fbpx
Category -

Varia

Varia

Szczypta – za piątala :)

131 Wyświetleń
0
Pozostało tomików

Zbliża się “Czarny Piątek”, niektórzy chcieliby “Czarny Tydzień”, za miesiąc już święta, a przed nami wiele dni z okazji, którym winniśmy – w teorii – pamięć (dziś jest przykładowo Dzień Kolejarza!) 

Z tej czy innej okazji proponujemy Waszej uwadze tomik Sławomira Dawidowskiego, “Szczypta” w wielce atrakcyjnej cenie 🙂 Promocja, jakżeby inaczej, ograniczona ilością tomików.  

Aby dokonać zamówienia prosimy o wypełnienie poniższego formularza. 

Koszt pojedynczego tomiku to 5 zł, a koszt przesyłki to 7 zł. 

Wpłaty prosimy kierować na:

Stowarzyszenie Abyssos
Ul. Marii Konopnickiej 16
67-106 Modrzyca
Numer konta bankowego: 41 1950 0001 2006 0047 2637 0003 (Idea Bank)

Wysyłka po zaksięgowaniu wpłaty 🙂

Varia

Beata Mróz – Jałowcowa, skurczybyku!

262 Wyświetleń

Ludzi popierniczyło już zupełnie. Do tej pory niemal w amoku robili zakupy tylko przed długimi weekenadami, zdającymi się być zapowiedzią apokalipsy, patrząc choćby na przerzedzone półki i obciążone wózki kupujących januszy. Teraz, gdy niemal każda niedziela zdawała się być takim małym świętem, konsumenckie pandemonium zaczynało się już od czwartku i trwało aż do poniedziałku (z oczywistym wyłączeniem wspomnianej niedzieli). Tym samym cotygodniowe zakupy dla chorobliwie nienawidzącego tłumów Bartosza stały się nie lada wyzwaniem, bitwą, do której strategie należało przygotować z odpowiednim wyprzedzeniem.

Wbrew pozorom, planowane działanie wyprzedzające nie było wynikiem głęboko zakorzenionego introwertyzmu Bartosza, ale zwykłą przezornością. W tłumie dużo łatwiej niepostrzeżenie się do kogoś zbliżyć i sprzedać mniej lub bardziej śmiertelny cios. Sam nieraz korzystał z tej metody. Wiedział, że nawet najczujniejsi potrafili przegapić delikatne ukłucie strzałką, szczególnie, gdy przyszło im walczyć o schab na promocji lub inne luksusowe dobra pojawiające się cyklicznie w marketach. Aż za dobrze pamiętał jak dopadł jedną strzygę na promocji torebek Wittchen. Maszkara, o wyjątkowo dobrze dobranej ludzkiej powłoce, nawet nie zauważyła, że coś ją trafiło. Fakt, iż akurat wyrywała upragnioną galanterię skórzaną z rąk jakiegoś grubego babsztyla mógł mieć na to jakiś wpływ. Choć po wyjściu ze sklepu rozpadła się w proch, jej usta wciąż wykrzywiał błogi grymas ekstatycznego uniesienia. No cóż, przynajmniej umarła szczęśliwa, a on mógł sprezentować Monice zgrabną, skórzaną torebkę.

Z tych i innych, mniej lub bardziej praktycznych powodów, znalazł się w markecie w ten środowy poranek. Choć patrząc na godziny otwarcia sklepu należałoby nazwać bladym świtem. W alejce z nabiałem wpadł na zaniepokojonego Mańka – kolegę ze studiów, dorabiającego sobie jako pracownik ochrony. Maniek, mimo szczypiorowatej budowy ciała i aparycji znudzonego nerda, którym zresztą był, potrafił nieźle dokopać. Bartosz aż za dobrze pamiętał ich wspólne, studenckie sparingi i odruchowo potarł bark, zwichnięty podczas jednego z nich. Życie obu chłopaków było wtedy znacznie prostsze. I ten właśnie Maniek, nieraz ratujący kolegę piwem i pokazujący ponoć sekretne chwyty wykradzione przez pradziadka z jakiegoś buddyjskiego klasztoru, stał zamyślony nad wielką kałużą mleka. W koło walały się pogniecione kartony, czy wręcz zmasakrowane kartony. Jednak, gdy dostrzegł znajomego, jego twarz rozpogodziła się.

– Spać nie możesz, że idziesz na zakupy o tak nieludzkiej porze? – Maniek pierwszy wyciągnął rękę na powitanie.

– Tylko tak mogę je zrobić w miarę normalnie – odparł Bartosz, ściskając dłoń ochroniarza. – Ale widzę, że i tobie się nie nudzi – powiedział, patrząc wymownie na rozlane mleko.

– A weź daj spokój. – Maniek przeciągnął ręką po łysej czaszce. – Jakieś szczyle kartony dziurawią. Pewnie nowe wyzwanie sobie wymyśliły, bo w spożywczakach na osiedlu to samo się dzieje – westchnął. – Szkoda tylko, że na sojowe się uparły, bo to cholerstwo drogie, a szef grozi potrąceniem z pensji. – Strapił się.

– Kamery nic nie wychwyciły? – spytał Bartosz, chociaż wiedział, że Maniek z pewnością to już sprawdził.

– A no nie – westchnął, kopiąc jeden z kartonów, a ten, z głuchym dźwiękiem, potoczył się po podłodze. – Wyślepiłem oczy na tych nagraniach, a jedyne, co wychwyciłem, to drobne zakłócenia w obrazie pojawiające się na chwilę przed zdewastowaniem kartonów.

Bartosz podniósł jedno z pustych opakowań. Zawarte w nim kiedyś mleko było ponoć migdałowe.

– To jest inne – wspomniał Mańkowi

– Tak. – Zgrzytnął zębami. – Dziś dobrali się, do tego i kokosowego. Krowiego nie tkną łachudry. – Pogroził pięścią nieistniejącemu przeciwnikowi.

– Słuchaj – zaczął Bartosz, wpatrując się w dwa znajomo wyglądające nakłucia w kartonie. – Tu wala się z piętnaście pustych kartonów. – Szturchnął najbliższy z nich, jakby chciał upewnić się, że i ten jest pusty.

– Ha! I to jest najciekawsze! – Oczy Mańka błysnęły niepokojącą gorączką. – Mleko wyparowało, nie ma. Niet. Null. Zero. –  Każde słowo akcentował machnięciem zaciśniętej w pięść dłoni, a Bartosz patrzył na niego z coraz większym niepokojem.

Sprawa była cokolwiek dziwna. Dzieciaki raczej wynosiłyby kartony albo dziurawiły i uciekały. One były zwyczajnie wypite. Powiedziałby, że wyssane do cna, patrząc na dwa nakłucia na brzegu opakowania i sposób zgniecenia opakowania.

Pokręcił głową w zamyśleniu. Przecież to było mleko roślinne! Hemoglobiny w tym tyle, co kot napłakał. Niedowierzając samemu sobie, otworzył swoje wewnętrzne oko, od kilku lat stanowiące o jego życiu, i spojrzał na pobojowisko.

Mroczna aura rodem ze starych nekropolii niemal powaliła go na ziemię. Była tak znajoma jak schabowy i mizeria na niedzielny obiad u mamy. Jednak miała w sobie też coś obcego, coś niepokojąco współczesnego jak smród dyniowo–sojowego latte i niespodziewane skrzenie smartphona.

Kiedy znów spojrzał na Mańka wyłączając nadprzyrodzoną wizję, ten przyglądał mu się z konsternacją.

– Znów robiłeś to swoje „hokus–pokus”? – zapytał, na co Bartosz kiwnął głową. Nie było sensu tłumaczyć.

– Stary… – Maniek zbladł. – Nie chcę tego, nie po tej rozróbie w akademiku.

Bartosz znów niemo kiwnął głową. Obecny przy nim Manfred Melancholik (państwo Melancholicy wykazali się specyficznym poczuciem humoru wybierając imię dla swego pierworodnego) miał to nieszczęście mieszkać z Bartoszem w jednym pokoju, kiedy to po raz pierwszy otworzyło się jego wewnętrzne oko. Dość powiedzieć, że widok przypominał połączenie „Egzorcysty” z „Pamięcią Absolutną” i animacjami Monthy Pythona. Po nocy, w trakcie której wspólnie zacierali ślady, nic między nimi nie było już takie samo.

– Słuchaj – zaczął Bartosz od niechcenia bujając wózek z zakupami przed sobą. – Tym się właśnie zajmuję. – Jego dłoń zatoczyła szeroki łuk. – Mogę ci pomóc, ale mamy takie niepisane prawo, że o tę pomoc musisz poprosić. – Co akurat było prawdą tylko w części.

Bartosz musiał wręcz bezwzględnie pomóc każdemu, kto o to poprosi, inaczej zostanie przeklęty permanentnym wstrętem do kawy, alkoholu i wyrobów tytoniowych, a w tej pracy, bez używek przetrwać się nie dało. Nieraz przeklinał tę durną zasadę, nie mniej dla starego kumpla mógł zrobić wyjątek.

– Jeśli się zdecydujesz, wiesz jak mnie znaleźć – dodał, pchając wózek w stronę alejki drogeryjnej. „Oko” podpowiadało mu, że za dwa dni Monika dostanie okresu, a jak zwykle skończyły się jej tampony.

Westchnął ciężko na swą męską dolę. Wolał znieść tę chwilę wstydu, niż pozwolić by jego kobieta niczym ranna lwica demolowała mieszkanie. I tak jeden dzień będzie nie do życia, ale może dzięki „zleceniu” przetrwa najgorsze poza domem? Fakt, przeklinał swój dar wiele razy, ale wykrywanie mrocznych i krwawych emanacji nieraz pozwalało mu zapunktować u Moniki. Co prawda ostatnio płakała przez trzy godziny, gdy przyniósł jej ciasto z czekoladową kruszonką, ale kiedy w końcu zasnęła mrucząc szczęśliwie, coś mu mówiło, że na tym nie straci. I nie pomylił się.

Rozważania na temat kobiecej natury i kwestią, czy lepsze są tampony z aplikatorem czy może bez, przerwało sapanie nadbiegającego Mańka.

– Stary musisz mi pomóc – rzucił na wydechu. – Kierownik pokazał mi wyciąg za te mleka z doliczoną karą za niewywiązywanie się z obowiązków. – Jego oczy były rozszerzone ze strachu. – Jak tak dalej pójdzie to do końca życia będę tu za darmo pracował i jeszcze każą mi pieniądze oddawać.

Bartosz pokiwał głową. Nic tak nie likwiduje obaw człowieka w kontaktach ze stroną nadprzyrodzoną, jak argument finansowy.

– O której dziś kończysz pracę? – zapytał rzeczowo i bez zbędnych wstępów.

– O 15 – odparł Maniek. – Najbliższą nockę mam za dwa dni. Wyrobisz się? – spytał z nadzieją w głosie.

– Jasne. – Bartosz uśmiechnął się półgębkiem. Karma jednak wraca. – Wpadnę po ciebie i razem odwiedzimy księdza – dodał, na co Maniek zbladł jeszcze bardziej. – I masarza – stwierdził po chwili, by zwiększyć konsternację kolegi. Następnie sięgnął na półkę i wziął dwie różne paczki tamponów stwierdzając, że ich zapas jest lepszy niż brak.

Po dokonaniu tej trudnej, aczkolwiek niezwykle życiowej decyzji, ruszył przed siebie zostawiając zszokowanego Mańka samemu sobie. Wciąż musiał dokończyć zakupy, a po przyjęciu nadprogramowego zlecenia musiał uzupełnić listę o kilka ważnych pozycji. Po zgarnięciu z półek paczki wafelków orzechowych, dropsów i czekolady, ruszył w stronę działu mięsnego w nadziei na nieco arsenałowego olśnienia. Podejrzewał jedno. Nie tylko ludzi w tych czasach popierdzieliło.

***

Market po godzinach nie był już tym samym miejscem konsumenckiej rozpusty. Spokój emanujący z każdej z alejek był wręcz namacalny, niemal tak podniosły jak w starej katedrze. Taką właśnie ciszę i monumentalną samotność Bartosz byłby w stanie polubić. Kto wie, może praca stróża na nocnej zmianie nie była aż tak zła? I Monika ucieszyłaby się, że znalazł stałe zajęcie. O ile co rusz nie zdarzałyby się jakieś nadprzyrodzone przygody, jak chociażby ta, z udziałem Mańka.

– Jesteś pewny, że to zadziała? – Usłyszał głos kumpla dochodzący z krótkofalówki.

– Jasne. – Gładko skłamał Bartosz, spokojnie patrolując alejkę z makaronami.

Niczego nie był pewny, a już w szczególności identyfikacji istoty, jaką podejrzewał o te uprzykrzające kradzieże z dewastacją w tle. Ostrożnie przejechał dłonią po kolorowych balonach wypełnionych mlecznym płynem. W ramach przygotowań poprzyczepiał je do paska przewieszonego przez pierś. To, wraz z olbrzymim pistoletem na wodę dzierżonym przez niego w dłoniach, sprawiało, że przypominał wyjątkowo wojowniczno nastawionego klauna.

– Jak sytuacja na nabiale? – spytał Mańka zamkniętego w dyżurce ochrony.

Kumpel miał być jego oczami, gdy on sam, w pożyczonym uniformie, robił marketowi obchód tak, jakby na jego półkach kryły się co najmniej skarby Romanowów.

– Siedzimy tu dość długo i nic się nie dzieje – marudził wyraźnie znudzony Maniek. – Poza tym z tej torby dochodzą takie zapachy, że aż mnie w kiszkach skręca.

– Po pierwsze, ta torba zawiera cały nasz arsenał, więc lepiej żeby pozostała nienaruszona. – Bartosz otarł wyimaginowany pot z twarzy. – Po drugie to siedzisz ty, a ja tu nadprogramowe kilometry wyrabiam. – Właśnie mijał lodówki z serami, gdy zatrzymało podskórne uczucie chłodu nie mające nic wspólnego z faktem, że sekcja chłodziarek wybitnie obniżała temperaturę otoczenia. – Po trzecie… – Jego oddech zamienił się w parę. – To musi zadziałać… – ściszył głos i z psikawką gotową do strzału ruszył w stronę półek z mlekiem – poprzedniego miejsca zbrodni. Przygotowali tam dla nieproszonego gościa małą niespodziankę.

– ZAKŁÓCENIA!!! – wrzasnął Maniek, ale jego krzyk zlał się z hukiem przewracanych kartonów i kaskadą swojskich przekleństw wypowiadanych z dziwnym akcentem.

Bartosz wpadł do alejki, gdzie przygotowali zasadzkę. Z kilku strategicznych kartonów usunęli mleko sojowe i zastąpili je krowim, specjalnie błogosławionym. Nie przyglądając się nawet przeciwnikowi z miejsca potraktował go wodą ze święconego przez księdza pistoletu. I to akurat najłatwiej było wyprosić od klechy. Z resztą arsenału były większe problemy. Poza tym, gdyby przeciwnik jednak nie miał natury nadprzyrodzonej to woda nie powinna nikomu zrobić krzywdy. Taką przynajmniej miał nadzieję.

– Nosz kurwa! – dobiegło do uszu Bartosza ze strony… hmm… obcego, plującego płynem ze słuszną zawartością tłuszczu i laktozy jak najbardziej naturalnego pochodzenia, który rano jeszcze znajdował się w krowich wymionach.

– To potwarz! To obraza wielkiego artysty! – darł się w niebogłosy. Niestety, dla Bartosza brzmiało to raczej jak „Tho potwasz, tho obhasa wielkhieko ahtysty!”.

Stwór, bo inaczej nie dało się określić tego menela w dredach, o brodzie pamiętającej brukselkę z sprzed trzech tygodni, w każdym możliwym słowie starał się wcisnąć głoskę “h”. Powodem tego zdecydowanie nie były nad wyraz wyrośnięte czwórki, tylko nieznacznie niemieszczące się w jamie gębowej maszkarona.

– Spokój bratku! – krzyknął Bartosz celując z pistoletu, choć widział, że woda, nawet święcona, nie zrobiła na przeciwniku odpowiedniego wrażenia.

 –Spokhój! Jha ci dham spokhój! – potworek zdenerwował się tak, że wielkie okulary (bez szkieł) zsunęły mu się na koniec haczykowatego nosa. – Nishcycie mhój performance! Jha thu shtukhe uphawiam, a thakhi phlebs mhój nhekhtah i hambhozje na te khowia thucisna zhamienia!

– Bartosz! – Krótkowfalówka plunęła głosem Mańka.

– Nie teraz – odburknął, po czym zwrócił się do przeciwnika. – Jakie to czasy nastały, żeby wampiry zamiast dziewice wysysać, mleko sojowe żłopały?

– Phy! – Oburzony „nosferatu” zaczął oglądać swoje dłonie z długimi, szponiastymi tipsami. – Nie shądze, zhebym mushiał znizhać się dho thej odphowhiedzi. – Uśmiechnął się drapieżnie.

– Bartosz!!

– Ihighnorant…

– Bartosz!!

– Thakhi jhakh thy..

– Bartek, cholera jasna!

– Co? – spytał poirytowany.

– …thego nhie zhosumie. – Wampir uśmiechnął się niepokojąco szeroko.

– On nie wychlał tego mleka sam!

Bartosz musiał przyznać, że zlekceważył go. Sądził, że wampir o tak wegańskich upodobaniach nie może być groźny. Bo co mógł mu zrobić? Wyssać? Przerobić w krwiopijcę na swój obraz i podobieństwo? No cóż. Młody łowca zapomniał, że zwykłego człowieka można zabić na kilka innych, nie mniej barwnych sposobów. Szczególnie, gdy ma się do dyspozycji jeszcze pięć całkiem silnych, tipsiastych maszkar, z czego przynajmniej dwie o bliżej nieokreślonej płci.

Pomijając efektowne syczenie i prychanie przez zęby rodem z kiepskich horrorów (Bartosz znał prawdziwe wampiry i wiedział, że tak się nie zachowują), młody pogromca czuł się jakby wpadł pomiędzy stado meneli. Albo hipsterów. Różnica wizualna była niewielka, a on nie zamierzał się im uważniej przyglądać. Licząc na przytomność Mańka, oderwał z paska jeden z balonów i cisnął nim w najbliższego stwora.

– Macie wegesyny! – krzyknął.

Gdy po salwie śmiechu nastąpił krzyk zarzynanego wieprza, wiedział, że nie pomylił się w ocenie arsenału. Balonowa bomba, wypełniona krowim święconym mlekiem, zadziałała jak granat rozpryskowy, przy okazji tworząc mozaikę barwnych poparzeń na dwóch sąsiednich stworach. Bartosz uśmiechnął się do siebie, gdy przypomniał sobie, jaką sensację wywołali na plebanii prosząc o poświęcenie mleka. Tak naprawdę dopiero gospodyni księdza, patrząc głęboko w oczy łowcy, wymogła na kapłanie spełnienie prośby. Nie wiedział, co w nim dostrzegła i ile wyczytała z jego aury, ale w duchu podziękował kobiecie obiecując sobie, że jeśli z tego wyjdzie, to jakoś się jej odwdzięczy.

Tymczasem zaskoczone wampiry szybko odzyskały rezon. Dwa z nich starały się prowadzić działania zaczepno–obronne unikając mlecznych bomb Bartosza, a pozostała trójka z przywódcą stada na czele, postanowiła doładować swoje moce sojową ambrozją z sąsiednich półek. No tak. Przychodziły tu na żer. Więc miał do czynienia z osłabionymi głodem bestiami. Jeśli się najedzą…

Coś złapało go za ramię i pociągnęło w tył. Siła odrzutu cisnęła nim o półkę z płatkami kukurydzianymi. Te na szczęście zamortyzowały jego upadek. Już dziękował za ocalenie bliżej nieokreślonym bóstwom opiekuńczym, ale gdy zobaczył, co się do niego zbliża, szybko zwątpił w ich istnienie. Ruda istota, którą wcześniej opisałby jako zaniedbaną bezdomną, zaczęła wyglądać jak wielka feministka z najbardziej wojowniczych memów. Przy niej walkirie wydawały się potulnymi kociakami, a męskie narządy rozrodcze same chowały się w podbrzuszu w obawie przed bolesną kastracją.

Bartosza trzeci raz w życiu sparaliżował strach. Pierwszy raz miał miejsce w przedszkolu, gdy na akademii miał wygłosić wierszyk przed całą szkołą, a drugi, gdy zapraszał Monikę na randkę. Poza tym jako mistyczno–genetycznie uwarunkowany łowca potworów (tak, to ponoć było u nich rodzinne) charakteryzował się raczej niskimi progiem przestrachu. Przynajmniej tak myślał aż do teraz.

Już żegnał się z życiem, gdy powietrze przeszył świst i zapach wędzonki. Przerobiona domowym sposobem kołkownica wypluwała z siebie bełty, o promieniach zrobionych z najtwardszych kabanosów, jakie kumple mogli znaleźć w tak krótkim czasie. Trzy z nich bezbłędnie trafiły w dupsko wampirzycy, powodując jej niemal natychmiastową przemianę w kupkę popiołu. Kabanosy też były święcone.

– Stary, rusz dupę, bo sam ich wszystkich nie załatwię! – krzyknął ochroniarz rzucając Bartoszowi torbę z ich arsenałem.

Łowca zanurkował do ciemnego wnętrza, gdy Maniek, niczym Chuck Norris wywijający nunczako z kiełbasy krakowskiej, rzucił się na jednego z wampirów. Mlekopijca tymczasem przeobrażał się w muzyka abstrakcyjnego, wydając przy tym dźwięki tak jękliwe, że przy nich Gala Kakofonixa uznano by za wirtuoza głosu. Widząc chwilową konsternację przeciwników, Bartosz podpalił petardę wetkniętą w kulkę salcesonu i rzucił w pozostałą trójkę. Może mięsny granat nie był tak skuteczny jak mleczny, ale swoje szkody poczynił. Kiedy maszkary próbowały się ogarnąć, łowca wyciągnął nabijane srebrnymi ćwiekami salami, ostrugane, dla wygody, w kształt kija baseballowego. W sumie był nawet ciekawy czy ten metal podziała na jego przeciwników.

