Tag -

#2

Oculum Mundi

Miejskie powietrze czyni wolnym #2

372 Wyświetleń

<- Część I | Część III ->


Chriss otworzył usta ze zdziwienia. Nie wiedział po co tu jest potrzebny, ani tym bardziej, dlaczego go tak energicznie przywitano. I zrobił to najwyższy urzędnik w całej republice. Chyba każdy, kto przybyłby ad hoc w takie miejsce zareagowałby dokładnie tak samo.

Przyglądanie się jednookiemu żołnierzowi dłużyło się. Chriss rozumiał ten mechanizm. Cisza, jaką celowo podtrzymywał doża, miała zdezorientować go. Sprawić, by poczuł się niepewnie. Wagner postanowił wziąć udział w tej grze. Pomimo faktu, że już wcześniej wyraził zaskoczenie, dalszą część partii zdecydował się rozegrać, jakby to on sam rozdawał karty. Przybrał dość normalny wyraz twarzy i oczekiwał na ruch od strony doży.

– Zapraszam do pokoju obok, panowie – odezwał się w końcu Sorill i wskazał na zgrabne, hebanowe drzwi po jego lewicy.

Nie czekał aż Czarny Kaptur zabawi się w lokaja, otwierającego drzwi. Pchnął je i żwawym krokiem wszedł do przytulnego pomieszczenia o skąpym wystroju. Za prostokątnym stołem stało dwóch przygarbionych jegomości w słusznym wieku. Pochylali się nad mapą rozłożoną na stole. Żołnierz rozpoznał ich bez większych trudności. Francis Orweld i Gustaw Nauestad zasłynęli z szeroko zakrojonych akcji charytatywnych skupionych wkoło kościoła Hilen, opiekunki zdrowia i miru domowego. Na szlachetne uczynki stać ich było za sprawą obrotu bronią i pancerzem w faktoriach handlowych rozmieszczonych w całym Cesarstwie Ingradyjskim.   

– Panowie – zaczął doża odwracając się profilem do Wagnera i Oldberga. – Jesteśmy w komplecie. Mości Nausestad, zechcecie zacząć?

Wagner spojrzał kątem oka w stronę mężczyzny, którego wywołał Sorill. Pomimo, że widział go po raz pierwszy w życiu, dokładnie tak sobie go wyobrażał. Przy kości, o pucowatej twarzy i łysinką na głowie. Typowy obraz kupca, do którego już przywykł, nawet będąc w wojsku.

– Dziękuję panie – Nausestad pokornie ugiął się w pas. – Na sam przód garść informacji. Rozpoczynamy wojnę handlową z republiką – kupiec machnął ręką. – Upraszam o wybaczenie. Z księstwem Norithoru. Nie mogę się przyzwyczaić do Bękarciego Księstwa… W każdym razie ród Camperezza rośnie niebotycznie w siłę i teoretycznie, jako nowa szlachta nie powinien parać się handlem, gdyż to zjawisko bezbożne, plugawe et cetera, et cetera… Być może nowej szlachcie przystoją takie zmiany – pokręcił zrezygnowany głową. – Bez względu na to familia, a obecnie ród książęcy Camperezza, szkodzić będzie Najjaśniejszej Republice w sposób niepomierny.

– Jako stronnicy cesarza – uzupełnił Francis Orweld.

– Nie inaczej, Francis, nie inaczej – zgodził się Nausestad.

Na twarzy Chrisa pojawił się lekki uśmiech, gdy słuchał słów kupca. Zdał sobie nagle sprawę, jak polityka zmienna jest. Nic dziwnego, że jego ojciec zerwał zaręczyny z panną Siletto, skoro mocno mieszała mu w planach. To dość zabawne, pomyślał nagle wojskowy, spoglądając mimochodem na rozłożoną mapę, że nagle, po dziesięciu latach poza granicami swojego domu, zacząłem myśleć o współżyciu małżeńskim. Ewidentnie się starzeję. Po chwili jednak wrócił do słuchania Neustada.

– Dlatego mości doża – Gustaw znów zbił pokłon w stronę najwyższego urzędnika – powodowany mądrością przystał na nałożenie na cis, rudę żelaza, krzemionkę i wełnę cła zaporowego. Transfer towaru do stolicy, a potem dalej na północ, rozciąga się przez terytorium Modris gdzie cło będzie pobierane. Ponadto książę Arnold Ottarstein z Ostreich i książę Veron z marchii Walsberg wyrazili chęci do nałożenia podobnych ceł – Nausestad zaprezentował na rozłożonej mapie poziomią linię ziem, na których będzie obowiązywały regulacje. – Towary z południowych księstw, choć tanie, zrównają się z cenami naszymi, dzięki czemu nasi stronnicy militarni, zwiążą się z nami i  handlowo. Osłabi to ekonomię Norithoru, ale i Kelrad, stolicy.

– Zaś my zyskamy na obrocie cisem, wełną i konopiami na wschodnich rubieżach cesarstwa – dodał Orweld. – Oraz Marchii Północnej…

– …o ile ceny za węgiel, żelazo, siarkę i glinę wydobywaną w Marchii Północnej stanieją – kontynuował korpulentny handlarz. – A na to głowa rodu Wagner przystać nie chce…

Podporucznik słuchał z uwagą kupców. Pomimo faktu, że nie był obyty z arkanami handlu jak tutaj zebrani, potrafił dość błyskawicznie analizować fakty. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Republika Modris stanowiła główny szlak handlowy do stolicy i dalej i każdy potencjalny towar musiał przejść przez te ziemię. Nałożenie ceł zaporowych przez republikę i otaczające Norithor księstwa wprowadzi stolicę w problem, gdyż nawet gdyby chciał kupować towary dalej w swoim państwie satelitarnym, straci więcej niż gdyby kupował od Republiki Modris. Christofferowi aż zakręciło się w głowie. Odzyskał trzeźwe spojrzenie na świat w chwili, gdy wspomniano o Marchii Północnej i jego ojcu. Zapaliła mu się w końcu lampka o co tu może chodzić i w końcu, po dłuższym milczeniu zabrał głos.

– Nie ma co się dziwić, skoro to są materiały, które potrzebne są do kucia oręża. Poza tym, obecnie sytuacja na północy jest moim zdaniem dość niepewna, by faktycznie prowadzić tam politykę handlu surowizną. Chyba, że mój ojciec podał inny powód, dlaczego nie przychyla się do propozycji rady.

– Nie powiedział nic – rzucił opieszale Sorill. – Dlatego, Christofferze, chcieliśmy byś uczestniczył w tym spotkaniu. Z twoim zacnym ojcem kontaktujemy się drogą listowną, a jak sam się domyślasz nie jest to kontakt wygodny. Mimo utrudnień zdążyliśmy wysondować, że margrabia Namüel, jak to się mawia prosto, kręci nosem. Od początku kupował surowce ze swoich terenów od spółek górniczych i wydobywczych pochodzących z Modris. Już wtedy nie był zadowolony z takiego stanu spraw. Obecnie, gdy twój ojciec, zdołał wykupić większość akcji tamtejszych faktorii stał się… – urwał na chwilę kręcąc głową – monopolistą.

– A gdzie monopol – rzekł Oldberg – tam nie ma konkurencji.

– Zaś bez konkurencji mamy do czynienia z wysokimi cenami – wnioskował Sorill.

– I wkurwionym margrabią – skwitował Nausestad.

Chris spoglądał kolejno na każdego przemawiającego mężczyznę. Miał wrażenie, że był przytłaczany każdą informacją, która wychodziła z ust urzędników. W końcu mówili mu o rzeczach, które były częścią polityki handlowej, która od kilkunastu lat nie była już jego domeną. I dałby się wrobić jak dziecko w niemalże każdą intrygę ekonomiczną, która szyją wielcy tego miasta. Przyjął więc na razie w myślach pozę “nie ma chuja, nie zgadzam się”, ale w ruchach i słowach wykazywał jakiś przejaw zainteresowania i szacunku wobec urzędników.

– Znam podstawy ekonomi, a także charakterek magrabii Namüela, więc zdaję sobie sprawę, jaki musi mieć to wpływ na wasze interesy, panowie- powiedział w końcu wojskowy, a zaraz potem zadał pytanie, które chodziło mu po głowie od dłuższego czasu.- Nie mniej, wciąż nie rozumiem, jaką w tym wszystkim mam odegrać rolę?

Podporucznik mimo wszystko, mógł się domyślać, że będzie jeleniem, ale wolał usłyszeć, w jakie piękne słowa ułoży to doża i reszta kupców. Smętna gęba Nausestada nie napawała wojskowego dobrymi przeczuciami. Orweld mlasnął i wypuścił głośno powietrze.

– Dobrze, ja to powiem – zaczął niechętnie. – Twój wielce szanowny ojciec z pieczołowitością dogląda spraw rodu Wagner i pomnaża jego majątek, ale… Na bogów… Ale szkodzi tym samym miastu. Zagadnienie jest szersze aniżeli sprawy finansowe i zależy nam na dobrych relacjach z margrabią. Na północy Kelrad, na południu Norithor. Sytuacja geopolityczna Modris przypomina położenie gładkiej dziewki – kupiec podrapał bulwiasty nos. – Jegomość z przodu i jegomość z tyłu ostrzą sobie na nią miecze. Jeśli wiesz o co mi chodzi.

Nausestad zachłysnął się winem. Doża Sorill z wymalowaną na licu ojcowską troską oklepał plecy grubego kupca.

– Bój się bogów, Francis – rzekł, gdy odzyskał dech w piersi. – Ty jak coś powiesz, to klękajcie narody…

– Moim zdaniem to całkiem zgrabna metafora – wtórował Orweldowi doża.

– Tak czy inaczej, Chriss… – Francis Orweld podjął sztywno. – Chcielibyśmy, abyś wpłynął na ojca. Tak by…

– Tak by, do ciężkiej choroby, stał się na powrót patriotą – dokończył buńczucznie Nausestad. – Oddanym i płomiennym patriotą.

– Mój pułkownik zwykł mawiać w takich momentach “Może i jest patriotą, ale bogowie, dajcie mi kompanię, a nie idealistę, do kurwy nędzy”, z wybaczeniem szanownego towarzystwa- nie mógł się powstrzymać od tej docinki wojskowy.

Wewnątrz siebie dusiło go pragnienie, by wybuchnąć gromkim śmiechem na słowa kupców i najwyższego urzędnika. Wiedział jednak, że nie spotkałoby się to ze zrozumieniem towarzystwa zasiadającego na tej naradzie, dlatego wolał podsumować to krotochwilą o mało wysublimowanym smaku. A ta przynajmniej mogła się spotkać z aprobatą choćby rajcy Orwelda. Bo już tarzanie się po podłodze, płacząc od rechotu raczej nie byłoby dobrze przyjęte przez żadnego z urzędników.

– Sprawa jest jeszcze trudniejsza niż szanownemu zgromadzeniu się wydaje- zaczął szczerze Chris, nie chcąc tworzyć iluzji dumy i szczęścia.- Wraz z moim odejściem do armii cesarskiej dziesięć lat temu nie rozstaliśmy się z ojcem w pełnej zgodzie. Minęła już co prawda ponad dekada od tego wydarzenia, ale wciąż… nie wiem, jak się zapatruje mój płodziciel na moją osobę. Zwłaszcza, że nie otrzymywałem żadnych listów z domów w trakcie służby. To pierwsza sprawa. Druga rzecz, to odległość. O ile mi wiadomo, to Pan Oldberg wspomniał, że mój ojciec wyjechał już do Północnych Marchii finalizować transakcje. Raczej w ciągu jednego dnia nie znajdę się na Harpich Szczytach, by mu wbić do głowy, że źle robi. I w końcu po trzecie… –

Tutaj Wagner cmoknął i się lekko uśmiechnął. – Wybraliście chyba złego Wagnera, panowie. O ile to wiem, moi bracia są bardziej pod ręką i znacznie bardziej przekonujący w kontekście zmian kierunku wiatru handlu anieżeli ja. Skąd więc taka decyzja, by mnie tam posłać?

