Tag -

bartosz

Phantasiae Acido

Baśń o Człowieku – Zdrada w Babilonie

353 Wyświetleń

<- Część poprzednia | Część następna ->


V. Zdrada w Babilonie

 Giovanni wędrował długo. Wciąż naprzód i naprzód. Przez wiele dni się nic nie wydarzyło, a Poszukiwacz Prawdy zastanawiał się czy przypadkiem nie zboczył z drogi. Z początku podróży myślał, że na jego Drodze-Pod-Górę będą ludzie uduchowieni jak on, też rozwijający się, ale teraz pojął, że Droga-Pod-Górę to nie droga ludzi świętych tylko ciekawy przypadek w wędrówce, jakby rodzaj wygłaszania istotnego hasła, w którym owa Droga to ciągła wędrówka naprzód z pewnym ładunkiem w sercu, którym są Wiara i Cel. Jego płaszczyzna drogi duchowej w tej Ścieżce odbywa się tylko i wyłącznie w jego sercu, a ludzie napotykani przez niego po prostu przecinają z nim swoją drogę, niekoniecznie pod górę, bo mogą iść w dół, albo w bok, albo nie iść wcale!

 Znów zostawmy Giovanniego samego by móc się przenieść do Wielkiej Wyżyny, którą Istoty, Sferoni i nędzne byty egzystencjonalne nazywają Babilonem Wielkim. W Babilonie żyli ludzie. Inni niż w wiosce Giovanniego zwanej Glob. A przynajmniej im się tak wydawało, że są inni, bo Mędrzec Prawdziwy Wędrowny Oświecon rzekłby, że bez względu na to motłoch z tych babilończyków. Zaślepieni są swoimi zarozumiałymi osóbkami.
Aktualnie Babilończycy toczyli ze sobą wojnę. Z jednej strony Młody Ruch Wyzwoleńczy spod znaku Niebieskiego Ptaka, a z drugiej Babiloński Ruch Zachowawczy o charakterze Semi-konserwatywnym. Po środku wyżyny, w punkcie jej centralnym na metrów wiele rozciągnięto barykady po dwóch przeciwległych stronach.
Na barykadach ludzie walczyli o wolność czy chociażby siebie samych…?
Tak pewien poeta o tym zajściu pisał przed laty:

„To jest bracie wojna!
Odwieczna wojna nowoczesności
z odrodzonym poczuciem tradycyjności.
Odwieczna dychotomia ludu,
gorsza niźli najgorsze voodoo
czary!


To jest jak wojna Nachainu z Heremo-imi, jak dualizm Aighedinosa z Parkszotilią, jak Barthonos i Petronos!”

Z jednej strony Babilończycy pruli do Wyzwoleńczych z wszystkiego co ten motłoch posiadał, a Wyzwoleńczy prowadzili zażarty ostrzał bateriami artyleryjskimi w stronę motłochu. Po której stronie stanąć, bo mówić chyba jak w Babilonie Wielkim jest nie trzeba. Ale wiedzieć pewne jest zanim do wyobraźni rozmach miejsca owego dojdzie świadomie. Brud, rozpusta, zło i występek w tym miejscu od szczurów częstsze, co ludzi nieprawi i psuje, jak na słońcu okrutnie pozostawioną z dala od wody szczeżuję!
Wniosek z wojny ten jedyny. Która strona dobra? Pytanie to ważne, a wręcz rzec muszę zasadnicze. Bo ‚miast dla zgody ścieżki torować rozmaite i wspólnym celom szlaki wytyczyć oni trą się jak dwie płyty tektoniczne wstrząsy wywołując.
Dobra ta Strona, której nie ma. Ponieważ i z jednej i z drugiej strony strzelają do was Istoty, toteż uciekać wam prędko od jednych i drugich radzę zniszczą się sami, a co będzie z nami?Niech się biją, bo biją się już tak lat 84 i przez wiele jeszcze lać lat się mierzą.
I oto staje Istota przed nimi i znając siebie w części chociaż najmniejszej wie, że ani jedna ani druga strona rozwiązania przynieść nie może. Swoje ścieżki będą wytyczać Duchy Wędrowne.

