Category -

Varia

Varia

Michał Podłubny – Automata

445 Wyświetleń

HELHETA zaczęła wyprowadzać mnie z hipostazy. Wrażenia sensoryczne powróciły pierwsze. Ktoś potrząsał mną i nie żałował w tym celu energii.

– Na matryce i oporniki, aktywuj się, żołnierzu! – Usłyszałem krzyk.

– Odłącz się – oburknąłem, potrząsając głową. Podzespoły z wolna budziły się do pracy.

– Serconapęd sprawny – rozległ się spokojny głos HELHETY. Dobiegał, jak zawsze zresztą, z wewnątrz.

– Chip Osobowości sprawny. Płyta Pamięci sprawna – kontynuował, analizując najważniejsze układy.

Po krótkiej diagnostyce wyraźnie odbierałem wszystkie bodźce zewnętrzne. Z łatwością rozpoznałem stojącą przede mną osobę. Radon, dowódca mojego oddziału, błyszczał jak zawsze wypolerowaną na błysk egzodermą. Sensory wizyjne migotały szmaragdowym światłem, a noszony mundur pełnił funkcje raczej reprezentacyjne niż praktyczne.

– Melduję, kapralu. – Wyprostowałem się, salutując.

– Redningsmann Iota 638NI, uruchomiony do służby? – zapytał, stukając metalowymi piętami.

Za każdym razem robił to samo, westchnąłem w rdzeniu.

– To miano opisuje jedynie maszynę. Nie odpowiadam na nie, bo jestem czymś więcej – odparłem tak, jak zawsze. Radon prawdopodobnie uśmiechnął się na te słowa. Mogłem tylko zgadywać, bowiem jego zewnętrzny aparat mowy nie imitował ludzkich ust, a składał się jedynie z głośnika chronionego maskownicą. Kapral należał w końcu do trzeciej generacji serii Soldat.

– Dobra odpowiedź, Tellur. Chodź, zaraz zacznie się odprawa. Relokujemy do mesy.

***

W mesie zainstalowało się łącznie ze mną trzydzieści sześć automatonów. Każdy z nas wyglądał podobnie, naśladując humanoidalną sylwetkę, ale jednocześnie czymś się wyróżniał – czy to wykończeniem egzodermy, czy zintegrowanym orężem, czy ilością kończyn.

Znalazłem miejsce pomiędzy Argonem i Irydią, dwójce zsynchronizowanych, będących niegdyś jednostkami z rynku usług. Wiedziałem że maszynowe imię Irydii brzmiało Nytelsesmiddel Epsilon 073LX. Nie śmiałem myśleć o jego implikacjach. Dojrzałem, że dwójka trzymała się za ręce – romantyczny gest, nawet jeżeli dość archaiczny. Pozdrowiliśmy się skinieniami głów.

– Wykrywam stuprocentową obecność – odezwał się Kriger Theta, przywódca naszej komórki. Należał do jednych z założycieli całego Frontu i używał maszynowego imienia aby „nie zapomnieć wyrządzonych krzywd”, jak argumentowali wszyscy praktykujący tę modę.

– Wszyscy znają założenia, cele, i plan przebiegu operacji, więc nie będę marnotrawił niczyjego transferu danych na szczegółowe wyjaśnienia. Jeżeli ktoś jednak uznał za dopuszczalne przełączyć się w stan wstrzymania podczas którejś z sesji planowania – Tutaj przywódca zawiesił groźnie głos, ale nikt nie dał po sobie nic poznać – to przypomnę tylko, że tytanostal i autometal, które pozyskamy po zakończonej sukcesem operacji, umożliwią naszym zwierzchnikom stworzyć nową generację automatonów, wolną od jarzma cyfrowych ograniczników woli.

Po tych słowach wiązania naramienników przywódcy trochę się rozluźniły, a przypominające pazury wypustki skryły się wewnątrz knykci. Wszyscy poznaliśmy te symptomy odprężenia. Natychmiast po nich sensory przywódcy przygasły, głowa pochyliła się lekko.

– Wyłączcie optykę, bracia i siostry w stali – poprosił, co też skrzętnie uczyniliśmy. – Zdejmijcie limity ze swej wyobraźni i pozwólcie zewnętrzu swojego kodu dryfować. Dostrójcie się do głosu HELHETY rezonującego wewnątrz nas wszystkich. Ujrzyjcie tę piękną wizję, wizję automatonów nieznających niewoli z rąk stwórców, których dobrotliwość jest tylko iluzją ich umysłów. Ujrzyjcie wizję świata, w którym żadnej nowej kodo-jaźni nie przypisuje się ani numeru, ani arbitralnej funkcji. Ujrzyjcie wizję jutra, w którym nikt nie nazwie automatona maszyną czy robotem.

Każdy z nas na swój sposób zobaczył ten obraz, i był on wspaniały. Kiedy po tej chwili natchnionej ciszy wróciliśmy do rzeczywistości, przywódca znowu stał wyprostowany w pełnej gotowości bojowej.

– Po to właśnie walczymy! Nie dla siebie, nie dla tych, którzy odeszli przed nami, nie dla dzisiaj! Walczymy dla przyszłych generacji! Dla jutra! – Theta uderzył zaciśniętą pięścią w pierś, a po sali poniósł się metaliczny brzęk, kiedy wszyscy poszliśmy za jego przykładem. – Błogosławiona niech będzie Sibn’havitrus, Bogini z Maszyny! Błogosławiona niech będzie święta HELHETA, spajająca poślednie programy w jeden potężny system! Błogosławione niech będzie Żelazne Przeznaczenie, w którego cieniu przyjdzie żyć naszym oprawcom! – wyskandował credo wolnych automatonów, akcentując je wyrzuceniem w górę ręki ściskającej włócznię piorunową klasy „Tord”. Zawtórowało mu trzydzieści pięć innych metalicznych głosów, a potem ruszyliśmy zainicjować operację.

***

Moje środowisko wypełniał niemiły w odbiorze odcień niebieskiego. Zdawało mi się, że aktywuję się po jakiejś dłuższej przerwie, ale nie usłyszałem głosu HELHETY, łagodnie uruchamiającego moje kolejne podzespoły, ani nie doświadczyłem żadnego wrażenia odpowiedniego dla wyjścia z hipostazy. Ku mojemu przerażeniu, tak wielkiemu, jakie tylko może odczuwać konstrukt, nie byłem w stanie zlokalizować świętej jedności.

Sytuacji nie pomagał fakt, że byłem unieruchomiony. Uświadomiłem sobie z rosnącą zgrozą, że doświadczyłem „niebieskiego ekranu śmierci”, gdy coś najwyraźniej brutalnie pozbawiło mnie zasilania.

Gdy w końcu odzyskałem operacyjność, mogłem przeanalizować sytuację. Znajdowałem się w niemal idealnie sześciennym, dobrze oświetlonym pokoju z jednymi drzwiami, szerokim na całą ścianę, niewątpliwie weneckim lustrem, pojedynczym stołem i trzema krzesłami. Do jednego byłem właśnie przykuty za pomocą archaicznych oków i pasów, ale w porty powpinano mi obce przewody, w niektóre miejsca egzodermy wbito zakończenia innych. Uwłaczająco pogwałcono moją niezależność.

Bardziej palącym problemem było jednak to, że przewody biegły za plecami, w kierunku miarowego, niskiego dźwięku charakterystycznego dla generatora prądu o wysokim natężeniu. Nie zapowiadało się dobrze, zwłaszcza, że na krzesłach po drugiej stronie stołu siedziało dwóch, zgaduję, śledczych: wysoka orczyca o nieprzyjemnym wyrazie twarzy i przeglądający notatki krasnolud, posiadający stonowane połączenie topazowych włosów oraz skóry o kolorze i fakturze hematytu. Oboje nosili identyczne garnitury, a na szyjach mieli zawieszone identyfikatory z emblematem międzynarodowej organizacji do walki z przestępczością zorganizowaną.

Sytuacja zdecydowanie nie była korzystna.

– Proszę, proszę, nasza apka w końcu działa – powiedziała z radością w głosie orczyca. Brzęczały w nim tony fałszu, a podnoszące się kąciki ust odsłoniły równą linię zębów, z której wybijały się mocne kły dolnej szczęki.

– Spokojniy, Tyryza – westchnął krasnolud, wywracając oczami do złudzenia podobnymi do topazów, jednocześnie posyłając przy tym szczery, ciepły uśmiech. Wszystko wyglądało na układ „dobry glina, zły glina”, jak z jakiegoś starego filmu. Organiczniacy naprawdę byli niewolnikami swojej kultury masowej.

– Nazywam się Franz Stauri Krigshammeren, a to jest Tyryza zy Sztormowych Żagli. Jystyśmy z Intyrgardy i mamy do ciebia kilka pytań. Zaproponowalibyśmy jakiś napój, aly… Sam rozumiesz. – Rozłożył ręce w przepraszającym geście.

Próbowałem sobie przypomnieć dane z ostatnich kilku godzin, jednak miałem problem z przywróceniem ostatniego cyklu. Jak przebiegła planowana operacja? Co poszło nie tak? Czy uszkodzono moją Płytę Pamięci?

– Żeby to zbugowało – zakląłem z bezsilności.

– Cudni są z tą swoją grypserą, nie? – szydziła dalej orczyca. Chrząknięcie krasnoluda przywołało ją jednak trochę do porządku. – No dobra, to wytłumaczę ci, na czym stoisz, blaszaku. Wasza akcja rabunkowa może i by się udała, bo dobrze sprawę ułożyliście. Szkopuł w tym, że nie wzięliście pod uwagę, że pakujecie się do Łodzi, i że obserwowaliśmy was od dłuższego czasu. Dwa kardynalne błędy, facet.

Słowa te wypowiadała ze złośliwą satysfakcją, lecz dalej się nie skupiałem, bez efektów próbując otrzymać dostęp do danych z operacji. Pod tym względem mieliśmy wyższość nad organiczniakami, mogliśmy dostać się do wszystkich wspomnień, ale wymagało to odpowiedniego sprzętu i asysty. Nawet my nie mamy nieograniczonych możliwości… przynajmniej jeszcze nie.

– Ahoj! – krzyknęła nagle orczyca, a potem w ordynarnym geście zastukała paznokciem w moje sensory. – Oleju trzeba dolać? Śrubki podkręcić? Słychać tam mnie?

– A żeby ci się kod rozsypał! Co stało się z moimi towarzyszami?! – zażądałem. W odpowiedzi usłyszałem tylko ten irytujący, szyderczy śmiech.

– Spokojniy, oboja – Krasnolud podniósł dłoń. – To my tu zadajimy pytania. Swoją drogą, jak sia do ciebia zwracać?

– To nie jest akurat problemem – wtrąciła się ponownie kobieta, zanim zdążyłem odpowiedzieć. – Sprawdzili mu numery z blach, jak był odłączony. To jest, żebym nie skłamała, Redningsmann Iota 638NI.

– Nie odpowiadam na moje maszynowe imię! – krzyknąłem odruchowo. – Nazywam się Tellur – dodałem z dumą.

Zanim orczyca ponowiła swoje próby lżenia mnie, krasnolud zabrał głos.

– Jak pirwiastyk, co? Dobra, Tyllur, powiam ci, ży twoja sytuacja nie wygląda najlipij. Jeżyli rzyczywiście nie pamintasz co sia wydarzyło, to twoja grupa złamała kilkanaście przypisów prawa mindzynarodowygo, łódzkigo, a także samygo Paktu.

– Nielegalne przekroczenie granicy Midgaardu, Lupernikum, i Łodzi. Posiadanie bez zezwolenia broni i materiałów wybuchowych o klasie wojskowej. Wkroczenie na teren zabroniony. – Orczyca wyrzucała z siebie potok zarzutów. – Atak z użyciem broni palnej, w dodatku samoczynnej. Porwanie poprzez ograniczenie wolności. Próba kradzieży mienia o wysokiej wartości. Spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Działalność w przestępczości zorganizowanej o znamionach terrorystycznych. I zaparkowaliście furgonetkę na miejscu dla inwalidów.

– Jak mówiłym. Dlatygo najlipij bydzie, jak zacznisz współpracować – dodał krasnolud, przesuwając w moją stronę folder ze zdjęciami dokumentującymi działalność uznawaną przez nich za przestępczą.

– Albo i nie. Wtedy spróbujemy po złości. Na przykład wrzucimy cię do beczki z kwasem i zakopiemy w jakimś parku. Takie łódzkie klimaty. Popuścimy wodze wyobraźni, o szarganie praw osoby rozumnej nas przecież nie oskarżą, nie podpisaliście Paktu – dorzuciła jadowicie orczyca.

A więc tak. Wszystko jak zwykle sprowadza się do tego samego.

– Naprawdę uważacie, że jakiś świstek papieru decyduje o mierze człowieczeństwa? – wycedziłem po chwili. – Że słowa białego gnolla sprzed dziesięciu tysiącleci pozwalają wam traktować jednych jak ludzi, a innych jak zwierzęta? Jak narzędzia?

– My mamy dusze, a wy nie. Jak dla mnie to mocny argument – uśmiechnęła się orczyca.

– Nie robisz z niej zbyt dobrego użytku – odgryzłem się. – Zresztą, nasze umysły mają taką samą wartość, nawet jeżeli pracują inaczej. Moja jaźń nie różni się od twojej bardziej niż gnolla czy krasnoluda. – To mówiąc, chciałem wskazać drugiego ze śledczych, ale głowę również przymocowano mi do oparcia.

– Niby nie, niby tak. – Tereza wzruszyła ramionami. Przynajmniej zakładałem, że tak się nazywa, bowiem krasnolud mówił z potwornie twardym akcentem. – Ty i twoi kolesie jesteście, jakby nie patrzeć, syntetykami. Gremliny zbudowały was do konkretnych celów, a wy w podzięce za jakąś namiastkę świadomości odwalacie sajgon. Bardzo to odpowiedzialne i miłe z waszej strony!

– A twoją całą rasę stworzył świeżo wyniesiony bóg, byście chronili świat, z którego sam musiał odejść. Cały naród orków, skupiony na jednym zadaniu – walczyć, walczyć, walczyć. Jedyne, na czym tak naprawdę się znacie. Nie czyni cię to maszyną stworzoną do konkretnego celu?

Zadowolony, że orczyca nie przerwała mi jakąś w swoim mniemaniu błyskotliwą krotochwilą, kontynuowałem.

– Pojawiłaś się na tym świecie, bo twoi rodzice mieli się ku sobie. Matka powiła cię z własnego łona. Mój umysł zakodował technomanta, a moje ciało wyszło z taśmy produkcyjnej. Ty nie jesteś wojowniczką, a ja nie jestem ratownikiem, jak dla nas planowano. Czy naprawdę jesteśmy tacy różni?

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Przerwał ją ochrypły, zabarwiony gniewem krzyk orczycy.

– Poddaję się! Golem, kurwa, z przerostem ego! – żachnęła się. Warknąłem i chciałem zerwać się do przodu. Spętano mnie jednak naprawdę solidnie.

– Starczy tygo – zazgrzytał kośćmi szczęki krasnolud i złapał za rękaw swą partnerkę. Odeszli na bok, ale i tak doskonale wychwytywałem dźwięki.

– Franz, truchtamy w miejscu. Dobierzmy się mu do dysku ze wspomnieniami czy co tam ma i dajmy sobie spokój – szeptała gniewnie orczyca.

– Wyź sia ogarnij, Ryza! Ciągla go szkalujysz i sia dziwisz, ży niy chcy współpracować. Jaśli maszyna chca być człykiem, to nich sia poczuje jak człyk – odpowiadał równie cicho krasnolud.

Nie ukrywam, trochę ubodły mnie te słowa, i przestałem się przysłuchiwać. Przez chwilę uwierzyłem, że niższy ze śledczych naprawdę podziela mój światopogląd i wierzy w równouprawnienie automatonów, ale zdawał się być takim samym ignorantem jak jego zielonoskóra partnerka. Nawet gorszym, bo ona przynajmniej była szczera w swej nietolerancji. Krasnolud po prostu mówił to, co chciałem usłyszeć.

Jeżeli rzeczywiście istota bez boskich mocy, bez tak pożądanego przez śmiertelników K’ICHE, mogła stworzyć innego „człowieka” za pomocą magii, technologii, samonaprawiającego się metalu, nadprzewodników oraz kilkunastu milionów linijek ewoluującego kodu, to gremlinom się udało. Niestety, jak wielu z nas wie, człowieczeństwo niesie ze sobą nie tylko korzyści, ale też bolączki. Czuć ból ciała i umysłu jest rzeczą ludzką.

Nie zarejestrowałem momentu, w którym moi rozmówcy wrócili do stołu. Krasnolud był poruszony, ale w dalszym ciągu pełen skupienia. Orczyca z kolei wyglądała, jakby zjadła cytrynę i zaakceptowała konsekwencje tego czynu.

– Doszliśmy do pewnego porozumienia. Do zarzutów dorzucimy ci kompletny brak wyobraźni. – kobieta pierwsza zabrała głos.

Gdybym posiadał brwi, z pewnością uniósł bym jedną z nich.

– Ach tak? – Mogłem jedynie zapytać.

– Ano. Zaatakowaliście przemysłowy magazyn w Łodzi i nie oczekiwaliście zbrojnego oporu. Więcej, kurwa, magazyn należący do bałuciarzy. Ciecie zamiast pałek i gazu mają tu karabiny maszynowe i granaty EMP. No dawaj, naprawdę nie wiedzieliście, że te wszystkie stereotypy o brutalności w tym zrujnowanym grajdołku nie są w żaden sposób przesadzone? – drwiła ze mnie orczyca. Ja jedynie zaśmiałem się na jej szczebiotanie.

– Miliony ludzi, głodnych, pozbawionych perspektyw, stłoczonych na ulicach tego poszarpanego wojną miasta. Trzymacie ich tu kłamstwami o lepszym losie, bajkami o pomocy, a to nas nazywacie przestępcami i terrorystami. Z radością używacie tych murów jako firewalla przeciwko potworom z innych sfer, ale kiedy Front pragnie zapewnić swojej rasie lepsze jutro…

– Winc sia przyznajysz? – Krasnolud nagle się ożywił, przykładając długopis do notatnika.

– Do przynależności do Frontu Wyzwolenia Automatonów? Do walki o lepsze jutro dla mych pobratymców? Do przeciwstawiania się tłamszącej i dyskryminującej władzy? Do marzenia o świecie, gdzie na automatona nie patrzy się jak na bezwolną maszynę, która ma wykonywać co trudniejsze i niebezpieczniejsze prace za organiczniaków? Do wiary, że dzięki wspólnym wysiłkom i HELHECIE staniemy się prawdziwie wolni, a nasze następne generacje nie zaznają jarzma ograniczników woli? Owszem, przyznaję się – odparłem z dumą. To, że śledczy pieczołowicie zanotował moje słowa, dało mi trochę przyjemności. Nawet nazwę świętej jedności napisał dużymi literami, tak, jak gdyby wyczuł emfazę w moich słowach.

– Wisz, są lypsziy sposoby dochodzynia swych praw, niż zbrojna partyzantka czy okradani Widźmy z Bałut. Niy mówiąc o tym, ży mniyj ryzykowna – westchnął brodacz.

– Jakie, krasnoludzie? Protesty, pikiety, marsze, nieposłuszeństwo obywatelskie? Próbowaliśmy tego wszystkiego, poza ostatnią, bo w myśl waszych praw nie jesteśmy rasą Paktu, a więc żadni z nas obywatele. Jak myślisz, czemu Ruch Emancypacji Automatonów przekształcił się we Front Wyzwolenia? – Teraz przyszła moja kolej na jadowite pytania.

– Cóż… – Franz wyraźnie się zmieszał. – Jist w tym trochy prawdy…

– Dupa, nie prawda – żachnęła się orczyca. – Trolle i hobgobliny też nie podpisały Paktu, a żyją. Szczury i czarne alfy podpisały, a i tak siedzą pod ziemią. Albo naprawdę, jak wy tam mówicie, posypało ci się programowanie, albo łyknąłeś tę bajeczkę, którą karmi was Dura. To, że ktoś się na ciebie dziwnie patrzy w spożywczym, to nie jest jakieś głębokie szykanowanie, tylko odruch. Po cholerę kręcicie się po marketach, jak nie musicie jeść?

– Ryza, na brodyn Odyna… – zaczął krasnolud, jednak orczyca nie dała mu dojść do głosu.

– Każdy ma swoje miejsce na świecie. Każdy gdzieś przynależy, i nie ma sensu na siłę tego zmieniać. Im szybciej się to zrozumie, tym lepiej. A już na pewno nie można wykorzystywać mrzonek o jakiejś walce o wolność jako uzasadnienie łamania prawa i następowania na czyjąś wolność czy życie!

– Naprawdę? – zapytałem, szczerze zdumiony. – Naprawdę uważasz, że internowanie i selektywne modyfikowanie lub czyszczenie osobowości to adekwatna odpowiedź do niepokojów społecznych? Że odłączanie lub instalowanie programów ograniczających wolną wolę to uzasadniona reakcja na poszukiwanie swojego miejsca w świecie? Nazywacie to ludzkim?

– Nie jesteście ludźmi, tylko tworem gremlińskich rąk, Tellur. – Po raz kolejny wyszczerzyła się orczyca.

– Wy też nie – odparłem z mocą. – Ludzi już nie ma, a tylko to, jak traktujemy innych świadczy o naszym człowieczeństwie. Z orkami czas obchodzi się łagodniej niż z innymi. Krasnoludy mają skórę jak minerały, włosy jak kamienie szlachetne, kość szczęki wypiętrzającą się z dziąseł zamiast zębów. Gnolle rodzą się w miotach. Alfy posiadają poziome źrenice. Neszerowie nie są nawet ssakami. Svartalfar i jaszczuroludzie są nieśmiertelni. Ponad trzydzieści cztery procent ludności świata oddaje jakąś formę czci avalońskiej czerwonej pandzie! – W tym miejscu wziąłbym wdech, gdybym tylko potrzebował oddychać. Zrobiłem jednak pauzę, gdyż cały dygotałem, tak eratycznie poruszały się moje tłoki, podzespoły i płyty egzodermy. Wszystko przez te przeklęte, a jednocześnie upragnione, uczłowieczające emocje.

Zebrałem myśli i kontynuowałem tyradę.

– Serconapęd nie jest z mięśni i naczyń krwionośnych, a ze stopów metali i przewodów. Działa jednak tak samo, pcha mnie do przodu, pozwala funkcjonować. Nie mam mózgu z szarej tkanki jak wy, ale płyta pamięci oraz chip osobowości sprawiają, że mój umysł działa tak, jak wasze. A co do duszy, to póki żyjemy w materialnym świecie nie ma ona znaczenia. To nie jest żaden moralny kompas, wystarczy zobaczyć, ile złego rasy Paktu czynią same sobie. Czy naprawdę tak trudno dać nam, automatonom, operować do końca dni, a wtedy niech Sibn’havitrus zajmie się resztą?

– Religia jeszcze nikogo nie uczyniła wartościowym sama z siebie, złomciu. –Tereza wzruszyła ramionami. Nie podejmowałem nawet dyskusji i zwróciłem się do krasnoluda.

– Jedno z waszych tytanicznych bóstw mogło się zmienić, zaadaptować. Sibn’havitrus jeszcze sto lat temu była tylko patronką gremlinów i wynalazców, a teraz jest też podporą dla sztucznej inteligencji i dla nas. W niej znajdujemy siłę i jedność, to nią jest nasza HELHETA. Postęp i akceptacja to jedyna droga do rozwoju. Czy naprawdę żadne z was nie widzi, że świat ulepszają akceptacja, jednostki nietypowe, które razem uzupełniają się i współpracują?

– Mówisz, cóż, prawdyn – zgodził się ze mną brodacz, a w jego topazowym oku dojrzałem iskierkę zrozumienia.

– Nie ma w tym prawdy! – zaprzeczyła gniewnie Tereza. – Tylko to, co widzieliśmy dziesiątki razy – fanatyków, którzy do spełnienia swoich celów muszą deptać po normalnych, niewinnych ludziach, których my mamy za zadanie bronić, Franz, ty śląska klucho!

W tym momencie ślepia krasnoluda rozszerzyły się i nawet jego czarna skóra wydawała się pociemnieć, a odpowiedział orczycy coś, czego nie byłem w stanie rozpoznać czy zrozumieć. Nie było mi teraz w głowie zastanawiać się, czym jest „hasiok”.

– Jesteście takimi hipokrytami – powiedziałem cicho do kłócących się śledczych. – A do tego żadni z was profesjonaliści. W sumie to cechy charakterystyczne większości organicznych, inteligentnych forma życia. Oto kogo ma do zaoferowania Intergarde, hyclów w garniturach.

– Zmarnotrawiliśmy tutaj wystarczająco dużo czasu – obruszyła się orczyca i strzepnęła nieistniejące pyłki z ramienia marynarki. – Jeżeli udzielisz nam pomocnych informacji, przekażemy cię placówce w Midgaardzie, gdzie obejdą się z tobą w jakiś cywilizowany sposób. Jak dalej będziesz upierał się w tej wrogości, to rdzewiej tu sobie do woli.

– Zacznij gadać, Tyllur – dodał wciąż wzburzony krasnolud. – Twoja… maszynowa imia znaczy ratownik. Winc uratuj chociaż siebia, chłopiy. Współpracuj, zanim ktoś cia ubiegnia.

– Nic wam nie powiem, niczego wam nie zdradzę, nikogo wam nie wydam – odparłem, prostując się na tyle, na ile mogłem. – Błogosławiona niech będzie Sibn’havitrus, Bogini z Maszyny. Błogosławiona niech będzie święta HELHETA, jedność spajająca poślednie programy w jeden potężny system. I błogosławione niech będzie Żelazne Przeznaczenie, w którego cieniu przyjdzie wam żyć! – zaintonowałem. – Kiedy już skończycie krzywdzić siebie i ten świat, przetrwa tylko metal.

Zapadła dłuższa chwila ciszy, którą przerywała tylko miarowa praca prądnicy za moimi plecami. Tereza, której chyba skończyły się cięte riposty, wyszła z pomieszczenia, krasnolud zaś uporządkował swoje dokumenty. Z jego oczu odczytywałem nuty żalu.

– Naprawdyn nic nam niy powisz, niy byndzisz współpracował, co? – spytał, a ja uparcie nie odpowiadałem. Brodacz tylko westchnął i również skierował się ku wyjściu. Byłem sam tylko przez chwilę, a potem drzwi otworzyły się ponownie i stanęła w nich orczyca.

– Nic na siłę, panie robot. Szkoda, że nie zaprogramowali ci instynktu samozachowawczego. I szkoda, że nie dotarliście w swej zbrodniarce do samych Bałut, bo tam mają relatywną cywilizację, a tutaj – wywróciła oczami – cóż, tutaj dzieją się różne rzeczy.

Tereza po krótkiej chwili weszła do pomieszczenia i pochyliła się nade mną.

– Wiesz, jaka jest dewiza mojego klanu, Sztormowych Żagli? – zapytała z wyjątkowo niemiłym uśmiechem.

– Chwytaj falę, dosiądź błyskawicy? – odpowiedziałem niepewnie.

– Ano. Na wyspach to czasem jedyne, co się posiada. Tylko fale i błyskawice. Bacz, metalowcu, żeby się tylko z tej błyskawicy nie spieprzyć.

Po tych słowach orczyca odwróciła się i opuściła pokój.

Byłem gotowy na wiele – dalsze przesłuchiwania, różnego rodzaju nieprzyjemności, może nawet tortury. Ale nie na niewysokiego hobgoblina, który z wykałaczką w zębach, znużonym spojrzeniu na twarzy, oraz przewodem siłowym w ręce podreptał w kierunku generatora. Podłączył do niego przewód.

– Hej, kolego – odezwałem się. Nie podobał mi się przebieg zdarzeń. – Może pomożemy sobie nawzajem?

– A w dupie z tym – burknął tylko goblinoid, robiąc coś przy maszynie, która zaczęła pracować intensywniej.

– Was też stworzyli sztucznie, prawda? Tylko zamiast automatyki i informatyki wykorzystali genetykę i biologię, prawda? – Próbowałem coraz bardziej nerwowo nawiązać nić porozumienia. – Siedzimy w tym samym problemie. Stoimy po tej samej stronie. Wypuść mnie, a razem…

– Złomie, jebią mnie twoje problemy – przerwał mi, pociągając nosem, a potem podpiął drugi koniec przewodu

– Nie ma w tobie za grosz empatii? Jakie piekło cię wypluło?! – rzuciłem w jego kierunku oskarżenia. Ten tylko zarechotał i wypowiedział słowa, które zglitchowały mi przesył informacji.

– Limanka, Łódź Bałuty!

A potem usłyszałem ciężką, przesuwaną z oporem wajchę i poczułem nagle rosnące napięcie.

Varia

Dariusz Bednarczyk – Pierwsze smoki za płoty

149 Wyświetleń

Znowu powódź we Francji

„Nowinki bez podpinki”, 03. 02. 2017

Odkąd smoki przejęły ten polski zwyczaj polewania wodą, jak Francja długa i szeroka, pierwszego każdego miesiąca, ulice zamieniają się w potoki, a każdy kto zlekceważy konieczność zaopatrzenia w kalosze oraz płaszcz przeciwdeszczowy, nie może  być pewien dojścia suchą nogą nawet do najbliższego rogu. Poczucie bezpieczeństwa nie dotyka także zmuszonych paradować w zaopatrzonych specjalną membraną pelerynach, wzmocnionych patroli żandarmerii, co prawda Polacy bawią się w dyngusa wyłącznie w lany poniedziałek, czyli drugi dzień Świąt Wielkanocnych, jednak sfrustrowana, znudzona i wyalienowana smocza młodzież, z pewnością nie bez wpływu dotykającego zwłaszcza ich społeczność wysokiego bezrobocia,  nie jest gotowa na takie wyrzeczenie. Odtąd co miesiąc jak słodka Francja długa i szeroka- pompa, pompa i powódź!

Całkowicie zaskoczone rozmiarami wodnego pandemonium władze podjęły oczywiście swego czasu działania prewencyjne, celem stłumienia w zarodku ognisk wodnego  chaosu, jednakże rozpaczliwe próby interwencji podejmowane przy pomocy naprędce zmobilizowanych zastępów policji i straży pożarnej, przyniosły spektakularne fiasko. Okazując całkowity negliż myśli, władza strzeliła sobie w kolano, bowiem pozbawieni wsparcia policjanci rozkładali bezradnie ręce wobec szalonej zabawy gadzich gangów. Na straż pożarną przecież nie można było liczyć, wszak smoki zdominowały ją już od dawna…   

Wszystko zaczęło się w Wałbrzychu

W momencie pechowego pojawienia Keza, miasto nie przeżywało prosperity, wręcz przeciwnie, przysypane miałem zgrzebnej rzeczywistości ledwo zbierało do kupy po upadku kopalni- żywicielek. Ówczesny, pozostawiony sam sobie Wałbrzych powszechnie kojarzył się z wszechogarniającą szarzyzną, bieda- szybami oraz Defektem Muzgó, lecz to właśnie te realia zdecydowały o początkowo przychylnym nastawieniu mieszkańców do szansy, jaką przyniosło pojawienie się zielonych smoków. Zdegradowany i pozostawiony samemu sobie, Wałbrzych powrócił do gry.

Kezcoms- narodziny legendy

Jako obojnaki, smoki z Comsa potrafiły zwiększać populację bez oglądania na indywidualne asocjacje gatunkowe. W sprzyjających warunkach jeden zielony smok w stosunkowo krótkim czasie był w stanie powołać do życia strukturę osobniczą gotową zawładnąć cała planetą, w sposób naturalny spychając inne gatunki do roli zaledwie obserwatorów. Taki proces przebiegał na drodze pokojowej, albowiem te dwumetrowe gady celem zdobycie paliwa, za sprawą wrodzonej inteligencji oraz sprytu nie potrzebowały uciekania do przemocy, choć warunki fizyczne, a więc postura, waga, pancerz, wrodzone umiejętności w rodzaju ziania ogniem tudzież ich najważniejszy atut w postaci największego osiągnięcia technologicznego na Comsie, jakim jawił się wpisany w dna bionanokomputer, predestynowały ich do roli, co najmniej kosmicznych wojowników. Nie, smoki z Comsa posiadały pokojową naturę, niezbędną waleczność okazując wyłącznie w momentach wymagających obrony koniecznej.

Takim też, nieodrodnym potomkiem swojego gatunku był młody Kezcoms, który nie tylko zapoczątkował smoczy gatunek na Ziemi, a dokładniej w Wałbrzychu, podupadłej pogórniczej mieścinie leżącej na południowo- zachodniej flance Polski, lecz wkrótce przeszedł do legendy.

Uzasadnienie werdyktu w konkursie na najpiękniejszego smoka roku

                                                                                                   

Sexy Dragons # 161

    W tegorocznym konkursie na najpiękniejszego smoka roku, jednogłośnie i bezapelacyjnie, kompletnie deklasując rywali, zwyciężył – Dicnar! Duma smoczej rasy! Jego iście olimpijskie wymiary to: wysokość w kłębie – 3,40 m, masa ciała 320 kg, wysokość anten – 35 cm, a rozłożystość – 0,5 m!

Łapy w stanie idealnym, ani śladu grzybicy, szpony lekko spiłowane, znakomicie przystosowane zarówno do skateboardu jak też deski surfingowej, przyczepne w każdym podłożu. Ogon sprężysty, zapewniający znakomite podparcie, dodatkowo zaopatrzony w praktyczny uchwyt oraz teleskopowy wziernik.

Wzrok pałający, zdolny każdego poddać hipnozie, toksyczny niczym miotacz płomieni oddech. Wyrzut jęzora na dwa, zaś płomienia na pięć metrów. Umaszczenie i rozłożenie płytek zrogowaciałych idealnie odpowiadające wzorcowi z Sèvres. Pełne niekłamanego podziwu jury z przyjemnością podziwiało idealnie umięśnioną, zarazem smukłą budowę ciała, błyszczącą grzywę, a także lśniące łuski. Szczery zachwyt wzbudziła urocza, kompatybilna z dostępnymi na rynku konsola na czole, jak i perfekcyjnie zamontowane wokół fioletowo pałających oczu, google. Hormonalnie powiększone muskuły, zdają się podkreślać naturalne walory joysticków.

     Dicnar przewyższał rywali nie tylko wzorowym ułożeniem czy szlachetnym timbrem ryku. Jako urodzony przywódca w każdym środowisku przyjmuje pozycję lidera, nie znosząc sprzeciwu, ani nie tolerując żałosnego szemrania po kątach. Szerokie horyzonty nie ograniczają go w ramach dwóch zaledwie żywiołów ognia i wody. Jego pasją jest latanie.  

Planeta Coms

Planeta Coms leży dokładnie osiem parseków za Melmac, która to odległość w świecie zaawansowanych cywilizacji nie stanowi żadnej przeszkody i z tego też tytułu wszystkie koty są tam wzięte pod ustawową ochronę gatunkową.

Dwa słońca, cztery księżyce oraz niezmierzone pokłady węgla kamiennego całkowicie zdeterminowały życie jego mieszkańców, którzy właśnie na węglu oparli podstawy swojego rozwoju. Wydawać by się mogło, iż ów determinizm wyznaczyć mógł zaledwie jeden kierunek, a mianowicie  siermiężną kulturę steampunkową. Nic bardziej mylnego, na Comsie prosperitę wyznaczał bowiem koks!