Po słowach Chrissa nastała cisza. Jednooki zauważył, jak doża zerknął wrogo w kierunku trzymającego się na uboczu Czarnego Kaptura.

– Nie ja zbierałem wywiad, panie – odpowiedział sugerująco tajemniczy mężczyzna.

– Być może masz rację – Sorill zwrócił uwagę z powrotem na wojskowego. – Może czas leczy rany i pański ojciec nie byłby skory do gniewu, ale to kwestie domysłów. My potrzebujemy racjonalnych zadań.

Urwał, by stuknąć dwukrotnie o blat stołu. Wagner pojął, że w jednej chwili koncepcja planu doży runęła, jak marzenia mężów o bezstresowym pożyciu małżeńskim.

– Istotnie – podjął ponownie – zbyt daleko do Harpich Szczytów, by ryzykować potencjalną stratę czasu na rozdrapywanie starych, familijnych ran – oparł się o blat przebierając na nim rytmicznie palcami. – Czy mówi panu coś nazwisko Selitto?

– Mój panie, czy to aby roztropne, by… – Wtrącił się Orweld. Zamilkł, gdy doża energicznym gestem dłoni nakazał mu milczenie.

– Oczywiście, że mówi- odpowiedział Chris, wypuszczając powietrze z ust i lekko się uśmiechając.- Chyba z resztą wywiad mości doży, a co za tym idzie pan również, doskonale zdaje sobie sprawę, jak w dalekiej przeszłości rody Selitto oraz Wagner były ze sobą w dobrych relacjach, do tego stopnia, że byłem zaręczony z córką głowy rodu, Eweliną. Obecnie zdają się być zausznikami Camperezzów, czyli stoją po stronie cesarskiej. No i moje zrękowiny również stały się już mitem na rzecz innego absztyfikanta ze wspomnianego wcześniej rodu. I, o ile mnie pamięć nie myli, zajmowali się surowizną z kopalni metali. A także stoją w opozycji do innych familii elekcyjnych.

Skierowany wzrok doży na pana Orwelda przedłużał się. Chriss zauważył jak stary kupiec zrezygnowany wzruszył ramionami.

– Wszystko to prawda i tylko prawda – potwierdził Sorill delikatnie kiwając głową. – Camperezzowie, jako ród przedsiębiorczy…

– … skurwesyński, pełen parweniuszy i hochsztaplerów – raczył uzupełnić Gustaw.

– Dziękuję – westchnął mało zdziwiony doża. – Słusznie sugeruje pan Nausestad, że Camprezzowie to zdrajcy. Otworzyli bramy Norithoru podczas buntu i wpuścili lojalistów do miasta. W zamian za to otrzymali herb, splendor, tytuły, ziemię, tedy wszystko to, co czego potrzebuje szlachta.

– Syfilisu nie było w pakiecie – burknął ponownie grubawy kupiec. – To w stan szlachecki wnieśli w posagu.

– Gustawie, w każdym rodzie są osoby, które mają kiłę… To nie… – Próbował mitygować Francis.

– Tak czy inaczej nowi władcy Norithoru pragną położyć łapę na Modris, na co zgody nie ma – doża twardo wrócił do meritum. – Z rodem Selitto nic nie poradzimy. Wybrali tak, a nie inaczej, zaś my nie możemy pozwolić, by nasza pozycja osłabła – uniesiony palec ku górze wskazał na północno-wschodni kraniec mapy. – Harpie Szczyty. Spółki Wagnerów, spółki Camprezzów, jak się okazuje. Oni coś knują, a my musimy dowiedzieć się co. Chcielibyśmy byś ostrożnie wybadał sytuację w familii Selitto. Wobec ciebie nie będą mieli podejrzeń, Chriss…

Milczenie kupców wydało się kłopotliwe. Mężczyzni raptem wpadli w konfuzję, Fracis Orweld rozpoczął nawet kontemplację podłogi. Podejrzenia jednookiego kierowały się w stronę ewentualnych kontaktów handlowych ojca. Wagnerowie i Camperezzowie w przeszłości prowadzili wspólne interesy. Całkiem intratne, o ile Chriss pamiętał.

– Trzeba sprawdzić – milczący do tej pory Czarny Kaptur odezwał się paskudnym głosem – czy Hektor Wagner nie zwąchał się za blisko z Camperezzami… Proszę pana.

– Dzięki, nie wiedziałem- odpowiedział po chwili konsternacji Chriss, pozwalając sobie na spojrzenie: “Czy ty uważasz mnie za aż tak niedorozwiniętego?”.

W odpowiedzi mężczyzna skinął mu głową z wrednym uśmiechem.

Zasadniczo, bardzo mu się ten pomysł nie podobał, by mieszać się w zatargi zwaśnionych rodów i sojuszników. Nigdy nie był biegły w polityce, zwłaszcza dotyczących handlu, a teraz nie dość, że proponowali mu maczanie się w tym brudzie, to jeszcze na zasadzie szpiega. Szpiega, który będzie  przeciwko własnej rodzinie. W pewnym sensie to zdrada. Ale… z drugiej strony, skoro ojciec się do niego nie odzywał, podobnie jak bracia, będzie mógł im odpłacić piękne nadobnie. By jednak to się stało, musiał wiedzieć, czy mu się to w ogóle opłaci. Nie chciał być instrumentem, tylko dołączyć do muzyków. Ale na swoich zasadach, jako skrzypce prowadzące.

– Myślę, że mógłbym się tego podjąć, ale nim to, chciałbym się dowiedzieć, dlaczego ja, a nie któryś z moich ambitniejszych braci?- zaczął dość niewinnie, ale potem pozwolił sobie na bardziej pewny uśmiech.- To po pierwsze. Po drugie: awans na pułkownika, posiadłość o powierzchni stu arów, dwadzieścia hektarów własnościowych z polami, pastwiskami i lasami, na czas trwania misji 500 denarów: 100 w gotówce, 400 na lokacie bankowej, po misji pensja o wysokości 100 denarów miesięcznie na dwa pokolenia z czystej linii ode mnie, a do tego 10% upust cen na wyroby i surowiznę pochodzących od rodzin członkowskich rady do końca życia, pod zaprzysiężeniem u najwyższego kapłana Tradara.

Wraz z narastającą kupką warunków kolejno kupcy Orweld, Nausestad i Oldberg, wyrażali swoje zdumienie. Pierwszy psioczył, drugi obsobaczył Chrissa, trzeci zmówił pacierz do Skrupulatności Tradara. Gdy nadszedł kres wyliczanki doża położył ręce na blacie stołu i wypuścił głośno powietrze.

– Panowie kupcy… Wyjść – polecił twardym głosem. – Oprócz ciebie – zwrócił się do Czarnego Kaptura.

Mężczyźni posłusznie spełnili żądanie Sorilla, grzecznie kłaniając mu się na odchodne.

– Cesarz zwykł wieszać za podobne żądania – doża jak na przekór wypowiedzi, uśmiechnął się. – Wyższej szarży ci nie dam, w Najjaśniejszej Republice tytułów się nie kupuje… A przynajmniej chciałbym w to wierzyć.

Obszedł blat stołu i zbliżył się do jednookiego po czym złożył swą rękę na jego ramieniu.

– Chętnie spełniłbym twoje warunki. A nawet zrobił wyjątek dla stopnia pułkownika, lecz zrozum – przerwał i zdjął rękę z wagnerowego ramienia – takie zmiany gruntowe, finansowe i ekonomiczne, mówią wiele. Czy wiesz, że nim zaczyna się jakikolwiek konflikt zbrojny to na przód mówią nam o tym liczby? Tak, tak. Ekonomia. Wahanie rynków, destabilizacja, niemożność pogodzenia się ze złą koniunkturą, a dalej wymuszanie cen, narzucanie ceł i wszelkie próby regulacji rynku prowadzą do katastrofy. Zważ czego żądasz: nieruchomości, dóbr, wyrobów i upustów. To by pokazało naszym wrogom, że coś czynimy. Że wykonujemy ruchy. A naszym przyjaciołom, że próbujemy regulować rynek dzięki temu dziesięcioprocentowemu upustowi. Czy wiesz jak prędko rodziny członkowskie rady by nas opuściły?

Powracający za stół Kersil Sorill zapukał dwa razy w blat.

– Proponuje zatem zakwaterowanie na czas misji w zamtuzie Mirra i płomień, sto denarów zaliczki i czterysta denarów po wykonaniu zlecenia. To wszystko, co mam do zaoferowania – skwitował władca. – Nie musisz odpowiadać teraz. Idź i użyj życia na balu, a gdy ten zakończy się, poznamy obaj twą decyzję.  

Chriss wysłuchał co miał mu do powiedzenia doża. W tym momencie miał ochotę trzasnąć drzwiami i wrócić gdzieś na północ, gdzie nie było żadnej polityki rodowej, ani tym bardziej zdrady w stosunku do własnej rodziny, do czego namawia go teraz Kersil. Nie ma zamiaru godzić się na to, by dostać jakieś marne grosze w stosunku do kroci, którą zarobią wielkie rody. Nawet gdyby go włączyli do kółeczka, nie wykazywałby żadnego zainteresowania, gdyż bardziej dla niego zajmujące są militaria. Rzucił jeszcze tylko spojrzenie w stronę najwyższego urzędnika i kiwnął głową, nie dając mu żadnej odpowiedzi. Gdy tylko doża puścił jego ramię, ukłonił się zgodnie ze zwyczajem i skierował się w stronę drzwi. Tam się zatrzymał i obrócił na pięcie:

– Wciąż jednak nie dostałem odpowiedzi na pierwsze pytanie- dodał jeszcze podporucznik, wpatrując się w twarz Sorilla.- Dlaczego ja?

– Jesteś stąd, ale jednocześnie jesteś obcy – odpowiedział doża posyłając żołnierzowi szczery uśmiech.

– Zdaje się, że tak naprawdę nigdy nie byłem „stąd”- odparł jeszcze wojskowy, raz jeszcze kłaniając się i wychodząc z sali.


Michał J. Sobociński;

P. R. Ofiarski


<- Część I | Część III ->

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. II

390 Wyświetleń

<- Część I | Część III ->


Przed wejściem do pokoju numer dwadzieścia dwa tłoczyła się grupka żaków. Namawiając się wzajemnie na pukanie w drzwi, wspominali jak przed laty Karl Weiss wyszywał na banderze uschnięty dąb. Znak elfich buntowników prędko stał się symbolem solidarności ze starszą rasą. Stojący w tłumie Francesco Moutart po części rozumiał studencką fascynację Weissem. Odważny, bohaterski, idealista. Co z tego, że myli się w każdym z cali? Młodzi kochają mało rozsądnych, gdyż w miłości to podobieństwa a nie różnice się przyciągają.

– Podobno zmienił się nie do poznania! – Ekscytował się jakiś pierwszak.

– A jak miał się nie zmienić?  Znasz kogoś kto opuścił wyspę Mort? Cała wyspa to jedna wielka kolonia karna – odpowiedział mu jego równolatek.

– Jak wyjdzie od Tomasa to nam wszystko opowie!

Moutart chował w pamięci i sercu wszystkie opinie i ploteczki na temat Weissa. Spamiętywał przy tym tych, którzy nadmiernie egzaltowali się uczelnianym synem marnotrawnym.

Tomas Vouter zerkał przez ramię na drzwi pokoju 22. Uśmiechnął się myśląc o zasadach akademickiej społeczności. Żaden z pierwszych roczników nie miał prawa przeszkadzać żakom, którzy rozpoczęli quadrivium. Nawet jeśli obserwowaliby rozmowę z końca pokoju, mogącego pomieścić dwudziestu lokatorów. Student spojrzał na Weissa a potem na siedzącą na pryczy dziewczynę o lazurowych oczach. Nie spodobało mu się jak Emila Loufstein patrzy na Karla. Szczęśliwie żak również wpatrywał się w drzwi słuchając głośnych rozmów pierwszaków.

