Tag -

część

Phantasiae Acido

Baśń o Człowieku – Żółw, Wąż i Traszka

427 Wyświetleń

<- Część poprzednia | Część następna ->


III. Żółw Wąż i Traszka

 Zgodnie ze wskazówkami Żółwia, Giovanni wyruszył na zachód od miejsca gdzie się rozstał z Żółwiem. Wędrując tak między kamieniami, Człowiek cały czas miał wrażenie, że widzi gdzieś swojego gadziego przyjaciela. Jak nie blisko, to w oddali. Nawet patrzył na nogi by nie nadepnąć przypadkowo, albo jak ostatnio – nie potknąć się o jego barwną skorupkę. Jednak wszystko to było złudzeniem. W wiosce Giovanniego Żółwie są utożsamiane z bycie powolnym, bezradnym, biernym i ogólnie nic nie kapującym, ale Giovanni stwierdził, że:
– Żółwie to wspaniałe stworzenia. O ludzie świata dzisiejszego, biada wam, że Żółwia nie doceniacie. Bo kto Żółwia nie szanuje, ten swe życie marnuje. W samej rzeczy Żółw to najlepszy nauczyciel dla człowieka. Cnotliwy, cierpliwy i twardy.
Wiatr wiał tu mocno. Skały porządnie się przerzedziły, częstszym widokiem były krzaki, trawy i drzewa, rzadszym natomiast mchy i porosty porastające kamienie. Nasz Człowiek dotarł do celu wskazanego mu przez Żółwia. Do jaskini, w której rzekomo wąż mieszka.
Z początku Giovanni wahał się czy wejść doń, czy nie. Węże ludziom z wioski kojarzą się z największym okropieństwem. Najźlejszym złem! Obrzydliwe i podłe stworzenia. Jednak stwierdził, że i o górach takie strasznie niemiłe rzeczy ludzie prawili, toteż postanowił, że zaryzykuje na pohybel i wskroś modzie i głupocie. Wkroczył do jaskini. Było tam zupełnie ciemno. Giovanni nic nie widział, a mimo to zrobił parę kroków i przemówił:
– Witam. Czy jest tu Wąż? Jam Giovanni poznaj mnie.
– Któżżż cię przysssyła człowieku…? – dobył się metaliczny, sykliwy głos z ciemności jaskini.
– Przysłał mnie Żółw, a uciekam przed Joginem-który-gadał-do-Gada. – spokojnie odparł Wężowi Giovanni. – Jak ci na imię, Wężu? – dodał.
– Zwą mnie Wążżż, a mówiszszsz, że przysssyła ciebie Żżżółw? – zasyczał Wąż.
– Owszem Wężu. Żółw rzekł mi, że masz coś dla mnie. Coś co mi się przyda podczas wędrówki mojej drogą, która wiedzie pod Górę.
– Prawda to. Więc Sssłuchaj Sssergio, bo powtarzał razy dwa nie będę sss. Zzzwą mnie uzzzdrowicielem. Bo leczę ten świat. Wszszszakże zss zzzamierzchłych czasssów nie na darmo Wążżż pojawia się przy sssymbolach zzzdrowia. Zwą mnie odnowicielem, bo sssprawiam, że początek ssstaje się końcem. Nie na darmo więc zzzjadam ssswój ogon jako początek i jako koniec. I nie bez powodu oplatam szyję Pana Śiwy – mówiąc, to a raczej sycząc, coś poruszyło się, to za, to przed Giovannim. – Jednak zzzwą mnie też kusicielem. Bo kuszszszę. Kuszszszę by się działo jak się miało dziać. Kuszszszę byś poznał tajniki życia i umysłu. Daszszsz się ssskusić?
– Tak! – I znów Giovanni się wahał, jednak zdecydował się. Postanowił zaufać Żółwiowi, bo tak mu powiedziało serce. I zaufa Wężowi, bo ufa Żółwiowi. Ale…ile ryzykuje?
– A więc dobrze, dobrze. Ssspójrz tylko. Jeden Wążżż. A tyle sssprzeczności. A teraz przejrzyj na oczy. I ssspójrz na domossstwo moje. – Wężowi zaświeciły się oczy.
I wtem rozbłysnęło coś, a Giovanniemu ukazała się całkiem schludna jaskinia. Zapełniona różnego rodzaju ziołami, owocami i grzybami oraz innymi nieznanymi Giovanniemu specyfikami.
– Co widziszszsz, co widziszszsz? Zioła, czary, ssspecyfiki? Nie! Nie mów nic. Daj mi rzec. I nie przerywaj. Przypomnij sssobie, co ludzie jedzą. Wssspomnij na to!  To co żyło. Lecz jużżż martwe. Żeby żyli, jedzą śmierć. Ssstara zasssada bardzo ssstara. Jak coś dajeszszsz, to to wraca. Dali śmierć zwierzęciu. To i śmierć do nich wróciła. Umierają, martwią w oczach. Wbrew pozorom nawet zdrowym. Zdrowie tylko od życia dossstane, nie siłą przez śmierć odebrane. Jam jest wężem taka dola, żem z natury jeść inaczej muszszszę. Inne zwierzę też tak mają. Pan Ahura zwany Mazdą karmi ich tak od ssstworzenia. Jednak człeku, ty, żeś inny. Wssspomnij na to. Wssspomnij sssyczę! Dobra dieta tobie dana. Zdrowia doda, choroby odegna. Na wędrówkę przyda ci się. Jedz owoce, kłącza, korzenie, warzywa i wszyssstko czym cię karmi Ziemia. Przed Arymańssską dietą ssstroń. Jam uzdrowiciel, odnowiciel i kusiciel. Kuszszszę zdrowiem, odnawiam życie i uzdrawiam chorych. Ssskusiłeś się. Dobrze zrobiłeś. Teraz idź i żyj zdrowo. Na natury łonie. Taka dola jest Szszszamana, jako i moja. Nie zabijaj ssstworzeń Bożych daj im życie, boś jest wyższszszy. Głowa w chmurach, pełznie po glebie.
– Za naukę ci Wężu twą dziękuje szczerze, do serca ją wziąłem jak tą Żółwiową. Już ruszam Wężu Szamanie. Jednak spytam jeszcze o jedno. Którędy do Traszki udać się mam, by sprawy odkryć sedno? – Giovanni ukłonił się
– Zanim pójdzieszszsz. Dla cię mam coś. Ssspójrz to tam jessst przy ścianie. Kossstur, lassska, kij wędrowca. Od Szszszamana dla Włóczykija. Z Głową Wężą i Górssskim Kryszszształem da ci siłę i energię złą zatrzyma. Weź to. Bierz to proszszszę. To podarek jest ode mnie sss.
I Giovanni podszedł do ściany, chwycił kostur przymierzył się doń, przerzucił z ręki do ręki i stwierdził, że mu pasuje. Chciał zapytać Węża, którędy do Traszki, ale Wąż go uprzedził.
– Masz już kossstur ssswój Wędrowcze. Teraz droga twa do Traszszszki. Wejdź do środka, w głąb jassskini, wzdłóż podziemnego ssstrumienia. Aż do ujścia na powierzchni, kossstur twój cię zaprowadzi. Teraz w drogę , bo czasss nagli. Płyń jak statek, choć bez żagli.
I wtem Wąż znikł. Znikł totalnie tak jak Żółw wcześniej. Giovanni wziął w dłoń swój kostur i ruszył przed siebie, w głąb ciemnej jaskini. Mrok tej jaskini, był większy niż w najciemniejszą noc. Ciemności nieprzeniknione, że można by je nożem kroić. Giovanni przeszedł parę kroków i trafił na ścianę. Zwrócił się w drugą stronę, znów przeszedł parę kroków i wszystko się powtórzyło. A do tego miał mętlik w głowie od słów węża, i tej całej wędrówki. Zaczynał się zastanawiać jaki jest cel  tego wszystkiego. Czy ta świadomość mu potrzebna? I czy nie jest ona gorsza od globalnej nie-świadomości w jego wiosce. Aby nie wyrządzić sobie krzywdy w postaci poobijania się o ściany jaskini, Wędrowiec zaczął chodzić po omacku. Używając swego kosturu jak niewidomy, wyklepując sobie drogę wśród mroku. Jednak w pewnym momencie i to zaczęło być trudne, gdyż strop jaskini to się zwyżał, to się zniżał, co wymuszało na Wędrowcu ciągłe schylanie się i wstawanie.
Zagubiony Giovanni przystanął podpierając się swym Wężowym Kosturem jak to go zwykł nazywać. I zaczął myśleć:
– Zagubionym jestem. I cóż począć. Myśleć przyszło jeno mi w tej godzinie nieprzyjemnej. Lecz mam jeszcze jedną opcję, całkiem z księżyca. Mam swój Kostur, Wężowy kostur. Zyskałem od węża mądrość a mawiają, że prawdziwa mądrość rozświetli każde mroki. Czas rozbudzić w sobie swoje Wewnętrzne Światło. – i uderzył końcówką kostura w ziemię. Spod niego wyłoniło się światło i rozświetliło cały korytarz.
Giovanni się uśmiechnął i czym prędzej pobiegł wzdłuż jaskini, omijając wszelkie przeszkody. Po chwili wybiegł z niej. Bardzo się cieszył, że znalazł się wreszcie na powierzchni. W miejscu gdzie jaskinia się kończyła, wypływał strumień spod ziemii, wszędzie było dużo drzew, strumień tworzył jeziorko i znikał w gęstwinie lasu. Zagajnik leśny w samym środku doliny górskiej. Dziwne to rzeczy myśli Giovanni. Czym prędzej więc zaczął wodzić wzrokiem szukając Traszki. Jednak zanim zdążył się zapytać chociażby czy jest tu ktoś taki to usłyszał cienki głosik i chichot.
– Witaj hihihi nieznajomy – zdawało się jakby to samo jeziorko mówiło. – Cóż cię sprowadza nad moje moczary?
– Jam od Żółwia i Węża przychodzę. Imię moje Giovanni. Uciekłem Joginowi-który-gadał-do-Gada. I wiadome mi tylko, że masz coś na wyposażenie dla mnie w drogę dalszą po górach tych.
– Miło mi, Giovanni hihihi. Jestem sobie Traszka. Straszne to rzeczy opowiadasz. Żółw, Wąż, jogin, Gady? Ja nie znam takich. Hihihihi. Ale dobrze trafiłeś. Dać ci mogę to czego potrzebujesz w drogę dalszą. Powiedz mi jedno. Co czujesz?
– Ciekawość, ekscytacje i zmęczenie.
– Rozumiem. A za domem nie tęsknisz?
– Owszem Traszko. Tęsknie. Jednak nie powstrzyma mnie to przed pójściem dalej w drogę Ścieżką-która-wiedzie-pod-Górę.
– Dobrze, to dobrze. Determinacja u ciebie jest. Hihihihi. Ale słuchaj uważnie. Chwała ci, żeś na Żółwia i Węża trafił. Chociaż na nich pewnoś najpierw musiał nadepnąć hihihi. Wracając – wielu spośród tych co idą pod górę, lub wydaje im się że idą. Wiele traci. Porzucają wszystko, porzucają siebie. Miłość, Rodzina, Przyjaźń, Dom. To wszystko tracą. A to święte jest zaiste. Spójrz tu. Tu do jeziora. Nachyl się. Co widzisz?
– Rośliny wodne, Traszko. Kijanki, żabki, rybki, ślimaczki, nartniki i jednego pływaka żółtobrzeżka. – powiedział nachylając się. Sondował jeziorko wzrokiem.
– Tak tak. To mój dom, to moja rodzina, to moi przyjaciele. – Traszka zaczęła być dziwnie poważna – Czy straciłeś wiele idąc w tą drogę? A gdybym powiedział Ci, że droga twa wiedzie, właśnie do twego jeziora? Jezioro Szczęścia twego. Idziesz. Bo chcesz. Chcesz czegoś. Szukasz szczęścia. Ale jedni myślą, że znaleźli, a to jest ich ułuda. Znajdź ją tam gdzie miłość ta prawdziwa jest jedyna od Stwórcy nadana. Nie porzucaj więc, choć konieczne to czasem. Ale też nie posiadaj bo to co posiadamy najczęściej tracimy. Po prostu bądź tu-i-teraz. Kochaj i żyj. Wiara, nadzieja i miłość. Czyż nie piękne to? Wnet Jezioro Szczęścia twego pełne będzie. Kto się postara ten będzie miał. Tylko zadbaj o to. I Twoja w tym głowa.
– Dziękuje ci Traszko, za twe nauki. Nieocenione one są, jak Węża i Żółwia. Przyjaciele moi niechaj błogosławieni będziecie wy i gatunki maści waszej, jeziora, łuski i skorupy. – wypowiadając te słowa zrobił dziwny ruch rękami.
– A i ja..hihihihi. Ja pobłogosławie cię częścią mojego jeziora. Podejdź tu i napij się. Poznasz smak szczęścia. Gdy spotkasz je jeszcze kiedyś po smaku je poznasz. Lecz nie próbuj nic pochopnie. Hihihi.
I podszedł Giovanni do jeziorka. Nachylił twarz, zanurzył dłonie nabrawszy do nich wody i napił się. Woda miała przecudowny smak. Zrobiło mu się ciepło na sercu, podniebienie przeżywało nieziemskie rozkosze. Odpłynął na chwilę nie wiedząc co sie dzieje, tak, że wstajac prawie wpadł do jeziora.
– Teraz wiesz już. Hihihi. I czas Twój iść dalej. Zejść z tej doliny. Doniosły mnie słuchy, że jogin cię ściga. Nie zawracaj. Idź w bok tu na zachód, dojdziesz do skałek. Idź nimi do góry, aż do przejścia wietrznego. Bywaj Giovanni.
– Bywaj Traszko! Jeszcze raz Ci dziękuje – mówiąc to Giovanni pobiegł nie spiesząc się zgodnie ze wskazówkami Żółwia.
I biegł tak Giovanni ścieżką wskazaną mu przez Traszkę. Zauważył, że nie spiesząc się, nie męczy się. Oddycha równo i harmonijnie. I wydawało mu się, że to nie on biegnie tylko stoi w miejscu, ale to cały świat przesuwa mu się pod stopami. Bezpośpiechowe-bieganie tak dobrze mu wychodziło, że gdy dotarł do skałek, wybiegł na nie, a co większe forsował z pomocą Skrzydeł Wiary i Wężowego Kosturu. Przed ostatnią postanowił odsapnąć, bo bardzo się zmęczył; nie da się pokonać tak łatwo ograniczeń ciała. Mimo wszystko wybieganie pod górę jest męczące, nawet jeśli się przy tym nie śpieszy. Góry to niepokonany przeciwnik. Należy im się szacunek i poważanie. Po tej chwili odpoczynku Giovanni szybo sforsował ostatnią skałę. Była ogromna. A na niej stały dwa nieregularne skalne filary. Wędrowiec już miał zrobić krok za nie kiedy usłyszał znany mu głos:

Bestia szczwana, co obraża jogina jak nędznego gada
że jest stary i umi tylko na „da-da-da”
już ja go rozsmaruje na skałach jak do ust pomada,
zdepcze go gadów parada,
ku chwale jogina-który-gadał-do-gada.
Za tą zniewagę czeka cię zagłada!
Da-da-da-da da-da!

