fbpx
All Posts By

Abyssos

Varia

Szczypta – za piątala :)

76 Wyświetleń
0
Pozostało tomików

Zbliża się “Czarny Piątek”, niektórzy chcieliby “Czarny Tydzień”, za miesiąc już święta, a przed nami wiele dni z okazji, którym winniśmy – w teorii – pamięć (dziś jest przykładowo Dzień Kolejarza!) 

Z tej czy innej okazji proponujemy Waszej uwadze tomik Sławomira Dawidowskiego, “Szczypta” w wielce atrakcyjnej cenie 🙂 Promocja, jakżeby inaczej, ograniczona ilością tomików.  

Aby dokonać zamówienia prosimy o wypełnienie poniższego formularza. 

Koszt pojedynczego tomiku to 5 zł, a koszt przesyłki to 7 zł. 

Wpłaty prosimy kierować na:

Stowarzyszenie Abyssos
Ul. Marii Konopnickiej 16
67-106 Modrzyca
Numer konta bankowego: 41 1950 0001 2006 0047 2637 0003 (Idea Bank)

Wysyłka po zaksięgowaniu wpłaty 🙂

Varia

Beata Mróz – Jałowcowa, skurczybyku!

183 Wyświetleń

Ludzi popierniczyło już zupełnie. Do tej pory niemal w amoku robili zakupy tylko przed długimi weekenadami, zdającymi się być zapowiedzią apokalipsy, patrząc choćby na przerzedzone półki i obciążone wózki kupujących januszy. Teraz, gdy niemal każda niedziela zdawała się być takim małym świętem, konsumenckie pandemonium zaczynało się już od czwartku i trwało aż do poniedziałku (z oczywistym wyłączeniem wspomnianej niedzieli). Tym samym cotygodniowe zakupy dla chorobliwie nienawidzącego tłumów Bartosza stały się nie lada wyzwaniem, bitwą, do której strategie należało przygotować z odpowiednim wyprzedzeniem.

Wbrew pozorom, planowane działanie wyprzedzające nie było wynikiem głęboko zakorzenionego introwertyzmu Bartosza, ale zwykłą przezornością. W tłumie dużo łatwiej niepostrzeżenie się do kogoś zbliżyć i sprzedać mniej lub bardziej śmiertelny cios. Sam nieraz korzystał z tej metody. Wiedział, że nawet najczujniejsi potrafili przegapić delikatne ukłucie strzałką, szczególnie, gdy przyszło im walczyć o schab na promocji lub inne luksusowe dobra pojawiające się cyklicznie w marketach. Aż za dobrze pamiętał jak dopadł jedną strzygę na promocji torebek Wittchen. Maszkara, o wyjątkowo dobrze dobranej ludzkiej powłoce, nawet nie zauważyła, że coś ją trafiło. Fakt, iż akurat wyrywała upragnioną galanterię skórzaną z rąk jakiegoś grubego babsztyla mógł mieć na to jakiś wpływ. Choć po wyjściu ze sklepu rozpadła się w proch, jej usta wciąż wykrzywiał błogi grymas ekstatycznego uniesienia. No cóż, przynajmniej umarła szczęśliwa, a on mógł sprezentować Monice zgrabną, skórzaną torebkę.

Z tych i innych, mniej lub bardziej praktycznych powodów, znalazł się w markecie w ten środowy poranek. Choć patrząc na godziny otwarcia sklepu należałoby nazwać bladym świtem. W alejce z nabiałem wpadł na zaniepokojonego Mańka – kolegę ze studiów, dorabiającego sobie jako pracownik ochrony. Maniek, mimo szczypiorowatej budowy ciała i aparycji znudzonego nerda, którym zresztą był, potrafił nieźle dokopać. Bartosz aż za dobrze pamiętał ich wspólne, studenckie sparingi i odruchowo potarł bark, zwichnięty podczas jednego z nich. Życie obu chłopaków było wtedy znacznie prostsze. I ten właśnie Maniek, nieraz ratujący kolegę piwem i pokazujący ponoć sekretne chwyty wykradzione przez pradziadka z jakiegoś buddyjskiego klasztoru, stał zamyślony nad wielką kałużą mleka. W koło walały się pogniecione kartony, czy wręcz zmasakrowane kartony. Jednak, gdy dostrzegł znajomego, jego twarz rozpogodziła się.

– Spać nie możesz, że idziesz na zakupy o tak nieludzkiej porze? – Maniek pierwszy wyciągnął rękę na powitanie.

– Tylko tak mogę je zrobić w miarę normalnie – odparł Bartosz, ściskając dłoń ochroniarza. – Ale widzę, że i tobie się nie nudzi – powiedział, patrząc wymownie na rozlane mleko.

– A weź daj spokój. – Maniek przeciągnął ręką po łysej czaszce. – Jakieś szczyle kartony dziurawią. Pewnie nowe wyzwanie sobie wymyśliły, bo w spożywczakach na osiedlu to samo się dzieje – westchnął. – Szkoda tylko, że na sojowe się uparły, bo to cholerstwo drogie, a szef grozi potrąceniem z pensji. – Strapił się.

– Kamery nic nie wychwyciły? – spytał Bartosz, chociaż wiedział, że Maniek z pewnością to już sprawdził.

– A no nie – westchnął, kopiąc jeden z kartonów, a ten, z głuchym dźwiękiem, potoczył się po podłodze. – Wyślepiłem oczy na tych nagraniach, a jedyne, co wychwyciłem, to drobne zakłócenia w obrazie pojawiające się na chwilę przed zdewastowaniem kartonów.

Bartosz podniósł jedno z pustych opakowań. Zawarte w nim kiedyś mleko było ponoć migdałowe.

– To jest inne – wspomniał Mańkowi

– Tak. – Zgrzytnął zębami. – Dziś dobrali się, do tego i kokosowego. Krowiego nie tkną łachudry. – Pogroził pięścią nieistniejącemu przeciwnikowi.

– Słuchaj – zaczął Bartosz, wpatrując się w dwa znajomo wyglądające nakłucia w kartonie. – Tu wala się z piętnaście pustych kartonów. – Szturchnął najbliższy z nich, jakby chciał upewnić się, że i ten jest pusty.

– Ha! I to jest najciekawsze! – Oczy Mańka błysnęły niepokojącą gorączką. – Mleko wyparowało, nie ma. Niet. Null. Zero. –  Każde słowo akcentował machnięciem zaciśniętej w pięść dłoni, a Bartosz patrzył na niego z coraz większym niepokojem.

Sprawa była cokolwiek dziwna. Dzieciaki raczej wynosiłyby kartony albo dziurawiły i uciekały. One były zwyczajnie wypite. Powiedziałby, że wyssane do cna, patrząc na dwa nakłucia na brzegu opakowania i sposób zgniecenia opakowania.

Pokręcił głową w zamyśleniu. Przecież to było mleko roślinne! Hemoglobiny w tym tyle, co kot napłakał. Niedowierzając samemu sobie, otworzył swoje wewnętrzne oko, od kilku lat stanowiące o jego życiu, i spojrzał na pobojowisko.

Mroczna aura rodem ze starych nekropolii niemal powaliła go na ziemię. Była tak znajoma jak schabowy i mizeria na niedzielny obiad u mamy. Jednak miała w sobie też coś obcego, coś niepokojąco współczesnego jak smród dyniowo–sojowego latte i niespodziewane skrzenie smartphona.

Kiedy znów spojrzał na Mańka wyłączając nadprzyrodzoną wizję, ten przyglądał mu się z konsternacją.

– Znów robiłeś to swoje „hokus–pokus”? – zapytał, na co Bartosz kiwnął głową. Nie było sensu tłumaczyć.

– Stary… – Maniek zbladł. – Nie chcę tego, nie po tej rozróbie w akademiku.

Bartosz znów niemo kiwnął głową. Obecny przy nim Manfred Melancholik (państwo Melancholicy wykazali się specyficznym poczuciem humoru wybierając imię dla swego pierworodnego) miał to nieszczęście mieszkać z Bartoszem w jednym pokoju, kiedy to po raz pierwszy otworzyło się jego wewnętrzne oko. Dość powiedzieć, że widok przypominał połączenie „Egzorcysty” z „Pamięcią Absolutną” i animacjami Monthy Pythona. Po nocy, w trakcie której wspólnie zacierali ślady, nic między nimi nie było już takie samo.

– Słuchaj – zaczął Bartosz od niechcenia bujając wózek z zakupami przed sobą. – Tym się właśnie zajmuję. – Jego dłoń zatoczyła szeroki łuk. – Mogę ci pomóc, ale mamy takie niepisane prawo, że o tę pomoc musisz poprosić. – Co akurat było prawdą tylko w części.

Bartosz musiał wręcz bezwzględnie pomóc każdemu, kto o to poprosi, inaczej zostanie przeklęty permanentnym wstrętem do kawy, alkoholu i wyrobów tytoniowych, a w tej pracy, bez używek przetrwać się nie dało. Nieraz przeklinał tę durną zasadę, nie mniej dla starego kumpla mógł zrobić wyjątek.

– Jeśli się zdecydujesz, wiesz jak mnie znaleźć – dodał, pchając wózek w stronę alejki drogeryjnej. „Oko” podpowiadało mu, że za dwa dni Monika dostanie okresu, a jak zwykle skończyły się jej tampony.

Westchnął ciężko na swą męską dolę. Wolał znieść tę chwilę wstydu, niż pozwolić by jego kobieta niczym ranna lwica demolowała mieszkanie. I tak jeden dzień będzie nie do życia, ale może dzięki „zleceniu” przetrwa najgorsze poza domem? Fakt, przeklinał swój dar wiele razy, ale wykrywanie mrocznych i krwawych emanacji nieraz pozwalało mu zapunktować u Moniki. Co prawda ostatnio płakała przez trzy godziny, gdy przyniósł jej ciasto z czekoladową kruszonką, ale kiedy w końcu zasnęła mrucząc szczęśliwie, coś mu mówiło, że na tym nie straci. I nie pomylił się.

Rozważania na temat kobiecej natury i kwestią, czy lepsze są tampony z aplikatorem czy może bez, przerwało sapanie nadbiegającego Mańka.

– Stary musisz mi pomóc – rzucił na wydechu. – Kierownik pokazał mi wyciąg za te mleka z doliczoną karą za niewywiązywanie się z obowiązków. – Jego oczy były rozszerzone ze strachu. – Jak tak dalej pójdzie to do końca życia będę tu za darmo pracował i jeszcze każą mi pieniądze oddawać.

Bartosz pokiwał głową. Nic tak nie likwiduje obaw człowieka w kontaktach ze stroną nadprzyrodzoną, jak argument finansowy.

– O której dziś kończysz pracę? – zapytał rzeczowo i bez zbędnych wstępów.

– O 15 – odparł Maniek. – Najbliższą nockę mam za dwa dni. Wyrobisz się? – spytał z nadzieją w głosie.

– Jasne. – Bartosz uśmiechnął się półgębkiem. Karma jednak wraca. – Wpadnę po ciebie i razem odwiedzimy księdza – dodał, na co Maniek zbladł jeszcze bardziej. – I masarza – stwierdził po chwili, by zwiększyć konsternację kolegi. Następnie sięgnął na półkę i wziął dwie różne paczki tamponów stwierdzając, że ich zapas jest lepszy niż brak.

Po dokonaniu tej trudnej, aczkolwiek niezwykle życiowej decyzji, ruszył przed siebie zostawiając zszokowanego Mańka samemu sobie. Wciąż musiał dokończyć zakupy, a po przyjęciu nadprogramowego zlecenia musiał uzupełnić listę o kilka ważnych pozycji. Po zgarnięciu z półek paczki wafelków orzechowych, dropsów i czekolady, ruszył w stronę działu mięsnego w nadziei na nieco arsenałowego olśnienia. Podejrzewał jedno. Nie tylko ludzi w tych czasach popierdzieliło.

***

Market po godzinach nie był już tym samym miejscem konsumenckiej rozpusty. Spokój emanujący z każdej z alejek był wręcz namacalny, niemal tak podniosły jak w starej katedrze. Taką właśnie ciszę i monumentalną samotność Bartosz byłby w stanie polubić. Kto wie, może praca stróża na nocnej zmianie nie była aż tak zła? I Monika ucieszyłaby się, że znalazł stałe zajęcie. O ile co rusz nie zdarzałyby się jakieś nadprzyrodzone przygody, jak chociażby ta, z udziałem Mańka.

– Jesteś pewny, że to zadziała? – Usłyszał głos kumpla dochodzący z krótkofalówki.

– Jasne. – Gładko skłamał Bartosz, spokojnie patrolując alejkę z makaronami.

Niczego nie był pewny, a już w szczególności identyfikacji istoty, jaką podejrzewał o te uprzykrzające kradzieże z dewastacją w tle. Ostrożnie przejechał dłonią po kolorowych balonach wypełnionych mlecznym płynem. W ramach przygotowań poprzyczepiał je do paska przewieszonego przez pierś. To, wraz z olbrzymim pistoletem na wodę dzierżonym przez niego w dłoniach, sprawiało, że przypominał wyjątkowo wojowniczno nastawionego klauna.

– Jak sytuacja na nabiale? – spytał Mańka zamkniętego w dyżurce ochrony.

Kumpel miał być jego oczami, gdy on sam, w pożyczonym uniformie, robił marketowi obchód tak, jakby na jego półkach kryły się co najmniej skarby Romanowów.

