Tag -

Anna

Varia

Anna Kubik – Ode złego

284 Wyświetleń

Na mieście właściwie nigdy nie mówiono o Wsi. Starsi chcieli o niej zapomnieć, niektórzy mówili, że lepiej nie przyciągać zła gadaniem. Młodzież unikała tematu dziwnych kolegów ze szkoły. Dlatego też temat Wsi był zwykle starannie pomijany. Nie było to jednak takie proste. W XXI wieku, dobie komputerów i wszechobecnej kontroli wszyscy musieli być wpisani do ewidencji, a dzieci musiały zdobyć podstawowe wykształcenie. Dlatego też kontakty z mieszkańcami Wsi odbywały się regularnie, zwłaszcza, że było to najbliżej położone miasto.

Gdyby ktoś pokusił się o odnalezienie tego zakazanego miejsca, mógłby się zdziwić rezultatem tej wycieczki. Na pierwszy rzut oka nic nie wyróżniało Wsi od tysiąca innych, jej podobnych. Posesje były zadbane, chociaż biedne. Zwracała uwagę duża ilość młodych ludzi i dzieci, co już było nietypowe na wsi. Dopiero później pojawiał się niepokój. Czy wiązał on się z podobieństwem mieszkańców do siebie, czy uważną obserwacją – przybysze szybko uciekali w rozwinięte rejony, zostawiając za sobą Wieś, ukrytą wśród pól i lasów.

*

W redakcji gazety zwykle panowało miłe rozprężenie. Tylko raz w tygodniu, przed złożeniem gazety, musieli skupić się na pracy. Poza tym, o ile wykonywali swoje obowiązki, ich naczelna Aleksandra nie czepiała się. Dzisiaj jednak można było wyczuć nerwową atmosferę. Właściwie narastała ona od momentu, kiedy szef ich oddziału zadzwonił z informacją, że mają przyjąć gościa. Będzie on przez kilka dni pisał artykuł. Już sam pomysł, że ktoś spoza miasta mógł znaleźć interesujący temat, był śmieszny. Jedyne wydarzenia, które zwykle przyciągały media to wypadki, kataklizmy i katastrofy. Inna sprawa, że mogli po prostu wysłać szpiega, żeby zobaczyć, jak pracuje redakcja.

– Chyba nie ma w planach kogoś spektakularnie zabić? Bo moglibyśmy go uprzedzić – rzucił biurowy żartowniś, ale nie spotkał odzewu.

W końcu wybiła godzina dwunasta i punktualnie przez drzwi wszedł gość. Podszedł do kobiety z działu reklamy.

– Byłem umówiony z redaktor naczelną – powiedział.

Nim ktokolwiek się odezwał, Aleksandra wyszła ze swojego pokoju. Jej z trudem zdobyte opanowanie rozwiało się, kiedy zobaczyła, kto na nią czeka.

– Kamil?

Mężczyzna odwrócił się. Chociaż od ich spotkania upłynęło jakieś dwadzieścia lat, Aleksandra bez problemu poznała kolegę z klasy.

– Witaj, Olu – uśmiechnął się i podszedł, żeby ją ucałować.

Przez głowę Aleksandry przebiegło tysiąc myśli. Uśmiechnęła się z trudem, wskazując Kamilowi swój pokój. Kiedy weszli, zamknęła drzwi.

– Nie mów, że przyjechałeś tutaj przez… – zacięła się.

– Powiedz to, nie krępuj się – zachęcił ją Kamil, siadając przed biurkiem.

Aleksandra nie ruszyła się z miejsca.

– Chyba cię pojebało – powiedziała.

– Oj, nieładnie, pani redaktor. – Kamil zerknął na nią, ale jego uśmiech tym razem był bardziej wymuszony.

Aleksandra okrążyła biurko i usiadła na swoim krześle. Chyba wolałaby, żeby przysłali jej kogoś na zwiady.

– Zastanów się. Sam wiesz, jakie historie krążą o tym miejscu.

– Pięć lat temu zniknął kolejny chłopak, wiesz o tym?

Pokiwała głową, nie będąc w stanie odpowiedzieć. Przez kilka tygodni prawie nie spała, przewracając się z boku na bok.

– Policja umorzyła śledztwo – wyszeptała.

– Ale zapisała, że mimo dowodów są pewne poszlaki świadczące, że jednak nie wyjechał za granicę. Tak jak dziesięć i dwadzieścia lat temu.