Hej!

I rzucił się do szyi Giovanniemu Jogin-który-gadał-do-Gada. Wyskoczył wysoko. Bardzo zwinnie i szybko jak na starego dziada. Ale Giovanni mając Kostur był gotowy na atak z każdej strony, więc odsunął się tylko i puknął nim jogina z całej siły w głowe. Turban spadł, jogin się zakołysał, przewrócił, a Giovanni zepchnął go w dół, na skały. Serce całe mu drżało. Przetarł czoło z potu, i chciał ruszyć dalej. Wtem na drodze pojawił się Żółw.
– Witaj ponownie – przemówił swym żółwim tempem Żółw – Giovanni co wędruje-pod-Górę. Muszę przyznać, żeś przebył długą drogę człowieku, choć jesteś ludziem nowego wieku. Wszak to ostatnia tutaj z nami twa przygoda. A teraz wystąp więc przed te filary i powiedz mi co twe oczy uwidziały.
– Ach Żółwiu, widzieć cię to miód na serce moje. Jak tam zdrowie twoje? – mówiąc te słowa Giovanni przestąpił przez filary – Ależ….ależ tu nic niema. Przepaść , istna, zapaść, dziura. Roztrzaskam się o skały gdy pójdę dalej.
– Mimo, iż masz mądrość wolna, zdrowia i miłości jednak krocząc tu nic nie strzaska twoich kości. Nie patrz oczyma, one mylą. Jesteś Wędrowcem, a to znaczy wiele. Poczciwość, mądrość, miłość i wolność w dwóch znaczeniach. Popatrz tu sercem, tak jak stoisz, jak bije. Co widzisz zobaczysz. – Żółw mówiąc to nie przyśpieszał, ani nie zwalniał.
– Mimo, iż oczy mnie zawodzą to nadal nimi widzę przepaść. Jednak serce widzi drogę dalej. Czy kroczyć?
– Nie pytaj się głupio, tylko właź pod górę. Czas ruszać ci w drogę, po następną naukę.
Żółw i Giovanni gdy tak stali twarzami do rzekomej przepaści, nie zauważyli ruchu za ich plecami. Rozczochrany, wychudzony, stary półnagi dziad z pokrawawioną twarzą i wybitymi paroma zębami, korzystając z chwili nieuwagi chwycił Żółwia i cisnął nim o najbliższy filar. Giovanni szybko zareagował gdy tylko usłyszał krzyk Żółwia. Zaatakował, jednak nie zdołał dosięgnąć jogina tym razem. Widać na Jogina-który-gadał-do-Gada, atak kosturem działa tylko raz. Oczy Giovanniego zapłonęły, kiedy zobaczył umierającego Żółwia. Walił kosturem na oślep po skałach próbując dostać Jogina. Jednak ten unikał jego ataków i krzyczał tylko „hej, hej hej!”.
Wtem niespodziewanie, z jednego filaru zeskoczył Wąż, a z drugiego Traszka. Traszka czym prędzej podbiegła do Żółwia, a Wąż rzucił się na jogina, owinął się w okół jego szyi i obnażył spore jadowe kły. Począł kąsać raz po raz Jogina w szyje, w twarz i pierś. Jednakże Jogin bezradny nie był i zaczął siłą zrywać Węża z siebie. Zszokowany Giovanni nie czekając ani chwili, pacnął kosturem Jogina w splot słoneczny, potem w głowę, i podskakując w górę podciął mu nogi. Wąż odwinął się z drgającego w konwulsjach ciała jogina, spojrzał mu hipnotyzująco w gasnące oczy i podpełzł do Giovanniego.
– Możżże i zzzwą mnie Uzzzdrowicielem, albo Odnowicielem lub Kusicielem. Ale także zwą mnie Niszszszczycielem. Nie bez powodu Węże towarzyszszszą apokalipsssą.
Ale Giovanni nie bardzo słuchał Węża. Stał już obok Traszki trzymając na dłoniach rannego Żółwia. Łzy leciały mu po policzkach spływając na ziemię.
– Żółwiu…przyjacielu! Nie odchodź. Nie teraz. Żółwiu. – dało się ledwo słyszeć przez szlochanie.
Jednak Wąż podpełzł do Giovanniego ponownie, popatrzył na Żółwia i zaczął coś syczeć.- Nie lękaj się o niego Sssergio. Taka dola Szszszamana, ze chorych jużżż leczymy. – wysyczał wijąc się w dziwnym tańcu obok cierpiącego Żółwia. Żółw nie zajęczał ani razu. Twarde zwierzęta z tych żółwii. – Tydzień kuracji, zioła najprzedniejsze, w sssadzawce Twej Traszszszko kuracja kolejna i jak zzzdrów będzie naszszsz Żżżółw. Nie płacz przyjacielu.
– Hihihi. My Trzech Mędrców Dawnych, wiedzieć tyś to winien teraz. Aże dziada Jogina-co-gadał-do-Gada pokonał to szacunek ci na wieku Giovanni. Teraz możemy bezpiecznie żyć i nauczać prawdy Gady i inne Płazy wszystkie. Siostry i braci naszych. Hihihi. Ale wpierw Żółwiem się zajmijmy.
W tym momencie, ze zwierzaków wyłoniło się oślepiające światło, aż Giovanni się przewrócił. Nad miejscami gdzie przedtem były teraz widniały trzy Duchy. Najmędrsze z Najmędrszych. Jeden z nich. Ten symbolizujący Węża, zrobił znak ręką i wszystkie trzy świetliste zjawy zniknęły. Zaś za Giovannim nad przepaścią pojawił się most.
– Żegnajcie duchy Żółwia, Węża i Traszki. Dziękuje wam za waszą mądrość. – mówiąc to złożył pokłon w miejscu gdzie przedchwilą byli. Powoli wstał, wszedł na most i zanim się obejrzał już był na drugiej stronie.


<- Część poprzednia | Część następna ->

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra cz. IV

413 Wyświetleń


<- Część II
I | Część V ->


 Nazajutrz Tomas Vouter skrył się w bibliotece uniwersyteckiej stanowiącej część kompleksu akademickiego. Przed wiekami, gdy wyspa Kel stanowiła ostatnią fortecę elfiego władania jakimkolwiek terytorium, w miejscu biblioteki stała świątynia. Powiadali, że i nestorowie nie znali imienia bóstwa, któremu oddawano tu cześć. Wiadomym pozostaje, że gdy hufce ludzi wtargnęły do świątyni obalili posągi, a żywe elfy przetransportowali do nowo utworzonego getta w mieście Rad. Wnętrza świątyni zawierały kodeksy, manuskrypty, katalogi, indeksy, księgi hagiograficzne i elementarne zaklęcia magiczne. Zdobywcy rychło dokonali gruntownej selekcji zbiorów piśmienniczych. Potem płonęły stosy ksiąg. A wraz z nią kultura starsza od ludzkiego rozumu. Gdy ognie zgasły, tropiono tak zwanych demonologów, bałwochwalców, kozojebców i inkubów. Jakby nowopowstałemu miastu Kelrad za mało było żaru i żalu. Ci, którzy skrycie żałowali ofiar pogromu, wyjednali u króla Daggo I pokój. Apelowano o rozsądek, o miłosierdzie, zrozumienie i tolerancję. Skutkiem tamtych próśb był Wieczysty Pokój. Elfom pozwolono osiedlić się w grodach cesarstwa. W gettach. Z dala od rozsądku, miłosierdzia, zrozumienia i tolerancji. Potem król Daggo II postanowił odświeżyć starą, cudem zignorowaną budowlę. Biblioteka i wiedza schowana w jej murach trwały. Choć nikt nie pamięta lub pamiętać nie chce o jej korzeniach. Zaś biblioteka, jak z dawna, obserwowała i gdyby tylko mogła, zaśmiałaby się nad naiwnością swych wizytatorów.

Za murami biblioteki nieboskłon oblewał mieszkańców miasta przyjemnym słońcem. Morze spienione falami, burzyło się za sprawą zachodniego wiatru. Wyspa Kel, odgrodzona od części lądowej wysokim na trzydzieści sześć stóp murem, broniła się przed gołotą i ludźmi mniej szlachetnymi z urodzenia. Ponieważ zdaniem mieszkańców wyspy, Kel stanowiło osobne miasto. Niektórzy posuwali się w tym stwierdzeniu dalej twierdząc, że co tam miasto! Państwo! Wbrew tym stwierdzeniom wyspa nie mogła funkcjonować bez pozostałych dzielnic. To druga część Kelrad produkowała i handlowała. Wyspa Kel świeciła blaskiem przepychu. Na północ od bramy wejściowej Kel, Bramy Eo, wzdłuż linii murów, rozciągały się gospody, domy uciech, sklepy z wyszukanymi precjozami. Tamtejsi kupcy zwykli reprezentować rody senatorskie parające się kupiectwem, jakby na przekór tradycji szlachty północnej, dla której handel był czymś odpychającym. Dalej, gdy ulica zwijała się łukiem ku zachodowi, przechodzień trafiał na pierwsze zabudowania uniwersytetu. Wpierw Archiwum Koronne, gdzie składowano dokumenta, edykty, kodeksy i rozporządzenia. Opodal archiwum, konkretnie po drugiej strony brukowej ulicy, stał kościół Jurastiona, opiekuna mędrców, filozofów, braci studenckiej, ale i jurystów, bakałarzy, guwernantów oraz retorów. Dalej, za ceglanym murem rozciągał się Uniwersytet Cesarski ze słynnym Akacjowym Parkiem na czele. Żacy zwykli przezywać urokliwe miejsce Pachnącym Bajzlem. Nocami odbywały się tam hece i figle właściwie dla studenckiego przezwiska. Noclegownie tudzież akademiki, ukryte za uniwersytetem, kościołem Jurastiona i archiwum obfitowały w atrakcje. Ktoś grał na waltorni, inny wybijał rytm na bębenku, ktoś łączył pochodzenie kolegi z profesją nierządnicy, ktoś dowodził, że wypije dwie flasze wina na raz. Ktoś odparł, że czyn ten skończy się poważnym pawiem. I miał słuszność. Ci, którzy dyskutowali recenzowali wdzięki koleżanek studentek. Uniwersytet, bowiem był koedukacyjny, rzecz nie do pomyślenia w Norithorze czy w Ereslau. Inni gawędzili o przyjęciach, występach cyrkowców na zeszłym jarmarku, ktoś opowiadał niewybredne dowcipy, inni zaś mówili o bójkach. Mało kto mówił o nauce.

Główna arteria wyspy, kierująca w kierunku zachodnim, prowadziła wzdłuż znakomitych posiadłości senatorskich ogrodzonych wysokimi murami, na których parlamentarzyści umieszczali swe herby. A także i straż osobistą, stale taksującą przechodni.

Wszystkie te budynki musiały ustąpić Pałacu Cesarskiemu, do którego wrót prowadziło sto i piec marmurowych schodów. Sąsiadujący z pałacem Leawentyn, siedziba autokefala, dopełnia splendoru tego miejsca. Oba pałace, zasadniczo nie różniące się w swej konstrukcji, łączył Ogrójec Cesarski. Sławny dzięki mnogim i bogatym przyjęciom odbywającym się pośród dębów, wierzb płacących i akacji posadzonych tak, by róże, chryzantemy, datury, bukszpany i bluszcze, cieszyły oczy bywalców swym urokiem. Oba pałace, przypominające raczej twierdze, górowały nad wyspą Kel, połyskując spiczastymi wieżami w świetle słońca. Dla gapiów, wyselekcjonowanych rzecz jasna, miały stanowić sygnał o potędze majestatu. Dla gołębi, mew, kormoranów, a nawet albatrosów, sygnały te były niezrozumiałe toteż przedpołudniami ustawicznie obsrywały połyskujące wieże. Na południe od Bramy Eo, dłużyła się ulica z eleganckim rynsztokiem w kształcie półkola na środku. W swoim czasie elfy wybudowały sieć kanalizacyjną, do budowy której społeczeństwo ludzi przekonywało się z niemałym trudem. Idąc wzdłuż rynsztoka, przechodzień mógł wstąpić do którejś z wyszukanych tawern, pierwszorzędnych zamtuzów, wysublimowanych klubów, niemych świadków rodzących się intryg, aliansów i stronnictw. Każdy jeden, posiadający zacne nazwisko albo i lepiej wypchany trzos, mógł spędzić co najmniej wesoło czas na tej ulicy. Biedni tam nie mieli czego szukać. W ogóle nie wpuszczano ich na Kel. Elfów, krasnoludów, mnichów, kramarzy i cyrkowców też.

Docierając do początku odpływu rynsztoka, przed oczyma malował się senat. Niektórzy łączyli zarzewie ścieku z pobliskim miejscem zgromadzeń, wykłuwając z tego analogię. Senat, dość wymownie, prezentował się mizernie na tle Pałacu i Leawentynu. Co więcej, Pałac Cesarski, bezczelnie zdaniem senatorów, rzucał cień około południa na prostokątny budynek. Z tyłu, między Cesarskim Ogrójcem, a budynkiem senatu stała biblioteka. Biblioteka, z której to pewnie przypadkiem, nie zerwano fasady ornamentowanej motywem sterczącej na gałęzi sowy w centralnym punkcie ozdoby. Sowa posiadała wyłupiaste trzeszcza i trzymała w dziobku gałązkę wawrzynu. Ci, którzy znali ów symbol słusznie doszukiwali się w nim Merwego – elfiego patrona mędrców. Ale tych było zbyt niewielu, by ktoś zwrócił uwagę na fasadę. A potem ją rozbił.
W tymże przybytku Tomas wyczekiwał Karla. Lubił to miejsce. Nie posiadał z nim szczególnych wspomnień, lecz zapach starych ksiąg i powietrze ciężkie od kurzu wprawiały go w lepszy humor. I ta cisza… Zmącona jedynie astmatycznym sapaniem marszałka Ulifa Raiznera pochylającego się nad O duszy pogodzie, autorstwa Rispodelha I, ojca obecnie panującego.

