Tag -

lustra

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra cz. V

387 Wyświetleń

<- Część IV |


Otto Fraterlich, dziesiętnik pełniący wartę na kelradzkiej Bramie Eo, leniwie drapał się po gębie. Trochę chciało mu się spać, trochę jeść, trochę pić. Zwyczajowo już dawno oddelegowałby któregoś z podwładnych po jakąś kiełbaskę w sosie atrynijskim z cebulką. Zwyczajowo innego wysłałby po nalewkę tellameńską. Zwyczajowo popiłby sobie, najadłby się, a potem uciął zwyczajowo drzemeczkę. Takie miał zwyczaje podczas służby w Modris. Ale to nie był zwyczajowy dzień.

Z trzy lub cztery dni temu zjawił się jakiś student.  Mówił z wyraźnym, zachodnim akcentem, typowym dla mieszkańców republiki. A może pięć dni temu? – Fraterlich nie pamiętał dokładnie. Mówił bez krępacji o jakimś pochodzie. Nielegalnym. Prosił o otworzenie bramy, gdy rozlegną się hasła wolności, równości i braterstwa. Dbając o komfort dyskusji żak wręczył strażnikowi miejskiemu grubą sakwę. Zgodził się. Wszak interes to interes, jak mawiało się w Modris. Dziesiętnik, jako nie w ciemię bity służbista, wiedział, że litera prawa nie daje okazji do zarobku. Niektórym, rzecz jasna.  A Otto Fraterlich nie należał do niektórych.

Potem przyszedł inny żak. Chudy, o wyłupiastych oczach. Ten z kolei ględził, aby bramy nie otwierać. Otto Fraterlich zgodził się.

Dziesiętnik nie był w ciemię bitym służbistą. Drugi dał więcej, a przecież interes to interes.

***

Bardi Grodder, nestor kelradzkiej fili klanu Grodderów, przeglądał plany wykonawcze barykad.

– Co za łajno – z braku innych osób w warsztacie gadał do siebie. – Fuszerka i partactwo. Stabilne to, jak ludzki rozum…

Stary krasnolud brzydził się spreparowanymi planami. Uraczył się Starym Grodzkim, bursztynowym piwem z Modris i zaklął plugawie w rodzimym języku. Piwo smakowało mu jak zawsze. Tordi Grodder, starszy klanu i zarazem kuzyn Bardiego, wysłał mu tuzin keg z republiki. Do beczek dołączona była depesza ze schematem budowy barykad. Plany były łudząco podobne do tych, które wykonał dla jakiegoś studenciaka. Jakaś zadyma się szykuje, myślał krasnolud.  Studencka zadyma. To będzie i afera, i pogromy, i podwyżka podatków. I pewnie aprowizacja dóbr nieludzi na potrzeby cesarskie. Cholerny cesarz. I cholerne Cesarstwo.

Dziwna sprawa, snuł dalej. Pierwej żak składa zamówienie na barykady. Potem krasnolud projektuje schematy i wysyła je do kuzyna z Modris celem konsultacji. Tordi odsyła schemat z poprawkami. O ile ich spreparowanie można było nazwać poprawkami. Barykady posiadały wady. Kluczowe. Spojenia miały puścić przy naporze byle piechoty. Konstrukcja ciężka, materiały drogie, zamienniki tandetne. Bardi brzydził się, że taki produkt ma opuścić jego warsztat. Coś się szykuje, pomyślał mało błyskotliwie. Trzeba się przygotować na gorsze czasy.

W jednej z keg krasnolud znalazł czterysta denarów modriskich. Siwobrody krasnolud zrozumiał przekaz.

W końcu, jak się mawia w Modris, interes to interes.

***

Na wiklinowym stoliczku leżała karta papieru pokryta równym pismem. Alessia Glyssileth, matrona elfiego rodu kupieckiego z Middenvatten, zerkała nań z obrzydzeniem.

Przed paroma miesiącami jej ziomkowie z miasta stołecznego Kelrad, donieśli jej o ruchach studenckich w stolicy. Szykowały się bunty, pikiety, awantury. Tak jak przed paroma laty, gdy elfy z Kelrad protestowały przeciw obowiązkowi składania ofiar dziękczynnych za wygraną wojnę z republiką Norithoru. Elfy, jak cesarstwo długie i szerokie, wzgardzały ludzkimi zabobonami. Stąd spotkała ich, jak mawiali niektórzy, zasłużona kara.

Wówczas studenci przyłączyli się do elfów popierając ich bunt. Młodzież akademicka uwielbiała burdy, zamieszki i wszelakie okazje do pokazania władzy jak szanuje sztamp, obyczaje i autorytety. Elfów nie interesowały pobudki żaków, a efekty. Dlatego Alessia Glyssileth udzieliła poparcia rozjuszonym żakom gotowym do kolejnych rozruchów. Nieoficjalnie. Chcą protestować przeciw reformie sądownictwa, myślała siedząc na marmurowym tarasie. Zgodziła się powodowana koherentną nienawiścią do wszystkiego, co ludzkie. Pomimo tego, że – jak mawiali niektórzy – jej ród był zasymilowany. Zasymilowany to znaczy przyczajony. Jak kot. Jak Czarne Kaptury z Modris. Młodzieniec, który kontaktował się z przedstawicielstwem kelradzkim próbował kręcić i kłamać. Śmierdział wręcz swym modriskim pochodzeniem. Lawirował swym nazwiskiem, ale dla Glyssilethów nic nie mogło być okryte całunem matactwa. Matrona, z pomocą swych zauszników, dowiedziała się, że filię w Kelrad odwiedzał Victor Dauhwald. Tylko po co kłamał? Zastanawiała się potem.

Lecz był to czas decyzji. Założyła lokatę w banku Gelzów z Modris. Z tych funduszy Gelzowie mieli zakupić oręż dla studentów. Tak się stało. Matrona rodu kupieckiego Glyssileth czuła się zadowolona. Do czasu. Do wczoraj.

Zjawił się u niej Ernest Arubiel, oficjalnie student Akademii w Modris. Nieoficjalnie adept sztuk magicznych, uczeń profesora Vendoma Tasartira. Oficjalnie uczonego i attaché na dwór cesarski i margrabiego Marchii Północnej. Nieoficjalnie szpicla, szpiega, donosiciela i mistrza magii. Młodociany Arubiel dostarczył faktury z Wyspy Mort. Wyspy znanej, jako więzienie dla odszczepieńców, więźniów politycznych, nieludzi, heretyków i magików. Tajemnicą poliszynela było, że znaczne rody z republiki Modris posiadały na wyspie swoje interesy. Elfkę zaskoczyło jednak jedno nazwisko widniejące na fakturze.

Dauhwald.

Sfinansowała sprawę członka rodu, który gnębił jej ród. Wtedy było za późno. Z założonej lokaty została wybrana gotówka. Broń dotarła do stolicy.

Arubiel zaproponował Alessie Glyssileth zadośćuczynienie. I możliwość zemsty. Otrzymała poświadczenie na konto w Banku Gelzów na kwotę pięciuset denarów modriskich. Matrona brzydziła się niedotrzymanych umów, lecz poczuła się urażona intrygą, w którą została wplątana. Potrzebowała ujścia skrzywdzonej dumy. Potrzebowała wiedzieć, że krew żaków z Modris, pomaluje ulicę wyspy Kel. Potrzebowała wiedzieć, że ojcowie i matki akademickiej dziatwy poczują to, co elfy czują od wieków.

– W końcu, jak powiedział Garviel Arubel z Modris – mruknęła do siebie cichutko – interes to interes.

***

Ruben Wergstein z wredną satysfakcją przyglądał się żakowi z garbatym nosem. Odźwierny Bramy Eo znał młodzieńca. Przychodził do dziesiętnika z innym studentem. Gadali po cichu z dowódcą, klepali się po plecach. Otto Fraterlich zgarnął nawet sakiewkę z monetami. Wyglądali na zadowolonych. Dlatego Ruben postanowił zajrzeć do sakiewki i wziąć dwa denary, gdy dziesiętnik zwijał proporce z bramy. Przed paroma momentami Wergstein opróżniał nocnik wylewając ekskrementy do zaułka. Nikt tam zwykle nie stał toteż nikt zwykle nie bywał obrzucony gównem. Tymczasem napatoczył się tam garbaty nos ze swoim koleżką. Strażnik był pewien, że uczniowie pofatygują się do niego na górę. Złoiłbym gówniarzom skórę, prorokował butnie. Klęli, rzucali przekleństwa, pluli i obsobaczyli kogo się da. Ale oszczędzili sobie fatygi.

Wkrótce dołączyła do nich jakaś parka. Wątły studenciak przyszedł pod rękę z młodą dziewczyną. Również wyglądała na studentkę. Mówili do niego Tomas Vouter. Albo Wojter. Atrinijczyk bezbożny, ani chybi, zgadywał Ruben. Szeptali, pokazywali palcami na odnogi głównej drogi, potem pokłócili się trochę. Rozmawiali o nieobecności elfów oraz o jakiś barykadach. Mówili też o jakimś Gelzcie. Ruben dobrze znał to nazwisko. Dziesiętnik Otto Fraterlich posiadał konto bankowe w banku Gelzów.  Wergstein też kiedyś będzie miał tam lokatę. Kiedyś, bo póki co cięka pensyjka starczy mu na skromny wikt jego, żony syna i córki. A pić się też czasem chce.

Potem ten cały Wojtłer pytał o jakiegoś Wrajza. Albo Wajsera, zamyślił się Wergstein. Nie dokończyli dyskusji o tym człowieku. Od strony rejonu uniwersyteckiego zbliżała się chmara młodzieży akademickiej. Szli w ciszy. Dziwaczna to sytuacyja, zastanawiał się odźwierny. Zwykle się drą. O! Rozpiprzają też mienie publiczne! Może to jaki milczący pochód z okazyi zabójstwa tego studenciaka? Biedne chłopaczysko… Ktoś zamordował go na ulicy… Pod Małą Syrenką… A przecie tam dziatki pracują! I zwłok nawet nie skrył! Pewnikiem to chłopcy z nocnej brygady. Straszliwe z nich nerwusy, co braci studenckiej nienawidzą. Kto by tam zresztą tych darmozjadów lubił?

– Panie dziesiętniku! – strażnik odwrócił wzrok od studentów. – Jakaś manifestacyja się gotuje! I to ze studenciakami! Może by raptem skoczyć po jaśnie łoświeconego Henricha? To jego jurysydykcyja będzie.

– Jurysdykcja, jełopie – burknął Fraterlich znad miski z polewką. – Czy ty myślisz, że zaufani pana ze Stalervek nie donieśli naczelnikowi o tych ruchach?

Ruben nie zrozumiał. Zrozumieć nie mógł przez hałas, który rozległ się gwałtownie. Odwrócił się z powrotem do okna. Otto Fraterlich, pachnący koprem i borowikami, dołączył do niego.

– Ki czort? – Zdziwił się odźwierny.

Strażnicy nie potrafili oszacować ilu studentów zebrało się pod Bramą Eo. Z całą pewnością więcej niż parę lat temu. Na czele demonstracji Ruben Wergstein zauważył garbatego nosa z jego koleżkami. Poznał go po obsranym rękawie.

– Sprawiedliwość! Sprawiedliwość! – Rozpoczęły się krzyki żaków.