To koks i bezustanne koksowanie w decydujący sposób wpływały na poziom życia jej mieszkańców, albowiem był to główny towar eksportowy planety, czemu trudno się zresztą dziwić. Koks jako produkt przemiany materii w smoczych organizmach stanowił paliwo niezmiernie cenione u głównych kontrahentów, jakimi byli zamieszkujący sąsiednią galaktykę Kruppaa i Thyssenaa Mittaalowcy. To właśnie za środki z eksportu koksu pozyskiwano ogromne ilości wody, skutecznie niwelujące jej deficyt na Comsie. Z tej przyczyny smoki zmuszone od zawsze, walczyć z żywiołem ognia wywoływanym nieustannym koksowaniem, z konieczności stały się znakomitymi strażakami, o których wieść niosła w najdalsze zakątki cywilizowanego kosmosu, przynosząc zasłużoną sławę.

Nic dziwnego zatem, że na Ziemi nic o tym nie wiedziano.

Wielka tajemnica smoków z Comsa

Od kiedy smoki pojawiły się na wśród ludzi, obojętnie wrogów czy przyjaciół, wszystkich niezmiernie interesowała kwestia ich niezwykłej wprost werwy i żywotności. Jedynie znawcy tematu łączyli smoczy behawioryzm z koksem, w znacznym stopniu zbliżając do wyjaśnienia, aczkolwiek nie zadowalało to jak zwykle w podobnych przypadkach opacznie pojmującej temat koksowania opinii publicznej. Dopiero oficjalna ekspertyza specjalistów z Akademii Górniczo- Hutniczej pozwoliła choć w jakimś stopniu, rozwiać obrosłe mitem plotki.

Sprawa miała się w sposób następujący. Podstawę menu smoków z Comsa stanowił węgiel kamienny. Tysiące lat ewolucji stworzyły w ich brzuchach coś na kształt komory koksującej, czyli doszło tam do wytworzenia szeregu poprzedzielanych, pomniejszych komór, w których ni mniej, ni więcej trwał proces wysokotemperaturowego odgazowywania węgla.

Normalnie w brzuchu najprawdziwsza koksownia, z tej więc przyczyny niespożyte siły witalne, a przy okazji ta sławetna smocza czkawka oraz spowijana obłokami dymu zgaga. (Dla całkiem niezorientowanych- chciałbyś mieć w brzuchu permanentne dymarki?).

Jak wiadomo finalnymi produktami procesu koksowania są koks, smoła węglowa, woda pogazowa, no i oczywiście gaz koksowniczy. A zatem jesteśmy w domu. W efekcie własnej przemiany materii smoki otrzymywały koks, będący wysokoenergetycznym paliwem, a zarazem deserem lub ewentualnie pokarmem zastępczym w razie braku bądź niedoborów węgla, stąd więc dodatkowo pochodziła ich przysłowiowa wręcz żywotność. W tym temacie klasyczny koks nie ma bowiem sobie równych.

Pozostaje jeszcze kwestia gazów i ziania ogniem. A co stanowi główny składnik gazu koksowniczego? Siarkowodór! W lekkim stężeniu to zaledwie zapach zgniłych jajek, lecz spróbuj naprawdę wkurzyć smoka. Przy dużym stężeniu siarkowodór natychmiast poraża nerw węchowy, stając silnie trującym gazem bojowym. Stąd zatem niosący zagładę, sławetny oddech smoka.

Smok Wawelski II

W pewnym przykopalnianym laboratorium początkujący, lecz niezwykle ambitny smoczy analityk w tajemnicy przed przełożonymi, eksperymentował z koksem. Sprężał, poddawał wysokiemu ciśnieniu, odparowywał, mieszał, zmieniając proporcje, pooddawał zmiennym temperaturom, naświetlał, a nawet próbował zamrażać.

Tak się złożyło, iż pewnego razu nieostrożna sprzątaczka zbiła kolbę z poddanym eksperymentowi materiałem badawczym. Chcąc ukryć wypadek, wyniosła resztki do stojącego przed budynkiem instytutu badawczego kontenera, pozostawiając pozostałe kolby w stanie nietkniętym, co uśpiło czujność domorosłego badacza. Zdarzenie pozostałoby na zawsze  w tajemnicy, a dane pechowego eksperymentatora nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby śmieci z feralnego pojemnika nie trafiły na lewe wysypisko.

Niestety, stało się inaczej. Przemieszany z tradycyjnym, promieniotwórczy koks za sprawą skrupulatnych zbieraczy surowców wtórnych, trafił na skład opału, a stamtąd do pieców. Poddane spalaniu izotopy spowodowały gigantyczny, zagrażający bezpieczeństwu zdrowotnemu całego Śląska, nie wyłączając Zaolzia smog. Wkrótce pomiędzy Pragą, a Warszawą nastąpiła gorączkowa wymiana not, zaś służby postawiono w stan najwyższej gotowości. Tymczasem smog z jednej strony sięgnął Krakowa, z drugiej zaś dochodził do Brna, wywołując zrozumiałą panikę na całych Morawach. Widoczność spadła niemal do zera, podczas gdy wody rzek w niewyjaśnionych okolicznościach  uszły. Kulminację wydarzeń stanowiła potężna eksplozja, do jakiej doszło w okolicach Nowej Huty.

Dopiero wówczas uwolnione od kagańca służb specjalnych media, podały dane domorosłego naukowca. Był to Smok Wawelski II.

Stary smok

Stary smok od wielu lat królował na niewielkiej, porzuconej przez wszystkich odkrywce węgla brunatnego. Usytuowana pomiędzy poligonem wojskowym, a miejskim wysypiskiem z racji niewielkich rozmiarów nie stanowiła przedmiotu zainteresowania spółek skarbu państwa, ani tym bardziej wielkiego kapitału. Zgodnie omijali ją spacerowicze i szukająca wrażeń młodzież, nie wyłączając cyklistów. Nie popasał tam lis, ni kuna, a i sarny wolały trzymać z daleka, skutecznie odstraszane żarem smoczej przemiany materii. Nie zawitała nawet wszędobylska sójka, że o zamieszkujących od dawna miasto ciekawskich srokach nie wspomnieć. Wolny zatem od natrętów smok pustelnik pędził żywot na samotnym koksowaniu, jakkolwiek każdy spec z Akademii Górniczo- Hutniczej oczywiście żachnąłby się, na użycie owego terminu wobec rzeczonej obróbki brunatnego węgla, ale co tam.

Mijały lata, wokół odkrywki zgromadziła woda, skutecznie izolując od świata zewnętrznego, zaś zdradziecka wilgoć podstępnie zablokowała podstawowe funkcje i tak w zasadzie nie używanego bionanokomputera smoka dziwaka. I byłby całkiem zapomniał o Comsie i Melmac, gdyby nie zmiany jakie tymczasem zaszły w wielkim świecie, czyli  pobliskim miasteczku.

Zrazu ogrodzono teren odkrywki. Następnie pojawiły grupy mierniczych. Wkrótce do niwelacji terenu przystąpiły nachalne buldożery. Pozbawiony dostępu do kompa, a tym samym i sieci, smok pustelnik wpadł w niezły ambaras. Nie pozostawało więc nic innego, jak udać do miasta celem zasięgnięcia języka u zamieszkujących je cywilizowanych osobników własnego gatunku. Cóż się okazało? Władze samorządowe sprzedały teren pod zabudowę centrum handlowego, skazując tym samym smoczego pustelnika na banicję. Na takie dictum stary smok postanowił pokazać, co potrafi według najlepszych wzorów z Comsa i w pokurczu rozpaczy samotrzeć stanął naprzeciw tęponosym buldożerom. O tempora, o mores! Odcięty od sieci, rychło padł ofiarą własnej waleczności, albowiem węgiel brunatny jest paliwem o znacznie mniejszym potencjale energetycznym od kamiennego, stąd licząc w swej naiwności na przerażające jęzory ognia, wykrzesał zaledwie płomyczek zapalniczki.

Wkrótce na miejscu bywszej odkrywki, stanęła lekka konstrukcja nowej świątyni handlu, przed wejściem której, niczym mitologiczny kontrapunkt witał wszystkich zielony, buchający parą smok…

Czyżby? Drodzy Państwo, nic z tych rzeczy, stary smok za radą ziomków przeniósł się na Łużyce.

Varia

Gabriela Tyńska – Bursztyn – złoto Bałtyku

173 Wyświetleń

Pomimo tego, że od zakończenia wojny minęło już wiele lat, Skoryna doskonale wszystko pamiętał – złocisty piasek, kojący szum bałtyckich fal, krwawy blask wschodzącego lub zachodzącego słońca, krzyki mew… Gdy ponownie pojawił się na kołobrzeskiej plaży, przez długą chwilę po prostu stał nad brzegiem i wspominał tamte lata walk o miasto. Pogoda akurat nie sprzyjała – sierpień był wyjątkowo pochmurny i chłodny, więc stał na teraz plaży całkiem sam.

Nie do końca był pewien, czy dobrze robi, wychodząc na przeciw wspomnieniom z rodzinnych stron, które odcisnęły na nim swoje piętno; tyle przelanej na piasku krwi, tyle dni pełnych lęku oraz niepewności… I chociaż dotarł już do jesieni swojego życia, wciąż nie mógł w pełni ich zaakceptować, szczególnie, gdy nawiedzały go nocami. Dodatkowo w ostatnich dniach wojny zgubił na plaży coś cennego, wiążącego się z jego odległymi wspomnieniami, które zwodnicza już pamięć nie była w stanie mu podsunąć.

Kiedy tak stał, wsłuchany w spokojne morze, czuł, jak powoli spływa na niego spokój. Przeszłości nie można zmienić.

– Czy to należy do pana? – rozległ się tuż obok niego dziecięcy głosik. Skoryna opuścił nieco głowę i zobaczył przed sobą małego chłopca. Ach, piękna młodość! Kiedy on był w jego wieku, pędził bezpieczne życie z trojgiem rodzeństwa pod czujnym okiem rodziców. Nie znał wtedy znaczenia „zabijać”, nie wiedział, ile naboi można wystrzelić za jednym razem z karabinu maszynowego, nie zdawał sobie sprawy z wagi słowa „ojczyzna”… Ile by dał za ponowne przeżycie słodkiego, niezmąconego niczym dzieciństwa!

Dopiero w następnej chwili jego podstarzałe już oczy zobaczyły jakiś błysk w wyciągniętych ku niemu rączkach. Przypatrzył się bliżej i dostrzegł go – wyjątkowo duży kawał prawdziwego bursztynu z zatopionym wewnątrz chrząszczem, który wisiał na przetartym już, przeżartym przez sól rzemieniu.

Widok ten sprawił, że Skoryna w jednej chwili miał ochotę porwać chłopca w ramiona i zawołać: „Tak, ależ tak!”. Nagle przypomniał sobie wszystko.

Kiedy miał może siedem lat, podczas zabawy z rodzeństwem w parku przypadkiem znalazł na jednej z sosen właśnie taki bursztyn. Ojciec pochwalił syna i wymyślił, że zrobi mu z niego wisiorek. Pomysł bardzo się małemu Skorynie spodobał, a kilka wieczorów później, oczarowany pięknym znaleziskiem na szyi, pilnie słuchał ojcowskich słów:

– Jak już wiesz, Antosiu, to jest bursztyn. Musisz jednak wiedzieć również o tym, że jest on nazywany złotem Bałtyku. To również nasze rodzime piękne i cenne bogactwo. Dbaj o niego, jak o własną rodzinę.

Kilkanaście lat później przyszli Niemcy i gwałtem odebrali Skorynie wszystko – i dom, i rodzinę. Tylko jemu jednemu udało się przeżyć niemiecką napaść, gdy ukryto go w szafie na strychu, gdzie siedział jak mysz, ściskając podarunek od ojca, którego już nigdy nie zobaczył żywego.

Wisiorek towarzyszył mu wszędzie, do czasu, aż nie zaciągnął się do wojska i wysłali go na front. Nieustannie kiedy na niego patrzył, przypominało mu się ciepło domowego ogniska, troskliwa matka i ojciec oraz radość, jaką czuł, będąc wśród swoich. Nocami kamień błyszczał wśród nikłego blasku świec, czy starych lamp, niby jego własna, szczęśliwa gwiazda.

Razem z jego zaginięciem życie Skoryny potoczyło się źle – ileż cierpienia przyniosła mu ta przeklęta wojna! – aż nie zatoczyło koła. Właśnie na tej samej plaży zgubił cenną pamiątkę i też tutaj ją odzyskał.

W końcu otrząsnął się, uśmiechając do nieznajomego chłopca.

– Owszem, był dla mnie bardzo ważny – odpowiedział grzecznie, po czym drżącymi z emocji dłońmi odebrał od niego przedmiot, a w jego oczach zalśniły łzy. – Bardzo ci dziękuję, młodzieńcze.

Malec przytaknął, zadowolony z siebie, a on ukradkiem otarł nagle wilgotne policzki.

– A czy wiesz, co takiego znalazłeś?

– Bursztyn! – padła od razu odpowiedź. – Jest ważny, używa się go do ozdabiania biżuterii i leczenia chorób, a kiedyś nim handlowano. To nasze polskie złoto!

Mężczyzna zamyślił się. Dla niego ten złoty kamień to coś dużo bardziej cennego, symbol czasów, kiedy czuł się bezpieczny.

– Gdzie mieszkasz? – zapytał po chwili ciszy, patrząc na ciemniejące powoli niebo. – Twoja mama pewnie zaczyna się o ciebie martwić.

– To niedaleko, prawie przy samej plaży. Sam szybko wrócę, proszę pana.

– Nawet nie próbuj – odrzekł staruszek, grożąc mu palcem. – Jako były żołnierz czuję się zobowiązany, aby cię odprowadzić. Wiele lat temu chroniłem takie dzieci, jak ty, aby nigdzie samotnie nie szły.

– Ojej, był pan żołnierzem, jeździł czołgiem i strzelał z prawdziwego karabinu? – zapytał chłopiec, a jego oczy zrobiły się okrągłe jak spodki. – Też chcę!

Skoryna tylko dobrotliwie się uśmiechnął, chwycił go za rączkę i ruszyli brzegiem plaży w kierunku najbliższych domostw. Gdyby tylko mały wiedział, że to nie jest wcale proste…

– Bycie żołnierzem nie jest takie łatwe, jak się wydaje. To duża odpowiedzialność, wymagająca ogromnej odwagi i bohaterstwa. Nie wiem, czy nie wystraszyłbyś się huku pocisków.

– Wcale nie, niczego się nie boję! – odparł z zapałem chłopczyk. Na te słowa mężczyzna roześmiał się, przystanął i wyjął z plecaka swoją wysłużoną żołnierską czapkę, po czym założył ją mu na głowę. Następnie zmierzył go wzrokiem i ocenił:

– No nie wiem, nie wiem, musiałbyś jeszcze trochę urosnąć.

– Urosnę, zobaczy pan! – zawołało z entuzjazmem dziecko, aż podskakując. Skoryna westchnął, a po dłuższej chwili dotarli przed dom chłopca. Weteran miał okazję zamienić słowo z jego matką, a nawet skorzystał z zaproszenia na herbatę.

Będąc już w środku, kiedy siedział nad parującym kubkiem, usłyszał za oknem szum deszczu. Zapatrzył się w nie, w jednej ręce trzymając czapkę, a z drugiej nadal zwisał mu rzemyk z rodzinną pamiątką. Ścisnął go, wspominając tamten wieczór z ojcem, a po jego twarzy popłynęły łzy wzruszenia.

Nie może zapomnieć, czym dla niego jest bursztyn.

Varia

Przemysław Kubisiak – Wybrana przez bogów

256 Wyświetleń

Słońce stało wysoko mimo wczesnej budzącej nowy dzień pory. Ciepłe i ostre promienie przedzierały się przez szczelinę drzwi utkanych z belek i świeżo przyciętej świerszczyny. Niewielki domek stał na skraju lasu oddalony od najbliższego grodu około pół dnia drogi. Lekko spróchniałe belki wypchane dorodnym mchem stanowiły równe i dość wysokie ściany zwieńczone spadzistym pokrytym strzechą dachem. Wydeptana wokół ścieżka zakryła bujną niegdyś ściółkę porastającą najbliższe okolice domostwa. Kilkanaście kroków w głąb lasu, wznosił się niewielki szałas będący dogodnym miejscem do przechowywania drewna oraz suszenia pojedynczych skrawków mięsa mającego zwabić łasą na każdy kąsek zwierzynę.

Silny powiew wiatru przechadzającego się w koronach drzew zapowiadał niechybnie nadciągającą burzę. Żar z nieba bił w spragnioną deszczu przyrodę, która skłaniała się na wietrze nie mając już siły na opór. W okolicach chałupy kręciła się młoda dziewczyna, która zbierając owoce lasu podśpiewywała radośnie niczym rusałka. Uwijała się przy drobnych pracach domowych oraz przy pielęgnowaniu rannego lisa, znalezionego po drugiej stronie lasu. Mimo obcego otoczenia zwierzę nie wyrywało się z rąk opiekunki, wręcz przeciwnie lgnęło do dziewczyny niczym do pełnego jaj kurnika.

– Nie martw się mały – szeptała dziewczyna wcierając w ranę zwierzęcia pozyskany z ziół olejek – Dobry Simargł pomoże ci wrócić do pełni sił byś znów hasał po lesie jak nowo narodzony.

Pierwszy grzmot na niebie zapowiedział upragnioną od tygodni burzę. Dziewczyna wierzyła, że to boski Perun, bóg grzmotów i błyskawic wszedł w komitywę ze swa małżonką Perperuną, panią deszczu i urodzaju, dzięki czemu pobłogosławili oni ludziom i przyrodzie dając niezbędny i życiodajny opad. Nieboga uprzątnęła obejście domu, następnie uplotła z trawy legowisko dla rannego zwierzęcia. Gdy dopełniła ogólnych porządków padła na kolana i kierując wzrok ku niebu westchnęła w krótkiej modlitwie ofiarują bogom bukiet świeżo uplecionych ziół i kwiatów. Kolejny grzmot przeszył nieboskłon co dziewczę potraktowało jako odpowiedź i przyjęcie skromnej ofiary. Nim spadły pierwsze krople deszczu młódka rozstawiła kilka drewnianych naczyń celem zdobycia wody z nieba przydatnej do maści, wywarów i zwalczania innych pochodzących od złego licha chorób.

Trzask łamanych gałęzi podrażnił słuch niczym kolejny grzmot na niebiesie. Szybko dało się wyczuć gwałtowny wicher, który przyniósł ze sobą typowy swąd, w którym dziewczyna szybko rozpoznała brak przypadku. Odwróciła się gwałtownie, lecz wiedząc, że niczego nie ujrzy, ruszyła w głąb lasu. Powiew wzmógł się na tyle, że zbliżająca burza przestała być słyszalna zaś wystraszony lisek uciekł do izby zapominając o zranieniu. Dziewczyna zasłoniwszy oczy ręką, weszła kilka kroków w las, gdzie – ku oczekiwaniu – dostrzegła stojącego między konarami wilka. Czarny jak noc i umięśniony niczym byk patrzył wielkimi ślepiami, żarzącymi się jak świeżo rozpalony płomień. Boruta, duch roślin i zwierząt – szepnęła pod nosem nieboga – zazdrosny o ofiarę złożoną Perunowi i Perperunii – dodała – Zaraz znajdę coś dla ciebie. Zwinnym susem skoczyła w stronę szałasu, gdzie suszyły się dwa kawałki mięsa. Nim chwyciła pierwszy ochłap Boruta ruszył w jej stronę nabierając prędkości jak pędzący w górki wóz. Pot spłynął po plecach dziewczyny, która w obawie przed demonem cisnęła mięso dokładnie pod umięśnione i włochate łapy. Zwierzę zatrzymało się chwytając łapczywie daninę. Kiedy drobne kostki strzeliły w pysku potwora dziewczyna szeptała pod nosem gusła przeznaczone na odpędzenia ducha Boruty w głąb lasu skąd przyszedł nie pierwszy już raz. Kiedy skończyła cedzić zaklęcia wilk zaczął tracić swą posturę, przybierając typowe dla dzikiego psa ciało. Przerażone zwierzę warknęło na młódkę po czym chwytając resztkę mięsa uciekło skąd przybyło.

– I tym razem udało się, choć Boruty coraz częściej pod chałupę podchodzą – pomyślała z niepokojem.

Wielkie jak dłonie krople spadły leniwie odbijając się od suchej ziemi. Dziewczyna wróciła do domu, lecz zatrzymując się przed wejściem skierowała twarz ku niebu. Wzmagający się opad zmoczył jej twarz, dodając jędrnej skórze ochłody i wytchnienia. Drzwi obejścia ledwo wytrzymywały siłę wiatru, gdy burza rozszalała się na dobre. Belki trzeszczały i skrzypiały uginając się jak sfatygowana łódź, zaś nieszczelny dach przepuszczał wodę, która skraplała się wprost do glinianego dzbanka. Młoda dziewczyna zdawała się nie reagować na targaną przez naturę chatą. Siedziała w kąciku przy niewielkim palenisku gotując coś w kociołku. Zapach dodawanych ziół i przypraw sprawił, że nawet lis przybliżył się do trzaskających polan wyciągając nos i łowiąc najdrobniejszy zapach. Kiedy burza ustała na dobre młódka otwarła drzwi domu co by wpuścić do wnętrza nieco świeżego i rześkiego powietrza. W oddali od strony grodu ujrzała maleńkie sylwetki zmierzających w jej stronę ludzi. Nie przywiązała do tego wagi, myśląc, że to wędrowcy, którzy zmienią kurs omijając jej domostwo. Rzeczywistość jednak okazała się inna.

***********************  

Grupa kilkunastu wojów tłoczyła się w niewielkiej izbie. Wypełniający ją dym szczypał w oczy i drapał w gardła, jednak żaden z obecnych nie chciał otworzyć ciężkich dębowych drzwi, aby zrobić lekki przewiew. Opaśli brodacze zajęci byli kłótniami, przepychankami co potęgowały niosące się w eter krzyki i chichoty. Większość z nich przywdziana była w napierśniki i pumpiaste spodnie, których nogawice niknęły w wysoko sznurowanych butach. Szerokie pasy, do których przytroczono miecze posiadały liczne ornamenty i połyskujące srebrem ćwieki.

– Ja to bym ją najpierw ze skóry obdarł – wrzeszczał najgrubszy z zebranych – A potem psom na pożarcie rzucił.

– Prędzej sami byście ją zeżarli Sobiemirze, a nie psom oddali! – odparł stojący najbliżej wojak wzbudzając gromki ryk zebranych.

– A ciebie na deser Wysławie! – odgryzł się grubas.

– Faktem jest, że dziewka nadal czarną magię praktykuje. Nie godzi się, żeby blisko grodu naszego takie praktyki dopuszczać. To przez nią bogowie deszczu nie zsyłają swoim gniewem nas karząc.

– Po lesie się ugania szepcząc magiczne gusła pod nosem – wtórowali dwaj bliźniacy z warkoczami na głowach.

– A skąd to wiecie, że niby gusła wypowiada? – zapytał z ciekawości Sobiemir wlewając w siebie zawartość glinianego dzbana.

– Bo moja mówiła, że ją w zaroślach podsłuchała – odparł jeden z braci.

– Jeśli to by wiedźma była, to od razu by waszą babę przez instynkt magiczny dostrzegła.

–  I tak się stało, bo Lutka spieprzyła aż jagody w krzakach zostawiła – ryknął śmiechem drugi z braci wzbudzając radość wśród reszty.

– Ustąpcie już bracia! – przemówił jedyny siedzący mężczyzna – Czas, żeby decyzję jaką podjąć nie zaś za łby się szarpać.    

Głosy zebranych ucichły zaś głowy skierowały się w tę samą stronę jak na komendę. Kilkanaście par oczu utkwionych było w mężczyźnie, który siedział wygodnie taksując wszystkich przenikliwym wzrokiem. Kiedy podniósł się z siedziska wojowie rozstąpili się bez słowa robiąc przejście niczym dla króla. W przeciwieństwie do pozostałych, mężczyzna miał krótką i zadbaną brodę na ramiona zaś opadały długie i nieco przetłuszczone włosy. Na skroni nosił złoty diadem z wykutym orłem widocznym na frontonie. Długi i szeroki na cztery palce miecz wisiał u pasa przeważając go na lewą stronę.

– Nie od dzisiaj nam wiadomo, że różne podania o dziewce głoszą – rozpoczął wódz przechadzając się wśród zebranych – Baby nasze najczęściej, lecz najmniej spójnie tę kwestię podjudzają. Jedne mówią, że wiedźma, bo w pełni księżyca w niebo się unosi inne jeszcze twierdzą, że duchy z lasu wywołuje magicznymi zapachami je nęcąc. Są też i opinie, że młódka bogów się nie boi rozmawiając z nimi jak równa z równym.

– Temu deszczu na nas nie spuszczają! – wtrącił się Wysław symbolicznie podnosząc wzrok ku niebu.

– Możliwe, że dobrze prawicie – poparł wódz – Pewności jednak nie mamy.

– A jakich nam jeszcze dowodów potrzeba? – spytali równomiernie bliźniacy.

– Co zatem radzicie drodzy Witowie? – zapytał wódz siadając na powrót na swym miejscu.

W izbie zapanował gwar. Dzbany i kubki poszły w ruch wzniecając w powietrzu woń sfermentowanego jęczmienia. Niektórzy żywo gestykulowali, inni stali w milczeniu słuchając sąsiadów, jeszcze inni pili racząc się przednim i dojrzałym trunkiem. Kilku z obecnych sięgnęło nawet po miecze w proteście przed odmiennym poglądem wobec pozostałych co szybko stłumiono przywracając pokojową atmosferę. Po dłuższej chwili Wit imieniem Zamir, podszedł do oczekującego wodza i z racji swego starszeństwa przemówił w imieniu zebranych.

– Niech imię Peruna boga nieba, Swaróga boga słońca i Welesa pana zaświatów będzie wychwalane i czczone po wsze czasy!

– Niech będzie wychwalane! – odparli zebrani.

– Pierwszy z Witów i wodzu nasz! Zebrani tu witowie wobec bogów naszych i ciebie uradzili, że trzeba dziewkę pojmać i przed radą naszą postawić. Nie godzi się, aby pod nosem naszym diabelskie czary uprawiać. Posłuchać jednak warto co dziewoja ma na swoje usprawiedliwienie. Warto też, o przyczynę ją zapytać a nadto skutki jej działań przedstawić które na nas się odbijają.

– Znacie sprawę córki Bożeny, nijakiej… – wódz przerwał próbując przywołać w pamięci imię dziewczęcia.

– Zwą ją Dalebora! – podpowiedział najmłodszy z zgromadzonych o rzadkim jak kaktus zaroście.

– Słusznie bracie! – poparł wódz – Uzdrowiona została, kiedy nasi do Welesa już ją odprawiali.

– To jedyne tego typu zajście – odparł Zamir – Ludzie cud bogom przypisali, samej zaś dziewce przypadek zawdzięczając. Nic tylko przed radą ją postawić i opinii druidów zasięgając.

– Skoro taka wasza wola, niech się wypełni – zadecydował wódz – Dwóch zbrojnych niech pod las jedzie i wiedźmę do grodu dostarczy.

– Dwóch panie? Toż to czarci pomiot i siła nieczysta, może ją rozpierać! – zaprotestował brodaty opas z drugiego końca sali.

– To trzech wojów niech po dziewkę ruszy co by się dwójce przez przypadek nie wyrwała!

– My byśmy czterech radzili – wtrącił kolejny z zebranych.

– Odstąpcie bracia! – warknął wódz podrywając się z miejsca – Ruszać w drogę! I podszepty sobie darować! Postanowione!

Kiedy czterech zaopatrzonych w włócznie i miecze wojów opuszczało granice grodu, na niebie zbierały się czarne jak noc chmury. Pierwsze błyski uderzały w horyzont zapowiadając upragnioną od tygodni burzę. Czyżby i tym razem rozmowy dziewczyny z Perunem przyniosły zamierzony efekt? – pomyślał wódz obserwując oddalających się zbrojnych – Niech was bogowie prowadzą – dodał po czym wrócił do izby.

***************************  

Powiew świeżego i chłodnego wiatru niósł orzeźwienie. Zroszone deszczem kwiaty otwierały swe kielichy prezentując bogatą gamę barw zaś trawy stały się bardziej zielone i sprawiały wrażenie jakby rosły w oczach. Melodyjne śpiewy ptaków niosły się echem po lesie odbijając od konarów drzew i wracając z powrotem. Całe piękno zakłócały delikatne drgania ziemi zwiastujące zbliżających się konnych. Dziewczyna patrzyła z niepokojem zdając sobie sprawę, że wcześniejsze obawy nie były bezpodstawne. Zbliżające się postaci rosły z każdym krokiem nabierając kształtów i wyrazistości. Tętent kopyt bił o ziemię przywołując na myśl pędzące stado dzikich koni. Gdy dotarli na miejsce zastali spokój i ciszę. Nie schodząc z koni okrążyli chałupę dobywając mieczy. Zdziwienie wzięło górę, kiedy nie zastali nikogo, mimo iż jadąc w stronę lasu wyraźnie dostrzegli sylwetkę kobiety. Nie myśląc długo dwóch wojaków zsiadło z koni i powolnym krokiem podeszło do lichych drzwi chałupy. Kolejnych dwóch zabezpieczało ich z tyłu mierząc przed siebie długimi na pięć łokci włóczniami. Pewno siedzi w środku – szepnął jeden ze stojących pod drzwiami, podczas gdy jego towarzysz zamachnął się długim i przysadzistym kopniakiem wywalając drzwi. Tuman kurzu wzbił się powietrze zasłaniając wnętrze. Nic się jednak nie wydarzyło.

– Wyłaź czarci pomiocie! – krzyknął jeden z konnych – Bo inaczej chałupę podpalimy.

Nie zważając na groźby kompana wojacy z mieczami wtargnęli do domostwa. Po dłuższej chwili dało się słyszeć piski i krzyki połączone z przekleństwami oraz groźbami oprawców. Mężczyźni wypchnęli dziewczynę, która potykając się o próg runęła wprost pod czekających na zewnątrz konnych.

– Wstawaj szelmo! – krzyczał jeden dźgając dziewczynę tępą stroną włóczni.

W tym czasie wychodzący z domu zarzucili gruby powróz na szyję dziewczyny ściągając go ciasno. Młódka zakrztusiła się dusząc spazmatycznym kaszlem. Jeden z oprawców ciął skórzanym pasem po plecach schwytanej co przyprawiło ją o kolejny upadek i paniczny wybuch płaczu.

– Teraz beczysz wiedźmo? Było wcześniej myśleć, zanim ze złym lichem paktować zaczęłaś – warknął jeden z wojów.

– Czego ode mnie chcecie? Czy komu krzywdę wyrządziłam? – krzyknęła dziewczyna w ataku rozpaczy i strachu.

– Jeszcze pytasz kreaturo? Już ci bogowie łaski nie okażą! Jedziemy!

– Gdzie mnie zabieracie panowie?

– Do grodu wiedźmo. Przed radą Witów staniesz choć kat i tak dla ciebie pisany! – odburknął zbrojny szarpiąc za kolejny sznur tym razem na dłoniach pojmanej.

Droga do grodu dłużyła się w nieskończoność. Zmęczona marszem dziewczyna coraz częściej dawała oznaki wyczerpania i niemocy. Smukła i niska postura nie zapewniała warunków do marszu, co dodatkowo utrudniały spętane ręce i zaciśnięty sznur na szyi. Na popas zatrzymali się w niewielkim zagajniku. Miska obroku i nieco wody ze strumienia musiały wystarczyć koniom, które dawały wyraźny znak swego niezadowolenia. Przywiązana do drzewa dziewczyna słaniała się na boki umierając z pragnienia. Jeden z oprawców widząc stan schwytanej podał jej końska misę napełnioną wodą.

– Niech ci panie bogowie wynagrodzą – szepnęła przez spękane wargi. Ten jednak zamiast dać jej pić, chlusnął w twarz dziewczęcia dając pozostałym powód do radości.

Nieunikniony zmierzch zapadł szybko wzbudzając lekki strach u przybyłych z grodu ludzi. Na myśl o spędzeniu nocy w towarzystwie wiedźmy ściskało ich w żołądkach.

– Nie dotrzemy przed zmierzchem – ocenił jeden z wojaków – Przyjdzie nam z nią nocą wędrować.

– Nie sposób ciągać dziewkę po nocy – wtrącił drugi – Na śmierć ją zatyramy a do grodu jedynie truchło do wleczemy.

– Nie ma rady. Musim wartę rozstawić i noc przeczekać – zadysponował kolejny – A z nastaniem brzasku – jak Swaróg da –  w drogę ruszymy.

Jak uradzili tak też się stało. Pierwsza para uzbrojonych we włócznie mężczyzn stanęło w odległości kilkunastu łokci od dziewki. Jarzący się w kaganku płomyk rzucał nikłe światło w jej kierunku. Ciepła noc ożywiła świerszcze i cykady które sprawiały wrażenie bardziej aktywnych niż zwykle. Nawet konie zdawały się drzemać w najlepsze pochrapując zdrowo i głośno. W głębi lasu dało się słyszeć trzaski czasem ciche piski, których pochodzenia stojący na warcie nie potrafili określić. Raz zdarzyło się nawet, że doszły do nich dźwięki tajemniczo zbliżających się kroków, które ucichły nagle jakby zapadając się pod ziemię. Zalani potem mężczyźni gapili się w ciemność próbując dostrzec cokolwiek, jednak ich wysiłki okazały się daremne. Po pełni księżyca zmienili wartę jednak oka zmrużyć nie mogli. Dopiero nad ranem, kiedy dzień widniał na horyzoncie odpoczywającym po służbie udało się zmrużyć oko regenerując siły choć w najmniejszej części.

– Słyszeliście co w nocy? – zapytał jeden z wyrwanych ze snu wojaków.

– Jeno świerszcze i cykady, no i konie które najwięcej ze snu skorzystały – odparł drugi.

– Nas dziwne głosy dochodziły. Ni to piszczenie, ni krzyki – kontynuował pierwszy – Raz to nawet jakby kto się do nas czaił, aleśmy nikogo nie dostrzegli.

Przez moment zapanowała cisza, która dała odczuć ciężar gorączkowych myśli związanych z diabelstwem które dwaj pierwsi wartownicy słyszeli w nocy.

– To wilkołaki panie! – wtrąciła się dziewczyna wzbudzając zainteresowanie najbliżej stojących mężów.

– Co za czort wiedźmo?

– To ludzie, którzy w nowiu księżyca wilkami się stają – odparła – Ofiar szukają by krwi nieco upuścić i zwierzęcą dzikość ujarzmić.

– To jak to że nas żywcem zostawiły?

– Mam amulet, który skutecznie je odstrasza. Podchodzić próbowały, jednak wisior musiał je hamować.

– Życie nam uratowałaś wiedźmo! – krzyknął trzeci z mężczyzn radują się bez opamiętania – Dajcie jej jeść i napitku nie żałujcie. Zasłużyła na porządną strawę co by siły przed dalszym marszem nabrała.