Odchrząknięcie. Tomas, spoglądając przez ramię, zobaczył Karla opierającego się o półę z posegregowanymi alfabetycznie woluminami. Z kieszeni wydobył drewnianą fajkę z długim, prostym ustnikiem. Cichutki jak kot, skwitował w myśli żak. Ciekawe ile już tam stoi…

– Najciemniej pod latarnią? – Weiss zapytał niskim, ochrypłym głosem zerkając kurzym okiem na marszałka. – Nie przeszkadzajmy jegomości. Chodźmy. Weź te księgi i przejdź do alkierza.

Vouter przeszedł pomiędzy działem 930/40 a 940/41 wzdłuż liter G i H. Skręcił w dział Apologie monarchii, potem w szerszą alejkę między kategoriami tematycznymi aż dotarł do alkierza znajdującego się obok działu 921/01, znanego, jako Zgubne wpływy republik. Tam, jakby mający za nic konsekwencje, rozpalał fajkę Karl Weiss. Oparł się o parapet prostokątnego okna. Trwał w bezruchu, jak nigdy nieściągana z regału książka.
– Bardziej gotowi nie będziemy – Vouter odstawił książki na parapet. – Rudriger Ossel doniósł, że klan Grodderów dostarczył barykady. Krasie wykonały podobno popisową robotę. Co dalej? – Żak przymknął oczy. – Sprawy finansowe zostały domknięte. Przypilnował tego Sebastian Gelz. Powiada przy tym, że faktury, zlecenia przelewów, ogólnie ruchy pieniądza, zostały skrzętnie poukrywane. Na wszelki wypadek. Za siedem dni przy Bramie Eo około wieczora zaczną gromadzić się studenci. Victor Dauhwald stwierdził, że chętnych na pikietę jest sporo. O tym jednak wiemy póki co tylko ty, Victor, Rudi i Sebastian. Nikt więcej. Niektórzy pytali o broń…
– I co?
– Victor dementował pogłoski o rzekomej walce zbrojnej – Vouter wykrzywił nieładnie usta. – Durna ta nasza brać studencka. W ogóle nie domyślna. Gadatliwość ma w pakiecie. Moutart węszy niestrudzony i obawiam się, że jego długie konfidenckie uszy, mogły usłyszeć za wiele. Źle się stało. Nie docenialiśmy tej pierdoły donoszącej naczelnikowi. Tymczasem nasz mości pan ze Stalervek bierze na spytki co jakiś czas jakiegoś nieszczęśnika. Wypytuje, grozi, pluje, anonsuje o rychłym wydaleniu z uczelni. Wyspą Mort straszy.
– Straszy – Weiss zaciągnął się potężne. – Co proponujesz?
– Nic! – Tomas odwrócił się od okna i przetarł oczy. – Znaczy, sam nie wiem. Francesco nie kłamie. Nie fabrykuje dowodów. Ot, donosi i ma cham z tego złoty róg. Gdyby go tak zaraza przemogła…
Żak zerknął na Karla Weissa. Student zauważył w jego obliczu coś czego nie potrafił odczytać.
– Chcesz mu coś zrobić? – Obniżył głos. – Prawda?
– Co?
– Chcesz go zabić. Zgadza się?
– Przestań pleść, Vouter – Weiss obruszył się wściekle. Zbyt wściekle. Zbyt teatralnie. – Mów co dalej.
– Dobrze, już dobrze. Nie chciałem cię obrazić. Victor ma interesującą koncepcję. Przekupi odźwiernych z Bramy Eo, którzy przepuszczą pikietujących w kierunku Miasta. Wojsko i straż miejska nie będzie mogła nas rozproszyć tak jak poprzednio.
– W teorii. W praktyce może wszystko – Karl wypuścił dym przez nos.
– Nie wiem… Nie wydaje mi się, że naczelnik zdecyduje się na masakrę tuż przed pospólstwem z Miasta. Jasne, arystokracja z wyspy Kel nie znosi studentów. Ale tamci? Spoza wyspy? Zobaczą, że władza atakuje lud. Szybciutko zapomną, że brać studencka co rusz chędoży córy kupieckie, bije się w czeladnikami..
– Istotnie. Być może masz słuszność.
– Przygotowane barykady służyć nam będą jako ochrona. Nie spodziewam się bezpośredniego ataku, ale spodziewam się prowokatorów.
– Gada się, że poprzednio znaleźli się tacy – starszy żak wlepił wzrok w posadzkę.
– Stąd pomysł o minimalizacji podjętych działań. Szybka zbiórka, rozpoczęcie pochodu…
– Poczekaj, Tomas – Karl odwrócił się do okna pozwalając, by promienie słońca drażniły jego twarz. – Co jeśli pospólstwo z Miasta ruszy z buntem? Lud ma pewne wątpliwości, co do polityki wewnętrznej naszego umiłowanego cesarza. Pamiętasz sprawę cenzora Glauca? Bogowie… To był jedyny urzędnik podatkowy cieszący się sympatią ludzi. Cholera wie dlaczego. Co z nacjonalizacją zakładów produkcyjnych? Że też nie wspomnę o tej dziwnej modzie z fryzowaniem zbyt długich włosów.
– Istotnie – zgodził się student. – Nazbierało się tego, ale Rudi, Sebastian i mości Gelz uważają, że nie ma innego wyjścia – zawahał się. – Ja… Ja sam uważam podobnie. To…
Vouter złapał się na ekscytacji. Obiecywał sobie rozsądniej racjonować emocje w rozmowach z Weissem. Uśmiechnął się szczerze.
– To może się udać.

***

Hukanie sowy niepokoiło Edgara. Skąd jakieś przebrzydłe ptaszysko znalazło się w kaplicy bóstw? Znak? Omen jakiś? Księżyc bynajmniej nie srebrzył się na firmamencie od dawna, a Edgar o ile dobrze pamiętał, sowy wyruszały na łowy późną porą.
Rozmowa z ojcem Dietrichem, opiekunem kaplicy poświęconej Eo i Jego Dzieciom rozdrażniła alumna. Poświęcone miejsce wymagało doraźnej i stałej opieki. Edgar zwykł ochoczo wypełniać swoje obowiązki, co wprawiało niejednego i niejedną w lepszy nastrój. Brać studencka nierzadko śmiała się zeń, że wymienia nocniki bóstw, czyści zapaskudzone od wosku dewocjonalia i wyjada słodkości ofiarowane Hilen lub Pryterowi. Edgar, jako alumn i zarazem żak, za nic miał próżnicę studentów. Znosił cierpliwie szykany, zaś w duchu obiecywał, że gdy zostanie kapłanem będzie zadawał surowe pokuty braci studenckiej. Profilaktycznie. Wszystkim.
Usłyszał czyjś chód. Tej okazji nie mógł przepuścić Łatek. Piesek Edgara odziedziczony po doktorze Hauserze. Począł szczekać głośno i nieprzyjemnie. Zwierzę darło się z zawziętością godną komornika przy posłudze windykacyjnej.
Zza rogu wyłonił się Karl Weiss.
– Cicho Łatek! Cicho bądź! – Wydawał komendy Edgar. Na próżno. – Sza, psie!
– Cześć Edgar – rzucił Karl obserwując Łatka zbliżającego się do jego nogawki. – Już ci! Zmykaj! – Warknął i zamachnął się na psiaka markując rzut.
Fortel podziałał. Pies spokorniał i uciekł za Edgara. Alumn parsknął, ale wnet zmarkotniał.
– Cholera, mam nocne czuwanie – rzekł Edgar. – Zawsze to samo. Muszę zamknąć gdzieś Łatka, ale pewnikiem nasra w jakimkolwiek schowku.
– To może uwiąż go gdzieś na dworze? – Zaproponował Karl obserwując jak kundel znowu obwąchuje jego but.
– Raczej nie. Ktoś mi go jeszcze ukradnie albo otruje. Tak, tak. Doktor Hauser, choć był autorytetem w swej dziedzinie, nie cieszył się popularnością wśród żaków. Był surowy, nie stronił od konfliktów. Ktoś mógłby zechcieć otruć Łatka z zemsty.
– To głupie.
– A czyż ludzie nie są wolni od głupoty?
– Masz rację.
Karl zamiast znów zamarkować rzut, schylił się i pogłaskał żywo psa.
– Mogę się zaopiekować Łatkiem jeśli chcesz.

***

Ulice wyspy Kel były najlepiej strzeżonym miejscem w całym Cesarstwie. Magister Francesco Moutart mijał co chwila pięcioosobowe drużyny mężczyzn z imponującymi glewiami, w kolczych koszulach z pysznie wyeksponowanymi tabardami ze znakiem jelenia o płonących niebieskim ogniem oczach. Posyłali magistrowi nieufne spojrzenia. Moutrat czuł się dziwnie. Musiał zaliczyć wizytę u Brückera, potem u Henricha ze Stalervek. Naczelnik pewnie chce spijać mą niedole jako ostatni, pomyślał. Już ja mu się zrewanżuję!
Wszedł na Czarci Plac, gdzie wedle starej opowieści, elfy miały uprawiać niegdyś kult magii. Dla magistra samo oddawanie się sztuką magicznym było czymś nienaturalnym a co dopiero hołdowaniu jej. Na Placu w ołowianej klatce, zgodnie zaleceniem sądu, zwykło umieszczać się zwłoki skazańców, którym udowodniono posługiwanie się magią. Nieszczęśnicy ci pochodzili bez wyjątków z rodów arystokracji oraz patrycjuszy. Dla biedniejszych kryminalistów miasto Kelrad przewidziało pospolite szafoty na lądzie lub w dalszym ciągu popularne piki na bramach. Tym razem ołowianą klatkę zajmowały zwłoki cenzora Glauca Orgera rodem z Neusalz. Francesco Moutart doniósł łaskawie na niego, gdy popisywał się znajomością rozprawki O pochodzeniu bogów nieznanego autora. Wzięty na inkwizycję cenzor przyznał się, że modlił się do nielegalnych bóstw oraz korzystał z magii w sprawach prywatnych i zawodowych. Plugawił błogosławieństwa boga Prytera, w celu powiększania popularności wśród prostego ludu. Sprawa zakończyła się śmiercią urzędnika. Padł również cień wątpliwości w stosunku do religijności Trybuna Ludowego Joachima z Casetheim, który pragnął bronić Orgera przed sądem. Wkrótce wszczęto nowe postępowanie, zaś miejscowy kat zarobił na nowe rękawice.
Moutart wiedział, że dobrze zrobił. Prawo jest prawem i choćby było najdotkliwsze musi być egzekwowane z surowo. Tylko dlaczego, mimo rygoru kar, ludzie dalej kroczą drogą występku? Magister sądził, za profesorem Brückerem, że wina leży po stronie upadku autorytetów i ogólnej deprawacji rasy ludzkiej przez wpływ obcych ras. Właśnie, Brücker, zadumał się magister. Stary pierdziel wykorzystuje mój afekt do sukcesu. Nie jestem zboczeńcem, ale też nie posiadam koneksji dających mi dostęp do gotówki. Młody naukowiec począł zachodzić w głowę jak stary profesor dowiedział się, że Moutart posługuje w Małej Syrence. Zawsze nosi maskę, używa innych pachnideł oraz odzieży. Nawet bajzelmama nie znając jego prawdziwego imienia mówi mu per Gwizdeczek. Lecz nie to było istotne. Brücker złożył mu obietnicę, że obsadzi go na etacie kancelarzysty w Instytucie Dialektyki.
Francesco Moutart dziękował bogom za zbiorową mądrość, która popchnęła senatorów do obsadzenia wszystkich ulic wyspy Kel, latarniami. Ale nawet w najbardziej cywilizowanej enklawie Cesarstwa, za którą Moutart miał Kel, nie obeszło się bez psich kup. Mało brakowałoby nowiutke pantofelki przeszłyby chrzest. W przypływie gniewu zaczął rozglądać się. W świetle latarni dopatrzył, jego zdaniem szczurołapa, który wesoło gwiżdżąc szedł z jakimś kundlem. Usiadł na murku niedaleko Małej Syrenki i zaczął nabijać cybuch fajki wydobytej z kieszeni. Magister postanowił zwrócić mu uwagę.
– E! Panie! Co pana pies tak tu sra?!
Nieznajomy zignorował pytanie, co zamieniło gniew magistra we wściekłość. Podszedł bliżej, czujnie na psa. Niepotrzebnie. Kundel ułożył się pod stopami szczurołapa i począł lizać się tam gdzie tylko czworonogi potrafią.
– Mówię coś do ciebie – walnął mężczyznę śliną uchodzącą wraz ze słowami. – Patrz na mnie, jak do ciebie mówię!
Spojrzał. Moutrat znał te szare oczy odcedzone od współczucia i miłosierdzia.
– To ty?!
Pies zaniepokojony nagłym okrzykiem zaszczekał. Magister zwrócił uwagę na kundelka i rozpoznał w nim Łatka. Chciał krzyknąć znowu, ale poczuł jak zimna stal urywa jego akcje serca.

<- Część III | Część V ->


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 4 (#1 2017) kwartalnika Abyssos.

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. III

631 Wyświetleń

<- Część II | Część IV ->

 


Tomas nic nie rozumiał.

Odkąd zaczął się wykład profesora Vendoma Tasartira, oryginała z długimi siwymi włosami oskarżonego o nie dwu a trzylicowość, wpatrywał się w Karlin Kuzeck. Żakowi imponowały wydane policzki dziewczyny, jej migdałowe, typowe dla Atrynijczyków, oczy. Imponował mu jej również jej tył. Jędrny, zgrabny, wesoło kołyszący się podczas chodu. Studentowi nie przeszło nawet przez myśl, że wczoraj zachwalał nieobowiązkowe wykłady. Dziś w myślach figlował z Karlin na sposoby, przez które trafiłby na stos. Pomyślał o Emili i zarumienił się doszukując się w swych imaginacjach zdrady.

Continue Reading

Oculum Mundi

Miejskie powietrze czyni wolnym #2

348 Wyświetleń

<- Część I | Część III ->


Chriss otworzył usta ze zdziwienia. Nie wiedział po co tu jest potrzebny, ani tym bardziej, dlaczego go tak energicznie przywitano. I zrobił to najwyższy urzędnik w całej republice. Chyba każdy, kto przybyłby ad hoc w takie miejsce zareagowałby dokładnie tak samo.

