu snu będzie jeździł po Warszawie i prowadził „śledztwo” w sprawie „zaginięcia”, sam by go wyśmiał. Jednak wspomnienie ostatniej nocy nie dawało mu spokoju. Sen nie tracił na swej wyrazistości nawet w pełnym świetle dnia, na zalanej słońcem, pełnej pięknych kamienic uliczce starej Ochoty. Komisariat znajdował się w cieniu rozłożystych drzew przy pełnym magicznego uroku parczku Sue Rider.

Wyciągnął zgłoszenie, poinformował dyżurnego o „wszczęciu działań operacyjnych” i udał się na Włochy, by stawić czoła zrozpaczonej matce. Wmawiał sobie, że robi to tylko po to, aby upewnić się, że chłopak wrócił późnym wieczorem do domu, dostał zasłużone lanie, a  w   przyszłości będzie zaznawał uroków dojrzewania w bardziej przemyślany sposób.

Matkę chłopca zdziwiła jego wizyta, patrzyła na niego z wyrzutem, gdy zadawał kolejne rutynowe pytania. Wojtuś nie wrócił na noc, a matka obdzwoniła całą rodzinę i wszystkich znajomych syna, których znała. Nigdzie nie było po nim śladu, nikt nie zauważył, by został porwany.

Baltazar wziął zdjęcie zaginionego i przeszukał jego pokój. Nie znalazł niczego dziwnego, ani  niepokojącego, żadnych narkotyków, ani alkoholu. Na komputerze dziecka nie było hasła, a  wyszukiwarka pamiętała dane logowania do facebooka i skrzynki pocztowej, tam też nie było niczego niepokojącego. Tylko w szufladzie biurka było dużo kartek zapisanych pokreślonymi wierszami, na  pierwszej od góry znajdował się krótki, nieporadny, napisany w stylu emo wiersz o  jakimś jeziorze. Nie było tam niczego ciekawego, ani przydatnego na potrzeby śledztwa.

To wszystko tylko potęgowało złe przeczucia policjanta.

Zamyślony wyszedł z klatki i jeszcze raz spojrzał na szkolne, portretowe zdjęcie grubaska w  żółtym swetrze. Wolał nie myśleć o swoim śnie. Nie powinien był dawać matce prywatnego numeru, ale trochę za bardzo wciągnął się w sprawę.

Ponad barierką spojrzał na staw, a w zasadzie, na zbiornik retencyjny, który zbierał z okolicy deszczówkę. Chłopak często pisał o jakimś jeziorze. Baltazar szybko wszedł na szary pomost, przeszedł pod barierką i stanął nad samą obsydianową taflą wody.

Wydała mu się jakaś dziwna i nienaturalna. Złoto–zielone gałęzie wierzb schylające się nad  powierzchnią wody wyraźnie uginały się pod wiatrem, lecz znajdujący się w płytkim zagłębieniu zbiornik pozostawał spokojny. Zawahał się, lecz przykucnął nad powierzchnią. Może chłopak się po prostu utopił? Może pisywał te swoje wiersze na tym pomoście i przypadkiem wpadł do wody? Jak, w tak piękny, słoneczny dzień, to bajoro może być tak bezgranicznie czarne? Przemknęło Baltazarowi przez głowę.

Już wyciągał dłoń, by dotknąć wody, gdy jego uwagę przyciągnął intensywnie pomarańczowy neon miejscowego sklepu. Właśnie wychodził z niego starszy mężczyzna. Był zaniedbany, jego  twarz była ogorzała i poorana bruzdami zmarszczek, nawet nie próbował schować właśnie kupionego taniego wina. Usiadł na ławce przy stawie i z chrzęstem otworzył butelkę.

Menel niemiłosiernie śmierdział, rozsiewał charakterystyczną dla bezdomnych woń mieszaniny potu, moczu i przetrawionego alkoholu. Policjant przemógł nudności i obrzydzenie.

– Dzień dobry – przywitał się, pokazując odznakę.

– Nic nie zrobiłem! – oburzył się menel, chowając butelkę za plecy.

Uwagę funkcjonariusza przykuł tatuaż na przedramieniu rozmówcy, był niechlujny, techniką wykonania przypominał oglądane na  zajęciach tatuaże więzienne z lat osiemdziesiątych. Przedstawiał serce w koronie nad  schematycznie narysowanym człowiekiem wiszącym na szubienicy.

– Często tu przesiadujecie? – spytał podnosząc głos.

– Wolno mi siedzieć… – zająknął się dziadyga.

– Proszę odpowiadać na pytania – przerwał mu ostro policjant. – Tutaj albo na dołku, ja nie mam czasu, śledztwo prowadzę.