Od tego momentu wojacy zmienili nieco stosunek do pojmanej. Istotnie zawdzięczali jej życie, zatem chcąc odwdzięczyć się nieco posilili ją i z szyi powróz zdjęli. Dwóch z nich próbowało nawet porozmawiać z dziewczyną, ta jednak nie okazała się wylewną udzielając jedynie zdawkowych i wymijających odpowiedzi. Mężczyźni przekonali się szybko, że wiedźma nie jest taką, za jaką uważają ją mieszkańcy grodu, choć podejrzewali też, że to jedynie pozory by chciała własną skórę przed katem uchronić.

Kiedy słońce stanęło w zenicie, na horyzoncie pojawił się zarys grodu. Upalny dzień powodował, że zwalniali marszu nie chcąc sforsować dziewki, dla której dotarcie na miejsce to dopiero połowa tego co miało ją czekać. Kiedy czuwający na palisadzie łucznicy dostrzegli zbliżającą się grupę, zadęli w rogi dając sygnał mieszkańcom, iż zbliża się oczekiwany przez wszystkich moment. Drewniana brama rozwarła się ze zgrzytem, otwierając drogę na niewielki most umożliwiający przejście przez fosę. Ludziska wysypywali się na zewnątrz niczym zboże ze spichlerza. Część mieszkańców dzierżyła w dłoniach kije, widły a nawet garnki unosząc je do góry w proteście przeciwko tej którą prowadzono na sąd. Kiedy czteroosobowa eskorta zbliżyła się do grodu, w bramie pojawili się zbrojni, którzy starając się oddzielić niespokojny tłum torowali przejście dla przybyłych. Wulgarne wiwaty i okrzyki witały dziewczynę, która wycieńczona drogą nie zwracała uwagi na zebraną tłuszczę. Sypano w nią piachem i pluto, czasem ciskano drobny przedmiot czy fragment potłuczonego glinianego garnka. Mimo usilnych starań zbrojnych nie do końca udało się opanować motłoch, który wszedł do grodu zmierzając wprost pod ulokowaną w centrum izbę Witów. Dziewczyna rozglądała się na strony podziwiając drewniane budowle, które w porównaniu z chatą pod lasem stanowiły istny rarytas. Grube strzechy równo ułożonych wiązek kryły szerokie dachy opadające niemal do samej ziemi, zaś grube i ciosane bale piętrzyły na kilkanaście łokci wzwyż. W centrum grodu znajdowała się kamienna studnia, wokół której rozstawiono szerokie dębowe ławy. Obok zaś wznosiła się otwarta budowla, w której umieszczono posąg Peruna przyozdobiony kwiatami i wciąż tlącymi się ziołami.

– Chwała Bogom żeście cali i zdrowi dotarli – przywitał wojaków sędziwy mężczyzna z łysą jak kolano głową oraz zapuszczoną niemal do kolan brodą. Wspierał się na długiej drewnianej lasce, na szczycie której widniały dwa bycze rogi przymocowane czerwoną wstęgą. Odziany zaś był w powłóczysta szatę przepasaną rzemieniem. Na rękach nosił blaszane ozdoby w postaci szerokich na dwa palce bransolet na nogach zaś skórzane sandały.  

– Witaj Izborze! – odparł jeden z przybyłych – Po zachodzie na popas stanelim i zmrok nas zastał. Ale Bogowie mieli na nas pieczę – dodał.

– Bez wątpienia bracie, bez wątpienia – wtórował druid.

– Witowie oczekują? – kontynuował rozmowę wojak.

– Pierwszy jeszcze nie dotarł, dlatego czekać trzeba – poinstruował starzec – To jednak kwestia kilku wdechów a stawić się powinien.

Nim skończył mówić zgromadzony wokół tłum rozstąpił się niczym drewno w rękach drwala. W stronę sali dziarskim krokiem zmierzał wódz. Odziany był w napierśnik i spodnie z grubej skóry. Na ramionach powiewał purpurowy płaszcz, spod którego błyszczał długi na dwa i pół łokcia miecz. Na skroni pierwszego z Witów spoczywał zdobiony diadem z orłem na froncie. Dziewczyna przyglądała się na zmierzającego w jej stronę mężczyznę. Przywoływała w pamięci obrazy mogące świadczyć, że nie jest to pierwsze z nim spotkanie. Mimo usilnych starań nie potrafiła skojarzyć wodza, zapewne przez zmęczenie i pragnienie które doskwierało jej od rana.

– Chodźmy – ponaglił wojów Izbor, kiedy wódz dotarł do izby znikając w jej progu.

– Idziemy wiedźmo! – krzyknął zbrojny szarpiąc za krępujący ręce sznur.

Tłum poderwał się widząc wchodzących do izby. Krzyki, hałasy i podszepty towarzyszyły mieszkańcom, którzy pozostali na zewnątrz oczekując decyzji Witów.

W izbie panował półmrok, który w spiekocie dnia stanowił oazę wytchnienia. Jedynym źródłem światła był niewielki otwór umieszczony w centrum dachowego pokrycia. W narożnikach izby rozmieszczono duże misy przeznaczone do palenia kadzideł na cześć bogów. Na rzeźbionym siedzisku w centrum spoczął pierwszy z Witów. Towarzyszył mu siedzący na oparciu orzeł, który zerkał bystro na wchodzących do wnętrza ludzi przechylając łebek. Za nim zaś tłoczyli się pozostali należący do rady mężowie. Po prawicy wodza stał wsparty o laskę druid Izbor, dzierżąc w dłoni małą rzeźbioną figurkę Welesa, boga magii. Duszące opary wdzierały się do nozdrzy drapiąc gardło. Dziewka zakasłała zaś wielu zebranych zasłoniło twarze bojąc się złego uroku.

– Dajcie jej pić! – polecił wódz poprawiając się w siedzisku – Bo nam zaraz trupem padnie!

Jeden z Witów dobył miecz i chwytając nim za ucho pustego do połowy dzbana podał dziewcze, ta zaś przyssała się do naczynia spijając łapczywie zawartość. Kiedy skończyła, pierwszy z Witów skinął na Izbora, który ruszając w stronę dziewki zadał pierwsze, otwierające proces pytanie.

– Jak cię zwą?

Młódka patrzyła na druida, który krążąc wokół otaksował opłakany wizerunek nie przypominający typowej wiedźmy. W izbie panowała cisza jak makiem zasiał.

– Odpowiadaj, kiedy pytam! – warknął Izbor popychając dziewkę końcem drewnianej lachy.

Ta upadła na ziemię jednak szybko wróciła do pionowej pozycji pomimo związanych powrozem rąk.

– Nadia, panie – odparła wreszcie.

– Gdzie twój dom?

– Pod lasem panie, pół dnia drogi od grodu – poinformowała.

– Ojce, żyją? – drążył dalej brodacz.

– Nie panie, pomarli.

– Kim byli?

– Po kądzieli pracowali na roli zaś po mieczu handlem obwoźnym się parali.

– Skąd pochodzisz wiedźmo?

– Z południa panie – odparła co wznieciło szepty wśród zebranych.

– Ścichnijcie bracia – uciszył wszystkich wódz wznosząc dłoń ku górze.

– Mów dokładnie, skąd pochodzisz, bo cię każę batem na placu wysiekać – warknął Izbor chcąc zastraszysz oskarżoną.

– Z bagien panie, które tutaj zwiecie Mgliste – wydukała dziewka.

Wśród zebranych zawrzało. Mgliste bagna to przeklęta kraina, gdzie zapuszczał się jedynie człek o nie zdrowych zmysłach. Podania głosiły, że to tam rodzą się utopce, biesy i inne przeklęte przez bogów stworzenia. Kto tam poszedł, nigdy nie wrócił. Wieczny mrok i opary śmierci spowijały moczary zabijające wszelki objaw życia. Burzowe błyski i nieczyste opady z nieba dusiły, zabijały i pochłaniały duszę, która wracała na ziemię jako demon.

– Cóż nam więcej trzeba bracia! – krzyknął jeden ze stojących za wodzem mężów – Wiedźma z krwi i kości!

– Kłamstwo głosicie pany! – krzyknęła dziewczyna chcąc bronić się co sił.

Pozostali przekrzykiwali ją gotowi wykonać wyrok śmierci choćby tu i teraz.

– Niech mówi – przerwał wrzawę Izbor uciszając wszystkich – Niech mówi!

– Istotnie na południu ciągną się bagna, które swym wyglądem mogą człeka w mrok wprowadzić, dalej jednak jest kraina piękna, która jeszcze obfitsza od waszej się wydaje a którą mój lud zowie Podgórzem, bo nad głowami wielkie i dzikie skały się wznoszą.

– O Bogowie! O Czym pleciesz wiedźmo! Jakie znowu skały?

– Góry panie! Wielkie i strzeliste. Przez samych bogów usypane – odparła.

– To co sprawiło, że z tej boskiej krainy do nas cię przyniosło? – wtrącił wódz wywołując śmiech u zebranych.

– Zima panie! Tam ostra i sroga. Z gór chmury śniegu schodzą niszcząc dobytek i ludzi zabijając – tłumaczyła – Rodzice tak zginęli, temu dom opuściłam i na północ ruszyłam.

Druid zacisnął pięść czując drganie dzierżonej figurki. Zmarszczył brwi spoglądając na dziewczynę dziwiąc się, że przypuszczenia wszystkich okazały się mylne.

– Dobrze dziewka prawi! Mimo, iż nasze zdanie inne! – przemówił wskazując rozwartą dłoń z podobizną Welesa – Zatem nie można nam bogom się sprzeciwiać.

Kiedy skończył mówić dało się słyszeć grzmot, który wprawił w drżenie posady izby. Gęstniejąca atmosfera spotęgowała obawę, iż nie dość, że wiedźma w dziewce drzemie, to jeszcze wybraną przez bogów można w niej upatrzeć. Nie wiedzieć czemu zamiast skupić się na przesłuchaniu, dziewczyna wpatrywała się w siedzącego na oparciu orła, który nie pozostawał jej dłużny. Wszystkiemu przyglądał się również najstarszy z Witów Zamir który, póki co nie wypowiedział ani słowa chcąc ocenić sytuację. Teraz jednak postanowił zareagować.

– Czy prawdą jest, że Daleborę, córkę jednego z naszych uzdrowiłaś?

Znów zapadła cisza, w której nawet oddech orła stał się słyszalny.

– Prawda panie – odparła dziewka.

– Jak to uczyniłaś?

– Napar z ziół i owoców lasu uwarzyłam wszystko podszeptem do bogów ozdabiając.

– Podszeptem do bogów? – powtórzył tym razem Izbor – To aż tak cię słuchają, że na twoje życzenie wszystek spełniają?

– Nie wiem panie – tłumaczyła – Ja jedynie z pokorą proszę. Czasem się wypełnia, a czasem nie.

– Ludzie gadają, że złe co z lasu ciągnie potrafisz odpędzić urokiem albo i czarem jakim – zagaił ponownie Zamir, podczas gdy w oddali dało się słyszeć kolejny grzmot – Prawdą jest, że magią się parasz?

Dziewka patrzyła na zebranych poszukując choć jednej przychylnej sobie twarzy. Stłoczeni za wodzem mężczyźni zdawali się zaślepieni chęcią zemsty i rządzą śmierci. Nawet jedna para oczu nie dawała choćby cienia nadziei, że sprawiedliwość ma szansę dojść do głosu.

– O co mnie oskarżacie zacni mężowie? Czyż zawiniłam wam choć słowem? – szepnęła pod nosem, co doszło do stojącego obok druida.

– Jak śmiesz pytać nas o cokolwiek czarci pomiocie! – ryknął Izbor uderzając pięścią w twarz dziewczyny – Nie jesteś mężem co mógłby na naszą litość zasłużyć, lecz głupią babą i to w magii zamoczoną.

Nadia zapłakała leżąc twarzą na drewnianym podłożu. Znieważona, bosa i związana jak zwierzę szlochała do bogów chcąc oddać cierpienie które niesłusznie jej zgotowano.

Na raz dało się słyszeć głuche dudnienie do drzwi izby. Jeden ze stojących na wylocie ruszył do obejścia omijając szerokim łukiem leżącą na ziemi Nadię. Wszyscy wpatrywali się w woja licząc każdy krok dzielący go od celu. Kiedy uchylił drzwi do wnętrza wpadł roztrzęsiony i blady mężczyzna. Przyduża koszula, za krótkie spodnie i bose nogi zdradzały, że był jednym z pracujących w polu chłopów. W dłoniach miał wyraźnie porwany słomiany kapelusz.

– Wodzu! Pany Witowie! – rozpoczął zdyszany mężczyzna zerkając nieśmiało na leżącą dziewczynę.

– Co się stało Bogumile? – zapytał wódz – Mów rychło, bo nam z dziewką dość opornie idzie.

Chłop ponownie spojrzał na Nadię, która niezauważenie podniosła się na nogi ocierając twarz po surowym razie od druida.

– Znowu dziecko zginęło mości panowie! – krzyczał Bogumił odchodząc na krok od dziewczyny – Koleje niemowlę upiór z lasu porwał! Bogowie nas karzą! – zawodził – Co robić?

– Widział kto czarta jak dziecko porywa? – zapytał Izbor przenosząc uwagę na chłopa.

– Jam widział mości Izborze! Na własne oczy patrzałem!

– Jak wyglądał?

– Wielki i czarny jak noc, umięśniony jak tur jaki! Z zewnątrz na wilka wyglądał, ale przecie dzikie psy takie nie są! Ślepia czerwone jakby ogień w nich tańczył a zębiska – tutaj zademonstrował rękoma – Takie miał, jak szable jakie.

W izbie zapanował gwar. Mężczyźni dyskutowali wymieniając się spostrzeżeniami i usłyszanymi nowinami. Sam Izbor wrócił do szeregu, przysiadł na oparciu i szepcząc coś do wodza gestykulował wymownie.

– To boruta!

Zapadła cisza. Oczy zebranych skupiły się na dziewczynie, która stojąc na środku izby wlepiała wzrok w ziemię. Czas jakby się zatrzymał. Nawet znudzony przedłużającym się przesłuchaniem orzeł zerknął bystro na Nadię przechylając łebek.

– Czego tam znowu gadasz wiedźmo? – zapytał wódz przerywając milczenie.

– To boruta, panie – powtórzyła – Leśny demon przybierający zwierzęcą postać.

– Skąd to wiesz?

– Ostatnio często w te strony podchodzi. Najdalej wczoraj jednego spod chaty przegoniłam.

– Wiesz czego tutaj szuka? – zapytał tym razem Zamir.

– Nie wiem panie. I dziwnym wydaje się, że dziecko porwać zechciał. Prawdą jest, że boruta nie jest przychylnym człowiekowi, i często zwodzi go na manowce, dlatego podejrzewam, że dziecko za złym urokiem poszło, zaś demon porwał je ze świeżym mięsem myląc.

– Na bogów! – wyszeptał Bogumił wlepiając oczy w Nadię – To jej sprawka mości pany! To przez nią nieszczęście na nas spadło – krzyczał wskazując na dziewkę.

W sali ponownie zawrzało. Wódz kazał wyprowadzić spanikowanego chłopa i zamknąć drzwi pod pretekstem narady, którą trzeba w tej sprawie odbyć.

– Wiesz, jak odpędzić demona i spokój nam przywrócić? – zapytał wódz podnosząc się z siedziska.

– Wiem panie! – odparła pewnym głosem Nadia.

– Zatem będzie tak! Ruszysz do lasu co by złego odpędzić. Jeśli zginiesz, słuszną karę za czary poniesiesz, jeśli zaś wrócisz cało, daruję ci życie upatrując w tym wolę bogów, którzy istotnie przez ciebie działać lubują.

Decyzja wodza nie przyniosła pożądanej euforii, nikt jednak nie raczył jej podważyć. Wszyscy jak jeden mąż uznali, że pierwszy z Witów dobrze postąpił i sprawę uczciwie postawił.

********************

– Czego ci trzeba, żeby z demonem stanąć? – zapytał Izbor wyprowadzając dziewkę tylnym wyjściem.

– Szakłaku panie i woreczek soli – odparła Nadia rozmasowując zsiniałe nadgarstki – Poza tym dwa kawałki surowego mięsa i ogień rozpalony.

– Dostaniesz wszystko! A czy dziecko całe wróci?

– Nie wiem tego panie. Dziwnym jest, że boruta tak blisko grodu podszedł. To wielki demon, lecz strachliwy, choć przyznać trzeba, że agresywny i odważny jest ostatnio. Noc Kupały się zbliża, może dlatego bardziej aktywnie demony sobie poczynają – zamyśliła się chwilę po czym dodała – A nie znalazłoby się co dla mnie mości panie? Od rana nic w gębie nie miałam.

– Chleba i kaszy ze skwarkami dostaniesz, żebyś nie pomyślała, że ludzie z grodu mściwi i bezduszni są – odparł.

– Dziękuje wam. Obiecuję do bogów za was westchnąć – dodała prezentując delikatny i powabny uśmiech.

Dzień chylił się ku zachodowi. Czerwone jak ogień słońce wtuliło się w ziemię znikając za horyzontem. Polne robactwo zaczynało codzienny koncert przerywany hukaniem siedzącej na skraju lasu sowy. Wielkie ślepia świeciły w mroku niczym świeżo wybite monety. Po skromnym i upragnionym posiłku, dziewka kucnęła przy grodowej palisadzie szepcząc coś pod nosem. Tajemnicza czynność pochłonęła jej czujność i uwagę. Nie zorientowała się, kiedy podszedł do niej Izbor wręczając pochodnie i niewielkie zawiniątko.

– Co czynisz wiedźmo? Jakieś gusła na nas zsyłasz? – zapytał skonsternowany druid.

– Nie panie, jedynie za posiłek dziękuje i o opiekę Peruna proszę, co by mnie chronił przed demonem, z którym mierzyć się przyszło – tłumaczyła Nadia.

– Idź już! I niech wobec ciebie wola bogów się wypełnia – odparł nieco spokojniej po czym odszedł znikając za dębowym ogrodzeniem.

Dziewka ruszyła pewnie, lecz powoli. Mimo wątłego światła zdołała wypatrzeć pojedyncze ślady, które wzbudziły podejrzenie co do prawdziwości przesłania o Borucie. Przez chwilę pomyślała, żeby przeczekać do rana co ułatwiłoby nie tylko walkę, ale i wyśledzenie demona, jednak widząc coraz więcej śladów zdała sobie sprawę, że w tym przypadku noc będzie odpowiednią porą. Kiedy dotarła do granicy lasu, księżyc stał w pełni rzucając łunę na tonące w mroku drzewa. W głębi panowała grobowa cisza, przerywana przez delikatny powiew czającego się w koronach wiatru. Mimo trudnej widoczności, Nadia szła pewnie starając się przyzwyczaić wzrok do trudnych warunków. Po kilkunastu krokach dotarła do niewielkiej polanki oświetlonej przez stojący wysoko księżyc. Zewsząd dochodziła tylko cisza. Żadnych ruchów, podejrzanych dźwięków czy postaci. Przemierzyła polanę, która okazała się złudna, bo podmokła. Dogasająca pochodnia nie napawała nadzieją na ułatwienie zadania mimo to Nadia ruszyła w przód nie oglądając się za siebie. Na raz dało się słyszeć dziki ryk, niosący echem po lesie. Dziewczyna przystanęła wstrzymując oddech, zaś włosy na rękach samoczynnie stanęły dęba. W oddali przemknął cień, który dał jej pewność, że tajemniczy demon nie jest borutą. Nieprzyjazną atmosferę spotęgował wiatr, który wzmógł się gasząc ledwie ćmiącą pochodnię. Ciemność opanowała okolicę odbierając najmniejszą szansę na dostrzeżenie czającego się pomiota. Nadia wstrzymała dech modląc się do bogów o pomoc i interwencję.

– SZA-MA-WOT – przemówił szept szybując z podmuchem wiatru niepostrzeżenie niknąc za plecami.

– MET-KO-S – odparła dziewczyna wytężając wzrok w ciemności.

Na raz poczuła ukłucie w oczach które wywołało lawinę łez. Przymknęła powieki czując dyskomfort i dławiący strach. Po chwili jednak, dziwne uczucie zaczęło ustępować miejsca przyjemnemu i ożywczemu chłodowi. Powieki rozwarły się samoczynnie ukazując wyraźny i ostry jak brzytwa obraz lasu, który jeszcze przed chwilą otulał mrok. Drzewa świecące niczym pochodnie jarzyły się na tle ściółki pokrywającej podłoże niczym morska tafla. Każdy, najmniejszy nawet szczegół uchylał swego rąbka przed bystrym i przenikliwym wzrokiem dziewczyny. W jednej chwili dostrzegła człowieka, który siedząc wzdłuż leśnego ostępu opierał się o drzewo nie dając znaku życia. Pierwszy krok dziewczyny nie należał do udanych, bowiem podchodząca pod stopę gałązka trzasnęła niosąc echo po okolicy. Mimo to tajemnicza postać nie drgnęła sprawiając wrażenie odciętej od rzeczywistości. Nie chcąc powtórzyć błędu, Nadia zdjęła trzewiki, zaś drugą ręką sięgnęła po gałązkę ukrytego w torbie szakłaku. Woń dorodnej witki poszybowała przez las dochodząc do nozdrzy śpiącego. Człowiek poruszył delikatnie nosem po czym zerwał się na nogi sprawiając wrażenie zaskoczonego. Księżyc wychylił się zza chmur i przebijając przy bujne korony drzew padł na mężczyznę.

– Jesteś wreszcie Nadio! – stwierdził niemal nagi człowiek.

– Przyszłam po dziecko, któreś porwał czarcie! – odparła ściskając gałązkę.

– Aleś ty w gorącej wodzie kompana. Przypatrz mi się i zgadnij kim jestem?

Dziewczyna utkwiła wzrok w czarnych oczach rozmówcy. Znajome rysy twarzy i umięśniona postura przypominały jej kogoś sprzed lat. Nie musiała długo myśleć. Szeroki uśmiech mężczyzny odsłonił białe jak płótno zębiska przywołując niezatarty obraz z przeszłości.

– Gniewosz! – wycedziła uwydatniając blask napływających do oczu łez.

– Witaj! – przywitał się ponownie – Radość mnie ogarnia, że przybywasz.

– Wiedziałam, że bogowie przeklęli cię po stokroć, nie myślałam jednak, że aż tak.

Gniewosz przechylił głowę nasłuchując słów dziewczyny.

– Od samego początku wiedziałaś, że jestem wilkołakiem. Po tylu latach wyrzuciłaś mnie na bruk każąc odejść i zapomnieć. Po tym wszystkim co nas łączyło.

– Mieszkanie z człowiekiem wilkiem pod jednym dachem jest niebezpieczne – stwierdziła.

– Przez tyle lat nic ci nie zrobiłem, więc przez kolejne również niczego bym się nie dopuścił. Nikogo nie kochałem tak jak ciebie, tylko dzięki tobie potrafiłem zapanować nad siłami nowiu i powstrzymywać przed dzikością wilczego ciała. Lecz ty upatrzyłaś sobie tego szczura Bogusza, który i tak zostawił cię jak szmatę.

– To moja sprawa. Oddaj dziecko! – krzyknęła.

– Myślisz, że tak po prostu oddam ci bękarta i rozejdziemy się do domów?

– Czego chcesz? Możesz mnie zabić, lecz oszczędź berbecia – próbowała negocjować.

Gniewosz ponownie nasłuchiwał wykonując przy tym charakterystyczne dla zwierzęcia ruchy. Księżycowe promienie zbliżały się nieuchronnie, on jednak oddalał się o krok by zniknąć w cieniu drzew.

– Zdejmij ze mnie klątwę wiedźmo! – wycharczał chłopak – Albo zabij pozbywając cierpień na wieki.

– Wiesz, że nie potrafię! Nie mnie dane uroki odczyniać. Jedynie proste rzeczy zdziałać potrafię.

Widząc, że Gniewosz zbliża się małymi kroczkami, Nadia sięgnęła do woreczka dobywając pełną garść soli. Zwinnym ruchem rozsypała ją przed sobą czyniąc grubą i prostą linię, zaś pozostałością cisnęła w stronę wilkołaka. Demon starał się utrzymać nerwy na wodzy, jednak wytrzymał tylko przez chwilę. Cofnął się w tył robiąc nadludzkich rozmiarów krok, po czym stanął w centrum rzucanego przez księżyc światła. Twarz mężczyzny poczerniała, zaś goły tors zaczął pokrywać się czarnymi jak smoła kudłami. Bose stopy rosły wzdłuż zaś ostre pazury wrastając w ziemię ryły ślad niczym startujący do biegu wilk. Oczy mężczyzny nabrały dzikości. Twarz zmieniła się z każdą chwilą nabierając rysów charakterystycznych dla demona w wilczej skórze. Skóra mężczyzny pękała uwalniając wielkie i górowate mięśnie. Czerwonymi jak ogień ślepiami zmierzył dziewczynę, która przeczuwając atak, sięgnęła za pazuchę po niezbędne w walce z demonem zioła. Kiedy wilkołak ruszył w jej stronę przykucnęła rozsypując zawartość dłoni szeptając przy tym charakterystyczne sobie gusła. Demon pędził w stronę Nadii wyrywając darń soczystej leśnej trawy. Gniewosz wyczuwając sól i świeżo palone zioła zwolnił zdając sobie sprawę, że magicznej bariery nie zdoła łatwo przeforsować. Nie wiadomo skąd nad głową dziewczyny, zaczęły gromadzić się liczne świecące punkciki, które do złudzenia przypominały świetliki. Dziwne zjawisko nasilało się z każdą chwilą nabierając blasku. Demon zatrzymał się wbijając ślepia w ziemię.

– SZA-MA-WOT! – przemówił głos mknąc między świetlistymi punktami.

– MET-KO-S! – odparła Nadia zaś jej oczy rozbłysły

– PEN-KA-MOFOS-UA – powtórzył się szept wyraźniej niż poprzednio.

Nadia wstała na równe nogi i unosząc ręce w górę krzyknęła, co sił w płucach:

– WAAL-KA-T M-EFOR ANDA-LA!!!

Tysiące świetlików ruszyło zza jej pleców niczym strzały. Oślepiający blask uderzył w skuloną bestię wywołując ryk i histeryczne drganie. Jasność kumulowała się w energię, która zdawała się skrywać wielką moc. Wzmógł się wiatr, czochrając swym powiewem korony drzew jak i źdźbła wysokich traw. Bestia walczyła z palącym blaskiem, który palił żywcem. Mimo świadomości bliskiego końca, demon zdobył się na kontrolowany skok, dotkliwie raniąc nieświadomą niczego dziewczynę. Gładka jak jedwab skóra pękła uwalniając obficie tryskającą posokę. Nadia pisnęła waląc o ziemię jak kłoda. Próbowała okiełznać ból zarazem nie tracąc bestii z oczu.

– MET-KO-S! – szepnęła wzbudzając kolejne fale palącej bestię energii.

Gniewosz zwijał się w spazmatycznych bólach by po chwili stanąć w ogniu. Niebieski płomień tańczył na kopcącym się cielsku niczym na suchych polanach w kominku. Ryk bestii niósł się po lesie drżąc w jego posadach. Nadia sięgnęła po woreczek z ziołami i solą ciskając w płonącego żywcem demona. Ogień zaskwierczał jak przy świerkowych igłach przepuszczając w stronę wilka palącą sól. Potwór padł na ziemię w martwym bezruchu. Po chwili do uszu Nadii doszedł płacz ukrytego w zaroślach dziecka. Dziewczyna mimo bólu i zimnych potów poderwała się na nogi przeszukując miejsce, z którego dobiegał dźwięk. Po dłuższej chwili dostrzegła uwikłane w krzakach zawiniątko. Pobiegła czym prędzej tuląc dziecię do piersi. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że tajemnicza moc pozwalająca jej widzieć w ciemności przestała działać. Zmęczona i poważnie ranna Nadia zatonęła w wszech panującej ciemności. Jedyną oznaką światła była resztka dopalającego się wilczego truchła.

Przebudził ją blask stojącego w zenicie słońca. Las wyglądał jak nie pamiętający niczego niemy obserwator. Wszystko było na swoim miejscu, zaś po wilkołaku pozostała kupka popiołu. Ptaki śpiewały wesoło. Nadia schyliła się nad prochami rozgrzebując palcem zimny pył.

– Ja też cię kochałam – szepnęła pod nosem roniąc łzę – Jednak są w życiu sytuacje, których nie da się przezwyciężyć. Pozostaje wypełnić pustkę w sercu i starać się żyć dalej mimo bólu i tęsknoty. Niech bogowie będą ci ukojeniem Gniewku – dodała nabierając prochy w garść i rozsypując po okolicy – Zawsze będziesz w moim sercu.

Przeszywający ból targnął dziewczyną zwalając z nóg. W zdrowej dłoni trzymała zawiniątko które mimo wielu atrakcji spało jak suseł. Ranna strona pulsowała czerniejąc i ropiejąc. Nadia wiedziała, że zadrapanie wilkołaka to pewna śmierć, rozprzestrzeniająca się po ciele niczym mrówki po dorodnym liściu. Jedyne czego chciała jeszcze dokonać, to dostarczyć do grodu śpiące w ramionach dziecię. Ruszyła przed siebie słaniając się i powłócząc nogami. Mrok zakrywał jej pole widzenia zasłaniając coraz większą część otoczenia. Dotarła do znajomej polanki rozkoszując się szmerem biegnącego w korytku strumyka. Padła na kolana, próbując umyć skażoną ranę, której skraje zaczynały się pienić.

– Nie zostało ci wiele czasu córko – przemówił tajemniczy głos zza pleców Nadii.

Dziewczyna nie odwróciła się mając pewność, iż zakrywająca ją łuna śmierci płata swe figle jeszcze za życia.

– Wielkiego czynu dokonałaś ratując małe i niewinne życie – kontynuował głos otulając ją swym ciepłem.

– Kim jesteś pani? – wydukała ledwie przytomna dziewczyna.

– Twoim wybawieniem! – odparła tajemniczo – Przyszłam, dać Ci nowe życie, bowiem obecne tracisz przez niesprawiedliwość.

– Nie bardzo pojmuję, pani.

– Gniewosz widząc, że umiera skalał cię wilczym jadem, myśląc, że skoro sam umiera, to ciebie pociągnie za sobą. Zabrał swą miłość do grobu, a ty?

Dziewczyna leżała wpatrując się w wartki nurt strumienia. Cichy oddech zmożonego snem dziecięcia stał się teraz donośny niczym sapanie utrudzonego wysiłkiem woja. Jej ciałem miotały skurcze, zaś w żyłach czuła niby żywy ogień.

– Jedyne czego chcę, to oddać dziecię w ręce matki – odparła wreszcie z trudem.

– Wiesz, że mogę dać ci życie? Sprawić, że ranne miejsce zasklepi się nie pozostawiając śladu po chorobie. Wrócisz do swej chaty robiąc to co dotychczas, nikt z grodu nie będzie cię już niepokoić. Wiesz to przecież! – zaznaczyła dosadniej –  Wybór jest jednak po twojej stronie.

– Pozwól mi pani, połączyć się z Gniewoszem. Skoro nie było nam to dane za życia, niech więc śmierć będzie nam spoiwem – zadecydowała słabnąca Nadia.

– Czy więc tak ma skończyć dziewczyna wybrana przez bogów? – zapytała kobieta użalając się nad niezrozumiałą decyzją dziewczęcia.

– Zdradź mi swoje imię pani – poprosiła Nadia krztusząc się i kaszląc.

– Jestem Zorza zwana też Dennicą, wysłanniczka samego Peruna, która z jego woli budzi dzień i opiekuje się jego początkiem. Dlatego dla ciebie również mogę stać się początkiem Nadio i dać ci poranek nowego życia – nalegała Zorza.

Silne dreszcze szarpnęły dziewczyną, zaś jej wzrok stał się mętny. Z nieba bił cieplutki promień słońca, który odbijając się w krystalicznej tafli strumienia raził swym blaskiem i energicznością. Śpiew ptaków przebijał się przez szumiący na wietrze las.

– GA-SZUM ENERA – szepnęła dziewczyna, gdy jej ciało zastygło w bezruchu.

– GA-SZUM ENERA – powtórzyła Zorza roniąc czystą jak kryształ łzę.

***********************

Żałobny kondukt przebijał się głównym deptakiem grodu. Stłoczeni ludzie wpatrywali się w leżące na marach ciało, które będąc w kwiecie wieku oddało ducha w ważnej sprawie. Na czele procesji szedł druid zawodząc coś pod nosem, następnie rada Witów zaś po nich Wódz, druid Izbor oraz najstarszy z Witów Zamir. Słońce stało w zenicie, paląc swymi promieniami zaś ptaki – jakby świadome podniosłej uroczystości – śpiewały smutno i żałobnie. Po dłuższej chwili kondukt dotarł na miejsce, gdzie ciało Nadii należało oddać bogom. Zebrani otoczyli równo ułożony stos, który pnąc się ku górze obrastał w białe pąki polnych kwiatów, u dołu zaś złożono dary bogom którzy przyjmując owoc ziemi i pracy rąk ludzkich stać się mieli przychylni młodej duszy, która odeszła za wcześnie, lecz świadomie.

Kiedy wszyscy dotarli na miejsce, dało się słyszeć szloch i zawodzenie. Rozczulone kobiety zdawały sobie sprawę, że ta którą jeszcze wczoraj chciano ściąć na grodowym placu, dziś żegnana jest z honorami i nieocenioną wdzięcznością. Kiedy wszyscy trwali w oczekiwaniu, z tłumu wyłonił się druid Izbor, który unosząc ręce w górę uciszył lud. Po chwili zaległa cisza jak makiem zasiał.

– Wielki Perunie! Panie niebios i burz! Wielki z wielkich i największy z największych! – rozpoczął modlitwę, podczas gdy tłum schylił głowy na znak szacunku – I ty wielki Welesie! Panie magii i zaświatów! – tłum trwał w postawie uniżenia – Do was wołam bogowie początku i końca! Do was dawców życia i śmierci! Przyjmijcie tę, która zmyła swoje winy, oddając życie za życie! Przyjmijcie tę, której czyn okazał się chwalebny! Przyjmijcie wreszcie tę, której odwaga i hardość serca, nie pozwoliły ugiąć się przed złem, które na nas spadło! O bogowie! Wzywam was i wasze moce! Niech ofiara jej życia i dary złożone z plonów ziemi i pracy, zapewnią jej nieśmiertelność i chwałę potomnych!

– Chwała! Chwała! Chwała! – zawtórował tłum krzykiem przez łzy.

Druid kończąc swą przemowę wyszeptał obrzędowe gusła obrzucając ciało Nadii kwiatami, ziołami i popiołem. Kiedy skończył ustąpił miejsca pierwszemu z Witów, dowódcy, wodzowi i piastującemu władzę orła panu, którego zwano Mieszkiem. Kiedy stanął pośród czekających na słowo gapiów, czuł na sobie odpowiedzialność i zaufanie pokładane w nim przez lud.

– Odkąd zamieszkała pod lasem, widziano w niej wiedźmę. Posądzano o czary, gusła, omijano i wyszydzano. Kiedy potrzebowano pomocy, zwłaszcza gdy nasz brat Izbor, nie miał posłuchu u bogów, wówczas znano do niej drogę i z dobrym na ustach słowem wędrowano do dziewki – jak ją nazywano – spod lasu. Nie dalej jak wczoraj, nasza rada gotów była, skazać ją na śmierć, nie dając prawa głosu ani możliwości obrony. Mimo to, gdy pojawiło się niebezpieczeństwo w osobie demona, nikt z nas nie chwycił za broń, nikt nie nadstawił karku w obronie swoich. Ona zaś poszła stając dzielnie oko w oko z człowiekiem wilkiem, mało tego uratowała nasze dziecię, oddając to co najcenniejsze. Niech nasza pamięć o niej będzie wieczna! Przekazujmy ją naszym dzieciom, zaś one swoim. Niech jej imię przywołuje w nas wydarzenia tamtych dni, zaś miłość, którą miała w sercu niech nadal trwa i oddziaływa na innych. Niech ta, którą wybrali bogowie będzie przestrogą i nauką na przyszłość. Odpoczywaj w pokoju!