Przyglądanie się jednookiemu żołnierzowi dłużyło się. Chriss rozumiał ten mechanizm. Cisza, jaką celowo podtrzymywał doża, miała zdezorientować go. Sprawić, by poczuł się niepewnie. Wagner postanowił wziąć udział w tej grze. Pomimo faktu, że już wcześniej wyraził zaskoczenie, dalszą część partii zdecydował się rozegrać, jakby to on sam rozdawał karty. Przybrał dość normalny wyraz twarzy i oczekiwał na ruch od strony doży.

– Zapraszam do pokoju obok, panowie – odezwał się w końcu Sorill i wskazał na zgrabne, hebanowe drzwi po jego lewicy.

Nie czekał aż Czarny Kaptur zabawi się w lokaja, otwierającego drzwi. Pchnął je i żwawym krokiem wszedł do przytulnego pomieszczenia o skąpym wystroju. Za prostokątnym stołem stało dwóch przygarbionych jegomości w słusznym wieku. Pochylali się nad mapą rozłożoną na stole. Żołnierz rozpoznał ich bez większych trudności. Francis Orweld i Gustaw Nauestad zasłynęli z szeroko zakrojonych akcji charytatywnych skupionych wkoło kościoła Hilen, opiekunki zdrowia i miru domowego. Na szlachetne uczynki stać ich było za sprawą obrotu bronią i pancerzem w faktoriach handlowych rozmieszczonych w całym Cesarstwie Ingradyjskim.   

– Panowie – zaczął doża odwracając się profilem do Wagnera i Oldberga. – Jesteśmy w komplecie. Mości Nausestad, zechcecie zacząć?

Wagner spojrzał kątem oka w stronę mężczyzny, którego wywołał Sorill. Pomimo, że widział go po raz pierwszy w życiu, dokładnie tak sobie go wyobrażał. Przy kości, o pucowatej twarzy i łysinką na głowie. Typowy obraz kupca, do którego już przywykł, nawet będąc w wojsku.

– Dziękuję panie – Nausestad pokornie ugiął się w pas. – Na sam przód garść informacji. Rozpoczynamy wojnę handlową z republiką – kupiec machnął ręką. – Upraszam o wybaczenie. Z księstwem Norithoru. Nie mogę się przyzwyczaić do Bękarciego Księstwa… W każdym razie ród Camperezza rośnie niebotycznie w siłę i teoretycznie, jako nowa szlachta nie powinien parać się handlem, gdyż to zjawisko bezbożne, plugawe et cetera, et cetera… Być może nowej szlachcie przystoją takie zmiany – pokręcił zrezygnowany głową. – Bez względu na to familia, a obecnie ród książęcy Camperezza, szkodzić będzie Najjaśniejszej Republice w sposób niepomierny.

– Jako stronnicy cesarza – uzupełnił Francis Orweld.

– Nie inaczej, Francis, nie inaczej – zgodził się Nausestad.

Na twarzy Chrisa pojawił się lekki uśmiech, gdy słuchał słów kupca. Zdał sobie nagle sprawę, jak polityka zmienna jest. Nic dziwnego, że jego ojciec zerwał zaręczyny z panną Siletto, skoro mocno mieszała mu w planach. To dość zabawne, pomyślał nagle wojskowy, spoglądając mimochodem na rozłożoną mapę, że nagle, po dziesięciu latach poza granicami swojego domu, zacząłem myśleć o współżyciu małżeńskim. Ewidentnie się starzeję. Po chwili jednak wrócił do słuchania Neustada.

– Dlatego mości doża – Gustaw znów zbił pokłon w stronę najwyższego urzędnika – powodowany mądrością przystał na nałożenie na cis, rudę żelaza, krzemionkę i wełnę cła zaporowego. Transfer towaru do stolicy, a potem dalej na północ, rozciąga się przez terytorium Modris gdzie cło będzie pobierane. Ponadto książę Arnold Ottarstein z Ostreich i książę Veron z marchii Walsberg wyrazili chęci do nałożenia podobnych ceł – Nausestad zaprezentował na rozłożonej mapie poziomią linię ziem, na których będzie obowiązywały regulacje. – Towary z południowych księstw, choć tanie, zrównają się z cenami naszymi, dzięki czemu nasi stronnicy militarni, zwiążą się z nami i  handlowo. Osłabi to ekonomię Norithoru, ale i Kelrad, stolicy.

– Zaś my zyskamy na obrocie cisem, wełną i konopiami na wschodnich rubieżach cesarstwa – dodał Orweld. – Oraz Marchii Północnej…

– …o ile ceny za węgiel, żelazo, siarkę i glinę wydobywaną w Marchii Północnej stanieją – kontynuował korpulentny handlarz. – A na to głowa rodu Wagner przystać nie chce…

Podporucznik słuchał z uwagą kupców. Pomimo faktu, że nie był obyty z arkanami handlu jak tutaj zebrani, potrafił dość błyskawicznie analizować fakty. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Republika Modris stanowiła główny szlak handlowy do stolicy i dalej i każdy potencjalny towar musiał przejść przez te ziemię. Nałożenie ceł zaporowych przez republikę i otaczające Norithor księstwa wprowadzi stolicę w problem, gdyż nawet gdyby chciał kupować towary dalej w swoim państwie satelitarnym, straci więcej niż gdyby kupował od Republiki Modris. Christofferowi aż zakręciło się w głowie. Odzyskał trzeźwe spojrzenie na świat w chwili, gdy wspomniano o Marchii Północnej i jego ojcu. Zapaliła mu się w końcu lampka o co tu może chodzić i w końcu, po dłuższym milczeniu zabrał głos.

– Nie ma co się dziwić, skoro to są materiały, które potrzebne są do kucia oręża. Poza tym, obecnie sytuacja na północy jest moim zdaniem dość niepewna, by faktycznie prowadzić tam politykę handlu surowizną. Chyba, że mój ojciec podał inny powód, dlaczego nie przychyla się do propozycji rady.

– Nie powiedział nic – rzucił opieszale Sorill. – Dlatego, Christofferze, chcieliśmy byś uczestniczył w tym spotkaniu. Z twoim zacnym ojcem kontaktujemy się drogą listowną, a jak sam się domyślasz nie jest to kontakt wygodny. Mimo utrudnień zdążyliśmy wysondować, że margrabia Namüel, jak to się mawia prosto, kręci nosem. Od początku kupował surowce ze swoich terenów od spółek górniczych i wydobywczych pochodzących z Modris. Już wtedy nie był zadowolony z takiego stanu spraw. Obecnie, gdy twój ojciec, zdołał wykupić większość akcji tamtejszych faktorii stał się… – urwał na chwilę kręcąc głową – monopolistą.

– A gdzie monopol – rzekł Oldberg – tam nie ma konkurencji.

– Zaś bez konkurencji mamy do czynienia z wysokimi cenami – wnioskował Sorill.

– I wkurwionym margrabią – skwitował Nausestad.

Chris spoglądał kolejno na każdego przemawiającego mężczyznę. Miał wrażenie, że był przytłaczany każdą informacją, która wychodziła z ust urzędników. W końcu mówili mu o rzeczach, które były częścią polityki handlowej, która od kilkunastu lat nie była już jego domeną. I dałby się wrobić jak dziecko w niemalże każdą intrygę ekonomiczną, która szyją wielcy tego miasta. Przyjął więc na razie w myślach pozę “nie ma chuja, nie zgadzam się”, ale w ruchach i słowach wykazywał jakiś przejaw zainteresowania i szacunku wobec urzędników.

– Znam podstawy ekonomi, a także charakterek magrabii Namüela, więc zdaję sobie sprawę, jaki musi mieć to wpływ na wasze interesy, panowie- powiedział w końcu wojskowy, a zaraz potem zadał pytanie, które chodziło mu po głowie od dłuższego czasu.- Nie mniej, wciąż nie rozumiem, jaką w tym wszystkim mam odegrać rolę?

Podporucznik mimo wszystko, mógł się domyślać, że będzie jeleniem, ale wolał usłyszeć, w jakie piękne słowa ułoży to doża i reszta kupców. Smętna gęba Nausestada nie napawała wojskowego dobrymi przeczuciami. Orweld mlasnął i wypuścił głośno powietrze.

– Dobrze, ja to powiem – zaczął niechętnie. – Twój wielce szanowny ojciec z pieczołowitością dogląda spraw rodu Wagner i pomnaża jego majątek, ale… Na bogów… Ale szkodzi tym samym miastu. Zagadnienie jest szersze aniżeli sprawy finansowe i zależy nam na dobrych relacjach z margrabią. Na północy Kelrad, na południu Norithor. Sytuacja geopolityczna Modris przypomina położenie gładkiej dziewki – kupiec podrapał bulwiasty nos. – Jegomość z przodu i jegomość z tyłu ostrzą sobie na nią miecze. Jeśli wiesz o co mi chodzi.

Nausestad zachłysnął się winem. Doża Sorill z wymalowaną na licu ojcowską troską oklepał plecy grubego kupca.

– Bój się bogów, Francis – rzekł, gdy odzyskał dech w piersi. – Ty jak coś powiesz, to klękajcie narody…

– Moim zdaniem to całkiem zgrabna metafora – wtórował Orweldowi doża.

– Tak czy inaczej, Chriss… – Francis Orweld podjął sztywno. – Chcielibyśmy, abyś wpłynął na ojca. Tak by…

– Tak by, do ciężkiej choroby, stał się na powrót patriotą – dokończył buńczucznie Nausestad. – Oddanym i płomiennym patriotą.

– Mój pułkownik zwykł mawiać w takich momentach “Może i jest patriotą, ale bogowie, dajcie mi kompanię, a nie idealistę, do kurwy nędzy”, z wybaczeniem szanownego towarzystwa- nie mógł się powstrzymać od tej docinki wojskowy.

Wewnątrz siebie dusiło go pragnienie, by wybuchnąć gromkim śmiechem na słowa kupców i najwyższego urzędnika. Wiedział jednak, że nie spotkałoby się to ze zrozumieniem towarzystwa zasiadającego na tej naradzie, dlatego wolał podsumować to krotochwilą o mało wysublimowanym smaku. A ta przynajmniej mogła się spotkać z aprobatą choćby rajcy Orwelda. Bo już tarzanie się po podłodze, płacząc od rechotu raczej nie byłoby dobrze przyjęte przez żadnego z urzędników.

– Sprawa jest jeszcze trudniejsza niż szanownemu zgromadzeniu się wydaje- zaczął szczerze Chris, nie chcąc tworzyć iluzji dumy i szczęścia.- Wraz z moim odejściem do armii cesarskiej dziesięć lat temu nie rozstaliśmy się z ojcem w pełnej zgodzie. Minęła już co prawda ponad dekada od tego wydarzenia, ale wciąż… nie wiem, jak się zapatruje mój płodziciel na moją osobę. Zwłaszcza, że nie otrzymywałem żadnych listów z domów w trakcie służby. To pierwsza sprawa. Druga rzecz, to odległość. O ile mi wiadomo, to Pan Oldberg wspomniał, że mój ojciec wyjechał już do Północnych Marchii finalizować transakcje. Raczej w ciągu jednego dnia nie znajdę się na Harpich Szczytach, by mu wbić do głowy, że źle robi. I w końcu po trzecie… –

Tutaj Wagner cmoknął i się lekko uśmiechnął. – Wybraliście chyba złego Wagnera, panowie. O ile to wiem, moi bracia są bardziej pod ręką i znacznie bardziej przekonujący w kontekście zmian kierunku wiatru handlu anieżeli ja. Skąd więc taka decyzja, by mnie tam posłać?

Po słowach Chrissa nastała cisza. Jednooki zauważył, jak doża zerknął wrogo w kierunku trzymającego się na uboczu Czarnego Kaptura.

– Nie ja zbierałem wywiad, panie – odpowiedział sugerująco tajemniczy mężczyzna.

– Być może masz rację – Sorill zwrócił uwagę z powrotem na wojskowego. – Może czas leczy rany i pański ojciec nie byłby skory do gniewu, ale to kwestie domysłów. My potrzebujemy racjonalnych zadań.

Urwał, by stuknąć dwukrotnie o blat stołu. Wagner pojął, że w jednej chwili koncepcja planu doży runęła, jak marzenia mężów o bezstresowym pożyciu małżeńskim.

– Istotnie – podjął ponownie – zbyt daleko do Harpich Szczytów, by ryzykować potencjalną stratę czasu na rozdrapywanie starych, familijnych ran – oparł się o blat przebierając na nim rytmicznie palcami. – Czy mówi panu coś nazwisko Selitto?

– Mój panie, czy to aby roztropne, by… – Wtrącił się Orweld. Zamilkł, gdy doża energicznym gestem dłoni nakazał mu milczenie.

– Oczywiście, że mówi- odpowiedział Chris, wypuszczając powietrze z ust i lekko się uśmiechając.- Chyba z resztą wywiad mości doży, a co za tym idzie pan również, doskonale zdaje sobie sprawę, jak w dalekiej przeszłości rody Selitto oraz Wagner były ze sobą w dobrych relacjach, do tego stopnia, że byłem zaręczony z córką głowy rodu, Eweliną. Obecnie zdają się być zausznikami Camperezzów, czyli stoją po stronie cesarskiej. No i moje zrękowiny również stały się już mitem na rzecz innego absztyfikanta ze wspomnianego wcześniej rodu. I, o ile mnie pamięć nie myli, zajmowali się surowizną z kopalni metali. A także stoją w opozycji do innych familii elekcyjnych.

Skierowany wzrok doży na pana Orwelda przedłużał się. Chriss zauważył jak stary kupiec zrezygnowany wzruszył ramionami.

– Wszystko to prawda i tylko prawda – potwierdził Sorill delikatnie kiwając głową. – Camperezzowie, jako ród przedsiębiorczy…

– … skurwesyński, pełen parweniuszy i hochsztaplerów – raczył uzupełnić Gustaw.

– Dziękuję – westchnął mało zdziwiony doża. – Słusznie sugeruje pan Nausestad, że Camprezzowie to zdrajcy. Otworzyli bramy Norithoru podczas buntu i wpuścili lojalistów do miasta. W zamian za to otrzymali herb, splendor, tytuły, ziemię, tedy wszystko to, co czego potrzebuje szlachta.

– Syfilisu nie było w pakiecie – burknął ponownie grubawy kupiec. – To w stan szlachecki wnieśli w posagu.

– Gustawie, w każdym rodzie są osoby, które mają kiłę… To nie… – Próbował mitygować Francis.