– No siadam sobie tutaj czasem… – Odparł starzec, zaskoczony tak ostrą reakcją policjanta.

– Widział pan tego chłopca? – spytał, nie dając starcowi się rozgadać i podtykając mu  pod   czerwony nos zdjęcie Wojtusia.

– Widuję – menel odpowiedział szybko i bez zastanowienia. – Często siedzi na pomoście i bazgrze w zeszycie. Czemu policja się nim interesuje?

– Ponieważ prowadzi związane z nim postępowanie, obywatelu – odparł oschle. – Kiedy ostatnio go widziałeś?

– Kierowniku, nie wiem. – Dziad podrapał się w głowę. – Wczoraj po południu chyba, siedział na  pomoście.

– Głęboki ten staw? – Baltazar spytał w końcu, luźniejszym tonem. Dziadek nie wydawał się niebezpieczny.

– E tam, wody do pasa – odpowiedział szybko starzec – ale utopiła się tam kiedyś dziewczyna.

– Utopiła?

– No, różnie mówią – zmieszał się menel. – Jedni, że się utopiła, inni, że ją najpierw strasznie męczyli. Przywiązali do drzewa w styczniu i trzymali tak wiele dni, bili, a nawet i gorsze rzeczy robili. Do okropności zmuszali, a później utopili.

– I nikt nie zauważył? – sceptycznie spytał policjant.

– Te bloki to nowe są, jeszcze parę lat temu był tu tylko ten staw, kilka drzew i pola kapusty.

– Kiedy to się stało?

– O kierowniku, mój dziadek opowiadał mi tę historię – starzec się rozgadał. – Podobno nawet przedtem z tym stawem było coś nie tak. Dziadek mówił, że jak się go minie, to zawsze trzeba trzy razy przez lewe ramię splunąć, żeby…

– Dobrze obywatelu – przerwał mu ostro funkcjonariusz, nie miał ochoty na wysłuchiwanie zabobonów. – Na razie to wszystko.

Policjant wylegitymował go, wypytał gdzie sypia i dokładnie zapamiętał, jak wygląda. Jednego był pewien – trzeba będzie przeszukać ten staw. Jadąc do szkoły, w której uczył się dzieciak, zadzwonił na komisariat i zgłosił konieczność zbadania zbiornika wodnego.

Baltazar stał na szarym pomoście i patrzył na wierzbę po drugiej stronie stawu. Słońce zaszło kilka godzin wcześniej, i nad osiedlem zalegała ciemność bezksiężycowej nocy. Światło dawały jedynie gwiazdy, które zdawały się świecić jaśniej, niż w innych częściach Warszawy.

Przesłuchanie uczniów i nauczycieli nie pomogło. Potwierdzili tylko jego przypuszczenia. Wojtuś był wrażliwym chłopcem i introwertykiem. Nie miał zbyt wielu znajomych, z nikim nie  spotykał się po szkole. Po lekcjach wracał prosto do domu, z opuszczoną głową. Nie trzymał się z nikim z klasy, ani nigdzie nie wychodził. Nikt też nie widział niczego podejrzanego poprzedniego popołudnia.

Przeszukanie stawu też nic nie dało. Kilkugodzinne poszukiwania nie przyniosły żadnego efektu, poza tym, że funkcjonariusze wyciągnęli całą masę śmieci. Nie było możliwości, by coś przeoczyli, zbiornik był mały i płytki, do jego zbadania wystarczyliby ludzie w woderach, ale i tak skierowano tu także dwóch nurków. Nie znaleziono niczego, tylko butelki, torebki po chipsach i  jakieś zardzewiałe żelastwo.

Przeniósł wzrok z rozgwieżdżonego nieba na powierzchnię stawu i zastygł zaskoczony. Gwiazdy. Niebo było usiane niesamowitym, niespotykanym w Warszawie, widokiem tysięcy gwiazd, ale  w  powierzchni stawu nie odbijała się żadna z nich. Pozostała ona idealnie gładka i całkowicie czarna.

Drugi raz tego dnia przeszedł pod barierką i stanął na brzegu. Po chwili przyklęknął i z wahaniem dotknął lustra wody. Było twarde, jakby wykonane z idealnie gładkiego, połyskliwego kamienia, był pewien, że dokładnie tak wygląda obsydian.

Przełknął ślinę i wyprostował się szybko. Na otaczających staw ławkach nie było nikogo, ciemność zatapiała całą okolicę, a latarnie zdawały się dawać o wiele mniej światła, niż powinny. Tchnięty jakimś nagłym impulsem wszedł na rozpościerającą się przed nim kamienną posadzkę.

Runął, a przynajmniej jego błędnik podpowiadał mu, że wywinął szaleńczego kozła, od którego zachwiał się i zrobiło mu się niedobrze. Otaczała go absolutna ciemność, i tylko od znajdującego się pod jego stopami, rozgwieżdżonego nieba bił nikły blask. Dobiegła go cichutka muzyka.