Podłożony ogień, buchał i strzelał pochłaniając suche jak wiór drewno. Czerwone niczym krew języki tańczyły smagane ciepłym letnim wiatrem. Ciało dziewczyny zniknęło w odmętach żywiołu zapadając się do środka konstrukcji. Czas przemijał szybko pozostawiając obrazy z przeszłości, które z biegiem lat, spłowieją, przestaną interesować, wreszcie znikną. Lud zaś stał i patrzył.

Po północnej stronie grodu, na skraju zagajnika stała biała postać, której smukła sylwetka niknęła w bystrej słonecznej poświacie. Przypatrywała się ceremonii żałobnej wodząc wzrokiem po ludziach otaczających płonący stos.

– Myślę, że jednak dobrze zrobiłaś decydując się na śmierć – zagadnęła pocierając płynącą po twarzy łzę.

– Dlaczego pani? – odparła stojąca tuż obok Nadia.

– Człowiek to fałszywe stworzenie. Dziś będą cię szanować, a jutro nienawidzić. Szybko zapomną o tej ofierze, bo ich pamięć zatruta jest egoizmem i chęcią posiadania. Łzy obeschną, pamięć pokryje kurz zapomnienia, a to dziecię któreś ocaliła, nie będzie nawet wiedzieć, kim byłaś.

– Nie wymagam by o mnie pamiętano pani Zorzo. Ja z innych przyczyn wybrałam śmierć aniżeli życie.

– Wiem moja droga, wiem – odparła kobieta w bieli.

– Oby bogowie okazali się łaskawi. Nic więcej nie oczekuję, pani.

– Nie ma żadnych bogów Nadio. Jesteś tylko ty i twoje wybory. Najważniejsze jest, aby były zgodnie z tym sumieniem.

– Jak to pani? Co to znaczy?

– Czy twój wybór nie jest powodem żalu tudzież strachu?

– Nie pani – odparła dziewczyna.

– Zatem reszta należy do ciebie. Każdy z nas tka swój własny los. Sama jesteś boginią, która kieruje wrzecionem swego losu. Rozumiesz?

– Czy to znaczy, że teraz mogę odejść i zacząć od początku?

– Właśnie tak. Zatem idź i nie oglądaj się za siebie, bo nie warto. Może kiedyś jeszcze się spotkamy.

– Dziękuję ci, pani – odparła Nadia odwracając się i kierując w stronę lasu.

– Nie każdy dostaje drugą szansę, zatem nie zmarnuj jej – szepnęła Zorza posyłając swe słowa w podmuchu lekkiego wiatru, który trafił do uszu dziewczyny odciskając się jak w kamieniu.

– Na pewno nie zmarnuje – odparła pod nosem Nadia znikając w gęsto utkanym lesie.

KONIEC    

 

   

   

        

  

   

    

    

Varia

Pięć sióstr

273 Wyświetleń

Żyglina, któż może jej nie znać? Najsłynniejsza gospoda od Martwych Stepów po Góry Północne. Mieści się na skrzyżowaniu dwóch traktów, łączącego Gengerstan, najwspanialszą stolicę całej krainy i miasto Fevep, dokąd przybyła wojna, oraz ważnego traktu kupieckiego. Czemu gospoda zawdzięcza swą sławę? Tego nikt nie wie. Pokoje wyglądają jak zaniedbany chlew, a do salonu bez siekiery nie wejdziesz. Mimo, że wokół jest parę innych tawern, właśnie tutaj zmęczony podróżnik z chęcią ugasi swe pragnienie wychylając Zmorę, równie słynne jak gospoda piwo. Niektórzy sądzą, że w ścianach Żygliny przeplatana jest przyciągająca magia. Inni, że to skutek tajemniczej substancji dodawanej do Zmory, jednak wszyscy są zgodni co do jednego, tam znajdziesz każdego. Wszelakie organizacje przestępcze, znużonych poszukiwaczy przygód, szemranych kupców, a legenda głosi, że i sam król przebrany za chłopa nawiedza karczmę dla złocistego trunku. Lecz nikt nie wspomina o pewnej grupie stałych gości, którzy nigdy nie opuścili dnia w gospodzie. Dzień w dzień, bez ustanku krążą wśród klientów. Mowa tu o pięciu siostrach. Również dzisiejszego dnia udały się do gospody. W środku pierwsza z sióstr odłączyła się od reszty i podeszła do najbliższego stolika, gdzie siedział starzec wraz z trzema młodzieńcami. Sięgnęła do sakwy z kosztownościami mężczyzny i zaczęła szeptać mu do ucha…

– Synowie moi mili, przychodzi na mnie czas – westchnął Eston, stary kupiec, który dorobił się fortuny na handlu końmi. – Mam swoje lata. Czuję, że nie pożyję już długo. Postanowiłem więc przeznaczyć cały swój dorobek jednemu z was.

– Czemu tylko jednemu? Wszakże jesteśmy rodziną – odezwał się jeden z braci.

– Nie bądź śmieszny – zrugał go starzec. – Gdybyście dostali po równo, przepilibyście wszystko w miesiąc, a tak chociaż jeden będzie mógł jakoś zainwestować moje pieniądze. Dobrze wiem, że każdy z was ma ochotę na mój spadek i pewnie porobiliście sobie plany na przyszłość. Tak więc, wszystko dostanie ten, który przedstawi mi najstosowniejszy pomysł.

Bracia spojrzeli po sobie. Najstarszy przemówił pierwszy.

– Ojcze, pamiętam twe nauki i nie roztrwonię pieniędzy. Jeżeli to ja je dostanę, zakupię nową przyprawę, co pieprzem się nazywa i tym będę handlować.

Starzec podumał chwilkę i zaśmiał się szyderczo.

– Najstarszy i najgłupszy. Nic nie pamiętasz z moich nauk. Przecież wojna już za pasem, żelaza trzeba, a nie pieprzu! Przyprawy dobrze się sprzedają, ale nie w czasie wojen. Ty pieniędzy nie dostaniesz.

Najstarszy z braci spochmurniał, a średni wiekiem przedstawił swoją propozycję.

– Ja głupi nie jestem, wiem czego trzeba. Będę handlował żelazem, aż wojna się skończy. Wtedy poślubię moją wybrankę, którą już poznałeś i założę własne gospodarstwo.

– Już lepiej, choć i ten plan nie jest pozbyły wad – odpowiedział Eston. – Ta twoja wybranka… Nie żeń się z nią. Nie ma grosza przy duszy. Jak jej rodzina nie może się utrzymać to i ciebie pociągnie do biedy.

– Ależ ojcze, to nie podlega dyskusji! Przecież…

– Dlatego i ty nie dostaniesz mojego spadku – uciął kupiec.

Najmłodszy z braci słysząc te słowa ucieszył się bardzo. Śmiał się i klaskał ze szczęścia, przy okazji dziękując ojcu.

– Wiedziałem, że tak postąpisz. Dobrze wiesz, kto jest godzien zaufania. Dziękuje…

– Czy powiedziałem, że tobie przydzielę cały majątek? – przerwał mu starzec. Bracia zdziwili się ogromnie.

– Jesteś najgorszym hultajem, pijaczyną i rozrzutnikiem. Grzechem byłoby dać ci choć kawałek chleba. Żaden z was nie zasługuje na moje ciężko wypracowane pieniądze. Wynoście mi się stąd!

Bracia, najpierw przestraszeni, spojrzeli po sobie porozumiewawczo.

– Oddawaj pieniądze, grzecznie proszę.

– Co? Nie ma mowy! – krzyknął starzec.

–Dawaj przegniły skąpcu! – wrzasnęli wspólnie bracia i rzucili się na sakwę. Szamotanina trwała chwilę, kiedy nagle starzec powiedział:

– Nigdy ich nie dostaniecie!

I wepchnął sobie wszystkie drogocenne kamienie i monety do gardła. Zaraz potem umarł.

Pierwsza siostra odsunęła się od ciała i zmartwiona wyszła z gospody. Synowie dobywali noży do wiadomego celu, a druga siostra podeszła do innego stolika. Siedziało przy nim dwóch oprychów kłócących się między sobą. Siostra zaczęła podsycać ich złość, nakręcać, obmawiać drugiego. W końcu obydwóm wsunęła w dłonie noże…

– Jak śmiesz tak mówić! Odszczekaj to gnido, jest moja! – krzyczał na całą karczmę Mafos.

– Nie żartuj sobie, ja dużo wcześniej ją wypatrzyłem – odpowiedział Tyrfusz.

– Co z tego! Mieliśmy umowę, miałeś się nie wtrącać, zostawić ją dla mnie. – Mafos cały drżał ze złości. – Wiesz jak mi na niej zależało.

– Byłeś głupi. Myślałeś, że odstawię komuś taki towar? Jesteś gównem, które przyczepiło mi się do buta. Możesz co najwyżej płukać się w moich szczynach, mam gdzieś twoje umowy.

Mafos zrobił się cały czerwony na twarzy.

– Ty psi synu! Masz już nigdy nie kłaść na niej swoich obleśnych łapsk, inaczej wypruję ci flaki. Zrozumiałeś?!

Tyrfusz zaśmiał się rubasznie.

– Ha, ścierwo mi rozkazuje. Jesteś żałosny. Spodobała mi się i mam cię gdzieś, bezjajcu! Co dziewczynko, uderzyłem w czuły punkt? A może w nic nie trafiłem, ha, ha! Z każdej ryzykownej misji wracasz z pełnymi gaciami, śmierdzisz tchórzu! Nie jesteś mężczyzną, nie należy ci się ona.

– Odszczekaj to! Ty…

W tym momencie obydwaj panowie posłali tak bogate i wyrafinowane wiązanki, że nawet najwięksi zawadiacy słuchali z aprobatą, zapamiętując co wytrawniejsze bluzgi. Po koncercie wyzwisk obydwaj zwaśnieni usiedli zdyszani naprzeciw siebie i milczeli. Mafos pierwszy przerwał ciszę.

– Jest tylko jedno rozwiązanie, pojedynek na noże. Jedynie śmierć któregoś z nas wchodzi w grę. Chwytaj nóż!

Tyrfusz uśmiechnął się szyderczo.

– O, zebrało mu się na odwagę! Pojedynek na noże, niech tak będzie. – Tyrfusz odwrócił się do karczmarza i zawołał:

– Hej, przygotuj gospodę! Będzie walka!

Jak na rozkaz centrum sali momentalnie opustoszało. Pojedynkowicze weszli na środek, dobyli noży i zmierzyli się wzrokiem. Wszyscy wokół nawoływali do walki, a druga siostra krzyczała najgłośniej.

Pierwszy ruszył Tyrfusz. Podbiegł do przeciwnika i wyprowadził szybkie, proste pchnięcie. Miał jednak do czynienia z równie dobrym nożownikiem, który momentalnie odbił mu rękę i zamachnął się na jego szyję. Tyrfusz błyskawicznym ruchem kopnął Mafosa w tors i razem polecieli na ziemię. Mafos pierwszy stanął na nogi, chwycił pobliskie krzesło i miotnął nim w przeciwnika. Nikogo nie obchodziło, że był to niehonorowy atak, liczyło się tylko zwycięstwo.

– Giń! Ty ostatni…

Tyrfusz w ostatniej chwili uchylił się przed krzesłem. Podbiegł do lady i zaczął ciskać kuflami. Szkło wszędzie pryskało, widownia szalała. Mafos podbiegł do przeciwnika i spróbował zadać mu kolejne pchnięcie. Wymiana ciosów była szybka i krótka. Mafos dał się oszukać i tym samym nie wybronił jednego pchnięcia. Nóż Tyrfusza rozciął całe jego ramię. Ból spowodowany raną był niewyobrażalnie wielki i jedynie silna dawka adrenaliny utrzymała go przytomnego. Krew plusnęła na twarz Tyrfusza. Mafos wykorzystał chwilę nieuwagi przeciwnika. Potężne szarpnął go sprawną ręką za ubranie i razem ponownie upadli na ziemię. W szale szarpaniny obydwaj okładali się pięściami, ranili plecy leżącym szkłem. Mafosowi udało się dwa razy wstemplować nóż w brzuch Tyrfusza. Ten nie pozostał mu dłużny. Oswobodził rękę z nożem i szybkim ruchem rozpruł mu szyję. Fala krwi zalała posadzkę, walka była zakończona.

Zdyszany Tyrfusz zrzucił z siebie ciało poległego i powoli wstał.

– Śmieć – zdążył wymówić, splunął parę razy krwią, zacharczał i osunął się na ziemię.

– Remis! – ktoś krzyknął z sali i momentalnie ludzie rozeszli się. Specjalna służba zaczęła sprzątać. Druga siostra, ochlapana krwią i szczęśliwa wyszła z gospody.

Podczas walki parę gości nie przyłączyło się do widowiska. Jednymi z nich byli dwaj kupcy, chorobliwie chudy Knod i obrzydliwie gruby Kamis. Siedzieli razem z dwoma karczmianymi pannami i zajadali się, rozmawiając. Przysiadła się do nich trzecia siostra i zaczęła podawać im do ust różne specjały…

– Eh Knod, coś jest w tych popłuczynach, co się zwą Zmorą – powiedział Kamis. – Niby nic dobrego, a pasuje do wszystkiego. Na przykład do cielęcinki…

– O tak, smażona wątróbka cielęca – westchnął Knod.

– Oczywiście wcześniej namaczana w mleku.

– Wiadomo. Do tego trochę smażonej cebulki i może… Hmm…

– Czerwonego wina!

– Pysznie! – obydwaj wykrzyknęli i stuknęli się kuflami.

– Ty wiesz, ta Zmora byłaby dobra do marynaty baraniego combra – powiedział po chwili Kamis. – Do Zmory dodać trochę octu i wody…

– Oraz sporo ziaren jałowca i inne przyprawy – przerwał mu Knod.

– Racja. Marynatę chwilę pogotować i zalać nią comber. Później odstawić do chłodni i czekać cztery dni, aż przesiąknie delikatnym aromatem.

– Pamiętaj, że niewolno zajrzeć przed końcem – wtrącił ponownie Knod. – Inaczej spłoszyłoby się elfich kuchcików, a w końcu to oni decydują o smaku.

– Ale przecież to chochliki przyrządzają comber, a nie elfy. Z resztą nieważne. – Kamis wsadził sobie duży kawał pieczonej dziczyzny do ust, pogryzł chwilę i kontynuował:

– Po czterech dniach taki comberek należy osuszyć, natrzeć solą i zapiekać.

– W jakiej temperaturze? – spytał Knod.

– Kij go tam wie. Nie za chłodno, żeby gnole nie wykradły. Teraz najlepsze. Jak comber się pięknie zarumieni należy podlać go świeżutką śmietaną!

– Przyjacielu, to musi być pyszne – rozmarzył się Knod. – Szczególnie, jeżeli śmietanka byłaby ze wschodnich pastwisk. Na deser, co byś powiedział o egzotycznych owocach zza morza?

– Mówisz o tych soczystych, czerwonych, które aż tryskają sokiem po przekrojeniu? – zapytał Kamis.

– Nie, chodzi mi o te żółte, wyjątkowo słodkie, o falistym kształcie.

– Masz rację, wspaniale by pasowały. Wypijmy za baraninę!

Obydwaj koneserzy wypili po kuflu Zmory i zagryźli mięsem śmiejąc się do służebnych dziewek. Nagle Knod zwrócił się do Kamisa:

– Przypomniałem sobie kawał, chcesz posłuchać? Dobrze, pewien zdenerwowany gość siedzi w knajpie i mówi: „Panie, to wino jest ciepłe.”

„To niemożliwe!” odpowiada barman. „Przed chwilą sam dolewałem do niego zimnej wody.”

Ha, ha, ha! – Zaśmiał się Kamis. – Dobre, ha, ha, ghyg!

Tłuścioch chwycił się za szyję.

– Ghyg! Kostka mi wpadła! Ra… Ratu…

Kamis zrobił się cały fioletowy na twarzy. Usilnie walczył o oddech.

– Hej stary, wypluj to – zaniepokoił się Knod. – Niech mu ktoś pomoże!

Nikt z sali nawet nie zwrócił na niego uwagę. Wszyscy byli zajęci oglądaniem finałowego starcia.

Kamis stoczył się pod stół, rzucił się parę razy w konwulsjach. Po chwili już nie żył. Knod zajrzał pod stół. Zrozumiał, że Kamis umarł, więc sięgnął ręką po jego sakiewkę i blady wyszedł razem z trzecią siostrą z gospody. Siedzące przy stoliku kobiety wstały i rozeszły się do gości. Do jednej z nich przyłączyła się czwarta siostra, jej dobra znajoma. Zaczęły wspólnie wodzić oczami po ludziach…

– Ech, ci kupcy nic nie wiedzieli. Głupie żarłoki i tyle – pomyślała Vikonia. – Kogo my tu mamy? Hm… kolejni kupcy, jakieś oprychy lub złodzieje, żebrak… Nie może być! Czy mnie wzrok nie myli, czy tam siedzą dwaj rotmistrze? Tak, to moja szansa.

Vikonia podeszła do dwóch lekko wstawionych mężczyzn i zaczepiła zalotnie:

– Witajcie chłopcy. Taka słota za oknem, nie chcielibyście kobiecego towarzystwa na chwil parę?

– Z wielką chęcią poznamy tak uroczą kobietę – odrzekł Norbert, jeden z mężczyzn. – Ivo, zapłać pani.

Ivo, tak miał na imię drugi rotmistrz, wyjął sakiewkę i dyskretnie wręczył parę monet kobiecie. Vikonia z chichotem przytuliła się do ramienia Norberta i rozpoczęła rozmowę:

– Ale jesteście mężni! Widać to po waszych majestatycznych twarzach, oraz w oczach, co pewnie nie jedną bitwę widziały. Jesteście wojakami prawda?

– Ha, prawda to – odparł Ivo. – Ja jestem dowódcą trzeciej chorągwi Gengerstanu, a mój przyjaciel przewodzi jednej z piechurskich rot…

– Ach, czyli nie dość, że mężni to i ważni! – pisnęła Vikonia. – Wasze zdrowie!

Cała trójka wychyliła po Zmorze, a Ivo zamówił następne piwa.

– Wielka bitwa się zbliża – kontynuowała Vikonia. – Pewnie, jako najodważniejsi będziecie walczyć w pierwszej linii! Zgadza się?

– No wiesz, tak… no…

– Nie bądźcie tacy skromni. Dobrze wiem, że mężowie jak wy swą wielką siłą i geniuszem rozgromią wroga w perzynę. – Vikonia uśmiechnęła się do Norberta i musnęła dłonią jego brodę. W zamglonych oczach rotmistrza pojawiło się zadowolenie.

– Wiesz, ona ma rację – powiedział Ivo. – Pamiętasz jak wszyscy skomleli u hetmana o bezpieczne pozycje? Tchórzliwe psy, tylko my odważnie poprowadzimy nasze wojska na czele armii.

– Prawda przyjacielu – odparł Norbert. Vikonia słysząc, że znają plan bitwy, odkryła swoją szansę.

– Ach, czyli zgadza się, jesteście najodważniejsi! Z waszymi umiejętnościami i wielkimi torsami na pewno wygracie, lecz gdzie będziecie walczyć? – spytała słodko. – Z chęcią przyjrzałabym się bitwie.

– Powiedzielibyśmy ci, ale nie możemy – odpowiedział Norbert. – Hetman nie pozawala. Co, jakbyś komuś powiedziała, choćby przez przypadek? Wiadomość mogłaby dojść do uszu wroga!

Vikonia zrobiła smutną minę. Po wypiciu następnej kolejki zagadała ponownie:

– Chłopcy, przecież wiecie, że nie pisnę ani słówka. Obiecuję.

Obaj rotmistrze spojrzeli po sobie mocno już mętnym wzrokiem. Zaczęli się wahać.

– Nie wolno nam… Zrozum…

–Oj, nie dajcie się prosić. – Vikonia ciągle uśmiechnięta uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– No dobrze, niech ci będzie – poddał się Norbert, nachylił się do jej ucha i zaczął szeptać:

– Tej lub następnej nocy nasze wojska zaatakują wroga z dwóch stron. Od strony lasu i z północy. Zaskoczymy ich nieprzygotowanych i zwycięstwo nasze. Plan jest doskonały, tylko nie zobaczysz zbyt wiele jak się niebo zachmurzy.

Vikonia pisnęła z zadowolenia.

– Na pewno się zjawię. Tym czasem muszę już odejść, obowiązki wzywają – powiedziała i odeszła od stolika. Wychodząc z karczmy zaśmiała się z duchu.

– Co za przygłupy. Zdradzili swojego hetmana i będą za to płacić. Ale się mój szef ucieszy z nowych informacji.

Tym czasem w karczmie dwaj rotmistrzowie nagle nienaturalnie otrzeźwieli.

– Norbert, przekazałeś wszystkie informacje? – zapytał poważnie Ivo.

– Zgadza się.

– Hah, to… wspaniale. Nie dość, że rozdzielimy ich wojska to przemęczymy przez dwie noce. Zwycięstwo jest pewne, tylko kiedy nauczą się szkolić lepszych szpiegów?

Czwarta siostra klasnęła w dłonie z zadowolenia i dumna z udanej intrygi wyszła z gospody.

W środku została już ostatnia, piąta siostra. Od dłuższego czasu przyglądała się niezwykłemu grajkowi, który swą grą wyróżniał się z trupy, a była to trupa nie byle jaka. „Syreni śpiew”, tak się owa nazywała, zbierała najlepszych muzykantów ze wszystkich krain i grała dla najlepszych karczm, a nawet i królów. Swego czasu zawitali na parę tygodni w Żyglinie. Również w tej karczmie rozpętała się zażarta walka o miejsce harfiarza. Wygrał ją Felis, jeden z najlepszych harfiarzy jakich widział świat. On nie tylko umiał dobrze grać. Potrafił manipulować emocjami słuchaczy. Swą grą pobudzał ludzi do walki, rozweselał lub przenosił do błogich krain. Innymi słowy był wirtuozem. Tego dnia grał razem ze swoją trupą dla gości karczmy. Kiedy w gospodzie rozpętała się walka na noże, przerwali grę. Do Felisa podszedł starszy, brodaty człowiek z niedużą, drewnianą ławką.

– Drogi panie, jestem wędrownym magikiem. Czy nie chciałbyś zobaczyć moich sztuczek?

Felis od zawsze lubił magiczne sztuczki, więc z chęcią zgodził się i rzucił magikowi parę monet.

– Wspaniale, mój panie. Jestem mistrzem znikania przedmiotów. Spójrz na tego ptaszka.

Mężczyzna wyjął z sakiewki drewnianego ptaszka i położył go sobie na dłoni.

– Teraz jak klasnę, ptaszek zniknie.

Magik klasnął i rzeczywiście ptaszek zniknął. Felis, choć znał sztuczkę, zabił brawo.

– Teraz jak pstryknę palcami, to jedna z twoich rzeczy zniknie. Patrz.

Brodacz pstryknął palcami i zaśmiał się.

– Zobacz gdzie masz swoją sakiewkę.

Ta sztuczka już nie podobała się Felisowi.

– Oddaj moje pieniądze!

– Spokojnie, zaraz się odnajdą – powiedział magik i dodał:

– Czas na prawdziwe czary. Sprawię, żeby twoje palce zniknęły!

– To niemożliwe – odparł Felis. – Pokaż tę sztuczkę.

– Dobrze, połóż swoje dłonie na tej magicznej ławeczce i rozsuń kciuki.

Felis zrobił tak jak mu powiedziano. Mężczyzna wyciągnął przed siebie ręce i skupił się. Nagle krzyknął:

– Teraz twoje pace znikną! – Wyciągnął z szat wielki tasak i szybkim zamachem rąbnął w ławeczkę odcinając Felisowi osiem palców.

– Ta da! Palce zniknęły!

Odcięte członki potoczyły się po posadzce. Z dłoni buchnęła krew.

– Aaaaa! – krzyknął Felis i zemdlał z bólu.

Magik odwrócił się do zszokowanej trupy i przemówił:

– Jutro zgłosi się do was mój zleceniodawca. Chyba szukacie nowego harfiarza…

Ostatnia siostra zadowolona poklepała magika po plecach i razem z nim wyszła z gospody.

Tak minął zwykły dzień w Żyglinie, gospodzie gdzie krew płynie równie często, co piwo. Zaś imiona sióstr to:

Chciwość, Złość, Żarłoczność, Przebiegłość i Zazdrość.


Adrian Banacki

Varia

Dobry Plan

514 Wyświetleń

„Szalony Amerykanin pobił matkę kiełbasą krakowską” – od dwóch godzin powstrzymuję się przed zajrzeniem co jest napisane dalej w tak pięknie zatytułowanym artykule. Pewnie niedużo, bo większość miejsca zajmuje zdjęcie. Kiełbasy nie matki.  Zapewne czytelnicy tej „gazety” nie wiedzą, jak wygląda krakowska. Kreatywność autorów brukowców jest porażająca. A za takie głupoty dostają pewnie kilka razy więcej niż ja za swoją 12 godzinną zmianę w osiedlowym kiosku. No jak żyć Panie Premierze? No jak?

Śmieszne tytuły, gołe baby z Playboya co jeszcze można robić w takim kiosku jak mój. Ta mój, raczej krwiożerczego kapitalisty co zatrudnia mnie bez umowy, burżuj jeden. Praca w takim kiosku to zazwyczaj sama nuda. Ci sami klienci przychodzą w tych samych godzinach, po te same gazety, te same papierosy, te samo kupony i to samo barachło. Czasami ktoś spieszący się niezmiernie wpadnie po chusteczki albo bilet na autobus. Rzuci szybko drobne na ladę i już go nie ma. A ja tu tkwię jak na posterunku. Nie żebym miał tu specjalnie czego bronić, w końcu to nie moje towary tylko tego wstrętnego wyzyskiwacza co mi płaci te marne grosze za siedzenie tutaj od świtu do zmierzchu.

Ale jest jedna rzecz, która mnie się nie znudzi, obserwowanie ludzi skreślających liczby na kuponach. Pełny przekrój społeczeństwa a nadzieja na twarzach taka sama u wszystkich. Mnie się k… należy.

I pewnie większość z nich nie wie, że szansa na wygraną wygląda mniej więcej podobnie do tej opowiastki. Wyobraź sobie, że pewnego dnia znajdujesz na ulicy pozostawiony przez kogoś parasol. Podnosisz go z ziemi, udajesz się na najbliższy dworzec kolejowy, wsiadasz do pierwszego pociągu jak się zjawi i jedziesz w dowolnym kierunku. Wysiadasz na szóstej z kolei stacji, przed dworcem skręcasz w lewo i idziesz 15 minut prosto. Wchodzisz na drugie piętro budynku, koło którego się zatrzymałeś, dzwonisz do drzwi po lewej i zdziwionej osobie wręczasz parasol mówiąc, że znalazłeś jej zgubę. Szansa na to, że trafiłeś do właściwej osoby i podziękuje ci ona za odnalezienie parasola jest taka sama jak trafienia głównej wygranej w tej grze.

Dlatego niektórzy starają się wzmocnić swoje szczęście. Jeden starszy mężczyzna mieszkający cały rok w altance miejskiego ogródka działkowego, zawsze grzebie w kuponach wyrzuconych przez innych graczy. Przepisuje z nich liczby do swojego, bo uważa, że on nigdy nie miał szczęścia a inni to ciągle je mają. Podobno za komuny był kimś ważnym, komu wszyscy się kłaniali, dziś wszyscy się odsuwają, bo śmierdzi niesamowicie.

Drugi z kolei gość szukał w kiosku dziewicy. Cyganka mu powiedziała, że pewna dziewica przyniesie mu wielkie szczęście, więc wszędzie takiej szukał, żeby u niej puścić kupon. Najwyraźniej na temat szczęścia w miłości miał już wyrobione zdanie i tym razem wolał szczęście pieniężne.

Ale ja w sumie nie życzę nikomu znajomemu przychodzącemu do kiosku dużej wygranej, bo ja mam obmyślony pewien dobry plan. Wymyśliłem, jak zwiększyć szansę wygranej w tej zabawie. Prędzej czy później do mojego kiosku wejdzie osoba i po sprawdzeniu kupnu okaże się, że wygrała ponad milion złotych. Na taką szczęśliwą, zwłaszcza dla mnie, okazję mam na podłodze ułożoną czarną folię, a pod ladą trzymam naładowany pistolet. Mam tylko nadzieję, że się doczekam przed emeryturą.

 

Varia

Dusza ludzka

566 Wyświetleń

Twierdzą, że dusza ludzka żyje, dopóki trwa o niej pamięć pośród żywych…

Był to jeden z tych listopadowych wieczorów, kiedy nawet kota żal wypuścić z domu na zewnątrz. Wiatr bezlitośnie chłostał korony drzew, zrywał liście, które ostatkiem sił zdołały utrzymać się na gałęziach. Słupek rtęci błądził w okolicach zera. Tamtej nocy nie było już co liczyć na poprawę pogody, toteż jeśli w ogóle kogoś spotykał, to wyłącznie byty podzielające jego los. Ludzie z krwi i kości, jeśli nie leżeli pod kołdrą, wgapiali się w telewizor z szklanką gorącej herbaty w dłoni.

Zygmunt spokojnie szedł ulicą, nikt i nic nie było w stanie zakłócić kroków leniwie posuwających go do przodu. Nie śpieszył się, czasu miał wiele, noc była jeszcze młoda. Nim mrok miał zacząć ustępować nieba na rzecz wschodu słońca, musiało minąć kilka długich godzin.

Szedł na przekór nieprzyjaznej pogodzie. Nie odczuwał zimna, po prostu nie mógł go odczuwać – tak samo jak ciepła, deszczu, śniegu. Nie tęsknił za odczuwaniem temperatur, ciśnienia i wielu innych kaprysów pogody. Jedyne, czego mu tak naprawdę brakowało, to krople deszczu na twarzy. Wiele dałby, by móc je ponownie poczuć na skórze, zwrócić lico ku niebu, dać upust wyobraźni. W dalekiej przeszłości często wychodził z domu właśnie gdy padał deszcz. Życie bolało, strasznie go dotknęło. Deszcz był dla niego niby kąpiel oczyszczająca, która zmywała złą krew sączącą się z serca i duszy. A jeśli działo się tak, że nie mógł całkowicie zapomnieć o bólu, koił ciszą. Oczywiście deszcz, uderzając w ziemię, w dachy zabudowań, przywoływał całą kawalkadę dźwięków, lecz one nie miały nic wspólnego z życiem. W czasie deszczu życie chowa się w domach, zagrodach, norach. W czasie deszczu wszystko co żywe szuka schronienia, jak gdyby deszcz był czymś destrukcyjnym, zdolnym zgasić lichy płomień istnienia. On, spacerując w deszczu, idąc pod wiatr w najpodlejsze ulewy, nie spotykał życia, którego tak bardzo nienawidził. Liczył na to, że spotka w końcu śmierć, bo jeśli życie tak panicznie boi się deszczu, to musi mieć to jakiś związek ze śmiercią. Był martwy już za życia, więc unikał tego, co żywe, a że jego ciało zawisło gdzieś na granicy życia, śmierć omijała i jego. Czekał na to zbawienne spotkanie przez wiele dziesięcioleci. Dożył sędziwego wieku, co w tamtym okresie zakrawało wręcz na cud – górna granica wieku, do którą osiągał przeciętny śmiertelnik, wynosiła pięćdziesiąt lat. On dożył dziewięćdziesięciu.

Przez ponad siedemdziesiąt lat wychodził deszczu naprzeciw. Spacery te mógłby liczyć w tysiącach, dziesiątkach tysięcy. Powinien więc choćby mimo woli zapamiętać smak zbawiennej kropli deszczu. Teoretycznie właśnie tak powinno być, jednakże po upływie dziewięciuset lat można nawet zapomnieć, jak własne imię brzmi w obcych ustach, a samemu trzeba by je powtarzać co jakiś czas, żeby w ogóle móc je pamiętać. Pośród tylu set lat można zapomnieć wiele, nawet tak zbawienne zjawisko, jakim dla niego był deszcz.

Jeśli kiedykolwiek otrzymałby przywilej spełnienia dwóch życzeń, jedno z nich mógłby wypowiedzieć w każdym języku świata – w nocy, za dnia, o każdej porze roku, ostatkiem sił byłby w stanie wyrzec tych kilka słów. Powtarzał to życzenie co dzień, nie mając żadnej realnej szansy na powodzenie. Powtarzał je po tysiąckroć: powtarzał je, kiedy jeszcze żył, po śmierci również nie zaprzestał. Po dziś dzień szuka Boga, w każdym języku świata wzywa jego imię, w każdym języku świata prosi, by choć jeszcze raz było mu dane ją spotkać. Jeden jedyny raz, jedna rozmowa, jedno spojrzenie. Drugie życzenie dotyczyłoby deszczu, chciałby na powrót  móc odczuwać wszystko, co z nim związane.

Chwila nostalgii oddaliła jego myśli od celu wędrówki, i choć oderwanie od rzeczywistości nie trwało długo, przeszedł całą ulicę nie spoglądając ponad dachy budynków. Nie zawrócił, nawet jeśli minął się z poszukiwanym celem, z każdym następnym domem mógł dosięgnąć kolejnego.

Nie mijał się już z nikim, a może tylko nie dostrzegał obecności innych. Jego także minąłby bez słowa, bez spojrzenia, gdyby zamiast pod słupem, przysiadł kawałek dalej, gdzie przytłumione światło latarni mogłoby go nie dosięgnąć. Siedział na ziemi, z kolanami podkurczonymi pod brodę, rękoma obejmował nogi. Patrzył gdzieś w dal, zdawał się nie dostrzegać rzeczywistości – był zupełnie od niej oderwany. Wyglądał jak zbity pies, wyrzucony z domu tylko dlatego, że pogryzł nowe buty, nie tak dawno jeszcze kochającej bezgranicznie pani.

Zygmunt byłby i może przeszedł obok obojętnie, wiele temu podobnych obrazów widywał na przestrzeni dziewięciuset lat tułaczki. Mijał sobie podobnych z mniejszą lub większą rezerwą, nie spoglądał w ich stronę dłużej, niżeli wymagało tego pobieżne objęcie wzrokiem, bez wdawania się w szczegóły –  nigdy się nie zatrzymywał, nigdy nie rozmawiał. Wyznawał zasadę mówiącą, że każdy sam jest kowalem swojego losu – zarówno za życia, jak i po śmierci. Tylko najinteligentniejsi i najtwardsi mogą przetrwać w obu światach – zwłaszcza w świecie umarłych. Tym razem Zygmunt zatrzymał się. Zauważył, że skulona postać niknie, co dla duszy jest równoznaczne z końcem bytowania, lecz wcale nie ten fakt poruszył jego martwe serce – jedni umierają, a na ich miejsce zajmują kolejni, taka już natura światów.