– Tak czy inaczej nowi władcy Norithoru pragną położyć łapę na Modris, na co zgody nie ma – doża twardo wrócił do meritum. – Z rodem Selitto nic nie poradzimy. Wybrali tak, a nie inaczej, zaś my nie możemy pozwolić, by nasza pozycja osłabła – uniesiony palec ku górze wskazał na północno-wschodni kraniec mapy. – Harpie Szczyty. Spółki Wagnerów, spółki Camprezzów, jak się okazuje. Oni coś knują, a my musimy dowiedzieć się co. Chcielibyśmy byś ostrożnie wybadał sytuację w familii Selitto. Wobec ciebie nie będą mieli podejrzeń, Chriss…

Milczenie kupców wydało się kłopotliwe. Mężczyzni raptem wpadli w konfuzję, Fracis Orweld rozpoczął nawet kontemplację podłogi. Podejrzenia jednookiego kierowały się w stronę ewentualnych kontaktów handlowych ojca. Wagnerowie i Camperezzowie w przeszłości prowadzili wspólne interesy. Całkiem intratne, o ile Chriss pamiętał.

– Trzeba sprawdzić – milczący do tej pory Czarny Kaptur odezwał się paskudnym głosem – czy Hektor Wagner nie zwąchał się za blisko z Camperezzami… Proszę pana.

– Dzięki, nie wiedziałem- odpowiedział po chwili konsternacji Chriss, pozwalając sobie na spojrzenie: “Czy ty uważasz mnie za aż tak niedorozwiniętego?”.

W odpowiedzi mężczyzna skinął mu głową z wrednym uśmiechem.

Zasadniczo, bardzo mu się ten pomysł nie podobał, by mieszać się w zatargi zwaśnionych rodów i sojuszników. Nigdy nie był biegły w polityce, zwłaszcza dotyczących handlu, a teraz nie dość, że proponowali mu maczanie się w tym brudzie, to jeszcze na zasadzie szpiega. Szpiega, który będzie  przeciwko własnej rodzinie. W pewnym sensie to zdrada. Ale… z drugiej strony, skoro ojciec się do niego nie odzywał, podobnie jak bracia, będzie mógł im odpłacić piękne nadobnie. By jednak to się stało, musiał wiedzieć, czy mu się to w ogóle opłaci. Nie chciał być instrumentem, tylko dołączyć do muzyków. Ale na swoich zasadach, jako skrzypce prowadzące.

– Myślę, że mógłbym się tego podjąć, ale nim to, chciałbym się dowiedzieć, dlaczego ja, a nie któryś z moich ambitniejszych braci?- zaczął dość niewinnie, ale potem pozwolił sobie na bardziej pewny uśmiech.- To po pierwsze. Po drugie: awans na pułkownika, posiadłość o powierzchni stu arów, dwadzieścia hektarów własnościowych z polami, pastwiskami i lasami, na czas trwania misji 500 denarów: 100 w gotówce, 400 na lokacie bankowej, po misji pensja o wysokości 100 denarów miesięcznie na dwa pokolenia z czystej linii ode mnie, a do tego 10% upust cen na wyroby i surowiznę pochodzących od rodzin członkowskich rady do końca życia, pod zaprzysiężeniem u najwyższego kapłana Tradara.

Wraz z narastającą kupką warunków kolejno kupcy Orweld, Nausestad i Oldberg, wyrażali swoje zdumienie. Pierwszy psioczył, drugi obsobaczył Chrissa, trzeci zmówił pacierz do Skrupulatności Tradara. Gdy nadszedł kres wyliczanki doża położył ręce na blacie stołu i wypuścił głośno powietrze.

– Panowie kupcy… Wyjść – polecił twardym głosem. – Oprócz ciebie – zwrócił się do Czarnego Kaptura.

Mężczyźni posłusznie spełnili żądanie Sorilla, grzecznie kłaniając mu się na odchodne.

– Cesarz zwykł wieszać za podobne żądania – doża jak na przekór wypowiedzi, uśmiechnął się. – Wyższej szarży ci nie dam, w Najjaśniejszej Republice tytułów się nie kupuje… A przynajmniej chciałbym w to wierzyć.

Obszedł blat stołu i zbliżył się do jednookiego po czym złożył swą rękę na jego ramieniu.

– Chętnie spełniłbym twoje warunki. A nawet zrobił wyjątek dla stopnia pułkownika, lecz zrozum – przerwał i zdjął rękę z wagnerowego ramienia – takie zmiany gruntowe, finansowe i ekonomiczne, mówią wiele. Czy wiesz, że nim zaczyna się jakikolwiek konflikt zbrojny to na przód mówią nam o tym liczby? Tak, tak. Ekonomia. Wahanie rynków, destabilizacja, niemożność pogodzenia się ze złą koniunkturą, a dalej wymuszanie cen, narzucanie ceł i wszelkie próby regulacji rynku prowadzą do katastrofy. Zważ czego żądasz: nieruchomości, dóbr, wyrobów i upustów. To by pokazało naszym wrogom, że coś czynimy. Że wykonujemy ruchy. A naszym przyjaciołom, że próbujemy regulować rynek dzięki temu dziesięcioprocentowemu upustowi. Czy wiesz jak prędko rodziny członkowskie rady by nas opuściły?

Powracający za stół Kersil Sorill zapukał dwa razy w blat.

– Proponuje zatem zakwaterowanie na czas misji w zamtuzie Mirra i płomień, sto denarów zaliczki i czterysta denarów po wykonaniu zlecenia. To wszystko, co mam do zaoferowania – skwitował władca. – Nie musisz odpowiadać teraz. Idź i użyj życia na balu, a gdy ten zakończy się, poznamy obaj twą decyzję.  

Chriss wysłuchał co miał mu do powiedzenia doża. W tym momencie miał ochotę trzasnąć drzwiami i wrócić gdzieś na północ, gdzie nie było żadnej polityki rodowej, ani tym bardziej zdrady w stosunku do własnej rodziny, do czego namawia go teraz Kersil. Nie ma zamiaru godzić się na to, by dostać jakieś marne grosze w stosunku do kroci, którą zarobią wielkie rody. Nawet gdyby go włączyli do kółeczka, nie wykazywałby żadnego zainteresowania, gdyż bardziej dla niego zajmujące są militaria. Rzucił jeszcze tylko spojrzenie w stronę najwyższego urzędnika i kiwnął głową, nie dając mu żadnej odpowiedzi. Gdy tylko doża puścił jego ramię, ukłonił się zgodnie ze zwyczajem i skierował się w stronę drzwi. Tam się zatrzymał i obrócił na pięcie:

– Wciąż jednak nie dostałem odpowiedzi na pierwsze pytanie- dodał jeszcze podporucznik, wpatrując się w twarz Sorilla.- Dlaczego ja?

– Jesteś stąd, ale jednocześnie jesteś obcy – odpowiedział doża posyłając żołnierzowi szczery uśmiech.

– Zdaje się, że tak naprawdę nigdy nie byłem „stąd”- odparł jeszcze wojskowy, raz jeszcze kłaniając się i wychodząc z sali.


Michał J. Sobociński;

P. R. Ofiarski


<- Część I | Część III ->

Oculum Mundi

Miejskie powietrze czyni wolnym #1

595 Wyświetleń

Z pewnością są tacy, którzy przynajmniej słyszeli o grach RPG. Znajdzie się garść i takich, którzy grali w różnorakie settingi (systemy) mogąc poczuć się tym, kim w rzeczywistości nie są. Jednakże istnieje specyficzny dział odgrywania postaci tzw onForum. Jest to nic innego jak sesja RPG opisywana na popularnym silniku forum phpBB.

Dwóch autorów, publikujących na Abyssos, postanowiło wykorzystać doświadczenie zdobyte podczas tego rodzaju rozgrywek i wykorzystać je w oryginalnej czynności literackiej. Zamiast popularnego schematu, używanego na sesjach onForum, autorzy zdecydowali się prowadzić narrację w kolejnych odcinkach mini powieści Miejskie powietrze czyni wolnym, osadzonym w uniwersum Oculum Mundi. Historia prowadzona jest w sposób ciągły, to znaczy bez wyraźnego podziału na wątki MG (Mistrza Gry) oraz BG (Bohatera Gry).

Michał Sobociński, jako Mistrz Gry; Paweł Ofiarski jako Chrisstoffer Wagner.

Zapraszamy do lektury!


Część II ->


1 kalendy miesiąca Tradara, 580 lat po przybyciu Attara

W całym cesarstwie nie ma takiej zimowej nocy.

W mieście Modris był taki zwyczaj: kiedy komuś nie wyszedł interes, bez znaczenia o jakiej skali, zwykł obrzucać posąg świętej Matyldy różnymi nieprzyjemnościami. Zwyczaj ten wziął się od legendy, która opowiadała, jak najuczciwsza z najuczciwszych Matylda wyznała na sądzie, że jej ojciec kantował przy odpisach podatkowych. A za zaoszczędzone pieniądze kupował córce smakołyki. Powiadali tedy, że wówczas to sam bóg handlu i kupców, Tradar, nie mogąc się nadziwić tak naiwnej uczciwości, wziął po śmierci Matyldę do swej domeny, by doświadczyć jej zalet. Lub wad, jak twierdzili inni. Teraz wszyscy ci, którym różnorakie kłopoty pożarły intraty, przeklinali cechy Matyldy z wiadomych powodów.

Chrisstoffer Wagner przyglądał się trudom mnicha wycierającego pomnik. Przyjrzał się swojej szacie i ocenił, że w porównaniu do duchownego, którego świątynia słynie z bogactwa, wygląda niczym doża. I nic dziwnego. Nie w taką noc. Pierwszego, zimowego wieczora każdy jeden w Modris, czy to łachmyta, dziad proszalny, kupiec, mistrz rzemiosła lub szlachetka, zakładał co miał najprzedniejszego i pośpieszał do Pałacu Najjaśniejszego Doży. Tam, rok w rok, obywatele i nie obywatele Modris świętowali zrzucenie jarzma mitycznego „króla” rodzącego się miasta-państwa i deklamowanie republiki.

Mnich, gdy skończył wycierać posąg, odwrócił się w kierunku młodego Wagnera i widocznie nie spodobał mu się zastany widok. I nie było co się dziwić. Wszyscy wiedzieli, że pomimo uroczystych zasłon, przyjęcia u doży to istne targowisko próżności, gdzie każdy gest, słowo, a nawet sposób ubioru mógł wywołać plotkę, a od niej bliska droga do skandalu. Za maską eleganckiego przyjęcia, toczyła się wojna o status. Szczęśliwie, Christoffer nie miał co tracić, gdyż w mieście przebywał tylko dwa dni i sam jego powrót może być powodem wielu plotek. Zwłaszcza, gdy się dowiedział, że jego ród, z którym był związany więzami rodzinnymi, tak mocno wybił się na handlu bronią.
Wojskowy zatrzymał się na chwilę przy posągu, przypatrując się jego majestatowi, by potem zerknąć na skromnego mnicha, któremu wyraźnie nie był w smak ubiór byłego wojskowego. Zdziwiło go to trochę, gdyż starał się zachować powagę w stosunku do swojej rangi. Miał na sobie mundur galowy, skrojony na miarę, w barwach księstwa Yorbrittum, wraz z pagonami, które miały wskazywać rangę podporucznika. Do tego, wypastowane buty oraz pas z przypiętym mieczem. Jako dawny oficer przysługiwał mu honor noszenia broni jako statusu na uroczystościach. W lewej ręce trzymał maskę na patyku jakiejś uśmiechniętej osoby, która kolorystycznie była dopasowana do stroju. Nie świecił się jak przysłowiowy szczupak w szafranie, nie mniej był dość elegancki. Nawet zasłonił elegancką, czarną opaską dziurę po oku. Nie odezwał się jednak, gdyż nie chciał człowiekowi przerywać swojej pracy. Chociaż, z drugiej strony, nawet ten duchowny nie wiedział, ile by Wagner oddał by się z nim zamienić na miejsca i nie udawać się na to przyjęcie z powodu obowiązków zawodowych.

Nie mniej, obiecał panu Oldbergowi, że się pojawi na przyjęciu. Nie wiedział czemu wspólnik w interesach jego ojca tak mocno namawiał do wzięcia udziału w tej uroczystości, lecz jak każdy człowiek interesu miał pewnie w tym jakiś cel. Czyżby jego ojciec źle się czuł i jego bracia nie byli zbyt chętni do współpracy z Olafem Oldbergiem, dlatego będzie przekonywał Christoffera do tego? Bardzo możliwe, pomyślał Wagner, jednakże moja wiedza z zakresu handlu jest nikła. Ach, no tak. Dla niego to tym lepiej. Mnie puści z torbami, a sam zbije fortunę. Niezbyt pozytywne myśli przelatywały przez umysł byłego wojskowego i nie wiedział, jaką strategię działania podjąć. No, może prócz jednej. Nie dać się zwabić na uroki panny Oldberg, która może stanowić atut w rękawie kupca. Christoffer znał aż za dobrze tego typy dziewcząt. Wesołe trzpiotki, które wprowadzą każdego mężczyznę w zakłopotanie, a potem o pustość sakiewki. Unikał ich jak ognia i teraz miał zamiar dokładnie to samo uczynić.
Z zamyślenia wyrwał go jednak dzwon, zwiastujący wybicie tak zwanej godziny psa, czyli zmianę strażników i zapalanie lamp na ulicach. Wagner czekał na przybycie powozu na niego, gdyż Olaf Oldberg obiecał, że obierze go spod posągu świętej Matyldy krótko po godzinie psa.

Wagner przypatrywał się rewii mody panoszącej się na ulicach Modris. Wszyscy zmierzali w jednym kierunku. Przez dźwięk dzwonu przebijały się śmiechy, okrzyki, świętobliwe życzenia, mniej zgrabne pogróżki. Nie sposób było stwierdzić któż jest ich nadawcą. Twarz większości przechodniów zakrywały maski. Te, zdradzały przy okazji stan majątku nosiciela.

– Dawniej sam ciskałem w św. Matyldę zbukami – Wagnera z zamyślenia wyrwał suchy głos. – Dobry wieczór, Christofferze. Wyglądasz… Odpowiednio.