– Za twoich czasów tez był taki porządek? – Zagaił Tomas.

– Nic się nie zmieniło.

Potem zapadło, nieznośne dla cierpliwości, milczenie. Tomas zaprosił do rozmowy Karla z jasnego dlań powodu. Odkąd usłyszał, że na uniwersytet wraca osławiony swą odwagą Karl Weiss zapałał chęcią żądzy odbycia z nim rozmowy. Również Emila Loufstein nie mogła się doczekać spotkania z przywódcą rozruchów studenckich.

– Słyszeliście o pomyśle cesarza? – Odezwał się Karl wzdychając zaraz po tym. – Jego Miłość doszła do wniosku, że słusznie jest, aby środowisko akademickie tego miasta zostało wyłączone spod sądów kościelnych i  włączone pod jurysdykcje miejską.

– Tak, by cechy rzemieślnicze, osoby prywatne i spółki cywilnoprawne nie musiały wnosić podatku za zatrudnianie stażystów do pracy. Kanony kościelne zabraniają nakładania dodatkowych danin oprócz dziesięciny i podatku od głowy – sprostował szybciutko Tomas Vouter.

– Godzi to w część studentów, którzy nie są wspierani przez rodziców w sposób znaczny. To jasne – dodał Karl Weiss przekładając nogę na nogę.

Ponownie w pokoju numer 22 zapanowało milczenie.

– Uniwersytet nas potrzebuje – odezwał się po krótkim momencie. – Ale sam wiesz najlepiej, że jest za mało zainteresowanych by można coś wywalczyć. Poprzednio byli studenci, elfy, krasnoludy. Nawet paru wykładowców dołączyło!

– Nie przypominaj mi o tym kolego – odparł szorstko Weiss. – Poprzednio nie udało się nam posunąć pomysłów do przodu. Nie studiowałeś wtedy. Nie było cię tam. Popełniliśmy wiele błędów.

Byłem – sprostował w myśli Tomas. – Ale nie pamiętasz mnie.

– Ale najwyższą cenę zapłaciłeś ty – do rozmowy włączyła się Emila.

– To nieprawda – zaprzeczył Karl kręcąc głową. – Biedaki z barykady uniwersyteckiej zostali zmasakrowani przez konnicę Henricha ze Stalervek. Rozmawiałem z nim dziś. Teraz służy tu jako naczelnik.

– Raczej naczelny donosiciel – prychął Tomas.

– To kiepski awans, co? – Zastanowił się Karl.

– Ma teraz dużo czasu – śpieszył z wyjaśnieniami Tomas. – A wieść niesie, że ponoć sam wniósł o utworzenie tego stanowiska.

– Taaa… – Przeciągnęła Emila kręcąc oczami. – Teraz ma więcej czasu na łajdaczenie się w Małej Syrence. No i na rozmowy z Moutartem.

– Szczupły, przeciętnego wzrostu, niemodna toga?

– To on – potwierdził Tomas. – Szpicel, menda i podobno łamacz mieczy.

– Kto?

– Tomasowi chodzi o to, Francesco, znaczy Moutart, oddaje się oddaje się mężczyznom jak dziwka – wytłumaczyła z obrzydzeniem Emila.

– To co za problem? – Nagle Weiss ożywił się.  – Donieść na niego inkwizycji i spalą go jako winnego wynaturzeń. Kto ogniem woj uje od ognia ginie, prawda?

Od razu chce działać. To prawda, co powiadali o nim – snuł w myślach Vouter.

– To nie takie proste. Odkąd rozgoniono batogami poprzedni bunt, wszelkie donosy z uczelni przechodzą przez ręce naczelnika – rzekł Tomas. –  I uprzedzając kolejne pytanie: nie,  nieoficjalny donos też nie ma szans. Inkwizytorium patrzy na uniwersytet, jeśli nie palącym, to z pewnością mało przychylnym wzrokiem.

Skamieniała twarz Karla Weissa zaniepokoiła młodego studenta. Żak chciał przedstawić mu bolączkę sądową, a tymczasem Karl aż palił się do krwawej roboty. Przynajmniej nie okazywał tego. Lecz Tomas dostrzegał w rozmówcy gniew narastający powolutku i stopniowo.

– Powzięliście już coś? – Zapytał Weiss.

Vouter przeczuwał i bał się tego pytania.

– Są z nami młodsze roczniki. Jednostki, których mało obchodzą podatki na rzecz miasta ale zrozumieją poniekąd naszą sprawę. Gdy przyjdzie im zostawić pieniądz u urzędnika w zamian za kwit, a nie karczmarza w zamian za gorzałkę – odparł mniej ostrożnie niż planował. – Ale starsze i najstarsze, pamiętające poprzednie wydarzenia, nie palą się do działania. To dziwne. Potrzebują nas. Ta inicjatywa jest korzystna dla wszystkich uczących się. Zmieniając sądownictwo uniwersytet padnie bez studentów.

– To, że rybak zależy od morza, nie oznacza, że morze zależy od rybaka – odpowiedział Weiss a potem machnął ręką. – Jak w miłości, moi mili, jedno odchodzi, przychodzi potem drugie.

– Jesteś cyniczny – obraziła się Emila.

Rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Tomas domyślił się, kto może im przeszkadzać. Po głośnym wejść! w progu pokoju pojawił się korpulentny młodziaszek o pucołowatych polikach. Wysoki chłopak, odziany w togę barwy zimowego, zachodzącego słońca, stanął w progu pozwalając, by wzrok zgromadzonych za drzwiami studentów, na chwilę wlał się do środka.

– O! Przepraszam! – Prawie krzyknął rozumując w czym przeszkodził. – Już mnie nie ma!

– Nie, nie, Edgar, czekaj – Tomas zaprosił blondyna gestem ręki.

Zmieszany student w todze poszedł ku trójce. Zerkał z obawą na Karla. Uśmiechnął się szelmowsko i zarzucił nogę na kolano.

– Karl Weiss – przedstawił się spoglądając na Edgara.

– Wiem kim jesteś… – Wyszeptał Edgar cały czas wpatrując się w żaka. – Zostałeś zesłany na wyspę Mort za bunt i rozruchy – rzekł niespokojnie. – Słyszałem, że zginąłeś. Podobno są tam urządzane polowania na skazanych nie-ludzi. Skazańcom obiecuje się wolność w zamian za uczestnictwo w polowaniu.

– Jakim znowu polowaniu?  Edgar, co ty gadasz? – Spytała znudzona Emila.

– To prawda! – Student wybuchł gniewem. – Słyszałem od… od pewnych ludzi! Dozorcy robią łapankę, potem obiecują wolność. Nieszczęśnicy,  którzy przestają na te kondycje dostają sztylet i won w las. Potem dozorcy z psami polują na nich. Komu uda się przetrwać noc ten może opuścić wyspę.

– Udało się komuś? – Wtrącił Tomas.

– Gdzieżby tam!

– Mi się udało – skwitował szybko Weiss. – Zatopiłem się w bagnie uprzednio przygotowując rurkę z trzciny, aby dostarczała mi powietrza. Rankiem dozorcy, choć nie zadowoleni, przetransportowali mnie do Modris.

– Niesłychane – westchnął Edgar.

– Ważne, że żyjesz Karl – uśmiechnęła się Emila. Tomasowi nie spodobała się ta życzliwość. – Dajcie spokój – westchnęła. – Znowu Ci zginął Łatek?

– Łatek? – Zaciekawił się Karl.

– A to mój kundelek. Mały, bury… Taki tam – wytłumaczył Edgar.

– Tu go nie ma – powiedział surowo Tomas. – Pewnie siedzi przy kuchni, jak zwykle.

Edgar skinął głową, podziękował i przeprosił za najście. Stojąc przy drzwiach wyjściowych rzucił słowem, które nie spodobało się Tomasowi. Uchol. Cholerny uchol. Moutart powinien złapać jakąś chorobę Prytera, psia jego rasa. Ciekawe czy prócz członka w rzyci ma coś jeszcze z donoszenia – głowił się żak.

– Coś nie tak? – Weiss pojął, że są podsłuchiwani.

– Musisz wybaczyć Edgarowi – Tomas podniósł głos i puścił oko do kolegi. – W tym roku skończył trivium i zainteresowało się nim Gorejące Słońce. Nie, nie – zaśmiał się Tomas widząc jak twarz Karla zdradza spłodzone w myślach zdziwienie. – Inkwizycja nie doszukuje się w Edgarze przestępstw religijnych. Werbują go do swoich szyków, ale spokojnie. Jest niegroźny. Póki co. Teraz uczy się pilnie i cały czas gada o tym, co zapamiętał z wykładów.

– No i szuka Łatka – zaśmiała się dziewczyna.

– Głupi kundel – obruszył się Vouter. – Najpierw miał go jeden z wykładowców. Hauser, doktor teologii. Łatek był jego pupilkiem i gdy szlag trafił doktora to Edgar postanowił go przygarnąć. Cholerny pchlacz wszędzie szcza i sra. Poza tym jest niegroźny.

– Aha – mruknął Weiss. – Co z Moutartem?

– A co ma być? Menda i kanalia z niego jest – Vouter nawet nie próbował panować nad głosem. – Teraz was przeproszę. Muszę odwiedzić parę osób – wstał. – Jutro na auli głównej odbędzie wykład jakiegoś astrologa z Modris. Profesor Tasartir, o ile mnie pamięć nie zwodzi. Nieobowiązkowy, ale odnoszę wrażenie, że obecnie jeśli już chodzić na wykłady to tylko te nieobowiązkowe. Polecam i rekomenduję. Porozmawiam z moimi druhami. – Zniżył głos – Pojutrze spotkajmy się obok. W pokoju numer 23. Porozmawiamy konkretniej.

Wstał i pożegnał się uściskiem dłoni z Karlem. Emile pocałował w policzek. Wychodząc z pokoju numer 22 ogłosił, że studenci mogą już doń wejść. Co uczynili pośpiesznie. Żaden z nich nie odważył się jednak zagaić do wychodzącego z pokoju Karla Weissa.

***

Emila Loufstein zaproponowała szatnię przy kaplicy Eo na miejsce spotkania. Nie widziała o czym chce z nią rozmawiać Karl Weiss. Rzucił przelotnie, że potrzebuje z nią pomówić w miejscu gdzie nie sięgają uszy Moutarta. Przecież mogliśmy pogadać w noclegowni. Moutart i tak by nic nie usłyszał przez panujący tam harmider. Może chodzi o coś więcej? Może Karl nie chce by Francesco widział jak rozmawiamy? Nóżby ta menda rozpuściła plotki, że mam niby romans z Karlem po jednym spotkaniu. No chyba taki durny nie jest…  – zachodziła w głowę dziewczyna.

Mijając kolejne grupki żaków słyszała jak dyskutują nad powrotem Weissa. Jedni opowiadali o jego wyczynach, inni zaś o pobycie na wyspie Mort. Trzeci z kolei zastanawiali się czy popchnie rzekomych buntowników do kolejnego starcia z władzą. Emila sama zastanawiała się po drodze jakie plany ma ten człowiek. Podobno nie jest gwałtowny, ale nie wyglądał na takiego, co łatwo zgadzałby się z losem. Emila postanowiła nie osądzać przedwcześnie Karla. Pożyjemy, zobaczymy – skwitowała w duchu.

Przeszła obok kaplicy Eo, przy której Edgar rozmawiał z akolitą. Emila nie usłyszała rozmowy, ale wywnioskowała z miny Edgara, że student był średnio ukontentowany jej zwieńczeniem. Jej treść pozostawiła w sferze domysłów i zatrzymując się przed drzwiami szatni, rozejrzała się. Nikogo w pobliżu. Nacisnęła na mosiężna klamkę i pchnęła drzwi.

Weiss siedział na blacie, za którym zwykł stać szatniarz.

– Jestem – powiedziała.

– Jesteś – rzekł niskim głosem powstając z blatu. Wyczuła od niego zapach smrodu kiepskiej mieszanki ziołowej do palenia.