Tłum chroniły barykady. Początkowo Ruben myślał, że żacy trzymają transparenty. Może jakieś flagi. Tylko flagi czego? Bumelanctwa i rozpusty? Dopiero, gdy brać studencka zaczęła tłuc w nie pałkami, strażnik zrozumiał, że jest to mocniejsze od materiałów krawieckich.

Trwali w miejscu podobni wodzie gotującej się w garze.

– Oho – dziesiętnik wyprostował się. – Idzie straż pałacowa – wytężył wzrok. – I chyba na ich czele jedzie Henrich ze Stalervek.

– Niech żyje cesarz! Niech żyje cesarz! – Darli się studenci.

– Niech żyje cesarz! – Wtórował im Ruben.

– Stul pysk, idioto! – Fraterlich dał podwładnemu po łbie. – Zamknij się i oglądaj spektakl. Zaraz się zacznie.

– Co się zacznie?

Otto Fraterlich nie chciał zdradzać tego, co wiedział.

Zgodnie z przewidywaniami dziesiętnika naczelnik Cesarskiego Uniwersytetu w Kelrad, polecił rozejść się demonstrantom. Ruben nie słyszał dokładnie wywodu, ale domyślał się jego treści. Rycerz obiecywał im odpuszczenie win i brak konsekwencji z powodu nielegalnego zebrania się. Nikt nie miał ucierpieć, wszyscy mieli przeżyć. W odpowiedzi żacy zelżyli naczelnika i jego ród poświęcając lwią część na matkę.

Z okolicznych sklepów, klubów i tawern, wylali się gapie. Ruben zauważył jak z morza głów studentów wyłonił się jakiś chłopak. Cisnął kamieniem w korpulentnego kupca. Zainteresowani postronni raptem wrócili stamtąd skąd wyleźli.

– Klakierzy. Zaraz spierdolą… O widzisz! A nie mówiłem? – powiedział z niejaką dumą Fraterlich. – Wynajęci przez… – zastanowił się chwilę. – Cholera wie przez kogo.

Straż pałacowa ruszyła w stronę barykad. Naczelnik Henrich ze Stalervek jechał na jej czele dosiadając dostojnego gniadosza. Żacy wyrównali barykadę.

– Wolność! Braterstwo! – Krzyczeli.

To był znak. Znak, który dziesiętnik Otto Fraterlich miał zignorować.

– Wolność! Braterstwo! Wolność! Braterstwo!

Dowódca Bramy Eo zauważył, jak kilku studentów podniosło błagalny wzrok na blanki bramy.

– Interes – dziesiętnik mruknął pod nosem – to interes.

– Co? – Zapytał Ruben.

– Jajco. Patrz dalej.

Salwa kamieni pofrunęła w stronę straży pałacowej. Rozległ się dźwięk rogu. Sygnał do ataku. Henrich ze Stalervek usunął się z awangardy i skierował się na zad. Żołnierze w szyku zaprezentowali glewie i uderzyli na barykady. Wytrzymały.

Dźwięk rogu.

Zapatrzony w szarżę piechoty dziesiętnik, dopiero po chwili usłyszał ciężki tętent kopyt. Ciężka konnica wypadła z szerokiej ulicy prowadzącej do uniwersytetu. Nie mieli żadnej chorągwi. Odział formowany na szybko. Nagle. Na dźwięk gwizdka ruszyli w cwał i pognali na północną flankę barykady. Ta nie wytrzymała.

Studenci nie zdążyli się uzbroić. Ginęli szybko. Równie szybko próbowali się rozpierzchnąć między zabudowania wyspy Kel. Tych dopadała piechota.

– Mamusiu! – Krzyczał Victor Dauhwald leżąc ranny od pchnięcia glewii. – Mamo na pomoc!

Zginął pod kopytem ogiera należącego do Karla Breisezra.

– Victor! Nie! – Tomas próbował oswobodzić się z chwytu Emili.

Dziewczyna puściła go. Tomas odwrócił się do niej. Rycerz Ulrich z Thüsswaldu rozpłatał jej brzuch. Żaka z osłupienia wyrwał krzyk Rudrigera. Student szarżował na pana z Thüsswaldu z mieczem uniesionym nad głową. Uderzył go mieczem w bark okryty metalowym naramiennikiem. Potem stracił równowagę i upadł. Szlachcic roześmiał się gromko. Stanął nad Rudrigerem i bez ceregieli roztrzaskał jego głowę potężnym zweihanderem. Tomas Vouter poczuł, że zmoczył swoje spodnie.

Zemdlał, gdy pojął, że rycerz z Thüsswaldu zbliża się do niego żwawym krokiem.

***

Zanosiło się na deszcz.

Ludność miasta Kelrad nie posiadała się z radości. Nieczęsto przyglądała się publicznej egzekucji któregoś z notabli. Pal licho czym sobie zasłużył na śmierć. Implikacja stała nad powodami. Śpiewano tedy jowialne piosenki, rychło otworzono beczki z piwem i winem, zajadano się słodkościami, ktoś próbował sprzedawać różności.

Sebastian Gelz zajadał pączka z nadzieniem agrestowym. Chwilę po pierwszym kęsie zabrudził mankiety płaszczyka z kapturem. Nie szkodzi, pomyślał, i tak muszę się go pozbyć. Nie spodziewał się, by ktoś z tłumu rozpoznał jego twarz. Wszyscy, którzy mogli to zrobić nie żyli. Tomas Vouter, Victor Dauhwald, Rudriger Ossel, Emila Loufstein. I inni. Wielu innych. Pomimo tego wolał pójść za przykładem swoich kompanów.

Młodzian domyślał się, że władze Modris coś szykują, a stojący obok niego profesor Vendom Tasartir jest tej gry uczestnikiem. Podobno rody Ossel i Dauhwald śpieszą namawiać dożę do wprowadzenia sankcji wobec Księstwa Koronnego Kelrad i uległy dążeniom doży do zaciśnięcia stosunków z Marchią Północy. Tylko w czym rzecz, zastanawiał się. Rodziny Douhwaldów i ród Ossel, są wpływowe. Bogate. Trwają w dobrej komitywie z margrabią Godrynem Dermanem Namüelem. Handlują z nim medykamentami, surowcami, półproduktami. Sprowadzają z Marchii Północnej drzewo, węgiel, miedź…  Margrabia nie znosi cesarza. Cesarz przetrzymuje jego syna, Deotardusa. Cholera… Jeszcze jaka wojna z tego będzie… A wojna szkodzi handlowi… Chyba.

Student dokończył pączka i oblizał palce od lukru. Podniósł głowę do góry i zauważył jak kat kończy robotę.

Naczelnik Henrich ze Stalervek został obarczony winą za wystąpienia studenckie. Powiadali po karczmach i tawernach, że cesarz nie szczędził inwektyw, potwarzy i kalumnii. Zrównał rycerza z dziadostwem odbierając mu majątek i ziemię. Wtedy stała się rzecz najgorsza. Dla naczelnika. Postanowił oponować. Na respons cesarz nie kazał długo czekać. Naczelnikowi postawiono zarzut obrazy majestatu, uwięziono, skazano a następnie poddano wstępnej męczarni. Do właściwej dochodziło na oczach mieszkańców miasta Kelrad.

Gelz zerknął na niewzruszoną twarz profesora Tasartira oraz jego kompana. Że też dałem się nabrać, zastanowił się żak nad sobą. Widać od razu, że to nie żak, a jakiś agent. Pewnie któryś z Czarnych Kapturów. Nieznajomy wlepił wzrok w Henricha ze Stalervek. Patrzył na niego beznamiętnie, bez krzty empatii. Sebastian poczuł jak przechodzi go dreszcz.

– Powiedział, że spotkamy się na egzekucji – rzekł człowiek, który do niedawna nosił miano Karla Weissa. – Miał rację.

Zaczęło padać. Naczelnik dławił się cierpieniem, prosił bogów i ludzi o litość. Potem o skrócenie mąk.

Karmazynowa krew spływała strużką po pręgieżu. Tłum odpowiadał straceńcowi pogardą.

– Profesorze? – Odezwał się Sebastian.

– Tak?

– Wiem, że nie warto pytać o cel – żak niedbale wskazał ręką na krwawy spektakl – tych zabiegów…

– Ale?

– Ale proszę mi wytłumaczyć jaką rolę odegraliśmy w tym przedstawieniu.

Krzyk. Płacz.

Odcięte palce szlachcica poleciały w kierunku tłumu. Sebastian Gelz wiedział, że domorosłe zaklinaczki niebawem rzucą się po nie.

– Są tacy, którzy przeglądając się w lustrze rzeczywistości, dostrzegają siebie i tylko siebie – odpowiedział zawile profesor. – Stroją się przed nim, ćwiczą przemowy, zachowują się swobodnie i szczerze, gdyż patrzy na nich tylko lustro.  Słyszałeś o lustrach tellamelskich? Z pozoru wyglądają normalnie, lecz stojąc z drugiej strony można przyglądać się temu, kto przygląda się sobie.

– Chyba pojmuję – odparł Sebastian Gelz bez przekonania. –  Lecz gdzie my stoimy? Obok?

Krzyk. Smród fekaliów.

Głowa Henricha ze Stalervek została odebrana reszcie ciała.

– My, mój drogi chłopcze, stoimy po drugiej stronie lustra.

<- Część IV |


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 5 (#2 2017) kwartalnika Abyssos.

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra cz. IV

384 Wyświetleń


<- Część II
I | Część V ->


 Nazajutrz Tomas Vouter skrył się w bibliotece uniwersyteckiej stanowiącej część kompleksu akademickiego. Przed wiekami, gdy wyspa Kel stanowiła ostatnią fortecę elfiego władania jakimkolwiek terytorium, w miejscu biblioteki stała świątynia. Powiadali, że i nestorowie nie znali imienia bóstwa, któremu oddawano tu cześć. Wiadomym pozostaje, że gdy hufce ludzi wtargnęły do świątyni obalili posągi, a żywe elfy przetransportowali do nowo utworzonego getta w mieście Rad. Wnętrza świątyni zawierały kodeksy, manuskrypty, katalogi, indeksy, księgi hagiograficzne i elementarne zaklęcia magiczne. Zdobywcy rychło dokonali gruntownej selekcji zbiorów piśmienniczych. Potem płonęły stosy ksiąg. A wraz z nią kultura starsza od ludzkiego rozumu. Gdy ognie zgasły, tropiono tak zwanych demonologów, bałwochwalców, kozojebców i inkubów. Jakby nowopowstałemu miastu Kelrad za mało było żaru i żalu. Ci, którzy skrycie żałowali ofiar pogromu, wyjednali u króla Daggo I pokój. Apelowano o rozsądek, o miłosierdzie, zrozumienie i tolerancję. Skutkiem tamtych próśb był Wieczysty Pokój. Elfom pozwolono osiedlić się w grodach cesarstwa. W gettach. Z dala od rozsądku, miłosierdzia, zrozumienia i tolerancji. Potem król Daggo II postanowił odświeżyć starą, cudem zignorowaną budowlę. Biblioteka i wiedza schowana w jej murach trwały. Choć nikt nie pamięta lub pamiętać nie chce o jej korzeniach. Zaś biblioteka, jak z dawna, obserwowała i gdyby tylko mogła, zaśmiałaby się nad naiwnością swych wizytatorów.

