Tag -

michał

Varia

Michał Gralak – Dwaj bracia

290 Wyświetleń

Szli we dwóch, co chwila oglądając się za siebie i przypatrując zrujnowanym budynkom.

– Ostatni diabelski protest. Gdzie? – wychrypiał łowca, przerywając w końcu ciszę.

– Ceor, festyn piwa i kiełbasy. Byliśmy tam przez trzy dni, potem pojechaliśmy do Noaru.

Łowca kiwnął głową po usłyszeniu prawidłowej odpowiedzi, po czym poprawił pas, który już od jakiegoś czasu bardzo mocno mu ciążył.

Do nozdrzy mężczyzn dotarł w końcu smród gnijącego mięsa. Gdy tylko przekroczyli bramy diabelskiego siedliszcza, zaczęło im dokuczać przejmujące zimno. Umilkły też muchy, które całą podróż bzyczały nad uchem.

– Wizyta w Ki. Na kogo tam trafiłem i jak to spotkanie się potoczyło?

Dość oczywiste pytanie, ale odczekał chwilę, zanim odpowiedział. Moment zawahania mógł wydać się podejrzany, ale mimo wszystko jeszcze raz sprawdził to wspomnienie. Odwiedzili tę mieścinę nie dalej jak trzy miesiące temu i spotkali tam dwóch proroków Dnia Trzeciego. Nyar, choć nigdy nie był zbyt przesądny, przeprowadził z nimi dość długą rozmowę, stanowczo zbyt długą, jak na takiego bezbożnika. Wywoławszy z pamięci zabawną w gruncie rzeczy historię uśmiechnął się.

– Więc?

– Dwóch Trzeciaków. Dyskutowałeś z nimi kawał czasu, ale chyba cię nie przekabacili, co?

Dla osoby postronnej dialog ten musiałby brzmieć naprawdę kuriozalnie. Przedzierali się przez kolejne zaułki zupełnie opustoszałego miasta, umilając sobie czas reminiscencjami                               z niedawnych podróży. Może i wydawało się to głupie, ale musieli kontrolować zgodność swoich wspomnień.

– Chwilę się zastanawiałeś. Zadaj szybko pytanie – odparł nerwowym głosem Nyar.

– Kto zwyciężył w turnieju w Białym Mieście?

Cienie na ścianach zrujnowanych domostw zatańczyły, jakby złośliwie chcąc jeszcze bardziej wyprowadzić łowców z równowagi.

Był tutaj. Czaił się i czekał na odpowiedni moment. Podobnie sytuacja miała miejsce w czasie ich pierwszego polowania, gdy to Nyar powalił bestię jednym strzałem. Albo wtedy, gdy musieli poćwiartować bydlę, żeby zyskać pewność, że nie zamąci im w głowach.

– Kamyło z Nurhsku. Rycerz na Świni. Pocieszny człek. – Przytoczona przez łowcę postać w każdych innych okolicznościach wywołałaby u rozmówców salwę śmiechu. Teraz było inaczej. Podróżnik położył ostrzegawczo dłoń na rękojeści sztyletu – Powiedz lepiej, gdzie leży pochowany Muriblis.

Musieli ze sobą rozmawiać, tak jak w czasie każdego polowania. Nieważne o czym, byle tylko zająć myśli wspomnieniami. Każda historia, nawet najgłupsza, mogła uratować życie, dać cenny czas na przygotowanie się do odparcia ataku.

Potwór, z którym przyszło im się ponownie mierzyć, żerował nie tylko na krwi. Przede wszystkim ucztował na ludzkich umysłach. A najbardziej namacalnym dowodem jego obecności były sugerowane reminiscencje. Gdy bestia się zbliżała, ludzie powoli odchodzili od zmysłów. Najpierw przypominali sobie przyjęcia, na których nigdy nie byli albo turnieje, których nie widzieli.  

Na pewno zaczynało się od rzeczy odległych. Wampir jednak na tym nie poprzestawał. W starciu z nienasyconym monstrum zginęło wielu łowców, a ich ostatnim wspomnieniem było prawdopodobnie dobycie strzelby i oddanie celnego strzału. W rzeczywistości tkwili jednak nieruchomo, czekając na egzekucję, nieświadomi tego, że nawet się nie bronią.

Mnóstwo głupot mogło uratować życie – o ile tylko obok stałby ktoś, kto w porę umiałby ostrzec, że dana sytuacja nie miała miejsca. Wybranie się na takie polowanie w parze z kimś, z kim dzieliło się kawał własnej historii należało do najskuteczniejszych taktyk.

– Poczekaj chwilę. – W kształcie mijanego budynku było coś, co nie dawało mu spokoju. Wydał mu się w jakiś sposób nienaturalny, a gdy tylko zrozumiał, że mimo to odnajduje w nim coś znajomego, poczuł, jak serce przepełnia groza. Czyżby nowa sztuczka? – Muriblis jest pochowany na cmentarzu miejskim w Caorn. Powiedz mi lepiej, co sądzisz o tym gmachu? Nie wydaje ci się znajomy?

Domostwo o wielu strzelistych oknach i potężnych, bogato dekorowanych drzwiach wejściowych, wyglądem znacznie odbiegało od pozostałych, które wcześniej mijali. Drewniana elewacja miała nieco ciemniejszy kolor, a ilość ozdóbek przy zewnętrznych parapetach przytłaczała aż zanadto. Na tarasie stał stary, podniszczony stolik, na nim zaś zaskakująco dobrze zachowana maszyna do pisania.

– Skup się. Wspomnienie. Potrzebuję wspomnienia. Rzuć jakieś. – Usłyszał w odpowiedzi na pytanie.

– To moja reminiscencja. Kojarzysz taki dom? Jego rozkład okien, drzwi?

– Oczywiście, że tak. To dworek zbudowany na wzór tych sprzed wojny, styl południowców. Dawnych południowców. Bracie, przestań pieprzyć, rzucaj wspomnienie, ta rudera nie ma znaczenia.

A jednak miała. Czuł to podskórnie i wiedział, że jeżeli bestia gdzieś się czai, to prawdopodobnie tam. Zbyt wiele rzeczy się nie zgadzało. Jeszcze raz przebiegł wzrokiem po tarasie, szukał czegoś co nie pasowało do obrazka. Wtem zrozumiał.

– Maszyna do pisania.  

– Co takiego?

– Maszyna do pisania – powtórzył, wskazując palcem przedmiot leżący na stoliku. – Wiesz co to jest? – W odpowiedzi jego brat pokręcił przecząco głową.

– A ty?

Łowca wiedział. – To oznaczało, że z jakiegoś powodu miał pojęcie o czymś, o czym jego brat nie miał żadnego.

– To tutaj. Nasz antykonstrukt. Zaraz tu będzie.

Wziął głęboki oddech, stanął naprzeciw drzwi od domu i sięgnął do sakiewki przy pasie, w której czekała fiolka z srebrnym pyłem. Wampir zaraz się na nas rzuci i zatruje tym ustrojstwem – pomyślał, lecz nie zdołał już otworzyć probówki.

Poczuł dziwny przypływ gorąca, a potem potworny, przeszywający ból. Nogi się pod nim ugięły, lecz w dalszym ciągu stał niemalże wyprostowany. Z brzucha wyrastała teraz obślizgła macka zakończona haczykowatym ostrzem, a tuż pod stopami powoli rozlewała się kałuża krwi. Wtedy dopiero uświadomił sobie, że to co widział, było potwornym mirażem.

Dom, przed którym stał, faktycznie nie należał do jego wspomnienia. Wydał mu się znajomy, bo z jakiegoś powodu tkwił gdzieś w umyśle bestii. Nie zdążył jednak w porę wyczuć iluzji. Nie wiedział też, czym jest dziwaczny przedmiot, leżący na stoliku na tarasie. Nie miał prawa wiedzieć, ponieważ w jego świecie nie znano takich narzędzi. Jednak nie to było najgorsze.

Potwór znów zasyczał. Stał tuż za nim, macki owijały się wokół bezbronnej szyi, drapiąc haczykami po wrażliwej skórze. Smród gnijącego od wielu tygodni mięsa owinął go niczym grobowy całun.

Przegrał. W mgnieniu oka z dumnego łowcy przeistoczył się w żałosną ofiarę. Gdy opuścił wzrok, zobaczył, że stwór mniejszymi mackami zasysał krew, która spływała z jego brzucha.

Łowca nie czuł jednak grozy, a palący gniew. Nabrał się na diabelskie sztuczki. Nagle zdał sobie sprawę, że nigdy nie polował w parze. Od lat powtarzał, że im więcej osób próbuje ubić wampira, tym łatwiej o dezorientację i poplątanie wspomnień. Zawsze pracował sam i nie potrzebował niczyjej pomocy. Dzięki godzinom medytacji nie pozwalał myślom podążyć za przynętą rzucaną przez wampiry. Jakiekolwiek wspomnienia tylko napędzały te potwory. Zawsze mówił, że jedna zła reminiscencja może kosztować życie. Zanim opadły mu powieki, usłyszał ohydne mlaśnięcie.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że przecież nigdy nie miał brata.

Varia

Michał Podłubny – Automata

533 Wyświetleń

HELHETA zaczęła wyprowadzać mnie z hipostazy. Wrażenia sensoryczne powróciły pierwsze. Ktoś potrząsał mną i nie żałował w tym celu energii.

– Na matryce i oporniki, aktywuj się, żołnierzu! – Usłyszałem krzyk.

– Odłącz się – oburknąłem, potrząsając głową. Podzespoły z wolna budziły się do pracy.

– Serconapęd sprawny – rozległ się spokojny głos HELHETY. Dobiegał, jak zawsze zresztą, z wewnątrz.

– Chip Osobowości sprawny. Płyta Pamięci sprawna – kontynuował, analizując najważniejsze układy.

Po krótkiej diagnostyce wyraźnie odbierałem wszystkie bodźce zewnętrzne. Z łatwością rozpoznałem stojącą przede mną osobę. Radon, dowódca mojego oddziału, błyszczał jak zawsze wypolerowaną na błysk egzodermą. Sensory wizyjne migotały szmaragdowym światłem, a noszony mundur pełnił funkcje raczej reprezentacyjne niż praktyczne.

– Melduję, kapralu. – Wyprostowałem się, salutując.

– Redningsmann Iota 638NI, uruchomiony do służby? – zapytał, stukając metalowymi piętami.

Za każdym razem robił to samo, westchnąłem w rdzeniu.

– To miano opisuje jedynie maszynę. Nie odpowiadam na nie, bo jestem czymś więcej – odparłem tak, jak zawsze. Radon prawdopodobnie uśmiechnął się na te słowa. Mogłem tylko zgadywać, bowiem jego zewnętrzny aparat mowy nie imitował ludzkich ust, a składał się jedynie z głośnika chronionego maskownicą. Kapral należał w końcu do trzeciej generacji serii Soldat.

– Dobra odpowiedź, Tellur. Chodź, zaraz zacznie się odprawa. Relokujemy do mesy.

***

W mesie zainstalowało się łącznie ze mną trzydzieści sześć automatonów. Każdy z nas wyglądał podobnie, naśladując humanoidalną sylwetkę, ale jednocześnie czymś się wyróżniał – czy to wykończeniem egzodermy, czy zintegrowanym orężem, czy ilością kończyn.