Nie wiedziała czy sama ma zagaić czy poczekać aż Karl sam zacznie mówić. Cisza peszyła ją. Uciekała od wzroku żaka i była zarazem pewna, że mężczyzna wyczuwa jej zakłopotanie.

– Spokojnie, moja droga – zaczął łagodnym głosem. Mimo to jego chropowata barwa drażniła delikatny słuch studentki. – Chciałem z tobą porozmawiać o Tomasie.

Zmarszczyła brwi i podniosła głowę. Nie lubiła rozmawiać o kimś za plecami.

– Wyraziłem się źle, przepraszam – Karl zrozumiał sygnał pochodzący z oblicza dziewczyny. – Tomas zaprosił mnie do rozmowy, ale nie dowiedziałem się niczego konkretnego. Tak, wiem, że pojutrze zobowiązał się do przekazania szczegółów, ale nie chcę być zaskoczony. Powiesz mi co mu leży na sercu?

Emila wahała się. Istotnie, wiedziała co Tomas ukrywa, ale wolała by to on przekazał Karlowi swoje myśli. Błądząc wśród wątpliwości nie zauważyła nawet, że student znalazł się bliżej niej.

– Sama nie wiem… – Nie potrafiła podnieść wzroku. – Ech… – Zdecydowała. – Ty go nie pamiętasz, prawda?

Pokręcił głową.

– Tomas brał udział w twoim buncie. Na początku. Wciągnął go jego brat, Albrecht. Chodzili na pikiety, rozdawali ulotki, nawet byli na barykadach, ale… – Urwała.

– Ale?

– Ale Tomas stchórzył – dokończyła prędko. – Uciekł, gdy zobaczył oddziały Heinricha ze Stalervek. Skrył się w dzielnicy elfów a gdy dotarły tam wojska zbiegł do świątyni Hilen. Tam się poznaliśmy. Byłam akolitką, ale to co zobaczyłam…

– Powiedz proszę.

Emila złożyła ręce na piersiach. Czyniła tak, gdy czuła się zdenerwowana. Spuszczała wzrok i tuliła się sama gładkimi jak atłas rękami. Usiadła na ziemi obok zajętych wieszaków z płaszczami zaciągając seledynową suknię na kostki.

– Rannych po walkach umieszczano w szpitalach oraz w świątyni Hilen – opowiadała dalej. – Tomasowi nic się nie stało, ale postanowiłam udzielić mu azylu. Wkrótce przywieziono ranne elfy i krasnoludy. Wśród nich byli i żacy. Udzielając im pomocy znalazłam Tomasa, który łkał i przepraszał Albrechta a potem…

Dziewczyna schowała głowę w dłoniach. Nie płacz, nie płacz – powtarzała w myślach. Na próżno. Nagle poczuła czyjeś ciepło na swym prawym boku. Karl usiadł obok niej i przyglądał się troskliwym obliczem. Czuła, że nie powinna, ale na bogów musze to z siebie wyrzucić!

– Matka przełożona przeczuła, że zjawi się wojsko – podjęła ponownie. – I miała rację! Oprawcy naczelnika zamordowali wszystkich! Elfy, krasnoludy, studenci! Wszyscy zginęli! A matka przełożona schowała się w zakrystii! Nic nie uczyniła! – Emila wybuchła gromkim płaczem. – A oni… Gwałcili, mordowali…

– To moja wina.

Emila uniosła głowę i pokazała Karlowi czerwoną twarz, wilgotną od łez.

– Co ty gadasz?

– To prawda. To moja wina. Ludzie i nieludzie zginęli bo ja rozpętałem ten bunt.

– Brednie! Postąpiłeś słusznie! To cesarz jest głupcem i winnym śmierci tych… O bogowie… Co oni chcą od nie-ludzi? By myśleli jak ludzie? By myśleli jak wszyscy? Przecież większość to głupcy! Idą przez życie jak posłuszne owce ganiane przez pasterskie psy – żaliła się dziewczyna. – Postąpiłeś słusznie. Skąd mogłeś wiedzieć jak zareaguje władza?

– To nieistotne. Skutek był taki a nie inny.

– Mylisz się. Wiem to ja i wiesz ty – dziewczyna spojrzała na Karla mokrym oczami. – Tomas też to wie.

– Co się z nim stało?

– Uciekł ze świątyni. Znalazłam go pijanego na barykadach. Akolici asystowali kapłanom przy modłach w intencji tych, którzy ocaleli. Znasz ten zwyczaj, prawda?

– Tak – potwierdził. – Na polach bitwy tuż po starciu kapłani Hilen składają dzięki Belladonowi za to, że przerwał walkę. Potem zjawiają się kapłani Walsa i odprawiają wstępne nabożeństwo w intencji zmarłych.

– To nie był koniec. Gdy rozprawiono się z żakami wojsko i straż miejska wkroczyła do dzielnicy nie-ludzi. Matka przełożona otrzymała rozkaz by wstrzymać się od niesienia pomocy i… – Emila zapłakała gorzko. – I wypełniła rozkaz. Nie mogłam tego znieść – poczuła, że Weiss ujął ja za dłoń. – Odeszłam ze świątyni, zaś mój ojciec wysłał mnie na uniwersytet. Zresztą, to było jego marzenie – uśmiechnęła się blado do wspomnień. – Tutaj spotkałam Tomasa Voutera. Był inny. Silny. Cały czas mówił, że czeka na okazję by odwdzięczyć się mordercom brata. Ale cóż z tego?  Teraz, gdy nadszedł czas próby, waha się.

– Boi się, że spotka go taki sam los jak jego brata?

– Też, ale… – pokiwała głową. – Tomas obawia się, że rozlew krwi niczego nie zmieni. I ma chyba racje. Co zdobyliśmy wtedy?

Zapadła nurtująca umysły cisza. Emila wsłuchiwała się w nią i zdała sobie sprawę, że Karl nie puścił jej dłoni.

– W całym mroku nieszczęść odnajduję światło – wymruczał żak.

Poczuła uderzenie w klatce piersiowej. Potem kolejne. I kolejne. Serce uderzało mocno, miarowo. Oddech stał się płytki i prędki jak woda w górskim potoku. Strumień żądzy przelał się przez dziewczynę zmuszając ja do skierowania twarzy ku Karlowi. Widok jaki zastała przeraził ją. Targane zmęczeniem oblicze rysowało się jej jako dojrzałe. Zmęczone, lecz nieugięte. Ostre i twarde jak stal, ale miłe oraz gładkie jak diament. Skąpała się w zieleni jego oczu i poczuła się jak na okraszonej rosą łące. Wbrew woli dotknęła jego skroni za uchem. Szukała wśród skołtunionych włosów szramy, która zdobył na barykadach. Namacalnego dowodu męstwa. Nie znalazła. Lecz poczuła smak jego warg.

Czuła jak ciało staje się ciężkie, płynne, mozolne. Nie potrafiła brnąć pod prąd. Dając ponieść się fali poczuła dreszcz. Grzechu? Zdrady?  Ale i Tomas zdradził. Siebie. Brata. Ideały – usprawiedliwiała się gładko. – Czemu mam mu ustępować w słabości. Jestem tylko kobietą… Tylko  zagubionym człowiekiem…  Pozwoliła podnieś się mężczyźnie. Naparł na nią przy ścianie, szukając ukojenia pragnień błądząc rękami po jej ciele. Oddychali szybko. Łapczywie konsumując każdy oddech. Przestał. Dlaczego?  Otwierając oczy dostrzegła, że wpatruje się w nią. Zrozumiała. Ale nie wiedziała, co odpowiedzieć. Owinięte wcześniej ręce w koło jego szyi, złożyła na barkach.

Pomóż odnaleźć mi drogę… – myślała.

Poczuła jego rękę na tyle. Chwycił ją mocno. Pewnie. Stanowczo. Jak nikt przed tym. Oplotła go nogą i czekała aż uniesie ją ku górze. Do nieba. Tam gdzie nie ma bólu, tam gdzie przez krótkie momenty nie pamięta się o niczym innym. Chciała zmienić się w jedno ciało z Karlem.  Ale on zwlekał. Wydłużał nieuniknione. Nie ma drogi odwrotu. Nie ma ucieczki.  Chwycił ją obiema rękoma, zaś ona dala się schwytać. Niósł ją wolno wpatrując się w jej twarz. Zieleń i błękit ich oczu spotkały się.  Nie myśleli nic ponad to. Niebo i ziemia. Emila nigdy nie czuła się tak wysoko. Wyżej niż strzeliste wieże Katedry Wielkiego Eo, wyżej niż połyskująca w świetle srebrnego księżyca kopuła Bazyliki Cesarskiej. Wyżej. Za wysoko. Co kiedy przyjdzie mi spaść?  – Zmartwiła się. Mężczyzna dopatrzył się, że niebo uciekło od ziemi. Posadził ją na blacie szatni i ujął za talię. Zatapiając w jej szyi usta, przypomniał o swej obecności. Przyciągnęła go do ciała i owinęła nogami. Rozprawiła się brutalnie z jego paskiem od spodni i poczuła ciepło dłoni Karla błądzącego pod jej suknią. Chciała się położyć na blacie. Czy zakręcił się świat? Nie pozwolił jej opaść. Chciał inaczej. Wiedziała o tym. Dobrze! Ale już!  Prędzej nim dowie się świat!  Nawet tu, bez łóżka!

Stało się. Emila dyszała mocno…  Karl też. Ale potem nie opadł na nią. Tomas tak robił. A on nie. Gdy skończył podciągnął spodnie i zapiął klamrę pasa. Znów niebo i ziemia zetknęły się w milczących interwałach czasu. Ucałował jej dłoń przesuwając ją najpierw ku swym ustom.

– Co teraz? – Spytała, gdy przyjęła pocałunek.

Pogłaskał ją czułe po głowie i uśmiechnął się krzywo.

– A czego byś pragnęła?  – Odpowiedział pytaniem.

– Nie wiem – zakłopotała się. – Nie chcę by Tomas się o tym dowiedział. To go złamie. Przestanie wierzyć w sprawę i porzuci to, co zostało zbudowane.

– Emilo, pytam czego ty chcesz.

Pomyślała, że uwiódł ja w jednym celu, ale… Po co by pytał o moje pragnienia?

– Nie wiem. Pogubiłam się. Wydaje mi się, że sprowadziłeś mnie tu w jednym celu… – zerknęła na mężczyznę z dozą strachu. – Ech, Karl.. Nie wiem gdzie jestem.

– Jesteś w pokoju – odparł Karl zadzierając jej głowę do góry.

– Nie żartuje sobie.

– Nie żartuję – rzekł spoglądając na nią z uśmiechem. – Wszyscy odwiedzamy różne pokoje. Zaglądamy do nich na moment, przeglądając się w stojących w nich lustrach.

– Mówisz jak niejaki Artem. Poeta z południa państwa – zakpiła dziewczyna.

– Być może, ale posłuchaj – Karl nie zniechęcił się. – Przyglądamy się swoim cechom, zajęciom, aspiracjom, ale czasem ktoś wchodzi do tego samego pokoju co my – pogładził jej delikatną rękę. – Ty weszłaś do mojego pokoju, a ja twojego. Przeglądamy się teraz w jednym lustrze.

Piękne słowa, panie Weiss, ale plecie pan jak poeta – myślała Emila. Nie mogąc powstrzymać chęci przyglądania się twarzy Karla postanowiła rozprasować dłońmi pogniecioną suknię. Trud zdawał się próżny, lecz skutecznie absorbował uwagę dziewczyny. Czuła jego wzrok. Kłujący i czysty jak mróz.

– Po co mnie tu zaprosiłeś? – Odważyła się zapytać wprost.

Nie odpowiedział. Emila poczuła się źle. Jak wtedy, gdy oznajmiła matce przełożonej, że odchodzi. Ruszyła wówczas w mało znane, w niebezpieczne, bo nowe. Nie ufając w słuszność kroków. Ale Karl… Niepodległy, wolny i silny. Spróbował raz i nie powiodło mu się. Teraz wrócił, choć widział jak będzie ciężko. Mimo to jest. I będzie. Pokonany, ale nie zdobyty jak gród Yorbrittum, co strzela w niebo surowym basztami.

