fbpx
Tag -

michał

Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

Dlaczego wyginęły smoki?

461 Wyświetleń

Kolejną część przygód rycerza Tęgomira z Głogowa i jego hebrajskiego konia Mosze Zweinstenia rozpoczynamy od hipotezy. Tęgomir z zapałem objaśnia księciu głogowskiemu z jakiego powodu, wzmiankowane w źródłach historycznych, smoki opuściły ziemski ród. Wygłoszenie krótkiej tezy stanowi preludium do podjęcia misji zleconej przez Konrada I głogowskiego.

Gdy umowa zlecenie zostaje podpisana rozpoczyna się przygoda, w której poganie i kobiecy wąs, odgrywają znamienitą rolę.

🙂

Słuchowisko można pobrać bezpośrednio stąd: klik

Występują:

    • Michał Sobociński;
    • Paweł Ofiarski;

Ponadto gorąco zapraszam do subskrybowania kanału Dumnego Ugrupowania Pisarzy Absurdu.

Mih lub Michajasz.

Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

405 Wyświetleń

Około dwóch lat temu w drodze na przystanek autobusowy, na tak zwanej ziemi lubuskiej, ulęgła się koncepcja. Głupia, wulgarna, nieprzyzwoita, dla której zupełnie obca jest poprawność polityczna. Pomysł ten zakładał nagranie zbyt długich* słuchowisk osadzonych na Dolnym Śląsku, który w wyniku rozbicia feudalnego potrzebował superbohatera.

W swym mało cnym dziele, było mi smutno samemu. Do mozołu (jakże to inaczej nazwać?) zaprosiłem kolegę Pawła, którego zdolności i umiejętności wysłuchiwać można w kolejnych odcinkach. Przez telefon opowiedziałem mu o Dumnym Ugrupowaniu Pisarzy Absurdu (lubię długie, skomplikowane nazwy), gdy po chwili dotarło do mnie, jakie słowo powstanie, gdy z nazwy skonstruujemy skrót. Śmieszkom i heheszkom nie było końca.

Inspiracją dla naszych treści jest historia Polski i Śląska. XIII wiek mieszamy ze współczesnymi wydarzeniami, zdarzeniami i zjawiskami społeczno-kulturalnymi. O odniesieniach współczesnych więcej gadać nie będę ponieważ, jako człowiek pełen wiary, wierzę, że niejeden mężny chwat oraz zdrowa dziewoja, złapie w lot analogie.

A jeśli nie to przynajmniej nikogo nadmiernie nie obrazimy 🙂

Rycerz Tęgomir z Głogowa stanowi abstrakcję rycerza. Jest biedny aczkolwiek prowadzi agresywną politykę polegającą na rychłym wzbogaceniu się. W pierwszym odcinku naszej (nieukończonej) serii poznajemy Tęgomira oraz powody, przez które nasz raubritter wyruszył na trakt w poszukiwaniu srebrnego grosza. Prywatnie ma słabość do produktów firmy Antonówka: I-mieczy, I-pancerzy…

Dowiadujemy się dodatkowo, że wierzchowiec Michał, na którym Tęgomir zwykł cwałować, opuścił go. Zrodziło to nie byle jaki problem, gdyż rycerz składa się z dwóch części: z człowieka i z konia. Z pomocą nieszczęsnemu rycerzowi przyszedł koszerny koń Mosze Zweinstein. Do tej pory tworzyli duet podczas gry w brydża wieczorami, w głogowskiej karczmie.

Zapraszam zatem ślicznie do wysłuchania pierwszego odcinka.

Występują:

    • Michał Sobociński;
    • Paweł Ofiarski;
    • Aleksandra Szyszka

Może nie masz czasu na przesiadywaniu na YouTube, wolisz ściągnąć plik i wgrać do telefonu lub diskmena (chciałbym to zobaczyć!)? Pobierz stąd: Kilk

Zrealizowano w attic studio!

*Dzisiejszy, raptowny świat nie ma na ogół nie znosi tego, co długie, skomplikowane i wymagające skupienia. Zdaniem, rzecz to jasna, moim.

Mih albo Michajasz.

Oculum Mundi

Miejskie powietrze czyni wolnym #2

391 Wyświetleń

<- Część I | Część III ->


Chriss otworzył usta ze zdziwienia. Nie wiedział po co tu jest potrzebny, ani tym bardziej, dlaczego go tak energicznie przywitano. I zrobił to najwyższy urzędnik w całej republice. Chyba każdy, kto przybyłby ad hoc w takie miejsce zareagowałby dokładnie tak samo.

Przyglądanie się jednookiemu żołnierzowi dłużyło się. Chriss rozumiał ten mechanizm. Cisza, jaką celowo podtrzymywał doża, miała zdezorientować go. Sprawić, by poczuł się niepewnie. Wagner postanowił wziąć udział w tej grze. Pomimo faktu, że już wcześniej wyraził zaskoczenie, dalszą część partii zdecydował się rozegrać, jakby to on sam rozdawał karty. Przybrał dość normalny wyraz twarzy i oczekiwał na ruch od strony doży.

– Zapraszam do pokoju obok, panowie – odezwał się w końcu Sorill i wskazał na zgrabne, hebanowe drzwi po jego lewicy.

Nie czekał aż Czarny Kaptur zabawi się w lokaja, otwierającego drzwi. Pchnął je i żwawym krokiem wszedł do przytulnego pomieszczenia o skąpym wystroju. Za prostokątnym stołem stało dwóch przygarbionych jegomości w słusznym wieku. Pochylali się nad mapą rozłożoną na stole. Żołnierz rozpoznał ich bez większych trudności. Francis Orweld i Gustaw Nauestad zasłynęli z szeroko zakrojonych akcji charytatywnych skupionych wkoło kościoła Hilen, opiekunki zdrowia i miru domowego. Na szlachetne uczynki stać ich było za sprawą obrotu bronią i pancerzem w faktoriach handlowych rozmieszczonych w całym Cesarstwie Ingradyjskim.   

– Panowie – zaczął doża odwracając się profilem do Wagnera i Oldberga. – Jesteśmy w komplecie. Mości Nausestad, zechcecie zacząć?

Wagner spojrzał kątem oka w stronę mężczyzny, którego wywołał Sorill. Pomimo, że widział go po raz pierwszy w życiu, dokładnie tak sobie go wyobrażał. Przy kości, o pucowatej twarzy i łysinką na głowie. Typowy obraz kupca, do którego już przywykł, nawet będąc w wojsku.

– Dziękuję panie – Nausestad pokornie ugiął się w pas. – Na sam przód garść informacji. Rozpoczynamy wojnę handlową z republiką – kupiec machnął ręką. – Upraszam o wybaczenie. Z księstwem Norithoru. Nie mogę się przyzwyczaić do Bękarciego Księstwa… W każdym razie ród Camperezza rośnie niebotycznie w siłę i teoretycznie, jako nowa szlachta nie powinien parać się handlem, gdyż to zjawisko bezbożne, plugawe et cetera, et cetera… Być może nowej szlachcie przystoją takie zmiany – pokręcił zrezygnowany głową. – Bez względu na to familia, a obecnie ród książęcy Camperezza, szkodzić będzie Najjaśniejszej Republice w sposób niepomierny.

– Jako stronnicy cesarza – uzupełnił Francis Orweld.

– Nie inaczej, Francis, nie inaczej – zgodził się Nausestad.

Na twarzy Chrisa pojawił się lekki uśmiech, gdy słuchał słów kupca. Zdał sobie nagle sprawę, jak polityka zmienna jest. Nic dziwnego, że jego ojciec zerwał zaręczyny z panną Siletto, skoro mocno mieszała mu w planach. To dość zabawne, pomyślał nagle wojskowy, spoglądając mimochodem na rozłożoną mapę, że nagle, po dziesięciu latach poza granicami swojego domu, zacząłem myśleć o współżyciu małżeńskim. Ewidentnie się starzeję. Po chwili jednak wrócił do słuchania Neustada.

– Dlatego mości doża – Gustaw znów zbił pokłon w stronę najwyższego urzędnika – powodowany mądrością przystał na nałożenie na cis, rudę żelaza, krzemionkę i wełnę cła zaporowego. Transfer towaru do stolicy, a potem dalej na północ, rozciąga się przez terytorium Modris gdzie cło będzie pobierane. Ponadto książę Arnold Ottarstein z Ostreich i książę Veron z marchii Walsberg wyrazili chęci do nałożenia podobnych ceł – Nausestad zaprezentował na rozłożonej mapie poziomią linię ziem, na których będzie obowiązywały regulacje. – Towary z południowych księstw, choć tanie, zrównają się z cenami naszymi, dzięki czemu nasi stronnicy militarni, zwiążą się z nami i  handlowo. Osłabi to ekonomię Norithoru, ale i Kelrad, stolicy.

– Zaś my zyskamy na obrocie cisem, wełną i konopiami na wschodnich rubieżach cesarstwa – dodał Orweld. – Oraz Marchii Północnej…

– …o ile ceny za węgiel, żelazo, siarkę i glinę wydobywaną w Marchii Północnej stanieją – kontynuował korpulentny handlarz. – A na to głowa rodu Wagner przystać nie chce…

Podporucznik słuchał z uwagą kupców. Pomimo faktu, że nie był obyty z arkanami handlu jak tutaj zebrani, potrafił dość błyskawicznie analizować fakty. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Republika Modris stanowiła główny szlak handlowy do stolicy i dalej i każdy potencjalny towar musiał przejść przez te ziemię. Nałożenie ceł zaporowych przez republikę i otaczające Norithor księstwa wprowadzi stolicę w problem, gdyż nawet gdyby chciał kupować towary dalej w swoim państwie satelitarnym, straci więcej niż gdyby kupował od Republiki Modris. Christofferowi aż zakręciło się w głowie. Odzyskał trzeźwe spojrzenie na świat w chwili, gdy wspomniano o Marchii Północnej i jego ojcu. Zapaliła mu się w końcu lampka o co tu może chodzić i w końcu, po dłuższym milczeniu zabrał głos.

– Nie ma co się dziwić, skoro to są materiały, które potrzebne są do kucia oręża. Poza tym, obecnie sytuacja na północy jest moim zdaniem dość niepewna, by faktycznie prowadzić tam politykę handlu surowizną. Chyba, że mój ojciec podał inny powód, dlaczego nie przychyla się do propozycji rady.

– Nie powiedział nic – rzucił opieszale Sorill. – Dlatego, Christofferze, chcieliśmy byś uczestniczył w tym spotkaniu. Z twoim zacnym ojcem kontaktujemy się drogą listowną, a jak sam się domyślasz nie jest to kontakt wygodny. Mimo utrudnień zdążyliśmy wysondować, że margrabia Namüel, jak to się mawia prosto, kręci nosem. Od początku kupował surowce ze swoich terenów od spółek górniczych i wydobywczych pochodzących z Modris. Już wtedy nie był zadowolony z takiego stanu spraw. Obecnie, gdy twój ojciec, zdołał wykupić większość akcji tamtejszych faktorii stał się… – urwał na chwilę kręcąc głową – monopolistą.

– A gdzie monopol – rzekł Oldberg – tam nie ma konkurencji.

– Zaś bez konkurencji mamy do czynienia z wysokimi cenami – wnioskował Sorill.

– I wkurwionym margrabią – skwitował Nausestad.

Chris spoglądał kolejno na każdego przemawiającego mężczyznę. Miał wrażenie, że był przytłaczany każdą informacją, która wychodziła z ust urzędników. W końcu mówili mu o rzeczach, które były częścią polityki handlowej, która od kilkunastu lat nie była już jego domeną. I dałby się wrobić jak dziecko w niemalże każdą intrygę ekonomiczną, która szyją wielcy tego miasta. Przyjął więc na razie w myślach pozę “nie ma chuja, nie zgadzam się”, ale w ruchach i słowach wykazywał jakiś przejaw zainteresowania i szacunku wobec urzędników.

– Znam podstawy ekonomi, a także charakterek magrabii Namüela, więc zdaję sobie sprawę, jaki musi mieć to wpływ na wasze interesy, panowie- powiedział w końcu wojskowy, a zaraz potem zadał pytanie, które chodziło mu po głowie od dłuższego czasu.- Nie mniej, wciąż nie rozumiem, jaką w tym wszystkim mam odegrać rolę?

Podporucznik mimo wszystko, mógł się domyślać, że będzie jeleniem, ale wolał usłyszeć, w jakie piękne słowa ułoży to doża i reszta kupców. Smętna gęba Nausestada nie napawała wojskowego dobrymi przeczuciami. Orweld mlasnął i wypuścił głośno powietrze.

– Dobrze, ja to powiem – zaczął niechętnie. – Twój wielce szanowny ojciec z pieczołowitością dogląda spraw rodu Wagner i pomnaża jego majątek, ale… Na bogów… Ale szkodzi tym samym miastu. Zagadnienie jest szersze aniżeli sprawy finansowe i zależy nam na dobrych relacjach z margrabią. Na północy Kelrad, na południu Norithor. Sytuacja geopolityczna Modris przypomina położenie gładkiej dziewki – kupiec podrapał bulwiasty nos. – Jegomość z przodu i jegomość z tyłu ostrzą sobie na nią miecze. Jeśli wiesz o co mi chodzi.

Nausestad zachłysnął się winem. Doża Sorill z wymalowaną na licu ojcowską troską oklepał plecy grubego kupca.

– Bój się bogów, Francis – rzekł, gdy odzyskał dech w piersi. – Ty jak coś powiesz, to klękajcie narody…

– Moim zdaniem to całkiem zgrabna metafora – wtórował Orweldowi doża.

– Tak czy inaczej, Chriss… – Francis Orweld podjął sztywno. – Chcielibyśmy, abyś wpłynął na ojca. Tak by…

– Tak by, do ciężkiej choroby, stał się na powrót patriotą – dokończył buńczucznie Nausestad. – Oddanym i płomiennym patriotą.

– Mój pułkownik zwykł mawiać w takich momentach “Może i jest patriotą, ale bogowie, dajcie mi kompanię, a nie idealistę, do kurwy nędzy”, z wybaczeniem szanownego towarzystwa- nie mógł się powstrzymać od tej docinki wojskowy.

Wewnątrz siebie dusiło go pragnienie, by wybuchnąć gromkim śmiechem na słowa kupców i najwyższego urzędnika. Wiedział jednak, że nie spotkałoby się to ze zrozumieniem towarzystwa zasiadającego na tej naradzie, dlatego wolał podsumować to krotochwilą o mało wysublimowanym smaku. A ta przynajmniej mogła się spotkać z aprobatą choćby rajcy Orwelda. Bo już tarzanie się po podłodze, płacząc od rechotu raczej nie byłoby dobrze przyjęte przez żadnego z urzędników.

– Sprawa jest jeszcze trudniejsza niż szanownemu zgromadzeniu się wydaje- zaczął szczerze Chris, nie chcąc tworzyć iluzji dumy i szczęścia.- Wraz z moim odejściem do armii cesarskiej dziesięć lat temu nie rozstaliśmy się z ojcem w pełnej zgodzie. Minęła już co prawda ponad dekada od tego wydarzenia, ale wciąż… nie wiem, jak się zapatruje mój płodziciel na moją osobę. Zwłaszcza, że nie otrzymywałem żadnych listów z domów w trakcie służby. To pierwsza sprawa. Druga rzecz, to odległość. O ile mi wiadomo, to Pan Oldberg wspomniał, że mój ojciec wyjechał już do Północnych Marchii finalizować transakcje. Raczej w ciągu jednego dnia nie znajdę się na Harpich Szczytach, by mu wbić do głowy, że źle robi. I w końcu po trzecie… –

Tutaj Wagner cmoknął i się lekko uśmiechnął. – Wybraliście chyba złego Wagnera, panowie. O ile to wiem, moi bracia są bardziej pod ręką i znacznie bardziej przekonujący w kontekście zmian kierunku wiatru handlu anieżeli ja. Skąd więc taka decyzja, by mnie tam posłać?

Po słowach Chrissa nastała cisza. Jednooki zauważył, jak doża zerknął wrogo w kierunku trzymającego się na uboczu Czarnego Kaptura.

– Nie ja zbierałem wywiad, panie – odpowiedział sugerująco tajemniczy mężczyzna.

– Być może masz rację – Sorill zwrócił uwagę z powrotem na wojskowego. – Może czas leczy rany i pański ojciec nie byłby skory do gniewu, ale to kwestie domysłów. My potrzebujemy racjonalnych zadań.

Urwał, by stuknąć dwukrotnie o blat stołu. Wagner pojął, że w jednej chwili koncepcja planu doży runęła, jak marzenia mężów o bezstresowym pożyciu małżeńskim.

– Istotnie – podjął ponownie – zbyt daleko do Harpich Szczytów, by ryzykować potencjalną stratę czasu na rozdrapywanie starych, familijnych ran – oparł się o blat przebierając na nim rytmicznie palcami. – Czy mówi panu coś nazwisko Selitto?

– Mój panie, czy to aby roztropne, by… – Wtrącił się Orweld. Zamilkł, gdy doża energicznym gestem dłoni nakazał mu milczenie.

– Oczywiście, że mówi- odpowiedział Chris, wypuszczając powietrze z ust i lekko się uśmiechając.- Chyba z resztą wywiad mości doży, a co za tym idzie pan również, doskonale zdaje sobie sprawę, jak w dalekiej przeszłości rody Selitto oraz Wagner były ze sobą w dobrych relacjach, do tego stopnia, że byłem zaręczony z córką głowy rodu, Eweliną. Obecnie zdają się być zausznikami Camperezzów, czyli stoją po stronie cesarskiej. No i moje zrękowiny również stały się już mitem na rzecz innego absztyfikanta ze wspomnianego wcześniej rodu. I, o ile mnie pamięć nie myli, zajmowali się surowizną z kopalni metali. A także stoją w opozycji do innych familii elekcyjnych.