Jednooki miał okazję przekonać się, jak ulotną błahostką jest moda. Oto stał przed nim człowiek, ubierający się niegdyś jak eremita. Skromnie. Prosto. Koherentnie. W atłas i jedwab, dla równowagi. Tymczasem przed oczami stanęła mu papuga, pstrokata i jak na żołnierski gust Wagnera, nieco komiczna. Niezmienną pozostały materiały. Olafowi Oldbergowi towarzyszyła jego córa, Karina. Młoda, choć z dawna nie dziecko. Rezolutna, lecz słodka jak miód, wstydliwa z zachowania, lecz nie z ubioru. Prostokątny dekolt, obszyty złotą nicią, oferował oczom znacznie więcej, niż zalecaliby niektórzy kapłani w świątyniach. Żołnierzowi imponował ten wymysł mód zwłaszcza, że Karina odziedziczyła po matce nie tylko gładką skórę. I tej odwagi w ubiorze obawiał się właśnie Christoffer. Ten widok przyciągnął jego spojrzenie i w myślach układał sobie taktykę, by umiejętnie przesunąć swoją kolumnę między dwa potężne pagórki. Po chwili stwierdził jednak, że zbyt duże ryzyko w stosunku do purrysowego zwycięstwa. Porzucił tę strategię i zamiast tego ukłonił się zarówno pannie Karinie, jak i Olafowi Oldbergowi. Gdy się wyprostował, zabrał głos.

– Dobry wieczór, panie Oldberg i panno Karino. Cóż, nie jestem pewien, czy słowo odpowiednio by tutaj pasowało. Rzekłbym, że mogę stanowić niecodzienny widok wśród elity kupieckiej. Ale prostota munduru żołnierskiego zawsze szła w parze z jego elegancją. No i jak to się mawiało u nas w wojsku, za mundurem, panny sznurem, że pozwolę sobie na taką krotochwilę.

Siwy kupiec parsknął wymuszonym śmiechem. Zerknął na swą atrakcyjną córę i dopiero, gdy zwietrzył realność słów Wagnera, zdębiał na moment. Karina zauważając konfuzję ojca, uśmiechnęła się, że aż Chrissowi przypomniała się wiosna.

– Dawnom nie słyszał, jak się interesy twego ojca mają – powiedział raczej dla próby zneutralizowania niewygodnego tematu. – Nie mniej dzisiaj przekonamy się o polityce regionalnej Marchii Północnej.

Wagner przyłapał się na braku kontroli nad ruchami mimicznymi.

– Też bym był zdziwiony, młody człowieku – dodał ciepło Oldberg. – Odkąd nasz umiłowany doża wrócił na urząd, wróciły i stare praktyki tego lisa. Zatem prócz zwykłego, znanego wszystkim kupczenia, umiłowany doża Kersil Sorill, wrócił do targów z Godrynem Namüelem. Podejrzewasz co się święci?

Christoffer, znając mości Namüela, mógł przeczuwać, że chodzi o wojnę. Wszakże cała znajomość Wagnera z margrabią Marchii Północnej opierała się na wojnie. Nie wiedział jednak, czy może chodzić o kolejne ochotnicze hufce z Modris na ziemię barbarzyńców czy o coś nowego. Wyobraźnia księcia nie znała granic, a co więcej, miał pewne obawy co do wierności niektórych oddziałów. Większość częściej wiwatowała księciu Yorbrittum, niż cesarzowi. Sam Geotardus może i nie będzie dążył do rebelii, ale z drobnymi intrygami Sorilla może dojść do tego, że wierni księciu żołnierze powstaną przeciwko cesarstwu. Być może wtedy nawet wróci w buty oficerskie. Otworzą się w końcu nowe możliwości. Jednak na razie nie miał zamiaru się dzielić z tymi osobistymi przemyśleniami z nikim.

– Nie musimy chyba mówić oczywistości, panie Oldberg- odpowiedział mężczyzna, prostując się.- Książę to fanatyk wojenny i zapalony miłośnik wyścigów konnych. Doża Sorill, o ile mnie pamięć nie myli, często wysyłał ochotnicze hufce wojskowe do pomocy w obronie limesu, ale nigdy nie towarzyszył Godrynowi Namüelowi w cyrku. Odpowiedź jest prosta.

Rozłożył tylko ręce w geście, że chodzi o wojnę. Uznał to za odpowiedź kończącą dyskusję na ten problem, przynajmniej na tę chwilę.

– Zmieniając temat, dlaczego Pan nie wie, jak idą interesy w rodzi mojego ojca? O ile mnie pamięć nie myli, jesteście panowie wspólnikami i winniście utrzymywać ze sobą kontakt.

Starzec odkaszlnął i splunął flegmą na ziemię. Dalszą wypowiedź przerwała mu nawałnica kaszlu. Skrzeczał, dusił się, aż w końcu Karina oklepała mu plecy z widocznym znastwem.

– Daruj, panie Wagner – rzekł Oldberg, gdy uspokoił kaszel. – Łaskawa bogini Hilen, nie raczy mnie dobrym zdrowiem – odchrząknął dla potwierdzenia. – Pański ojciec, jak na ironię, wyjechał pod Harpie Szczyty w Marchii Północnej. Finalizuje tam wykup akcji Spółki Górniczej Grodreg i Synowie. Przeklęte krasie zażądały obecności pańskiego ojca – zaklął plugawie pod nosem. – Psia ich rasa… Nam brak respektu do innych zarzucają, a sami wymagają, by starzy ludzie znosili truda wojaży. Psia ich rasa, powiadam. Psia ich rasa!

Informacja o akcjach faktorii górniczej zainteresowała Christoffera Wagnera. Zainteresowała o tyle, o ile wiedział, że krasnoludy z Marchii Północnej, zawsze pozostawali niechętni kupcom Modris. Stąd też obawy wojskowego w stosunku do wyprawy jego ojca nie były zbyt dobre. Podejrzewał najgorsze, które będzie zwiastunem czegoś jeszcze gorszego. Pomodlił się w myślach do Walsa, by odegnał tę straszliwą marę z jego głowy.

– Nie jestem rasistą- odpowiedział krótko Chris, pozwalając sobie na delikatny uśmiech.- Ale też nie jestem ksenofilem, więc powiedziałbym, że powinni się spotkać przedstawiciele obu stron. Chociaż z drugiej strony, jeśli krasie mają jakiś swój kodeks honorowy, to może jest w nim napisane… czy raczej wyryte, biorąc pod uwagę ich upodobania do kamienia, że “Sprzedaż dóbr swoich z przyszłym zarządcą negocjować będziesz”. A może tak być, skoro tak twardo stąpają po ziemi. Do tego stopnia, że się zapadają.

Pozwolił sobie na krótką krotochwilę, jednakże po chwili wrócił do tematu:

– Nie wiem, jednak, czemu krasnoludy tak nagle się zgodziły na sprzedaż swojego dziedzictwa, zwłaszcza komuś, kto jest z Modris. Wietrzę w tym jakąś pułapkę. No i druga rzecz, czemu ojciec nie wysłał mi listu, skoro stacjonowałem nad limesem? Może udałoby mi się załatwić jakąś przepustkę na kilka dni, a sam bym czuł się pewniejszy, że nic mu nie grozi.

Stary kupiec nie odpowiedział. Wzruszył ramionami i wykrzywił usta w brzydkim grymasie.

-Świat staje na głowie, młody człowieku – odrzekł na odczepne. – Chodźmy. Nie każmy czekać naszym próżnościom.

Poszli ulicą Konwaliową kierując się na Targ Tradara, największy w Cesarstwie Ingradyjskim ośrodek handlowy. Mijając Bank Spółdzielczy Gelzców, Chriss gestem ręki przywitał się ze znajomym bankierem Joachimem Gelzem. Ten stroił fasadę filii bankowej w przerwach drąc się na swych podwładnych, najróżniej im wymyślając. Potem, gdy zeszli z ulicy Konwaliowej, wkroczyli na potężny targ. Tutejsi kupcy, kramarze, handlarze i rzemieślnicy, wystawiali sztukę Gorejący Król. Niezbyt skomplikowaną, ograniczającą się do palenia kukieł symbolizujących monarchów. Niektórym przyjezdnym imponował zwyczaj palenia wysokich na dziesięć stóp drewnianych karykatur. Inni, pukając się w głowę, zwiastowali rychły koniec miasta. Wagner zaś od dziecka zachodził w głowę jakim sposobem zwyczaj ten ostał się w feudalnym państwie, w którym główny prym wiodą książęta na czele z cesarzem.

– To trochę okrutne, prawda? – Westchnęła Karina obserwując gildię balwierzy tańczących w koło palącej się kukły.

Mężczyzna przyjrzał się widowisku bez jakiejś specjalnej zadumy. Dla niego była to część tradycji, być może wywodząca się z jakiś dawnych dziejów. Nie interesował się historią, nawet swojego miasta, więc nie był w stanie tego uargumentować. Spojrzał na Karinę, wciąż jednak kątem oka patrząc jak ludzie świętują.

– Owszem, ale tylko trochę- odpowiedział Chris, wskazując dłonią na niedaleką kaplicę Tradara.- Zapewne bogowie, gdy tworzyli świat mieli w zamyśle, że miał być idealny, jak oni. I co ciekawe, może wedle ich rozumowania, taki jest. Bo czy bogini Hilen nie chciałaby, byśmy oddawali część naszych darów, na które zapracowaliśmy innym? Czy Belladon nie domaga się broni pokonanych wrogów, często zaraz po potyczce? Czy Jurastion nie chce, by niegodziwców spotkała sroga kara? Wszystko działa wedle ich woli, a przynajmniej tak mi się zdaje.

Nie był osobą, która specjalnie wdawała się w dysputy filozoficzne, zwłaszcza z zakresu religii. Jednak, czasem nawet i jego nachodzą pewne myśli i chwile zwątpienia z zakresu, czy tak powinno być. Nie wierzył w przeznaczenie, wolał myśleć, że sam sobie jest sterem i kapitanem na okręcie zwanym życiem. Ale czasem pojawia się sztorm, który nie jest zależny od niczego i nawet najlepsze umiejętności niekoniecznie pozwolą mu go przeżyć. Mogą mu tylko pomóc. Po chwili jednak wrócił mu weselszy nastrój.

– Poza tym, gdybyśmy wszyscy chcieli żyć wedle zamysłów Prytera, to ten świat byłyby aż za bardzo cukierkowy. A słodycz ma to do siebie, że z czasem staje się mdła i niejadalna. Dobrze jest wtedy mieć coś gorzkiego.- Odparł z uśmiechem, patrząc jak jeden z uczestników zabawy wpadł w ogień, by się po chwili podnieść i wesoło, acz lekko poparzon, wrócić do tańca.- Albo dawkę alkoholu, jak w przypadku tego osobnika.

– Ktoś nie mniej pijany, lecz trzeźwiejszy na umyśle, poczynił głośną uwagę, że poparzony człowiek przypalił sobie spodnie. Młodzież rechotała, dziatwa beczała ze śmiechu, starsi kręcili głowami.

– Pewnie ma pan słuszność – odparła Karina bez przekonania. – Pewnie dlatego Eo stworzył dziesiątkę bogów – zamyśliła się dotykając palcem ust, co żołnierzowi wydało się całkiem atrakcyjne. – Dla równowagi, tak myślę.

– W takim wypadku Atrinijczycy mają przesrane skoro czuwa nad nimi tylko jedno bóstwo – zaśmiał się chrapliwie Olaf Oldberg. – Dajcie pokój tym dysputom. Zostawcie je teologom, kapłanom i innym pomyleńcom!

Przechodząc przez furtę Pałacu Doży zostali powitani skromnymi słowami przez straż pałacową. Przeszli przez udekorowane Ogrody Tecytyjskie, sławne przez fryzowane jabłonie i grusze rodzące latem mnogość owoców. Na wypadek różnorakich przyjęć ozdabiano je lampionami o kanarkowej barwie. Już w Ogrodach usłyszeli przyjemną, stonowaną muzykę wydobywającą się spod palców elfich minstreli. Wagner słyszał jeszcze na limesie, że doża jest wielbicielem elfiej twórczości – zwłaszcza muzycznej, a jeśli już spraszał ludzkich grajków to tylko, by przygrywali gościom podczas oficjalnych tańców. Oficjalnych, gdyż w kraju wolnych ludzi prawo było wszędobylskie. W Modris, toczonym od wieków infekcją biurokracji, nawet krotochwile musiałby być zaplanowane. Istniało nawet powiedzenie, że nawet jeśli coś dzieje się przez przypadek, to dlatego, że tak zostało to zaplanowane. Elfy grały Tęsknotę za borem, melodię powszechnie zakazaną w cesarstwie, lecz graną w Najjaśniejszej Republice jakby na przekór. Zaś doża zadbał, by emisariusze cesarscy obecni na przyjęciu, wysłuchali tejże melodii.

Oldberg z córą kiwali co rusz głowami na dzień dobry. Żołnierz nie potrafił rozpoznać przez maski ewentualnych znajomych. Nie spodziewał się też ich wielu. Zamiast tego przyglądał się rewii obowiązującej mody. Bufiaste rękawy, delikatne trzewiki, proste kamizelki lub sztywne kubraki konfrontowały się z pasiastymi chaperonami, kaftanami z szerokimi rękawami, swobodnymi spodniami. Żadnego unitaryzmu. Powietrze miejskie w Modris czyniło wolnym, toteż ci, którzy za nic mieli trendy garderoby, mogli obnosić się ze swoimi wymysłami swobodnie. Zwłaszcza w tę noc. Najdziwniejsi byli jednak uczeni. Wszyscy, choćby i młodzi, podpierali się kosturami. Ciała skrywali pod togami, jak juryści albo kapłani. Mówili językiem, który wedle niektórych, przystoi raczej akademickiej katedrze aniżeli przyjęciom. Chriss nie rozpoznał żadnego uczonego, choć wiedział, że profesor Vendom Tasartir, zausznik księcia Marchii Północnej, Godryna Namüela, jest obecny na przyjęciu. Skojarzył sobie siwowłosego oryginała z limesu, gdy ten odwiedzał często margrabiego oficjalnie służąc mu radą. Wagner czasami snuł domysły, że nieoficjalnie profesor szpiegował księcia. A skoro, wedle słów Olafa Oldberga, na przyjęciu mogła zostać ujawnione stanowisko Modris w kwestii Marchii Północy, nie mogło zabraknąć lewej ręki samego doży, jeśli jego powiązania z wywiadem były prawdziwe.

Jednocześnie, zastanawiał się, jak mogli odnosić się goście Sorilla do jego ubioru, które właśnie kojarzone jest z władztwem Yorbrittum. I to w sposób polityczny, gdyż reprezentuje tutaj armię samego księcia Godryna. Jeśli będzie ogłoszone ocieplenie stosunków, zaraz może się zebrać wokół niego całe stadko, które może go wypytywać o najdrobniejsze szczegóły co do polityki północy. Jeśli ochłodzenie… cóż, znaczy, że będzie trzeba zrobić kelradzkiej wyjście z przyjęcia i wracać na północ, do armii.