Wprawnym okiem dostrzegł najsłabsze ogniwo – strzygowatego pokurcza, którego skóra już zaczynała się lekko dymić – i zaczął okładać go salami. Wampir zawył, czy to od drobinek oślego mięsa czy kawałków kruszcu przyczepionych do jego twarzy, i w ostatnim zrywie heroizmu rzucił się na Bartosza. Ten jednak widząc małą efektywność broni obuchowej, skoczył do torby w poszukiwaniu zaostrzonego chorrizo. Niemal literackim zbiegiem okoliczności stwór nabił się na hiszpańską kiełbasę dokładnie w momencie, gdy młody łowca właśnie odwracał się w jego stronę.

Tymczasem Maniek kończył „dyskusję” z drugim ze swoich przeciwników. Zagnał go w kozi róg na dziale mięsnym i właśnie przebijał złamanym wołowym gnatem z równie zabójczym skutkiem.

– O tym nie pomyślałem – mruknął Bartosz jakby do siebie i zaczął szukać prowodyra całego zajścia.

Przewodnik stada, utożsamiający się z twórcą sztuki współczesnej, tracąc silne ramiona swoich popleczników, starał się wykonać taktyczny odwrót. Łowca tymczasem nonszalancko sięgnął po jeden z tradycyjnych, mlecznych kartonów i odkręcił. Po długim, zaspokajającym pragnienie łyku, cisnął go tuż pod nogi uciekiniera.

Pudełko pękło rozbryzgując mleczną zawartość oraz tworząc warunki idealnie do poślizgu na gładkich płytkach marketu. Testów przyczepności wege–wampir zdecydowanie by nie zdał. Gdy stówr próbował się pozbierać, zgrabnie rzucona świńska nóżka trafiła go prosto w czoło. To Maniek zły jak osa, zbliżał się do źródła swoich problemów. Widząc determinację w oczach kolegi, Bartosz dopadł wampira i przytrzymał go na ziemi. Tymczasem ochroniarz wyciągnął zza paska ściętą w szpic kiełbasę, którą zdawał się trzymać właśnie na taką okazję.

– Jałowcowa? – zdziwił się wampir.

– Z czosnkiem skurczybyku! – krzyknął i zatopił wędlinę w piersi wampira aż po samą etykietkę.

***

To był przyjemny majowy dzień. Monika, pozbawiona „mrocznej aury”, uwijała się przy grillu. Musiała przerobić całe to mięso, jakie przytargali do niej panowie. Bartosz i Maniek siedzieli na ławce korzystając z cienia rozłożystej wiśni. Zewsząd dochodziły ich zapachy pieczonej kiełbasy i głośne rozmowy Polaków. Chłopakom wyjątkowo to dziś nie przeszkadzało a wręcz przeciwnie, brzmiało naprawdę swojsko. Nawet rozkręcone na ful radio, ze Sławomirem, po raz setny śpiewającym o polewaniu się szampanem, nikogo nie drażniło.

– Zawsze tak jest? – spytał Maniek przerywając milczenie.

– Gdzie tam. – Bartosz uśmiechnął się półgębkiem. – U Korczaków szwagier się jeszcze nie spił, więc jest cicho i spokojnie.

– Nie o to pytam – stwierdził z jakąś taką dziwną powagą w oczach.

Łowca westchnął. Mimo, że całe wampirze pobojowisko uprzątnęli całkiem zgrabnie, a Maniek mógł oświadczyć kierownikowi, że już więcej kradzieży mleka nie będzie, ten zażądał nagrania z monitoringu, którego oczywiście dostać nie mógł. W wypijające „sojową ambrozję” wege–wampiry z pewnością by nie uwierzył. Po pokrętnych wyjaśnieniach, nie popartych materiałem dowodowym, na wszelki wypadek zwolnił Mańka, bo temat wydawał mu się podejrzany. I miał rację. Ale chłopak nie narzekał. Miał dość tego miejsca i z chęcią znalazłby coś innego, dlatego teraz z takim wyczekiwaniem patrzył na Bartosza.

– Nie zawsze – westchnął łowca. – Zazwyczaj to czysta porządna robota. Z większością nadprzyrodzonych idzie się dogadać. Tych mniej skorych do rozmowy załatwia się po cichu żelazem, srebrem czy na co tam są wrażliwi. Zazwyczaj jestem bardziej dyplomatą czy negocjatorem niż pełnoetatowym łowcą potworów. Świat się zmienił. Każdy chce żyć, a zabijanie ostatnich przedstawicieli gatunków nie wydaje mi się najwłaściwszym sposobem na życie.

– Czyli to w markecie…

– To było coś dziwnego. – Potarł skronie – Mutacja, moda… nie wiem… po weekendzie będę musiał o tym ze starszyzną pogadać.

– Ha! Czyli nie wiedziałeś, czy święcone mleko zadziała! – Wytknął mu kumpel.

– Ale zadziałało. – Uśmiechnął się i pociągnął łyk piwa.

Znów umilkli, relaksując się chwilą spokoju, gdy nagle dobiegły i głosy dyskutujących sąsiadów.

– Panie kiedyś to było! Teraz się im wszystkim w dupach poprzewracało. Telefony, srajfony, buty za połowę pensji i jakieś takie fikuśne kawy, co człek nawet nazwy nie powtórzy. A ja Panu powiem, że to przez to, że mięsa nie jedzą, gorzałki się nie napiją. Organizmowi podstawowych witamin brakuje to i wariować zaczyna…

Maniek z Bartoszem spojrzeli po sobie i parsknęli śmiechem. Jakoś nie mogli się z tym panem nie zgodzić.

Varia

Janusz Borys – Biesiada w domu Drakhara

182 Wyświetleń

Pomarańczowa aura roztoczona przez płomienie, była widoczna na wiele mil w każdym kierunku. Rungir pomyślał na początku, że to zapewne jeden z pierwotnych jaszczurów przebudził się w głębinach Skamieniałej Doliny i przybył na dwór Drakhara, aby siać zniszczenie. Młodzieniec dziękował bogom za swą powściągliwość i zdrowy rozsądek, wszak prawie skompromitował się w towarzystwie swej drużyny i niewiast jadących na ciężkich wozach, wyładowanych darami. Ludzie śmialiby się z niego przez całą biesiadę, nie dając mu zapomnieć o swym zabobonnym lęku i wybujałej wyobraźni. Hrodwiga na pewno przyłączyłaby się do nich. Zmrużyłaby te swoje jasne oczy z odrazą i patrzyła na niego jak na byle dziecko czy najpodlejszego thralla – pomyślał trwożnie Rungir.

– Wygląda niesamowicie – zagadnął ktoś zza pleców pogrążonego w zadumie Rungira.

Młodzieniec drgnął zaskoczony, ściągnął wodze swego rumaka, który wyczuwając panikę jeźdźca, zarzucił na bok wielkim łbem.

– Jakby ktoś ciął je mieczem – rzucił w odpowiedzi młodzieniec, tocząc czujnym wzrokiem po pionowym zboczu ponad warownym grodem, do którego zmierzali.

– Ponoć po drugiej stronie tych szczytów jest wiele podobnych miejsc. Tylko, że ktoś wyciął w nich schody, nawy i komnaty tak wielkie, że mogłyby pomieścić tysiąc mężów.

Słysząc te słowa, Rungir znów zatracił się w swych wyobrażeniach. Na chwilę znalazł się wśród przepastnych hal i kamiennych naw, podpartych surowymi, kamiennymi kolumnami.

– Jeśli to prawda to musieli je wykuć giganci, żaden człowiek nie dokonałby takiej rzeczy – stwierdził Rungir, rzuciwszy spojrzenie towarzyszącemu mu jeźdźcowi.

Asrag wyszczerzył zęby w wilczym uśmiechu. Jego dłoń bezwiednie przesunęła się na rękojeść szerokiego, żelaznego miecza zawieszonego przy siodle.

– Chciałbym zabić giganta – rzucił z rozmarzeniem i ryknął śmiechem, Rungir dołączył do niego, gdyż pomyślał o tym samym.

Ich rozmowę przerwał skowyt wilków. Potężny ryk rozdarł nocną ciszę i poniósł się wysoko ponad prehistorycznymi lasami i jeszcze starszymi górami. Kruki poderwały się z ośnieżonych gałęzi sosen i wzbiły z jazgotem w czarne jak węgiel niebo. Ale nawet odgłos ich potężnych skrzydeł bijących chłodne powietrze, nie zagłuszył zewu trąb. Kolumna wojów zatrzymała się, oczekując odpowiedzi z głębi skąpanego w ognistym blasku grodu. Zapadła długa chwila nerwowego oczekiwania. Wierzchowce drobiły niepewnie w miejscu, ryjąc śnieg pazurami, jeźdźcy poprawiali hełmy i sprawdzali czy broń dobrze leży przy siodłach. I choć przybyli na zaproszenie Drakhara – pana i władcy tych gór, wiekowego pogromcy podludzi i niszczyciela ksiąg – wciąż musieli mieć się na baczności. W tych stronach łatwo było o krwawy zatarg, słowa często były podszyte zdradą. Drużyna, do której należał Rungir, musiała być szczególnie ostrożna. Towarzyszyły im w końcu niewiasty i wozy wyładowane piwem, a także darami dla Drakhara i jego dworu. Atrakcyjny łup dla każdego liczącego się klanu.

Napięcie prysło w jednej chwili, gdy konchy z grodu zagrały w odpowiedzi. Drewniane wrota rozwarły się ze złowrogim pomrukiem. Nagle zaroiło się przy nich od ludzi w futrzanych płaszczach, przyświecających sobie pochodniami. Rungir rozluźnił się, bezdźwięcznie wsunął łuk z powrotem do sajdaka i wyprostował się w siodle, aby lepiej przyjrzeć się fortyfikacją wzniesionym na zdradliwie oblodzonym wzgórzu.

– Wygląda na to, że dziś będziemy tylko pić i śpiewać Asragu – rzucił uradowany młodzieniec do swego przyjaciela.

– Nie chwal nocy przed pierwszym brzaskiem – rzuciła postać, która szybko wysforowała się na czoło kolumny.

Obaj młodzieńcy pochylili głowy przed swym wodzem, jak tylko usłyszeli jego zachrypnięty głos.

Rungir wiedział, że Hrodwald miał rację. Jeszcze wiele mogło się wydarzyć, nim wstanie słońce. Gdy wojownicy klanów spotykali się przed kolejną wyprawą na ziemię podludzi, łatwo było o zwadę.

Wnętrze długiego domu tętniło życiem. W okrągłych paleniskach otoczonych przez roześmianych, rumianych od piwa ludzi, ryczał ogień, który szybko pozwalał zapomnieć o panującym na zewnątrz mrozie. Stoły uginały się od jadła i napitku. Wojownicy ze wszystkich klanów mieszali się ze sobą, przechwalając się osiągnięciami swych legendarnych bohaterów i wodzów, a także własnymi wyczynami. Mężowie utalentowani w śpiewie i grze na lirze konkurowali ze sobą, prezentując epickie poematy, pieśni opiewające niemal już zapomniane dzieje i romantyczne ballady ubóstwiane, przez licznie zgromadzone niewiasty. Dzieci skryte w nawach wielkiej sali, przyglądały się temu wszystkiemu z zazdrością, marząc o dniu, gdy same będą mogły uczestniczyć w podobnych ucztach.

Rungir sączył piwo ze swego ozdobnego, bawolego rogu, słuchając opowieści siwego starca. Zdążył już wysnuć historię zniewolenia ludzi, którzy sprzeciwili się bogom i postanowili żyć w pokoju, a także opowieść o jaszczurzycy Grimojrze i jej grzesznym pragnieniu spisywania przeszłości. Młodzieniec zatracił się w gawędzie, na chwilę przenosząc się poza czas i przestrzeń. W swych wyobrażeniach był jednym z legendarnych pogromców, ścigających upadłych grzeszników, którzy nie wznosili palisad, ani nie kuli głowic toporów, odrzucając pragnienie walki i rozlewu krwi. Uczestniczył w tych historiach całym sobą – duchem i ciałem.

– Wiedziałem, że cię tu znajdę – Asrag dosiadł się do swego towarzysza, zderzając swój róg z jego. Nieco gorzkiego trunku ulało się na podłogę i futrzane płaszcze, w które byli odziani.

Rungir skarcił się w duchu. Jego towarzysz podkradł się do niego drugi raz tej nocy.

– Coś cię trapi – kontynuował Asrag. – Jesteś jednym z najlepszych łowców naszego klanu, cholera być może nawet najlepszym wśród wszystkich klanów! A i tak dałem cię radę zaskoczyć. Niemal słyszę jak trzepocze ci serce Rungirze.

– Ścisz swój głos! – pouczył go młodzieniec, bacznie rozglądając się na boki. Wypowiedzenie takich słów mogło zwiastować zwadę. Żaden z klanów nie lubił, gdy ktoś wywyższał się ponad pozostałych. Szczególnie, jeśli jego przechwałki były niepotwierdzone. – Wiesz, że wciąż mamy pierwszą wyprawę przed sobą.

– Jak tylko skruszeje lód i roztopią się śniegi, pozwolimy zaczerpnąć naszym toporom krwi podludzi przyjacielu! – ryknął Asrag i niemalże cały długi dom zawtórował mu.

Mężowie wydobyli miecze krzycząc i wymachując nimi nad głowami.

Rungir poczuł natychmiastowe ukłucie zazdrości. Optymizm i pasja jego towarzysza zawsze były wstanie poderwać mężów do działania i rozchmurzyć ich ponure oblicza. Wiedział też, że jego okrzyk nie pozostał niezauważony. Ukradkiem rozejrzał się po przepastnej izbie i dostrzegł, że sam Hrodwald przypatruje się jego przyjacielowi z uznaniem i tajemniczym uśmiechem na zazwyczaj posępnej twarzy. Być może to tylko piwo i ciepło przyczyniły się do dobrego humoru ich wodza – pomyślał ponuro Rungir. Lub Hrodwald właśnie odnalazł swego kandydata na kapitana, który poprowadzi drakkar młodych wojów.

– Przeszkadzasz mi w słuchaniu – poskarżył się cicho Rungir, rzucając okiem na rozanieloną twarz swego towarzysza.

– Ty i te twoje bajki. Zawsze z głową w chmurach i z tym tęsknym spojrzeniem, jakbyś sam był już stary i pozostało ci jedynie wspominanie dawnych dziejów. Zjedz i napij się z nami Rungirze. Zasiądź do stołu zajmowanego przez mężów z klanu Hrodwalda. Zamiast jedynie wsłuchiwać się w bajki jak baba, czy posmarkane dziecko, sam opowiedz nam coś o własnych wyczynach.

– Kiedy ja nic nie osiągnąłem – jęknął Rungir, kręcąc się nerwowo na swoim miejscu. – Przestań ze mnie szydzić przyjacielu.

– A kiedy wytropiłeś Wielkiego Spaqua pomimo ulewy? Albo odnalazłeś wilki bojowe w zamieci?

– A jak to się ma do tego, co osiągnęli pogromcy pierwotnych jaszczurów czy tych, którzy stali się egzekutorami boskiego prawa?

– A może po prostu chodzi o nią? – Asrag nagle zmienił temat. – Siedzisz i wzdychasz do niej?

Rzeczywiście Rungir usiadł w idealnym miejscu, aby jej się przyglądać. Siedziała po przeciwnej stronie sali – zimna i wyniosła jak zwykle. Kobieta godna własnej legendy. Hrodwiga trwała samotnie, niczym latarnia morska ponad wzburzonym morzem. Kiedyś otaczałby ją wianuszek godnych zalotników. Wszak córka samego Hrodwalda była wspaniałą branką, ale jej charakter okazał się przeszkodą, niemożliwą do pokonania nawet dla najdzielniejszych mężów. Co wcale nie zniechęcało młodego Rungira. Z niecierpliwością czekał dnia, gdy powróci z pierwszej wyprawy i będzie mógł stanąć w konkury o serce Hrodwigi.

– Nawet jeśli to co z tego? – odpowiedział po chwili milczenia. – Czyż nie jest piękna?

– Może piękna, ale z przeklętym charakterem. Cały klan słyszał o bluźnierstwach Hrodwigi.

Rungir słysząc te słowa, porwał się na równe nogi i rzucił towarzyszowi nienawistne spojrzenie. Jego dłonie zacisnęły się w pięści.

– Uważaj na słowa Asragu. Zapominasz, o kim mówisz.

– Niczego nie zapominam. Sam Hrodwald otwarcie wyraża pogardę do swej córki. I on odwrócił się od jej trujących słów.

– Nie wiesz, o czym mówisz.

– Ona obraża Czterech Bogów głupcze. Cały klan jest w niebezpieczeństwie. Może spaść na nas przekleństwo.

Obraża bogów, pomyślał drwiąco Rungir. Cóż to za bogowie, którzy nie są w stanie znieść cierpkich słów? Tacy, którzy zwróciliby się przeciw jednemu z najstarszych klanów tylko dlatego, że jedna niewiasta ma w sobie odwagę, otwarcie ich krytykować. Zresztą zgodnie z legendą klan Hrodwalda sam pochodzi od Frostnira ojca całej ludzkości. Czyż więc Hrodwiga nie krytykuje jedynie własnego rodu? Czy to właśnie jest przyczyną wzgardy jej ojca i starszyzny? Wszak dla władców nie ma nic gorszego niż człowiek podważający ich autorytet.

Rungir zapomniał o gniewie, myśląc o cierpieniu, które musi odczuwać jego luba. Po prostu stał tam, przyglądając się jej chłodnemu obliczu głuchy na słowa swego druha. Zatopiony w świecie, w którym istniała tylko ona. I wtedy odwróciła się ku niemu. Nie spojrzała jedynie ukradkiem, jak zrobiłaby to inna niewiasta. Zwróciła się do niego piersią, spoglądając na niego badawczo swymi lodowato zimnymi, błękitnymi oczyma. Była w nich drwina lub niewypowiedziane wyzwanie. Młodzieniec nie miał zamiaru przejmować się zasadami. Może za sprawą piwa, które wypił lub jej spojrzenia. Zrobił pierwszy krok w kierunku Hrodwigi i wtedy zagrały Konhy.

Drzwi wielkiej sali rozwarły się gwałtownie, do środka wdarł się śnieg, wirujący dziko wśród pochodni i długich stołów. Nieznajomy ryknął na całe gardło, wdzierając się do sali, niczym pogrążony w amoku berserk. Ygdras Hadrson, Ygdras Dwa Imiona był smukłym mężem o gorącym temperamencie i niezwykle przystojnej twarzy. Żywa legenda swego pokolenia. Człowiek, który zabił pierwotnego jaszczura. Jego purpurowy płaszcz łopotał na lodowatym wietrze, gdy wykrzykiwał pozdrowienia i ponaglał swych ludzi wnoszących beczki z piwem. Biesiadnicy z niedowierzaniem przyglądali się całej scenie. Taki dostatek był rzadko widywany, a dzielenie się nim było postrzegane, jako głupota, szaleństwo lub w najgorszym wypadku obelga. I choć Ygdras był uznanym wojownikiem i bohaterem narodowym, słynął też ze złego charakteru, przejawiającego się w skłonności do mordu jak i wszczynania awantur.

Rungir powiódł wzrokiem po zgromadzonych na sali wodzach klanów. Twarz Drakhara stanowiła prawdziwie marsową maskę.

Czyli Ygdras Dwa Imiona zabrał ze sobą większą obfitość piwa niż ta, którą podzielił się gospodarz – pomyślał Rungir. Było to jednoznaczne z okazaniem pogardy dla gospodarza. Sugerowanie, że był on biedniejszy od swego gościa. A podobne zachowanie zawsze wróżyło rychły rozlew krwi. Choć jak na razie Drakhar trzymał nerwy na wodzy, jedynie ponuro obserwując ekstrawagancję Ygdrasa.

– Wyrazy szacunku dla wielkiego Drakhara pana tych ziem, protektora wybrzeży i przywódcy klanu Drakhar – krzyknął dziarsko Ygdras unosząc srebrny kielich do ust.

Ludzie z lubością podjęli toast. Rozpierała ich duma, że oto ucztują ramię w ramię z żywą legendą. I gdy już wydawałoby się, że wszystko skończyłoby się na niewielkim skandalu. Z długich cieni zalegających za tronem gospodarza, wyłoniła się ogromna sylwetka. Postać bliższa gigantowi niż człowiekowi. Na twarzy olbrzyma malowała się irytacja, przepleciona z nienawiścią. Serce Rungira zabiło gwałtownie, gdy zdał sobie sprawę z tego, kim jest tajemniczy olbrzym.

– Widzę Ygdrasie, że w dworze twego klanu zabrakło mężów zdolnych wypić cały ten trunek – zadudnił ogromny mąż, gdy pogardliwy uśmiech pojawił się na jego twarzy. – Ale nie martw się. Klan Drakhara z przyjemnością ci pomoże.

Fagir Pogromca Trolli oparł swe spracowane dłonie na biodrach, gdy sala wybuchnęła szyderczymi rechotami. Nie spuszczał wzroku z Ygdrasa, który aż posiniał z wściekłości, słysząc obraźliwe słowa z ust swego odwiecznego rywala. Obaj mężowie piorunowali się spojrzeniami, niczym wilki gotowe wyrwać sobie nawzajem gardła.

Rungir był pewien, że Fagir przez cały ten czas ukrywał swą obecność, oczekując przybycia znienawidzonego konkurenta. Uczta była wszak ostatnią formalną okazją, która pozwoliłaby im w końcu odkryć, kto jest najpotężniejszym wojem wśród wszystkich klanów. Obserwujący scenę młodzieniec, oderwał swe podekscytowane spojrzenie od mężów i rozejrzał się po sali. Dostrzegł nieludzkich thralli pospiesznie odsuwających ławy i stoły, tworząc w ten sposób naprędce skleconą arenę. Przyjrzał się też gospodarzowi. Ten jednak wyczuł wzrok młodego Rungira i wbił w niego chłodne, przebiegłe spojrzenie swych starych oczu.

