Tag -

abyssos

Bez kategorii

Abyssos i Conworldawka

205 Wyświetleń

A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Abyssos i Conworldawka ramię w ramię stają.

Panie, Panowie i inni. Oto nadszedł dzień wyczekiwany. Abyssos wraz z grupą Jak będzie w Conworldzie — sekcja światotwórcza łączą siły, aby dać czytelnikom maści wszelakiej coś niezwykłego, czyli numer specjalny! Tematyka będzie stricte worldbuildingowa, znajdziecie tam nie tylko opowiadania, ale również opisy autorskich światów i felietony wprost od znawców tejże mistycznej sztuki.

Masz już dosyć prawdziwego świata? Europa ma złą tektonikę? A może po prostu lubisz oddać się przyjemnej lekturze? Czy to w pracy, czy to w domu, czy to w odległej galaktyce w innym wymiarze – oczekujcie numeru specjalnego!

 

Szczegóły na: https://www.facebook.com/groups/conworldawka/

*

*

*

Czytała Krystyna Czubówna.

Varia

Dariusz Bednarczyk – Smocze Opowieści

237 Wyświetleń

Nie ma dyngusa bez smoków

O tempora, o mores! Tradycja w narodzie całkiem upadła. Kto kiedyś słyszał, żeby w lany poniedziałek było pusto na ulicach? Jak kraj długi i szeroki woda lała się strumieniami, a prawdziwe bitwy wodne ciągnęły aż do obiadu i to zasadniczo bez względu na pogodę. Tymczasem nowe, wygodnickie pokolenia jawnie odcięły się od spuścizny pokoleń, za nic mając imperatyw przodków. Ulice wyludnione, podwórka puste, znikąd bojowych zawołań czy okrzyków zmoczonych do ostatniej nitki, na lekarstwo triumfalnych śmiechów, że o tupocie naprędce utworzonych wodnych zastępów nawet nie wspomnieć. Nic. Cisza, nędza i martwota, słowiański duch w narodzie całkiem zamarł. Zostały jeno społecznościówki.

Jak nic kwestia śmigusa- dyngusa bezpowrotnie niczym kujawskie przywoływanki zeszłaby do archiwum, gdyby nie rezolutne zielone smoki, które na powrót wskrzesiły tę chwalebną tradycję, przy okazji wyciągając w wielkanocny poniedziałek na dwór rzesze niesamowicie objedzonych ciekawskich. Wprawdzie rychło pojawiły się głosy malkontentów o profanacji i przekroczeniu granic, jednak najważniejsze, że tradycja nie upadła. Chwała niech będzie przybyszom z Comsa!

Rozkaz nr 14/2/2017                                                                                                                

Smoki! Za tydzień inspekcja, przyjeżdża brygadier z  Komendy Głównej Ochotniczej Straży Pożarnej. W związku z tym rozkazuję: pozbyć zapasów Blue Carbon., w salach wyłożyć koks, na trawnikach ustawić armatki wodne,  wyszorować podłogi, zerwać ze ścian kalendarze z krakowskimi dziewicami, usunąć symulantów z izby chorych, na skup wywieźć pordzewiałe koksowniki i nieczynne motopompy!

Wszystkim wydać szufle i podwójne porcje węgla! Dołożyć do pieca! Wyszlifować pazury oraz łuski, wyczyścić kaloryfery i nie bawić mi po kątach sikawkami! Pełna para! Na teren remizy nie wolno wnosić żaru. Od dzisiaj warta trzepie, niczym tropiący przemyt kotów celnicy na Melmac! Chrzciny, wesela, imieniny wstrzymane do odwołania! Nikomu przez tydzień ogień dupy nie wypali.

Na czas inspekcji wysłać w teren krótkowidzów, zezowatych oraz piromanów! Zorganizować defiladę! Adiutant przygotuje dla gościa apartament nad rzeką. Na poczęstunek  węgiel wyłącznie koksowniczy, żadnych dopalaczy!

Wszystko ma chodzić jak w koksowni i niech no mi tylko ciśnienie w cylindrze podskoczy! Podpadziochów będę ścigał osobiście! A kto wyróżni, dostanie awans! Naprawić w końcu ten jebany megafon i niechże nas strzeże Smok Wawelski!

Jakie prawa posiada smok zatrzymany w izbie wytrzeźwień

www.bunkiernawinylu.pl

Co do zasady wszyscy są równi wobec prawa, lecz jak powszechnie wiadomo są równi i równiejsi. Wydawać by się mogło, że jak zwykle, tak i w tym wypadku zieloni braci znajdują się na aucie. Tymczasem odnośnie korzystania z telefonu rzecz ma się zupełnie odwrotnie. Portfel, dokumenty i komórka obowiązkowo trafiają do depozytu, czipy zaś  ulegają czasowej neutralizacji. Ludzie nie mogą doprosić o umożliwienie wykonania choćby jednego połączenia, gdyż pracownicy izby zasłaniają się ustawą o ochronie danych osobowych, oczywiście błędnie w takich razach dokonując jej interpretacji. Ponadto choć wg przepisów rodzinę osoby zatrzymanej powiadamia się wyłącznie w uzasadnionych przypadkach i w miarę możliwości, kierownicy rzeczonych placówek na ogół stwierdzają brak ku temu wystarczających powodów. Jak zatem w takich wypadkach radzą sobie smoki? Smoki mają bionanokompy integralnie połączone z siecią i nie potrzebują niczyjej łaski.

Koksownia „Victoria”

WZK „Victoria” S. A. to obdarzone prawdziwym kultem pośród światowej populacji zielonych smoków zjawisko. Ten posiadacz 5 baterii, czołowy w Europie producent koksu, nad Odrą- Wisłą- Bugiem, co nawet znawcom tematu trudno zrozumieć, cieszył się nawet większą popularnością niźli Godzilla. Zwłaszcza z wielką estymą traktowano  koksownię w środowisku smoczych gangsterów, pośród których jednakim mirem obdarzani byli zarówno amatorzy jej wrogiego przejęcia przy pomocy skomplikowanych technologii nanokomputerowych, jak i zupełnie pozbawieni finezji rzezimieszkowie, próbujący przy użyciu prostych technik, choćby na jakiś czas przejąć jedną ze sławnych baterii. Wyrok za „Victorię” automatycznie ustawiał w hierarchii. Czyż należy się dziwić, iż co druga smocza knajpa nosiła jej imię?

SOSP

Początkowo Państwowa Straż Pożarna chętnie przyjmowała smoki na zasadzie swoistego eksperymentu, trafnie odczytując społeczne odczucia traktujące przybyszów z Comsa jako  przydatne maskotki. Z biegiem czasu nastąpiła jednakże daleko posunięta ewolucja w ich postrzeganiu. Zielone gady wyspecjalizowane na rodzimej planecie w pożarniczym fachu, wkrótce ujawniły swoje niebywałe umiejętności, wzbudzając konsternację w szeregach PSP. Bijąc strażaków na głowę według proporcji 3:1, okazały się być bezkonkurencyjne, co w dłuższej perspektywie przyniosłoby kres tradycyjnie postrzeganego etosu strażaka, załamanie szkolnictwa pożarniczego, a także całej związanej z tym drabiny społecznej, obarczając znacznym nawisem bezrobotnych nie należącą do mocarnych gospodarkę. W efekcie zaprzestano naboru. Bystre smoki znalazły jednak alternatywę. Odpowiedzią okazało się utworzenie Smoczej Ochotniczej Straży Pożarnej, znakomicie uzupełniającej istniejącą już OSP. W krótkim czasie obie strażackie  struktury owocnie skoordynowały swoje działania, traktując się jako pożyteczne dopełnienie dla dobra lokalnych społeczności, usuwając zarazem sprzed oczu PSP widmo prestiżowej porażki w okręgach miejskich urbanizacji.

Wszystko co dobre, niestety szybko się kończy. Po jakimś czasie sąsiedzkie OSP zdało się w zasadzie niepotrzebne. Jako urodzeni strażacy, smoki nie potrzebowały praktycznie żadnego szkolenia, nie używały uniformów, ani ubrań ochronnych. Wymogi sprzętowe ograniczały się zaledwie do środków transportowych, co przynajmniej początkowo znalazło wyjątkowe uznanie lokalnych samorządów. Wydawało, iż kres OSP zbliżał się dużymi krokami.

Okazało się jednak, że smok też człowiek, a sukces niejedno ma imię. Skupiając na akcjach, smoki zaniedbały pozostałe zadania statutowe, przy okazji nazbyt pogrążając w hedonistycznej celebracji swojego patrona Smoka Wawelskiego w chwilach wolnych od pożarniczych wyzwań. Kto by tam podejmował działania zapobiegające przy takich możliwościach? Współpraca z PSP, której naprawdę nikt nie chce? Informowanie ludności odnośnie zagrożeń, a widział ktoś smoka kaowca? Udział w zawodach, jeśli każdy występ na zawodach pożarniczych oznaczał zagrażające spokojowi publicznemu ośmieszenie mundurowych?

W ten właśnie sposób wyalienowane remizy i świetlice powoli zamieniły w magazyny koksu, a wiadomo przecież czym kończy się jego duszenie…

W krótkim cieniu wydm

Karawana wlokła łapa za łapą. Wyczerpane smoki mozolnie brnęły w głębokim piachu. Paliwo skończyło już dawno, że nie wspomnieć o wodzie. Kez jasno zdawał sobie sprawę, jak dużym błędem była rezygnacja z usług miejscowych, należało odpalić im choć jeden nanokomputer, bez odpowiedniego materiału genetycznego i tak mogli sobie co najwyżej pograć w RPG. Obejrzał się, może ktoś ich zauważy, za sobą zostawili przecież tyle koksu…

Z przygnębiającego odrętwienia wyrwały go pohukiwania z nagła ożywionych towarzyszy, aż mu się odbiło resztką pary wodnej. Luknął przed siebie. Całkiem niedaleko majaczyły obiecujące konstrukcje wydobywcze, czyżby kopalnia? — zaszemrało pytanie. Niebawem zbliżyli się na tyle, aby rozpoznać zwiastujące wybawienie kształty niewielkiej wieży wiertniczej, cud! Już po chwili zanurzyli spierzchnięte pyski we wspaniale kleistej, acz mocno zanieczyszczonej czarnej ambrozji. Eureka! Importowany na Comsa z odległych galaktyk, dostępny jedynie w limitowanych edycjach, a tu masz, świeżutki Apor*, prosto ze zbiornika i w dodatku na takim zadupiu!

*  Ropa

Król wszystkich smoków

Smoki również miały swojego idola. Olbrzymi, blisko stumetrowy, bez mała 55 ton żywej wagi, obowiązkowo pokryty ciemnoszarymi łuskami i poruszający na dwóch tylnych, zakończonych stopami o rozmiarach wagonu łapach. Przedmiot smoczego uwielbienia, bohater w niejednej  jaskini snutych eposów, wzór godny naśladownictwa, ucieleśnienie smoczych cnót, bez mała mściciel. Gladiator mięśni, żywa góra. Na plakatach niczym hollywoodzki heros prezentujący mocarne kończyny, długi, pomocny zarówno przy przemieszczaniu jak i walce, parametrami dorównujący wieży telewizyjnej ogon, niezawodne pazury, wzbudzające należny respekt o symetrycznym zgryzie zębiska, a do tego parę reprezentacyjnych rzędów płyt kostnych na wyrzeźbionym w pocie siłowni grzbiecie.

