All Posts By

Abyssos

Varia

Ilona Senger – Inicjacja

141 Wyświetleń

Lili oglądała nieraz obrządek inicjacji w filmach. Interesowała się mrocznymi, okultystycznymi sprawami już wcześniej. Teraz, gdy jechała w samochodzie w nieznane miejsce, z workiem na głowie, w kompletnej ciemności kontemplowała, jak będzie wyglądała jej inicjacja. Miała nadzieję, że nie będzie strasznie. W niektórych sektach robili okropne rzeczy, zwłaszcza kobietom i to wbrew ich woli. Ona jednak była przekonana, że nie wstępuje do sekty, tylko raczej do tajemnej organizacji młodzieżowej, w której ludzie buntują się przeciwko systemowi i całemu złu tego świata.

Kuba nie powiedział jej wprawdzie, dokąd jadą, nawet słówkiem nie pisnął, czy daleko, czy blisko, ale zapewnił ją, że nie ma się, czym martwić i z pewnością nie wyląduje w jakimś opuszczonym kościele, w którym każdą ścianę zdobić będą wizerunki diabła i odwrócone krzyże, a obleśny Czarny Kapłan, w czarnym płaszczu i niczym więcej, będzie chciał poświęcić szatanowi jej cnotę na chyboczącym się ołtarzu, po czym spije jej dziewiczą krew i odstąpi miejsca pozostałym braciom. Opisał to w tak śmieszny i szczery sposób, że faktycznie czuła się spokojna. Ufała mu. Mimo wszystko niesforne myśli uciekały się ku takim obrazom.

            Jechali już jakiś czas i zdawała sobie sprawę, że wyjechali kawał drogi za miasto. Od kilku minut koła samochodu, co rusz wpadały w koleiny, więc musieli przejeżdżać przez las. Nie miała pojęcia, która jest godzina. Wyruszyli po dwudziestej, teraz pewnie już się ściemniało.

W pewnej chwili Kuba złapał ją czule za rękę i delikatnie gładząc oznajmił, że są na miejscu. Faktycznie, w kilka sekund samochód się zatrzymał. Ukochany pomógł jej wysiąść. Nieco zdrętwiała, podniosła ręce, żeby pozbyć się z głowy tego komicznego worka, ale silne dłonie ją powstrzymały.

– Kuba, co… co ty robisz? Przecież już przyjechaliśmy, po jaką cholerę mam to wciąż mieć?

– Kochanie, spokojnie. Takie procedury.

– Procedury?! Wyglądam jak idiotka.

– Moja słodka idiotka. – Pocałował ją w czoło i poprowadził przed siebie.

            Nagle wokół rozbrzmiała głośna muzyka. Z prawej ktoś z całych sił uderzał w bębny, co kłóciło się z metalowym brzmieniem po lewej stronie. Lilka stąpała niepewnie po nierównym gruncie, doprowadzona do furii głupimi zagrywkami chłopaka. Co on znowu wymyślił? W jej wyobraźni na powrót pojawiły się obrazy dzikich rytuałów i mężczyzn gwałcących bezbronne, otumanione dziewczyny. Zaczęła żałować, że zgodziła się z nim tu przyjechać i dać się wciągnąć w nie wiadomo co…

            Nie uspokajała jej jego obecność. Znali się zaledwie rok, a on bardzo długo i skutecznie ukrywał przed nią przynależność do jakiekolwiek grupy. Nawet, kiedy go zdemaskowała (po pewnym czasie uznała, że sam celowo ją naprowadził na swój sekret) zachowywał się podejrzanie i wiele jej pytań przemilczał. Ogólnie mało opowiadał o Czarnych Buntownikach, jak to siebie nazywali. Zawsze zbywał ją tanimi tekstami, że to tajna organizacja, że nie powinien jej wtajemniczać, bo złamie zasady, że to zagraża ich ujawnieniu i tym podobne bzdety. Aż w końcu, gdy nie dawała mu spokoju, zaproponował jej przyłączenie się do nich.

            Nie była szczególnie przekonana, ale wtedy Kuba opowiedział swoją historię o tym jak stracił rodziców w wypadku samochodowym, jak trafił do domu dziecka i jakie piekło tam przeżywał, kiedy starsi znęcali się nad nim, nie mając żadnego współczucia dla pogrążonej w depresji sieroty. Miał wtedy piętnaście lat. Zaczął się buntować, łamać zasady, dosięgało go coraz więcej kar, grozili mu poprawczakiem za liczne włamania i rozróby.

Wtedy, w najgorszym momencie swojego życia poznał Adriana, który wyciągnął do niego pomocną dłoń. Z wielką cierpliwością wytłumaczył mu, że swoim szczeniackim zachowaniem tylko napyta sobie biedy, a zadawanie się z najgorszymi typami z okolicy nie poprawi jego sytuacji. Zaproponował mu wstąpienie do organizacji i tak się zaczęło. Chłopak wyznał Lili, że od tego czasu jest innym człowiekiem, że gdyby wtedy na swojej drodze nie spotkał Adriana, teraz zapewne gniłby w więzieniu. Był pełny podziwu dla tych, którzy przygarnęli go do swojej rodziny i pozwolili się rozwijać, wyciągnęli go z depresji i podarowali normalne życie wśród ludzi, którzy go akceptowali i lubili, a ponadto wyznawali te same wartości.

            Wtedy wydało się to dziewczynie czymś wspaniałym. Właśnie tego potrzebowała, żeby zapomnieć o wypadku ojca, alkoholizmie matki i o wszystkim, co działo się w jej domu, dlatego z wielkim entuzjazmem zgodziła się na jego propozycję. Tym bardziej, że Kuba nigdy nie opowiadał jej o swojej przeszłości, więc nic nie wiedziała o tym, że on także stracił bliskich. Byli tak do siebie podobni…

            Teraz jednak nie była taka pewna, czy nadal chce poznać sławnych Czarnych Buntowników. Początkowo nazwa też jej się spodobała, lecz teraz zaczynała mieć wątpliwości. Chociaż to pewnie przez stres. Podejrzewała zresztą, że już było za późno, żeby się wycofać.

            Z oddali dobiegł ją przeciągły krzyk, do którego dołączyły kolejne głosy. Brzmiało to jak indiańska pieśń i zachciało jej się śmiać, ale Kuba natychmiast posłał jej kuksańca w bok. Z wielkim trudem utrzymywała powagę. Przeszli jeszcze kilka kroków i nagle zarówno bębny jak i krzyki umilkły. W górę buchnął potężny ogień, który oślepił ją mimo założonego worka. Sekundę później jednym zdecydowanym szarpnięciem ściągnięto go z jej głowy.

            Początkowo myślała, że przyzwyczajone do ciemności oczy płatają jej figle, kiedy jednak po kolejnych mrugnięciach obraz nie znikał, zachłysnęła się z przerażenia, a nogi się pod nią ugięły…

– Mówiłeś… Kuba, mówiłeś… – Nie mogła wydobyć z siebie nic poza cichym szeptem.

– Spokojnie, Liluś, wszystko będzie dobrze. Nigdy bym cię nie okłamał.

– Dlaczego oni…

– Ciii skarbie, potem… Potem porozmawiamy. Teraz czas na twoje święto. Niczego się nie bój, nikt cię nie skrzywdzi.

– Dlaczego oni…

– Ciiii… To tylko takie przedstawienie. Napij się, rozluźnij. – Podał jej ceramiczny kubek z parującą gęstą cieczą.

– Co to… Kuba, co to jest? – Była totalnie przerażona, chciała jak najszybciej wracać do domu.

– Spokojnie kochanie, to pomoże ci się rozluźnić i…

– Rozluźnić? Po co?! Kuba ja chcę do domu! – podniosła głos, a zgromadzeni wokół ludzie zaczęli z irytacją i gniewem spoglądać w ich stronę.

– Stul dziub i pij! – warknął i na siłę przycisnął naczynie do jej ust.

            Bębny i śpiewy rozległy się na nowo, a rozentuzjazmowany tłum wepchnął Lily w nakreślony na piasku czerwoną farbą okrąg otoczony świecami i płatkami kwiatów. Była oszołomiona, strach gdzieś odpływał a pojawiło się podniecenie. Dźwięki i światło znacznie się wyostrzyły, domyśliła się, że napojono ją narkotykiem. Czuła się prawie tak, jak po ectasy, jednak doznania szybko zaczęły przewyższać wszystko, co do tej pory znała.