– Siedzimy tu dość długo i nic się nie dzieje – marudził wyraźnie znudzony Maniek. – Poza tym z tej torby dochodzą takie zapachy, że aż mnie w kiszkach skręca.

– Po pierwsze, ta torba zawiera cały nasz arsenał, więc lepiej żeby pozostała nienaruszona. – Bartosz otarł wyimaginowany pot z twarzy. – Po drugie to siedzisz ty, a ja tu nadprogramowe kilometry wyrabiam. – Właśnie mijał lodówki z serami, gdy zatrzymało podskórne uczucie chłodu nie mające nic wspólnego z faktem, że sekcja chłodziarek wybitnie obniżała temperaturę otoczenia. – Po trzecie… – Jego oddech zamienił się w parę. – To musi zadziałać… – ściszył głos i z psikawką gotową do strzału ruszył w stronę półek z mlekiem – poprzedniego miejsca zbrodni. Przygotowali tam dla nieproszonego gościa małą niespodziankę.

– ZAKŁÓCENIA!!! – wrzasnął Maniek, ale jego krzyk zlał się z hukiem przewracanych kartonów i kaskadą swojskich przekleństw wypowiadanych z dziwnym akcentem.

Bartosz wpadł do alejki, gdzie przygotowali zasadzkę. Z kilku strategicznych kartonów usunęli mleko sojowe i zastąpili je krowim, specjalnie błogosławionym. Nie przyglądając się nawet przeciwnikowi z miejsca potraktował go wodą ze święconego przez księdza pistoletu. I to akurat najłatwiej było wyprosić od klechy. Z resztą arsenału były większe problemy. Poza tym, gdyby przeciwnik jednak nie miał natury nadprzyrodzonej to woda nie powinna nikomu zrobić krzywdy. Taką przynajmniej miał nadzieję.

– Nosz kurwa! – dobiegło do uszu Bartosza ze strony… hmm… obcego, plującego płynem ze słuszną zawartością tłuszczu i laktozy jak najbardziej naturalnego pochodzenia, który rano jeszcze znajdował się w krowich wymionach.

– To potwarz! To obraza wielkiego artysty! – darł się w niebogłosy. Niestety, dla Bartosza brzmiało to raczej jak „Tho potwasz, tho obhasa wielkhieko ahtysty!”.

Stwór, bo inaczej nie dało się określić tego menela w dredach, o brodzie pamiętającej brukselkę z sprzed trzech tygodni, w każdym możliwym słowie starał się wcisnąć głoskę “h”. Powodem tego zdecydowanie nie były nad wyraz wyrośnięte czwórki, tylko nieznacznie niemieszczące się w jamie gębowej maszkarona.

– Spokój bratku! – krzyknął Bartosz celując z pistoletu, choć widział, że woda, nawet święcona, nie zrobiła na przeciwniku odpowiedniego wrażenia.

 –Spokhój! Jha ci dham spokhój! – potworek zdenerwował się tak, że wielkie okulary (bez szkieł) zsunęły mu się na koniec haczykowatego nosa. – Nishcycie mhój performance! Jha thu shtukhe uphawiam, a thakhi phlebs mhój nhekhtah i hambhozje na te khowia thucisna zhamienia!

– Bartosz! – Krótkowfalówka plunęła głosem Mańka.

– Nie teraz – odburknął, po czym zwrócił się do przeciwnika. – Jakie to czasy nastały, żeby wampiry zamiast dziewice wysysać, mleko sojowe żłopały?

– Phy! – Oburzony „nosferatu” zaczął oglądać swoje dłonie z długimi, szponiastymi tipsami. – Nie shądze, zhebym mushiał znizhać się dho thej odphowhiedzi. – Uśmiechnął się drapieżnie.

– Bartosz!!

– Ihighnorant…

– Bartosz!!

– Thakhi jhakh thy..

– Bartek, cholera jasna!

– Co? – spytał poirytowany.

– …thego nhie zhosumie. – Wampir uśmiechnął się niepokojąco szeroko.

– On nie wychlał tego mleka sam!

Bartosz musiał przyznać, że zlekceważył go. Sądził, że wampir o tak wegańskich upodobaniach nie może być groźny. Bo co mógł mu zrobić? Wyssać? Przerobić w krwiopijcę na swój obraz i podobieństwo? No cóż. Młody łowca zapomniał, że zwykłego człowieka można zabić na kilka innych, nie mniej barwnych sposobów. Szczególnie, gdy ma się do dyspozycji jeszcze pięć całkiem silnych, tipsiastych maszkar, z czego przynajmniej dwie o bliżej nieokreślonej płci.

Pomijając efektowne syczenie i prychanie przez zęby rodem z kiepskich horrorów (Bartosz znał prawdziwe wampiry i wiedział, że tak się nie zachowują), młody pogromca czuł się jakby wpadł pomiędzy stado meneli. Albo hipsterów. Różnica wizualna była niewielka, a on nie zamierzał się im uważniej przyglądać. Licząc na przytomność Mańka, oderwał z paska jeden z balonów i cisnął nim w najbliższego stwora.

– Macie wegesyny! – krzyknął.

Gdy po salwie śmiechu nastąpił krzyk zarzynanego wieprza, wiedział, że nie pomylił się w ocenie arsenału. Balonowa bomba, wypełniona krowim święconym mlekiem, zadziałała jak granat rozpryskowy, przy okazji tworząc mozaikę barwnych poparzeń na dwóch sąsiednich stworach. Bartosz uśmiechnął się do siebie, gdy przypomniał sobie, jaką sensację wywołali na plebanii prosząc o poświęcenie mleka. Tak naprawdę dopiero gospodyni księdza, patrząc głęboko w oczy łowcy, wymogła na kapłanie spełnienie prośby. Nie wiedział, co w nim dostrzegła i ile wyczytała z jego aury, ale w duchu podziękował kobiecie obiecując sobie, że jeśli z tego wyjdzie, to jakoś się jej odwdzięczy.

Tymczasem zaskoczone wampiry szybko odzyskały rezon. Dwa z nich starały się prowadzić działania zaczepno–obronne unikając mlecznych bomb Bartosza, a pozostała trójka z przywódcą stada na czele, postanowiła doładować swoje moce sojową ambrozją z sąsiednich półek. No tak. Przychodziły tu na żer. Więc miał do czynienia z osłabionymi głodem bestiami. Jeśli się najedzą…

Coś złapało go za ramię i pociągnęło w tył. Siła odrzutu cisnęła nim o półkę z płatkami kukurydzianymi. Te na szczęście zamortyzowały jego upadek. Już dziękował za ocalenie bliżej nieokreślonym bóstwom opiekuńczym, ale gdy zobaczył, co się do niego zbliża, szybko zwątpił w ich istnienie. Ruda istota, którą wcześniej opisałby jako zaniedbaną bezdomną, zaczęła wyglądać jak wielka feministka z najbardziej wojowniczych memów. Przy niej walkirie wydawały się potulnymi kociakami, a męskie narządy rozrodcze same chowały się w podbrzuszu w obawie przed bolesną kastracją.

Bartosza trzeci raz w życiu sparaliżował strach. Pierwszy raz miał miejsce w przedszkolu, gdy na akademii miał wygłosić wierszyk przed całą szkołą, a drugi, gdy zapraszał Monikę na randkę. Poza tym jako mistyczno–genetycznie uwarunkowany łowca potworów (tak, to ponoć było u nich rodzinne) charakteryzował się raczej niskimi progiem przestrachu. Przynajmniej tak myślał aż do teraz.

Już żegnał się z życiem, gdy powietrze przeszył świst i zapach wędzonki. Przerobiona domowym sposobem kołkownica wypluwała z siebie bełty, o promieniach zrobionych z najtwardszych kabanosów, jakie kumple mogli znaleźć w tak krótkim czasie. Trzy z nich bezbłędnie trafiły w dupsko wampirzycy, powodując jej niemal natychmiastową przemianę w kupkę popiołu. Kabanosy też były święcone.

– Stary, rusz dupę, bo sam ich wszystkich nie załatwię! – krzyknął ochroniarz rzucając Bartoszowi torbę z ich arsenałem.

Łowca zanurkował do ciemnego wnętrza, gdy Maniek, niczym Chuck Norris wywijający nunczako z kiełbasy krakowskiej, rzucił się na jednego z wampirów. Mlekopijca tymczasem przeobrażał się w muzyka abstrakcyjnego, wydając przy tym dźwięki tak jękliwe, że przy nich Gala Kakofonixa uznano by za wirtuoza głosu. Widząc chwilową konsternację przeciwników, Bartosz podpalił petardę wetkniętą w kulkę salcesonu i rzucił w pozostałą trójkę. Może mięsny granat nie był tak skuteczny jak mleczny, ale swoje szkody poczynił. Kiedy maszkary próbowały się ogarnąć, łowca wyciągnął nabijane srebrnymi ćwiekami salami, ostrugane, dla wygody, w kształt kija baseballowego. W sumie był nawet ciekawy czy ten metal podziała na jego przeciwników.

Wprawnym okiem dostrzegł najsłabsze ogniwo – strzygowatego pokurcza, którego skóra już zaczynała się lekko dymić – i zaczął okładać go salami. Wampir zawył, czy to od drobinek oślego mięsa czy kawałków kruszcu przyczepionych do jego twarzy, i w ostatnim zrywie heroizmu rzucił się na Bartosza. Ten jednak widząc małą efektywność broni obuchowej, skoczył do torby w poszukiwaniu zaostrzonego chorrizo. Niemal literackim zbiegiem okoliczności stwór nabił się na hiszpańską kiełbasę dokładnie w momencie, gdy młody łowca właśnie odwracał się w jego stronę.

Tymczasem Maniek kończył „dyskusję” z drugim ze swoich przeciwników. Zagnał go w kozi róg na dziale mięsnym i właśnie przebijał złamanym wołowym gnatem z równie zabójczym skutkiem.

– O tym nie pomyślałem – mruknął Bartosz jakby do siebie i zaczął szukać prowodyra całego zajścia.

Przewodnik stada, utożsamiający się z twórcą sztuki współczesnej, tracąc silne ramiona swoich popleczników, starał się wykonać taktyczny odwrót. Łowca tymczasem nonszalancko sięgnął po jeden z tradycyjnych, mlecznych kartonów i odkręcił. Po długim, zaspokajającym pragnienie łyku, cisnął go tuż pod nogi uciekiniera.

Pudełko pękło rozbryzgując mleczną zawartość oraz tworząc warunki idealnie do poślizgu na gładkich płytkach marketu. Testów przyczepności wege–wampir zdecydowanie by nie zdał. Gdy stówr próbował się pozbierać, zgrabnie rzucona świńska nóżka trafiła go prosto w czoło. To Maniek zły jak osa, zbliżał się do źródła swoich problemów. Widząc determinację w oczach kolegi, Bartosz dopadł wampira i przytrzymał go na ziemi. Tymczasem ochroniarz wyciągnął zza paska ściętą w szpic kiełbasę, którą zdawał się trzymać właśnie na taką okazję.

– Jałowcowa? – zdziwił się wampir.

– Z czosnkiem skurczybyku! – krzyknął i zatopił wędlinę w piersi wampira aż po samą etykietkę.

***

To był przyjemny majowy dzień. Monika, pozbawiona „mrocznej aury”, uwijała się przy grillu. Musiała przerobić całe to mięso, jakie przytargali do niej panowie. Bartosz i Maniek siedzieli na ławce korzystając z cienia rozłożystej wiśni. Zewsząd dochodziły ich zapachy pieczonej kiełbasy i głośne rozmowy Polaków. Chłopakom wyjątkowo to dziś nie przeszkadzało a wręcz przeciwnie, brzmiało naprawdę swojsko. Nawet rozkręcone na ful radio, ze Sławomirem, po raz setny śpiewającym o polewaniu się szampanem, nikogo nie drażniło.

– Zawsze tak jest? – spytał Maniek przerywając milczenie.

– Gdzie tam. – Bartosz uśmiechnął się półgębkiem. – U Korczaków szwagier się jeszcze nie spił, więc jest cicho i spokojnie.

– Nie o to pytam – stwierdził z jakąś taką dziwną powagą w oczach.

Łowca westchnął. Mimo, że całe wampirze pobojowisko uprzątnęli całkiem zgrabnie, a Maniek mógł oświadczyć kierownikowi, że już więcej kradzieży mleka nie będzie, ten zażądał nagrania z monitoringu, którego oczywiście dostać nie mógł. W wypijające „sojową ambrozję” wege–wampiry z pewnością by nie uwierzył. Po pokrętnych wyjaśnieniach, nie popartych materiałem dowodowym, na wszelki wypadek zwolnił Mańka, bo temat wydawał mu się podejrzany. I miał rację. Ale chłopak nie narzekał. Miał dość tego miejsca i z chęcią znalazłby coś innego, dlatego teraz z takim wyczekiwaniem patrzył na Bartosza.

– Nie zawsze – westchnął łowca. – Zazwyczaj to czysta porządna robota. Z większością nadprzyrodzonych idzie się dogadać. Tych mniej skorych do rozmowy załatwia się po cichu żelazem, srebrem czy na co tam są wrażliwi. Zazwyczaj jestem bardziej dyplomatą czy negocjatorem niż pełnoetatowym łowcą potworów. Świat się zmienił. Każdy chce żyć, a zabijanie ostatnich przedstawicieli gatunków nie wydaje mi się najwłaściwszym sposobem na życie.