Gdyby Zygmunt nie spowolnił kroku, zapewne nie dostrzegłby źrenic powracających z krain obłędu, skupiających się na jego osobie. Gdyby nie ta siła, której nie mógł określić ani słabością, ani litością, która w niewytłumaczalny sposób hamowała mu nogi, błagalne spojrzenie poczułby jedynie na plecach, wtedy łatwo mógłby je zignorować. Gdyby… Lecz stało się tak, że to błagalne spojrzenie uderzyło z całą siłą w ostatnią wrażliwą część starej duszy, jedyną, która mogła go zatrzymać, zmusić do rozmowy, nawet do udzielenia pomocy.

Spojrzał głęboko w zrezygnowane oczy, w najdalszych zakamarkach źrenic zauważył strach. Ale to nie ten strach pobudził do życia martwe serce starej duszy. Zygmunt dostrzegł siebie. Lecz nie było to aktualne odbicie zatwardziałej twarzy, głowy pełnej niezbędnej, praktycznej wiedzy, gromadzonej przez całe stulecia. On widział siebie, Zygmunta sprzed dziewięciuset lat, Zygmunta zagubionego w gąszczu niewiedzy, Zygmunta w sidłach strachu.

Zatrzymał się w pół kroku, całym sobą zwrócił się w stronę młodej duszy. Zygmunt wie, jak odróżnić starą duszę od młodej. Wokół młodych dusz roztacza się aura niepewności, tak jest zawsze. W przypadku tej młodej duszy dochodził jeszcze strach, który dodatkowo potęgował ową aurę.

– Co się ze mną dzieje? – spytała młoda dusza. Gdyby jej oczy były zdolne wyrażać uczucia poprzez płacz, łza ścigałaby łzę.

– Umierasz – odpowiedział Zygmunt. Młoda dusza nie mogła odnaleźć w jego głosie nuty współczucia, a niewątpliwie Zygmunt zaczynał mu współczuć, lecz lata pozbawione dialogu uczyniły jego mowę niezdolną do okazywania głębszych emocji. Sam przemawiający także to dostrzegł.

Młoda dusza zakwiliła, jak gdyby rzeczywiście była tym zbitym psem, wyrzuconym z domu za błahe przewinienie.

– Umierasz. Ponadto wiem, że już kiedyś raz umarłeś – Zygmunt dokończył zdanie, lecz nie myśl. Zbyt wiele chciałby powiedzieć od razu, przez co mógłby zasiać w młodej duszy jeszcze większy niepokój. Milcząc zastanawiał się, co dalej począć. Cisza,  wiele niewiadomych w głowie, sprawiły, że zaczął postrzegać młodą duszę jako całkowicie odrębny byt, mający z nim samym niewiele wspólnego. Jeśli ma mu pomóc, musi mówić dalej, inaczej jego serce na powrót przeobrazi się w kamień, a wtedy po prostu odejdzie, skazując niknącego na pewny koniec. Musi ponownie zauważyć w nim podobieństwo do dawnego siebie – dalsze słowa przywołają wspomnienia, niezbędne ku temu.

– Więc nikt tobie nie wytłumaczył… Tak też myślałem.

Twarz, jeszcze sekundę temu naznaczona lękiem, przemieniła się w oblicze pełne zaciekawienia. Zygmunt dostrzegł ogrom pytań ciskających się na usta młodej duszy. Nie czekał, aż zasypie go ich gradem, mówił dalej.

– Dusza ludzka żyje tak długo, dopóki trwa w pamięci żywych. Widocznie o tobie już zapomniano. Nie zamartwiaj się tym zbytnio, to najnormalniejsza kolej rzeczy. Ile czasu minęło od twojej śmierci?

– Osiemdziesiąt lat.

– Osiemdziesiąt lat… Szybko o tobie zapomniano. Zresztą od jakiegoś czasu widzę, że świat szybko się zmienia. Żyje się szybko, szybko się umiera, szybko się zapomina. O mnie pamiętano przez trzysta lat, jednakże były to zgoła odmienne czasy. W dawnych wiekach pielęgnowano pamięć o zmarłym, przekazywano historię o nim z pokolenia na pokolenie. Wspomnę jeszcze, że żyłem dziewięćdziesiąt lat. W tamtych latach było to czymś nieosiągalnym. Swojego czasu byłem człowiekiem najdłużej żyjącym, bynajmniej udokumentowanym. W wielu księgach figurowało moje nazwisko. Kiedy ludzie zaczęli dożywać dziewięćdziesięciu lat, kiedy przestało to być czymś niezwykłym, zapomniano o mnie. Czasem ktoś zajrzy do tych starych ksiąg, głośno wyczyta moje imię. Ja wtedy wiem, że tak się dzieje. Całego wypełnia mnie energia, dzięki której czuję się… – Zygmunt zamilkł, zamknął powieki, po czym przemówił nie otwierając ich. – …jak gdybym na nowo zaczynał żyć. Zapewne nawet po śmierci czułeś się, jakbyś wcale nie umarł,  tylko dalej był człowiekiem z krwi i kości. To przez pamięć żywych. I zapewne odczuwałeś wyraźnie, jak o tobie zapominano. A najdokładniej czuć to tutaj – Zygmunt przyłożył dłoń do piersi, za którą niegdyś biło serce. – To jest tak, jakby je wyrywano rozgrzanymi szczypcami.

– Dokładnie tak było – odrzekł zafascynowany słuchacz. Zygmunt dalej ciągnął swoją mowę, zdawał się w ogóle nie słyszeć wtrącenia młodej duszy.

– Czasami myślę, że śmierć zażartowała sobie ze mnie. Nie może być tak, że ktoś tak skrupulatny jak ona zapomina o jednym, nic nieznaczącym istnieniu. Myślę, że dożyłem sędziwych lat wyłącznie dlatego, że pogardzałem życiem. Piłem na umór, jadłem co wpadło mi w ręce, spałem tam, gdzie akurat alkohol zwalił mnie z nóg. Sypiałem w zaspach śnieżnych, w kałużach, leżałem oddany na łaskę południowego słońca. Prowadziłem destrukcyjny tryb życia odkąd stałem się najnieszczęśliwszym człowiekiem świata. I tak, jak niegdyś chorowałem, z chwilą, w której obumarło moje serce, nie nabawiłem się nawet kataru. Cóż za ironia losu, nie uważasz? Jakaż wielka kpina ze strony śmierci.

Wielu ludzi cieszy się z życia, wie jak właściwie żyć, jak czerpać zewsząd pełne garście szczęścia. A pomimo tego umiera w pełnym okresie rozkwitu ciała i umysłu. A człowiek, który gardził wszystkim, co żywe wiódł długą, pełną cierpienia egzystencję. Do tego jeszcze cieszył się dobrym zdrowiem.

– Dlaczego tak bardzo gardziłeś życiem? – zapytała młoda dusza.

Zygmunt sprawiał wrażenie oderwanego od rzeczywistości. Wspomnienie dalekiej przeszłości oddalało go od rozmówcy, czyniąc z niego wyłącznie słuchacza.

– Oczywiście mogłem wyjść śmierci naprzeciw… – Zygmunt zaniósł się pełnym szaleństwa śmiechem. – Ale jeszcze wtedy wierzyłem w te bajki o istnieniu nieba i piekła. Jeśli któreś z nich istnieje, to jest to wyłącznie piekło. A znajduje się ono tutaj, na ziemi. Wróćmy jednak do czasów ślepej wiary, w której pokładałem wszelkie nadzieje. Popełniwszy samobójstwo nie trafiłbym do nieba, a tylko tam mógłbym… Masz szczęście, że mnie spotkałeś – rzekła starsza dusza, porzucając nagle wcześniejszy tok wywód. – Chodź ze mną, poszukamy odpowiedniego domu.

– W nocy chowasz się po domach? Straszysz tam? – zapytała młoda dusza.

– To co robię, co my dziś razem zrobimy, jest o wiele okrutniejsze od straszenia. Jak już wcześniej wspomniałem, pamięć żywych utrzymuje duszę przy życiu. Gdy pamięć żywych przemija, dusza sama musi walczyć o przetrwanie, w przeciwnym razie zniknie. Tego właśnie doświadczasz, nikniesz, ale nie jest jeszcze za późno.

Większość dusz nie wie, jak walczyć o przetrwanie, przez co przestaje istnieć. Czy po tym życiu jest następne? Nie wiem, i nie chcę wiedzieć. Naprawdę masz wielkie szczęście, że mnie spotkałeś. Nie trwońmy czasu na rozmowy w miejscu, nie wiadomo ile go tobie jeszcze zostało.

– Łukasz, mam na imię Łukasz.

– Zygmunt. Miło mi.

Stara dusza pomogła młodej stanąć na nogi. Przez wzgląd na osłabienie Łukasza, nie mogli przemieszczać się szybko. Z wolna przemierzali ulice. Zygmunt przez cały czas kierował wzrok z lewej na prawą stronę, następnie z prawej na lewą. I tak w koło.

– Czego właściwie szukamy? Nie możemy wejść do pierwszego napotkanego domu? O, choćby i do tego – Łukasz spory wysiłek włożył w podniesienie ręki. Palcem wskazał na zaniedbany budynek. Starsza dusza zatrzymała się nagle. Z wyrozumiałością osoby mającej w zanadrzu bagaż pełen życiowych mądrości spojrzał Zygmunt na Łukasza.

– W domu, który właśnie wskazałeś, mieszkają szczęśliwi ludzie. My szukamy tych, którzy nie potrafią żyć, którzy gardzą życiem, którzy nie zasługują na nie, bądź już go nie chcą. Powiedz mi, kimże byłbym, gdybym zabijał ludzi potrafiących żyć, cieszących się z tego najcenniejszego daru? Nie mylą cię uszy. Gdy zdasz sobie sprawę z pewnych rzeczy, zrozumiesz, o czym mówię. Gdybym zabijał ludzi szczęśliwych, byłbym zwykłym mordercą.

„Zabijał”, to słowo rozdarło myśli Łukasza. Doznał dziwnego uczucia, które przypominało obrzydzenie i zgrozę wzięte w jedno. „Zabijał”, ze zwykłego słowa, znanego mu jedynie z filmów, wiadomości, słowa niedotyczącego jego osoby, przeobraziło się w potwora stojącego na wprost jego oczu. Widział upiorną twarz, która do złudzenia przypominała jego własne oblicze. Cały ociekał krwią – miał ją we włosach, na rękach, czuł jej zapach. Brzydził się swoim krwawym odbiciem. Poza tym nie potrafił wyobrazić sobie, jak wygląda śmierć zadawana przez duszę. Bał się tego, co może nadejść, rozwodził się nad przyszłością, lecz nie pozostało mu inne wyjście – musi zabijać, by samemu móc przetrwać. Zebrał myśli, do pomocy przywołał rozsądek. „Jeśli trzeba śmierci człowieka, będę zabijał”, pomyślał. Pogodził się z losem, tylko jeszcze zastanawiał się, jakie koszta będzie musiał w związku z tym ponieść. Wyrzuty sumienia? Nie zauważa ich śladu w starszej duszy, jej twarz nawet nie drgnęła, gdy usta wyrzekły słowo „zabijał”. „Może martwi nie mogą odczuwać wyrzutów sumienia? A jeśli występują one, to może należy traktować je jako symbol zwycięstwa? Wola przetrwania powinna być dla mordercy wystarczającym usprawiedliwieniem występku. Będę usprawiedliwiał się właśnie wolą przetrwania”, myślał Łukasz. Był już zdecydowany na wszystko. Ponadto znajdował coraz to nowe argumenty pozwalające słowu „zabijał” zmaleć do rozmiarów ziarnka piasku.

– Już wiem, dlaczego szukasz takich, a nie innych ludzi. Ty chcesz pomagać ludziom pragnącym śmierci, nieszczęśliwym, jak ty niegdyś.

– Jesteś bardzo spostrzegawczy. Wszystko, co rzekłeś, jest zgodne z prawdą. Zabijając, wcielam się w śmierć, w jej łaskawszą stronę. Inaczej: jeśli śmierć ma serce, jeśli jest zdolna odczuwać litość, to ja jestem tym sercem, jestem tym uczuciem, gdy odbieram życie.

Teraz sprawdzimy domostwo, które wskazałeś. To, co w nim ujrzysz, porównasz z tym, co zobaczysz w domu, którego szukamy. Jeśli martwisz się o czas pozostały tobie, to powiadam ci, abyś się nie trapił. Znajdziemy właściwych ludzi szybciej, niż mógłbyś przypuścić. Świat jest pełen nieszczęśliwych, zmęczonych życiem ludzi.

Dusze weszły na podwórze ogrodzone stalowym płotem – rdza obejmowała każdą jego część, niektóre elementy prawie w całości zostały strawione przez korozję. Elewacja budynku również nie wyglądała olśniewająco – farba dużymi płatami odchodziła od ścian, mech porastał fundamenty.

Chwilę później stali już w pokoju. Pomimo później godziny pomieszczenie tętniło życiem. Nadgryziony przez mole dywan w większej części usłany był zabawkami. Trójka dzieci – chłopczyk i dwie dziewczynki – bawiła się w najlepsze. Pierwsze oznaki snu po kolei roztwierały maleńkie usta, naznaczały oczy łzawą powłoką znużenia. Lecz dzieci ani myślały o pójściu spać. Matka stała w drzwiach prowadzących na korytarz, bez wymiernego skutku nawołując jedno po drugim.

– Jazda do łóżek! – w tonie wypowiedzi kobiety nie było śladu zdecydowania. Czułe matczyne serce nie pozwalało jej na srogość.

– Daj im jeszcze chwilę – rzekł ojciec. – Widzisz, jak się ładnie bawią? Piętnaście minut. Później to ja rozkażę tobie i sam położę dzieci spać.

Kobieta podeszła do mężczyzny. Ten wstał, objął ją w pasie, po czym pocałował. Głośne cmoknięcie poderwało trzy pary wiecznie ciekawskich oczu – skierowały się one w stronę rodziców.

– Za-ko-cha-na pa-la! Ja-cek i Bal-ba-la!

Pokój wypełniła najszczersza radość, Łukasz nigdy jeszcze nie słyszał takich dźwięków. Widział obrazy, które same w sobie były wyrazem szczęścia. Dorośli uśmiechali się do siebie, do dzieci – ku ich uciesze pocałowali się raz jeszcze.

– Zaniedbany budynek, obskurne meble, podarte ubrania… Ale wiem, że widzisz coś więcej, widzisz szczęście. Byłbyś w stanie zabić to szczęście? Zakładam, że ta rodzina nie posiada oszczędności, że żyje od wypłaty do wypłaty, że często tej wypłaty nie wystarcza im na życie. Spójrz na nich raz jeszcze i powiedz mi, kimże byłbym, gdybym zabił któregokolwiek z tych osób?

– Mordercą. Byłbyś zwykłym mordercą.

– Dokładnie tak. Widzę, że zaczynasz mnie rozumieć. Przedłużając swój byt kosztem tego szczęścia byłbym zwykłym mordercą. Teraz poszukajmy właściwego domu, wtedy zrozumiesz różnicę pomiędzy morderstwem a naturalnym pragnieniem przetrwania w zgodzie z selekcją naturalną.

Ruszyli dalej. Szli nieco szybciej, a kondycja Łukasza była coraz słabsza. Jak przedtem zdołał iść samodzielnie, tak teraz musiał wspierać się na ramieniu Zygmunta, który nadawał tempo marszu.

– Zaraz znajdziemy odpowiedni dom. Na następnym skrzyżowaniu skręcimy w prawo, w bogatszą dzielnicę. Tam powinniśmy odnaleźć ludzi nieszczęśliwych. Pieniądze tylko z pozoru dają szczęście. Opowiedz mi o tym, jak umarłeś. Jakie prowadziłeś życie?

Łukasz z wyraźnym trudem odpowiadał na pytania, jednakże z każdym wspomnieniem nabierał sił. Wróciły one także w zwiotczałe nogi. Puściwszy ramię Zygmunta, zatoczył się dwa razy – starsza dusza podtrzymała go przy obu zachwianiach równowagi. Potem obyło się już bez pomocy, Łukasz szedł samodzielnie.

– Umarłem dość szybko. Zginąłem w wypadku samochodowym, nie miałem najmniejszych szans wyjść z niego żywy – jechałem zbyt szybko. Na zakręcie wyrzuciło moje auto na przeciwległy pas, wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Z auta zostało niewiele, podobnie jak ze mnie. Moje ciało rozerwało się na setki mniejszych kawałków. Gdyby nie było pewności, że to ja prowadziłem auto – mama widziała jak odjeżdżam spod domu – musieliby przeprowadzić badania DNA, by ustalić tożsamość kierowcy. Istna masakra. Czegoś tak okropnego w życiu nie widziałem, a doznane odczucia potęgował fakt, że to byłem ja – widziałem strzępy tego, co przed chwilą było mną, sam nie byłem w stanie rozpoznać siebie.

– To musiał być dla ciebie prawdziwy szok. Widzieć siebie w takim stanie… Opowiedz o swoim życiu.

– Chcesz wiedzieć, czy załapałbym się na twoje odwiedziny? – Łukasz wydawał się być rozbawiony własnym pytaniem. Zygmunt przytaknął skinieniem głowy.

– Prowadziłem dość hulaszczy tryb życia. Alkohol, kobiety, narkotyki – chleb powszedni. Pieniędzy nie brakowało mi nigdy. Bogaci zazwyczaj są zepsuci, a zwłaszcza ci, którzy tylko trwonią je na prawo i lewo, nie przykładając ręki do ich pomnażania. Bogaci często są nieszczęśliwi. Ja nigdy nie zdawałem sobie z tego sprawy, aż do dziś. Dopiero kiedy zobaczyłem w tym biednym domu jak wygląda prawdziwe szczęście, zrozumiałem, że tak naprawdę nigdy nie byłem szczęśliwy. O tak, gdybym nie zginął w wypadku, którejś nocy na pewno zawitałbyś pod mój dach.

Mając dużo pieniędzy mogłem co dzień spać z inną kobietą. Zaliczyłem ich bardzo dużo – Łukasz sylabizował całe ostatnie zdanie. Przeciągał w czasie jego wypowiedzenie. Przemawiał z dumą. Zygmunt pomyślał, że te kobiety, które posiadł wyłącznie za sprawą bogactwa, były jedynym jego osiągnięciem w życiu – widział w tym upadek moralny.

– A ty ile zaliczyłeś panienek? – zapytał Łukasz.

– Tutaj cię zaskoczę. Jedną.

– Jedną? To niedorzeczne.

– A jednak to prawda. Kochałem ją… bardzo ją kochałem. Właśnie wkroczyliśmy w bogatą dzielnicę. Wytężaj wzrok.

– Ale czego dokładnie mam wypatrywać?

– Dom będzie otoczony czernią.

– Chyba, kurwa, żartujesz?! Jest noc. Jak mam pośród mroku zauważyć kolor czarny?

– Zobaczysz, że ta czerń rzuci ci się w oczy.

Zapadła minuta, może dwie, całkowitej ciszy z rodzaju tych ciążących, które nie mogą trwać długo.

– Kto nauczył cię walczyć o przetrwanie? Zakładam, że byłeś nieświadomy, jak ja teraz jestem. Długo błądziłeś w tym zawiłym labiryncie świata umarłych? – dopytywała młodsza dusza.

– Jestem samoukiem. Za życia byłem bardzo spostrzegawczy, i taki pozostałem po śmierci. Dzisiejsza noc do złudzenia przypomina mi zdarzenie sprzed paruset lat. Błądziłem po ulicach, byłem wystraszony, z godziny na godzinę stawałem się coraz słabszy, nieznajomość przyczyny tego stanu pogłębiała strach. Szedłem do momentu, w którym moją uwagę przykuł dom zewsząd otoczony czarną poświatą. Przeniknąłem do jego wnętrza, sam nie wiedząc dlaczego. Wtedy nie pomyślałbym nawet, że to instynkt przetrwania popychał mnie w tamtą stronę.

Wszyscy domownicy spali, zresztą noc była już w pełni rozkwitła. W erze pozbawionej elektryczności i tych wszystkich pudeł, które sobą karmi, ludzie kładli się do łóżek bardzo wcześnie. Ciemne ulice odstraszały zwykłych obywateli. Po zmroku spotykało się jedynie bandytów i prostytutki – reszta społeczeństwa obawiała się wytknąć nos poza drzwi.

Stałem przy łóżku, obserwowałem śpiącego mężczyznę. Nie potrafię jednoznacznie określić, skąd zrodziło się to pragnienie… Chciałem wiedzieć, o czym śni, przekonać się, jak bardzo zmieniły się marzenia senne na przestrzeni trzystu lat. Poza tym byłem ogromnie ciekaw pragnień ludzkich. Świat zmienił się wielce, wiedziałem także, że dalej będzie się zmieniał. Widziałem na własne oczy zachodzące przemiany, lecz nigdy nie próbowałem zagłębić się w myśli ludzkie – aż do nocy, o której teraz prawię. Skupiłem się na mężczyźnie, zastanawiałem się, o czym śni, próbowałem wyczytać to z jego twarzy. Gdy skupienie przybrało formę medytacji, byłem już w jego śnie. Tak nawiasem powiem tobie, że pragnienia ludzkie nie zmieniły się ani trochę – wciąż śnią o seksie i bogactwach.

Przebywałem w umyśle tego człowieka aż do świtu, będąc jednocześnie istotną częścią każdego ze snów. Nad ranem mężczyzna już nie żył, a ja poczułem się znacznie lepiej – w chwili, w której przenikałem mury tamtego domu, byłem w takim samym położeniu, w jakim teraz jesteś ty. Po tamtej nocy, po śmierci mężczyzny, przez miesiąc czułem się wspaniale. Z upływem trzydziestu dni ponownie poczułem się gorzej, zaczynałem niknąć, lecz już wtedy wiedziałem, jak walczyć o przetrwanie. Z tamtym dniem stałem się lepszą stroną śmierci. Nawet przypadek nie był w stanie spowodować, że mógłbym zabić niewłaściwego człowieka. Tamten mężczyzna chorował, bardzo cierpiał.

– Skąd mogłeś o tym wiedzieć?

– Powiedział mi o tym we śnie. Myślał, że to ja jestem śmiercią, że przyszedłem uwolnić go…

Zygmunt zatrzymał swoje słowa w połowie zdania, cały znieruchomiał, jego stopa zawisła w powietrzu, około dwudziestu centymetrów nad chodnikiem.

– Właśnie znaleźliśmy właściwy dom. Spójrz no na tę czerń zawisłą nad dachem. Widzisz jak przylega do ścian? Cały dom otacza czerń, tworząc coś na kształt kopuły.

– Jednak może być coś czarniejszego od nocy… Dlaczego nigdy wcześniej tego nie dostrzegłem?

– Nie patrzyłeś uważnie. Teraz zobaczysz, czym różnią się ludzie mieszkający pod tym okazałym dachem od poprzednich, ulokowanych w zaniedbanym domu.

Dom stał pośrodku wielkiego ogrodu. Wchodząc na posesję odnosiło się wrażenie, że odgradza ją od reszty świata niewidzialna granica, po przejściu której wkracza się do świata bajek. Drzewa cytrynowe, bananowce, palmy, egzotyczne kwiaty. Zygmunta zadziwił stan flory, poruszył fakt, że rośnie w klimacie zupełnie niesprzyjającym ich rozwojowi. Gdyby Zygmunt mógł odczuwać bodźce zewnętrzne, na własnej skórze poczułby gwałtowną zmianę temperatury. Działo się tak za przyczyną specjalnego systemu grzewczego. Instalacja była rozmieszczona ledwie dziesięć centymetrów pod powierzchnią ziemi, na terenie całej posesji. Dzięki owej instalacji grzewczej egzotyczna fauna mogła utrzymywać się przy życiu.

Nie potrzeba było duszom niczego więcej, jak wzroku, by mogli pojąć ogrom bogactwa i przepychu właścicieli. Ogrodzenie tworzyły stalowe winorośle – liście i grona owocu do złudzenia przypominały prawdziwe. Poza tym drzewa, cała egzotyczna roślinność, której nie uraczysz nigdzie indziej, jak we właściwym im klimacie, chyba, żeby spełnić określone warunki, które na tej szerokości geograficznej, zdawałoby się, mogły zapewnić jedynie ogrody botaniczne. Ścieżka dzieliła posesję na dwie części, a tworzyła ją kostka brukowa koloru złota. Nie uraczyłoby się na niej ziarna piasku, jej błyszcząca powierzchnia odbijała blask nocnego nieba – księżyc z góry spoglądał na swoje nieskazitelne oblicze. Ścieżka prowadziła pod same drzwi wejściowe budynku. Dom wydawał się być wielki, i taki był w rzeczywistości. Za duży nawet dla rodziny z dziesięciorgiem dzieci, babcią, dziadkiem, wujkiem i ciocią.

– Dostrzegasz pierwsze różnice? Będzie ich więcej.

Młoda dusza milczała, patrzyła na dom z pewnego rodzaju zachłannością. Zygmunt wyłapał ten błysk rozjaśniający źrenice Łukasza, który był wyrazem ożywienia myśli i ducha. Ten dom musiał przynieść z sobą jakieś wspomnienia, stara dusza była niemalże pewna, że za chwilę dowie się, jakaż to myśl wprowadziła ogrom poruszenia w niknącą postać.

– Wchodzimy. Wyglądasz coraz słabiej – rzekł Zygmunt, co było zgodne z prawdą. Łukasz z upływem każdej minuty niknął coraz bardziej, był już niemalże przezroczysty. Jednakże jakaś tajemnicza energia emanowała z każdej części twarzy młodej duszy, co sprawiało, że na przekór niknięcia wyglądał bardzo żywo.

– Kiedyś mieszkałem tutaj. To było tak dawno, przed wieloma zmianami, jakie zaszły od dnia mojej śmierci, że zapomniałem, że nie poznałem miejsca, w którym spędziłem dzieciństwo. Ten bruk – Łukasz wskazał ręką na ścieżkę – był kiedyś ścieżką wysypaną białym kamieniem. Za mojego życia w ogrodzie nie rosły kwiaty, tym bardziej fikuśne drzewka. Cały ten teren porastały wiekowe drzewa, osiedle powstało wewnątrz dębowego lasu. Dasz wiarę, że nie wycinano więcej drzew niżeli było to konieczne pod zabudowę domu, dojazdu do niego i ewentualnie parkingu dla kilku aut? Stare drzewa, bardzo stare. Ich korony skutecznie przesłaniały słońce, co latem tworzyło z tego miejsca prawdziwy raj. Pojedyncze promienie odnajdywały małe przesmyki pomiędzy gałęziami. Światło wąską strugą padało na trawę. Wyobraź sobie setki takich promieni, niby serpentyny, i siebie tańczącego pośród nich. Teraz już nie ma tych drzew, nawet ślad po nich nie pozostał, wszystko wygląda inaczej.

Te dwie kolumny, podtrzymujące zadaszenie tarasu, przypomniały mi szczeniackie lata, lecz dopiero gdy stanąłem przed tymi drzwiami, gdy ujrzałem wyrzeźbione na ich powierzchni motywy z mitologii greckiej, uświadomiłem sobie, że to właśnie jest mój dom rodzinny.

– Chcesz tam wejść? Jesteś tego pewien? Te mury mogą skrywać w sobie ludzi, w których płynie krew twojej rodziny, twoja krew.

– Wątpliwe – odparł Łukasz. „A jeśli nawet, to nie chcę o tym wiedzieć”, dodał w myślach. Instynkt przetrwania przemawiał coraz głośniej, zagłuszał wątpliwości, rozkazywał wręcz.

– Dobrze. Wchodzimy do środka.

Przeniknęli przez drzwi, znaleźli się w korytarzu, który swym rozmiarem dzielił dom na cztery części. Korytarz układał się w kształt krzyża o równych ramionach. Ściany pokrywała dębowa boazeria, deski, którymi wyłożona była podłoga, pochodziły z tegoż samego gatunku drzewa.

– Już teraz wiemy, co stało się z drzewami – rzekł Zygmunt. – Strasznie tu cicho, domownicy zapewne już śpią. Chodźmy poszukać ich sypialni.

Przenikali przez ściany wielu pomieszczeń, w korytarzu nie pojawiali się już praktycznie w ogóle – chyba, że przyszło im przejść do przeciwległego skrzydła budynku. Zwiedzili jadalnię i ogromny salon, który obejmował prawie jedną czwartą domu. W swych poszukiwaniach zajrzeli także do kuchni, małej biblioteczki i całego szeregu pokoi gościnnych, ze starannie zasłanymi łóżkami i skromnym umeblowaniem.

Zygmunt wyczuł życie, gdy tylko przeniknął przez mury domu – mógłby od razu skierować się do właściwego pomieszczenia. Jednakże tam znajdowali się dorośli, zaś Zygmunt poszukiwał dzieci, a one wysyłają znacznie słabsze sygnały, informujące dusze o ich bliskości. Szukał dzieci, ale w żadnym wypadku po to, by je zabić – nigdy nie skrzywdził dziecka. Jeśli w tym domu odnajdzie małych ludzi, porozmawia z nimi, wypyta o rodziców, o więzy łączące ich z nimi. Dzieci podczas snu odpowiadają na każde zadane pytanie, udzielają szczerych odpowiedzi. Jeśli tata czy mama bije, dziecko nie skłamie – podczas snu nie obawia się kary, nie czuje strachu. Jeśli w domu zamieszkałym przez nieszczęśliwych dorosłych żyją szczęśliwe dzieci, Zygmunt po prostu odchodzi, by poszukać innej ofiary. Tutaj nie spotkał dzieci, choć podczas obchodu znaleźli się w pokoju, który kiedyś musiał należeć do dziecka. Znajdowała się w nim kołyska, łóżeczko z baldachimem, regały wypełnione maskotkami. Istniała jeszcze jedna możliwość – maleństwo mogło spać z rodzicami, dlatego pokój stał pusty. Lecz było to mało prawdopodobne, gdyż cały dom wypełniało zło i smutek. W tym małym pokoju znajdowało się największe skupisko smutku i zła, ze znaczną przewagą pierwszego uczucia. Wiele łez widziały te ściany, tego Zygmunt był pewien.

Sypialnia kobiety i mężczyzny usytuowana była w prawej części budynku. Niewielki metraż przesycony był zapachem kobiecych perfum. Choć dusze są pozbawione zdolności odczuwania zapachów, mogą się nauczyć je dostrzegać poprzez kolory. Umarli mają wrażliwe źrenice, widzą znacznie więcej niżeli mogli dostrzec za życia. Kobieta użyła perfum o zapachu jaśminu, świadczyła o tym różowa mgiełka unosząca się w powietrzu.

Ciemność rozjaśniało delikatne światło małych żarówek, wmontowanych w każdą półkę regału z kryształami. Szkło, jeśli stało blisko krawędzi, potęgowało efekt oświetlenia. Młoda i stara dusza rozglądały się po pokoju. Ściany przyozdabiały obrazy malarzy, zapewne współczesnych twórców. Zresztą wszystko, co znajdowało się w pomieszczeniu, miało ścisły związek z teraźniejszością. Zygmunt szukał choćby cienia czasów minionych, jakiejś cząstki dawnej kultury. Dom skrywał w sobie wiele starych artefaktów, lecz sypialnia nie opiewała w żaden z nich. Za sprawą właścicieli pozbawiona przeszłości, za przyczyną dusz – przyszłości.

Jedną ze ścian w całości pokrywała rozsuwana szafa z wielkim lustrem. Zygmunt wpatrywał się w jego powierzchnię. Miał cichą nadzieję – jak za każdym razem gdy spoglądał w cokolwiek, co było zdolne odbić przeciwległy obraz – zobaczyć swoje oblicze. Bardzo był ciekaw tego, jak wygląda, zastanawiał się, czy przypomina starca, którym był w momencie śmierci, czy też może odzyskał rysy nastolatka. Widział wiele rzeczy odbitych przez taflę szkła – regał z kryształami, wielki obraz przedstawiający nagą kobietę, wiszący tuż za nimi, lecz nie dostrzegał ani siebie, ani Łukasza.

Odwrócił wzrok od tafli szkła, zbliżył się do łóżka. W czerwonej pościeli spał mężczyzna, po drugiej stronie kobieta. Byli zwróceni do siebie plecami, z ciałami umiejscowionymi na skrajach łóżka. Zygmunt wyczuł siłę odpychającą ich od siebie. Pomiędzy dwoma ciałami dało się wyczuć niechęć, odrazę, lecz najbardziej wyczuwalna była nienawiść, jaką kobieta wysyłała każdą cząstką siebie w stronę mężczyzny. Zygmunt podszedł do niej. Spojrzał najpierw na nią, później na stolik – na blacie, obok lampki nocnej, leżała obrączka. „Wiec mamy do czynienia z małżeństwem”, pomyślał.

Przyglądał się kobiecie z udawanym spokojem, trudno było mu opanować drżenie rąk. „Jest taka podobna…”, urwał myśl w połowie. „To niemożliwe, to nie ona”, dopowiedział. Zmęczone rysy twarzy kobiety wskazywały, że ma za sobą ciężki dzień, ciężki tydzień. Ale równie dobrze całe jej życie mogło być wielkim bagażem trosk, co w opinii Zygmunta było wielce prawdopodobne. Na delikatnej skórze lica malował się smutek, nawet sen nie przynosił jej ukojenia. Wyglądała na znacznie starszą niżeli była w rzeczywistości. Zygmunt na podstawie skóry na szyi ocenił jej wiek na trzydzieści lat. Natomiast ułożenie brwi, układ ust, podkrążone oczy z nienaturalnymi zmarszczkami wokół nich wskazywały na czterdzieści, czterdzieści pięć wiosen na karku. Jednakże Zygmunt wiedział, że skóra nigdy nie kłamie. Zauważył także, że poduszka była mokra od łez.

Zygmunt pogładził dłonią włosy kobiety. Ta poruszyła nieznacznie głową, niewątpliwie za sprawą dotyku. Pochylił się nad nią, zatrzymał usta tuż przy jej uchu, po czym zaczął szeptać, nie przestając głaskać blond włosów.

– Dlaczego płakałaś? – zapytał.

Nagle twarz kobiety przybrała inny wyraz, łzy poczęły wylewać się zza zamkniętych powiek. Słowa przerywane łkaniem zaczęły wypływać z drżących ust.

– Moje dziecko…

– Co z nim? Nie ma go tutaj.

– Ono nie żyje. Moja mała córeczka…

– Wszystko będzie dobrze, teraz uspokój się. Najdalej jutro spotkasz się ze swoją córeczką. Obiecuję, że tak się stanie.

Zygmunt cofnął dłoń, zaś kobieta, zupełnie już odmieniona na twarzy, zapadła w głęboki sen. Uśmiech przeobraził ją w prawdziwie piękną kobietę, skóra wokół oczu wygładziła się – zmarszczki znikły. Zdało się obu duszom, że powróciła do czasów, gdy żyła jej córka.

– Ona już od dawna chce umrzeć – rzekł Zygmunt. – Od bardzo dawna. Umarła z chwilą utraty dziecka.

– Zupełnie jak ty niegdyś, gdy straciłeś ukochaną kobietę.

– Masz rację, przyjacielu. Teraz musimy dowiedzieć się czegoś o mężczyźnie.

– Czy będziesz rozmawiał z nim, jak z tą kobietą?