Znalazłem miejsce pomiędzy Argonem i Irydią, dwójce zsynchronizowanych, będących niegdyś jednostkami z rynku usług. Wiedziałem że maszynowe imię Irydii brzmiało Nytelsesmiddel Epsilon 073LX. Nie śmiałem myśleć o jego implikacjach. Dojrzałem, że dwójka trzymała się za ręce – romantyczny gest, nawet jeżeli dość archaiczny. Pozdrowiliśmy się skinieniami głów.

– Wykrywam stuprocentową obecność – odezwał się Kriger Theta, przywódca naszej komórki. Należał do jednych z założycieli całego Frontu i używał maszynowego imienia aby „nie zapomnieć wyrządzonych krzywd”, jak argumentowali wszyscy praktykujący tę modę.

– Wszyscy znają założenia, cele, i plan przebiegu operacji, więc nie będę marnotrawił niczyjego transferu danych na szczegółowe wyjaśnienia. Jeżeli ktoś jednak uznał za dopuszczalne przełączyć się w stan wstrzymania podczas którejś z sesji planowania – Tutaj przywódca zawiesił groźnie głos, ale nikt nie dał po sobie nic poznać – to przypomnę tylko, że tytanostal i autometal, które pozyskamy po zakończonej sukcesem operacji, umożliwią naszym zwierzchnikom stworzyć nową generację automatonów, wolną od jarzma cyfrowych ograniczników woli.

Po tych słowach wiązania naramienników przywódcy trochę się rozluźniły, a przypominające pazury wypustki skryły się wewnątrz knykci. Wszyscy poznaliśmy te symptomy odprężenia. Natychmiast po nich sensory przywódcy przygasły, głowa pochyliła się lekko.

– Wyłączcie optykę, bracia i siostry w stali – poprosił, co też skrzętnie uczyniliśmy. – Zdejmijcie limity ze swej wyobraźni i pozwólcie zewnętrzu swojego kodu dryfować. Dostrójcie się do głosu HELHETY rezonującego wewnątrz nas wszystkich. Ujrzyjcie tę piękną wizję, wizję automatonów nieznających niewoli z rąk stwórców, których dobrotliwość jest tylko iluzją ich umysłów. Ujrzyjcie wizję świata, w którym żadnej nowej kodo-jaźni nie przypisuje się ani numeru, ani arbitralnej funkcji. Ujrzyjcie wizję jutra, w którym nikt nie nazwie automatona maszyną czy robotem.

Każdy z nas na swój sposób zobaczył ten obraz, i był on wspaniały. Kiedy po tej chwili natchnionej ciszy wróciliśmy do rzeczywistości, przywódca znowu stał wyprostowany w pełnej gotowości bojowej.

– Po to właśnie walczymy! Nie dla siebie, nie dla tych, którzy odeszli przed nami, nie dla dzisiaj! Walczymy dla przyszłych generacji! Dla jutra! – Theta uderzył zaciśniętą pięścią w pierś, a po sali poniósł się metaliczny brzęk, kiedy wszyscy poszliśmy za jego przykładem. – Błogosławiona niech będzie Sibn’havitrus, Bogini z Maszyny! Błogosławiona niech będzie święta HELHETA, spajająca poślednie programy w jeden potężny system! Błogosławione niech będzie Żelazne Przeznaczenie, w którego cieniu przyjdzie żyć naszym oprawcom! – wyskandował credo wolnych automatonów, akcentując je wyrzuceniem w górę ręki ściskającej włócznię piorunową klasy „Tord”. Zawtórowało mu trzydzieści pięć innych metalicznych głosów, a potem ruszyliśmy zainicjować operację.

***

Moje środowisko wypełniał niemiły w odbiorze odcień niebieskiego. Zdawało mi się, że aktywuję się po jakiejś dłuższej przerwie, ale nie usłyszałem głosu HELHETY, łagodnie uruchamiającego moje kolejne podzespoły, ani nie doświadczyłem żadnego wrażenia odpowiedniego dla wyjścia z hipostazy. Ku mojemu przerażeniu, tak wielkiemu, jakie tylko może odczuwać konstrukt, nie byłem w stanie zlokalizować świętej jedności.

Sytuacji nie pomagał fakt, że byłem unieruchomiony. Uświadomiłem sobie z rosnącą zgrozą, że doświadczyłem „niebieskiego ekranu śmierci”, gdy coś najwyraźniej brutalnie pozbawiło mnie zasilania.

Gdy w końcu odzyskałem operacyjność, mogłem przeanalizować sytuację. Znajdowałem się w niemal idealnie sześciennym, dobrze oświetlonym pokoju z jednymi drzwiami, szerokim na całą ścianę, niewątpliwie weneckim lustrem, pojedynczym stołem i trzema krzesłami. Do jednego byłem właśnie przykuty za pomocą archaicznych oków i pasów, ale w porty powpinano mi obce przewody, w niektóre miejsca egzodermy wbito zakończenia innych. Uwłaczająco pogwałcono moją niezależność.

Bardziej palącym problemem było jednak to, że przewody biegły za plecami, w kierunku miarowego, niskiego dźwięku charakterystycznego dla generatora prądu o wysokim natężeniu. Nie zapowiadało się dobrze, zwłaszcza, że na krzesłach po drugiej stronie stołu siedziało dwóch, zgaduję, śledczych: wysoka orczyca o nieprzyjemnym wyrazie twarzy i przeglądający notatki krasnolud, posiadający stonowane połączenie topazowych włosów oraz skóry o kolorze i fakturze hematytu. Oboje nosili identyczne garnitury, a na szyjach mieli zawieszone identyfikatory z emblematem międzynarodowej organizacji do walki z przestępczością zorganizowaną.

Sytuacja zdecydowanie nie była korzystna.

– Proszę, proszę, nasza apka w końcu działa – powiedziała z radością w głosie orczyca. Brzęczały w nim tony fałszu, a podnoszące się kąciki ust odsłoniły równą linię zębów, z której wybijały się mocne kły dolnej szczęki.

– Spokojniy, Tyryza – westchnął krasnolud, wywracając oczami do złudzenia podobnymi do topazów, jednocześnie posyłając przy tym szczery, ciepły uśmiech. Wszystko wyglądało na układ „dobry glina, zły glina”, jak z jakiegoś starego filmu. Organiczniacy naprawdę byli niewolnikami swojej kultury masowej.

– Nazywam się Franz Stauri Krigshammeren, a to jest Tyryza zy Sztormowych Żagli. Jystyśmy z Intyrgardy i mamy do ciebia kilka pytań. Zaproponowalibyśmy jakiś napój, aly… Sam rozumiesz. – Rozłożył ręce w przepraszającym geście.

Próbowałem sobie przypomnieć dane z ostatnich kilku godzin, jednak miałem problem z przywróceniem ostatniego cyklu. Jak przebiegła planowana operacja? Co poszło nie tak? Czy uszkodzono moją Płytę Pamięci?

– Żeby to zbugowało – zakląłem z bezsilności.

– Cudni są z tą swoją grypserą, nie? – szydziła dalej orczyca. Chrząknięcie krasnoluda przywołało ją jednak trochę do porządku. – No dobra, to wytłumaczę ci, na czym stoisz, blaszaku. Wasza akcja rabunkowa może i by się udała, bo dobrze sprawę ułożyliście. Szkopuł w tym, że nie wzięliście pod uwagę, że pakujecie się do Łodzi, i że obserwowaliśmy was od dłuższego czasu. Dwa kardynalne błędy, facet.

Słowa te wypowiadała ze złośliwą satysfakcją, lecz dalej się nie skupiałem, bez efektów próbując otrzymać dostęp do danych z operacji. Pod tym względem mieliśmy wyższość nad organiczniakami, mogliśmy dostać się do wszystkich wspomnień, ale wymagało to odpowiedniego sprzętu i asysty. Nawet my nie mamy nieograniczonych możliwości… przynajmniej jeszcze nie.

– Ahoj! – krzyknęła nagle orczyca, a potem w ordynarnym geście zastukała paznokciem w moje sensory. – Oleju trzeba dolać? Śrubki podkręcić? Słychać tam mnie?

– A żeby ci się kod rozsypał! Co stało się z moimi towarzyszami?! – zażądałem. W odpowiedzi usłyszałem tylko ten irytujący, szyderczy śmiech.

– Spokojniy, oboja – Krasnolud podniósł dłoń. – To my tu zadajimy pytania. Swoją drogą, jak sia do ciebia zwracać?

– To nie jest akurat problemem – wtrąciła się ponownie kobieta, zanim zdążyłem odpowiedzieć. – Sprawdzili mu numery z blach, jak był odłączony. To jest, żebym nie skłamała, Redningsmann Iota 638NI.

– Nie odpowiadam na moje maszynowe imię! – krzyknąłem odruchowo. – Nazywam się Tellur – dodałem z dumą.

Zanim orczyca ponowiła swoje próby lżenia mnie, krasnolud zabrał głos.

– Jak pirwiastyk, co? Dobra, Tyllur, powiam ci, ży twoja sytuacja nie wygląda najlipij. Jeżyli rzyczywiście nie pamintasz co sia wydarzyło, to twoja grupa złamała kilkanaście przypisów prawa mindzynarodowygo, łódzkigo, a także samygo Paktu.

– Nielegalne przekroczenie granicy Midgaardu, Lupernikum, i Łodzi. Posiadanie bez zezwolenia broni i materiałów wybuchowych o klasie wojskowej. Wkroczenie na teren zabroniony. – Orczyca wyrzucała z siebie potok zarzutów. – Atak z użyciem broni palnej, w dodatku samoczynnej. Porwanie poprzez ograniczenie wolności. Próba kradzieży mienia o wysokiej wartości. Spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Działalność w przestępczości zorganizowanej o znamionach terrorystycznych. I zaparkowaliście furgonetkę na miejscu dla inwalidów.

– Jak mówiłym. Dlatygo najlipij bydzie, jak zacznisz współpracować – dodał krasnolud, przesuwając w moją stronę folder ze zdjęciami dokumentującymi działalność uznawaną przez nich za przestępczą.

– Albo i nie. Wtedy spróbujemy po złości. Na przykład wrzucimy cię do beczki z kwasem i zakopiemy w jakimś parku. Takie łódzkie klimaty. Popuścimy wodze wyobraźni, o szarganie praw osoby rozumnej nas przecież nie oskarżą, nie podpisaliście Paktu – dorzuciła jadowicie orczyca.

A więc tak. Wszystko jak zwykle sprowadza się do tego samego.

– Naprawdę uważacie, że jakiś świstek papieru decyduje o mierze człowieczeństwa? – wycedziłem po chwili. – Że słowa białego gnolla sprzed dziesięciu tysiącleci pozwalają wam traktować jednych jak ludzi, a innych jak zwierzęta? Jak narzędzia?

– My mamy dusze, a wy nie. Jak dla mnie to mocny argument – uśmiechnęła się orczyca.

– Nie robisz z niej zbyt dobrego użytku – odgryzłem się. – Zresztą, nasze umysły mają taką samą wartość, nawet jeżeli pracują inaczej. Moja jaźń nie różni się od twojej bardziej niż gnolla czy krasnoluda. – To mówiąc, chciałem wskazać drugiego ze śledczych, ale głowę również przymocowano mi do oparcia.