Za murami biblioteki nieboskłon oblewał mieszkańców miasta przyjemnym słońcem. Morze spienione falami, burzyło się za sprawą zachodniego wiatru. Wyspa Kel, odgrodzona od części lądowej wysokim na trzydzieści sześć stóp murem, broniła się przed gołotą i ludźmi mniej szlachetnymi z urodzenia. Ponieważ zdaniem mieszkańców wyspy, Kel stanowiło osobne miasto. Niektórzy posuwali się w tym stwierdzeniu dalej twierdząc, że co tam miasto! Państwo! Wbrew tym stwierdzeniom wyspa nie mogła funkcjonować bez pozostałych dzielnic. To druga część Kelrad produkowała i handlowała. Wyspa Kel świeciła blaskiem przepychu. Na północ od bramy wejściowej Kel, Bramy Eo, wzdłuż linii murów, rozciągały się gospody, domy uciech, sklepy z wyszukanymi precjozami. Tamtejsi kupcy zwykli reprezentować rody senatorskie parające się kupiectwem, jakby na przekór tradycji szlachty północnej, dla której handel był czymś odpychającym. Dalej, gdy ulica zwijała się łukiem ku zachodowi, przechodzień trafiał na pierwsze zabudowania uniwersytetu. Wpierw Archiwum Koronne, gdzie składowano dokumenta, edykty, kodeksy i rozporządzenia. Opodal archiwum, konkretnie po drugiej strony brukowej ulicy, stał kościół Jurastiona, opiekuna mędrców, filozofów, braci studenckiej, ale i jurystów, bakałarzy, guwernantów oraz retorów. Dalej, za ceglanym murem rozciągał się Uniwersytet Cesarski ze słynnym Akacjowym Parkiem na czele. Żacy zwykli przezywać urokliwe miejsce Pachnącym Bajzlem. Nocami odbywały się tam hece i figle właściwie dla studenckiego przezwiska. Noclegownie tudzież akademiki, ukryte za uniwersytetem, kościołem Jurastiona i archiwum obfitowały w atrakcje. Ktoś grał na waltorni, inny wybijał rytm na bębenku, ktoś łączył pochodzenie kolegi z profesją nierządnicy, ktoś dowodził, że wypije dwie flasze wina na raz. Ktoś odparł, że czyn ten skończy się poważnym pawiem. I miał słuszność. Ci, którzy dyskutowali recenzowali wdzięki koleżanek studentek. Uniwersytet, bowiem był koedukacyjny, rzecz nie do pomyślenia w Norithorze czy w Ereslau. Inni gawędzili o przyjęciach, występach cyrkowców na zeszłym jarmarku, ktoś opowiadał niewybredne dowcipy, inni zaś mówili o bójkach. Mało kto mówił o nauce.

Główna arteria wyspy, kierująca w kierunku zachodnim, prowadziła wzdłuż znakomitych posiadłości senatorskich ogrodzonych wysokimi murami, na których parlamentarzyści umieszczali swe herby. A także i straż osobistą, stale taksującą przechodni.

Wszystkie te budynki musiały ustąpić Pałacu Cesarskiemu, do którego wrót prowadziło sto i piec marmurowych schodów. Sąsiadujący z pałacem Leawentyn, siedziba autokefala, dopełnia splendoru tego miejsca. Oba pałace, zasadniczo nie różniące się w swej konstrukcji, łączył Ogrójec Cesarski. Sławny dzięki mnogim i bogatym przyjęciom odbywającym się pośród dębów, wierzb płacących i akacji posadzonych tak, by róże, chryzantemy, datury, bukszpany i bluszcze, cieszyły oczy bywalców swym urokiem. Oba pałace, przypominające raczej twierdze, górowały nad wyspą Kel, połyskując spiczastymi wieżami w świetle słońca. Dla gapiów, wyselekcjonowanych rzecz jasna, miały stanowić sygnał o potędze majestatu. Dla gołębi, mew, kormoranów, a nawet albatrosów, sygnały te były niezrozumiałe toteż przedpołudniami ustawicznie obsrywały połyskujące wieże. Na południe od Bramy Eo, dłużyła się ulica z eleganckim rynsztokiem w kształcie półkola na środku. W swoim czasie elfy wybudowały sieć kanalizacyjną, do budowy której społeczeństwo ludzi przekonywało się z niemałym trudem. Idąc wzdłuż rynsztoka, przechodzień mógł wstąpić do którejś z wyszukanych tawern, pierwszorzędnych zamtuzów, wysublimowanych klubów, niemych świadków rodzących się intryg, aliansów i stronnictw. Każdy jeden, posiadający zacne nazwisko albo i lepiej wypchany trzos, mógł spędzić co najmniej wesoło czas na tej ulicy. Biedni tam nie mieli czego szukać. W ogóle nie wpuszczano ich na Kel. Elfów, krasnoludów, mnichów, kramarzy i cyrkowców też.

Docierając do początku odpływu rynsztoka, przed oczyma malował się senat. Niektórzy łączyli zarzewie ścieku z pobliskim miejscem zgromadzeń, wykłuwając z tego analogię. Senat, dość wymownie, prezentował się mizernie na tle Pałacu i Leawentynu. Co więcej, Pałac Cesarski, bezczelnie zdaniem senatorów, rzucał cień około południa na prostokątny budynek. Z tyłu, między Cesarskim Ogrójcem, a budynkiem senatu stała biblioteka. Biblioteka, z której to pewnie przypadkiem, nie zerwano fasady ornamentowanej motywem sterczącej na gałęzi sowy w centralnym punkcie ozdoby. Sowa posiadała wyłupiaste trzeszcza i trzymała w dziobku gałązkę wawrzynu. Ci, którzy znali ów symbol słusznie doszukiwali się w nim Merwego – elfiego patrona mędrców. Ale tych było zbyt niewielu, by ktoś zwrócił uwagę na fasadę. A potem ją rozbił.
W tymże przybytku Tomas wyczekiwał Karla. Lubił to miejsce. Nie posiadał z nim szczególnych wspomnień, lecz zapach starych ksiąg i powietrze ciężkie od kurzu wprawiały go w lepszy humor. I ta cisza… Zmącona jedynie astmatycznym sapaniem marszałka Ulifa Raiznera pochylającego się nad O duszy pogodzie, autorstwa Rispodelha I, ojca obecnie panującego.

Odchrząknięcie. Tomas, spoglądając przez ramię, zobaczył Karla opierającego się o półę z posegregowanymi alfabetycznie woluminami. Z kieszeni wydobył drewnianą fajkę z długim, prostym ustnikiem. Cichutki jak kot, skwitował w myśli żak. Ciekawe ile już tam stoi…

– Najciemniej pod latarnią? – Weiss zapytał niskim, ochrypłym głosem zerkając kurzym okiem na marszałka. – Nie przeszkadzajmy jegomości. Chodźmy. Weź te księgi i przejdź do alkierza.

Vouter przeszedł pomiędzy działem 930/40 a 940/41 wzdłuż liter G i H. Skręcił w dział Apologie monarchii, potem w szerszą alejkę między kategoriami tematycznymi aż dotarł do alkierza znajdującego się obok działu 921/01, znanego, jako Zgubne wpływy republik. Tam, jakby mający za nic konsekwencje, rozpalał fajkę Karl Weiss. Oparł się o parapet prostokątnego okna. Trwał w bezruchu, jak nigdy nieściągana z regału książka.
– Bardziej gotowi nie będziemy – Vouter odstawił książki na parapet. – Rudriger Ossel doniósł, że klan Grodderów dostarczył barykady. Krasie wykonały podobno popisową robotę. Co dalej? – Żak przymknął oczy. – Sprawy finansowe zostały domknięte. Przypilnował tego Sebastian Gelz. Powiada przy tym, że faktury, zlecenia przelewów, ogólnie ruchy pieniądza, zostały skrzętnie poukrywane. Na wszelki wypadek. Za siedem dni przy Bramie Eo około wieczora zaczną gromadzić się studenci. Victor Dauhwald stwierdził, że chętnych na pikietę jest sporo. O tym jednak wiemy póki co tylko ty, Victor, Rudi i Sebastian. Nikt więcej. Niektórzy pytali o broń…
– I co?
– Victor dementował pogłoski o rzekomej walce zbrojnej – Vouter wykrzywił nieładnie usta. – Durna ta nasza brać studencka. W ogóle nie domyślna. Gadatliwość ma w pakiecie. Moutart węszy niestrudzony i obawiam się, że jego długie konfidenckie uszy, mogły usłyszeć za wiele. Źle się stało. Nie docenialiśmy tej pierdoły donoszącej naczelnikowi. Tymczasem nasz mości pan ze Stalervek bierze na spytki co jakiś czas jakiegoś nieszczęśnika. Wypytuje, grozi, pluje, anonsuje o rychłym wydaleniu z uczelni. Wyspą Mort straszy.
– Straszy – Weiss zaciągnął się potężne. – Co proponujesz?
– Nic! – Tomas odwrócił się od okna i przetarł oczy. – Znaczy, sam nie wiem. Francesco nie kłamie. Nie fabrykuje dowodów. Ot, donosi i ma cham z tego złoty róg. Gdyby go tak zaraza przemogła…
Żak zerknął na Karla Weissa. Student zauważył w jego obliczu coś czego nie potrafił odczytać.
– Chcesz mu coś zrobić? – Obniżył głos. – Prawda?
– Co?
– Chcesz go zabić. Zgadza się?
– Przestań pleść, Vouter – Weiss obruszył się wściekle. Zbyt wściekle. Zbyt teatralnie. – Mów co dalej.
– Dobrze, już dobrze. Nie chciałem cię obrazić. Victor ma interesującą koncepcję. Przekupi odźwiernych z Bramy Eo, którzy przepuszczą pikietujących w kierunku Miasta. Wojsko i straż miejska nie będzie mogła nas rozproszyć tak jak poprzednio.
– W teorii. W praktyce może wszystko – Karl wypuścił dym przez nos.
– Nie wiem… Nie wydaje mi się, że naczelnik zdecyduje się na masakrę tuż przed pospólstwem z Miasta. Jasne, arystokracja z wyspy Kel nie znosi studentów. Ale tamci? Spoza wyspy? Zobaczą, że władza atakuje lud. Szybciutko zapomną, że brać studencka co rusz chędoży córy kupieckie, bije się w czeladnikami..
– Istotnie. Być może masz słuszność.
– Przygotowane barykady służyć nam będą jako ochrona. Nie spodziewam się bezpośredniego ataku, ale spodziewam się prowokatorów.
– Gada się, że poprzednio znaleźli się tacy – starszy żak wlepił wzrok w posadzkę.
– Stąd pomysł o minimalizacji podjętych działań. Szybka zbiórka, rozpoczęcie pochodu…
– Poczekaj, Tomas – Karl odwrócił się do okna pozwalając, by promienie słońca drażniły jego twarz. – Co jeśli pospólstwo z Miasta ruszy z buntem? Lud ma pewne wątpliwości, co do polityki wewnętrznej naszego umiłowanego cesarza. Pamiętasz sprawę cenzora Glauca? Bogowie… To był jedyny urzędnik podatkowy cieszący się sympatią ludzi. Cholera wie dlaczego. Co z nacjonalizacją zakładów produkcyjnych? Że też nie wspomnę o tej dziwnej modzie z fryzowaniem zbyt długich włosów.
– Istotnie – zgodził się student. – Nazbierało się tego, ale Rudi, Sebastian i mości Gelz uważają, że nie ma innego wyjścia – zawahał się. – Ja… Ja sam uważam podobnie. To…
Vouter złapał się na ekscytacji. Obiecywał sobie rozsądniej racjonować emocje w rozmowach z Weissem. Uśmiechnął się szczerze.
– To może się udać.