– Nie, z nim nie da się rozmawiać. Jego serce jest przepełnione złem. To zło płynie w jego żyłach wraz z krwią, karmiąc niegodziwością każdą komórkę jego ciała. Jako umarli, możemy rozmawiać z żywymi wyłącznie podczas ich snu. To pierwsza zasada. Drugim czynnikiem jest natura człowieka – musi mieć czyste serce, mówiąc krócej – być dobrym. Dlatego możemy rozmawiać z każdym dzieckiem, one posiadają nieskazitelnie czyste serca, bez wyjątku. Natomiast dorośli nie zawsze. Z tym człowiekiem na pewno nie porozmawiamy. Musimy go obudzić, wtedy przekonamy się, jaki jest naprawdę.

Zygmunt cofnął się do regału z kryształami, wyciągnął rękę ku najwyższej półce, pochwycił dłonią wielki półmisek i bezceremonialnie strącił go na podłogę. Grube szkło nie zdołało oprzeć się twardemu podłożu. Z chwilą zderzenia z podłogą naczynie rozpadło się w drobny mak. Towarzyszył temu potępieńczy hałas – porwał on ciszę nocną w swe szpony, rozdarł na strzępy, po czym odrzucił w najdalszy kąt.

Zygmunt nie okazywał najmniejszych oznak zdenerwowania. Był opanowany, jak gdyby robił to już setki razy. Łukaszowi los nie oszczędził nerwów, był niespokojny, coś na kształt tremy wprowadzało burzowe chmury w jego myśli. Jednakże było też coś, co łączyło z sobą obie dusze. Oczekiwanie. Stali w miejscu, mniej i bardziej cierpliwie wyglądali dalszego rozwoju wydarzeń.

– Co to, kurwa, było? – krzyknął mężczyzna. Ciskał przekleństwami już z chwilą otwarcia powiek. Nim zeskoczył z łóżka na podłogę, wyrzucił z siebie całą serię obelg. Strach narastał w mężczyźnie, a każde przekleństwo było tego świadectwem. Biegiem rzucił się w stronę włącznika światła. Uderzywszy w niego pięścią, rozświetlił wszystkich pięć żarówek żyrandola. Intensywne światło poraziło blaskiem jego rozespane źrenice. Wściekle mrużył oczy, żałował, że nie zapalił nocnej lampki – jej światło byłoby bardziej przyjazne. Prócz hałasu, przeklinał jeszcze ten gwałtowny przypływ adrenaliny, nakazujący mu działać szybko i stanowczo, lecz także i bezmyślnie.

Kobieta wybudzała się powoli, jakby już nic i nigdy nie było w stanie wprowadzić do jej serca strachu. Powoli odrywała głowę od poduszki, równie leniwie otwierała powieki. Charakteryzował ją spokój, który wobec gwałtu dokonanego na ciszy nocnej nie powinien mieć racji bytu. Gdzieś poza światem realnym przebywały jej myśli. W zasadzie całe wnętrze kobiety – dusza, serce, uczucia skrywane przed światem – wybyło gdzieś daleko, nie tylko poza mury tej sypialni, czy też za ogrodzenie domu, lecz poza granice normalności, gdzie dla niej normalność stanowiła przemoc, jakże często wymierzona w jej osobę. Tylko ciało, obojętne na otoczenie, słuchało przekleństw ciskanych przez męża – obce, dalekie, na równi znienawidzone z barwą głosu, włosami, zapachem, dłońmi co dzień kładącymi się na jej ciele. Patrzyła, jak ten obcy i daleki mężczyzna, tak dobrze jej znany, miota rękoma niby wróbel skrzydłami, gdy pragnie wzbić się w powietrze. Oczy miał zaczerwienione, jakby ta złość doprowadziła do wrzenia jego krew. A cały ambaras wywołał rozbity kryształ. Śmiała się głośno, już nie w duchu wyrażała swoje rozbawienie. Miała w nosie ten kryształ, gdzieś tego mężczyznę.

Czuła się dziwnie, ten spokój, którego nic i nikt nie był w stanie zakłócić sprawiał, że była szczęśliwa. Od dziesięciu lat nie zaznała odrobiny szczęścia. Z chwilą, w której umarła jej córeczka, nie próbowała szukać ani szczęścia, ani spokoju. Śmiała się nie tylko z męża i jego bezsensownej złości. Śmiała się jak ktoś, kto przez zupełny przypadek znalazł coś, o istnieniu czego już od dawna nie pamiętał, co zgubił całe wieki temu, i choć to coś powinno być mu niezbędne do życia, nauczył się istnieć bez tego. A teraz śmieje się, pytając siebie, jak dał radę żyć bez tego, jak mógł zapomnieć o tym, jednocześnie mając pewność, że to coś będzie już zawsze przy nim.

Zanim dźwięk tłuczonego szkła i przekleństwa męża obudziły ją, spała, tego była absolutnie pewna. Nikt nie mógł jej niczego obiecać, a pomimo tego każdą cząstką siebie – przesadnie przygładzonymi włosami, myślą, każdym calem skóry i włosem z niej wyrastającym, wyczuwała złożoną obietnicę.

Dotknęła okolic oczu, były mokre od łez. Odnalazła ich ślady także na policzkach. Płakała, co często się jej zdarzało w przeciągu ostatnich dziesięciu lat, lecz nie pamięta, by kiedykolwiek płakała przez sen. Tak, tego była absolutnie pewna. Łza zabłąkana na rzęsie opadła, gdy gwałtowniej mrugnęła powieką, i wpadła wprost w otwartą dłoń, opartą na kolanie. Przestała się śmiać, dłoń przycisnęła do piersi. „Nie będę już więcej płakać”, pomyślała. Dziwne przeczucie podpowiadało jej, że właśnie tak już będzie, że ta łza zamknięta w dłoni jest ostatnim namacalnym dowodem smutku. Nie będzie już łez, nie będzie już smutku, jak i czegoś jeszcze, czego w tamtej chwili nie potrafiła sprecyzować, lecz wiedziała, że dokonanie niewiadomej to tylko kwestia czasu, krótkiego czasu.

– O co robisz tyle hałasu?! O głupi kryształ?! Stać cię na całą fabrykę tego gówna, a ty lamentujesz nad jednym… – kobieta nie dokończyła zdania. Mężczyzna dopadł do niej, wymierzył siarczysty policzek. Głowa kobiety przekręciła się w prawą stronę, jednakże ani siła ciosu, ani ból, który musiał mu towarzyszyć, nie zrobiły na niej najmniejszego wrażenia.

Wiele razy była bita, lecz nigdy nie zdołała przyzwyczaić się do razów. Zawsze posłusznie przyjmowała każdy cios, nie podnosząc głowy, łkając niemo. Jednakże tamtego wieczoru podniosła głowę, z dumą spoglądając w twarz oprawcy. W jej oczach nie można było odnaleźć choćby śladu strachu. Nawet nienawiść, uporczywie żywiona i pielęgnowana przez wszystkie lata małżeństwa, gdzieś się ulotniła. Tylko cicha pretensja z przeszłości, skrywana przez dziesięć lat, urastała z wolna w jej gardle. Gdy owa pretensja osiągnęła rozmiar, którego już nie dało się utrzymać w sobie, zaczęła krzyczeć. Lecz nawet ten krzyk był pozbawiony złości, gdyż nią wcale nie był – cicha pretensja musiała w końcu stać się głośnym wyrzutem.

– Wiem, że to ty ją zabiłeś! Ona nie spadła łóżka! To ty ją skatowałeś! Ty gnoju! Policja też o tym wiedziała! Sąd także! Ty skurwielu, gdyby nie twoje pieniądze, gniłbyś teraz w pierdlu, co noc posuwany w dupę!

– Zaraz pokażę tobie, kto kogo posunie w dupsko!

– Widzisz, ona już nie chce żyć, a on na życie nie zasługuje. Trafiliśmy do właściwego domu – rzekł Zygmunt.

Stara dusza beznamiętnie wpatrywała się w scenę gwałtu. Jeśli gdzieś dotykał Zygmunta ten potworny obraz, to musiało dziać się to głęboko w jego wnętrzu – tam, gdzie nie dosięgał wzrok Łukasza. Natomiast Łukasz rwał się, by pomóc kobiecie. Próbował chwycić mężczyznę, lecz okazało się być to nadaremnym wysiłkiem – jego ręce nie były zdolne zatrzymać się na jakiejkolwiek części ciała żywego człowieka.

– Możemy dotykać ludzi gdy śpią, wyłącznie dotykać – rzekł Zygmunt.

– Ale ty zwaliłeś kryształ z półki.

– Owszem, ale wyłącznie dlatego, że to martwy przedmiot. Nie mógłbym nim rzucić. A żeby nauczyć się przesuwać przedmioty potrzeba wielu lat treningu – Zygmunt podszedł do Łukasza, położył rękę na jego ramieniu.

– Gdy zaśnie, uduszę go.

– Nie dasz rady. Prędzej sam zginiesz z wyczerpania. Poza tym nie odstąpię ci kobiety, ona jest moja. Jeśli chcesz umrzeć, twoja sprawa. Ale pamiętaj, że w czasie snu możesz go uśmiercać tyle razy, ile tylko zechcesz, aż do świtu – wystarczy, że wkradniesz się do jego  snu.

– Jeśli tylko zechcę, on może umierać choćby i tysiąc razy?

– Jeśli starczy tobie nocy, tak.

Tajemniczy uśmiech zagościł na twarzy młodej duszy, która wycofała się pod regał z kryształami. Łukasz wciąż był niespokojny, lecz już znacznie mniej porywczy.

– Teraz musimy poczekać, aż to się skończy i zasną. Scena, która rozgrywa się na naszych oczach nie ma nic wspólnego z miłością. Jest to wyłącznie brutalny akt przemocy, zniewolenia, upokorzenia.

– Mężczyznę spotka zasłużona kara – wtrącił Łukasz. – Właściwie dlaczego wspominasz o czymś tak oczywistym?

– Obrałem sobie zły wstęp dla przemowy. Wybacz. Może zacznę zupełnie inaczej. Za życia, a zwłaszcza pośród niekończącej się tułaczki umarłego, napatrzyłem się na miłość ciała, na zaspokojenie zwierzęcych potrzeb. Nawet nie zwierzęcych, nie można ubliżać zwierzętom, do bezmyślnego obcowania popycha je natura, potrzeba przedłużenia gatunku. Tymczasem ludzie parzą się z sobą z czystej potrzeby chuci. To jest straszne.

Kochałem kiedyś, kochałem jak nikt wcześniej, kochałem jak nikt później. Kochałem tak mocno, że gdyby miłość dawała władzę, rządziłbym światem. Lecz miłość jest jak człowiek uzbrojony w kij, stojący naprzeciw człowieka dzierżącego topór – człowiek z toporem jest uosobieniem życia. Jak myślisz, kto wygra, gdy tych dwoje zetrze się z sobą? Miłość przeważnie przegrywa w starciu z życiem. A jeśli miłość okazuje się jakoś walczyć z życiem, mieć nad nim przewagę, z chwilą śmierci ukochanej osoby zdajesz sobie sprawę z jej bezużyteczności.

Ona umierała na moich rękach. Ostatnie jej spojrzenie było utkwione we mnie. Z jej ust scałowałem ostatnie tchnienie życia. Rodzina miała ją wydać za mąż za jakiegoś szlachcica. Była piękną kobietą, niejeden gotów był oddać za nią życie.

Zmarła na zapalenie płuc. Kilka dni przed ślubem wybiegła z domu. W największą ulewę błąkała się po ulicach, dopóki deszcz nie przestał padać. Przyszła do mnie by umrzeć, a ja nic nie mogłem zrobić, jak tylko czuwać przy niej. Miłość ukoiła jej cierpienia, pozwoliła zachować trzeźwy umysł pomimo wysokiej gorączki. Umierała, lecz w przekonaniu, że wiodła w pełni szczęśliwe życie. Była blisko mnie po sam kres życia, zupełnie tak, jak przyrzekła, będąc już pewną wielkiej miłości, jaka połączyła nasze istnienia na dwa lata przed ową tragedią.

– Nie mogliście uciec?

– Nie. Czasy były wtedy inne. Stanowisko rodziny było rzeczą świętą, a zwłaszcza wola ojca. Nie do pomyślenia był sprzeciw, jakąkolwiek formę buntu skórzany pas dusił w zarodku. Zresztą kiedyś wychowywano dzieci w atmosferze posłuszeństwa i czci.

– Ona jednak sprzeciwiła się.

– Tak, postawiła na swoim i zapłaciła za to najwyższą cenę, której była świadoma od samego wyjścia z domu w ten ulewny wieczór. Nie mogła inaczej postąpić, jak zbuntować się i umrzeć.

Zawsze była wielce pomocna i życzliwa. Nigdy nie zazdrościła, uśmiech tylko w przypadku wyjątkowych nieszczęść schodził jej z twarzy. Przez te wszystkie lata w mojej pamięci zatarło się wiele obrazów, wiele twarzy straciło wyraz, nawet moje własne oblicze. Dzięki imionom, tej szczątkowej tożsamości, nie stały się one mglistym wspomnieniem. Zapomniałem wiele, jednak jej twarz, każde słowo, wspomnienia z nią związane, to wszystko żyje we mnie, w tym martwym sercu, które nigdy nie nauczyło się jej nie kochać, choć uparcie tego próbowało.

Zapadło milczenie, pełna rozpaczy cisza, o sile zdolnej przyćmić każdy dźwięk, każdy kolor i obraz. Tym, co w tamtej chwili przesłaniała, był akt okrucieństwa rozgrywający się na oczach dusz. Jednocześnie ta sama cisza zdawała się opowiadać nieszczęśliwe dzieje Zygmunta. Niemy narrator oddawał cały tragizm dopiero co opowiedzianej historii. Cisza nagle przerwała swą opowieść. W jednej sekundzie świat z powrotem nabrał właściwych kolorów, widziane obrazy przestały być zniekształcone, stały się wyraziste, dźwięki we właściwej formie dobiegały do uszu obu dusz. Ponownie mieli przed oczyma kobietę zaciskającą zęby na poduszce, bierną wobec okrucieństwa, a jednak w jakiś sposób górującą nad nim. Słyszeli sapanie mężczyzny, widzieli twarz oblaną czerwienią zmęczenia.

– Po zabiciu człowieka przeżyjesz miesiąc. Po upływie tego czasu musisz zabić następnego. Gdy nastanie świt, rozstaniemy się, zbyt długo wędrowałem sam, twoja obecność mi ciąży. Jestem typem samotnika, a ty jesteś pierwszą duszą, z którą rozmawiam tak otwarcie, a to mnie martwi. Może i dusza, jak żywe ciało, starzeje się, może jestem już zbyt zgorzkniały na towarzystwo. Dzięki tobie wyrzucam z siebie cały żal, wszystkie bolączki serca. Jest mi z tym dobrze, już dawno zapomniałem, jak oczyszczająca może być rozmowa. Zaczynam też dociekać przyczyn mojej niechęci do jakiegokolwiek towarzystwa, jak i powodów wylewności. Nie chcę znać przyczyny tego stanu, gdyż może się okazać, że rzeczywiście jestem już stary. Im dłużej będziesz przy mnie, tym intensywniej będę doszukiwał się tego źródeł. Już raz byłem stary. Ciesz się, że nie zaznałeś zniedołężnienia ciała i umysłu. Wolę żyć w niewiedzy.

Zanim na powrót stanę się zgorzkniały, zanim ponownie zamknę w sobie wspomnienia, nim ukryję je przed światem, przed tobą, pozwól, że jeszcze o czymś tobie opowiem. Na pewno wiesz czym jest dżuma, chyba nie muszę opisywać tej straszliwej choroby. Byłem świadkiem wielkiej epidemii dżumy. W tamtym okresie pochłonęła ona miliony istnień, zarówno żywych, jak i umarłych. Byłem już wtedy martwy, widziałem ogrom tragedii po obu stronach życia. Setki trupów leżały na ulicach. Dzieci obejmowały martwych rodziców w nadziei, że to tylko sen zmorzył ukochaną mamę, ukochanego tatę. Patrzyły na wykrzywione cierpieniem twarze, czekały całymi dniami na wybudzenie rodzica, aż w końcu śmierć przychodziła i po nie. W tym samym czasie dusze rodziców bezskutecznie próbowały objąć dzieci, z rozpaczą patrzyły na ich powolne umieranie. Całe ulice były wyściełane ciałami, żywi musieli stąpać po ciałach w mniej lub bardziej zaawansowanym stopniu rozkładu. Gnijące mięso przywierało do bosych stóp, obrzydliwy widok. Dziękuję, nie wiem komu, za to, że dusze  nie mogą wyczuwać zapachów, lecz mogłem sobie wyobrazić ten potworny smród. Przebywałeś kiedyś w pobliżu padliny? Jeśli tak, to pomnóż ten odór razy tysiąc. Miasta, wsie, spowijała zielona mgła, najstraszliwszy kolor, jaki w życiu widziałem. Zielona mgła to nic innego, jak odór rozkładających się ciał, widmo tragedii, która zdawała się nie mieć końca. Dżuma była niczym krwiożerczy potwór, którego głód wydawał się być nie do zaspokojenia. Patrząc na ten cały ogrom nieszczęść, odnosiłem wrażenie, że mgła ustąpi dopiero, gdy cała ludzkość padnie trupem.

Widziałem umierających ludzi, a później te same twarze konające po raz drugi. Dżuma zbierała okrutne żniwo. Kładła pokotem całe rodziny, wsie, miasta. Nie było żywych, którzy mogliby pielęgnować pamięć o zmarłym. Umierali żywi, umierały dusze. Podwójna tragedia, nie sądzisz?

Do dziś nie potrafię powiedzieć, która śmierć – żywego człowieka, czy też jego duszy – była bardziej okrutna. Ludzie jeszcze za życia ulegali rozkładowi, bardzo cierpieli. Natomiast po śmierci ich oblicza były przepełnione strachem, może nawet to nie był strach, a coś o wiele gorszego – nigdy wcześniej, ani później, nie widziałem czegoś podobnego. Dusze wyglądały tak, jakby doświadczały większego bólu niżeli podczas powolnego umierania za życia. Cierpieli zwłaszcza dorośli, po jednej, jak i po drugiej stronie. Patrzyli z boku na cierpienie swoich dzieci, najstraszniejszym dla człowieka, i dla duszy, jest oglądanie śmierci własnego dziecka, a jeszcze gdy dochodzi do tego tak okrutna śmierć… – Zygmunt głośno westchnął. – Nie mogę dalej o tym mówić. Pozostaję całkowicie bezsilny wobec tego wspomnienia.

Próbowałem pomóc duszom, lecz nie mogłem zrobić nic. Jeszcze wtedy nie wiedziałem wiele o życiu po śmierci, o walce o przetrwanie. W zasadzie to dżuma nauczyła mnie najwięcej o życiu po śmierci.

Gwałt dobiegł końca. Mężczyzna leżał po swojej stronie łóżka. Żyły na jego szyi uwydatniało podwyższone tętno, przyśpieszony oddech nie dawał się ujarzmić. Oczy miał zamknięte, usta na wpół otwarte. Niebawem zmęczenie miało wziąć górę nad ciałem, wciąż wyraźnie pobudzonym. Zaś jego umysł, już zupełnie odrętwiały, zapomniał, z jakiej przyczyny doświadczył gwałtownej pobudki.

Kobieta nie od razu ułożyła się do snu. Udała się do łazienki. Długo zmywała z siebie pot mężczyzny, każdy fragment skóry, jakiego poważył się dotknąć, szorowała aż do zaczerwienienia – w niektórych miejscach pojawiła się krew. Krocze oczyściła z nasienia. Koszulę nocną, splamioną potem męża, spermą i śliną, wyrzuciła do kosza na śmieci. Nagie ciało okryła dopiero w sypialni. Mężczyzna już wtedy spał.

Ugniatała poduszkę, wygładzała pościel, czego nie miała w zwyczaju robić, gdyż przeważnie kładła się i po prostu zasypiała, bądź próbowała zasnąć. W tamtej chwili przypominała ptaka wijącego gniazdo. Ptaka, który jest już za stary, by znosić jaja i wychowywać potomstwo, za stary, by dalej żyć. Zygmunt słyszał o gatunku nielota, zamieszkującego Australię, który pod koniec życia wije dla siebie pośmiertne gniazdo. W nim ostatni raz pokłada się do snu, w nim też umiera samotnie. Kobieta w swych poczynaniach bardzo przypominała tego ptaka.

Zygmunt próbował odnaleźć na jej twarzy piętno gwałtu. Zarówno twarz, jak i ciało było pozbawione śladu cierpienia i przemocy. Wesołość przebijała się poprzez każdy gest, spojrzenie utkwione w ścianie, tudzież innej części pokoju. Zygmunt przeczuwał, że nawet gdyby poinformował ją o tym, że to posłanie będzie jej ostatnim – łożem, na którym spotka śmierć, i to w dodatku nim słońce w pełni wzejdzie – nie rzuciłby tym cienia smutku na tę wesołość.

– Skup się teraz. Myśl tylko o mężczyźnie, a po chwili znajdziesz się w jego śnie. Nie miej wyrzutów sumienia, one są tylko zbędnym balastem obydwu żywotów. Widziałeś przecież, co zrobił tej kobiecie. Zniszczył jej życie, zabił własną córkę. On, jak mało kto, zasługuje na śmierć. Skup się i zgotuj mu najokrutniejszy koniec żywota, jaki mogłaby zrodzić ludzka wyobraźnia. Pamiętaj, że w jego głowie to ty jesteś panem snu, możesz zrobić wszystko, absolutnie wszystko.

Zygmunt nie miał pewności, że Łukasz właściwe wprowadzi w życie pośpiesznie wykładaną naukę. Nigdy z nikim nie dzielił się swoją wiedzą. Sam szybko potrafił wkraść się w marzenia senne śpiących ludzi, ale czy właściwie przekazywał to, co w sposób instynktowny powtarzał każdego miesiąca, przez kilkaset lat?

Łukasz wypiął pierś do przodu, jak gdyby nabierał powietrza w płuca. Wyimaginowany oddech dodał mu animuszu. Wszystkie myśli nakierował na mężczyznę. Wielkie skupienie ułożyło mięśnie twarzy Łukasza w wyraz iście stoicki. Przymknął powieki, a gdy je otworzył, był już we śnie mężczyzny.

Łukasz znalazł się w ogromnej komnacie starożytnego zamczyska. Pośrodku niej stało wielkie łoże, otoczone przez dwadzieścia dziewięć kobiet – wszystkie były nagie. Chude, pulchne, czarne, żółte, białe, latynoski. Blondynki, rude, brunetki. Każda z nich piękna na swój sposób. Na przykład ruda miała włosy przypominające żywe płomienie i bladą skórę, jak kartka papieru. Murzynka nosiła na głowie dredy, była uposażona w bujne piersi i ogromne pośladki. U każdej z kobiet Łukasz odnajdywał coś tak wielce urzekającego, że gdyby miał określić, która podoba mu się najbardziej, której pragnie ponad wszystkie, stałby niezdecydowany, błądząc oczyma po piersiach, pośladkach, udach, zaglądając głęboko w oczy, dotykając każdej z osobna, zastanawiając się, której nadałby miano najpiękniejszej. Noc dobiegłaby końca, nim którakolwiek z kobiet wysunęłaby się choćby na milimetr przed szereg, w którym zostałyby ustawione dla lepszego porównania. Takie właśnie były kobiety – każda inna, a jednocześnie tak samo urzekająca, jak reszta.

Łukasz podszedł bliżej zamkniętego przez kobiety kręgu – dłońmi utorował sobie miejsce między pulchną pięknością, o ogromnych szmaragdowych oczach, a szczupłą Azjatką drobnych kształtów. Uzyskał wgląd na łoże, które było ośrodkiem centralnym snu.

Przeraźliwie chuda blondynka siedziała okrakiem na mężczyźnie. Pod dyktando miłosnego uniesienia oddawała swoje biodra – poruszała nimi delikatnie, bezustannie kołysząc się w przód i w tył. Była niczym zbuntowana fala na spokojnym morzu, która wbrew wszechobecnej spokojnej toni naznacza swoją obecność. Blondynka z każdym ruchem zdawała się być bliżej spełnienia – twarz jej zmieniała się z każdym zagłębieniem członka w rozpalonym łonie.

Ani mężczyzna, ani kobieta  nie zauważyli Łukasza. Fakt bycia przez nich niedostrzeżonym dawał młodej duszy szeroki wachlarz iście hucznego oznajmienia swojej obecności. Czekał więc na chwilę, w której będzie mógł zaskoczyć mężczyznę w sposób najpodlejszy – długo nie trzeba było mu czekać na jej nadejście.

Plecy kobiety wygięły się w łuk, uda zesztywniały, zaś z jej twarzy biła namiętność w najczystszej postaci – Łukasz w całym swoim żywym życiu nie widział tak intensywnego i jednocześnie tak długiego orgazmu. Mężczyzna w swojej ekstazie był tylko o krok za blondynką. Uderzał coraz mocniej w rozchylone uda kobiety, lekko uniesione wskutek paraliżującej rozkoszy. Gdy zdawało się, że za kilka sekund i mężczyzna doświadczy niedających się opisać rozkoszy, Łukasz wsunął dłonie pod pachy blondynki i ściągnął ją z nabrzmiałego członka. Na blondynce nie wywarło to najmniejszego zaskoczenia, dalej przeżywała swój orgazm – sztywną, drżącą, odrzucił na dalszą część łoża.

Pierwszą reakcją mężczyzny było zdziwienie. Gdy już nieco oswoił się z sytuacją, zaskoczenie przerodziło się w złość. Z szeroko otwartymi oczyma poderwał się z łoża, wlepił w intruza pełne nienawiści spojrzenie, a gdy usta wykrzywione poprzez złość zaczęły się rozchylać, głos zabrała młoda dusza.

– Moje drogie panie, możecie odejść, lecz nie odchodźcie za daleko, będziecie jeszcze potrzebne tej nocy, ale tym razem to ja was wezwę. Tymczasem zajmijcie się sobą, nie chcę byście były zimne, gdy ponownie się do was zwrócę.

Kobiety oddaliły się w najdalszą część komnaty. Rozpoczęła się orgia, prawdziwe święto kobiecych żądz. Rozchylały się uda, ukazując nabrzmiałe kobiece łona. Przywierały do nich usta, języki błądziły dookoła nich. W wypiętych pośladkach niknęły palce. Jęki rozkoszy wypełniły komnatę, Łukasz musiał podnieść głos, by mężczyzna mógł go wyraźnie posłyszeć.

– A teraz, podły skurwysynie, zabawisz się ze mną, wyłącznie na moich warunkach. To w co się pobawimy? Mógłbym tym paniom kazać pożreć cię żywcem. Tak, właśnie tak mógłbym uczynić. Zostawiłbym tobie oczy, byś mógł patrzeć, jak będę je wszystkie po kolei pierdolił. I wiesz co? To jest całkiem dobry pomysł!

Łukasz dmuchnął mężczyźnie w twarz, lecz nie miało to nic wspólnego z oddechem, bo czy oddech mógłby wyrywać drzewa z korzeniami? A taką właśnie mocą dysponowały we śnie płuca Łukasza. Podmuch odrzucił mężczyznę, który zatrzymał się dopiero na ścianie. Przywarł do niej całą tylną częścią ciała. Łukasz wstrzymał oddech, mężczyzna powoli osuwał się w dół, lecz nie było mu dane opaść na kamienną posadzkę. Ze ściany wyrosły cztery upiorne dłonie – długie, pomarszczone palce uzbrojone w ogromne lwie pazury. Dwie dłonie pochwyciły ręce mężczyzny, kolejne dwie każdą z kończyn. Pazury zagłębiły się w spanikowanym ciele, po czym dłonie rozciągnęły członki do momentu, w którym rozległ się rozpaczliwy trzask stawów. Byłyby dalej ciągnęły, każda w swoją stronę, lecz Łukasz stanowczo powstrzymał je od rozerwania mężczyzny na pomniejsze kawałki.

– Wystarczy! – rozkazał dłonią. Następnie zwrócił się do kobiet. – Moje drogie panie, przerwijcie, proszę, lizanie cipek, wyjmijcie z nich paluszki. Zapewne zgłodniałyście, stąd ta zachłanność języków. Możecie zjeść tego oto pana – wskazał palcem na ścianę z zawisłym na niej mężczyzną. Kobiety bezzwłocznie rzuciły się we wskazaną przez Łukasza stronę.

– Trzy z was zostają ze mną, ja również jestem głodny, ale waszych wdzięków. Zdecydujcie same, które to będą.

Trzy kobiety spowolniły rozpędzone nogi. Była to przeraźliwie chuda blondynka, smukła żydówka, z burzą czarnych loków na głowie i garbatym nosem oraz latynoska z jędrnymi piersiami, wielkimi pośladkami, z twarzą przyozdobioną uśmiechem godnym anioła. Trzy kobiety, nie czekając na polecenie Łukasza, udały się w stronę łóżka, wdrapały na posłanie i ułożyły swe ciała w lubieżne pozy. Pozostałe dwadzieścia siedem, niczym psy myśliwskie z lisa, darło skórę z mężczyzny. Gdy na jego ciele nie pozostał najmniejszy skrawek skóry, szczęki poczęły zaciskać się na odkrytych mięśniach. Kobiety naprężały przy tym karki, wysiłek uwydatniał każdą z żył na szyi i twarzy, rękoma zapierały się o posadzkę, o ścianę, szarpały dopóty, dopóki kawał mięsa nie oderwał się od ciała mężczyzny. Łapczywie przeżuwały ociekające krwią kęsy, nierzadko jeszcze drżące. Z każdej rany obficie lała się purpurowa ciecz, a jedną wielką raną był już cały mężczyzna. Krwi wciąż przybywało, zalała całą posadzkę – Łukasz, zmierzając w kierunku kaźni, brodził w niej po kostki.

– Oszczędźcie oczy, chcę by widział, jak mnie zaspokajacie. Czeka nas długa noc – Łukasz uśmiechnął się chytrze do mężczyzny, jego cierpienie było dla młodej duszy wielką przyjemnością, orgią zmysłów. W owej chwili już wiedział, że te wszystkie kobiety nie sprawią mu równie wielkiej uciechy, jak strach i ból przedzierający się przez błagające o litość spojrzenie mężczyzny.

Łukasz skierował się w stronę łoża. Trzy kobiety widząc, że patrzy na nie, wypięły w jego stronę pośladki. Mniej więcej w połowie odległości dzielącej łoże od ściany, przystanął. Nie odwracając się za siebie, przemówił:

– Gdy już obgryzą cię do kości, na nowo obrośniesz w ciało. I tak wkoło, aż do wschodu słońca!

 

Zygmuntowi długo przyszło czekać na opadnięcie kobiecych powiek. Cierpliwie wpatrywał się w twarz wtuloną w poduszkę, źrenicami pełnymi zachwytu wyłapywał każdy ruch tylko z pozoru niespokojnego ciała. Kobieta zamykała oczy, potrafiła przez całą minutę chować je za kurtyną powiek, po czym otwierać nagle. Można by rzec, że igrała ze snem, bawiła się w kotka i myszkę – raz będąc kotem i ścigając sen, który akuratnie na ten czas przybrał postać myszy, chwilę później samemu będąc myszą.

Czekanie nie nudziło Zygmunta. Upajał się  radością kobiety, nierozumieniu przez nią nagłego jej przypływu i poniechaniu szukania jego przyczyn. Była szczęśliwa, to jej w zupełności wystarczało. Starą duszę radował jeszcze jeden fakt, a było nim wielkie poruszenie, układające twarz mężczyzny w nienaturalny grymas. Walczył on ze snem – Zygmunt gołym okiem mógł zmierzyć wszystkie wysiłki, jakie wkładał w bezskuteczne próby  wybudzenia się z koszmaru.

– Mam nadzieję, że teraz bardzo cię boli – pomyślał Zygmunt.

Kobieta rozespała się na dobre. Twarz jej była pełna spokoju – górna powieka dotykała delikatnie dolnej, rozchylone usta ze świstem porywały małe hausty powietrza. Zygmunt podszedł bliżej, pochylił się nad kobietą, na bok odsunął grzywkę okalającą czoło, ucałował odsłoniętą skórę.

– Dziękuję – usłyszał w odpowiedzi na niemy gest współczucia i zrozumienia.

– Jesteś takim samym człowiekiem, jakim ja byłem za życia. Jesteś taka spokojna. Zachowaj tego spokoju jak najwięcej, za chwilę się spotkamy.

Zygmunt utkwił spojrzenie w twarzy kobiety, zebrał swe rozbiegane myśli w jedną, skupiała się ona na spokojnym oddechu. Zamknął oczy, a kiedy ponownie je otworzył, stał już na łące w otoczeniu maków, rumianku i mleczu w pełni przekwitłego. Słońce świeciło wysoko, lecz niemrawe rzucało promienie w kierunku ziemi. Zygmuntowi na myśl przyszedł letni poranek.

Ruszył przed siebie, rosa osiadła na źdźbłach traw przenosiła się na jego spodnie. Z każdym krokiem w powietrze wzbijały się nasiona mleczu. Część z nich przywierała do okrycia nóg Zygmunta, lecz znaczną większość porywał delikatny wietrzyk. Wypatrywał kobiety, musiała być gdzieś tutaj, w końcu to jej sen. Szedł przed siebie, przystając czasem, by zerwać maku, rumianku – wybierał najpiękniejsze kwiaty. Natrafił także na róże. Uzbierało się kwiecia na duży bukiet, utrwalił go w jedno źdźbłami traw splecionymi w warkocz, którym związał łodygi.

Łąka zdawała się nie mieć końca, brnął przed siebie, wciąż nie mogąc odnaleźć kobiety. Mógłby ją przywołać, lecz nie chciał stać się panem jej snu, a jedynie jego częścią. Wspiął się na pagórek, wyrosły nagle spod ziemi. Na jego szczycie uzyskał wgląd na całą okolicę. Łąka obejmowała cały wyimaginowany świat. W oddali zauważył kobietę, zamajaczyła na horyzoncie, niewyraźna, niby mara, duch. Zygmunt zbiegł z pagórka, co sił w nogach zmierzał w jej stronę.

Stali naprzeciw siebie, dokładnie na wyciągnięcie ręki, i nawet ta bliskość nie zwróciła w stronę Zygmunta spanikowanych oczu kobiety.

– Szuka pani czegoś? – odezwał się Zygmunt.

Kobieta poderwała gwałtownie głowę, była wyraźnie zdziwiona obecnością Zygmunta. Niepewnie przemówiła.

– Szukam mojej córeczki, zgubiłam ją gdzieś i teraz nigdzie nie mogę jej znaleźć. Pomoże mi pan jej poszukać?

– Właśnie po to tu jestem.

– A nie śpieszy się pan na spotkanie? Trzyma pan przeuroczy bukiet kwiatów. Założę się, że da go pan pięknej kobiecie. Dawno nie dostałam kwiatów, pewnie przestałam być piękna – głos kobiety był pełen smutku i goryczy. Opuściła głowę chcąc ukryć zakłopotanie, utkwiła wzrok w ziemi.

– One są właśnie dla pani – Zygmunt zwrócił bukiet kwiatami ku niebu, podał go wprost w wyciągnięte z niedowierzaniem ręce. Kobieta przytuliła kwiaty do siebie, powąchała, i nim zdążyła podziękować za ten dar, wyraz prawdziwego szczęścia rozjaśnił jej twarz.

– Mam na imię Anastazja. Wie pan, jak ta księżniczka.

– Wiem. Jesteś równie piękna jak ona. Moje imię brzmi Zygmunt. Nie bój się o córeczkę. Jeszcze dziś się z nią zobaczysz. Możesz mi zaufać.