Skierowany wzrok doży na pana Orwelda przedłużał się. Chriss zauważył jak stary kupiec zrezygnowany wzruszył ramionami.

– Wszystko to prawda i tylko prawda – potwierdził Sorill delikatnie kiwając głową. – Camperezzowie, jako ród przedsiębiorczy…

– … skurwesyński, pełen parweniuszy i hochsztaplerów – raczył uzupełnić Gustaw.

– Dziękuję – westchnął mało zdziwiony doża. – Słusznie sugeruje pan Nausestad, że Camprezzowie to zdrajcy. Otworzyli bramy Norithoru podczas buntu i wpuścili lojalistów do miasta. W zamian za to otrzymali herb, splendor, tytuły, ziemię, tedy wszystko to, co czego potrzebuje szlachta.

– Syfilisu nie było w pakiecie – burknął ponownie grubawy kupiec. – To w stan szlachecki wnieśli w posagu.

– Gustawie, w każdym rodzie są osoby, które mają kiłę… To nie… – Próbował mitygować Francis.

– Tak czy inaczej nowi władcy Norithoru pragną położyć łapę na Modris, na co zgody nie ma – doża twardo wrócił do meritum. – Z rodem Selitto nic nie poradzimy. Wybrali tak, a nie inaczej, zaś my nie możemy pozwolić, by nasza pozycja osłabła – uniesiony palec ku górze wskazał na północno-wschodni kraniec mapy. – Harpie Szczyty. Spółki Wagnerów, spółki Camprezzów, jak się okazuje. Oni coś knują, a my musimy dowiedzieć się co. Chcielibyśmy byś ostrożnie wybadał sytuację w familii Selitto. Wobec ciebie nie będą mieli podejrzeń, Chriss…

Milczenie kupców wydało się kłopotliwe. Mężczyzni raptem wpadli w konfuzję, Fracis Orweld rozpoczął nawet kontemplację podłogi. Podejrzenia jednookiego kierowały się w stronę ewentualnych kontaktów handlowych ojca. Wagnerowie i Camperezzowie w przeszłości prowadzili wspólne interesy. Całkiem intratne, o ile Chriss pamiętał.

– Trzeba sprawdzić – milczący do tej pory Czarny Kaptur odezwał się paskudnym głosem – czy Hektor Wagner nie zwąchał się za blisko z Camperezzami… Proszę pana.

– Dzięki, nie wiedziałem- odpowiedział po chwili konsternacji Chriss, pozwalając sobie na spojrzenie: “Czy ty uważasz mnie za aż tak niedorozwiniętego?”.

W odpowiedzi mężczyzna skinął mu głową z wrednym uśmiechem.

Zasadniczo, bardzo mu się ten pomysł nie podobał, by mieszać się w zatargi zwaśnionych rodów i sojuszników. Nigdy nie był biegły w polityce, zwłaszcza dotyczących handlu, a teraz nie dość, że proponowali mu maczanie się w tym brudzie, to jeszcze na zasadzie szpiega. Szpiega, który będzie  przeciwko własnej rodzinie. W pewnym sensie to zdrada. Ale… z drugiej strony, skoro ojciec się do niego nie odzywał, podobnie jak bracia, będzie mógł im odpłacić piękne nadobnie. By jednak to się stało, musiał wiedzieć, czy mu się to w ogóle opłaci. Nie chciał być instrumentem, tylko dołączyć do muzyków. Ale na swoich zasadach, jako skrzypce prowadzące.

– Myślę, że mógłbym się tego podjąć, ale nim to, chciałbym się dowiedzieć, dlaczego ja, a nie któryś z moich ambitniejszych braci?- zaczął dość niewinnie, ale potem pozwolił sobie na bardziej pewny uśmiech.- To po pierwsze. Po drugie: awans na pułkownika, posiadłość o powierzchni stu arów, dwadzieścia hektarów własnościowych z polami, pastwiskami i lasami, na czas trwania misji 500 denarów: 100 w gotówce, 400 na lokacie bankowej, po misji pensja o wysokości 100 denarów miesięcznie na dwa pokolenia z czystej linii ode mnie, a do tego 10% upust cen na wyroby i surowiznę pochodzących od rodzin członkowskich rady do końca życia, pod zaprzysiężeniem u najwyższego kapłana Tradara.

Wraz z narastającą kupką warunków kolejno kupcy Orweld, Nausestad i Oldberg, wyrażali swoje zdumienie. Pierwszy psioczył, drugi obsobaczył Chrissa, trzeci zmówił pacierz do Skrupulatności Tradara. Gdy nadszedł kres wyliczanki doża położył ręce na blacie stołu i wypuścił głośno powietrze.

– Panowie kupcy… Wyjść – polecił twardym głosem. – Oprócz ciebie – zwrócił się do Czarnego Kaptura.

Mężczyźni posłusznie spełnili żądanie Sorilla, grzecznie kłaniając mu się na odchodne.

– Cesarz zwykł wieszać za podobne żądania – doża jak na przekór wypowiedzi, uśmiechnął się. – Wyższej szarży ci nie dam, w Najjaśniejszej Republice tytułów się nie kupuje… A przynajmniej chciałbym w to wierzyć.

Obszedł blat stołu i zbliżył się do jednookiego po czym złożył swą rękę na jego ramieniu.

– Chętnie spełniłbym twoje warunki. A nawet zrobił wyjątek dla stopnia pułkownika, lecz zrozum – przerwał i zdjął rękę z wagnerowego ramienia – takie zmiany gruntowe, finansowe i ekonomiczne, mówią wiele. Czy wiesz, że nim zaczyna się jakikolwiek konflikt zbrojny to na przód mówią nam o tym liczby? Tak, tak. Ekonomia. Wahanie rynków, destabilizacja, niemożność pogodzenia się ze złą koniunkturą, a dalej wymuszanie cen, narzucanie ceł i wszelkie próby regulacji rynku prowadzą do katastrofy. Zważ czego żądasz: nieruchomości, dóbr, wyrobów i upustów. To by pokazało naszym wrogom, że coś czynimy. Że wykonujemy ruchy. A naszym przyjaciołom, że próbujemy regulować rynek dzięki temu dziesięcioprocentowemu upustowi. Czy wiesz jak prędko rodziny członkowskie rady by nas opuściły?

Powracający za stół Kersil Sorill zapukał dwa razy w blat.

– Proponuje zatem zakwaterowanie na czas misji w zamtuzie Mirra i płomień, sto denarów zaliczki i czterysta denarów po wykonaniu zlecenia. To wszystko, co mam do zaoferowania – skwitował władca. – Nie musisz odpowiadać teraz. Idź i użyj życia na balu, a gdy ten zakończy się, poznamy obaj twą decyzję.  

Chriss wysłuchał co miał mu do powiedzenia doża. W tym momencie miał ochotę trzasnąć drzwiami i wrócić gdzieś na północ, gdzie nie było żadnej polityki rodowej, ani tym bardziej zdrady w stosunku do własnej rodziny, do czego namawia go teraz Kersil. Nie ma zamiaru godzić się na to, by dostać jakieś marne grosze w stosunku do kroci, którą zarobią wielkie rody. Nawet gdyby go włączyli do kółeczka, nie wykazywałby żadnego zainteresowania, gdyż bardziej dla niego zajmujące są militaria. Rzucił jeszcze tylko spojrzenie w stronę najwyższego urzędnika i kiwnął głową, nie dając mu żadnej odpowiedzi. Gdy tylko doża puścił jego ramię, ukłonił się zgodnie ze zwyczajem i skierował się w stronę drzwi. Tam się zatrzymał i obrócił na pięcie:

– Wciąż jednak nie dostałem odpowiedzi na pierwsze pytanie- dodał jeszcze podporucznik, wpatrując się w twarz Sorilla.- Dlaczego ja?

– Jesteś stąd, ale jednocześnie jesteś obcy – odpowiedział doża posyłając żołnierzowi szczery uśmiech.

– Zdaje się, że tak naprawdę nigdy nie byłem “stąd”- odparł jeszcze wojskowy, raz jeszcze kłaniając się i wychodząc z sali.


Michał J. Sobociński;

P. R. Ofiarski


<- Część I | Część III ->

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. II

414 Wyświetleń

<- Część I | Część III ->


Przed wejściem do pokoju numer dwadzieścia dwa tłoczyła się grupka żaków. Namawiając się wzajemnie na pukanie w drzwi, wspominali jak przed laty Karl Weiss wyszywał na banderze uschnięty dąb. Znak elfich buntowników prędko stał się symbolem solidarności ze starszą rasą. Stojący w tłumie Francesco Moutart po części rozumiał studencką fascynację Weissem. Odważny, bohaterski, idealista. Co z tego, że myli się w każdym z cali? Młodzi kochają mało rozsądnych, gdyż w miłości to podobieństwa a nie różnice się przyciągają.

– Podobno zmienił się nie do poznania! – Ekscytował się jakiś pierwszak.

– A jak miał się nie zmienić?  Znasz kogoś kto opuścił wyspę Mort? Cała wyspa to jedna wielka kolonia karna – odpowiedział mu jego równolatek.

– Jak wyjdzie od Tomasa to nam wszystko opowie!

Moutart chował w pamięci i sercu wszystkie opinie i ploteczki na temat Weissa. Spamiętywał przy tym tych, którzy nadmiernie egzaltowali się uczelnianym synem marnotrawnym.

Tomas Vouter zerkał przez ramię na drzwi pokoju 22. Uśmiechnął się myśląc o zasadach akademickiej społeczności. Żaden z pierwszych roczników nie miał prawa przeszkadzać żakom, którzy rozpoczęli quadrivium. Nawet jeśli obserwowaliby rozmowę z końca pokoju, mogącego pomieścić dwudziestu lokatorów. Student spojrzał na Weissa a potem na siedzącą na pryczy dziewczynę o lazurowych oczach. Nie spodobało mu się jak Emila Loufstein patrzy na Karla. Szczęśliwie żak również wpatrywał się w drzwi słuchając głośnych rozmów pierwszaków.

– Za twoich czasów tez był taki porządek? – Zagaił Tomas.

– Nic się nie zmieniło.

Potem zapadło, nieznośne dla cierpliwości, milczenie. Tomas zaprosił do rozmowy Karla z jasnego dlań powodu. Odkąd usłyszał, że na uniwersytet wraca osławiony swą odwagą Karl Weiss zapałał chęcią żądzy odbycia z nim rozmowy. Również Emila Loufstein nie mogła się doczekać spotkania z przywódcą rozruchów studenckich.

– Słyszeliście o pomyśle cesarza? – Odezwał się Karl wzdychając zaraz po tym. – Jego Miłość doszła do wniosku, że słusznie jest, aby środowisko akademickie tego miasta zostało wyłączone spod sądów kościelnych i  włączone pod jurysdykcje miejską.

– Tak, by cechy rzemieślnicze, osoby prywatne i spółki cywilnoprawne nie musiały wnosić podatku za zatrudnianie stażystów do pracy. Kanony kościelne zabraniają nakładania dodatkowych danin oprócz dziesięciny i podatku od głowy – sprostował szybciutko Tomas Vouter.

– Godzi to w część studentów, którzy nie są wspierani przez rodziców w sposób znaczny. To jasne – dodał Karl Weiss przekładając nogę na nogę.

Ponownie w pokoju numer 22 zapanowało milczenie.

– Uniwersytet nas potrzebuje – odezwał się po krótkim momencie. – Ale sam wiesz najlepiej, że jest za mało zainteresowanych by można coś wywalczyć. Poprzednio byli studenci, elfy, krasnoludy. Nawet paru wykładowców dołączyło!

– Nie przypominaj mi o tym kolego – odparł szorstko Weiss. – Poprzednio nie udało się nam posunąć pomysłów do przodu. Nie studiowałeś wtedy. Nie było cię tam. Popełniliśmy wiele błędów.

Byłem – sprostował w myśli Tomas. – Ale nie pamiętasz mnie.

– Ale najwyższą cenę zapłaciłeś ty – do rozmowy włączyła się Emila.

– To nieprawda – zaprzeczył Karl kręcąc głową. – Biedaki z barykady uniwersyteckiej zostali zmasakrowani przez konnicę Henricha ze Stalervek. Rozmawiałem z nim dziś. Teraz służy tu jako naczelnik.

– Raczej naczelny donosiciel – prychął Tomas.

– To kiepski awans, co? – Zastanowił się Karl.

– Ma teraz dużo czasu – śpieszył z wyjaśnieniami Tomas. – A wieść niesie, że ponoć sam wniósł o utworzenie tego stanowiska.

– Taaa… – Przeciągnęła Emila kręcąc oczami. – Teraz ma więcej czasu na łajdaczenie się w Małej Syrence. No i na rozmowy z Moutartem.

– Szczupły, przeciętnego wzrostu, niemodna toga?

– To on – potwierdził Tomas. – Szpicel, menda i podobno łamacz mieczy.

– Kto?

– Tomasowi chodzi o to, Francesco, znaczy Moutart, oddaje się oddaje się mężczyznom jak dziwka – wytłumaczyła z obrzydzeniem Emila.

– To co za problem? – Nagle Weiss ożywił się.  – Donieść na niego inkwizycji i spalą go jako winnego wynaturzeń. Kto ogniem woj uje od ognia ginie, prawda?

Od razu chce działać. To prawda, co powiadali o nim – snuł w myślach Vouter.

– To nie takie proste. Odkąd rozgoniono batogami poprzedni bunt, wszelkie donosy z uczelni przechodzą przez ręce naczelnika – rzekł Tomas. –  I uprzedzając kolejne pytanie: nie,  nieoficjalny donos też nie ma szans. Inkwizytorium patrzy na uniwersytet, jeśli nie palącym, to z pewnością mało przychylnym wzrokiem.

Skamieniała twarz Karla Weissa zaniepokoiła młodego studenta. Żak chciał przedstawić mu bolączkę sądową, a tymczasem Karl aż palił się do krwawej roboty. Przynajmniej nie okazywał tego. Lecz Tomas dostrzegał w rozmówcy gniew narastający powolutku i stopniowo.

– Powzięliście już coś? – Zapytał Weiss.

Vouter przeczuwał i bał się tego pytania.

– Są z nami młodsze roczniki. Jednostki, których mało obchodzą podatki na rzecz miasta ale zrozumieją poniekąd naszą sprawę. Gdy przyjdzie im zostawić pieniądz u urzędnika w zamian za kwit, a nie karczmarza w zamian za gorzałkę – odparł mniej ostrożnie niż planował. – Ale starsze i najstarsze, pamiętające poprzednie wydarzenia, nie palą się do działania. To dziwne. Potrzebują nas. Ta inicjatywa jest korzystna dla wszystkich uczących się. Zmieniając sądownictwo uniwersytet padnie bez studentów.

– To, że rybak zależy od morza, nie oznacza, że morze zależy od rybaka – odpowiedział Weiss a potem machnął ręką. – Jak w miłości, moi mili, jedno odchodzi, przychodzi potem drugie.

– Jesteś cyniczny – obraziła się Emila.

Rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Tomas domyślił się, kto może im przeszkadzać. Po głośnym wejść! w progu pokoju pojawił się korpulentny młodziaszek o pucołowatych polikach. Wysoki chłopak, odziany w togę barwy zimowego, zachodzącego słońca, stanął w progu pozwalając, by wzrok zgromadzonych za drzwiami studentów, na chwilę wlał się do środka.

– O! Przepraszam! – Prawie krzyknął rozumując w czym przeszkodził. – Już mnie nie ma!

– Nie, nie, Edgar, czekaj – Tomas zaprosił blondyna gestem ręki.

Zmieszany student w todze poszedł ku trójce. Zerkał z obawą na Karla. Uśmiechnął się szelmowsko i zarzucił nogę na kolano.

– Karl Weiss – przedstawił się spoglądając na Edgara.

– Wiem kim jesteś… – Wyszeptał Edgar cały czas wpatrując się w żaka. – Zostałeś zesłany na wyspę Mort za bunt i rozruchy – rzekł niespokojnie. – Słyszałem, że zginąłeś. Podobno są tam urządzane polowania na skazanych nie-ludzi. Skazańcom obiecuje się wolność w zamian za uczestnictwo w polowaniu.

– Jakim znowu polowaniu?  Edgar, co ty gadasz? – Spytała znudzona Emila.

– To prawda! – Student wybuchł gniewem. – Słyszałem od… od pewnych ludzi! Dozorcy robią łapankę, potem obiecują wolność. Nieszczęśnicy,  którzy przestają na te kondycje dostają sztylet i won w las. Potem dozorcy z psami polują na nich. Komu uda się przetrwać noc ten może opuścić wyspę.

– Udało się komuś? – Wtrącił Tomas.

– Gdzieżby tam!

– Mi się udało – skwitował szybko Weiss. – Zatopiłem się w bagnie uprzednio przygotowując rurkę z trzciny, aby dostarczała mi powietrza. Rankiem dozorcy, choć nie zadowoleni, przetransportowali mnie do Modris.

– Niesłychane – westchnął Edgar.

– Ważne, że żyjesz Karl – uśmiechnęła się Emila. Tomasowi nie spodobała się ta życzliwość. – Dajcie spokój – westchnęła. – Znowu Ci zginął Łatek?

– Łatek? – Zaciekawił się Karl.