A więc stary Drakhar przewidział to wszystko i już wydał odpowiednie rozkazy – odgadł Rungir.

– Jak śmiesz Fangirze?! Mówić nim gospodarz, zdążył odpowiedzieć na me pozdrowienie? – warczał sprowokowany Ygdras, przestępując z nogi na nogę. Nie mogąc się wręcz doczekać wiszącej w powietrzu walki.

– Tak się składa, że już niedługo klan Drakhar i klan Vaygnip połączą się w jedność – odparował tubalnym głosem Fangir, przekrzykując wrzawę, panującą wewnątrz długiego domu. – Z tej okazji Drakhar pozwolił mi, przemawiać w swoim imieniu. Także widzisz Ygdrasie Dwa Imiona, że jedynym mąciwodą obecnym w tym przybytku jesteś ty.

Słysząc te oskarżenie, Ygdras przesunął dłoń na rękojeść zawieszonego u pasa miecza. Towarzyszący mu wojownicy, poszli w ślad za swym wodzem. Wiwaty, szyderstwa i śmiechy natychmiast zamarły, gdy licznie zgromadzeni mężowie sięgnęli po własne żelazo. Bitwa wisiała w powietrzu. Kobiety skuliły się w kątach lub schroniły pod ścianami, tuląc płaczące i przerażone dzieci do swych piersi.

I to właśnie wtedy wszystkie świece i pochodnie, każde palenisko gorejące pod kotłami strawy, zgasły. Niektórzy krzyknęli, gdy nagle pojawił się błękitny płomień, z którego wystąpił pokrzywiony, pokraczny człowieczek w niegarbowanych, zwierzęcych skórach, ciężko podparty na sękatym kiju, zakończonym żywą gałęzią.

Czyniący Drakhoru, pomyślał Rungir, gdy starzec zarechotał, zataczając się jak pijany.

Ludzie odskoczyli od niego jak poparzeni. Wielu wezwało imiona Czterech Bogów, aby chronili ich przed przewrotną naturą nikczemnego starca. Wszystkie klany lękały się magii i tych, którzy ją dzierżyli. Ludzie wiedzieli, że żaden oręż – nieważne czy żelazny, czy stalowy – nie zdoła pobić czy uśmiercić jednego z tych świętych szaleńców.

– Ośmielacie się biesiadować, przeklinać i szykować do rozlewu krwi, nawet nie myśląc o poświęceniu tego wydarzenia bogom? – wysyczał nieproszony gość, strzelając oczyma na prawo i lewo, napawając się zabobonnym przerażeniem, które malowało się na tępawych twarzach biesiadników. – I to wszystko w cieniu mej góry?

Nikt z zebranych nie odpowiedział. Mężowie jedynie pokornie opuścili głowy, oczekując, aż Drakhar lub ktoś inny przemówi. Jednak nawet gospodarzowi zabrakło odwagi. W jego rozszerzonych z przerażenia oczach, odbijał się blask nienaturalnego, błękitnego płomienia.

– Dopiero w obecności świętego pomazańca przypomnieliście sobie o należnej wszystkim ludziom bogobojności? – kontynuował niewzruszenie intruz. – Dobrze. Uznam to za godne przeprosiny. Ale nie obędzie się bez zapłaty.

– Czego żądasz? – słysząc nieco obłaskawiony ton czyniącego, Drakhar odzyskał nieco rezonu.

– Dziesięciu thralli poświęconych w ofierze Czterem Bogom, nim zakończy się noc. Beczkę gorzały, którą przytargali tu ludzie tego w purpurowym płaszczu, a także gościnę tej nocy.

Gospodarz jedynie skinął głową i klasnął w dłonie. U jego boku natychmiast zjawili się najbardziej zaufani słudzy klanu Drakhara, którzy pochylili się tak, aby ich pan mógł wyszeptać swe rozkazy, nie musząc podnosić się ze swego tronu.

Kilka uderzeń serca później eksplodowała przemoc. Słudzy Drakhara chwytali na chybił trafił nieludzkich niewolników, grożąc im biciem i żelazem, jednocześnie wywlekając ich w lodowaty mrok nocy. Rungir wiedział, że na zewnątrz czeka ich jedynie pień na ich karki i topór. Do rana ich głowy ozdobią bramy palisady. Cóż taka była wola bogów – pomyślał. Reszta thralli pospiesznie rzuciła się, do rozpalania wygasłych ogni. I choć czyniący Drakhoru wyglądał na zadowolonego, ludzie i tak trwali w trwożnej ciszy. Tłoczyli się w ciasnych gromadach, przypatrując się starcowi, który spokojnie pił piwo ze swego rogu. Tylko dwóch mężów zachowało rezon. Ygdras Dwa Imiona i Fagir Zabójca Trolli wciąż mierzyli się spojrzeniami, gotowi w każdej chwili rzucić się na siebie. W końcu, gdy starzec skończył raczyć się piwem, odezwał się do pragnących zamordować się wzajemnie mężów.

– A wy, co tak na siebie łypiecie i dyszycie? Ty długowłosy jak cię zwą? – zagadnął starzec, zajęty szukaniem fajki w swej niewielkiej podróżnej torbie. – Ja cię skądś nie znam?

– Zwą mnie Ygdras Dwa Imiona – odrzekł wojownik dziarskim głosem, nawet na moment nie spuszczając wzroku ze swego rosłego rywala. – I choć nigdy nie poznałem ciebie panie. Miałem do czynienia z czyniącym Drakhoru.

– Ach… Już pamiętam mój szlachetny kuzyn Sigard, to on nadał ci drugie imię prawda? Co patrzysz na mnie taki zdziwiony chłopcze? Widziałem to w snach, wszyscy czyniący śnią wspólnie, taka już jest natura naszej więzi. A teraz – mówiąc to starzec zagryzł krzywe zęby na ustniku drewnianej fajki – opowiedz nam o swym zatargu z Fangirem, a ja zapale.

– Ten nikczemnik zawsze mi zazdrościł. Od chwili, gdy to ja okazałem się być pogromcą pierwotnego jaszczura. Nigdy nie mógł pogodzić się z tym, że ktoś okazał się od niego lepszy i godniejszy łaski bogów.

Słysząc te słowa, umięśniony niczym zapaśnik wojownik, zazgrzytał zębami. Ruszył w kierunku swego znienawidzonego rywala z zaciśniętymi pięściami. Widząc to, Ygdras odskoczył, błyskawicznie, dobywając miecza.

– Ty kłamco, ty bękarcie… – klną i wyzywał Fangir, krzywiąc się jak zwierzę. – Ty zabiłeś? Jedyne, co zrobiłeś to zniszczyłeś tamę na rzece Wizgów. Woda zatopiła jaszczura, jak zresztą każdego nieszczęśnika, który żył w tamtych stronach. Po dziś dzień zalegają tam ogryzione szkielety i spuchnięte, gnijące ciała. Jesteś mordercą, ale skaldowie śpiewają o tobie jak o bohaterze!

– Na twarzy Ygdrasa wykwitł ponury uśmieszek. Jego oblicze mocno pociemniało na wspomnienie tamtych straszliwych wydarzeń, które kosztowały życie niezliczonych ludzi. Nim jednak zdążył odpowiedzieć, czyniący wtrącił się w żarliwą wymianę.

– Nie zawsze trzeba pokonywać swych wrogów bezmyślną siłą Fangirze. Tak mówią pieśni, zesłane nam przez bogów – pouczał starzec, kopcąc cuchnące zioło ze swej fajki.

– Ten bezmyślny osiłek nie może mi przebaczyć, bo ja dokonałem czegoś, czego on nigdy nie byłby wstanie uczynić. Nie umiał nawet odnaleźć drogi przez Strome góry. Tydzień tam krążył, nim w końcu je opuścił i to jeszcze po złej stronie! – krzyknął Ygdras, a mężowie ryknęli śmiechem. Jednak, gdy wściekły Fangir potoczył wzrokiem po szydercach, szybko zapadła cisza.

– Ciebie znam Fangirze i nie muszę pytać o twe wyczyny. Wszak na rozkaz czyniących Drakhoru zgładziłeś trolle, blokujące przeprawę nad przełęczą Ostrych Kłów – wyszeptał na wpół do siebie starzec. –  Już widzę, z czym mamy do czynienia! Będziecie walczyć, a ten, kto przeżyje, poprowadzi wyprawę przeciwko podludziom.

Mężowie ryknęli na znak zgody i zachęty, aby zagrzać rywali do walki.

– Niech będzie – rzucił pogardliwie Ygdras Dwa Imiona. – Jeśli taka jest wola bogów.

Jego rywal zachował milczenie. Sięgnął jedynie po topór wojenny, uśmiechając się na wilczą modłę. Wpatrując się w Ygdrasa zdejmującego purpurowy płaszcz, niczym w zwierzynę łowną tropioną od wielu dni.

Wojownicy starli się bez ostrzeżenia, tarcza uderzyła o tarcze. Ostrza przecięły powietrze, nie znajdując swych celi. Sala ryknęła, pogrążona w morderczej ekstazie. Kobiety tuliły się do siebie, osłaniając oczy. Wszystkie z wyjątkiem Hrodwigi, która przyglądała się pojedynkowi z nieskrywanym zainteresowaniem.

Ygdras jest szybszy, pomyślał Rungir, przypatrując się wymianie niczym zahipnotyzowany. Obaj prezentowali się przerażająco. Ich doskonała forma i precyzja ciosów przewyższały każdego wojownika, którego znał młodzieniec. W domu Drakhara równy trafił na równego. Fangir z początku napierał zdecydowanie, wyprowadzając zamaszyste ciosy swym masywnym toporem, zapewne licząc na to, że jego rywal przyjmie ciosy na tarczę, ryzykując złamanie przedramienia. Jednak Ygdras wiedział lepiej. Trzymał się na dystans i czekał, starał się zmęczyć większego wojownika. Choć nie pozostawał pasywny, ani nie unikał walki jak jakiś tchórz. Dźgał swym mieczem, wyprowadzał szybki atak za każdym razem, gdy dostrzegł otwarcie w obronie swego przeciwnika. Starcie przywodziło na myśl pojedynek górskiego niedźwiedzia z górską pumą. I choć Fangir krwawił z kilku ran, które zadał mu mniejszy przeciwnik, Rungir wiedział, że żadna z ran nie jest głęboka. Jedynie niewielkie ukłucia, które prześlizgnęły się przez kolczugę. I to właśnie wtedy, gdy młodzieniec oceniał walczących, doszło do pierwszej zmiany układu sił

Ygdras odskoczył zbyt późno i głowica topora zahaczyła o brzeg tarczy. Ostrze rozdarło drewno i żelazne okucie w mgnieniu oka. Zaskoczony wojownik runął na ziemię. Obserwatorzy wiwatowali na widok wspaniałego ciosu. Fangir nie tracąc czasu wykonał potężnego młyńca i opadł na zszokowanego przeciwnika, który odsunął się w ostatniej chwili. Ostrze topora rozdarło deski wielkiej sali, blokując się na chwilę.

– Tarcza! – ryknął Ygdras podnosząc się na równe nogi. – Tarcza!

Jeden z jego ludzi, którzy wcześniej wnosili beczki z piwem odpowiedział na wezwanie, na chwilę nim nadszedł kolejny druzgoczący cios topora. Jednak tym razem smuklejszy wojownik był gotowy. Skoczył na ostrzę, nie dając mu nabrać impetu i szybkim kopnięciem wytrącił swego przeciwnika z równowagi. Błyskawiczny cios mieczem ugodził Fangira w twarz. Trysnęła krew, salą wstrząsnęło ohydne mlaśnięcie żelaza, rozdzierającego skórę i mięśnie. Nos ugodzonego męża rozpadł się na dwoje, jucha zalewała mu oblicze, spływając do ust niepowstrzymaną kaskadą.  Ygdrass zaatakował ponownie. Miecz z ogromną siłą uderzyło w kark, jednym płynnym ruchem oddzielając głowę od reszty ciała.

Sala ryknęła, czując, że jej żądza krwi została zaspokojona. Zwycięstwa odrzucił tarczę i uniósł okrwawione ostrze wysoko w powietrze, tak aby każdy mógł je zobaczyć. Jednak wtedy stało się coś niespodziewanego. Okaleczone ciało olbrzyma uniosło topór po raz ostatni, aby uderzyć w plecy swego zabójcy. Ygdras musiał się domyśleć, że dzieje się coś dziwnego. Musiał to wyczytać z przerażonych, pobladłych twarzy obserwujących pojedynek ludzi. Nie odwrócił się jednak, zdążył jedynie opuścić ostrzę, które jeszcze przed chwila zwycięsko dźgało powietrze. Wtedy bezgłowy Fangir zatopił swe żelazo głęboko w ciele przerażonego Ygdrasa Dwa Imiona. Cios niemalże oddzielił ramię od barku, tworząc straszliwą ranę, rzygającą strugami krwi. Zaskoczony zwycięzca zawył niczym ugodzone zwierzę, nim zwalił się na śliską od krwi podłogę. W ślad za nim poszło bezgłowe ciało jego rywala.

Jak tylko niespotykany, krwawy spektakl zakończył się, zapadła ciężka cisza. Jedynie wiatr zawodzący za ciężkimi okiennicami i szczekanie psów przypominało, że czas wciąż płynie. Ludzie patrzyli po sobie, pogrążeni w konsternacji.

Wszyscy rozpamiętywali, co powiedział starzec – pomyślał Rungir, równie zdenerwowany i zbity z tropu, co reszta zgromadzonych.

„Ten, kto przeżyje, poprowadzi wyprawę przeciwko podludziom.” Młodzieniec wiedział, że nie tylko on miał palące pytania, na które potrzebował odpowiedzi. Drakhar wbijał intensywne spojrzenie w szalonego świętego.

Dopiero po chwili młody Rungir ocknął się z szoku i niedowierzania. Dostrzegł swoją własną szansę na zyskanie w oczach zgromadzonych.

– Bogowie przemówili – ryknął najmężniej jak umiał. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. Jako, że większość mężów go nie znała, szybko zaczęli szeptać między sobą, aby wywiedzieć się kto ośmiela się zabierać głos w tak ponurej i trudnej sprawie. – Ani Ygdras ani Fangir nie byli godni nam przewodzić! Nastał czas nowych bohaterów, nowych wybrańców!

– I ty chłystku myślisz, że wolno ci przemawiać wśród starszych i jeszcze pewno jesteś ten wybrany przez bogów? – rzucił jakiś zawistny głos z głębi sali.

Ludzie zamruczeli na znak zgody, pokazując szydercze gesty w kierunku młodzieńca. Jednak nie zraniło go to, ani nie osłabiło jego pewności siebie.

– Nie! Myślę, że dopiero następna wyprawa wyłoni godnych. Niechaj topory i spryt zadecydują kto z nas jest wart uśmiechu Czterech Bogów.

Sala ryknęła z uznaniem. Gdy Rungir skończył mówić, otarł pot z czoła i dopiero wtedy poczuł jak okrutnie wali mu serce. Wszak wszyscy wbijali w niego ciekawskie spojrzenia – także jego ukochana jak i mistyk Drakhoru. Jednak wydawało się, że wszyscy są zadowoleni. Czyniący odetchnął z ulgą, wiedząc, że młodzieniec rozwiązał za niego nie lada problem natury religijnej, który mógł znacznie nadwyrężyć zaufanie do wszystkich Drakhorskich mistyków. Hrodwald najwidoczniej pod wrażeniem odwagi i przebiegłości młodzika, uśmiechał się do niego życzliwie, wiedząc, że oto odnalazł mężczyznę, który jest godzien poprowadzić młodych przeciw podludziom. Drakhar rozluźnił się, gdyż wiedział, że interwencja bezimiennego młodzieńca uratowała go przed złym gadaniem ludzi, którzy wszędzie chcieliby widzieć złe omeny i klątwy, szczególnie gdy zwracały się przeciw potężnym i majętnym. Choć nie wszyscy byli zadowoleni z tego obrotu spraw. Rungir zwrócił swe oblicze, najpierw ku swemu przyjacielowi, który nie uśmiechał się już pogodnie do swego druha. Zamiast tego wpatrywał się w niego jak w zajadłego wroga.

Odebrałem mu zaszczyt przewodzenia młodymi, a przynajmniej możliwość łudzenia się, że ten honor przypadnie Asragowi, uzmysłowił sobie Rungir, patrząc na napiętą, gniewną postawę swego druha. Choć jeszcze nikt nie obwieścił mnie oficjalnie przewodnikiem drakaru młodych wilków… Już utraciłem przyjaciela, który być może właśnie stał się mym najzajadlejszym rywalem.

Czy i my w końcu zmierzymy się na takiej uczcie Asragu? – rozpaczał w duchu Rungir.

Jednak nie to najbardziej doskwierało młodzieńcowi. Gdy spojrzał na Hrodwige, dostrzegł w jej oczach żądło zimnej pogardy, wymierzone wprost w niego. Czy to za sprawą podniosłej atmosfery, czy wypitej gorzały Rungir, nie oglądając się na nic, przebił się przez sale wiwatujących mężów, aby porozmawiać ze swą lubą.

– Nadchodzi czas wyprawy – oznajmił, jakby kobieta przez cały ten czas była nieobecna na sali. – Wiem, że dziś jestem nikim. Ale gdy powrócę zza Wzburzonego morza, wystąpię o twą rękę Hrodwigo.

– Nigdy nie powrócisz żywy. Zamiast mordować i grabić, powiem ci co możesz uczynić aby zyskać mą rękę i miłość Rungirze z klanu Hrodwalda – wyszeptała niewiasta, wpatrując się zmrużonymi oczyma w dzielnego młodzieńca. – Zostań ze mną. Odrzuć wojnę i śmierć. A na zawsze będę twoja.

Oddzielić się od klanu? Sprzeciwić tradycji, wyznaczonej przez przodków – śmiał się w duchu Rungir. I co począć dalej? Żyć w samotności i odosobnieniu, uprawiając ziemię i hodując zwierzęta?

– Prosisz o jedno, czego nie mogę zrobić Hrodwigo – rzucił młodzieniec, wpatrując się w nią pożądliwym wzrokiem. – Już wkrótce będziemy palić i mordować. Krew podludzi zabarwi ich rzeki na czerwono, zatruje ziemię, na której nic już nigdy nie wyrośnie. I ja spocznę martwy na tej ziemi, rozdarty na sztuki, jeśli taka jest wola bogów. Jednak, jeśli powrócę na dziobie drakara, będziesz moja i nic mnie nie powstrzyma, przed pojęciem cię na żonę. Ani klan, ani twój ojciec. Rozumiesz mnie?

Dziewczyna nie odpowiedziała. Jedynie pozwoliła sobie na drwiący uśmiech, nim odwróciła się by odejść w głąb sali, gdzie mogłaby pogrążyć się w swej samotności.

Rungir pozwolił jej odejść, zresztą zrobiła to akurat, gdy otoczył go krąg wojowników z gwardii Hrodwalda. Spodziewał się, że wódz będzie chciał z nim porozmawiać, nim noc się dokona. Skinął głową na gwardzistów i pozwolił poprowadzić się przed oblicze swego wodza. Wiedząc, że oto niespodziewanie staje przed życiową szansą, aby okryć swe imię sławą i czcią, której zawsze pożądał.

Świtało już, gdy biesiada dobiegła końca. Ognie wypaliły się dawno temu i nieprzyjemny chłód wkradł się do biesiadnej sali. Thralle uwijali się w ciszy, starając się nie zbudzić, żadnego ze zmorzonych piwem mężów, gdy okrywali ich kocami i zwierzęcymi skórami. Wszyscy spali snem sprawiedliwych, wszyscy za wyjątkiem Hrodwigi, która przyglądała się śpiącym.

Barbarzyńcy, pomyślała, patrząc na pijanych mężów, zalegających wszędzie i gdziekolwiek. Niektórzy z nich leżeli w zaschłej krwi Ygdrassa i Fangira, których ciała posadzono przy jednym z długich stołów, aby jako duchy mogli wciąż cieszyć się ucztą. Odcięta głowa zabójcy trolli została postawiona na talerzu, gdzie zebrała się pokaźna ilość jego posoki. Niczego innego nie można było się spodziewać po niszczycielach ksiąg i mordercach niewinnych, których jedyną przewiną było to, że byli inni. Pokładałam w nich zbyt wiele nadziei, poznając ich kulturę, spędzając z nimi cały ten czas… Słuchałam o pierwotnych jaszczurach, o potworach czających się w nocy, spiskujących przeciw ludziom i ich Czterech Bogom. Próbowałam przemówić im do rozumu, nawet powtórnie narodziłam się jako dziecko Hrodwalda, wszystkie trudy na darmo. Ostatnia nadzieja, którą pokładałam w Rungirze – rozpaczała niewiasta – w jego delikatności i marzycielskiej naturze, prysła jak tylko poczuł, że oto może wsławić się zabijaniem i niszczeniem. Jak każdy, z którym wiązałam nadzieje. Jak każdy z nich.

Hrodwiga obserwując pierwszych budzących się wojowników, podjęła w końcu decyzję. Całą noc toczyła wewnętrzną walkę. Jednak jej medytacje przywiodły ją ku ponurym wnioskom. W końcu zrozumiała, że pokładała zbyt wielką nadzieję w prymitywnych ludziach, opętanych przez demoniczne istoty, podające się za ich bogów. Zbyt naiwni, zbyt łatwowierni… zbyt pijani rządzą krwi. Nagle poczuła wstyd, gdy przypomniała sobie swe kłótnie i zwady z innymi pierwotnymi jaszczurami. Błagała swych braci i siostry, aby oszczędzili ludzki gatunek. Szlachetne istoty zgodziły się i uległy pod jej namowami. Szanowali ją jak równą sobie, choć była kobietą. Jeśli stawali do walki z człowiekiem, zawsze w honorowym starciu. Samotnie mierząc się przeciw armią i czarom, przeciw podstępom i truciznom nikczemnych ludzi. Ginęli heroiczną śmiercią, choć na próżno. Jeden po drugim oddawali swe życie w obronie istot, które nikczemne klany nazywały podludźmi. Ale teraz nastał czas by położyć temu kres, uzmysłowiła sobie Hrodwiga.