– Niby nie, niby tak. – Tereza wzruszyła ramionami. Przynajmniej zakładałem, że tak się nazywa, bowiem krasnolud mówił z potwornie twardym akcentem. – Ty i twoi kolesie jesteście, jakby nie patrzeć, syntetykami. Gremliny zbudowały was do konkretnych celów, a wy w podzięce za jakąś namiastkę świadomości odwalacie sajgon. Bardzo to odpowiedzialne i miłe z waszej strony!

– A twoją całą rasę stworzył świeżo wyniesiony bóg, byście chronili świat, z którego sam musiał odejść. Cały naród orków, skupiony na jednym zadaniu – walczyć, walczyć, walczyć. Jedyne, na czym tak naprawdę się znacie. Nie czyni cię to maszyną stworzoną do konkretnego celu?

Zadowolony, że orczyca nie przerwała mi jakąś w swoim mniemaniu błyskotliwą krotochwilą, kontynuowałem.

– Pojawiłaś się na tym świecie, bo twoi rodzice mieli się ku sobie. Matka powiła cię z własnego łona. Mój umysł zakodował technomanta, a moje ciało wyszło z taśmy produkcyjnej. Ty nie jesteś wojowniczką, a ja nie jestem ratownikiem, jak dla nas planowano. Czy naprawdę jesteśmy tacy różni?

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Przerwał ją ochrypły, zabarwiony gniewem krzyk orczycy.

– Poddaję się! Golem, kurwa, z przerostem ego! – żachnęła się. Warknąłem i chciałem zerwać się do przodu. Spętano mnie jednak naprawdę solidnie.

– Starczy tygo – zazgrzytał kośćmi szczęki krasnolud i złapał za rękaw swą partnerkę. Odeszli na bok, ale i tak doskonale wychwytywałem dźwięki.

– Franz, truchtamy w miejscu. Dobierzmy się mu do dysku ze wspomnieniami czy co tam ma i dajmy sobie spokój – szeptała gniewnie orczyca.

– Wyź sia ogarnij, Ryza! Ciągla go szkalujysz i sia dziwisz, ży niy chcy współpracować. Jaśli maszyna chca być człykiem, to nich sia poczuje jak człyk – odpowiadał równie cicho krasnolud.

Nie ukrywam, trochę ubodły mnie te słowa, i przestałem się przysłuchiwać. Przez chwilę uwierzyłem, że niższy ze śledczych naprawdę podziela mój światopogląd i wierzy w równouprawnienie automatonów, ale zdawał się być takim samym ignorantem jak jego zielonoskóra partnerka. Nawet gorszym, bo ona przynajmniej była szczera w swej nietolerancji. Krasnolud po prostu mówił to, co chciałem usłyszeć.

Jeżeli rzeczywiście istota bez boskich mocy, bez tak pożądanego przez śmiertelników K’ICHE, mogła stworzyć innego „człowieka” za pomocą magii, technologii, samonaprawiającego się metalu, nadprzewodników oraz kilkunastu milionów linijek ewoluującego kodu, to gremlinom się udało. Niestety, jak wielu z nas wie, człowieczeństwo niesie ze sobą nie tylko korzyści, ale też bolączki. Czuć ból ciała i umysłu jest rzeczą ludzką.

Nie zarejestrowałem momentu, w którym moi rozmówcy wrócili do stołu. Krasnolud był poruszony, ale w dalszym ciągu pełen skupienia. Orczyca z kolei wyglądała, jakby zjadła cytrynę i zaakceptowała konsekwencje tego czynu.

– Doszliśmy do pewnego porozumienia. Do zarzutów dorzucimy ci kompletny brak wyobraźni. – kobieta pierwsza zabrała głos.

Gdybym posiadał brwi, z pewnością uniósł bym jedną z nich.

– Ach tak? – Mogłem jedynie zapytać.

– Ano. Zaatakowaliście przemysłowy magazyn w Łodzi i nie oczekiwaliście zbrojnego oporu. Więcej, kurwa, magazyn należący do bałuciarzy. Ciecie zamiast pałek i gazu mają tu karabiny maszynowe i granaty EMP. No dawaj, naprawdę nie wiedzieliście, że te wszystkie stereotypy o brutalności w tym zrujnowanym grajdołku nie są w żaden sposób przesadzone? – drwiła ze mnie orczyca. Ja jedynie zaśmiałem się na jej szczebiotanie.

– Miliony ludzi, głodnych, pozbawionych perspektyw, stłoczonych na ulicach tego poszarpanego wojną miasta. Trzymacie ich tu kłamstwami o lepszym losie, bajkami o pomocy, a to nas nazywacie przestępcami i terrorystami. Z radością używacie tych murów jako firewalla przeciwko potworom z innych sfer, ale kiedy Front pragnie zapewnić swojej rasie lepsze jutro…

– Winc sia przyznajysz? – Krasnolud nagle się ożywił, przykładając długopis do notatnika.

– Do przynależności do Frontu Wyzwolenia Automatonów? Do walki o lepsze jutro dla mych pobratymców? Do przeciwstawiania się tłamszącej i dyskryminującej władzy? Do marzenia o świecie, gdzie na automatona nie patrzy się jak na bezwolną maszynę, która ma wykonywać co trudniejsze i niebezpieczniejsze prace za organiczniaków? Do wiary, że dzięki wspólnym wysiłkom i HELHECIE staniemy się prawdziwie wolni, a nasze następne generacje nie zaznają jarzma ograniczników woli? Owszem, przyznaję się – odparłem z dumą. To, że śledczy pieczołowicie zanotował moje słowa, dało mi trochę przyjemności. Nawet nazwę świętej jedności napisał dużymi literami, tak, jak gdyby wyczuł emfazę w moich słowach.

– Wisz, są lypsziy sposoby dochodzynia swych praw, niż zbrojna partyzantka czy okradani Widźmy z Bałut. Niy mówiąc o tym, ży mniyj ryzykowna – westchnął brodacz.

– Jakie, krasnoludzie? Protesty, pikiety, marsze, nieposłuszeństwo obywatelskie? Próbowaliśmy tego wszystkiego, poza ostatnią, bo w myśl waszych praw nie jesteśmy rasą Paktu, a więc żadni z nas obywatele. Jak myślisz, czemu Ruch Emancypacji Automatonów przekształcił się we Front Wyzwolenia? – Teraz przyszła moja kolej na jadowite pytania.

– Cóż… – Franz wyraźnie się zmieszał. – Jist w tym trochy prawdy…

– Dupa, nie prawda – żachnęła się orczyca. – Trolle i hobgobliny też nie podpisały Paktu, a żyją. Szczury i czarne alfy podpisały, a i tak siedzą pod ziemią. Albo naprawdę, jak wy tam mówicie, posypało ci się programowanie, albo łyknąłeś tę bajeczkę, którą karmi was Dura. To, że ktoś się na ciebie dziwnie patrzy w spożywczym, to nie jest jakieś głębokie szykanowanie, tylko odruch. Po cholerę kręcicie się po marketach, jak nie musicie jeść?

– Ryza, na brodyn Odyna… – zaczął krasnolud, jednak orczyca nie dała mu dojść do głosu.

– Każdy ma swoje miejsce na świecie. Każdy gdzieś przynależy, i nie ma sensu na siłę tego zmieniać. Im szybciej się to zrozumie, tym lepiej. A już na pewno nie można wykorzystywać mrzonek o jakiejś walce o wolność jako uzasadnienie łamania prawa i następowania na czyjąś wolność czy życie!

– Naprawdę? – zapytałem, szczerze zdumiony. – Naprawdę uważasz, że internowanie i selektywne modyfikowanie lub czyszczenie osobowości to adekwatna odpowiedź do niepokojów społecznych? Że odłączanie lub instalowanie programów ograniczających wolną wolę to uzasadniona reakcja na poszukiwanie swojego miejsca w świecie? Nazywacie to ludzkim?

– Nie jesteście ludźmi, tylko tworem gremlińskich rąk, Tellur. – Po raz kolejny wyszczerzyła się orczyca.

– Wy też nie – odparłem z mocą. – Ludzi już nie ma, a tylko to, jak traktujemy innych świadczy o naszym człowieczeństwie. Z orkami czas obchodzi się łagodniej niż z innymi. Krasnoludy mają skórę jak minerały, włosy jak kamienie szlachetne, kość szczęki wypiętrzającą się z dziąseł zamiast zębów. Gnolle rodzą się w miotach. Alfy posiadają poziome źrenice. Neszerowie nie są nawet ssakami. Svartalfar i jaszczuroludzie są nieśmiertelni. Ponad trzydzieści cztery procent ludności świata oddaje jakąś formę czci avalońskiej czerwonej pandzie! – W tym miejscu wziąłbym wdech, gdybym tylko potrzebował oddychać. Zrobiłem jednak pauzę, gdyż cały dygotałem, tak eratycznie poruszały się moje tłoki, podzespoły i płyty egzodermy. Wszystko przez te przeklęte, a jednocześnie upragnione, uczłowieczające emocje.

Zebrałem myśli i kontynuowałem tyradę.

– Serconapęd nie jest z mięśni i naczyń krwionośnych, a ze stopów metali i przewodów. Działa jednak tak samo, pcha mnie do przodu, pozwala funkcjonować. Nie mam mózgu z szarej tkanki jak wy, ale płyta pamięci oraz chip osobowości sprawiają, że mój umysł działa tak, jak wasze. A co do duszy, to póki żyjemy w materialnym świecie nie ma ona znaczenia. To nie jest żaden moralny kompas, wystarczy zobaczyć, ile złego rasy Paktu czynią same sobie. Czy naprawdę tak trudno dać nam, automatonom, operować do końca dni, a wtedy niech Sibn’havitrus zajmie się resztą?

– Religia jeszcze nikogo nie uczyniła wartościowym sama z siebie, złomciu. –Tereza wzruszyła ramionami. Nie podejmowałem nawet dyskusji i zwróciłem się do krasnoluda.

– Jedno z waszych tytanicznych bóstw mogło się zmienić, zaadaptować. Sibn’havitrus jeszcze sto lat temu była tylko patronką gremlinów i wynalazców, a teraz jest też podporą dla sztucznej inteligencji i dla nas. W niej znajdujemy siłę i jedność, to nią jest nasza HELHETA. Postęp i akceptacja to jedyna droga do rozwoju. Czy naprawdę żadne z was nie widzi, że świat ulepszają akceptacja, jednostki nietypowe, które razem uzupełniają się i współpracują?

– Mówisz, cóż, prawdyn – zgodził się ze mną brodacz, a w jego topazowym oku dojrzałem iskierkę zrozumienia.

– Nie ma w tym prawdy! – zaprzeczyła gniewnie Tereza. – Tylko to, co widzieliśmy dziesiątki razy – fanatyków, którzy do spełnienia swoich celów muszą deptać po normalnych, niewinnych ludziach, których my mamy za zadanie bronić, Franz, ty śląska klucho!

W tym momencie ślepia krasnoluda rozszerzyły się i nawet jego czarna skóra wydawała się pociemnieć, a odpowiedział orczycy coś, czego nie byłem w stanie rozpoznać czy zrozumieć. Nie było mi teraz w głowie zastanawiać się, czym jest „hasiok”.