– A to mój kundelek. Mały, bury… Taki tam – wytłumaczył Edgar.

– Tu go nie ma – powiedział surowo Tomas. – Pewnie siedzi przy kuchni, jak zwykle.

Edgar skinął głową, podziękował i przeprosił za najście. Stojąc przy drzwiach wyjściowych rzucił słowem, które nie spodobało się Tomasowi. Uchol. Cholerny uchol. Moutart powinien złapać jakąś chorobę Prytera, psia jego rasa. Ciekawe czy prócz członka w rzyci ma coś jeszcze z donoszenia – głowił się żak.

– Coś nie tak? – Weiss pojął, że są podsłuchiwani.

– Musisz wybaczyć Edgarowi – Tomas podniósł głos i puścił oko do kolegi. – W tym roku skończył trivium i zainteresowało się nim Gorejące Słońce. Nie, nie – zaśmiał się Tomas widząc jak twarz Karla zdradza spłodzone w myślach zdziwienie. – Inkwizycja nie doszukuje się w Edgarze przestępstw religijnych. Werbują go do swoich szyków, ale spokojnie. Jest niegroźny. Póki co. Teraz uczy się pilnie i cały czas gada o tym, co zapamiętał z wykładów.

– No i szuka Łatka – zaśmiała się dziewczyna.

– Głupi kundel – obruszył się Vouter. – Najpierw miał go jeden z wykładowców. Hauser, doktor teologii. Łatek był jego pupilkiem i gdy szlag trafił doktora to Edgar postanowił go przygarnąć. Cholerny pchlacz wszędzie szcza i sra. Poza tym jest niegroźny.

– Aha – mruknął Weiss. – Co z Moutartem?

– A co ma być? Menda i kanalia z niego jest – Vouter nawet nie próbował panować nad głosem. – Teraz was przeproszę. Muszę odwiedzić parę osób – wstał. – Jutro na auli głównej odbędzie wykład jakiegoś astrologa z Modris. Profesor Tasartir, o ile mnie pamięć nie zwodzi. Nieobowiązkowy, ale odnoszę wrażenie, że obecnie jeśli już chodzić na wykłady to tylko te nieobowiązkowe. Polecam i rekomenduję. Porozmawiam z moimi druhami. – Zniżył głos – Pojutrze spotkajmy się obok. W pokoju numer 23. Porozmawiamy konkretniej.

Wstał i pożegnał się uściskiem dłoni z Karlem. Emile pocałował w policzek. Wychodząc z pokoju numer 22 ogłosił, że studenci mogą już doń wejść. Co uczynili pośpiesznie. Żaden z nich nie odważył się jednak zagaić do wychodzącego z pokoju Karla Weissa.

***

Emila Loufstein zaproponowała szatnię przy kaplicy Eo na miejsce spotkania. Nie widziała o czym chce z nią rozmawiać Karl Weiss. Rzucił przelotnie, że potrzebuje z nią pomówić w miejscu gdzie nie sięgają uszy Moutarta. Przecież mogliśmy pogadać w noclegowni. Moutart i tak by nic nie usłyszał przez panujący tam harmider. Może chodzi o coś więcej? Może Karl nie chce by Francesco widział jak rozmawiamy? Nóżby ta menda rozpuściła plotki, że mam niby romans z Karlem po jednym spotkaniu. No chyba taki durny nie jest…  – zachodziła w głowę dziewczyna.

Mijając kolejne grupki żaków słyszała jak dyskutują nad powrotem Weissa. Jedni opowiadali o jego wyczynach, inni zaś o pobycie na wyspie Mort. Trzeci z kolei zastanawiali się czy popchnie rzekomych buntowników do kolejnego starcia z władzą. Emila sama zastanawiała się po drodze jakie plany ma ten człowiek. Podobno nie jest gwałtowny, ale nie wyglądał na takiego, co łatwo zgadzałby się z losem. Emila postanowiła nie osądzać przedwcześnie Karla. Pożyjemy, zobaczymy – skwitowała w duchu.

Przeszła obok kaplicy Eo, przy której Edgar rozmawiał z akolitą. Emila nie usłyszała rozmowy, ale wywnioskowała z miny Edgara, że student był średnio ukontentowany jej zwieńczeniem. Jej treść pozostawiła w sferze domysłów i zatrzymując się przed drzwiami szatni, rozejrzała się. Nikogo w pobliżu. Nacisnęła na mosiężna klamkę i pchnęła drzwi.

Weiss siedział na blacie, za którym zwykł stać szatniarz.

– Jestem – powiedziała.

– Jesteś – rzekł niskim głosem powstając z blatu. Wyczuła od niego zapach smrodu kiepskiej mieszanki ziołowej do palenia.

Nie wiedziała czy sama ma zagaić czy poczekać aż Karl sam zacznie mówić. Cisza peszyła ją. Uciekała od wzroku żaka i była zarazem pewna, że mężczyzna wyczuwa jej zakłopotanie.

– Spokojnie, moja droga – zaczął łagodnym głosem. Mimo to jego chropowata barwa drażniła delikatny słuch studentki. – Chciałem z tobą porozmawiać o Tomasie.

Zmarszczyła brwi i podniosła głowę. Nie lubiła rozmawiać o kimś za plecami.

– Wyraziłem się źle, przepraszam – Karl zrozumiał sygnał pochodzący z oblicza dziewczyny. – Tomas zaprosił mnie do rozmowy, ale nie dowiedziałem się niczego konkretnego. Tak, wiem, że pojutrze zobowiązał się do przekazania szczegółów, ale nie chcę być zaskoczony. Powiesz mi co mu leży na sercu?

Emila wahała się. Istotnie, wiedziała co Tomas ukrywa, ale wolała by to on przekazał Karlowi swoje myśli. Błądząc wśród wątpliwości nie zauważyła nawet, że student znalazł się bliżej niej.

– Sama nie wiem… – Nie potrafiła podnieść wzroku. – Ech… – Zdecydowała. – Ty go nie pamiętasz, prawda?

Pokręcił głową.

– Tomas brał udział w twoim buncie. Na początku. Wciągnął go jego brat, Albrecht. Chodzili na pikiety, rozdawali ulotki, nawet byli na barykadach, ale… – Urwała.

– Ale?

– Ale Tomas stchórzył – dokończyła prędko. – Uciekł, gdy zobaczył oddziały Heinricha ze Stalervek. Skrył się w dzielnicy elfów a gdy dotarły tam wojska zbiegł do świątyni Hilen. Tam się poznaliśmy. Byłam akolitką, ale to co zobaczyłam…

– Powiedz proszę.

Emila złożyła ręce na piersiach. Czyniła tak, gdy czuła się zdenerwowana. Spuszczała wzrok i tuliła się sama gładkimi jak atłas rękami. Usiadła na ziemi obok zajętych wieszaków z płaszczami zaciągając seledynową suknię na kostki.

– Rannych po walkach umieszczano w szpitalach oraz w świątyni Hilen – opowiadała dalej. – Tomasowi nic się nie stało, ale postanowiłam udzielić mu azylu. Wkrótce przywieziono ranne elfy i krasnoludy. Wśród nich byli i żacy. Udzielając im pomocy znalazłam Tomasa, który łkał i przepraszał Albrechta a potem…

Dziewczyna schowała głowę w dłoniach. Nie płacz, nie płacz – powtarzała w myślach. Na próżno. Nagle poczuła czyjeś ciepło na swym prawym boku. Karl usiadł obok niej i przyglądał się troskliwym obliczem. Czuła, że nie powinna, ale na bogów musze to z siebie wyrzucić!

– Matka przełożona przeczuła, że zjawi się wojsko – podjęła ponownie. – I miała rację! Oprawcy naczelnika zamordowali wszystkich! Elfy, krasnoludy, studenci! Wszyscy zginęli! A matka przełożona schowała się w zakrystii! Nic nie uczyniła! – Emila wybuchła gromkim płaczem. – A oni… Gwałcili, mordowali…

– To moja wina.

Emila uniosła głowę i pokazała Karlowi czerwoną twarz, wilgotną od łez.

– Co ty gadasz?

– To prawda. To moja wina. Ludzie i nieludzie zginęli bo ja rozpętałem ten bunt.

– Brednie! Postąpiłeś słusznie! To cesarz jest głupcem i winnym śmierci tych… O bogowie… Co oni chcą od nie-ludzi? By myśleli jak ludzie? By myśleli jak wszyscy? Przecież większość to głupcy! Idą przez życie jak posłuszne owce ganiane przez pasterskie psy – żaliła się dziewczyna. – Postąpiłeś słusznie. Skąd mogłeś wiedzieć jak zareaguje władza?

– To nieistotne. Skutek był taki a nie inny.

– Mylisz się. Wiem to ja i wiesz ty – dziewczyna spojrzała na Karla mokrym oczami. – Tomas też to wie.

– Co się z nim stało?

– Uciekł ze świątyni. Znalazłam go pijanego na barykadach. Akolici asystowali kapłanom przy modłach w intencji tych, którzy ocaleli. Znasz ten zwyczaj, prawda?

– Tak – potwierdził. – Na polach bitwy tuż po starciu kapłani Hilen składają dzięki Belladonowi za to, że przerwał walkę. Potem zjawiają się kapłani Walsa i odprawiają wstępne nabożeństwo w intencji zmarłych.

– To nie był koniec. Gdy rozprawiono się z żakami wojsko i straż miejska wkroczyła do dzielnicy nie-ludzi. Matka przełożona otrzymała rozkaz by wstrzymać się od niesienia pomocy i… – Emila zapłakała gorzko. – I wypełniła rozkaz. Nie mogłam tego znieść – poczuła, że Weiss ujął ja za dłoń. – Odeszłam ze świątyni, zaś mój ojciec wysłał mnie na uniwersytet. Zresztą, to było jego marzenie – uśmiechnęła się blado do wspomnień. – Tutaj spotkałam Tomasa Voutera. Był inny. Silny. Cały czas mówił, że czeka na okazję by odwdzięczyć się mordercom brata. Ale cóż z tego?  Teraz, gdy nadszedł czas próby, waha się.

– Boi się, że spotka go taki sam los jak jego brata?

– Też, ale… – pokiwała głową. – Tomas obawia się, że rozlew krwi niczego nie zmieni. I ma chyba racje. Co zdobyliśmy wtedy?

Zapadła nurtująca umysły cisza. Emila wsłuchiwała się w nią i zdała sobie sprawę, że Karl nie puścił jej dłoni.

– W całym mroku nieszczęść odnajduję światło – wymruczał żak.

Poczuła uderzenie w klatce piersiowej. Potem kolejne. I kolejne. Serce uderzało mocno, miarowo. Oddech stał się płytki i prędki jak woda w górskim potoku. Strumień żądzy przelał się przez dziewczynę zmuszając ja do skierowania twarzy ku Karlowi. Widok jaki zastała przeraził ją. Targane zmęczeniem oblicze rysowało się jej jako dojrzałe. Zmęczone, lecz nieugięte. Ostre i twarde jak stal, ale miłe oraz gładkie jak diament. Skąpała się w zieleni jego oczu i poczuła się jak na okraszonej rosą łące. Wbrew woli dotknęła jego skroni za uchem. Szukała wśród skołtunionych włosów szramy, która zdobył na barykadach. Namacalnego dowodu męstwa. Nie znalazła. Lecz poczuła smak jego warg.

Czuła jak ciało staje się ciężkie, płynne, mozolne. Nie potrafiła brnąć pod prąd. Dając ponieść się fali poczuła dreszcz. Grzechu? Zdrady?  Ale i Tomas zdradził. Siebie. Brata. Ideały – usprawiedliwiała się gładko. – Czemu mam mu ustępować w słabości. Jestem tylko kobietą… Tylko  zagubionym człowiekiem…  Pozwoliła podnieś się mężczyźnie. Naparł na nią przy ścianie, szukając ukojenia pragnień błądząc rękami po jej ciele. Oddychali szybko. Łapczywie konsumując każdy oddech. Przestał. Dlaczego?  Otwierając oczy dostrzegła, że wpatruje się w nią. Zrozumiała. Ale nie wiedziała, co odpowiedzieć. Owinięte wcześniej ręce w koło jego szyi, złożyła na barkach.

Pomóż odnaleźć mi drogę… – myślała.

Poczuła jego rękę na tyle. Chwycił ją mocno. Pewnie. Stanowczo. Jak nikt przed tym. Oplotła go nogą i czekała aż uniesie ją ku górze. Do nieba. Tam gdzie nie ma bólu, tam gdzie przez krótkie momenty nie pamięta się o niczym innym. Chciała zmienić się w jedno ciało z Karlem.  Ale on zwlekał. Wydłużał nieuniknione. Nie ma drogi odwrotu. Nie ma ucieczki.  Chwycił ją obiema rękoma, zaś ona dala się schwytać. Niósł ją wolno wpatrując się w jej twarz. Zieleń i błękit ich oczu spotkały się.  Nie myśleli nic ponad to. Niebo i ziemia. Emila nigdy nie czuła się tak wysoko. Wyżej niż strzeliste wieże Katedry Wielkiego Eo, wyżej niż połyskująca w świetle srebrnego księżyca kopuła Bazyliki Cesarskiej. Wyżej. Za wysoko. Co kiedy przyjdzie mi spaść?  – Zmartwiła się. Mężczyzna dopatrzył się, że niebo uciekło od ziemi. Posadził ją na blacie szatni i ujął za talię. Zatapiając w jej szyi usta, przypomniał o swej obecności. Przyciągnęła go do ciała i owinęła nogami. Rozprawiła się brutalnie z jego paskiem od spodni i poczuła ciepło dłoni Karla błądzącego pod jej suknią. Chciała się położyć na blacie. Czy zakręcił się świat? Nie pozwolił jej opaść. Chciał inaczej. Wiedziała o tym. Dobrze! Ale już!  Prędzej nim dowie się świat!  Nawet tu, bez łóżka!

Stało się. Emila dyszała mocno…  Karl też. Ale potem nie opadł na nią. Tomas tak robił. A on nie. Gdy skończył podciągnął spodnie i zapiął klamrę pasa. Znów niebo i ziemia zetknęły się w milczących interwałach czasu. Ucałował jej dłoń przesuwając ją najpierw ku swym ustom.

– Co teraz? – Spytała, gdy przyjęła pocałunek.

Pogłaskał ją czułe po głowie i uśmiechnął się krzywo.

– A czego byś pragnęła?  – Odpowiedział pytaniem.

– Nie wiem – zakłopotała się. – Nie chcę by Tomas się o tym dowiedział. To go złamie. Przestanie wierzyć w sprawę i porzuci to, co zostało zbudowane.

– Emilo, pytam czego ty chcesz.

Pomyślała, że uwiódł ja w jednym celu, ale… Po co by pytał o moje pragnienia?

– Nie wiem. Pogubiłam się. Wydaje mi się, że sprowadziłeś mnie tu w jednym celu… – zerknęła na mężczyznę z dozą strachu. – Ech, Karl.. Nie wiem gdzie jestem.

– Jesteś w pokoju – odparł Karl zadzierając jej głowę do góry.

– Nie żartuje sobie.

– Nie żartuję – rzekł spoglądając na nią z uśmiechem. – Wszyscy odwiedzamy różne pokoje. Zaglądamy do nich na moment, przeglądając się w stojących w nich lustrach.

– Mówisz jak niejaki Artem. Poeta z południa państwa – zakpiła dziewczyna.

– Być może, ale posłuchaj – Karl nie zniechęcił się. – Przyglądamy się swoim cechom, zajęciom, aspiracjom, ale czasem ktoś wchodzi do tego samego pokoju co my – pogładził jej delikatną rękę. – Ty weszłaś do mojego pokoju, a ja twojego. Przeglądamy się teraz w jednym lustrze.

Piękne słowa, panie Weiss, ale plecie pan jak poeta – myślała Emila. Nie mogąc powstrzymać chęci przyglądania się twarzy Karla postanowiła rozprasować dłońmi pogniecioną suknię. Trud zdawał się próżny, lecz skutecznie absorbował uwagę dziewczyny. Czuła jego wzrok. Kłujący i czysty jak mróz.

– Po co mnie tu zaprosiłeś? – Odważyła się zapytać wprost.

Nie odpowiedział. Emila poczuła się źle. Jak wtedy, gdy oznajmiła matce przełożonej, że odchodzi. Ruszyła wówczas w mało znane, w niebezpieczne, bo nowe. Nie ufając w słuszność kroków. Ale Karl… Niepodległy, wolny i silny. Spróbował raz i nie powiodło mu się. Teraz wrócił, choć widział jak będzie ciężko. Mimo to jest. I będzie. Pokonany, ale nie zdobyty jak gród Yorbrittum, co strzela w niebo surowym basztami.

Inny niż Tomas.

– Emilo, spotkamy się jeszcze – szukał słowa – sami?

Poczuła, że pragnie się z nią pożegnać, lecz jak na przekór nie wyglądał na takiego, który chciałby odejść.

– Może kiedyś. W jakimś pokoju z jednym lustrem – odpowiedziała z marnym uśmiechem.


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 2 (2015) kwartalnika Abyssos.