Mogę czekać, miarkowała sobie. Poczekam, aż odejdą na swą wyprawę, zabijać i grabić. Dopiero wtedy zrzucę tę obślizgłą człowieczą maskę. Unicestwię ich domostwa, obrócę wniwecz kulturę i zgładzę rodziny nikczemnych wojowników. Spalę na popiół czyniących Drakhoru. A gdy wrócą swymi łodziami, wypełnionymi łupem i niewolnymi thrallami, zrozumieją, że wracają na cmentarzysko pełne spalonych chat i zwęglonych trupów. Tak podjęła sobie Hrodwiga, obserwując ostatnich wojowników, kierujących się na północ ku swoim smukłym okrętom. Odchodzili pełni nadziei, złaknieni przygód i chwały. Rungir odwrócił się na chwilę ku niej, robiąc swą słodką zamyśloną minę. Walczył ze sobą, ona to wiedziała. Odczytywała z jego myśli. Pomachał jej, nim wskoczył na pokład. Tym samym przypieczętowując swój los, swego ludu i Hrodwigi, czy też Grimojry jak niegdyś ją nazywali.

Obserwując odpływające okręty, Grimojra zapłakała na myśl o potworze, którym będzie musiała się stać, aby wyzwolić świat od ludzkiej plagi.

Varia

Michał J. Sobociński – Obowiązek

241 Wyświetleń

Nocą spadł deszcz, tak jak pan Józef spadł na pościelone łóżko. Trudno było mówić o szczególnym ułożeniu się do snu, kiedy pan Józef po prostu padł, jak dotknięty kulą żołnierz.
  Małżonka pana Józefa, pani Katarzyna, wstała około godziny ósmej, choć nie spała od godziny trzeciej. Pan Józef, pozostając w niezmiennej pozycji horyzontalnej, ułożony na wznak, nie mógł wiedzieć o sennych turbulencjach połowicy.
  Wszakże wypił z kolegami w starej stoczni ponad litr berbeluchy. Imprezę zakończyli, gdy zjawił się duet mężczyzn.  Żaden z nich nie był aniołem, choć mówili i przedstawiali się, jako stróżowie.
  Rankiem ukłuło go w prawą powiekę wredne słońce. Zaczęło grzać, mimo że była jesień. Otworzył ukłute oko. Drugiego nie miał siły.
  Wstał jęcząc z bólu. Poszedł do toalety celem przywrócenia sobie świetności. Wołającej o remont ubikacji również przydałaby się toaleta, pomyślał. Zaraz przeklął widząc, a przede wszystkim czując, że nocą przy oddawaniu moczu nie wysilał się na opuszczanie spodni. Jak to wytrzymała w nocy pani Katarzyna? Pan Józef nie był pewny, lecz błysk w pamięci wyostrzył mu obraz, w którym małżonka skrupulatnej okrywa się kołdrą.
  Gdy z wanny wyszedł nowy człowiek, w pierwszym odruchu pomyślał o kwiatach dla pani Katarzyny. W drugim odruchu zwymiotował szczęśliwie do kibelka wyprodukowanego w miejscowości Koło. Zatoczył się w miejscu, otarł gębę, splunął do umywalki z dawno wytartym logotypem i stwierdził, że oto gotów jest dzień święty święcić.
  Potem poszli na sumę, lecz bez śniadania. Pan Józef zdążył wypić z żoną kawę. Oboje milczeli, co wyjątkowo w smak było panu Józefowi. Głowa pulsowała mu w rytm telewizyjnych reklam zadających troskliwe pytania o perystaltykę jelit, nadmierną potliwość czy uczucie komfortu w krwawe, kobiece dni. Ubrał się w koszulę z krótkimi rękawami. Założył eleganckie spodnie, pamiętające dzień ślubu pana Józefa i pani Katarzyny. Poszli do kościoła.
  Puszczając połowicę do środka chłodnej świątyni, sam stanął przed nawą na dziedzińcu. Widząc towarzyszy nocnych bitew sięgnął do kieszeni i wyciągnął papierosy. Inni poprosili. Poczęstował. Jeden z nich odwdzięczył się ogniem. Pan Józef gadał bzdury, podobnie jego koledzy. Ksiądz coś ględził na kazaniu, ale fonia wychodząca z głośnika tuż pod stopami Matki Boskiej, jęczała, stękała i tak słowa sensownego nie dało się wyłowić ze słowotoku kaznodziei.
  Wracając z kościoła małżeństwo dalej nie odzywało się do siebie. Panu Józefowi zachciało się siku toteż celem oddania moczu udał się za winkiel. Tam obsobaczyła go okrutnie autochtonka, na co mężczyzna zareagował zupełną obojętnością. Po drodze zaszli do dyskontu z owadem w logo. Kupili pierś z kurczaka, piwo, kostkę rosołową, piwo, wyrób czekoladopodobny, piwo, baltonowski chleb oraz piwo. Przy kasie pani Katarzyna wybaczyła kasjerce brak grosika.
  Wrócili do domu. Zapachniało rosołem. Śmierdziało oszczanymi spodniami. Pani Katarzyna otworzyła okno i odzywając się, po raz pierwszy dziś do męża, stwierdziła coś niezrozumiale. Pan Józef stwierdzenia nie pojął. Lęgnął przed telewizorem i wziął się za rosół. Gazowany. Na ten z kostki trzeba było poczekać.
  W telewizji leciała Familiada, którą pan Józef oglądał na bieżąco. Zwykle w seansie towarzyszyła mu żona. Obecnie obrażona. Dawniej oglądał Familiadę i syn pana Józefa, ale odkąd studiuje na uniwersytecie zerwał z tradycjami rodzinnego domu. W ogóle zerwał z rodzinnym domem, niewdzięczny gnój i wykształcony łeb. Po teleturnieju wymuskany gościu opowiadał o programach wyborczych różnych partii politycznych. O wizjach. Założeniach. Koncepcjach. Nie pokusił się o głębsze analizy. Wskazał kto figuruje na miejscu czołowym. Pan Józef ucieszył się, że właśnie ta partia ma szansę zdobyć większość parlamentarną. Obiecali kurwich synów rozliczyć z rabunku, pieniędzy ciutkę rozdać z budżetu i bogatym hultajom złoty kranik zakręcić. Pan Józef w ogóle był zdania, że zachodnie koncerny i bogaci w tym kraju żerują na biednych ludziach. Na grzyb im tyle pieniędzy? Powinni się podzielić!
  Nikt nie powinien zarabiać  więcej niż ja, snuł filozof kanapowy.
  Każdemu winno być odbierane w miarę sukcesów, dodał potem.
To się chyba sprawiedliwość społeczna zowie, dumał. Ale czym ta cała sprawiedliwość społeczna różni się od zwykłej sprawiedliwości? Tego pan Józef nie wiedział.
 Uwagę pomiędzy telewizorem a zegarem, pan Józef podzielił bezbłędnie. Trzynasta trzydzieści i kilka sekund. Pani Katarzyna, co przewidywalne, zawołała męża na obiad. Mruknęła, że od małżonka czuć piwem ze wczoraj i ze dziś. Pan Józef polecił żonie oszczędność słów, w przeciwnym wypadku zaprosi ją do wojażu w egzotyczne miejsca porośnięte pieprzem.
  Przypomniała mu o wyborach.
  Panu Józefowi niespecjalnie chciało ruszyć się z miejsca. Słoneczko pięknie świeciło na dworze, ból głowy łupał. Nie chciał ustąpić ni pod atakiem tłustego rosołu, ni gazowanego rosołu. Co tam jeden głos może zmienić? Z drugiej strony można potem legalnie biadolić na tych u władzy. Po drugie żona przestanie jazgotać. Toteż umęczon i strudzon pan Józef powziął przygotować się.
  Do urny trzeba chodzić godnie. Bez znaczenia czy będzie to urna pogrzebowa czy wyborcza. Nieco wymięta koszula, na nią zaś luźna marynarka z trzema guzikami. Marynarka, rzecz to jasna, rozpięta. W teledurnowizji radzą, by choć jeden guzik zapiąć, ale guzik to oni tam wiedzą. Wszak gorąc leje się z nieba, niby lawa z Wezuwiusza. Włosy ulizał grzebykiem podobnym rybiego kręgosłupa. Odświeżył jamę ustną, swądem zaświadczającą o marności tkanki i ulotnego czasu zębów. Wyszorował je staranie, a dla zabicia smaku fluoru, popił resztką piwa.
  Poszli na przystanek. Pani Katarzyna wręczyła mężowi twardą walutę na zakup dwóch biletów, o cenie niemieszczącej się w granicach rozsądku normalnego mężczyzny. Pan Józef postanowił, wzorem partyzanta sprzed półwieku, schować się w lesie ludzi i czujnym okiem pilnować zniecierpliwionej małżonki. Dopytywałaby się, snuł w myśli, o bilety. A po co niepokoić zaniepokojoną całym życiem kobietę? Obeszło się bez agresji. Do ofensywy wrogiej nacji kanarków nie doszło. Przyczajony partyzant, ukryty chłop, zbliżając się do odpowiedniego przystanku, wrócił do żony i wysiedli razem.
W ogóle to komunikacja powinna być za darmo, niemo orzekł.
  W szkole, wybudowanej z okazji tysiąclecia tego kraju, wyszukali stołówkę. Tam pan Józef plastikiem udowodnił, że on to on. Urzędniczka badała szczegółowo dowód tożsamości, co ciut irytowało mężczyznę. Nachylił się tedy ku niej i wzorem maga rzucił zaklęcie co rychlejszego postępowania. Czar, co ma się rozumieć, zadziałał z siłą podwójnego odoru alkoholowego i przyniósł zamierzone skutki. Kobieta odłożyła dowód osobisty i kazała złożyć autograf w stosownym miejscu. Pożyczając długopis od męża, a raczej siostry, sprawiedliwości poszedł w ustronne miejsce.
  Ci będą lepsi od tamtych, pomyślał. Na pewno kraść nie będą, co tamte kurwie syny! Tego mogę być pewien, zarzucał sobie nieomylność. Ja głosuję na nich od zawsze! Ci nie zawiodą! Oni, co rozumie się jako wrogów publicznych acz chodzących po wolności, to łajzy i sprzedawczyki. Sprzedali dusze i dupy diabłu zagranicznemu. Oni krzty honoru nie mają, tradycji nie szanują i ich dziadkowe w Wermachtcie służyli.
  I zagłosował pan Józef na nieznajome nazwisko przy dobrze znanej mu partii.
  Potem odszedł w poczuciu spełnienia obywatelskiego obowiązku.   

Varia

Bartłomiej Szumski – Alicja

336 Wyświetleń

– Dzień dobry, panie Baltazarze – powiedział lekarz. – Jak pan się dzisiaj czuje? Trochę lepiej?

Zignorował ją. Oddział zamknięty, na którym się znajdował, nie nastrajał go na pogawędki z  ładnymi, ale naiwnie pozytywnymi blondynkami.

– Proszę pana, musi się pan otworzyć na terapię – kontynuowała niezrażona. Uśmiechała się przekonująco. Była młoda i zadbana. Nie praktykowała długo, inaczej nie byłaby tak pełna ideałów, woli pomocy i innych rzeczy, które skutecznie były rugowane z psychiki przez rutynę i oglądane tragedie.

– Dobrze – odpowiedział w końcu, po długiej chwili milczenia. – Jest lepiej, chyba leki mi  pomagają.

– Cieszę się. Chciałam z panem porozmawiać o tym, co się wydarzyło…

– Chyba czytała pani postanowienie sądu? – przerwał jej.

– Tak, czytałam opinię biegłego – nie dała się zdenerwować, ani zbić z pantałyku. – Musi pan zrozumieć, że zespół stresu pourazowego to poważna choroba.

Były policjant odwrócił głowę. Wiedział, co było w aktach: halucynacje, zaburzenia obsesyjne, nerwica natręctw, niekontrolowana agresja.

– Proszę mi opowiedzieć – kontynuowała po chwili – cały przebieg tamtego śledztwa.

Aspirant Baltazar Majewski, bawiąc się zawieszoną na szyi odznaką, siedział nonszalancko rozparty na krześle. Znajdująca się przed nim kobieta zalewała go potokiem płaczliwej wymowy, którego nie słuchał, nie kryjąc zniecierpliwienia. Na stole, pomiędzy nimi, leżało zdjęcie pucołowatego chłopca w kanarkowożółtym swetrze.

– Jest pani pewna, że nie zasiedział się u jakiegoś znajomego? – spytał przerywając jej monolog.

– Słucham? – spytała zaskoczona przesłuchiwana.

– Proszę pani, chłopak ma piętnaście lat, nie ma go od wyjścia ze szkoły, czyli jakieś pięć godzin – powiedział funkcjonariusz, opierając się łokciami o blat stołu. – Pewnie siedzi u jakiejś koleżanki…

– Panie policjancie – kobieta weszła mu w słowo – nie zna pan Michałka, on by czegoś takiego nie  zrobił, to dobry chłopiec.

– Słuchaj, pani – odparł ostrym tonem – aby przyjąć zgłoszenie o zaginięciu muszą upłynąć dwadzieścia cztery godziny od ostatniego kontaktu. Z tego co pani zeznała, nie ma podstaw, by  domniemywać, że dzieciak został porwany. Pani zeznanie zostanie zarejestrowane, a jeżeli chłopak nie znajdzie się do jutra, proszę stawić się, by zgłosić oficjalne zawiadomienie.

– Ale proszę pana, przecież to cała doba, w tym czasie… – zaczęła histerycznie kobieta.

– Ja teraz nic więcej nie mogę dla pani zrobić – odparł kategorycznie policjant. – Niech pani lepiej pojeździ po jego koleżankach z klasy, zamiast zawracać głowę służbom. Do widzenia.

Niedługo później aspirant skończył służbę i z uśmiechem na ustach wrócił do domu, by zdążyć jeszcze na końcówkę meczu. Całe zajście dość szybko wyleciało z głowy znudzonego funkcjonariusza, ot kolejna histeryczka, co przeżywa szok i przerażenie, gdy jej malutki synek zaczyna na własną rękę odkrywać otaczający go świat. Sen zmorzył go jeszce na kanapie, w trakcie oglądania powtórek.

Baltazar wisiał unieruchomiony. Bezlitośnie wykręcone ręce bolały go, a w ustach czuł ostry smak krwi. Nie mógł mówić, ani się poruszyć, nie mógł nawet zamknąć oczu. Miał wrażenie, że  otaczająca go bezkształtna i bezosobowa siła zmusza go, by patrzył.

Przed oczami miał metaliczną, bezgranicznie czarną powierzchnię lustra. Uzmysłowił sobie, że  wisi nad jego powierzchnią. Wydawało mu się już, że agonia bólu i bezruchu trwa wiecznie, gdy  dostrzegł ruch za plecami swojego lustrzanego odbicia. Był to korowód barwnych postaci, które zbliżały się w tanecznym pochodzie.

Zadrżał, a raczej zadrżałby, gdyby mógł. Gdy orszak zbliżył się do niego, zauważył, że prowadzi go młoda dziewczyna w zwiewnej, błękitnej sukience. Trzymała za rękę chłopca, kilkunastolatka w  charakterystycznym, kanarkowożółtym swetrze nałożonym na koszulę. Te barwy, żółć i błękit dziwnie odrażająco odcinały się od otaczającej czerni. Ku swojemu zaskoczeniu, poznał to dziecko od razu.

Gdy dziewczyna już niemal pochylała się nad jego ramieniem zauważył, jak bardzo jest zdeformowana, zdziwiło go, że nie zwrócił na to uwagi wcześniej. Jej chorobliwie blada skóra opinała kości twarzoczaszki i upiornie odsłaniała gałki oczne nadając całości kształt i wygląd gołej czaszki, pogłębiany tylko przez tłuste, blond włosy opadające na jej ramiona. Uśmiechała się do  niego odsłaniając żółte zęby, zbyt duże i wyraźnie widoczne spod obciągniętych rozkładem dziąseł.

Przez chwilę był pewien, że odezwie się do niego, lecz ona tylko tańczyła dalej ciągnąc za sobą kawalkadę tancerzy, w tym nieszczęsnego, zaginionego Michałka w jego paskudnym swetrze. Oddalając się od Baltazara wciąż odprowadzała go wzrokiem, a z jej ust nie schodził ten potworny grymas, który jedynie przez brak lepszego porównania można nazwać uśmiechem.

Nagle wybuchła szaleńczym śmiechem, a niemy widz tego makabrycznego przedstawienia przez potwornie długi ułamek sekundy czuł, że spada.

*

Obudził się nagle, zlany potem, zdziwiony, że nie roztrzaskał znajdującego się przed nim lustra. Nie mógł pozbyć się sprzed oczu widoku tej nieskończonej czerni i tych postaci, które przed chwilą zaprezentowały mu się, dumne ze swej obscenicznie martwej formy.

Długo siedział w rozburzonej pościeli, lecz sen nie chciał zatrzeć się w jego pamięci. Wzdrygał się przed wstaniem z łóżka, lecz w końcu logiczna i racjonalna część jego umysłu wzięła górę nad  targającymi nim emocjami. Drewniana podłoga ziębiła mu stopy, gdy poszedł opłukać twarz zimną wodą. Wpatrując się w łazienkowe lustro, długo stał oparty o umywalkę, zastanawiając się, czemu to zwykłe, codzienne odbicie budzi w nim irracjonalny lęk.

W końcu zdecydował się wrócić do łóżka, lecz zatrzymał się w drzwiach sypialni niezdecydowany. Zapalił światło i w szafce nocnej zaczął szukać dawno zapomnianego różańca. Znalazł mały, skórzany woreczek z drewnianymi koralikami.

Nim zasnął odmówił jedynie niewielką część monotonnej modlitwy, lecz resztę nocy przespał spokojnie, bez snów. A przynajmniej bez takich snów, które pamiętałby rankiem.

Gdyby ktoś powiedział mu, że z powodu snu będzie jeździł po Warszawie i prowadził „śledztwo” w sprawie „zaginięcia”, sam by go wyśmiał. Jednak wspomnienie ostatniej nocy nie dawało mu spokoju. Sen nie tracił na swej wyrazistości nawet w pełnym świetle dnia, na zalanej słońcem, pełnej pięknych kamienic uliczce starej Ochoty. Komisariat znajdował się w cieniu rozłożystych drzew przy pełnym magicznego uroku parczku Sue Rider.

Wyciągnął zgłoszenie, poinformował dyżurnego o „wszczęciu działań operacyjnych” i udał się na Włochy, by stawić czoła zrozpaczonej matce. Wmawiał sobie, że robi to tylko po to, aby upewnić się, że chłopak wrócił późnym wieczorem do domu, dostał zasłużone lanie, a  w   przyszłości będzie zaznawał uroków dojrzewania w bardziej przemyślany sposób.

Matkę chłopca zdziwiła jego wizyta, patrzyła na niego z wyrzutem, gdy zadawał kolejne rutynowe pytania. Wojtuś nie wrócił na noc, a matka obdzwoniła całą rodzinę i wszystkich znajomych syna, których znała. Nigdzie nie było po nim śladu, nikt nie zauważył, by został porwany.

Baltazar wziął zdjęcie zaginionego i przeszukał jego pokój. Nie znalazł niczego dziwnego, ani  niepokojącego, żadnych narkotyków, ani alkoholu. Na komputerze dziecka nie było hasła, a  wyszukiwarka pamiętała dane logowania do facebooka i skrzynki pocztowej, tam też nie było niczego niepokojącego. Tylko w szufladzie biurka było dużo kartek zapisanych pokreślonymi wierszami, na  pierwszej od góry znajdował się krótki, nieporadny, napisany w stylu emo wiersz o  jakimś jeziorze. Nie było tam niczego ciekawego, ani przydatnego na potrzeby śledztwa.

To wszystko tylko potęgowało złe przeczucia policjanta.

Zamyślony wyszedł z klatki i jeszcze raz spojrzał na szkolne, portretowe zdjęcie grubaska w  żółtym swetrze. Wolał nie myśleć o swoim śnie. Nie powinien był dawać matce prywatnego numeru, ale trochę za bardzo wciągnął się w sprawę.

Ponad barierką spojrzał na staw, a w zasadzie, na zbiornik retencyjny, który zbierał z okolicy deszczówkę. Chłopak często pisał o jakimś jeziorze. Baltazar szybko wszedł na szary pomost, przeszedł pod barierką i stanął nad samą obsydianową taflą wody.

Wydała mu się jakaś dziwna i nienaturalna. Złoto–zielone gałęzie wierzb schylające się nad  powierzchnią wody wyraźnie uginały się pod wiatrem, lecz znajdujący się w płytkim zagłębieniu zbiornik pozostawał spokojny. Zawahał się, lecz przykucnął nad powierzchnią. Może chłopak się po prostu utopił? Może pisywał te swoje wiersze na tym pomoście i przypadkiem wpadł do wody? Jak, w tak piękny, słoneczny dzień, to bajoro może być tak bezgranicznie czarne? Przemknęło Baltazarowi przez głowę.

Już wyciągał dłoń, by dotknąć wody, gdy jego uwagę przyciągnął intensywnie pomarańczowy neon miejscowego sklepu. Właśnie wychodził z niego starszy mężczyzna. Był zaniedbany, jego  twarz była ogorzała i poorana bruzdami zmarszczek, nawet nie próbował schować właśnie kupionego taniego wina. Usiadł na ławce przy stawie i z chrzęstem otworzył butelkę.

Menel niemiłosiernie śmierdział, rozsiewał charakterystyczną dla bezdomnych woń mieszaniny potu, moczu i przetrawionego alkoholu. Policjant przemógł nudności i obrzydzenie.