            Przestała opierać się negatywnym uczuciom i z zaciekawieniem rozejrzała się wokół. Przerażające obrazy, które zmusiły ją do paniki, teraz wydawały się przyjemną halucynacją i jako sen je postrzegała. Dziwny napar skutecznie wyłączył jej świadomość.

            Z prawej strony, nieco na uboczu siedziało przy bębnach pięciu chłopaków, nie mieli na sobie nic oprócz szortów, a całe ciało zdobiły kolorowe malunki – nic konkretnego, masa kresek, zawijasów, kółek i innych kształtów, które jednak układały się w pewną całość. Przypominali Indian podczas rytuałów i zawzięcie bili w instrumenty. Ogólnie Lily znalazła się w dziwnym, irracjonalnym miejscu. Nigdy nie przypuszczałaby, że w okolicznych lasach może istnieć coś takiego.

            Po prawej bębniarze, po lewej grupka młodych dziewczyn obwiązanych białym materiałem tak skromnie, że ledwie zakrywał pośladki i piersi. Miały rozpuszczone włosy i były bose, co upodabniało je do starożytnych boginek. W centrum polany płonęło wysokie na kilka metrów ognisko. Wokół ognia na puszystych poduszkach siedziało po turecku sześciu mężczyzn. Ubrani jedynie w jeansy i długie czarne peleryny z kapturami na głowach i karnawałowymi maskami na twarzach siedzieli nieruchomo wpatrzeni w płomienie. Ich torsy również zdobiły kolorowe malunki. W promieniu kilkunastu metrów w równych odstępach ustawione były szałasy zrobione z gałęzi świerkowych. Intensywny zapach żywicy niósł się przyjemnie po okolicy i mieszał się z ziołowym wywarem i zapachem palonych polan. Wejścia do szałasów nie były zakryte, a pomiędzy każdym ustawiono kilkanaście świec, które w połączeniu z budowlami tworzyły jeden, wielki krąg, zamykając w nim wszystkich obecnych. Oprócz tych wzbudzających uwagę ludzi, na polanie zgromadzonych było kilkudziesięciu gapiów obojga płci, ci jednak ubrani byli w normalne jeansy i koszulki. Po lewej stronie, w oddali świeciły się dyskotekowe światełka i reflektory wozów, a głośna muzyka świadczyła o świetnej imprezie. Jednak działo się to jakby w innym świecie.

            Po kilku minutach, kiedy każda „boginka” i każdy z sześciu mężczyzn wypili z identycznego kubeczka jak Lily, śpiewy umilkły a bębny przycichły. Kobiety stanęły za siedziskami mężczyzn, po sześć za jednym. Ci powstali, a pierwszy z lewej wystąpił znacznie na przód, zbliżając się do dziewczyny, po czym zatrzymał się, w oczekiwaniu, kilka kroków od małego kręgu. Bębny ucichły. Mężczyzna odchrząknął i przemówił:

– Bracia i siostry! Zgromadziliśmy się tej pięknej, gwieździstej nocy, aby przyjąć do naszego bractwa nową członkinię! Zamierzamy powitać ją z wszelkimi godnościami i według odwiecznego rytuału naszych przodków! – Wokół rozległy się wiwaty, które umilkły, kiedy tylko mężczyzna uniósł dłoń. – Jakże brzmi twe miano o czcigodna Wstępująca w szeregi Czarnych Buntowników?]

– Lily – odparła, wybuchając śmiechem.

– Śmiech nie przystoi w tak doniosłej chwili siostro. Twe imię jest doprawdy zacne i jestem pewien, że niejednokrotnie przyniesie chwałę naszej sprawie. Jednakże w swej społeczności używamy pseudonimów, aby pozostać anonimowymi. Z racji szlachetnego pochodzenia twego imienia od dziś staniesz się Lilith, ku chwale Lilith pierwszej żony Adama. Czy przyjmujesz swe nowe imię i błogosławieństwo jej pierwotnej nosicielki? – Styl, w którym się wypowiadał, tak rozśmieszył dziewczynę, że nie była w stanie odpowiedzieć. – Siostro, zaklinam cię! Zachowaj powagę. Przyjmujesz ofiarowane przeze mnie imię?

– Tttt… Tak…

– Kapłanki i kapłani zbliżcie się, by przeprowadzić rytuał Wstąpienia.

            A więc kapłanki, nie boginie, przemknęło Lili przez myśl i ledwo zapanowała nad chichotem.

            Tymczasem wezwani stanęli wokół czerwonego kręgu, bębny rozbrzmiały na nowo i zaczęli ospale ruszać się w takt wybijanego rytmu. Z czasem apatyczne krążenie wokół przerodziło się w quasi erotyczny taniec. Ktoś z tłumu podał kapłankom butelki wina a kapłanom odpalone skręty. Taniec przyśpieszył, butelki i skręty przechodziły z rąk do rąk. Kobiety ocierały się o mężczyzn i czyniły dwuznaczne gesty, obmacywały i całowały towarzyszki. Lili stała osłupiała, nie mogąc skojarzyć, co też właściwie się dzieje i po co ona tutaj jest?

Nagle zauważyła, że jej krąg się zawęża.

Kapłanki zbliżały się do niej a mężczyźni podążali za nimi dotykając ich pośladków i jednocześnie rozpinając spodnie. Kobiety zaczęły obchodzić ją wkoło, coraz szybciej i szybciej, tak że aż zakręciło jej się w głowie, co rusz jedna z nich dopadała Lili i całując ją w usta wdmuchiwała do jej gardła dym marihuany lub wlewała odrobinę wina. Było to obrzydliwe, ale działo się tak szybko, że nie miała na to żadnego wpływu.

            Trwało to w nieskończoność i Lily miała ogromną ochotę zwymiotować na napastujące ją dziewczyny. Wyobrażała sobie ich zdziwione i wykrzywione obrzydzeniem miny. Wybuchła szaleńczym śmiechem. Kapłanki odsunęły się na znaczną odległość.

            Czyżbym je przegoniła? Pomyślała.

Opuszki satysfakcji mile połechtały jej duszę, lecz zorientowała się, że to nie ona stanowiła powód ich odsunięcia. Kobiety utworzyły koło, zdarły z siebie szaty i chwyciły się za ręce.

            Ich nagie ciała błyszczały w blasku płomieni. W oddali krzyknął puszczyk, z drugiej strony rozległ się stłumiony grzmot. Zza kobiet wyszła szóstka zakapturzonych mężczyzn z zupełnie nagimi, sterczącymi przyrodzeniami. Zbliżali się do Lili. Chciała uciec, ale zaburzona narkotykiem zdolność reakcji sprawiła, że nie zdążyła.

            Kapłani otoczyli ją, krąg się zacieśnił, nie mogła wykonać żadnego ruchu. Kontem oka dostrzegła błysk stali… Czuła jak pot wstępuje jej na czoło, zamknęła oczy, pogodzona ze smutnym końcem. Poczucie winy nie dawało jej spokoju. Dlaczego tu przyjechała?

            – Bracia i siostry! – rozbrzmiał basowy głos. – Nadeszła ta chwila! Oto owa niewinna owieczka, namaszczona krwią ku chwale Lilith pierwszej żony Adama, stanie się wilkiem! I będzie polować, jak wszyscy tu zgromadzeni! Polować na ludzi, którzy uważają się za godnych, by stanowić prawo wbrew woli ludu! Polować na bożych pomazańców niegodnych nosić kapłańskich szat! O! Zbliżcie się kapłani, by podzielić krew waszą ze Wstępującą i złożyć ofiarę mocom silniejszym od nas!

Lily poczuła dotyk na ramieniu, niechętnie otworzyła oczy. Obok niej stała jedna z kapłanek.

– Nie obawiaj się siostro! Rytuał Wstąpienia, którego dostąpiłaś, jest wielkim wyróżnieniem. Nie każdy ma prawo zostać członkiem Czarnych Buntowników. Miej oczy szeroko otwarte, by nie umknęła ci żadna sekunda tego doniosłego wydarzenia.