Odważny, zarazem groźny, makiawelicznie wprost przebiegły, wprawiający przeciwników w przerażenie. Odbierać wiatr z żagli? To na pewno on.

Niepotrzebny mu komputer, ponieważ sam jest komputerem. Bazyliszki, wiwerny, draki? Zaledwie pospólstwo. Siarkowodór? Proszę – metoda rodem z manufaktury – radioaktywny oddech i naturalna zdolność całkowitej regeneracji, ot co.

A wiecie jaki był ulubiony motyw smoczych tatuaży? Więc niby takie smoki z wiodącej technologicznie galaktyki, a tu masz, kto by to pomyślał – Godzilla!

Bez kategorii

Milena Jadzińska – Anioł sprawiedliwości

256 Wyświetleń

Kiedy się ocknął, nie wiedział, co się stało ani gdzie się obecnie znajduje. Spojrzał na szare, miejscami grafitowe, chmury. W oddali zobaczył wieżę jakiegoś starego zabytkowego zegara. Skupiając wzrok na tym, co widnieje w bliższej perspektywie, ujrzał skaliste mury po części zbudowane z czerwonej cegły. Ulicę zdobił kamienny bruk. Po drugiej stronie wyrastał bujny zielony las pełen mroku i tajemnic.

Poczuł ból głowy i zauważył, że ma w niej niepokojącą pustkę. Postanowił jeszcze dokładniej przyjrzeć się otoczeniu. Po paru minutach zorientował się, że stoi na żelaznym moście. Zrobiło mu się zimno, a do nozdrzy napłynął zapach stęchłej wody, która witała go wszystkimi odcieniami czerni swych czeluści.

Mógł zobaczyć w tej mętnej rzece swoje zniekształcone odbicie. Zdawał się blady, ale równie dobrze mogła to być tylko iluzja, oczy miał prawdopodobnie ciemne, z lewej skroni spływała mu na policzek stróżka cieczy, która, patrząc jego oczami, wydawała się czarna, lecz w rzeczywistości takiego koloru z pewnością nie miała. Krew bezszelestnie skapywała na marmurową płytę. Potargane włosy również ukazywały mu się w ciemnych, a może nawet czarnych barwach.

Oprócz swojego odbicia zauważył stojący za nim pomnik kamiennego cmentarnego anioła, którego czas z pewnością nie szczędził. Odwrócił się w tamtą stronę, ale żadnego anioła tam nie spostrzegł. Oczami znów powędrował w stronę tafli wody, tam kamienny stróż wyraźnie się odznaczał. Miał ogromne pierzaste skrzydła, długie kręcone włosy, szatę, która wyglądała, jakby była zwilżona. Prawą rękę skierował na wprost z wyraźnie wysuniętym palcem wskazującym, który w dość przerażający sposób wskazywał na niego. W lewej ręce trzymał długą, co najmniej trzymetrową, ostro zakończoną kosę. Twarz anioła wydawała się jednak spokojna, poza oczami, na które składały się dwie bezkresne wypalone dziury.

Mężczyzna powoli odsunął się od żelaznej balustrady. Nigdzie w swoim otoczeniu nie wypatrzył tej kamiennej rzeźby. Pomyślał wtedy, że może rzeka jest płytka, a kamienny anioł po prostu leży gdzieś na dnie.

Postanowił przejść na drugą stronę mostu i udać w kierunku kamiennych miejskich murów. Droga nie była długa, zajęła mu jedynie kilka minut. Wejścia na teren miasta broniła ogromna żelazna brama. Popchnął ją lekko i ku jego zdziwieniu pozwoliła mu wejść na teren osady. Idąc brukowaną uliczką, próbował znaleźć kogoś, kto tam mieszka i wyjawi mu nazwę tej miejscowości. Jednak każda kręta ścieżka do niczego nie prowadziła, a ponadto okazywała się pusta. W tym starym, prawdopodobnie średniowiecznym, mieście nikogo nie było. Wyglądało na opuszczone? Martwe?

Kiedy ponownie dotarł do bramy, była już, niestety, zamknięta. Z rozmaitych zakamarków zaczęły wychodzić myszy, szczury i pająki, wypełzać węże. Znad zegarowej wieży nadleciała chmara ptaków. Ewidentnie znajdowały się wśród nich same kruki i wrony, gdyż wszystkie były czarne.

Zwierzęta zaczęły go gryźć, dźgać, dziobać i kąsać. W ekspresowym tempie pozbawiły go skórzanej czarnej kurtki i białej koszuli. Za ogrodzeniem dostrzegł kamiennego anioła, który jednym ruchem kosy przeciął żelazną furtkę na pół.

– To za to, co jej zrobiłeś – powiedział beznamiętnie.

Atakowany ze wszystkich stron mężczyzna nie wiedział, o co chodzi.

– Ko-mu?

Zapytał z trudem. Całe ciało miał w tej chwili tak bardzo zmasakrowane, że przypominał krwawą kulkę mięsa.

– Nie udawaj. – Anioł spiorunował go swym przerażającym spojrzeniem – Pamiętasz.

Powoli kamienna kilkumetrowa postać zaczęła ulegać przeobrażeniu. Zmalała. Pokryła się ludzką skórą. Zniknęły też jej atrybuty – skrzydła i kosa. Pojawiły się długie rozwiane rudozłote włosy.

Nie tylko anioł uległ przemianie. Miasto także przybrało nowy kształt. Stało się piękną wiosenną łąką. Świeciło słońce, a niebo było intensywnie błękitne.

Mężczyzna podszedł do złotowłosej dziewczyny i wręczył jej mały jasnofioletowy kwiatek. Dziewczyna zmrużyła zielone oczy i spojrzała na niego z pogardą.

– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mnie nie nachodził! – warknęła piskliwym głosikiem.

– To tylko jeden kwiat – wyszeptał.

– O jeden za dużo – mruknęła. – Tym razem ci nie odpuszczę, powiem ojcu, że mnie prześladujesz…

Nagle obraz dziewczyny całkowicie się zamazał.

Była noc, a on znajdował się w mieście. W rogu ciemnej alejki czekał na niego mężczyzna w czerni. Próbował spokojnie ominąć to miejsce, jednak mężczyzna wyszedł mu naprzeciw i chwycił za szyję. Parokrotnie uderzył go z całej siły w twarz.

– Jeżeli kiedykolwiek jeszcze raz zbliżysz się do Róży – mężczyzna popatrzył mu głęboko w oczy, próbując wzbudzić w nim strach, który już i tak opanował całe jego ciało, nie pozwalając mu ruszyć choćby palcem – to cię zabiję, pokroję na kawałeczki i wrzucę do rzeki, rozumiesz?

Chwycił go tak mocno, że nie mógł oddychać.

– T-ak. – Ledwo wystękał.

Mężczyzna szarpnął go za lewe ramię, puścił szyję, złapał za prawą nogę i z całej siły rzucił nim o bruk.

Minęło parę lat, a postać Róży bez przerwy nawiedzała go w myślach. Jego samopoczucie, fizyczne i psychiczne, ulegało pogarszaniu. Zapominał o spotkaniach, nie miał siły ani ochoty pracować, gubił dokumenty, narzędzia, klucze. Powoli zaczął także nadużywać alkoholu. Każdego wieczora, kiedy siedział samotnie w mieszkaniu, wypijał po kilkanaście butelek różnych trunków.

W głównym pomieszczeniu mieszkalnym roiło się od rozbitego szkła, resztek jedzenia, smrodu alkoholu, nie wspominając już o niezliczonej liczbie robactwa.

Któregoś wieczoru wyszedł na miasto. Stojąc na moście, spostrzegł Różę z ojcem
i jakimś innym mężczyzną, który trzymał ją za rękę. W tym samym momencie podeszła do niego dziewczyna o włosach i twarzy białych jak mleko.

– Aniela – wyszeptała mu do ucha, patrząc z bardzo bliskiej odległości w oczy, które ona miała intensywnie błękitne.

Wzrokiem uciekał do Róży.

Aniela jednak pochłonęła go całkowicie swą osobą, odwracając uwagę od kochanej przez niego dziewczyny. Niestety, on nie był dla niej łaskawy. Często wpadał w furię, a kiedy coś nie szło po jego myśli, rzucał czym popadnie.

Zakochana dziewczyna po cichu liczyła, że jej ukochany się zmieni i ją w końcu naprawdę pokocha. Nie chciał jej za żonę, ona nie chciała być dla niego tylko przyjaciółką, więc pomyślał, że może weźmie ją jako kochankę.

Długo się jej opierał, ale musiał sam przed sobą przyznać, że Aniela była naprawdę atrakcyjna. Pewnej nocy wreszcie jej uległ. Żyli tak przez długie lata. Nie musiał na nią pracować, bo sama utrzymywała się z krawiectwa. Nie musiał robić nic w domu, bo wszystkim zajmowała się Aniela.

Przestał pracować, zmuszając biedną dziewczynę do cięższej pracy. W złości nadal się na niej wyżywał. Czasem tylko powiedział jej coś okrutnego, innym razem rozbił jej łuk brwiowy albo podbił oko.

Jednego wieczoru wrócił kompletnie pijany i widząc w Anieli Różę, która każdego dnia odrzucała jego zaloty, a teraz chodzi za rękę z innym, wpadł w szał. Zaczął wyzywać biedną zakochaną i utrzymującą go dziewczynę, kilkanaście razy z całej siły uderzył ją po twarzy, następnie zgwałcił.

Po kilku miesiącach okazało się, że Aniela spodziewa się dziecka. Na początku było to dla niego tylko kolejnym powodem do picia i częstszego wpadania w szał. Ciężarnej dziewczynie dostawało się za wszystko. Za przesoloną zupę, za otwarcie okna, za to, że się
w ogóle odezwała.

Jednak jakiś czas później zaszła w nim ogromna zmiana. Przyzwyczaił się do widoku ciężarnej Anieli, a w dodatku postanowił, że jeżeli powije mu córkę, nazwie ją Róża. Ze wszystkich sił dbał o kochankę. Poszukał nawet pracy, żeby zapewnić im lepszy byt. Co więcej, bywały chwile, że myślał o małżeństwie, jednak zanim zdążył wcielić swoje plany w życie, zmieniał szybko zdanie.

Niestety, jego radość z oczekiwania i spokój ducha minęły z dniem narodzin jego… syna. Tym razem wpadł w tak dziki amok, że wyrzucił niemowlaka przez okno, a Anielę tak długo bił i gwałcił, aż przestała się ruszać… i zmarła.

Zwłoki dziewczyny leżały w jego mieszkaniu przez wiele długich miesięcy.

Pewnego dnia postanowił pokroić je na kawałki, włożyć do materiałowego worka
i wrzucić ciemną nocą do rzeki. Dla kurażu musiał przed tym wypić kilka butelek mocnego alkoholu. Później, chwiejąc się na nogach, szedł od jednej strony do drugiej. Wszedł na most
i wrzucił zmasakrowane ciało. Właśnie tam. W miejscu, w którym się poznali. Zakończył to tam, gdzie się zaczęło.

Pozbycie się ciała dziewczyny nie rozwiązało jednak jego problemów. Ponadto pod jego dom zaczęła przychodzić policja, próbując ustalić okoliczności śmierci znalezionego na bruku martwego niemowlęcia. Sąsiedzi kilkakrotnie wskazywali na niego. On jednak dyplomatycznie tłumaczył, że nie wie, skąd się wzięło to dziecko pod jego oknem.

