Category -

Varia

Varia

Bartłomiej Szumski – Alicja

67 Wyświetleń

– Dzień dobry, panie Baltazarze – powiedział lekarz. – Jak pan się dzisiaj czuje? Trochę lepiej?

Zignorował ją. Oddział zamknięty, na którym się znajdował, nie nastrajał go na pogawędki z  ładnymi, ale naiwnie pozytywnymi blondynkami.

– Proszę pana, musi się pan otworzyć na terapię – kontynuowała niezrażona. Uśmiechała się przekonująco. Była młoda i zadbana. Nie praktykowała długo, inaczej nie byłaby tak pełna ideałów, woli pomocy i innych rzeczy, które skutecznie były rugowane z psychiki przez rutynę i oglądane tragedie.

– Dobrze – odpowiedział w końcu, po długiej chwili milczenia. – Jest lepiej, chyba leki mi  pomagają.

– Cieszę się. Chciałam z panem porozmawiać o tym, co się wydarzyło…

– Chyba czytała pani postanowienie sądu? – przerwał jej.

– Tak, czytałam opinię biegłego – nie dała się zdenerwować, ani zbić z pantałyku. – Musi pan zrozumieć, że zespół stresu pourazowego to poważna choroba.

Były policjant odwrócił głowę. Wiedział, co było w aktach: halucynacje, zaburzenia obsesyjne, nerwica natręctw, niekontrolowana agresja.

– Proszę mi opowiedzieć – kontynuowała po chwili – cały przebieg tamtego śledztwa.

Aspirant Baltazar Majewski, bawiąc się zawieszoną na szyi odznaką, siedział nonszalancko rozparty na krześle. Znajdująca się przed nim kobieta zalewała go potokiem płaczliwej wymowy, którego nie słuchał, nie kryjąc zniecierpliwienia. Na stole, pomiędzy nimi, leżało zdjęcie pucołowatego chłopca w kanarkowożółtym swetrze.

– Jest pani pewna, że nie zasiedział się u jakiegoś znajomego? – spytał przerywając jej monolog.

– Słucham? – spytała zaskoczona przesłuchiwana.

– Proszę pani, chłopak ma piętnaście lat, nie ma go od wyjścia ze szkoły, czyli jakieś pięć godzin – powiedział funkcjonariusz, opierając się łokciami o blat stołu. – Pewnie siedzi u jakiejś koleżanki…

– Panie policjancie – kobieta weszła mu w słowo – nie zna pan Michałka, on by czegoś takiego nie  zrobił, to dobry chłopiec.

– Słuchaj, pani – odparł ostrym tonem – aby przyjąć zgłoszenie o zaginięciu muszą upłynąć dwadzieścia cztery godziny od ostatniego kontaktu. Z tego co pani zeznała, nie ma podstaw, by  domniemywać, że dzieciak został porwany. Pani zeznanie zostanie zarejestrowane, a jeżeli chłopak nie znajdzie się do jutra, proszę stawić się, by zgłosić oficjalne zawiadomienie.

– Ale proszę pana, przecież to cała doba, w tym czasie… – zaczęła histerycznie kobieta.

– Ja teraz nic więcej nie mogę dla pani zrobić – odparł kategorycznie policjant. – Niech pani lepiej pojeździ po jego koleżankach z klasy, zamiast zawracać głowę służbom. Do widzenia.

Niedługo później aspirant skończył służbę i z uśmiechem na ustach wrócił do domu, by zdążyć jeszcze na końcówkę meczu. Całe zajście dość szybko wyleciało z głowy znudzonego funkcjonariusza, ot kolejna histeryczka, co przeżywa szok i przerażenie, gdy jej malutki synek zaczyna na własną rękę odkrywać otaczający go świat. Sen zmorzył go jeszce na kanapie, w trakcie oglądania powtórek.

Baltazar wisiał unieruchomiony. Bezlitośnie wykręcone ręce bolały go, a w ustach czuł ostry smak krwi. Nie mógł mówić, ani się poruszyć, nie mógł nawet zamknąć oczu. Miał wrażenie, że  otaczająca go bezkształtna i bezosobowa siła zmusza go, by patrzył.

Przed oczami miał metaliczną, bezgranicznie czarną powierzchnię lustra. Uzmysłowił sobie, że  wisi nad jego powierzchnią. Wydawało mu się już, że agonia bólu i bezruchu trwa wiecznie, gdy  dostrzegł ruch za plecami swojego lustrzanego odbicia. Był to korowód barwnych postaci, które zbliżały się w tanecznym pochodzie.

Zadrżał, a raczej zadrżałby, gdyby mógł. Gdy orszak zbliżył się do niego, zauważył, że prowadzi go młoda dziewczyna w zwiewnej, błękitnej sukience. Trzymała za rękę chłopca, kilkunastolatka w  charakterystycznym, kanarkowożółtym swetrze nałożonym na koszulę. Te barwy, żółć i błękit dziwnie odrażająco odcinały się od otaczającej czerni. Ku swojemu zaskoczeniu, poznał to dziecko od razu.

Gdy dziewczyna już niemal pochylała się nad jego ramieniem zauważył, jak bardzo jest zdeformowana, zdziwiło go, że nie zwrócił na to uwagi wcześniej. Jej chorobliwie blada skóra opinała kości twarzoczaszki i upiornie odsłaniała gałki oczne nadając całości kształt i wygląd gołej czaszki, pogłębiany tylko przez tłuste, blond włosy opadające na jej ramiona. Uśmiechała się do  niego odsłaniając żółte zęby, zbyt duże i wyraźnie widoczne spod obciągniętych rozkładem dziąseł.

Przez chwilę był pewien, że odezwie się do niego, lecz ona tylko tańczyła dalej ciągnąc za sobą kawalkadę tancerzy, w tym nieszczęsnego, zaginionego Michałka w jego paskudnym swetrze. Oddalając się od Baltazara wciąż odprowadzała go wzrokiem, a z jej ust nie schodził ten potworny grymas, który jedynie przez brak lepszego porównania można nazwać uśmiechem.

Nagle wybuchła szaleńczym śmiechem, a niemy widz tego makabrycznego przedstawienia przez potwornie długi ułamek sekundy czuł, że spada.

*

Obudził się nagle, zlany potem, zdziwiony, że nie roztrzaskał znajdującego się przed nim lustra. Nie mógł pozbyć się sprzed oczu widoku tej nieskończonej czerni i tych postaci, które przed chwilą zaprezentowały mu się, dumne ze swej obscenicznie martwej formy.

Długo siedział w rozburzonej pościeli, lecz sen nie chciał zatrzeć się w jego pamięci. Wzdrygał się przed wstaniem z łóżka, lecz w końcu logiczna i racjonalna część jego umysłu wzięła górę nad  targającymi nim emocjami. Drewniana podłoga ziębiła mu stopy, gdy poszedł opłukać twarz zimną wodą. Wpatrując się w łazienkowe lustro, długo stał oparty o umywalkę, zastanawiając się, czemu to zwykłe, codzienne odbicie budzi w nim irracjonalny lęk.

W końcu zdecydował się wrócić do łóżka, lecz zatrzymał się w drzwiach sypialni niezdecydowany. Zapalił światło i w szafce nocnej zaczął szukać dawno zapomnianego różańca. Znalazł mały, skórzany woreczek z drewnianymi koralikami.

Nim zasnął odmówił jedynie niewielką część monotonnej modlitwy, lecz resztę nocy przespał spokojnie, bez snów. A przynajmniej bez takich snów, które pamiętałby rankiem.

Gdyby ktoś powiedział mu, że z powodu snu będzie jeździł po Warszawie i prowadził „śledztwo” w sprawie „zaginięcia”, sam by go wyśmiał. Jednak wspomnienie ostatniej nocy nie dawało mu spokoju. Sen nie tracił na swej wyrazistości nawet w pełnym świetle dnia, na zalanej słońcem, pełnej pięknych kamienic uliczce starej Ochoty. Komisariat znajdował się w cieniu rozłożystych drzew przy pełnym magicznego uroku parczku Sue Rider.

Wyciągnął zgłoszenie, poinformował dyżurnego o „wszczęciu działań operacyjnych” i udał się na Włochy, by stawić czoła zrozpaczonej matce. Wmawiał sobie, że robi to tylko po to, aby upewnić się, że chłopak wrócił późnym wieczorem do domu, dostał zasłużone lanie, a  w   przyszłości będzie zaznawał uroków dojrzewania w bardziej przemyślany sposób.

Matkę chłopca zdziwiła jego wizyta, patrzyła na niego z wyrzutem, gdy zadawał kolejne rutynowe pytania. Wojtuś nie wrócił na noc, a matka obdzwoniła całą rodzinę i wszystkich znajomych syna, których znała. Nigdzie nie było po nim śladu, nikt nie zauważył, by został porwany.

Baltazar wziął zdjęcie zaginionego i przeszukał jego pokój. Nie znalazł niczego dziwnego, ani  niepokojącego, żadnych narkotyków, ani alkoholu. Na komputerze dziecka nie było hasła, a  wyszukiwarka pamiętała dane logowania do facebooka i skrzynki pocztowej, tam też nie było niczego niepokojącego. Tylko w szufladzie biurka było dużo kartek zapisanych pokreślonymi wierszami, na  pierwszej od góry znajdował się krótki, nieporadny, napisany w stylu emo wiersz o  jakimś jeziorze. Nie było tam niczego ciekawego, ani przydatnego na potrzeby śledztwa.

To wszystko tylko potęgowało złe przeczucia policjanta.

Zamyślony wyszedł z klatki i jeszcze raz spojrzał na szkolne, portretowe zdjęcie grubaska w  żółtym swetrze. Wolał nie myśleć o swoim śnie. Nie powinien był dawać matce prywatnego numeru, ale trochę za bardzo wciągnął się w sprawę.

Ponad barierką spojrzał na staw, a w zasadzie, na zbiornik retencyjny, który zbierał z okolicy deszczówkę. Chłopak często pisał o jakimś jeziorze. Baltazar szybko wszedł na szary pomost, przeszedł pod barierką i stanął nad samą obsydianową taflą wody.

Wydała mu się jakaś dziwna i nienaturalna. Złoto–zielone gałęzie wierzb schylające się nad  powierzchnią wody wyraźnie uginały się pod wiatrem, lecz znajdujący się w płytkim zagłębieniu zbiornik pozostawał spokojny. Zawahał się, lecz przykucnął nad powierzchnią. Może chłopak się po prostu utopił? Może pisywał te swoje wiersze na tym pomoście i przypadkiem wpadł do wody? Jak, w tak piękny, słoneczny dzień, to bajoro może być tak bezgranicznie czarne? Przemknęło Baltazarowi przez głowę.

Już wyciągał dłoń, by dotknąć wody, gdy jego uwagę przyciągnął intensywnie pomarańczowy neon miejscowego sklepu. Właśnie wychodził z niego starszy mężczyzna. Był zaniedbany, jego  twarz była ogorzała i poorana bruzdami zmarszczek, nawet nie próbował schować właśnie kupionego taniego wina. Usiadł na ławce przy stawie i z chrzęstem otworzył butelkę.

Menel niemiłosiernie śmierdział, rozsiewał charakterystyczną dla bezdomnych woń mieszaniny potu, moczu i przetrawionego alkoholu. Policjant przemógł nudności i obrzydzenie.

– Dzień dobry – przywitał się, pokazując odznakę.

– Nic nie zrobiłem! – oburzył się menel, chowając butelkę za plecy.

Uwagę funkcjonariusza przykuł tatuaż na przedramieniu rozmówcy, był niechlujny, techniką wykonania przypominał oglądane na  zajęciach tatuaże więzienne z lat osiemdziesiątych. Przedstawiał serce w koronie nad  schematycznie narysowanym człowiekiem wiszącym na szubienicy.

– Często tu przesiadujecie? – spytał podnosząc głos.

– Wolno mi siedzieć… – zająknął się dziadyga.

– Proszę odpowiadać na pytania – przerwał mu ostro policjant. – Tutaj albo na dołku, ja nie mam czasu, śledztwo prowadzę.

– No siadam sobie tutaj czasem… – Odparł starzec, zaskoczony tak ostrą reakcją policjanta.

– Widział pan tego chłopca? – spytał, nie dając starcowi się rozgadać i podtykając mu  pod   czerwony nos zdjęcie Wojtusia.

– Widuję – menel odpowiedział szybko i bez zastanowienia. – Często siedzi na pomoście i bazgrze w zeszycie. Czemu policja się nim interesuje?

– Ponieważ prowadzi związane z nim postępowanie, obywatelu – odparł oschle. – Kiedy ostatnio go widziałeś?

– Kierowniku, nie wiem. – Dziad podrapał się w głowę. – Wczoraj po południu chyba, siedział na  pomoście.

– Głęboki ten staw? – Baltazar spytał w końcu, luźniejszym tonem. Dziadek nie wydawał się niebezpieczny.

– E tam, wody do pasa – odpowiedział szybko starzec – ale utopiła się tam kiedyś dziewczyna.

– Utopiła?

– No, różnie mówią – zmieszał się menel. – Jedni, że się utopiła, inni, że ją najpierw strasznie męczyli. Przywiązali do drzewa w styczniu i trzymali tak wiele dni, bili, a nawet i gorsze rzeczy robili. Do okropności zmuszali, a później utopili.

– I nikt nie zauważył? – sceptycznie spytał policjant.

– Te bloki to nowe są, jeszcze parę lat temu był tu tylko ten staw, kilka drzew i pola kapusty.

– Kiedy to się stało?

– O kierowniku, mój dziadek opowiadał mi tę historię – starzec się rozgadał. – Podobno nawet przedtem z tym stawem było coś nie tak. Dziadek mówił, że jak się go minie, to zawsze trzeba trzy razy przez lewe ramię splunąć, żeby…

– Dobrze obywatelu – przerwał mu ostro funkcjonariusz, nie miał ochoty na wysłuchiwanie zabobonów. – Na razie to wszystko.

Policjant wylegitymował go, wypytał gdzie sypia i dokładnie zapamiętał, jak wygląda. Jednego był pewien – trzeba będzie przeszukać ten staw. Jadąc do szkoły, w której uczył się dzieciak, zadzwonił na komisariat i zgłosił konieczność zbadania zbiornika wodnego.

Baltazar stał na szarym pomoście i patrzył na wierzbę po drugiej stronie stawu. Słońce zaszło kilka godzin wcześniej, i nad osiedlem zalegała ciemność bezksiężycowej nocy. Światło dawały jedynie gwiazdy, które zdawały się świecić jaśniej, niż w innych częściach Warszawy.

Przesłuchanie uczniów i nauczycieli nie pomogło. Potwierdzili tylko jego przypuszczenia. Wojtuś był wrażliwym chłopcem i introwertykiem. Nie miał zbyt wielu znajomych, z nikim nie  spotykał się po szkole. Po lekcjach wracał prosto do domu, z opuszczoną głową. Nie trzymał się z nikim z klasy, ani nigdzie nie wychodził. Nikt też nie widział niczego podejrzanego poprzedniego popołudnia.

Przeszukanie stawu też nic nie dało. Kilkugodzinne poszukiwania nie przyniosły żadnego efektu, poza tym, że funkcjonariusze wyciągnęli całą masę śmieci. Nie było możliwości, by coś przeoczyli, zbiornik był mały i płytki, do jego zbadania wystarczyliby ludzie w woderach, ale i tak skierowano tu także dwóch nurków. Nie znaleziono niczego, tylko butelki, torebki po chipsach i  jakieś zardzewiałe żelastwo.

Przeniósł wzrok z rozgwieżdżonego nieba na powierzchnię stawu i zastygł zaskoczony. Gwiazdy. Niebo było usiane niesamowitym, niespotykanym w Warszawie, widokiem tysięcy gwiazd, ale  w  powierzchni stawu nie odbijała się żadna z nich. Pozostała ona idealnie gładka i całkowicie czarna.

Drugi raz tego dnia przeszedł pod barierką i stanął na brzegu. Po chwili przyklęknął i z wahaniem dotknął lustra wody. Było twarde, jakby wykonane z idealnie gładkiego, połyskliwego kamienia, był pewien, że dokładnie tak wygląda obsydian.