***

Hukanie sowy niepokoiło Edgara. Skąd jakieś przebrzydłe ptaszysko znalazło się w kaplicy bóstw? Znak? Omen jakiś? Księżyc bynajmniej nie srebrzył się na firmamencie od dawna, a Edgar o ile dobrze pamiętał, sowy wyruszały na łowy późną porą.
Rozmowa z ojcem Dietrichem, opiekunem kaplicy poświęconej Eo i Jego Dzieciom rozdrażniła alumna. Poświęcone miejsce wymagało doraźnej i stałej opieki. Edgar zwykł ochoczo wypełniać swoje obowiązki, co wprawiało niejednego i niejedną w lepszy nastrój. Brać studencka nierzadko śmiała się zeń, że wymienia nocniki bóstw, czyści zapaskudzone od wosku dewocjonalia i wyjada słodkości ofiarowane Hilen lub Pryterowi. Edgar, jako alumn i zarazem żak, za nic miał próżnicę studentów. Znosił cierpliwie szykany, zaś w duchu obiecywał, że gdy zostanie kapłanem będzie zadawał surowe pokuty braci studenckiej. Profilaktycznie. Wszystkim.
Usłyszał czyjś chód. Tej okazji nie mógł przepuścić Łatek. Piesek Edgara odziedziczony po doktorze Hauserze. Począł szczekać głośno i nieprzyjemnie. Zwierzę darło się z zawziętością godną komornika przy posłudze windykacyjnej.
Zza rogu wyłonił się Karl Weiss.
– Cicho Łatek! Cicho bądź! – Wydawał komendy Edgar. Na próżno. – Sza, psie!
– Cześć Edgar – rzucił Karl obserwując Łatka zbliżającego się do jego nogawki. – Już ci! Zmykaj! – Warknął i zamachnął się na psiaka markując rzut.
Fortel podziałał. Pies spokorniał i uciekł za Edgara. Alumn parsknął, ale wnet zmarkotniał.
– Cholera, mam nocne czuwanie – rzekł Edgar. – Zawsze to samo. Muszę zamknąć gdzieś Łatka, ale pewnikiem nasra w jakimkolwiek schowku.
– To może uwiąż go gdzieś na dworze? – Zaproponował Karl obserwując jak kundel znowu obwąchuje jego but.
– Raczej nie. Ktoś mi go jeszcze ukradnie albo otruje. Tak, tak. Doktor Hauser, choć był autorytetem w swej dziedzinie, nie cieszył się popularnością wśród żaków. Był surowy, nie stronił od konfliktów. Ktoś mógłby zechcieć otruć Łatka z zemsty.
– To głupie.
– A czyż ludzie nie są wolni od głupoty?
– Masz rację.
Karl zamiast znów zamarkować rzut, schylił się i pogłaskał żywo psa.
– Mogę się zaopiekować Łatkiem jeśli chcesz.

***

Ulice wyspy Kel były najlepiej strzeżonym miejscem w całym Cesarstwie. Magister Francesco Moutart mijał co chwila pięcioosobowe drużyny mężczyzn z imponującymi glewiami, w kolczych koszulach z pysznie wyeksponowanymi tabardami ze znakiem jelenia o płonących niebieskim ogniem oczach. Posyłali magistrowi nieufne spojrzenia. Moutrat czuł się dziwnie. Musiał zaliczyć wizytę u Brückera, potem u Henricha ze Stalervek. Naczelnik pewnie chce spijać mą niedole jako ostatni, pomyślał. Już ja mu się zrewanżuję!
Wszedł na Czarci Plac, gdzie wedle starej opowieści, elfy miały uprawiać niegdyś kult magii. Dla magistra samo oddawanie się sztuką magicznym było czymś nienaturalnym a co dopiero hołdowaniu jej. Na Placu w ołowianej klatce, zgodnie zaleceniem sądu, zwykło umieszczać się zwłoki skazańców, którym udowodniono posługiwanie się magią. Nieszczęśnicy ci pochodzili bez wyjątków z rodów arystokracji oraz patrycjuszy. Dla biedniejszych kryminalistów miasto Kelrad przewidziało pospolite szafoty na lądzie lub w dalszym ciągu popularne piki na bramach. Tym razem ołowianą klatkę zajmowały zwłoki cenzora Glauca Orgera rodem z Neusalz. Francesco Moutart doniósł łaskawie na niego, gdy popisywał się znajomością rozprawki O pochodzeniu bogów nieznanego autora. Wzięty na inkwizycję cenzor przyznał się, że modlił się do nielegalnych bóstw oraz korzystał z magii w sprawach prywatnych i zawodowych. Plugawił błogosławieństwa boga Prytera, w celu powiększania popularności wśród prostego ludu. Sprawa zakończyła się śmiercią urzędnika. Padł również cień wątpliwości w stosunku do religijności Trybuna Ludowego Joachima z Casetheim, który pragnął bronić Orgera przed sądem. Wkrótce wszczęto nowe postępowanie, zaś miejscowy kat zarobił na nowe rękawice.
Moutart wiedział, że dobrze zrobił. Prawo jest prawem i choćby było najdotkliwsze musi być egzekwowane z surowo. Tylko dlaczego, mimo rygoru kar, ludzie dalej kroczą drogą występku? Magister sądził, za profesorem Brückerem, że wina leży po stronie upadku autorytetów i ogólnej deprawacji rasy ludzkiej przez wpływ obcych ras. Właśnie, Brücker, zadumał się magister. Stary pierdziel wykorzystuje mój afekt do sukcesu. Nie jestem zboczeńcem, ale też nie posiadam koneksji dających mi dostęp do gotówki. Młody naukowiec począł zachodzić w głowę jak stary profesor dowiedział się, że Moutart posługuje w Małej Syrence. Zawsze nosi maskę, używa innych pachnideł oraz odzieży. Nawet bajzelmama nie znając jego prawdziwego imienia mówi mu per Gwizdeczek. Lecz nie to było istotne. Brücker złożył mu obietnicę, że obsadzi go na etacie kancelarzysty w Instytucie Dialektyki.
Francesco Moutart dziękował bogom za zbiorową mądrość, która popchnęła senatorów do obsadzenia wszystkich ulic wyspy Kel, latarniami. Ale nawet w najbardziej cywilizowanej enklawie Cesarstwa, za którą Moutart miał Kel, nie obeszło się bez psich kup. Mało brakowałoby nowiutke pantofelki przeszłyby chrzest. W przypływie gniewu zaczął rozglądać się. W świetle latarni dopatrzył, jego zdaniem szczurołapa, który wesoło gwiżdżąc szedł z jakimś kundlem. Usiadł na murku niedaleko Małej Syrenki i zaczął nabijać cybuch fajki wydobytej z kieszeni. Magister postanowił zwrócić mu uwagę.
– E! Panie! Co pana pies tak tu sra?!
Nieznajomy zignorował pytanie, co zamieniło gniew magistra we wściekłość. Podszedł bliżej, czujnie na psa. Niepotrzebnie. Kundel ułożył się pod stopami szczurołapa i począł lizać się tam gdzie tylko czworonogi potrafią.
– Mówię coś do ciebie – walnął mężczyznę śliną uchodzącą wraz ze słowami. – Patrz na mnie, jak do ciebie mówię!
Spojrzał. Moutrat znał te szare oczy odcedzone od współczucia i miłosierdzia.
– To ty?!
Pies zaniepokojony nagłym okrzykiem zaszczekał. Magister zwrócił uwagę na kundelka i rozpoznał w nim Łatka. Chciał krzyknąć znowu, ale poczuł jak zimna stal urywa jego akcje serca.

<- Część III | Część V ->


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 4 (#1 2017) kwartalnika Abyssos.

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. III

591 Wyświetleń

<- Część II | Część IV ->

 


Tomas nic nie rozumiał.

Odkąd zaczął się wykład profesora Vendoma Tasartira, oryginała z długimi siwymi włosami oskarżonego o nie dwu a trzylicowość, wpatrywał się w Karlin Kuzeck. Żakowi imponowały wydane policzki dziewczyny, jej migdałowe, typowe dla Atrynijczyków, oczy. Imponował mu jej również jej tył. Jędrny, zgrabny, wesoło kołyszący się podczas chodu. Studentowi nie przeszło nawet przez myśl, że wczoraj zachwalał nieobowiązkowe wykłady. Dziś w myślach figlował z Karlin na sposoby, przez które trafiłby na stos. Pomyślał o Emili i zarumienił się doszukując się w swych imaginacjach zdrady.

Continue Reading

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. II

349 Wyświetleń

<- Część I | Część III ->


Przed wejściem do pokoju numer dwadzieścia dwa tłoczyła się grupka żaków. Namawiając się wzajemnie na pukanie w drzwi, wspominali jak przed laty Karl Weiss wyszywał na banderze uschnięty dąb. Znak elfich buntowników prędko stał się symbolem solidarności ze starszą rasą. Stojący w tłumie Francesco Moutart po części rozumiał studencką fascynację Weissem. Odważny, bohaterski, idealista. Co z tego, że myli się w każdym z cali? Młodzi kochają mało rozsądnych, gdyż w miłości to podobieństwa a nie różnice się przyciągają.

– Podobno zmienił się nie do poznania! – Ekscytował się jakiś pierwszak.

– A jak miał się nie zmienić?  Znasz kogoś kto opuścił wyspę Mort? Cała wyspa to jedna wielka kolonia karna – odpowiedział mu jego równolatek.

– Jak wyjdzie od Tomasa to nam wszystko opowie!

Moutart chował w pamięci i sercu wszystkie opinie i ploteczki na temat Weissa. Spamiętywał przy tym tych, którzy nadmiernie egzaltowali się uczelnianym synem marnotrawnym.

Tomas Vouter zerkał przez ramię na drzwi pokoju 22. Uśmiechnął się myśląc o zasadach akademickiej społeczności. Żaden z pierwszych roczników nie miał prawa przeszkadzać żakom, którzy rozpoczęli quadrivium. Nawet jeśli obserwowaliby rozmowę z końca pokoju, mogącego pomieścić dwudziestu lokatorów. Student spojrzał na Weissa a potem na siedzącą na pryczy dziewczynę o lazurowych oczach. Nie spodobało mu się jak Emila Loufstein patrzy na Karla. Szczęśliwie żak również wpatrywał się w drzwi słuchając głośnych rozmów pierwszaków.

– Za twoich czasów tez był taki porządek? – Zagaił Tomas.

– Nic się nie zmieniło.

Potem zapadło, nieznośne dla cierpliwości, milczenie. Tomas zaprosił do rozmowy Karla z jasnego dlań powodu. Odkąd usłyszał, że na uniwersytet wraca osławiony swą odwagą Karl Weiss zapałał chęcią żądzy odbycia z nim rozmowy. Również Emila Loufstein nie mogła się doczekać spotkania z przywódcą rozruchów studenckich.

– Słyszeliście o pomyśle cesarza? – Odezwał się Karl wzdychając zaraz po tym. – Jego Miłość doszła do wniosku, że słusznie jest, aby środowisko akademickie tego miasta zostało wyłączone spod sądów kościelnych i  włączone pod jurysdykcje miejską.