Rozpoznawał melodię, chociaż nie potrafił stwierdzić, co to za utwór, ani tym bardziej zapamiętać dziwnych, niepokojących nut. Ktoś zbliżał się do niego. Dziecko w kanarkowożółtym sweterku. Wojtuś stanął przed nim z kamiennym, nieobecnym wyrazem twarzy. Za nim, w wielkiej dali dostrzegł zbliżający się korowód.

– Nie bój się – powiedział chłopiec. – Alicja chce z tobą tylko zatańczyć, chyba jej nie odmówisz?

Chciał o coś spytać, lecz język uwiązł mu w gardle, gdy widział szybko zbliżający się, roztańczony korowód.

– Ona bardzo lubi tańczyć – dodał chłopiec. – Będziemy wszyscy tańczyć razem, aż do końca – rzekł i uśmiechnął się w upiorny, bezduszny sposób.

Baltazar stał przerażony, jakby był rzeźbą wykonaną z kawałka niezwykłego kamienia, który zdawał się mieć pod stopami. Wiedział, że tancerze zbliżają się szybko, jednak jego umysł nieznośnie wydłużał czas ich spotkania. Nie wiedział, co ma myśleć, lecz był pewien, że nie może się poruszyć, i że nie może dotknąć tej upiornej, rozkładającej się dziewczyny.

Nagły ruch na pomoście przyciągnął jego uwagę. Drewniana barierka znajdowała się niemal na skraju jego pola widzenia, więc patrzenie na niego było dla przerażonego policjanta bardzo trudne, ale zdawało mu się, że dostrzega, iż na lustro wchodzi człowiek. Stary mężczyzna, dziad, menel w brudnej odzieży, z siekierą w ręku. Stanął dokładnie pod Baltazarem, a ten niewyobrażalnym wysiłkiem woli zmusił się, by złapać za stojące przed nim dziecko za rękę. Michałek był zdziwiony, ale  nie  zaprotestował i nie sprzeciwił się.

Tymczasem żul splunął na swoje spracowane dłonie i uniósł nad głowę siekierę. Uderzał mocno i  z  wprawą, w taki sposób, w jaki wyrąbuje się przeręble w grubym lodzie, a ku zdziwieniu funkcjonariusza, na gładkiej dotąd powierzchni jeziora pojawiły się drobne pęknięcia. Skazy na  idealnej powierzchni rosły szybko, lecz czy zdążą złamać lód, nim wijący się taneczny korowód do nich dotrze?

Czas zdawał się niemal stać w miejscu. Starzec wolno podnosił swój topór, który jeszcze dłużej opadał, nim bezdźwięcznie uderzył o powierzchnię stawu. Tymczasem korowód nie zmienił nawet tempa, ani kroku. Cały czas powoli i nieubłaganie sunął ku nim w koszmarnej, czterotaktowej parodii tańca.

Wszystko skończyło się równie nagle, jak się zaczęło. Nieoczekiwanie szybko, gdy topielica zacisnęła dłoń na swetrze dziecka, ostrze topora dotknęło tafli jeziora, a Baltazara i chłopca niespodziewanie otoczyła lodowata woda, jakby nagle znaleźli się pod jej powierzchnią. Policjantowi w głowie dzwoniło jedno słowo. Mój.

Baltazar, łapczywie łapiąc powietrze, wyrwał się z czarnej toni. Było mu zimno, miał wrażenie, że spędził tam wiele godzin, a zimny, kłujący wicher przeszywał go przez mokre ubranie do samych kości. Wojtuś unosił się obok na powierzchni, twarzą dół.

Przyskoczył do niego, brodząc po pas, i odwrócił go na plecy. Później wiele razy zastanawiał się, co było tak przerażające w widoku tego ciała. Czy była to kwestia wykrzywionej w  przerażeniu twarzy ofiary, czy sposobu, w jaki wnętrzności chłopca, brutalnie rozszarpanego, opadały do czarnej wody.

Słońce wschodziło i pierwsze jego promienie już dosięgały stawu, ponad białymi ścianami pobliskich bloków. Ktoś musiał zwrócić uwagę na raban, który zrobił. Na ławce siedział stary, zmęczony człowiek z butelką taniego wina w ręku, był suchy. Bez słowa wyciągnął ją do Baltazara w wyrazie niemej propozycji. Tym razem funkcjonariusz skorzystał.

– Twardy jesteś – powiedział menel. – Niewielu wytrzymałoby tak długo, ale i tak miałeś szczęście.

– Kim ona jest – Baltazar od razu przeszedł do rzeczy. – Co tu się stało?