Przełknął ślinę i wyprostował się szybko. Na otaczających staw ławkach nie było nikogo, ciemność zatapiała całą okolicę, a latarnie zdawały się dawać o wiele mniej światła, niż powinny. Tchnięty jakimś nagłym impulsem wszedł na rozpościerającą się przed nim kamienną posadzkę.

Runął, a przynajmniej jego błędnik podpowiadał mu, że wywinął szaleńczego kozła, od którego zachwiał się i zrobiło mu się niedobrze. Otaczała go absolutna ciemność, i tylko od znajdującego się pod jego stopami, rozgwieżdżonego nieba bił nikły blask. Dobiegła go cichutka muzyka.

Rozpoznawał melodię, chociaż nie potrafił stwierdzić, co to za utwór, ani tym bardziej zapamiętać dziwnych, niepokojących nut. Ktoś zbliżał się do niego. Dziecko w kanarkowożółtym sweterku. Wojtuś stanął przed nim z kamiennym, nieobecnym wyrazem twarzy. Za nim, w wielkiej dali dostrzegł zbliżający się korowód.

– Nie bój się – powiedział chłopiec. – Alicja chce z tobą tylko zatańczyć, chyba jej nie odmówisz?

Chciał o coś spytać, lecz język uwiązł mu w gardle, gdy widział szybko zbliżający się, roztańczony korowód.

– Ona bardzo lubi tańczyć – dodał chłopiec. – Będziemy wszyscy tańczyć razem, aż do końca – rzekł i uśmiechnął się w upiorny, bezduszny sposób.

Baltazar stał przerażony, jakby był rzeźbą wykonaną z kawałka niezwykłego kamienia, który zdawał się mieć pod stopami. Wiedział, że tancerze zbliżają się szybko, jednak jego umysł nieznośnie wydłużał czas ich spotkania. Nie wiedział, co ma myśleć, lecz był pewien, że nie może się poruszyć, i że nie może dotknąć tej upiornej, rozkładającej się dziewczyny.

Nagły ruch na pomoście przyciągnął jego uwagę. Drewniana barierka znajdowała się niemal na skraju jego pola widzenia, więc patrzenie na niego było dla przerażonego policjanta bardzo trudne, ale zdawało mu się, że dostrzega, iż na lustro wchodzi człowiek. Stary mężczyzna, dziad, menel w brudnej odzieży, z siekierą w ręku. Stanął dokładnie pod Baltazarem, a ten niewyobrażalnym wysiłkiem woli zmusił się, by złapać za stojące przed nim dziecko za rękę. Michałek był zdziwiony, ale  nie  zaprotestował i nie sprzeciwił się.

Tymczasem żul splunął na swoje spracowane dłonie i uniósł nad głowę siekierę. Uderzał mocno i  z  wprawą, w taki sposób, w jaki wyrąbuje się przeręble w grubym lodzie, a ku zdziwieniu funkcjonariusza, na gładkiej dotąd powierzchni jeziora pojawiły się drobne pęknięcia. Skazy na  idealnej powierzchni rosły szybko, lecz czy zdążą złamać lód, nim wijący się taneczny korowód do nich dotrze?

Czas zdawał się niemal stać w miejscu. Starzec wolno podnosił swój topór, który jeszcze dłużej opadał, nim bezdźwięcznie uderzył o powierzchnię stawu. Tymczasem korowód nie zmienił nawet tempa, ani kroku. Cały czas powoli i nieubłaganie sunął ku nim w koszmarnej, czterotaktowej parodii tańca.

Wszystko skończyło się równie nagle, jak się zaczęło. Nieoczekiwanie szybko, gdy topielica zacisnęła dłoń na swetrze dziecka, ostrze topora dotknęło tafli jeziora, a Baltazara i chłopca niespodziewanie otoczyła lodowata woda, jakby nagle znaleźli się pod jej powierzchnią. Policjantowi w głowie dzwoniło jedno słowo. Mój.

Baltazar, łapczywie łapiąc powietrze, wyrwał się z czarnej toni. Było mu zimno, miał wrażenie, że spędził tam wiele godzin, a zimny, kłujący wicher przeszywał go przez mokre ubranie do samych kości. Wojtuś unosił się obok na powierzchni, twarzą dół.

Przyskoczył do niego, brodząc po pas, i odwrócił go na plecy. Później wiele razy zastanawiał się, co było tak przerażające w widoku tego ciała. Czy była to kwestia wykrzywionej w  przerażeniu twarzy ofiary, czy sposobu, w jaki wnętrzności chłopca, brutalnie rozszarpanego, opadały do czarnej wody.

Słońce wschodziło i pierwsze jego promienie już dosięgały stawu, ponad białymi ścianami pobliskich bloków. Ktoś musiał zwrócić uwagę na raban, który zrobił. Na ławce siedział stary, zmęczony człowiek z butelką taniego wina w ręku, był suchy. Bez słowa wyciągnął ją do Baltazara w wyrazie niemej propozycji. Tym razem funkcjonariusz skorzystał.

– Twardy jesteś – powiedział menel. – Niewielu wytrzymałoby tak długo, ale i tak miałeś szczęście.

– Kim ona jest – Baltazar od razu przeszedł do rzeczy. – Co tu się stało?

– Nie wiem i nie wiem – odparł mężczyzna. – I staw i ona byli tu chyba zawsze, tak przynajmniej mówił mi pradziadek, jeszcze zanim była tu fabryka, na której miejscu stoją te bloki. Wtedy rosła tu  kapusta, ale sprzedawali ją hen, aż na Pradze, bo na lewobrzeżnej części miasta nikt nie chciał jej jeść.

– Jak więc…

– Nie wiem, kim jest i nie wiem, co się tu stało – żul nie dał mu dokończyć – ale niekiedy wiem, co należy zrobić.

Białe ściany bloków zabarwiły intensywnie niebieskie światła syren. Funkcjonariusz nie był pewien, czy jest to pogotowie, czy policja, nie próbował nawet tego dostrzec. Trzęsąc się, jak  w  febrze osunął się tylko na trawnik przy ławce.

***

Szarpnął się, lecz pasy krępujące go do łóżka trzymały mocno. Dysząc ciężko rozejrzał się wokół, po jednoosobowej sali.

– Dzień dobry – powitał go miły głos, lekarz uśmiechała się do niego uprzejmie. – Słyszałam, że  znów miał pan ciężką noc. Jak się pan czuje?

Nie odpowiedział. Młoda, ładna lekarka wydawała się wyglądać znajomo, lecz nie mógł sobie przypomnieć skąd ją znał.

– Panie Baltazarze – kontynuowała po chwili. – Słyszy mnie pan?

– Czemu jestem przypięty? – spytał w końcu, po kolejnej chwili milczenia.

– Ponieważ przedwczoraj musieliśmy założyć jednej z pielęgniarek trzy szwy – odparła. – Zrobił pan wszystko, co mógł. Znalazł go pan martwego, morderca musiał minąć się z panem. Wykonał pan wszystko zgodnie z procedurami, a nawet, niekiedy, je  przekraczał. Matka tego dziecka mówi, że pan jeden okazał jej wsparcie i zainteresowanie, że  jako jedyny jakkolwiek pomógł, zachował się, jak człowiek. – Lekarz patrzyła na niego ze  współczuciem. – Szczególnie teraz, gdy pańscy koledzy schwytali sprawcę, a prokurator postawił już zarzuty.

Baltazar utkwił wzrok w suficie, zastanawiał się, co było jawą, a co snem. A gdy on spoczywał na  szpitalnym łóżku, staw wciąż niezmiennie tkwił okolony upiorną balustradą pomiędzy trupio-białymi blokami.

***

Alicja, poprzez idealną powierzchnię obsydianowego lustra, patrzyła na gwiazdy. Tęskniła za  ciepłymi promieniami słońca, płakała. Nagle dostrzegła, że ktoś stoi na pomoście.

Stary człowiek patrzył wprost w jej zimne, błękitne oczy i uśmiechał się smutno. Po jego pooranej zmarszczkami smutnej twarzy toczyły się łzy. Nie miała wątpliwości, że uśmiecha się do  niej, lecz zaskoczona nie odwzajemniła uśmiechu. Nie miała pamięci takiej, jaką my znamy, więc nie wiedziała, że ktoś może się do niej uśmiechać. Zapomniała, chociaż w odległych zakątkach jej świadomości kołatało się jakieś ciepłe, miłe wspomnienie.

Mężczyzna rzucił na powierzchnię stawu dokładnie cztery żółte kwiaty, a ona uśmiechnęła się w  końcu do niego. Wydało jej się, że to były róże, przypomniała sobie, że uwielbia róże.

Gdy opadała w głąb niezmierzonej, bezdennej czerni zawieszonej pomiędzy istnieniem i  nieistnieniem, usłyszała cichy dźwięk. Mogłaby uznać go za słowa, gdyby wiedziała jeszcze, czym one są.

Śpij dobrze, siostrzyczko.

Varia

Daiursz Bendarczyk – Święta last minute

56 Wyświetleń

Święta i Sylwester, czas opłatka, prezentów, pastorałek oraz noworocznych gratulacji. Dzieci mają labę, a mnie czeka piekło przygotowań zgodnie z rutynowym scenariuszem. Już w listopadzie zakładam rękawice i zaczynam od mycia okien oraz ościeżnic, a wszystko ręcznie, broń Boże żadnych robotów, żadnego wyręczania nanotechnologią, Musi być przecież jak każe obyczaj, ręcznie i czym chata bogata: ustrojona bombkami choinka, Święty Mikołaj z  pastorałem, nastrojowe świeczki, podarunki, jasełka. Prawdziwy spektakl, domowe Betlejem!

Tymczasem przede mną finansowa układanka, w czym jestem specjalistką. Wyciągam  sakiewkę tudzież kalkulator. Chociaż po świętach finansowy, połączony z fizycznym osłabieniem dołek, z pełną świadomością konsekwencji, na własnym grzbiecie i nadwerężając ręce, wnoszę do kuchni tony przysmaków. (Na ulicy feministki patrzą na mnie wrogo). Suszone grzyby na farsz, warzywa, wędliny, owoce, pszenica i mak na kutię według przepisu zazwyczaj dziabniętego dziadka (niech mu ziemia lekką będzie), mąka, drożdże, ryby, przepiórki, bakalie, majonez i co tam jeszcze. Bez genetycznych modyfikacji i klonowania komórek, prosto z Melmac, najwyższa półka. Jeszcze tylko sauna, manicure, prasowanie, gotowanie i mielenie warzyw, duszenie, ugniatanie, kwiaty do wazonów, wkoło jedlina i sianko, pakowanie prezentów, wybrać kolędy, karpia zalać galaretą. No!

Wracając z ostatnich zakupów, spojrzałam ponad światłami sygnalizacji na  przyciągającą wzrok tablicę:

Skrzetuski- Świerczewski zaprasza!

Wielka PROMO!!!

Alaok albo Erdaraty!

Gwiezdna Galaxia na raty!

Melmac lub Mleczna Ziemia!

Odwiedź Androgynię TERAZ, a czeka cię premia!!!

           

Wpadłam na pomysł. Anulujemy pretensjonalny obrządek. Aktywujemy kosmoczipy i w drogę! Moja propozycja nadspodziewanie szybko zyskała aprobatę rodzinnego triumwiratu.

Mąż dobrał sobie tydzień urlopu, a nasza wiercipięta ułożyła pean na moją chwałę!  Wybraliśmy imprę objazdową.

Na Alaoku dodatnie temperatury, zaś śniegu nie widzieli od 140 lat! W żadnym  hotelu nie było wody, a administracja zwyczajowo rozkładała ręce (analfabeci, nie znali nawet polskiego!). W dodatku na całej planecie wszyscy albo pod wpływem, albo na kacu, pewnie stąd permanentny niedobór wody.

Erdaraty akurat poddawano sezonowej konserwacji i wszystkie trasy zjazdowe były zamknięte. Na pustyni śniegowej przewodnik porzucił nas w środku nocy. Nie znając topografii najpierw wpadliśmy w gigantyczne zaspy, skąd ewakuowały nas miejscowe siły powietrzne, a następnie na trzy miejscowe doby, czyli dziewięć naszych zostaliśmy uwięzieni na kwaterach z powodu huraganowych zawiei śnieżnych.

Gwiezdna Galaxia także okazała się przereklamowana. Smog uniemożliwił podziwianie Gwiazdozbioru, zaś ta bajeczna niby zorza okazała się całkowicie wygenerowana cyfrowo. Że niby skąd to wiemy? Mąż pił w barze z polskim smokiem prosto ze Szczawienka, który okazał się koordynatorem międzygalaktycznej ekipy obsługującej zorzę, a my mieszkamy przecież po sąsiedzku na Starym Zdroju, więc nie ściemniał ziomalom, nie? W dodatku miejscowi hakerzy doszczętnie ogołocili nam wszystkie czipy podróżne, nawet dziecku. Na całe szczęście poratował nas ten koordynator. Są jeszcze dobre dusze w narodzie.

Na Melmac przynajmniej udała się wigilia. Wykupiliśmy pakiet polski all inclusiv. Było dosłownie wszystko: barszcz z uszkami, śledzie, kapusta z grzybami, kutia, makowiec, racuchy i kompot z suszonych jabłek, nie zapomnieli nawet o sianku pod obrusem, który przez całą kolację nucił kolędy po węgiersku, chyba coś im się pomyliło. A choinka?! Dosłownie PACHŁA! Taka świeża. Szkoda tylko, że tu jedzą koty, ale to dopiero na drugi dzień jak nam omyłkowo podali na kolację. Dziecko płakało pół nocy… Mąż to przez całe święta zażerał się karpiem, ciekawe, że bez ości, jak oni to robią?

Mleczna Ziemia okazała się całkowitym niewypałem, ani mleczna, ani Ziemia. Ciągło nas tylko w dół, bo grawitacja dwa razy większa i nie pomagły skafandry, za co człowiek płaci?

Na Sylwka wylądowaliśmy na Androgynii. Nie powiem, robi wrażenie. Wszędzie aż kapie od luksusu. W kasynie starego gdzieś wcięło i sama wydoiłam całego szampana, odnalazł się dopiero po północy. Czteroręczne tancerki dały nam kilka lekcji tańca brzucha. Wieczorami dorabiały w hotelu. Podobno na Exploited nadal trudno o dobrze płatną pracę. Z całą pewnością do najbardziej denerwujących należał incydent w Cosmic Macao. Krupier kitrał w rękawie asa kier! Cały czas wciskał kit! Nie z nami te numery! Gościu za swój występek zasłużył na porządnego guza i oddanie w ręce mundurowych. Sprawiedliwości musi stać się zadość! To niemożliwe, żeby na drugi dzień razem siedzieli w knajpie przy kasynie, dziecku coś się przewidziało.

PS.

W ramach premii obiecano prezenty choinkowe, które jednak odebraliśmy dopiero w Wałbrzychu, tylko że to były pieczone koty w panierce, no i  dziecko znowu płakało. A taka byłam zadowolona na Melmac…

Varia

Ilona Senger – Inicjacja

48 Wyświetleń

Lili oglądała nieraz obrządek inicjacji w filmach. Interesowała się mrocznymi, okultystycznymi sprawami już wcześniej. Teraz, gdy jechała w samochodzie w nieznane miejsce, z workiem na głowie, w kompletnej ciemności kontemplowała, jak będzie wyglądała jej inicjacja. Miała nadzieję, że nie będzie strasznie. W niektórych sektach robili okropne rzeczy, zwłaszcza kobietom i to wbrew ich woli. Ona jednak była przekonana, że nie wstępuje do sekty, tylko raczej do tajemnej organizacji młodzieżowej, w której ludzie buntują się przeciwko systemowi i całemu złu tego świata.

Kuba nie powiedział jej wprawdzie, dokąd jadą, nawet słówkiem nie pisnął, czy daleko, czy blisko, ale zapewnił ją, że nie ma się, czym martwić i z pewnością nie wyląduje w jakimś opuszczonym kościele, w którym każdą ścianę zdobić będą wizerunki diabła i odwrócone krzyże, a obleśny Czarny Kapłan, w czarnym płaszczu i niczym więcej, będzie chciał poświęcić szatanowi jej cnotę na chyboczącym się ołtarzu, po czym spije jej dziewiczą krew i odstąpi miejsca pozostałym braciom. Opisał to w tak śmieszny i szczery sposób, że faktycznie czuła się spokojna. Ufała mu. Mimo wszystko niesforne myśli uciekały się ku takim obrazom.