Inny niż Tomas.

– Emilo, spotkamy się jeszcze – szukał słowa – sami?

Poczuła, że pragnie się z nią pożegnać, lecz jak na przekór nie wyglądał na takiego, który chciałby odejść.

– Może kiedyś. W jakimś pokoju z jednym lustrem – odpowiedziała z marnym uśmiechem.


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 2 (2015) kwartalnika Abyssos.

<- Część I | Część III ->

Literacki performance Varia

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #2

387 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Michał Nowina, Dida (Forum miłośników „Sagi o Ludziach Lodu” PIFF ) 

Odcinek 3

Kiedy tylko Antoni wyłączył komórkę, rozbrzmiał dzwonek okrutnie starego telefonu dziadka, pamiętającego niechybnie jeszcze czasy Churchila. Nie podejrzewając niczego wstał i przeszedł do kuchni w przekonaniu, że ktoś ze znajomych czy krewnych  dzwoni z kondolencjami – odebrał już wcześniej kilka takich rozmów.
– Halo? – zapytał znużony, odpowiedziała mu jednak głucha cisza. Doprawdy świetny moment na strojenie sobie żartów, pomyślał z irytacją. Miał już zamiar odwiesić słuchawkę, gdy usłyszał głos:
– Panie Antoni? Niech pan się nie rozłącza…
Był to ciepły melodyjny głos kobiecy. Przemknęło mu przez myśl, iż zna skądś ten głos, lecz po namyśle stwierdził, że chyba jednak nie.
– Tak, słucham? – usłyszał swoją własną odpowiedź.
– Jest coś, co chciałabym z panem przedyskutować.. aczkolwiek obawiam się, że to nie jest rozmowa na telefon. Czy możemy się spotkać w ulubionej kawiarni pańskiego dziadka? Za 30 minut tam będę. Proszę się spieszyć!
– Ale… – zaczął, nieznajoma jednak zakończyła już rozmowę.
Co się dzieje? Kim jest ta kobieta?
– Ulubiona kawiarnia dziadka… – pomyślał na głos do pustej słuchawki.

Antoni spieszył się jak tylko potrafił. Do umówionego wcześniej spotkania zostało jeszcze parę godzin, miał więc nadzieję, że ogarnie oba terminy.
Niestety, w kawiarni „Literat” był dopiero po 45 minutach.
Znał to miejsce. Jego dziadek zawsze, będąc w pobliżu, wstępował tutaj na herbatę.
Podszedł do baru, przedstawił się i zapytał, czy ktoś na niego nie czeka. Barman ruchem ręki wskazał mu stolik ukryty głęboko w niszy. Siedziała przy nim elegancka, starsza kobieta. Popijała coś ze stylowej filiżanki i czekała.
– Pani do mnie dzwoniła? – zagaił Antoni, przysiadając się do stolika.
– Tak, ja. Z tego co pamiętam, to umawialiśmy się za pół godziny, a jest prawie godzina. Naprawdę, punktualność jest słabą stroną waszego rodu. Twój dziadek też się notorycznie spóźniał, ale nie o to mi teraz chodzi.
– Kim pani jest? – spytał Antoni bez ogródek,  przyglądając się apodyktycznej damie. Wydawało mu się, że zna z widzenia lub z opowieści wszystkich znajomych dziadka. Tej kobiety jednak nie kojarzył. Jej głos znów wydał mu się znajomy, nadal jednak był pewien, że nigdy jej wcześniej nie spotkał.
– To nieważne – nieznajoma zarumieniła się wyraźnie i zaczęła nerwowo skubać chusteczkę trzymaną w ręku. – Mam ci coś ważnego do powiedzenia, a to, kim jestem, nie ma z tym żadnego związku.
– Ale mimo to chciałbym wiedzieć? Chyba gdzieś już słyszałem pani głos.
Kobieta pokręciła głową i zacisnęła usta.
– Dzisiaj rano wróciłam do domu po dłuższej nieobecności. Czekał na mnie stos korespondencji i paczka, nadana przez twojego dziadka. Znalazłam w niej mały pakunek i list z prośbą, żebym to przechowała i wręczyła ci, gdy Jana już nie będzie na tym świecie. Spotkałabym się z tobą wcześniej, ale nie było mnie w kraju.
Po tych słowach nieznajoma sięgnęła po torebkę wiszącą na oparciu krzesła i wyciągnęła niewielki pakunek, zawinięty w zwykły szary papier, przewiązany sznurkiem.
Antoni wziął od nieznajomej paczkę. Była nieduża, może troszkę większa niż paczka papierosów, a wewnątrz coś gruchotało. Bez słowa schował ją do kieszeni – owszem, ciekawiło go co jest w środku, jednakże w tym momencie bardziej interesująca była dla niego sama starsza pani, która zachowywała się w tak tajemniczy sposób.
– Może napiłaby się pani jeszcze kawy lub herbaty? – zagadnął kurtuazyjnie.
Nieznajoma uśmiechnęła się.
– Nie, dziękuję. Dopiero co wypiłam kawę. W moim wieku nie można sobie pozwolić na więcej, a już na pewno na tę sama przyjemność dwa razy pod rząd.
Antoni wciąż bacznie się jej przyglądał. Zawsze miał pamięć do twarzy, miejsc i sytuacji, gorzej natomiast było u niego z zapamiętywaniem imion – dlatego właśnie to uczucie, iż zna skądś tę starszą panią, nie dawało mu spokoju. Jeżeli był pewien że nigdy jej wcześniej nie spotkał, to skąd by miał ją znać?
Starsza pani była teraz bardzo podenerwowana. Udawała, że wszystko jest w porządku, była jednak spięta i ukradkiem rozglądała się po sali.
Antoni postanowił, że za wszelką cenę dowie się, kim jest jego rozmówczyni.
– Bardzo przepraszam panią – zaczął. – Proszę mnie nie zbywać. Jestem pewien, że jako dziecko musiałem widzieć panią u mojego dziadka w domu. Byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł poznać chociaż pani imię. To dla mnie zaszczyt poznać znajomą dziadka, tym bardziej, że do towarzyskich to on nie należał.
– Jak my wszyscy.. – westchnęła.
– Słucham?
– Nie, nic ważnego. Dobrze, młody człowieku. Powiem tylko tyle : mam na imię Zuzanna i od wielu lat byłam znajomą twojego dziadka. Razem studiowaliśmy i przez szereg lat współpracowaliśmy w pracy. O więcej proszę mnie nie pytaj.
– Strasznie pani tajemnicza. Umiem jednak uszanować czyjąś prywatność, dlatego nie będę pani więcej męczył pytaniami.
– Gentelman, jak dziadek – staruszka uśmiechnęła się pod nosem. – Zresztą, jesteś do niego podobny z wyglądu, tyle że masz bardziej okrągłą twarz. Oj, zagalopowałam się. Ja tutaj robię jakieś tajemnice, a pozwalam sobie mówić panu na „ty”.
– Nic nie szkodzi. Jest pani w wieku mojego dziadka. On też mi mówił po imieniu, więc niech pani też mówi mi Antoni.
– Dobrze zatem, Antoni – rzekła na powrót poważniejąc. – Utrzymuję tajemnicę, ponieważ chcę ciebie chronić, i wierz mi, lepiej żebyś nie wiedział przed czym.
– Po takim wstępie to z ciekawości nie będę mógł spać.
– Curator is prime grade insquequo coniecto.*
– Pani Zuzanno, znam łacinę. Wiem, że to pierwszy stopień do piekła.
– W tym przypadku może to być dosłowne, mój drogi Antoni.
– Piekło to ja mam w domu. Jak sobie pomyślę, że muszę posprzątać wszystkie pokoje i na nowo posegregować notatki dziadka, to mi się przysłowiowy nóż w kieszeni otwiera.
– Co się stało, drogi chłopcze?- zapytała Zuzanna wyraźnie zdenerwowana.
– Podczas pogrzebu dziadka ktoś włamał się do domu i wywrócił tam wszystko do góry nogami, a jak wróciłem, to na odchodnem zdzielił mnie czymś ciężkim w głowę.
– Masz szczęście, że żyjesz. Wracaj natychmiast do domu, trochę go uporządkuj i radzę dobrze, nie nocuj w nim.
– Pani Zuzanno, przecież dam sobie radę. Co mi się może stać w moim domu?
– Co? Już raz w głowę oberwałeś. Bądź mądry i mnie posłuchaj.
– Dobrze, jeżeli to takie ważne, to prześpię się w akademiku.
– Dobry pomysł, a teraz wybacz, ale zaraz mam autobus. Muszę już iść. Jeżeli coś się zmieni, odezwę się.
Antoni wstał, żeby podać płaszcz pani Zuzannie.
– Naprawdę było mi bardzo miło panią poznać. Nie mogę się doczekać naszego następnego spotkania.
– Mi również było miło. Jesteś naprawdę miłym młodym człowiekiem.
Pani Zuzanna wzięła torebkę z oparcia krzesła i wyszła z kawiarni.
Antoni ponownie usiadł przy stoliku. Zadumany, siegnął do kieszeni. Chciał już otworzyć przesyłkę od dziadka, kiedy usłyszał pisk opon i huk na ulicy.
Od razu przez myśl przemknęła mu jego nowa znajoma.
Jak z procy wybiegł przed lokal. Na ulicy zgromadził się już spory tłumek gapiów.
– Pewnie weszła mu pod koła! – było słychać z tłumu. – Taka stara baba nie powinna chodzić sama po ulicy, tylko zagrożenie stwarza dla kierowców!
– Co też pan mówi, jakby ten kierowca był w porządku, nie uciekłby z miejsca wypadku!
W tej bezskładnej paplaninie Antoniemu udało się wreszcie przedrzeć przez tłum.
To co zobaczył, przeraziło go : pani Zuzanna leżała na jezdni w pozycji bezwładnie rzuconej lalki, z głową bokiem leżącą na asfalcie.
– Ludzie!!! Wezwijcie karetkę!! Niech ktoś wezwie to cholerne pogotowie!! – krzyknął Antoni podbiegając do pani Zuzy.
– Chłop…chłopcze.. – wykrztusiła.
– Proszę, niech pani nic nie mówi. Pogotowie już jedzie.
– Chłopcze, pamiętaj, destination procuratio ones, quis venustas quoque concero tendo. **
– Co pani mówi? Jakie sznurki?
– Zzz..zrozumiesz, przyjdzie czas, to zrozumiesz… Nostrum, illud quis rectus ut vigilo unus erant yourselves ut stipes…. Pondera non ago. Bids ut latin, vel alius non veneratio vadum wits.
Antoni zrozumiał i również przeszedł na łacinę
– Wits? Quis talis wits? ***
Niestety pani Zuzanna już nie odpowiedziała. Z ust pociekła jej stróżka krwi i przestała oddychać. Kiedy przyjechało pogotowie, lekarz stwierdził zgon.
Wraz z karetką pojawiła się też Policja. Wśród gapiów znalazł się ktoś, kto widział samochód, który potrącił panią Zuzę.
– Panie władzo – mówił wyraźnie podekscytowany sprzedawca z pobliskiego kiosku – To był jak nic pancerny Mesio!
– Mesio??? – zdziwił się policjant.
– Znaczy się Mercedes, panie władzo. Pancerny jak nic, nawet się lekko nie wgiął. Tablice miał zachlapane błotem. To była robota na zlecenie, mówię panu. Wiem, bo w pracy czytam „Śledczego”, a tam piszą o takich sprawach, i to sama prawda jest panie władzo, samiuśka!
– Tak, sama prawda – przytaknął policjant z przekąsem. – Jeżeli się panu jeszcze coś przypomni, proszę zgłosić się na komisariat. Zresztą i tak jeszcze pana wezwiemy na spisanie zeznań.
– Co tylko pan sobie życzy, panie władzo.
Teraz ten sam funkcjonariusz podszedł do Antoniego.
– Znał pan ofiarę?
– Tyle o ile. Pani Zuzanna była znajomą mojego dziadka.
– To proszę go wezwać na komisariat – ciągnął procedurę policjant.
– Z miłą chęcią, ale dziadek nie może przyjechać.
– Nie ma problemu, przyślemy po niego radiowóz.
– I tak się nie stawi. Dzisiaj był jego pogrzeb.
– Proszę pana, niech pan sobie żartów ze mnie nie robi, jestem funkcjonariuszem na służbie! – ofuknął go mundurowy.
– Nie śmiałbym sobie żartów robić z policji, tym bardziej w obliczu śmierci.
– Wie pan co, jak jest pan taki wygadany, to pojedziemy na komisariat i tam porozmawia pan z moim szefem. Zapraszam do radiowozu!
Zrezygnowany Antoni nie stawiał żadnego oporu. Posłusznie wykonał polecenie, jednak funkcjonariusz przez całą drogę nie odezwał się już do niego ani słowem. Najwyraźniej poczuł się urażony.
Na komisariacie kazał mu usiąść na korytarzu i czekać. Antoni grzecznie usiadł, a że czekanie się przedłużało, rozpakował przesyłkę od dziadka.
W pudełku był kluczyk i kartka z napisem po łacinie „Heretofore peto suum identity, duco preterea portrait posterus.
Conjunction sub nether vir pariter vetted profundities , quod manus manus volo thee ero vinum.” ****
Znowu zagadka – powiedział sobie w myślach. Głębia, wino? O co tu chodzi?
Z zadumy wyrwał go kobiecy głos.
– Znowu się spotykamy. Dwa razy w ciągu jednego dnia. Wpierw włamanie, potem śmiertelny wypadek. Albo pan jest w mafii, albo ma paskudnego pecha?
– Zapewniam panią detektyw, że to drugie – odparł  znużony. – Po śmierci pani Zuzanny na pewno to drugie.
Pani Bielska ruchem ręki zaprosiła go do biura.
– Rozumie pan, że teraz będę musiała panu zadać parę pytań dotyczących zmarłej. Domyślam się, że ten telefon, po którym wyszedł pan z domu, był właśnie od niej?
Antoni lekko się zmieszał, niemile zaskoczony faktem, że znajduje się pod obserwacją. Oczy pani detektyw, chociaż ciepłe, wyrażały irytację ich właścicielki, związaną z zatajeniem prawdy.
– Tak, to ona dzwoniła i poprosiła o spotkanie, ale przyrzekam, że nie wiedziałem jaki był jego cel.
– Nie musi pan przyrzekać. Nie wygląda pan na kłamcę, więc powiedzmy, że w to wierzę. Jednakże proszę nie zatajać przede mną żadnych, nawet najdrobniejszych faktów. Pan też dzisiaj oberwał, więc to spotkanie z samochodem mogło być przeznaczone dla pana.