– Masz dostęp do akt policyjnych? – Jej żyłka dziennikarska, która od dawna tkwiła
w marazmie, poczuła ożywienie.

– Mam dobrego znajomego… to nieistotne. Ważne jest to, że wszyscy mają wyjebane na te biedne dzieciaki, które znikają. Mogę zapalić?

Aleksandra drgnęła, słysząc pytanie i wyjęła popielniczkę z szuflady. Chociaż nie paliła już kilka lat, wyciągnęła bez słowa rękę w stronę paczki, ukrytej głęboko w szufladzie. To był dobry moment, żeby wrócić do nałogu. Wypaliła pół papierosa, nim odezwała się.

– Nikt nie wie, co tam się dzieje, i nikt nie chce wiedzieć. Pewnie dlatego, że oni sami nie chcieli pomocy.

Kamil siedział rozparty, trzymając dłoń nad popielniczką, ale nie zwiodła jej nonszalancka poza. Jego dłoń drżała tak, że co chwila spomiędzy palców spływały w dół drobinki popiołu.

– Nikt, poza Kasią.

Przeszył ją dreszcz. Kasia była chyba jedyną mieszkanką Wsi, z której nikt od początku się nie naśmiewał. W przeciwieństwie do pozostałych, przywożonych z nią do szkoły dzieciaków była radosna i ambitna. Różniła się też fizycznie. W każdej rodzinie we wsi przewijało się chociaż kilka cech, po których pozostała część szkoły od razu poznawała przybyszy z zakazanego miejsca. Niscy, dobrze zbudowani, ogorzali od słońca, mieli proste włosy w burym odcieniu i blade tęczówki. Ale nawet jeśli w jakiś sposób uchowali się od tych cech, łączyło ich zawsze jedno – zachowanie. Mieli w sobie pewien niepokój obserwowanej zwierzyny, która zjawia się na popas, cały czas pilnując, czy w pobliżu nie ma drapieżnika. Szybko przylgnęła do nich etykietka dzikusów i od wielu lat nie zwracano się do nich inaczej. Nie reagowali na szykany czy ataki – ich obojętność, a nawet pogarda wobec oprawców w końcu odstraszały i budziły lęk.

Kasia była inna. Wysoka i eteryczna, nosiła w sobie cechy nieznanego ojca z miasta. Jako jedyna ze Wsi chciała iść na studia. I była bez pamięci zakochana w swoim chłopaku, który teraz siedział naprzeciw Aleksandry.

– Nie pomoże ci grzebanie w przeszłości.

– Wierzyłaś kiedykolwiek, że wyjechała beze mnie?

Aleksandra zamilkła. Kasia zniknęła tuż po poniedziałkowych zajęciach. Kamil wtedy oszalał. Nie wierzył w zapewnienia matki Kasi, że nie chciała go zranić swoim samodzielnym wyjazdem. List pozostawiony przez nią uważał za sfałszowany.

Aleksandra właściwie bez zastrzeżeń słuchała zapewnień policji, że Kasia postanowiła uciec za granicę. Niemniej jednak plotki o Wsi przybrały na sile. O tajemniczych wyjazdach, powtarzających się cyklicznie, plotkowano przez kilka miesięcy, po czym za każdym razem dyskusje ucichały. A Kamil, przynajmniej według jej wiedzy, od chwili ukończenia szkoły nie pojawił się w mieście.

– Co powiedziałeś swojemu redaktorowi?

– Jakieś pierdoły o wyjątkowych obchodach Bożego Narodzenia w tych stronach.

– I to właśnie powinieneś napisać. Nie wracaj do tamtego tematu.

– Dzisiaj jest siedemnasty.

Aleksandra patrzyła na niego przez moment, próbując nadążyć za jego myślami.

– W piątek będzie dwudziesty pierwszy – dodał Kamil.

Dwudziestego pierwszego grudnia zniknęła Kasia.

– Przestań! Nie wrócisz jej życia! – Po raz pierwszy podniosła głos.

Odpaliła następnego papierosa, żeby się uspokoić. Kamil dołączył do niej i pozwolił jej się wyciszyć. Jego desperacja przerażała ją.

– Muszę chociaż spróbować – powiedział cicho. – Jeśli coś się dzieje, coś robią tym dzieciakom, to chcę jakoś pomóc.

Aleksandra popatrzyła na niego.