– Tak, by cechy rzemieślnicze, osoby prywatne i spółki cywilnoprawne nie musiały wnosić podatku za zatrudnianie stażystów do pracy. Kanony kościelne zabraniają nakładania dodatkowych danin oprócz dziesięciny i podatku od głowy – sprostował szybciutko Tomas Vouter.

– Godzi to w część studentów, którzy nie są wspierani przez rodziców w sposób znaczny. To jasne – dodał Karl Weiss przekładając nogę na nogę.

Ponownie w pokoju numer 22 zapanowało milczenie.

– Uniwersytet nas potrzebuje – odezwał się po krótkim momencie. – Ale sam wiesz najlepiej, że jest za mało zainteresowanych by można coś wywalczyć. Poprzednio byli studenci, elfy, krasnoludy. Nawet paru wykładowców dołączyło!

– Nie przypominaj mi o tym kolego – odparł szorstko Weiss. – Poprzednio nie udało się nam posunąć pomysłów do przodu. Nie studiowałeś wtedy. Nie było cię tam. Popełniliśmy wiele błędów.

Byłem – sprostował w myśli Tomas. – Ale nie pamiętasz mnie.

– Ale najwyższą cenę zapłaciłeś ty – do rozmowy włączyła się Emila.

– To nieprawda – zaprzeczył Karl kręcąc głową. – Biedaki z barykady uniwersyteckiej zostali zmasakrowani przez konnicę Henricha ze Stalervek. Rozmawiałem z nim dziś. Teraz służy tu jako naczelnik.

– Raczej naczelny donosiciel – prychął Tomas.

– To kiepski awans, co? – Zastanowił się Karl.

– Ma teraz dużo czasu – śpieszył z wyjaśnieniami Tomas. – A wieść niesie, że ponoć sam wniósł o utworzenie tego stanowiska.

– Taaa… – Przeciągnęła Emila kręcąc oczami. – Teraz ma więcej czasu na łajdaczenie się w Małej Syrence. No i na rozmowy z Moutartem.

– Szczupły, przeciętnego wzrostu, niemodna toga?

– To on – potwierdził Tomas. – Szpicel, menda i podobno łamacz mieczy.

– Kto?

– Tomasowi chodzi o to, Francesco, znaczy Moutart, oddaje się oddaje się mężczyznom jak dziwka – wytłumaczyła z obrzydzeniem Emila.

– To co za problem? – Nagle Weiss ożywił się.  – Donieść na niego inkwizycji i spalą go jako winnego wynaturzeń. Kto ogniem woj uje od ognia ginie, prawda?

Od razu chce działać. To prawda, co powiadali o nim – snuł w myślach Vouter.

– To nie takie proste. Odkąd rozgoniono batogami poprzedni bunt, wszelkie donosy z uczelni przechodzą przez ręce naczelnika – rzekł Tomas. –  I uprzedzając kolejne pytanie: nie,  nieoficjalny donos też nie ma szans. Inkwizytorium patrzy na uniwersytet, jeśli nie palącym, to z pewnością mało przychylnym wzrokiem.

Skamieniała twarz Karla Weissa zaniepokoiła młodego studenta. Żak chciał przedstawić mu bolączkę sądową, a tymczasem Karl aż palił się do krwawej roboty. Przynajmniej nie okazywał tego. Lecz Tomas dostrzegał w rozmówcy gniew narastający powolutku i stopniowo.

– Powzięliście już coś? – Zapytał Weiss.

Vouter przeczuwał i bał się tego pytania.

– Są z nami młodsze roczniki. Jednostki, których mało obchodzą podatki na rzecz miasta ale zrozumieją poniekąd naszą sprawę. Gdy przyjdzie im zostawić pieniądz u urzędnika w zamian za kwit, a nie karczmarza w zamian za gorzałkę – odparł mniej ostrożnie niż planował. – Ale starsze i najstarsze, pamiętające poprzednie wydarzenia, nie palą się do działania. To dziwne. Potrzebują nas. Ta inicjatywa jest korzystna dla wszystkich uczących się. Zmieniając sądownictwo uniwersytet padnie bez studentów.

– To, że rybak zależy od morza, nie oznacza, że morze zależy od rybaka – odpowiedział Weiss a potem machnął ręką. – Jak w miłości, moi mili, jedno odchodzi, przychodzi potem drugie.

– Jesteś cyniczny – obraziła się Emila.

Rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Tomas domyślił się, kto może im przeszkadzać. Po głośnym wejść! w progu pokoju pojawił się korpulentny młodziaszek o pucołowatych polikach. Wysoki chłopak, odziany w togę barwy zimowego, zachodzącego słońca, stanął w progu pozwalając, by wzrok zgromadzonych za drzwiami studentów, na chwilę wlał się do środka.

– O! Przepraszam! – Prawie krzyknął rozumując w czym przeszkodził. – Już mnie nie ma!

– Nie, nie, Edgar, czekaj – Tomas zaprosił blondyna gestem ręki.

Zmieszany student w todze poszedł ku trójce. Zerkał z obawą na Karla. Uśmiechnął się szelmowsko i zarzucił nogę na kolano.

– Karl Weiss – przedstawił się spoglądając na Edgara.

– Wiem kim jesteś… – Wyszeptał Edgar cały czas wpatrując się w żaka. – Zostałeś zesłany na wyspę Mort za bunt i rozruchy – rzekł niespokojnie. – Słyszałem, że zginąłeś. Podobno są tam urządzane polowania na skazanych nie-ludzi. Skazańcom obiecuje się wolność w zamian za uczestnictwo w polowaniu.

– Jakim znowu polowaniu?  Edgar, co ty gadasz? – Spytała znudzona Emila.

– To prawda! – Student wybuchł gniewem. – Słyszałem od… od pewnych ludzi! Dozorcy robią łapankę, potem obiecują wolność. Nieszczęśnicy,  którzy przestają na te kondycje dostają sztylet i won w las. Potem dozorcy z psami polują na nich. Komu uda się przetrwać noc ten może opuścić wyspę.

– Udało się komuś? – Wtrącił Tomas.

– Gdzieżby tam!

– Mi się udało – skwitował szybko Weiss. – Zatopiłem się w bagnie uprzednio przygotowując rurkę z trzciny, aby dostarczała mi powietrza. Rankiem dozorcy, choć nie zadowoleni, przetransportowali mnie do Modris.

– Niesłychane – westchnął Edgar.

– Ważne, że żyjesz Karl – uśmiechnęła się Emila. Tomasowi nie spodobała się ta życzliwość. – Dajcie spokój – westchnęła. – Znowu Ci zginął Łatek?

– Łatek? – Zaciekawił się Karl.

– A to mój kundelek. Mały, bury… Taki tam – wytłumaczył Edgar.

– Tu go nie ma – powiedział surowo Tomas. – Pewnie siedzi przy kuchni, jak zwykle.

Edgar skinął głową, podziękował i przeprosił za najście. Stojąc przy drzwiach wyjściowych rzucił słowem, które nie spodobało się Tomasowi. Uchol. Cholerny uchol. Moutart powinien złapać jakąś chorobę Prytera, psia jego rasa. Ciekawe czy prócz członka w rzyci ma coś jeszcze z donoszenia – głowił się żak.

– Coś nie tak? – Weiss pojął, że są podsłuchiwani.

– Musisz wybaczyć Edgarowi – Tomas podniósł głos i puścił oko do kolegi. – W tym roku skończył trivium i zainteresowało się nim Gorejące Słońce. Nie, nie – zaśmiał się Tomas widząc jak twarz Karla zdradza spłodzone w myślach zdziwienie. – Inkwizycja nie doszukuje się w Edgarze przestępstw religijnych. Werbują go do swoich szyków, ale spokojnie. Jest niegroźny. Póki co. Teraz uczy się pilnie i cały czas gada o tym, co zapamiętał z wykładów.

– No i szuka Łatka – zaśmiała się dziewczyna.

– Głupi kundel – obruszył się Vouter. – Najpierw miał go jeden z wykładowców. Hauser, doktor teologii. Łatek był jego pupilkiem i gdy szlag trafił doktora to Edgar postanowił go przygarnąć. Cholerny pchlacz wszędzie szcza i sra. Poza tym jest niegroźny.

– Aha – mruknął Weiss. – Co z Moutartem?

– A co ma być? Menda i kanalia z niego jest – Vouter nawet nie próbował panować nad głosem. – Teraz was przeproszę. Muszę odwiedzić parę osób – wstał. – Jutro na auli głównej odbędzie wykład jakiegoś astrologa z Modris. Profesor Tasartir, o ile mnie pamięć nie zwodzi. Nieobowiązkowy, ale odnoszę wrażenie, że obecnie jeśli już chodzić na wykłady to tylko te nieobowiązkowe. Polecam i rekomenduję. Porozmawiam z moimi druhami. – Zniżył głos – Pojutrze spotkajmy się obok. W pokoju numer 23. Porozmawiamy konkretniej.

Wstał i pożegnał się uściskiem dłoni z Karlem. Emile pocałował w policzek. Wychodząc z pokoju numer 22 ogłosił, że studenci mogą już doń wejść. Co uczynili pośpiesznie. Żaden z nich nie odważył się jednak zagaić do wychodzącego z pokoju Karla Weissa.

***

Emila Loufstein zaproponowała szatnię przy kaplicy Eo na miejsce spotkania. Nie widziała o czym chce z nią rozmawiać Karl Weiss. Rzucił przelotnie, że potrzebuje z nią pomówić w miejscu gdzie nie sięgają uszy Moutarta. Przecież mogliśmy pogadać w noclegowni. Moutart i tak by nic nie usłyszał przez panujący tam harmider. Może chodzi o coś więcej? Może Karl nie chce by Francesco widział jak rozmawiamy? Nóżby ta menda rozpuściła plotki, że mam niby romans z Karlem po jednym spotkaniu. No chyba taki durny nie jest…  – zachodziła w głowę dziewczyna.

Mijając kolejne grupki żaków słyszała jak dyskutują nad powrotem Weissa. Jedni opowiadali o jego wyczynach, inni zaś o pobycie na wyspie Mort. Trzeci z kolei zastanawiali się czy popchnie rzekomych buntowników do kolejnego starcia z władzą. Emila sama zastanawiała się po drodze jakie plany ma ten człowiek. Podobno nie jest gwałtowny, ale nie wyglądał na takiego, co łatwo zgadzałby się z losem. Emila postanowiła nie osądzać przedwcześnie Karla. Pożyjemy, zobaczymy – skwitowała w duchu.

Przeszła obok kaplicy Eo, przy której Edgar rozmawiał z akolitą. Emila nie usłyszała rozmowy, ale wywnioskowała z miny Edgara, że student był średnio ukontentowany jej zwieńczeniem. Jej treść pozostawiła w sferze domysłów i zatrzymując się przed drzwiami szatni, rozejrzała się. Nikogo w pobliżu. Nacisnęła na mosiężna klamkę i pchnęła drzwi.

Weiss siedział na blacie, za którym zwykł stać szatniarz.

– Jestem – powiedziała.

– Jesteś – rzekł niskim głosem powstając z blatu. Wyczuła od niego zapach smrodu kiepskiej mieszanki ziołowej do palenia.

Nie wiedziała czy sama ma zagaić czy poczekać aż Karl sam zacznie mówić. Cisza peszyła ją. Uciekała od wzroku żaka i była zarazem pewna, że mężczyzna wyczuwa jej zakłopotanie.