(…)

* ciekawość, to pierwszy stopień do piekła
** kieruje nami przeznaczenie, a przeznaczeniem kierują ci, co pociągają za sznurki
*** Z nas, tych co stoją na straży, tylko jeden ostał się na posterunku. Reszta nie żyje. Mówię po łacinie, bo nie każdy musi wiedzieć.
Wiedzieć? Co takiego wiedzieć?
**** Spójrz pod nogi i zbadaj głębię, a wskazówką niech tobie będzie wino – przypis autora

 

Jagoda Dżejdża Niemczycka

Odcinek 4

Antoni zamarł. No tak, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? Przecież to oczywiste: napad, dziwne telefony, no i nieoczekiwana śmierć tej nieznajomej kobiety.. To wszystko zaczęło się układać w przerażającą całość.
Oblał go zimny pot. Wreszcie dotarło do niego, że znalazł się w samym środku jakiejś szemranej sprawy, z którą niekoniecznie chciał mieć cokolwiek do czynienia. Nie pozostawiono mu jednak wyboru, najwyraźniej znalazł się na czyimś celowniku  i jego zadaniem było teraz przetrwać za wszelką cenę.
– Panie Antoni – z odrętwienia wyrwał go głos funkcjonariuszki. – Musi nam pan teraz opowiedzieć wszystko, co pan wie o ofierze. Jeszcze raz przypominam, że wskazana jest bezwzględna szczerość. Wygląda na to, że śmierć pani Zuzanny nie była zwykłym wypadkiem. Jeśli więc mamy do czynienia z morderstwem, również pan i pańscy najbliżsi nie są bezpieczni. Proszę o tym pamiętać!
– Tak, oczywiście.. – odezwał się Antoni. –  Zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej się znalazłem, i obiecuję, że będę wobec pani szczery. Nie znałem ofiary, choć przez chwilę miałem wrażenie, że słyszałem już kiedyś jej głos..  to chyba jednak tylko złudzenie. Pani Zuzanna co prawda podawała się za znajomą mojego dziadka, lecz nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek odwiedzała go w jego mieszkaniu.
– Myśli pan zatem, że kobieta kłamała, mówiąc, że go zna?
– Niekoniecznie.. – Antoni zamyślił się. – Jej słowa wydawały się szczere. Możliwe, że zwyczajnie nie miałem wcześniej okazji  poznać jej osobiście, dziadek utrzymywał przecież liczne kontakty z dawnymi znajomymi z pracy.
– Dobrze – przytaknęła policjantka. – Załóżmy więc, że pani Zuzanna mówiła prawdę. W jakim celu chciała się z panem spotkać?
Antoni zamilkł. Jakiś głos z tyłu głowy podpowiadał mu, że nie powinien zdradzać policji wszystkiego, że nikt, absolutnie nikt nie powinien dowiedzieć się o pustej szufladzie, tajemniczym liściku i ostatnich słowach pani Zuzanny. Kłóciło się to jednak z jego naturalną szczerością. Antoni nie lubił kłamać i jeśli mógł, starał się za wszelką cenę unikać naginania prawdy. Mimo to podświadomie czuł, że sytuacja ta wymagała takiego postępowania.
– Chciała po prostu złożyć kondolencje – kłamstwo z trudem przeszło mu przez gardło. – Rozmawialiśmy o przeszłości dziadka. Pani Zuzanna opowiadała, że była jego znajomą z pracy, razem pracowali przy wykopaliskach. To była zwykła rozmowa. Mimo wszystko wydaje mi się, że jej śmierć była fatalnym zrządzeniem losu, ta pani była osobą w podeszłym wieku, chciała przejść przez ulicę i mogła najzwyczajniej w świecie nie zauważyć pędzącego samochodu.
– Jest pan pewien? – policjantka zmierzyła go świdrującym spojrzeniem, lecz wytrzymał dzielnie jej wzrok.
– Tak mi się tylko wydaje. Nie zauważyłem w jej zachowaniu niczego dziwnego, czegoś, co mogłoby wskazywać na to, że ta kobieta była zamieszana w jakąś niebezpieczną sprawę.
Pani Bielska spojrzała na niego z pewną troską w oczach. Zadumała się przez chwilę, po czym odrzekła:
– Dobrze. Jeśli tak pan uważa, nie pozostaje nam nic innego, jak dać panu na razie spokój. Miał pan wystarczająco nerwowy dzień. Nie oznacza to jednak, że śledztwo zostanie umorzone. Zginął człowiek, a sprawca zbiegł z miejsca wypadku. Naszym zadaniem jest dopilnować, by okoliczności śmierci pani Zuzanny zostały całkowicie wyjaśnione. Proszę więc na wszelki wypadek uważać na siebie, i jeśli przypomni pan sobie jakiś szczegół, który mógłby być istotny dla całej sprawy, proszę natychmiast zgłosić się na komendę.
– Oczywiście – odrzekł Antoni – zrobię co w mojej mocy, by sytuacja rozwiązała się pomyślnie. A teraz… czy mogę już sobie pójść? Mam trochę spraw do załatwienia w związku ze śmiercią dziadka. Poza tym muszę jeszcze uporządkować całe mieszkanie po dzisiejszym włamaniu – westchnął zmęczony.
– Ma pan rację – przyznała. – Przepraszam, że pana zatrzymujemy, ale rozumie pan, musimy zebrać jak najwięcej zeznań i dowodów. Może pan już wracać do swoich spraw.
– Dziękuję – uśmiechnął się Antoni, po czym skierował się w stronę wyjścia. – Do widzenia pani.
Drzwi komisariatu zamknęły się za nim z cichym kłapnięciem. Uderzyła go fala zimnego, rześkiego powietrza. Było późne popołudnie, środek listopada, powoli zapadał zmrok.
Z odrętwienia wyrwało go nagłe szarpnięcie i natarczywy, kobiecy głos.
– Antoś! Ty baranie! Już myślałam, że wsiąkłeś tam, u tych glin! Pamiętasz jeszcze, że miałeś przyjść pod „Kulawą Pszczołę” ? – zarechotała dziewczyna.
– Dorota, przestań się chichrać! To wcale nie jest śmieszne! – sapnął zirytowany. – Nawet nie wiesz, co przeżyłem przez ostatnie kilka godzin!
Dziewczyna spoważniała i spuściła wzrok. Wiatr bawił się jej gęstymi, orzechowymi włosami, rozwiewając je na wszystkie strony. W dużych, karmelowych oczach można było dostrzec cień lęku.
– Wiem Antoś, wiem. Wiem o wszystkim – powiedziała zdecydowanym głosem. – Chodź ze mną. Musimy porozmawiać.
<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Varia

Pierwsze Zlecenie (1)

312 Wyświetleń

Pierwsze Zlecenie
2590 Rok wg. Kalendarza Morlańskiego.
Była dosyć wczesna godzina, bodajże siódma rano. W tym miejscu na globie słońce wstawało dosyć późno, toteż było jeszcze trochę ciemno. Wszyscy zgromadzeni przy stole w spokoju i ciszy popijali poranną herbatę. Dla jasności, była to herbata zielona, bo taką właśnie pito tutaj na królewskim dworze, na długo przed powstaniem jakichkolwiek Gwardii i tym podobnych. O dziwo, nawet Fray nie robił zbytnich problemów tego ranka. Pewno się jeszcze nie rozbudził.
– Smakuje herbatka, Samuelu? – zapytał Ed.
– Ujdzie, ujdzie. Pijałem lepsze – odpowiedział, tym razem bez żadnej agresji w swoim tonie.
Tymczasem do Williama odezwał się Joseph Warg, z którym jeszcze do tej pory nie miał okazji porozmawiać. Nie da się zaprzeczyć, że było to z głównie z powodu jego wyglądu, a raczej małego detalu. Miał od kręcone, rude jak miedź włosy. Piegów na policzkach też mu nie poskąpiono. Tak, jak większość osób w Morlane wygląda z rudymi włosami czy piegami w miarę dobrze, przynajmniej jak na standardy, to ten człowiek wydawał się być z twarzy zwyczajnie szpetny. Breed wolał nie uświadamiać mu tego, jeszcze narobiłby sobie kolejnego wroga.
– Nie przyzwyczajaj się do takich poranków, Will. Tak jest tylko wtedy, gdy nie mamy tak wiele do roboty. A to się zmieni, uwierz mi – z przekonaniem wyjaśniał mu Rudzielec.
– Dobrze wiedzieć – sucho odparł Breed, wpatrujący się w stół, bo twarz tamtego niezbyt go interesowała.
– Coś cię gryzie? – zapytał.
– Nie, nic nic, możesz gadać.
– Czy to przez moją.. – chciał coś jeszcze dopowiedzieć, ale przerwał mu Gillson, w chyba najbardziej odpowiedniej chwili.
– William, zapytam z ciekawości. Tak jak patrzyłem na ten wasz dwór koło ulicy, trapiło mnie przez resztę wieczoru jedno: co ktoś taki jak Ty robi w Gwardii? Przecież jesteś ustatkowany do końca swojego żywota. A może i nawet dłużej.