– Dzień dobry – przywitał się, pokazując odznakę.

– Nic nie zrobiłem! – oburzył się menel, chowając butelkę za plecy.

Uwagę funkcjonariusza przykuł tatuaż na przedramieniu rozmówcy, był niechlujny, techniką wykonania przypominał oglądane na  zajęciach tatuaże więzienne z lat osiemdziesiątych. Przedstawiał serce w koronie nad  schematycznie narysowanym człowiekiem wiszącym na szubienicy.

– Często tu przesiadujecie? – spytał podnosząc głos.

– Wolno mi siedzieć… – zająknął się dziadyga.

– Proszę odpowiadać na pytania – przerwał mu ostro policjant. – Tutaj albo na dołku, ja nie mam czasu, śledztwo prowadzę.

– No siadam sobie tutaj czasem… – Odparł starzec, zaskoczony tak ostrą reakcją policjanta.

– Widział pan tego chłopca? – spytał, nie dając starcowi się rozgadać i podtykając mu  pod   czerwony nos zdjęcie Wojtusia.

– Widuję – menel odpowiedział szybko i bez zastanowienia. – Często siedzi na pomoście i bazgrze w zeszycie. Czemu policja się nim interesuje?

– Ponieważ prowadzi związane z nim postępowanie, obywatelu – odparł oschle. – Kiedy ostatnio go widziałeś?

– Kierowniku, nie wiem. – Dziad podrapał się w głowę. – Wczoraj po południu chyba, siedział na  pomoście.

– Głęboki ten staw? – Baltazar spytał w końcu, luźniejszym tonem. Dziadek nie wydawał się niebezpieczny.

– E tam, wody do pasa – odpowiedział szybko starzec – ale utopiła się tam kiedyś dziewczyna.

– Utopiła?

– No, różnie mówią – zmieszał się menel. – Jedni, że się utopiła, inni, że ją najpierw strasznie męczyli. Przywiązali do drzewa w styczniu i trzymali tak wiele dni, bili, a nawet i gorsze rzeczy robili. Do okropności zmuszali, a później utopili.

– I nikt nie zauważył? – sceptycznie spytał policjant.

– Te bloki to nowe są, jeszcze parę lat temu był tu tylko ten staw, kilka drzew i pola kapusty.

– Kiedy to się stało?

– O kierowniku, mój dziadek opowiadał mi tę historię – starzec się rozgadał. – Podobno nawet przedtem z tym stawem było coś nie tak. Dziadek mówił, że jak się go minie, to zawsze trzeba trzy razy przez lewe ramię splunąć, żeby…

– Dobrze obywatelu – przerwał mu ostro funkcjonariusz, nie miał ochoty na wysłuchiwanie zabobonów. – Na razie to wszystko.

Policjant wylegitymował go, wypytał gdzie sypia i dokładnie zapamiętał, jak wygląda. Jednego był pewien – trzeba będzie przeszukać ten staw. Jadąc do szkoły, w której uczył się dzieciak, zadzwonił na komisariat i zgłosił konieczność zbadania zbiornika wodnego.

Baltazar stał na szarym pomoście i patrzył na wierzbę po drugiej stronie stawu. Słońce zaszło kilka godzin wcześniej, i nad osiedlem zalegała ciemność bezksiężycowej nocy. Światło dawały jedynie gwiazdy, które zdawały się świecić jaśniej, niż w innych częściach Warszawy.

Przesłuchanie uczniów i nauczycieli nie pomogło. Potwierdzili tylko jego przypuszczenia. Wojtuś był wrażliwym chłopcem i introwertykiem. Nie miał zbyt wielu znajomych, z nikim nie  spotykał się po szkole. Po lekcjach wracał prosto do domu, z opuszczoną głową. Nie trzymał się z nikim z klasy, ani nigdzie nie wychodził. Nikt też nie widział niczego podejrzanego poprzedniego popołudnia.

Przeszukanie stawu też nic nie dało. Kilkugodzinne poszukiwania nie przyniosły żadnego efektu, poza tym, że funkcjonariusze wyciągnęli całą masę śmieci. Nie było możliwości, by coś przeoczyli, zbiornik był mały i płytki, do jego zbadania wystarczyliby ludzie w woderach, ale i tak skierowano tu także dwóch nurków. Nie znaleziono niczego, tylko butelki, torebki po chipsach i  jakieś zardzewiałe żelastwo.

Przeniósł wzrok z rozgwieżdżonego nieba na powierzchnię stawu i zastygł zaskoczony. Gwiazdy. Niebo było usiane niesamowitym, niespotykanym w Warszawie, widokiem tysięcy gwiazd, ale  w  powierzchni stawu nie odbijała się żadna z nich. Pozostała ona idealnie gładka i całkowicie czarna.

Drugi raz tego dnia przeszedł pod barierką i stanął na brzegu. Po chwili przyklęknął i z wahaniem dotknął lustra wody. Było twarde, jakby wykonane z idealnie gładkiego, połyskliwego kamienia, był pewien, że dokładnie tak wygląda obsydian.

Przełknął ślinę i wyprostował się szybko. Na otaczających staw ławkach nie było nikogo, ciemność zatapiała całą okolicę, a latarnie zdawały się dawać o wiele mniej światła, niż powinny. Tchnięty jakimś nagłym impulsem wszedł na rozpościerającą się przed nim kamienną posadzkę.

Runął, a przynajmniej jego błędnik podpowiadał mu, że wywinął szaleńczego kozła, od którego zachwiał się i zrobiło mu się niedobrze. Otaczała go absolutna ciemność, i tylko od znajdującego się pod jego stopami, rozgwieżdżonego nieba bił nikły blask. Dobiegła go cichutka muzyka.

Rozpoznawał melodię, chociaż nie potrafił stwierdzić, co to za utwór, ani tym bardziej zapamiętać dziwnych, niepokojących nut. Ktoś zbliżał się do niego. Dziecko w kanarkowożółtym sweterku. Wojtuś stanął przed nim z kamiennym, nieobecnym wyrazem twarzy. Za nim, w wielkiej dali dostrzegł zbliżający się korowód.

– Nie bój się – powiedział chłopiec. – Alicja chce z tobą tylko zatańczyć, chyba jej nie odmówisz?

Chciał o coś spytać, lecz język uwiązł mu w gardle, gdy widział szybko zbliżający się, roztańczony korowód.

– Ona bardzo lubi tańczyć – dodał chłopiec. – Będziemy wszyscy tańczyć razem, aż do końca – rzekł i uśmiechnął się w upiorny, bezduszny sposób.

Baltazar stał przerażony, jakby był rzeźbą wykonaną z kawałka niezwykłego kamienia, który zdawał się mieć pod stopami. Wiedział, że tancerze zbliżają się szybko, jednak jego umysł nieznośnie wydłużał czas ich spotkania. Nie wiedział, co ma myśleć, lecz był pewien, że nie może się poruszyć, i że nie może dotknąć tej upiornej, rozkładającej się dziewczyny.

Nagły ruch na pomoście przyciągnął jego uwagę. Drewniana barierka znajdowała się niemal na skraju jego pola widzenia, więc patrzenie na niego było dla przerażonego policjanta bardzo trudne, ale zdawało mu się, że dostrzega, iż na lustro wchodzi człowiek. Stary mężczyzna, dziad, menel w brudnej odzieży, z siekierą w ręku. Stanął dokładnie pod Baltazarem, a ten niewyobrażalnym wysiłkiem woli zmusił się, by złapać za stojące przed nim dziecko za rękę. Michałek był zdziwiony, ale  nie  zaprotestował i nie sprzeciwił się.

Tymczasem żul splunął na swoje spracowane dłonie i uniósł nad głowę siekierę. Uderzał mocno i  z  wprawą, w taki sposób, w jaki wyrąbuje się przeręble w grubym lodzie, a ku zdziwieniu funkcjonariusza, na gładkiej dotąd powierzchni jeziora pojawiły się drobne pęknięcia. Skazy na  idealnej powierzchni rosły szybko, lecz czy zdążą złamać lód, nim wijący się taneczny korowód do nich dotrze?

Czas zdawał się niemal stać w miejscu. Starzec wolno podnosił swój topór, który jeszcze dłużej opadał, nim bezdźwięcznie uderzył o powierzchnię stawu. Tymczasem korowód nie zmienił nawet tempa, ani kroku. Cały czas powoli i nieubłaganie sunął ku nim w koszmarnej, czterotaktowej parodii tańca.

Wszystko skończyło się równie nagle, jak się zaczęło. Nieoczekiwanie szybko, gdy topielica zacisnęła dłoń na swetrze dziecka, ostrze topora dotknęło tafli jeziora, a Baltazara i chłopca niespodziewanie otoczyła lodowata woda, jakby nagle znaleźli się pod jej powierzchnią. Policjantowi w głowie dzwoniło jedno słowo. Mój.

Baltazar, łapczywie łapiąc powietrze, wyrwał się z czarnej toni. Było mu zimno, miał wrażenie, że spędził tam wiele godzin, a zimny, kłujący wicher przeszywał go przez mokre ubranie do samych kości. Wojtuś unosił się obok na powierzchni, twarzą dół.

Przyskoczył do niego, brodząc po pas, i odwrócił go na plecy. Później wiele razy zastanawiał się, co było tak przerażające w widoku tego ciała. Czy była to kwestia wykrzywionej w  przerażeniu twarzy ofiary, czy sposobu, w jaki wnętrzności chłopca, brutalnie rozszarpanego, opadały do czarnej wody.

Słońce wschodziło i pierwsze jego promienie już dosięgały stawu, ponad białymi ścianami pobliskich bloków. Ktoś musiał zwrócić uwagę na raban, który zrobił. Na ławce siedział stary, zmęczony człowiek z butelką taniego wina w ręku, był suchy. Bez słowa wyciągnął ją do Baltazara w wyrazie niemej propozycji. Tym razem funkcjonariusz skorzystał.

– Twardy jesteś – powiedział menel. – Niewielu wytrzymałoby tak długo, ale i tak miałeś szczęście.

– Kim ona jest – Baltazar od razu przeszedł do rzeczy. – Co tu się stało?

– Nie wiem i nie wiem – odparł mężczyzna. – I staw i ona byli tu chyba zawsze, tak przynajmniej mówił mi pradziadek, jeszcze zanim była tu fabryka, na której miejscu stoją te bloki. Wtedy rosła tu  kapusta, ale sprzedawali ją hen, aż na Pradze, bo na lewobrzeżnej części miasta nikt nie chciał jej jeść.

– Jak więc…

– Nie wiem, kim jest i nie wiem, co się tu stało – żul nie dał mu dokończyć – ale niekiedy wiem, co należy zrobić.

Białe ściany bloków zabarwiły intensywnie niebieskie światła syren. Funkcjonariusz nie był pewien, czy jest to pogotowie, czy policja, nie próbował nawet tego dostrzec. Trzęsąc się, jak  w  febrze osunął się tylko na trawnik przy ławce.

***

Szarpnął się, lecz pasy krępujące go do łóżka trzymały mocno. Dysząc ciężko rozejrzał się wokół, po jednoosobowej sali.

– Dzień dobry – powitał go miły głos, lekarz uśmiechała się do niego uprzejmie. – Słyszałam, że  znów miał pan ciężką noc. Jak się pan czuje?

Nie odpowiedział. Młoda, ładna lekarka wydawała się wyglądać znajomo, lecz nie mógł sobie przypomnieć skąd ją znał.

– Panie Baltazarze – kontynuowała po chwili. – Słyszy mnie pan?

– Czemu jestem przypięty? – spytał w końcu, po kolejnej chwili milczenia.

– Ponieważ przedwczoraj musieliśmy założyć jednej z pielęgniarek trzy szwy – odparła. – Zrobił pan wszystko, co mógł. Znalazł go pan martwego, morderca musiał minąć się z panem. Wykonał pan wszystko zgodnie z procedurami, a nawet, niekiedy, je  przekraczał. Matka tego dziecka mówi, że pan jeden okazał jej wsparcie i zainteresowanie, że  jako jedyny jakkolwiek pomógł, zachował się, jak człowiek. – Lekarz patrzyła na niego ze  współczuciem. – Szczególnie teraz, gdy pańscy koledzy schwytali sprawcę, a prokurator postawił już zarzuty.

Baltazar utkwił wzrok w suficie, zastanawiał się, co było jawą, a co snem. A gdy on spoczywał na  szpitalnym łóżku, staw wciąż niezmiennie tkwił okolony upiorną balustradą pomiędzy trupio-białymi blokami.

***

Alicja, poprzez idealną powierzchnię obsydianowego lustra, patrzyła na gwiazdy. Tęskniła za  ciepłymi promieniami słońca, płakała. Nagle dostrzegła, że ktoś stoi na pomoście.

Stary człowiek patrzył wprost w jej zimne, błękitne oczy i uśmiechał się smutno. Po jego pooranej zmarszczkami smutnej twarzy toczyły się łzy. Nie miała wątpliwości, że uśmiecha się do  niej, lecz zaskoczona nie odwzajemniła uśmiechu. Nie miała pamięci takiej, jaką my znamy, więc nie wiedziała, że ktoś może się do niej uśmiechać. Zapomniała, chociaż w odległych zakątkach jej świadomości kołatało się jakieś ciepłe, miłe wspomnienie.

Mężczyzna rzucił na powierzchnię stawu dokładnie cztery żółte kwiaty, a ona uśmiechnęła się w  końcu do niego. Wydało jej się, że to były róże, przypomniała sobie, że uwielbia róże.

Gdy opadała w głąb niezmierzonej, bezdennej czerni zawieszonej pomiędzy istnieniem i  nieistnieniem, usłyszała cichy dźwięk. Mogłaby uznać go za słowa, gdyby wiedziała jeszcze, czym one są.

Śpij dobrze, siostrzyczko.

Varia

Daiursz Bendarczyk – Święta last minute

281 Wyświetleń

Święta i Sylwester, czas opłatka, prezentów, pastorałek oraz noworocznych gratulacji. Dzieci mają labę, a mnie czeka piekło przygotowań zgodnie z rutynowym scenariuszem. Już w listopadzie zakładam rękawice i zaczynam od mycia okien oraz ościeżnic, a wszystko ręcznie, broń Boże żadnych robotów, żadnego wyręczania nanotechnologią, Musi być przecież jak każe obyczaj, ręcznie i czym chata bogata: ustrojona bombkami choinka, Święty Mikołaj z  pastorałem, nastrojowe świeczki, podarunki, jasełka. Prawdziwy spektakl, domowe Betlejem!

Tymczasem przede mną finansowa układanka, w czym jestem specjalistką. Wyciągam  sakiewkę tudzież kalkulator. Chociaż po świętach finansowy, połączony z fizycznym osłabieniem dołek, z pełną świadomością konsekwencji, na własnym grzbiecie i nadwerężając ręce, wnoszę do kuchni tony przysmaków. (Na ulicy feministki patrzą na mnie wrogo). Suszone grzyby na farsz, warzywa, wędliny, owoce, pszenica i mak na kutię według przepisu zazwyczaj dziabniętego dziadka (niech mu ziemia lekką będzie), mąka, drożdże, ryby, przepiórki, bakalie, majonez i co tam jeszcze. Bez genetycznych modyfikacji i klonowania komórek, prosto z Melmac, najwyższa półka. Jeszcze tylko sauna, manicure, prasowanie, gotowanie i mielenie warzyw, duszenie, ugniatanie, kwiaty do wazonów, wkoło jedlina i sianko, pakowanie prezentów, wybrać kolędy, karpia zalać galaretą. No!

Wracając z ostatnich zakupów, spojrzałam ponad światłami sygnalizacji na  przyciągającą wzrok tablicę:

Skrzetuski- Świerczewski zaprasza!

Wielka PROMO!!!

Alaok albo Erdaraty!

Gwiezdna Galaxia na raty!

Melmac lub Mleczna Ziemia!

Odwiedź Androgynię TERAZ, a czeka cię premia!!!

           

Wpadłam na pomysł. Anulujemy pretensjonalny obrządek. Aktywujemy kosmoczipy i w drogę! Moja propozycja nadspodziewanie szybko zyskała aprobatę rodzinnego triumwiratu.

Mąż dobrał sobie tydzień urlopu, a nasza wiercipięta ułożyła pean na moją chwałę!  Wybraliśmy imprę objazdową.

Na Alaoku dodatnie temperatury, zaś śniegu nie widzieli od 140 lat! W żadnym  hotelu nie było wody, a administracja zwyczajowo rozkładała ręce (analfabeci, nie znali nawet polskiego!). W dodatku na całej planecie wszyscy albo pod wpływem, albo na kacu, pewnie stąd permanentny niedobór wody.

Erdaraty akurat poddawano sezonowej konserwacji i wszystkie trasy zjazdowe były zamknięte. Na pustyni śniegowej przewodnik porzucił nas w środku nocy. Nie znając topografii najpierw wpadliśmy w gigantyczne zaspy, skąd ewakuowały nas miejscowe siły powietrzne, a następnie na trzy miejscowe doby, czyli dziewięć naszych zostaliśmy uwięzieni na kwaterach z powodu huraganowych zawiei śnieżnych.

Gwiezdna Galaxia także okazała się przereklamowana. Smog uniemożliwił podziwianie Gwiazdozbioru, zaś ta bajeczna niby zorza okazała się całkowicie wygenerowana cyfrowo. Że niby skąd to wiemy? Mąż pił w barze z polskim smokiem prosto ze Szczawienka, który okazał się koordynatorem międzygalaktycznej ekipy obsługującej zorzę, a my mieszkamy przecież po sąsiedzku na Starym Zdroju, więc nie ściemniał ziomalom, nie? W dodatku miejscowi hakerzy doszczętnie ogołocili nam wszystkie czipy podróżne, nawet dziecku. Na całe szczęście poratował nas ten koordynator. Są jeszcze dobre dusze w narodzie.

Na Melmac przynajmniej udała się wigilia. Wykupiliśmy pakiet polski all inclusiv. Było dosłownie wszystko: barszcz z uszkami, śledzie, kapusta z grzybami, kutia, makowiec, racuchy i kompot z suszonych jabłek, nie zapomnieli nawet o sianku pod obrusem, który przez całą kolację nucił kolędy po węgiersku, chyba coś im się pomyliło. A choinka?! Dosłownie PACHŁA! Taka świeża. Szkoda tylko, że tu jedzą koty, ale to dopiero na drugi dzień jak nam omyłkowo podali na kolację. Dziecko płakało pół nocy… Mąż to przez całe święta zażerał się karpiem, ciekawe, że bez ości, jak oni to robią?

Mleczna Ziemia okazała się całkowitym niewypałem, ani mleczna, ani Ziemia. Ciągło nas tylko w dół, bo grawitacja dwa razy większa i nie pomagły skafandry, za co człowiek płaci?

Na Sylwka wylądowaliśmy na Androgynii. Nie powiem, robi wrażenie. Wszędzie aż kapie od luksusu. W kasynie starego gdzieś wcięło i sama wydoiłam całego szampana, odnalazł się dopiero po północy. Czteroręczne tancerki dały nam kilka lekcji tańca brzucha. Wieczorami dorabiały w hotelu. Podobno na Exploited nadal trudno o dobrze płatną pracę. Z całą pewnością do najbardziej denerwujących należał incydent w Cosmic Macao. Krupier kitrał w rękawie asa kier! Cały czas wciskał kit! Nie z nami te numery! Gościu za swój występek zasłużył na porządnego guza i oddanie w ręce mundurowych. Sprawiedliwości musi stać się zadość! To niemożliwe, żeby na drugi dzień razem siedzieli w knajpie przy kasynie, dziecku coś się przewidziało.

PS.

W ramach premii obiecano prezenty choinkowe, które jednak odebraliśmy dopiero w Wałbrzychu, tylko że to były pieczone koty w panierce, no i  dziecko znowu płakało. A taka byłam zadowolona na Melmac…

Varia

Ilona Senger – Inicjacja

248 Wyświetleń

Lili oglądała nieraz obrządek inicjacji w filmach. Interesowała się mrocznymi, okultystycznymi sprawami już wcześniej. Teraz, gdy jechała w samochodzie w nieznane miejsce, z workiem na głowie, w kompletnej ciemności kontemplowała, jak będzie wyglądała jej inicjacja. Miała nadzieję, że nie będzie strasznie. W niektórych sektach robili okropne rzeczy, zwłaszcza kobietom i to wbrew ich woli. Ona jednak była przekonana, że nie wstępuje do sekty, tylko raczej do tajemnej organizacji młodzieżowej, w której ludzie buntują się przeciwko systemowi i całemu złu tego świata.

Kuba nie powiedział jej wprawdzie, dokąd jadą, nawet słówkiem nie pisnął, czy daleko, czy blisko, ale zapewnił ją, że nie ma się, czym martwić i z pewnością nie wyląduje w jakimś opuszczonym kościele, w którym każdą ścianę zdobić będą wizerunki diabła i odwrócone krzyże, a obleśny Czarny Kapłan, w czarnym płaszczu i niczym więcej, będzie chciał poświęcić szatanowi jej cnotę na chyboczącym się ołtarzu, po czym spije jej dziewiczą krew i odstąpi miejsca pozostałym braciom. Opisał to w tak śmieszny i szczery sposób, że faktycznie czuła się spokojna. Ufała mu. Mimo wszystko niesforne myśli uciekały się ku takim obrazom.

            Jechali już jakiś czas i zdawała sobie sprawę, że wyjechali kawał drogi za miasto. Od kilku minut koła samochodu, co rusz wpadały w koleiny, więc musieli przejeżdżać przez las. Nie miała pojęcia, która jest godzina. Wyruszyli po dwudziestej, teraz pewnie już się ściemniało.

W pewnej chwili Kuba złapał ją czule za rękę i delikatnie gładząc oznajmił, że są na miejscu. Faktycznie, w kilka sekund samochód się zatrzymał. Ukochany pomógł jej wysiąść. Nieco zdrętwiała, podniosła ręce, żeby pozbyć się z głowy tego komicznego worka, ale silne dłonie ją powstrzymały.