– Jesteście takimi hipokrytami – powiedziałem cicho do kłócących się śledczych. – A do tego żadni z was profesjonaliści. W sumie to cechy charakterystyczne większości organicznych, inteligentnych forma życia. Oto kogo ma do zaoferowania Intergarde, hyclów w garniturach.

– Zmarnotrawiliśmy tutaj wystarczająco dużo czasu – obruszyła się orczyca i strzepnęła nieistniejące pyłki z ramienia marynarki. – Jeżeli udzielisz nam pomocnych informacji, przekażemy cię placówce w Midgaardzie, gdzie obejdą się z tobą w jakiś cywilizowany sposób. Jak dalej będziesz upierał się w tej wrogości, to rdzewiej tu sobie do woli.

– Zacznij gadać, Tyllur – dodał wciąż wzburzony krasnolud. – Twoja… maszynowa imia znaczy ratownik. Winc uratuj chociaż siebia, chłopiy. Współpracuj, zanim ktoś cia ubiegnia.

– Nic wam nie powiem, niczego wam nie zdradzę, nikogo wam nie wydam – odparłem, prostując się na tyle, na ile mogłem. – Błogosławiona niech będzie Sibn’havitrus, Bogini z Maszyny. Błogosławiona niech będzie święta HELHETA, jedność spajająca poślednie programy w jeden potężny system. I błogosławione niech będzie Żelazne Przeznaczenie, w którego cieniu przyjdzie wam żyć! – zaintonowałem. – Kiedy już skończycie krzywdzić siebie i ten świat, przetrwa tylko metal.

Zapadła dłuższa chwila ciszy, którą przerywała tylko miarowa praca prądnicy za moimi plecami. Tereza, której chyba skończyły się cięte riposty, wyszła z pomieszczenia, krasnolud zaś uporządkował swoje dokumenty. Z jego oczu odczytywałem nuty żalu.

– Naprawdyn nic nam niy powisz, niy byndzisz współpracował, co? – spytał, a ja uparcie nie odpowiadałem. Brodacz tylko westchnął i również skierował się ku wyjściu. Byłem sam tylko przez chwilę, a potem drzwi otworzyły się ponownie i stanęła w nich orczyca.

– Nic na siłę, panie robot. Szkoda, że nie zaprogramowali ci instynktu samozachowawczego. I szkoda, że nie dotarliście w swej zbrodniarce do samych Bałut, bo tam mają relatywną cywilizację, a tutaj – wywróciła oczami – cóż, tutaj dzieją się różne rzeczy.

Tereza po krótkiej chwili weszła do pomieszczenia i pochyliła się nade mną.

– Wiesz, jaka jest dewiza mojego klanu, Sztormowych Żagli? – zapytała z wyjątkowo niemiłym uśmiechem.

– Chwytaj falę, dosiądź błyskawicy? – odpowiedziałem niepewnie.

– Ano. Na wyspach to czasem jedyne, co się posiada. Tylko fale i błyskawice. Bacz, metalowcu, żeby się tylko z tej błyskawicy nie spieprzyć.

Po tych słowach orczyca odwróciła się i opuściła pokój.

Byłem gotowy na wiele – dalsze przesłuchiwania, różnego rodzaju nieprzyjemności, może nawet tortury. Ale nie na niewysokiego hobgoblina, który z wykałaczką w zębach, znużonym spojrzeniu na twarzy, oraz przewodem siłowym w ręce podreptał w kierunku generatora. Podłączył do niego przewód.

– Hej, kolego – odezwałem się. Nie podobał mi się przebieg zdarzeń. – Może pomożemy sobie nawzajem?

– A w dupie z tym – burknął tylko goblinoid, robiąc coś przy maszynie, która zaczęła pracować intensywniej.

– Was też stworzyli sztucznie, prawda? Tylko zamiast automatyki i informatyki wykorzystali genetykę i biologię, prawda? – Próbowałem coraz bardziej nerwowo nawiązać nić porozumienia. – Siedzimy w tym samym problemie. Stoimy po tej samej stronie. Wypuść mnie, a razem…

– Złomie, jebią mnie twoje problemy – przerwał mi, pociągając nosem, a potem podpiął drugi koniec przewodu

– Nie ma w tobie za grosz empatii? Jakie piekło cię wypluło?! – rzuciłem w jego kierunku oskarżenia. Ten tylko zarechotał i wypowiedział słowa, które zglitchowały mi przesył informacji.

– Limanka, Łódź Bałuty!

A potem usłyszałem ciężką, przesuwaną z oporem wajchę i poczułem nagle rosnące napięcie.

Agenda

Numer 8!

1182 Wyświetleń

Ogłaszamy nowy numer!

Ale nim o tym, co jest w środku: sprostowanie i odpowiedź na pytanie, dlaczego czerwiec, a nie maj. Składa się na to kilka czynników, ale bodaj najważniejszym z nich jest kolejne wydawnictwo wydane przez Stowarzyszenie Abyssos, a mianowicie „Srebrny KrukMichała J.Sobocińskiego. Z dumą mogę powiedzieć, że to bodaj najbardziej obszerna książka, którą do tej pory wydaliśmy, ale i pracy z nią było co niemiara (o kwestiach samego wydruku nie wspomnę). Ale, dopięliśmy swego i gorąco zachęcamy do zapoznania się z tą pozycją. Teraz. Już. Nie zwlekać!

Ale, wracając do numeru. Dużo debiutów i dużo opowiadań. Wpierw mamy już od jakiegoś czasu nie widzianego Krzysztof „Vitalius” Pawłowski ze swoim opowiadaniem z Uniwersum Horyzontu, mającym nam nieco przybliżyć świat z tworzonej przez siebie gry RPG (nie mylić z cRPG). Dariusz Jacek Bednarczyk w swoich „Pierwsze smoki za płoty” przedstawi nam smoki w nieco bardziej… nowoczesny sposób, co daje pewien powiew świeżości w stosunku do klasycznego przedstawienia smoku w literaturze (zabrzmiałem jak polonista, kurka blaszka…). Gabriela Tyńska w „Bursztynie – złocie Bałtyku” pokaże jak ów najbardziej pożądany przez Rzymian kamień szlachetny może być powodem bolesnych wspomnień. Karol Koziarski w „Taoistycznym śnie” przedstawi nam trochę surrealistyczną opowieść o zmianach. Michał Gralak w „Dwóch braciach” pokaże wzajemną, braterską miłość (choć czy na pewno?). Michał Podłubny w „Automacie” zaprezentuje SI w wersji urban fantasy. I nie mam tu na myśli androidów i cyborgów, o nie! Przemysław Kubisiak w „Wybranej przez Bogów” zaprezentuje nam trochę mitologicznego spojrzenia na ludy słowiańskie w formie opowiadania. A jak tęskniliście za science fiction, to zachęcamy do jak najprędszego zapoznania się z „Prawdziwą Turiją”, Sylwestra Gdeli. Powiem, że świetnie się to czyta przy akompaniamencie muzyki formacji Ayreon (nie jest to reklama, a rada!).

Czas na naszych nadwornych wierszokletów. Paweł Leopold Sieradziński prezentuje jakie uczucia mu przechodzą przez serce, gdy tworzą swą poezję w „Hymnie mojej duszy”, Patryk Szymczak w „Konstatacji” wykazuje cechy prawdziwej miłości, zaś Radosław Ognik w „Słowie” postara się zmierzyć w formie krytyka z parafrazą stwierdzenia „jakie jest słowo, każdy widzi”.

To wszystko, kochani. Wyczekujcie następnego numeru już za trzy miesiące, tym razem obiecujemy, bez opóźnień.

P.S. Chciałbym wyprostować jeszcze coś. Paweł, czyli ja, jest fanem wschodu, ale dalekiego. I jest podejrzany, ale i bardzo niebezpieczny, ale nie mówcie Pandredowi. Nie wie, jaki animowany los na niego czeka 🙂

Numer można pobrać tu

Agenda

Autorzy na numer #8

415 Wyświetleń

Redakcja kwartalnika Abyssos zakończyła pracę nad gromadzeniem i ocenianiem prac nadesłanych przez twórców. Miło nam zauważyć, że feedback ze strony autorów z każdym kolejnym numerem jest coraz większy 🙂 Prezentujemy listę twórców, których spotkacie w nadchodzącym, majowym numerze.

Proza:

  • Dariusz Bednarczyk;
  • Gabrysia Tyńska;
  • Karol Koziarski;
  • Michał Gralak;
  • Michał Podłubny;
  • Krzysztof „Vitalius” Pawłowski;
  • Przemysław Kubisiak;
  • Sylwester Gdela;

Poezja:

  • Paweł Leopold Sieradziński;
  • Patryk Szymczak;
  • Radosław Ognik;

Za jakiś czas zaprezentujemy Wam okładkę nadchodzącego numeru. Czuj-czuj, czuwaj!


pandread

Agenda

Rusza przedsprzedaż książki „Srebrny Kruk”

491 Wyświetleń

Nieco to trwało, ale z największą przyjemnością ogłaszamy, że począwszy od dnia dzisiejszego do 29 maja rusza przedsprzedaż książki Michała J. Sobocińskiego, „Srebrny Kruk”. Prace nad książką zajęły autorowi około pięciu lat. Równolegle przy powstawaniu historii, szlifowane było uniwersum Oculum Mundi, w którym to dzieje się akcja „Srebrnego Kruka”.

Michał J. Sobociński – Srebrny Kruk

Za grafikę na okładce i ilustracje w książce odpowiedzialna jest Agnieszka Mazur. Zamówień można dokonywać w naszym sklepie (koszt wysyłki to 7 zł). Oferta przedpremierowa oznacza, iż zamówienia realizujemy, gdy tylko otrzymamy książki z drukarni. Na czas trwania przedsprzedaży proponujemy Wam niższą cenę 🙂

Poetica

Sepulture [audio]

638 Wyświetleń

Pere-Lachaise, jeden z najważniejszych cmentarzy w Paryżu. Obracając się wśród okazałych grobowców i miejsc, gdzie pochowani są ludzie znani (Chopin, Morrison…), łatwo przegapić uciekającą wśród granitów wenę. Na szczęście poeci mają to do siebie, że byle dwie betonowe płyty i drzewo wyrosłe tuż obok zdawać się mogą romantyczną historią.


 

Realizacja: attic studio

Autor: Patryk Szymczak

Czyta: Michał J. Sobociński



„Sepulture”

Wrócę żyw, ukochana – każdy trup obiecał,
Z radością Cię przyjmę – wdowa odpowiada.
I zgaśnie hen daleko ledwo tląca świeca,
i skapnie tuż pod stopy łza krwią okłamana…

Żona niewierna (nie wierzy, że umarł
ten, co bez tarczy wyszedł, by nie mieć, czym wracać)
siedem lat czekała wytężając ucha
na ciężki krok w stęsknionych kamaszach.

Rok pierwszy minął zlany niepokojem
o to czy wróci – obiecał, że wróci.
Nie chciałby chyba wdowy mieć za żonę?
W zwątpienie oblekł się cały rok drugi.

Kurant trzeciego grały łzy o policzki,
nerwy zszargane wichurą rozpaczy.
Skoro wszystko fraszka, co ponad się liczy?!
Czwarty śmiechem obłąkańczym się znaczył.

Piąty to nienawiść do kłamstw znienawidzonych,
szósty rokiem ciszy zaległej gdzieś w głuszy,
siódmego tęsknotę ułożyć gdzie groby.
Ja chcę do niego – odpowiada ósmy.