– Czyli to w markecie…

– To było coś dziwnego. – Potarł skronie – Mutacja, moda… nie wiem… po weekendzie będę musiał o tym ze starszyzną pogadać.

– Ha! Czyli nie wiedziałeś, czy święcone mleko zadziała! – Wytknął mu kumpel.

– Ale zadziałało. – Uśmiechnął się i pociągnął łyk piwa.

Znów umilkli, relaksując się chwilą spokoju, gdy nagle dobiegły i głosy dyskutujących sąsiadów.

– Panie kiedyś to było! Teraz się im wszystkim w dupach poprzewracało. Telefony, srajfony, buty za połowę pensji i jakieś takie fikuśne kawy, co człek nawet nazwy nie powtórzy. A ja Panu powiem, że to przez to, że mięsa nie jedzą, gorzałki się nie napiją. Organizmowi podstawowych witamin brakuje to i wariować zaczyna…

Maniek z Bartoszem spojrzeli po sobie i parsknęli śmiechem. Jakoś nie mogli się z tym panem nie zgodzić.

Varia

Janusz Borys – Biesiada w domu Drakhara

118 Wyświetleń

Pomarańczowa aura roztoczona przez płomienie, była widoczna na wiele mil w każdym kierunku. Rungir pomyślał na początku, że to zapewne jeden z pierwotnych jaszczurów przebudził się w głębinach Skamieniałej Doliny i przybył na dwór Drakhara, aby siać zniszczenie. Młodzieniec dziękował bogom za swą powściągliwość i zdrowy rozsądek, wszak prawie skompromitował się w towarzystwie swej drużyny i niewiast jadących na ciężkich wozach, wyładowanych darami. Ludzie śmialiby się z niego przez całą biesiadę, nie dając mu zapomnieć o swym zabobonnym lęku i wybujałej wyobraźni. Hrodwiga na pewno przyłączyłaby się do nich. Zmrużyłaby te swoje jasne oczy z odrazą i patrzyła na niego jak na byle dziecko czy najpodlejszego thralla – pomyślał trwożnie Rungir.

– Wygląda niesamowicie – zagadnął ktoś zza pleców pogrążonego w zadumie Rungira.

Młodzieniec drgnął zaskoczony, ściągnął wodze swego rumaka, który wyczuwając panikę jeźdźca, zarzucił na bok wielkim łbem.

– Jakby ktoś ciął je mieczem – rzucił w odpowiedzi młodzieniec, tocząc czujnym wzrokiem po pionowym zboczu ponad warownym grodem, do którego zmierzali.

– Ponoć po drugiej stronie tych szczytów jest wiele podobnych miejsc. Tylko, że ktoś wyciął w nich schody, nawy i komnaty tak wielkie, że mogłyby pomieścić tysiąc mężów.

Słysząc te słowa, Rungir znów zatracił się w swych wyobrażeniach. Na chwilę znalazł się wśród przepastnych hal i kamiennych naw, podpartych surowymi, kamiennymi kolumnami.

– Jeśli to prawda to musieli je wykuć giganci, żaden człowiek nie dokonałby takiej rzeczy – stwierdził Rungir, rzuciwszy spojrzenie towarzyszącemu mu jeźdźcowi.

Asrag wyszczerzył zęby w wilczym uśmiechu. Jego dłoń bezwiednie przesunęła się na rękojeść szerokiego, żelaznego miecza zawieszonego przy siodle.

– Chciałbym zabić giganta – rzucił z rozmarzeniem i ryknął śmiechem, Rungir dołączył do niego, gdyż pomyślał o tym samym.

Ich rozmowę przerwał skowyt wilków. Potężny ryk rozdarł nocną ciszę i poniósł się wysoko ponad prehistorycznymi lasami i jeszcze starszymi górami. Kruki poderwały się z ośnieżonych gałęzi sosen i wzbiły z jazgotem w czarne jak węgiel niebo. Ale nawet odgłos ich potężnych skrzydeł bijących chłodne powietrze, nie zagłuszył zewu trąb. Kolumna wojów zatrzymała się, oczekując odpowiedzi z głębi skąpanego w ognistym blasku grodu. Zapadła długa chwila nerwowego oczekiwania. Wierzchowce drobiły niepewnie w miejscu, ryjąc śnieg pazurami, jeźdźcy poprawiali hełmy i sprawdzali czy broń dobrze leży przy siodłach. I choć przybyli na zaproszenie Drakhara – pana i władcy tych gór, wiekowego pogromcy podludzi i niszczyciela ksiąg – wciąż musieli mieć się na baczności. W tych stronach łatwo było o krwawy zatarg, słowa często były podszyte zdradą. Drużyna, do której należał Rungir, musiała być szczególnie ostrożna. Towarzyszyły im w końcu niewiasty i wozy wyładowane piwem, a także darami dla Drakhara i jego dworu. Atrakcyjny łup dla każdego liczącego się klanu.

Napięcie prysło w jednej chwili, gdy konchy z grodu zagrały w odpowiedzi. Drewniane wrota rozwarły się ze złowrogim pomrukiem. Nagle zaroiło się przy nich od ludzi w futrzanych płaszczach, przyświecających sobie pochodniami. Rungir rozluźnił się, bezdźwięcznie wsunął łuk z powrotem do sajdaka i wyprostował się w siodle, aby lepiej przyjrzeć się fortyfikacją wzniesionym na zdradliwie oblodzonym wzgórzu.

– Wygląda na to, że dziś będziemy tylko pić i śpiewać Asragu – rzucił uradowany młodzieniec do swego przyjaciela.

– Nie chwal nocy przed pierwszym brzaskiem – rzuciła postać, która szybko wysforowała się na czoło kolumny.

Obaj młodzieńcy pochylili głowy przed swym wodzem, jak tylko usłyszeli jego zachrypnięty głos.

Rungir wiedział, że Hrodwald miał rację. Jeszcze wiele mogło się wydarzyć, nim wstanie słońce. Gdy wojownicy klanów spotykali się przed kolejną wyprawą na ziemię podludzi, łatwo było o zwadę.

Wnętrze długiego domu tętniło życiem. W okrągłych paleniskach otoczonych przez roześmianych, rumianych od piwa ludzi, ryczał ogień, który szybko pozwalał zapomnieć o panującym na zewnątrz mrozie. Stoły uginały się od jadła i napitku. Wojownicy ze wszystkich klanów mieszali się ze sobą, przechwalając się osiągnięciami swych legendarnych bohaterów i wodzów, a także własnymi wyczynami. Mężowie utalentowani w śpiewie i grze na lirze konkurowali ze sobą, prezentując epickie poematy, pieśni opiewające niemal już zapomniane dzieje i romantyczne ballady ubóstwiane, przez licznie zgromadzone niewiasty. Dzieci skryte w nawach wielkiej sali, przyglądały się temu wszystkiemu z zazdrością, marząc o dniu, gdy same będą mogły uczestniczyć w podobnych ucztach.

Rungir sączył piwo ze swego ozdobnego, bawolego rogu, słuchając opowieści siwego starca. Zdążył już wysnuć historię zniewolenia ludzi, którzy sprzeciwili się bogom i postanowili żyć w pokoju, a także opowieść o jaszczurzycy Grimojrze i jej grzesznym pragnieniu spisywania przeszłości. Młodzieniec zatracił się w gawędzie, na chwilę przenosząc się poza czas i przestrzeń. W swych wyobrażeniach był jednym z legendarnych pogromców, ścigających upadłych grzeszników, którzy nie wznosili palisad, ani nie kuli głowic toporów, odrzucając pragnienie walki i rozlewu krwi. Uczestniczył w tych historiach całym sobą – duchem i ciałem.

– Wiedziałem, że cię tu znajdę – Asrag dosiadł się do swego towarzysza, zderzając swój róg z jego. Nieco gorzkiego trunku ulało się na podłogę i futrzane płaszcze, w które byli odziani.

Rungir skarcił się w duchu. Jego towarzysz podkradł się do niego drugi raz tej nocy.

– Coś cię trapi – kontynuował Asrag. – Jesteś jednym z najlepszych łowców naszego klanu, cholera być może nawet najlepszym wśród wszystkich klanów! A i tak dałem cię radę zaskoczyć. Niemal słyszę jak trzepocze ci serce Rungirze.

– Ścisz swój głos! – pouczył go młodzieniec, bacznie rozglądając się na boki. Wypowiedzenie takich słów mogło zwiastować zwadę. Żaden z klanów nie lubił, gdy ktoś wywyższał się ponad pozostałych. Szczególnie, jeśli jego przechwałki były niepotwierdzone. – Wiesz, że wciąż mamy pierwszą wyprawę przed sobą.

– Jak tylko skruszeje lód i roztopią się śniegi, pozwolimy zaczerpnąć naszym toporom krwi podludzi przyjacielu! – ryknął Asrag i niemalże cały długi dom zawtórował mu.

Mężowie wydobyli miecze krzycząc i wymachując nimi nad głowami.

Rungir poczuł natychmiastowe ukłucie zazdrości. Optymizm i pasja jego towarzysza zawsze były wstanie poderwać mężów do działania i rozchmurzyć ich ponure oblicza. Wiedział też, że jego okrzyk nie pozostał niezauważony. Ukradkiem rozejrzał się po przepastnej izbie i dostrzegł, że sam Hrodwald przypatruje się jego przyjacielowi z uznaniem i tajemniczym uśmiechem na zazwyczaj posępnej twarzy. Być może to tylko piwo i ciepło przyczyniły się do dobrego humoru ich wodza – pomyślał ponuro Rungir. Lub Hrodwald właśnie odnalazł swego kandydata na kapitana, który poprowadzi drakkar młodych wojów.

– Przeszkadzasz mi w słuchaniu – poskarżył się cicho Rungir, rzucając okiem na rozanieloną twarz swego towarzysza.

– Ty i te twoje bajki. Zawsze z głową w chmurach i z tym tęsknym spojrzeniem, jakbyś sam był już stary i pozostało ci jedynie wspominanie dawnych dziejów. Zjedz i napij się z nami Rungirze. Zasiądź do stołu zajmowanego przez mężów z klanu Hrodwalda. Zamiast jedynie wsłuchiwać się w bajki jak baba, czy posmarkane dziecko, sam opowiedz nam coś o własnych wyczynach.

– Kiedy ja nic nie osiągnąłem – jęknął Rungir, kręcąc się nerwowo na swoim miejscu. – Przestań ze mnie szydzić przyjacielu.

– A kiedy wytropiłeś Wielkiego Spaqua pomimo ulewy? Albo odnalazłeś wilki bojowe w zamieci?

– A jak to się ma do tego, co osiągnęli pogromcy pierwotnych jaszczurów czy tych, którzy stali się egzekutorami boskiego prawa?

– A może po prostu chodzi o nią? – Asrag nagle zmienił temat. – Siedzisz i wzdychasz do niej?

Rzeczywiście Rungir usiadł w idealnym miejscu, aby jej się przyglądać. Siedziała po przeciwnej stronie sali – zimna i wyniosła jak zwykle. Kobieta godna własnej legendy. Hrodwiga trwała samotnie, niczym latarnia morska ponad wzburzonym morzem. Kiedyś otaczałby ją wianuszek godnych zalotników. Wszak córka samego Hrodwalda była wspaniałą branką, ale jej charakter okazał się przeszkodą, niemożliwą do pokonania nawet dla najdzielniejszych mężów. Co wcale nie zniechęcało młodego Rungira. Z niecierpliwością czekał dnia, gdy powróci z pierwszej wyprawy i będzie mógł stanąć w konkury o serce Hrodwigi.

– Nawet jeśli to co z tego? – odpowiedział po chwili milczenia. – Czyż nie jest piękna?

– Może piękna, ale z przeklętym charakterem. Cały klan słyszał o bluźnierstwach Hrodwigi.

Rungir słysząc te słowa, porwał się na równe nogi i rzucił towarzyszowi nienawistne spojrzenie. Jego dłonie zacisnęły się w pięści.

– Uważaj na słowa Asragu. Zapominasz, o kim mówisz.

– Niczego nie zapominam. Sam Hrodwald otwarcie wyraża pogardę do swej córki. I on odwrócił się od jej trujących słów.

– Nie wiesz, o czym mówisz.

– Ona obraża Czterech Bogów głupcze. Cały klan jest w niebezpieczeństwie. Może spaść na nas przekleństwo.

Obraża bogów, pomyślał drwiąco Rungir. Cóż to za bogowie, którzy nie są w stanie znieść cierpkich słów? Tacy, którzy zwróciliby się przeciw jednemu z najstarszych klanów tylko dlatego, że jedna niewiasta ma w sobie odwagę, otwarcie ich krytykować. Zresztą zgodnie z legendą klan Hrodwalda sam pochodzi od Frostnira ojca całej ludzkości. Czyż więc Hrodwiga nie krytykuje jedynie własnego rodu? Czy to właśnie jest przyczyną wzgardy jej ojca i starszyzny? Wszak dla władców nie ma nic gorszego niż człowiek podważający ich autorytet.

Rungir zapomniał o gniewie, myśląc o cierpieniu, które musi odczuwać jego luba. Po prostu stał tam, przyglądając się jej chłodnemu obliczu głuchy na słowa swego druha. Zatopiony w świecie, w którym istniała tylko ona. I wtedy odwróciła się ku niemu. Nie spojrzała jedynie ukradkiem, jak zrobiłaby to inna niewiasta. Zwróciła się do niego piersią, spoglądając na niego badawczo swymi lodowato zimnymi, błękitnymi oczyma. Była w nich drwina lub niewypowiedziane wyzwanie. Młodzieniec nie miał zamiaru przejmować się zasadami. Może za sprawą piwa, które wypił lub jej spojrzenia. Zrobił pierwszy krok w kierunku Hrodwigi i wtedy zagrały Konhy.