– Postaraj się nie wkroczyć tam z płonącym mieczem w dłoni, co? Nawet, jeśli nie jestem twoim szefem, to będę musiała się przed nim tłumaczyć.

Kamil uśmiechnął się.

– Dlatego właśnie zacznę od działania pod przykrywką. Może przy okazji naprawdę napiszę artykuł o choinkach?

*

Święta już wisiały w powietrzu. Wydawało się, że mimo pojawienia się ozdób świątecznych na początku listopada nie udało się zabić w ludziach ducha Bożego Narodzenia. Kolędy wybrzmiewały od rana, dlatego też Aleksandra postanowiła ograniczyć pracę w redakcji do minimum. Raz, że praca i tak szła kiepsko, a dwa – ona sama nie była w nastroju.

Od momentu przyjazdu Kamila była kłębkiem nerwów. Znów wróciła do palenia, i to z taką intensywnością, że zapewne skróciła sobie życie o dekadę. Przestała sypiać. Oczywiście, że martwiła się o niego. Nie myślał logicznie, a żal nagromadzony przez lata tylko pogarszał sprawę. Nie wierzyła, by udało jej się namówić go do zmiany zdania. Nie miała na niego żadnego wpływu. Nawet w liceum, chociaż zbliżyła ich do siebie strata Kasi i podobne zainteresowania, zostali po prostu dobrymi znajomymi. Oboje byli zbyt niezależni i właściwie Aleksandra rozumiała Kamila. Gdyby nie to, że ułożyła sobie tutaj życie, mogłaby dołączyć do niego i później wyjechać, nawet zostawiając za sobą bałagan.

 Wiedziała jednak, że to tylko marna wymówka. Tak naprawdę nie chciała się zagłębiać w tę sprawę. Czy Kasia była martwa, czy naprawdę prowadziła szalone życie za granicą – Aleksandra czuła, że teraz żadna z odpowiedzi by jej nie zaspokoiła w pełni. Zawsze zostawałaby ta niepewność, czy to na pewno prawda.

Zarządziła zakończenie pracy. Wszyscy szybko się zbierali, życząc sobie głośno nawzajem samych cudownych rzeczy. Aleksandra została sama. Stanęła przy oknie, podziwiając coraz ciemniejsze niebo.

Najkrótszy dzień w roku miał w sobie piękno. Już jutro dzień będzie odrobinę dłuższy, pojutrze dojdzie kolejna chwila, i niepostrzeżenie światło zwycięży nad ciemnością. Dzisiaj jednak, tuż przed zapadnięciem zmroku tak wcześnie, czuło się triumf najdłuższej nocy tego roku. I świadomość tego faktu potęgowała niepokój, który odczuwała.

Zaskrzypiały drzwi. Aleksandra obejrzała się na drzwi. W progu stał Kamil, spoglądając na nią bez słowa.

– Chyba miałeś pracowity tydzień – powiedziała w końcu i ruszyła w stronę biurka. Siadając, odpaliła kolejnego papierosa.

Żaden z kolegów nie skomentował nasilającego się smrodu dymu z jej pokoju, chociaż była pewna, że im przeszkadza. Pewnie bali się odezwać.

– Byłem pewnie uważnie obserwowany.

– Zadzwoniło do mnie, co najmniej kilkanaście oburzonych osób z miasta. Większość chciała, żebym cię wywiozła na taczce.

– Niektórzy próbowali.

– Dobrze, że w bloku ciężko o taczkę.

Kamil parsknął, również odpalając papierosa. Wyglądał okropnie. Podkrążone oczy i blada twarz oraz pomięte ubranie nie pozostawiały wiele do myślenia.

– Twoja mama też nie chciała gadać.

– Nie. Jak zacząłem naciskać, to nawrzeszczała na mnie, jakbym nadal był w szkole. A jak powiedziałem, że pojechałem do Wsi pytać o Kasię, to mnie wyrzuciła z domu. Spałem dzisiaj w samochodzie.

Aleksandra wzdrygnęła się.

– Chyba chcesz zamarznąć. Dzisiaj masz przenocować u mnie.

– Twój mąż nie będzie miał nic przeciwko temu?

– Nie mam męża.

Zapadła cisza, a napięcie między nimi wzrosło. Mogła go teraz pocałować, zabrać do domu, spędzić wspólnie noc. Być może udałoby im się zbudować jakąś parodię związku i zapomnieć – na pewien czas – o jedynej łączącej ich sprawie. Ale jeśli nawet odwlekliby w czasie nieuniknione, cień Kasi i tak w końcu wypełzłby z jakiegoś zapomnianego zakamarka.