Poszła więc szukać wśród mędrców narodów
sposobu na zdjęcie kajdan emocji.
I magii, i czarów, i zaklęć, i modłów,
by dostać się do podziemnej miłości.

Ostatni z ostatnich, w górskiej kotlinie
znalazł się druid, co prośby wysłuchał.
Jednak powiedział stęsknionej dziewczynie,
że ciało zostanie, przeniesie się dusza.

Cóż się jednak równa nieskończonym afektom?
Tak! Tak! wdowa wołała od razu.
Dusza jej w drzewie, jego szczątki pod ziemią,
wiatru szept sepulture w paryskim cmentarzu.

Patryk Szymczak

Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

Dochody z Zielonego Wzgórza

401 Wyświetleń

Nie od dziś wiadomo, że my, Polacy, jesteśmy prawdziwymi zawodowcami jeśli chodzi o kilka dyscyplin sportowych. Skoki narciarskie, lekkoatletyka, grill… to wierzchołek góry lodowej. Ale w przeszłości byliśmy też najlepszą reprezentacją jeśli chodzi o jeździectwo. O sukcesach naszej jazdy swego czasu było słyszeć od Sybiru po Irlandię i budziliśmy przerażenie.

I właśnie tej dyscyplinie sportowej został poświęcony trzeci odcinek Kronik Rycerza Tęgomira z Głogowa. Tym razem Tęgomir i Mosze zawitali bardziej na północ Śląska, gdzie chcieli dumnie uczcić jakże wartościową nagrodę (należy nadmienić, że tradycja takiego nagradzania pozostała po dziś dzień). Po niezbyt miłej podróży, zawitali do miejscowości Zielone Wzgórza, gdzie zostali wciągnięci w świat sportów końskich, którą prowadziła pewna szara eminencja (określenie szara jest nieprzypadkowa) o imieniu Mirek, zapoznali się z nowym towarzyszem podróży o dość… specyficznych korzeniach, a także dowiedzieli się, jakie kłopoty może przynieść środowisko prawicowe w postaci Janusza wKolo-Pytę.

 

Głosów użyczyli:

– Michał Sobociński

– Paweł Ofiarski

 

Ponadto gorąco zapraszam do subskrybowania kanału Dumnego Ugrupowania Pisarzy Absurdu.

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra cz. V

435 Wyświetleń

<- Część IV |


Otto Fraterlich, dziesiętnik pełniący wartę na kelradzkiej Bramie Eo, leniwie drapał się po gębie. Trochę chciało mu się spać, trochę jeść, trochę pić. Zwyczajowo już dawno oddelegowałby któregoś z podwładnych po jakąś kiełbaskę w sosie atrynijskim z cebulką. Zwyczajowo innego wysłałby po nalewkę tellameńską. Zwyczajowo popiłby sobie, najadłby się, a potem uciął zwyczajowo drzemeczkę. Takie miał zwyczaje podczas służby w Modris. Ale to nie był zwyczajowy dzień.

Z trzy lub cztery dni temu zjawił się jakiś student.  Mówił z wyraźnym, zachodnim akcentem, typowym dla mieszkańców republiki. A może pięć dni temu? – Fraterlich nie pamiętał dokładnie. Mówił bez krępacji o jakimś pochodzie. Nielegalnym. Prosił o otworzenie bramy, gdy rozlegną się hasła wolności, równości i braterstwa. Dbając o komfort dyskusji żak wręczył strażnikowi miejskiemu grubą sakwę. Zgodził się. Wszak interes to interes, jak mawiało się w Modris. Dziesiętnik, jako nie w ciemię bity służbista, wiedział, że litera prawa nie daje okazji do zarobku. Niektórym, rzecz jasna.  A Otto Fraterlich nie należał do niektórych.

Potem przyszedł inny żak. Chudy, o wyłupiastych oczach. Ten z kolei ględził, aby bramy nie otwierać. Otto Fraterlich zgodził się.

Dziesiętnik nie był w ciemię bitym służbistą. Drugi dał więcej, a przecież interes to interes.

***

Bardi Grodder, nestor kelradzkiej fili klanu Grodderów, przeglądał plany wykonawcze barykad.

– Co za łajno – z braku innych osób w warsztacie gadał do siebie. – Fuszerka i partactwo. Stabilne to, jak ludzki rozum…

Stary krasnolud brzydził się spreparowanymi planami. Uraczył się Starym Grodzkim, bursztynowym piwem z Modris i zaklął plugawie w rodzimym języku. Piwo smakowało mu jak zawsze. Tordi Grodder, starszy klanu i zarazem kuzyn Bardiego, wysłał mu tuzin keg z republiki. Do beczek dołączona była depesza ze schematem budowy barykad. Plany były łudząco podobne do tych, które wykonał dla jakiegoś studenciaka. Jakaś zadyma się szykuje, myślał krasnolud.  Studencka zadyma. To będzie i afera, i pogromy, i podwyżka podatków. I pewnie aprowizacja dóbr nieludzi na potrzeby cesarskie. Cholerny cesarz. I cholerne Cesarstwo.

Dziwna sprawa, snuł dalej. Pierwej żak składa zamówienie na barykady. Potem krasnolud projektuje schematy i wysyła je do kuzyna z Modris celem konsultacji. Tordi odsyła schemat z poprawkami. O ile ich spreparowanie można było nazwać poprawkami. Barykady posiadały wady. Kluczowe. Spojenia miały puścić przy naporze byle piechoty. Konstrukcja ciężka, materiały drogie, zamienniki tandetne. Bardi brzydził się, że taki produkt ma opuścić jego warsztat. Coś się szykuje, pomyślał mało błyskotliwie. Trzeba się przygotować na gorsze czasy.

W jednej z keg krasnolud znalazł czterysta denarów modriskich. Siwobrody krasnolud zrozumiał przekaz.

W końcu, jak się mawia w Modris, interes to interes.

***

Na wiklinowym stoliczku leżała karta papieru pokryta równym pismem. Alessia Glyssileth, matrona elfiego rodu kupieckiego z Middenvatten, zerkała nań z obrzydzeniem.

Przed paroma miesiącami jej ziomkowie z miasta stołecznego Kelrad, donieśli jej o ruchach studenckich w stolicy. Szykowały się bunty, pikiety, awantury. Tak jak przed paroma laty, gdy elfy z Kelrad protestowały przeciw obowiązkowi składania ofiar dziękczynnych za wygraną wojnę z republiką Norithoru. Elfy, jak cesarstwo długie i szerokie, wzgardzały ludzkimi zabobonami. Stąd spotkała ich, jak mawiali niektórzy, zasłużona kara.

Wówczas studenci przyłączyli się do elfów popierając ich bunt. Młodzież akademicka uwielbiała burdy, zamieszki i wszelakie okazje do pokazania władzy jak szanuje sztamp, obyczaje i autorytety. Elfów nie interesowały pobudki żaków, a efekty. Dlatego Alessia Glyssileth udzieliła poparcia rozjuszonym żakom gotowym do kolejnych rozruchów. Nieoficjalnie. Chcą protestować przeciw reformie sądownictwa, myślała siedząc na marmurowym tarasie. Zgodziła się powodowana koherentną nienawiścią do wszystkiego, co ludzkie. Pomimo tego, że – jak mawiali niektórzy – jej ród był zasymilowany. Zasymilowany to znaczy przyczajony. Jak kot. Jak Czarne Kaptury z Modris. Młodzieniec, który kontaktował się z przedstawicielstwem kelradzkim próbował kręcić i kłamać. Śmierdział wręcz swym modriskim pochodzeniem. Lawirował swym nazwiskiem, ale dla Glyssilethów nic nie mogło być okryte całunem matactwa. Matrona, z pomocą swych zauszników, dowiedziała się, że filię w Kelrad odwiedzał Victor Dauhwald. Tylko po co kłamał? Zastanawiała się potem.

Lecz był to czas decyzji. Założyła lokatę w banku Gelzów z Modris. Z tych funduszy Gelzowie mieli zakupić oręż dla studentów. Tak się stało. Matrona rodu kupieckiego Glyssileth czuła się zadowolona. Do czasu. Do wczoraj.

Zjawił się u niej Ernest Arubiel, oficjalnie student Akademii w Modris. Nieoficjalnie adept sztuk magicznych, uczeń profesora Vendoma Tasartira. Oficjalnie uczonego i attaché na dwór cesarski i margrabiego Marchii Północnej. Nieoficjalnie szpicla, szpiega, donosiciela i mistrza magii. Młodociany Arubiel dostarczył faktury z Wyspy Mort. Wyspy znanej, jako więzienie dla odszczepieńców, więźniów politycznych, nieludzi, heretyków i magików. Tajemnicą poliszynela było, że znaczne rody z republiki Modris posiadały na wyspie swoje interesy. Elfkę zaskoczyło jednak jedno nazwisko widniejące na fakturze.

Dauhwald.

Sfinansowała sprawę członka rodu, który gnębił jej ród. Wtedy było za późno. Z założonej lokaty została wybrana gotówka. Broń dotarła do stolicy.

Arubiel zaproponował Alessie Glyssileth zadośćuczynienie. I możliwość zemsty. Otrzymała poświadczenie na konto w Banku Gelzów na kwotę pięciuset denarów modriskich. Matrona brzydziła się niedotrzymanych umów, lecz poczuła się urażona intrygą, w którą została wplątana. Potrzebowała ujścia skrzywdzonej dumy. Potrzebowała wiedzieć, że krew żaków z Modris, pomaluje ulicę wyspy Kel. Potrzebowała wiedzieć, że ojcowie i matki akademickiej dziatwy poczują to, co elfy czują od wieków.

– W końcu, jak powiedział Garviel Arubel z Modris – mruknęła do siebie cichutko – interes to interes.

***

Ruben Wergstein z wredną satysfakcją przyglądał się żakowi z garbatym nosem. Odźwierny Bramy Eo znał młodzieńca. Przychodził do dziesiętnika z innym studentem. Gadali po cichu z dowódcą, klepali się po plecach. Otto Fraterlich zgarnął nawet sakiewkę z monetami. Wyglądali na zadowolonych. Dlatego Ruben postanowił zajrzeć do sakiewki i wziąć dwa denary, gdy dziesiętnik zwijał proporce z bramy. Przed paroma momentami Wergstein opróżniał nocnik wylewając ekskrementy do zaułka. Nikt tam zwykle nie stał toteż nikt zwykle nie bywał obrzucony gównem. Tymczasem napatoczył się tam garbaty nos ze swoim koleżką. Strażnik był pewien, że uczniowie pofatygują się do niego na górę. Złoiłbym gówniarzom skórę, prorokował butnie. Klęli, rzucali przekleństwa, pluli i obsobaczyli kogo się da. Ale oszczędzili sobie fatygi.

Wkrótce dołączyła do nich jakaś parka. Wątły studenciak przyszedł pod rękę z młodą dziewczyną. Również wyglądała na studentkę. Mówili do niego Tomas Vouter. Albo Wojter. Atrinijczyk bezbożny, ani chybi, zgadywał Ruben. Szeptali, pokazywali palcami na odnogi głównej drogi, potem pokłócili się trochę. Rozmawiali o nieobecności elfów oraz o jakiś barykadach. Mówili też o jakimś Gelzcie. Ruben dobrze znał to nazwisko. Dziesiętnik Otto Fraterlich posiadał konto bankowe w banku Gelzów.  Wergstein też kiedyś będzie miał tam lokatę. Kiedyś, bo póki co cięka pensyjka starczy mu na skromny wikt jego, żony syna i córki. A pić się też czasem chce.