<- Część I | Część III ->

Literacki performance Varia

Literacki performance: “Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #2

406 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Michał Nowina, Dida (Forum miłośników “Sagi o Ludziach Lodu” PIFF ) 

Odcinek 3

Kiedy tylko Antoni wyłączył komórkę, rozbrzmiał dzwonek okrutnie starego telefonu dziadka, pamiętającego niechybnie jeszcze czasy Churchila. Nie podejrzewając niczego wstał i przeszedł do kuchni w przekonaniu, że ktoś ze znajomych czy krewnych  dzwoni z kondolencjami – odebrał już wcześniej kilka takich rozmów.
– Halo? – zapytał znużony, odpowiedziała mu jednak głucha cisza. Doprawdy świetny moment na strojenie sobie żartów, pomyślał z irytacją. Miał już zamiar odwiesić słuchawkę, gdy usłyszał głos:
– Panie Antoni? Niech pan się nie rozłącza…
Był to ciepły melodyjny głos kobiecy. Przemknęło mu przez myśl, iż zna skądś ten głos, lecz po namyśle stwierdził, że chyba jednak nie.
– Tak, słucham? – usłyszał swoją własną odpowiedź.
– Jest coś, co chciałabym z panem przedyskutować.. aczkolwiek obawiam się, że to nie jest rozmowa na telefon. Czy możemy się spotkać w ulubionej kawiarni pańskiego dziadka? Za 30 minut tam będę. Proszę się spieszyć!
– Ale… – zaczął, nieznajoma jednak zakończyła już rozmowę.
Co się dzieje? Kim jest ta kobieta?
– Ulubiona kawiarnia dziadka… – pomyślał na głos do pustej słuchawki.

Antoni spieszył się jak tylko potrafił. Do umówionego wcześniej spotkania zostało jeszcze parę godzin, miał więc nadzieję, że ogarnie oba terminy.
Niestety, w kawiarni “Literat” był dopiero po 45 minutach.
Znał to miejsce. Jego dziadek zawsze, będąc w pobliżu, wstępował tutaj na herbatę.
Podszedł do baru, przedstawił się i zapytał, czy ktoś na niego nie czeka. Barman ruchem ręki wskazał mu stolik ukryty głęboko w niszy. Siedziała przy nim elegancka, starsza kobieta. Popijała coś ze stylowej filiżanki i czekała.
– Pani do mnie dzwoniła? – zagaił Antoni, przysiadając się do stolika.
– Tak, ja. Z tego co pamiętam, to umawialiśmy się za pół godziny, a jest prawie godzina. Naprawdę, punktualność jest słabą stroną waszego rodu. Twój dziadek też się notorycznie spóźniał, ale nie o to mi teraz chodzi.
– Kim pani jest? – spytał Antoni bez ogródek,  przyglądając się apodyktycznej damie. Wydawało mu się, że zna z widzenia lub z opowieści wszystkich znajomych dziadka. Tej kobiety jednak nie kojarzył. Jej głos znów wydał mu się znajomy, nadal jednak był pewien, że nigdy jej wcześniej nie spotkał.
– To nieważne – nieznajoma zarumieniła się wyraźnie i zaczęła nerwowo skubać chusteczkę trzymaną w ręku. – Mam ci coś ważnego do powiedzenia, a to, kim jestem, nie ma z tym żadnego związku.
– Ale mimo to chciałbym wiedzieć? Chyba gdzieś już słyszałem pani głos.
Kobieta pokręciła głową i zacisnęła usta.
– Dzisiaj rano wróciłam do domu po dłuższej nieobecności. Czekał na mnie stos korespondencji i paczka, nadana przez twojego dziadka. Znalazłam w niej mały pakunek i list z prośbą, żebym to przechowała i wręczyła ci, gdy Jana już nie będzie na tym świecie. Spotkałabym się z tobą wcześniej, ale nie było mnie w kraju.
Po tych słowach nieznajoma sięgnęła po torebkę wiszącą na oparciu krzesła i wyciągnęła niewielki pakunek, zawinięty w zwykły szary papier, przewiązany sznurkiem.
Antoni wziął od nieznajomej paczkę. Była nieduża, może troszkę większa niż paczka papierosów, a wewnątrz coś gruchotało. Bez słowa schował ją do kieszeni – owszem, ciekawiło go co jest w środku, jednakże w tym momencie bardziej interesująca była dla niego sama starsza pani, która zachowywała się w tak tajemniczy sposób.
– Może napiłaby się pani jeszcze kawy lub herbaty? – zagadnął kurtuazyjnie.
Nieznajoma uśmiechnęła się.
– Nie, dziękuję. Dopiero co wypiłam kawę. W moim wieku nie można sobie pozwolić na więcej, a już na pewno na tę sama przyjemność dwa razy pod rząd.
Antoni wciąż bacznie się jej przyglądał. Zawsze miał pamięć do twarzy, miejsc i sytuacji, gorzej natomiast było u niego z zapamiętywaniem imion – dlatego właśnie to uczucie, iż zna skądś tę starszą panią, nie dawało mu spokoju. Jeżeli był pewien że nigdy jej wcześniej nie spotkał, to skąd by miał ją znać?
Starsza pani była teraz bardzo podenerwowana. Udawała, że wszystko jest w porządku, była jednak spięta i ukradkiem rozglądała się po sali.
Antoni postanowił, że za wszelką cenę dowie się, kim jest jego rozmówczyni.
– Bardzo przepraszam panią – zaczął. – Proszę mnie nie zbywać. Jestem pewien, że jako dziecko musiałem widzieć panią u mojego dziadka w domu. Byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł poznać chociaż pani imię. To dla mnie zaszczyt poznać znajomą dziadka, tym bardziej, że do towarzyskich to on nie należał.
– Jak my wszyscy.. – westchnęła.
– Słucham?
– Nie, nic ważnego. Dobrze, młody człowieku. Powiem tylko tyle : mam na imię Zuzanna i od wielu lat byłam znajomą twojego dziadka. Razem studiowaliśmy i przez szereg lat współpracowaliśmy w pracy. O więcej proszę mnie nie pytaj.
– Strasznie pani tajemnicza. Umiem jednak uszanować czyjąś prywatność, dlatego nie będę pani więcej męczył pytaniami.
– Gentelman, jak dziadek – staruszka uśmiechnęła się pod nosem. – Zresztą, jesteś do niego podobny z wyglądu, tyle że masz bardziej okrągłą twarz. Oj, zagalopowałam się. Ja tutaj robię jakieś tajemnice, a pozwalam sobie mówić panu na “ty”.
– Nic nie szkodzi. Jest pani w wieku mojego dziadka. On też mi mówił po imieniu, więc niech pani też mówi mi Antoni.
– Dobrze zatem, Antoni – rzekła na powrót poważniejąc. – Utrzymuję tajemnicę, ponieważ chcę ciebie chronić, i wierz mi, lepiej żebyś nie wiedział przed czym.
– Po takim wstępie to z ciekawości nie będę mógł spać.
– Curator is prime grade insquequo coniecto.*
– Pani Zuzanno, znam łacinę. Wiem, że to pierwszy stopień do piekła.
– W tym przypadku może to być dosłowne, mój drogi Antoni.
– Piekło to ja mam w domu. Jak sobie pomyślę, że muszę posprzątać wszystkie pokoje i na nowo posegregować notatki dziadka, to mi się przysłowiowy nóż w kieszeni otwiera.
– Co się stało, drogi chłopcze?- zapytała Zuzanna wyraźnie zdenerwowana.
– Podczas pogrzebu dziadka ktoś włamał się do domu i wywrócił tam wszystko do góry nogami, a jak wróciłem, to na odchodnem zdzielił mnie czymś ciężkim w głowę.
– Masz szczęście, że żyjesz. Wracaj natychmiast do domu, trochę go uporządkuj i radzę dobrze, nie nocuj w nim.
– Pani Zuzanno, przecież dam sobie radę. Co mi się może stać w moim domu?
– Co? Już raz w głowę oberwałeś. Bądź mądry i mnie posłuchaj.
– Dobrze, jeżeli to takie ważne, to prześpię się w akademiku.
– Dobry pomysł, a teraz wybacz, ale zaraz mam autobus. Muszę już iść. Jeżeli coś się zmieni, odezwę się.
Antoni wstał, żeby podać płaszcz pani Zuzannie.
– Naprawdę było mi bardzo miło panią poznać. Nie mogę się doczekać naszego następnego spotkania.
– Mi również było miło. Jesteś naprawdę miłym młodym człowiekiem.
Pani Zuzanna wzięła torebkę z oparcia krzesła i wyszła z kawiarni.
Antoni ponownie usiadł przy stoliku. Zadumany, siegnął do kieszeni. Chciał już otworzyć przesyłkę od dziadka, kiedy usłyszał pisk opon i huk na ulicy.
Od razu przez myśl przemknęła mu jego nowa znajoma.
Jak z procy wybiegł przed lokal. Na ulicy zgromadził się już spory tłumek gapiów.
– Pewnie weszła mu pod koła! – było słychać z tłumu. – Taka stara baba nie powinna chodzić sama po ulicy, tylko zagrożenie stwarza dla kierowców!
– Co też pan mówi, jakby ten kierowca był w porządku, nie uciekłby z miejsca wypadku!
W tej bezskładnej paplaninie Antoniemu udało się wreszcie przedrzeć przez tłum.
To co zobaczył, przeraziło go : pani Zuzanna leżała na jezdni w pozycji bezwładnie rzuconej lalki, z głową bokiem leżącą na asfalcie.
– Ludzie!!! Wezwijcie karetkę!! Niech ktoś wezwie to cholerne pogotowie!! – krzyknął Antoni podbiegając do pani Zuzy.
– Chłop…chłopcze.. – wykrztusiła.
– Proszę, niech pani nic nie mówi. Pogotowie już jedzie.
– Chłopcze, pamiętaj, destination procuratio ones, quis venustas quoque concero tendo. **
– Co pani mówi? Jakie sznurki?
– Zzz..zrozumiesz, przyjdzie czas, to zrozumiesz… Nostrum, illud quis rectus ut vigilo unus erant yourselves ut stipes…. Pondera non ago. Bids ut latin, vel alius non veneratio vadum wits.
Antoni zrozumiał i również przeszedł na łacinę
– Wits? Quis talis wits? ***
Niestety pani Zuzanna już nie odpowiedziała. Z ust pociekła jej stróżka krwi i przestała oddychać. Kiedy przyjechało pogotowie, lekarz stwierdził zgon.
Wraz z karetką pojawiła się też Policja. Wśród gapiów znalazł się ktoś, kto widział samochód, który potrącił panią Zuzę.
– Panie władzo – mówił wyraźnie podekscytowany sprzedawca z pobliskiego kiosku – To był jak nic pancerny Mesio!
– Mesio??? – zdziwił się policjant.
– Znaczy się Mercedes, panie władzo. Pancerny jak nic, nawet się lekko nie wgiął. Tablice miał zachlapane błotem. To była robota na zlecenie, mówię panu. Wiem, bo w pracy czytam “Śledczego”, a tam piszą o takich sprawach, i to sama prawda jest panie władzo, samiuśka!
– Tak, sama prawda – przytaknął policjant z przekąsem. – Jeżeli się panu jeszcze coś przypomni, proszę zgłosić się na komisariat. Zresztą i tak jeszcze pana wezwiemy na spisanie zeznań.
– Co tylko pan sobie życzy, panie władzo.
Teraz ten sam funkcjonariusz podszedł do Antoniego.
– Znał pan ofiarę?
– Tyle o ile. Pani Zuzanna była znajomą mojego dziadka.
– To proszę go wezwać na komisariat – ciągnął procedurę policjant.
– Z miłą chęcią, ale dziadek nie może przyjechać.
– Nie ma problemu, przyślemy po niego radiowóz.
– I tak się nie stawi. Dzisiaj był jego pogrzeb.
– Proszę pana, niech pan sobie żartów ze mnie nie robi, jestem funkcjonariuszem na służbie! – ofuknął go mundurowy.
– Nie śmiałbym sobie żartów robić z policji, tym bardziej w obliczu śmierci.
– Wie pan co, jak jest pan taki wygadany, to pojedziemy na komisariat i tam porozmawia pan z moim szefem. Zapraszam do radiowozu!
Zrezygnowany Antoni nie stawiał żadnego oporu. Posłusznie wykonał polecenie, jednak funkcjonariusz przez całą drogę nie odezwał się już do niego ani słowem. Najwyraźniej poczuł się urażony.
Na komisariacie kazał mu usiąść na korytarzu i czekać. Antoni grzecznie usiadł, a że czekanie się przedłużało, rozpakował przesyłkę od dziadka.
W pudełku był kluczyk i kartka z napisem po łacinie “Heretofore peto suum identity, duco preterea portrait posterus.
Conjunction sub nether vir pariter vetted profundities , quod manus manus volo thee ero vinum.” ****
Znowu zagadka – powiedział sobie w myślach. Głębia, wino? O co tu chodzi?
Z zadumy wyrwał go kobiecy głos.
– Znowu się spotykamy. Dwa razy w ciągu jednego dnia. Wpierw włamanie, potem śmiertelny wypadek. Albo pan jest w mafii, albo ma paskudnego pecha?
– Zapewniam panią detektyw, że to drugie – odparł  znużony. – Po śmierci pani Zuzanny na pewno to drugie.
Pani Bielska ruchem ręki zaprosiła go do biura.
– Rozumie pan, że teraz będę musiała panu zadać parę pytań dotyczących zmarłej. Domyślam się, że ten telefon, po którym wyszedł pan z domu, był właśnie od niej?
Antoni lekko się zmieszał, niemile zaskoczony faktem, że znajduje się pod obserwacją. Oczy pani detektyw, chociaż ciepłe, wyrażały irytację ich właścicielki, związaną z zatajeniem prawdy.
– Tak, to ona dzwoniła i poprosiła o spotkanie, ale przyrzekam, że nie wiedziałem jaki był jego cel.
– Nie musi pan przyrzekać. Nie wygląda pan na kłamcę, więc powiedzmy, że w to wierzę. Jednakże proszę nie zatajać przede mną żadnych, nawet najdrobniejszych faktów. Pan też dzisiaj oberwał, więc to spotkanie z samochodem mogło być przeznaczone dla pana.

(…)

* ciekawość, to pierwszy stopień do piekła
** kieruje nami przeznaczenie, a przeznaczeniem kierują ci, co pociągają za sznurki
*** Z nas, tych co stoją na straży, tylko jeden ostał się na posterunku. Reszta nie żyje. Mówię po łacinie, bo nie każdy musi wiedzieć.
Wiedzieć? Co takiego wiedzieć?
**** Spójrz pod nogi i zbadaj głębię, a wskazówką niech tobie będzie wino – przypis autora

 

Jagoda Dżejdża Niemczycka

Odcinek 4

Antoni zamarł. No tak, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? Przecież to oczywiste: napad, dziwne telefony, no i nieoczekiwana śmierć tej nieznajomej kobiety.. To wszystko zaczęło się układać w przerażającą całość.
Oblał go zimny pot. Wreszcie dotarło do niego, że znalazł się w samym środku jakiejś szemranej sprawy, z którą niekoniecznie chciał mieć cokolwiek do czynienia. Nie pozostawiono mu jednak wyboru, najwyraźniej znalazł się na czyimś celowniku  i jego zadaniem było teraz przetrwać za wszelką cenę.
– Panie Antoni – z odrętwienia wyrwał go głos funkcjonariuszki. – Musi nam pan teraz opowiedzieć wszystko, co pan wie o ofierze. Jeszcze raz przypominam, że wskazana jest bezwzględna szczerość. Wygląda na to, że śmierć pani Zuzanny nie była zwykłym wypadkiem. Jeśli więc mamy do czynienia z morderstwem, również pan i pańscy najbliżsi nie są bezpieczni. Proszę o tym pamiętać!
– Tak, oczywiście.. – odezwał się Antoni. –  Zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej się znalazłem, i obiecuję, że będę wobec pani szczery. Nie znałem ofiary, choć przez chwilę miałem wrażenie, że słyszałem już kiedyś jej głos..  to chyba jednak tylko złudzenie. Pani Zuzanna co prawda podawała się za znajomą mojego dziadka, lecz nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek odwiedzała go w jego mieszkaniu.
– Myśli pan zatem, że kobieta kłamała, mówiąc, że go zna?
– Niekoniecznie.. – Antoni zamyślił się. – Jej słowa wydawały się szczere. Możliwe, że zwyczajnie nie miałem wcześniej okazji  poznać jej osobiście, dziadek utrzymywał przecież liczne kontakty z dawnymi znajomymi z pracy.
– Dobrze – przytaknęła policjantka. – Załóżmy więc, że pani Zuzanna mówiła prawdę. W jakim celu chciała się z panem spotkać?
Antoni zamilkł. Jakiś głos z tyłu głowy podpowiadał mu, że nie powinien zdradzać policji wszystkiego, że nikt, absolutnie nikt nie powinien dowiedzieć się o pustej szufladzie, tajemniczym liściku i ostatnich słowach pani Zuzanny. Kłóciło się to jednak z jego naturalną szczerością. Antoni nie lubił kłamać i jeśli mógł, starał się za wszelką cenę unikać naginania prawdy. Mimo to podświadomie czuł, że sytuacja ta wymagała takiego postępowania.
– Chciała po prostu złożyć kondolencje – kłamstwo z trudem przeszło mu przez gardło. – Rozmawialiśmy o przeszłości dziadka. Pani Zuzanna opowiadała, że była jego znajomą z pracy, razem pracowali przy wykopaliskach. To była zwykła rozmowa. Mimo wszystko wydaje mi się, że jej śmierć była fatalnym zrządzeniem losu, ta pani była osobą w podeszłym wieku, chciała przejść przez ulicę i mogła najzwyczajniej w świecie nie zauważyć pędzącego samochodu.
– Jest pan pewien? – policjantka zmierzyła go świdrującym spojrzeniem, lecz wytrzymał dzielnie jej wzrok.
– Tak mi się tylko wydaje. Nie zauważyłem w jej zachowaniu niczego dziwnego, czegoś, co mogłoby wskazywać na to, że ta kobieta była zamieszana w jakąś niebezpieczną sprawę.
Pani Bielska spojrzała na niego z pewną troską w oczach. Zadumała się przez chwilę, po czym odrzekła:
– Dobrze. Jeśli tak pan uważa, nie pozostaje nam nic innego, jak dać panu na razie spokój. Miał pan wystarczająco nerwowy dzień. Nie oznacza to jednak, że śledztwo zostanie umorzone. Zginął człowiek, a sprawca zbiegł z miejsca wypadku. Naszym zadaniem jest dopilnować, by okoliczności śmierci pani Zuzanny zostały całkowicie wyjaśnione. Proszę więc na wszelki wypadek uważać na siebie, i jeśli przypomni pan sobie jakiś szczegół, który mógłby być istotny dla całej sprawy, proszę natychmiast zgłosić się na komendę.
– Oczywiście – odrzekł Antoni – zrobię co w mojej mocy, by sytuacja rozwiązała się pomyślnie. A teraz… czy mogę już sobie pójść? Mam trochę spraw do załatwienia w związku ze śmiercią dziadka. Poza tym muszę jeszcze uporządkować całe mieszkanie po dzisiejszym włamaniu – westchnął zmęczony.
– Ma pan rację – przyznała. – Przepraszam, że pana zatrzymujemy, ale rozumie pan, musimy zebrać jak najwięcej zeznań i dowodów. Może pan już wracać do swoich spraw.
– Dziękuję – uśmiechnął się Antoni, po czym skierował się w stronę wyjścia. – Do widzenia pani.
Drzwi komisariatu zamknęły się za nim z cichym kłapnięciem. Uderzyła go fala zimnego, rześkiego powietrza. Było późne popołudnie, środek listopada, powoli zapadał zmrok.
Z odrętwienia wyrwało go nagłe szarpnięcie i natarczywy, kobiecy głos.
– Antoś! Ty baranie! Już myślałam, że wsiąkłeś tam, u tych glin! Pamiętasz jeszcze, że miałeś przyjść pod „Kulawą Pszczołę” ? – zarechotała dziewczyna.
– Dorota, przestań się chichrać! To wcale nie jest śmieszne! – sapnął zirytowany. – Nawet nie wiesz, co przeżyłem przez ostatnie kilka godzin!
Dziewczyna spoważniała i spuściła wzrok. Wiatr bawił się jej gęstymi, orzechowymi włosami, rozwiewając je na wszystkie strony. W dużych, karmelowych oczach można było dostrzec cień lęku.
– Wiem Antoś, wiem. Wiem o wszystkim – powiedziała zdecydowanym głosem. – Chodź ze mną. Musimy porozmawiać.
<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Recenzje