– Mam patrzeć na własną śmierć?

– O głupia! To nie śmierć, to ponowne narodziny! – rzekła tajemniczo i odsunęła się w cień.

            Kapłani wyciągnęli przed siebie odwróconą w niebo lewą dłoń. Przywódca pewnym ruchem przeciągnął ostrzem po wnętrzu swojej, zaciskając mocno zęby, żeby nie okazać słabości reakcją na ból. Następnie przekazał nóż sąsiadowi z lewej. Sam zaś umoczył palec wskazujący i serdeczny prawej dłoni w głębokiej ranie, po czym przeciągnął nimi wzdłuż czoła.

            Pozostali uczynili podobnie. Kiedy ostrze wróciło do właściciela, ten zamiast je schować, zrobił krok do przodu i nim Lily zdążyła się zorientować rozciął jej bluzkę. Najbliżej stojący od razu chwycili strzępy materiału, całkowicie go z niej zdzierając.

– Chwila! Co wy…

Nie dokończyła. Kobiece ręce przycisnęły do jej ust kubeczek. Zmuszona, wypiła wszystko.

– O chwalebna, Lilith! Wiedzieliśmy, że nadejdzie ten dzień, w którym obdarzysz łaskami wyznawców Twego Pana i zasilisz ich szeregi pod postacią niewinnej dziewczyny! Namaść duszę Wstępującej, dotknij ją Twą czcigodną dłonią!

            Wokół rozległy się niezrozumiałe śpiewy, układające się w złowieszczą mantrę. Lily doznawała coraz większych halucynacji i coraz bardziej traciła kontrolę nad własnym ciałem. Przestało ją cokolwiek obchodzić, skupiła się tylko na tym, by nie zemdleć.

            Kapłani nabierali własną krew na palce i malowali wzory na jej nagim brzuchu i dekolcie. Ktoś odpiął jej stanik, który bezwładnie spadł na ziemię. Inne ręce odpięły jej spodnie i zaczęły ściągać je w dół.

            Wokół kapłanki całowały się namiętnie, szaleńczo obmacując ciała partnerek. Nim się zorientowała była całkiem naga i umazana krwią od stóp do głów. Nie przeszkadzało jej to, była obojętna. Traktowała to, jako szczególnie złą halucynację.

– Siostro, by dopełnić rytuału, wybierz proszę spośród swych braci tego, któremu pragniesz oddać swe namaszczone ciało! Pozwól Lilith zawładnąć twą duszą, by stała się twoją duchową przewodniczką!

Tłum wokół niej rozstąpił się. Gapie przybliżyli się patrząc natarczywie w jej stronę, ponieważ każdy chciał, aby to jego wskazała.

– Dalej! Wybieraj!

            Kapłanka popchnęła ją do przodu i Lili nie do końca rozumiejąc, co ma zrobić podeszła do Kuby.

– Możemy już wracać do domu? – wyszeptała.

– Co mówi? Co?! – rozległy się głosy.

– Mówi, że wybrała mnie – odrzekł Kuba i poprowadził ją w stronę pierwszego z lewej szałasu.

            Ciągnięta przez ukochanego, Lili nie dostrzegła już, jak ludzie zaczęli łączyć się w pary i większe układy, jak całowali się, dotykali i symulowali kopulację. Niektórzy udawali się do szałasów. Większość jednak zostawała tam, gdzie stała lub odchodziła, by skryć się w cieniu drzew. W kilka minut cała polana wypełniła się nagimi, podnieconymi, młodymi ludźmi, którzy rzucali się na siebie jak zwierzęta.

Varia

Anna Kubik – Ode złego

235 Wyświetleń

Na mieście właściwie nigdy nie mówiono o Wsi. Starsi chcieli o niej zapomnieć, niektórzy mówili, że lepiej nie przyciągać zła gadaniem. Młodzież unikała tematu dziwnych kolegów ze szkoły. Dlatego też temat Wsi był zwykle starannie pomijany. Nie było to jednak takie proste. W XXI wieku, dobie komputerów i wszechobecnej kontroli wszyscy musieli być wpisani do ewidencji, a dzieci musiały zdobyć podstawowe wykształcenie. Dlatego też kontakty z mieszkańcami Wsi odbywały się regularnie, zwłaszcza, że było to najbliżej położone miasto.

Gdyby ktoś pokusił się o odnalezienie tego zakazanego miejsca, mógłby się zdziwić rezultatem tej wycieczki. Na pierwszy rzut oka nic nie wyróżniało Wsi od tysiąca innych, jej podobnych. Posesje były zadbane, chociaż biedne. Zwracała uwagę duża ilość młodych ludzi i dzieci, co już było nietypowe na wsi. Dopiero później pojawiał się niepokój. Czy wiązał on się z podobieństwem mieszkańców do siebie, czy uważną obserwacją – przybysze szybko uciekali w rozwinięte rejony, zostawiając za sobą Wieś, ukrytą wśród pól i lasów.

*

W redakcji gazety zwykle panowało miłe rozprężenie. Tylko raz w tygodniu, przed złożeniem gazety, musieli skupić się na pracy. Poza tym, o ile wykonywali swoje obowiązki, ich naczelna Aleksandra nie czepiała się. Dzisiaj jednak można było wyczuć nerwową atmosferę. Właściwie narastała ona od momentu, kiedy szef ich oddziału zadzwonił z informacją, że mają przyjąć gościa. Będzie on przez kilka dni pisał artykuł. Już sam pomysł, że ktoś spoza miasta mógł znaleźć interesujący temat, był śmieszny. Jedyne wydarzenia, które zwykle przyciągały media to wypadki, kataklizmy i katastrofy. Inna sprawa, że mogli po prostu wysłać szpiega, żeby zobaczyć, jak pracuje redakcja.

– Chyba nie ma w planach kogoś spektakularnie zabić? Bo moglibyśmy go uprzedzić – rzucił biurowy żartowniś, ale nie spotkał odzewu.

W końcu wybiła godzina dwunasta i punktualnie przez drzwi wszedł gość. Podszedł do kobiety z działu reklamy.

– Byłem umówiony z redaktor naczelną – powiedział.

Nim ktokolwiek się odezwał, Aleksandra wyszła ze swojego pokoju. Jej z trudem zdobyte opanowanie rozwiało się, kiedy zobaczyła, kto na nią czeka.

– Kamil?

Mężczyzna odwrócił się. Chociaż od ich spotkania upłynęło jakieś dwadzieścia lat, Aleksandra bez problemu poznała kolegę z klasy.

– Witaj, Olu – uśmiechnął się i podszedł, żeby ją ucałować.

Przez głowę Aleksandry przebiegło tysiąc myśli. Uśmiechnęła się z trudem, wskazując Kamilowi swój pokój. Kiedy weszli, zamknęła drzwi.

– Nie mów, że przyjechałeś tutaj przez… – zacięła się.

– Powiedz to, nie krępuj się – zachęcił ją Kamil, siadając przed biurkiem.

Aleksandra nie ruszyła się z miejsca.

– Chyba cię pojebało – powiedziała.

– Oj, nieładnie, pani redaktor. – Kamil zerknął na nią, ale jego uśmiech tym razem był bardziej wymuszony.

Aleksandra okrążyła biurko i usiadła na swoim krześle. Chyba wolałaby, żeby przysłali jej kogoś na zwiady.

– Zastanów się. Sam wiesz, jakie historie krążą o tym miejscu.

– Pięć lat temu zniknął kolejny chłopak, wiesz o tym?

Pokiwała głową, nie będąc w stanie odpowiedzieć. Przez kilka tygodni prawie nie spała, przewracając się z boku na bok.

– Policja umorzyła śledztwo – wyszeptała.

– Ale zapisała, że mimo dowodów są pewne poszlaki świadczące, że jednak nie wyjechał za granicę. Tak jak dziesięć i dwadzieścia lat temu.

– Masz dostęp do akt policyjnych? – Jej żyłka dziennikarska, która od dawna tkwiła
w marazmie, poczuła ożywienie.

– Mam dobrego znajomego… to nieistotne. Ważne jest to, że wszyscy mają wyjebane na te biedne dzieciaki, które znikają. Mogę zapalić?