Drzwi wielkiej sali rozwarły się gwałtownie, do środka wdarł się śnieg, wirujący dziko wśród pochodni i długich stołów. Nieznajomy ryknął na całe gardło, wdzierając się do sali, niczym pogrążony w amoku berserk. Ygdras Hadrson, Ygdras Dwa Imiona był smukłym mężem o gorącym temperamencie i niezwykle przystojnej twarzy. Żywa legenda swego pokolenia. Człowiek, który zabił pierwotnego jaszczura. Jego purpurowy płaszcz łopotał na lodowatym wietrze, gdy wykrzykiwał pozdrowienia i ponaglał swych ludzi wnoszących beczki z piwem. Biesiadnicy z niedowierzaniem przyglądali się całej scenie. Taki dostatek był rzadko widywany, a dzielenie się nim było postrzegane, jako głupota, szaleństwo lub w najgorszym wypadku obelga. I choć Ygdras był uznanym wojownikiem i bohaterem narodowym, słynął też ze złego charakteru, przejawiającego się w skłonności do mordu jak i wszczynania awantur.

Rungir powiódł wzrokiem po zgromadzonych na sali wodzach klanów. Twarz Drakhara stanowiła prawdziwie marsową maskę.

Czyli Ygdras Dwa Imiona zabrał ze sobą większą obfitość piwa niż ta, którą podzielił się gospodarz – pomyślał Rungir. Było to jednoznaczne z okazaniem pogardy dla gospodarza. Sugerowanie, że był on biedniejszy od swego gościa. A podobne zachowanie zawsze wróżyło rychły rozlew krwi. Choć jak na razie Drakhar trzymał nerwy na wodzy, jedynie ponuro obserwując ekstrawagancję Ygdrasa.

– Wyrazy szacunku dla wielkiego Drakhara pana tych ziem, protektora wybrzeży i przywódcy klanu Drakhar – krzyknął dziarsko Ygdras unosząc srebrny kielich do ust.

Ludzie z lubością podjęli toast. Rozpierała ich duma, że oto ucztują ramię w ramię z żywą legendą. I gdy już wydawałoby się, że wszystko skończyłoby się na niewielkim skandalu. Z długich cieni zalegających za tronem gospodarza, wyłoniła się ogromna sylwetka. Postać bliższa gigantowi niż człowiekowi. Na twarzy olbrzyma malowała się irytacja, przepleciona z nienawiścią. Serce Rungira zabiło gwałtownie, gdy zdał sobie sprawę z tego, kim jest tajemniczy olbrzym.

– Widzę Ygdrasie, że w dworze twego klanu zabrakło mężów zdolnych wypić cały ten trunek – zadudnił ogromny mąż, gdy pogardliwy uśmiech pojawił się na jego twarzy. – Ale nie martw się. Klan Drakhara z przyjemnością ci pomoże.

Fagir Pogromca Trolli oparł swe spracowane dłonie na biodrach, gdy sala wybuchnęła szyderczymi rechotami. Nie spuszczał wzroku z Ygdrasa, który aż posiniał z wściekłości, słysząc obraźliwe słowa z ust swego odwiecznego rywala. Obaj mężowie piorunowali się spojrzeniami, niczym wilki gotowe wyrwać sobie nawzajem gardła.

Rungir był pewien, że Fagir przez cały ten czas ukrywał swą obecność, oczekując przybycia znienawidzonego konkurenta. Uczta była wszak ostatnią formalną okazją, która pozwoliłaby im w końcu odkryć, kto jest najpotężniejszym wojem wśród wszystkich klanów. Obserwujący scenę młodzieniec, oderwał swe podekscytowane spojrzenie od mężów i rozejrzał się po sali. Dostrzegł nieludzkich thralli pospiesznie odsuwających ławy i stoły, tworząc w ten sposób naprędce skleconą arenę. Przyjrzał się też gospodarzowi. Ten jednak wyczuł wzrok młodego Rungira i wbił w niego chłodne, przebiegłe spojrzenie swych starych oczu.

A więc stary Drakhar przewidział to wszystko i już wydał odpowiednie rozkazy – odgadł Rungir.

– Jak śmiesz Fangirze?! Mówić nim gospodarz, zdążył odpowiedzieć na me pozdrowienie? – warczał sprowokowany Ygdras, przestępując z nogi na nogę. Nie mogąc się wręcz doczekać wiszącej w powietrzu walki.

– Tak się składa, że już niedługo klan Drakhar i klan Vaygnip połączą się w jedność – odparował tubalnym głosem Fangir, przekrzykując wrzawę, panującą wewnątrz długiego domu. – Z tej okazji Drakhar pozwolił mi, przemawiać w swoim imieniu. Także widzisz Ygdrasie Dwa Imiona, że jedynym mąciwodą obecnym w tym przybytku jesteś ty.

Słysząc te oskarżenie, Ygdras przesunął dłoń na rękojeść zawieszonego u pasa miecza. Towarzyszący mu wojownicy, poszli w ślad za swym wodzem. Wiwaty, szyderstwa i śmiechy natychmiast zamarły, gdy licznie zgromadzeni mężowie sięgnęli po własne żelazo. Bitwa wisiała w powietrzu. Kobiety skuliły się w kątach lub schroniły pod ścianami, tuląc płaczące i przerażone dzieci do swych piersi.

I to właśnie wtedy wszystkie świece i pochodnie, każde palenisko gorejące pod kotłami strawy, zgasły. Niektórzy krzyknęli, gdy nagle pojawił się błękitny płomień, z którego wystąpił pokrzywiony, pokraczny człowieczek w niegarbowanych, zwierzęcych skórach, ciężko podparty na sękatym kiju, zakończonym żywą gałęzią.

Czyniący Drakhoru, pomyślał Rungir, gdy starzec zarechotał, zataczając się jak pijany.

Ludzie odskoczyli od niego jak poparzeni. Wielu wezwało imiona Czterech Bogów, aby chronili ich przed przewrotną naturą nikczemnego starca. Wszystkie klany lękały się magii i tych, którzy ją dzierżyli. Ludzie wiedzieli, że żaden oręż – nieważne czy żelazny, czy stalowy – nie zdoła pobić czy uśmiercić jednego z tych świętych szaleńców.

– Ośmielacie się biesiadować, przeklinać i szykować do rozlewu krwi, nawet nie myśląc o poświęceniu tego wydarzenia bogom? – wysyczał nieproszony gość, strzelając oczyma na prawo i lewo, napawając się zabobonnym przerażeniem, które malowało się na tępawych twarzach biesiadników. – I to wszystko w cieniu mej góry?

Nikt z zebranych nie odpowiedział. Mężowie jedynie pokornie opuścili głowy, oczekując, aż Drakhar lub ktoś inny przemówi. Jednak nawet gospodarzowi zabrakło odwagi. W jego rozszerzonych z przerażenia oczach, odbijał się blask nienaturalnego, błękitnego płomienia.

– Dopiero w obecności świętego pomazańca przypomnieliście sobie o należnej wszystkim ludziom bogobojności? – kontynuował niewzruszenie intruz. – Dobrze. Uznam to za godne przeprosiny. Ale nie obędzie się bez zapłaty.

– Czego żądasz? – słysząc nieco obłaskawiony ton czyniącego, Drakhar odzyskał nieco rezonu.

– Dziesięciu thralli poświęconych w ofierze Czterem Bogom, nim zakończy się noc. Beczkę gorzały, którą przytargali tu ludzie tego w purpurowym płaszczu, a także gościnę tej nocy.

Gospodarz jedynie skinął głową i klasnął w dłonie. U jego boku natychmiast zjawili się najbardziej zaufani słudzy klanu Drakhara, którzy pochylili się tak, aby ich pan mógł wyszeptać swe rozkazy, nie musząc podnosić się ze swego tronu.

Kilka uderzeń serca później eksplodowała przemoc. Słudzy Drakhara chwytali na chybił trafił nieludzkich niewolników, grożąc im biciem i żelazem, jednocześnie wywlekając ich w lodowaty mrok nocy. Rungir wiedział, że na zewnątrz czeka ich jedynie pień na ich karki i topór. Do rana ich głowy ozdobią bramy palisady. Cóż taka była wola bogów – pomyślał. Reszta thralli pospiesznie rzuciła się, do rozpalania wygasłych ogni. I choć czyniący Drakhoru wyglądał na zadowolonego, ludzie i tak trwali w trwożnej ciszy. Tłoczyli się w ciasnych gromadach, przypatrując się starcowi, który spokojnie pił piwo ze swego rogu. Tylko dwóch mężów zachowało rezon. Ygdras Dwa Imiona i Fagir Zabójca Trolli wciąż mierzyli się spojrzeniami, gotowi w każdej chwili rzucić się na siebie. W końcu, gdy starzec skończył raczyć się piwem, odezwał się do pragnących zamordować się wzajemnie mężów.

– A wy, co tak na siebie łypiecie i dyszycie? Ty długowłosy jak cię zwą? – zagadnął starzec, zajęty szukaniem fajki w swej niewielkiej podróżnej torbie. – Ja cię skądś nie znam?

– Zwą mnie Ygdras Dwa Imiona – odrzekł wojownik dziarskim głosem, nawet na moment nie spuszczając wzroku ze swego rosłego rywala. – I choć nigdy nie poznałem ciebie panie. Miałem do czynienia z czyniącym Drakhoru.

– Ach… Już pamiętam mój szlachetny kuzyn Sigard, to on nadał ci drugie imię prawda? Co patrzysz na mnie taki zdziwiony chłopcze? Widziałem to w snach, wszyscy czyniący śnią wspólnie, taka już jest natura naszej więzi. A teraz – mówiąc to starzec zagryzł krzywe zęby na ustniku drewnianej fajki – opowiedz nam o swym zatargu z Fangirem, a ja zapale.

– Ten nikczemnik zawsze mi zazdrościł. Od chwili, gdy to ja okazałem się być pogromcą pierwotnego jaszczura. Nigdy nie mógł pogodzić się z tym, że ktoś okazał się od niego lepszy i godniejszy łaski bogów.

Słysząc te słowa, umięśniony niczym zapaśnik wojownik, zazgrzytał zębami. Ruszył w kierunku swego znienawidzonego rywala z zaciśniętymi pięściami. Widząc to, Ygdras odskoczył, błyskawicznie, dobywając miecza.

– Ty kłamco, ty bękarcie… – klną i wyzywał Fangir, krzywiąc się jak zwierzę. – Ty zabiłeś? Jedyne, co zrobiłeś to zniszczyłeś tamę na rzece Wizgów. Woda zatopiła jaszczura, jak zresztą każdego nieszczęśnika, który żył w tamtych stronach. Po dziś dzień zalegają tam ogryzione szkielety i spuchnięte, gnijące ciała. Jesteś mordercą, ale skaldowie śpiewają o tobie jak o bohaterze!

– Na twarzy Ygdrasa wykwitł ponury uśmieszek. Jego oblicze mocno pociemniało na wspomnienie tamtych straszliwych wydarzeń, które kosztowały życie niezliczonych ludzi. Nim jednak zdążył odpowiedzieć, czyniący wtrącił się w żarliwą wymianę.

– Nie zawsze trzeba pokonywać swych wrogów bezmyślną siłą Fangirze. Tak mówią pieśni, zesłane nam przez bogów – pouczał starzec, kopcąc cuchnące zioło ze swej fajki.

– Ten bezmyślny osiłek nie może mi przebaczyć, bo ja dokonałem czegoś, czego on nigdy nie byłby wstanie uczynić. Nie umiał nawet odnaleźć drogi przez Strome góry. Tydzień tam krążył, nim w końcu je opuścił i to jeszcze po złej stronie! – krzyknął Ygdras, a mężowie ryknęli śmiechem. Jednak, gdy wściekły Fangir potoczył wzrokiem po szydercach, szybko zapadła cisza.

– Ciebie znam Fangirze i nie muszę pytać o twe wyczyny. Wszak na rozkaz czyniących Drakhoru zgładziłeś trolle, blokujące przeprawę nad przełęczą Ostrych Kłów – wyszeptał na wpół do siebie starzec. –  Już widzę, z czym mamy do czynienia! Będziecie walczyć, a ten, kto przeżyje, poprowadzi wyprawę przeciwko podludziom.

Mężowie ryknęli na znak zgody i zachęty, aby zagrzać rywali do walki.

– Niech będzie – rzucił pogardliwie Ygdras Dwa Imiona. – Jeśli taka jest wola bogów.

Jego rywal zachował milczenie. Sięgnął jedynie po topór wojenny, uśmiechając się na wilczą modłę. Wpatrując się w Ygdrasa zdejmującego purpurowy płaszcz, niczym w zwierzynę łowną tropioną od wielu dni.

Wojownicy starli się bez ostrzeżenia, tarcza uderzyła o tarcze. Ostrza przecięły powietrze, nie znajdując swych celi. Sala ryknęła, pogrążona w morderczej ekstazie. Kobiety tuliły się do siebie, osłaniając oczy. Wszystkie z wyjątkiem Hrodwigi, która przyglądała się pojedynkowi z nieskrywanym zainteresowaniem.