Po każdej takiej wizycie pił coraz więcej i więcej. Raz po zachodzie słońca wyszedł na miasto. Zobaczył Różę, która szła sama. Pomyślał, że to jego szansa. Podszedł do niej, jednak, gdy to zrobił ogarnęło go zupełnie inne uczucie od tego, które żywił do niej przez te wszystkie lata. To już nie była bezgraniczna miłość. O nie! To była bezkresna nienawiść. Nienawiść za zmarnowanie mu życia, za alkoholizm, depresję, za uczynienie go takim nieszczęśliwym, za pogardę malującą się na jej twarzy za każdym razem, kiedy wręczał jej kwiaty. Nagle z całej siły cisnął nią o kamienny bruk. Bez opamiętania bił ją pięściami po głowie i twarzy.

Ktoś go od niej odciągnął.

Dwóch mężczyzn. Jeden dobrze mu znany. Może już odrobinę stary, ale najwyraźniej nadal w dobrej formie. Drugi był młodszy ze złotą obrączką na serdecznym palcu prawej ręki. Był tak bardzo umięśniony, że na jego widok szamoczącego się furiata ogarnął strach, a może nawet przerażenie.

Dziewczyna leżąca na kamiennej posadzce się nie ruszała. Była cała we krwi.

– Co zrobiłeś mojej córce?! – pierwszy cios przyszedł szybciej, niż się spodziewał.

Ojciec Róży walnął go tak mocno, że jego głowa z impetem poleciała na mur, o który uderzyła z głuchym łoskotem.

– Dlaczego zaatakowałeś moją żonę?

Kolejny mężczyzna bił go jeszcze mocniej niż pierwszy.

Pięści napastników powoli pozbawiały go sił i tchu. Obraz z każdą kolejną minutą coraz bardziej się rozmazywał.

Nim się zorientował, był już martwy. Tak jak Róża.

Zmarła, doznając w wyniku tego ataku zbyt dużego uszkodzenia mózgu.

Dwaj mężczyźni siekierą poszatkowali ciało mężczyzny i wrzucili do rzeki. Tak jak on wcześniej uczynił ze zwłokami Anieli.

Różę pochowali na starym cmentarzu, w miejscu pochówku jej matki.

Wraz z pomnikiem usytuowali tam postać ogromnego marmurowego Anioła, który kilka lat później w niewiadomy dla nikogo sposób zaczął wskazywać na ludzi winnych cudzej krzywdy i posiadł ogromną kosę, zakończoną ostrym metalem.

Pewnego dnia Anioł zniknął z cmentarza. Miejscowi ludzie twierdzili, że ukradli go złodzieje. Niestety, Anioł sam opuścił cmentarz i postanowił pojawić się na moście. Jego celem było zabijanie zabójców, morderców, dręczycieli, gwałcicieli i wszystkich tych, którzy przyczynili się do nieszczęścia drugiego człowieka – bez względu na to, czy uczynili to przypadkowo, czy też umyślnie. Każdy zasługiwał na karę, także zatopiony na dnie rzeki mężczyzna. Kamienny Anioł zstąpił po niego aż do samych piekieł.

Krył się na moście, chował w rzece. Wreszcie zamknął go w martwym mieście, każdego dnia skazując na gryzienie, dziobanie, kucie i kąsanie. Kosą codziennie odcinał mu nogi i ręce — za każdy cios, który wymierzył w niewinną istotę.

Pozbawiony sił i tchu mężczyzna spojrzał na posąg Anioła z wypalonymi oczami.

– Kim jesteś? –to były jedyne słowa, które dał radę z siebie wyksztusić.

– Twoim Aniołem Sprawiedliwości.

Oculum Mundi

Paweł R. Ofiarski – We krwi prawda cz. 1

291 Wyświetleń

   Stauf spoglądał w stronę coraz bardziej narastającego stosu chorągwi, które padały u stóp doży, Ofierna oraz jego. Starożytny zwyczaj nakazywał, by po wygranej bitwie zliczyć pokonanych. Wedle podań, kiedyś robiono to przynosząc do stóp zwycięzcy jakąś część ciała pokonanych wrogów, czy to uszu, dłoni, a nawet głów. Z czasem w tej tradycji zaczęły zachodzić nieco bardziej cywilizowane zmiany i poczęto wyliczać, ile wrogich oddziałów rozbito w czasie bitwy. A że każdy oddział miał swój własny proporzec i obowiązkiem chorążego była ochrona chorągwi do śmierci, jego zdobycie przez wroga miało stanowić o porażce danej formacji. To co jednak najbardziej Staufa zmuszało do refleksji to znajomość heraldyki, co w efekcie kończyło się identyfikacją poległych szlachciców i często wspomnień z nimi związanych. Dwa białe konie, zwrócone do siebie, na czerwonej tarczy: ród von Zelzen, na chrzcinach którego jeszcze dwa lata temu pił wino, czarny niedźwiedź na żółtym polu: von Pir, z członkiem którego pięć lat temu wygrał turniej w Tenderheim. Ile szlacheckiej krwi tu poległo z powodu byle łyczka, któremu zachciało się wykazać wyższość nad innymi, taka luźna myśl przechodziła przez głowę Staufa.

            Gdy tylko w czasie bitwy doszedł potężny okrzyk Gryfonów „Huza!”, Otto już wiedział, że za chwilę poleje się morze krwi. Z lasu zaczęli wyjeżdżać jeźdźcy, którzy szybko zaczęli nabierać rozpędu, by uderzyć w stronę cesarskiego rycerstwa. Impet był potężny, a nad polem bitwy rozległ się odgłos umierających koni. Gryfoni jednym uderzeniem niemal rozbili w całości wysłaną przez cesarskich jazdę. Stauf wiedział, że widzi to też Schwalzwalde i szybko ruszy w sukurs resztce swoich oddziałów. Otto nie pomylił się: nad polem bitwy rozległy się śpiewy modlitewne zakonników, wzywających Polemo, czy jak mówią na niego na północy, Belladona o wsparcie w swoich czynach. Na czele jechał osobiście wielki komtur zakonu Gorejącego Słońca, co tylko podnosiło morale szarżujących. Naprzeciw nich znów wyszła lekka kawaleria, która ponownie zdołała się przegrupować, korzystając z tego, że zakonnicy zajęci byli walką z Gryfonami. Tym razem impet uderzenia był znacznie większy i mocno przerzedzili liczebność kawalerzystów, omal nie zdobywając chorągwi Staufów. Aby do tego nie dopuścić, wysłano na ratunek piechotę, która miała zawiązać walką zakonników do czasu, gdy jazda ze wschodu przygotuje się do kolejnego natarcia. Szybko zawiązali ich walką, by nie dopuścić, by rycerstwo cesarskie samo zdecydowało się ponowić szarżę. W międzyczasie, udało się obronić chorągwie, którą po śmierci chorążego przejął Castor von Wulfhof i bronił jej, mimo ran. W końcu, Gryfoni zdołali się przygotować do szarży i uderzyć na zakonników, ostatecznie zamykając bitwę zwycięstwem Republiki. Po obu stronach padło wielu, nie mniej, największe straty miało cesarstwo, włącznie ze śmiercią wielkiego komtura.

            Tego samego, którego główna chorągiew spoczęła jako ostatnia na stosie innych. Na niej dwóch mężczyzn położyło na noszach ciało Sigfrida von Schwalzwalde. Jego zbroja i płaszcz były pokryte krwią poległych w czasie bitwy, a śmiertelny cios został zadany pod pachą. Sądząc po ilościach dziur, Stauf zdołał wydedukować, że cios wyszedł z rąk wideł, a więc prawdopodobnie zabił go zwykły piechur. Niezbyt godna śmierć dla szlachcica. Inaczej jednak musiał sądzić doża Tepper, który spoglądał na ciało wielkiego komtura z wielkim zadowoleniem.

– Oto proporzec i ciało tego, co myślał, że jest ponad wszystkie mocarze – rzekł Ofiern, spoglądając na ciało.- Człek, choć gwałtowny, znał rycerskie rzemiosło i winno się okazać mu należyty szacunek i pochować ze wszystkimi honorami.

– Prawdę rzeczecie, panie hetmanie – powiedział Stauf pełen powagi. – Ale wciąż tylko ciało i chorągiew. Niedługo uszyją następną i dadzą tytuł nowemu zakonnikowi, który przejmie jego obowiązki. Winniśmy zostawić kwestię pochówku na później i rozmyślać, co dalej. Panie Tepper, jakieś sugestie?

– Poślemy posłańców do cesarza, by wymusić na nim wycofanie się swoich sił z naszych ziem – powiedział doża. – Wyślemy mu także te chorągwie, by wiedział, że mamy na tyle sił, by się z nim zmierzyć.

– To świetny pomysł – pokiwał głową Stauf, a Wolfgang skinął głową z lekkim uśmiechem. – Jeśli chcemy jeszcze bardziej go rozjuszyć. Jak to mawia stare przysłowie, obetniesz głowę hydrze, wyrosną dwie następne. Wysyłając emisariuszy, będzie to świadectwo, że to my jesteśmy stroną słabszą i chcemy pojednania, a tymczasem to z ich strony powinno wyjść takie poselstwo. Dodatkowo, dzięki chorągwiom będą w stanie wykalkulować ile sił trzeba, by nas ostatecznie rozbić. Stąd mam inną sugestię.

– Mówcie – powiedział doża, ruchem ręki dając wolność wypowiedzi Staufowi.

– Lekką kawalerię wyślemy na północ, by sabotowała wrogie ataki strategią uderz i uciekaj, obniżając morale. W międzyczasie, w miastach niech trwa zaciąg mieszczan. Przydadzą się w trakcie późniejszych bitew. Teraz, gdy zakonnicy zostali pokonani, trzeba się zmierzyć z głównymi siłami, a ją stanowi głównie piechota. Dojdzie pewnie do oblężeń, to też trzeba się skupić na odpowiednim ufortyfikowaniu miast.

– Zapewne cechy nie odmówią wystawienia swoich sił do obrony murów – zapewnił doża, w co nawet Stauf nie wątpił. – Zastanawia mnie, czemu jednak taka nagła zmiana strategii? Wcześniej byłeś waćpan  przeciwny zamykaniu się w twierdzach i miastach.

– Prawda li to – przyznał Ofiern. – Tam nie będziemy w stanie wykazać swego rycerskiego kunsztu jako znakomici jeźdźcy.

– Z całym szacunkiem, panie Tepper, gówno wiecie o strategii – Stauf zauważył, że twarz doży zrobiła się czerwona ze wściekłości. – A wy, hetmanie, o siłach cesarstwa. Z całego kraju zaleje nas piechota, która wie od wieków, jak należy walczyć z ciężkozbrojnym rycerstwem. Piki, które noszą, mają długość nawet do czterech metrów. Ustawione w formacji jeża będą trudniejszym przeciwnikiem dla jazdy aniżeli sama kawaleria, gdyż zwierzęta, niezależnie jak dobrze wytrenowane, nie powtrzymają naostrzonego grotu, który wbije się w szyje zwierzęcia i zupełnie unieruchomi jeźdźca.

– A co z lekką jazdą, hm? – dochodził dalej doża, wstrzymując się od wściekłości. – Nie będzie w stanie wymanewrować wroga i zmusić go do ataku?