            Jechali już jakiś czas i zdawała sobie sprawę, że wyjechali kawał drogi za miasto. Od kilku minut koła samochodu, co rusz wpadały w koleiny, więc musieli przejeżdżać przez las. Nie miała pojęcia, która jest godzina. Wyruszyli po dwudziestej, teraz pewnie już się ściemniało.

W pewnej chwili Kuba złapał ją czule za rękę i delikatnie gładząc oznajmił, że są na miejscu. Faktycznie, w kilka sekund samochód się zatrzymał. Ukochany pomógł jej wysiąść. Nieco zdrętwiała, podniosła ręce, żeby pozbyć się z głowy tego komicznego worka, ale silne dłonie ją powstrzymały.

– Kuba, co… co ty robisz? Przecież już przyjechaliśmy, po jaką cholerę mam to wciąż mieć?

– Kochanie, spokojnie. Takie procedury.

– Procedury?! Wyglądam jak idiotka.

– Moja słodka idiotka. – Pocałował ją w czoło i poprowadził przed siebie.

            Nagle wokół rozbrzmiała głośna muzyka. Z prawej ktoś z całych sił uderzał w bębny, co kłóciło się z metalowym brzmieniem po lewej stronie. Lilka stąpała niepewnie po nierównym gruncie, doprowadzona do furii głupimi zagrywkami chłopaka. Co on znowu wymyślił? W jej wyobraźni na powrót pojawiły się obrazy dzikich rytuałów i mężczyzn gwałcących bezbronne, otumanione dziewczyny. Zaczęła żałować, że zgodziła się z nim tu przyjechać i dać się wciągnąć w nie wiadomo co…

            Nie uspokajała jej jego obecność. Znali się zaledwie rok, a on bardzo długo i skutecznie ukrywał przed nią przynależność do jakiekolwiek grupy. Nawet, kiedy go zdemaskowała (po pewnym czasie uznała, że sam celowo ją naprowadził na swój sekret) zachowywał się podejrzanie i wiele jej pytań przemilczał. Ogólnie mało opowiadał o Czarnych Buntownikach, jak to siebie nazywali. Zawsze zbywał ją tanimi tekstami, że to tajna organizacja, że nie powinien jej wtajemniczać, bo złamie zasady, że to zagraża ich ujawnieniu i tym podobne bzdety. Aż w końcu, gdy nie dawała mu spokoju, zaproponował jej przyłączenie się do nich.

            Nie była szczególnie przekonana, ale wtedy Kuba opowiedział swoją historię o tym jak stracił rodziców w wypadku samochodowym, jak trafił do domu dziecka i jakie piekło tam przeżywał, kiedy starsi znęcali się nad nim, nie mając żadnego współczucia dla pogrążonej w depresji sieroty. Miał wtedy piętnaście lat. Zaczął się buntować, łamać zasady, dosięgało go coraz więcej kar, grozili mu poprawczakiem za liczne włamania i rozróby.

Wtedy, w najgorszym momencie swojego życia poznał Adriana, który wyciągnął do niego pomocną dłoń. Z wielką cierpliwością wytłumaczył mu, że swoim szczeniackim zachowaniem tylko napyta sobie biedy, a zadawanie się z najgorszymi typami z okolicy nie poprawi jego sytuacji. Zaproponował mu wstąpienie do organizacji i tak się zaczęło. Chłopak wyznał Lili, że od tego czasu jest innym człowiekiem, że gdyby wtedy na swojej drodze nie spotkał Adriana, teraz zapewne gniłby w więzieniu. Był pełny podziwu dla tych, którzy przygarnęli go do swojej rodziny i pozwolili się rozwijać, wyciągnęli go z depresji i podarowali normalne życie wśród ludzi, którzy go akceptowali i lubili, a ponadto wyznawali te same wartości.

            Wtedy wydało się to dziewczynie czymś wspaniałym. Właśnie tego potrzebowała, żeby zapomnieć o wypadku ojca, alkoholizmie matki i o wszystkim, co działo się w jej domu, dlatego z wielkim entuzjazmem zgodziła się na jego propozycję. Tym bardziej, że Kuba nigdy nie opowiadał jej o swojej przeszłości, więc nic nie wiedziała o tym, że on także stracił bliskich. Byli tak do siebie podobni…

            Teraz jednak nie była taka pewna, czy nadal chce poznać sławnych Czarnych Buntowników. Początkowo nazwa też jej się spodobała, lecz teraz zaczynała mieć wątpliwości. Chociaż to pewnie przez stres. Podejrzewała zresztą, że już było za późno, żeby się wycofać.

            Z oddali dobiegł ją przeciągły krzyk, do którego dołączyły kolejne głosy. Brzmiało to jak indiańska pieśń i zachciało jej się śmiać, ale Kuba natychmiast posłał jej kuksańca w bok. Z wielkim trudem utrzymywała powagę. Przeszli jeszcze kilka kroków i nagle zarówno bębny jak i krzyki umilkły. W górę buchnął potężny ogień, który oślepił ją mimo założonego worka. Sekundę później jednym zdecydowanym szarpnięciem ściągnięto go z jej głowy.

            Początkowo myślała, że przyzwyczajone do ciemności oczy płatają jej figle, kiedy jednak po kolejnych mrugnięciach obraz nie znikał, zachłysnęła się z przerażenia, a nogi się pod nią ugięły…

– Mówiłeś… Kuba, mówiłeś… – Nie mogła wydobyć z siebie nic poza cichym szeptem.

– Spokojnie, Liluś, wszystko będzie dobrze. Nigdy bym cię nie okłamał.

– Dlaczego oni…

– Ciii skarbie, potem… Potem porozmawiamy. Teraz czas na twoje święto. Niczego się nie bój, nikt cię nie skrzywdzi.

– Dlaczego oni…

– Ciiii… To tylko takie przedstawienie. Napij się, rozluźnij. – Podał jej ceramiczny kubek z parującą gęstą cieczą.

– Co to… Kuba, co to jest? – Była totalnie przerażona, chciała jak najszybciej wracać do domu.

– Spokojnie kochanie, to pomoże ci się rozluźnić i…

– Rozluźnić? Po co?! Kuba ja chcę do domu! – podniosła głos, a zgromadzeni wokół ludzie zaczęli z irytacją i gniewem spoglądać w ich stronę.

– Stul dziub i pij! – warknął i na siłę przycisnął naczynie do jej ust.

            Bębny i śpiewy rozległy się na nowo, a rozentuzjazmowany tłum wepchnął Lily w nakreślony na piasku czerwoną farbą okrąg otoczony świecami i płatkami kwiatów. Była oszołomiona, strach gdzieś odpływał a pojawiło się podniecenie. Dźwięki i światło znacznie się wyostrzyły, domyśliła się, że napojono ją narkotykiem. Czuła się prawie tak, jak po ectasy, jednak doznania szybko zaczęły przewyższać wszystko, co do tej pory znała.

            Przestała opierać się negatywnym uczuciom i z zaciekawieniem rozejrzała się wokół. Przerażające obrazy, które zmusiły ją do paniki, teraz wydawały się przyjemną halucynacją i jako sen je postrzegała. Dziwny napar skutecznie wyłączył jej świadomość.

            Z prawej strony, nieco na uboczu siedziało przy bębnach pięciu chłopaków, nie mieli na sobie nic oprócz szortów, a całe ciało zdobiły kolorowe malunki – nic konkretnego, masa kresek, zawijasów, kółek i innych kształtów, które jednak układały się w pewną całość. Przypominali Indian podczas rytuałów i zawzięcie bili w instrumenty. Ogólnie Lily znalazła się w dziwnym, irracjonalnym miejscu. Nigdy nie przypuszczałaby, że w okolicznych lasach może istnieć coś takiego.

            Po prawej bębniarze, po lewej grupka młodych dziewczyn obwiązanych białym materiałem tak skromnie, że ledwie zakrywał pośladki i piersi. Miały rozpuszczone włosy i były bose, co upodabniało je do starożytnych boginek. W centrum polany płonęło wysokie na kilka metrów ognisko. Wokół ognia na puszystych poduszkach siedziało po turecku sześciu mężczyzn. Ubrani jedynie w jeansy i długie czarne peleryny z kapturami na głowach i karnawałowymi maskami na twarzach siedzieli nieruchomo wpatrzeni w płomienie. Ich torsy również zdobiły kolorowe malunki. W promieniu kilkunastu metrów w równych odstępach ustawione były szałasy zrobione z gałęzi świerkowych. Intensywny zapach żywicy niósł się przyjemnie po okolicy i mieszał się z ziołowym wywarem i zapachem palonych polan. Wejścia do szałasów nie były zakryte, a pomiędzy każdym ustawiono kilkanaście świec, które w połączeniu z budowlami tworzyły jeden, wielki krąg, zamykając w nim wszystkich obecnych. Oprócz tych wzbudzających uwagę ludzi, na polanie zgromadzonych było kilkudziesięciu gapiów obojga płci, ci jednak ubrani byli w normalne jeansy i koszulki. Po lewej stronie, w oddali świeciły się dyskotekowe światełka i reflektory wozów, a głośna muzyka świadczyła o świetnej imprezie. Jednak działo się to jakby w innym świecie.

            Po kilku minutach, kiedy każda „boginka” i każdy z sześciu mężczyzn wypili z identycznego kubeczka jak Lily, śpiewy umilkły a bębny przycichły. Kobiety stanęły za siedziskami mężczyzn, po sześć za jednym. Ci powstali, a pierwszy z lewej wystąpił znacznie na przód, zbliżając się do dziewczyny, po czym zatrzymał się, w oczekiwaniu, kilka kroków od małego kręgu. Bębny ucichły. Mężczyzna odchrząknął i przemówił:

– Bracia i siostry! Zgromadziliśmy się tej pięknej, gwieździstej nocy, aby przyjąć do naszego bractwa nową członkinię! Zamierzamy powitać ją z wszelkimi godnościami i według odwiecznego rytuału naszych przodków! – Wokół rozległy się wiwaty, które umilkły, kiedy tylko mężczyzna uniósł dłoń. – Jakże brzmi twe miano o czcigodna Wstępująca w szeregi Czarnych Buntowników?]

– Lily – odparła, wybuchając śmiechem.

– Śmiech nie przystoi w tak doniosłej chwili siostro. Twe imię jest doprawdy zacne i jestem pewien, że niejednokrotnie przyniesie chwałę naszej sprawie. Jednakże w swej społeczności używamy pseudonimów, aby pozostać anonimowymi. Z racji szlachetnego pochodzenia twego imienia od dziś staniesz się Lilith, ku chwale Lilith pierwszej żony Adama. Czy przyjmujesz swe nowe imię i błogosławieństwo jej pierwotnej nosicielki? – Styl, w którym się wypowiadał, tak rozśmieszył dziewczynę, że nie była w stanie odpowiedzieć. – Siostro, zaklinam cię! Zachowaj powagę. Przyjmujesz ofiarowane przeze mnie imię?

– Tttt… Tak…

– Kapłanki i kapłani zbliżcie się, by przeprowadzić rytuał Wstąpienia.

            A więc kapłanki, nie boginie, przemknęło Lili przez myśl i ledwo zapanowała nad chichotem.

            Tymczasem wezwani stanęli wokół czerwonego kręgu, bębny rozbrzmiały na nowo i zaczęli ospale ruszać się w takt wybijanego rytmu. Z czasem apatyczne krążenie wokół przerodziło się w quasi erotyczny taniec. Ktoś z tłumu podał kapłankom butelki wina a kapłanom odpalone skręty. Taniec przyśpieszył, butelki i skręty przechodziły z rąk do rąk. Kobiety ocierały się o mężczyzn i czyniły dwuznaczne gesty, obmacywały i całowały towarzyszki. Lili stała osłupiała, nie mogąc skojarzyć, co też właściwie się dzieje i po co ona tutaj jest?

Nagle zauważyła, że jej krąg się zawęża.

Kapłanki zbliżały się do niej a mężczyźni podążali za nimi dotykając ich pośladków i jednocześnie rozpinając spodnie. Kobiety zaczęły obchodzić ją wkoło, coraz szybciej i szybciej, tak że aż zakręciło jej się w głowie, co rusz jedna z nich dopadała Lili i całując ją w usta wdmuchiwała do jej gardła dym marihuany lub wlewała odrobinę wina. Było to obrzydliwe, ale działo się tak szybko, że nie miała na to żadnego wpływu.

            Trwało to w nieskończoność i Lily miała ogromną ochotę zwymiotować na napastujące ją dziewczyny. Wyobrażała sobie ich zdziwione i wykrzywione obrzydzeniem miny. Wybuchła szaleńczym śmiechem. Kapłanki odsunęły się na znaczną odległość.

            Czyżbym je przegoniła? Pomyślała.

Opuszki satysfakcji mile połechtały jej duszę, lecz zorientowała się, że to nie ona stanowiła powód ich odsunięcia. Kobiety utworzyły koło, zdarły z siebie szaty i chwyciły się za ręce.

            Ich nagie ciała błyszczały w blasku płomieni. W oddali krzyknął puszczyk, z drugiej strony rozległ się stłumiony grzmot. Zza kobiet wyszła szóstka zakapturzonych mężczyzn z zupełnie nagimi, sterczącymi przyrodzeniami. Zbliżali się do Lili. Chciała uciec, ale zaburzona narkotykiem zdolność reakcji sprawiła, że nie zdążyła.

            Kapłani otoczyli ją, krąg się zacieśnił, nie mogła wykonać żadnego ruchu. Kontem oka dostrzegła błysk stali… Czuła jak pot wstępuje jej na czoło, zamknęła oczy, pogodzona ze smutnym końcem. Poczucie winy nie dawało jej spokoju. Dlaczego tu przyjechała?

            – Bracia i siostry! – rozbrzmiał basowy głos. – Nadeszła ta chwila! Oto owa niewinna owieczka, namaszczona krwią ku chwale Lilith pierwszej żony Adama, stanie się wilkiem! I będzie polować, jak wszyscy tu zgromadzeni! Polować na ludzi, którzy uważają się za godnych, by stanowić prawo wbrew woli ludu! Polować na bożych pomazańców niegodnych nosić kapłańskich szat! O! Zbliżcie się kapłani, by podzielić krew waszą ze Wstępującą i złożyć ofiarę mocom silniejszym od nas!

Lily poczuła dotyk na ramieniu, niechętnie otworzyła oczy. Obok niej stała jedna z kapłanek.

– Nie obawiaj się siostro! Rytuał Wstąpienia, którego dostąpiłaś, jest wielkim wyróżnieniem. Nie każdy ma prawo zostać członkiem Czarnych Buntowników. Miej oczy szeroko otwarte, by nie umknęła ci żadna sekunda tego doniosłego wydarzenia.

– Mam patrzeć na własną śmierć?

– O głupia! To nie śmierć, to ponowne narodziny! – rzekła tajemniczo i odsunęła się w cień.

            Kapłani wyciągnęli przed siebie odwróconą w niebo lewą dłoń. Przywódca pewnym ruchem przeciągnął ostrzem po wnętrzu swojej, zaciskając mocno zęby, żeby nie okazać słabości reakcją na ból. Następnie przekazał nóż sąsiadowi z lewej. Sam zaś umoczył palec wskazujący i serdeczny prawej dłoni w głębokiej ranie, po czym przeciągnął nimi wzdłuż czoła.

            Pozostali uczynili podobnie. Kiedy ostrze wróciło do właściciela, ten zamiast je schować, zrobił krok do przodu i nim Lily zdążyła się zorientować rozciął jej bluzkę. Najbliżej stojący od razu chwycili strzępy materiału, całkowicie go z niej zdzierając.

– Chwila! Co wy…

Nie dokończyła. Kobiece ręce przycisnęły do jej ust kubeczek. Zmuszona, wypiła wszystko.

– O chwalebna, Lilith! Wiedzieliśmy, że nadejdzie ten dzień, w którym obdarzysz łaskami wyznawców Twego Pana i zasilisz ich szeregi pod postacią niewinnej dziewczyny! Namaść duszę Wstępującej, dotknij ją Twą czcigodną dłonią!