– Kuba, co… co ty robisz? Przecież już przyjechaliśmy, po jaką cholerę mam to wciąż mieć?

– Kochanie, spokojnie. Takie procedury.

– Procedury?! Wyglądam jak idiotka.

– Moja słodka idiotka. – Pocałował ją w czoło i poprowadził przed siebie.

            Nagle wokół rozbrzmiała głośna muzyka. Z prawej ktoś z całych sił uderzał w bębny, co kłóciło się z metalowym brzmieniem po lewej stronie. Lilka stąpała niepewnie po nierównym gruncie, doprowadzona do furii głupimi zagrywkami chłopaka. Co on znowu wymyślił? W jej wyobraźni na powrót pojawiły się obrazy dzikich rytuałów i mężczyzn gwałcących bezbronne, otumanione dziewczyny. Zaczęła żałować, że zgodziła się z nim tu przyjechać i dać się wciągnąć w nie wiadomo co…

            Nie uspokajała jej jego obecność. Znali się zaledwie rok, a on bardzo długo i skutecznie ukrywał przed nią przynależność do jakiekolwiek grupy. Nawet, kiedy go zdemaskowała (po pewnym czasie uznała, że sam celowo ją naprowadził na swój sekret) zachowywał się podejrzanie i wiele jej pytań przemilczał. Ogólnie mało opowiadał o Czarnych Buntownikach, jak to siebie nazywali. Zawsze zbywał ją tanimi tekstami, że to tajna organizacja, że nie powinien jej wtajemniczać, bo złamie zasady, że to zagraża ich ujawnieniu i tym podobne bzdety. Aż w końcu, gdy nie dawała mu spokoju, zaproponował jej przyłączenie się do nich.

            Nie była szczególnie przekonana, ale wtedy Kuba opowiedział swoją historię o tym jak stracił rodziców w wypadku samochodowym, jak trafił do domu dziecka i jakie piekło tam przeżywał, kiedy starsi znęcali się nad nim, nie mając żadnego współczucia dla pogrążonej w depresji sieroty. Miał wtedy piętnaście lat. Zaczął się buntować, łamać zasady, dosięgało go coraz więcej kar, grozili mu poprawczakiem za liczne włamania i rozróby.

Wtedy, w najgorszym momencie swojego życia poznał Adriana, który wyciągnął do niego pomocną dłoń. Z wielką cierpliwością wytłumaczył mu, że swoim szczeniackim zachowaniem tylko napyta sobie biedy, a zadawanie się z najgorszymi typami z okolicy nie poprawi jego sytuacji. Zaproponował mu wstąpienie do organizacji i tak się zaczęło. Chłopak wyznał Lili, że od tego czasu jest innym człowiekiem, że gdyby wtedy na swojej drodze nie spotkał Adriana, teraz zapewne gniłby w więzieniu. Był pełny podziwu dla tych, którzy przygarnęli go do swojej rodziny i pozwolili się rozwijać, wyciągnęli go z depresji i podarowali normalne życie wśród ludzi, którzy go akceptowali i lubili, a ponadto wyznawali te same wartości.

            Wtedy wydało się to dziewczynie czymś wspaniałym. Właśnie tego potrzebowała, żeby zapomnieć o wypadku ojca, alkoholizmie matki i o wszystkim, co działo się w jej domu, dlatego z wielkim entuzjazmem zgodziła się na jego propozycję. Tym bardziej, że Kuba nigdy nie opowiadał jej o swojej przeszłości, więc nic nie wiedziała o tym, że on także stracił bliskich. Byli tak do siebie podobni…

            Teraz jednak nie była taka pewna, czy nadal chce poznać sławnych Czarnych Buntowników. Początkowo nazwa też jej się spodobała, lecz teraz zaczynała mieć wątpliwości. Chociaż to pewnie przez stres. Podejrzewała zresztą, że już było za późno, żeby się wycofać.

            Z oddali dobiegł ją przeciągły krzyk, do którego dołączyły kolejne głosy. Brzmiało to jak indiańska pieśń i zachciało jej się śmiać, ale Kuba natychmiast posłał jej kuksańca w bok. Z wielkim trudem utrzymywała powagę. Przeszli jeszcze kilka kroków i nagle zarówno bębny jak i krzyki umilkły. W górę buchnął potężny ogień, który oślepił ją mimo założonego worka. Sekundę później jednym zdecydowanym szarpnięciem ściągnięto go z jej głowy.

            Początkowo myślała, że przyzwyczajone do ciemności oczy płatają jej figle, kiedy jednak po kolejnych mrugnięciach obraz nie znikał, zachłysnęła się z przerażenia, a nogi się pod nią ugięły…

– Mówiłeś… Kuba, mówiłeś… – Nie mogła wydobyć z siebie nic poza cichym szeptem.

– Spokojnie, Liluś, wszystko będzie dobrze. Nigdy bym cię nie okłamał.

– Dlaczego oni…

– Ciii skarbie, potem… Potem porozmawiamy. Teraz czas na twoje święto. Niczego się nie bój, nikt cię nie skrzywdzi.

– Dlaczego oni…

– Ciiii… To tylko takie przedstawienie. Napij się, rozluźnij. – Podał jej ceramiczny kubek z parującą gęstą cieczą.

– Co to… Kuba, co to jest? – Była totalnie przerażona, chciała jak najszybciej wracać do domu.

– Spokojnie kochanie, to pomoże ci się rozluźnić i…

– Rozluźnić? Po co?! Kuba ja chcę do domu! – podniosła głos, a zgromadzeni wokół ludzie zaczęli z irytacją i gniewem spoglądać w ich stronę.

– Stul dziub i pij! – warknął i na siłę przycisnął naczynie do jej ust.

            Bębny i śpiewy rozległy się na nowo, a rozentuzjazmowany tłum wepchnął Lily w nakreślony na piasku czerwoną farbą okrąg otoczony świecami i płatkami kwiatów. Była oszołomiona, strach gdzieś odpływał a pojawiło się podniecenie. Dźwięki i światło znacznie się wyostrzyły, domyśliła się, że napojono ją narkotykiem. Czuła się prawie tak, jak po ectasy, jednak doznania szybko zaczęły przewyższać wszystko, co do tej pory znała.

            Przestała opierać się negatywnym uczuciom i z zaciekawieniem rozejrzała się wokół. Przerażające obrazy, które zmusiły ją do paniki, teraz wydawały się przyjemną halucynacją i jako sen je postrzegała. Dziwny napar skutecznie wyłączył jej świadomość.

            Z prawej strony, nieco na uboczu siedziało przy bębnach pięciu chłopaków, nie mieli na sobie nic oprócz szortów, a całe ciało zdobiły kolorowe malunki – nic konkretnego, masa kresek, zawijasów, kółek i innych kształtów, które jednak układały się w pewną całość. Przypominali Indian podczas rytuałów i zawzięcie bili w instrumenty. Ogólnie Lily znalazła się w dziwnym, irracjonalnym miejscu. Nigdy nie przypuszczałaby, że w okolicznych lasach może istnieć coś takiego.

            Po prawej bębniarze, po lewej grupka młodych dziewczyn obwiązanych białym materiałem tak skromnie, że ledwie zakrywał pośladki i piersi. Miały rozpuszczone włosy i były bose, co upodabniało je do starożytnych boginek. W centrum polany płonęło wysokie na kilka metrów ognisko. Wokół ognia na puszystych poduszkach siedziało po turecku sześciu mężczyzn. Ubrani jedynie w jeansy i długie czarne peleryny z kapturami na głowach i karnawałowymi maskami na twarzach siedzieli nieruchomo wpatrzeni w płomienie. Ich torsy również zdobiły kolorowe malunki. W promieniu kilkunastu metrów w równych odstępach ustawione były szałasy zrobione z gałęzi świerkowych. Intensywny zapach żywicy niósł się przyjemnie po okolicy i mieszał się z ziołowym wywarem i zapachem palonych polan. Wejścia do szałasów nie były zakryte, a pomiędzy każdym ustawiono kilkanaście świec, które w połączeniu z budowlami tworzyły jeden, wielki krąg, zamykając w nim wszystkich obecnych. Oprócz tych wzbudzających uwagę ludzi, na polanie zgromadzonych było kilkudziesięciu gapiów obojga płci, ci jednak ubrani byli w normalne jeansy i koszulki. Po lewej stronie, w oddali świeciły się dyskotekowe światełka i reflektory wozów, a głośna muzyka świadczyła o świetnej imprezie. Jednak działo się to jakby w innym świecie.

            Po kilku minutach, kiedy każda „boginka” i każdy z sześciu mężczyzn wypili z identycznego kubeczka jak Lily, śpiewy umilkły a bębny przycichły. Kobiety stanęły za siedziskami mężczyzn, po sześć za jednym. Ci powstali, a pierwszy z lewej wystąpił znacznie na przód, zbliżając się do dziewczyny, po czym zatrzymał się, w oczekiwaniu, kilka kroków od małego kręgu. Bębny ucichły. Mężczyzna odchrząknął i przemówił:

– Bracia i siostry! Zgromadziliśmy się tej pięknej, gwieździstej nocy, aby przyjąć do naszego bractwa nową członkinię! Zamierzamy powitać ją z wszelkimi godnościami i według odwiecznego rytuału naszych przodków! – Wokół rozległy się wiwaty, które umilkły, kiedy tylko mężczyzna uniósł dłoń. – Jakże brzmi twe miano o czcigodna Wstępująca w szeregi Czarnych Buntowników?]

– Lily – odparła, wybuchając śmiechem.

– Śmiech nie przystoi w tak doniosłej chwili siostro. Twe imię jest doprawdy zacne i jestem pewien, że niejednokrotnie przyniesie chwałę naszej sprawie. Jednakże w swej społeczności używamy pseudonimów, aby pozostać anonimowymi. Z racji szlachetnego pochodzenia twego imienia od dziś staniesz się Lilith, ku chwale Lilith pierwszej żony Adama. Czy przyjmujesz swe nowe imię i błogosławieństwo jej pierwotnej nosicielki? – Styl, w którym się wypowiadał, tak rozśmieszył dziewczynę, że nie była w stanie odpowiedzieć. – Siostro, zaklinam cię! Zachowaj powagę. Przyjmujesz ofiarowane przeze mnie imię?

– Tttt… Tak…

– Kapłanki i kapłani zbliżcie się, by przeprowadzić rytuał Wstąpienia.

            A więc kapłanki, nie boginie, przemknęło Lili przez myśl i ledwo zapanowała nad chichotem.

            Tymczasem wezwani stanęli wokół czerwonego kręgu, bębny rozbrzmiały na nowo i zaczęli ospale ruszać się w takt wybijanego rytmu. Z czasem apatyczne krążenie wokół przerodziło się w quasi erotyczny taniec. Ktoś z tłumu podał kapłankom butelki wina a kapłanom odpalone skręty. Taniec przyśpieszył, butelki i skręty przechodziły z rąk do rąk. Kobiety ocierały się o mężczyzn i czyniły dwuznaczne gesty, obmacywały i całowały towarzyszki. Lili stała osłupiała, nie mogąc skojarzyć, co też właściwie się dzieje i po co ona tutaj jest?

Nagle zauważyła, że jej krąg się zawęża.

Kapłanki zbliżały się do niej a mężczyźni podążali za nimi dotykając ich pośladków i jednocześnie rozpinając spodnie. Kobiety zaczęły obchodzić ją wkoło, coraz szybciej i szybciej, tak że aż zakręciło jej się w głowie, co rusz jedna z nich dopadała Lili i całując ją w usta wdmuchiwała do jej gardła dym marihuany lub wlewała odrobinę wina. Było to obrzydliwe, ale działo się tak szybko, że nie miała na to żadnego wpływu.

            Trwało to w nieskończoność i Lily miała ogromną ochotę zwymiotować na napastujące ją dziewczyny. Wyobrażała sobie ich zdziwione i wykrzywione obrzydzeniem miny. Wybuchła szaleńczym śmiechem. Kapłanki odsunęły się na znaczną odległość.

            Czyżbym je przegoniła? Pomyślała.

Opuszki satysfakcji mile połechtały jej duszę, lecz zorientowała się, że to nie ona stanowiła powód ich odsunięcia. Kobiety utworzyły koło, zdarły z siebie szaty i chwyciły się za ręce.

            Ich nagie ciała błyszczały w blasku płomieni. W oddali krzyknął puszczyk, z drugiej strony rozległ się stłumiony grzmot. Zza kobiet wyszła szóstka zakapturzonych mężczyzn z zupełnie nagimi, sterczącymi przyrodzeniami. Zbliżali się do Lili. Chciała uciec, ale zaburzona narkotykiem zdolność reakcji sprawiła, że nie zdążyła.

            Kapłani otoczyli ją, krąg się zacieśnił, nie mogła wykonać żadnego ruchu. Kontem oka dostrzegła błysk stali… Czuła jak pot wstępuje jej na czoło, zamknęła oczy, pogodzona ze smutnym końcem. Poczucie winy nie dawało jej spokoju. Dlaczego tu przyjechała?

            – Bracia i siostry! – rozbrzmiał basowy głos. – Nadeszła ta chwila! Oto owa niewinna owieczka, namaszczona krwią ku chwale Lilith pierwszej żony Adama, stanie się wilkiem! I będzie polować, jak wszyscy tu zgromadzeni! Polować na ludzi, którzy uważają się za godnych, by stanowić prawo wbrew woli ludu! Polować na bożych pomazańców niegodnych nosić kapłańskich szat! O! Zbliżcie się kapłani, by podzielić krew waszą ze Wstępującą i złożyć ofiarę mocom silniejszym od nas!

Lily poczuła dotyk na ramieniu, niechętnie otworzyła oczy. Obok niej stała jedna z kapłanek.

– Nie obawiaj się siostro! Rytuał Wstąpienia, którego dostąpiłaś, jest wielkim wyróżnieniem. Nie każdy ma prawo zostać członkiem Czarnych Buntowników. Miej oczy szeroko otwarte, by nie umknęła ci żadna sekunda tego doniosłego wydarzenia.

– Mam patrzeć na własną śmierć?

– O głupia! To nie śmierć, to ponowne narodziny! – rzekła tajemniczo i odsunęła się w cień.

            Kapłani wyciągnęli przed siebie odwróconą w niebo lewą dłoń. Przywódca pewnym ruchem przeciągnął ostrzem po wnętrzu swojej, zaciskając mocno zęby, żeby nie okazać słabości reakcją na ból. Następnie przekazał nóż sąsiadowi z lewej. Sam zaś umoczył palec wskazujący i serdeczny prawej dłoni w głębokiej ranie, po czym przeciągnął nimi wzdłuż czoła.

            Pozostali uczynili podobnie. Kiedy ostrze wróciło do właściciela, ten zamiast je schować, zrobił krok do przodu i nim Lily zdążyła się zorientować rozciął jej bluzkę. Najbliżej stojący od razu chwycili strzępy materiału, całkowicie go z niej zdzierając.

– Chwila! Co wy…

Nie dokończyła. Kobiece ręce przycisnęły do jej ust kubeczek. Zmuszona, wypiła wszystko.

– O chwalebna, Lilith! Wiedzieliśmy, że nadejdzie ten dzień, w którym obdarzysz łaskami wyznawców Twego Pana i zasilisz ich szeregi pod postacią niewinnej dziewczyny! Namaść duszę Wstępującej, dotknij ją Twą czcigodną dłonią!

            Wokół rozległy się niezrozumiałe śpiewy, układające się w złowieszczą mantrę. Lily doznawała coraz większych halucynacji i coraz bardziej traciła kontrolę nad własnym ciałem. Przestało ją cokolwiek obchodzić, skupiła się tylko na tym, by nie zemdleć.

            Kapłani nabierali własną krew na palce i malowali wzory na jej nagim brzuchu i dekolcie. Ktoś odpiął jej stanik, który bezwładnie spadł na ziemię. Inne ręce odpięły jej spodnie i zaczęły ściągać je w dół.

            Wokół kapłanki całowały się namiętnie, szaleńczo obmacując ciała partnerek. Nim się zorientowała była całkiem naga i umazana krwią od stóp do głów. Nie przeszkadzało jej to, była obojętna. Traktowała to, jako szczególnie złą halucynację.

– Siostro, by dopełnić rytuału, wybierz proszę spośród swych braci tego, któremu pragniesz oddać swe namaszczone ciało! Pozwól Lilith zawładnąć twą duszą, by stała się twoją duchową przewodniczką!

Tłum wokół niej rozstąpił się. Gapie przybliżyli się patrząc natarczywie w jej stronę, ponieważ każdy chciał, aby to jego wskazała.

– Dalej! Wybieraj!

            Kapłanka popchnęła ją do przodu i Lili nie do końca rozumiejąc, co ma zrobić podeszła do Kuby.

– Możemy już wracać do domu? – wyszeptała.

– Co mówi? Co?! – rozległy się głosy.

– Mówi, że wybrała mnie – odrzekł Kuba i poprowadził ją w stronę pierwszego z lewej szałasu.

            Ciągnięta przez ukochanego, Lili nie dostrzegła już, jak ludzie zaczęli łączyć się w pary i większe układy, jak całowali się, dotykali i symulowali kopulację. Niektórzy udawali się do szałasów. Większość jednak zostawała tam, gdzie stała lub odchodziła, by skryć się w cieniu drzew. W kilka minut cała polana wypełniła się nagimi, podnieconymi, młodymi ludźmi, którzy rzucali się na siebie jak zwierzęta.

Varia

Anna Kubik – Ode złego

352 Wyświetleń

Na mieście właściwie nigdy nie mówiono o Wsi. Starsi chcieli o niej zapomnieć, niektórzy mówili, że lepiej nie przyciągać zła gadaniem. Młodzież unikała tematu dziwnych kolegów ze szkoły. Dlatego też temat Wsi był zwykle starannie pomijany. Nie było to jednak takie proste. W XXI wieku, dobie komputerów i wszechobecnej kontroli wszyscy musieli być wpisani do ewidencji, a dzieci musiały zdobyć podstawowe wykształcenie. Dlatego też kontakty z mieszkańcami Wsi odbywały się regularnie, zwłaszcza, że było to najbliżej położone miasto.

Gdyby ktoś pokusił się o odnalezienie tego zakazanego miejsca, mógłby się zdziwić rezultatem tej wycieczki. Na pierwszy rzut oka nic nie wyróżniało Wsi od tysiąca innych, jej podobnych. Posesje były zadbane, chociaż biedne. Zwracała uwagę duża ilość młodych ludzi i dzieci, co już było nietypowe na wsi. Dopiero później pojawiał się niepokój. Czy wiązał on się z podobieństwem mieszkańców do siebie, czy uważną obserwacją – przybysze szybko uciekali w rozwinięte rejony, zostawiając za sobą Wieś, ukrytą wśród pól i lasów.

*

W redakcji gazety zwykle panowało miłe rozprężenie. Tylko raz w tygodniu, przed złożeniem gazety, musieli skupić się na pracy. Poza tym, o ile wykonywali swoje obowiązki, ich naczelna Aleksandra nie czepiała się. Dzisiaj jednak można było wyczuć nerwową atmosferę. Właściwie narastała ona od momentu, kiedy szef ich oddziału zadzwonił z informacją, że mają przyjąć gościa. Będzie on przez kilka dni pisał artykuł. Już sam pomysł, że ktoś spoza miasta mógł znaleźć interesujący temat, był śmieszny. Jedyne wydarzenia, które zwykle przyciągały media to wypadki, kataklizmy i katastrofy. Inna sprawa, że mogli po prostu wysłać szpiega, żeby zobaczyć, jak pracuje redakcja.

– Chyba nie ma w planach kogoś spektakularnie zabić? Bo moglibyśmy go uprzedzić – rzucił biurowy żartowniś, ale nie spotkał odzewu.

W końcu wybiła godzina dwunasta i punktualnie przez drzwi wszedł gość. Podszedł do kobiety z działu reklamy.

– Byłem umówiony z redaktor naczelną – powiedział.

Nim ktokolwiek się odezwał, Aleksandra wyszła ze swojego pokoju. Jej z trudem zdobyte opanowanie rozwiało się, kiedy zobaczyła, kto na nią czeka.

– Kamil?

Mężczyzna odwrócił się. Chociaż od ich spotkania upłynęło jakieś dwadzieścia lat, Aleksandra bez problemu poznała kolegę z klasy.

– Witaj, Olu – uśmiechnął się i podszedł, żeby ją ucałować.

Przez głowę Aleksandry przebiegło tysiąc myśli. Uśmiechnęła się z trudem, wskazując Kamilowi swój pokój. Kiedy weszli, zamknęła drzwi.

– Nie mów, że przyjechałeś tutaj przez… – zacięła się.

– Powiedz to, nie krępuj się – zachęcił ją Kamil, siadając przed biurkiem.

Aleksandra nie ruszyła się z miejsca.

– Chyba cię pojebało – powiedziała.

– Oj, nieładnie, pani redaktor. – Kamil zerknął na nią, ale jego uśmiech tym razem był bardziej wymuszony.

Aleksandra okrążyła biurko i usiadła na swoim krześle. Chyba wolałaby, żeby przysłali jej kogoś na zwiady.

– Zastanów się. Sam wiesz, jakie historie krążą o tym miejscu.

– Pięć lat temu zniknął kolejny chłopak, wiesz o tym?

Pokiwała głową, nie będąc w stanie odpowiedzieć. Przez kilka tygodni prawie nie spała, przewracając się z boku na bok.

– Policja umorzyła śledztwo – wyszeptała.

– Ale zapisała, że mimo dowodów są pewne poszlaki świadczące, że jednak nie wyjechał za granicę. Tak jak dziesięć i dwadzieścia lat temu.

– Masz dostęp do akt policyjnych? – Jej żyłka dziennikarska, która od dawna tkwiła
w marazmie, poczuła ożywienie.

– Mam dobrego znajomego… to nieistotne. Ważne jest to, że wszyscy mają wyjebane na te biedne dzieciaki, które znikają. Mogę zapalić?