– Nie – zaprzeczył Otto, ciężko wzdychając, że musi wykładać takie podstawy. – Po pierwsze, odniosły duże straty. Z dziesięciu chorągwi, zostały tylko cztery, nie licząc Wilców, co daje nam siłę czterech tysięcy ludzi. To żadna siła. Lepiej wykorzystać ich do demoralizacji wojsk a nie na pole bitwy. Wilcy zaś lepiej by zaczęli kąsać tyły, grabiąc, paląc i gnębiąc ludność sąsiadujących księstw. Po drugie, na polu bitwy ciężej będzie ustawić pułapkę dla piechoty, która porusza się w szyku. A tak dobry dowódca, jakim jest Marszałek Raizner, który ma dowodzić cesarskimi wojskami, wie, jak przygotować się do odparcia pułapki.

            Otto spoglądał kątem oka na dożę, który słuchał tego wszystkiego jak bajki starego rycerza: z pełnym podziwem, cząstką niezrozumienia i wielką niecierpliwością. Wiedział, że oczekuje od Staufa dalszych informacji, nie mniej nie miał zamiaru się z nimi dzielić. Odsłonięcie zbyt wielu kart może spotkać przykry koniec każdego. A póki co, nie miał zamiaru kończyć swojego żywota i kariery. W przypadku Ofierna doradca wojskowy dostrzegł, że ten rozumie o co mu chodzi, ale miał wrażenie, że hetman spogląda na niego z dozą lekceważenia. Otto wiedział o co mu się rozchodzi. Pavel Ofiern pochodził z bardzo starej atrynijskiej rodziny szlacheckiej, która niejednokrotnie miała w dłoni buławę hetmańską, a jego przodkowie zawsze dowodzili w największych wojnach, w których brała udział Atrynia. Wierzył w niemal zapomniane przez cesarstwo cnoty, a jedną z nich była rycerskość, którą przekładano na pole bitwy. A że rycerz składa się z jeźdźca i konia, to brak jednego z tych elementów sprawiał, że przestał istnieć. To pozornie i głupie porównanie było dla Atrynijczyków bardzo ważne, gdyż słynęli ze swojej jazdy i dzięki niej górowała nad resztą państw, to też pozbawienie ich tego atutu znacznie temperowało ich pewność siebie. Pozbawienie Ofierna możliwości wykazania się swoją jazdą mogło uchodzić za zhańbienie go. Ale w głębi duszy Otto wiedział, że hetman zdaje sobie sprawę, że Stauf ma rację, to też nie robił z tego awantury.

–  A więc obrona miast – przyznał doża, klaszcząc raz dłońmi. – Wyślę wieści do najważniejszych miast republiki, by cechy zaczęły się zbroić. Nie mniej, uczynię to dopiero po uczcie.

– Uczcie? – wzrok Staufa gwałtownie przesunął się w stronę Teppera. – W tym momencie?

– Oczywiście – stwierdził zadowolony z siebie doża, zarzucając do tyłu teatralnie płaszcz. – Cóż lepszego będzie nad napawaniem się zwycięstwem przy kielichu wina, akompaniamencie muzykantów wprost z Akademii Sztuk Pięknych wraz ze wszystkimi tymi, którzy przyczynili się do zwycięstwa w tej bitwie.

– Mądrze Pan prawi – Ofiern kilka razy kiwnął głową na znak aprobaty. – Nic tak nie smakuje po bitwie jak dobra biesiada.

– Postanowione – zakrzyknął Wolfgang, odwracając się piętą w stronę obozu. – Stauf, tuszę, że się również pojawisz i nie będziesz podpierał namiotu.

– Oczywiście, że przybędę – odpowiedział chłodno Otto, kłaniając się mijającemu go hetmanowi, który odwzajemnił grzeczność. – Wpierw sprawdzę co z wojskami i zrobię porządek z tym ciałem i chorągwiami.

            Doża nic nie odpowiedział, gdyż zadowolony oddalił się, nucąc jakąś wesołą melodię. Otto westchnął głęboko i machnął w stronę dwóch gwardzistów republiki, którzy wyznaczeni byli do przynoszenia chorągwi, wskazując na ciało wielkiego komtura. Ci uderzyli tylko pięścią w płytowy kirys na znak potwierdzenia rozkazu i zabrali ciało z dala od Staufa, który i tak zaczął się oddalać od gwardii. Niedaleko niego stali jego osobiści strażnicy, chociaż bardziej można byłoby ich nazwać członkami jego armii. Co prawda, z racji stanowiska, Stauf miał przywilej korzystania z gwardii doży, to pewniej się czuł w otoczeniu własnych żołnierzy. Ci mężczyźni, wyposażeni w  pełne kolczugi, stożkowate szyszaki i płaszcze z herbem rodowym Staufów, gdy tylko zobaczyli swoje pryncypała zasalutowali. Otto odwzajemnił się skinięciem głowy, pewnym krokiem ruszył w stronę namiotów, by osobiście sprawdzić nastroje wśród wojska. Zaraz za nim ruszyli jego ludzie w liczbie sześciu.

            Stauf w otoczeniu swoich żołnierzy zszedł z pagórka, na którym mieścił się namiot narad, w którym przed bitwą przygotowywali (czy raczej on przygotowywał) strategię bitwy i skierował się do obozu poniżej. Z góry wyglądało to, jakby na równinie stanęło nowe, potężne miasto zrobione z wielokolorowych namiotów, zarówno o tradycyjnym, trójkątnym kształcie, jak i w formie pawilonów, które były zarezerwowane głównie dla szlachty, dowódców poszczególnych oddziałów i co bogatszych najemników. Szczególną uwagę zwracały te o czerwonych barwach, odseparowanych od pozostałych, a które zamieszkałe były przez Gryfonów. Wejście do tej części obozu było pilnowane przez samych rycerzy ze wschodu, jakby chcieli się odróżnić od zwykłego żołdactwa. Jeszcze przed bitwą dochodziło do wzajemnych przepychanek między atrynijczykami, a pijanymi żołnierzami republiki, które omal nie skończyły się na wewnętrznej bitwie. Szczęśliwie, skończyło się na kilku ciężko rannych, a ludzie w porę się opanowali, gdy zobaczyli Staufa z uzbrojonych w pełne płytowe pancerze gwardzistów Norithoru, gotowych oddać strzały z kusz w stronę niesubordynowanego wojska. Podobnie uczynił też Ofiern, jednak mając za sobą grupę Wilców, którzy czekali tylko na pretekst by ulżyć komuś z życia. Obecnie jednak nie dochodziło do żadnych wewnętrznych konfliktów. Ludzie zajęci byli radowaniem się po zwycięskiej bitwie, śpiewając sprośne piosenki, otwierając beczki z piwem i rozpalając ogniska, na których dzisiejszej nocy upieczony będzie nie jeden świniak. W końcu dał rozkaz kwatermistrzom, by w chwili zwycięstwa nie ograniczali jadła dla żołnierzy. Niektórzy czyścili swoją broń i pancerze, inni zszywali uszkodzone ubrania i skórzane zbroje, które nosili. Jednak, gdy tylko Stauf postawił nogę w obozie i zaczął przez niego przechodzić, żołnierze zaczęli wiwatować na część Norithoru oraz samego Ottona, podnosząc do góry swój oręż i pięści. Co ciekawe, nikt nie wzywał imienia doży, co przeświadczało Staufa, że żołnierze wiedzą, komu tak naprawdę zawdzięczają zwycięstwo. Doradca wojskowy republiki żałował jedynie, że nie robią tego ci, co znajdowali się w drugim i trzecim obozie. Ten drugi to był obóz jeniecki, w którym przetrzymywano pojmanych wrogów. Część z nich była to szlachta i zakonnicy, którzy zdołają się wykupić z rąk doży (a Stauf wiedział, że Tepper bardzo chętnie przygarnie ich denary), a pozostała część to zwykli poborowi i czeladź, którzy mogli liczyć na łut szczęścia, że ich panowie o nich nie zapomną lub będą zmuszeni do pracy w charakterze przymusowej służby w obozie, chyba, że zdecydują się zmienić stronę. Tak to zwykle robi się z najemnikami, którym proponuje się walkę po ten zwycięskiej stronie. Jeńcy nie cieszyli się na zwycięstwo i z tamtej strony nie dochodziło nic poza szczękami pancerza pilnujących więźniów. Trzecia część obozu nie była taka cicha, ale odgłosy dobiegające z tamtej strony raczej wskazywały, że dla niektórych bitwa wciąż trwa. Był to lazaret, gdzie opatrywano rany. Z czego opatrywanie było stwierdzeniem nad wyraz niepoprawnym. Medyków było mniej niż rannych, to też prowadzono selekcję. Tych, co mają największe prawdopodobieństwo przeżycia opatrywano jako pierwszy, a potem resztę. W przypadku tych drugich kończyło się to często na amputowaniu kończyn bądź też, w przypadkach bardziej krytycznych, po prostu uśmiercaniem. Oczywiście, medyk to też człowiek i odpowiedni dźwięk w sakiewce mógł nieco przyspieszyć sprawę, stąd niekiedy lazarety zmieniały się w aukcje ludzkim życiem. Było to przerażające, ale jednocześnie jakże ludzkie. Stauf tego nie potępiał. Sam tak robił wielokrotnie, a wiedział, że i jego ranny, były zięć, Castor von Wulfhof, też poczynił w tę stronę jakieś kroki.

            Gdy tylko obszedł większość obozu, ukontentowany morale żołnierzy, zaczął kierować się w stronę swojego namiotu, by odpocząć i przemyśleć następne kroki. Mieścił się on na pagórku w samym centrum obozu i był otoczony namiotami swoich najwierniejszych żołnierzy. Ufał im bardziej niż swojej rodzinie, to też tylko wśród nich czuł się najpewniej. Skinął jeszcze kilku żołnierzom i ojcowsko niejednego poklepał po ramieniu, wykazując podziękowanie za dobrą walkę, by dość do swojego namiotu. Tam, oprócz czekających go wojsk, czekało jeszcze dwóch mężczyzn, których Stauf znał bardzo dobrze. Jeden z nich, ubrany w czarny dublet i białą koszulę z koronkami na rękawach, opierał dłoń na szabli. Mimo, iż mężczyzna nosił broń typową dla Atrynijczyków, nie pochodził z tego królestwa na wschodzie. Dowodem były czarne włosy, zaczesane w kitkę, gdy tymczasem w Królestwie Atrynii nosi się krótkie włosy, a także wyszyty na piersi herb Marchii Walsberg, części cesarstwa leżącej na północnym wschodzie. Drugi mężczyzna był ubrany w bardziej krzykliwy strój, składający się z żółtego kaftana i czerwonych spodni, zaś za pasem zwykły miecz jednoręczny. Na piersi miał wyhaftowaną tarczę o pięciu czerwonych słupach oraz postaci mężczyzny z dzbanem i lwa, który w całości tworzył herb Księstwa Flavoux, leżącym na południowym wschodzie i najbliżej granic z Republiką Norithoru. Na dodatek, mężczyzna był rudy, co w cesarstwie uchodziło za przejaw głupoty. Ten mężczyzna jednak był zaprzeczeniem tego mitu.

            Wszak obaj byli ambasadorami na dworze w Norithorze, a na takich nie wybierano głupców. Zazwyczaj.