            Wokół rozległy się niezrozumiałe śpiewy, układające się w złowieszczą mantrę. Lily doznawała coraz większych halucynacji i coraz bardziej traciła kontrolę nad własnym ciałem. Przestało ją cokolwiek obchodzić, skupiła się tylko na tym, by nie zemdleć.

            Kapłani nabierali własną krew na palce i malowali wzory na jej nagim brzuchu i dekolcie. Ktoś odpiął jej stanik, który bezwładnie spadł na ziemię. Inne ręce odpięły jej spodnie i zaczęły ściągać je w dół.

            Wokół kapłanki całowały się namiętnie, szaleńczo obmacując ciała partnerek. Nim się zorientowała była całkiem naga i umazana krwią od stóp do głów. Nie przeszkadzało jej to, była obojętna. Traktowała to, jako szczególnie złą halucynację.

– Siostro, by dopełnić rytuału, wybierz proszę spośród swych braci tego, któremu pragniesz oddać swe namaszczone ciało! Pozwól Lilith zawładnąć twą duszą, by stała się twoją duchową przewodniczką!

Tłum wokół niej rozstąpił się. Gapie przybliżyli się patrząc natarczywie w jej stronę, ponieważ każdy chciał, aby to jego wskazała.

– Dalej! Wybieraj!

            Kapłanka popchnęła ją do przodu i Lili nie do końca rozumiejąc, co ma zrobić podeszła do Kuby.

– Możemy już wracać do domu? – wyszeptała.

– Co mówi? Co?! – rozległy się głosy.

– Mówi, że wybrała mnie – odrzekł Kuba i poprowadził ją w stronę pierwszego z lewej szałasu.

            Ciągnięta przez ukochanego, Lili nie dostrzegła już, jak ludzie zaczęli łączyć się w pary i większe układy, jak całowali się, dotykali i symulowali kopulację. Niektórzy udawali się do szałasów. Większość jednak zostawała tam, gdzie stała lub odchodziła, by skryć się w cieniu drzew. W kilka minut cała polana wypełniła się nagimi, podnieconymi, młodymi ludźmi, którzy rzucali się na siebie jak zwierzęta.

Varia

Anna Kubik – Ode złego

156 Wyświetleń

Na mieście właściwie nigdy nie mówiono o Wsi. Starsi chcieli o niej zapomnieć, niektórzy mówili, że lepiej nie przyciągać zła gadaniem. Młodzież unikała tematu dziwnych kolegów ze szkoły. Dlatego też temat Wsi był zwykle starannie pomijany. Nie było to jednak takie proste. W XXI wieku, dobie komputerów i wszechobecnej kontroli wszyscy musieli być wpisani do ewidencji, a dzieci musiały zdobyć podstawowe wykształcenie. Dlatego też kontakty z mieszkańcami Wsi odbywały się regularnie, zwłaszcza, że było to najbliżej położone miasto.

Gdyby ktoś pokusił się o odnalezienie tego zakazanego miejsca, mógłby się zdziwić rezultatem tej wycieczki. Na pierwszy rzut oka nic nie wyróżniało Wsi od tysiąca innych, jej podobnych. Posesje były zadbane, chociaż biedne. Zwracała uwagę duża ilość młodych ludzi i dzieci, co już było nietypowe na wsi. Dopiero później pojawiał się niepokój. Czy wiązał on się z podobieństwem mieszkańców do siebie, czy uważną obserwacją – przybysze szybko uciekali w rozwinięte rejony, zostawiając za sobą Wieś, ukrytą wśród pól i lasów.

*

W redakcji gazety zwykle panowało miłe rozprężenie. Tylko raz w tygodniu, przed złożeniem gazety, musieli skupić się na pracy. Poza tym, o ile wykonywali swoje obowiązki, ich naczelna Aleksandra nie czepiała się. Dzisiaj jednak można było wyczuć nerwową atmosferę. Właściwie narastała ona od momentu, kiedy szef ich oddziału zadzwonił z informacją, że mają przyjąć gościa. Będzie on przez kilka dni pisał artykuł. Już sam pomysł, że ktoś spoza miasta mógł znaleźć interesujący temat, był śmieszny. Jedyne wydarzenia, które zwykle przyciągały media to wypadki, kataklizmy i katastrofy. Inna sprawa, że mogli po prostu wysłać szpiega, żeby zobaczyć, jak pracuje redakcja.

– Chyba nie ma w planach kogoś spektakularnie zabić? Bo moglibyśmy go uprzedzić – rzucił biurowy żartowniś, ale nie spotkał odzewu.

W końcu wybiła godzina dwunasta i punktualnie przez drzwi wszedł gość. Podszedł do kobiety z działu reklamy.

– Byłem umówiony z redaktor naczelną – powiedział.

Nim ktokolwiek się odezwał, Aleksandra wyszła ze swojego pokoju. Jej z trudem zdobyte opanowanie rozwiało się, kiedy zobaczyła, kto na nią czeka.

– Kamil?

Mężczyzna odwrócił się. Chociaż od ich spotkania upłynęło jakieś dwadzieścia lat, Aleksandra bez problemu poznała kolegę z klasy.

– Witaj, Olu – uśmiechnął się i podszedł, żeby ją ucałować.

Przez głowę Aleksandry przebiegło tysiąc myśli. Uśmiechnęła się z trudem, wskazując Kamilowi swój pokój. Kiedy weszli, zamknęła drzwi.

– Nie mów, że przyjechałeś tutaj przez… – zacięła się.

– Powiedz to, nie krępuj się – zachęcił ją Kamil, siadając przed biurkiem.

Aleksandra nie ruszyła się z miejsca.

– Chyba cię pojebało – powiedziała.

– Oj, nieładnie, pani redaktor. – Kamil zerknął na nią, ale jego uśmiech tym razem był bardziej wymuszony.

Aleksandra okrążyła biurko i usiadła na swoim krześle. Chyba wolałaby, żeby przysłali jej kogoś na zwiady.

– Zastanów się. Sam wiesz, jakie historie krążą o tym miejscu.

– Pięć lat temu zniknął kolejny chłopak, wiesz o tym?

Pokiwała głową, nie będąc w stanie odpowiedzieć. Przez kilka tygodni prawie nie spała, przewracając się z boku na bok.

– Policja umorzyła śledztwo – wyszeptała.

– Ale zapisała, że mimo dowodów są pewne poszlaki świadczące, że jednak nie wyjechał za granicę. Tak jak dziesięć i dwadzieścia lat temu.

– Masz dostęp do akt policyjnych? – Jej żyłka dziennikarska, która od dawna tkwiła
w marazmie, poczuła ożywienie.

– Mam dobrego znajomego… to nieistotne. Ważne jest to, że wszyscy mają wyjebane na te biedne dzieciaki, które znikają. Mogę zapalić?

Aleksandra drgnęła, słysząc pytanie i wyjęła popielniczkę z szuflady. Chociaż nie paliła już kilka lat, wyciągnęła bez słowa rękę w stronę paczki, ukrytej głęboko w szufladzie. To był dobry moment, żeby wrócić do nałogu. Wypaliła pół papierosa, nim odezwała się.

– Nikt nie wie, co tam się dzieje, i nikt nie chce wiedzieć. Pewnie dlatego, że oni sami nie chcieli pomocy.

Kamil siedział rozparty, trzymając dłoń nad popielniczką, ale nie zwiodła jej nonszalancka poza. Jego dłoń drżała tak, że co chwila spomiędzy palców spływały w dół drobinki popiołu.

– Nikt, poza Kasią.

Przeszył ją dreszcz. Kasia była chyba jedyną mieszkanką Wsi, z której nikt od początku się nie naśmiewał. W przeciwieństwie do pozostałych, przywożonych z nią do szkoły dzieciaków była radosna i ambitna. Różniła się też fizycznie. W każdej rodzinie we wsi przewijało się chociaż kilka cech, po których pozostała część szkoły od razu poznawała przybyszy z zakazanego miejsca. Niscy, dobrze zbudowani, ogorzali od słońca, mieli proste włosy w burym odcieniu i blade tęczówki. Ale nawet jeśli w jakiś sposób uchowali się od tych cech, łączyło ich zawsze jedno – zachowanie. Mieli w sobie pewien niepokój obserwowanej zwierzyny, która zjawia się na popas, cały czas pilnując, czy w pobliżu nie ma drapieżnika. Szybko przylgnęła do nich etykietka dzikusów i od wielu lat nie zwracano się do nich inaczej. Nie reagowali na szykany czy ataki – ich obojętność, a nawet pogarda wobec oprawców w końcu odstraszały i budziły lęk.

Kasia była inna. Wysoka i eteryczna, nosiła w sobie cechy nieznanego ojca z miasta. Jako jedyna ze Wsi chciała iść na studia. I była bez pamięci zakochana w swoim chłopaku, który teraz siedział naprzeciw Aleksandry.

– Nie pomoże ci grzebanie w przeszłości.

– Wierzyłaś kiedykolwiek, że wyjechała beze mnie?

Aleksandra zamilkła. Kasia zniknęła tuż po poniedziałkowych zajęciach. Kamil wtedy oszalał. Nie wierzył w zapewnienia matki Kasi, że nie chciała go zranić swoim samodzielnym wyjazdem. List pozostawiony przez nią uważał za sfałszowany.

Aleksandra właściwie bez zastrzeżeń słuchała zapewnień policji, że Kasia postanowiła uciec za granicę. Niemniej jednak plotki o Wsi przybrały na sile. O tajemniczych wyjazdach, powtarzających się cyklicznie, plotkowano przez kilka miesięcy, po czym za każdym razem dyskusje ucichały. A Kamil, przynajmniej według jej wiedzy, od chwili ukończenia szkoły nie pojawił się w mieście.

– Co powiedziałeś swojemu redaktorowi?

– Jakieś pierdoły o wyjątkowych obchodach Bożego Narodzenia w tych stronach.

– I to właśnie powinieneś napisać. Nie wracaj do tamtego tematu.

– Dzisiaj jest siedemnasty.

Aleksandra patrzyła na niego przez moment, próbując nadążyć za jego myślami.

– W piątek będzie dwudziesty pierwszy – dodał Kamil.

Dwudziestego pierwszego grudnia zniknęła Kasia.

– Przestań! Nie wrócisz jej życia! – Po raz pierwszy podniosła głos.

Odpaliła następnego papierosa, żeby się uspokoić. Kamil dołączył do niej i pozwolił jej się wyciszyć. Jego desperacja przerażała ją.

– Muszę chociaż spróbować – powiedział cicho. – Jeśli coś się dzieje, coś robią tym dzieciakom, to chcę jakoś pomóc.

Aleksandra popatrzyła na niego.

– Postaraj się nie wkroczyć tam z płonącym mieczem w dłoni, co? Nawet, jeśli nie jestem twoim szefem, to będę musiała się przed nim tłumaczyć.

Kamil uśmiechnął się.

– Dlatego właśnie zacznę od działania pod przykrywką. Może przy okazji naprawdę napiszę artykuł o choinkach?

*

Święta już wisiały w powietrzu. Wydawało się, że mimo pojawienia się ozdób świątecznych na początku listopada nie udało się zabić w ludziach ducha Bożego Narodzenia. Kolędy wybrzmiewały od rana, dlatego też Aleksandra postanowiła ograniczyć pracę w redakcji do minimum. Raz, że praca i tak szła kiepsko, a dwa – ona sama nie była w nastroju.

Od momentu przyjazdu Kamila była kłębkiem nerwów. Znów wróciła do palenia, i to z taką intensywnością, że zapewne skróciła sobie życie o dekadę. Przestała sypiać. Oczywiście, że martwiła się o niego. Nie myślał logicznie, a żal nagromadzony przez lata tylko pogarszał sprawę. Nie wierzyła, by udało jej się namówić go do zmiany zdania. Nie miała na niego żadnego wpływu. Nawet w liceum, chociaż zbliżyła ich do siebie strata Kasi i podobne zainteresowania, zostali po prostu dobrymi znajomymi. Oboje byli zbyt niezależni i właściwie Aleksandra rozumiała Kamila. Gdyby nie to, że ułożyła sobie tutaj życie, mogłaby dołączyć do niego i później wyjechać, nawet zostawiając za sobą bałagan.

 Wiedziała jednak, że to tylko marna wymówka. Tak naprawdę nie chciała się zagłębiać w tę sprawę. Czy Kasia była martwa, czy naprawdę prowadziła szalone życie za granicą – Aleksandra czuła, że teraz żadna z odpowiedzi by jej nie zaspokoiła w pełni. Zawsze zostawałaby ta niepewność, czy to na pewno prawda.

Zarządziła zakończenie pracy. Wszyscy szybko się zbierali, życząc sobie głośno nawzajem samych cudownych rzeczy. Aleksandra została sama. Stanęła przy oknie, podziwiając coraz ciemniejsze niebo.

Najkrótszy dzień w roku miał w sobie piękno. Już jutro dzień będzie odrobinę dłuższy, pojutrze dojdzie kolejna chwila, i niepostrzeżenie światło zwycięży nad ciemnością. Dzisiaj jednak, tuż przed zapadnięciem zmroku tak wcześnie, czuło się triumf najdłuższej nocy tego roku. I świadomość tego faktu potęgowała niepokój, który odczuwała.

Zaskrzypiały drzwi. Aleksandra obejrzała się na drzwi. W progu stał Kamil, spoglądając na nią bez słowa.

– Chyba miałeś pracowity tydzień – powiedziała w końcu i ruszyła w stronę biurka. Siadając, odpaliła kolejnego papierosa.

Żaden z kolegów nie skomentował nasilającego się smrodu dymu z jej pokoju, chociaż była pewna, że im przeszkadza. Pewnie bali się odezwać.

– Byłem pewnie uważnie obserwowany.

– Zadzwoniło do mnie, co najmniej kilkanaście oburzonych osób z miasta. Większość chciała, żebym cię wywiozła na taczce.

– Niektórzy próbowali.

– Dobrze, że w bloku ciężko o taczkę.

Kamil parsknął, również odpalając papierosa. Wyglądał okropnie. Podkrążone oczy i blada twarz oraz pomięte ubranie nie pozostawiały wiele do myślenia.

– Twoja mama też nie chciała gadać.

– Nie. Jak zacząłem naciskać, to nawrzeszczała na mnie, jakbym nadal był w szkole. A jak powiedziałem, że pojechałem do Wsi pytać o Kasię, to mnie wyrzuciła z domu. Spałem dzisiaj w samochodzie.

Aleksandra wzdrygnęła się.

– Chyba chcesz zamarznąć. Dzisiaj masz przenocować u mnie.

– Twój mąż nie będzie miał nic przeciwko temu?

– Nie mam męża.

Zapadła cisza, a napięcie między nimi wzrosło. Mogła go teraz pocałować, zabrać do domu, spędzić wspólnie noc. Być może udałoby im się zbudować jakąś parodię związku i zapomnieć – na pewien czas – o jedynej łączącej ich sprawie. Ale jeśli nawet odwlekliby w czasie nieuniknione, cień Kasi i tak w końcu wypełzłby z jakiegoś zapomnianego zakamarka.

A może i ona miała dość. Może w końcu czas się do tego przyznać – chciała dotrzeć do sedna tej sprawy, która nurtowała ją od dwudziestu lat, zajmowała jej myśli i co roku, tuż przed świętami, zapewniała jej bezsenność.

Dlatego też nic nie zrobiła. Pozwoliła opaść napięciu i odepchnęła myśli o możliwym szczęściu, nawet krótkotrwałym. Spojrzała w oczy Kamila i była pewna, że i on wiedział, co teraz muszą zrobić. Teraz – nie za kolejne pięć lat.

Wstała i ruszyła do drzwi. Kamil podniósł się z krzesła i ruszył za nią bez słowa.

*

Zwłoki były lekko zamarznięte, ale można było mniej więcej ocenić czas zgonu. Śnieg zaczął sypać w sobotę wczesnym rankiem, więc z pewnością ciało leżało tu, co najmniej dobę. Na pewno nie było dłużej, bo sam komendant widział w piątek redaktorkę z tym gościem, jak wychodziła z pracy. Przyglądał się przez moment pracy techników i ruszył w stronę gapiów. W przypadku wypadków dobrze działała metoda „rzuć pytaniem”, by szybko znaleźć kilka źródeł informacji godnych przepytania. Był pewien, że tak krwisty kąsek jak morderstwo da znacznie więcej chętnych świadków do opowiadania.