Wziął od jakiegoś sługi kielich z białym winem i napił się trochę. Nie znał się na nich, lecz uznał je za dobre. Ale nie było to jakieś szczególnie trudne, po wielu latach picia kwaśnych win z tawern, które powstały blisko ich obozów wojskowych. Trzymając w lewej ręce kielich i w prawej maskę, rozglądał się po sali, jakby licząc, że los przysporzy mu jakąś znajomą twarz.

I zaskakująco, los był łaskawy, ale przy tym, ironiczny. Bowiem na chwilę odwracając wzrok dojrzał Ewelinę Selitto, która, w zamyśle jego ojca, miała być jego żoną. Pomimo lat, poznał ją od razu, ale nie z powodu zauroczenia. Na prawym policzku miała po prostu myszkę, a tego żaden puder nie usunie. Jednakże, o ile zapamiętał ją jako natrętną, ksztanowłosą pieguskę, która wszędzie za nim ganiała, to wyrosła teraz na atrakcyjną kobietę, o dużych manierach, sądząc po tym, jak właśnie rozmawiała z jakimś mężczyzną. Uśmiechnął się i zaśmiał pod nosem:

– Los to jednak złośliwa bestia skoro podsuwa przeszłość powiązaną z teraźniejszą przyszłością- mruknął pod nosem filozoficzną myśl, zapijając ją winem.

– Proszę? – Odezwała się Karina unosząc głowę do żołnierza. – Ach… – Westchnęła, gdy zorientowała się na kogo patrzy Chriss. – Panienka Selitto. Choć już nie na długo – młoda kobieta odzyskała rezon. Złożyła dłoń na dłoni i zauważalnie wypięła pierś. – Przyrzeczona Federico Camperezza, dziedzica familii Camperezza z Norithoru. Uwierzy pan? Gdyby to była arystokracja to powiedziałabym, że maluje się mezalians!

– Ród Camperezzów z dawnej republiki Norithoru, obecnie bękarciego księstwa, słynął z majątku, obrotem wszelakimi towarami, świadczeniu kredytów, z rzadka lichwie. Znienawidzeni przez jednych, kochani przez pozostałych. Znienawidzeni, gdyż podczas oblężenia Klejnotu Południa, Norithoru, zdradzili republikę wpuszczając armię cesarską do miasta. Wówczas ci, którzy dorobili się na zmianie systemu, pokochali Camperezzów całym sercem, całą sakwą.

Ewelina Selitto zdawała się nie zauważać żołnierza, choć ten mógł przysiąc, że zerkała nań raz po raz. Jednakże, Chriss starał się nie zwracać na to uwagi. Spojrzał natomiast na Karinę, pozwalając sobie na cierpki uśmiech pod maską.

– Och, czyżby? Widzę, że polityka rodowa zmienia się równie szybko, jak bardowe upodobania w stosunku do kobiet.- Odrzekł żołnierz pannie Oldberg cicho, chociaż z jego tonu można było wnosić, że był bardziej rozbawiony całą sytuacją anieżeli zdenerwowany.- Pamiętam pannę Selitto jeszcze jako szcześcioletniego dzieciaka, który ganiał za mną, bym jej uplótł wianek z polnych kwiatów. Dawne dzieje, gdy jeszcze była moją narzeczoną. Nie mniej, już wtedy była diabelnie irytująca i jestem ciekaw czy jej to zostało po…

– Panie Wagner – zagaił Olaf Oldberg. – Proszę mnie posłuchać – rzekł chwytając go pod ramię ku niezadowoleniu Chrissa, że nie dał mu dokończyć myśli. –  Ród Selitto, powiem bez ogródek, bruzdzi naszym interesom. Moim i pańskiej familii. Zalecam zatem ostrożność w… odświeżeniu starych znajomości. Teraz chodźmy. Nie dajmy doży czekać.

– Oczywiście- Chriss przytaknął kupcowi, dopijając swoje wino i oddając kielich przechodzącemu słudze.- Bardziej mnie wzięło na nostalgię niźli na odświeżanie znajomości, ale trafna uwaga.

Wchodząc po marmurowych schodach stary kupiec sapał jak zmęczony gonitwą hart. Tej nocy, i w zasadzie tylko tej nocy, wrota do Pałacu Doży stały dla wszystkich obywateli otwarte. Wchodząc do środka Chrisstoffer Wagner poczuł przyjemne ciepło palenisk i zapachy różnorakich potraw. Doszła do jego uszu i stonowana muzyka, którą przygrywali tym razem ludzcy grajkowie. Goście przyjęcia, nie zgromadzeni przy stołach, tańczyli w formalnych grupach, popijali wina i okowity tocząc dyskusje. Oldberg prowadził córę i żołnierza do prawego krańca ogromnej sali. Chriss po raz pierwszy miał okazję oglądać wnętrze Pałacu Doży. Imponowały mu dwa szeregi kolumn, błękitno biała posadzka, pyszne żyrandole mieniące się feerią barw. Doszedł do wniosku, że jako jedyny trzyma w ręku swoją maskę. Miał wrażenie, że wybierając tę maskę, dostosuje się do trendów dworów doży, a tymczasem zdaje się, że moda na maski trzymane w rękach minęły. Miał nadzieję, że nie wywoła tym jakiegoś skandalu.

Dochodząc na skraj sali, tuż przy ścianie, Wagner spostrzegł jednostki, które nie wchodziły w rozmowy z biesiadnikami, nie spoufalały się z nikim, nie tańczyły ani nie piły. Obserwowały gości, konsultując się czasem zdawkowo między sobą. Mężczyzna domyślił się, że muszą to być funkcjonariusze tak zwanych Czarnych Kapturów, tajnych służb Najjaśniejszej Republiki Modris. Jeden z nich, człowiek w masce przypominającej paszczę lwa, wskazał ręką na schody. Oldberg, który wyraźnie oczekiwał na taki znak, pokiwał głową.

Pokonawszy kolejną porcję stopni, kupiec zasapał się potwornie. Jednooki zwrócił uwagę, że schody na piętro różnią się od tych ulokowanych po drugiej stronie balkonu kondygnacji. Mniej okazałe, mniej oficjalne. Kolejny Czarny Kaptur, tym razem niewysoki mężczyzna z kołtunami spętanymi sznurkiem, uśmiechnął się brzydko do trójki gości.

– Dobry wieczór państwu – powiedział, a Chriss momentalnie pomyślał, że krtań mężczyzny musiała znosić wielokrotny trud przesyłu gorzały do żołądka. – Doża oczekuje.

To mocno zatkało Chrissa. Myślał, że gdy Olaf Oldberg mówił, że “nie dajmy doży czekać” miała na myśli przyjęcie. A tu chodziło o bezpośrednie spotkanie z samym najwyższym urzędnikiem Modris! I to na prywatnej audiencji. Co tej przecherze Oldbergowi chodziło po głowie? Żołnierz jednak zachował na tyle zimnej krwi, by nie ukazać zmieszania na swojej twarzy.

Czarny Kaptur zapukał dwa razy w ościeżnicę i po odzewie weszli do środka.

Kersil Sorill wyglądał jakby mozoły świata doczesnego omijały go szerokim łukiem. Żołnierz wiedział, że doża dobija już do szóstej dekady życia, lecz jego twarz wygląda niczym u trzydziestolatka przykuwającego zbyt wiele uwagi do robót pielęgnacyjnych. Czub głowy zdobiła obszyta srebrnymi nićmi infuła, ornamentowana kolorowymi kamieniami, najpewniej rubinami. Na szyi dźwigał złoty łańcuch z medalionem przedstawiającym Święte Szalki, atrybut boga Tradara. Jedwabna toga, na pozór skromna, kłóciła się z płomiennym płaszczem obszytym smugą piżmakowego futerka farbowanego na srebro. Towarzyszyła mu młódka, Eufemia Sorill. Córka.

– Niechaj będą chwaleni bogowie – przywitał się dewocyjnie. – Eufemio?

– Tak, ojcze – odparła dziewczyna i uśmiechnęła się do Kariny. – Może pójdziemy na bal, kochana?

Córka Oldberga widocznie nie dała się zwieść cukierkowemu tonowi rówieśniczki. Chriss musiał przyznać, że może jednak źle ocenił Karinę. Być może miał do czynienia z nie lada intrygantką. Potwierdziło to w nim jednak fakt, że należy jej unikać jak ognia.  Dziewczyna mimo wszystko dała się wziąć pod ramię i wyprowadzić za drzwi. Czarny Kaptur, z wyjątkowo paskudnym głosem, zamknął za nimi drzwi.

– Syn swego ojca, jak powiadają – rozpoczął doża wskazując mężczyznom fotele. – Syn swego ojca!


Michał J. Sobociński;

P. R. Ofiarski


Część II ->

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. I

377 Wyświetleń

Część II ->


 

5 idy miesiąca Cesarskiego, 585 lat po przybyciu Attara

Na biurku doktora Osteina panował bałagan. Uczony spoglądał nań obojętnym wzrokiem. Porównywał nieporządek do stanu swego roztargnienia. Naukę nad poezją norithorskich mistrzów, która dawniej wzbudzała w naukowcu niemal ekstazę, zastąpiło sporządzanie dokumentacji kartotek studenckich. Innym powodem, należałoby rzecz głównym, była stała pensja, o którą ciężko zabiegać przy mało frekwencyjnych wykładach z poetyki. Praca w administracji wyglądała na całkiem łatwą. Niekoniecznie ekscytującą. Więc gdy doktorowi Hauserowi pękły wnętrzności na ulicy Smrodnej, pojawiła się okazja, aby dać odpocząć młodzieńczym pasjom i zająć się czymś przewidywalnym.

Kancelaria, którą prowadził doktor Hauser, wedle uznania Alberta Osteina, mogłaby służyć, jako pole do popisu dla przyszłych dyplomatyków. Tabele zapisane nierównym pismem, niemożność odróżnienia literki „a” od „o”, kleksy i skróty, tłuste plamy na marnym papierze nie rokowały pracy przyjemnej zarówno dla oczu jak i dla cierpliwości. Doktor Ostein nie mógł znać tych niedogodności, gdyż o rozmiarach zastępów grubych tomów raportów i dokumentów akademickich mógł się przekonać dopiero po otrzymaniu klucza do „Archiwum Cesarskiego Uniwersytetu w Kelrad, dział Kartotek, nr. I”. Drzwi o grubości pensji doktorskiej być może nie utwierdzały w przekonaniu, iż dostęp do archiwum ma tylko archiwista, aczkolwiek wielkość mosiężnego zamka, owszem.

Tymczasem doktora Osteina z zadumy, nad nietrafnym wyborem posady, oswobodziło trzykrotne pukanie w drzwi od jego przytulnego gabinetu. Początkowo przeszły belfer zdziwił się perspektywą gościa w biurze. Przyszła mu jednak na myśl sprawa niejakiego Karla Weissa.

– Proszę wejść – nim rzekł, odchrząknął. Od kurzu nieprzyjemne zaschło mu w gardle.

O profesorze Brückerze, choć nie zwykł opuszczać swego ciemnego gabinetu, każdy adiunkt mógł coś opowiedzieć. Rzucić słowo o mlecznych włosach lub orzec jak przygarbiona sylwetka starca podkreślała wysiłek, jaki profesor wkładał w poruszanie się po korytarzach uniwersytetu. Inni opowiadali o nieprzyzwoitych praktykach profesora. Ale tym doktor Ostein nie dawał wiary.

Droga wiodąca z Instytutu Dialektyki do archiwów wymagała odbycia niemałego spaceru, stąd na twarzy świeżego archiwisty wymalowało się zaskoczenie.

Za plecami dialektyka stał młodzian z poważną a zarazem skupioną miną. Przynajmniej tak pomyślał doktor Ostein, gdy kompan profesora, ledwo wchodząc, czujnie lustrował pomieszczenie. Prawdopodobnie był równy latami najstarszych roczników studentów choć doktor miał wrażenie, że mógł być jeszcze starszy. Poważny wyraz twarzy dodawał mu nieco lat, a Osteinowi wrażenie, iż młodzieniec nie zalicza się do grona tuzinkowych ludzi. Kiedy jednak zwrócił swą uwagę na doktora-archiwistę, uśmiechnął się pogodnie i zatrzymał się przy drzwiach. Stanął wyprostowany prawie w futrynie i schował dłonie za plecami. Wzrok uciekł mu ku butom, błądząc po podłodze skrzypiącej od ciężaru kroków profesora. To dodało mu pokory, wymaganej od żaków.

Ostein wstał.

– Panie profesorze, mógł pan wysłać kogoś innego… – archiwista porwał się na uprzejmości. – Persona waszej nie winna się trudzić marszem, jak mniemam forsownym.

Brücker machnął ręką.

– I tak miałem sprawdzić jak sobie radzicie, doktorze Ostein – z gardła profesora wydobył się zachrypły głos.

– Posiadałem ciekawsze posady. Być może fortyfikacje dokumentów przytłaczają mnie ze względu na swoją ilość – naukowiec zamaszystym gestem ręki wskazał na wały papierów. –  Niechętnie przyznaję, że doktor Hauser nie odznaczył się pedantycznością, choć ufam, że gdyby planował rezygnację ze stanowiska pozostawiłby miejsce pracy w stanie zdatnym do użycia przez potomnych – tłumaczył Ostein.

Wątek tyczący się sprzątania przeszedł obecnemu archiwiście przez gardło z niemałym trudem. Doktor Ostein nie lubił kłamać, lecz nietaktem wydało mu się złorzeczenie o nieboszczyku.

– Tak czy inaczej muszę ponieść konsekwencje przyjęcia tej pracy i sumiennie wykonywać swoje obowiązki – dodał z bladym uśmiechem.

Stary profesor mlasnął i westchnął.

– Wykonywać swoje obowiązki, tak… – powtórzył, mlasnął po raz wtóry i wejrzał na młodzieńca stojącego obok. – Oto pan Weiss. Wraca na uczelnię po kilkuletniej… Przerwie.

– Po co? – Ton doktora Osteina spoważniał. Powrócił też za biurko i usiadł wyraźnie spięty. – Z dokumentacji wynika, że choć rozpoczął pan trivium, to profesorowie podawali w wątpliwość pańskie przywiązanie do ora et labora. Panie Weiss – wycedził przez zęby. – Nie zależy panu na uzyskaniu stopnia doktora?  

– Mi? Nie – odparł głębokim głosem Weiss. – Absolutnie nie.