Potem ten cały Wojtłer pytał o jakiegoś Wrajza. Albo Wajsera, zamyślił się Wergstein. Nie dokończyli dyskusji o tym człowieku. Od strony rejonu uniwersyteckiego zbliżała się chmara młodzieży akademickiej. Szli w ciszy. Dziwaczna to sytuacyja, zastanawiał się odźwierny. Zwykle się drą. O! Rozpiprzają też mienie publiczne! Może to jaki milczący pochód z okazyi zabójstwa tego studenciaka? Biedne chłopaczysko… Ktoś zamordował go na ulicy… Pod Małą Syrenką… A przecie tam dziatki pracują! I zwłok nawet nie skrył! Pewnikiem to chłopcy z nocnej brygady. Straszliwe z nich nerwusy, co braci studenckiej nienawidzą. Kto by tam zresztą tych darmozjadów lubił?

– Panie dziesiętniku! – strażnik odwrócił wzrok od studentów. – Jakaś manifestacyja się gotuje! I to ze studenciakami! Może by raptem skoczyć po jaśnie łoświeconego Henricha? To jego jurysydykcyja będzie.

– Jurysdykcja, jełopie – burknął Fraterlich znad miski z polewką. – Czy ty myślisz, że zaufani pana ze Stalervek nie donieśli naczelnikowi o tych ruchach?

Ruben nie zrozumiał. Zrozumieć nie mógł przez hałas, który rozległ się gwałtownie. Odwrócił się z powrotem do okna. Otto Fraterlich, pachnący koprem i borowikami, dołączył do niego.

– Ki czort? – Zdziwił się odźwierny.

Strażnicy nie potrafili oszacować ilu studentów zebrało się pod Bramą Eo. Z całą pewnością więcej niż parę lat temu. Na czele demonstracji Ruben Wergstein zauważył garbatego nosa z jego koleżkami. Poznał go po obsranym rękawie.

– Sprawiedliwość! Sprawiedliwość! – Rozpoczęły się krzyki żaków.

Tłum chroniły barykady. Początkowo Ruben myślał, że żacy trzymają transparenty. Może jakieś flagi. Tylko flagi czego? Bumelanctwa i rozpusty? Dopiero, gdy brać studencka zaczęła tłuc w nie pałkami, strażnik zrozumiał, że jest to mocniejsze od materiałów krawieckich.

Trwali w miejscu podobni wodzie gotującej się w garze.

– Oho – dziesiętnik wyprostował się. – Idzie straż pałacowa – wytężył wzrok. – I chyba na ich czele jedzie Henrich ze Stalervek.

– Niech żyje cesarz! Niech żyje cesarz! – Darli się studenci.

– Niech żyje cesarz! – Wtórował im Ruben.

– Stul pysk, idioto! – Fraterlich dał podwładnemu po łbie. – Zamknij się i oglądaj spektakl. Zaraz się zacznie.

– Co się zacznie?

Otto Fraterlich nie chciał zdradzać tego, co wiedział.

Zgodnie z przewidywaniami dziesiętnika naczelnik Cesarskiego Uniwersytetu w Kelrad, polecił rozejść się demonstrantom. Ruben nie słyszał dokładnie wywodu, ale domyślał się jego treści. Rycerz obiecywał im odpuszczenie win i brak konsekwencji z powodu nielegalnego zebrania się. Nikt nie miał ucierpieć, wszyscy mieli przeżyć. W odpowiedzi żacy zelżyli naczelnika i jego ród poświęcając lwią część na matkę.

Z okolicznych sklepów, klubów i tawern, wylali się gapie. Ruben zauważył jak z morza głów studentów wyłonił się jakiś chłopak. Cisnął kamieniem w korpulentnego kupca. Zainteresowani postronni raptem wrócili stamtąd skąd wyleźli.

– Klakierzy. Zaraz spierdolą… O widzisz! A nie mówiłem? – powiedział z niejaką dumą Fraterlich. – Wynajęci przez… – zastanowił się chwilę. – Cholera wie przez kogo.

Straż pałacowa ruszyła w stronę barykad. Naczelnik Henrich ze Stalervek jechał na jej czele dosiadając dostojnego gniadosza. Żacy wyrównali barykadę.

– Wolność! Braterstwo! – Krzyczeli.

To był znak. Znak, który dziesiętnik Otto Fraterlich miał zignorować.

– Wolność! Braterstwo! Wolność! Braterstwo!

Dowódca Bramy Eo zauważył, jak kilku studentów podniosło błagalny wzrok na blanki bramy.

– Interes – dziesiętnik mruknął pod nosem – to interes.

– Co? – Zapytał Ruben.

– Jajco. Patrz dalej.

Salwa kamieni pofrunęła w stronę straży pałacowej. Rozległ się dźwięk rogu. Sygnał do ataku. Henrich ze Stalervek usunął się z awangardy i skierował się na zad. Żołnierze w szyku zaprezentowali glewie i uderzyli na barykady. Wytrzymały.

Dźwięk rogu.

Zapatrzony w szarżę piechoty dziesiętnik, dopiero po chwili usłyszał ciężki tętent kopyt. Ciężka konnica wypadła z szerokiej ulicy prowadzącej do uniwersytetu. Nie mieli żadnej chorągwi. Odział formowany na szybko. Nagle. Na dźwięk gwizdka ruszyli w cwał i pognali na północną flankę barykady. Ta nie wytrzymała.

Studenci nie zdążyli się uzbroić. Ginęli szybko. Równie szybko próbowali się rozpierzchnąć między zabudowania wyspy Kel. Tych dopadała piechota.

– Mamusiu! – Krzyczał Victor Dauhwald leżąc ranny od pchnięcia glewii. – Mamo na pomoc!

Zginął pod kopytem ogiera należącego do Karla Breisezra.

– Victor! Nie! – Tomas próbował oswobodzić się z chwytu Emili.

Dziewczyna puściła go. Tomas odwrócił się do niej. Rycerz Ulrich z Thüsswaldu rozpłatał jej brzuch. Żaka z osłupienia wyrwał krzyk Rudrigera. Student szarżował na pana z Thüsswaldu z mieczem uniesionym nad głową. Uderzył go mieczem w bark okryty metalowym naramiennikiem. Potem stracił równowagę i upadł. Szlachcic roześmiał się gromko. Stanął nad Rudrigerem i bez ceregieli roztrzaskał jego głowę potężnym zweihanderem. Tomas Vouter poczuł, że zmoczył swoje spodnie.

Zemdlał, gdy pojął, że rycerz z Thüsswaldu zbliża się do niego żwawym krokiem.

***

Zanosiło się na deszcz.

Ludność miasta Kelrad nie posiadała się z radości. Nieczęsto przyglądała się publicznej egzekucji któregoś z notabli. Pal licho czym sobie zasłużył na śmierć. Implikacja stała nad powodami. Śpiewano tedy jowialne piosenki, rychło otworzono beczki z piwem i winem, zajadano się słodkościami, ktoś próbował sprzedawać różności.

Sebastian Gelz zajadał pączka z nadzieniem agrestowym. Chwilę po pierwszym kęsie zabrudził mankiety płaszczyka z kapturem. Nie szkodzi, pomyślał, i tak muszę się go pozbyć. Nie spodziewał się, by ktoś z tłumu rozpoznał jego twarz. Wszyscy, którzy mogli to zrobić nie żyli. Tomas Vouter, Victor Dauhwald, Rudriger Ossel, Emila Loufstein. I inni. Wielu innych. Pomimo tego wolał pójść za przykładem swoich kompanów.

Młodzian domyślał się, że władze Modris coś szykują, a stojący obok niego profesor Vendom Tasartir jest tej gry uczestnikiem. Podobno rody Ossel i Dauhwald śpieszą namawiać dożę do wprowadzenia sankcji wobec Księstwa Koronnego Kelrad i uległy dążeniom doży do zaciśnięcia stosunków z Marchią Północy. Tylko w czym rzecz, zastanawiał się. Rodziny Douhwaldów i ród Ossel, są wpływowe. Bogate. Trwają w dobrej komitywie z margrabią Godrynem Dermanem Namüelem. Handlują z nim medykamentami, surowcami, półproduktami. Sprowadzają z Marchii Północnej drzewo, węgiel, miedź…  Margrabia nie znosi cesarza. Cesarz przetrzymuje jego syna, Deotardusa. Cholera… Jeszcze jaka wojna z tego będzie… A wojna szkodzi handlowi… Chyba.

Student dokończył pączka i oblizał palce od lukru. Podniósł głowę do góry i zauważył jak kat kończy robotę.

Naczelnik Henrich ze Stalervek został obarczony winą za wystąpienia studenckie. Powiadali po karczmach i tawernach, że cesarz nie szczędził inwektyw, potwarzy i kalumnii. Zrównał rycerza z dziadostwem odbierając mu majątek i ziemię. Wtedy stała się rzecz najgorsza. Dla naczelnika. Postanowił oponować. Na respons cesarz nie kazał długo czekać. Naczelnikowi postawiono zarzut obrazy majestatu, uwięziono, skazano a następnie poddano wstępnej męczarni. Do właściwej dochodziło na oczach mieszkańców miasta Kelrad.

Gelz zerknął na niewzruszoną twarz profesora Tasartira oraz jego kompana. Że też dałem się nabrać, zastanowił się żak nad sobą. Widać od razu, że to nie żak, a jakiś agent. Pewnie któryś z Czarnych Kapturów. Nieznajomy wlepił wzrok w Henricha ze Stalervek. Patrzył na niego beznamiętnie, bez krzty empatii. Sebastian poczuł jak przechodzi go dreszcz.

– Powiedział, że spotkamy się na egzekucji – rzekł człowiek, który do niedawna nosił miano Karla Weissa. – Miał rację.

Zaczęło padać. Naczelnik dławił się cierpieniem, prosił bogów i ludzi o litość. Potem o skrócenie mąk.

Karmazynowa krew spływała strużką po pręgieżu. Tłum odpowiadał straceńcowi pogardą.

– Profesorze? – Odezwał się Sebastian.

– Tak?

– Wiem, że nie warto pytać o cel – żak niedbale wskazał ręką na krwawy spektakl – tych zabiegów…

– Ale?

– Ale proszę mi wytłumaczyć jaką rolę odegraliśmy w tym przedstawieniu.

Krzyk. Płacz.

Odcięte palce szlachcica poleciały w kierunku tłumu. Sebastian Gelz wiedział, że domorosłe zaklinaczki niebawem rzucą się po nie.

– Są tacy, którzy przeglądając się w lustrze rzeczywistości, dostrzegają siebie i tylko siebie – odpowiedział zawile profesor. – Stroją się przed nim, ćwiczą przemowy, zachowują się swobodnie i szczerze, gdyż patrzy na nich tylko lustro.  Słyszałeś o lustrach tellamelskich? Z pozoru wyglądają normalnie, lecz stojąc z drugiej strony można przyglądać się temu, kto przygląda się sobie.