Podczas, gdy całe cesarstwo rzuciło się na Republikę jak wściekły pies, to tylko dwa księstwa nie stawiły się na wezwanie cesarza: Marchia Walsberg i Księstwo Flavoux. To pierwsze chroniło się tak zwanym Pax Walsi, które pozwalało im nie brać udziału w walkach w chwili, gdy terytorium dowolnego organu państwowego przechodzi przez kryzys w postaci epidemii na dużą skalę. Ma to być forma kwarantanny, by choroba nie rozpowszechniała się na pozostałe ziemie cesarstwa. Takie prawo orzec mogli jedynie eklezjanie Hilen i Walsa, czyli kolejno bogini zdrowia i boga śmierci, i to wspólnie. Oczywiście, odpowiednia dotacja będzie w stanie znacznie ułatwić ustanowienie Pax Walsi. Państwo objęte tym prawem nie będzie brane pod odpowiedzialność w chwili, gdy nie stawi się na wezwanie cesarskie. Interesujące jest to, że emisariusze wysłani na dwory przez wybuchem epidemii dalej mogą reprezentować interesu swojego państwa, to też Sebastion wciąż mógł szyć swoje intrygi. W przypadku Księstwa Flavoux sprawa miała się trochę inaczej. To księstewko leżało tak na peryferiach państwa, że niemal było zapomniane. Ambasadorzy rzadko gościli na dworach, to też nie brali czynnego udziału w polityce. O ile na dworze w Tellamel często pojawiali się emisariusze z innych księstw i republik, to stwierdzali, że nawet nie ma sensu ingerować w cokolwiek ze względu na to, że nie mieli nic do ugrania w tym dziwnym księstwie. To też, gdy Rispodelh II ogłosił swoją krucjatę na południe i nie dostał odzewu z dworu w Tellamel, miał to określić jako typową reakcję mało ambitnego dziecka, które chce bawić się tylko swoimi klockami. Jednakże, bliskość konfliktu tak blisko granic Księstwa Flavoux wymusiła wzmocnioną reakcję dworu i posłania kilku emisariuszy do Norithoru, by badali sytuację i donieśli o finale. Dla dworu w Tellamel, Norithor był jedynym zagrożeniem wewnątrzpaństwowym, to też rozstrzygnięcie było istotne dla księżnej siedzącej na tronie we Flaxoux.

Stauf zdawał sobie sprawę, że ich obecność, nawet ambasadora z Flavoux niesie coś ważnego. Nawet nie wynikało to z polityki. Po prostu Otto znał ich dość dobrze osobiście.

– Sebastion – zaczął Stauf, zwracając się do ubranego na czarno emisariusza, otwierając szeroko ręce. – Nie lada niespodziankę sprawiłeś, że się tutaj pojawiłeś.

– Radość jest odwzajemniona, Ottonie – odpowiedział Sebastion Waer, ściskając doradcę. – Myślałem, że nie dożyjesz wieczora.

– I sprawić ci zawód, że nie będziesz musiał pić. Bynajmniej! – zaśmiał się Stauf, odrywając się od misia i podchodząc bliżej drugiego ambasadora. – Vigo Kasapi, myślałem, że już dawno zagrzebałeś się w tłumie innych dworzan w Norithorze.

– Dlatego noszę się krzykliwie – odpowiedział Vigo, szczerząc się od ucha do ucha, również ściskając się ze Staufem. – Choć wciąż nie aż tak mocno jak niektórzy w moim ojczystym księstwie.

– Wy tam we Flavoux zawsze mieliście walnięte we łbie, jeśli chodzi o modę– machnął ręką Otto, gdy już skończył się już witać z drugim towarzyszem. – No, gadajcie, co was tu sprowadza.

– Jak to co? – zdziwił się Sebastion.- Osobiście chcieliśmy złożyć gratulację za zwycięstwo nad siłami zakonnymi.

– To chyba powinniście iść wpierw do doży – stwierdził Stauf, uśmiechając się krzywo. – W końcu to on dowodził całą bitwą.

– Nasza wizyta u ciebie ma charakter nieoficjalny – stwierdził Vigo, uśmiechając się kwaśnie. – Stąd gratulację do… prawdziwego herosa dzisiejszego dnia odbędą się później.

– Organizuje ucztę z grajkami, więc zapewne będziecie mieli okazję mu pogratulować – stwierdził Otto, klepiąc obu towarzyszy po plecach. – No ale nim dojdzie do tej winiarskiej uczty, co powiecie na skosztowanie prawdziwego trunku. Mam coś specjalnego u siebie w namiocie, specjalnie na okazje, by się odpowiednio przygotować na tę nudną biesiadę.

– Brzmi nad wyraz dobrze – stwierdził Kasapi. – Prowadź.

            Stauf zadowolony, podciągnął pas do góry i nakazał swoim żołnierzom pozostanie na posterunku. Ci zasalutowali i wykonali rozkaz. W tym czasie szlachcic z ambasadorami skierowali się w stronę namiotu.

            Gdy trójka mężczyzn weszła do środka, uderzył ich wszystkich kwaśny zapach potu, który wydobywał się z przepoconych ciuchów. Stauf już od dawna był w trakcie kampanii, to też rzadko miał okazję prać swoje ubrania. Zaraz przy jednej ze ścian stał manekin, na którym zwykle wisiał pancerz. Zawołał do siebie kilku paziów, którzy pomogli mu ściągnąć kolczugę i kirys. Gdy tylko pozbył się balastu, poczuł lekkość na ramionach i brzuchu, który mocno mu ściskał. Najlepsze lata wojaczki miał już za sobą, to też jego brzuch rozrósł się, że powoli nie mieścił się już w zbroi. Dwaj ambasadorzy zajęli miejsca na krzesłach, które umieszczone były przy stole, na którym leżała bardzo dokładna mapa Republiki Norithoru. Obok stała jeszcze skrzynia oraz piedestał na miecz.

            Gdy tylko służący skończyli ściągać pancerz Staufa i ten pozostał jedynie w brązowej przeszywanicy, spodniach oraz butach, odwiesili go na manekin i wyszli. Otto w tym czasie skierował się w stronę skrzyni, wyjmując z niej trzy kubki oraz szklaną butelkę z zieloną cieczą.

– Wygrałem to od jednego z najemników w kości – powiedział Otto, odkorkowując butelkę i rozlewając ciecz. – Dokładnie trzy takie. Jak zobaczyłem tego wojownika, myślałem, że mnie będzie chciał pobić, ale zadziwiająco oddał fant w moje ręce. Siłacz o dobrym sercu.

– To niezbyt dobra cecha u najemnika – stwierdził Vigo,  spoglądając podejrzanie na ciecz.

– No nie wiem – odpowiedział Stauf, wzruszając ramionami. – Potem widziałem, jak mieczem rozplatał dziesięciu mężczyzn bez żadnego zwątpienia. Ot, taki paradoks. W każdym razie, wygrałem trzy butelki tego trunku. Jeden sam już wypiłem, drugi rozpiję z wami, trzeci na inną okazję. Ostrzegam jednak, czegoś tak mocnego nigdy jeszcze nie piliście.

– Kto nie ryzykuje, nie wygrywa – powiedział Sebastion, unosząc kubek. – Zdrowie, panowie.

            Gdy wszyscy wtórowali słowem zdrowie, unieśli naczynia do góry i chcieli wypić duszkiem. Gdy jednak doszli do połowy, zarówno Kasapi i Waer nabrali powietrza w usta, łapiąc oddech. Potem zaczęli kaszleć.

– Stauf, kurwa – zaczął Sebastion bardzo przytłumionym głosem. –Czy ty chcesz nas zabić?!

– Ostrzegałem – odpowiedział Otto, odkładając pusty kubek. – Teraz wiecie, że już próbowaliście wszystkiego.

– Z czego to jest zrobione – chciał spytać retorycznie Vigo, przykładając usta do rękawa kaftana, nie mniej Stauf zdołał na to odpowiedzieć.

– Ten najemnik mówił, że robi to jeden z drwali z jego rodzinnych stron z pokrzyw i innych roślin, które znajdzie w lesie. Wspomniał coś o nazwie drzewinki, ale nie wiem, czy to nazwa wsi czy jakieś miejsce w lesie. Kiedyś będę musiał to sprawdzić. O ile będzie jeszcze okazja. No, ale dość krotochwil, panowie.

– W rzeczy samej – przyznał Sebastion, odkładając kubek, wciąż jednak się krzywiąc. – Przejdźmy do interesów. Jako ambasadorowie, którzy na co dzień przebywają na dworze doży chcąc nie chcąc musimy złożyć gratulacje zwycięstwa Tepperowi.

– Jak rozumiem, to oficjalna wizyta waszego poselstwa? – spytał Stauf, chowając butelkę z powrotem do skrzyni.

– Tak – przyznał pewnie Vigo, poprawiając swój kaftan. – Skierowana bezpośrednio do doży. Nieoficjalnie, składamy w twoje ręce gratulacje za majestatyczną wiktorią nad zakonami. Cesarz jest bardzo z tego zadowolony.

– Więc nasza umowa dojdzie do skutku, tak? – ponownie spytał Stauf, dołączając do ambasadorów, a sam zaczął się uśmiechać od ucha do ucha.

– Naruszenie potężnego filaru, jakim był Zakon Gorejącego Słońca i Grobu św. Thadeusa znacznie osłabi wpływy polityczne wielkich mistrzów w Kelrad, dzięki czemu duża część senatu przestanie kwestionować sukcesję i przejdzie na stronę Rispodelha II, niech nam żyje jak najdłużej – powiedział Waer bardzo poważnym głosem. – A jako, że ciebie wskaże się jako tę osobę, która pod Zielonymi Polami zgniotła kwiat cesarskiego rycerstwa, zostaniesz przez senat okrzyknięty bohaterem.

– Oczywiście, niektórzy dalej będą cię ogłaszali zdrajcą – wtrącił się Vigo. – Dorowie, którzy mieli dobre relacje z kościołami od pokoleń, nie będą patrzyli na to przychylnym okiem, ale ich partia nie będzie miała takiej siły przebicia, by senat nie przyjął twojej kandydatury do rodzin senatorskich w stolicy.

– Pysznie – przyznał Stauf, bardzo z siebie zadowolony. – Mam nadzieję, że pałac, który sobie wypatrzyłem w Kelrad wciąż jest wolny. Żaden inny nie pomieści moich rzeczy z twierdzy w Republice.

– A skoro już przy tym – zagaił Waer, uderzając palcami o stół. – Jak zamierzasz wycofać się z Norithoru i pokonać pozostałą armię… zdrajców.

– Podjąłem już odpowiednie kroki – wyznał Stauf. – Lekkiej kawalerii nakażę udać się na północ pod pretekstem akcji dywersyjnych. Oczywiście, to będzie kłamstwo, dywersja dywersji, że tak ujmę. Moimi rozkazami, jeźdźcy po prostu udadzą się bezpośrednio do obozu cesarskich, by się oddać na służbę. Do Norithoru zostanie wysłana informacja o zdradzie, to też, bojąc się kolejnych takich sytuacjach, pójdę z resztą sił w stronę wojsk cesarza. Tam oczywiście, połączę swoje siły z wysłanymi wcześniej wojskami i oficjalnie ogłoszę zmianę stron.

– Szalone i odważne – przyznał Vigo. – Powiedziałbym, że wręcz ryzykowne dla całego planu. Wysłani żołnierze mogą nie chcieć dołączyć do wojsk cesarskich, w końcu dotąd bili się za swoje państwo i mogliby zignorować rozkaz poddania się i wciąż walczyć.