A nieopodal Babilonu Wielkiego, jest Babilon Mały. Miasteczko na wschód za Jeziorem Aa. Ludzie tam też bić się biją, lecz w podziemiu bo Unia Erudytów sprawuje pieczę i bezpieczeństwa pilnuje, tam podobnie jak w Babilonie Wielkim. Wszystko na kopyto jedno i pod dyktando wodza Babilonu co go Księciem-Szajchem obwołują i groźną zawżdy wiadomość tą po wyżynie całej zwiastują. Dyktando jego…łatwe, rzecz można miłe i przyjemne gusta i brzuchy obywateli łechcące. Jednakże trucizną on zapycha ich i zabija, lecz oni wiedzieć tego nie wiedzą i kochają go za to. Wnet przybył wieść na tą Samsonem zwany Mocarnym podróżnik z Gór zrodzon w lodu czeluściach przed latami mrozu i głodu. Wilki jemu nie straszne zaprzęg z nich uczynił swój, a niedźwiedzie mu sprzed drogi kamienie usuwają. Lecz skromnym Samson jest to od zawsze, a nosi od Kapelusz, fedorę, lub inne elegantsze. Jak na przykład na łowienie szprotek lub ludków straszenie zakłada z tura rogów hełm, trafne to spostrzeżenie. Broda jego po pas zwisa i podziw wzbudza wśród nieprzywykłych do dumy Samsona oglądania istot. Samson on muzykiem z miłości i zamiłowania, toteż na ulicy Świętego Jana w Babilonie Małym rozłożył swoje instrumentarium. Klawisze, Saksofon i co tam miał jeszcze Samson. I grał począł na całkiem inną nutę, nie wiele gorszą, lepszą zaprawdę. Grał inaczej niż Książę-Szajch radził,dyktował. Grał, grał i grał. I dobrze sobie z tym radził. Ludzie patrzyli i nagle widzieli, że to coś innego, nowego, czego nie znają. Nie znali tej Muzyki typu Wolne. Zdenerwowali się na Samsona Mocarza. A on widząc to na inne nuty przystał i wnet zaczął swój epileptyczny taniec odstawiać grywając w klawisze na pozór jak leci, lecz układem tajemnym naprawdę spisanym. I na saksofonie grał jak na didgeridoo, tak jak jeszcze nikt nigdy dotąd. Wtem zaczął niczym afrofuturysta spirale ciałem kręcić, nie przestając grać na klawiszach.I wtem wydać by się mogło, że na czas grania Gwiezdnego-Hymnu Samsona Mocarza cały kosmos zstąpił na ulicę Świętego Jana w Babilonie Małym i sfer niebieskich obrotem akompaniować zaczął. Granie trwało! A tłum się zbierał coraz większy i wciąż się powiększał. W końcu ludzi było tyle ile jest gwiazd na niebie. Wtem się zaczęły dziać koszmarne rzeczy; z transu grania Samsona wyrwawszy ludu zbieranina poczęła ciskać tym co pod ręką mieli w grajka.
I koniec to był kosmicznego grania….a szkoda, bo piękne to granie było! Motłoch nie uczynił jednak ze złych pobudek serca krzywdy Samsonowi, albowiem strachem kierowani byli, chociaż ich ciekawość do Kosmicznego Grania wzrastała z każdą minutą. Mędrcy by zapewne rzekli, że możliwym by było ich nawrócenie.
Strach mieszkańców Małego Babilonu spowodowało przybycie Miejskiej Straży spod ramienia Erudyckiej Unii. Sprawnie całą zbieraninę rozgonili i równie sprawnie zgarnęli całe instrumentarium Samsona Mocarza. Gdy go w siedmiu siłą obezwładnić musieli, albowiem Samson niewzruszon począł ponownie kosmiczne nuty wygrywać, unieruchomiony już zdążył wykrzyczeć „Bywajcie zdrów ludzie Babilonu!”
Gdy z ulicy zniknęli ostatni gapie po Samsonie nie było już śladu.

Samson nie był jedyny co niósł odmienienie ludziom z Babilonu. Był Anakrites co filozofię nową szerzył i nawet spisał ją w swojej „Pomocnej Książeczce Ras Anakritesa co w życiu codziennym winna być nieodzwona i niezastąpiona”.
Znać było na mieście także pana Elhec’a od wolnego trybu życia. Czy panią Regię co proponowała przepisy kuchenne stosować wprost przez Matkę Naturę zainspirowaną.
I wielu ich było, a każdy obrzucony w Babilonie łaski nie zaznali, ni litości, ni interesowania.

 Pan Kapelusz siedział na krześle śpiewając wesołą piosenkę natomiast Pan Henius dolewał ciepłej, świeżo zagotowanej wody do rzeki, by ją ogrzać, następnie zalał resztką czajniczek i zaczął gotować nową wodę. To była prawdawna i bardzo rzadka herbata, którą dostarczył Heniusowi Wędrowny Nommada. Herbata była sprasowana w prostokąt, była ciemnoczerwonej barwy, a jej zapach przypominał ziemię. Max Henius skruszył prostokąt i wrzucił trochę ziemistoczerwonej herbaty do czajniczka.
Grono Eleganckich Spiskowców poszerzyło się o jeszcze jednego Towarzysza, człowiek młody, włosy krótkie, wyglądał trochę jak ziemniak. Na dziwnej grał sobie maszynie co wspaniałe dźwięki wydawała, a zwali go Norwidem Pomocnym.
– Pomocny Norwidzie! Jakież to wspaniałe, utwór piękny. Łechce moje zadowolenie. Gdzież pan się nauczył grać na tak świetnie dobranej muzycznej maszynie? – zapytał Max Henius kiedy usiadł na krześle.