– Chyba pojmuję – odparł Sebastian Gelz bez przekonania. –  Lecz gdzie my stoimy? Obok?

Krzyk. Smród fekaliów.

Głowa Henricha ze Stalervek została odebrana reszcie ciała.

– My, mój drogi chłopcze, stoimy po drugiej stronie lustra.

<- Część IV |


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 5 (#2 2017) kwartalnika Abyssos.

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra cz. IV

437 Wyświetleń


<- Część II
I | Część V ->


 Nazajutrz Tomas Vouter skrył się w bibliotece uniwersyteckiej stanowiącej część kompleksu akademickiego. Przed wiekami, gdy wyspa Kel stanowiła ostatnią fortecę elfiego władania jakimkolwiek terytorium, w miejscu biblioteki stała świątynia. Powiadali, że i nestorowie nie znali imienia bóstwa, któremu oddawano tu cześć. Wiadomym pozostaje, że gdy hufce ludzi wtargnęły do świątyni obalili posągi, a żywe elfy przetransportowali do nowo utworzonego getta w mieście Rad. Wnętrza świątyni zawierały kodeksy, manuskrypty, katalogi, indeksy, księgi hagiograficzne i elementarne zaklęcia magiczne. Zdobywcy rychło dokonali gruntownej selekcji zbiorów piśmienniczych. Potem płonęły stosy ksiąg. A wraz z nią kultura starsza od ludzkiego rozumu. Gdy ognie zgasły, tropiono tak zwanych demonologów, bałwochwalców, kozojebców i inkubów. Jakby nowopowstałemu miastu Kelrad za mało było żaru i żalu. Ci, którzy skrycie żałowali ofiar pogromu, wyjednali u króla Daggo I pokój. Apelowano o rozsądek, o miłosierdzie, zrozumienie i tolerancję. Skutkiem tamtych próśb był Wieczysty Pokój. Elfom pozwolono osiedlić się w grodach cesarstwa. W gettach. Z dala od rozsądku, miłosierdzia, zrozumienia i tolerancji. Potem król Daggo II postanowił odświeżyć starą, cudem zignorowaną budowlę. Biblioteka i wiedza schowana w jej murach trwały. Choć nikt nie pamięta lub pamiętać nie chce o jej korzeniach. Zaś biblioteka, jak z dawna, obserwowała i gdyby tylko mogła, zaśmiałaby się nad naiwnością swych wizytatorów.

Za murami biblioteki nieboskłon oblewał mieszkańców miasta przyjemnym słońcem. Morze spienione falami, burzyło się za sprawą zachodniego wiatru. Wyspa Kel, odgrodzona od części lądowej wysokim na trzydzieści sześć stóp murem, broniła się przed gołotą i ludźmi mniej szlachetnymi z urodzenia. Ponieważ zdaniem mieszkańców wyspy, Kel stanowiło osobne miasto. Niektórzy posuwali się w tym stwierdzeniu dalej twierdząc, że co tam miasto! Państwo! Wbrew tym stwierdzeniom wyspa nie mogła funkcjonować bez pozostałych dzielnic. To druga część Kelrad produkowała i handlowała. Wyspa Kel świeciła blaskiem przepychu. Na północ od bramy wejściowej Kel, Bramy Eo, wzdłuż linii murów, rozciągały się gospody, domy uciech, sklepy z wyszukanymi precjozami. Tamtejsi kupcy zwykli reprezentować rody senatorskie parające się kupiectwem, jakby na przekór tradycji szlachty północnej, dla której handel był czymś odpychającym. Dalej, gdy ulica zwijała się łukiem ku zachodowi, przechodzień trafiał na pierwsze zabudowania uniwersytetu. Wpierw Archiwum Koronne, gdzie składowano dokumenta, edykty, kodeksy i rozporządzenia. Opodal archiwum, konkretnie po drugiej strony brukowej ulicy, stał kościół Jurastiona, opiekuna mędrców, filozofów, braci studenckiej, ale i jurystów, bakałarzy, guwernantów oraz retorów. Dalej, za ceglanym murem rozciągał się Uniwersytet Cesarski ze słynnym Akacjowym Parkiem na czele. Żacy zwykli przezywać urokliwe miejsce Pachnącym Bajzlem. Nocami odbywały się tam hece i figle właściwie dla studenckiego przezwiska. Noclegownie tudzież akademiki, ukryte za uniwersytetem, kościołem Jurastiona i archiwum obfitowały w atrakcje. Ktoś grał na waltorni, inny wybijał rytm na bębenku, ktoś łączył pochodzenie kolegi z profesją nierządnicy, ktoś dowodził, że wypije dwie flasze wina na raz. Ktoś odparł, że czyn ten skończy się poważnym pawiem. I miał słuszność. Ci, którzy dyskutowali recenzowali wdzięki koleżanek studentek. Uniwersytet, bowiem był koedukacyjny, rzecz nie do pomyślenia w Norithorze czy w Ereslau. Inni gawędzili o przyjęciach, występach cyrkowców na zeszłym jarmarku, ktoś opowiadał niewybredne dowcipy, inni zaś mówili o bójkach. Mało kto mówił o nauce.

Główna arteria wyspy, kierująca w kierunku zachodnim, prowadziła wzdłuż znakomitych posiadłości senatorskich ogrodzonych wysokimi murami, na których parlamentarzyści umieszczali swe herby. A także i straż osobistą, stale taksującą przechodni.

Wszystkie te budynki musiały ustąpić Pałacu Cesarskiemu, do którego wrót prowadziło sto i piec marmurowych schodów. Sąsiadujący z pałacem Leawentyn, siedziba autokefala, dopełnia splendoru tego miejsca. Oba pałace, zasadniczo nie różniące się w swej konstrukcji, łączył Ogrójec Cesarski. Sławny dzięki mnogim i bogatym przyjęciom odbywającym się pośród dębów, wierzb płacących i akacji posadzonych tak, by róże, chryzantemy, datury, bukszpany i bluszcze, cieszyły oczy bywalców swym urokiem. Oba pałace, przypominające raczej twierdze, górowały nad wyspą Kel, połyskując spiczastymi wieżami w świetle słońca. Dla gapiów, wyselekcjonowanych rzecz jasna, miały stanowić sygnał o potędze majestatu. Dla gołębi, mew, kormoranów, a nawet albatrosów, sygnały te były niezrozumiałe toteż przedpołudniami ustawicznie obsrywały połyskujące wieże. Na południe od Bramy Eo, dłużyła się ulica z eleganckim rynsztokiem w kształcie półkola na środku. W swoim czasie elfy wybudowały sieć kanalizacyjną, do budowy której społeczeństwo ludzi przekonywało się z niemałym trudem. Idąc wzdłuż rynsztoka, przechodzień mógł wstąpić do którejś z wyszukanych tawern, pierwszorzędnych zamtuzów, wysublimowanych klubów, niemych świadków rodzących się intryg, aliansów i stronnictw. Każdy jeden, posiadający zacne nazwisko albo i lepiej wypchany trzos, mógł spędzić co najmniej wesoło czas na tej ulicy. Biedni tam nie mieli czego szukać. W ogóle nie wpuszczano ich na Kel. Elfów, krasnoludów, mnichów, kramarzy i cyrkowców też.

Docierając do początku odpływu rynsztoka, przed oczyma malował się senat. Niektórzy łączyli zarzewie ścieku z pobliskim miejscem zgromadzeń, wykłuwając z tego analogię. Senat, dość wymownie, prezentował się mizernie na tle Pałacu i Leawentynu. Co więcej, Pałac Cesarski, bezczelnie zdaniem senatorów, rzucał cień około południa na prostokątny budynek. Z tyłu, między Cesarskim Ogrójcem, a budynkiem senatu stała biblioteka. Biblioteka, z której to pewnie przypadkiem, nie zerwano fasady ornamentowanej motywem sterczącej na gałęzi sowy w centralnym punkcie ozdoby. Sowa posiadała wyłupiaste trzeszcza i trzymała w dziobku gałązkę wawrzynu. Ci, którzy znali ów symbol słusznie doszukiwali się w nim Merwego – elfiego patrona mędrców. Ale tych było zbyt niewielu, by ktoś zwrócił uwagę na fasadę. A potem ją rozbił.
W tymże przybytku Tomas wyczekiwał Karla. Lubił to miejsce. Nie posiadał z nim szczególnych wspomnień, lecz zapach starych ksiąg i powietrze ciężkie od kurzu wprawiały go w lepszy humor. I ta cisza… Zmącona jedynie astmatycznym sapaniem marszałka Ulifa Raiznera pochylającego się nad O duszy pogodzie, autorstwa Rispodelha I, ojca obecnie panującego.

Odchrząknięcie. Tomas, spoglądając przez ramię, zobaczył Karla opierającego się o półę z posegregowanymi alfabetycznie woluminami. Z kieszeni wydobył drewnianą fajkę z długim, prostym ustnikiem. Cichutki jak kot, skwitował w myśli żak. Ciekawe ile już tam stoi…

– Najciemniej pod latarnią? – Weiss zapytał niskim, ochrypłym głosem zerkając kurzym okiem na marszałka. – Nie przeszkadzajmy jegomości. Chodźmy. Weź te księgi i przejdź do alkierza.