A może i ona miała dość. Może w końcu czas się do tego przyznać – chciała dotrzeć do sedna tej sprawy, która nurtowała ją od dwudziestu lat, zajmowała jej myśli i co roku, tuż przed świętami, zapewniała jej bezsenność.

Dlatego też nic nie zrobiła. Pozwoliła opaść napięciu i odepchnęła myśli o możliwym szczęściu, nawet krótkotrwałym. Spojrzała w oczy Kamila i była pewna, że i on wiedział, co teraz muszą zrobić. Teraz – nie za kolejne pięć lat.

Wstała i ruszyła do drzwi. Kamil podniósł się z krzesła i ruszył za nią bez słowa.

*

Zwłoki były lekko zamarznięte, ale można było mniej więcej ocenić czas zgonu. Śnieg zaczął sypać w sobotę wczesnym rankiem, więc z pewnością ciało leżało tu, co najmniej dobę. Na pewno nie było dłużej, bo sam komendant widział w piątek redaktorkę z tym gościem, jak wychodziła z pracy. Przyglądał się przez moment pracy techników i ruszył w stronę gapiów. W przypadku wypadków dobrze działała metoda „rzuć pytaniem”, by szybko znaleźć kilka źródeł informacji godnych przepytania. Był pewien, że tak krwisty kąsek jak morderstwo da znacznie więcej chętnych świadków do opowiadania.

Było już tam dwóch policjantów, którzy głównie strzegli porządku. Chociaż większość  rozumiała takie stwierdzenia jak „miejsce zbrodni” i „niszczenie dowodów”, dla niektórych pokusa spojrzenia na martwego człowieka była nieodparta. Teraz jednak wydawało się, że nikt nie chce nawet zerknąć. Wszyscy stali w ciszy i obserwowali pracę policji. Byli wręcz zbyt spokojni, co samo w sobie było podejrzane. Kiedy jednak komendant podszedł, z tłumu ktoś się odezwał.

– To pewnie ten facet ją zabił.

Wprawne oko komendanta wyłowiło postać w tłumie.

– A pan to kto?

Przed zgromadzonych wyszedł niski, starszy mężczyzna.

– Wiesław Kowal. Jestem sołtysem – wyciągnął rękę.

–Jan Marczuk. – Uścisnął mocną, spracowaną dłoń. – Widział pan coś?

– No widziałem. Kręci się tu taki jeden. Od tygodnia łazi po wsi, w mieście moich ludzi zaczepia.

– Zna go pan?

– Znałem, jak miałem nie znać. Kolega mojej wnuczki Kasi ze szkoły, wie pan, tej, co wyjechała.

Komendant pokiwał głową. Teraz udało mu się skojarzyć twarz mężczyzny, z którym wychodziła redaktorka. To musiał być ten młody, który dwadzieścia lat temu szalał, bo go dziewczyna zostawiła.

– Co tu robił?

– Wymyślił, że Kasia na pewno nie uciekła. Przypomniało mu się, po dwudziestu latach. Jakby nie było wystarczająco źle, że wnuczka o nas zapomniała.

– Zapomniała o was? – Komendant zwietrzył trop.

– Ano tak to jest. Co się będzie do wsi przyznawać. Matka była parę razy, parę dzieciaków ściągnęła i zapomniała, skąd pochodzi. Nie pisze już kilka lat.

– Ma pan jej ostatni adres? Może uda nam się ją zlokalizować swoimi kanałami, zwłaszcza że jej kolega mógł ją odnaleźć.

W oczach Kowala przez ułamek sekundy błysnął niepokój, ale szybko się opanował.

– Zapytam jej matki, może coś będzie wiedziała.

– Dobrze, proszę powiedzieć, co robił tutaj ten człowiek.

– No mówię, że łaził po wsi. Pytał o Kaśkę, co się wtedy działo, jak niby zniknęła. W końcu musieliśmy go trochę postraszyć i do piątku się nie zjawił.

– Postraszyć?

– Nic mu nie robiliśmy! Pogroziliśmy tylko.

– A co się działo w piątek?