– Ach panie Henius…to tajemnica zawodowa, Każdy by mógł być Norwid gdyby wiedział, jak grać na tak świetnie dobranej muzycznej maszynie, a do tego jak ją tworzyć i gdzie tego uczą. – odparł wymachując rękami – Dururara dururaraa – śpiewał tak.

– Nie czas na nauke na muzycznej maszynie gry, nawet najlepiej dobranej Panowie! Czas nam Gada znaleźć by poradził na nasze problemy Bezschematowych Wzorców, byśmy mogli ludzi z Babilonu Wielkiego i Małego wyzwolić z jarzma Księcia-Szajcha! – Pan Kapelusz pociągnął z fajki wodnej i wziął łyk herbaty, którą przed chwilą do czarki nalał mu Max Henius. Odchrząknął po cichu i kontynuował. – By przywołać Pana Gada potrzeba nam odtworzyć…Rytuał Przywołania. To zapomniana i stara metoda, ale znam ją tak się składa. Powtarzajcie za mną…PANIE GADZIE!!!!!!

 – Panie Gadzie! – odpowiedzieli głośno krzycząc Max Henius i Pomocny Norwid.

 – Przybywaj dopomóc w Babilonu zdradzie!

 – Przybywaj dopomóc w Babilonu zdradzie! – powtórzyli głośno za Kapeluszem

 – Już Gadzie!

 – Już Gadzie! – powtórzyli ostatni raz.

Przed nimi pojawił się Pan Gad ubrany w biały fartuch medyka, jego pokryta łuskami zielona skóra, kiczowato komponowała się z szarymi kamieniami przy Rzece Górskiej.

– Wzywaliście mnie może mali ludkowie?

– Panie Gadzie, niezmiernie mi miło, że raczyłeś się zjawić w naszym skromnym towarzystwie Eleganckich Spiskowców – uroczystym tonem rzekł Pan Kapelusz – Pozwol więc, że ja ciebie, Gadzie przedstawie. Oto Max Henius nasz współspiskowiec numer jeden, a utalentowany człowiek na świetnie maszynie muzycznej  to Pomocny Norwid! – i wskazał na wymienionych.

Gad spojrzał na Spiskowców spod oka. Złączył dłonie pod brodą i wodził ślepiami gadzimi od jednego do drugiego. Po chwili podjął.

– Do czegoż to jest wam potrzebny, o przepotężny Gad!? Mówice!

– Ach to całkiem błahy powód – skłamał Kapelusz – wręcz sentymentalny! Nasze biedne rodziny w Babilonach Wielkich i Małych cierpią głód i szykanowanie. Jednakże w tożsamych ze sobą wszystkich jednostkach Babilonów utrudniona jest pomoc! Na szczęście mamy sposób by przełamać tą stagnacje życiową w ich egzystencjach mianowicie…mamy Bezschematyczne Schematy! Ale nie wiemy jak je wyprodukować, lecz wiemy, że Ty to możesz!

– Tak Gadzie! Tyś naszą nadzieją! – zlamentował Henius

Pomocny Norwid przygrywał dramatyczny utwór na maszynie w czasie tej rozmowy!

– Dobrze…zrobię to! Ale…ale jak mi odpowiednio sowicie zapłacicie!

– Ależ oczywiście Gadzie…Twą nagrodą będzie średniej wielkości wzgórze, z drzewem pośrodku i z tym wszystkim co Gady lubią najbardziej! Wzgórze będzie w całości odizolowane od reszty świata. Będziesz podziwiał jak to żyjące istoty pnąc się do góry po szczeblach wzrostu zyskują życiodajną energię samym to życiem się stając, życie innym dając. Będziesz bogiem we właściwej sobie mikrokrainie! – z semantyczno-filozoficznym akcentem powiedział Pan Henius!
– Umowa stoi! – To mówiąc Gad wyciągnął ku nim trzy gadzie ręce każda pokryta łuską zieloną, a pod nimi także złotą.
Podali mu swoje i uścisnęli. Umowa z gadem została zawarta.