Polskie S-F reaktywacja

388 Wyświetleń

26 i 30 listopada za sprawą Allegro ukazały się w Internecie dwa filmy s-f rodzimej produkcji.

Te krótkie formy to „Smok” i „Twardowsky”, które powstały w ramach projektu „Legendy polskie”.
Reżyserem filmów jest Tomasz Bagiński. Od razu nasuwa się na myśl, że są to produkcje przeładowane efektami komputerowymi – wszak w naszym kraju chyba większego specjalisty w tej dziedzinie nie ma. On jednak udowadnia, że potrafi połączyć oba światy – fabularny i cyfrowy – w zgrabną i przyjemną w odbiorze całość.
Rzadko jestem skory do prawie bezkrytycznego zachwytu, ale tym razem trudno by znaleźć  coś, do czego można się przyczepić.

Pozwólcie, że powiem teraz parę słów o każdym filmie z osobna.

Smok to przeniesiona w realia niedalekiej przyszłości opowieść o potworze. Tym razem nie jest to przerośnięty gad na sterydach i z przewlekłą zgagą. Smokiem w filmie jest terrorysta, który posiada super nowoczesną machinę latającą. Sieje nią zniszczenie w Krakowie i porywa piękne dziewczyny.
No i co w tym nowego? – powiecie – Przerośnięta jaszczurka, czy steryd w bojowym, wypasionym śmigłowcu , to i tak sprowadza się do tego samego.

Powiem szczerze, że na początku też tak spojrzałem na ten film. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że opowieść ta została zainspirowana legendą o Smoku Wawelskim.

To, co uderza w tym obrazie, to potok informacji medialnych. Telewizja, radio, internet wręcz bombardują widza przepływem informacji. Wprost nie idzie za nimi nadążyć. W tym natłoku wiadomości  dramat uwięzionych dziewczyn schodzi na drugi plan. To jest smutne i tragiczne. Uważam to za świetny sposób  przedstawienia takiej sytuacji. Podane to jest w zawoalowany sposób, wręcz podprogowo (widać tu doświadczenie w tworzeniu reklam, jakie posiada Bagiński), ale właśnie to, że nie ma tu łopatologizmu sprawia, że film naprawdę jest wartościowym dziełem. Morał nie jest serwowany na końcu – on przewija się przed naszymi oczyma przez cały czas.
Jednym moim zdaniem minusem tego filmu jest rola młodego konstruktora robotów,  według mnie zagrana bardzo sztywno. Jest to jednak jedyny zgrzyt i nie dewaluuje całego obrazu.
Zakończenia nie będę zdradzał.  Kto wie, być może wśród czytających jest ktoś, kto jeszcze tego filmu nie widział i nie chcę psuć mu zabawy.

Teraz wezmę na warsztat film „Twardowsky”. Któż nie zna legendy o szlachcicu, który zaprzedał duszę diabłu i zamieszkał na księżycu? Film jest w pełni oparty na tej legendzie, tyle że nie mamy tutaj do czynienia ze szlachcicem, a ze współczesnym, bajecznie bogatym celebrytą – na tyle bogatym, że niezauważenie może polecieć na księżyc, gdzie czeka na niego stacja ze wszystkimi wygodami.

Trudno coś napisać o tym filmie, nie zdradzając zaraz całej akcji. Jest jej w sumie niewiele, ale i nie o nią w zasadzie tutaj chodzi. Obraz ten ma bardziej filozoficzny przekaz, oddany  prostym, zrozumiałym dla każdego językiem.
Co w tym ciekawego, spytacie, skoro wszystko zostało wyłożone kawa na ławę?

Otóż film ten ma mega mocna stronę. Jest on świetnie zilustrowany muzyką. Słyszymy  więc dobrze nam znane polskie przeboje, stanowią one jednak nie tylko ścieżkę dźwiękową tej produkcji, lecz także  opowiadają  własną równoległą historię, tworząc swoistą narrację, a ostatni z nich niesie ze sobą głębokie przesłanie.
Co do gry aktorskiej, to muszę powiedzieć, że czuję się dopieszczony – Robert Więckiewicz oraz Aleksandra Kasprzyk dali jej wspaniały pokaz.

Więcej nie napiszę o tym filmie, gdyż wart jest obejrzenia i odkrycia jego przekazu  bez zbędnych zapowiedzi.

Podsumowując : Muszę powiedzieć, że cieszy mnie pojawienie się tych produkcji. Udowadniają, że z naszym kinem s-f nie jest wcale tak źle. Jeżeli tylko znajdzie się sponsor, to można zrobić kawał dobrej roboty. Mam nadzieję, że te filmy, które powstały w ramach kampanii promującej Allegro, będą jaskółkami nowej wiosny rodzimego s-f.

Pozdrawiam i życzę miłego oglądania

Michał Nowina

System

Drugi numer Abyssos

447 Wyświetleń

Drugi numer czasopisma Abyssos przynosi kontynuację opowiadań rozpoczętych w numerze pierwszym (Po drugiej stronie lustra, Baśń o Człowieku, Wroniarze).

Ponadto, rozszerzając pole działalności, zawiązaliśmy współpracę z projektem Horyzonty, którego efekty będzie można śledzić na łamach Abyssos. Pozostając w podobnej konwencji Paweł Ofiarski w opowiadaniu You’re My Heart, You’re My Soul chwilowo odpoczywa od uniwersum Oculum Mundi.

Najcięższym kalibrem drugiego numeru czasopisma bez wątpienia jest rozmowa Błażeja Grysztara z Dawidem Jakubowskim, działaczem Komunistycznej Partii Polski. Rozmowa o ideałach, historii i przyszłości. Należy rzec, że prezentowane przez rozmówcę poglądy nie są współdzielone ze światopoglądem redakcji.

Do tego Patryk Szymczak ze swoją poezją na początek i na koniec.

Numer w formacie .pdf

Naszą publikację znajdą państwo również w Sklepie Play. Czasopismo jest do pobrania oczywiście za darmo.

Zapraszamy!

Literacki performance Varia

Literacki performance: “Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #1

464 Wyświetleń

Literacki performance to projekt, który powstał dobrych kilka lat temu.  Nie miał on jednak szczęścia i zaliczył długi okres przestoju. Dopiero 11 lutego 2014 roku, dzięki możliwościom, jakie daje Facebook, rozpoczął nowe życie.

Od tego czasu upłynęło już trochę wody w Wiśle i projekt się rozrósł. Wyszedł poza sztywne ramy portalu społecznościowego, rozpoczynając cybernetyczną podróż. Powstała oficjalna zakładka na stronie internetowej, a teraz podjął współpracę z Abyssos.

Nie będę się rozwodził nad regulaminem projektu. Wszystkie informacje znajdziecie na Facebook’owym profilu Literacki Performance oraz na stronie.

Pragnę jednak w tym miejscu podziękować wszystkim, którzy współtworzą czy współtworzyli ten eksperyment ( bez nich by nie zaistniał ), szczególne zaś podziękowania składam na ręce Quievy Kujdowej, która przyjęła na siebie trudną rolę koordynatora projektu. Dzięki niej wszystkie odcinki są piękne i starannie dopieszczone – to ona czesze je z błędów, których nie brakuje w spontanicznym częstokroć akcie tworzenia. Quieva jest też autorką kilku świetnych odcinków.

To by było na tyle w sprawie samego projektu.  Zapraszam Was do lektury, a wszystkich chętnych, którzy chcieliby się zmierzyć z organicznym pisaniem, zapraszam do wzięcia udziału w zabawie.

Jeszcze jedno…  Jeżeli zastanawiacie się czym jest performance literacki, zajrzyjcie pod poniższy link.
Teraz pozostawiam Was z bohaterami naszej opowieści. Znajdziecie tu przygodę, tajemnicę, zbrodnię i fantastykę. Wszak nie może być inaczej, kiedy książkę tworzy kilku autorów równocześnie.

Poznajcie więc „ Tajemnicę pergaminu znalezionego w piwnicy”

Michał Nowina – założyciel L.P.


Następne odcinki ->

Michał Nowina

Odcinek 1

 Antoni ze smutkiem wracał z pogrzebu dziadka do domu, który właśnie odziedziczył.
Znał go dobrze. Każde wakacje i prawie każdy weekend spędzał w tej starej podmiejskiej willi, a ostatnie trzy lata po śmierci rodziców mieszkał tutaj na stałe.
Czuł, jak od środka zżera go bezdenna pustka. Był teraz sam, zupełnie sam. Od śmiertelnego wypadku rodziców to właśnie dziadek był jego jedyną rodziną i przyjacielem, to z nim spędzał każdą wolną od studiowania archeologii chwilę.
Dziadek również był archeologiem, to od niego właśnie Antoni jeszcze jako mały chłopiec zaraził się tym bakcylem. Pamiętał dobrze, z jaką niecierpliwością czekał na wieczorne opowieści dziadka o dalekich podróżach, dawnych cywilizacjach i tajemnicach, jakie skrywa przeszłość.
Jego wspaniały dziadek, odkrywca.. Wychodził cało z przygód godnych Inadiany Jonesa, a zginął tak banalnie. Po prostu utonął na rybach.
Teraz wiedział już, dlaczego nie lubił tej formy spędzania wolnego czasu. Miał to właściwie po dziadku.
Antoniego tak naprawdę mocno dziwiło, że dziadek wybrał się na ryby.
Kiedy zadzwoniono do niego na uczelnię z wiadomością, że dziadek utonął łowiąc ryby, wprost nie mógł w to uwierzyć. Niestety, okazało się to smutną prawdą.
Idąc tak i rozmyślając nie zauważył nawet, jak dotarł pod ciężkie, dębowe drzwi. Już chciał przekręcić klucz w zamku, gdy spostrzegł, że zamek został wyłamany.
Pchnął cicho skrzydło i wszedł do środka. Po drodze chwycił dziadkową laskę z rękojeścią w kształcie papuziego dziobu.
Cały dom wywrócony był do góry nogami, jakby przez pokoje przeszedł tajfun : książki pozrzucane z półek, powywalane na podłogę zawartości szuflad i szaf. Antoni aż jęknął w duchu, oceniając rozmiar zniszczeń. Stanął przybity, wodząc wzrokiem wokoło, gdy nagle coś uderzyło go w tył głowy. Zamroczony upadł na kolana, lecz szybko się otrząsnął. Podniósł z ziemi laskę, wypadłą mu z ręki,  i ruszył w stronę okna balkonowego w salonie, w którym mignął mu uciekający napastnik. Niestety,  kiedy dotarł na balkon, jego “gość” właśnie przeskakiwał płot. Jedyne co zdążył zauważyć, to że był to mężczyzna ubrany na czarno. Twarzy już nie dojrzał.
Wrócił do środka, wyszukał w bałaganie telefon, wykręcił 997 i zgłosił włamanie. Potem usiadł na kanapie i załamał ręce.
Z odrętwienia wyrwał go dzwonek do drzwi. Podszedł do nich i otworzył.
W progu stała nie za wysoka kobieta w towarzystwie kilku rosłych mężczyzn w mundurach. Ubrana była w niebieskie jeansy i ciemną, skórzaną kurtkę, z pod której wystawał pistolet.
– Detektyw Justyna Bielska. Czy Pan Antoni Krzemiński?
– Tak – odpowiedział z lekkim uśmiechem. Właściwie go to zdziwiło. Wcale nie było mu wesoło, jednakże w pani detektyw było coś takiego, że mimo woli się uśmiechnął. Była ładna, choć nie w typie modelki, dość zgrabna, i widać było, że jest kobietą silną oraz wysportowaną. Antoniego ujął jednak przede wszystkim ciepły blask jej brązowych oczu i szczera twarz.
– Zgłaszał pan włamanie, tak? – pani detektyw kontynuowała swoją serię pytań.
– Tak, zgłaszałem.
– Czy są jakieś szkody lub coś zginęło?
– Prawdę mówiąc nie wiem. Dopiero co wróciłem z pogrzebu dziadka i zastałem w domu kompletną demolkę. Na dodatek jakiś ubrany na czarno facet puknął mnie czymś w głowę i zwiał.
Pani policjant weszła do domu.
– Przykro mi z powodu pańskiego dziadka, a teraz proszę usiąść, zaraz wezwę pogotowie.
Nie, nie trzeba, to nic poważnego – oponował Antoni. 
– Mimo wszystko nalegam, może pan być w szoku. Lepiej dmuchać na zimne. Pan tutaj posiedzi do przyjazdu lekarza, a ja z ekipą rozejrzę się po domu.

 

Weles

Odcinek 2

Coś tknęło Antoniego, a jeśli była to intuicja, to w jego wypadku miała wyjątkowo pewną i silną rękę.
– Wolałbym sprawdzić, czy nic nie zginęło – zwrócił się do funkcjonariuszki. – Znam w tym domu każdy kąt i wiem, gdzie dziadek trzymał cenne rzeczy.
– Nie słyszał pan, że ma się nie ruszać?! – burknął do niego jeden z mundurowych, którego dykcja, wygląd i wzrok dowodziły, że równie dobrze, jak policjantem, mógłby być zapalonym gangsterem. Szerokie bary obudziły w Antonim cień lęku, sam bowiem bym człekiem raczej drobnej budowy. Nie chciał jednak, by rządzili się w domu, który – jakby nie patrzeć – należał do niego.
– Spokój! – zarządziła detektyw, w której Antoni pokładał zaufanie – Ma pan faktycznie rację. Mam rozumieć, że pański dziadek przechowywał w tym domu kosztowności?
– Kilka rzeczy faktycznie mogło być dosyć cennych – odpowiedział nerwowo Antoni, nie czując się pewnie, mimo uspakajającej obecności detektyw Justyny. – Nawet meble to głównie antyki, sama pani widzi. Inne wartościowe przedmioty, którymi dysponował, powinny być w piwnicy.
– Cóż – uśmiechnęła się lekko – sprawdźmy więc.

Piwnica dziadka Antoniego mogłaby robić za miniaturowe muzeum, gdyby nie fakt, że i tutaj wszystko było wywrócone do góry nogami. Zrobiło mu się żal pięknej szafy,  pamiętającej zapewne czasy jeszcze sprzed śmierci arcyksięcia Ferdynanda – jej drzwi zostały wyłamane, a ich szczątki walały się po podłodze. Na reszcie mebli nie chciał nawet skupiać wzroku. Tyle pięknych przedmiotów!
– Będzie pan w stanie stwierdzić, czy coś zaginęło? – usłyszał pytanie policjantki, która chłodnym okiem omiatała pomieszczenie. – Jak dla mnie, to chyba przeszło tu tornado.
– Chwileczkę… – pod przeciwległą ścianą piwnicy stało biurko z lampką oliwną, przy którym czasem pracował jego dziadek, zamykając się wśród swoich rupieci. Czemu lampką oliwną, nie elektryczną? Widać jego dziadek miał po prostu taki fetysz.
Antoni podszedł do biurka jakby coś go tam pchało i wysunął szufladę z rzeźbioną gałką.
Była pusta.
Nie powinna być.
Dziadek Antoniego ostrzegał go, że jeśli ten kiedyś otworzy ją, a ta będzie pusta, to Antoni, nie mówiąc o tym nikomu, powinien natychmiast wyjechać i starać się zapomnieć o sprawie i odciąć się od rodziny. Powiedział dobitnie: “Nie waż się w to mieszać!”
– Czy coś zaginęło? – zapytała detektyw.
– Nie – Antoni był blady jak ściana. Anemiczna ściana. – Wszystko jest na miejscu. Nie wiem, czego włamywacz tu szukał.