– Ryzykowne z pozoru, Vigo – zaprzeczył Stauf, spoglądając na mapę, gdzie zaznaczone były twierdze i kluczowe wsie w republice. – Większość rodzin szlacheckich w Norithorze nie popiera działań doży, który traktuje ich jak zwykłych obywateli, a nawet trochę z pogardą. Jak to on sam określił „pozostałość starożytnych systemów władzy na południu” z chęcią dobrałoby mu się do gardła jeszcze w chwili, gdy wybuchła cała wojna. Udało mi się ich poskromić, dając im coś na pożarcie: lojalistów, zdrajców wśród błękitnej krwi, którzy pozostawali wierni doży. Podczas gdy normalni obywatele sądzili, że w ten sposób usuwamy stronników cesarskich, usuwaliśmy przeszkody na naszej drodze do późniejszej, prawdziwej rewolucji. Wszyscy byli zadowoleni.

– Cholera, Otto – pokiwał z uznaniem Sebastion w stronę szlachcica. – Strategia godna Marszałka Cesarstwa, hełmy z głów.

– Wszystko pięknie, Stauf- dodał z mniejszym podziwem Vigo. – Ale wciąż dużo ryzykujesz, posyłając wojska samopas. Nawet jeśli nie będą dalej lojalni wobec republiki, jakiemuś Henrichowi z Psiej Budy uderzy fantazja, by ruszyć na trakt by rabować. No i nie zapomnij o Atrynijczykach. To wciąż znaczący sojusznicy dla Norithoru, a ich Wilcy to z natury grasanci, którzy pozostawieni samym sobie, zaczną grabić, palić, gwałcić każdą napotkaną wieś czy miasteczko.

– Jeśli chodzi o Ofierna i jego jeździecką kompaniję, nie musicie się bać – uspokajał Stauf, wciąż nie przestając się uśmiechać. – Wiem od moich szpiegów w Królestwie Atryni, że tamtejsze wschodnie plemiona nomadyczne znów przepuszczają zmasowany atak, to też lada dzień dostaną rozkaz, by się wycofać z Norithoru, pozostawiając dożę osamotnionego. A co do pierwszej twojej uwagi, Vigo, masz rację, ale nie puszczę żadnego szaraczka z Psiej Budy jako dowodzącego całym przedsięwzięciem. Pójdzie najbardziej zaufana osoba z całej tej bandy błękitnokrwistych: mój były zięć, Castor von Wulfhof.

– Castor Błazen? – zaśmiał się Sebastion. – I ludzie go posłuchają?

– Nie wiesz co mówisz, Waer – szturchnął ambasadora Vigo.- Na południu mówią o nim Castor Nieustraszony. Ale fakt, ma dość mieszaną reputację i jego czyny pod Hagenbach miały dwuznaczny wydźwięk. Część może mieć wątpliwości co do czynu

– Wystarczy – Stauf uniósł otwartą rękę do góry. – Plotki plotkami, nie mniej trudno o bardziej zaufaną osobę aniżeli on. Choćby przez to, że jest mi winien nie lada przysługę za to, że wyciągnąłem jego i jego ród z pohańbienia, o czym pewnie słyszeliście.

– Oczywiście – przyznał Sebastion, kiwając głową. – Niektórzy uważają zamieszki w Wulfhof jako początek rebelii przeciwko cesarstwu i śmierć wielu szlacheckich głów spoczęła na głowie młodego Castora, nie mniej, wciąż nie ma gwarancji, że posłucha.

– Nie ma innej drogi, gdy ruszył już zegar – zakończył krótko Stauf. – Sam z nim porozmawiam i przekonam, żeby nie robił żadnych głupot.

– A zakładając hipotetycznie, czy gdyby jednak odmówił, co zrobisz? – dopytywał dalej Waer. – Zabijesz go w imię racji stanu?

            Przez chwilę Stauf zamilkł, jakby szukając odpowiedzi. Zarówno Sebastion, jak Vigo wiedzieli, że nie będzie to łatwe dla niego. Wiedzieli, że z chłopakiem łączy szczególna więź, dla większości niezrozumiała. To dwa przeciwne bieguny, które muszą ze sobą współżyć dla dobra jednego i drugiego i dla oby ambasadorów nie było to do końca zrozumiałe.

            Stauf w końcu wstał z miejsca i odpowiedział.

– Nie zabiję go, przynajmniej nie w sposób typowy dla Modris i czy Norithioru. Jeśli będę musiał, po prostu pokonam go w bitwie i wtedy rozsądzę o jego losie. Nie jestem zabójcą, a żołnierzem. On też. Zasługuje przynajmniej na tyle.

            Sebastion kiwnął głową, ale Otton zauważył, że po tych słowach usta Vigo nabrały jakiegoś krzywego uśmiechu.

Varia

Jastek Telica – Nauka topienia smutków

222 Wyświetleń

Bardzo zmalał.

Czas nastał dla niego nieodpowiedni. Nawykł do starego, nowego nijak nie umiał się nauczyć. Nad wodą pośpiech wprost diabelski. Ogrom wynalazków mających ułatwiać życie. W istocie je zastępujących. Pojęcia nie miał, co naziemni w tym całym pędzie widzą. Przecież im wcale z tymi wszystkimi ulepszeniami nie lżej. Prędzej ciężej. Męczą się, niepomni, że przodkowie flaków sobie nie wypruwali, mozołu zażywali z umiarem. Błogosławiona wstrzemięźliwość. Znajdowali czas na odpoczynek, do orki należało ich przymuszać. Potomkowie, plonów nie zbierając, coraz większe ciężary kładą na własne barki, wytchnienia unikając.

Nie pojmował.

W roślinności się zaszył, popatrywał przez nią w górę. Jak zwykle nartniki biegały po powierzchni. Szybkie, ale mało bojaźliwe, nie przez wywoływane maleńkie kręgi. Po prostu rybki na nie czyhające miały się gorzej, do mikrych rozmiarów dorastały, nieustannie odławiane, ilekroć którejś udało się wkroczyć w wiek dojrzały. Żadna nie zachwycała ni rozumem ni wielkością. Nudne niedorostki. Nie takie, jak w dawnych czasach, zdolne wciągać niebacznych w głębinę. Zresztą, jaka tu głębina? Gdzieniegdzie woda sięga po szyję, i to gdyby choć rosłemu człekowi, nie knypkowi, któremu w rozmiar nie poszło.

Niedorozwój w istocie wszędzie.

* * *

Parka zawitała nad brzeg. On kary, ona jabłkowita. Używali sobie. Wciąż te karesy. Niosło się po wodzie, a w głębinę też wstępowały. Gospodarz był czuły na podobne przejawy aktywności. Kiedyś też brał w nich udział, choć nie w tym stawku przeraźliwie płytkim. Wtedy, nad gwałtownym nurtem siedząc, albo się w nim pławiąc, nie zważając czy woda po burzy, czy nie, skoro każdą umiał spienić i pogonić do galopu, też za karą maścią przepadał. Jakoś jasne białki ku ogorzałym przychylniejsze. Dosiadała go taka sikoreczka na oklep, a on ją unosił. Nie żeby zaraz w głębinę. Nie wolno aż tak straszyć. Z początku. To typowe i w gruncie rzeczy nieciekawe, należy zaskakiwać. Oglądanie jednego uczucia nudne, splątanego i zmieszanego o wiele ciekawsze. A on lubił patrzeć, wszak taka natura wodnych stworów czających się w głębinach, czaić się na to co ponad tonią się wylęgło, by w sprzyjających okolicznościach smakołyk pyszczkiem zmacać.

No więc poprzez patrzenie, brał niejaki udział w karesach białki i jej smolistego wybranka. Nauczyć się sobie czegoś obiecywał. Samiec, jak przystało na osobnika karej maści, lico miał gładkie, jej piegami pokryte. Uroczymi niezwykle, dodającymi wdzięku roześmianej twarzyczce. Mieszkaniec stawu chętnie by ją na grzbiet wziął i poniósł w dale, o ile takich, by nie zabrakło. W czasie, kiedy wszystko zmalało, podobna przypadłość przytrafiła się także niedostępnym ostępom.

A na brzegu śmiech.

– Och, Jacku – dyszała dziewczyna.

Szukał u niej tego, czego jemu samemu z pewnością brakowało. W sumie nic nowego.

– Nie żałuj, Agatko – szeptał czule, w trakcie tych zabiegów, co wiodły go całkiem daleko. Upojony odkrywca nieznanych lądów.

A ona pozwalała je odsłaniać. Co bliskie, poznała, nudziła ją codzienność, jak to białkę złaknioną odmiany. Na skraj świata polezie za kaprysem, póki dla nowszej mody głowy nie straci.

Wesoło zrobiło się obserwatorowi, przez co prawie na powierzchnię wychynął.

Patrzył.

Ręce tamtego śmiałe.

Jej usta chętne.

Pięknie!

Ochota go wzięła, by wziąć aktywniejszy udział w harcach parki. Szepnął cicho do ziemi, by przystępniejsza się stała. Usłuchała namowy. Wodę puścił strumyczkiem cienkim jak igła, by się przesączyła do tamtych. Od spodu podeszła, choć nie po to, by kłuć.

– Och! – dziewczyna jęknęła.

Mężczyzna na opak zrozumiał jej westchnienie. Z czułością pospieszył, domyślając się, że spotkał mieszkankę dalekich lądów, która chlebem i solą wita zabłąkanego podróżnika.

– Mokro! – sapnęła.

Zmieszał się cokolwiek.

– No kurde balans! – warknął.

Woda na kocyk położony na ziemi wybijała, mocząc go obficie. I jak tu w takich warunkach amory uprawiać? Pole niestosowne, podmokłe zdatne na łąkę, nie uprawę pożytecznego zboża. A on za plonami tęsknił.

Dziewczyna zerwała się.

– Ale żeś miejsce znalazł.

Poczerwieniał.

– Jak dotąd zawsze suche było…

Teraz ona stała się krasna jak poziomka. Wzięła się pod boki.

– A na kim je wypróbowywałeś?! – zawrzała gniewem.

– Ależ, Agatko… – próbował tłumaczyć.

Smoka by nauczył prędzej warzywkami się zadowalać niż jej gniew udobruchał. Bo czy ona pierwsza lepsza?

– Głupek! – parsknęła.

Poszła.

Za nią popędził, kocyk zabierając, a podskakiwał przy tym nieprzystojnie. Jak motylek wokół niej krążył, nie mogąc się zdobyć, by na kwiatku przysiąść. Tyle, że kwiatek nóżek dostał i nie chciał, by zapylał go pierwszy lepszy wiarołomca.

* * *

Szczur raźno przebierał łapkami, a ogonem wachlował, dzięki czemu płynął raźno, poganiany głodem i przymusem poznawania bezkresnego świata. Zawsze w drodze do odległych lądów.

Mieszkaniec głębi, ukryty w rozplenionej roślinności przyglądał się dzielnemu stworzeniu z ciekawością. Życie naprawdę zajmujące. Stale w ruchu. A skoro dąży do nieznanych lądów, to niech się uczy. Co dycha, musi. Pociągnął pływaka za wąsy.

Stworzenie zaszamotało się, wyszczerzyło zębiska, by gryźć, gotowe bronić się do samego końca. Nic, że wroga nie dostrzegało. Nie miało to żadnego znaczenia. I tak się nie podda.

Więc wodniak zakręcił ofiarą. Zakotłowało się, szczur zaczął się miotać, gotów zagryźć wroga. Ale gospodarz stawu był przygotowany na podobną ewentualność. Położył na stworzonku ręce. Tnące zębiska nie poraniły go wcale, wody, będącej jego istotą, nie mogły. Zamknął istotkę w środku bańki i przyjrzał się jej uważnie.