– Powiedziałem ludziom, że jak go zobaczą, to nic nie gadać, tylko siedzieć w domu. No i w piątek tu przyjechał, z tą elegancką kobitką. Trochę pokręcili się po wsi, ale jak ludzie się pochowali, to nie mieli nic do roboty. I się zaczęli kłócić. Że to był jego głupi pomysł, że nikogo tu nie ma i tylko tracą czas. W końcu wsiedli do auta i pojechali.

Marczuk obserwował w czasie rozmowy ludzi stojących obok policjantów. Większość kiwała głowami, niektórzy przytaczali sytuacje ze spotkania z mężczyzną, inni rzucali inwektywami. To wszystko zdawało się być jednak tylko wyreżyserowanym tłem dla głównego mówcy. Ktoś dobrze przygotował tych ludzi.

Komendant przetarł oczy. Chyba wpadał w paranoję przez to morderstwo. W takich miejscach jak ich miasto, a tym bardziej ta wieś nikt nie podrzyna gardła z powodu kłótni. To musiało źle wpływać na jego osąd.

– Panie komendancie? – Zbliżył się jeden z techników. – Możemy już tutaj skończyć.

Marczuk pokiwał głową.

– Zbierajcie to wszystko. A pana – zwrócił się do Kowala – i tych z państwa, którzy rozmawiali z tym człowiekiem, zapraszam na komendę w celu złożenia wyjaśnień.

*

Noc wigilijna była cicha i spokojna. Mróz, śnieg czy też potrzeby wiary zamknęły wszystkich w domach. Nie było nikogo, kto widziałby nadzwyczajne poruszenie w lesie.

Mimo późnej pory i panującej ciemności wciąż było słychać kroki ludzkie. Niewiele osób niosło światło, przez co wyostrzony słuch lepiej wyłapywał dźwięki. Dlatego też, kiedy pojawiła się kilkuosobowa grupa, ich rozmowa mogła być słyszana z daleka.

Gdyby tylko ktoś podsłuchiwał.

– Nie powinniśmy w ogóle tutaj policji wpuszczać. Raz, że zabrali ciało i ofiara nie była pełna, dwa – po co ich w to mieszać. – mówił mężczyzna.

– Przestań. To i tak więcej niż zwykle. – odpowiedział mu inny.

– Ale nadal to źle. I ten policjant patrzył się tak…

– Nic nie zrobią. – W ciemności rozległ się głos Kowala. – słyszałem na komisariacie, że mają list gończy za tym tutaj wystawić.

Zapadła cisza. Większość chyba nadal miała wątpliwości, bo Kowal znów się odezwał.

– Musieliśmy tak zrobić. Gdyby zniknęli we dwójkę, to by zaczęli tu szukać, bo łaził przecież po wsi i pewnie w mieście też wypytywał. To lepiej, że uważają go za psychicznego, niż że nagle uciekli. We dwoje, po dwudziestu latach bez gadania i spotkań.

– Ale trzeba będzie to szybko załatwić. I tak już jest późno.

– To będzie ofiara dla słońca. I na dobre plony.

–A Zły…

– Dostał już swoją, podwójną – zniecierpliwił się Kowal. – Odprawimy modły i zajmiemy się ciałem.

Pojawiły się światła i ukazały całą grupę. Na przedzie szedł Kowal, a za nim kilkoro innych mieszkańców Wsi. Stanęli na niewielkiej polanie, rozświetlonej kilkoma przysłoniętymi lampami. Zgromadziło się już kilkanaście osób, a z różnych stron wciąż nadchodziły następne. Wyglądało na to, że zjawi się tutaj cała wieś.

Sołtys ruszył na drugą stronę polany, kiwając głową do niektórych i witając się z innymi. Po drugiej stronie polany pochylił się i przez moment badał podłoże. W końcu pociągnął za niewidoczną do tej pory rączkę i otworzył właz. W nikłym świetle ukazało się zejście w dół.

Kowal wyjął z kieszeni latarkę i ruszył po drabinie. Rozświetlił pomieszczenie, kiedy tylko stanął na dole. Odgłosy ludzi zebranych w górze ucichły. Przesunął pasmo światła wzdłuż ściany, aż trafił na skuloną postać.

– Teraz moja kolej, co? – Zachrypniętego głosu w żaden sposób nie dało się skojarzyć z mężczyzną, który tydzień temu stanął w drzwiach redakcji, żeby porozmawiać z Aleksandrą.

– Za chwilę – odpowiedział Kowal.