Młodzieniec spojrzał na twarz przyjaciela i po chwili namysłów odpowiedział:
– A bo widzisz, mój ojciec chciał kiedyś, bym poszedł w jego ślady, do armii. Tyle, że wojaczka mnie zbytnio nie interesuje. Ja potrzebowałem czegoś.. innego. Bardziej tajemniczego, zagadkowego. To miejsce mi chyba odpowiada.
Arthur zmrużył oczy.
– Naprawdę z ciebie dziwny człowiek, Breed.
– Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi, bądź tego pewien.
Rodney był właśnie w trakcie dokańczania swojego troszeczkę biednego śniadania, to jest bochenka świeżego chleba. Usprawiedliwiał się tak, że na tą chwilę mu tyle wystarczy. Nikt specjalnie też w tej sprawie nie protestował. Złapał za ścierkę leżącą tuż przed nim na stole, i wytarł nią usta.
– A więc – odchrząknął – Zlecenia. Mamy ostatnio donosy od straży i okolicznych kupców, że narastają zamieszki pomiędzy dwoma dosyć znaczącymi gangami.
– Ma pan na myśli Kruki?
– To jeden z nich , zgadza się panie Mate – potwierdził Ed – zna ktoś ten drugi gang?
Cisza.
– Tak właśnie myślałem. Otóż panowie, ja też nie wiem, jak się nazywają, i dla kogo pracują. I wasza będzie w tym głowa, by się dowiedzieć. Mieliśmy niedawno kilka zgłoszeń, które mogą mieć związek z nimi jakiś związek. Póki co, jedynie zbierzcie trochę informacji. Nie bierzcie się od razu za sprzątanie ulic z tych głupków, bo tylko pogorszymy sprawę. Wracając.
Edward wstał od krzesła.
– Gillson, Breed. Wy sprawdzicie sklep z biżuterią w zachodniej dzielnicy. Było tam włamanie, podejrzewają, że zrobiła to jakaś zorganizowana grupa. Sklep nazywa się bodajże.. Zakłady Jubilerskie Holkins. Znajduje się gdzieś na placu Edirith. Więcej szczegółów wam niestety nie mogę ujawnić, bo zbyt często tam nie bywam, natomiast sami informatorzy poskąpili nam jakichkolwiek wieści o miejscu zdarzenia. Wierzę, że uda się wam znaleźć to miejsce na własną rękę.
William tylko skinął głową, choć sam nie był pewien, czy znajdą ten sklep.
– Fray, Mate, was poślę w znane regiony. Gdzieś na Barkrage Yard doszło do kilku kradzieży, głównie od kupców przy straganach. Co ważne, były też na nich ataki, tym razem jest prawie pewne, że to robota kogoś z gangów. Podobnie jak wcześniej, bez żadnych głębszych dochodzeń.
Jeff chciał coś powiedzieć, ale Fray zdążył go upomnieć w tej kwestii:
– Dlaczego ich wysyłasz do innej dzielnicy, a nam dajesz taką łatwą robotę? Że niby jesteśmy gorsi? – odrzekł Samuel, wyraźnie groźnym tonem.
– Na pewno nie dlatego, że was lubię – odpowiedział mu Ed, z lekkim uśmieszkiem na twarzy – daję wam zlecenia w takiej kolejności, w jakiej je dostałem. I mam gdzieś, czy wam się to podoba czy nie. Wszystkich was to dotyczy.
Odetchnął, po czym kontynuował.
– Todd i Blaine. Was też wysyłam tutaj. Ale tym razem sprawa wygląda inaczej, bo odnaleziono niedawno zwłoki pewnego kupca, dosyć blisko Barkrage Yard zresztą. Straż oddzieliła miejsce wypadku od gapiów, więc nie będziecie mieć większych problemów ze znalezieniem celu.
Reszta zespołów została zaś rozdzielona do pomocy w przydrożnej małej wiosce, w której straż powoli przestawała sobie radzić z atakiem bandytów, których za murami większych miast nigdy nie brakowało.

William i Arthur przez chwilę czasu stali bezczynnie przed wejściem do siedziby. Tymczasem Gillson złapał swój cylinder, i nałożył na głowę.
– Czemu wszędzie nosisz ten kapelusz?
– Bo go lubię, to jakaś zbrodnia?
– No, nie. Kto by pomyślał, że aż tak zależy ci na wyglądzie.
– To tylko jedna z tych rzeczy, o których nie wiesz. A wiesz mało. No ale, chyba nie zacząłeś rozmowy, aby tylko upominać się o mój cylinder, prawda?
– Jak mamy się dostać pod tego jubilera? Dosyć długo by zajęło dojście tam na nogach.
– Ty nie wiem jak się zamierzasz tam dostać, ale ja pojadę dorożką. Tobie też bym to radził, chyba, że chcesz się pospacerować. Tuszę, że masz przy sobie jakieś drobne?
– Mam. Chyba..
Breed wsunął dłoń w jedną z kieszeni, i nerwowo zaczął czegoś w niej szukać. Ale odnalazł tylko jakiś niepotrzebny nikomu list. Wsadził go z powrotem.
– Cholera.
– Eh, taki pałac do dyspozycji, a nawet kilku monet ze sobą nie ma. Co byś ty beze mnie zrobił.
Złapał dodatkowe kilka monet ze swojej sakiewki, i podał je młodzieńcowi.
– Dzięki.
– Do usług.. – odrzekł, lekko poirytowanym tonem.
Jeden z kierowców stał tuż przy ulicy. Dwaj gwardziści podrzucili mu swoje pieniądze, i wspięli się na górę powozu.
– Dokąd to?
– Na Edirith.
Mężczyzna lekko podskoczył na powozie.
– To trochę drogi. No ale dobrze, tyle wam starczy na jeden przejazd.
– Jakoś sobie poradzimy – Arthur uśmiechnął się do Breeda.
Starzec pogonił zaprzęg, a wóz mozolnie zaczął się pchać do przodu. Nie jechali zbyt szybko, więc Will dla zabicia czasu podziwiał widoki w zachodniej dzielnicy.
Tymczasem Fray z Mate’m byli już w Barkrage i wypytywali okolicznych sprzedawców o bandytów w okolicy.
– Czy ostatnio kręcił się tu jakiś podejrzany człowiek? Być może napadł któregoś z pańskich.. kolegów? – Mate zapytał jednego z kupców. Ten jeden był w dosyć sędziwym wieku, klęczał na czerwonawym dywanie, otoczony swoimi towarami, to jest głównie tanimi wazami i innymi naczyniami.
Dziadek tylko wykrzyczał kilka nieznanych im słów, przy okazji wykonując jakieś dziwne gesty, szczerze powiedziawszy, wyglądające trochę na obraźliwe dla nich.
– Marnujesz czas – powiedział Fray sucho – ten człowiek nic nam nie powie. To Skathiijczyk.
– Po czym wnioskujesz? – zaciekawił się Jeff.
Bez wahania wyrwał starcowi z rąk jedną z mniejszych waz, i wskazał na nią palcem.
– Te inskrypcje tutaj i tutaj. To pismo jednego z plemion zamieszkując Skathię. Wiem, bo kiedyś widziałem je w pewnej księdze, jednak nie mam pojęcia, co znaczą. Starzec nie wygląda jednak jak jeden z rdzennych mieszkańców. Strzelam, że skradł któremuś z dzikusów te towary i uciekł z nimi tutaj, w nadziei, że ktoś kupi ten chłam.
Odstawił wazę po czym się rozglądnął dookoła targu.
– Jakieś pomysły? – zapytał Samuel.
Jeffrey myślał przez chwilę i w ostatniej chwili zauważył jednego ze strażników miejskich, przy którymś straganie.
– Ten może coś wiedzieć – wskazał palcem, a strażnik chyba to zauważył.
Straż rozstawiano jedynie w co bardziej zatłoczonych miejscach, patrole zaś organizowano tylko początkującym, którzy przemierzali całe miasto, była to zresztą jedna z gorszych prac w milicji, dlatego też tylko im była wyznaczana. Zwykle mieli na sobie granatowe kurtki oficerskie, pod nimi nosili skórzaną, lekką zbroję. Oprócz tego standardowe części, takie jak napierśniki ze skóry, rękawice i tym podobne. Niektórzy nosili cięższe uzbrojenie, ale i tak nie było problemu z przedziurawieniem zbroi pistoletem, więc mało komu zależało.
Zbliżył się do gwardzistów.
Trzeba wam czego? – zapytał.
– Sir Jeffrey Mate i Samuel Fray z Gwardii. Mamy kilka pytań.
Strażnik wzniósł brew.
– Jeśli chodzi o burdę w tawernie, ja nic nie wiem.
Sam zaśmiał się cicho i szturchnął Mate’a w ramię.
-Bynajmniej my też o żadnej burdzie nie wiemy, ale tą sprawę zostawmy na później. Widzieliście w okolicy jakichś złodziei, lub może, jak któryś z nich napastował któregoś ze sprzedawców?
– Eee.. – zająknął się – chodźcie za mną.
Posłusznie poszli za stragan kupiecki wraz ze strażnikiem.
– Oni mają tutaj swoich ludzi. Jeden z nich wciąż obserwuje tych, co tu handlują, o tam – wychylił się zza winkla, i skinął głową w stronę jednego z ludzi przy straganach. Siedział cierpliwie na ławce obok – Ponoć niektórzy kupcy mają z nimi jakiś układ, co to ich nie będą bić, jeśli im płacić będą.
– Wiecie, dla kogo oni pracują?
– A, nie wiem. Nigdy nie mówili. A z tamtym gadać nie będę, bo mi jeszcze nóż w gardziel wsadzi.
– My też wsadzimy, jeśli wszystkiego nam nie powiesz – odparł Fray, szczerząc zęby do milicjanta, choć on tego chyba nie zauważył, co najwyżej tylko go usłyszał.
– Jeśli chcecie ich wyłapać, to lepiej zaczekajcie do nocy. Pod wieczór tu przychodzą zwykle ich ludzie. Ten wam chyba nic nie powie, on ma tylko pilnować tych kupczyków.
Mate skrzyżował ręce.
– No, to już coś. Dziękuje wam, panie. Bywajcie.
Strażnik skinął do niego głową, i wrócił pod stragan.
– No to czekamy – odrzekł do Fray’a.
– Chodź lepiej do tej tawerny, przynajmniej tam spędzimy trochę czasu.
– A w sumie, co komu szkodzi..
Zaśmiali się i ruszyli w stronę baru.
Na zachodzie atmosfera była nieco inna, niż w innych częściach miasta. Tutaj budynki były trochę zapuszczone, choć ich architektura taka sama. Tu i ówdzie pozarastały je wszelakie liście i gałęzie, tam trochę podniszczona ściana, ale jakoś to wszystko stało od długich lat.
Jedne z bardziej wyróżniających elementów tej dzielnicy to głównie dużo więcej ciasnych korytarzy i uliczek pomiędzy domami, nieco więcej biedy, i ogólnie jej występowanie. Przestępczość też wyższa, bo ubóstwo na takim stanie, który pozwala się jej rozwijać bez specjalnych problemów.
William i Arthur trochę przedłużali przejazd, licząc na to, że może za chwile ujrzą sklep, którego szukali.
– To już prawie plac Edirith. Gdzie wysadzić? – starzec już się niecierpliwił.
– Jedź dalej. Zaraz zejdziemy – przedłużał Breed – zresztą, przecież zapłaciliśmy za przejazd już wcześniej.
Ich kierowca wymamrotał coś pod nosem, dosyć cichym, choć trochę nieciekawie brzmiącym tonem. Pogonił konie.
– Widzę jakiś tłum. Może to tam? – Will wskazał na jeden z budynków, pod którym zebrało się kilka osób. W oddali, nieco nad głowami ludzi faktycznie było widać jakiś szyld, ale z tej odległości trudno było mu to ocenić, czy to dokładnie to miejsce.
– To tutaj – potwierdził jego partner, ściągając z oka jakieś szkiełko.
– Od kiedy ty nosisz monokl? – zdziwił się Breed.
– Na co dzień nie noszę. Przydaje się, jeśli czegoś dokładnie nie widzę z odległości. I ma też kilka innych zastosowań. Ale o tym później. Złaź z wozu.
Obaj zeskoczyli, a kierowca momentalnie zawrócił, i pośpieszył z powrotem do centrum. Widocznie trochę zbyt dużo czasu im zeszło na tej podróży.
Przepchali się przez gromadę mieszkańców i stanęli tuż przed wejściem, naprzeciwko dosyć mikrej postury człowieczka, i strażnika, pilnującego na boku.
– Przejścia nie ma, won mi stąd – odparł sucho człowieczek. Jak na tak małą osobę, głos miał dosyć przekonywujący.
Breed zgarbił się nad mężczyzną, i zapytał:
– Pan Holkins, jak mniemam? Jest pan właścicielem tego sklepu?
– Nazwisko się zgadza, ale sklep nie mój. Do córki należy. Do Julii. Ja jestem już za stary na takie rzeczy.
– William Breed i Arthur Gillson. Jesteśmy z Gwardii – odparł, pokazując mu przy okazji herb gwardzistów, to jest godło krainy Morlane, czyli wronę wzlatującą do nieba – chcemy wejść do tego budynku.
Mikrusowi puściły nerwy.
– Czy Wy gamonie nie rozumiecie, że tutaj przed chwilą było włamanie?! I ja mam was jeszcze wpuścić do środka? A gdzie, jeszcze mi znowu ktoś rozpieprzy cały sklep!
– Po pierwsze, nie pański sklep, sam pan to potwierdził. Po drugie, to pańska córka sama się zgłosiła o pomoc. My nie przychodzimy tutaj, bo tak nam się podoba. To z jej wezwania – wyjaśnił Breed. Gillson tymczasem stał tylko na tyłach i nasłuchiwał rozmowy.
Karzeł stanął na palcach, i nieco szepcącym głosem, powiedział:
– Precz.
Breed skrzyżował ramiona, prostując się. Gillson nieco zaskoczony wynikiem, chciał coś powiedzieć, ale mu przerwano.
– Nie nie, my już sobie idziemy. Skoro on nie chce naszej pomocy w złapaniu tych ludzi, niech poprosi straż – William wykrzykiwał słowa, bo tłum nieco ich zagłuszał, mężczyzna zaś bez przerwy podążał za nimi wzrokiem. Wreszcie się ocknął i podbiegł do nich, gdy przedzierali się przez ludzi. Ktoś go po drodze szturchnął w ramię, ale zignorował to.
– Zaczekaj, zaczekaj!
Breed i Gillson odwrócili się. Will uśmiechnął się do karła.
– Czyżby się pan nawrócił?
– Możecie wejść. Tylko mi niczego nie dotykać! – upomniał ich.
– Tego nie możemy obiecać – odparł Arthur, mijając Holkinsa.
Kompletnie powybijane szyby i gabloty. Długa, drewniana lada, przy której siedzieli sprzedawcy, jak i meble jej towarzyszące, były połamane. Po podłodze walało się sporo gruzów, do tej pory nikt nic jeszcze nie zrobił z tym bałaganem. Co dziwne, bo stary Holkins zachowywał się, jakby stało się to przed sekundą, a prawdą było, że zgłoszenie o napadzie dostano bodajże wczoraj o poranku.
– To nie był napad. Oni zwyczajnie zdewastowali cały ten sklep – stwierdził Will.
Gillson klęczał za zniszczoną ladą, obserwując jej wnętrze.
– Co dziwne, nie wzięli żadnych pieniędzy. Tylko ukradli trochę tej biżuterii. Też nie zabrali całości, zresztą – odparł.
– Może im nie zależało na pieniądzach.
– Bzdura – Arthur wstał zza lady – gdyby im nie zależało na pieniądzach, to by nic stąd nie zabrali. Choć fakt faktem, dziwne że zniszczyli przy tym cały sklep.
Gillson przejechał palcem po ladzie. Prócz kurzu, który okrywał już pół zniszczonych mebli, wyczuł na niej dziwne zarysowanie. Jakby ktoś przejechał po niej czymś ostrym, jak nóż. Ale nie było ono zbyt głębokie. Zwyczajnie, zbyt długie.
– Ciekawe.
– Co ukradli? – spytał.
– Kilka pierścionków i naszyjników. Wszystko albo srebrne, albo złote – odpowiedział William.
– Po czym wnioskujesz?
– Przy gablotach były miedziane tabliczki, a na nich opisy biżuterii. W niektórych gablotach brakuje podpisanych rzeczy.
– Może walają się gdzieś pod stertą tych mebli.
– Nie. Zauważylibyśmy. Trudno byłoby je przegapić, w końcu to złoto, na podłogę pada tyle światła, że świeciłyby się na niej jak cholera.
– Słusznie.