Było już tam dwóch policjantów, którzy głównie strzegli porządku. Chociaż większość  rozumiała takie stwierdzenia jak „miejsce zbrodni” i „niszczenie dowodów”, dla niektórych pokusa spojrzenia na martwego człowieka była nieodparta. Teraz jednak wydawało się, że nikt nie chce nawet zerknąć. Wszyscy stali w ciszy i obserwowali pracę policji. Byli wręcz zbyt spokojni, co samo w sobie było podejrzane. Kiedy jednak komendant podszedł, z tłumu ktoś się odezwał.

– To pewnie ten facet ją zabił.

Wprawne oko komendanta wyłowiło postać w tłumie.

– A pan to kto?

Przed zgromadzonych wyszedł niski, starszy mężczyzna.

– Wiesław Kowal. Jestem sołtysem – wyciągnął rękę.

–Jan Marczuk. – Uścisnął mocną, spracowaną dłoń. – Widział pan coś?

– No widziałem. Kręci się tu taki jeden. Od tygodnia łazi po wsi, w mieście moich ludzi zaczepia.

– Zna go pan?

– Znałem, jak miałem nie znać. Kolega mojej wnuczki Kasi ze szkoły, wie pan, tej, co wyjechała.

Komendant pokiwał głową. Teraz udało mu się skojarzyć twarz mężczyzny, z którym wychodziła redaktorka. To musiał być ten młody, który dwadzieścia lat temu szalał, bo go dziewczyna zostawiła.

– Co tu robił?

– Wymyślił, że Kasia na pewno nie uciekła. Przypomniało mu się, po dwudziestu latach. Jakby nie było wystarczająco źle, że wnuczka o nas zapomniała.

– Zapomniała o was? – Komendant zwietrzył trop.

– Ano tak to jest. Co się będzie do wsi przyznawać. Matka była parę razy, parę dzieciaków ściągnęła i zapomniała, skąd pochodzi. Nie pisze już kilka lat.

– Ma pan jej ostatni adres? Może uda nam się ją zlokalizować swoimi kanałami, zwłaszcza że jej kolega mógł ją odnaleźć.

W oczach Kowala przez ułamek sekundy błysnął niepokój, ale szybko się opanował.

– Zapytam jej matki, może coś będzie wiedziała.

– Dobrze, proszę powiedzieć, co robił tutaj ten człowiek.

– No mówię, że łaził po wsi. Pytał o Kaśkę, co się wtedy działo, jak niby zniknęła. W końcu musieliśmy go trochę postraszyć i do piątku się nie zjawił.

– Postraszyć?

– Nic mu nie robiliśmy! Pogroziliśmy tylko.

– A co się działo w piątek?

– Powiedziałem ludziom, że jak go zobaczą, to nic nie gadać, tylko siedzieć w domu. No i w piątek tu przyjechał, z tą elegancką kobitką. Trochę pokręcili się po wsi, ale jak ludzie się pochowali, to nie mieli nic do roboty. I się zaczęli kłócić. Że to był jego głupi pomysł, że nikogo tu nie ma i tylko tracą czas. W końcu wsiedli do auta i pojechali.

Marczuk obserwował w czasie rozmowy ludzi stojących obok policjantów. Większość kiwała głowami, niektórzy przytaczali sytuacje ze spotkania z mężczyzną, inni rzucali inwektywami. To wszystko zdawało się być jednak tylko wyreżyserowanym tłem dla głównego mówcy. Ktoś dobrze przygotował tych ludzi.

Komendant przetarł oczy. Chyba wpadał w paranoję przez to morderstwo. W takich miejscach jak ich miasto, a tym bardziej ta wieś nikt nie podrzyna gardła z powodu kłótni. To musiało źle wpływać na jego osąd.

– Panie komendancie? – Zbliżył się jeden z techników. – Możemy już tutaj skończyć.

Marczuk pokiwał głową.

– Zbierajcie to wszystko. A pana – zwrócił się do Kowala – i tych z państwa, którzy rozmawiali z tym człowiekiem, zapraszam na komendę w celu złożenia wyjaśnień.

*

Noc wigilijna była cicha i spokojna. Mróz, śnieg czy też potrzeby wiary zamknęły wszystkich w domach. Nie było nikogo, kto widziałby nadzwyczajne poruszenie w lesie.

Mimo późnej pory i panującej ciemności wciąż było słychać kroki ludzkie. Niewiele osób niosło światło, przez co wyostrzony słuch lepiej wyłapywał dźwięki. Dlatego też, kiedy pojawiła się kilkuosobowa grupa, ich rozmowa mogła być słyszana z daleka.

Gdyby tylko ktoś podsłuchiwał.

– Nie powinniśmy w ogóle tutaj policji wpuszczać. Raz, że zabrali ciało i ofiara nie była pełna, dwa – po co ich w to mieszać. – mówił mężczyzna.

– Przestań. To i tak więcej niż zwykle. – odpowiedział mu inny.

– Ale nadal to źle. I ten policjant patrzył się tak…

– Nic nie zrobią. – W ciemności rozległ się głos Kowala. – słyszałem na komisariacie, że mają list gończy za tym tutaj wystawić.

Zapadła cisza. Większość chyba nadal miała wątpliwości, bo Kowal znów się odezwał.

– Musieliśmy tak zrobić. Gdyby zniknęli we dwójkę, to by zaczęli tu szukać, bo łaził przecież po wsi i pewnie w mieście też wypytywał. To lepiej, że uważają go za psychicznego, niż że nagle uciekli. We dwoje, po dwudziestu latach bez gadania i spotkań.

– Ale trzeba będzie to szybko załatwić. I tak już jest późno.

– To będzie ofiara dla słońca. I na dobre plony.

–A Zły…

– Dostał już swoją, podwójną – zniecierpliwił się Kowal. – Odprawimy modły i zajmiemy się ciałem.

Pojawiły się światła i ukazały całą grupę. Na przedzie szedł Kowal, a za nim kilkoro innych mieszkańców Wsi. Stanęli na niewielkiej polanie, rozświetlonej kilkoma przysłoniętymi lampami. Zgromadziło się już kilkanaście osób, a z różnych stron wciąż nadchodziły następne. Wyglądało na to, że zjawi się tutaj cała wieś.

Sołtys ruszył na drugą stronę polany, kiwając głową do niektórych i witając się z innymi. Po drugiej stronie polany pochylił się i przez moment badał podłoże. W końcu pociągnął za niewidoczną do tej pory rączkę i otworzył właz. W nikłym świetle ukazało się zejście w dół.

Kowal wyjął z kieszeni latarkę i ruszył po drabinie. Rozświetlił pomieszczenie, kiedy tylko stanął na dole. Odgłosy ludzi zebranych w górze ucichły. Przesunął pasmo światła wzdłuż ściany, aż trafił na skuloną postać.

– Teraz moja kolej, co? – Zachrypniętego głosu w żaden sposób nie dało się skojarzyć z mężczyzną, który tydzień temu stanął w drzwiach redakcji, żeby porozmawiać z Aleksandrą.

– Za chwilę – odpowiedział Kowal.

– Przez blisko dwadzieścia lat zastanawiałem się, co się wtedy stało. Byłem pewien, że to przeze mnie. Może, gdybym nie rozmawiał z Kasią o wyjeździe, to wciąż by żyła.

– Ale nie przeżyła. Została wybrana na ofiarę błagalną.

– Czyli to wszystko? Kim wy jesteście? Poganami? Komu składacie ofiarę?

Kowal uśmiechnął się i usiadł na porzuconej skrzynce.

– Wierzymy w Boga, oczywiście. Ale przecież w Piśmie Świętym są składane ofiary.

– Ale nie z ludzi!

Kowal nie odpowiedział. Kamil zaczął się mu przyglądać.

– Dlaczego akurat Kasia? Bo się różniła? – zapytał w końcu.

– Została wybrana.

– Ale kto wybiera?

Przez twarz Kowala przemknął dziwny cień.

– Bóg obdarzył mnie przekleństwem widzenia.

– I myślisz, że ci uwierzę, że Bóg tak dogodnie wybrał jedyną osobę, która ci się sprzeciwiała? Która chciała uciec? Możesz wciskać ten kit tym idiotom u góry, ale mi tego nie wmówisz. Powiedz prawdę!

Rozkazujący ton Kamila wyraźnie zdenerwował Kowala, ale ten wciąż milczał. Kamil był pewien, że zaraz zginie, ale przed śmiercią chciał w końcu poznać prawdę.

– A może to dlatego, że nagle ci się spodobała, co? W końcu była ładniejsza od tych waszych dzieci z chowu wsobnego.

– Ty nic nie rozumiesz! Ona nie miała być ofiarą! Ona miała pomóc oczyścić krew! Ale wszystko zepsułeś!

Kamil poczuł ulgę. Ton Kowala nie pozostawiał wątpliwości – nosił to w sobie wystarczająco długo i musiał to z siebie wyrzucić.

– Czyli jednak to twoja decyzja, tak?

Przez moment bał się, że przesadził, bo nawet w słabym świetle latarki widać było, że Kowal poczerwieniał. W końcu jednak odezwał się.

– Pan nas naucza – nie wódź na pokuszenie i zbaw ode złego. Odkąd pamiętam, mój ojciec, dziadek, pradziadek przewodzili tym duszom i chronili je przed Złym. Poświęcaliśmy mu ofiarę, a on nas zostawiał. Bóg nas chronił przed pokusami. Ale ludzie je odczuwali. Musieliśmy im pokazać, że za złe zachowanie nie ma nagrody. A złoczyńców trzeba karać.

Kowal zrobił pauzę. Chyba mówił to po raz pierwszy i chociaż Kamil chciał przerwać,
z chorym zafascynowaniem słuchał dalej.

– Wiedziałem, że czasem rodzina jest za bliska na małżeństwo, dlatego niektóre panny musiały starać się o dzieciaka z kimś spoza wsi. Żeby tych głupich dzieci nie było aż tak dużo. No i moja córka też postanowiła poświęcić się dla nas. I przywiozła Kasię. Ale ona, zamiast zrozumieć, jak tu jest potrzebna, chciała uciec, iść na policję. Nazwała nas dzikusami. Musieliśmy ją złożyć w ofierze.

Do tego momentu historii Kamil był pewien, że to Kowal sam podjął decyzję. Teraz jednak zrozumiał, że i matka brała w tym udział.

– Ile niewinnych dzieciaków zabiłeś w ten sposób? Co było ich winą? Że chcieli stąd uciec?

Kowal popatrzył na Kamila rozgorączkowanymi oczami.

– Pokusa to też grzech. A pokusa ucieczki od rodziny najcięższy.

Kamil w końcu zrozumiał, czym była ta pokrętna logika. Jego rozmówca był po prostu szalony. Szaleństwo tkwiło w jego wychowaniu, genach i otoczeniu. Zarażał tą chorą ideą pozostałych, i to właściwie pod nosem innych ludzi, bez żadnego zawahania i wstydu, z taką beztroską, jak gdyby przyłapanie na mordowaniu ludzi było w jego przypadku niemożliwe.

– Kiedyś w końcu zostaniesz złapany – powiedział w końcu Kamil.

– Tak. Ale ty tego nie dokonasz. Dzięki tobie będziemy mieć wspaniałe plony w przyszłym roku.

Kowal podszedł do zakładnika i postawił go na ziemię. Podeszli razem do drabiny.

– Ruszaj. U góry czeka zbawienie.

Varia

Tymoteusz Czyż – Transport

280 Wyświetleń

Migające gwiazdy płynęły powoli za oknem. Wielkie obłoki pyłu, gazowe olbrzymy i niebiesko-zielone kule tak bardzo przypominające Ojczyznę, wszystkie te cuda po pewnym czasie brzydły, stawały się szarą codziennością podróży. Mozolnie zbliżali się do wrót przesyłowych zlokalizowanych na krańcu sektora. Dalej czekała ich procedura zakotwiczenia i zostaną wysłani na drugi brzeg galaktyki, prosto do układu w zewnętrznym ramieniu drogi mlecznej.

– Sprawdźcie chipy blokujące sczytywanie myśli – powiedziała do węzła radiowego.

Kapitańska czapka była przejawem archaicznej tradycji, ale według niej dodawała autorytetu. Poprawiła ją, tak, aby opadała na oczy, musiała zażyć trochę snu przed odprawą.

Oby wszystko przebiegło pomyślenie, pomyślała.

– Pani kapitan! – zawołał AX002.

Jak na mieszańca był całkiem przystojny, blizny po ataku robali jedynie dodawały mu męskości. Lubiła go, możliwe, że nawet za bardzo.

– Co się stało drugi? – zapytała.

– Mamy nadchodzące połączenie z centrali Pierwszych – powiedział wyraźnie drżącym głosem.

Pierwsi zwiastowali jedynie kłopoty. Czyżby wiedzieli o prawdziwych powodach ich misji?

– Przetrzymaj na łączach ile się da, potrzebuję trochę czasu. – Wyciągnęła okablowanie z portu i wsadziła w gniazda na przegubach rąk. Skanowanie zapór zakończyło się sukcesem, szyfrowanie protokołów działało należycie, była gotowa.

– Daj ich tutaj! – krzyknęła.

Czerń przedniej szyby zamigotała graficznymi artefaktami, po chwili szare drobinki materii wypełniły obraz, była to neutralna postać Pierwszych. W tle znajdowało się typowe biuro urzędnika średniego szczebla. Zaawansowane, krystaliczne monitory, procesory i dyski warte tyle, co jej cały statek. Nawet znalazło się miejsce na zieloną roślinkę, niewiadomego gatunku. Prawdziwe luksusy, jak na tę część galaktyki.

Szara materia zmieniła kolor na złoty i przybrała wygląd trójwymiarowego modelu typowego obywatela Ojczyzny. Po chwili czujniki wyłapały, że kapitan była kobietą i zmieniły płeć konsultanta na odpowiadającą.

– Nazywam się Axis i jestem państwa przewodniczką w procesie dokowania. Dla podwyższenia standardów rozmowa jest monitorowana przez zewnętrznego obserwatora z ministerstwa sieci i transportu. Na pierwszym miejscu stawiamy państwa komfort! –uśmiechnięta od ucha do ucha „kobieta” zastukała parę razy w ciekłokrystaliczny panel na biurku i ekrany pokładowe wyświetliły ankietę satysfakcji z przelotu. – Proszę o wypełnienie ankiety, to zajmie dosłownie chwileczkę, a ja w tym czasie przeskanuje komputer i dane transportowe.

Wyświetlacz zamigotał i ankieta wypełniła całą przestrzeń, świecąc jaskraworóżowymi literami.

Konsultantka zniknęła, ale czujniki zapór zareagowały natychmiast na obecność obcego kodu. Standardowe zabezpieczenia ustąpiły natychmiast po podaniu klucza. Kapitan miała nadzieję, że dodatkowe oprogramowanie nie podda się tak łatwo i urzędniczka nie zauważy niezgodności w systemie. Nawet nie chciała myśleć, co mogło się stać, gdyby cały spisek wyszedł na jaw.

Zauważyła, że AX002 stał cały czas na mostku, on też obserwował w napięciu niby rutynową kontrolę. Kłopoty zawsze zaczynały się od nadgorliwego urzędasa, chcącego zaimponować szefostwu.

– Mamy drobne nieścisłości, proszę przywołać załogantów: AC001, AC003, AX001. Podejrzewamy przemyt drobnoskalowy.

Głos wydobył się z głośników, ale twarz nie powróciła na wyświetlacze.

Kapitan zaklęła w duchu i nacisnęła przełącznik węzła radiowego. Trzymała spocony palec na przełączniku szyfrującym wiadomości wewnętrzne.

– AC jeden i trzy, AX jeden, proszeni są na mostek w trybie natychmiastowym – włączyła szyfrowanie transmisji – zabierzcie ze sobą kondensatory, mamy ogon.

Rozłączyła się jak najszybciej.

Czy wyłapała dziwne szumy na końcu transmisji? Czy w ogóle słuchała?