Aleksandra drgnęła, słysząc pytanie i wyjęła popielniczkę z szuflady. Chociaż nie paliła już kilka lat, wyciągnęła bez słowa rękę w stronę paczki, ukrytej głęboko w szufladzie. To był dobry moment, żeby wrócić do nałogu. Wypaliła pół papierosa, nim odezwała się.

– Nikt nie wie, co tam się dzieje, i nikt nie chce wiedzieć. Pewnie dlatego, że oni sami nie chcieli pomocy.

Kamil siedział rozparty, trzymając dłoń nad popielniczką, ale nie zwiodła jej nonszalancka poza. Jego dłoń drżała tak, że co chwila spomiędzy palców spływały w dół drobinki popiołu.

– Nikt, poza Kasią.

Przeszył ją dreszcz. Kasia była chyba jedyną mieszkanką Wsi, z której nikt od początku się nie naśmiewał. W przeciwieństwie do pozostałych, przywożonych z nią do szkoły dzieciaków była radosna i ambitna. Różniła się też fizycznie. W każdej rodzinie we wsi przewijało się chociaż kilka cech, po których pozostała część szkoły od razu poznawała przybyszy z zakazanego miejsca. Niscy, dobrze zbudowani, ogorzali od słońca, mieli proste włosy w burym odcieniu i blade tęczówki. Ale nawet jeśli w jakiś sposób uchowali się od tych cech, łączyło ich zawsze jedno – zachowanie. Mieli w sobie pewien niepokój obserwowanej zwierzyny, która zjawia się na popas, cały czas pilnując, czy w pobliżu nie ma drapieżnika. Szybko przylgnęła do nich etykietka dzikusów i od wielu lat nie zwracano się do nich inaczej. Nie reagowali na szykany czy ataki – ich obojętność, a nawet pogarda wobec oprawców w końcu odstraszały i budziły lęk.

Kasia była inna. Wysoka i eteryczna, nosiła w sobie cechy nieznanego ojca z miasta. Jako jedyna ze Wsi chciała iść na studia. I była bez pamięci zakochana w swoim chłopaku, który teraz siedział naprzeciw Aleksandry.

– Nie pomoże ci grzebanie w przeszłości.

– Wierzyłaś kiedykolwiek, że wyjechała beze mnie?

Aleksandra zamilkła. Kasia zniknęła tuż po poniedziałkowych zajęciach. Kamil wtedy oszalał. Nie wierzył w zapewnienia matki Kasi, że nie chciała go zranić swoim samodzielnym wyjazdem. List pozostawiony przez nią uważał za sfałszowany.

Aleksandra właściwie bez zastrzeżeń słuchała zapewnień policji, że Kasia postanowiła uciec za granicę. Niemniej jednak plotki o Wsi przybrały na sile. O tajemniczych wyjazdach, powtarzających się cyklicznie, plotkowano przez kilka miesięcy, po czym za każdym razem dyskusje ucichały. A Kamil, przynajmniej według jej wiedzy, od chwili ukończenia szkoły nie pojawił się w mieście.

– Co powiedziałeś swojemu redaktorowi?

– Jakieś pierdoły o wyjątkowych obchodach Bożego Narodzenia w tych stronach.

– I to właśnie powinieneś napisać. Nie wracaj do tamtego tematu.

– Dzisiaj jest siedemnasty.

Aleksandra patrzyła na niego przez moment, próbując nadążyć za jego myślami.

– W piątek będzie dwudziesty pierwszy – dodał Kamil.

Dwudziestego pierwszego grudnia zniknęła Kasia.

– Przestań! Nie wrócisz jej życia! – Po raz pierwszy podniosła głos.

Odpaliła następnego papierosa, żeby się uspokoić. Kamil dołączył do niej i pozwolił jej się wyciszyć. Jego desperacja przerażała ją.

– Muszę chociaż spróbować – powiedział cicho. – Jeśli coś się dzieje, coś robią tym dzieciakom, to chcę jakoś pomóc.

Aleksandra popatrzyła na niego.

– Postaraj się nie wkroczyć tam z płonącym mieczem w dłoni, co? Nawet, jeśli nie jestem twoim szefem, to będę musiała się przed nim tłumaczyć.

Kamil uśmiechnął się.

– Dlatego właśnie zacznę od działania pod przykrywką. Może przy okazji naprawdę napiszę artykuł o choinkach?

*

Święta już wisiały w powietrzu. Wydawało się, że mimo pojawienia się ozdób świątecznych na początku listopada nie udało się zabić w ludziach ducha Bożego Narodzenia. Kolędy wybrzmiewały od rana, dlatego też Aleksandra postanowiła ograniczyć pracę w redakcji do minimum. Raz, że praca i tak szła kiepsko, a dwa – ona sama nie była w nastroju.

Od momentu przyjazdu Kamila była kłębkiem nerwów. Znów wróciła do palenia, i to z taką intensywnością, że zapewne skróciła sobie życie o dekadę. Przestała sypiać. Oczywiście, że martwiła się o niego. Nie myślał logicznie, a żal nagromadzony przez lata tylko pogarszał sprawę. Nie wierzyła, by udało jej się namówić go do zmiany zdania. Nie miała na niego żadnego wpływu. Nawet w liceum, chociaż zbliżyła ich do siebie strata Kasi i podobne zainteresowania, zostali po prostu dobrymi znajomymi. Oboje byli zbyt niezależni i właściwie Aleksandra rozumiała Kamila. Gdyby nie to, że ułożyła sobie tutaj życie, mogłaby dołączyć do niego i później wyjechać, nawet zostawiając za sobą bałagan.

 Wiedziała jednak, że to tylko marna wymówka. Tak naprawdę nie chciała się zagłębiać w tę sprawę. Czy Kasia była martwa, czy naprawdę prowadziła szalone życie za granicą – Aleksandra czuła, że teraz żadna z odpowiedzi by jej nie zaspokoiła w pełni. Zawsze zostawałaby ta niepewność, czy to na pewno prawda.

Zarządziła zakończenie pracy. Wszyscy szybko się zbierali, życząc sobie głośno nawzajem samych cudownych rzeczy. Aleksandra została sama. Stanęła przy oknie, podziwiając coraz ciemniejsze niebo.

Najkrótszy dzień w roku miał w sobie piękno. Już jutro dzień będzie odrobinę dłuższy, pojutrze dojdzie kolejna chwila, i niepostrzeżenie światło zwycięży nad ciemnością. Dzisiaj jednak, tuż przed zapadnięciem zmroku tak wcześnie, czuło się triumf najdłuższej nocy tego roku. I świadomość tego faktu potęgowała niepokój, który odczuwała.

Zaskrzypiały drzwi. Aleksandra obejrzała się na drzwi. W progu stał Kamil, spoglądając na nią bez słowa.

– Chyba miałeś pracowity tydzień – powiedziała w końcu i ruszyła w stronę biurka. Siadając, odpaliła kolejnego papierosa.

Żaden z kolegów nie skomentował nasilającego się smrodu dymu z jej pokoju, chociaż była pewna, że im przeszkadza. Pewnie bali się odezwać.

– Byłem pewnie uważnie obserwowany.

– Zadzwoniło do mnie, co najmniej kilkanaście oburzonych osób z miasta. Większość chciała, żebym cię wywiozła na taczce.

– Niektórzy próbowali.

– Dobrze, że w bloku ciężko o taczkę.

Kamil parsknął, również odpalając papierosa. Wyglądał okropnie. Podkrążone oczy i blada twarz oraz pomięte ubranie nie pozostawiały wiele do myślenia.

– Twoja mama też nie chciała gadać.

– Nie. Jak zacząłem naciskać, to nawrzeszczała na mnie, jakbym nadal był w szkole. A jak powiedziałem, że pojechałem do Wsi pytać o Kasię, to mnie wyrzuciła z domu. Spałem dzisiaj w samochodzie.

Aleksandra wzdrygnęła się.

– Chyba chcesz zamarznąć. Dzisiaj masz przenocować u mnie.

– Twój mąż nie będzie miał nic przeciwko temu?

– Nie mam męża.