– Nie wiem i nie wiem – odparł mężczyzna. – I staw i ona byli tu chyba zawsze, tak przynajmniej mówił mi pradziadek, jeszcze zanim była tu fabryka, na której miejscu stoją te bloki. Wtedy rosła tu  kapusta, ale sprzedawali ją hen, aż na Pradze, bo na lewobrzeżnej części miasta nikt nie chciał jej jeść.

– Jak więc…

– Nie wiem, kim jest i nie wiem, co się tu stało – żul nie dał mu dokończyć – ale niekiedy wiem, co należy zrobić.

Białe ściany bloków zabarwiły intensywnie niebieskie światła syren. Funkcjonariusz nie był pewien, czy jest to pogotowie, czy policja, nie próbował nawet tego dostrzec. Trzęsąc się, jak  w  febrze osunął się tylko na trawnik przy ławce.

***

Szarpnął się, lecz pasy krępujące go do łóżka trzymały mocno. Dysząc ciężko rozejrzał się wokół, po jednoosobowej sali.

– Dzień dobry – powitał go miły głos, lekarz uśmiechała się do niego uprzejmie. – Słyszałam, że  znów miał pan ciężką noc. Jak się pan czuje?

Nie odpowiedział. Młoda, ładna lekarka wydawała się wyglądać znajomo, lecz nie mógł sobie przypomnieć skąd ją znał.

– Panie Baltazarze – kontynuowała po chwili. – Słyszy mnie pan?

– Czemu jestem przypięty? – spytał w końcu, po kolejnej chwili milczenia.

– Ponieważ przedwczoraj musieliśmy założyć jednej z pielęgniarek trzy szwy – odparła. – Zrobił pan wszystko, co mógł. Znalazł go pan martwego, morderca musiał minąć się z panem. Wykonał pan wszystko zgodnie z procedurami, a nawet, niekiedy, je  przekraczał. Matka tego dziecka mówi, że pan jeden okazał jej wsparcie i zainteresowanie, że  jako jedyny jakkolwiek pomógł, zachował się, jak człowiek. – Lekarz patrzyła na niego ze  współczuciem. – Szczególnie teraz, gdy pańscy koledzy schwytali sprawcę, a prokurator postawił już zarzuty.

Baltazar utkwił wzrok w suficie, zastanawiał się, co było jawą, a co snem. A gdy on spoczywał na  szpitalnym łóżku, staw wciąż niezmiennie tkwił okolony upiorną balustradą pomiędzy trupio-białymi blokami.

***

Alicja, poprzez idealną powierzchnię obsydianowego lustra, patrzyła na gwiazdy. Tęskniła za  ciepłymi promieniami słońca, płakała. Nagle dostrzegła, że ktoś stoi na pomoście.

Stary człowiek patrzył wprost w jej zimne, błękitne oczy i uśmiechał się smutno. Po jego pooranej zmarszczkami smutnej twarzy toczyły się łzy. Nie miała wątpliwości, że uśmiecha się do  niej, lecz zaskoczona nie odwzajemniła uśmiechu. Nie miała pamięci takiej, jaką my znamy, więc nie wiedziała, że ktoś może się do niej uśmiechać. Zapomniała, chociaż w odległych zakątkach jej świadomości kołatało się jakieś ciepłe, miłe wspomnienie.

Mężczyzna rzucił na powierzchnię stawu dokładnie cztery żółte kwiaty, a ona uśmiechnęła się w  końcu do niego. Wydało jej się, że to były róże, przypomniała sobie, że uwielbia róże.

Gdy opadała w głąb niezmierzonej, bezdennej czerni zawieszonej pomiędzy istnieniem i  nieistnieniem, usłyszała cichy dźwięk. Mogłaby uznać go za słowa, gdyby wiedziała jeszcze, czym one są.

Śpij dobrze, siostrzyczko.

Agenda

Abyssos na Pyrkonie

146 Wyświetleń

Ziomeczki, wiecie że za kilka dni Pyrkon 2019? Nie możecie się doczekać podziwiania cosplayerów i przeciskania się w tłumie fanatyków fantastyki? Bo my tak!

Wpadamy z prelekcją 😉

27.04.2019 o godzinie 14:00 Pandread i Pawelczas (Tarzanusem zwanym) przedstawią prelekcję „Opowieści ze świata oka – projekt literacki”, gdzie o swoim przedsięwzięciu Oculum Mundi mówić będą.

Macie ochotę zobaczyć jakże czarujących dżentelmenów, redaktorów i moderatorów Abyssos?

Wbijajcie więc na 14:00 do działu warsztatów! Będą na was czekali!

PS: „Czarujący” to całkiem swobodna interpretacja rzeczywistości 

Tarzanus