Udało mu się policjantów spławić i na odchodnym z panią detektyw uzgodnić, by postępowanie umorzono.
“Skoro nic nie zginęło, a my nie wiemy nic o tym człowieku, to czemu miałbym zwalać sobie na głowę dodatkowe problemy?”- tłumaczył funkcjonariuszce, która podejrzliwie i chyba z pewną troską badała go swoimi brązowymi oczyma. Cieszył się, że trafił na nią, bo wydawała się być najpierw człowiekiem, dopiero potem policjantką.
– Naprawdę przykro mi z powodu pańskiego dziadka – powtórzyła jeszcze raz, gdy już wychodziła. – Domyślam się, że ma pan teraz dużo na głowie, panie Krzemiński.
– Nie mam innego wyjścia, jak dać sobie radę – Antoni zrobił dobrą minę do złej gry.
Wiedział, że powinien postąpić zgodnie z tym, co kiedyś przekazał mu dziadek. Cała sytuacja zaczęła budzić w nim lęk, a okoliczności śmierci dziadka wydały się podejrzane. O nie, jego dziadek nie był rybakiem.
Należało spakować się i wyjechać, potem pomyśleć nad sprzedaniem domu. I tak miał szczęście, że włamywacz nic mu nie zrobił, mógł jednak w każdej chwili wrócić. Antoni zastanawiał się, dokąd lub do kogo powinien wyjechać. Z rozmyślań tych – ze skutkiem, jak się miało okazać, burzliwym – wyrwała go dzwoniąca dziadkowa komórka . Owszem dzwoniła. Tylko gdzie? Jakimś cudem odnalazł ją w tym całym rozgardiaszu.
– Halo – odebrał nerwowym głosem.
– Antoś? – usłyszał głos, którego się nie spodziewał w tej sytuacji. – Właśnie przyjechałam z lotniska! – dobiegł go śpiewny, radosny głos.
– Na litość boską – odparł jej zirytowany – Przestań się brechtać! Dziadek…
– Wiem – ucięła szybko i pewnie, poważniejąc w jednej chwili. – Rozumiem, że ciszej nad tą trumną i w ogóle…
– .. Ale..?
– Musimy się spotkać. Przyjdź o dwudziestej “Pod Kulawą Pszczołę” – wspomniała o znanym im obojgu barze. – Spakuj sobie już jakąś walizkę, dobra? Nie chcę, żeby…
– Ty wiesz..? – pobladł jeszcze bardziej niż ostatnio, mocniej ściskając w dłoni telefon.
– Wiem – w tym miejscu rozmowa się zakończyła.

Następne odcinki ->

Varia

Czasoprzestrzenny patchwork

365 Wyświetleń

Kopalniana winda zsuwała się powoli w dół szybu. Skrzypiała przy tym niemiłosiernie. Cóż starość, nie radość. Wszak pamiętała czasy II Wojny Światowej. Zbyszka zadziwiał jej wręcz idealny stan techniczny. Wraz z trójką kolegów i emerytowanym ratownikiem górniczym zjeżdżał teraz w nieznane. Mieli zbadać nowo odkryty obiekt w Górach Sowich. Prawdopodobnie był to jakiś tajny niemiecki ośrodek z czasów wojny. Odkrycie, które dałoby im, żądnym sukcesów doktorantom z Uniwersytetu Śląskiego przepustkę do świata wielkich nazwisk z dziedziny historii i archeologii. Kto by pomyślał, że na takie coś będą mogli się natknąć właśnie w Polsce. Tą, prawdopodobnie starą kopalnię udało się odnaleźć dzięki trzęsieniu ziemi, które coraz częściej się zdarzają w południowo – zachodniej Polsce. Obsunięcie się rumowiska skalnego odsłoniło dość dużą, stalową, grubą na 3 cale bramę. Widniał na niej niemiecki napis wymalowany czarną farbą

UWAGA!

TEREN MILITARNY!

NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY!

PRZEBYWANIE GROZI ŚMIERCIĄ!

Co wcale nie zachęcało do zaglądania do środka. Oczywiście nie dotyczyło to Zbyszka i jego kolegów, którzy akurat byli w okolicy na obozie wspinaczkowym. To był dla nich prawdziwie milenijny prezent. Cudowne rozpoczęcie nowego tysiąclecia. Jak tylko zbadają ten obiekt przejdą do historii nauki!

Wreszcie winda zatrzymała się na dole szybu. Wyszli na korytarz  kopalniany oświetlony przy windzie za pomocą lamp zasilanych z generatorów. Czekał tam na nich dwunastoosobowy oddział żołnierzy z psem i robotem do rozbrajania bomb. Mieli oni zapewnić bezpieczeństwo pod względem wojskowym, tj. znajdować i rozbrajać pułapki oraz chronić naukowców. Żołnierze byli wyposażeni w lekką broń maszynową i sprzęt saperski. Na ich twarzach widać było profesjonalizm. Ten widok uspokajał Zbyszka. Jakoś od samego początku nie czuł się pewnie w tej starej kopalni. Jego koledzy byli źli na asystę wojskowych, ponieważ bali się, że pozacierają oni cenne ślady. Jednakże sierżant, który dowodził oddziałem miał to w głębokim poważaniu. Dostał za zadanie zbadać obiekt i chronić mózgowców z uniwerku. Jako człowiek słowny i honorowy zamierzał za wszelka cenę doprowadzić sprawę do końca. Po krótkim objaśnieniu zasad w stylu:

– Nikt, nigdzie nie rusza dupy, jak mu nie pozwolę – sierżant dał znak do marszu w głąb tunelu.

Przodem jechał robot, który oświetlał drogę lampami ksenonowymi, za nim szedł żołnierz z psem, a kilkadziesiąt metrów na nim reszta wyprawy. Poruszali się powoli,

dokładnie rozglądając się w około.
Konstrukcja chodnika była wzmocniona żelbetowymi żebrami, tak, że była w stanie wytrzymać nawet spore tąpnięcie. Tak przynajmniej twierdził stary górnik. Zbyszek jednak nie zwracał uwagi na jego wywody. Im dłużej szli, tym bardziej tracił kontakt z rzeczywistością. Stał się coraz bardziej oszołomiony, łomotało mu w uszach, a pod skórą czuł dziwne podniecenie i zarazem strach przed czymś, co było mu jakoś znajome, a nie potrafił tego nazwać.

Po jakiejś godzinie marszu wzmacniany kopalniany chodnik zmienił się w naturalną jaskinię z niesamowitymi stalagnatami. Przypominały one wysokie na kilka metrów kolumny z dziwnie błyszczącej skały. Ich ustawienie też nie wyglądało na naturalne. Razem tworzyły krąg  8 słupów. Na jego środku stała masywna metalowa platforma w kształcie sześciokąta. Jedno było pewne znaleźli coś dziwnego, nad czym prawdopodobnie pracowali Niemcy podczas II Wojny Światowej. Żołnierze rozstawili lampy załadowane na robocie i oświetlili całą komnatę. W niszach stały przykryte zetlałą plandeką wozy opancerzone z czasów II WŚ. Obok nich znajdował się świetnie wyposażony warsztat mechaniczny i stacja paliw. Wszystko poukładane i dobrze zakonserwowane. Całość sprawiała wrażenie, jakby wszystko było pozostawione tutaj nie później niż tydzień temu. Saperzy zaczęli razem z psem przeszukiwać teren, lecz oprócz pustych skrzynek po nabojach nic nie znaleźli. Ksawery, jeden z kolegów Zbyszka był niezmiernie zdziwiony. Jako specjalista od historii II WŚ nie mógł pojąć, dlaczego Niemcy nie zaminowali takiego obiektu.

Zaczął nawet wywód na ten temat, jednakże nie wzbudził on większego zainteresowania zgromadzonych. Jeden z saperów w tym momencie ściągną plandekę z wielkiej metalowej szafy zajmującej powierzchnię jakiś 20m2.

–Jasny gwint- westchnął z przejęciem Ksawery- Hitlerowcy mieli już wtedy komputer. Niesamowite. Jedyne co mnie dziwi dlaczego znajduje się on właśnie tutaj?!

Wszyscy zaczęli oglądać, to cudo techniki. Zbyszek jednak pozostał poza tym wszystkim. W tej skalnej komnacie prawie całkowicie przestał odbierać to, co wokół niego się działo. Miał przemożne odczucie, że zna to miejsce. Jego wzrok przykuł kabel wiodący od starego komputera do skalnego słupa okrytego rozpadająca się plandeką. Niczym zahipnotyzowany podążył w tym kierunku. Zanim sierżant zdążył zareagować plandeka była już na ziemi. Na kamiennym podeście był zamontowany fluoryzujący błękitem kryształ. Zakuty był w jakieś metalowe obręcze, do których podłączone były kable ze starego komputera. Kryształ lekko pulsował światłem, owe  pulsowanie zawładnęło całkowicie Zbyszkiem. W mgnieniu oka położył rękę na krysztale. Całą komnatę wypełniło oślepiające błękitne światło. Komputer nagle zaczął pracować, stalagnaty również rozbłysły. Metalowa platforma zniknęła zalana światłem. Zbyszek nadal trzymał rękę na krysztale, a ten zaczął się topić i pełznąć po jego ramieniu. Kiedy dotarł do głowy wniknął w nią przez uszy, nos i usta. Oczy Zbyszka zmieniły kolor na błękitny, a on sam upadł na podłogę. Podbiegł do niego stary ratownik. Słyszał go, ale nic nie rozumiał. W głowie mu dudniło, a przed oczyma przesuwały mu się różne obrazy z minionych epok. Jego myśli

były jednak zbyt chaotyczne. Jedyne czego pragnął, to odzyskać przytomność. Czuł się tak, jakby zapadł w letarg, którego był w pełni świadomy. Nagle z kierunku metalowej platformy usłyszeli, że ktoś woła po niemiecku.

-Uwaga!

Polscy bandyci!

Strzelać, strzelać! Nie pozwólcie im zabrać kryształu!

Wywiązała się strzelanina. Polscy żołnierze klęli na czym świat stoi i ostrzeliwali Hitlerowców, którzy wyłaniali się ze słupa światła. Zbyszek był jednak poza tą całą sytuacją. Zdawało mu się, że ogląda film. Nie brał czynnego udziału w tym co się działo. Niemcy zastrzelili kilku żołnierzy i starego górnika. Nasze wojsko nie pozostało dłużne i precyzyjnie zaczęło eliminować napastników. Jednakże śmierć każdego z przybyszy powodowała silne wyładowanie i niektórzy żołnierze zaczęli znikać, a jeden z nich zmienił się nawet w kobietę. Nagle przed Zbyszkiem stanął wysoki mężczyzna w mundurze SS. I z szatańskim uśmiechem powiedział.

Proszę, proszę, polska świnia nosicielem kryształu.

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. W każdym bądź razie jest na to sposób. W moim przypadku nazywa się on parabellum.

Po czym wycelował pistolet w Zbyszka i pociągnął za spust.

Pustka, jaskrawa pustka. Zbyszek ze zdziwieniem stwierdził, że znajduje się zamknięty we wnętrzu kryształu. Próbował się rozejrzeć, jednakże nie wyczuł żadnej części ciała. Z przerażeniem stwierdził, że stał się kryształem.

Chciał krzyczeć, jednakże nie wydobył z siebie głosu. Widok zza ściany kryształu nagle zaczął się wyostrzać. Powoli wyłuskiwał elementy otoczenia. Z ulgą stwierdził, że jest w szpitalu. Przeżyłem- pomyślał- jednak ten SSman dobrze nie trafił. Na szczęście to z tym kryształem, to były tylko majaki.

Chciał się podnieść, jednak nadal nie czuł ani, rąk, ani nóg. Z przerażeniem stwierdził, że jest sparaliżowany.

Błędnym wzrokiem rozglądał się w koło ale jedyne, co był w stanie zauważyć to pełno sprzętu z sali OIOM. Po chwili przed jego łóżkiem stanął zespół lekarzy. Przywitali go uśmiechem. Jeden z lekarzy podszedł i zaświecił mu w oczy małą latarką. Po czym powiedział- No panie Tadeuszu witamy z powrotem. Mam nadzieję, że już więcej nam pan nie będzie uciekał na tamtą stronę.

– Tadeuszu- pomyślał Zbyszek- Jaki Tadeuszu?- chciał zaprotestować, ale nie był w stanie nic powiedzieć.

-Spokojnie proszę pana- powiedział drugi z lekarzy- jest teraz pan zaintubowany. Z rurką w krtani nic pan nie powie. Za kilka dni panu ją wyjmiemy. Teraz musi pan odpoczywać. Widzimy, że wszystko jest w porządku, więc prosimy być dobrej myśli. Ważne, że się pan wybudził. To i tak cud, że pan przeżył taki wybuch.

– Wybuch, jaki wybuch?- myśli szumiały w głowie Zbyszka niczym rój pszczół- Co się u licha stało w kopalni? Prawdopodobnie któryś z żołnierzy musiał się nazywać Tadeusz. Nastąpił wybuch i nie mogli nas zidentyfikować. Tak, to jedyne wytłumaczenie.

Z zamyślenia znowu wyrwali go lekarze. Kazali mu odpoczywać i powiedzieli, ze za jakiś czas znowu zajrzą. Oszołomiony całą sytuacją leżał tak i czekał aż pojawi się ktoś, kto rozpozna, że nie jest jakimś tam Tadeuszem. Niestety,  nikt  nie przychodził. Znużony zasnął. Obudziło go jakieś poruszenie przy łóżku. Obok niego stała lekarka w średnim wieku. Patrzyła na niego z góry z politowaniem. Wreszcie nachyliła się i szepnęła mu do ucha:

– Witam pana, panie Tadeuszu, czy może powinnam powiedzieć Gutten Tag.

Zbyszek zamarł. Ton, którym to powiedziała był identyczny jak ton ssmana, który do niego strzelał. Lekarka zauważyła przerażenie w jego oczach. Musiało jej to odpowiadać. Usiadła więc spokojnie na krześle obok łóżka i mówiła dalej.- Wiesz naszukałam się tego twojego wcielenia nosicielu kryształu.

Spojrzała z pogardą na jego bezwładne ciało i mówiła dalej.

– Po twoim spojrzeniu widzę, że nic nie rozumiesz. Otóż to, co znalazłeś w tamtej jaskini, to nie był przypadek. To było twoje przeznaczenie. Ścigam ciebie przez wieki i różne wymiary. Biedactwo, nadal w szoku? Widzę, że nic nie rozumiesz. Tym lepiej dla mnie, to oznacza, że wy nosiciele kryształu jesteście łatwym celem.

Zbyszek z przerażeniem patrzył na kobietę obok, ale nic nie rozumiał z tego co mówiła „O co chodzi z tym nosicielem, jakie wieki, wymiary? O co chodzi?” – myślał przez cały czas intensywnie, czując jak ogarnia go coraz większa panika.

Tym czasem ona poprawiła się na krześle i wyjęła z kieszeni małą strzykawkę.

– Mam nadzieję, że uda mi się wyrzucić z ciebie kryształ, tak, jak mi się to udało w 1942 roku w Dachau. Każda twoja śmierć osłabia twoje powiązanie z kryształem. Trochę to potrwa. Twoje poprzednie wcielenie dopiero na nowo scaliło się z materią kryształu. Poprzednio musiałam zabić ciebie kilka razy. Pierwszy raz trafiłam na ciebie w 37 r. p. n. e. kiedy to po zdobyciu z Rzymianami Jerozolimy próbowałem z ciebie wydusić miejsce, gdzie pod świętym miastem znajduje się portal czasu i przestrzeni. Byłeś wtedy dumnym władcą miasta Antygonem. Przywiązaliśmy ciebie do krzyża i chłostaliśmy tak długo, ze każdy normalny człowiek dawno by już umarł. Kryształ dawał jednak tobie niesamowitą wytrzymałość. Wreszcie poniosły mnie nerwy i ciebie ściąłem.

Ach, przez te podróże po wcieleniach tracę orientację, czy mówić w formie męskiej, czy żeńskiej…

Odchodzę jednak od tematu. Widząc twoje durne spojrzenie stwierdzam, że nadal nic nie rozumiesz. Kryształ to nic innego jak kawałek materii czasu i przestrzeni. Rozumiesz? Materialna cząstka, tego, czego nie można dotknąć. Mając władzę nad tym okruchem można dać wypowiedzenie stwórcy i zająć jego miejsce. Żeby zachować stabilność w delikatnej strukturze czasu i przestrzeni Stwórca umieścił w każdym z wymiarów po siedem stabilizujących kryształów. Moc kryształów była jednak tak ogromna, że naznaczył w każdym z wymiarów dusze, które mają za zadanie przenosić kryształ. Dla bezpieczeństwa zabrał im świadomość ich misji. Jedyne co im dał to możliwość wyczuwania w pobliżu kryształu. 9

Nieomylny stwórca zrobił jednak błąd i nie zachował ostrożności. Dziewięć niepokornych duchów usłyszało o tym i podążyło poprzez wieki i wymiary za wami, nosicielami. Jednym z nich jestem ja.