 Giovanni nasz wędrowiec, postanowił przejść przez Babilon Wielki, by zobaczyć jaki on jest by takim nie być. Ale los sprawił, ze go nie wpuszczono do niego, gdyż w swej całej plugowatości konieczne przed wstępem za okropne bramy były Kontrole Bytu. A Giovanni nie przeszedł pomyślnie owej kontroli, gdyż nie działał pod Dyktando zarządców. Nie był Bytem Babilońskiej Modły.
Udał się on więc dalej ku Babilonowi Małemu, ostrożnie, bo omijając strefę wojen.
Do miasta go wpuścili i wydało się mu się ta mieścina zwykłym miastem, ale było w nim coś co przykuło jego uwagę. Ujrzał zjawisko kiedy człowieka-artystę obrzuca się czym popadnie za sam swój artyzm.
Podszedł bliżej by się przyjrzeć. Ujrzał prawdziwego wirtuoza swego instrumentarium, obracającego się wokół własnej osi i nie przestając grać jednocześnie.
Nie mógł się pokazem żywym grania Kosmicznego nacieszyć zbyt długo, gdyż w tym momencie Straż Miejska Erudyckiej Unii zaczeła rozganiać zbieraninę. Giovanni nie do końca zadawał sobie sprawę z tego dlaczego oni to robią. Z rozmyślań wyrwał go wpadający na niego przechodzień. Najpierw jeden, potem drugi. I dostrzegł go strażnik, zwrócił uwagę na jego Wężowy Kostur. Podbiegł do Giovanniego i próbował mu go wyrwać.
– Magiczne przedmioty są zakazane w miejscach publicznych robaczku!
– Ależ władzy piewco tutaj! Przeto wpuścili mnie do Miasta tego miłego z nim. Nie informowano mnie o konsekwencjach magicznych rzeczy dzierżenia w zbieraninach ludnych.
I wężowe oczy na kosturze zapłonęły zielonym blaskiem. Strażnik uznał to za akt magicznego ataku w jego stronę. Ruszył na Giovanniego szybko i sprawniem, zanim ten zdążył się usunąć. Rozpoczęła się szarpanina. Oczy kosturu świeciły coraz bardziej jasnym blaskiem. Widząc to koledzy strażnika, podbiegli do Giovanniego z dwóch stron i złapali go za ramiona. Trzeci zaś pochwycił kostur.
– Bierzemy go wraz z grajkiem do Szyderczego Loszku! – poinformował pozostałych ten pierwszy.
Ostatnie co Giovanni zobaczył był strażnik, który przymierza się do uderzenia go w głowę pałką. Zaraz po tym nastała ciemność.


<- Część poprzednia | Część następna ->

Phantasiae Acido

Baśń o Człowieku – Pan Gad

320 Wyświetleń

<- Część poprzednia | Część następna ->


IV. Pan Gad

 Giovanni znajdował sie daleko od miejsca w którym widział Duchy mędrców po raz ostatni.  Wędrował teraz lasem, jednakże nadal znajdował się w górach. Co jakiś czas wydawało mu się, że za nim lub przed nim, lub nawet obok niego wędrują te duchy. Nawet w oddali widział medytujących lub ćwiczących jogę starców. Od tego wszystkiego zaczęło mieszać mu się w głowie. Zapadła noc. Mrok lasu tylko potęgował ciemność. Nasz Wędrowiec jednak nie poddawał się i niestrudzenie wędrował naprzód! I po raz kolejny zdawało mu się, że na polance gdzie księżycowe światło prześwituje przez drzewa widzi Ducha Węża jak gra na bębnach. Giovanni tego nie wiedział, ale odstraszał on złe duchy od niego. Od tego momentu ciągle towarzyszył mu odgłos didgeridoo. Po 3 godzinach obłąkane granie, któregoś z duchów stało się uciążliwe. Mało tego. Komary zaczęły gryźć, w lesie stawało się coraz bardziej gorąco wilgotno i parno. Duszno jak okiem sięgnąć. Zaś droga stawała się coraz bardziej kręta. Giovanni musiał sobie pomagać Wewnętrznym światłem z Wężowego Kostura co tylko przyciągało doń komary. Jednak nie poddawał się i wędrował ciągle wędrował.
Komary z tego lasu, były prawdziwymi pasożytami. Nie żywiły się krwią tylko energią wędrowca. Nie było na nie rady w tym momencie. Ich ugryzienie jest pamiętne i bolesne. Wybierają tylko słabe punkty.