Mnóstwo złości, strachu, ale najwięcej nieświadomości widocznej na pierwszy rzut oka, szczególnie dla kogoś zajmującego się samym patrzeniem. Stworzonko nic nie wiedziało, za to daremnie usiłowało bić o ścianki. Uparte. A przecież nie mogło wydostać się na zewnątrz. Zostało uwięzione na wieki wieków. Nie poddawało się edukacji.

W środku siebie oczywiście już od pewnego czasu pozostawało martwe. Choć nie do końca, bo nawodnione, a to, co zachowuje płyny nie może całkiem zemrzeć. Przecież wciąż coś w nim się przetacza.

Szczur niewiele z tego wszystkiego rozumiał. Nawet nie spostrzegł chwili własnego zgonu. Za to zauważył ogromne oczy. Ale zamiast zareagować strachem, rzucił się wprost na nie, by ugryźć nieznaną istotę, pewnie wrogą. Tyle zdziałał, że wraz z otaczającą go bańką popłynął dalej. Wtedy nieco się uspokoił i znowu zaczął pracować łapkami i ogonem, by zmierzać do swych celów. Odporny na wszelkie zabiegi.

Jednak nie można było mu pozwolić na dalsze chadzanie własnymi drogami.. Poza tonią wysechłby prędko, a co zeschłe to już jednak nieżywe, toteż pozostał w stawie, aż pilnujący go gospodarz zaczął żałować wkrótce wrodzonej ciekawości.

Głupiutkie zwierzątko! Tu naprawdę nie było czemu się przyglądać.

* * *

Pijak szedł po stawie. Oczywiście uwagi na to nie zwrócił. A wszakże powinien, bo takie łażenie należy do cudacznego porządku.

Latem co innego, wiadomo, woda nagrzana. Ale zimą? Stanowczo się nie powinno, bo tafla może trzasnąć. Lód zwodniczy, kiedy nie trzeba, na opak, cienki.

Napruty pijak miał to gdzieś.

Oczywiście cienka skorupka nie wytrzymała.

– Tonę! – prychnął mężczyzna.

Wcale nie tonął, woda sięgała mu raptem po piersi, a i tak tylko dlatego, że kucał, bo zimno go zaczęło trząść, choć na zmianę z gorącem. Ono nie wiedzieć czemu uderzało. Z trunkowymi zawsze na odwrót.

Pewnie dlatego zamiast się wydostać na brzeg, zaczął głębiej się zanurzać, jakby utonięcia pożądał.

– No ja nie mogę! – mruknął do siebie obserwator z głębi. – Co za pajac! Wcale go nie chcę.

Pijaków znał dobrze, oni zawsze tacy sami, do ludzi niepodobni, nieedukowalni, a najgorsze że nieciekawi. Jedna myśl u takich i nie do końca uświadomiona, przeciwnie, wątła, urwana, wiodąca na manowce. Akurat za jednowymiarowością nie przepadał. Płycizna. Wolał głębię.

– Rusz się, głąbie! – syknął.

– Tonę! – pijak wydyszał i prychnął, mając wrażenie, że wody nabrał do płuc.

Skończony dureń!

Pan stawu zaczął niechcianego gościa wypychać, życie mu ratując. Ale tamten swoje wiedział, ręce rozkrzyżował, plusnął w toń, to znaczy nie w toń, ale i tak się zanurzył.

– Śmierć! – dyszał.

Gospodarz złośliwie otoczenie pijaka osuszył, no ale szczurek się przyplątał. Pacnął swoją bańką w dwunoga, a ów naprawdę wody łyknął. Choć tyle co nic, kieliszek.

Jeden.

Wystarczył.

Ostatni!

Woda, zimno, wstrząs, a nade wszystko monstrualna głupota zrobiły swoje, serce topielcowi zamarło, mózg się zlasował, czyli jego resztki stanęły dęba.

Trup!

Biedny wodny stwór westchnął.

– A to mnie urządził!

* * *

Trupa pozbył się dopiero wtedy, gdy roztopy nadeszły. Ale i to nie sam. Staruszka na przechadzce z pudelkiem zauważyła ciało na powierzchni i wszczęła alarm. Gdyby skończyło się na wyłowieniu nieboraka. Nie, przybyli strażacy, dobrzy na ogień i wodę, i zaczęli dno przeczesywać. Bardzo fachowa ekipa poszukiwawcza w specjalistycznym sprzęcie. Gapiów zebrało się co niemiara. Zainteresowanie rzecz cudowna i korzystna, ale na dłuższą metę uciążliwa.

Gospodarz z początku ze stoicką cierpliwością znosił najazd hordy intruzów. Ba, nawet bawił się. Zaglądał do aparatury, pokrętłami manipulował, psując, co się dało, ale banalne psikusy prędko go znużyły. Nic nadzwyczajnego, po prostu nieco inne zbytki nad nowszymi zamiast starszymi wynalazkami. Żadna nauka. Sami specjaliści ciekawili go bardziej. Jednemu nogę uwięził, roślinnością oplątując.

– Co jest? – ów szarpnął się.

– Co? – spytał kolega.

– Nogę mi zakleszczyło.

– W coś wdepnąłeś?

– Chyba nie. Poddaje się.

Po chwili wyszarpnął, ale postarał się za bardzo, równowagi nie zachował, skrył się z głową.

– Jacek, nie szalej! – usłyszał.

Gospodarz uszu nadstawił. Jacka pamiętał. I jego Agatkę. To ten sam? Przyjrzał się baczniej mężczyźnie. Rzeczywiście, on. Jak to wykonywane obowiązki zmieniają człowieka, wyglądał na kogoś całkiem innego. Poważnego. Więc mieszkaniec toni poużywał sobie trochę na nieszczęśniku.

– Coś ci dzisiaj nie idzie – zauważył kolega, obserwując kolejne przejawy nieporadności kumpla z pracy. – To przez Agatkę?

– Idzie nam jak po grudzie.

– Zrozumiesz baby?

– Nigdy się ich nie nauczę. To niemożliwe!

Ponarzekali.

„Ciekawe” – dumał mieszkaniec toni i żywo przyglądał się poharatanemu niepowodzeniami amantowi. Męki miłosne w każdych okolicznościach zajmujące. Strażacy podarowali gospodarzowi nieco radochy, ale po pewnym czasie poszli sobie. Poza śmieciami, które ludzie wrzucali do stawu, nie znaleźli zajmujących szczątków własnego rodzaju. Aktualnych. Tylko jakieś popękane starożytności. Garnki dziurawe. A kogo zajmują bajki przebrzmiałe? Żadna archeologia nowoczesnych nie bawiła. Żyli tu i teraz.

Wtedy gospodarz podążył za pijaczkiem. Przywykł do niego i brakowało mu jego cichej obecności. Ponadto w pewien dziwaczny sposób zespoili się ze sobą. To co utopione nie całkiem odchodzi. Zwykle po pewnym czasie wypływa. Podążył kanałem, później przecisnął rurami. Wyniuchał, a kiedy zobaczył, sapnął. Nieborak na zimnym stole wypatroszony jak ryba. Nawet łeb rozpiłowany. Obok grupa oglądaczy dotykająca tego i owego z wyraźnym obrzydzeniem na twarzach. A jednak wytrwała.

Wodniakiem wstrząsnęło.

Ludzie nie zaprzestają tortur nawet po śmierci. A na koniec, oczywiście, zafundowali najgorsze. Zakopali biedaczynę w piasku, by wysechł na wiór. A bez wody nie ostanie się żadne życie.

Mordercy!

* * *

Jacek kiedy nie chodził do pracy, wtedy robaka zalewał. Czyli topił smutki niemal bez przerwy, bo strażacy dyżury pełnili rzadko. Czasu im nie brakowało. A żadnych pasji nie miał, wyjąwszy tę Agatkę. I to przez nią właśnie.

– Stary, stary. Kończysz się… – jęczał kumpel.

– No i co?

– Nie wolno.

– A co mam robić? – biedaczyna pytał znad kieliszka.

– No wziąć się w garść.

– Powiadasz? Jakbym wodę ściskał.

– Potrzebujesz stabilizacji.

– Potem. Jak smutki utopię.

– Żebyś w ich towarzystwie nie poszedł na dno. Mówię ci, naucz się inaczej z tym radzić!

Jacek machał ręką. Wszystko jedno.

* * *

Pociągnięte za nóżkę dziecko od razu poszło pod wodę.

Miejscowi kąpielisko sobie sprokurowali, oczyszczając dno z roślin, brzeg wysypując piaskiem. Chlapali się. Śmiechów było co niemiara. Mieszkaniec stawu przyglądał im się, bawił ich nieporadnością i nie stronił od figli. Jak chociażby w obecnej chwili. Topiony chłopaczek buźkę miał szczerą, minkę niepewną, oczy pozbawione wyrazu. W zasadzie to nic w nich szczególnego. Nie pojmował tego, co się z nim dzieje. Chłapał kończynkami niezbornie. Nawet głowy nie wynurzał. Oczywiście nie krzyczał. Topielcy cisi. I ogólnie porażał nieświadomością.

To nie było ciekawe, jak zostanie utopiony, to już nie odejdzie.

Wodniak wstrząsnął się, bo w pewien sposób ofiara zostanie na zawsze.

A głupota, czy to starożytna, czy nowoczesna – taka sama.

Z tego powodu rzeczywisty gospodarz akwenu puścił nóżkę.

Ale dzieciak wciąż się zapadał, nie wypływał. Gospodarza stawu złość wzięła, pchnął malca w górę i podtrzymywał. Dłużej niż mu cierpliwość pozwalała. Zawziął się. Nie trawił mielizn. Nareszcie przybłąkała się matka. Od razu z piskiem porwała potomka w ramiona. Szlochała i się śmiała. wyrzucała sobie nieuwagę, błagała o wybaczenie. Całowała tuliła, poklepywała rozkaszlanego szkraba. Po chwili rozszlochanego.

Erupcja sprzeczności.

A to już było ciekawe.

Pyszna gama nietypowych reakcji.

Pan głębi był po prostu zachwycony.

* * *

Jacek zamroczony alkoholem dotarł nad staw.

– To tu! – rozpoznał miejsce i dusza w nim zaskowytała.

Piekło!

Ciężko klapnął na ziemię, dokładnie tam, gdzie kiedyś kocyk rozłożył dla Agatki. Nim jej nie stracił. Chwiał się, ale słabość ciała bynajmniej nie leczyła psychiki, ta wciąż biła się sama ze sobą.

Zawzięta, nienauczalna.

Porzucony kochanek zagapił się w wodę.

– No, nie!

Oczy zobaczył, a ogólnie gębę. Określić ją mógł jako wodnistą. Ale kiedy przyjrzał się dokładniej, wtedy uświadomił sobie, że to w istocie własne banalne odbicie. Jednakże im więcej patrzył, tym mniej serce rwało.

– Dziwne! – zamamrotał wyraźnie pocieszony.

* * *

Wodnik wpatrywał się w człowieka. Wzrokiem wysysał z niego skłębione, bardzo silne uczucia. Tamtego rozrywające na pół, mieszkańca stawu zaś upajające. Cieszące nieprzebranym bogactwem smutku.

Pozwolił człowiekowi odejść.

– Wróć! – zaszemrał za nim, a łagodna fala musnęła brzeg.

Szeptała do Jackowych głębi.

– Będę jutro – oświadczył podniesiony na duchu chłop. Nauczył się topić smutki.