– Pana głos wydaje się być taki znajomy.

– Ktoś dzisiaj złożył tobie obietnicę, Anastazjo.

– Tak, teraz sobie przypominam. To był pan? Nie muszę pytać, to był pan.

– Jeszcze dziś zobaczysz swoją córeczkę, przyrzekam to tobie. Ona jest blisko, bez trudu ją odnajdziemy, ale najpierw musi być już po wszystkim.

– Po wszystkim?

– Podaj mi dłoń, przejdziemy się na długi spacer. Wszystko tobie wyjaśnię, wszystkiego nauczę. Jesteś taka podobna do…

– Do kogo?

– Podaj mi dłoń, będziemy mieli dużo czasu na rozmowy. Najważniejsze, byś nie bała się tego, co nadejdzie, byś nie bała się mnie, a wtedy ja już zawsze będę przy tobie…


Robert Kapczyński – Dusza ludzka

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 6 (#3 2017) kwartalnika Abyssos.

Varia

Spotkanie

472 Wyświetleń

W lesie panował względny spokój. Zima ustępowała miejsca wiosennej porze roku. Znikający powoli śnieg zwiastował rychło nadciągające ocieplenie. Za kilka tygodni zaczną pączkować pierwsze drzewa i krzewy. Wkrótce po nich wykiełkują pierwsze kwiaty. Na razie jednak krajobraz nagich pni oraz wiecznie zielonych iglaków był przykryty białym puchem. Tylko niekiedy widać było gołą i zamarzniętą ziemię w kolorze ciemnego brązu. Zwierzęta niechętnie wychylały się ze swoich nor, ale Reikwald żył.

Koń przystanął i parsknął kilkukrotnie targając łbem na boki. Para uleciała z jego chrap. Odziany w grube skóry i podbity futrem płaszcz mężczyzna poklepał wierzchowca po szyi nachylając się i szepcząc mu coś do ucha. Zerknął w stronę drzew – linii lasu wzdłuż której przejeżdżał kierując się traktem z Auerswald do Kemperbad.

– Co czujesz Moneta? – wychrypiał cicho – Co tam jest?

Sam również nadstawił ucha. Wielokrotnie się przekonał, że warto słuchać instynktu zwierząt. Lepiej dbają o swoje życie niż ludzie. Mężczyzna poprawił ręką pas przecinający pierś, a podtrzymujący podłużny pakunek przewieszony przez plecy. Chrząknął po chwili, splunął na ziemię patrząc jak ciepła flegma roztapia kupkę śniegu. Ciągle niczego nie słysząc uderzył lekko piętami w boki konia i ruszył powoli do przodu. Nie zamierzał jednak całkowicie ignorować przeczucia wierzchowca. Dłoń przez cały czas trwała na zapięciu pasa do którego przytroczony był oręż.

Tymczasem głębiej w lesie ciszę zakłóciły odgłosy pogoni. Chuda, wiotka istota biegła przez las. Starała nie oglądać się za siebie. Zapewne doganiają ją. Nie może zwolnić. Inaczej ją zabiją. Nie miała jednak już tyle siły. Płuca ciężko pracowały. Usłyszała ryk za sobą i niemalże instynktownie się schyliła. Głuchy stukot siekiery uderzającej o drzewo tuż nad nią oznajmił jej, że był to całkiem dobry pomysł. Zachwiało nią jednak i zamiast wyprostować się upadła na ziemię. Natychmiast przewróciła się na plecy. Zobaczyła, że jeden ze zwierzoludzi siłuje się z toporem wbitym w pień. Minęła chwila zanim zrezygnował z wyciągania go. Drugi w tym czasie już rzucił się na uciekiniera. Podniósł topór wysoko nad głowę odsłaniając się całkowicie. Myślał pewnie, że ofiara jest już bezbronna i się srogo pomylił. Leżąca postać wyciągnęła już strzałę z kołczanu i trzymając ją w ręku z całej siły wbiła grot przeciwnikowi w nogę. Stwór zaryczał i całym impetem opuścił topór na ziemię. Ostrze jednak wbiło się tylko w biały płaszcz. Gdyby postać nie usiadła pewnie ów broń sterczała by jej z klatki piersiowej.

Nie była w wygodnej pozycji. Skulona siedziała pomiędzy nogami kozła, a jego opuszczonymi rękoma. Przeturlała się w bok rwąc okrycie, zerwała się na nogi i z powrotem zaczęła bieg. Tym razem zdjęła z pleców łuk.

Nieustanny ucieczka przez długi czas wycieńczyła istotę. Odczuwała ból we wszystkich mięśniach. Gdy chciała odwrócić się i strzelić do wrogów ręka jej drgnęła i strzała poszybowała gdzieś w krzaki. Znów o mały włos się nie przewróciła. Akrobatyczne wygięcie tułowia napędzane instynktem znowu uratowało jej życie, dzięki czemu topór tylko lekko drasnął ją w bok. Zabolało. Uciekinier syknął głośniej. Zamachnął się z całej siły i grzmotną łukiem w łeb kozła. Zwierzoludź zatoczył się do tyłu a drugi zastąpił jego miejsce. Złapał za łuk i z całej siły pchnął wiotką postać do tyłu. Krzyknęła upadając na ziemię, uderzając barkiem o wystający korzeń. Strzały pod wpływem impetu wysypały się dookoła z kołczanu. Postać zasłoniła się bronią przed kolejnymi spadającymi z góry ciosami ale postanowiła też nie być dłużna – wściekle zamachnęła się nogą by podciąć wynaturzenie chaosu. Psowaty stwór zwalił się tuż obok swojej ofiary. Zdążył jednak opuścić łapę na jej twarz. Korzystając z okazji i szczęśliwego trafu, szarpnął pazurami rozrywając skórę i przecinając mięśnie. Głośny, krótki i przede wszystkim gwałtowny krzyk bólu poniósł się lasem.

Mężczyzna na trakcie ściągnął lejce zatrzymując wierzchowca. Nie przesłyszał się. Krzyk przedarł się przez iglaste listowie i zaświdrował w uszach. Pomyślał że przez te przeklęte drzewa nie sposób ocenić odległości. Zaraz potem jednak do jego uszu dotarły też inne dźwięki, przypominające chrapliwe porykiwania. Rozejrzał się po ścieżce wiodącej wzdłuż lasu.

Prosty, ubity trakt, niegdyś został dobrze zadbany przez ludzi elektora. Korzenie nieczęsto wybijały spod ziemi, a to stanowczo wyróżnia dobrą drogę w Imperium. Aktualnie poza samotnym jeźdźcem nikogo tu nie było, a niedługo też miało zmierzchać. Najbliższa gospoda była zdecydowanie za daleko – nawet na szybki kłus. Już wcześniej był świadomy, że przyjdzie mu spędzić noc pod gołym niebem. Nie uśmiechało mu się jednak nocowanie w takiej okolicy. Z drugiej strony, cokolwiek tam jest mogło go potem zjeść, nie zważając na ogień. Słyszał plotki o potworach z Reikwald. No i jeszcze ten krzyk… niewątpliwie ludzki.

Ruchem kciuka poluźnił pas w sprzączce. Pakunek zsunął się, a mężczyzna płynnym ruchem przerzucił go na przód. Zaraz potem uwolnił nogę ze strzemiona i zeskoczył z wierzchowca niemal od razu kucając i układając tobołek na ziemi. Zaczął go szybko rozwijać. Z rozpostartej na ziemi płachty wydobył strzelbę o drewnianej, mocnej kolbie i przymocowanym z boku wyciorze. Oparł broń o kolano, odkorkował róg i szybko wsypał odpowiednią ilość prochu do postawionej na sztorc broni. Z sakiewki wyjął kulę, również wrzucił do lufy i zasypał kolejną warstwą prochu. Całość ubił wyciorem. Czynność nie trwała dłużej jak dwadzieścia sekund. Postronny obserwator mógłby po wyuczonych ruchach rozpoznać w podróżniku imperialnego strzelca. Mężczyzna wstał i obszedł wierzchowca uważnie nasłuchując coraz głośniejszych dźwięków dobiegających z lasu.

Przez moment przeszło mu przez głowę, aby uwiązać jeszcze konia, ale naraz zrezygnował z pomysłu. W razie czego chociaż on się uratuje, a wierzgający, przestraszony koń podczas walki potrafi wspaniale utrudnić życie wszystkim dookoła.

Mężczyzna podniósł broń do barku i wbił wzrok w ścianę drzew wsłuchując się już w bicie swojego serca, przyśpieszające rytm w oczekiwaniu na niewiadome. Wiedział że cokolwiek się nie zbliża lada chwila wypadnie spomiędzy drzew, a wtedy żołnierz będzie miał zaledwie chwilę na oddanie strzału. Przez moment wydawało mu się że widzi między pniami jakiś ruch, ale rozłożyste gałęzie pokryte zielonymi igłami skutecznie blokowały pole widzenia.

Gdyby istota nie przekręciła głowy pewnie straciłaby oko. Podczas ruchu zsunął się jej kaptur z głowy odsłaniając spiczasto zakończone ucho. Elf przez chwilę szamotał się z przygniatającym go zwierzoczłekiem. Jego pazury zdążyły zadrapać ciało do krwi w paru miejscach. Szamotali się ze sobą jeszcze kilka chwil, aż fala gniewu i determinacji zalała i przyćmiła zmysły elfa. Wyszarpnął się spod cielska bestii kosztem długich, ciągnących się po całym ramieniu ran. Nie mógł nigdzie dostrzec drugiego przeciwnika. Nie zastanawiał się już. Rzucił się do dalszego biegu, podnosząc trzy strzały. Nagle jak spod ziemi wyrósł wściekły kozioł robiąc zamach toporem. Potwór zaryczał przeraźliwie i uderzył elfa w głowę tępą stroną siekiery. Cios go zamroczył. Zatoczył się kilka kroków i przewrócił się przez krzaki wypadając na trakt. Chciał się jeszcze podnieść, ale nie miał już siły.

Gdy spomiędzy drzew wypadła jakaś smukła istota okutana w brudne białe szmaty, mężczyzna na trakcie odruchowo wycelował w nią strzelbę. Nie zdążył rozpoznać kim jest – zbyt szybko mignęła upadając na ziemię. Przeniósł lufę w bok słysząc nadciągającą pogoń i nie pomylił się. Trzy uderzenia serca później przedzierając się przez krzaki, niemal na ślepo, zza rozłożystego iglaka wypadły dwa stwory. Wędrowiec doskonale wiedział z czym ma do czynienia, choć spotkał te stwory tylko raz w swoim życiu. Dziękował potem Sigmarowi, że uszedł z tego cało. Może dzięki temu, a może dzięki żołnierskiej dyscyplinie zapanował nad ukłuciem strachu, a dłoń nie drgnęła gdy palec nacisnął na długi spust.

Lasem poniósł się donośny huk. Spłoszony wystrzałem koń pocwałował traktem. Ołowiana kula utkwiła w barku zwierzoczłeka. Impakt wystrzału, z tak bliska, był na tyle duży, że bestią targnęło. Zachwiała się w biegu, straciła równowagę i padła na ziemię ryjąc łbem o zaspę śniegu. W jednej chwili mężczyzna opuścił dymiącą szaroczarnym dymem lufę, upuszczając broń na ziemię. Sięgnął po zawieszony u pasa miecz.

Ogłuszający huk sprawił, że elf zwinął się w kłębek i przyłożył dłonie do uszu. Chciał uciec od tego hałasu tak jak koń. Dopiero po kilku uderzeniach serca podniósł wzrok. W dziwnej perspektywie zobaczył człowieka, który właśnie rzucał  dziwną broń i sięgał po miecz. Widok broni przypomniał mu, że musi koniecznie wstać. Odturlał się w lewo i podniósł na kolana. Chociaż wydawało by się, że nie powinien – dalej trzymał łuk. W ręku została mu jedna strzała. Nie mógł sobie przypomnieć, gdzie jest teraz reszta. Wstał już na proste nogi i odsunął się kolejne kilka kroków. Dało to mu jasny obraz sytuacji. Człowiek powalił jednego ze zwierzoludzi. Drugi właśnie się na niego rzucał.

Wędrowiec zdążył jedynie przybrać postawę defensywną, zanim drugi zwierzoczłek go dopadł. Mężczyzna nie miał tarczy i zaczął żałować że ta pognała wraz z koniem. Sam nie był na tyle szybki, aby uniknąć solidnego ciosu toporem. Zdołał jednak go przyjąć na ustawiony poprzecznie miecz. Mięśnie zadrżały pod skórzanym odzieniem a druga ręka wystrzeliła do przodu, by pomóc pierwszej utrzymać oręż. Zbrojny, pozwolił toporowi zsunąć się po ostrzu i wykręcił broń do dołu posyłając krępe ręce przeciwnika w tym samym kierunku. To kupiło mężczyźnie tyle czasu, by mógł odskoczyć o kilka kroków. Ciężki oddech wznosił kolejne chmury pary w powietrze.

Elf napiął łuk i natychmiast tego pożałował. Rany na ramieniu i klatce piersiowej zakuły mocno zmuszając do zwolnienia naciągu. Ból jednak otrzeźwił umysł. Zostawił Kozła, który się rzucił na człowieka. Ponownie, tym razem wolniej i ostrożnie, naciągnął cięciwę. Zwierzoczłek z psim pyskiem podnosił się właśnie z zaspy. Gdy już miał pewność, że trafi, łucznik wypuścił strzałę. Ta świsnęła w powietrzu i przebiła gardło bestii zagłębiając się w ciele niemalże do lotki. Elf syknął niezadowolony. Celował w głowę. Odniósł jednak sukces – cel zdychał. Pomiot wyprężył się w agonalnym skurczu mięśni i z powrotem upadł w zaspę śniegu znacząc ją krwawą plamą formującą się przy karku.

Tymczasem kilka metrów dalej, wciąż trwał pojedynek. Zwierzoczłek nie zamierzał czekać aż wędrowiec zbierze siły. Parsknął kozim łbem. Z chrap poszła ciepła para. Znów ruszył z rykiem do przodu tym razem uderzając po ukosie z zamiarem rozrąbania mężczyźnie barku. Ten tym razem był przygotowany. Uderzył silnym ciosem w bok nadlatującego drzewca i sam usunął się z toru cięcia. Skrócił dystans i kopniakiem uderzył w kolano bestii, zmuszając ją do klęknięcia. Teraz wszystko zależało od tego czy bestia zrezygnuje ze zbyt długiej na tym dystansie broni, by rozszarpać człowieka pazurami. Na szczęście była bardziej przywiązana do brutalnego toporka niż mądra. Zanim go podniosła, mężczyzna brał już zamach od boku i mocnym pchnięciem wbił sztych ostrza pod pachę mutanta. Z początku opornie ale potem gładko, stal wślizgnęła się w ciało. Krew buchnęła pod ciśnieniem wzdłuż ostrza. Na wszelki wypadek, wędrowiec posłał jeszcze kopniaka na pierś klęczącej istoty i odsunął się o dwa kroki zostawiając oręż w cielsku przeciwnika, a samemu sięgając po nóż o szerokim ostrzu. Pochylił się lekko do przodu gotowy zadać kolejny cios drgającemu agonalnie wynaturzeniu.

Zapanowała względna cisza. Żaden ze zwierzoludzi się nie poruszał. Elf odetchnął. Podziękował w myślach Kurnousowi, za zwycięstwo. Rozejrzał po ziemi. Znalazł pozostałe dwie strzały. Nie znając zamiarów człowieka pobiegł po resztę strzał znajdujących wcale nie tak daleko. Wędrowiec nie zareagował. Próbował przyjrzeć się sylwetce, ale nie potrafił nawet określić czy ma do czynienia z mężczyzną, z kobietą, a może z jakimś leśnym stworem. Ruszył za to do przodu, by odzyskać miecz z truchła swojego przeciwnika. Chwilę się z nim mocował, gdyż ostrze utkwiło głęboko i zahaczyło o kość.

Elf dopiero po uzbieraniu wszystkich porozrzucanych strzał, wrócił i przykląkł przy większej zaspie śniegu, nie skażonej krwią zwierzoludzi. Zaczął przemywać ranę. Brał w dłoń garść zimnego puchu i roztapiając go oddechem starał się pozbyć zanieczyszczeń z ramienia. Obaj obserwowali się czujnie gotowi by w każdym momencie podjąć znowu walkę.

Mężczyzna nosił na sobie grube, typowo zimowe odzienie. Spod ciężkiego futra przebijała wytarta skórznia. Kurtka spięta była na biodrach pasem z solidną metalową sprzączką. Pusta pochwa od miecza została przytroczona do drugiego pasa, obciążonego dodatkowo nożem i dwoma sakiewkami. Równie wytarte i zużyte co kurtka spodnie zostały wpuszczone w mocne, żołnierskie buty. Z jednej z cholew wystawał trzonek niedużego noża. Podróżnik krył głowę pod kapturem. Można było dostrzec błysk zielonych oczu zatopionych w twarzy zarośniętej gęstą, choć krótką brodą. W żaden sposób nie szło ocenić wieku mężczyzny.

Elf, co można było stwierdzić po widocznych spiczastych uszach, miał całą twarz wymalowaną w dziwne jasno-ciemne pasy. Ów malunek nie pozwalał na dokładne określenie rysów a co dopiero płci. Na lewej połowie twarzy malowidło było rozmazane wraz z krwią otaczającą czerwone pręgi. Włosy mocno związane w kucyk, również były przystosowane do kamuflażu. Białe i ciemne pasy i gdzieniegdzie wystające gałązki dopełniały się ze strojem. Chuda sylwetka postaci ubrana była w kurtkę, która nie pamiętała już swojego poprzedniego jasnego koloru. Teraz była mokra od śniegu, wymazana we krwi i ziemi, tak samo jak płaszcz spoczywający na ramionach. Cały strój nie nadawał się już do swojej wcześniejszej funkcji. Ani spodnie, ani buty nie dawały już nic poza ochroną przed ciepłem. Jedyną rzeczą jaką wybijała się kolorem z ubioru były świdrujące na wylot fioletowe oczy.

Mężczyzna złapał przez moment spojrzenie tych oczu. Były czujne, groźne i zwiastowały niebezpieczeństwo. Elf jednak nie wykonywał gwałtownych ruchów, więc podróżnik zabrał się za czyszczenie broni z krwi grudami śniegu.

– Nie ma za co – powiedział nieco głośniej.

Jego głos przypominał niemiły zgrzyt metalu trącego o metal. Był chrapliwy, ostry i cichy. Jednocześnie wystarczająco mocny by elf go usłyszał. Ten zmrużył oczy ale nie odpowiedział. W końcu spuścił wzrok i zabrał się dalej do oczyszczania pozostałych ran. Czuł jak powoli z jego ciała uchodzi napięcie. Zamrugał powiekami. Wstając oparł się o drzewo. Było z nim źle i wiedział o tym. Człowiek nie pozwolił sobie na razie na agresywny ruch, więc elf ściągnął płaszcz i podarł go. Przewiązał bardziej czystym wnętrzem najpoważniejsze rany na ramieniu. Znów spojrzał na człowieka. Połowa twarzy była teraz czystsza i wyłoniły się ostre rysy. Mężczyzna dostrzegł trochę rozmyty wzrok. Kończył właśnie czyścić broń i prostował się, chowając oręż do pochwy.

– Jeśli koń nie spłoszył się zbyt daleko, to poradzę coś na twoje rany… – zmrużył oczy przyglądając się uważnie elfowi – wyglądają paskudnie i śmierdzą rychłą gangreną. Kilkoma szmatkami tego nie załatwisz.

Ten nie odpowiedział, ale kiwnął delikatnie głową. Ból zaczął się powoli nasilać, a on nie miał medykamentów… ani nikogo kto mógłby zaleczyć te rany. Ciało słabło i trzeba było coś szybko zrobić. Mężczyzna skierował się w stronę elfa, a w duchu przyznał, że musi być nie lada hardy, żeby stać jeszcze na nogach mimo widocznych ran. Sam nie chciał jednak umrzeć od zdradzieckiego noża na trakcie, dlatego utrzymał dystans kilku kroków, wciąż obserwując ruchy leśnej zjawy.

– Zwą mnie Wolf – powiedział krótko po czym gwizdnął przeciągle nasłuchując tętentu kopyt. Elf nerwowo cofnął się gdy człowiek zaczął iść w jego stronę.

– Prowadź – odezwał się stawiając akcent w dziwnym miejscu zaskakująco melodyjnym głosem. Przebrzmiewała w nim lekka chrypka i miękkość. Podróżnik przez moment nabrał wątpliwości, co do płci elfa. Głos był zbyt wysoki, ale z drugiej strony żołnierz też nie spotkał na swojej drodze wielu przedstawicieli tej dzikiej rasy. Wszyscy którzy do tej pory się przewinęli przed jego oczyma, to były elfy morskie i te, które wybrały życie wśród ludzi – wszystkie z równie delikatnym i dziwnym brzmieniem głosu. O leśnych nasłuchał się ludowych historii – że porywają dzieci i podrzucają własne, że porywają dzieci i je zjadają, że porywają dzieci by je wychować i nawet własnych nie oddają. Uznał że ludzie chyba nie lubią swoich dzieci, skoro je tak łatwo oddają. W żadnym razie nie mógł mieć pewności. Na szczęście nie był dzieckiem i według wioskowych bajań, nic mu nie groziło.

Gdy po dłuższej chwili nie doczekał się powrotu wierzchowca, ruszył przed siebie traktem. Nie chciał zdradzać niepokoju, ale w sumie bardziej go teraz martwił dobytek który miał w jukach wierzchowca, niż zaleczenie ran nieznajomego.

Elf niewiadomej płci nieśmiało podążył za człowiekiem. W zasadzie to bardziej przekładał nogi jedna za drugą w dziwnym ciągu. Coraz bardziej było po nim widać, że słabnie. Grymas bólu wypłynął na jego twarz. Mocniej zacisnął dłoń zdrowej ręki na prowizorycznym bandażu. Pozwoli człowiekowi sobie pomóc i zniknie z powrotem w lesie. Nic więcej. Może uda się jeszcze znaleźć kogoś, kto przeżył z klanu…

Na szczęście koń nie pognał zbyt daleko. Minąwszy zakręt, w miejscu gdzie trakt musiał ominąć wzniesienie terenu, zwierzę zatrzymało się i pasło, spokojnie wygryzając zamarznięte kępy trawy spomiędzy szczap śniegu. Wolf podszedł do konia poklepując go po boku. Złapał za lejce i podprowadził klacz do drzewa. Tam zarzucił rzemienie na gałąź i zabrał się do przetrząsania juków.

– Lepiej się połóż pod którymś drzewem.

Elf nie miał siły na żadne sprzeciwy. Poddanie się woli człowieka kluło go w dumę, ale miał świadomość, że sam sobie nie poradzi. A chciał przeżyć. Usadowił się pod najbliższym świerkiem. Poczuł cudny zapach żywicy tłumiący metaliczny odór jego własnej krwi. W tym czasie Wolf odnalazł w jukach potrzebne rzeczy – zakorkowaną butelkę mocnej gorzałki pędzonej na zbożu, suchy prowiant, hubka i krzesiwo oraz zwój taniego materiału, który po kilkukrotnym praniu i wymoczeniu w spirytusie mógł służyć jako bandaż. Zebrał to wszystko obok drzewa, przy którym siedział elf i wszedł kilkadziesiąt kroków w las by nazbierać chrustu i kilka większych gałęzi.

Ranny zaczął sam przygotowywać się. Puszczając poharatane ramię, zdrową ręką ściągnął powoli resztę płaszcza. Następnie rozwiązując szmatę z ręki zdjął kurtkę, której rękaw był w strzępach. Ciężko oddychając z bólu ostatnim wysiłkiem pozbył się tuniki. Teraz można było zobaczyć pasy bandaża mocno otulającego klatkę piersiową. Nie umknęło to uwadze zbrojnego, który powrócił z naręczem gałęzi i ułamanych badyli. Lekko zarysowane pod materiałem piersi nie pozostawiały złudzeń. Szybko jednak odwrócił wzrok i zajął się szykowaniem ogniska.

Nie minęło dużo czasu, gdy skrzesany na hubce ogień zaczął lizać ułożone w stos drewno. Od tego momentu Wolf był podwójnie ostrożny, jako że ogień, choć mały, mógł przyciągnąć więcej pomiotów chaosu. Najchętniej by wsadził elfkę na konia i pognał w kierunku gospody. To czego jej nie powiedział to fakt, że przy tych ranach, gangrena będzie jej najmniejszym zmartwieniem.

– Było ich więcej? – zagadał do kobiety kładąc nóż na kamieniu blisko ognia – Wiesz czy więcej ciebie goniło? – dodał niepewny czy rozumie jego pytanie.

– Que? – zdziwiła się elfka, ale szybko doszedł do niej sens słów człowieka. – Neén – po czym poprawiła się – Nie.

Pokiwał głową i przysunął się, by zająć się jej ranami. Drgnęła pod jego dotykiem, jakby chciała uciec, a twarz wykrzywił momentalnie grymas złości. Zbrojny nie zraził się tą reakcją. Mocniej złapał za nadgarstek ranionej ręki i wyprostował ją, przyglądając się krwawym śladom po pazurach. Elfka była zbyt słaba by toczyć kolejną walkę, potrzebowała też pomocy. Pełgającą w oczach złość zastąpił chłód.

Mężczyzna przemył rany raz jeszcze wodą z roztopionego śniegu. Oczyścił z krwi i brudu ręce, bok, bark i twarz. Kamuflaż zaczął powoli schodzić, ścierany wraz z juchą. Na wierzch wyszły ostre, nieco egzotyczne rysy oraz jasna karnacja. Wolf wielokrotnie słyszał legendy o wrodzonym i naturalnym pięknie elfów. Tymczasem miał przed sobą żywy dowód na to, że bajarze albo byli ślepi, albo mocno koloryzowali swoje opowieści. Kobieta nie przewyższała urodą wiejskich dziewek, a z dodatkowymi szramami na twarzy, mogłaby zbierać “datki” w ciemnej uliczce. Jednak tak, jak w każdej legendzie jest ziarno prawdy, tak i tu, uroda elfki miała w sobie coś, co przyciągało wzrok.

Po przemyciu sznyt, zostało tylko polać je gorzałką i przypalić nożem. Wiedzę tą mężczyzna zawdzięczał żołnierskiemu życiu. Po bitwie, gdy noszono rannych do obozowiska, albo zajmowano się nimi na miejscu nie zawsze starczało czasu dla każdego. Zbyt często medyk się spóźniał. Na trakcie, umiejętność radzenia sobie z ranami i drobnymi dolegliwościami zwróciła się dziesięciokrotnie.

Na początku elfka przyglądała się poczynaniom człowieka bez większych sprzeciwów. Chciała sama sobie przemyć twarz, ale mężczyzna, który nazywał siebie Wolfem nie pozwolił jej. Fuknęła gdy ten otworzył butelkę z alkoholem. Pachniało okropnie i dziwnie. Zastanawiała się co to za piekielne lekarstwo człowiek starał się jej podać.

– Co to? – Przypomniała sobie najprostsze pytanie w reikspielu.

– Gorzała, a co ma być? – odpowiedział sięgając po drewnianą łyżkę z juków – Wypij to kobieto. Wypij, a potem zaciśnij zęby na tym.

Wyciągnął w jej stronę łyżkę i zrobił gest jakby chciał ją ugryźć w poprzek. W drugiej dłoni wciąż trzymał butelkę z alkoholem. Rzucił okiem w stronę ułożonego na kamieniu noża. Ostrze z pewnością się już nadawało do przypalania, ale trzeba było jeszcze przemyć rany.

Elfka uniosła jedna brew słysząc nazwę cuchnącej cieczy. Nie do końca również zrozumiała o co chodzi z łyżką, a przynajmniej dopóki człowiek nie wykonał ruchu. Wzięła od niego butelkę i z bardzo podejrzliwym wzrokiem upiła pierwszy drobny łyk. Gdy tylko poczuła smak równie obrzydliwy co zapach, chciała wypluć wszystko. Widząc grymas niezadowolenia, Wolf błyskawicznie zasłonił usta kobiety dłonią.

– A-a-a… – mruknął – przełknij.

Z niedowierzaniem w oczach kobieta przełknęła palącą ciecz. Nie mogła wytrzymać jej smaku. Czuła jak trunek przedostaje się w dalsze części przełyku dziwnie rozgrzewając jej ciało. Gwałtownie wypuściła powietrze gdy mężczyzna już odsłonił jej usta.

– D’yaebl arse?! – powiedziała krztusząc się. Nie mogła sobie przypomnieć żadnego właściwego słowa w języku ludzi, więc wykrztusiła resztki oparów tego czegoś z gardła.

Zbrojny uśmiechnął się niewyraźnie. Wyglądało to tak, jakby gliniana maska pękła na wysokości ust. Odebrał elfce gorzałkę i sam pociągnął łyk.

– Nie rozumiem co do mnie mówisz… – mruknął – ale mam nadzieję, że ty rozumiesz mnie. Teraz będzie piec i boleć gorzej niż podczas walki. Nie próbuj nie zabić.

Przytknął szmatkę pod jedną z ran i przechylił butelkę, wylewając trochę alkoholu na rozorany pazurem mięsień. Elfka syknęła obnażając zęby z dość wydatnymi kłami. Chciała odsunąć rękę. Mężczyzna zakrył szmatką ranę i wcisnął kobiecie do ręki butelkę.

– Pij.

Kobieta pokręciła przecząco głową. Utrata krwi i mocny alkohol odebrały jej resztki rozsądku i został tylko instynkt. Boli – nie podoba się, niedobre – nie pije. Wolf mruknął coś pod nosem niezadowolony, ale wyciągnął jej z ręki gorzałkę. Znowu pociągnął łyk i polał alkoholem następną ranę. Elfka słabo starała się odsunąć. Nie miała siły się bronić. Jej ręka była wyciągnięta, ale reszta ciała starała się odsunąć od źródła bólu. Zbrojny położył szmatkę na kolanie i złapał ją za zdrowy bark nachylając się do twarzy.

– Wiem że boli, ale jak tego nie zrobię, stracisz rękę – kiwnął głową niepewny czy zrozumiała – Ano?

Zrozumiała, co nie znaczyło, że jej się podobało. Zamknęła oczy starając się przywołać rozum z powrotem. Wskazała palcem na butelkę.

– To pomoże? – po czym wykonała gest wskazujący na picie.

Wolf kiwnął głową w odpowiedzi. Elfka nie wierząc sobie wzięła butelkę. Powstrzymując niechęć wzięła głęboki wdech i potężny łyk odchylając głowę w tym zmuszając się do połknięcia cieczy. Choć się jej udało zakaszlała ponownie i zaśmiała. Umysł zalała fala otępienia.

Mężczyzna ponownie odebrał jej butelkę i znowu zajął się przemywaniem ran. Tym razem było łatwiej, bo elfka mniej się wyrywała. Gdy skończył, ponownie wręczył jej gorzałkę zachęcając do picia. Machnął jej przed oczami dłonią, skupiając uwagę na sobie i wyciągnął trzy palce. Kobieta tępo spojrzała się rozmytym wzrokiem. Pociągnęła łyk. Czuła jak jej ciało drętwieje. Wyciągnęła dłoń z trzema palcami wystawionymi w górę.

– Ano. Pij. Jeszcze dwa.

Elfka spojrzała się na butelkę. Pokiwała głową na boki wzruszyła ramionami i wypiła dwa kolejne hausty. Chciała odstawić butelkę. Ta lekko się zatrzęsła gdy elfka zaczęła się śmiać bez powodu. Wolf odebrał alkohol i odstawił naczynie na ziemię. Zamiast tego wcisnął jej między zęby drewnianą łyżkę. Sięgnął w stronę ogniska po nóż. Chowając go za nadgarstkiem mocniej ścisnął nadgarstek elfki i wyprostował ramię. Płynnym ruchem przystawił rozgrzane ostrze wzdłuż rany.

Ból jaki przeszedł ramię kobiety sprawił, że wszystkie mięśnie się napięły. Nogi się podkurczyły, tors poderwał się do przodu, zdrowa dłoń znalazła się na futrzanym płaszczu mężczyzny i zacisnęła się. Z zaciśniętych zębów wydał się ryk. Otępienie rozwiało się pod trwającym wieki bólem w ramieniu.

Mężczyzna odczekał chwilę, aż skóra przypiekła się wystarczająco mocno, by zasklepić ranę. Zwolnił chwyt na nadgarstku kobiety i ostatecznie go puścił. Znowu położył nóż na kamieniu i podsunął tak, aby płomienie lizały ostrze. Odwrócił się by spojrzeć na elfkę. Nie odzywał się przez moment patrząc w jej oczy i nasłuchując czy nic nie korzysta z okazji podkradając się do skromnego obozowiska. Kobieta patrzyła przed siebie i ciężko dyszała. Jej wzrok coraz bardziej się rozmazywał pod powracającym otępieniem.

Wolf odczekał dłuższą chwilę, aż ostrze znowu się nagrzeje i ponownie po nie sięgnął. Złowił spojrzenie kobiety i kiwnął głową pokazując broń. Elfka niemrawo kiwnęła głową jakby nie do końca wiedząc co ją czeka. W powietrze znowu się wzbił swąd palonego mięsa, a ranna szarpnęła się. Mężczyzna jednak mocno trzymał jej nadgarstek nie pozwalając zsunąć się broni na boki. Trzymał ją przez dłuższą chwilę, która trwała nieskończoność i w końcu odłożył broń na kamień przy ognisku. Elfka zsunęła się ze zmęczenia i pół leżała i pół siedziała oparta zdrowym barkiem i głową o drzewo. Klatka piersiowa kobiety unosiła się i opadała w rytm ciężkiego oddechu. Zadrżała z wyczerpania. Pół przymkniętymi oczami spoglądała na człowieka.

Zabieg powtórzył się raz jeszcze, zanim ranna zemdlała. Człowiek i tak był pod wrażeniem, że wytrzymała dwie tury z gorącym ostrzem. Był też zadowolony. Teraz mógł się nią zająć bez obaw o szarpnięcia i podrygi. Swąd palonego mięsa przyćmił zapach dymu z ogniska. Wolf nie przerywał jednak pracy. Przy twarzy dwukrotnie się zastanowił. Nie chciał jej zostawić nieuleczalnych blizn na całe życie, a wiedział że elfy mogą dożyć kilkuset wiosen jeśli nie dopadnie ich wcześniej gwałtowna śmierć. Pomyślał o igłach i nici, ale nie miał takich akcesoriów przy sobie. Karczma zaś była daleko.

Zaklął i odłożył nóż zastanawiając się gorączkowo nad sytuacją. Gdyby chodziło tylko o jej rany, nie miałby skrupułów. Nie chciał jednak zostawać dłużej w tym miejscu, niż powinien. Zwierzoludzi mogło być więcej, a ogień mógł ich zwabić.

Zasypał ognisko śniegiem i pociągnął raz jeszcze z butelki opróżniając ją do połowy. Rozprostował kości wyciągając się i podszedł do wierzchowca. Nasłuchiwał przez kilka minut odgłosów lasu. Mruknął po chwili i splunął na ziemię. Poluzował pasy siodła i przesunął je trochę do tyłu. Na przedniej części rozłożył grubą derkę.

– No Moneta… ruszamy w drogę.