 Po następnych ciężkich chwilach wędrówki zaczęło się rozjaśniać. Ranek przyniósł pewne ukojenie od komarów i swego rodzaju strachu. I jakby didgeridoo ucichło. Wędrował dalej. Czuł się mimo wszystko dobrze, nie potrzebował o dziwo snu. Był naładowany wielkim ładunkiem energii pochodzącej z lasu (mimo, iż komary mu jej nieco zabrały).Wiedział jednak, że będzie w końcu musiał się zatrzymać i przespać. A także coś zjeść, ale tylko w zgodzie ze wskazówkami Węża. Droga zaczęła skręcać, toteż Giovanni skręcił zgodnie z kierunkiem trasy. Nagle zamarł…
Bo otóż przed sobą zobaczył wielkiego, strasznego i majestatycznie pięknego Tygrysa. Tygrys nie zauważył wędrowca, tylko siedział doń tyłem i…płakał. Dziwne to bardzo żeby Tygrys płakał. Wielki kot, wojownik, większy od Lwa. Tygrys który potrafi Lwa – króla zwierząt pokonać. Tygrys mimo wszystko był wyjątkowy. Nie miał typowego umaszczenia jak inne Tygrysy. Był karmelowo-pomarańczowy. Bardzo piękne miał futerko. Ale ten Tygrys siedzi i płacze. Cóż za żałosny widok. Giovanni nie wiedział co robić. Przejść, zawrócić, czy może porozmawiać z Tygrysem. Dziwnie odniósł się do siebie. Postawił się w sytuacji Tygrysa i postanowił do niego przemówić.
– Ach witaj Tygrysie. Piękny dzień dziś mamy. Może zechcesz mi potowarzyszyć w drodze? – co za durna propozycja, pomyślał Giovanni. Ale nic innego mu do głowy nie przychodziło.
Tygrys tylko się odwrócił, obnażył kły, otarł oczy i popatrzył się groźnie na Giovanniego. Wyprostowany już powiedział:
– Czego ode mnie chcesz Człowieku?
– Ach drogi mój Tygrysie. Ma dusza towarzystwa pragnie, zaiste to prawdziwe. A jesteś moją pierwszą istotą materialną którą spotykam na swej ścieżce po tym Dziwnym Lesie, nie licząc uciążliwych Energetycznych Komarów . Znaczy..mam na myśli to, że nie wiem czy kogoś lub coś widziałem, czy to były zwidy czy paranoje, albo duchy prawdziwe, czy tylko jacyś amatorzy praktyk szamańskich w powłóczystych szatach w nocy. Nazywam się Giovanni Tygrysie.
– A ja jestem Tygrys. Jestem Złoty jakbyś nie zauważył. Złoty Tygrys. Zastanów sie człeku zza-przed-Gór czyś grzybów nie jadł jakiś. – przeciągnął się na całą długość ciała. Okazało się, że  Złoty Tygrys ma, aż trzy metry! Spory kociak. A do tego widać, że nie jest groźny. Przyjaźnie nastawiony kociak. Mimo to dalej Tygrys. Ale czy roztropny? I kim w ogóle są Tygrysy jeśli jeszcze takie istnieją.
– Miło mi cię Tygrysie Złoty spotkać. Czyż nie byłbym zbyt arogancki i wszędonoswtykalski gdybym się zapytał czemu płaczesz? Wskaże jak Giovanni, jak Wędrowiec. Pomoc nieść innym istotom to dla mnie chleb powszedni. – Giovanni wypiął dumnie pierś, a następnie się ukłonił. Tygrys tylko popatrzył się nań z wyższością.
– To strasznie skomplikowana sprawa. Długa i zawiła. Nic ci po niej sądzę człowieku. Jesteś jeszcze młody Giovanni. A tu chodzi o moją ukochaną.
I nagle Giovanni zamarł. Gdyż przypomniał sobie co on przeżywał co stracie swojej ukochanej. Chciał coś powiedzieć, ale Tygrys go uprzedził.
– Dam ci radę. A raczej ci coś powiem. Coś co ważne może być dla ciebie i twych przyszłych bliskich w świecie twoim. Ludzie. Oni są jak koty. Jedni jak zwykłe dachowce. Inni jak Pantery, Jaguary lub Tygrysy. I widzisz co się stanie. Bo tak się też stało. Gdy się kotu nadepnie na ogon? Zwykły kot. Ucieknie, pomiauczy z bólu i ucieknie. Potem wróci jak gdyby nic. Ale Tygrys? Spróbuj Tygrysowi nadepnąć na ogon. Dawaj! – i wystawił mu Tygrys Złoty ogon pod stopy – Albo nie próbuj. Bo to sie skończy źle. Dla nas. Obu jako jedno. Gdy się Tygrysowi nadepnie na ogon to wtedy nie ucieknie i nie pomiauczy z bólu. On ryknie. Bardzo głośno. I odda. Pazurami, siłą, zębami i całą masą ciała. Zabójczo szybki. To nie koniec. Długo nie będzie mógł się otrząsnąć z tego. Znów przyłoży. Nawet jeśli to kochana osoba. Aj moja mentalność Tygrysia taka jest. Może mamimy urodą, tygrysowatością, wdziękiem i czym tam jeszcze mamy. W zachwyt wprawiać potrafimy. Ale z nami się nie zadziera. Czego często wielu nie rozumie. Zabiłem ją…a przynajmniej w swoim sercu, bo dla mnie jest nie żywa.
I Giovanni wszystko pojął jak to było z nim. Jak to było z nim i z jego ukochaną. Mimo, iż nic nie wiemy o życiu Giovanniego przed podróżą. I niech tak pozostanie.
Tygrys znikł. Znikł. Przemienił się w dym i rozpłynął się w powietrzu. Na ziemi gdzie stał została tylko kałuża Tygrysich łez oraz drewniana figurka przedstawiająca Tygrysa. I Giovanni pojął. Pojął tą prawdę, jak łza przejrzysta. Nieskazitelną jak lekki górski wiaterek. Prawdziwą jak Jezioro Traszki. Pojął, iż, że to on jest, był i będzie Tygrysem.
Jedyne co zrobił to otarł łzy, bo zorientował się, że to on płakał. Wziął tylko jeszcze figurkę do sakiewki i wyruszył dalej. Do miejsca gdzie dżungla się przerzedzała, a dalej nie było już Dżungli tylko równina. A na niej trasy poznaczone; różne kierunki świata, różne cele w dół na górę, przed siebie lub też za. A równinę wysokogórksą przecinała rzeczka. Czym prędzej czas opuścić ten halucynogenny las. Pełny trans-ziół, które rozpylając swe koszmaru lub uciechy psychicznej nasienie pylaste żywym istotom Równoświaty tworzy. Czas opuścić las zwany Zalesiem, gdzie Szaman Podły do twarzy przystawia specyfiki i czary by mamić!