Po paru minutach na mostek weszli dwaj mężczyźni z ciężką czarną skrzynką i kobieta niosąca całe naręcze kabli. Rozstawili urządzenie na podłodze, nie zamieniając ani słowa. Szybko podpięli kondensatory do gniazd nadających sygnał w kosmos i przekręcili pokrętło. Lampki zaświeciły się na zielono i pokazały pełną moc. Jeżeli suka będzie podskakiwać, usmażą ją jednym przyciskiem.

– Załoganci kursu „ramię krzyża / ramię zewnętrzne, o numerze A140098”, dane załadunkowe kajut, nie zgadzają się z aktualnym obciążeniem znajdującym się w pomieszczeniach mieszkalnych, jak to możliwe?

Złota trójwymiarowa kukła powróciła na ekran. Tym razem nie uśmiechała się, pozostając bez wyrazu.

Kapitan zaczynała rozumieć, dlaczego Pierwsi tak często występowali w thrillerach. Potrafili zbudować napięcie jak nikt inny.

AC001 i 003 zarumienili się wyraźnie. Nie potrafili ukrywać swoich emocji, byli dla Pierwszej łatwym kąskiem.

– Bo my śpimy razem, dlatego obciążenia się nie zgadzają – powiedział mężczyzna z numerem 001 na mundurze i spurpurowiał cały.

Kobieta przytaknęła pośpiesznie. Pierwsza powoli zamrugała, musiała szukać czegoś w bazie danych, jej gatunek nie rozumiał rozmnażania jako procesu wymagającego udziału gonad.

– Rozumiem zaistniałą sytuację.

Starała się utrzymać profesjonalizm, ale widać było lekko drgający ironiczny uśmieszek.

Pewnie myśli teraz o nas, jako brudnych, spoconych zwierzętach, pomyślała kapitan.

– A załogant AX001? – wróciła do tematu – też uczestniczy w tym procederze?

– Nie – odpowiedział AX001 i zaczął nerwowo skubać kozią bródkę. – To moja hodowla zieleniny.

– A jaki gatunek jest tam dokładnie hodowany?

Axis zbliżyła się do kamery i chip na szyi AX001 włączył żółty alarm. Ciche pikanie wypełniło mostek.

Dobrze, że kazałam założyć te chipy, jeden tyłek uratowany przed sczytaniem.

– P-pietruszka – wyjąkał.

– Pietruszka – powtórzyła.

– Tak, chociaż tyle smaku można dodać do tych wszystkich przecierów z tubki i kurczaka z torebki – dodał dużo pewniej.

– Hodowla dla walorów smakowych. Proszę to odnotować w kartotece załoganta, przy bramie zostanie pan ukarany grzywną w ilości trzech procent pańskiej wypłaty. Nielegalne hodowanie gatunków zielonych bez zezwolenia, czy chce się pan odwołać, czy też przyjmuje nałożoną karę?

Na ekranie pojawił się zapis z kodeksu prawa przesyłowego.

–Przyjmuję. – Opuścił ręce w geście zrezygnowania.

– Zatem kontrola dobiega końca, dziękuję za współpracę, miłego lotu – wygłosiła formułkę pożegnalną.

Kapitan odetchnęła z ulgą, wszyscy wezwani załoganci zbierali się do wyjścia.

– A no tak, zapomniałabym o najważniejszym – dodała i światła na całym statku zgasły.

Kapitan rzuciła się do kondensatora, czerwony przycisk był na wyciągnięcie ręki.

Rozległ się huk wystrzału. Kapitan poczuła szarpnięcie w okolicy ramienia i w następnej sekundzie ostry ból z miejsca, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się jej ręka, a teraz zwisał krwawy ochłap.

Co do groma? Zdążyła pomyśleć.

AX002 mierzył do niej z pistoletu, oczy miał puste, po twarzy przebiegał nienaturalny skurcz. Pozostali padli na ziemię w ataku padaczki.

– Zostaw ich! – wykrzyknęła.

– To powiedz mi łaskawie co to takiego – na ekranie pojawił się schematyczny obraz magazynu, a w nim podświetlona na czerwono ukryta przesyłka. – Co jest w tym ładunku?

– Nie wiem! – zawołała.

– Zła odpowiedź. – Pierwsza zaśmiała się.

AX002 chwycił ją za włosy i uderzył głową o konsoletę. Chciała się wyrwać, ale z każdą chwilą było coraz zimniej i ciemniej. Powoli traciła przytomność. Wyciągnął kabel z centrali i odbezpieczył jej gniazda na karku.

– Nie rób tego!

– On ciebie nie słyszy, na godzinę przed transmisją złamałam jego zabezpieczenia i wszystko przeskanowałam. Ty możesz mieć najnowocześniejsze zapory, ale twoi załoganci niekoniecznie. Myślałaś, że zwykły chip mnie powstrzyma?

– Cholera, wysłali za nami przeklętego architekta myśli.

– Zgadza się, ktoś was wystawił, prosto w szpony naszego konsorcjum.

Wtyczka dosięgnęła wejścia i poczuła tylko zimne ukłucie podłączenia do sieci. Świat zawirował i wylądowała pośród niebieskiej toni wielkiego oceanu danych. Piękna wizualizacja na chwilę otumaniła zmysły.

Muszę uciekać, dotarło do niej.

Stąd nie ma ucieczki. Mam pełen dostęp do twoich wspomnień, nie masz gdzie się schować, usłyszała w głowie głos Axis.

Przed oczami zaświeciły plany bomby wodorowej, którą transportowali do bojówki bractwa zjednoczonych.

Wszystko stracone, pomyślała. Chcieli walczyć z inwigilacją, a dali się złapać jak dzieci.

Nie rozpaczaj. Na chwilę pożyczę twoją tożsamość i dostarczycie bombę na miejsce. Podejrzewam, że nawet cały plan ze zniszczeniem planety-garnizonu wypali. Z jedną drobną rysą. Mój zleceniodawca zyska dostęp do waszych baz danych, a ja zasłużę sobie na urlop. Myślałam nad wycieczką do tropików, zobaczyć wielkie zimnokrwiste jaszczurki. Najlepiej w jakimś totalnie zapomnianym świecie.

Poczuła jak wirusy Pierwszej, spychają jej świadomość, rozbierając dane z całego życia na ciągi impulsów elektrycznych. Zniknęło wspomnienie o AX002 i rodzącym się uczuciu. Zapomniała jak wyglądała Ojczyzna, zapomniała dlaczego chciała walczyć za wolność. Powoli stawała się zupełnie pusta.

***

– Pani kapitan! – zawołał AB004. – Mieliśmy tymczasową awarię generatorów, wszystko dobrze?

– Tak AB, niespodziewana kontrola z konsorcjum przesyłowego, ale przeszliśmy ją pomyślnie – odpowiedziała.

Mężczyzna popatrzył na zestaw regeneracyjny i zakrwawioną dłoń kapitan. Później dostrzegł leżące ciało AX002.

– Nie przejmuj się, mieliśmy zdrajcę na pokładzie, ale kondensatory zadziałały. Nie powinno być dalszych problemów, jednak pozostańcie czujni. No i powiadom skrzydło szpitalne, niech zajmą się tymi, których Pierwsza ugotowała, może coś jeszcze z nich będzie. Tylko szybko.

– Tak jest! – zawołał i odmaszerował do pośpiesznie do jednostki komunikacyjnej.

Sprawdziła wszystkie podzespoły, wirusy przejmujące kontrolę nad statkiem nic nie uszkodziły. Rozsiadła się wygodnie na kapitańskim fotelu i włączyła wyszukiwarkę.

„Biura podróży, wakacje w tropikach” wpisała.

Varia

Dariusz Bednarczyk – Smocze Opowieści

216 Wyświetleń

Nie ma dyngusa bez smoków

O tempora, o mores! Tradycja w narodzie całkiem upadła. Kto kiedyś słyszał, żeby w lany poniedziałek było pusto na ulicach? Jak kraj długi i szeroki woda lała się strumieniami, a prawdziwe bitwy wodne ciągnęły aż do obiadu i to zasadniczo bez względu na pogodę. Tymczasem nowe, wygodnickie pokolenia jawnie odcięły się od spuścizny pokoleń, za nic mając imperatyw przodków. Ulice wyludnione, podwórka puste, znikąd bojowych zawołań czy okrzyków zmoczonych do ostatniej nitki, na lekarstwo triumfalnych śmiechów, że o tupocie naprędce utworzonych wodnych zastępów nawet nie wspomnieć. Nic. Cisza, nędza i martwota, słowiański duch w narodzie całkiem zamarł. Zostały jeno społecznościówki.

Jak nic kwestia śmigusa- dyngusa bezpowrotnie niczym kujawskie przywoływanki zeszłaby do archiwum, gdyby nie rezolutne zielone smoki, które na powrót wskrzesiły tę chwalebną tradycję, przy okazji wyciągając w wielkanocny poniedziałek na dwór rzesze niesamowicie objedzonych ciekawskich. Wprawdzie rychło pojawiły się głosy malkontentów o profanacji i przekroczeniu granic, jednak najważniejsze, że tradycja nie upadła. Chwała niech będzie przybyszom z Comsa!

Rozkaz nr 14/2/2017                                                                                                                

Smoki! Za tydzień inspekcja, przyjeżdża brygadier z  Komendy Głównej Ochotniczej Straży Pożarnej. W związku z tym rozkazuję: pozbyć zapasów Blue Carbon., w salach wyłożyć koks, na trawnikach ustawić armatki wodne,  wyszorować podłogi, zerwać ze ścian kalendarze z krakowskimi dziewicami, usunąć symulantów z izby chorych, na skup wywieźć pordzewiałe koksowniki i nieczynne motopompy!

Wszystkim wydać szufle i podwójne porcje węgla! Dołożyć do pieca! Wyszlifować pazury oraz łuski, wyczyścić kaloryfery i nie bawić mi po kątach sikawkami! Pełna para! Na teren remizy nie wolno wnosić żaru. Od dzisiaj warta trzepie, niczym tropiący przemyt kotów celnicy na Melmac! Chrzciny, wesela, imieniny wstrzymane do odwołania! Nikomu przez tydzień ogień dupy nie wypali.

Na czas inspekcji wysłać w teren krótkowidzów, zezowatych oraz piromanów! Zorganizować defiladę! Adiutant przygotuje dla gościa apartament nad rzeką. Na poczęstunek  węgiel wyłącznie koksowniczy, żadnych dopalaczy!

Wszystko ma chodzić jak w koksowni i niech no mi tylko ciśnienie w cylindrze podskoczy! Podpadziochów będę ścigał osobiście! A kto wyróżni, dostanie awans! Naprawić w końcu ten jebany megafon i niechże nas strzeże Smok Wawelski!

Jakie prawa posiada smok zatrzymany w izbie wytrzeźwień

www.bunkiernawinylu.pl

Co do zasady wszyscy są równi wobec prawa, lecz jak powszechnie wiadomo są równi i równiejsi. Wydawać by się mogło, że jak zwykle, tak i w tym wypadku zieloni braci znajdują się na aucie. Tymczasem odnośnie korzystania z telefonu rzecz ma się zupełnie odwrotnie. Portfel, dokumenty i komórka obowiązkowo trafiają do depozytu, czipy zaś  ulegają czasowej neutralizacji. Ludzie nie mogą doprosić o umożliwienie wykonania choćby jednego połączenia, gdyż pracownicy izby zasłaniają się ustawą o ochronie danych osobowych, oczywiście błędnie w takich razach dokonując jej interpretacji. Ponadto choć wg przepisów rodzinę osoby zatrzymanej powiadamia się wyłącznie w uzasadnionych przypadkach i w miarę możliwości, kierownicy rzeczonych placówek na ogół stwierdzają brak ku temu wystarczających powodów. Jak zatem w takich wypadkach radzą sobie smoki? Smoki mają bionanokompy integralnie połączone z siecią i nie potrzebują niczyjej łaski.

Koksownia „Victoria”

WZK „Victoria” S. A. to obdarzone prawdziwym kultem pośród światowej populacji zielonych smoków zjawisko. Ten posiadacz 5 baterii, czołowy w Europie producent koksu, nad Odrą- Wisłą- Bugiem, co nawet znawcom tematu trudno zrozumieć, cieszył się nawet większą popularnością niźli Godzilla. Zwłaszcza z wielką estymą traktowano  koksownię w środowisku smoczych gangsterów, pośród których jednakim mirem obdarzani byli zarówno amatorzy jej wrogiego przejęcia przy pomocy skomplikowanych technologii nanokomputerowych, jak i zupełnie pozbawieni finezji rzezimieszkowie, próbujący przy użyciu prostych technik, choćby na jakiś czas przejąć jedną ze sławnych baterii. Wyrok za „Victorię” automatycznie ustawiał w hierarchii. Czyż należy się dziwić, iż co druga smocza knajpa nosiła jej imię?

SOSP

Początkowo Państwowa Straż Pożarna chętnie przyjmowała smoki na zasadzie swoistego eksperymentu, trafnie odczytując społeczne odczucia traktujące przybyszów z Comsa jako  przydatne maskotki. Z biegiem czasu nastąpiła jednakże daleko posunięta ewolucja w ich postrzeganiu. Zielone gady wyspecjalizowane na rodzimej planecie w pożarniczym fachu, wkrótce ujawniły swoje niebywałe umiejętności, wzbudzając konsternację w szeregach PSP. Bijąc strażaków na głowę według proporcji 3:1, okazały się być bezkonkurencyjne, co w dłuższej perspektywie przyniosłoby kres tradycyjnie postrzeganego etosu strażaka, załamanie szkolnictwa pożarniczego, a także całej związanej z tym drabiny społecznej, obarczając znacznym nawisem bezrobotnych nie należącą do mocarnych gospodarkę. W efekcie zaprzestano naboru. Bystre smoki znalazły jednak alternatywę. Odpowiedzią okazało się utworzenie Smoczej Ochotniczej Straży Pożarnej, znakomicie uzupełniającej istniejącą już OSP. W krótkim czasie obie strażackie  struktury owocnie skoordynowały swoje działania, traktując się jako pożyteczne dopełnienie dla dobra lokalnych społeczności, usuwając zarazem sprzed oczu PSP widmo prestiżowej porażki w okręgach miejskich urbanizacji.

Wszystko co dobre, niestety szybko się kończy. Po jakimś czasie sąsiedzkie OSP zdało się w zasadzie niepotrzebne. Jako urodzeni strażacy, smoki nie potrzebowały praktycznie żadnego szkolenia, nie używały uniformów, ani ubrań ochronnych. Wymogi sprzętowe ograniczały się zaledwie do środków transportowych, co przynajmniej początkowo znalazło wyjątkowe uznanie lokalnych samorządów. Wydawało, iż kres OSP zbliżał się dużymi krokami.

Okazało się jednak, że smok też człowiek, a sukces niejedno ma imię. Skupiając na akcjach, smoki zaniedbały pozostałe zadania statutowe, przy okazji nazbyt pogrążając w hedonistycznej celebracji swojego patrona Smoka Wawelskiego w chwilach wolnych od pożarniczych wyzwań. Kto by tam podejmował działania zapobiegające przy takich możliwościach? Współpraca z PSP, której naprawdę nikt nie chce? Informowanie ludności odnośnie zagrożeń, a widział ktoś smoka kaowca? Udział w zawodach, jeśli każdy występ na zawodach pożarniczych oznaczał zagrażające spokojowi publicznemu ośmieszenie mundurowych?

W ten właśnie sposób wyalienowane remizy i świetlice powoli zamieniły w magazyny koksu, a wiadomo przecież czym kończy się jego duszenie…

W krótkim cieniu wydm

Karawana wlokła łapa za łapą. Wyczerpane smoki mozolnie brnęły w głębokim piachu. Paliwo skończyło już dawno, że nie wspomnieć o wodzie. Kez jasno zdawał sobie sprawę, jak dużym błędem była rezygnacja z usług miejscowych, należało odpalić im choć jeden nanokomputer, bez odpowiedniego materiału genetycznego i tak mogli sobie co najwyżej pograć w RPG. Obejrzał się, może ktoś ich zauważy, za sobą zostawili przecież tyle koksu…

Z przygnębiającego odrętwienia wyrwały go pohukiwania z nagła ożywionych towarzyszy, aż mu się odbiło resztką pary wodnej. Luknął przed siebie. Całkiem niedaleko majaczyły obiecujące konstrukcje wydobywcze, czyżby kopalnia? — zaszemrało pytanie. Niebawem zbliżyli się na tyle, aby rozpoznać zwiastujące wybawienie kształty niewielkiej wieży wiertniczej, cud! Już po chwili zanurzyli spierzchnięte pyski we wspaniale kleistej, acz mocno zanieczyszczonej czarnej ambrozji. Eureka! Importowany na Comsa z odległych galaktyk, dostępny jedynie w limitowanych edycjach, a tu masz, świeżutki Apor*, prosto ze zbiornika i w dodatku na takim zadupiu!