Kobieta znowu rzuciła pogardliwe spojrzenie pełne triumfu.

– Widzę po twoich oczach, że jesteś nadal zaskoczony. Jak już mówiłam. Nasze losy są splatane od zarania dziejów. Tylko, że ciężko było ciebie znaleźć. Najwięcej inwencji twórczej musiałem wysilić, żeby ciebie zgładzić w 1431 roku. Od stycznia próbowałem wysłać ciebie na stos Joasiu, a może powinnam powiedzieć Joanno, Dziewico Orleańska. Twarda baba z ciebie była. Wpierw wojowałeś niczym wprawny wojownik. Nawet jeżeli nie miałeś wtedy świadomości swoich poprzednich wcieleń, to właśnie doświadczenia z poprzednich żyć pozwoliły tobie odnieść tyle zwycięstw. Jednakże wreszcie, dzięki zdradzie udało mi się ciebie pojmać i po długich staraniach usmażyć na popiół. Ach to był widok, do dzisiaj mam go przed oczami. Wiem sentymentalna jestem, ale to przez to wcielenie kobiety. Jestem przez to bardziej uczuciowa niż zwykle.

Lekarka mówiąc to poprawiła sobie misternie zawiązany koczek.

-Wracając jednak do naszej rozmowy. O przepraszam, ty nie możesz mówić, ale może to i lepiej. Mniej głupich pytań. Z naszych spotkań najwięcej zabawy sprawiły mi cztery dni w 1487 roku, kiedy to na twoich oczach na poświęcenie azteckiej piramidy Tenochtitlan zabiłem ponad 80tysięcy twoich poddanych. Twoja krew uświęciła tamto miejsce jako

ostatnia. Jednakże nadal kryształ tkwił przymocowany do twojej duszy. Zawsze jednak miałem ogromną przewagę nad tobą. Ja mam pełną świadomość swych wcieleń. Nosiciele jej nie mają, ponieważ dzięki kryształowi mogliby naginać ciąg wydarzeń skacząc w przód i w tył po czasoprzestrzennej materii.

Kobieta zaśmiała się szyderczo i wbiła igłę strzykawki w wężyk kroplówki.

– Teraz powoli będziemy się żegnać panie Tadeuszu inżynierze, który zmarł od ran, odniesionych podczas wybuchu niewypału przy budowie trzeciej nitki metra w Warszawie w 2025 roku. Muszę przyznać, że tym razem zabicie ciebie nie przynosi mi żadnej satysfakcji. Mam nadzieję, że następnym razem zapewnisz mi więcej zabawy.

Po tych słowach lekarka powolutku nacisnęła tłok strzykawki. Zbyszek chciał krzyczeć, uciekać, jednakże jego bezwładne ciało nie pozwoliło mu na jakąkolwiek reakcję. Po chwili zaczął się dusić i z ogromnym bólem w piersi zapadł w ciemność. Ocknął się z głębokim wdechem i stwierdził, że znajduje się z powrotem w jaskini, a wokół niego wrze strzelanina. Szybko się przeczołgał za wyłom skalny i w tym momencie zauważył że ze słupa światła wychodzi człowiek w mundurze ss.

– Tym razem nie dam się tobie zabić- pomyślał.

Podniósł karabin zabitego żołnierza i krzyknął:

– Hej! Niepokorny duchu. Poznaj uświadomionego nosiciela.

Ssman z przerażeniem spojrzał w jego kierunku i chciał wycelować pistolet. Jednakże Zbyszek nacisnął już spust.

Trzymał go tak długo aż nie usłyszał głuchego szczęku zamka, oznaczającego koniec amunicji. Bezwładne ciało przeciwnika spadło z platformy, a jaskinią zatrzęsło tak, że z sufitu posypały się kamienie. Błękitny słup światła pomiędzy kryształowymi kolumnami rozbłysnął oślepiając wszystkich.

Kiedy Zbyszek odzyskał ostrość widzenia stwierdził, że nadal stoi w jaskini, obok niego znajdowali się ludzie, których pełen szczęścia rozpoznał. Był Ksawery, pozostali koledzy, stary górnik i żołnierze wraz z psem. Odetchnął, wszystko wróciło do normy. W jaskini nie było jednak nic oprócz starego zniszczonego sprzętu po jakiejś fabryce i pustych miejsc po zdemontowanych urządzeniach fabrycznych.

Nagle lekko zakręciło mu się w głowie i usłyszał głos pełen jadu:
– Witaj nosicielu. Mnie się tak łatwo nie pozbędziesz. Teraz stanowimy jedno. Naginając czasoprzestrzeń przeszłości zrobiłeś małe spięcie, a w związku, z tym, że zniszczyłeś moje poprzednie ciało, gdzieś musiałem się ulokować. Tak więc witam na naszej wspólnej drodze mój miły. Teraz jesteśmy jednością.

Zbyszek zrozumiał, że piekło którego stał się świadom z jeszcze większą mocą dotknęło jego osoby. Teraz do końca swoich dni będzie musiał dzielić życie ze swoim największym wrogiem…

Michał Nowina

Oculum Mundi

Miejskie powietrze czyni wolnym #1

634 Wyświetleń

Z pewnością są tacy, którzy przynajmniej słyszeli o grach RPG. Znajdzie się garść i takich, którzy grali w różnorakie settingi (systemy) mogąc poczuć się tym, kim w rzeczywistości nie są. Jednakże istnieje specyficzny dział odgrywania postaci tzw onForum. Jest to nic innego jak sesja RPG opisywana na popularnym silniku forum phpBB.

Dwóch autorów, publikujących na Abyssos, postanowiło wykorzystać doświadczenie zdobyte podczas tego rodzaju rozgrywek i wykorzystać je w oryginalnej czynności literackiej. Zamiast popularnego schematu, używanego na sesjach onForum, autorzy zdecydowali się prowadzić narrację w kolejnych odcinkach mini powieści Miejskie powietrze czyni wolnym, osadzonym w uniwersum Oculum Mundi. Historia prowadzona jest w sposób ciągły, to znaczy bez wyraźnego podziału na wątki MG (Mistrza Gry) oraz BG (Bohatera Gry).

Michał Sobociński, jako Mistrz Gry; Paweł Ofiarski jako Chrisstoffer Wagner.

Zapraszamy do lektury!


Część II ->


1 kalendy miesiąca Tradara, 580 lat po przybyciu Attara

W całym cesarstwie nie ma takiej zimowej nocy.

W mieście Modris był taki zwyczaj: kiedy komuś nie wyszedł interes, bez znaczenia o jakiej skali, zwykł obrzucać posąg świętej Matyldy różnymi nieprzyjemnościami. Zwyczaj ten wziął się od legendy, która opowiadała, jak najuczciwsza z najuczciwszych Matylda wyznała na sądzie, że jej ojciec kantował przy odpisach podatkowych. A za zaoszczędzone pieniądze kupował córce smakołyki. Powiadali tedy, że wówczas to sam bóg handlu i kupców, Tradar, nie mogąc się nadziwić tak naiwnej uczciwości, wziął po śmierci Matyldę do swej domeny, by doświadczyć jej zalet. Lub wad, jak twierdzili inni. Teraz wszyscy ci, którym różnorakie kłopoty pożarły intraty, przeklinali cechy Matyldy z wiadomych powodów.

Chrisstoffer Wagner przyglądał się trudom mnicha wycierającego pomnik. Przyjrzał się swojej szacie i ocenił, że w porównaniu do duchownego, którego świątynia słynie z bogactwa, wygląda niczym doża. I nic dziwnego. Nie w taką noc. Pierwszego, zimowego wieczora każdy jeden w Modris, czy to łachmyta, dziad proszalny, kupiec, mistrz rzemiosła lub szlachetka, zakładał co miał najprzedniejszego i pośpieszał do Pałacu Najjaśniejszego Doży. Tam, rok w rok, obywatele i nie obywatele Modris świętowali zrzucenie jarzma mitycznego „króla” rodzącego się miasta-państwa i deklamowanie republiki.

Mnich, gdy skończył wycierać posąg, odwrócił się w kierunku młodego Wagnera i widocznie nie spodobał mu się zastany widok. I nie było co się dziwić. Wszyscy wiedzieli, że pomimo uroczystych zasłon, przyjęcia u doży to istne targowisko próżności, gdzie każdy gest, słowo, a nawet sposób ubioru mógł wywołać plotkę, a od niej bliska droga do skandalu. Za maską eleganckiego przyjęcia, toczyła się wojna o status. Szczęśliwie, Christoffer nie miał co tracić, gdyż w mieście przebywał tylko dwa dni i sam jego powrót może być powodem wielu plotek. Zwłaszcza, gdy się dowiedział, że jego ród, z którym był związany więzami rodzinnymi, tak mocno wybił się na handlu bronią.
Wojskowy zatrzymał się na chwilę przy posągu, przypatrując się jego majestatowi, by potem zerknąć na skromnego mnicha, któremu wyraźnie nie był w smak ubiór byłego wojskowego. Zdziwiło go to trochę, gdyż starał się zachować powagę w stosunku do swojej rangi. Miał na sobie mundur galowy, skrojony na miarę, w barwach księstwa Yorbrittum, wraz z pagonami, które miały wskazywać rangę podporucznika. Do tego, wypastowane buty oraz pas z przypiętym mieczem. Jako dawny oficer przysługiwał mu honor noszenia broni jako statusu na uroczystościach. W lewej ręce trzymał maskę na patyku jakiejś uśmiechniętej osoby, która kolorystycznie była dopasowana do stroju. Nie świecił się jak przysłowiowy szczupak w szafranie, nie mniej był dość elegancki. Nawet zasłonił elegancką, czarną opaską dziurę po oku. Nie odezwał się jednak, gdyż nie chciał człowiekowi przerywać swojej pracy. Chociaż, z drugiej strony, nawet ten duchowny nie wiedział, ile by Wagner oddał by się z nim zamienić na miejsca i nie udawać się na to przyjęcie z powodu obowiązków zawodowych.

Nie mniej, obiecał panu Oldbergowi, że się pojawi na przyjęciu. Nie wiedział czemu wspólnik w interesach jego ojca tak mocno namawiał do wzięcia udziału w tej uroczystości, lecz jak każdy człowiek interesu miał pewnie w tym jakiś cel. Czyżby jego ojciec źle się czuł i jego bracia nie byli zbyt chętni do współpracy z Olafem Oldbergiem, dlatego będzie przekonywał Christoffera do tego? Bardzo możliwe, pomyślał Wagner, jednakże moja wiedza z zakresu handlu jest nikła. Ach, no tak. Dla niego to tym lepiej. Mnie puści z torbami, a sam zbije fortunę. Niezbyt pozytywne myśli przelatywały przez umysł byłego wojskowego i nie wiedział, jaką strategię działania podjąć. No, może prócz jednej. Nie dać się zwabić na uroki panny Oldberg, która może stanowić atut w rękawie kupca. Christoffer znał aż za dobrze tego typy dziewcząt. Wesołe trzpiotki, które wprowadzą każdego mężczyznę w zakłopotanie, a potem o pustość sakiewki. Unikał ich jak ognia i teraz miał zamiar dokładnie to samo uczynić.
Z zamyślenia wyrwał go jednak dzwon, zwiastujący wybicie tak zwanej godziny psa, czyli zmianę strażników i zapalanie lamp na ulicach. Wagner czekał na przybycie powozu na niego, gdyż Olaf Oldberg obiecał, że obierze go spod posągu świętej Matyldy krótko po godzinie psa.

Wagner przypatrywał się rewii mody panoszącej się na ulicach Modris. Wszyscy zmierzali w jednym kierunku. Przez dźwięk dzwonu przebijały się śmiechy, okrzyki, świętobliwe życzenia, mniej zgrabne pogróżki. Nie sposób było stwierdzić któż jest ich nadawcą. Twarz większości przechodniów zakrywały maski. Te, zdradzały przy okazji stan majątku nosiciela.

– Dawniej sam ciskałem w św. Matyldę zbukami – Wagnera z zamyślenia wyrwał suchy głos. – Dobry wieczór, Christofferze. Wyglądasz… Odpowiednio.

Jednooki miał okazję przekonać się, jak ulotną błahostką jest moda. Oto stał przed nim człowiek, ubierający się niegdyś jak eremita. Skromnie. Prosto. Koherentnie. W atłas i jedwab, dla równowagi. Tymczasem przed oczami stanęła mu papuga, pstrokata i jak na żołnierski gust Wagnera, nieco komiczna. Niezmienną pozostały materiały. Olafowi Oldbergowi towarzyszyła jego córa, Karina. Młoda, choć z dawna nie dziecko. Rezolutna, lecz słodka jak miód, wstydliwa z zachowania, lecz nie z ubioru. Prostokątny dekolt, obszyty złotą nicią, oferował oczom znacznie więcej, niż zalecaliby niektórzy kapłani w świątyniach. Żołnierzowi imponował ten wymysł mód zwłaszcza, że Karina odziedziczyła po matce nie tylko gładką skórę. I tej odwagi w ubiorze obawiał się właśnie Christoffer. Ten widok przyciągnął jego spojrzenie i w myślach układał sobie taktykę, by umiejętnie przesunąć swoją kolumnę między dwa potężne pagórki. Po chwili stwierdził jednak, że zbyt duże ryzyko w stosunku do purrysowego zwycięstwa. Porzucił tę strategię i zamiast tego ukłonił się zarówno pannie Karinie, jak i Olafowi Oldbergowi. Gdy się wyprostował, zabrał głos.

– Dobry wieczór, panie Oldberg i panno Karino. Cóż, nie jestem pewien, czy słowo odpowiednio by tutaj pasowało. Rzekłbym, że mogę stanowić niecodzienny widok wśród elity kupieckiej. Ale prostota munduru żołnierskiego zawsze szła w parze z jego elegancją. No i jak to się mawiało u nas w wojsku, za mundurem, panny sznurem, że pozwolę sobie na taką krotochwilę.

Siwy kupiec parsknął wymuszonym śmiechem. Zerknął na swą atrakcyjną córę i dopiero, gdy zwietrzył realność słów Wagnera, zdębiał na moment. Karina zauważając konfuzję ojca, uśmiechnęła się, że aż Chrissowi przypomniała się wiosna.

– Dawnom nie słyszał, jak się interesy twego ojca mają – powiedział raczej dla próby zneutralizowania niewygodnego tematu. – Nie mniej dzisiaj przekonamy się o polityce regionalnej Marchii Północnej.

Wagner przyłapał się na braku kontroli nad ruchami mimicznymi.

– Też bym był zdziwiony, młody człowieku – dodał ciepło Oldberg. – Odkąd nasz umiłowany doża wrócił na urząd, wróciły i stare praktyki tego lisa. Zatem prócz zwykłego, znanego wszystkim kupczenia, umiłowany doża Kersil Sorill, wrócił do targów z Godrynem Namüelem. Podejrzewasz co się święci?

Christoffer, znając mości Namüela, mógł przeczuwać, że chodzi o wojnę. Wszakże cała znajomość Wagnera z margrabią Marchii Północnej opierała się na wojnie. Nie wiedział jednak, czy może chodzić o kolejne ochotnicze hufce z Modris na ziemię barbarzyńców czy o coś nowego. Wyobraźnia księcia nie znała granic, a co więcej, miał pewne obawy co do wierności niektórych oddziałów. Większość częściej wiwatowała księciu Yorbrittum, niż cesarzowi. Sam Geotardus może i nie będzie dążył do rebelii, ale z drobnymi intrygami Sorilla może dojść do tego, że wierni księciu żołnierze powstaną przeciwko cesarstwu. Być może wtedy nawet wróci w buty oficerskie. Otworzą się w końcu nowe możliwości. Jednak na razie nie miał zamiaru się dzielić z tymi osobistymi przemyśleniami z nikim.

– Nie musimy chyba mówić oczywistości, panie Oldberg- odpowiedział mężczyzna, prostując się.- Książę to fanatyk wojenny i zapalony miłośnik wyścigów konnych. Doża Sorill, o ile mnie pamięć nie myli, często wysyłał ochotnicze hufce wojskowe do pomocy w obronie limesu, ale nigdy nie towarzyszył Godrynowi Namüelowi w cyrku. Odpowiedź jest prosta.

Rozłożył tylko ręce w geście, że chodzi o wojnę. Uznał to za odpowiedź kończącą dyskusję na ten problem, przynajmniej na tę chwilę.

– Zmieniając temat, dlaczego Pan nie wie, jak idą interesy w rodzi mojego ojca? O ile mnie pamięć nie myli, jesteście panowie wspólnikami i winniście utrzymywać ze sobą kontakt.

Starzec odkaszlnął i splunął flegmą na ziemię. Dalszą wypowiedź przerwała mu nawałnica kaszlu. Skrzeczał, dusił się, aż w końcu Karina oklepała mu plecy z widocznym znastwem.

– Daruj, panie Wagner – rzekł Oldberg, gdy uspokoił kaszel. – Łaskawa bogini Hilen, nie raczy mnie dobrym zdrowiem – odchrząknął dla potwierdzenia. – Pański ojciec, jak na ironię, wyjechał pod Harpie Szczyty w Marchii Północnej. Finalizuje tam wykup akcji Spółki Górniczej Grodreg i Synowie. Przeklęte krasie zażądały obecności pańskiego ojca – zaklął plugawie pod nosem. – Psia ich rasa… Nam brak respektu do innych zarzucają, a sami wymagają, by starzy ludzie znosili truda wojaży. Psia ich rasa, powiadam. Psia ich rasa!