   Zostawmy więc Giovanniego samego na minut kilka by mógł w zadumie je spędzić teraz. By sam mógł wszystko sobie w swej głowie poukładać. Jednak by nie robić niepotrzebnej przerwy od rzeczy przyjemnych to przenieśmy się nad ową wyżej wymienioną rzeczkę. Metrów siedem od brzegu rzeczki, w której były kamienie duże i małe, ostre i śliskie, a cały brzeg był też kamieniami usłany. Otoczakami najczęściej, jak to w górskich rzeczkach bywa.
A więc metrów od rzeczki siedem, na trawie skąpanej w słońcu stał sobie stolik. Taki przy jakim ludzie piją herbaty. Przy stoliku. Rzecz to oczywista. Krzesełka dwa! Nieopodal zaś, a jeszcze napomnę, że przy stoliku stała skrzynia przeznaczenia niewiadomego, nieopodal wracając zaś było ognisko. Ognisko się paliło i gotowało wodę. Cały czas nieustannie gotowało wodę, która co jakiś czas była podmieniana.

Przy stoliku siedziało dwóch mospanków. Dżentelmeni minionej epoki. Elegancko ubrani, w najwybitniejsze stroje, siedzieli prosto i pili herbatę. Herbatę ową mieli ze świata całego. I skrzynia niewiadomego przeznaczenia w istocie była skrzynią pełną herbat. Ale na cóż woda gotowana. To pytanie trudne! Po cóż sie głowić nad tym pytaniem natury ludzkiej pochodzenia egzystencjonalnego. Opcje są dwie. Pierwsza oczywista. Brali wodę z rzeczki, gotowali ją i wlewali z powrotem do niej aby ją podgrzać. Woda w górach bywała zimna toteż kąpać się w takiej lodowatej wodzie to rzecz niezbyt przyjemna. Czemu nie? Wiemy już że nie ma dla ludzi wiary rzeczy niemożliwych. Trzeba wierzyć, a jak sie wierzy to już jest coś. Druga opcja, przeznaczenia wody gotowanej jest co prawda mniej oczywista, ale jakże praktyczna przy tym. Gotowali ją na herbatę być może. A może i nie?

 Panowie rozmawiali. Miejmy nadzieje, że dowiemy się z ich rozmowy na co im gotowana woda.

– Dziwna to sprawa drogi panie Henius. Ludzie coraz częściej stają się…tacy sami. Ta nonszalancja stylistyczna doprowadza mnie to egzystencjonalnego szału. – powiedział ten pierwszy który miał na głowie Kapelusz. – Panie Heniusie. Wie pan może co do diaska, bądź licha w zależności od manier pańskich i moich, się tu wyrabia?

– Mam niechybne prześladujące mnie od jakiegoś czasu wrażenie. Wrażenie to odczuwam jako niepojęty chłód przeszywający mnie nawet w najcieplejszych porach dnia, w słońcu na przykład. Rozumie pan, Panie Kapelusz o czym mówię? – ten drugi zwany Panem Heniusem. Patrzył się na słońce i gładził po brodzie raz po ras popijając melisę z pomarańczą.