– Spokojnie, moja droga – zaczął łagodnym głosem. Mimo to jego chropowata barwa drażniła delikatny słuch studentki. – Chciałem z tobą porozmawiać o Tomasie.

Zmarszczyła brwi i podniosła głowę. Nie lubiła rozmawiać o kimś za plecami.

– Wyraziłem się źle, przepraszam – Karl zrozumiał sygnał pochodzący z oblicza dziewczyny. – Tomas zaprosił mnie do rozmowy, ale nie dowiedziałem się niczego konkretnego. Tak, wiem, że pojutrze zobowiązał się do przekazania szczegółów, ale nie chcę być zaskoczony. Powiesz mi co mu leży na sercu?

Emila wahała się. Istotnie, wiedziała co Tomas ukrywa, ale wolała by to on przekazał Karlowi swoje myśli. Błądząc wśród wątpliwości nie zauważyła nawet, że student znalazł się bliżej niej.

– Sama nie wiem… – Nie potrafiła podnieść wzroku. – Ech… – Zdecydowała. – Ty go nie pamiętasz, prawda?

Pokręcił głową.

– Tomas brał udział w twoim buncie. Na początku. Wciągnął go jego brat, Albrecht. Chodzili na pikiety, rozdawali ulotki, nawet byli na barykadach, ale… – Urwała.

– Ale?

– Ale Tomas stchórzył – dokończyła prędko. – Uciekł, gdy zobaczył oddziały Heinricha ze Stalervek. Skrył się w dzielnicy elfów a gdy dotarły tam wojska zbiegł do świątyni Hilen. Tam się poznaliśmy. Byłam akolitką, ale to co zobaczyłam…

– Powiedz proszę.

Emila złożyła ręce na piersiach. Czyniła tak, gdy czuła się zdenerwowana. Spuszczała wzrok i tuliła się sama gładkimi jak atłas rękami. Usiadła na ziemi obok zajętych wieszaków z płaszczami zaciągając seledynową suknię na kostki.

– Rannych po walkach umieszczano w szpitalach oraz w świątyni Hilen – opowiadała dalej. – Tomasowi nic się nie stało, ale postanowiłam udzielić mu azylu. Wkrótce przywieziono ranne elfy i krasnoludy. Wśród nich byli i żacy. Udzielając im pomocy znalazłam Tomasa, który łkał i przepraszał Albrechta a potem…

Dziewczyna schowała głowę w dłoniach. Nie płacz, nie płacz – powtarzała w myślach. Na próżno. Nagle poczuła czyjeś ciepło na swym prawym boku. Karl usiadł obok niej i przyglądał się troskliwym obliczem. Czuła, że nie powinna, ale na bogów musze to z siebie wyrzucić!

– Matka przełożona przeczuła, że zjawi się wojsko – podjęła ponownie. – I miała rację! Oprawcy naczelnika zamordowali wszystkich! Elfy, krasnoludy, studenci! Wszyscy zginęli! A matka przełożona schowała się w zakrystii! Nic nie uczyniła! – Emila wybuchła gromkim płaczem. – A oni… Gwałcili, mordowali…

– To moja wina.

Emila uniosła głowę i pokazała Karlowi czerwoną twarz, wilgotną od łez.

– Co ty gadasz?

– To prawda. To moja wina. Ludzie i nieludzie zginęli bo ja rozpętałem ten bunt.

– Brednie! Postąpiłeś słusznie! To cesarz jest głupcem i winnym śmierci tych… O bogowie… Co oni chcą od nie-ludzi? By myśleli jak ludzie? By myśleli jak wszyscy? Przecież większość to głupcy! Idą przez życie jak posłuszne owce ganiane przez pasterskie psy – żaliła się dziewczyna. – Postąpiłeś słusznie. Skąd mogłeś wiedzieć jak zareaguje władza?

– To nieistotne. Skutek był taki a nie inny.

– Mylisz się. Wiem to ja i wiesz ty – dziewczyna spojrzała na Karla mokrym oczami. – Tomas też to wie.

– Co się z nim stało?

– Uciekł ze świątyni. Znalazłam go pijanego na barykadach. Akolici asystowali kapłanom przy modłach w intencji tych, którzy ocaleli. Znasz ten zwyczaj, prawda?

– Tak – potwierdził. – Na polach bitwy tuż po starciu kapłani Hilen składają dzięki Belladonowi za to, że przerwał walkę. Potem zjawiają się kapłani Walsa i odprawiają wstępne nabożeństwo w intencji zmarłych.

– To nie był koniec. Gdy rozprawiono się z żakami wojsko i straż miejska wkroczyła do dzielnicy nie-ludzi. Matka przełożona otrzymała rozkaz by wstrzymać się od niesienia pomocy i… – Emila zapłakała gorzko. – I wypełniła rozkaz. Nie mogłam tego znieść – poczuła, że Weiss ujął ja za dłoń. – Odeszłam ze świątyni, zaś mój ojciec wysłał mnie na uniwersytet. Zresztą, to było jego marzenie – uśmiechnęła się blado do wspomnień. – Tutaj spotkałam Tomasa Voutera. Był inny. Silny. Cały czas mówił, że czeka na okazję by odwdzięczyć się mordercom brata. Ale cóż z tego?  Teraz, gdy nadszedł czas próby, waha się.

– Boi się, że spotka go taki sam los jak jego brata?

– Też, ale… – pokiwała głową. – Tomas obawia się, że rozlew krwi niczego nie zmieni. I ma chyba racje. Co zdobyliśmy wtedy?

Zapadła nurtująca umysły cisza. Emila wsłuchiwała się w nią i zdała sobie sprawę, że Karl nie puścił jej dłoni.

– W całym mroku nieszczęść odnajduję światło – wymruczał żak.

Poczuła uderzenie w klatce piersiowej. Potem kolejne. I kolejne. Serce uderzało mocno, miarowo. Oddech stał się płytki i prędki jak woda w górskim potoku. Strumień żądzy przelał się przez dziewczynę zmuszając ja do skierowania twarzy ku Karlowi. Widok jaki zastała przeraził ją. Targane zmęczeniem oblicze rysowało się jej jako dojrzałe. Zmęczone, lecz nieugięte. Ostre i twarde jak stal, ale miłe oraz gładkie jak diament. Skąpała się w zieleni jego oczu i poczuła się jak na okraszonej rosą łące. Wbrew woli dotknęła jego skroni za uchem. Szukała wśród skołtunionych włosów szramy, która zdobył na barykadach. Namacalnego dowodu męstwa. Nie znalazła. Lecz poczuła smak jego warg.

Czuła jak ciało staje się ciężkie, płynne, mozolne. Nie potrafiła brnąć pod prąd. Dając ponieść się fali poczuła dreszcz. Grzechu? Zdrady?  Ale i Tomas zdradził. Siebie. Brata. Ideały – usprawiedliwiała się gładko. – Czemu mam mu ustępować w słabości. Jestem tylko kobietą… Tylko  zagubionym człowiekiem…  Pozwoliła podnieś się mężczyźnie. Naparł na nią przy ścianie, szukając ukojenia pragnień błądząc rękami po jej ciele. Oddychali szybko. Łapczywie konsumując każdy oddech. Przestał. Dlaczego?  Otwierając oczy dostrzegła, że wpatruje się w nią. Zrozumiała. Ale nie wiedziała, co odpowiedzieć. Owinięte wcześniej ręce w koło jego szyi, złożyła na barkach.

Pomóż odnaleźć mi drogę… – myślała.

Poczuła jego rękę na tyle. Chwycił ją mocno. Pewnie. Stanowczo. Jak nikt przed tym. Oplotła go nogą i czekała aż uniesie ją ku górze. Do nieba. Tam gdzie nie ma bólu, tam gdzie przez krótkie momenty nie pamięta się o niczym innym. Chciała zmienić się w jedno ciało z Karlem.  Ale on zwlekał. Wydłużał nieuniknione. Nie ma drogi odwrotu. Nie ma ucieczki.  Chwycił ją obiema rękoma, zaś ona dala się schwytać. Niósł ją wolno wpatrując się w jej twarz. Zieleń i błękit ich oczu spotkały się.  Nie myśleli nic ponad to. Niebo i ziemia. Emila nigdy nie czuła się tak wysoko. Wyżej niż strzeliste wieże Katedry Wielkiego Eo, wyżej niż połyskująca w świetle srebrnego księżyca kopuła Bazyliki Cesarskiej. Wyżej. Za wysoko. Co kiedy przyjdzie mi spaść?  – Zmartwiła się. Mężczyzna dopatrzył się, że niebo uciekło od ziemi. Posadził ją na blacie szatni i ujął za talię. Zatapiając w jej szyi usta, przypomniał o swej obecności. Przyciągnęła go do ciała i owinęła nogami. Rozprawiła się brutalnie z jego paskiem od spodni i poczuła ciepło dłoni Karla błądzącego pod jej suknią. Chciała się położyć na blacie. Czy zakręcił się świat? Nie pozwolił jej opaść. Chciał inaczej. Wiedziała o tym. Dobrze! Ale już!  Prędzej nim dowie się świat!  Nawet tu, bez łóżka!

Stało się. Emila dyszała mocno…  Karl też. Ale potem nie opadł na nią. Tomas tak robił. A on nie. Gdy skończył podciągnął spodnie i zapiął klamrę pasa. Znów niebo i ziemia zetknęły się w milczących interwałach czasu. Ucałował jej dłoń przesuwając ją najpierw ku swym ustom.

– Co teraz? – Spytała, gdy przyjęła pocałunek.

Pogłaskał ją czułe po głowie i uśmiechnął się krzywo.

– A czego byś pragnęła?  – Odpowiedział pytaniem.

– Nie wiem – zakłopotała się. – Nie chcę by Tomas się o tym dowiedział. To go złamie. Przestanie wierzyć w sprawę i porzuci to, co zostało zbudowane.

– Emilo, pytam czego ty chcesz.

Pomyślała, że uwiódł ja w jednym celu, ale… Po co by pytał o moje pragnienia?

– Nie wiem. Pogubiłam się. Wydaje mi się, że sprowadziłeś mnie tu w jednym celu… – zerknęła na mężczyznę z dozą strachu. – Ech, Karl.. Nie wiem gdzie jestem.

– Jesteś w pokoju – odparł Karl zadzierając jej głowę do góry.

– Nie żartuje sobie.

– Nie żartuję – rzekł spoglądając na nią z uśmiechem. – Wszyscy odwiedzamy różne pokoje. Zaglądamy do nich na moment, przeglądając się w stojących w nich lustrach.

– Mówisz jak niejaki Artem. Poeta z południa państwa – zakpiła dziewczyna.

– Być może, ale posłuchaj – Karl nie zniechęcił się. – Przyglądamy się swoim cechom, zajęciom, aspiracjom, ale czasem ktoś wchodzi do tego samego pokoju co my – pogładził jej delikatną rękę. – Ty weszłaś do mojego pokoju, a ja twojego. Przeglądamy się teraz w jednym lustrze.

Piękne słowa, panie Weiss, ale plecie pan jak poeta – myślała Emila. Nie mogąc powstrzymać chęci przyglądania się twarzy Karla postanowiła rozprasować dłońmi pogniecioną suknię. Trud zdawał się próżny, lecz skutecznie absorbował uwagę dziewczyny. Czuła jego wzrok. Kłujący i czysty jak mróz.