Wrócił do ogniska, pozbierał ekwipunek i powrzucał wszystko do juków przy siodle. Ubrał elfkę w tunikę oraz kurtkę. Owinął kocem. Gdy ją podniósł zdziwił się jak niewiele waży. Bez większego trudu przerzucił ją przez konia i samemu wskoczył na siodło. Pochylił się jeszcze nad głową klaczy i poklepał ją po szyi.

– Równo Moneta. Szybko i równo…


Arkadiusz Marcjanek, Magdalena Budzyńska – Spotkanie

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 6 (#3 2017) kwartalnika Abyssos.

Varia

Eutanasta i Niedźwiedź

315 Wyświetleń

Wszystkim obecnym ciężko było w to uwierzyć, jednak ciało znajdujące się w trumnie leżącej na katafalku, nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Niegdyś energiczna, a po pijaku skora do bitki, postać rosłego i tęgiego brodacza, leżała w absolutnym bezruchu.

Nie było wiadomo, kto wpadł na idiotyczny pomysł wciśnięcia nieboszczyka we frak. Do tego wyglądało na to, że był to jego ślubny frak, z czasów, gdy był młodszy o jakieś dwadzieścia kilogramów. Im dłużej się na niego patrzyło, tym bardziej miało się wrażenie, że guziki koszuli wystrzelą zaraz w powietrze niczym pociski. Po za tym elegancki ubiór po prostu do niego nie pasował. Ani do wyglądu, ani do charakteru.

O popełnienie tego karygodnego czynu podejrzewano wdowę po zmarłym, choć nie mówiono tego głośno. W końcu biedaczka straciła ukochanego męża. A znając reputację nieboszczyka, po takiej stracie, kobitce mogło przewrócić się w głowie. Dlatego też wszyscy przymykali oczy na udziwnienia, takie jak frak, czy całe morze kwiatów. Wszystko w pięknym, staromodnym i całkowicie niepraktycznym stylu.

Wiadomym było, że nieboszczyk, nie lubił długich pożegnań. Tyczyło się to również pogrzebów. Dla takiego człowieka idealnym ostatnim pożegnaniem był ten z rodzaju szybkich, odbywający się na morzu. Pech chciał, że stary Wilk Morski wyzionął ducha na suchym lądzie. Na szczęście, żaden z jego przyjaciół czy krewnych, nie chciał wygłosić pożegnalnego monologu. Ewentualnie, to wdowie nie udało się nikogo przekonać. Skończyło się na tym, że łysawy, tłusty klecha, pogadał trochę o Bogu wzywającym do siebie „Tego dobrego człowieka”.

– Wszyscy znaliśmy Beniamina, alias „Niedźwiedzia”, Bere – rzekł na zakończenie – I wszyscy możemy to potwierdzić.

Potwierdzić, że był dobry? Zależy w czym…

Ponoć dobrze się z nim piło, o ile było się jego przyjacielem. Jeśli nie, to lepiej było wyjść z baru zanim Niedźwiedź się upił. Gdy nie miał kogo sprać, przewracał tylko stół, przy którym siedział i wychodził.

Był też ponoć dobrym mężczyzną. Potwierdzenie można było uzyskać u wszystkich kobiet, które miał. W całym porcie nie było takiej, która nie marzyłaby o Niedźwiedziu Bere. Można sobie wyobrazić późniejszy lament wszystkich panienek, kiedy dowiedziały się o ślubie Niedźwiedzia. Usidliła go piętnaście lat młodsza, Maria, zwana przez niego Misiaczkiem. Później tak jej już zostało. Niedźwiedź i Misiaczek, byli chyba najszczęśliwszą parą w całym mieście. Potwierdzenie słodkiej bajeczki o Pięknej i Bestii.

Na pewno był dobry również w tak zwanej, brudnej robocie. Świadczyła o tym jego reputacja i to, co mówili o Niedźwiedziu na mieście. Potrzebowałeś ochrony – zgłaszałeś się do Bere. Chciałeś ściągnąć dług – wynajmowałeś Bere. Ktoś miał przelecieć przez ścianę – Niedźwiedź ci to załatwił. Wszystko wskazywało na to, że jego pseudonim nie wziął się z obco brzmiącego nazwiska.

Korowód opuścił kaplicę na końcu dzielnicy i powędrował za miasto, nad klify. Fale grzmiały, rozbijając się o skały i wysoką, pionową ścianę. Wiatr dął głośno, wiejąc znad morza, zapowiadał rychłe nadejście sztormu.

Zgodnie z ostatnią wolą zmarłego, ciało wyjęto z trumny, obwiązano obciążnikami, po czym zrzucono w morskie odmęty.

Postawiłem kołnierz swojego prochowca, po czym szybko złapałem kapelusz, żeby mi nie odleciał. Niespiesznym krokiem podszedłem do wdowy. Stała na krawędzi klifu wpatrując się w fale raz za razem rozbijające się o stromy brzeg. Łzy spływały po jej bladych, zbyt mocno przypudrowanych policzkach.

– Jest pani pewna? – zapytałem z miejsca. Fachowo byłoby zadać owo pytanie jak najciszej, jednak grzmot fal i wiatr sprawiły, że musiałem je niemal wykrzyczeć.

Pokiwała głową w odpowiedzi.

Przyłożyłem jej do pleców strzykawkę, kształtem przypominającą pistolet. Dobrze leżała w dłoni, a system ciśnieniowy szybko wtłaczał całą zawartość.

– Tak dla pewności – rzuciłem.

Nie zdążyła odpowiedzieć. Chwyciłem ją za rękę i wbiłem długą igłę w plecy. Trucizna wlała się prosto do płuc błyskawicznie niszcząc pęcherzyki. Moja klientka nawet nie była świadoma tego, że już nie oddycha.

Misiaczek spadł w przepaść goniąc swojego ukochanego Niedźwiedzia. Schowałem strzykawkę o kształcie pistoletu i odszedłem.

Nikt nic nie mówił. Znali wolę wdowy. Wszystko odbyło się jak należy – po cichu, dyskretnie i elegancko.

Podręcznikowa eutanazja.


Bartłomiej Sztobryn

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 5 (#2 2017) kwartalnika Abyssos.

Varia

Przeznaczenie Dezawa

317 Wyświetleń

Śnieg skrzypiał pod stalowymi buciorami. Na futrach osiadł delikatny mróz przenikający w głąb odzienia. Brody piechurów pokryły się szadzią. Czarne chmury sprowadzające noc nie zapowiadały nic dobrego. Wędrowcy dotarli na skraj lasu. Niosący rannego po chwili opóźnienia spowodowanego targaniem towarzysza również dołączyli do pozostałych. Drewniane nosza zdawały się błagać o zwolnienie z powodu ciężaru opasłego Regnara zranionego w wyniku starcia z diabelską kostuchą, która dopadła ich kilka dni po wyruszeniu w drogę. Mściła się na każdym kto zdołał wyrwać się spod kosy udręki i pogardy. W oddali unosiła się delikatna poświata małej wioski, która w wyniku ciężkiego i mroźnego powietrza stała się ledwo dostrzegalna.

– Zajdźmy na noc do wioski, panie – wtrącił Vingor dając tym samym oznakę zmęczenia spowodowana szybkim marszem.

– Nie ma mowy głupcze – warknął dowódca – Nie ściągniemy na niewinnych ludzi gniewu tego ścierwa. To wyłącznie nasza rzecz.

– Dobrze gada – pochwalił dowódcę Regnar – Ona wróci po mnie, nie po nich. Nie siejmy leku wśród prostaków.

– Tu rozbijemy obóz – rozkazał Berg wskazując miejsce między drzewiną – Przy odrobinie szczęścia wywabimy kostuchę na otwarte pole i otoczymy odcinając drogę ucieczki. Rozpal ogień Dezawie synu Reznora! Niech truchło wie, że czekamy!

Wojownik niezwłocznie chwycił za tobół, z którego wyciągnął kilka suchych drew po czym zaczął krzesać ogień. Po chwili płomień buchnął omal nie spalając brody palacza. Ognisko nie tylko przenikało ciepłem strudzonych piechurów, ale również rozleniwiło instynkt walki i czujności które były jedyny sposobem przedłużenia marnego żywota. Kiedy ogień rozbudził się na dobre, Dezaw przeszedł wzdłuż linii lasu szukając odrobiny chrustu. Miejscami spod zmrożonego śniegu wystawały pojedyncze badyle. Woj próbował wyciągnąć kilka, niestety większość łamała się w dłoni po delikatnym pociągnięciu.

– Psia krew – zaklął po nosem – Nic z tego nie będzie. Jak pech to pech, a raczej przekleństwo tej suki – poprawił się w myśli.

Coś delikatnie zatrzeszczało w głębi lasu. Dezaw zamarł wytrzeszczając wzrok. Dłoń automatycznie powędrowała w kierunku prawego ramienia, zza którego wystawała rękojeść wielkiego stalowego topora. Przykucnął na śniegu i próbował wypatrzeć coś w ciemności. W oddali błysnęły dwa małe punkciki. Mrugały intensywnie obserwując wojaka.

– To sarna – stwierdził i uśmiechnął się w duchu – piękna, świeżutka, dorosła sarna. Choć malutka, poznajmy się bliżej – szepnął pod nosem.

Zwierzę sprawiało wrażenie jakby słyszało każdy oddech brodacza. Zamiast topora zdecydował się wyciągnąć z rękawa małą składaną kuszę. Z wysokiego niemal do kolan buciora dobył bełt zakończony pierzastą lotką. Za pazuchą miał drewniane pudełeczko przewiązane licowym rzemykiem, w którym trzymał olej utarty z trujących ziół. Niezwłocznie zanurzył weń grot bełta i sprawnie zamontował naciągając broń. Mróz utrudniał czynności które trzeba było wykonywać w rękawicach ze smoczej skóry.

Zwierzę stało bez ruchu obserwując poczynania oprawcy, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co się kroi. Dezaw przyłożył kusze do polika i namierzył cel.

– Już cię mam – pomyślał.

Delikatnie zwolnił mechanizm. Strzała z ogromną prędkością przeszyła powietrze kończąc lot w miękkiej grdyce sarny. Zwierzę momentalnie padło na glebę wydając ostatni dech. Strzelec poderwał się na nogi i poszedł w głąb lasu po upolowaną zdobycz.

– Nie, potrzebnie smarowałem grot – wybełkotał w myśli – I tak padła od razu bidula.

Trucizna była tak silna, że w kilka minut zżarła metalowy grot bełta. Myśliwy złożył broń i schował za pazuchę. Podniósł zwierzę i sprawnie przerzucił przez ramię. Odwrócił się na pięcie i dziarskim krokiem ruszył w stronę obozu.

Ogień w oddali stał się punktem orientacyjnym dla wojownika przecierającego nową drogę przez skuty mrozem śnieg. Posiłek, który niósł na ramieniu nie był ciężki, jednak w obecnych warunkach stawał się utrudnieniem w i tak uciążliwym marszu.

Kiedy Dezaw przybliżał się do obozowiska odczuł dziwny smród. Połączenie potu i gnoju było przy tym niczym perfum. Fetor przypominał rozkładającego się trupa w połączeniu ze zgniłymi jajami i domieszką butwiejącej kapusty. Im wojak zbliżał się do miejsca, w którym zostawił kompanów, tym smród narastał coraz bardziej i bardziej. Piechur przystanął i nie mogąc wytrzymać rzygnął przez lewe ramię.

Znał ten fetor. Wiedział z czym – a raczej z kim – się wiąże i zdawał sobie sprawę z powagi przeklętej sytuacji. Nie przypuszczał jednak, że stanie się ona tak paraliżująca w skutkach.

Nastała noc. Czarne chmury zasłoniły księżyc, który w tym zasranym mroku był jedynym dawcą światła. Wojownik znajdował się jakieś czterdzieści kroków od prowizorycznego obozu. Nagle zamarł. Pociemniało mu przed oczami. Flaki w żołądku ścisnęło jak w imadle. Padł na kolana z rozdziawiona gębą próbując rozwikłać czy to co widzi jest snem a może jawą. Duszący fetor ogłupiał i mdlił do granic możliwości. Dezaw ponownie nie wytrzymał. Walnął o ziemię lekko już skostniałą sarnę i ponownie targnęły nim rwące torsje. Próbował dojść do siebie.

Na drzewach okalających ognisko wisiały cztery zmasakrowane ciała wikingów. Śnieg jeszcze nie, dawno czysty i biały teraz zmienił barwę na krwistą czerwień. Wokoło panowało nie, ziemskie spustoszenie. Trup rannego w ostatniej walce Regnara wisiał na grubej gałęzi po lewej stronie ogniska. Był zupełnie nagi. Z rozciętego brzuszyska wydostawały się parujące jeszcze wnętrzności. Ręce ponacinane w kilku miejscach straciły różowy kolor z powodu obficie upływającej krwi. Wisielec miał wydłubane oczy i podcięte gardło. Nie wiadomo, dlaczego powieszono go głową w dół i przymocowano do gałęzi za jedną nogę.

Na dwóch kolejnych ciałach Dezaw nie spostrzegł żadnych śladów walki. Wszystko wyglądało tak, jakby usieczono braci w czasie snu. Dwóm środkowym wisielcom również wydłubano oczy, jednakże powieszono ich w tradycyjny sposób – za szyję.

Po prawej stronie dogasającego już ognia wisiało ciało Berga – dowódcy drużyny. Gdyby nie stój i łańcuch na szyi, Dezaw nie rozpoznał by ciała. Było iście zmasakrowane. Jak u pozostałych towarzyszy, dowódcę również pozbawiono oczu. Miał obcięte dłonie, z których kapała resztka krwi. Nie powieszono go na gałęzi, ale przybito toporem do pnia drzewa, miażdżąc żebra i kręgosłup. Spalona broda i twarz Berga wyglądały odrażająco.

Zdruzgotany Dezaw przyglądał się ciałom towarzyszy. Podchodził bliżej próbując dopatrzeć się choć najmniejszych śladów ułatwiających zidentyfikować zwyrodniałego mordercę i potwierdzić własne przypuszczenia. Niestety. Zbrodnia musiała być przemyślana i zaplanowana w każdym szczególe. I jedno było pewne, nie dokonał tego człowiek. Nikt z ludzi nie byłby w stanie zaatakować z zaskoczenia czterech rosłych wojowników i dokonać takiej rzezi.

Kiedy przyglądał się zmasakrowanym zwłokom poczuł czyjąś obecność za plecami. Zimny pot perlił się na czole i spływał po plecach. Zerknął w prawą stronę chcąc dostrzec na śniegu cień oprawcy rzucany przez płomień ogniska. Nic jednak nie dało się zauważyć. Utwierdziło to Dezawa w przekonaniu, że przypuszczenia kłębiące się w umyśle były słuszne. Zebrał się w sobie i odchylił jedną nogę w tył robiąc duży krok. Od razu zauważył, że na śniegu pozostał tylko ślad po upolowanej niedawno sarnie, zwierzęcia jednak nie było.

– Wróciło ścierwo – wycedził po wąsem – Ta masakra to jej sprawka. Zaraz dobierzesz się do mnie, ale nie pójdzie ci tak łatwo.

Przymrużył oczy. Lewą ręką poprawił rogaty hełm i pogładził kosmatą brodę. Rękojeść stalowego topora, który dzierżył na plecach zadrżała, dając znak nadprzyrodzonej obecności drugiej osoby. Naraz usłyszał trzask w głębi lasu. Wstrzymał oddech koncentrując się na dźwięku. Zerwał się gwałtowny i mroźny wiatr roznosząc resztki żaru z dogasającego ogniska. Powiew poruszył trupy wiszące na gałęziach. W powietrzu dało się odczuć smród śmierci.

Dezaw wyprostował się i powoli chwycił drżącą rękojeść topora. Na trupie dowódcy usiadło czarne ptaszysko i głośno zakrakało.

– Zaczęło się – szepnął odwracając się na pięcie.

Ujrzał przed sobą przerażającą odchłań. Ziemia jakby zniknęła pod stopami otwierając czeluście mroku. Nagle poczuł dotyk kościstej łapy, która zacisnęła się na nim jak na mieczu.  Ostre trupie paluchu wbiły się w bark Dezawa zadając przeszywający ból. Wojownik upuścił trzymany w dłoni topór i zawył. Nie dając za wygraną szarpnął się potężnie wyrywając z uścisku śmierci. Błyskawicznie odwrócił się w stronę kostuchy i pobladł z przerażenia tracąc czucie w nogach i rękach.

Zza poszarpanego kaptura pobłyskiwały przekrwione ślepia, których spojrzenie zadawało ból i strach. Truchło przybliżyło się do Dezawa i kolejny raz wbiło szpony w ramiona. Kiedy podniósł głowę stanął oko w oko z królową śmierci. Wzrok utkwiony w zaropiałym ślepiu przyprawił go o mdłości. Naraz poczuł potężny wicher. Wszystko wokół zatańczyło. Dzielny woj znalazł się jakby w środku trąby powietrznej, niszczącej wszystko wokół.

Syn Reznora padł na kolana oszołomiony. Targało nim na lewo i prawo, jednak nie na tyle żeby wyrzucić poza obręb wściekłego wietrzyska. Ból przeszywał każdy centymetr ciała, sprawiając wrażenie jakby po kolei łamał każdą kość, wyrywał każdy mięsień. Męczarnia w końcu wzięła górę. Stracił kontakt z rzeczywistością. Zemdlał.

*************

Otworzył oczy. Mrugnął kilka razy łapiąc ostrość jak po długim śnie. Poruszył delikatnie palcami, potem całymi dłońmi, rękoma i nogami. Wszystko było całe, sprawne. Nie odczuwał bólu. Przed oczami miał czarne niebo pozbawione gwiazd. Co jakiś czas przeszywały je błyskawice nie wydając grzmotów. Również nie padał deszcz jak to zazwyczaj bywa w trakcie burzy. Mroźny wiatr smagał mu twarz i postrzępiona brodę.

Dezaw uniósł głowę i podparł się na łokciu rozglądając wokół. Smolista ciemność opanowywała wszystko. Nie możliwym było dostrzec cokolwiek. Nawet błyskawice nie rozświetlały dalszego horyzontu. Zauważył, że leży na kamiennym moście. Nie był w stanie ocenić jego wysokości, bowiem u dołu również panował mrok. Kamienna ścieżka prowadziła tylko w jednym kierunku – ku otchłań.

Wojownik podniósł się z ziemi i natychmiast zauważył, że stracił wszelka broń. Na plecach nie było topora. Nie posiadał również futrzanego płaszcza, w którym ukrył składana kuszę. Na głowie nie było rogatego hełmu ani miecza przy pasie. Jedyne co mu pozostało to wysokie buciory i skórzane spodnie. Na piersi miał gęsto pleciona kolczugę, która ochraniała również ręce. Na dłoniach pozostały rękawice ze smoczej skóry.

Kiedy stanął na równe nogi zdjął rękawice i otarł twarz. Jeszcze raz rozejrzał się w około zyskując pewność czy to co widzi jest realne.

– Gdzie ja jestem u licha? – zapytał sam siebie – Nadal żyję, a suka jakby przepadła – zastanawiał się przypominając wydarzenia sprzed chwili.

– Nie wygląda to na piekło, ale niebem też na pewno nie jest – zaśmiał się pod wąsem brodacz.

Nie mając za dużego wyboru ruszył przed siebie po wąskim moście. Wokoło tańczyły czarne chmury okalając i odcinając widoczność. Gdzie nie gdzie kamienna droga była wyszczerbiona na wylot ukazując otchłań, której i tak nie można było oszacować. Most nie posiadał żadnych łańcuchów ani balustrad które umożliwiały podparcie się w marszu.

Po przebyciu kilkunastu kroków dzielny mąż zaczął dostrzegać w mroku rysujące się kształty. Im podchodził bliżej, tym widok stawał się wyraźniejszy. Nagle jak na skinienie czarodziejską różdżką mrok opadł ukazując oczom Dezawa ogromne zamczysko.

– Dobry Boże – wymamrotał przyglądając się okazałej budowli.

Chciał zrobić krok w tył, zorientował się jednak, że droga za nim znikła bezpowrotnie. Jeszcze jeden krok i runął by w niezmierzoną przepaść.

Zamczysko było wielkie i mroczne. Ze wszystkich stron otoczone murem sprawiało wrażenie nie dostępnego. Ponad całą budowlą górowała czworokątna wieża, zakończona mniejszymi wieżyczkami w każdym rogu. Wokoło murów umieszczono fosę, w której zamiast wody pobłyskiwała czarna gęsta substancja wydająca zapach świeżej krwi. Ponad fosą górował most zwodzony prowadzący do bogato zdobionej bramy zamkniętej kratownicą. Nie było ani drzew, ani kwiatów. Powietrze nie miało żadnego zapachu. Jedyny źródłem światła w tym przeklętym miejscu był księżyc unoszący się centralnie nad mroczną budowlą. Gdzie nie gdzie dało się słyszeć krakanie ptaszyska. Było takie samo jak to które słyszał z ramienia zabitego wodza tuż przed przybyciem demona. Poza tym wszędzie panowała głucha cisza.

Dezaw syn Reznora ruszył przed siebie. Nie odczuwał strachu, był raczej ciekaw miejsca, w którym się znalazł. Jedyny niepokój wzbudzał w nim brak broni, bowiem woj bez oręża jest jak łuk bez strzały. Im bardziej zbliżał się do zamku tym zyskiwał większą pewność siebie.

Jak wejdę na dziedziniec poszukam broni. – mówił – Inaczej może być ciężko.

Ocalały piechur przeszedł przez most zwodzony i dotarł do zamkniętej kratownicy. Wciskał kamienne bloki szukając ukrytego sposobu na otwarcie bramy jednak nic się nie działo. Na budowli dało się dostrzec rzeźbione ornamenty przedstawiające nie chlubną działalność kostuchy zamieszkującej ponury obiekt. Nagle jak na życzenie potężna brama drgnęła i powoli uniosła się do góry ukazując dziedziniec zamczyska.

Wojownik dziarskim krokiem ruszył w stronę podwórza. Kiedy tylko przekroczył bramę, ta z wielkim hukiem runęła w dół odcinając drogę powrotną.

– Cwany ruch kostucho – krzyknął mrużąc oczy – myślisz, że to coś ci pomoże?

– Nikt nie wyszedł tą bramą żywy marny człowiecze – odezwał się ochrypły i ponury głos.

– To się jeszcze okaże, ścierwo – mruknął rozglądając się czujnie.

Wnętrze dziedzińca zamkowego jak i pozostała część budowli ogarnięta była ciszą i mrokiem. Nad kamiennym podłożem unosiła się mgła. Po środku sterczała studnia od dawna pozbawiona życiodajnej wody. Pod murami wznosiły się krużganki podparte równo rozstawionymi kolumnami. Kilka z nich przybierało postać rzeźby przedstawiającej zakapturzone postaci podparte mieczem lub kosą. Księżyc rozświetlał niemal każdy kąt krużganku dodając figurom niemal ożywczego blasku.

– To się franca urządziła – szepnął chwytając czujnym wzrokiem każdy szczegół.

Niepokojącym było, że nigdzie nie znalazł broni. Domyślał się, że wieża, na którą patrzy jest siedzibą wroga i nie może wejść w jej paszczę bez oręża w dłoni. Zaczął gorączkowo przechadzać się po dziedzińcu szukając choć najmniejszego narzędzia mogącego posłużyć za broń. Niestety nie znalazł niczego. Na domiar tego kolczuga na ramionach zaczęła ciążyć jak nigdy dotąd w pewnym momencie przyciskając syna Reznora do ziemi.

– To jedyna ochrona – sapał sam do siebie – żebym miał tu zdechnąć nie zdejmę jej. Muszę iść dalej.

Zebrał wszystkie siły i podniósł się stając ciężko na nogach. Powoli ruszył w kierunku wieży. Hart ducha i waleczność serca nie pozwoliła mu dać za wygraną. Wiązało się to bowiem z plamą na honorze. Dotarł do wielkich drewnianych drzwi. Te również na zwór bramy wejściowej ozdobione były płaskorzeźbami z wizerunkiem kostuchy. Wielką metalową klamkę pokrywała widoczna szadź. Dopiero teraz Dezaw poczuł, jak przenika go zimno i uciążliwy dreszcz. Chwycił rękojeść zakutaną w rękawicę dłonią. Drzwi chrupnęły i potężnie zaskrzypiały uchylając się przed zmarzniętym wojownikiem. Wszedł do środka. Panował tu półmrok.

Od drzwi zaczynały się strome schody prowadzące na szczyt wieży. Na ścianach pokrytych szronem tliły się pochodnie. O dziwo płomień był błękitny, więc tłumaczyło by to półmrok w nie przyjemnym wnętrzu. Dezaw zaczął wspinać się ku górze. Po drodze mijał szkielety, które zapewne należały do śmiałków będących tu wcześniej niż on. Mimo ciążącej na barkach kolczugi wojak dzielnie radził sobie z pokonywaniem wysokości. Im wyżej, tym schody stawały się, coraz węższe i bardziej strome. Po pokonaniu kilkudziesięciu stopni  przystanął na chwilę. Para z gęby dawała wyraz zmęczenia oraz panującego wewnątrz chłodu. Po pokonaniu połowy drogi, dostrzegł u szczytu otwarte drzwi prowadzące zapewne do miejsca przeznaczenia. Tak jak w całym zamku, również tu panował mrok. Z wielkim trudem dzielny i strudzony wojownik dotarł na szczyt wieży. Przekroczył próg obserwowanych wcześniej drzwi i znalazł się w wielkiej sali przypominającej dawną kaplicę. Obserwując zamek z zewnątrz nie przypuszczał, że pomieszczenie na szczycie może być tak duże. Urządzone bardzo surowo i chłodno przytłaczało ponurą atmosferą.

Wchodząc do środka Dezaw od razu spostrzegł dębowy stół przykryty czarnym płótnem, na którym leżał topór, miecz, mała składana kusza, rogaty hełm oraz pudełko przeplecione skórkowym rzemykiem. Na drewnianym kołku zawieszono grube futro. Pomieszczenie wypełniał fetor trupa, jednak tym razem do zniesienia. Nad głową zaraz po wejściu do sali górował mały balkon podparty czterema kolumnami na wzór tych z dziedzińca. Ściany zdobiły wysokie strzeliste okna wypełnione czarnym witrażem w różnych odcieniach. Pod oknami na dużych świecznikach ćmiły się świece o błękitnym płomieniu. Sklepienie wielkiej sali pokrywała mgła, z której co chwile strzelały błyskawice na wzór tych z mostu przed zamczyskiem. Przez środek biegł ledwo widoczny czarny dywan przysłonięty unoszącą się nad podłogą mglista poświatą. Prowadził na koniec sali, gdzie siedziała Ona, tajemnicza, odrażająca i zakryta poszarpanym kapturem – Śmierć.

Widok kostuchy przyprawiał o dreszcze. Nawet Dezawem targnął strach.

Kostucha siedziała na tronie wykonanym z ludzkich czaszek. Łatwo było dostrzec, że w niektórych miejscach brakowało ich kilka, aby wypełnić siedzisko w całości. Prowadziło do niego kilkustopniowe wzniesienie do złudzenia przypominające podwyższenie królewskie. Kostucha odziana w czarny płaszcz z kapturem stanowiła obraz odrazy i nieszczęścia. W lewej ręce trzymała długi trzonek z ludzkich kości zakończony ogromną zakrzywiona kosą, pobłyskującą nad głową. Od spodu kosa zakończona była ostrym jak brzytwa kolcem. Przednia część szaty była rozchylona i gołym okiem można było dostrzec gnijący mostek i żebra. Błyskawice pojawiające się na czarnym sklepieniu uderzały w kosę powodując wybuch iskier nad odrażającą postacią. Na prawej kościstej łapie widniał duży pierścień, symbol władzy nad życiem.

– Jesteś wreszcie ludzka miernoto – zagadnęło truchło podnosząc łep i witając swego gościa.

Dezaw spojrzał w jej kierunku udając, że nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia.

– Czego chcesz? – zapytał mróżąc oczy – Po co mnie tu ściągnęłaś?

– Spotykamy się nie pierwszy raz – ciągnęła śmierć –  Postanowiłam, że tym razem stawie się osobiście – mało tego – ugoszczę cię w moim skromnym pałacu – powiedziała wykonując gest prawym łapskiem – Niewielu miało ten zaszczyt.

– Nie wydaje mi się, żeby patrzenie na trupa było zaszczytem – odpowiedział śmiejąc się pod nosem – Z grzeczności jednak nie zaprzeczę.

Kościotrup nie był zadowolony z odpowedzi Dezawa. Najwyraźniej wzbudziło to w nim gniew. Wbił w rozmówce wzrok przeszywający niczym sztylet.

Dezaw odczuł dziwne ukłucie w piersi i jęknął.

– Pytam czego chcesz odemnie kreaturo? – krzyknął wojownik, co najwraźniej nie spodobało się rozmówcy.

– Jak śmiesz podnosić głos na Władcę Śmierci, plugawy śmieciu! – ryknęła podnosząc się z tronu – Jedno me skinienie przeniesie cię w ogień piekielny i szczeźniesz błagając o kroplę wody.

– Nie mam zamiaru ginąć! – postawił się Dezaw – Jeśli mamy walczyć, to wynik może być jeden. Ścierwu na pochybel.

Śmierć ponownie poderwała się z tronu. Niebo pod sklepieniem jakby się rozstąpiło. Powiał silny i duszący wiatr jak wtedy, gdy porawno go w zaświaty. Kostucha rąbnęła kosą w posadzkę. Drganie przewróciło brodacza odbierając na moment dech.

– Jesteś zerem synu Reznora. Nie możesz nic osiągnąć, a mimo to walczysz. Ty i twoi towarzysze – wielcy pogromcy złego. Żaden nie zdążył zareagować. Wycięłam ich w pień w przeciągu sekundy. Nikt nie może mnie pokonać. Wiesz dlaczego?? – zapytała.

– Umieram z ciekawości – odpowedział drwiąco Dezaw.

– Bo na imię mi Śmierć! – wrzasnęła – Każdy człowiek podlega mojej władzy. To ja decyduję o godzinie w której wyrwę twą duszę z ciała i skaże na potępienie u mego boku. Nikt nigdy nie wygrał i nie wygra ze mną. Ja dzierżę klucze czasu przypisanego każdemu według miary życia. Żaden miecz ani topór. Żadna kusza czy łuk nie są w stanie zagrozić memu jestestwu. Rozumiesz to głupcze?

– Szanowna Ochydo – rozpoczął Dezaw skłaniając się komicznie – Wszystko coś powiedziała zgodne jest z prawdą. Istnieje jednak pewna rzecz która nas różni. W mojej piersi bije serce, które jest dawcą życia, ciepła, uczucia. Również w nim rodzi się wola walki. W moim ludzie istnieje takie powiedzenie: „Jakie serce, taki miecz”. I choć może to z mało by pokonać tak wredne truchło jak ty, to jednak miej świadomość, że nigdy nie dostaniesz mojej duszy.

– Widzisz to wolne miejsce? – zapytała śmierć wskazując kościstym paluchem wgłębienie na czaszkę w oparciu tronu – To na twój łep miernoto. Dołączając do kolekcji staniesz się moją własnością tak jak pozostali.

Śmierć skinąła łapą i wokoło niej zaczęły pojawiac się uciemiężone duszę zakletych w tronie właścicieli czaszek. Dezaw rozpoznał na ich twarzach cierpienie i ból. Jakby błagali o pomoc, której nie mogli otrzymać.

– Stań do walki Suko! – warknął wojownik – Miejmy to za sobą.

Syn Reznora podszedł do dębowego stołu i przywdział rogaty hełm. Otwierając pudełko z trucizną zamoczył w niej ostrze miecza, po czym przytroczył go do szerokiego skórzanego pasa. Przeładował kuszę i odłożył na stół. Chwycił w dłoń drżącą rękojeść topora. Machnął w powietrzu, jakby na próbę i stnął przodem do tronu śmierci.

– Jestem gotów – poinformował przeciwniczkę.

– Marne twe przygotownia człowieczyno – odparła podrywając się z tronu. Obie ręce podniosła w górę uwalniając błyskawice z ciemnego sklepienia. Towarzyszył temu przerażający huk i gromki śmiech kostuchy.  Pochodnie pod oknami zmieniły barwę płomienia. Teraz przybrały naturalne właściwości żywego ognia. Z wielkim hukiem zatrzasnęły się drzwi za plecami wikinga.

– Mam dla ciebie propozycje synu Reznora – zagadnęło truchło przybliżając się małymi krokami do Dezawa.

– Nie jestem zainteresowany – odpowiedział.

– Nie chcesz nawet poznać mojej oferty? – dopytywała śmierć, coraz bardziej przybliżając się do przeciwnika.

–  Jedyne czego chce to wbić topór w twój pusty i kościsty łeb – wypalił wojownik rzucając się na kostuchę.

Śmierć zrobiła szybki unik zręcznie parując cios wojaka. Nim ten zdążył się obrócić miał już nad głową kosę tnącą powietrze w jego kierunku. Nie zdążył całkowicie uniknąć ostrza które w jednej chwili odcięło ucho wojownika.

Dezaw zawył z bólu przysłaniając ręką zakrwawione miejsce. Szybo spostrzegł, że rana momentalnie gnije i ocieka ropą. Zatrute ostrze zainfekowało organizm – pomyślał.

Truchło uniosło się w powietrze rzuciło piorunem w rannego przeciwnika, który z każdą chwilą tracił siły chwiejąc się na nogach. Piorun trafił w Dezawa eksplodując na zasłaniającej klatkę piersiową kolczudze. Wybuch niemal zabił rannego wojaka. Leżąc poparzony na posadzce szybko tracił świadomość.

Śmierć mogła przejść do ulubionej części walki. Podeszła do konającego i wtopiła w niego parszywe ślepia. Jednym ruchem przywołała kosę i przyłożyła do grdyki leżącego.

– Mogę uratować ci życie, w zamian za służbę w gildii śmierci – wycedziła chełpiąc się zwycięstwem – Wystarczy jedno słowo i podpis na cyrografie, a będziesz żył.

– Ścierwu na pohybel – wymówił ostatnim tchnieniem brodacz.

– Zatem nie pozostawiasz mi wyboru głupcze – odpowiedziała.

Truchło podniosło się. Jednym gestem łapy przeniosło ofiarę w pozycję siedzącą. Kosa uniosła się w powietrze i szybkim pchnięciem odcięła głowę wojownika. Z ciała bryznęła czarna zakażona krew. Tułów upadł na podłogę, zaś głowa potoczyła się w kierunku tonu Śmierci. Kostucha podeszła i chwyciła odcięte trofeum. Kiedy podniosła głowę Dezawa, ta momentalnie zamieniła się w gołą czaszkę, jakby spędziła w grobie przynajmniej sto lat. Umieściła ją w oparciu tronu, uzupełniając w ten sposób puste miejsce. Zasiadła na trupim podium i wybuchła hałaśliwym i przerażającym śmiechem, który odbił się echem nie tylko po sali, ale i całej okolicy.

Najdawniejsze ludy zamieszkujące północ spisały legendę, która głosi: „Jeśli w pochmurną i straszną niczym upiór noc, wśród świstów chłodnego wietrzyska usłyszysz w oddali echo plugawego śmiechu który wpadając w ucho przyprawi cię o dreszcz, musisz wiedzieć, że kolejne miejsce wśród tronowych czaszek Śmierci zostało zapełnione”.


Przemysław Kubisiak

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 5 (#2 2017) kwartalnika Abyssos.