– Zbyt dużo nie mamy. Może warto by było wypytać tą jego córkę? – zapytał Breed.
– To by było chyba najlepsze wyjście. O ile jednak jegomość pozwoli nam z nią pomówić.
– O to się nie martw.
Były już okolice godziny dwudziestej. Niektórzy kupcy już się zdążyli „zmyć”, inni dalej tu byli, ale prócz nich samych, dookoła nie było prawie nikogo. Mate zataczał się, wychodząc z tawerny, mamrocząc coś pod nosem. Od czasu do czasu odbijał się od Samuela, który o dziwo zachował zimną krew, pomimo tego, że wypił podobną ilość trunków co jego przyjaciel.
Doczłapali się za wcześniejszy stragan. Strażnika już nie było, choć trochę dalej od nich jeden przemierzał ulicę. Fray wychylił się zza rogu, odpychając Mate’a na bok.

– Widzę cię! –zawołał Jeff, podobnie popychając Samuela.
– Cisza.
Człowiek, który wcześniej siedział na ławce, rozmawiał w alejce obok z jakimś nieznanym mężczyzną. Fray rozpoznał go z daleka, choć chwilę mu to zajęło. Co jakiś czas mężczyźni wskazywali palcami w poszczególne miejsca na placu. Samuel nie słyszał, o czym rozmawiali, a zresztą, w podsłuchiwaniu przeszkadzał mu trochę Mate, który od kilku minut gadał sam ze sobą.
Gdy mężczyźni spojrzeli w stronę odchodzącego strażnika, Samuel skorzystał w chwili, i jak najciszej mógł przebiegł na drugą stronę, chowając się za następnym straganem. Spojrzał zza rogu w drugą stronę, i zauważył wreszcie, na co mogli wskazywać rozmawiający. Jakiś dosyć mocno zbudowany człowiek niszczył jednemu z kupców swoje towary na sprzedaż. Brał pojedyncze naczynia w swoje masywne łapska i albo je łamał gołymi rękami, albo rozbijał to o ziemię, to o stragan, tuż obok kupca zresztą, który dostał odłamkiem ceramicznej wazy w policzek, z którego po chwili zaczęła cieknąć brunatna krew.
– Barett cholera, bierz tą kasę i chodź. Nie ma sensu marnować na niego więcej czasu – zawołał wreszcie do osiłka jeden z mężczyzn.

Barett syknął po cichu, po czym odwrócił wzrok na kupca. Tamten był już wystarczająco przerażony. Odsunął się od blatu przed straganem, i prawie byłby się potknął przy ścianie za nim. Wyciągnął pośpiesznie zza pazuchy sakwę, i włożył wewnątrz niej dłoń. Zaczął sobie odliczać monety, które powoli wyciągał, ale twardzielowi chyba też zależało na czasie. Wyrwał mu z dłoni sakwę, śmiejąc się rubasznie. Kilka monet wysypało się na ziemię, starzec bez wahania przykucnął, zbierając pozostałości z podłogi.
Tymczasem Fray’owi wpadł pewien pomysł do głowy.
Kiedy tamten był zajęty zastraszaniem kupca na wszelakie sposoby, Fray po cichu zakradł się do nich, okrążając centralny plac za straganami. Gdy był wystarczająco blisko, wychylił się spod jednej z beczek, prawdopodobnie należących do wcześniejszej tawerny i pomachał do kupca. Stał pod latarnią, więc nietrudno było mu go dostrzec. Starzec wzdrygnął się, zauważywszy nieznajomego i wychylił się na chwilę na bok. Osiłek coś wyczuł i momentalnie zwrócił uwagę na kupca, który na szybko obrócił się ponownie w jego stronę. Chyba nie zwrócił uwagi na to, że starzec grał na czas. Cóż, jego strata.
– Coś tam widział? Gadaj, ale już! – wykrzyknął, podnosząc pięść.
Nie minął moment, a pięść padła na dół, wraz z nieszczęśnikiem. Bełt wbił się dosyć mocno, gdzieś w okolice uda. Jednakże nie było zbyt dużo krwi, traf chciał, że osiłek miał również dosyć mocno zbudowane nogi. Nie zmienia to faktu, że padł z krzykiem na ziemię, trzymając się kurczowo za kolano. Spanikował do tego stopnia, że po chwili stracił przytomność, uderzając resztą cielska o drogę.
Tymczasem Fray stał dalej z wyciągniętym do przodu pistoletem. Opuścił go, gdy był pewien, że mężczyzna był nieprzytomny.
– No dalej, pomóż mi trochę – odrzekł do kupca łamaną skathijzczyzną, pomagając sobie gestami.
Starzec posłusznie podszedł, łapiąc truchło za nogi. Mimo dosyć sędziwego wieku, miał jeszcze trochę krzepy, to trzeba przyznać.
Czuł mocny ból, gdzieś z tyłu głowy i na nodze, udzie dokładniej. Tak, zdecydowanie na udzie. Powoli otworzył oczy.. i ukazał mu się pewien białowłosy jegomość.
– Chyba się budzi – stwierdził drugi mężczyzna za Fray’em.
– Szybko. Niedługo chyba będzie pierwsza.
– J-jakim cudem jesteś trzeźwy? – zapytał Mate, już w nieco „lepszym” stanie.
– Chyba zapomniałeś, że prawie nic nie piłem, tyś wszystko uchlał – odparł, uśmiechając się do kompana – zresztą, mam dość mocny łeb.
Po krótkiej pogawędce spojrzeli na nieszczęśnika. Nieco się wiercił, zauważywszy, że jest przywiązany do krzesła. Szybko przestał, bo jeden ze sznurów dosyć mocno naciskał na jego słabo opatrzoną na szybko ranę na nodze, co sprawiało niemały ból.
– No – odparł Fray – może teraz jakoś się dogadamy?
Przerażony i spętany osiłek rozglądał się nerwowo po pomieszczeniu. Raczej oszczędnie umeblowane, najpewniej znajdował się w jakiejś lichej spelunie. Po chwili zastanowienia powiedział:
– Co chcecie wiedzieć?
– Najlepiej wszystko! – odpowiedział Mate, z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
– Dla kogo pracujesz – zapytał białowłosy.
Osiłek zwilżył wargi.
– Uwolnijcie mnie, to powiem.
– Chyba sobie żartujesz – oburzył się Samuel – nikt cię nie rozwiąże. Zbawieniem dla ciebie to też nie będzie, pewnie byś się zawalił na podłogę przy pierwszym podejściu. Zresztą, ust przecież nie masz związanych.
– No to się nie dowiecie.
– Jeffrey! – zawołał Fray, wciąż wpatrując się w więźnia.
Mate bez słowa wstał ze swojego siedzenia, podchodząc do więźnia. Złapał za jeden z luźno wiszących węzłów i szarpnął. Sznur na nodze delikwenta mocno się zacisnął, dociskając ranę. Osiłek krzyknął, próbując się złapać, ale jego ręce również były skrępowane.

– Dość! Dość! – wył.
Taka bezwzględność ze strony Jeffreya nie była bynajmniej jego cechą. Pewnie by tego nie zrobił, gdyby nie był dalej pod wpływem, bo wśród reszty kolegów i rodziny jest postrzegany jako potulny baranek. Pozory mylą, jak widać.

 

Ciąg dalszy nastąpi.