Aleksandra drgnęła, słysząc pytanie i wyjęła popielniczkę z szuflady. Chociaż nie paliła już kilka lat, wyciągnęła bez słowa rękę w stronę paczki, ukrytej głęboko w szufladzie. To był dobry moment, żeby wrócić do nałogu. Wypaliła pół papierosa, nim odezwała się.

– Nikt nie wie, co tam się dzieje, i nikt nie chce wiedzieć. Pewnie dlatego, że oni sami nie chcieli pomocy.

Kamil siedział rozparty, trzymając dłoń nad popielniczką, ale nie zwiodła jej nonszalancka poza. Jego dłoń drżała tak, że co chwila spomiędzy palców spływały w dół drobinki popiołu.

– Nikt, poza Kasią.

Przeszył ją dreszcz. Kasia była chyba jedyną mieszkanką Wsi, z której nikt od początku się nie naśmiewał. W przeciwieństwie do pozostałych, przywożonych z nią do szkoły dzieciaków była radosna i ambitna. Różniła się też fizycznie. W każdej rodzinie we wsi przewijało się chociaż kilka cech, po których pozostała część szkoły od razu poznawała przybyszy z zakazanego miejsca. Niscy, dobrze zbudowani, ogorzali od słońca, mieli proste włosy w burym odcieniu i blade tęczówki. Ale nawet jeśli w jakiś sposób uchowali się od tych cech, łączyło ich zawsze jedno – zachowanie. Mieli w sobie pewien niepokój obserwowanej zwierzyny, która zjawia się na popas, cały czas pilnując, czy w pobliżu nie ma drapieżnika. Szybko przylgnęła do nich etykietka dzikusów i od wielu lat nie zwracano się do nich inaczej. Nie reagowali na szykany czy ataki – ich obojętność, a nawet pogarda wobec oprawców w końcu odstraszały i budziły lęk.

Kasia była inna. Wysoka i eteryczna, nosiła w sobie cechy nieznanego ojca z miasta. Jako jedyna ze Wsi chciała iść na studia. I była bez pamięci zakochana w swoim chłopaku, który teraz siedział naprzeciw Aleksandry.

– Nie pomoże ci grzebanie w przeszłości.

– Wierzyłaś kiedykolwiek, że wyjechała beze mnie?

Aleksandra zamilkła. Kasia zniknęła tuż po poniedziałkowych zajęciach. Kamil wtedy oszalał. Nie wierzył w zapewnienia matki Kasi, że nie chciała go zranić swoim samodzielnym wyjazdem. List pozostawiony przez nią uważał za sfałszowany.

Aleksandra właściwie bez zastrzeżeń słuchała zapewnień policji, że Kasia postanowiła uciec za granicę. Niemniej jednak plotki o Wsi przybrały na sile. O tajemniczych wyjazdach, powtarzających się cyklicznie, plotkowano przez kilka miesięcy, po czym za każdym razem dyskusje ucichały. A Kamil, przynajmniej według jej wiedzy, od chwili ukończenia szkoły nie pojawił się w mieście.

– Co powiedziałeś swojemu redaktorowi?

– Jakieś pierdoły o wyjątkowych obchodach Bożego Narodzenia w tych stronach.

– I to właśnie powinieneś napisać. Nie wracaj do tamtego tematu.

– Dzisiaj jest siedemnasty.

Aleksandra patrzyła na niego przez moment, próbując nadążyć za jego myślami.

– W piątek będzie dwudziesty pierwszy – dodał Kamil.

Dwudziestego pierwszego grudnia zniknęła Kasia.

– Przestań! Nie wrócisz jej życia! – Po raz pierwszy podniosła głos.

Odpaliła następnego papierosa, żeby się uspokoić. Kamil dołączył do niej i pozwolił jej się wyciszyć. Jego desperacja przerażała ją.

– Muszę chociaż spróbować – powiedział cicho. – Jeśli coś się dzieje, coś robią tym dzieciakom, to chcę jakoś pomóc.

Aleksandra popatrzyła na niego.

– Postaraj się nie wkroczyć tam z płonącym mieczem w dłoni, co? Nawet, jeśli nie jestem twoim szefem, to będę musiała się przed nim tłumaczyć.

Kamil uśmiechnął się.

– Dlatego właśnie zacznę od działania pod przykrywką. Może przy okazji naprawdę napiszę artykuł o choinkach?

*

Święta już wisiały w powietrzu. Wydawało się, że mimo pojawienia się ozdób świątecznych na początku listopada nie udało się zabić w ludziach ducha Bożego Narodzenia. Kolędy wybrzmiewały od rana, dlatego też Aleksandra postanowiła ograniczyć pracę w redakcji do minimum. Raz, że praca i tak szła kiepsko, a dwa – ona sama nie była w nastroju.

Od momentu przyjazdu Kamila była kłębkiem nerwów. Znów wróciła do palenia, i to z taką intensywnością, że zapewne skróciła sobie życie o dekadę. Przestała sypiać. Oczywiście, że martwiła się o niego. Nie myślał logicznie, a żal nagromadzony przez lata tylko pogarszał sprawę. Nie wierzyła, by udało jej się namówić go do zmiany zdania. Nie miała na niego żadnego wpływu. Nawet w liceum, chociaż zbliżyła ich do siebie strata Kasi i podobne zainteresowania, zostali po prostu dobrymi znajomymi. Oboje byli zbyt niezależni i właściwie Aleksandra rozumiała Kamila. Gdyby nie to, że ułożyła sobie tutaj życie, mogłaby dołączyć do niego i później wyjechać, nawet zostawiając za sobą bałagan.

 Wiedziała jednak, że to tylko marna wymówka. Tak naprawdę nie chciała się zagłębiać w tę sprawę. Czy Kasia była martwa, czy naprawdę prowadziła szalone życie za granicą – Aleksandra czuła, że teraz żadna z odpowiedzi by jej nie zaspokoiła w pełni. Zawsze zostawałaby ta niepewność, czy to na pewno prawda.

Zarządziła zakończenie pracy. Wszyscy szybko się zbierali, życząc sobie głośno nawzajem samych cudownych rzeczy. Aleksandra została sama. Stanęła przy oknie, podziwiając coraz ciemniejsze niebo.

Najkrótszy dzień w roku miał w sobie piękno. Już jutro dzień będzie odrobinę dłuższy, pojutrze dojdzie kolejna chwila, i niepostrzeżenie światło zwycięży nad ciemnością. Dzisiaj jednak, tuż przed zapadnięciem zmroku tak wcześnie, czuło się triumf najdłuższej nocy tego roku. I świadomość tego faktu potęgowała niepokój, który odczuwała.

Zaskrzypiały drzwi. Aleksandra obejrzała się na drzwi. W progu stał Kamil, spoglądając na nią bez słowa.

– Chyba miałeś pracowity tydzień – powiedziała w końcu i ruszyła w stronę biurka. Siadając, odpaliła kolejnego papierosa.

Żaden z kolegów nie skomentował nasilającego się smrodu dymu z jej pokoju, chociaż była pewna, że im przeszkadza. Pewnie bali się odezwać.

– Byłem pewnie uważnie obserwowany.

– Zadzwoniło do mnie, co najmniej kilkanaście oburzonych osób z miasta. Większość chciała, żebym cię wywiozła na taczce.

– Niektórzy próbowali.

– Dobrze, że w bloku ciężko o taczkę.

Kamil parsknął, również odpalając papierosa. Wyglądał okropnie. Podkrążone oczy i blada twarz oraz pomięte ubranie nie pozostawiały wiele do myślenia.

– Twoja mama też nie chciała gadać.

– Nie. Jak zacząłem naciskać, to nawrzeszczała na mnie, jakbym nadal był w szkole. A jak powiedziałem, że pojechałem do Wsi pytać o Kasię, to mnie wyrzuciła z domu. Spałem dzisiaj w samochodzie.

Aleksandra wzdrygnęła się.

– Chyba chcesz zamarznąć. Dzisiaj masz przenocować u mnie.

– Twój mąż nie będzie miał nic przeciwko temu?

– Nie mam męża.

Zapadła cisza, a napięcie między nimi wzrosło. Mogła go teraz pocałować, zabrać do domu, spędzić wspólnie noc. Być może udałoby im się zbudować jakąś parodię związku i zapomnieć – na pewien czas – o jedynej łączącej ich sprawie. Ale jeśli nawet odwlekliby w czasie nieuniknione, cień Kasi i tak w końcu wypełzłby z jakiegoś zapomnianego zakamarka.

A może i ona miała dość. Może w końcu czas się do tego przyznać – chciała dotrzeć do sedna tej sprawy, która nurtowała ją od dwudziestu lat, zajmowała jej myśli i co roku, tuż przed świętami, zapewniała jej bezsenność.

Dlatego też nic nie zrobiła. Pozwoliła opaść napięciu i odepchnęła myśli o możliwym szczęściu, nawet krótkotrwałym. Spojrzała w oczy Kamila i była pewna, że i on wiedział, co teraz muszą zrobić. Teraz – nie za kolejne pięć lat.

Wstała i ruszyła do drzwi. Kamil podniósł się z krzesła i ruszył za nią bez słowa.

*

Zwłoki były lekko zamarznięte, ale można było mniej więcej ocenić czas zgonu. Śnieg zaczął sypać w sobotę wczesnym rankiem, więc z pewnością ciało leżało tu, co najmniej dobę. Na pewno nie było dłużej, bo sam komendant widział w piątek redaktorkę z tym gościem, jak wychodziła z pracy. Przyglądał się przez moment pracy techników i ruszył w stronę gapiów. W przypadku wypadków dobrze działała metoda „rzuć pytaniem”, by szybko znaleźć kilka źródeł informacji godnych przepytania. Był pewien, że tak krwisty kąsek jak morderstwo da znacznie więcej chętnych świadków do opowiadania.

Było już tam dwóch policjantów, którzy głównie strzegli porządku. Chociaż większość  rozumiała takie stwierdzenia jak „miejsce zbrodni” i „niszczenie dowodów”, dla niektórych pokusa spojrzenia na martwego człowieka była nieodparta. Teraz jednak wydawało się, że nikt nie chce nawet zerknąć. Wszyscy stali w ciszy i obserwowali pracę policji. Byli wręcz zbyt spokojni, co samo w sobie było podejrzane. Kiedy jednak komendant podszedł, z tłumu ktoś się odezwał.

– To pewnie ten facet ją zabił.

Wprawne oko komendanta wyłowiło postać w tłumie.

– A pan to kto?

Przed zgromadzonych wyszedł niski, starszy mężczyzna.

– Wiesław Kowal. Jestem sołtysem – wyciągnął rękę.

–Jan Marczuk. – Uścisnął mocną, spracowaną dłoń. – Widział pan coś?

– No widziałem. Kręci się tu taki jeden. Od tygodnia łazi po wsi, w mieście moich ludzi zaczepia.

– Zna go pan?

– Znałem, jak miałem nie znać. Kolega mojej wnuczki Kasi ze szkoły, wie pan, tej, co wyjechała.

Komendant pokiwał głową. Teraz udało mu się skojarzyć twarz mężczyzny, z którym wychodziła redaktorka. To musiał być ten młody, który dwadzieścia lat temu szalał, bo go dziewczyna zostawiła.

– Co tu robił?

– Wymyślił, że Kasia na pewno nie uciekła. Przypomniało mu się, po dwudziestu latach. Jakby nie było wystarczająco źle, że wnuczka o nas zapomniała.

– Zapomniała o was? – Komendant zwietrzył trop.

– Ano tak to jest. Co się będzie do wsi przyznawać. Matka była parę razy, parę dzieciaków ściągnęła i zapomniała, skąd pochodzi. Nie pisze już kilka lat.

– Ma pan jej ostatni adres? Może uda nam się ją zlokalizować swoimi kanałami, zwłaszcza że jej kolega mógł ją odnaleźć.

W oczach Kowala przez ułamek sekundy błysnął niepokój, ale szybko się opanował.

– Zapytam jej matki, może coś będzie wiedziała.

– Dobrze, proszę powiedzieć, co robił tutaj ten człowiek.

– No mówię, że łaził po wsi. Pytał o Kaśkę, co się wtedy działo, jak niby zniknęła. W końcu musieliśmy go trochę postraszyć i do piątku się nie zjawił.

– Postraszyć?

– Nic mu nie robiliśmy! Pogroziliśmy tylko.

– A co się działo w piątek?

– Powiedziałem ludziom, że jak go zobaczą, to nic nie gadać, tylko siedzieć w domu. No i w piątek tu przyjechał, z tą elegancką kobitką. Trochę pokręcili się po wsi, ale jak ludzie się pochowali, to nie mieli nic do roboty. I się zaczęli kłócić. Że to był jego głupi pomysł, że nikogo tu nie ma i tylko tracą czas. W końcu wsiedli do auta i pojechali.

Marczuk obserwował w czasie rozmowy ludzi stojących obok policjantów. Większość kiwała głowami, niektórzy przytaczali sytuacje ze spotkania z mężczyzną, inni rzucali inwektywami. To wszystko zdawało się być jednak tylko wyreżyserowanym tłem dla głównego mówcy. Ktoś dobrze przygotował tych ludzi.

Komendant przetarł oczy. Chyba wpadał w paranoję przez to morderstwo. W takich miejscach jak ich miasto, a tym bardziej ta wieś nikt nie podrzyna gardła z powodu kłótni. To musiało źle wpływać na jego osąd.

– Panie komendancie? – Zbliżył się jeden z techników. – Możemy już tutaj skończyć.

Marczuk pokiwał głową.

– Zbierajcie to wszystko. A pana – zwrócił się do Kowala – i tych z państwa, którzy rozmawiali z tym człowiekiem, zapraszam na komendę w celu złożenia wyjaśnień.

*

Noc wigilijna była cicha i spokojna. Mróz, śnieg czy też potrzeby wiary zamknęły wszystkich w domach. Nie było nikogo, kto widziałby nadzwyczajne poruszenie w lesie.

Mimo późnej pory i panującej ciemności wciąż było słychać kroki ludzkie. Niewiele osób niosło światło, przez co wyostrzony słuch lepiej wyłapywał dźwięki. Dlatego też, kiedy pojawiła się kilkuosobowa grupa, ich rozmowa mogła być słyszana z daleka.

Gdyby tylko ktoś podsłuchiwał.

– Nie powinniśmy w ogóle tutaj policji wpuszczać. Raz, że zabrali ciało i ofiara nie była pełna, dwa – po co ich w to mieszać. – mówił mężczyzna.

– Przestań. To i tak więcej niż zwykle. – odpowiedział mu inny.

– Ale nadal to źle. I ten policjant patrzył się tak…

– Nic nie zrobią. – W ciemności rozległ się głos Kowala. – słyszałem na komisariacie, że mają list gończy za tym tutaj wystawić.

Zapadła cisza. Większość chyba nadal miała wątpliwości, bo Kowal znów się odezwał.

– Musieliśmy tak zrobić. Gdyby zniknęli we dwójkę, to by zaczęli tu szukać, bo łaził przecież po wsi i pewnie w mieście też wypytywał. To lepiej, że uważają go za psychicznego, niż że nagle uciekli. We dwoje, po dwudziestu latach bez gadania i spotkań.

– Ale trzeba będzie to szybko załatwić. I tak już jest późno.

– To będzie ofiara dla słońca. I na dobre plony.

–A Zły…

– Dostał już swoją, podwójną – zniecierpliwił się Kowal. – Odprawimy modły i zajmiemy się ciałem.

Pojawiły się światła i ukazały całą grupę. Na przedzie szedł Kowal, a za nim kilkoro innych mieszkańców Wsi. Stanęli na niewielkiej polanie, rozświetlonej kilkoma przysłoniętymi lampami. Zgromadziło się już kilkanaście osób, a z różnych stron wciąż nadchodziły następne. Wyglądało na to, że zjawi się tutaj cała wieś.

Sołtys ruszył na drugą stronę polany, kiwając głową do niektórych i witając się z innymi. Po drugiej stronie polany pochylił się i przez moment badał podłoże. W końcu pociągnął za niewidoczną do tej pory rączkę i otworzył właz. W nikłym świetle ukazało się zejście w dół.

Kowal wyjął z kieszeni latarkę i ruszył po drabinie. Rozświetlił pomieszczenie, kiedy tylko stanął na dole. Odgłosy ludzi zebranych w górze ucichły. Przesunął pasmo światła wzdłuż ściany, aż trafił na skuloną postać.

– Teraz moja kolej, co? – Zachrypniętego głosu w żaden sposób nie dało się skojarzyć z mężczyzną, który tydzień temu stanął w drzwiach redakcji, żeby porozmawiać z Aleksandrą.

– Za chwilę – odpowiedział Kowal.

– Przez blisko dwadzieścia lat zastanawiałem się, co się wtedy stało. Byłem pewien, że to przeze mnie. Może, gdybym nie rozmawiał z Kasią o wyjeździe, to wciąż by żyła.

– Ale nie przeżyła. Została wybrana na ofiarę błagalną.

– Czyli to wszystko? Kim wy jesteście? Poganami? Komu składacie ofiarę?

Kowal uśmiechnął się i usiadł na porzuconej skrzynce.

– Wierzymy w Boga, oczywiście. Ale przecież w Piśmie Świętym są składane ofiary.

– Ale nie z ludzi!

Kowal nie odpowiedział. Kamil zaczął się mu przyglądać.

– Dlaczego akurat Kasia? Bo się różniła? – zapytał w końcu.

– Została wybrana.

– Ale kto wybiera?

Przez twarz Kowala przemknął dziwny cień.

– Bóg obdarzył mnie przekleństwem widzenia.

– I myślisz, że ci uwierzę, że Bóg tak dogodnie wybrał jedyną osobę, która ci się sprzeciwiała? Która chciała uciec? Możesz wciskać ten kit tym idiotom u góry, ale mi tego nie wmówisz. Powiedz prawdę!

Rozkazujący ton Kamila wyraźnie zdenerwował Kowala, ale ten wciąż milczał. Kamil był pewien, że zaraz zginie, ale przed śmiercią chciał w końcu poznać prawdę.

– A może to dlatego, że nagle ci się spodobała, co? W końcu była ładniejsza od tych waszych dzieci z chowu wsobnego.

– Ty nic nie rozumiesz! Ona nie miała być ofiarą! Ona miała pomóc oczyścić krew! Ale wszystko zepsułeś!

Kamil poczuł ulgę. Ton Kowala nie pozostawiał wątpliwości – nosił to w sobie wystarczająco długo i musiał to z siebie wyrzucić.

– Czyli jednak to twoja decyzja, tak?

Przez moment bał się, że przesadził, bo nawet w słabym świetle latarki widać było, że Kowal poczerwieniał. W końcu jednak odezwał się.

– Pan nas naucza – nie wódź na pokuszenie i zbaw ode złego. Odkąd pamiętam, mój ojciec, dziadek, pradziadek przewodzili tym duszom i chronili je przed Złym. Poświęcaliśmy mu ofiarę, a on nas zostawiał. Bóg nas chronił przed pokusami. Ale ludzie je odczuwali. Musieliśmy im pokazać, że za złe zachowanie nie ma nagrody. A złoczyńców trzeba karać.

Kowal zrobił pauzę. Chyba mówił to po raz pierwszy i chociaż Kamil chciał przerwać,
z chorym zafascynowaniem słuchał dalej.

– Wiedziałem, że czasem rodzina jest za bliska na małżeństwo, dlatego niektóre panny musiały starać się o dzieciaka z kimś spoza wsi. Żeby tych głupich dzieci nie było aż tak dużo. No i moja córka też postanowiła poświęcić się dla nas. I przywiozła Kasię. Ale ona, zamiast zrozumieć, jak tu jest potrzebna, chciała uciec, iść na policję. Nazwała nas dzikusami. Musieliśmy ją złożyć w ofierze.

Do tego momentu historii Kamil był pewien, że to Kowal sam podjął decyzję. Teraz jednak zrozumiał, że i matka brała w tym udział.

– Ile niewinnych dzieciaków zabiłeś w ten sposób? Co było ich winą? Że chcieli stąd uciec?

Kowal popatrzył na Kamila rozgorączkowanymi oczami.

– Pokusa to też grzech. A pokusa ucieczki od rodziny najcięższy.

Kamil w końcu zrozumiał, czym była ta pokrętna logika. Jego rozmówca był po prostu szalony. Szaleństwo tkwiło w jego wychowaniu, genach i otoczeniu. Zarażał tą chorą ideą pozostałych, i to właściwie pod nosem innych ludzi, bez żadnego zawahania i wstydu, z taką beztroską, jak gdyby przyłapanie na mordowaniu ludzi było w jego przypadku niemożliwe.

– Kiedyś w końcu zostaniesz złapany – powiedział w końcu Kamil.

– Tak. Ale ty tego nie dokonasz. Dzięki tobie będziemy mieć wspaniałe plony w przyszłym roku.

Kowal podszedł do zakładnika i postawił go na ziemię. Podeszli razem do drabiny.

– Ruszaj. U góry czeka zbawienie.

Varia

Tymoteusz Czyż – Transport

478 Wyświetleń

Migające gwiazdy płynęły powoli za oknem. Wielkie obłoki pyłu, gazowe olbrzymy i niebiesko-zielone kule tak bardzo przypominające Ojczyznę, wszystkie te cuda po pewnym czasie brzydły, stawały się szarą codziennością podróży. Mozolnie zbliżali się do wrót przesyłowych zlokalizowanych na krańcu sektora. Dalej czekała ich procedura zakotwiczenia i zostaną wysłani na drugi brzeg galaktyki, prosto do układu w zewnętrznym ramieniu drogi mlecznej.

– Sprawdźcie chipy blokujące sczytywanie myśli – powiedziała do węzła radiowego.

Kapitańska czapka była przejawem archaicznej tradycji, ale według niej dodawała autorytetu. Poprawiła ją, tak, aby opadała na oczy, musiała zażyć trochę snu przed odprawą.

Oby wszystko przebiegło pomyślenie, pomyślała.

– Pani kapitan! – zawołał AX002.