Zapadła cisza, a napięcie między nimi wzrosło. Mogła go teraz pocałować, zabrać do domu, spędzić wspólnie noc. Być może udałoby im się zbudować jakąś parodię związku i zapomnieć – na pewien czas – o jedynej łączącej ich sprawie. Ale jeśli nawet odwlekliby w czasie nieuniknione, cień Kasi i tak w końcu wypełzłby z jakiegoś zapomnianego zakamarka.

A może i ona miała dość. Może w końcu czas się do tego przyznać – chciała dotrzeć do sedna tej sprawy, która nurtowała ją od dwudziestu lat, zajmowała jej myśli i co roku, tuż przed świętami, zapewniała jej bezsenność.

Dlatego też nic nie zrobiła. Pozwoliła opaść napięciu i odepchnęła myśli o możliwym szczęściu, nawet krótkotrwałym. Spojrzała w oczy Kamila i była pewna, że i on wiedział, co teraz muszą zrobić. Teraz – nie za kolejne pięć lat.

Wstała i ruszyła do drzwi. Kamil podniósł się z krzesła i ruszył za nią bez słowa.

*

Zwłoki były lekko zamarznięte, ale można było mniej więcej ocenić czas zgonu. Śnieg zaczął sypać w sobotę wczesnym rankiem, więc z pewnością ciało leżało tu, co najmniej dobę. Na pewno nie było dłużej, bo sam komendant widział w piątek redaktorkę z tym gościem, jak wychodziła z pracy. Przyglądał się przez moment pracy techników i ruszył w stronę gapiów. W przypadku wypadków dobrze działała metoda „rzuć pytaniem”, by szybko znaleźć kilka źródeł informacji godnych przepytania. Był pewien, że tak krwisty kąsek jak morderstwo da znacznie więcej chętnych świadków do opowiadania.

Było już tam dwóch policjantów, którzy głównie strzegli porządku. Chociaż większość  rozumiała takie stwierdzenia jak „miejsce zbrodni” i „niszczenie dowodów”, dla niektórych pokusa spojrzenia na martwego człowieka była nieodparta. Teraz jednak wydawało się, że nikt nie chce nawet zerknąć. Wszyscy stali w ciszy i obserwowali pracę policji. Byli wręcz zbyt spokojni, co samo w sobie było podejrzane. Kiedy jednak komendant podszedł, z tłumu ktoś się odezwał.

– To pewnie ten facet ją zabił.

Wprawne oko komendanta wyłowiło postać w tłumie.

– A pan to kto?

Przed zgromadzonych wyszedł niski, starszy mężczyzna.

– Wiesław Kowal. Jestem sołtysem – wyciągnął rękę.

–Jan Marczuk. – Uścisnął mocną, spracowaną dłoń. – Widział pan coś?

– No widziałem. Kręci się tu taki jeden. Od tygodnia łazi po wsi, w mieście moich ludzi zaczepia.

– Zna go pan?

– Znałem, jak miałem nie znać. Kolega mojej wnuczki Kasi ze szkoły, wie pan, tej, co wyjechała.

Komendant pokiwał głową. Teraz udało mu się skojarzyć twarz mężczyzny, z którym wychodziła redaktorka. To musiał być ten młody, który dwadzieścia lat temu szalał, bo go dziewczyna zostawiła.

– Co tu robił?

– Wymyślił, że Kasia na pewno nie uciekła. Przypomniało mu się, po dwudziestu latach. Jakby nie było wystarczająco źle, że wnuczka o nas zapomniała.

– Zapomniała o was? – Komendant zwietrzył trop.

– Ano tak to jest. Co się będzie do wsi przyznawać. Matka była parę razy, parę dzieciaków ściągnęła i zapomniała, skąd pochodzi. Nie pisze już kilka lat.

– Ma pan jej ostatni adres? Może uda nam się ją zlokalizować swoimi kanałami, zwłaszcza że jej kolega mógł ją odnaleźć.

W oczach Kowala przez ułamek sekundy błysnął niepokój, ale szybko się opanował.

– Zapytam jej matki, może coś będzie wiedziała.

– Dobrze, proszę powiedzieć, co robił tutaj ten człowiek.

– No mówię, że łaził po wsi. Pytał o Kaśkę, co się wtedy działo, jak niby zniknęła. W końcu musieliśmy go trochę postraszyć i do piątku się nie zjawił.

– Postraszyć?

– Nic mu nie robiliśmy! Pogroziliśmy tylko.

– A co się działo w piątek?

– Powiedziałem ludziom, że jak go zobaczą, to nic nie gadać, tylko siedzieć w domu. No i w piątek tu przyjechał, z tą elegancką kobitką. Trochę pokręcili się po wsi, ale jak ludzie się pochowali, to nie mieli nic do roboty. I się zaczęli kłócić. Że to był jego głupi pomysł, że nikogo tu nie ma i tylko tracą czas. W końcu wsiedli do auta i pojechali.

Marczuk obserwował w czasie rozmowy ludzi stojących obok policjantów. Większość kiwała głowami, niektórzy przytaczali sytuacje ze spotkania z mężczyzną, inni rzucali inwektywami. To wszystko zdawało się być jednak tylko wyreżyserowanym tłem dla głównego mówcy. Ktoś dobrze przygotował tych ludzi.

Komendant przetarł oczy. Chyba wpadał w paranoję przez to morderstwo. W takich miejscach jak ich miasto, a tym bardziej ta wieś nikt nie podrzyna gardła z powodu kłótni. To musiało źle wpływać na jego osąd.

– Panie komendancie? – Zbliżył się jeden z techników. – Możemy już tutaj skończyć.

Marczuk pokiwał głową.

– Zbierajcie to wszystko. A pana – zwrócił się do Kowala – i tych z państwa, którzy rozmawiali z tym człowiekiem, zapraszam na komendę w celu złożenia wyjaśnień.

*

Noc wigilijna była cicha i spokojna. Mróz, śnieg czy też potrzeby wiary zamknęły wszystkich w domach. Nie było nikogo, kto widziałby nadzwyczajne poruszenie w lesie.

Mimo późnej pory i panującej ciemności wciąż było słychać kroki ludzkie. Niewiele osób niosło światło, przez co wyostrzony słuch lepiej wyłapywał dźwięki. Dlatego też, kiedy pojawiła się kilkuosobowa grupa, ich rozmowa mogła być słyszana z daleka.

Gdyby tylko ktoś podsłuchiwał.

– Nie powinniśmy w ogóle tutaj policji wpuszczać. Raz, że zabrali ciało i ofiara nie była pełna, dwa – po co ich w to mieszać. – mówił mężczyzna.

– Przestań. To i tak więcej niż zwykle. – odpowiedział mu inny.

– Ale nadal to źle. I ten policjant patrzył się tak…

– Nic nie zrobią. – W ciemności rozległ się głos Kowala. – słyszałem na komisariacie, że mają list gończy za tym tutaj wystawić.

Zapadła cisza. Większość chyba nadal miała wątpliwości, bo Kowal znów się odezwał.

– Musieliśmy tak zrobić. Gdyby zniknęli we dwójkę, to by zaczęli tu szukać, bo łaził przecież po wsi i pewnie w mieście też wypytywał. To lepiej, że uważają go za psychicznego, niż że nagle uciekli. We dwoje, po dwudziestu latach bez gadania i spotkań.

– Ale trzeba będzie to szybko załatwić. I tak już jest późno.

– To będzie ofiara dla słońca. I na dobre plony.

–A Zły…

– Dostał już swoją, podwójną – zniecierpliwił się Kowal. – Odprawimy modły i zajmiemy się ciałem.

Pojawiły się światła i ukazały całą grupę. Na przedzie szedł Kowal, a za nim kilkoro innych mieszkańców Wsi. Stanęli na niewielkiej polanie, rozświetlonej kilkoma przysłoniętymi lampami. Zgromadziło się już kilkanaście osób, a z różnych stron wciąż nadchodziły następne. Wyglądało na to, że zjawi się tutaj cała wieś.

Sołtys ruszył na drugą stronę polany, kiwając głową do niektórych i witając się z innymi. Po drugiej stronie polany pochylił się i przez moment badał podłoże. W końcu pociągnął za niewidoczną do tej pory rączkę i otworzył właz. W nikłym świetle ukazało się zejście w dół.