– Tak tak. Owszem rozumiem panie, panie Henius. Rozumiem w jakiż to podstępny sposób się to objawia. – Pan Kapelusz wziął łyk lipy z miodem i cytryną. – Natomiast nie wiem panie Henius skąd to się bierze?

– Doskonale. Ależ to nic nie szkodzi, przejdźmy więc, mój drogi Panie Kapeluszu do sprawy naszej sedna tak jakby. Ekhem – pan Henius poprawił muchę, wziął kolejny łyk herbaty z melisą i pomarańczą – Tak więc…sprawy te mogą mieć związek z tym, że w tej wielkiej mistycznej zupie ludzkiego jestestwa maczały swe obrzydliwe paluchy ISTOTY Z INNEJ SFERY EGZYSTENCJI.

– Zapewne, panie Henius! Zapewne. – i wziął – bez najmniejszego zdziwienia cudaczną wiadomością pana Heniusa – kolejny łyk herbaty.

– Pewne, przedpewne lub zapewne. To bez różnicy, czy znaczenia. Musimy znaleźć Pana Gada by wykonał iście skomplikowany Gadzi rytuał. – bawił się muszkieterskim wąsem Pan Henius i wpatrywał się w palenisko z wodą.

– Oczywiście. Zmusimy go by skopiował im odpowiednie bezschematyczne wzorce, które będą powodowały skutek przeciwny do bycia identycznie zidiociałymi istnieniami. – Pan Kapelusz odłożył kubek i zatarł cwaniacko dłonie.

– Aj aj… – Właśnie Pan Henius polał się herbatą.

   Wróćmy teraz do Giovanniego. Giovanni wędrował długo. W końcu zrobił sobie przerwę by coś zjeść. Jadł suchary i owoce. Bardzo zdrowo. Napił się krystalicznie czystej wody ze źródełka i nawet nie zauważył kiedy znużył go sen. Jednakże nic mu się nie śniło, a gdy tak spał i spał stanął nad nim pewien stwór. Wysoki, w całości pokryty łuskami w stroju medyka bądź lekarza. Stał tak nad Giovannim i wpatrywał się w niego.

 Giovanni otwarł najpierw jedno, potem drugie oko. Zamknął szybko oba. Mrugnął nimi i otwarł z powrotem z niedowierzaniem patrząc na Pana Gada. Zerwał się szybko na nogi i zapytał przerażony.

– K-k-kim jesteś zarazo? – z tego zaspania i zmęczenia, które spowodowały zaskoczenie Giovanni stał sie chwilowo bardzo nie miły i uprzedzony.

– K-k-kim jestem zarazą? – powtórzył przypisując to sobie Pan Gad.

– Tak. Odpowiedz już!

– Tak. Odpowiadam już. – znów powtórzył to co Giovanni tylko względem siebie.

– Chyba się z tobą tak łatwo nie dogadam. Jestem Giovanni.

– Chyba się tak łatwo ze mną nie dogadasz. Jestem Gad. Pan Gad. Popatrz na to Giovanni.

 I wtem z lekarza o złotych łuskach, kolcach od czubka głowy do niewielkiego ogona się ciągnących i świecących oczach o pionowych źrenicach stał się chudym starcem w Turbanie z koralami na szyi i obłędem w oczach.

Da-da-da-da! Powiedz coś do Pana Gada-da!

Hej!

– O nie…tylko nie to. Czy ja śnię!? Uszczypnijcie mnie – podenerwowany Giovanni, już totalnie przestał być miły i mówić do każdej istoty z szacunkiem i tym całym mistycyzmem. Lecz w tym momencie z Jogina-który-gadał-do-Gada, Pan Gad zamienił się w kraba i uszczypnął Giovanniego w kolano. Nie! Giovanni nie śnił.
– Nie śnisz. Jeden zero Giovanni! Ale, ale…nie gniewaj sie na mnie. Dobrze? Mam dla Ciebie ofertę. Ofertę nie do odrzucenia. Najlepsza ona na świecie. Posłuchaj mnie. Dwa razy powtarzał nie będę. Ludzie są zachwyceni. A więc tak. Wiem dokąd idziesz i dokąd zmierzasz. I…i… powiem ci, że to gniot. Totalna kicha, gniot, porażka. Nie masz nic nie idziesz nigdzie. Tylko pod jakąś syfną górę. Tak tak…pomyśl tylko. Jakby tak wszyscy szli pod Górę nikt by nie wiedział co to dobry produkt i konsumpcja. Tak, tak. Naśladuj innych bo dobrze robią. Zrób tak jak ci ja każe bo mam racje. Idziesz. Masz. Konsumujesz. I cały czas chcesz więcej, więcej. I nie mów, że tego nie potrzebujesz. Bo potrzebujesz. Tylko nie chcąc tego chcesz. I idziesz szeeeeeroką drogą. Kopiujesz innych jak ja! Fajna sprawa powiem ci. Skusisz się? – i Pan Gad wyszczerzył ostre jak brzytwa zęby i mrugnął okiem z pionową źrenicą.