– Przez blisko dwadzieścia lat zastanawiałem się, co się wtedy stało. Byłem pewien, że to przeze mnie. Może, gdybym nie rozmawiał z Kasią o wyjeździe, to wciąż by żyła.

– Ale nie przeżyła. Została wybrana na ofiarę błagalną.

– Czyli to wszystko? Kim wy jesteście? Poganami? Komu składacie ofiarę?

Kowal uśmiechnął się i usiadł na porzuconej skrzynce.

– Wierzymy w Boga, oczywiście. Ale przecież w Piśmie Świętym są składane ofiary.

– Ale nie z ludzi!

Kowal nie odpowiedział. Kamil zaczął się mu przyglądać.

– Dlaczego akurat Kasia? Bo się różniła? – zapytał w końcu.

– Została wybrana.

– Ale kto wybiera?

Przez twarz Kowala przemknął dziwny cień.

– Bóg obdarzył mnie przekleństwem widzenia.

– I myślisz, że ci uwierzę, że Bóg tak dogodnie wybrał jedyną osobę, która ci się sprzeciwiała? Która chciała uciec? Możesz wciskać ten kit tym idiotom u góry, ale mi tego nie wmówisz. Powiedz prawdę!

Rozkazujący ton Kamila wyraźnie zdenerwował Kowala, ale ten wciąż milczał. Kamil był pewien, że zaraz zginie, ale przed śmiercią chciał w końcu poznać prawdę.

– A może to dlatego, że nagle ci się spodobała, co? W końcu była ładniejsza od tych waszych dzieci z chowu wsobnego.

– Ty nic nie rozumiesz! Ona nie miała być ofiarą! Ona miała pomóc oczyścić krew! Ale wszystko zepsułeś!

Kamil poczuł ulgę. Ton Kowala nie pozostawiał wątpliwości – nosił to w sobie wystarczająco długo i musiał to z siebie wyrzucić.

– Czyli jednak to twoja decyzja, tak?

Przez moment bał się, że przesadził, bo nawet w słabym świetle latarki widać było, że Kowal poczerwieniał. W końcu jednak odezwał się.

– Pan nas naucza – nie wódź na pokuszenie i zbaw ode złego. Odkąd pamiętam, mój ojciec, dziadek, pradziadek przewodzili tym duszom i chronili je przed Złym. Poświęcaliśmy mu ofiarę, a on nas zostawiał. Bóg nas chronił przed pokusami. Ale ludzie je odczuwali. Musieliśmy im pokazać, że za złe zachowanie nie ma nagrody. A złoczyńców trzeba karać.

Kowal zrobił pauzę. Chyba mówił to po raz pierwszy i chociaż Kamil chciał przerwać,
z chorym zafascynowaniem słuchał dalej.

– Wiedziałem, że czasem rodzina jest za bliska na małżeństwo, dlatego niektóre panny musiały starać się o dzieciaka z kimś spoza wsi. Żeby tych głupich dzieci nie było aż tak dużo. No i moja córka też postanowiła poświęcić się dla nas. I przywiozła Kasię. Ale ona, zamiast zrozumieć, jak tu jest potrzebna, chciała uciec, iść na policję. Nazwała nas dzikusami. Musieliśmy ją złożyć w ofierze.

Do tego momentu historii Kamil był pewien, że to Kowal sam podjął decyzję. Teraz jednak zrozumiał, że i matka brała w tym udział.

– Ile niewinnych dzieciaków zabiłeś w ten sposób? Co było ich winą? Że chcieli stąd uciec?

Kowal popatrzył na Kamila rozgorączkowanymi oczami.

– Pokusa to też grzech. A pokusa ucieczki od rodziny najcięższy.

Kamil w końcu zrozumiał, czym była ta pokrętna logika. Jego rozmówca był po prostu szalony. Szaleństwo tkwiło w jego wychowaniu, genach i otoczeniu. Zarażał tą chorą ideą pozostałych, i to właściwie pod nosem innych ludzi, bez żadnego zawahania i wstydu, z taką beztroską, jak gdyby przyłapanie na mordowaniu ludzi było w jego przypadku niemożliwe.

– Kiedyś w końcu zostaniesz złapany – powiedział w końcu Kamil.

– Tak. Ale ty tego nie dokonasz. Dzięki tobie będziemy mieć wspaniałe plony w przyszłym roku.

Kowal podszedł do zakładnika i postawił go na ziemię. Podeszli razem do drabiny.

– Ruszaj. U góry czeka zbawienie.