Jak na mieszańca był całkiem przystojny, blizny po ataku robali jedynie dodawały mu męskości. Lubiła go, możliwe, że nawet za bardzo.

– Co się stało drugi? – zapytała.

– Mamy nadchodzące połączenie z centrali Pierwszych – powiedział wyraźnie drżącym głosem.

Pierwsi zwiastowali jedynie kłopoty. Czyżby wiedzieli o prawdziwych powodach ich misji?

– Przetrzymaj na łączach ile się da, potrzebuję trochę czasu. – Wyciągnęła okablowanie z portu i wsadziła w gniazda na przegubach rąk. Skanowanie zapór zakończyło się sukcesem, szyfrowanie protokołów działało należycie, była gotowa.

– Daj ich tutaj! – krzyknęła.

Czerń przedniej szyby zamigotała graficznymi artefaktami, po chwili szare drobinki materii wypełniły obraz, była to neutralna postać Pierwszych. W tle znajdowało się typowe biuro urzędnika średniego szczebla. Zaawansowane, krystaliczne monitory, procesory i dyski warte tyle, co jej cały statek. Nawet znalazło się miejsce na zieloną roślinkę, niewiadomego gatunku. Prawdziwe luksusy, jak na tę część galaktyki.

Szara materia zmieniła kolor na złoty i przybrała wygląd trójwymiarowego modelu typowego obywatela Ojczyzny. Po chwili czujniki wyłapały, że kapitan była kobietą i zmieniły płeć konsultanta na odpowiadającą.

– Nazywam się Axis i jestem państwa przewodniczką w procesie dokowania. Dla podwyższenia standardów rozmowa jest monitorowana przez zewnętrznego obserwatora z ministerstwa sieci i transportu. Na pierwszym miejscu stawiamy państwa komfort! –uśmiechnięta od ucha do ucha „kobieta” zastukała parę razy w ciekłokrystaliczny panel na biurku i ekrany pokładowe wyświetliły ankietę satysfakcji z przelotu. – Proszę o wypełnienie ankiety, to zajmie dosłownie chwileczkę, a ja w tym czasie przeskanuje komputer i dane transportowe.

Wyświetlacz zamigotał i ankieta wypełniła całą przestrzeń, świecąc jaskraworóżowymi literami.

Konsultantka zniknęła, ale czujniki zapór zareagowały natychmiast na obecność obcego kodu. Standardowe zabezpieczenia ustąpiły natychmiast po podaniu klucza. Kapitan miała nadzieję, że dodatkowe oprogramowanie nie podda się tak łatwo i urzędniczka nie zauważy niezgodności w systemie. Nawet nie chciała myśleć, co mogło się stać, gdyby cały spisek wyszedł na jaw.

Zauważyła, że AX002 stał cały czas na mostku, on też obserwował w napięciu niby rutynową kontrolę. Kłopoty zawsze zaczynały się od nadgorliwego urzędasa, chcącego zaimponować szefostwu.

– Mamy drobne nieścisłości, proszę przywołać załogantów: AC001, AC003, AX001. Podejrzewamy przemyt drobnoskalowy.

Głos wydobył się z głośników, ale twarz nie powróciła na wyświetlacze.

Kapitan zaklęła w duchu i nacisnęła przełącznik węzła radiowego. Trzymała spocony palec na przełączniku szyfrującym wiadomości wewnętrzne.

– AC jeden i trzy, AX jeden, proszeni są na mostek w trybie natychmiastowym – włączyła szyfrowanie transmisji – zabierzcie ze sobą kondensatory, mamy ogon.

Rozłączyła się jak najszybciej.

Czy wyłapała dziwne szumy na końcu transmisji? Czy w ogóle słuchała?

Po paru minutach na mostek weszli dwaj mężczyźni z ciężką czarną skrzynką i kobieta niosąca całe naręcze kabli. Rozstawili urządzenie na podłodze, nie zamieniając ani słowa. Szybko podpięli kondensatory do gniazd nadających sygnał w kosmos i przekręcili pokrętło. Lampki zaświeciły się na zielono i pokazały pełną moc. Jeżeli suka będzie podskakiwać, usmażą ją jednym przyciskiem.

– Załoganci kursu „ramię krzyża / ramię zewnętrzne, o numerze A140098”, dane załadunkowe kajut, nie zgadzają się z aktualnym obciążeniem znajdującym się w pomieszczeniach mieszkalnych, jak to możliwe?

Złota trójwymiarowa kukła powróciła na ekran. Tym razem nie uśmiechała się, pozostając bez wyrazu.

Kapitan zaczynała rozumieć, dlaczego Pierwsi tak często występowali w thrillerach. Potrafili zbudować napięcie jak nikt inny.

AC001 i 003 zarumienili się wyraźnie. Nie potrafili ukrywać swoich emocji, byli dla Pierwszej łatwym kąskiem.

– Bo my śpimy razem, dlatego obciążenia się nie zgadzają – powiedział mężczyzna z numerem 001 na mundurze i spurpurowiał cały.

Kobieta przytaknęła pośpiesznie. Pierwsza powoli zamrugała, musiała szukać czegoś w bazie danych, jej gatunek nie rozumiał rozmnażania jako procesu wymagającego udziału gonad.

– Rozumiem zaistniałą sytuację.

Starała się utrzymać profesjonalizm, ale widać było lekko drgający ironiczny uśmieszek.

Pewnie myśli teraz o nas, jako brudnych, spoconych zwierzętach, pomyślała kapitan.

– A załogant AX001? – wróciła do tematu – też uczestniczy w tym procederze?

– Nie – odpowiedział AX001 i zaczął nerwowo skubać kozią bródkę. – To moja hodowla zieleniny.

– A jaki gatunek jest tam dokładnie hodowany?

Axis zbliżyła się do kamery i chip na szyi AX001 włączył żółty alarm. Ciche pikanie wypełniło mostek.

Dobrze, że kazałam założyć te chipy, jeden tyłek uratowany przed sczytaniem.

– P-pietruszka – wyjąkał.

– Pietruszka – powtórzyła.

– Tak, chociaż tyle smaku można dodać do tych wszystkich przecierów z tubki i kurczaka z torebki – dodał dużo pewniej.

– Hodowla dla walorów smakowych. Proszę to odnotować w kartotece załoganta, przy bramie zostanie pan ukarany grzywną w ilości trzech procent pańskiej wypłaty. Nielegalne hodowanie gatunków zielonych bez zezwolenia, czy chce się pan odwołać, czy też przyjmuje nałożoną karę?

Na ekranie pojawił się zapis z kodeksu prawa przesyłowego.

–Przyjmuję. – Opuścił ręce w geście zrezygnowania.

– Zatem kontrola dobiega końca, dziękuję za współpracę, miłego lotu – wygłosiła formułkę pożegnalną.

Kapitan odetchnęła z ulgą, wszyscy wezwani załoganci zbierali się do wyjścia.

– A no tak, zapomniałabym o najważniejszym – dodała i światła na całym statku zgasły.

Kapitan rzuciła się do kondensatora, czerwony przycisk był na wyciągnięcie ręki.

Rozległ się huk wystrzału. Kapitan poczuła szarpnięcie w okolicy ramienia i w następnej sekundzie ostry ból z miejsca, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się jej ręka, a teraz zwisał krwawy ochłap.

Co do groma? Zdążyła pomyśleć.

AX002 mierzył do niej z pistoletu, oczy miał puste, po twarzy przebiegał nienaturalny skurcz. Pozostali padli na ziemię w ataku padaczki.

– Zostaw ich! – wykrzyknęła.

– To powiedz mi łaskawie co to takiego – na ekranie pojawił się schematyczny obraz magazynu, a w nim podświetlona na czerwono ukryta przesyłka. – Co jest w tym ładunku?

– Nie wiem! – zawołała.

– Zła odpowiedź. – Pierwsza zaśmiała się.

AX002 chwycił ją za włosy i uderzył głową o konsoletę. Chciała się wyrwać, ale z każdą chwilą było coraz zimniej i ciemniej. Powoli traciła przytomność. Wyciągnął kabel z centrali i odbezpieczył jej gniazda na karku.

– Nie rób tego!

– On ciebie nie słyszy, na godzinę przed transmisją złamałam jego zabezpieczenia i wszystko przeskanowałam. Ty możesz mieć najnowocześniejsze zapory, ale twoi załoganci niekoniecznie. Myślałaś, że zwykły chip mnie powstrzyma?

– Cholera, wysłali za nami przeklętego architekta myśli.

– Zgadza się, ktoś was wystawił, prosto w szpony naszego konsorcjum.

Wtyczka dosięgnęła wejścia i poczuła tylko zimne ukłucie podłączenia do sieci. Świat zawirował i wylądowała pośród niebieskiej toni wielkiego oceanu danych. Piękna wizualizacja na chwilę otumaniła zmysły.

Muszę uciekać, dotarło do niej.

Stąd nie ma ucieczki. Mam pełen dostęp do twoich wspomnień, nie masz gdzie się schować, usłyszała w głowie głos Axis.

Przed oczami zaświeciły plany bomby wodorowej, którą transportowali do bojówki bractwa zjednoczonych.

Wszystko stracone, pomyślała. Chcieli walczyć z inwigilacją, a dali się złapać jak dzieci.

Nie rozpaczaj. Na chwilę pożyczę twoją tożsamość i dostarczycie bombę na miejsce. Podejrzewam, że nawet cały plan ze zniszczeniem planety-garnizonu wypali. Z jedną drobną rysą. Mój zleceniodawca zyska dostęp do waszych baz danych, a ja zasłużę sobie na urlop. Myślałam nad wycieczką do tropików, zobaczyć wielkie zimnokrwiste jaszczurki. Najlepiej w jakimś totalnie zapomnianym świecie.

Poczuła jak wirusy Pierwszej, spychają jej świadomość, rozbierając dane z całego życia na ciągi impulsów elektrycznych. Zniknęło wspomnienie o AX002 i rodzącym się uczuciu. Zapomniała jak wyglądała Ojczyzna, zapomniała dlaczego chciała walczyć za wolność. Powoli stawała się zupełnie pusta.

***

– Pani kapitan! – zawołał AB004. – Mieliśmy tymczasową awarię generatorów, wszystko dobrze?

– Tak AB, niespodziewana kontrola z konsorcjum przesyłowego, ale przeszliśmy ją pomyślnie – odpowiedziała.

Mężczyzna popatrzył na zestaw regeneracyjny i zakrwawioną dłoń kapitan. Później dostrzegł leżące ciało AX002.

– Nie przejmuj się, mieliśmy zdrajcę na pokładzie, ale kondensatory zadziałały. Nie powinno być dalszych problemów, jednak pozostańcie czujni. No i powiadom skrzydło szpitalne, niech zajmą się tymi, których Pierwsza ugotowała, może coś jeszcze z nich będzie. Tylko szybko.

– Tak jest! – zawołał i odmaszerował do pośpiesznie do jednostki komunikacyjnej.

Sprawdziła wszystkie podzespoły, wirusy przejmujące kontrolę nad statkiem nic nie uszkodziły. Rozsiadła się wygodnie na kapitańskim fotelu i włączyła wyszukiwarkę.

„Biura podróży, wakacje w tropikach” wpisała.

Varia

Dariusz Bednarczyk – Smocze Opowieści

416 Wyświetleń

Nie ma dyngusa bez smoków

O tempora, o mores! Tradycja w narodzie całkiem upadła. Kto kiedyś słyszał, żeby w lany poniedziałek było pusto na ulicach? Jak kraj długi i szeroki woda lała się strumieniami, a prawdziwe bitwy wodne ciągnęły aż do obiadu i to zasadniczo bez względu na pogodę. Tymczasem nowe, wygodnickie pokolenia jawnie odcięły się od spuścizny pokoleń, za nic mając imperatyw przodków. Ulice wyludnione, podwórka puste, znikąd bojowych zawołań czy okrzyków zmoczonych do ostatniej nitki, na lekarstwo triumfalnych śmiechów, że o tupocie naprędce utworzonych wodnych zastępów nawet nie wspomnieć. Nic. Cisza, nędza i martwota, słowiański duch w narodzie całkiem zamarł. Zostały jeno społecznościówki.

Jak nic kwestia śmigusa- dyngusa bezpowrotnie niczym kujawskie przywoływanki zeszłaby do archiwum, gdyby nie rezolutne zielone smoki, które na powrót wskrzesiły tę chwalebną tradycję, przy okazji wyciągając w wielkanocny poniedziałek na dwór rzesze niesamowicie objedzonych ciekawskich. Wprawdzie rychło pojawiły się głosy malkontentów o profanacji i przekroczeniu granic, jednak najważniejsze, że tradycja nie upadła. Chwała niech będzie przybyszom z Comsa!

Rozkaz nr 14/2/2017                                                                                                                

Smoki! Za tydzień inspekcja, przyjeżdża brygadier z  Komendy Głównej Ochotniczej Straży Pożarnej. W związku z tym rozkazuję: pozbyć zapasów Blue Carbon., w salach wyłożyć koks, na trawnikach ustawić armatki wodne,  wyszorować podłogi, zerwać ze ścian kalendarze z krakowskimi dziewicami, usunąć symulantów z izby chorych, na skup wywieźć pordzewiałe koksowniki i nieczynne motopompy!

Wszystkim wydać szufle i podwójne porcje węgla! Dołożyć do pieca! Wyszlifować pazury oraz łuski, wyczyścić kaloryfery i nie bawić mi po kątach sikawkami! Pełna para! Na teren remizy nie wolno wnosić żaru. Od dzisiaj warta trzepie, niczym tropiący przemyt kotów celnicy na Melmac! Chrzciny, wesela, imieniny wstrzymane do odwołania! Nikomu przez tydzień ogień dupy nie wypali.

Na czas inspekcji wysłać w teren krótkowidzów, zezowatych oraz piromanów! Zorganizować defiladę! Adiutant przygotuje dla gościa apartament nad rzeką. Na poczęstunek  węgiel wyłącznie koksowniczy, żadnych dopalaczy!

Wszystko ma chodzić jak w koksowni i niech no mi tylko ciśnienie w cylindrze podskoczy! Podpadziochów będę ścigał osobiście! A kto wyróżni, dostanie awans! Naprawić w końcu ten jebany megafon i niechże nas strzeże Smok Wawelski!

Jakie prawa posiada smok zatrzymany w izbie wytrzeźwień

www.bunkiernawinylu.pl

Co do zasady wszyscy są równi wobec prawa, lecz jak powszechnie wiadomo są równi i równiejsi. Wydawać by się mogło, że jak zwykle, tak i w tym wypadku zieloni braci znajdują się na aucie. Tymczasem odnośnie korzystania z telefonu rzecz ma się zupełnie odwrotnie. Portfel, dokumenty i komórka obowiązkowo trafiają do depozytu, czipy zaś  ulegają czasowej neutralizacji. Ludzie nie mogą doprosić o umożliwienie wykonania choćby jednego połączenia, gdyż pracownicy izby zasłaniają się ustawą o ochronie danych osobowych, oczywiście błędnie w takich razach dokonując jej interpretacji. Ponadto choć wg przepisów rodzinę osoby zatrzymanej powiadamia się wyłącznie w uzasadnionych przypadkach i w miarę możliwości, kierownicy rzeczonych placówek na ogół stwierdzają brak ku temu wystarczających powodów. Jak zatem w takich wypadkach radzą sobie smoki? Smoki mają bionanokompy integralnie połączone z siecią i nie potrzebują niczyjej łaski.

Koksownia „Victoria”

WZK „Victoria” S. A. to obdarzone prawdziwym kultem pośród światowej populacji zielonych smoków zjawisko. Ten posiadacz 5 baterii, czołowy w Europie producent koksu, nad Odrą- Wisłą- Bugiem, co nawet znawcom tematu trudno zrozumieć, cieszył się nawet większą popularnością niźli Godzilla. Zwłaszcza z wielką estymą traktowano  koksownię w środowisku smoczych gangsterów, pośród których jednakim mirem obdarzani byli zarówno amatorzy jej wrogiego przejęcia przy pomocy skomplikowanych technologii nanokomputerowych, jak i zupełnie pozbawieni finezji rzezimieszkowie, próbujący przy użyciu prostych technik, choćby na jakiś czas przejąć jedną ze sławnych baterii. Wyrok za „Victorię” automatycznie ustawiał w hierarchii. Czyż należy się dziwić, iż co druga smocza knajpa nosiła jej imię?

SOSP

Początkowo Państwowa Straż Pożarna chętnie przyjmowała smoki na zasadzie swoistego eksperymentu, trafnie odczytując społeczne odczucia traktujące przybyszów z Comsa jako  przydatne maskotki. Z biegiem czasu nastąpiła jednakże daleko posunięta ewolucja w ich postrzeganiu. Zielone gady wyspecjalizowane na rodzimej planecie w pożarniczym fachu, wkrótce ujawniły swoje niebywałe umiejętności, wzbudzając konsternację w szeregach PSP. Bijąc strażaków na głowę według proporcji 3:1, okazały się być bezkonkurencyjne, co w dłuższej perspektywie przyniosłoby kres tradycyjnie postrzeganego etosu strażaka, załamanie szkolnictwa pożarniczego, a także całej związanej z tym drabiny społecznej, obarczając znacznym nawisem bezrobotnych nie należącą do mocarnych gospodarkę. W efekcie zaprzestano naboru. Bystre smoki znalazły jednak alternatywę. Odpowiedzią okazało się utworzenie Smoczej Ochotniczej Straży Pożarnej, znakomicie uzupełniającej istniejącą już OSP. W krótkim czasie obie strażackie  struktury owocnie skoordynowały swoje działania, traktując się jako pożyteczne dopełnienie dla dobra lokalnych społeczności, usuwając zarazem sprzed oczu PSP widmo prestiżowej porażki w okręgach miejskich urbanizacji.

Wszystko co dobre, niestety szybko się kończy. Po jakimś czasie sąsiedzkie OSP zdało się w zasadzie niepotrzebne. Jako urodzeni strażacy, smoki nie potrzebowały praktycznie żadnego szkolenia, nie używały uniformów, ani ubrań ochronnych. Wymogi sprzętowe ograniczały się zaledwie do środków transportowych, co przynajmniej początkowo znalazło wyjątkowe uznanie lokalnych samorządów. Wydawało, iż kres OSP zbliżał się dużymi krokami.

Okazało się jednak, że smok też człowiek, a sukces niejedno ma imię. Skupiając na akcjach, smoki zaniedbały pozostałe zadania statutowe, przy okazji nazbyt pogrążając w hedonistycznej celebracji swojego patrona Smoka Wawelskiego w chwilach wolnych od pożarniczych wyzwań. Kto by tam podejmował działania zapobiegające przy takich możliwościach? Współpraca z PSP, której naprawdę nikt nie chce? Informowanie ludności odnośnie zagrożeń, a widział ktoś smoka kaowca? Udział w zawodach, jeśli każdy występ na zawodach pożarniczych oznaczał zagrażające spokojowi publicznemu ośmieszenie mundurowych?

W ten właśnie sposób wyalienowane remizy i świetlice powoli zamieniły w magazyny koksu, a wiadomo przecież czym kończy się jego duszenie…

W krótkim cieniu wydm

Karawana wlokła łapa za łapą. Wyczerpane smoki mozolnie brnęły w głębokim piachu. Paliwo skończyło już dawno, że nie wspomnieć o wodzie. Kez jasno zdawał sobie sprawę, jak dużym błędem była rezygnacja z usług miejscowych, należało odpalić im choć jeden nanokomputer, bez odpowiedniego materiału genetycznego i tak mogli sobie co najwyżej pograć w RPG. Obejrzał się, może ktoś ich zauważy, za sobą zostawili przecież tyle koksu…

Z przygnębiającego odrętwienia wyrwały go pohukiwania z nagła ożywionych towarzyszy, aż mu się odbiło resztką pary wodnej. Luknął przed siebie. Całkiem niedaleko majaczyły obiecujące konstrukcje wydobywcze, czyżby kopalnia? — zaszemrało pytanie. Niebawem zbliżyli się na tyle, aby rozpoznać zwiastujące wybawienie kształty niewielkiej wieży wiertniczej, cud! Już po chwili zanurzyli spierzchnięte pyski we wspaniale kleistej, acz mocno zanieczyszczonej czarnej ambrozji. Eureka! Importowany na Comsa z odległych galaktyk, dostępny jedynie w limitowanych edycjach, a tu masz, świeżutki Apor*, prosto ze zbiornika i w dodatku na takim zadupiu!

*  Ropa

Król wszystkich smoków

Smoki również miały swojego idola. Olbrzymi, blisko stumetrowy, bez mała 55 ton żywej wagi, obowiązkowo pokryty ciemnoszarymi łuskami i poruszający na dwóch tylnych, zakończonych stopami o rozmiarach wagonu łapach. Przedmiot smoczego uwielbienia, bohater w niejednej  jaskini snutych eposów, wzór godny naśladownictwa, ucieleśnienie smoczych cnót, bez mała mściciel. Gladiator mięśni, żywa góra. Na plakatach niczym hollywoodzki heros prezentujący mocarne kończyny, długi, pomocny zarówno przy przemieszczaniu jak i walce, parametrami dorównujący wieży telewizyjnej ogon, niezawodne pazury, wzbudzające należny respekt o symetrycznym zgryzie zębiska, a do tego parę reprezentacyjnych rzędów płyt kostnych na wyrzeźbionym w pocie siłowni grzbiecie.

Odważny, zarazem groźny, makiawelicznie wprost przebiegły, wprawiający przeciwników w przerażenie. Odbierać wiatr z żagli? To na pewno on.

Niepotrzebny mu komputer, ponieważ sam jest komputerem. Bazyliszki, wiwerny, draki? Zaledwie pospólstwo. Siarkowodór? Proszę – metoda rodem z manufaktury – radioaktywny oddech i naturalna zdolność całkowitej regeneracji, ot co.

A wiecie jaki był ulubiony motyw smoczych tatuaży? Więc niby takie smoki z wiodącej technologicznie galaktyki, a tu masz, kto by to pomyślał – Godzilla!