Kowal wyjął z kieszeni latarkę i ruszył po drabinie. Rozświetlił pomieszczenie, kiedy tylko stanął na dole. Odgłosy ludzi zebranych w górze ucichły. Przesunął pasmo światła wzdłuż ściany, aż trafił na skuloną postać.

– Teraz moja kolej, co? – Zachrypniętego głosu w żaden sposób nie dało się skojarzyć z mężczyzną, który tydzień temu stanął w drzwiach redakcji, żeby porozmawiać z Aleksandrą.

– Za chwilę – odpowiedział Kowal.

– Przez blisko dwadzieścia lat zastanawiałem się, co się wtedy stało. Byłem pewien, że to przeze mnie. Może, gdybym nie rozmawiał z Kasią o wyjeździe, to wciąż by żyła.

– Ale nie przeżyła. Została wybrana na ofiarę błagalną.

– Czyli to wszystko? Kim wy jesteście? Poganami? Komu składacie ofiarę?

Kowal uśmiechnął się i usiadł na porzuconej skrzynce.

– Wierzymy w Boga, oczywiście. Ale przecież w Piśmie Świętym są składane ofiary.

– Ale nie z ludzi!

Kowal nie odpowiedział. Kamil zaczął się mu przyglądać.

– Dlaczego akurat Kasia? Bo się różniła? – zapytał w końcu.

– Została wybrana.

– Ale kto wybiera?

Przez twarz Kowala przemknął dziwny cień.

– Bóg obdarzył mnie przekleństwem widzenia.

– I myślisz, że ci uwierzę, że Bóg tak dogodnie wybrał jedyną osobę, która ci się sprzeciwiała? Która chciała uciec? Możesz wciskać ten kit tym idiotom u góry, ale mi tego nie wmówisz. Powiedz prawdę!

Rozkazujący ton Kamila wyraźnie zdenerwował Kowala, ale ten wciąż milczał. Kamil był pewien, że zaraz zginie, ale przed śmiercią chciał w końcu poznać prawdę.

– A może to dlatego, że nagle ci się spodobała, co? W końcu była ładniejsza od tych waszych dzieci z chowu wsobnego.

– Ty nic nie rozumiesz! Ona nie miała być ofiarą! Ona miała pomóc oczyścić krew! Ale wszystko zepsułeś!

Kamil poczuł ulgę. Ton Kowala nie pozostawiał wątpliwości – nosił to w sobie wystarczająco długo i musiał to z siebie wyrzucić.

– Czyli jednak to twoja decyzja, tak?

Przez moment bał się, że przesadził, bo nawet w słabym świetle latarki widać było, że Kowal poczerwieniał. W końcu jednak odezwał się.

– Pan nas naucza – nie wódź na pokuszenie i zbaw ode złego. Odkąd pamiętam, mój ojciec, dziadek, pradziadek przewodzili tym duszom i chronili je przed Złym. Poświęcaliśmy mu ofiarę, a on nas zostawiał. Bóg nas chronił przed pokusami. Ale ludzie je odczuwali. Musieliśmy im pokazać, że za złe zachowanie nie ma nagrody. A złoczyńców trzeba karać.

Kowal zrobił pauzę. Chyba mówił to po raz pierwszy i chociaż Kamil chciał przerwać,
z chorym zafascynowaniem słuchał dalej.

– Wiedziałem, że czasem rodzina jest za bliska na małżeństwo, dlatego niektóre panny musiały starać się o dzieciaka z kimś spoza wsi. Żeby tych głupich dzieci nie było aż tak dużo. No i moja córka też postanowiła poświęcić się dla nas. I przywiozła Kasię. Ale ona, zamiast zrozumieć, jak tu jest potrzebna, chciała uciec, iść na policję. Nazwała nas dzikusami. Musieliśmy ją złożyć w ofierze.

Do tego momentu historii Kamil był pewien, że to Kowal sam podjął decyzję. Teraz jednak zrozumiał, że i matka brała w tym udział.

– Ile niewinnych dzieciaków zabiłeś w ten sposób? Co było ich winą? Że chcieli stąd uciec?

Kowal popatrzył na Kamila rozgorączkowanymi oczami.

– Pokusa to też grzech. A pokusa ucieczki od rodziny najcięższy.

Kamil w końcu zrozumiał, czym była ta pokrętna logika. Jego rozmówca był po prostu szalony. Szaleństwo tkwiło w jego wychowaniu, genach i otoczeniu. Zarażał tą chorą ideą pozostałych, i to właściwie pod nosem innych ludzi, bez żadnego zawahania i wstydu, z taką beztroską, jak gdyby przyłapanie na mordowaniu ludzi było w jego przypadku niemożliwe.

– Kiedyś w końcu zostaniesz złapany – powiedział w końcu Kamil.

– Tak. Ale ty tego nie dokonasz. Dzięki tobie będziemy mieć wspaniałe plony w przyszłym roku.

Kowal podszedł do zakładnika i postawił go na ziemię. Podeszli razem do drabiny.

– Ruszaj. U góry czeka zbawienie.

Agenda

Numer #10

380 Wyświetleń

Przed nami numer 10.

Za oknem pogoda wypogadza się coraz śmielej, a my przygotowaliśmy dla Was kolejną serię opowiadań. W świetle ostatnich wydarzeń, mających swe miejsce i ciepło, w Gdańsku – śpieszymy z oświadczeniem! Twórczość naszych autorów wolna jest od bytów demonicznych, projekcji astralnych tudzież sił niematerialnych niewiadomego pochodzenia.

Gdyby jednak ktoś uznał je wartym stosu (lub chociażby paleniska), z zadowoleniem zawiadamiamy, że Abyssos ukazuje się w wersji .pdf i wobec tego, należy spalić komputer. Swój 😉

Żarty na bok.

Autorzy i opowiadania:

Anna Kubik – Ode złego
Bartłomiej Szumski – Alicja
Daiursz Bendarczyk – Święta last minute
Ilona Senger – Inicjacja
Kamila Ciołko-Borkowska – Piątek. Piorunujące (w)rażenie
Jakub Moroński – Zdolna do witraży
Łukasz Marek Fiema– Bajka o Księciu
Roland Hensoldt – Najprawdziwsza miłość

Do tego fragment książki Pawła R. Ofiarskiego, którego premierę przewidujemy jeszcze w tym roku 🙂

Nie zabraknie i wierszy. Jak zwykle, w roli reprezentanta natchnionych przez Kalliope, Patryk Szymczak.

Wasz oczarowany pogodą,

Pandread


Najnowszy numer można pobrać klikając w obrazek:


Był bym zapomniał!

Pablus Pablissimo Maximus Tarzanus podaje we wstępniaku numeru, że zostałem odpięty od kaloryfera. Jest to całkiem swobodna interpretacja rzeczywistości. Tak na prawdę zwiałem. Ciepło się robi za oknem i Pablo zapomniał o wystroju grzewczym. Przy okazji groził mi zmuszaniem do oglądania anime oraz mangi. Ocenę tego rodzaju zabiegów pozostawiam Czytelnikom.

Swoją drogą grzejnik mu się zapowietrzył, co uznałem za usterkę przykrą i dokonałem odpowiedniej reperacji. Widać od razu kto tu ma dobrą duszę.

Agenda

Autorzy numeru 10

97 Wyświetleń

Z przyjemnością ogłaszamy autorów, których opowiadania znajdą się w numerze 10 kwartalnika Abyssos 🙂

  • Anna Kubik – Ode złego
  • Bartłomiej Szumsk – Alicja
  • Daiursz Bendarczyk – Święta last minute
  • Ilona Senger – Inicjacja
  • Kamila Ciołko-Borkowska – Piątek. Piorunujące (w)rażenie
  • Łukasz Marek Fiema- Bajka o Księciu
  • Roland Hensoldt – Najprawdziwsza miłość

Oprócz opowiadań, w nadchodzącym numerze znajdziemy i garść poezji naszych nadwornych wierszokletów. Numer 10 ukaże się 4 kwietnia bieżącego roku 🙂

Agenda

Nabór tekstów na numer 10

410 Wyświetleń

Na dworze robi się coraz cieplej, świat budzi się z zimowego snu, a wir Abyssos ponownie zaczyna się kręcić.