Ygdras jest szybszy, pomyślał Rungir, przypatrując się wymianie niczym zahipnotyzowany. Obaj prezentowali się przerażająco. Ich doskonała forma i precyzja ciosów przewyższały każdego wojownika, którego znał młodzieniec. W domu Drakhara równy trafił na równego. Fangir z początku napierał zdecydowanie, wyprowadzając zamaszyste ciosy swym masywnym toporem, zapewne licząc na to, że jego rywal przyjmie ciosy na tarczę, ryzykując złamanie przedramienia. Jednak Ygdras wiedział lepiej. Trzymał się na dystans i czekał, starał się zmęczyć większego wojownika. Choć nie pozostawał pasywny, ani nie unikał walki jak jakiś tchórz. Dźgał swym mieczem, wyprowadzał szybki atak za każdym razem, gdy dostrzegł otwarcie w obronie swego przeciwnika. Starcie przywodziło na myśl pojedynek górskiego niedźwiedzia z górską pumą. I choć Fangir krwawił z kilku ran, które zadał mu mniejszy przeciwnik, Rungir wiedział, że żadna z ran nie jest głęboka. Jedynie niewielkie ukłucia, które prześlizgnęły się przez kolczugę. I to właśnie wtedy, gdy młodzieniec oceniał walczących, doszło do pierwszej zmiany układu sił

Ygdras odskoczył zbyt późno i głowica topora zahaczyła o brzeg tarczy. Ostrze rozdarło drewno i żelazne okucie w mgnieniu oka. Zaskoczony wojownik runął na ziemię. Obserwatorzy wiwatowali na widok wspaniałego ciosu. Fangir nie tracąc czasu wykonał potężnego młyńca i opadł na zszokowanego przeciwnika, który odsunął się w ostatniej chwili. Ostrze topora rozdarło deski wielkiej sali, blokując się na chwilę.

– Tarcza! – ryknął Ygdras podnosząc się na równe nogi. – Tarcza!

Jeden z jego ludzi, którzy wcześniej wnosili beczki z piwem odpowiedział na wezwanie, na chwilę nim nadszedł kolejny druzgoczący cios topora. Jednak tym razem smuklejszy wojownik był gotowy. Skoczył na ostrzę, nie dając mu nabrać impetu i szybkim kopnięciem wytrącił swego przeciwnika z równowagi. Błyskawiczny cios mieczem ugodził Fangira w twarz. Trysnęła krew, salą wstrząsnęło ohydne mlaśnięcie żelaza, rozdzierającego skórę i mięśnie. Nos ugodzonego męża rozpadł się na dwoje, jucha zalewała mu oblicze, spływając do ust niepowstrzymaną kaskadą.  Ygdrass zaatakował ponownie. Miecz z ogromną siłą uderzyło w kark, jednym płynnym ruchem oddzielając głowę od reszty ciała.

Sala ryknęła, czując, że jej żądza krwi została zaspokojona. Zwycięstwa odrzucił tarczę i uniósł okrwawione ostrze wysoko w powietrze, tak aby każdy mógł je zobaczyć. Jednak wtedy stało się coś niespodziewanego. Okaleczone ciało olbrzyma uniosło topór po raz ostatni, aby uderzyć w plecy swego zabójcy. Ygdras musiał się domyśleć, że dzieje się coś dziwnego. Musiał to wyczytać z przerażonych, pobladłych twarzy obserwujących pojedynek ludzi. Nie odwrócił się jednak, zdążył jedynie opuścić ostrzę, które jeszcze przed chwila zwycięsko dźgało powietrze. Wtedy bezgłowy Fangir zatopił swe żelazo głęboko w ciele przerażonego Ygdrasa Dwa Imiona. Cios niemalże oddzielił ramię od barku, tworząc straszliwą ranę, rzygającą strugami krwi. Zaskoczony zwycięzca zawył niczym ugodzone zwierzę, nim zwalił się na śliską od krwi podłogę. W ślad za nim poszło bezgłowe ciało jego rywala.

Jak tylko niespotykany, krwawy spektakl zakończył się, zapadła ciężka cisza. Jedynie wiatr zawodzący za ciężkimi okiennicami i szczekanie psów przypominało, że czas wciąż płynie. Ludzie patrzyli po sobie, pogrążeni w konsternacji.

Wszyscy rozpamiętywali, co powiedział starzec – pomyślał Rungir, równie zdenerwowany i zbity z tropu, co reszta zgromadzonych.

„Ten, kto przeżyje, poprowadzi wyprawę przeciwko podludziom.” Młodzieniec wiedział, że nie tylko on miał palące pytania, na które potrzebował odpowiedzi. Drakhar wbijał intensywne spojrzenie w szalonego świętego.

Dopiero po chwili młody Rungir ocknął się z szoku i niedowierzania. Dostrzegł swoją własną szansę na zyskanie w oczach zgromadzonych.

– Bogowie przemówili – ryknął najmężniej jak umiał. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. Jako, że większość mężów go nie znała, szybko zaczęli szeptać między sobą, aby wywiedzieć się kto ośmiela się zabierać głos w tak ponurej i trudnej sprawie. – Ani Ygdras ani Fangir nie byli godni nam przewodzić! Nastał czas nowych bohaterów, nowych wybrańców!

– I ty chłystku myślisz, że wolno ci przemawiać wśród starszych i jeszcze pewno jesteś ten wybrany przez bogów? – rzucił jakiś zawistny głos z głębi sali.

Ludzie zamruczeli na znak zgody, pokazując szydercze gesty w kierunku młodzieńca. Jednak nie zraniło go to, ani nie osłabiło jego pewności siebie.

– Nie! Myślę, że dopiero następna wyprawa wyłoni godnych. Niechaj topory i spryt zadecydują kto z nas jest wart uśmiechu Czterech Bogów.

Sala ryknęła z uznaniem. Gdy Rungir skończył mówić, otarł pot z czoła i dopiero wtedy poczuł jak okrutnie wali mu serce. Wszak wszyscy wbijali w niego ciekawskie spojrzenia – także jego ukochana jak i mistyk Drakhoru. Jednak wydawało się, że wszyscy są zadowoleni. Czyniący odetchnął z ulgą, wiedząc, że młodzieniec rozwiązał za niego nie lada problem natury religijnej, który mógł znacznie nadwyrężyć zaufanie do wszystkich Drakhorskich mistyków. Hrodwald najwidoczniej pod wrażeniem odwagi i przebiegłości młodzika, uśmiechał się do niego życzliwie, wiedząc, że oto odnalazł mężczyznę, który jest godzien poprowadzić młodych przeciw podludziom. Drakhar rozluźnił się, gdyż wiedział, że interwencja bezimiennego młodzieńca uratowała go przed złym gadaniem ludzi, którzy wszędzie chcieliby widzieć złe omeny i klątwy, szczególnie gdy zwracały się przeciw potężnym i majętnym. Choć nie wszyscy byli zadowoleni z tego obrotu spraw. Rungir zwrócił swe oblicze, najpierw ku swemu przyjacielowi, który nie uśmiechał się już pogodnie do swego druha. Zamiast tego wpatrywał się w niego jak w zajadłego wroga.

Odebrałem mu zaszczyt przewodzenia młodymi, a przynajmniej możliwość łudzenia się, że ten honor przypadnie Asragowi, uzmysłowił sobie Rungir, patrząc na napiętą, gniewną postawę swego druha. Choć jeszcze nikt nie obwieścił mnie oficjalnie przewodnikiem drakaru młodych wilków… Już utraciłem przyjaciela, który być może właśnie stał się mym najzajadlejszym rywalem.

Czy i my w końcu zmierzymy się na takiej uczcie Asragu? – rozpaczał w duchu Rungir.

Jednak nie to najbardziej doskwierało młodzieńcowi. Gdy spojrzał na Hrodwige, dostrzegł w jej oczach żądło zimnej pogardy, wymierzone wprost w niego. Czy to za sprawą podniosłej atmosfery, czy wypitej gorzały Rungir, nie oglądając się na nic, przebił się przez sale wiwatujących mężów, aby porozmawiać ze swą lubą.

– Nadchodzi czas wyprawy – oznajmił, jakby kobieta przez cały ten czas była nieobecna na sali. – Wiem, że dziś jestem nikim. Ale gdy powrócę zza Wzburzonego morza, wystąpię o twą rękę Hrodwigo.

– Nigdy nie powrócisz żywy. Zamiast mordować i grabić, powiem ci co możesz uczynić aby zyskać mą rękę i miłość Rungirze z klanu Hrodwalda – wyszeptała niewiasta, wpatrując się zmrużonymi oczyma w dzielnego młodzieńca. – Zostań ze mną. Odrzuć wojnę i śmierć. A na zawsze będę twoja.

Oddzielić się od klanu? Sprzeciwić tradycji, wyznaczonej przez przodków – śmiał się w duchu Rungir. I co począć dalej? Żyć w samotności i odosobnieniu, uprawiając ziemię i hodując zwierzęta?

– Prosisz o jedno, czego nie mogę zrobić Hrodwigo – rzucił młodzieniec, wpatrując się w nią pożądliwym wzrokiem. – Już wkrótce będziemy palić i mordować. Krew podludzi zabarwi ich rzeki na czerwono, zatruje ziemię, na której nic już nigdy nie wyrośnie. I ja spocznę martwy na tej ziemi, rozdarty na sztuki, jeśli taka jest wola bogów. Jednak, jeśli powrócę na dziobie drakara, będziesz moja i nic mnie nie powstrzyma, przed pojęciem cię na żonę. Ani klan, ani twój ojciec. Rozumiesz mnie?

Dziewczyna nie odpowiedziała. Jedynie pozwoliła sobie na drwiący uśmiech, nim odwróciła się by odejść w głąb sali, gdzie mogłaby pogrążyć się w swej samotności.

Rungir pozwolił jej odejść, zresztą zrobiła to akurat, gdy otoczył go krąg wojowników z gwardii Hrodwalda. Spodziewał się, że wódz będzie chciał z nim porozmawiać, nim noc się dokona. Skinął głową na gwardzistów i pozwolił poprowadzić się przed oblicze swego wodza. Wiedząc, że oto niespodziewanie staje przed życiową szansą, aby okryć swe imię sławą i czcią, której zawsze pożądał.

Świtało już, gdy biesiada dobiegła końca. Ognie wypaliły się dawno temu i nieprzyjemny chłód wkradł się do biesiadnej sali. Thralle uwijali się w ciszy, starając się nie zbudzić, żadnego ze zmorzonych piwem mężów, gdy okrywali ich kocami i zwierzęcymi skórami. Wszyscy spali snem sprawiedliwych, wszyscy za wyjątkiem Hrodwigi, która przyglądała się śpiącym.

Barbarzyńcy, pomyślała, patrząc na pijanych mężów, zalegających wszędzie i gdziekolwiek. Niektórzy z nich leżeli w zaschłej krwi Ygdrassa i Fangira, których ciała posadzono przy jednym z długich stołów, aby jako duchy mogli wciąż cieszyć się ucztą. Odcięta głowa zabójcy trolli została postawiona na talerzu, gdzie zebrała się pokaźna ilość jego posoki. Niczego innego nie można było się spodziewać po niszczycielach ksiąg i mordercach niewinnych, których jedyną przewiną było to, że byli inni. Pokładałam w nich zbyt wiele nadziei, poznając ich kulturę, spędzając z nimi cały ten czas… Słuchałam o pierwotnych jaszczurach, o potworach czających się w nocy, spiskujących przeciw ludziom i ich Czterech Bogom. Próbowałam przemówić im do rozumu, nawet powtórnie narodziłam się jako dziecko Hrodwalda, wszystkie trudy na darmo. Ostatnia nadzieja, którą pokładałam w Rungirze – rozpaczała niewiasta – w jego delikatności i marzycielskiej naturze, prysła jak tylko poczuł, że oto może wsławić się zabijaniem i niszczeniem. Jak każdy, z którym wiązałam nadzieje. Jak każdy z nich.

Hrodwiga obserwując pierwszych budzących się wojowników, podjęła w końcu decyzję. Całą noc toczyła wewnętrzną walkę. Jednak jej medytacje przywiodły ją ku ponurym wnioskom. W końcu zrozumiała, że pokładała zbyt wielką nadzieję w prymitywnych ludziach, opętanych przez demoniczne istoty, podające się za ich bogów. Zbyt naiwni, zbyt łatwowierni… zbyt pijani rządzą krwi. Nagle poczuła wstyd, gdy przypomniała sobie swe kłótnie i zwady z innymi pierwotnymi jaszczurami. Błagała swych braci i siostry, aby oszczędzili ludzki gatunek. Szlachetne istoty zgodziły się i uległy pod jej namowami. Szanowali ją jak równą sobie, choć była kobietą. Jeśli stawali do walki z człowiekiem, zawsze w honorowym starciu. Samotnie mierząc się przeciw armią i czarom, przeciw podstępom i truciznom nikczemnych ludzi. Ginęli heroiczną śmiercią, choć na próżno. Jeden po drugim oddawali swe życie w obronie istot, które nikczemne klany nazywały podludźmi. Ale teraz nastał czas by położyć temu kres, uzmysłowiła sobie Hrodwiga.