– Po co mnie tu zaprosiłeś? – Odważyła się zapytać wprost.

Nie odpowiedział. Emila poczuła się źle. Jak wtedy, gdy oznajmiła matce przełożonej, że odchodzi. Ruszyła wówczas w mało znane, w niebezpieczne, bo nowe. Nie ufając w słuszność kroków. Ale Karl… Niepodległy, wolny i silny. Spróbował raz i nie powiodło mu się. Teraz wrócił, choć widział jak będzie ciężko. Mimo to jest. I będzie. Pokonany, ale nie zdobyty jak gród Yorbrittum, co strzela w niebo surowym basztami.

Inny niż Tomas.

– Emilo, spotkamy się jeszcze – szukał słowa – sami?

Poczuła, że pragnie się z nią pożegnać, lecz jak na przekór nie wyglądał na takiego, który chciałby odejść.

– Może kiedyś. W jakimś pokoju z jednym lustrem – odpowiedziała z marnym uśmiechem.


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 2 (2015) kwartalnika Abyssos.

<- Część I | Część III ->

System

Drugi numer Abyssos

393 Wyświetleń

Drugi numer czasopisma Abyssos przynosi kontynuację opowiadań rozpoczętych w numerze pierwszym (Po drugiej stronie lustra, Baśń o Człowieku, Wroniarze).

Ponadto, rozszerzając pole działalności, zawiązaliśmy współpracę z projektem Horyzonty, którego efekty będzie można śledzić na łamach Abyssos. Pozostając w podobnej konwencji Paweł Ofiarski w opowiadaniu You’re My Heart, You’re My Soul chwilowo odpoczywa od uniwersum Oculum Mundi.

Najcięższym kalibrem drugiego numeru czasopisma bez wątpienia jest rozmowa Błażeja Grysztara z Dawidem Jakubowskim, działaczem Komunistycznej Partii Polski. Rozmowa o ideałach, historii i przyszłości. Należy rzec, że prezentowane przez rozmówcę poglądy nie są współdzielone ze światopoglądem redakcji.

Do tego Patryk Szymczak ze swoją poezją na początek i na koniec.

Numer w formacie .pdf

Naszą publikację znajdą państwo również w Sklepie Play. Czasopismo jest do pobrania oczywiście za darmo.

Zapraszamy!

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. I

352 Wyświetleń

Część II ->


 

5 idy miesiąca Cesarskiego, 585 lat po przybyciu Attara

Na biurku doktora Osteina panował bałagan. Uczony spoglądał nań obojętnym wzrokiem. Porównywał nieporządek do stanu swego roztargnienia. Naukę nad poezją norithorskich mistrzów, która dawniej wzbudzała w naukowcu niemal ekstazę, zastąpiło sporządzanie dokumentacji kartotek studenckich. Innym powodem, należałoby rzecz głównym, była stała pensja, o którą ciężko zabiegać przy mało frekwencyjnych wykładach z poetyki. Praca w administracji wyglądała na całkiem łatwą. Niekoniecznie ekscytującą. Więc gdy doktorowi Hauserowi pękły wnętrzności na ulicy Smrodnej, pojawiła się okazja, aby dać odpocząć młodzieńczym pasjom i zająć się czymś przewidywalnym.

Kancelaria, którą prowadził doktor Hauser, wedle uznania Alberta Osteina, mogłaby służyć, jako pole do popisu dla przyszłych dyplomatyków. Tabele zapisane nierównym pismem, niemożność odróżnienia literki „a” od „o”, kleksy i skróty, tłuste plamy na marnym papierze nie rokowały pracy przyjemnej zarówno dla oczu jak i dla cierpliwości. Doktor Ostein nie mógł znać tych niedogodności, gdyż o rozmiarach zastępów grubych tomów raportów i dokumentów akademickich mógł się przekonać dopiero po otrzymaniu klucza do „Archiwum Cesarskiego Uniwersytetu w Kelrad, dział Kartotek, nr. I”. Drzwi o grubości pensji doktorskiej być może nie utwierdzały w przekonaniu, iż dostęp do archiwum ma tylko archiwista, aczkolwiek wielkość mosiężnego zamka, owszem.

Tymczasem doktora Osteina z zadumy, nad nietrafnym wyborem posady, oswobodziło trzykrotne pukanie w drzwi od jego przytulnego gabinetu. Początkowo przeszły belfer zdziwił się perspektywą gościa w biurze. Przyszła mu jednak na myśl sprawa niejakiego Karla Weissa.

– Proszę wejść – nim rzekł, odchrząknął. Od kurzu nieprzyjemne zaschło mu w gardle.

O profesorze Brückerze, choć nie zwykł opuszczać swego ciemnego gabinetu, każdy adiunkt mógł coś opowiedzieć. Rzucić słowo o mlecznych włosach lub orzec jak przygarbiona sylwetka starca podkreślała wysiłek, jaki profesor wkładał w poruszanie się po korytarzach uniwersytetu. Inni opowiadali o nieprzyzwoitych praktykach profesora. Ale tym doktor Ostein nie dawał wiary.

Droga wiodąca z Instytutu Dialektyki do archiwów wymagała odbycia niemałego spaceru, stąd na twarzy świeżego archiwisty wymalowało się zaskoczenie.

Za plecami dialektyka stał młodzian z poważną a zarazem skupioną miną. Przynajmniej tak pomyślał doktor Ostein, gdy kompan profesora, ledwo wchodząc, czujnie lustrował pomieszczenie. Prawdopodobnie był równy latami najstarszych roczników studentów choć doktor miał wrażenie, że mógł być jeszcze starszy. Poważny wyraz twarzy dodawał mu nieco lat, a Osteinowi wrażenie, iż młodzieniec nie zalicza się do grona tuzinkowych ludzi. Kiedy jednak zwrócił swą uwagę na doktora-archiwistę, uśmiechnął się pogodnie i zatrzymał się przy drzwiach. Stanął wyprostowany prawie w futrynie i schował dłonie za plecami. Wzrok uciekł mu ku butom, błądząc po podłodze skrzypiącej od ciężaru kroków profesora. To dodało mu pokory, wymaganej od żaków.

Ostein wstał.

– Panie profesorze, mógł pan wysłać kogoś innego… – archiwista porwał się na uprzejmości. – Persona waszej nie winna się trudzić marszem, jak mniemam forsownym.

Brücker machnął ręką.

– I tak miałem sprawdzić jak sobie radzicie, doktorze Ostein – z gardła profesora wydobył się zachrypły głos.

– Posiadałem ciekawsze posady. Być może fortyfikacje dokumentów przytłaczają mnie ze względu na swoją ilość – naukowiec zamaszystym gestem ręki wskazał na wały papierów. –  Niechętnie przyznaję, że doktor Hauser nie odznaczył się pedantycznością, choć ufam, że gdyby planował rezygnację ze stanowiska pozostawiłby miejsce pracy w stanie zdatnym do użycia przez potomnych – tłumaczył Ostein.

Wątek tyczący się sprzątania przeszedł obecnemu archiwiście przez gardło z niemałym trudem. Doktor Ostein nie lubił kłamać, lecz nietaktem wydało mu się złorzeczenie o nieboszczyku.

– Tak czy inaczej muszę ponieść konsekwencje przyjęcia tej pracy i sumiennie wykonywać swoje obowiązki – dodał z bladym uśmiechem.

Stary profesor mlasnął i westchnął.

– Wykonywać swoje obowiązki, tak… – powtórzył, mlasnął po raz wtóry i wejrzał na młodzieńca stojącego obok. – Oto pan Weiss. Wraca na uczelnię po kilkuletniej… Przerwie.

– Po co? – Ton doktora Osteina spoważniał. Powrócił też za biurko i usiadł wyraźnie spięty. – Z dokumentacji wynika, że choć rozpoczął pan trivium, to profesorowie podawali w wątpliwość pańskie przywiązanie do ora et labora. Panie Weiss – wycedził przez zęby. – Nie zależy panu na uzyskaniu stopnia doktora?  

– Mi? Nie – odparł głębokim głosem Weiss. – Absolutnie nie.

– Co pan zatem tu robi?

– Spełniam życzenie ojca – odpowiedział bez zastanowienia.

Odpowiedź przeszła archiwiście koło uszu. Nie była zresztą istotna. Ostein wziął w dłonie dokument i zagłębił się w jego treść.

– Dziękuję profesorze za fatygę. Nie chcę tracić waszego cennego czasu – mruknął doktor nie odrywając wzroku od karty papieru.

Bacząc na wiek profesora Brückera, czas mógł nosić przymiotnik bezcenny. Wyszedł nieśpiesznie.

– Z dokumentów wynika, że zostaliście zawieszeni w prawach żaka, gdyż zostaliście oskarżeni o konspirację przeciw osobie Jego Cesarskiej Mości – tłumaczył ze spokojem naukowiec dalej nie odrywając wzroku od kartki. – Szczegóły zostały utajnione, ale pod słowem miejsce odosobnienia kryje się loch lub Wyspa, prawda?

Zrobił przerwę. Być może oczekiwał na odpowiedź. Na próżno.

– Nie mi oceniać wasze poglądy, ale radzę… – zaczął ponownie.

– Dobrze – przerwał Weiss. – Radzono mi zbyt wiele razy. O skutkach może pan dowiedzieć się pan z dokumentów, które ma pan przed sobą.

Oho! Wygadany! – pomyślał doktor Ostein. W czasie wieloletniej praktyki spotkał nieco emancypowanych żaków, lecz nigdy – zgodnie z zalecaniami obyczajów – nie wdawał się z nimi w dyskusje.

– Nie bądźcie bezczelni to możecie doczekać się tytułu – odparł z braku lepszej odpowiedzi. – Oto dokumenty. Zgłoście się zaraz do naczelnika Henricha ze Stalervek. To szlachcic o grubej głowie i jeszcze grubszych manierach. Z nim nie pójdzie tak miło jak z szanownym profesorem Brückerem… lub ze mną – dodał niechętne – Potem zgłoście się do waszej nacji. Z papierów wynika, że należycie do modriskiej choć przyznam, że nazwisko macie północne – doktor poświęcił chwilę cichej zadumie nad nazwiskiem żaka. Otrząsnął się i znów łypnął na Weissa. – Bądźcie… Ostrożni. Do widzenia.

Po wręczeniu papierów, żak przyjrzał się im, lecz nie zagłębiał się w lekturę raportu. Skinął głową i bez słowa opuścił uczonego otoczonego stertą papierów.

Doktorowi Albertowi Osteinowi nie spodobał się Karl Weiss. W ogóle.

***

 

Gruba ręka Henricha ze Stalervek, opierając się na biurku, podtrzymywała jego tłustą i sapiącą z bólu gębę. Naczelnik rozpinał czarny mundur, ornamentowany motywem złotego niedźwiedzia. Już na pierwszy rzut oka naczelnik malował się, jako osoba zamożna a zarazem oddająca się profesji żołnierskiej. Wnosząc po insygniach oficerskich, dumnie eksponowanych na piersi naczelnika, zainteresowani mogli być pewni jego oddaniu rodzinie cesarskiej. Gdy uporał się ze srebrnymi guzami rozłożył się w fotelu kładąc luźno ręce na oparciach. Wzdychał ciężko, jak na grubasa z niebanalnym bólem głowy, przystało.