Zachęcamy różnorakich autorów do nadsyłania nam równie różnorakich tekstów 🙂 Poszukujemy w szczególności:

  • opowiadań;
  • publicystyki;
  • poezji;
  • recenzji;

Zgłoszenia na nowy nabór są jednakie, jak w przypadku dotychczasowych numerów:

1. Gotowy tekst (interesuje nas jedynie ukończony materiał) przygotuj zgodnie z wytycznymi:

Czcionka: Times New Roman; rozmiar czcionki: 12; maksymalna ilość stron: 10

2. Edytowany tekst w formacie .doc, .rtf albo .xdoc wyślij na adres mailowy zgloszenia@abyssos.eu

3. We wiadomości mailowej prosimy o informacje dotyczące Autora (imię i nazwisko, strona internetowa, wcześniejsze publikacje, kontakt telefoniczny). W temacie wiadomości napisz Zgłoszenie „Nabór numer 10” [imię, nazwisko, tytuł]

Proste, nieprawdaż? Na wasze opowiadania czekamy do 28 lutego 2019 r.

Agenda

„Wybrana przez bogów” – przedsprzedaż!

281 Wyświetleń

Z największą przyjemnością ogłaszamy, że wraz z dniem dzisiejszym, uruchamiamy przedsprzedaż debiutanckiej antologii Przemysława Kubisiaka, „Wybrana przez bogów”.

Równocześnie informujemy, że przedsprzedaż obowiązuje do 25 lutego 2019. W tym dniu wysyłamy książki do osób, które skorzystały z promocji.

Opis książki znajduje się w naszym sklepie 🙂

Agenda

W poniedziałek rusza przedsprzedaż „Wybrana przez bogów”

214 Wyświetleń

Świat duchów, niewyjaśnionych zagadek przeszłości, mitycznych stworzeń czy tajemnic związanych w podróżami w czasie to elementy każdej dobrej książki o tematyce fantastycznej. A co by było, gdyby zebrać je wszystkie razem w jednym miejscu? Macie szansę się o tym przekonać.

Pragniemy zapowiedzieć, że Wydawnictwo Abyssos jest na ostatniej prostej, by pokazać światu efekt pracy Przemysława Kubisiaka w wydawnictwie „Wybrana przez bogów”.

Zbiór opowiadań Przemka ma stanowić rodzaj pomostu pomiędzy przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, w której nurtem przewodnim są elementy nadprzyrodzone, czy to w postaci istot nie z tego świata, zjawisk paranaukowych czy w reszcie legend, które stają się rzeczywistością. A wszystko to polane polewą typowo swojskich klimatów. Nie brakuje w nich nawiązań do historii, czy to ogólnoświatowej czy zwykłych, miejscowych przypowieści o danym miejscu.

Jeśli bliskie są wam takie klimaty, macie na co oczekiwać! Już niedługo preorder zbioru znajdziecie w sklepie na naszej stronie! Zachęcamy!

Agenda

Wieści na horyzoncie!

239 Wyświetleń

Wiadomości ze świata Horyzontu, któremu mamy przyjemność patronować 🙂


Partyzanci!

Podręcznik Horyzontu edycja 2 w ver. 1.7.5.0 będzie udostępniony za darmo i do pobrania z oficjalnej strony projektu Horyzont https://horyzontrpg.wordpress.com w dniu 24 grudnia 2018 około godzin wieczornych.

Będzie zawierać 217 stron, bardzo dużą ilość nowych grafik, bardziej estetyczny i czytelny wygląd, sporo nowych mechanik i rozwiązań, sporo zmian w dziale fucha i profesje. Do tego spore zmiany w dziale MAGAZYN. Zapewne nadal znajdą się jeszcze jakieś błędy ale to będziemy likwidować na bieżąco.

Pamiętajcie, że to dopiero drugi krok w kierunku rozbudowy uniwersum Horyzontu!

Pozostańcie czujni!
Krzysztof „Vitalius” Pawłowski

Nam pozostaje dołączyć się do tych radosnych wieści i zaprosić do śledzenia projektu Horyzont nie tylko w wigilijnym dniu 😉

Varia

Tymoteusz Czyż – Transport

340 Wyświetleń

Migające gwiazdy płynęły powoli za oknem. Wielkie obłoki pyłu, gazowe olbrzymy i niebiesko-zielone kule tak bardzo przypominające Ojczyznę, wszystkie te cuda po pewnym czasie brzydły, stawały się szarą codziennością podróży. Mozolnie zbliżali się do wrót przesyłowych zlokalizowanych na krańcu sektora. Dalej czekała ich procedura zakotwiczenia i zostaną wysłani na drugi brzeg galaktyki, prosto do układu w zewnętrznym ramieniu drogi mlecznej.

– Sprawdźcie chipy blokujące sczytywanie myśli – powiedziała do węzła radiowego.

Kapitańska czapka była przejawem archaicznej tradycji, ale według niej dodawała autorytetu. Poprawiła ją, tak, aby opadała na oczy, musiała zażyć trochę snu przed odprawą.

Oby wszystko przebiegło pomyślenie, pomyślała.

– Pani kapitan! – zawołał AX002.

Jak na mieszańca był całkiem przystojny, blizny po ataku robali jedynie dodawały mu męskości. Lubiła go, możliwe, że nawet za bardzo.

– Co się stało drugi? – zapytała.

– Mamy nadchodzące połączenie z centrali Pierwszych – powiedział wyraźnie drżącym głosem.

Pierwsi zwiastowali jedynie kłopoty. Czyżby wiedzieli o prawdziwych powodach ich misji?

– Przetrzymaj na łączach ile się da, potrzebuję trochę czasu. – Wyciągnęła okablowanie z portu i wsadziła w gniazda na przegubach rąk. Skanowanie zapór zakończyło się sukcesem, szyfrowanie protokołów działało należycie, była gotowa.

– Daj ich tutaj! – krzyknęła.

Czerń przedniej szyby zamigotała graficznymi artefaktami, po chwili szare drobinki materii wypełniły obraz, była to neutralna postać Pierwszych. W tle znajdowało się typowe biuro urzędnika średniego szczebla. Zaawansowane, krystaliczne monitory, procesory i dyski warte tyle, co jej cały statek. Nawet znalazło się miejsce na zieloną roślinkę, niewiadomego gatunku. Prawdziwe luksusy, jak na tę część galaktyki.

Szara materia zmieniła kolor na złoty i przybrała wygląd trójwymiarowego modelu typowego obywatela Ojczyzny. Po chwili czujniki wyłapały, że kapitan była kobietą i zmieniły płeć konsultanta na odpowiadającą.

– Nazywam się Axis i jestem państwa przewodniczką w procesie dokowania. Dla podwyższenia standardów rozmowa jest monitorowana przez zewnętrznego obserwatora z ministerstwa sieci i transportu. Na pierwszym miejscu stawiamy państwa komfort! –uśmiechnięta od ucha do ucha „kobieta” zastukała parę razy w ciekłokrystaliczny panel na biurku i ekrany pokładowe wyświetliły ankietę satysfakcji z przelotu. – Proszę o wypełnienie ankiety, to zajmie dosłownie chwileczkę, a ja w tym czasie przeskanuje komputer i dane transportowe.

Wyświetlacz zamigotał i ankieta wypełniła całą przestrzeń, świecąc jaskraworóżowymi literami.

Konsultantka zniknęła, ale czujniki zapór zareagowały natychmiast na obecność obcego kodu. Standardowe zabezpieczenia ustąpiły natychmiast po podaniu klucza. Kapitan miała nadzieję, że dodatkowe oprogramowanie nie podda się tak łatwo i urzędniczka nie zauważy niezgodności w systemie. Nawet nie chciała myśleć, co mogło się stać, gdyby cały spisek wyszedł na jaw.

Zauważyła, że AX002 stał cały czas na mostku, on też obserwował w napięciu niby rutynową kontrolę. Kłopoty zawsze zaczynały się od nadgorliwego urzędasa, chcącego zaimponować szefostwu.

– Mamy drobne nieścisłości, proszę przywołać załogantów: AC001, AC003, AX001. Podejrzewamy przemyt drobnoskalowy.