Mogę czekać, miarkowała sobie. Poczekam, aż odejdą na swą wyprawę, zabijać i grabić. Dopiero wtedy zrzucę tę obślizgłą człowieczą maskę. Unicestwię ich domostwa, obrócę wniwecz kulturę i zgładzę rodziny nikczemnych wojowników. Spalę na popiół czyniących Drakhoru. A gdy wrócą swymi łodziami, wypełnionymi łupem i niewolnymi thrallami, zrozumieją, że wracają na cmentarzysko pełne spalonych chat i zwęglonych trupów. Tak podjęła sobie Hrodwiga, obserwując ostatnich wojowników, kierujących się na północ ku swoim smukłym okrętom. Odchodzili pełni nadziei, złaknieni przygód i chwały. Rungir odwrócił się na chwilę ku niej, robiąc swą słodką zamyśloną minę. Walczył ze sobą, ona to wiedziała. Odczytywała z jego myśli. Pomachał jej, nim wskoczył na pokład. Tym samym przypieczętowując swój los, swego ludu i Hrodwigi, czy też Grimojry jak niegdyś ją nazywali.

Obserwując odpływające okręty, Grimojra zapłakała na myśl o potworze, którym będzie musiała się stać, aby wyzwolić świat od ludzkiej plagi.

Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

Antonówka [S02E02]

131 Wyświetleń

Przed nami drugi odcinek przygód rycerza Tęgomira i jego zacnych konfratów 🙂 Poniżej prezentujemy Was opis odcinka wraz z odnośnikami do platform, na których możecie usłyszeć owoce naszej pracy. Standardowo YouTube, ale i Spotify, na którym brylujemy od jakiegoś czasu.

______________________________

Opis odcinka:

Sensacja, sensację pogania! Nie dość, że Dolny Śląsk z wolna obiega wieść o śmierci pana tych ziem, księcia Konrada głogowskiego, to jeszcze w miejscowości Kożuchów zostaje otwarty sklep Antonówki! Mieszkańcy księstwa nie wiedzą, która z tych informacji jest wyższej wagi.

Podobnie ma rycerz Tęgomir z Głogowa, stojący w rozkroku wobec próby wyjaśnienia śmierci swojego suwerena, a potrzebą posiadania nowych I-Gażdżetów! Jak to rozwiąże?

Jakie prawa panują w karczmach na Dolnym Śląsku? Kim chciałby być w przyszłości Franz Mauser? Jaka organizacja terroryzuje Kożuchów? I czy Tęgomir się w końcu napije?!

Odpowiedzi w odcinku. Chyba.

Występili:
Lucas Wojciech Wisniewski – narrator;
Michał Sobociński – Tęgomir z Głogowa, Mosze Zweistein, Stefan Pracusiowicz, stajenny;
Paweł Ofiarski – Franz Mauser, Krzysztof, Ctirad;
Joanna Femlak – Mirosława;

Realizacja: Attic Studio! oraz Studio Zev.
www.facebook.com/ZEVstudio
www.facebook.com/czasabyssos

 

Varia

Michał J. Sobociński – Obowiązek

172 Wyświetleń

Nocą spadł deszcz, tak jak pan Józef spadł na pościelone łóżko. Trudno było mówić o szczególnym ułożeniu się do snu, kiedy pan Józef po prostu padł, jak dotknięty kulą żołnierz.
  Małżonka pana Józefa, pani Katarzyna, wstała około godziny ósmej, choć nie spała od godziny trzeciej. Pan Józef, pozostając w niezmiennej pozycji horyzontalnej, ułożony na wznak, nie mógł wiedzieć o sennych turbulencjach połowicy.
  Wszakże wypił z kolegami w starej stoczni ponad litr berbeluchy. Imprezę zakończyli, gdy zjawił się duet mężczyzn.  Żaden z nich nie był aniołem, choć mówili i przedstawiali się, jako stróżowie.
  Rankiem ukłuło go w prawą powiekę wredne słońce. Zaczęło grzać, mimo że była jesień. Otworzył ukłute oko. Drugiego nie miał siły.
  Wstał jęcząc z bólu. Poszedł do toalety celem przywrócenia sobie świetności. Wołającej o remont ubikacji również przydałaby się toaleta, pomyślał. Zaraz przeklął widząc, a przede wszystkim czując, że nocą przy oddawaniu moczu nie wysilał się na opuszczanie spodni. Jak to wytrzymała w nocy pani Katarzyna? Pan Józef nie był pewny, lecz błysk w pamięci wyostrzył mu obraz, w którym małżonka skrupulatnej okrywa się kołdrą.
  Gdy z wanny wyszedł nowy człowiek, w pierwszym odruchu pomyślał o kwiatach dla pani Katarzyny. W drugim odruchu zwymiotował szczęśliwie do kibelka wyprodukowanego w miejscowości Koło. Zatoczył się w miejscu, otarł gębę, splunął do umywalki z dawno wytartym logotypem i stwierdził, że oto gotów jest dzień święty święcić.
  Potem poszli na sumę, lecz bez śniadania. Pan Józef zdążył wypić z żoną kawę. Oboje milczeli, co wyjątkowo w smak było panu Józefowi. Głowa pulsowała mu w rytm telewizyjnych reklam zadających troskliwe pytania o perystaltykę jelit, nadmierną potliwość czy uczucie komfortu w krwawe, kobiece dni. Ubrał się w koszulę z krótkimi rękawami. Założył eleganckie spodnie, pamiętające dzień ślubu pana Józefa i pani Katarzyny. Poszli do kościoła.
  Puszczając połowicę do środka chłodnej świątyni, sam stanął przed nawą na dziedzińcu. Widząc towarzyszy nocnych bitew sięgnął do kieszeni i wyciągnął papierosy. Inni poprosili. Poczęstował. Jeden z nich odwdzięczył się ogniem. Pan Józef gadał bzdury, podobnie jego koledzy. Ksiądz coś ględził na kazaniu, ale fonia wychodząca z głośnika tuż pod stopami Matki Boskiej, jęczała, stękała i tak słowa sensownego nie dało się wyłowić ze słowotoku kaznodziei.
  Wracając z kościoła małżeństwo dalej nie odzywało się do siebie. Panu Józefowi zachciało się siku toteż celem oddania moczu udał się za winkiel. Tam obsobaczyła go okrutnie autochtonka, na co mężczyzna zareagował zupełną obojętnością. Po drodze zaszli do dyskontu z owadem w logo. Kupili pierś z kurczaka, piwo, kostkę rosołową, piwo, wyrób czekoladopodobny, piwo, baltonowski chleb oraz piwo. Przy kasie pani Katarzyna wybaczyła kasjerce brak grosika.
  Wrócili do domu. Zapachniało rosołem. Śmierdziało oszczanymi spodniami. Pani Katarzyna otworzyła okno i odzywając się, po raz pierwszy dziś do męża, stwierdziła coś niezrozumiale. Pan Józef stwierdzenia nie pojął. Lęgnął przed telewizorem i wziął się za rosół. Gazowany. Na ten z kostki trzeba było poczekać.
  W telewizji leciała Familiada, którą pan Józef oglądał na bieżąco. Zwykle w seansie towarzyszyła mu żona. Obecnie obrażona. Dawniej oglądał Familiadę i syn pana Józefa, ale odkąd studiuje na uniwersytecie zerwał z tradycjami rodzinnego domu. W ogóle zerwał z rodzinnym domem, niewdzięczny gnój i wykształcony łeb. Po teleturnieju wymuskany gościu opowiadał o programach wyborczych różnych partii politycznych. O wizjach. Założeniach. Koncepcjach. Nie pokusił się o głębsze analizy. Wskazał kto figuruje na miejscu czołowym. Pan Józef ucieszył się, że właśnie ta partia ma szansę zdobyć większość parlamentarną. Obiecali kurwich synów rozliczyć z rabunku, pieniędzy ciutkę rozdać z budżetu i bogatym hultajom złoty kranik zakręcić. Pan Józef w ogóle był zdania, że zachodnie koncerny i bogaci w tym kraju żerują na biednych ludziach. Na grzyb im tyle pieniędzy? Powinni się podzielić!
  Nikt nie powinien zarabiać  więcej niż ja, snuł filozof kanapowy.
  Każdemu winno być odbierane w miarę sukcesów, dodał potem.
To się chyba sprawiedliwość społeczna zowie, dumał. Ale czym ta cała sprawiedliwość społeczna różni się od zwykłej sprawiedliwości? Tego pan Józef nie wiedział.
 Uwagę pomiędzy telewizorem a zegarem, pan Józef podzielił bezbłędnie. Trzynasta trzydzieści i kilka sekund. Pani Katarzyna, co przewidywalne, zawołała męża na obiad. Mruknęła, że od małżonka czuć piwem ze wczoraj i ze dziś. Pan Józef polecił żonie oszczędność słów, w przeciwnym wypadku zaprosi ją do wojażu w egzotyczne miejsca porośnięte pieprzem.
  Przypomniała mu o wyborach.
  Panu Józefowi niespecjalnie chciało ruszyć się z miejsca. Słoneczko pięknie świeciło na dworze, ból głowy łupał. Nie chciał ustąpić ni pod atakiem tłustego rosołu, ni gazowanego rosołu. Co tam jeden głos może zmienić? Z drugiej strony można potem legalnie biadolić na tych u władzy. Po drugie żona przestanie jazgotać. Toteż umęczon i strudzon pan Józef powziął przygotować się.
  Do urny trzeba chodzić godnie. Bez znaczenia czy będzie to urna pogrzebowa czy wyborcza. Nieco wymięta koszula, na nią zaś luźna marynarka z trzema guzikami. Marynarka, rzecz to jasna, rozpięta. W teledurnowizji radzą, by choć jeden guzik zapiąć, ale guzik to oni tam wiedzą. Wszak gorąc leje się z nieba, niby lawa z Wezuwiusza. Włosy ulizał grzebykiem podobnym rybiego kręgosłupa. Odświeżył jamę ustną, swądem zaświadczającą o marności tkanki i ulotnego czasu zębów. Wyszorował je staranie, a dla zabicia smaku fluoru, popił resztką piwa.
  Poszli na przystanek. Pani Katarzyna wręczyła mężowi twardą walutę na zakup dwóch biletów, o cenie niemieszczącej się w granicach rozsądku normalnego mężczyzny. Pan Józef postanowił, wzorem partyzanta sprzed półwieku, schować się w lesie ludzi i czujnym okiem pilnować zniecierpliwionej małżonki. Dopytywałaby się, snuł w myśli, o bilety. A po co niepokoić zaniepokojoną całym życiem kobietę? Obeszło się bez agresji. Do ofensywy wrogiej nacji kanarków nie doszło. Przyczajony partyzant, ukryty chłop, zbliżając się do odpowiedniego przystanku, wrócił do żony i wysiedli razem.
W ogóle to komunikacja powinna być za darmo, niemo orzekł.
  W szkole, wybudowanej z okazji tysiąclecia tego kraju, wyszukali stołówkę. Tam pan Józef plastikiem udowodnił, że on to on. Urzędniczka badała szczegółowo dowód tożsamości, co ciut irytowało mężczyznę. Nachylił się tedy ku niej i wzorem maga rzucił zaklęcie co rychlejszego postępowania. Czar, co ma się rozumieć, zadziałał z siłą podwójnego odoru alkoholowego i przyniósł zamierzone skutki. Kobieta odłożyła dowód osobisty i kazała złożyć autograf w stosownym miejscu. Pożyczając długopis od męża, a raczej siostry, sprawiedliwości poszedł w ustronne miejsce.
  Ci będą lepsi od tamtych, pomyślał. Na pewno kraść nie będą, co tamte kurwie syny! Tego mogę być pewien, zarzucał sobie nieomylność. Ja głosuję na nich od zawsze! Ci nie zawiodą! Oni, co rozumie się jako wrogów publicznych acz chodzących po wolności, to łajzy i sprzedawczyki. Sprzedali dusze i dupy diabłu zagranicznemu. Oni krzty honoru nie mają, tradycji nie szanują i ich dziadkowe w Wermachtcie służyli.
  I zagłosował pan Józef na nieznajome nazwisko przy dobrze znanej mu partii.
  Potem odszedł w poczuciu spełnienia obywatelskiego obowiązku.   

Poetica

Tomik “Szczypta”. Okazyjna okazja :)

349 Wyświetleń

[ycd_countdown id=”3607″][/ycd_countdown]

Mamy dla Was małą niespodziankę 🙂 Dzięki wsparciu Ośrodka Kultury i Sportu w Żukowie, możemy Wam zaoferować tomik poezji Sławomira Dawidowskiego “Szczypta” w bardziej atrakcyjnej cenie. Zapraszamy zatem do przedsprzedaży!

Tomiki zamówione przez poniższy formularz wyślemy Wam 5 listopada, zaś sam proces przedsprzedaży trwa do 29 października.

Kwotę 12zł i 99 gr (w tym 5,99 tomik oraz 7 zł koszt wysyłki) prosimy wysyłać na numer konta:

Stowarzyszenie Abyssos
Ul. Marii Konopnickiej 16
67-106 Modrzyca
Numer konta bankowego: 41 1950 0001 2006 0047 2637 0003 (Idea Bank)

W tytule przelewu prosimy o wpisanie imienia, nazwiska i dopisku Szczypta.


Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

Babska broń[S02E01]

187 Wyświetleń

Dzień dobry lub wieczór!