– Nie Gadzie. Jesteś jak ten wstrętny Jogin. Ja idę do mego Drzewa Życia. Idę pod Górę. Bo Drzewo tam jest. I to drzewo jest na wyspie pośrodku Jeziora Szczęścia. Nie zwiedziesz mnie. Wiem jak kończą tacy co tak idą. Uciekłem od tego tylko po to by mnie to dorwało Gadzie znów? –  uniósł ręce do góry, w powietrze i wzrok po chmurach powłóczył.

– Ja i Jogin mamy na koncie wiele Gadów. – wyszczerzył zęby swe ostre w parszywym uśmiechu. –  A powiem ci, że chrzanić, spalić, i pociąć twoje drzewo. Przerobi się je na durną książkę o konsumpcyjnych rzeczach. Albo o czymś co uczy głupot. Lub o wiem! O zberezieństwach świata tego.  Nie! Lepiej o jakimś głupku co szedł pod górę cały czas. Tylko trzeba jakiegoś niszowego autora by to nudne było. Tak tak.. A do Twojego jeziora będzie się wrzucać odpadki. Zrówna się górę z ziemią. Nie uciekniesz przede mną. Giovanni. Wielu próbowało. – i nagle Pan Gad stał się wielki, i większy. – Pstryk – powiedział pstrykając palcami – Hipnoza – machnął ręką przed oczyma Giovanniego pomachał wszystkimi palcami przed własną twarzą i wprawił w ruch hipnotyczny, w spiralny obrót swoje Gadzie oczy.
Giovanni stanął jak wryty. Wpatrywał sie w wielkiego Pana Gada bez życia.
– Skończ szkołę. Znajdź pracę. Ożeń się. Miej dzieci. Płać podatki. Bądź tolerancyjny. Bądź poprawny politycznie. Jedz więcej. Kupuj więcej. Miej więcej. Traktuj jak rzeczy. Idź za mną. Idź za ludźmi. Szeroką prostą drogą. A teraz powtarzaj. Jestem wolny, jestem wolny.
– Jestem Dzikiem, jestem Dzikiem, jestem Dzikiem Gadzino!
Giovanni przechytrzył chytrusa wszechczasów jego własną metodą. Też się transformował gdy on się transformował. Kiedy Gad się powiększał, to Giovanni wprowadził siebie w stan w którym sie słucha serca. Wypowiadając te słowa wyrwał się z niego i wyjął z sakiewki figurkę Tygrysa . Obejrzał ją i cisnął z całą siłą w wielkie oczy Pana Gada. Gad zawył skowytem zarzynanego prosiaka. Chwycił się za oko i przewrócił na ziemię. Nim się zorientował był przygnieciony przez cielsko trzymetrowego Złotego Tygrysa, który próbował mu sie dobrać do gardzieli
– Nadepnąłeś mi na ogon Gadzino. A wiedz, że jam jest Tygrys. A z Tygrysami się nie zadziera. Koty chodzą własnymi ścieżkami. – Oczy mu zapłonęły Zielonym ogniem. Wziął do ręki swój Wężowy Kostur i grzmotnął jego końcówką w ziemię.
Spod miejsca gdzie uderzył wydobyła się fala. Pod jej wpływem Gad się pomniejszył. To sprawiło z kolei, że wyrwał się spod Tygrysa, ale to niewiele dało, bo Tygrys puścił się za nim pędem i gonił Gada Pana tak po całej równinie wysoko w górach. Jedyne co Giovanni zrobił to rzucił Słuszną Klątwę na Gada.
– Uciekaj tak wiecznie! Gadzino. Tępicielu rodu i umysłu ludzkiego. Nie zwiedziesz już nikogo!
Po tych słowach usiadł w pozycji lotosu i wprowadził się w stan spokoju i słuchania serca by przywołać Tygrysa z powrotem do jego Totemu.
I od tej pory stwierdził, że z takimi kłamstwami jak te Gada trzeba walczyć. I nazwał się więc Wędrowiec nasz Poszukiwaczem Prawdy.
Od tej pory z całym zasobem wiedzy zdobytej wędrował dalej ze swym Duchem Tygrysem u boku.


<- Część poprzednia | Część następna ->

Bartosz Halik.

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 4 (#1 2017) kwartalnika Abyssos.