Głos wydobył się z głośników, ale twarz nie powróciła na wyświetlacze.

Kapitan zaklęła w duchu i nacisnęła przełącznik węzła radiowego. Trzymała spocony palec na przełączniku szyfrującym wiadomości wewnętrzne.

– AC jeden i trzy, AX jeden, proszeni są na mostek w trybie natychmiastowym – włączyła szyfrowanie transmisji – zabierzcie ze sobą kondensatory, mamy ogon.

Rozłączyła się jak najszybciej.

Czy wyłapała dziwne szumy na końcu transmisji? Czy w ogóle słuchała?

Po paru minutach na mostek weszli dwaj mężczyźni z ciężką czarną skrzynką i kobieta niosąca całe naręcze kabli. Rozstawili urządzenie na podłodze, nie zamieniając ani słowa. Szybko podpięli kondensatory do gniazd nadających sygnał w kosmos i przekręcili pokrętło. Lampki zaświeciły się na zielono i pokazały pełną moc. Jeżeli suka będzie podskakiwać, usmażą ją jednym przyciskiem.

– Załoganci kursu „ramię krzyża / ramię zewnętrzne, o numerze A140098”, dane załadunkowe kajut, nie zgadzają się z aktualnym obciążeniem znajdującym się w pomieszczeniach mieszkalnych, jak to możliwe?

Złota trójwymiarowa kukła powróciła na ekran. Tym razem nie uśmiechała się, pozostając bez wyrazu.

Kapitan zaczynała rozumieć, dlaczego Pierwsi tak często występowali w thrillerach. Potrafili zbudować napięcie jak nikt inny.

AC001 i 003 zarumienili się wyraźnie. Nie potrafili ukrywać swoich emocji, byli dla Pierwszej łatwym kąskiem.

– Bo my śpimy razem, dlatego obciążenia się nie zgadzają – powiedział mężczyzna z numerem 001 na mundurze i spurpurowiał cały.

Kobieta przytaknęła pośpiesznie. Pierwsza powoli zamrugała, musiała szukać czegoś w bazie danych, jej gatunek nie rozumiał rozmnażania jako procesu wymagającego udziału gonad.

– Rozumiem zaistniałą sytuację.

Starała się utrzymać profesjonalizm, ale widać było lekko drgający ironiczny uśmieszek.

Pewnie myśli teraz o nas, jako brudnych, spoconych zwierzętach, pomyślała kapitan.

– A załogant AX001? – wróciła do tematu – też uczestniczy w tym procederze?

– Nie – odpowiedział AX001 i zaczął nerwowo skubać kozią bródkę. – To moja hodowla zieleniny.

– A jaki gatunek jest tam dokładnie hodowany?

Axis zbliżyła się do kamery i chip na szyi AX001 włączył żółty alarm. Ciche pikanie wypełniło mostek.

Dobrze, że kazałam założyć te chipy, jeden tyłek uratowany przed sczytaniem.

– P-pietruszka – wyjąkał.

– Pietruszka – powtórzyła.

– Tak, chociaż tyle smaku można dodać do tych wszystkich przecierów z tubki i kurczaka z torebki – dodał dużo pewniej.

– Hodowla dla walorów smakowych. Proszę to odnotować w kartotece załoganta, przy bramie zostanie pan ukarany grzywną w ilości trzech procent pańskiej wypłaty. Nielegalne hodowanie gatunków zielonych bez zezwolenia, czy chce się pan odwołać, czy też przyjmuje nałożoną karę?

Na ekranie pojawił się zapis z kodeksu prawa przesyłowego.

–Przyjmuję. – Opuścił ręce w geście zrezygnowania.

– Zatem kontrola dobiega końca, dziękuję za współpracę, miłego lotu – wygłosiła formułkę pożegnalną.

Kapitan odetchnęła z ulgą, wszyscy wezwani załoganci zbierali się do wyjścia.

– A no tak, zapomniałabym o najważniejszym – dodała i światła na całym statku zgasły.

Kapitan rzuciła się do kondensatora, czerwony przycisk był na wyciągnięcie ręki.

Rozległ się huk wystrzału. Kapitan poczuła szarpnięcie w okolicy ramienia i w następnej sekundzie ostry ból z miejsca, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się jej ręka, a teraz zwisał krwawy ochłap.

Co do groma? Zdążyła pomyśleć.

AX002 mierzył do niej z pistoletu, oczy miał puste, po twarzy przebiegał nienaturalny skurcz. Pozostali padli na ziemię w ataku padaczki.

– Zostaw ich! – wykrzyknęła.

– To powiedz mi łaskawie co to takiego – na ekranie pojawił się schematyczny obraz magazynu, a w nim podświetlona na czerwono ukryta przesyłka. – Co jest w tym ładunku?

– Nie wiem! – zawołała.

– Zła odpowiedź. – Pierwsza zaśmiała się.

AX002 chwycił ją za włosy i uderzył głową o konsoletę. Chciała się wyrwać, ale z każdą chwilą było coraz zimniej i ciemniej. Powoli traciła przytomność. Wyciągnął kabel z centrali i odbezpieczył jej gniazda na karku.

– Nie rób tego!

– On ciebie nie słyszy, na godzinę przed transmisją złamałam jego zabezpieczenia i wszystko przeskanowałam. Ty możesz mieć najnowocześniejsze zapory, ale twoi załoganci niekoniecznie. Myślałaś, że zwykły chip mnie powstrzyma?

– Cholera, wysłali za nami przeklętego architekta myśli.

– Zgadza się, ktoś was wystawił, prosto w szpony naszego konsorcjum.

Wtyczka dosięgnęła wejścia i poczuła tylko zimne ukłucie podłączenia do sieci. Świat zawirował i wylądowała pośród niebieskiej toni wielkiego oceanu danych. Piękna wizualizacja na chwilę otumaniła zmysły.

Muszę uciekać, dotarło do niej.

Stąd nie ma ucieczki. Mam pełen dostęp do twoich wspomnień, nie masz gdzie się schować, usłyszała w głowie głos Axis.

Przed oczami zaświeciły plany bomby wodorowej, którą transportowali do bojówki bractwa zjednoczonych.

Wszystko stracone, pomyślała. Chcieli walczyć z inwigilacją, a dali się złapać jak dzieci.

Nie rozpaczaj. Na chwilę pożyczę twoją tożsamość i dostarczycie bombę na miejsce. Podejrzewam, że nawet cały plan ze zniszczeniem planety-garnizonu wypali. Z jedną drobną rysą. Mój zleceniodawca zyska dostęp do waszych baz danych, a ja zasłużę sobie na urlop. Myślałam nad wycieczką do tropików, zobaczyć wielkie zimnokrwiste jaszczurki. Najlepiej w jakimś totalnie zapomnianym świecie.

Poczuła jak wirusy Pierwszej, spychają jej świadomość, rozbierając dane z całego życia na ciągi impulsów elektrycznych. Zniknęło wspomnienie o AX002 i rodzącym się uczuciu. Zapomniała jak wyglądała Ojczyzna, zapomniała dlaczego chciała walczyć za wolność. Powoli stawała się zupełnie pusta.

***

– Pani kapitan! – zawołał AB004. – Mieliśmy tymczasową awarię generatorów, wszystko dobrze?

– Tak AB, niespodziewana kontrola z konsorcjum przesyłowego, ale przeszliśmy ją pomyślnie – odpowiedziała.

Mężczyzna popatrzył na zestaw regeneracyjny i zakrwawioną dłoń kapitan. Później dostrzegł leżące ciało AX002.

– Nie przejmuj się, mieliśmy zdrajcę na pokładzie, ale kondensatory zadziałały. Nie powinno być dalszych problemów, jednak pozostańcie czujni. No i powiadom skrzydło szpitalne, niech zajmą się tymi, których Pierwsza ugotowała, może coś jeszcze z nich będzie. Tylko szybko.

– Tak jest! – zawołał i odmaszerował do pośpiesznie do jednostki komunikacyjnej.

Sprawdziła wszystkie podzespoły, wirusy przejmujące kontrolę nad statkiem nic nie uszkodziły. Rozsiadła się wygodnie na kapitańskim fotelu i włączyła wyszukiwarkę.

„Biura podróży, wakacje w tropikach” wpisała.