*  Ropa

Król wszystkich smoków

Smoki również miały swojego idola. Olbrzymi, blisko stumetrowy, bez mała 55 ton żywej wagi, obowiązkowo pokryty ciemnoszarymi łuskami i poruszający na dwóch tylnych, zakończonych stopami o rozmiarach wagonu łapach. Przedmiot smoczego uwielbienia, bohater w niejednej  jaskini snutych eposów, wzór godny naśladownictwa, ucieleśnienie smoczych cnót, bez mała mściciel. Gladiator mięśni, żywa góra. Na plakatach niczym hollywoodzki heros prezentujący mocarne kończyny, długi, pomocny zarówno przy przemieszczaniu jak i walce, parametrami dorównujący wieży telewizyjnej ogon, niezawodne pazury, wzbudzające należny respekt o symetrycznym zgryzie zębiska, a do tego parę reprezentacyjnych rzędów płyt kostnych na wyrzeźbionym w pocie siłowni grzbiecie.

Odważny, zarazem groźny, makiawelicznie wprost przebiegły, wprawiający przeciwników w przerażenie. Odbierać wiatr z żagli? To na pewno on.

Niepotrzebny mu komputer, ponieważ sam jest komputerem. Bazyliszki, wiwerny, draki? Zaledwie pospólstwo. Siarkowodór? Proszę – metoda rodem z manufaktury – radioaktywny oddech i naturalna zdolność całkowitej regeneracji, ot co.

A wiecie jaki był ulubiony motyw smoczych tatuaży? Więc niby takie smoki z wiodącej technologicznie galaktyki, a tu masz, kto by to pomyślał – Godzilla!

Varia

Jastek Telica – Nauka topienia smutków

205 Wyświetleń

Bardzo zmalał.

Czas nastał dla niego nieodpowiedni. Nawykł do starego, nowego nijak nie umiał się nauczyć. Nad wodą pośpiech wprost diabelski. Ogrom wynalazków mających ułatwiać życie. W istocie je zastępujących. Pojęcia nie miał, co naziemni w tym całym pędzie widzą. Przecież im wcale z tymi wszystkimi ulepszeniami nie lżej. Prędzej ciężej. Męczą się, niepomni, że przodkowie flaków sobie nie wypruwali, mozołu zażywali z umiarem. Błogosławiona wstrzemięźliwość. Znajdowali czas na odpoczynek, do orki należało ich przymuszać. Potomkowie, plonów nie zbierając, coraz większe ciężary kładą na własne barki, wytchnienia unikając.

Nie pojmował.

W roślinności się zaszył, popatrywał przez nią w górę. Jak zwykle nartniki biegały po powierzchni. Szybkie, ale mało bojaźliwe, nie przez wywoływane maleńkie kręgi. Po prostu rybki na nie czyhające miały się gorzej, do mikrych rozmiarów dorastały, nieustannie odławiane, ilekroć którejś udało się wkroczyć w wiek dojrzały. Żadna nie zachwycała ni rozumem ni wielkością. Nudne niedorostki. Nie takie, jak w dawnych czasach, zdolne wciągać niebacznych w głębinę. Zresztą, jaka tu głębina? Gdzieniegdzie woda sięga po szyję, i to gdyby choć rosłemu człekowi, nie knypkowi, któremu w rozmiar nie poszło.

Niedorozwój w istocie wszędzie.

* * *

Parka zawitała nad brzeg. On kary, ona jabłkowita. Używali sobie. Wciąż te karesy. Niosło się po wodzie, a w głębinę też wstępowały. Gospodarz był czuły na podobne przejawy aktywności. Kiedyś też brał w nich udział, choć nie w tym stawku przeraźliwie płytkim. Wtedy, nad gwałtownym nurtem siedząc, albo się w nim pławiąc, nie zważając czy woda po burzy, czy nie, skoro każdą umiał spienić i pogonić do galopu, też za karą maścią przepadał. Jakoś jasne białki ku ogorzałym przychylniejsze. Dosiadała go taka sikoreczka na oklep, a on ją unosił. Nie żeby zaraz w głębinę. Nie wolno aż tak straszyć. Z początku. To typowe i w gruncie rzeczy nieciekawe, należy zaskakiwać. Oglądanie jednego uczucia nudne, splątanego i zmieszanego o wiele ciekawsze. A on lubił patrzeć, wszak taka natura wodnych stworów czających się w głębinach, czaić się na to co ponad tonią się wylęgło, by w sprzyjających okolicznościach smakołyk pyszczkiem zmacać.

No więc poprzez patrzenie, brał niejaki udział w karesach białki i jej smolistego wybranka. Nauczyć się sobie czegoś obiecywał. Samiec, jak przystało na osobnika karej maści, lico miał gładkie, jej piegami pokryte. Uroczymi niezwykle, dodającymi wdzięku roześmianej twarzyczce. Mieszkaniec stawu chętnie by ją na grzbiet wziął i poniósł w dale, o ile takich, by nie zabrakło. W czasie, kiedy wszystko zmalało, podobna przypadłość przytrafiła się także niedostępnym ostępom.

A na brzegu śmiech.

– Och, Jacku – dyszała dziewczyna.

Szukał u niej tego, czego jemu samemu z pewnością brakowało. W sumie nic nowego.

– Nie żałuj, Agatko – szeptał czule, w trakcie tych zabiegów, co wiodły go całkiem daleko. Upojony odkrywca nieznanych lądów.

A ona pozwalała je odsłaniać. Co bliskie, poznała, nudziła ją codzienność, jak to białkę złaknioną odmiany. Na skraj świata polezie za kaprysem, póki dla nowszej mody głowy nie straci.

Wesoło zrobiło się obserwatorowi, przez co prawie na powierzchnię wychynął.

Patrzył.

Ręce tamtego śmiałe.

Jej usta chętne.

Pięknie!

Ochota go wzięła, by wziąć aktywniejszy udział w harcach parki. Szepnął cicho do ziemi, by przystępniejsza się stała. Usłuchała namowy. Wodę puścił strumyczkiem cienkim jak igła, by się przesączyła do tamtych. Od spodu podeszła, choć nie po to, by kłuć.

– Och! – dziewczyna jęknęła.

Mężczyzna na opak zrozumiał jej westchnienie. Z czułością pospieszył, domyślając się, że spotkał mieszkankę dalekich lądów, która chlebem i solą wita zabłąkanego podróżnika.

– Mokro! – sapnęła.

Zmieszał się cokolwiek.

– No kurde balans! – warknął.

Woda na kocyk położony na ziemi wybijała, mocząc go obficie. I jak tu w takich warunkach amory uprawiać? Pole niestosowne, podmokłe zdatne na łąkę, nie uprawę pożytecznego zboża. A on za plonami tęsknił.

Dziewczyna zerwała się.

– Ale żeś miejsce znalazł.

Poczerwieniał.

– Jak dotąd zawsze suche było…

Teraz ona stała się krasna jak poziomka. Wzięła się pod boki.

– A na kim je wypróbowywałeś?! – zawrzała gniewem.

– Ależ, Agatko… – próbował tłumaczyć.

Smoka by nauczył prędzej warzywkami się zadowalać niż jej gniew udobruchał. Bo czy ona pierwsza lepsza?

– Głupek! – parsknęła.

Poszła.

Za nią popędził, kocyk zabierając, a podskakiwał przy tym nieprzystojnie. Jak motylek wokół niej krążył, nie mogąc się zdobyć, by na kwiatku przysiąść. Tyle, że kwiatek nóżek dostał i nie chciał, by zapylał go pierwszy lepszy wiarołomca.

* * *

Szczur raźno przebierał łapkami, a ogonem wachlował, dzięki czemu płynął raźno, poganiany głodem i przymusem poznawania bezkresnego świata. Zawsze w drodze do odległych lądów.

Mieszkaniec głębi, ukryty w rozplenionej roślinności przyglądał się dzielnemu stworzeniu z ciekawością. Życie naprawdę zajmujące. Stale w ruchu. A skoro dąży do nieznanych lądów, to niech się uczy. Co dycha, musi. Pociągnął pływaka za wąsy.

Stworzenie zaszamotało się, wyszczerzyło zębiska, by gryźć, gotowe bronić się do samego końca. Nic, że wroga nie dostrzegało. Nie miało to żadnego znaczenia. I tak się nie podda.

Więc wodniak zakręcił ofiarą. Zakotłowało się, szczur zaczął się miotać, gotów zagryźć wroga. Ale gospodarz stawu był przygotowany na podobną ewentualność. Położył na stworzonku ręce. Tnące zębiska nie poraniły go wcale, wody, będącej jego istotą, nie mogły. Zamknął istotkę w środku bańki i przyjrzał się jej uważnie.

Mnóstwo złości, strachu, ale najwięcej nieświadomości widocznej na pierwszy rzut oka, szczególnie dla kogoś zajmującego się samym patrzeniem. Stworzonko nic nie wiedziało, za to daremnie usiłowało bić o ścianki. Uparte. A przecież nie mogło wydostać się na zewnątrz. Zostało uwięzione na wieki wieków. Nie poddawało się edukacji.

W środku siebie oczywiście już od pewnego czasu pozostawało martwe. Choć nie do końca, bo nawodnione, a to, co zachowuje płyny nie może całkiem zemrzeć. Przecież wciąż coś w nim się przetacza.

Szczur niewiele z tego wszystkiego rozumiał. Nawet nie spostrzegł chwili własnego zgonu. Za to zauważył ogromne oczy. Ale zamiast zareagować strachem, rzucił się wprost na nie, by ugryźć nieznaną istotę, pewnie wrogą. Tyle zdziałał, że wraz z otaczającą go bańką popłynął dalej. Wtedy nieco się uspokoił i znowu zaczął pracować łapkami i ogonem, by zmierzać do swych celów. Odporny na wszelkie zabiegi.

Jednak nie można było mu pozwolić na dalsze chadzanie własnymi drogami.. Poza tonią wysechłby prędko, a co zeschłe to już jednak nieżywe, toteż pozostał w stawie, aż pilnujący go gospodarz zaczął żałować wkrótce wrodzonej ciekawości.

Głupiutkie zwierzątko! Tu naprawdę nie było czemu się przyglądać.

* * *

Pijak szedł po stawie. Oczywiście uwagi na to nie zwrócił. A wszakże powinien, bo takie łażenie należy do cudacznego porządku.

Latem co innego, wiadomo, woda nagrzana. Ale zimą? Stanowczo się nie powinno, bo tafla może trzasnąć. Lód zwodniczy, kiedy nie trzeba, na opak, cienki.

Napruty pijak miał to gdzieś.

Oczywiście cienka skorupka nie wytrzymała.

– Tonę! – prychnął mężczyzna.

Wcale nie tonął, woda sięgała mu raptem po piersi, a i tak tylko dlatego, że kucał, bo zimno go zaczęło trząść, choć na zmianę z gorącem. Ono nie wiedzieć czemu uderzało. Z trunkowymi zawsze na odwrót.

Pewnie dlatego zamiast się wydostać na brzeg, zaczął głębiej się zanurzać, jakby utonięcia pożądał.

– No ja nie mogę! – mruknął do siebie obserwator z głębi. – Co za pajac! Wcale go nie chcę.

Pijaków znał dobrze, oni zawsze tacy sami, do ludzi niepodobni, nieedukowalni, a najgorsze że nieciekawi. Jedna myśl u takich i nie do końca uświadomiona, przeciwnie, wątła, urwana, wiodąca na manowce. Akurat za jednowymiarowością nie przepadał. Płycizna. Wolał głębię.

– Rusz się, głąbie! – syknął.

– Tonę! – pijak wydyszał i prychnął, mając wrażenie, że wody nabrał do płuc.

Skończony dureń!

Pan stawu zaczął niechcianego gościa wypychać, życie mu ratując. Ale tamten swoje wiedział, ręce rozkrzyżował, plusnął w toń, to znaczy nie w toń, ale i tak się zanurzył.

– Śmierć! – dyszał.

Gospodarz złośliwie otoczenie pijaka osuszył, no ale szczurek się przyplątał. Pacnął swoją bańką w dwunoga, a ów naprawdę wody łyknął. Choć tyle co nic, kieliszek.

Jeden.

Wystarczył.

Ostatni!

Woda, zimno, wstrząs, a nade wszystko monstrualna głupota zrobiły swoje, serce topielcowi zamarło, mózg się zlasował, czyli jego resztki stanęły dęba.

Trup!

Biedny wodny stwór westchnął.

– A to mnie urządził!

* * *

Trupa pozbył się dopiero wtedy, gdy roztopy nadeszły. Ale i to nie sam. Staruszka na przechadzce z pudelkiem zauważyła ciało na powierzchni i wszczęła alarm. Gdyby skończyło się na wyłowieniu nieboraka. Nie, przybyli strażacy, dobrzy na ogień i wodę, i zaczęli dno przeczesywać. Bardzo fachowa ekipa poszukiwawcza w specjalistycznym sprzęcie. Gapiów zebrało się co niemiara. Zainteresowanie rzecz cudowna i korzystna, ale na dłuższą metę uciążliwa.

Gospodarz z początku ze stoicką cierpliwością znosił najazd hordy intruzów. Ba, nawet bawił się. Zaglądał do aparatury, pokrętłami manipulował, psując, co się dało, ale banalne psikusy prędko go znużyły. Nic nadzwyczajnego, po prostu nieco inne zbytki nad nowszymi zamiast starszymi wynalazkami. Żadna nauka. Sami specjaliści ciekawili go bardziej. Jednemu nogę uwięził, roślinnością oplątując.

– Co jest? – ów szarpnął się.

– Co? – spytał kolega.

– Nogę mi zakleszczyło.

– W coś wdepnąłeś?

– Chyba nie. Poddaje się.

Po chwili wyszarpnął, ale postarał się za bardzo, równowagi nie zachował, skrył się z głową.

– Jacek, nie szalej! – usłyszał.

Gospodarz uszu nadstawił. Jacka pamiętał. I jego Agatkę. To ten sam? Przyjrzał się baczniej mężczyźnie. Rzeczywiście, on. Jak to wykonywane obowiązki zmieniają człowieka, wyglądał na kogoś całkiem innego. Poważnego. Więc mieszkaniec toni poużywał sobie trochę na nieszczęśniku.

– Coś ci dzisiaj nie idzie – zauważył kolega, obserwując kolejne przejawy nieporadności kumpla z pracy. – To przez Agatkę?

– Idzie nam jak po grudzie.

– Zrozumiesz baby?

– Nigdy się ich nie nauczę. To niemożliwe!

Ponarzekali.

„Ciekawe” – dumał mieszkaniec toni i żywo przyglądał się poharatanemu niepowodzeniami amantowi. Męki miłosne w każdych okolicznościach zajmujące. Strażacy podarowali gospodarzowi nieco radochy, ale po pewnym czasie poszli sobie. Poza śmieciami, które ludzie wrzucali do stawu, nie znaleźli zajmujących szczątków własnego rodzaju. Aktualnych. Tylko jakieś popękane starożytności. Garnki dziurawe. A kogo zajmują bajki przebrzmiałe? Żadna archeologia nowoczesnych nie bawiła. Żyli tu i teraz.

Wtedy gospodarz podążył za pijaczkiem. Przywykł do niego i brakowało mu jego cichej obecności. Ponadto w pewien dziwaczny sposób zespoili się ze sobą. To co utopione nie całkiem odchodzi. Zwykle po pewnym czasie wypływa. Podążył kanałem, później przecisnął rurami. Wyniuchał, a kiedy zobaczył, sapnął. Nieborak na zimnym stole wypatroszony jak ryba. Nawet łeb rozpiłowany. Obok grupa oglądaczy dotykająca tego i owego z wyraźnym obrzydzeniem na twarzach. A jednak wytrwała.