– Gdzieście panie się tak urządzili? – Zapytał siedzący naprzeciwko magister z wymalowanym uśmieszkiem godnym kupieckiej szelmy. – Czyżby wojskowe kasyno oferowało tak mocno trunki? Wszakże nie raz i nawet nie dwa razy słyszałem o nowatorskich rozwiązaniach służących abstynencji pośród żołnierzy.

Głos miał cienki, nieco melodyjny, być może dla niektórych irytujący. Ponadto seplenił. Siedział z założoną nogą na nogę, poprawiając lewicą co rusz granatową togę. W prawej dłoni trzymał kartę papieru zapisaną równym i schludnym pismem.

– Tylko szeregowym, Moutart – westchnął naczelnik ściągając dłoń z twarzy. – No, bo gdzieżby oficerom? Bunt by się podniósł. Sami wiecie…Okowitę i gorzałę bogowie stworzyli dla lepszych, choć są paskudne w smaku, a jakże. Gorsi niech piją piwa. Co by choćby smak był lepszy od życia.

Wypowiedz okazała się męcząca. Oficer odsapnął.

– W „Małej Syrence” podają najlepszą gorzałkę, choć muszę powiedzieć, że coś te kurwie córy doń dodają – wojskowy przytaknął głową. – Pociąg mam cały czas do tegoż zamtuza, a będąc w innych namawiam kamratów by raczej wstąpić w progi, że tak powiem, mi znane. Tu nawet nie chodzi o dziewczęta obsługujące, że tak powiem, żołnierskie ostrze, ale o, jak mawiają, atmosferę lokalu i tam obecnych bywalców. Chociaż dziewuszki wcale ładne, wcale gładkie. Ot dupodaje wielkomiejskie tyle co umalowane i kształcone w sztuce rżnięcia.

Machnął ręką i wypuścił z siebie powietrze rozsiadając się wygodnie w swym fotelu. Bordowy kolor nawet na chwilę nie opuścił twarzy oficera.

– Podejrzewam, że to panie są tam brane,  a nie odwrotnie.

– Pewnie, że podejrzewasz! – Zagrzmiał naczelnik, potem syknął i złapał się za głowę. – Tobie tylko zostaje podejrzewać. Jebak teoretyk się znalazł, kurważ mać. A mnie chodzi o coś innego.

Wystarczyło zerknięcie, by upewnić się, że Moutart w dalszym ciągu poświęca cała uwagę naczelnikowi. A spróbuj mnie nie słuchać, gnido – pomyślał. – Już ja prędko rozpuszczę plotki o tym jak donosiłeś na brać studencką. Ha!

– Wam naukowcom to jeno cyferki i zbytki na myśli – powiedział mało zgodnie z prawdą i sumieniem, gdyż wielokrotnie korzystał z usług mężów mądrości. Ale tych przydatnych. Nie retorów, dialektyków, archeologów czy teologów. – W ogóle nie myślicie o pięknie – kontynuował grubas.  – Ani o religii! – Widząc twarz zdziwionego magistra uderzył roześmiany pięścią w stół. – Ha! Ależ macie minę! Pewnie taka samą mieliście jak wam jakaś dzierlatka pierwszy raz pokazała, że fjutek nie służy jeno do szczania! Ha! Chociaż co ja gadam? Wysnułem przecie hipotezę, że bliżej wam do teoretyka a nie praktyka! Haha! – Naczelnik srogo pożałował jowialnego nastroju, gdy kac przypomniał mu o swym istnieniu. – Widzicie, Moutart, mam ładną żonę. Mimo, że dobija do czterech dekad zachowuje gibkość linoskoczka i temperament dzikusa. Wtedy gdy to potrzeba, ma się rozumieć – pogroził żakowi palcem jakby groźba miała zmazać dopowiedzenia. – Kochać to ja jej nie kocham bo prawdziwy mężczyzna kocha swoją pracę, swoich przełożonych i w efekcie swój reżim. Musisz mnie Moutart tedy kochać, bo jakże miałbyś mi wtedy wiernie służyć? – Naczelnik zaśmiał się gromko widząc skwaszoną twarz nadętego jak balon studenta. – Chodzę tedy na te kurwy zbolałe w zasadzie nie dla rozrywki, a dla obyczaju mego stanu, z którym muszę żyć w zgodzie. Czy słyszeliście niegdyś o arystokracie lub innym bogaczu, co by nie pofolgował chuci z jakąś inną panną lub nie panną, że tak powiem? Ano też właśnie. A skoro figluję z pewnym obrzydzeniem – oficer rozłożył ręce – to czy nie czyni to ze mnie swoistego eremity?

– Czy pańskie rozmyślania mają konkluzje? – Znudzony żak poprawił swą togę.

– Ach! Oczywiście, Moutart! – Na czerwonym obliczu Henricha ze Stalervek pojawił się żółty uśmiech. – Mam na myśli, że dobrze i zdrowo jest czasem wskoczyć między biodra inne niż żony przy akompaniamencie nieopodatkowanego alkoholu! Dla oczyszczenia ducha poprzez umartwianie ciała,  że tak powiem.

Naczelnik wiedział, że słuchanie jego dowcipów i rubaszne wnioski są dla młodego mężczyzny mordęgą. Nie zważał w żadnym z razów na fochy żaka. Testował jego cierpliwość jak najlepszy hutnik rudę żelaza, a to wiadomo kuje się póki gorące. Zmęczenie umysłu studenta miało sprawić by Moutrat przyjął każdą propozycje naczelnika.

– Do rzeczy, człowieku. Nie przyszedłeś ty na pogaduchy – ton Henricha ze Stalervek zmienił się z wesołego na surowy. – Sprawa napięta jest jak baranie jaja podczas golenia go wkoło baraniego fjuta.

– Nie wiedziałem, że nawet stamtąd pozyskuje się surowiec.

– A tak. Pozyskuje. Robi się z nich delikatne onuce dla mądralińskich żaków – naczelnik nie dał się zwieść sarkazmowi studenta. – Na uniwersytet wraca niejaki Karl Weiss. Mówi ci coś to nazwisko?

– Mówi – potwierdził Moutrat piskliwym głosem. – Obrońca nie-ludzi, psia jego rasa – magister oburzył się teatralnie. – Po wojnie z republiką Norithoru koordynował protesty w sprawie obrony elfów i krasnoludów wzbraniających się od złożenia ofiar dziękczynnych. Organizował nawet zbrojne grupy, które miały rozbijać straż porządkową świątyni. Nie udowodniono mu wprawdzie nic z tego, ale rektor postanowił wysłać Weissa na przymusowy urlop dziekański.

– Który zakończył się tydzień temu – skwitował naczelnik. – Weiss wrócił na uniwersytet, ale szczęśliwie cesarz powołał Urząd Do Spraw Wywrotów Studenckich, a mnie obsadził na stanowisku naczelnym. I mam zamiar dobrze wypełniać swoją pracę. Kurewsko dobrze, Moutart.

Henrich ze Stalervek dopatrzył się w minie magistra oczekiwania. Wie, że coś mu zlecę – pomyślał. – I dobrze. Gówniarz jest dobrym szpiclem. Pewnie o tym nie wie, ale zachodzi w głowę kiedy dam mu spokój. Ale nie, nie Moutart!  Trzeba było nie donosić na cenzora Glauca, baranie jeden!

Rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi. Moutart aż wzdrygnął, gdy z zamyślenia wyrwał go huk walenia w drzwi.

– Chyba mamy gości – uśmiechnął się naczelnik. – Wejść!

Mężczyzna, który pojawił się w drzwiach był typowego wzrostu i wagi. Włosy skołtuione kontrastowały z szytym na miarę kubrakiem. Wyglądał poważnie. Zbyt kurna poważnie. Studenci wyglądają jak groteskowe barany, a nie jak skupiony urzędnik – rozmyślał naczelnik.

Wydobył jeden arkusz z górki czystych kartek. Zmoczył ostrożne gęsie pióro w inkauście i głośno wciągnął powietrze. Żak stanął za plecami Moutarta zerkającego z ciekawością na kolegę.

– Imię – naczelnik powiedział formalnie aniżeli spytał.

– Karl Euzebiusz.

– Nazwisko i herb.

– Weiss. Na herb moi przodkowie nie zasłużyli.

– Przeklęta hołota. Ty też nie dajesz władzy powodów do nobilitacji. Pochodzenie.

– Republika. Ostały się dwie – odparł uprzejmym głosem Weiss.

– Do czasu. Do czasu! – warknął naczelnik. –  Modris czy Middenvatten?

– Ta na M.

Zwykle groźne łypnięcie naczelnika działało na żaków jak smagnięciem biczem konia. Weiss zareagował na wzrok wojskowego szelmowskim uśmiechem. Henrich był pod wrażeniem odwagi studenta, ale nie dał po sobie niczego znać. Choćby złości.

– Modris, choć obyczaje macie na poły barbarzyńskie – powiedział chwytając się za skroń. Ból głowy dał o sobie znać. – Oj, panie Weiss. Coś mi się wydaje, że prędzej zobaczymy się na jakiejś egzekucji niż na rozdaniu zaświadczeń o kwalifikacjach.

Moutart zachichotał jak mała dziewuszka. Karl Weiss ponownie uśmiechnął się złośliwie.

– To wszystko?

– Marzenie twoje. Co wy tam niby studiujecie?

– Rozpocząłem trivium. Pan coś skończył?

– Nie. Urodziłem się tak mądry, że mogę nadzorować baranie stada bez tytułu doktora – burknął naczelnik i zauważył jak z twarzy Moutarta znika dobry humor. – Tyle. Poszedł won i nie nadstawiaj się władzy to może znowu nie wylądujesz na Wyspie. Pamiętaj, lud wystawia władzę na próbę cierpliwości, a gdy się ta skończy, lud musi wystawić dupę. A potem jest rżnięcie. Aż do krwi, że tak powiem – wojskowy poczuł, że stracił panowanie nad sobą. Westchnął głęboko. – Przydzielam cię do nacji Norithor-Modris. Zgłoście się do pokoju 22. Jest obok pokoiku socjalnego numer 23. Żak Tomas Vouter przydzieli wam miejsce do spania. Idźcie w pokoju.

Karl Weiss wyszedł nie mówiąc nic na odchodne. Moutart siedzący cały czas tyłem do starszego żaka czuł się nieswojo. Zauważył to naczelnik rozkoszując się obiadem niezadowolenia magistra. Tymczasem szykował się deser.

– Nie ufałbym mu, panie naczelniku.

– A pewnie, że nie. Dlatego będziecie go dla mnie śledzić. Tylko dyskretnie i w najgłębszej tajemnicy. Skrywajcie ją tak głęboko tak jak profesor Brücker skrywa penisa w waszej dupie.

Moutart raptem wstał i jeszcze szybciej pobladł. Upadł na kolano i już miał zanieść się szlochem,  gdy naczelnik uniósł prawicę.

– Ani słowa, barani łbie! – Ryknął. – Wiem, że tego nie lubicie i wiem jak bardzo zależy wam na znakomitych oceanach z dialektyki – powiedział ze sztucznym gniewem w głosie. – W tych czasach nawet grzesznicy są przydatni. Pamiętaj jednak, że nie wolno okazywać swego spowiednika – wskazał dla jasności palcem na swoje ucho. – To wszystko, Moutart. Już cię tu nie ma.


 

Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.

Część II ->