– Co pan zatem tu robi?

– Spełniam życzenie ojca – odpowiedział bez zastanowienia.

Odpowiedź przeszła archiwiście koło uszu. Nie była zresztą istotna. Ostein wziął w dłonie dokument i zagłębił się w jego treść.

– Dziękuję profesorze za fatygę. Nie chcę tracić waszego cennego czasu – mruknął doktor nie odrywając wzroku od karty papieru.

Bacząc na wiek profesora Brückera, czas mógł nosić przymiotnik bezcenny. Wyszedł nieśpiesznie.

– Z dokumentów wynika, że zostaliście zawieszeni w prawach żaka, gdyż zostaliście oskarżeni o konspirację przeciw osobie Jego Cesarskiej Mości – tłumaczył ze spokojem naukowiec dalej nie odrywając wzroku od kartki. – Szczegóły zostały utajnione, ale pod słowem miejsce odosobnienia kryje się loch lub Wyspa, prawda?

Zrobił przerwę. Być może oczekiwał na odpowiedź. Na próżno.

– Nie mi oceniać wasze poglądy, ale radzę… – zaczął ponownie.

– Dobrze – przerwał Weiss. – Radzono mi zbyt wiele razy. O skutkach może pan dowiedzieć się pan z dokumentów, które ma pan przed sobą.

Oho! Wygadany! – pomyślał doktor Ostein. W czasie wieloletniej praktyki spotkał nieco emancypowanych żaków, lecz nigdy – zgodnie z zalecaniami obyczajów – nie wdawał się z nimi w dyskusje.

– Nie bądźcie bezczelni to możecie doczekać się tytułu – odparł z braku lepszej odpowiedzi. – Oto dokumenty. Zgłoście się zaraz do naczelnika Henricha ze Stalervek. To szlachcic o grubej głowie i jeszcze grubszych manierach. Z nim nie pójdzie tak miło jak z szanownym profesorem Brückerem… lub ze mną – dodał niechętne – Potem zgłoście się do waszej nacji. Z papierów wynika, że należycie do modriskiej choć przyznam, że nazwisko macie północne – doktor poświęcił chwilę cichej zadumie nad nazwiskiem żaka. Otrząsnął się i znów łypnął na Weissa. – Bądźcie… Ostrożni. Do widzenia.

Po wręczeniu papierów, żak przyjrzał się im, lecz nie zagłębiał się w lekturę raportu. Skinął głową i bez słowa opuścił uczonego otoczonego stertą papierów.

Doktorowi Albertowi Osteinowi nie spodobał się Karl Weiss. W ogóle.

***

 

Gruba ręka Henricha ze Stalervek, opierając się na biurku, podtrzymywała jego tłustą i sapiącą z bólu gębę. Naczelnik rozpinał czarny mundur, ornamentowany motywem złotego niedźwiedzia. Już na pierwszy rzut oka naczelnik malował się, jako osoba zamożna a zarazem oddająca się profesji żołnierskiej. Wnosząc po insygniach oficerskich, dumnie eksponowanych na piersi naczelnika, zainteresowani mogli być pewni jego oddaniu rodzinie cesarskiej. Gdy uporał się ze srebrnymi guzami rozłożył się w fotelu kładąc luźno ręce na oparciach. Wzdychał ciężko, jak na grubasa z niebanalnym bólem głowy, przystało.

– Gdzieście panie się tak urządzili? – Zapytał siedzący naprzeciwko magister z wymalowanym uśmieszkiem godnym kupieckiej szelmy. – Czyżby wojskowe kasyno oferowało tak mocno trunki? Wszakże nie raz i nawet nie dwa razy słyszałem o nowatorskich rozwiązaniach służących abstynencji pośród żołnierzy.

Głos miał cienki, nieco melodyjny, być może dla niektórych irytujący. Ponadto seplenił. Siedział z założoną nogą na nogę, poprawiając lewicą co rusz granatową togę. W prawej dłoni trzymał kartę papieru zapisaną równym i schludnym pismem.

– Tylko szeregowym, Moutart – westchnął naczelnik ściągając dłoń z twarzy. – No, bo gdzieżby oficerom? Bunt by się podniósł. Sami wiecie…Okowitę i gorzałę bogowie stworzyli dla lepszych, choć są paskudne w smaku, a jakże. Gorsi niech piją piwa. Co by choćby smak był lepszy od życia.

Wypowiedz okazała się męcząca. Oficer odsapnął.

– W „Małej Syrence” podają najlepszą gorzałkę, choć muszę powiedzieć, że coś te kurwie córy doń dodają – wojskowy przytaknął głową. – Pociąg mam cały czas do tegoż zamtuza, a będąc w innych namawiam kamratów by raczej wstąpić w progi, że tak powiem, mi znane. Tu nawet nie chodzi o dziewczęta obsługujące, że tak powiem, żołnierskie ostrze, ale o, jak mawiają, atmosferę lokalu i tam obecnych bywalców. Chociaż dziewuszki wcale ładne, wcale gładkie. Ot dupodaje wielkomiejskie tyle co umalowane i kształcone w sztuce rżnięcia.

Machnął ręką i wypuścił z siebie powietrze rozsiadając się wygodnie w swym fotelu. Bordowy kolor nawet na chwilę nie opuścił twarzy oficera.

– Podejrzewam, że to panie są tam brane,  a nie odwrotnie.

– Pewnie, że podejrzewasz! – Zagrzmiał naczelnik, potem syknął i złapał się za głowę. – Tobie tylko zostaje podejrzewać. Jebak teoretyk się znalazł, kurważ mać. A mnie chodzi o coś innego.

Wystarczyło zerknięcie, by upewnić się, że Moutart w dalszym ciągu poświęca cała uwagę naczelnikowi. A spróbuj mnie nie słuchać, gnido – pomyślał. – Już ja prędko rozpuszczę plotki o tym jak donosiłeś na brać studencką. Ha!

– Wam naukowcom to jeno cyferki i zbytki na myśli – powiedział mało zgodnie z prawdą i sumieniem, gdyż wielokrotnie korzystał z usług mężów mądrości. Ale tych przydatnych. Nie retorów, dialektyków, archeologów czy teologów. – W ogóle nie myślicie o pięknie – kontynuował grubas.  – Ani o religii! – Widząc twarz zdziwionego magistra uderzył roześmiany pięścią w stół. – Ha! Ależ macie minę! Pewnie taka samą mieliście jak wam jakaś dzierlatka pierwszy raz pokazała, że fjutek nie służy jeno do szczania! Ha! Chociaż co ja gadam? Wysnułem przecie hipotezę, że bliżej wam do teoretyka a nie praktyka! Haha! – Naczelnik srogo pożałował jowialnego nastroju, gdy kac przypomniał mu o swym istnieniu. – Widzicie, Moutart, mam ładną żonę. Mimo, że dobija do czterech dekad zachowuje gibkość linoskoczka i temperament dzikusa. Wtedy gdy to potrzeba, ma się rozumieć – pogroził żakowi palcem jakby groźba miała zmazać dopowiedzenia. – Kochać to ja jej nie kocham bo prawdziwy mężczyzna kocha swoją pracę, swoich przełożonych i w efekcie swój reżim. Musisz mnie Moutart tedy kochać, bo jakże miałbyś mi wtedy wiernie służyć? – Naczelnik zaśmiał się gromko widząc skwaszoną twarz nadętego jak balon studenta. – Chodzę tedy na te kurwy zbolałe w zasadzie nie dla rozrywki, a dla obyczaju mego stanu, z którym muszę żyć w zgodzie. Czy słyszeliście niegdyś o arystokracie lub innym bogaczu, co by nie pofolgował chuci z jakąś inną panną lub nie panną, że tak powiem? Ano też właśnie. A skoro figluję z pewnym obrzydzeniem – oficer rozłożył ręce – to czy nie czyni to ze mnie swoistego eremity?

– Czy pańskie rozmyślania mają konkluzje? – Znudzony żak poprawił swą togę.

– Ach! Oczywiście, Moutart! – Na czerwonym obliczu Henricha ze Stalervek pojawił się żółty uśmiech. – Mam na myśli, że dobrze i zdrowo jest czasem wskoczyć między biodra inne niż żony przy akompaniamencie nieopodatkowanego alkoholu! Dla oczyszczenia ducha poprzez umartwianie ciała,  że tak powiem.

Naczelnik wiedział, że słuchanie jego dowcipów i rubaszne wnioski są dla młodego mężczyzny mordęgą. Nie zważał w żadnym z razów na fochy żaka. Testował jego cierpliwość jak najlepszy hutnik rudę żelaza, a to wiadomo kuje się póki gorące. Zmęczenie umysłu studenta miało sprawić by Moutrat przyjął każdą propozycje naczelnika.

– Do rzeczy, człowieku. Nie przyszedłeś ty na pogaduchy – ton Henricha ze Stalervek zmienił się z wesołego na surowy. – Sprawa napięta jest jak baranie jaja podczas golenia go wkoło baraniego fjuta.

– Nie wiedziałem, że nawet stamtąd pozyskuje się surowiec.

– A tak. Pozyskuje. Robi się z nich delikatne onuce dla mądralińskich żaków – naczelnik nie dał się zwieść sarkazmowi studenta. – Na uniwersytet wraca niejaki Karl Weiss. Mówi ci coś to nazwisko?

– Mówi – potwierdził Moutrat piskliwym głosem. – Obrońca nie-ludzi, psia jego rasa – magister oburzył się teatralnie. – Po wojnie z republiką Norithoru koordynował protesty w sprawie obrony elfów i krasnoludów wzbraniających się od złożenia ofiar dziękczynnych. Organizował nawet zbrojne grupy, które miały rozbijać straż porządkową świątyni. Nie udowodniono mu wprawdzie nic z tego, ale rektor postanowił wysłać Weissa na przymusowy urlop dziekański.

– Który zakończył się tydzień temu – skwitował naczelnik. – Weiss wrócił na uniwersytet, ale szczęśliwie cesarz powołał Urząd Do Spraw Wywrotów Studenckich, a mnie obsadził na stanowisku naczelnym. I mam zamiar dobrze wypełniać swoją pracę. Kurewsko dobrze, Moutart.

Henrich ze Stalervek dopatrzył się w minie magistra oczekiwania. Wie, że coś mu zlecę – pomyślał. – I dobrze. Gówniarz jest dobrym szpiclem. Pewnie o tym nie wie, ale zachodzi w głowę kiedy dam mu spokój. Ale nie, nie Moutart!  Trzeba było nie donosić na cenzora Glauca, baranie jeden!

Rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi. Moutart aż wzdrygnął, gdy z zamyślenia wyrwał go huk walenia w drzwi.

– Chyba mamy gości – uśmiechnął się naczelnik. – Wejść!

Mężczyzna, który pojawił się w drzwiach był typowego wzrostu i wagi. Włosy skołtuione kontrastowały z szytym na miarę kubrakiem. Wyglądał poważnie. Zbyt kurna poważnie. Studenci wyglądają jak groteskowe barany, a nie jak skupiony urzędnik – rozmyślał naczelnik.

Wydobył jeden arkusz z górki czystych kartek. Zmoczył ostrożne gęsie pióro w inkauście i głośno wciągnął powietrze. Żak stanął za plecami Moutarta zerkającego z ciekawością na kolegę.

– Imię – naczelnik powiedział formalnie aniżeli spytał.

– Karl Euzebiusz.

– Nazwisko i herb.

– Weiss. Na herb moi przodkowie nie zasłużyli.

– Przeklęta hołota. Ty też nie dajesz władzy powodów do nobilitacji. Pochodzenie.

– Republika. Ostały się dwie – odparł uprzejmym głosem Weiss.

– Do czasu. Do czasu! – warknął naczelnik. –  Modris czy Middenvatten?

– Ta na M.

Zwykle groźne łypnięcie naczelnika działało na żaków jak smagnięciem biczem konia. Weiss zareagował na wzrok wojskowego szelmowskim uśmiechem. Henrich był pod wrażeniem odwagi studenta, ale nie dał po sobie niczego znać. Choćby złości.

– Modris, choć obyczaje macie na poły barbarzyńskie – powiedział chwytając się za skroń. Ból głowy dał o sobie znać. – Oj, panie Weiss. Coś mi się wydaje, że prędzej zobaczymy się na jakiejś egzekucji niż na rozdaniu zaświadczeń o kwalifikacjach.

Moutart zachichotał jak mała dziewuszka. Karl Weiss ponownie uśmiechnął się złośliwie.

– To wszystko?

– Marzenie twoje. Co wy tam niby studiujecie?

– Rozpocząłem trivium. Pan coś skończył?

– Nie. Urodziłem się tak mądry, że mogę nadzorować baranie stada bez tytułu doktora – burknął naczelnik i zauważył jak z twarzy Moutarta znika dobry humor. – Tyle. Poszedł won i nie nadstawiaj się władzy to może znowu nie wylądujesz na Wyspie. Pamiętaj, lud wystawia władzę na próbę cierpliwości, a gdy się ta skończy, lud musi wystawić dupę. A potem jest rżnięcie. Aż do krwi, że tak powiem – wojskowy poczuł, że stracił panowanie nad sobą. Westchnął głęboko. – Przydzielam cię do nacji Norithor-Modris. Zgłoście się do pokoju 22. Jest obok pokoiku socjalnego numer 23. Żak Tomas Vouter przydzieli wam miejsce do spania. Idźcie w pokoju.

Karl Weiss wyszedł nie mówiąc nic na odchodne. Moutart siedzący cały czas tyłem do starszego żaka czuł się nieswojo. Zauważył to naczelnik rozkoszując się obiadem niezadowolenia magistra. Tymczasem szykował się deser.

– Nie ufałbym mu, panie naczelniku.

– A pewnie, że nie. Dlatego będziecie go dla mnie śledzić. Tylko dyskretnie i w najgłębszej tajemnicy. Skrywajcie ją tak głęboko tak jak profesor Brücker skrywa penisa w waszej dupie.

Moutart raptem wstał i jeszcze szybciej pobladł. Upadł na kolano i już miał zanieść się szlochem,  gdy naczelnik uniósł prawicę.

– Ani słowa, barani łbie! – Ryknął. – Wiem, że tego nie lubicie i wiem jak bardzo zależy wam na znakomitych oceanach z dialektyki – powiedział ze sztucznym gniewem w głosie. – W tych czasach nawet grzesznicy są przydatni. Pamiętaj jednak, że nie wolno okazywać swego spowiednika – wskazał dla jasności palcem na swoje ucho. – To wszystko, Moutart. Już cię tu nie ma.


 

Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.

Część II ->