Wodniakiem wstrząsnęło.

Ludzie nie zaprzestają tortur nawet po śmierci. A na koniec, oczywiście, zafundowali najgorsze. Zakopali biedaczynę w piasku, by wysechł na wiór. A bez wody nie ostanie się żadne życie.

Mordercy!

* * *

Jacek kiedy nie chodził do pracy, wtedy robaka zalewał. Czyli topił smutki niemal bez przerwy, bo strażacy dyżury pełnili rzadko. Czasu im nie brakowało. A żadnych pasji nie miał, wyjąwszy tę Agatkę. I to przez nią właśnie.

– Stary, stary. Kończysz się… – jęczał kumpel.

– No i co?

– Nie wolno.

– A co mam robić? – biedaczyna pytał znad kieliszka.

– No wziąć się w garść.

– Powiadasz? Jakbym wodę ściskał.

– Potrzebujesz stabilizacji.

– Potem. Jak smutki utopię.

– Żebyś w ich towarzystwie nie poszedł na dno. Mówię ci, naucz się inaczej z tym radzić!

Jacek machał ręką. Wszystko jedno.

* * *

Pociągnięte za nóżkę dziecko od razu poszło pod wodę.

Miejscowi kąpielisko sobie sprokurowali, oczyszczając dno z roślin, brzeg wysypując piaskiem. Chlapali się. Śmiechów było co niemiara. Mieszkaniec stawu przyglądał im się, bawił ich nieporadnością i nie stronił od figli. Jak chociażby w obecnej chwili. Topiony chłopaczek buźkę miał szczerą, minkę niepewną, oczy pozbawione wyrazu. W zasadzie to nic w nich szczególnego. Nie pojmował tego, co się z nim dzieje. Chłapał kończynkami niezbornie. Nawet głowy nie wynurzał. Oczywiście nie krzyczał. Topielcy cisi. I ogólnie porażał nieświadomością.

To nie było ciekawe, jak zostanie utopiony, to już nie odejdzie.

Wodniak wstrząsnął się, bo w pewien sposób ofiara zostanie na zawsze.

A głupota, czy to starożytna, czy nowoczesna – taka sama.

Z tego powodu rzeczywisty gospodarz akwenu puścił nóżkę.

Ale dzieciak wciąż się zapadał, nie wypływał. Gospodarza stawu złość wzięła, pchnął malca w górę i podtrzymywał. Dłużej niż mu cierpliwość pozwalała. Zawziął się. Nie trawił mielizn. Nareszcie przybłąkała się matka. Od razu z piskiem porwała potomka w ramiona. Szlochała i się śmiała. wyrzucała sobie nieuwagę, błagała o wybaczenie. Całowała tuliła, poklepywała rozkaszlanego szkraba. Po chwili rozszlochanego.

Erupcja sprzeczności.

A to już było ciekawe.

Pyszna gama nietypowych reakcji.

Pan głębi był po prostu zachwycony.

* * *

Jacek zamroczony alkoholem dotarł nad staw.

– To tu! – rozpoznał miejsce i dusza w nim zaskowytała.

Piekło!

Ciężko klapnął na ziemię, dokładnie tam, gdzie kiedyś kocyk rozłożył dla Agatki. Nim jej nie stracił. Chwiał się, ale słabość ciała bynajmniej nie leczyła psychiki, ta wciąż biła się sama ze sobą.

Zawzięta, nienauczalna.

Porzucony kochanek zagapił się w wodę.

– No, nie!

Oczy zobaczył, a ogólnie gębę. Określić ją mógł jako wodnistą. Ale kiedy przyjrzał się dokładniej, wtedy uświadomił sobie, że to w istocie własne banalne odbicie. Jednakże im więcej patrzył, tym mniej serce rwało.

– Dziwne! – zamamrotał wyraźnie pocieszony.

* * *

Wodnik wpatrywał się w człowieka. Wzrokiem wysysał z niego skłębione, bardzo silne uczucia. Tamtego rozrywające na pół, mieszkańca stawu zaś upajające. Cieszące nieprzebranym bogactwem smutku.

Pozwolił człowiekowi odejść.

– Wróć! – zaszemrał za nim, a łagodna fala musnęła brzeg.

Szeptała do Jackowych głębi.

– Będę jutro – oświadczył podniesiony na duchu chłop. Nauczył się topić smutki.

Varia

Nabór zimowy!

250 Wyświetleń

Kettering powiedział niegdyś, że interesuje się przyszłością, ponieważ spędzi w niej resztę życia. Z jakże podobnego założenia wychodzimy! Ekipa Abyssos ogłasza nabór opowiadań na kolejny,specjalny numer. Tym razem chcemy zamknąć się w ramy nadchodzącej zimy. Zatem tematem kolejnego numeru będzie:

PRZESILENIE ZIMOWE

Przyjmowane przez nas teksty mogą mieć różną formę: opowiadania, wiersza, aktu sztuki teatralnej itd. , pod warunkiem, że będzie on się tyczył tematu związanego z przesileniem zimowym. Teksty muszą również spełniać wymogi co do umieszczania wszelkich zgłoszeń w czasopiśmie Abyssos.

Wybrane opowiadania, spełniające wymogi, opublikujemy w okrągłym 10 numerze naszego periodyku. Zgłoszenia należy wysyłać na adres mailowy:

zgloszenia@abyssos.eu

Gotowe, wcześniej niepublikowane teksty, prosimy!

Szczegółowe informacje znajdziecie na tej oto magicznej stronie:

www.abyssos.eu/nabor-zimowy

Czekamy na was!

Varia

Funcon 2018

278 Wyświetleń

Uwaga uwaga, ogłaszamy! Zapraszamy wszystkich na wzięcie udziału w Funconie 2018!

Funcon jest konwentem takim jak dawniej, Imprezą od fanów dla fanów.

Nie jesteśmy dużą imprezą(i nie bardzo chcemy być więksi – wszak małe jest piękne)
Nie przeładowujemy się atrakcjami bo chcemy aby każdy znalazł coś dla siebie i posiadamy coś co niektórzy określają jako „Rodzinna Atmosfera”.
My bawimy się jak wielka rodzina: gramy w gry planszowe, oglądamy Anime, gramy na konsolach i komputerach, razem rysujemy czy też uczymy się czegoś o zamierzchłych cywilizacjach. Dlatego też zapraszamy każdego kto chciałby odetchnąć od zgiełku dużych imprez i zobaczyć coś małego ale fajnego!

Odbywamy się już po raz III przy wsparciu oraz pod patronatem władz miasta i powiatu Żywiec.
Podczas tegorocznej edycji będziecie mieli okazję wziąć udział w wielu konkursach, posłuchać prelekcji ciekawych gości czy też pobawić się w rycerza w lśniącej zbroi. Dla poszukujących relaksu przy planszy odbywać się będzie IIIcia edycja Gramy na Żywca, a dla fanów głośnych wrażeń koncert dubbingowej grupy Keyorin oraz Strefa Wirtualnej rzeczywistości robiona przez ekipę The Basement.

 

Należy też nadmienić, że również i Abyssos będzie miało duży wkład w całą uroczystość poprzez dwie prelekcje! Ludy północy i południa, lewicy i prawicy, a także reszta świata (biorąc pod uwagę, że może być i 36 płci, może być i 36 kierunków), łączcie się i pędźcie do Żywca!

Varia

Michał Gralak – Dwaj bracia

187 Wyświetleń

Szli we dwóch, co chwila oglądając się za siebie i przypatrując zrujnowanym budynkom.

– Ostatni diabelski protest. Gdzie? – wychrypiał łowca, przerywając w końcu ciszę.

– Ceor, festyn piwa i kiełbasy. Byliśmy tam przez trzy dni, potem pojechaliśmy do Noaru.

Łowca kiwnął głową po usłyszeniu prawidłowej odpowiedzi, po czym poprawił pas, który już od jakiegoś czasu bardzo mocno mu ciążył.

Do nozdrzy mężczyzn dotarł w końcu smród gnijącego mięsa. Gdy tylko przekroczyli bramy diabelskiego siedliszcza, zaczęło im dokuczać przejmujące zimno. Umilkły też muchy, które całą podróż bzyczały nad uchem.

– Wizyta w Ki. Na kogo tam trafiłem i jak to spotkanie się potoczyło?

Dość oczywiste pytanie, ale odczekał chwilę, zanim odpowiedział. Moment zawahania mógł wydać się podejrzany, ale mimo wszystko jeszcze raz sprawdził to wspomnienie. Odwiedzili tę mieścinę nie dalej jak trzy miesiące temu i spotkali tam dwóch proroków Dnia Trzeciego. Nyar, choć nigdy nie był zbyt przesądny, przeprowadził z nimi dość długą rozmowę, stanowczo zbyt długą, jak na takiego bezbożnika. Wywoławszy z pamięci zabawną w gruncie rzeczy historię uśmiechnął się.

– Więc?

– Dwóch Trzeciaków. Dyskutowałeś z nimi kawał czasu, ale chyba cię nie przekabacili, co?

Dla osoby postronnej dialog ten musiałby brzmieć naprawdę kuriozalnie. Przedzierali się przez kolejne zaułki zupełnie opustoszałego miasta, umilając sobie czas reminiscencjami                               z niedawnych podróży. Może i wydawało się to głupie, ale musieli kontrolować zgodność swoich wspomnień.

– Chwilę się zastanawiałeś. Zadaj szybko pytanie – odparł nerwowym głosem Nyar.

– Kto zwyciężył w turnieju w Białym Mieście?

Cienie na ścianach zrujnowanych domostw zatańczyły, jakby złośliwie chcąc jeszcze bardziej wyprowadzić łowców z równowagi.

Był tutaj. Czaił się i czekał na odpowiedni moment. Podobnie sytuacja miała miejsce w czasie ich pierwszego polowania, gdy to Nyar powalił bestię jednym strzałem. Albo wtedy, gdy musieli poćwiartować bydlę, żeby zyskać pewność, że nie zamąci im w głowach.

– Kamyło z Nurhsku. Rycerz na Świni. Pocieszny człek. – Przytoczona przez łowcę postać w każdych innych okolicznościach wywołałaby u rozmówców salwę śmiechu. Teraz było inaczej. Podróżnik położył ostrzegawczo dłoń na rękojeści sztyletu – Powiedz lepiej, gdzie leży pochowany Muriblis.

Musieli ze sobą rozmawiać, tak jak w czasie każdego polowania. Nieważne o czym, byle tylko zająć myśli wspomnieniami. Każda historia, nawet najgłupsza, mogła uratować życie, dać cenny czas na przygotowanie się do odparcia ataku.

Potwór, z którym przyszło im się ponownie mierzyć, żerował nie tylko na krwi. Przede wszystkim ucztował na ludzkich umysłach. A najbardziej namacalnym dowodem jego obecności były sugerowane reminiscencje. Gdy bestia się zbliżała, ludzie powoli odchodzili od zmysłów. Najpierw przypominali sobie przyjęcia, na których nigdy nie byli albo turnieje, których nie widzieli.  

Na pewno zaczynało się od rzeczy odległych. Wampir jednak na tym nie poprzestawał. W starciu z nienasyconym monstrum zginęło wielu łowców, a ich ostatnim wspomnieniem było prawdopodobnie dobycie strzelby i oddanie celnego strzału. W rzeczywistości tkwili jednak nieruchomo, czekając na egzekucję, nieświadomi tego, że nawet się nie bronią.

Mnóstwo głupot mogło uratować życie – o ile tylko obok stałby ktoś, kto w porę umiałby ostrzec, że dana sytuacja nie miała miejsca. Wybranie się na takie polowanie w parze z kimś, z kim dzieliło się kawał własnej historii należało do najskuteczniejszych taktyk.

– Poczekaj chwilę. – W kształcie mijanego budynku było coś, co nie dawało mu spokoju. Wydał mu się w jakiś sposób nienaturalny, a gdy tylko zrozumiał, że mimo to odnajduje w nim coś znajomego, poczuł, jak serce przepełnia groza. Czyżby nowa sztuczka? – Muriblis jest pochowany na cmentarzu miejskim w Caorn. Powiedz mi lepiej, co sądzisz o tym gmachu? Nie wydaje ci się znajomy?

Domostwo o wielu strzelistych oknach i potężnych, bogato dekorowanych drzwiach wejściowych, wyglądem znacznie odbiegało od pozostałych, które wcześniej mijali. Drewniana elewacja miała nieco ciemniejszy kolor, a ilość ozdóbek przy zewnętrznych parapetach przytłaczała aż zanadto. Na tarasie stał stary, podniszczony stolik, na nim zaś zaskakująco dobrze zachowana maszyna do pisania.

– Skup się. Wspomnienie. Potrzebuję wspomnienia. Rzuć jakieś. – Usłyszał w odpowiedzi na pytanie.

– To moja reminiscencja. Kojarzysz taki dom? Jego rozkład okien, drzwi?

– Oczywiście, że tak. To dworek zbudowany na wzór tych sprzed wojny, styl południowców. Dawnych południowców. Bracie, przestań pieprzyć, rzucaj wspomnienie, ta rudera nie ma znaczenia.

A jednak miała. Czuł to podskórnie i wiedział, że jeżeli bestia gdzieś się czai, to prawdopodobnie tam. Zbyt wiele rzeczy się nie zgadzało. Jeszcze raz przebiegł wzrokiem po tarasie, szukał czegoś co nie pasowało do obrazka. Wtem zrozumiał.

– Maszyna do pisania.  

– Co takiego?

– Maszyna do pisania – powtórzył, wskazując palcem przedmiot leżący na stoliku. – Wiesz co to jest? – W odpowiedzi jego brat pokręcił przecząco głową.

– A ty?

Łowca wiedział. – To oznaczało, że z jakiegoś powodu miał pojęcie o czymś, o czym jego brat nie miał żadnego.

– To tutaj. Nasz antykonstrukt. Zaraz tu będzie.

Wziął głęboki oddech, stanął naprzeciw drzwi od domu i sięgnął do sakiewki przy pasie, w której czekała fiolka z srebrnym pyłem. Wampir zaraz się na nas rzuci i zatruje tym ustrojstwem – pomyślał, lecz nie zdołał już otworzyć probówki.

Poczuł dziwny przypływ gorąca, a potem potworny, przeszywający ból. Nogi się pod nim ugięły, lecz w dalszym ciągu stał niemalże wyprostowany. Z brzucha wyrastała teraz obślizgła macka zakończona haczykowatym ostrzem, a tuż pod stopami powoli rozlewała się kałuża krwi. Wtedy dopiero uświadomił sobie, że to co widział, było potwornym mirażem.

Dom, przed którym stał, faktycznie nie należał do jego wspomnienia. Wydał mu się znajomy, bo z jakiegoś powodu tkwił gdzieś w umyśle bestii. Nie zdążył jednak w porę wyczuć iluzji. Nie wiedział też, czym jest dziwaczny przedmiot, leżący na stoliku na tarasie. Nie miał prawa wiedzieć, ponieważ w jego świecie nie znano takich narzędzi. Jednak nie to było najgorsze.

Potwór znów zasyczał. Stał tuż za nim, macki owijały się wokół bezbronnej szyi, drapiąc haczykami po wrażliwej skórze. Smród gnijącego od wielu tygodni mięsa owinął go niczym grobowy całun.

Przegrał. W mgnieniu oka z dumnego łowcy przeistoczył się w żałosną ofiarę. Gdy opuścił wzrok, zobaczył, że stwór mniejszymi mackami zasysał krew, która spływała z jego brzucha.

Łowca nie czuł jednak grozy, a palący gniew. Nabrał się na diabelskie sztuczki. Nagle zdał sobie sprawę, że nigdy nie polował w parze. Od lat powtarzał, że im więcej osób próbuje ubić wampira, tym łatwiej o dezorientację i poplątanie wspomnień. Zawsze pracował sam i nie potrzebował niczyjej pomocy. Dzięki godzinom medytacji nie pozwalał myślom podążyć za przynętą rzucaną przez wampiry. Jakiekolwiek wspomnienia tylko napędzały te potwory. Zawsze mówił, że jedna zła reminiscencja może kosztować życie. Zanim opadły mu powieki, usłyszał ohydne mlaśnięcie.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że przecież nigdy nie miał brata.