Dawno, dawno temu w Zielonej Górze, Michał i Paweł rozpoczęli pracę nad stworzeniem superbohatera z Dolnego Śląska. Bohatera na miarę swoich czasów 😉 Tak powstał rycerz Tęgomir oraz jego zacni konfratrzy. Projekt ten został porzucony na jakiś czas, a nasi bohaterowie zdali się umrzeć. Na szczęście zjawił się przebiegły nekromanta i wskrzesił naszych dzielnych druhów.

Zapraszamy do wysłuchania pierwszego odcinka przygód ekipy z Głogowa 🙂

P.S. Gdzieś na YouTube walają się stare odcinki, z umownego sezonu pierwszego 😉

______________________________

Opis odcinka:

Podczas gdy świat jeszcze nie wie o nadchodzącej ze wschodu Czarnej Śmierci, nim za sto lat wojska Litwy i Polski złoją rzycie Krzyżakom pod Grunwaldem i nim na Rzeczpospolitą padnie plaga zwaną wolną erekcją… znaczy elekcją, w Głogowie odbyło się zwykłe-niezwykłe wesele.

Zwykłe, bowiem książę Konrad swoją córę o kontrowersyjnej urodzie wydaje za Pepiczka z ważnego rodu. Niezwykłe, bowiem goście są co najmniej nietuzinkowi: czarnoskóry Fin. Gadający, hebrajski koń. Superszpieg Czechów oraz on… Rycerz Tęgomir z Głogowa! Bohater, wojownik, mąż stanu, wybawiciel od złego, a wszystko… na umowę zlecenie.

Czy weselicho przebiegnie tak, jak w swej prawilnej głowie zaplanował książę głogowski? Jakie cechy winien mieć członek cechu szpiegów, konfidentów i donosicieli? Czym jest rynkieting oraz co robi w wolnym czasie żona Konrada?

Odpowiedzi znajdziecie w tym odcinku!


______________________________

Autor odcinka: Michał J. Sobociński

Wystąpili:
– Narrator: Łukasz Wiśniewski;
– Tęgomir, Mosze: Michał J. Sobociński
– Knut, Konrad, Kanclerz: Paweł R. Ofiarski
– Zofia: Asia Wróbel

Realizacja: Attic Studio! oraz Studio ZeV

Agenda Poetica

“Szczypta”. Sprzedaż tomiku wierszy

332 Wyświetleń

Miło nam poinformować, że jakiś czas temu dołączył do nas Sławek Dawidowski. O samym sobie mówi:

Młody człowiek, którzy marzy o zostaniu artystą. Wciąż poszukujący nowych form wyrazu dla swoich artystycznych potrzeb. Fan obcowania ze sztuką i początkujący twórca własnej. Miłośnik kina, obserwator życia, człowiek zwykły  i  niezwykły. Działający na serwisie Instagram jako Szczypta Dekadentyzmu, gdzie publikuje swoje teksty oraz dzieli się ciekawą twórczością innych.

 Osoby chętne do zakupu zapraszamy do wypełnienia poniższego formularza 🙂 UWAGA! POZOSTAŁO TYLKO 10 SZTUK!


Kwotę 30 zł i 99 gr (w tym 23,99 tomik oraz 7 zł koszt wysyłki) prosimy wysyłać na numer konta:

Stowarzyszenie Abyssos
Ul. Marii Konopnickiej 16
67-106 Modrzyca
Numer konta bankowego: 41 1950 0001 2006 0047 2637 0003 (Idea Bank)

W tytule przelewu prosimy o wpisanie imienia, nazwiska i dopisku Szczypta. 

Zaznaczając informację o odbiorze u autora, prosimy o wysłanie kwoty jedynie za tomik.

Nippon Banzai!

Pokemon Adventures

337 Wyświetleń

Cały świat na nowo oszalał na punkcie nostalgii naszego dzieciństwa: Pokemonów. Po niewątpliwym sukcesie jakim było Pokemon GO, które zmieniło każdego w trenera pokemonów, poszły następne ciosy.  Najpierw, w maju, wyszedł długo oczekiwany film będący spełnieniem snów wszystkich dzieciaków z lat 90, Detektyw Pikachu. Dodatkowo, już za kilka miesięcy będziemy mieli okazję pograć w nową grę o podtytule Sword&Shield na Nintendo Switch. Wiatry przeszłości ogarnęły świat

Dopadły też starego Tarzanusa.

Jako, że jeszcze nie jestem w stanie obejrzeć film o dedukującym Pikachu z głosem Ryana Reynoldsa (wińcie pracę) i nie jestem dumnym posiadaczem japońskiej konsoli musiałem sobie poradzić w inny sposób. Pierwszą myślą było, aby kupić gdzieś Gameboya z grami Pokemon, ale alert bankowy szybko mnie powstrzymał od tego ruchu. Usiadłem następnie do obejrzenia nostalgicznego anime, sięgając po jakieś nowe serie. Niestety, wiek zweryfikował to, że coś co kiedyś było obowiązkową codziennością sprawiająca radość po powrocie ze szkoły, w dorosłości stało się męczarnią. Serial był dla dzieci i taki pozostał.  Byłem w kropce. Czy dla dorosłego fana pokemonów nie ma naprawdę  nic? Czy pozostały jedynie dziecinne wspomnienia?

Wtem pojawiła się żaróweczka.

Wertując w pamięci, za dzieciaka, w jednym ze sklepów, widziałem okładkę komiksu (skąd mogłem wiedzieć, że to była manga?) o dumnej nazwie Pokemon Adventures. Wtenczas liczyłem, że to będzie adaptacja bajki (wiem, że anime, ale co było za dzieciaka, zostaje za dzieciaka), ale zawiodłem się, gdyż okazało się, że są tam postaci których nie znam, a pierwszym pokemonem nie był Pikachu. No i cena… dla dziecka stanowczo za duża. Przez lata pozostała zapomniana.

Ponad dekadę później, starszy już Tarzanus, ruszony wiatrami nostalgii przypomniał sobie o tym zeszyciku. Pomyślałem: a co mi tam. Kilka kliknięć myszką i uderzeń klawiatury później znalazłem ową mangę i zacząłem czytać. Był 7 czerwca 2019 roku.

16 czerwca 2019. Ponad 600 rozdziałów później. Tarzanus siada za klawiaturą, aby z rozmarzeniem wypisanym na twarzy, podzielić się z ludem Abyssos swoimi przemyśleniami dotyczącymi Pokemon Adventures (bądź Special, są dwa tytuły)

Zacznijmy od podstaw i fabuły.  Po pierwsze, manga nie ma nic wspólnego z serialem. Owszem, pojawiają się pewne znane z niej postaci, ale ich obecność ma związek z czymś zupełnie innym. To zmanganizowane gry, wydawane na przenośne konsole. Tak, moi drodzy, jeśli myśleliście że takie Pokemon Red czy Gold nie miały fabuły, mylicie się. Jakaś tam była, ale nikt z nas nie zwracał na nią uwagę. Liczyło się, aby walczyć i trenować swoje stworki. a nie śledzić dialogi. Czy w mandze opowieść jest też tylko otoczką do łapania kolejnych Pokemonów? Brońcie boże! Owszem, większość aktów zaczyna się od młodych protagonistów, którzy wyruszają w świat. Ale ich cele niekoniecznie polegają na chwytaniu kieszonkowych stworków. Jeden z bohaterów chce być mistrzem ligi, inny wykonuje misję zdemaskowania pewnej organizacji, a jeszcze inny chce wygrać wszystkie konkursy piękności Pokemon. Co bohater to inna historia. Co więcej, ich cele w pewnym momencie splątują się z głównym zagrożeniem opowieści. Robione jest to w taki sposób, że główni bohaterowie, stając przed wyborem, chcą się w to zaangażować, gdyż zignorowanie niebezpieczeństwa znacznie opóźni bądź uniemożliwi im osiągnięcie swojego celu.  Jako człowiek zaznajomiony z głupotami rodem z anime, gdzie protagonista angażuje się w konflikt, bo ma dobre serce, byłem w szoku. Pozytywnym, chciałbym zaznaczyć. Bardzo ciekawe jest to, że opowieści są dość mroczne. I to nie z powodu lejącej się gęsto juchy. Przedstawione tam problemy stawiają dość trudne pytania. Czy pokemon jest niewolnikiem swojego trenera? Jak pogodzić odwieczny konflikt między ziemią a wodą? Do czego prowadzi zabawa w boga? Czy zmiana czasu niesie ze sobą negatywne skutki? To tylko kawałek z ciasta. Pełnego bitej śmietany i czekolady, chciałbym nadmienić. Aż chce się go zjeść na miejscu.

Mało wspomniałem o konkretnej fabule, wiem. Powodem tego było to, że gdybym miał opisywać narrację, zajęłoby to przynajmniej dwie strony. Dlaczego? Gdyż każda gra, która do tej pory wyszła ma swój akt, który ciągnie się przez kilkadziesiąt rozdziałów. Mamy rozdziały poświęcone grom Red/Blue/Yellow/Green (ostatnia pozycja wydana tylko w Japonii), Gold/Silver/Crystal, Ruby/Sapphire/Emerald, Diamond/Pearl/Platinum, Black/White, Black2/White2, X/Y i Sun/Moon. Co więcej, kilkanaście rozdziałów poświęcono także remakeom poprzednich produkcji, czyli LeafGreen/FireRed, HeartGold/SoulSilver oraz OmegaRuby/AlphaSapphire. Sporo ich, a każda z nich ma swoją fabułę i bohaterów. Opisać każdą historię wymagałoby dla każdego aktu osobnej recenzji.

Sporo już jesteśmy po fabule, przyjrzyjmy się postaciom. I znów, każdy z aktów ma swoich bohaterów. Szczęśliwie, większość nosi imiona, które odpowiadają nazwie gry (Red, Silver itd.), dzięki czemu nie ma się problemów z ich zapamiętaniem (oczywiście w przypadku remaków, bohaterowie noszą nazwy pierwotnych wersji). Muszę przyznać, że w przypadku ich kreowania, twórcy mangi stanęli na wysokości zadania. Każdy z nich ma odrębną osobowość i cele, dzięki czemu ma się wrażenie, że czytany akt, jest nowym doświadczeniem, chociaż większość ich protagonistów zaczyna od zera. Co więcej, nie są to bohaterowie statyczni. Wraz z opowieścią, charakter i podejście do życia protagonistów się zmienia, w zależności od przeżytych przygód (niekoniecznie przyjemnych).  Postać, którą się poznało na początku, na końcu aktu jest inna. To ważne, gdyż to wydarzenia nas kształtują, o czym zapominają nawet pisarze normalnych książek. Dlatego należą się hołdy twórcom Pokemon Special za zwrócenie na to uwagi. Za to i za parę innych rzeczy. Choćby to, że postaci nie żyją w próżni. Ich relacje zmieniają się w toku czytania. Z niechęci, rodzi się przyjaźń, z nienawiści rodzi się uczucie, ze służby, rodzi się współpraca. Wielokrotnie uroniłem łzę i klaskałem z radości, widząc, jak bohaterowie zaczynają dostrzegać swoje błędy i dochodzi naturalnej transformacji ich osobowości. Tak się tworzy protagonistów: aby czytelnik przeżywał każdą ich decyzję wraz z nimi. Ważne jest też to, że gdy akt się kończy, jego bohaterowie nie znikają. Oni cały czas egzystują w tym świecie albo jako wspomnienie, występ gościnny, a nawet stając zaraz obok głównych bohaterów rozdziału jako równi im w byciu istotnym. I nawet tam rozwijane są ich osobowości! Czas też jest dla nich niełaskawy. Brzmi to dość negatywnie, ale zaskakująco, ma to w tym wypadku pozytywny wydźwięk. Wiele wydarzeń ma miejsce na przestrzeli lat, dlatego też wiek bohaterów zmienia się. Niech przykładem będzie Red, Blue i  Green, którzy na początku swojej przygody mieli lat 11, zaś na koniec aktu OmegaRuby/AlphaSapphire 20.  Co ważne, na przestrzeni lat zmienili się nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. To cieszy, biorąc pod uwagę, że w anime od 20 lat Ash wciąż ma 10 lat…

Powyższe uwagi tyczą się nie tylko protagonistów, ale i postaci drugiego czy trzeciego planu. A ich jest nawet ze sto! Większość z nich dostaje swoje pięć minut, czasem nawet więcej. Egzystują w rzeczywistości i stanowią jego istotną część, która nie może bez nich istnieć! Tyczy się to nawet czarnych charakterów, którzy są w stanie zmienić swój tok myślenia w trakcie aktu! Tak są stworzone postaci w Pokemon Adventures. Uczyć się od jego twórców, do licha…