Agenda

#7 numer Abyssos

376 Wyświetleń

Siedem. Siódemka. Seven. Sieben. Uważana za szczęśliwą liczbę. Cóż, dla na nas na pewno, gdyż do tej pory to najbardziej obszerny numer ze wszystkich. Mamy nadzieję, że to tylko początek czegoś więcej. I mamy nadzieję, że następne numery będą coraz bardziej obszerniejsze w treść. 17, 27, 77, 777 (my nie damy rady?!).

Ale ale… do rzeczy, Pandread się rozpisał o stowarzyszeniu we wstępniaku, ale mało informacji na temat samego numeru. Dlatego też spieszę z pomocą, by przedstawić czego możecie się spodziewać.

Przede wszystkim: poezji. Tym razem czwórka autorów, każdy po dwa dzieła. Paweł Leopold Sieradziński (nasz pionier w kwestii pierwszego wydawnictwa) uraczył nas „Moją Nadmą”, w której zabiera nas nad marzeniami nad cieplejszymi klimatami na wsi, a w drugim o nazwie „Liryka” przedstawi jakie cechy winien mieć prawdziwy poeta. Antoine Xave w „Tautogramie S#2” przedstawi jakie cuda może zadziałać tylko jedna litera, zaś w „Epitafium samotności” wyrazi swoje współczucie dla samotnych. Patryk Szymczak w swoim dziele „Architekt” przedstawi jaki chaos może wywołać teoretyczny porządek, zaś w „Trupim Synodzie” może być alegorią do tego, jak odchodzimy. Witold Tylkowski przedstawi dwa różne światy. W „Po prostu” podmiot liryczny pokaże czym jest życie i jak je należy odbierać, zaś w „Umierają Słowa” o tym, że zawsze warto mówić, niezależnie, czy to coś złego czy nie.

Opowiadania również nam obrodziły. Gabriela Tyńska w „Sztuce Współczesnej” przedstawi nam świat krytyki i niezrozumienia u współczesnych artystów, Izabela Wieczorek w „Apogeum” pokaże nam, że nie za wszystkim zawsze stoi przypadek, Jakub Suliga w „Bezdymnych” zaprezentuje jak wygląda świat zupełnej znieczulicy. Przemysław Kubisiak w „Ratunkowym wyroku” nawiąże trochę do klasycznego science fiction za czasów PRLu, Robert Kapczyński w drugiej części „Ludziej duszy” przedstawi nam meandry własnego ducha, o którym nie mieliśmy pojęcia, a Dominik Grosicki w „Bękartarcie z Nervsten” zauważył, że nie wszystkie baśnie muszą się kończyć przysłowiowym „I żyli długo i szczęśliwie”.

Jeśli chodzi o publicystykę, mamy tylko jednego przedstawiciela. Paweł R. Ofiarski zakończy swój cykl fantastyki w anime przedstawiając serie, które mają miejsce w przyszłości i po które warto sięgnąć. To tyle. I tak i nie! Tak, bo to wszystkie nasze artykuły, ale nie, bo zdecydowaliśmy się trochę podmienić naszą szatę graficzną w tekstach. Robimy to w formie eksperymentu i zobaczymy jak wyjdzie. Liczymy jednak, że spotka się z pozytywnym odbiorem. Jak na razie Pablo życzy wam przyjemnej lektury i mamy nadzieję, że zobaczymy się przy następnym numerze.

Najnowszy numer znajdziecie tu – o, pod tym linkiem 


Pablo

Agenda

Stowarzyszenie Abyssos

513 Wyświetleń

Bardzo szanowni i mniej szanowni państwo!

Uprzejmie donoszę, jak za czasów minionych, że oto nadszedł walki kres. Zajęło nam to więcej niż pół roku (bodaj od stycznia toczyliśmy boje z KRS), ale w końcu udało nam się zarejestrować Abyssos, jako stowarzyszanie. Czy to coś zmienia?

Zmienia! Postanowiłem wypunktować owe przyszłe zmiany w postaci pragnień:

  • Czy chcemy wydawać książki? Chcemy!
  • Czy chcemy wydawać tomiki poezji? Chcemy!
  • Czy chcemy wydawać miłe audiobooki i słuchowiska? Chcemy!
  • Czy chcielibyśmy wydawać kwartalnik Abyssos również w wersji fizycznej? Pewnie!
  • Czy będziemy sprzedawać owoce naszej twórczości na Abyssos? A jakże!

 

Co z tego będzie? Tego nie wie nikt oprócz mojego kolegi Przemysława z liceum. Przemek był strasznie mądry i sprawiał wrażenie człowieka wszechwiedzącego.

Z wyliczonych pragnień wynika bez mała jasno, że w bliżej nieokreślonej przyszłości, aczkolwiek bynajmniej nie w odległej galaktyce (czekam na Gwiezdne Wojny mocno!), uruchomimy na Abyssos sklep.

Póki co tyle. Po więcej informacji zapraszam w te miejsce.

Z miłością i dostatkiem,

Pandread


Statut stowarzyszenia „Abyssos”

NIP: 9252120872

REGON: 36871620700000

Poetica

Trupizm

419 Wyświetleń

Cóż strasznego jest w umieraniu?
Wyobraź sobie…

Stoisz na skraju
świata i załamania nerwowego.
Już i jeszcze w grobie.

Kładziesz się – skaczesz, upadasz w górę,
niosą cię poszarpane sukna i kościste dłonie
miękko chwytają za skrawki duszy.
Cierpienie niknie w nieskończonej głuszy.
Nikną nawet te, które
miło- rado- nienawi- Ś(mier)Ć hojnie obdarzały.

Kładzie mi na oczy ktoś dwie zmarłe monety.
Zaczynam tedy widzieć poświat cały
i nie wiem czy chciałem widzieć
co było przedpoświatem.

Ręce kieszenie wypełnia granatem,
jak słodko się owoc służalczy gryzie.
Rozrywa mi pamięć i resztki zwątpienia,
waha się zegar, mnie już nie można.

Już widzę ten smród, słyszę blade kości –
podnieca tak piękna i tak niegroźna.
Złotem padliny ozdobione resztki cielesnego mienia.

Tańczymy – a może to tylko skurcze,
ostatnie podrygi nim już się nie ruszę.
Zmarnostrawione dusze!
Hulajcie z nami! bosymi stopami!

I wgryzam się w świat nadziei pozbawion,
smaczny jak sępów durne miłości.
Bo kiedy cały świat to tylko mięso –
Ja chcę uchodzić w nim za kości.

cożstrasznegojestwUmieraniu?

wyobraźsobie…

Patryk Szymczak

Agenda System

Szósty numer Abyssos

425 Wyświetleń

Październik. Dla jednych miesiąc w którym wszytko umiera, dla innych ulubiony. Taki jest z pewnością dla wszystkich, którzy oczekiwali nowego numeru Abyssos. Po wielu bataliach, w końcu się udało nam się złożyć numer, który jest już dostępny dla wszystkich zainteresowanych zupełnie za darmo. A co w nim?

Złośliwiec powie, że zamieniamy się w kwartalnik dla poetów, ale na pohybel im! Nasi czołowi „rymarze” jak zawsze nas nie zawiedli. Numer otwierają dwa wiersze Pawła Sieradzińskiego „Cicha Kołysanka” oraz „Kontemplacja Miłosna”, zaś zamykają dwa dzieła Patryka Szymczaka: „Rycerska Ślepota” oraz „CzŁoWiEk”. Wybaczcie Panowie, nie odważymy się zinterpretować wierszy we wstępie. Boimy się, że nas pobijecie za złe „co autor miał na myśli”.

Proza. Powraca Paweł Ofiarski i jego Koteria Usi’nthar, tym razem w dziele o nazwie „Still got the blues”, w którym dowiadujemy się m.in. jaki będzie najtrudnieszy kierunek na studiach w przyszłości. Krzysztof „Vitalius” Pawłowski w swoim opowiadaniu „Baba Jaga” pokazuje, że na wojnie nie istnieje coś takiego jak słaba płeć. Chociaż… może i istnieje. Przekonajcie się sami! Arkadiusz Marcjanek wraz z Magdą Budzyńską w „Spotkaniu” zabiorą nas w nostalgiczną podróż do świata Warhammera Fantasy. Otrzymując ten tekst redakcja wspólnie określiła, że to może być kawał dobrej socjologii w fantasy. Przemysław Kubisiak w „Buncie Ziemi” poznamy kolejną wariację na temat postapokalipsy. Z tym, że tym razem nie człowiek człowiekowi zgotował ten los, tylko ktoś się w końcu wkurzył. Należy dodać, że była to kobieta. I to nie byle jaka.Za sprawą Roberta Kapczyńskiego, zostanie przywołany klimat „Opowieści wigilijnej” w nieco mroczniejszej formie i treści. Pandread upiera się przy takim odniesieniu. Czy jest prawdziwe? Zapraszamy do lektury.

I to wszystko? Że mało? Cóż, ktoś by powiedział, nie ilość się liczy a jakość. Ale uważamy, że tyle treści w zupełności wystarczy na długie, jesienne wieczory. Za to refleksje spowodują, że sen nie przyjdzie szybko.

Smacznego!

Wersja .pdf – pobierz

Wersja .epub – pobierz


 

PS: Chciałbym powiedzieć, że Pandread to kuamca. Nie słuchajcie go!

PPS: Pandread nigdy nie kłamie.

Agenda

Piąty numer Abyssos

308 Wyświetleń

Kolejny numer, kolejne teksty. Coraz więcej autorów decyduje się z nami współpracować, co nie tylko cieszy nas, jako redaktorów, o sukcesie przedsięwzięcia, ale również z tego, że mimo (ponoć) tak słabego czytelnictwa w Polsce, wiele osób ma ochotę pisać. Abstrahując, ciekawe ile wyników takich „ankiet” jest robiona poza bibliotekami. A może obecnie więcej ludzi pisze niż czyta…

Nieistotne! Przyjrzyjmy się zawartości nowego numeru. Pan Michał Sobociński zaprosi nas po raz kolejny do świata Oculum Mundi w kolejnej odsłonie swojej serii „Po drugiej stronie lustra”. Pan Bartłomiej Sztobryn przedstawi nam obraz ceremoniałów pogrzebowych w społeczeństwie skrytym bardziej w cieniu w swoim opowiadaniu „Eutanasta i Niedźwiedź”, a z Panem Przemysławem Kubisiakiem poznamy świat naszych skandynawskich sąsiadów w lekkim zabarwieniu fantastycznym w opowiadaniu pod tytułem „Przeznaczenie Dezawa”. Nie zabraknie i Krzysztofa Pawłowskiego w kolejnej części opowiadania „Samozwańczy Dentysta” osadzonego w uniwersum Horyzontu.

Nie mogło zabraknąć oczywiście publicystyki. Pan Paweł R. Ofiarski przedstawi nam drugą część swojej serii o fantastyce w anime, tym razem w bardziej współczesnym wydaniu w artykule „Fantastyczne anime w fantastycznych czasach współczesnych”. W tym numerze zagościli u nas aż dwaj poeci. Tradycyjnie, Pan Patryk Szymczak ze swoimi dwoma najnowszymi wierszami „Kocham Cię” i „One, ona, on”, ale także Pan Paweł Leopold Sieradziński z dziełami pod tytułem „Wodniczy świergot ” i „Myśli natchnione”. Jak zawsze, zapraszamy do ściągania i czytania pracy naszych autorów.

Stąd możecie Państwo pobrać najnowszy numer.

Przyjemnej lektury! Mamy nadzieję 😉