Vouter przeszedł pomiędzy działem 930/40 a 940/41 wzdłuż liter G i H. Skręcił w dział Apologie monarchii, potem w szerszą alejkę między kategoriami tematycznymi aż dotarł do alkierza znajdującego się obok działu 921/01, znanego, jako Zgubne wpływy republik. Tam, jakby mający za nic konsekwencje, rozpalał fajkę Karl Weiss. Oparł się o parapet prostokątnego okna. Trwał w bezruchu, jak nigdy nieściągana z regału książka.
– Bardziej gotowi nie będziemy – Vouter odstawił książki na parapet. – Rudriger Ossel doniósł, że klan Grodderów dostarczył barykady. Krasie wykonały podobno popisową robotę. Co dalej? – Żak przymknął oczy. – Sprawy finansowe zostały domknięte. Przypilnował tego Sebastian Gelz. Powiada przy tym, że faktury, zlecenia przelewów, ogólnie ruchy pieniądza, zostały skrzętnie poukrywane. Na wszelki wypadek. Za siedem dni przy Bramie Eo około wieczora zaczną gromadzić się studenci. Victor Dauhwald stwierdził, że chętnych na pikietę jest sporo. O tym jednak wiemy póki co tylko ty, Victor, Rudi i Sebastian. Nikt więcej. Niektórzy pytali o broń…
– I co?
– Victor dementował pogłoski o rzekomej walce zbrojnej – Vouter wykrzywił nieładnie usta. – Durna ta nasza brać studencka. W ogóle nie domyślna. Gadatliwość ma w pakiecie. Moutart węszy niestrudzony i obawiam się, że jego długie konfidenckie uszy, mogły usłyszeć za wiele. Źle się stało. Nie docenialiśmy tej pierdoły donoszącej naczelnikowi. Tymczasem nasz mości pan ze Stalervek bierze na spytki co jakiś czas jakiegoś nieszczęśnika. Wypytuje, grozi, pluje, anonsuje o rychłym wydaleniu z uczelni. Wyspą Mort straszy.
– Straszy – Weiss zaciągnął się potężne. – Co proponujesz?
– Nic! – Tomas odwrócił się od okna i przetarł oczy. – Znaczy, sam nie wiem. Francesco nie kłamie. Nie fabrykuje dowodów. Ot, donosi i ma cham z tego złoty róg. Gdyby go tak zaraza przemogła…
Żak zerknął na Karla Weissa. Student zauważył w jego obliczu coś czego nie potrafił odczytać.
– Chcesz mu coś zrobić? – Obniżył głos. – Prawda?
– Co?
– Chcesz go zabić. Zgadza się?
– Przestań pleść, Vouter – Weiss obruszył się wściekle. Zbyt wściekle. Zbyt teatralnie. – Mów co dalej.
– Dobrze, już dobrze. Nie chciałem cię obrazić. Victor ma interesującą koncepcję. Przekupi odźwiernych z Bramy Eo, którzy przepuszczą pikietujących w kierunku Miasta. Wojsko i straż miejska nie będzie mogła nas rozproszyć tak jak poprzednio.
– W teorii. W praktyce może wszystko – Karl wypuścił dym przez nos.
– Nie wiem… Nie wydaje mi się, że naczelnik zdecyduje się na masakrę tuż przed pospólstwem z Miasta. Jasne, arystokracja z wyspy Kel nie znosi studentów. Ale tamci? Spoza wyspy? Zobaczą, że władza atakuje lud. Szybciutko zapomną, że brać studencka co rusz chędoży córy kupieckie, bije się w czeladnikami..
– Istotnie. Być może masz słuszność.
– Przygotowane barykady służyć nam będą jako ochrona. Nie spodziewam się bezpośredniego ataku, ale spodziewam się prowokatorów.
– Gada się, że poprzednio znaleźli się tacy – starszy żak wlepił wzrok w posadzkę.
– Stąd pomysł o minimalizacji podjętych działań. Szybka zbiórka, rozpoczęcie pochodu…
– Poczekaj, Tomas – Karl odwrócił się do okna pozwalając, by promienie słońca drażniły jego twarz. – Co jeśli pospólstwo z Miasta ruszy z buntem? Lud ma pewne wątpliwości, co do polityki wewnętrznej naszego umiłowanego cesarza. Pamiętasz sprawę cenzora Glauca? Bogowie… To był jedyny urzędnik podatkowy cieszący się sympatią ludzi. Cholera wie dlaczego. Co z nacjonalizacją zakładów produkcyjnych? Że też nie wspomnę o tej dziwnej modzie z fryzowaniem zbyt długich włosów.
– Istotnie – zgodził się student. – Nazbierało się tego, ale Rudi, Sebastian i mości Gelz uważają, że nie ma innego wyjścia – zawahał się. – Ja… Ja sam uważam podobnie. To…
Vouter złapał się na ekscytacji. Obiecywał sobie rozsądniej racjonować emocje w rozmowach z Weissem. Uśmiechnął się szczerze.
– To może się udać.

***

Hukanie sowy niepokoiło Edgara. Skąd jakieś przebrzydłe ptaszysko znalazło się w kaplicy bóstw? Znak? Omen jakiś? Księżyc bynajmniej nie srebrzył się na firmamencie od dawna, a Edgar o ile dobrze pamiętał, sowy wyruszały na łowy późną porą.
Rozmowa z ojcem Dietrichem, opiekunem kaplicy poświęconej Eo i Jego Dzieciom rozdrażniła alumna. Poświęcone miejsce wymagało doraźnej i stałej opieki. Edgar zwykł ochoczo wypełniać swoje obowiązki, co wprawiało niejednego i niejedną w lepszy nastrój. Brać studencka nierzadko śmiała się zeń, że wymienia nocniki bóstw, czyści zapaskudzone od wosku dewocjonalia i wyjada słodkości ofiarowane Hilen lub Pryterowi. Edgar, jako alumn i zarazem żak, za nic miał próżnicę studentów. Znosił cierpliwie szykany, zaś w duchu obiecywał, że gdy zostanie kapłanem będzie zadawał surowe pokuty braci studenckiej. Profilaktycznie. Wszystkim.
Usłyszał czyjś chód. Tej okazji nie mógł przepuścić Łatek. Piesek Edgara odziedziczony po doktorze Hauserze. Począł szczekać głośno i nieprzyjemnie. Zwierzę darło się z zawziętością godną komornika przy posłudze windykacyjnej.
Zza rogu wyłonił się Karl Weiss.
– Cicho Łatek! Cicho bądź! – Wydawał komendy Edgar. Na próżno. – Sza, psie!
– Cześć Edgar – rzucił Karl obserwując Łatka zbliżającego się do jego nogawki. – Już ci! Zmykaj! – Warknął i zamachnął się na psiaka markując rzut.
Fortel podziałał. Pies spokorniał i uciekł za Edgara. Alumn parsknął, ale wnet zmarkotniał.
– Cholera, mam nocne czuwanie – rzekł Edgar. – Zawsze to samo. Muszę zamknąć gdzieś Łatka, ale pewnikiem nasra w jakimkolwiek schowku.
– To może uwiąż go gdzieś na dworze? – Zaproponował Karl obserwując jak kundel znowu obwąchuje jego but.
– Raczej nie. Ktoś mi go jeszcze ukradnie albo otruje. Tak, tak. Doktor Hauser, choć był autorytetem w swej dziedzinie, nie cieszył się popularnością wśród żaków. Był surowy, nie stronił od konfliktów. Ktoś mógłby zechcieć otruć Łatka z zemsty.
– To głupie.
– A czyż ludzie nie są wolni od głupoty?
– Masz rację.
Karl zamiast znów zamarkować rzut, schylił się i pogłaskał żywo psa.
– Mogę się zaopiekować Łatkiem jeśli chcesz.

***

Ulice wyspy Kel były najlepiej strzeżonym miejscem w całym Cesarstwie. Magister Francesco Moutart mijał co chwila pięcioosobowe drużyny mężczyzn z imponującymi glewiami, w kolczych koszulach z pysznie wyeksponowanymi tabardami ze znakiem jelenia o płonących niebieskim ogniem oczach. Posyłali magistrowi nieufne spojrzenia. Moutrat czuł się dziwnie. Musiał zaliczyć wizytę u Brückera, potem u Henricha ze Stalervek. Naczelnik pewnie chce spijać mą niedole jako ostatni, pomyślał. Już ja mu się zrewanżuję!
Wszedł na Czarci Plac, gdzie wedle starej opowieści, elfy miały uprawiać niegdyś kult magii. Dla magistra samo oddawanie się sztuką magicznym było czymś nienaturalnym a co dopiero hołdowaniu jej. Na Placu w ołowianej klatce, zgodnie zaleceniem sądu, zwykło umieszczać się zwłoki skazańców, którym udowodniono posługiwanie się magią. Nieszczęśnicy ci pochodzili bez wyjątków z rodów arystokracji oraz patrycjuszy. Dla biedniejszych kryminalistów miasto Kelrad przewidziało pospolite szafoty na lądzie lub w dalszym ciągu popularne piki na bramach. Tym razem ołowianą klatkę zajmowały zwłoki cenzora Glauca Orgera rodem z Neusalz. Francesco Moutart doniósł łaskawie na niego, gdy popisywał się znajomością rozprawki O pochodzeniu bogów nieznanego autora. Wzięty na inkwizycję cenzor przyznał się, że modlił się do nielegalnych bóstw oraz korzystał z magii w sprawach prywatnych i zawodowych. Plugawił błogosławieństwa boga Prytera, w celu powiększania popularności wśród prostego ludu. Sprawa zakończyła się śmiercią urzędnika. Padł również cień wątpliwości w stosunku do religijności Trybuna Ludowego Joachima z Casetheim, który pragnął bronić Orgera przed sądem. Wkrótce wszczęto nowe postępowanie, zaś miejscowy kat zarobił na nowe rękawice.
Moutart wiedział, że dobrze zrobił. Prawo jest prawem i choćby było najdotkliwsze musi być egzekwowane z surowo. Tylko dlaczego, mimo rygoru kar, ludzie dalej kroczą drogą występku? Magister sądził, za profesorem Brückerem, że wina leży po stronie upadku autorytetów i ogólnej deprawacji rasy ludzkiej przez wpływ obcych ras. Właśnie, Brücker, zadumał się magister. Stary pierdziel wykorzystuje mój afekt do sukcesu. Nie jestem zboczeńcem, ale też nie posiadam koneksji dających mi dostęp do gotówki. Młody naukowiec począł zachodzić w głowę jak stary profesor dowiedział się, że Moutart posługuje w Małej Syrence. Zawsze nosi maskę, używa innych pachnideł oraz odzieży. Nawet bajzelmama nie znając jego prawdziwego imienia mówi mu per Gwizdeczek. Lecz nie to było istotne. Brücker złożył mu obietnicę, że obsadzi go na etacie kancelarzysty w Instytucie Dialektyki.
Francesco Moutart dziękował bogom za zbiorową mądrość, która popchnęła senatorów do obsadzenia wszystkich ulic wyspy Kel, latarniami. Ale nawet w najbardziej cywilizowanej enklawie Cesarstwa, za którą Moutart miał Kel, nie obeszło się bez psich kup. Mało brakowałoby nowiutke pantofelki przeszłyby chrzest. W przypływie gniewu zaczął rozglądać się. W świetle latarni dopatrzył, jego zdaniem szczurołapa, który wesoło gwiżdżąc szedł z jakimś kundlem. Usiadł na murku niedaleko Małej Syrenki i zaczął nabijać cybuch fajki wydobytej z kieszeni. Magister postanowił zwrócić mu uwagę.
– E! Panie! Co pana pies tak tu sra?!
Nieznajomy zignorował pytanie, co zamieniło gniew magistra we wściekłość. Podszedł bliżej, czujnie na psa. Niepotrzebnie. Kundel ułożył się pod stopami szczurołapa i począł lizać się tam gdzie tylko czworonogi potrafią.
– Mówię coś do ciebie – walnął mężczyznę śliną uchodzącą wraz ze słowami. – Patrz na mnie, jak do ciebie mówię!
Spojrzał. Moutrat znał te szare oczy odcedzone od współczucia i miłosierdzia.
– To ty?!
Pies zaniepokojony nagłym okrzykiem zaszczekał. Magister zwrócił uwagę na kundelka i rozpoznał w nim Łatka. Chciał krzyknąć znowu, ale poczuł jak zimna stal urywa jego akcje serca.

<- Część III | Część V ->


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 4 (#1 2017) kwartalnika Abyssos.

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. III

666 Wyświetleń

<- Część II | Część IV ->

 


Tomas nic nie rozumiał.

Odkąd zaczął się wykład profesora Vendoma Tasartira, oryginała z długimi siwymi włosami oskarżonego o nie dwu a trzylicowość, wpatrywał się w Karlin Kuzeck. Żakowi imponowały wydane policzki dziewczyny, jej migdałowe, typowe dla Atrynijczyków, oczy. Imponował mu jej również jej tył. Jędrny, zgrabny, wesoło kołyszący się podczas chodu. Studentowi nie przeszło nawet przez myśl, że wczoraj zachwalał nieobowiązkowe wykłady. Dziś w myślach figlował z Karlin na sposoby, przez które trafiłby na stos. Pomyślał o Emili i zarumienił się doszukując się w swych imaginacjach zdrady.

Continue Reading