No dobra, Tarzanus, ktoś krzyknie. Ty nam nie mydl (czy módl) oczu bohaterami, tylko Pokemonami, bo to one są najważniejsze. Cóż, po lekturze stwierdzam, że same postaci mogą stanowić clue dlaczego warto przeczytać mangę, ale już przechodzę do kieszonkowych potworków. Każdy akt odpowiada danej generacji, więc możemy się spodziewać, że będzie całe multum stworków.  I tak jest, chociaż nie pokazano nam wszystkich. Część przeniesiono na inne akty. Ale to dobrze, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że trzeba przygotować specjalnie każdy rozdział poświęcony innemu Pokemonowi w generacji. Pewne rzeczy można zostawić na później. a skupić się na fabule. Najwięcej czasu papierowego (heh, dobre) poświęcono dwóm grupom pokemonów: tych należących do protagonistów i tym niezwykłym. Zacznijmy od pierwszych.  Wedle założeń gry, pierwszego Pokemona dostaje się do profesora. I tu mamy pierwsze złamanie tej żelaznej zasady. Każdy z głównych bohaterów rozpoczyna swoją przygodę mając już ze sobą jednego bądź więcej towarzyszy. Tak zwanego startera dostają niewiele później, ale to dobrze pokazuje, że kieszonkowe potwory są z ludźmi od zawsze i niekoniecznie pierwszym kontaktem musi być wizyta u takiego Oaka czy Elma. Dobrze pokazano każdy element współpracy trenera z Pokemonem. Proces zdobywania jego zaufania, tworzenia się więzi i przyjaźni był pomijany w grach, a tutaj bardzo mocno naznaczono, że bez tego, walki mogą być trudne. Trener musi rozumieć swojego partnera, bo inaczej przegra. To już nie są cyferki, a realne istoty.  Warto się przyjrzeć też ewolucji. Jej proces jest zależny od wielu czynników. Podobnie jak w grze, dochodzi do niej w zależności ile doświadczenia zdobył dotychczas w walce, ale także, jaką relację miał z trenerem. Ba, niekiedy bywało tak, że pokemon nie chciał ewoluować bądź trener specjalnie zniechęcał ich do tego, by pozostały w formie pierwotnej. Nie bez znaczenia są też ich umiejętności. Nie tylko użytkowane są w walce, ale także w życiu codziennym. I nie mówię tutaj o zdolności Lot czy Cięcie (po angielsku Fly i Cut, gracze zrozumieją). Czasem zwykłe ataki mogą służyć jako moce użytkowe w problemow w terenie. Drugą grupą są pokemony niezwykłe. Zwykle to wokół nich osadzona jest fabuła danego aktu. Są to bowiem legendy danego rejonu, wzbudzający naturalny szacunek i podziw wszystkich jego mieszkańców. Nie są tylko rzadką istotą, którą trzeba złapać bądź pokonać, jak to ma miejsce w grze. Każde ich pojawienie się świadczy, że dzieje się coś niezwykłego. Ich obecność jest wyczuwalna i może stanowić albo zagrożenie albo nadzieję. Co więcej, to nie jest mięso armatnie do walki z byle Pokemonem. To majestatyczne byty, świadome swojej potęgi, które nie pozwolą się łatwo kontrolować. Co najwyżej mogą zawierać sojusze bądź być zmuszane do współpracy. Nigdy jednak nie będą czyjąś własnością. Oprócz nich są jeszcze dzikie pokemony bądź należące do trenerów, które odgrywają rolę tła, rzadziej wokół nich jest osadzona jakaś poważniejsza fabuła. Są one epizodem, który ma je przedstawić i jak wspomniałem wcześniej, otoczką dla fabuły. Mimo to, wciąż są istotną częścią świata.

Skoro Pokemony, to walki. A ich jest bardzo dużo. Zasadniczo, tutaj się nasuwa jedna z wad: wbrew pozorom bitwy nie są aż tak efektywne i lepiej by się sprawdziły jako animacja. Wiadomo, że dla człowieka z naszych oczu sceny akcje wymagają dynamiczności, a karmieni CGI w kinie, można odczuwać niedosyt oglądając same ilustracje. Ale nie znaczy to, że są one nieciekawe. Wręcz przeciwnie. Przede wszystkim, zwycięstwo zależne są od strategii. To nie jest rzucanie swojego potworka na walkę, tylko regularna bitwa pomiędzy trenerami bądź działanie na zasadzie papier kamień nożyce. Taktyka, wykorzystanie terenu, odkładanie ataków na później, wykorzystanie typu jednostek – można się poczuć jak w grze strategicznej.  Pamiętacie wspomniane kilka zdań wcześniej ataki użytkowe? To samo się tyczy również pojedynków. Pozornie bezużyteczne umiejętności mogą  wnieść dużo do pojedynku (choćby użyta wcześniej umiejętność Deszcz na pokemonie zwiększy skuteczność elektrycznego ataku). Część z nich dzieje się wedle ustalonych wcześniej zasad, a inne niemal do śmierci Pokemona. Nudzić się nie można..

Świat przedstawiony. Najprościej byłoby powiedzieć, że wystarczy zagrać w grę i ma się go w małym palcu Ale byłoby to zbyt łatwe. Fakt, lokacje są bardzo wiernie oddane z gry, ale gdzie tam mieliśmy interaktywne plansze, tu pokazane jest życie i jego problemy. Nie zapomnijmy, że w miastach nie żyje tylko kilka osób a nawet po kilkaset czy kilka tysięcy. Pokazanie tego w grze nie jest możliwe. Tutaj, jak najbardziej.  Zwłaszcza, że manga tłumaczy wiele wydarzeń, a nawet je modyfikuje, by były bliższe do zaakceptowania. Podam jeden z przykładów. W Pokemon Red/Blue/Green/Yellow miasto Saffron było zamknięte, do czasu, aż nie przyniosło się strażnikowi czegoś do picia. Proste, prawda?W Pokemon Special nabrało to trochę innego wymiaru . Zamiast tego, mamy blokadę miasta, gdyż wszyscy jego mieszkańcy są pod wpływem silnej hipnozy i trzeba znaleźć inny sposób, aby się do niego dostać. Jaki? A to już przeczytajcie sami, bo rozwiązano to w sposób fenomenalny! Zmieniono też rolę trenerów, liderów i innych mistrzów. Nie są tylko mięsem treningowym dla trenera, a żywymi osobami, które odnoszą się do wydarzeń na świecie. Mogą starać się go uratować, ale i chcieć zniszczyć bądź wprowadzać chaos. Ba, niektórzy są bardzo ważni dla całej fabuły, pomimo, że w grze poświęcono im bardzo mało uwagi. Podobnie z resztą jak uczeni profesorowie. W grach ich jedynym zadaniem było danie pokedexu i pierwszego Pokemona. W tym świecie faktycznie ich rola jako naukowców została mocno podkreślona, by udowodnić, że ich tytuły naukowe nie są tylko na pokaz. A skoro już przy komputerach do zbierania danych o Pokemonach jesteśmy, należy zaznaczyć, że ich rola jest większa. Po pierwsze, stanowią nieocenioną pomoc w walce. Po drugie, dla ich posiadaczy to bilet wstępu do wielu miejsc. Są w końcu na misji pozyskiwania informacji dla najtęższych umysłów tego świata. Ich posiadanie liczy się z respektem u większości mieszkańców i pewnymi przywilejami. Jest też sporo smaczków, którzy fani gier stwierdzą, że zostało to świetnie wkomponowane w świat.  Nie inaczej jest „złymi organizacjami”. Oczywiście chodzi o Zespół Rocket (czy jak w Polsce się mówi Zespół R) i jej pochodne, jak Zespół Magma czy Plazma. To nie tylko banda zwyrodnialców na potrzeby bycia czarnym charakterem. To organizacje, które mają swoją hierarchię i cele, które mogą się wydawać nikczemne, to mogą służyć dobremu celowi.

Czas przyjrzeć się aspektowi graficznemu. Cóż, to manga więc można się spodziewać kreski typowej dla Japonii. Dla wielu to będzie zapewne przeszkodą, którą nie da się pokonać chyba że przez przymus. Dla tych, co oczekują obszerniejszej opinii, jest ona rysowana w sposób dość dziecinny, ale niesamowicie pasujący do świata Pokemonów. Jej autor (osoba odpowiedzialna za grafiki w grze kolekcjonerskiej Pokemon Trading Card Game) nawiązuje do gry, co akurat jest idealne do podkreślenia nostalgii. Ale jest i negatywna strona tego wszystkiego. Postaci zdają się być niskie, nawet jeśli są dorosłe. Jako, że akcja Special dzieje się na przestrzeni lat, trudno złapać moment fizycznego dorastania postaci. Wyjątkiem od tego są kobiety, z dość oczywistych względów. A skoro już przy nich jesteśmy, warto zwrócić uwagę na kontrowersje. Z racji, że to Japoński twór, można się było spodziewać seksualizacji kilku bohaterek. Na sam przód wysuwa się Blue ze swoim pozornie dużym biustem w wieku lat 11. W amerykańskiej wersji przerysowano postać, by odpowiadała jej wiekowym standardom. Co ciekawe była to też wada, bo stracono bardzo dobry plot twist (pamiętacie, jak powiedziałem, że pozornie duży biust?). Ale to nie jedyna kontrowersja. Rozpołowiony Pokemon, scena ukrzyżowania, bicie dzieci to kolejne przykłady, które musiały być poddane cenzurze, aby dostać się na rynek zachodni. Czy to w czymkolwiek uwłacza? Moim zdaniem nie. Ale zrozum tu obrońców moralności. Wracając. Dialogi pomiędzy postaciami zostały napisane dość dobrze i uniknięto zbędnej ekspozycji i przedłużeń, ale brakuje im pazura. Nie mniej, to nie psuje dobrej opowieści.

Czy są jakieś wady? Owszem. Choćby to, że akty są odgrzewanym kotletem. Bohater zaczyna swoją przygodę, napotyka w jej trakcie swojego rywala, potem nadchodzi moment, w którym dowiaduje się o co wszystkim w tym chodzi, dochodzi do kulminacji z jednym bądź kilkoma legendarnymi Pokemonami i zakończenia, mniej lub bardziej szczęśliwego. Oczywiście, są bardzo duże różnice w aktach i postaciach, cele też się mogą różnić, lecz wszystko i tak można zamknąć w jednej kliszy.  Z drugiej strony, Pokemony niekoniecznie były grami, które jakoś szczególnie wyrywały się z tego koła. A i ten kotlet jest robiony z różnymi przyprawami, dzięki czemu smak potrawy inny, chociaż oparty na tym samym składniku. O lilipuctwie postaci wspomniałem w akapicie graficznym. Czy coś jeszcze? Myślę, że akt dotyczący Diamond/Pearl/Platinum był bodaj najbardziej przedłużony i przy tym najnudniejszy. Za mało się działo w stosunku do ilości postaci, które też nie były dobrze napisane. Przez to czytało się go najtrudniej, ale trzeba było to zrobić dla zachowania ciągłości.

Skoro już wspomniałem o najgorszym akcie, należałoby wspomnieć o najlepszych. Krótko i na temat: Red/Blue/Green za świetne wprowadzenie do świata, Gold/Silver/Crystal za scenariusz, Ruby/Sapphire za najlepszą interakcję pomiędzy postaciami oraz Black/White zarówno za fabułę, jak i bohaterów na raz.

Podsumowując, jestem zachwycony Pokemon Adventures. Posiada świetnie napisane i poprowadzone postaci, bardzo bogaty świat, który załapią zarówno laicy i fani, a także dobry scenariusz, o co nawet w książkach jest trudno. Co więcej, uniknął błędów swojej animowanej siostry, dzięki ciągłemu rozwojowi bohaterów, a grę przewyższył w przypadku samych Pokemonów, którzy z żołnierzy dla trenera stali się jego prawdziwymi partnerami.  Aż żal, że nie została ona nigdy ekranizowana. Inną przykrą rzeczą było to, że papierowo w Polsce wydano jedynie pierwszy album w czterech częściach. Ale od czego jest internet. Kilka kliknięć i jest dostęp do wszystkich rozdziałów Pokemon Special. I to nawet po polsku! Więc jeśli macie niedostatki w tym pokemonowym szale, szczerze i z całego serca Tarzanus poleca zapoznanie się z tą mangą/komiksem (bo, cholera, jednak czyta się toto nie od prawej do lewej, tylko od lewej do prawej, jak na zachodzie przykazano. Dziwne…)

 

Paweł R. “Tarzanus” Ofiarski

Agenda

Numer specjalny #11

413 Wyświetleń

Nikt nie spodziewa się Abyssosowej Inkwizycji! A tu proszę, przybywają nagle z numerem. I to nie byle jakim!

Jakiś czas temu, dzięki uprzejmości Patryka Szymczaka, nawiązaliśmy współpracę z Conworldawką. Co to za zwierz? A jest to ugrupowanie zbierające pod swoimi skrzydłami pisarzy, którzy za pomocą opowiadań przedstawiają swoje pomysły na świat. Prócz tego, nie boją się stawać prawdzie w oczy i krytykują bądź chwalą założenia fantastyki poprzez ich analizę w felietonach. Kilku z nich zgodziło się też z czytelnikami podzielić swoimi opisami światów. Nie ukrywamy, ciekawy to projekt.

Dlatego też, celem zaprezentowania ich umiejętności, jako Abyssos postanowiliśmy przeznaczyć specjalnie dla nich osobny numer. No i oto on! Macie przed sobą pierwszy numer specjalny Abyssos! Kilku z autorów pojawiało się na łamach wcześniejszych odsłon kwartalnika (m.in. Sylwester Gdela), a część to nowe twarze, które mamy nadzieję zagrzeją u nas miejsce na dłużej.

Dlatego, nie zwlekając już, zachęcamy do pobierania i czytania.

Aaaa! Bym zapomniał! Przed Wielkanocą Pandread przegrał ankietę na łamach fanpejdża w sprawie czy ma oglądać anime czy nie. Nawet nie wiecie, jak mi się teraz rączki zacierają jak mu zniszczyć bardziej psychikę. Czy dać mu jakiegoś hentajca, może ecchi? A może być dobrym wujkiem i dać mu takiego Cowboya Bebopa. Decyzje, decyzje…

Link do pobrania najnowszego numeru

Pablus Pablissimo Maximus Tarzanus