Informacja o akcjach faktorii górniczej zainteresowała Christoffera Wagnera. Zainteresowała o tyle, o ile wiedział, że krasnoludy z Marchii Północnej, zawsze pozostawali niechętni kupcom Modris. Stąd też obawy wojskowego w stosunku do wyprawy jego ojca nie były zbyt dobre. Podejrzewał najgorsze, które będzie zwiastunem czegoś jeszcze gorszego. Pomodlił się w myślach do Walsa, by odegnał tę straszliwą marę z jego głowy.

– Nie jestem rasistą- odpowiedział krótko Chris, pozwalając sobie na delikatny uśmiech.- Ale też nie jestem ksenofilem, więc powiedziałbym, że powinni się spotkać przedstawiciele obu stron. Chociaż z drugiej strony, jeśli krasie mają jakiś swój kodeks honorowy, to może jest w nim napisane… czy raczej wyryte, biorąc pod uwagę ich upodobania do kamienia, że “Sprzedaż dóbr swoich z przyszłym zarządcą negocjować będziesz”. A może tak być, skoro tak twardo stąpają po ziemi. Do tego stopnia, że się zapadają.

Pozwolił sobie na krótką krotochwilę, jednakże po chwili wrócił do tematu:

– Nie wiem, jednak, czemu krasnoludy tak nagle się zgodziły na sprzedaż swojego dziedzictwa, zwłaszcza komuś, kto jest z Modris. Wietrzę w tym jakąś pułapkę. No i druga rzecz, czemu ojciec nie wysłał mi listu, skoro stacjonowałem nad limesem? Może udałoby mi się załatwić jakąś przepustkę na kilka dni, a sam bym czuł się pewniejszy, że nic mu nie grozi.

Stary kupiec nie odpowiedział. Wzruszył ramionami i wykrzywił usta w brzydkim grymasie.

-Świat staje na głowie, młody człowieku – odrzekł na odczepne. – Chodźmy. Nie każmy czekać naszym próżnościom.

Poszli ulicą Konwaliową kierując się na Targ Tradara, największy w Cesarstwie Ingradyjskim ośrodek handlowy. Mijając Bank Spółdzielczy Gelzców, Chriss gestem ręki przywitał się ze znajomym bankierem Joachimem Gelzem. Ten stroił fasadę filii bankowej w przerwach drąc się na swych podwładnych, najróżniej im wymyślając. Potem, gdy zeszli z ulicy Konwaliowej, wkroczyli na potężny targ. Tutejsi kupcy, kramarze, handlarze i rzemieślnicy, wystawiali sztukę Gorejący Król. Niezbyt skomplikowaną, ograniczającą się do palenia kukieł symbolizujących monarchów. Niektórym przyjezdnym imponował zwyczaj palenia wysokich na dziesięć stóp drewnianych karykatur. Inni, pukając się w głowę, zwiastowali rychły koniec miasta. Wagner zaś od dziecka zachodził w głowę jakim sposobem zwyczaj ten ostał się w feudalnym państwie, w którym główny prym wiodą książęta na czele z cesarzem.

– To trochę okrutne, prawda? – Westchnęła Karina obserwując gildię balwierzy tańczących w koło palącej się kukły.

Mężczyzna przyjrzał się widowisku bez jakiejś specjalnej zadumy. Dla niego była to część tradycji, być może wywodząca się z jakiś dawnych dziejów. Nie interesował się historią, nawet swojego miasta, więc nie był w stanie tego uargumentować. Spojrzał na Karinę, wciąż jednak kątem oka patrząc jak ludzie świętują.

– Owszem, ale tylko trochę- odpowiedział Chris, wskazując dłonią na niedaleką kaplicę Tradara.- Zapewne bogowie, gdy tworzyli świat mieli w zamyśle, że miał być idealny, jak oni. I co ciekawe, może wedle ich rozumowania, taki jest. Bo czy bogini Hilen nie chciałaby, byśmy oddawali część naszych darów, na które zapracowaliśmy innym? Czy Belladon nie domaga się broni pokonanych wrogów, często zaraz po potyczce? Czy Jurastion nie chce, by niegodziwców spotkała sroga kara? Wszystko działa wedle ich woli, a przynajmniej tak mi się zdaje.

Nie był osobą, która specjalnie wdawała się w dysputy filozoficzne, zwłaszcza z zakresu religii. Jednak, czasem nawet i jego nachodzą pewne myśli i chwile zwątpienia z zakresu, czy tak powinno być. Nie wierzył w przeznaczenie, wolał myśleć, że sam sobie jest sterem i kapitanem na okręcie zwanym życiem. Ale czasem pojawia się sztorm, który nie jest zależny od niczego i nawet najlepsze umiejętności niekoniecznie pozwolą mu go przeżyć. Mogą mu tylko pomóc. Po chwili jednak wrócił mu weselszy nastrój.

– Poza tym, gdybyśmy wszyscy chcieli żyć wedle zamysłów Prytera, to ten świat byłyby aż za bardzo cukierkowy. A słodycz ma to do siebie, że z czasem staje się mdła i niejadalna. Dobrze jest wtedy mieć coś gorzkiego.- Odparł z uśmiechem, patrząc jak jeden z uczestników zabawy wpadł w ogień, by się po chwili podnieść i wesoło, acz lekko poparzon, wrócić do tańca.- Albo dawkę alkoholu, jak w przypadku tego osobnika.

– Ktoś nie mniej pijany, lecz trzeźwiejszy na umyśle, poczynił głośną uwagę, że poparzony człowiek przypalił sobie spodnie. Młodzież rechotała, dziatwa beczała ze śmiechu, starsi kręcili głowami.

– Pewnie ma pan słuszność – odparła Karina bez przekonania. – Pewnie dlatego Eo stworzył dziesiątkę bogów – zamyśliła się dotykając palcem ust, co żołnierzowi wydało się całkiem atrakcyjne. – Dla równowagi, tak myślę.

– W takim wypadku Atrinijczycy mają przesrane skoro czuwa nad nimi tylko jedno bóstwo – zaśmiał się chrapliwie Olaf Oldberg. – Dajcie pokój tym dysputom. Zostawcie je teologom, kapłanom i innym pomyleńcom!

Przechodząc przez furtę Pałacu Doży zostali powitani skromnymi słowami przez straż pałacową. Przeszli przez udekorowane Ogrody Tecytyjskie, sławne przez fryzowane jabłonie i grusze rodzące latem mnogość owoców. Na wypadek różnorakich przyjęć ozdabiano je lampionami o kanarkowej barwie. Już w Ogrodach usłyszeli przyjemną, stonowaną muzykę wydobywającą się spod palców elfich minstreli. Wagner słyszał jeszcze na limesie, że doża jest wielbicielem elfiej twórczości – zwłaszcza muzycznej, a jeśli już spraszał ludzkich grajków to tylko, by przygrywali gościom podczas oficjalnych tańców. Oficjalnych, gdyż w kraju wolnych ludzi prawo było wszędobylskie. W Modris, toczonym od wieków infekcją biurokracji, nawet krotochwile musiałby być zaplanowane. Istniało nawet powiedzenie, że nawet jeśli coś dzieje się przez przypadek, to dlatego, że tak zostało to zaplanowane. Elfy grały Tęsknotę za borem, melodię powszechnie zakazaną w cesarstwie, lecz graną w Najjaśniejszej Republice jakby na przekór. Zaś doża zadbał, by emisariusze cesarscy obecni na przyjęciu, wysłuchali tejże melodii.

Oldberg z córą kiwali co rusz głowami na dzień dobry. Żołnierz nie potrafił rozpoznać przez maski ewentualnych znajomych. Nie spodziewał się też ich wielu. Zamiast tego przyglądał się rewii obowiązującej mody. Bufiaste rękawy, delikatne trzewiki, proste kamizelki lub sztywne kubraki konfrontowały się z pasiastymi chaperonami, kaftanami z szerokimi rękawami, swobodnymi spodniami. Żadnego unitaryzmu. Powietrze miejskie w Modris czyniło wolnym, toteż ci, którzy za nic mieli trendy garderoby, mogli obnosić się ze swoimi wymysłami swobodnie. Zwłaszcza w tę noc. Najdziwniejsi byli jednak uczeni. Wszyscy, choćby i młodzi, podpierali się kosturami. Ciała skrywali pod togami, jak juryści albo kapłani. Mówili językiem, który wedle niektórych, przystoi raczej akademickiej katedrze aniżeli przyjęciom. Chriss nie rozpoznał żadnego uczonego, choć wiedział, że profesor Vendom Tasartir, zausznik księcia Marchii Północnej, Godryna Namüela, jest obecny na przyjęciu. Skojarzył sobie siwowłosego oryginała z limesu, gdy ten odwiedzał często margrabiego oficjalnie służąc mu radą. Wagner czasami snuł domysły, że nieoficjalnie profesor szpiegował księcia. A skoro, wedle słów Olafa Oldberga, na przyjęciu mogła zostać ujawnione stanowisko Modris w kwestii Marchii Północy, nie mogło zabraknąć lewej ręki samego doży, jeśli jego powiązania z wywiadem były prawdziwe.

Jednocześnie, zastanawiał się, jak mogli odnosić się goście Sorilla do jego ubioru, które właśnie kojarzone jest z władztwem Yorbrittum. I to w sposób polityczny, gdyż reprezentuje tutaj armię samego księcia Godryna. Jeśli będzie ogłoszone ocieplenie stosunków, zaraz może się zebrać wokół niego całe stadko, które może go wypytywać o najdrobniejsze szczegóły co do polityki północy. Jeśli ochłodzenie… cóż, znaczy, że będzie trzeba zrobić kelradzkiej wyjście z przyjęcia i wracać na północ, do armii.

Wziął od jakiegoś sługi kielich z białym winem i napił się trochę. Nie znał się na nich, lecz uznał je za dobre. Ale nie było to jakieś szczególnie trudne, po wielu latach picia kwaśnych win z tawern, które powstały blisko ich obozów wojskowych. Trzymając w lewej ręce kielich i w prawej maskę, rozglądał się po sali, jakby licząc, że los przysporzy mu jakąś znajomą twarz.

I zaskakująco, los był łaskawy, ale przy tym, ironiczny. Bowiem na chwilę odwracając wzrok dojrzał Ewelinę Selitto, która, w zamyśle jego ojca, miała być jego żoną. Pomimo lat, poznał ją od razu, ale nie z powodu zauroczenia. Na prawym policzku miała po prostu myszkę, a tego żaden puder nie usunie. Jednakże, o ile zapamiętał ją jako natrętną, ksztanowłosą pieguskę, która wszędzie za nim ganiała, to wyrosła teraz na atrakcyjną kobietę, o dużych manierach, sądząc po tym, jak właśnie rozmawiała z jakimś mężczyzną. Uśmiechnął się i zaśmiał pod nosem:

– Los to jednak złośliwa bestia skoro podsuwa przeszłość powiązaną z teraźniejszą przyszłością- mruknął pod nosem filozoficzną myśl, zapijając ją winem.

– Proszę? – Odezwała się Karina unosząc głowę do żołnierza. – Ach… – Westchnęła, gdy zorientowała się na kogo patrzy Chriss. – Panienka Selitto. Choć już nie na długo – młoda kobieta odzyskała rezon. Złożyła dłoń na dłoni i zauważalnie wypięła pierś. – Przyrzeczona Federico Camperezza, dziedzica familii Camperezza z Norithoru. Uwierzy pan? Gdyby to była arystokracja to powiedziałabym, że maluje się mezalians!

– Ród Camperezzów z dawnej republiki Norithoru, obecnie bękarciego księstwa, słynął z majątku, obrotem wszelakimi towarami, świadczeniu kredytów, z rzadka lichwie. Znienawidzeni przez jednych, kochani przez pozostałych. Znienawidzeni, gdyż podczas oblężenia Klejnotu Południa, Norithoru, zdradzili republikę wpuszczając armię cesarską do miasta. Wówczas ci, którzy dorobili się na zmianie systemu, pokochali Camperezzów całym sercem, całą sakwą.

Ewelina Selitto zdawała się nie zauważać żołnierza, choć ten mógł przysiąc, że zerkała nań raz po raz. Jednakże, Chriss starał się nie zwracać na to uwagi. Spojrzał natomiast na Karinę, pozwalając sobie na cierpki uśmiech pod maską.

– Och, czyżby? Widzę, że polityka rodowa zmienia się równie szybko, jak bardowe upodobania w stosunku do kobiet.- Odrzekł żołnierz pannie Oldberg cicho, chociaż z jego tonu można było wnosić, że był bardziej rozbawiony całą sytuacją anieżeli zdenerwowany.- Pamiętam pannę Selitto jeszcze jako szcześcioletniego dzieciaka, który ganiał za mną, bym jej uplótł wianek z polnych kwiatów. Dawne dzieje, gdy jeszcze była moją narzeczoną. Nie mniej, już wtedy była diabelnie irytująca i jestem ciekaw czy jej to zostało po…

– Panie Wagner – zagaił Olaf Oldberg. – Proszę mnie posłuchać – rzekł chwytając go pod ramię ku niezadowoleniu Chrissa, że nie dał mu dokończyć myśli. –  Ród Selitto, powiem bez ogródek, bruzdzi naszym interesom. Moim i pańskiej familii. Zalecam zatem ostrożność w… odświeżeniu starych znajomości. Teraz chodźmy. Nie dajmy doży czekać.

– Oczywiście- Chriss przytaknął kupcowi, dopijając swoje wino i oddając kielich przechodzącemu słudze.- Bardziej mnie wzięło na nostalgię niźli na odświeżanie znajomości, ale trafna uwaga.

Wchodząc po marmurowych schodach stary kupiec sapał jak zmęczony gonitwą hart. Tej nocy, i w zasadzie tylko tej nocy, wrota do Pałacu Doży stały dla wszystkich obywateli otwarte. Wchodząc do środka Chrisstoffer Wagner poczuł przyjemne ciepło palenisk i zapachy różnorakich potraw. Doszła do jego uszu i stonowana muzyka, którą przygrywali tym razem ludzcy grajkowie. Goście przyjęcia, nie zgromadzeni przy stołach, tańczyli w formalnych grupach, popijali wina i okowity tocząc dyskusje. Oldberg prowadził córę i żołnierza do prawego krańca ogromnej sali. Chriss po raz pierwszy miał okazję oglądać wnętrze Pałacu Doży. Imponowały mu dwa szeregi kolumn, błękitno biała posadzka, pyszne żyrandole mieniące się feerią barw. Doszedł do wniosku, że jako jedyny trzyma w ręku swoją maskę. Miał wrażenie, że wybierając tę maskę, dostosuje się do trendów dworów doży, a tymczasem zdaje się, że moda na maski trzymane w rękach minęły. Miał nadzieję, że nie wywoła tym jakiegoś skandalu.

Dochodząc na skraj sali, tuż przy ścianie, Wagner spostrzegł jednostki, które nie wchodziły w rozmowy z biesiadnikami, nie spoufalały się z nikim, nie tańczyły ani nie piły. Obserwowały gości, konsultując się czasem zdawkowo między sobą. Mężczyzna domyślił się, że muszą to być funkcjonariusze tak zwanych Czarnych Kapturów, tajnych służb Najjaśniejszej Republiki Modris. Jeden z nich, człowiek w masce przypominającej paszczę lwa, wskazał ręką na schody. Oldberg, który wyraźnie oczekiwał na taki znak, pokiwał głową.

Pokonawszy kolejną porcję stopni, kupiec zasapał się potwornie. Jednooki zwrócił uwagę, że schody na piętro różnią się od tych ulokowanych po drugiej stronie balkonu kondygnacji. Mniej okazałe, mniej oficjalne. Kolejny Czarny Kaptur, tym razem niewysoki mężczyzna z kołtunami spętanymi sznurkiem, uśmiechnął się brzydko do trójki gości.

– Dobry wieczór państwu – powiedział, a Chriss momentalnie pomyślał, że krtań mężczyzny musiała znosić wielokrotny trud przesyłu gorzały do żołądka. – Doża oczekuje.

To mocno zatkało Chrissa. Myślał, że gdy Olaf Oldberg mówił, że “nie dajmy doży czekać” miała na myśli przyjęcie. A tu chodziło o bezpośrednie spotkanie z samym najwyższym urzędnikiem Modris! I to na prywatnej audiencji. Co tej przecherze Oldbergowi chodziło po głowie? Żołnierz jednak zachował na tyle zimnej krwi, by nie ukazać zmieszania na swojej twarzy.

Czarny Kaptur zapukał dwa razy w ościeżnicę i po odzewie weszli do środka.

Kersil Sorill wyglądał jakby mozoły świata doczesnego omijały go szerokim łukiem. Żołnierz wiedział, że doża dobija już do szóstej dekady życia, lecz jego twarz wygląda niczym u trzydziestolatka przykuwającego zbyt wiele uwagi do robót pielęgnacyjnych. Czub głowy zdobiła obszyta srebrnymi nićmi infuła, ornamentowana kolorowymi kamieniami, najpewniej rubinami. Na szyi dźwigał złoty łańcuch z medalionem przedstawiającym Święte Szalki, atrybut boga Tradara. Jedwabna toga, na pozór skromna, kłóciła się z płomiennym płaszczem obszytym smugą piżmakowego futerka farbowanego na srebro. Towarzyszyła mu młódka, Eufemia Sorill. Córka.

– Niechaj będą chwaleni bogowie – przywitał się dewocyjnie. – Eufemio?

– Tak, ojcze – odparła dziewczyna i uśmiechnęła się do Kariny. – Może pójdziemy na bal, kochana?

Córka Oldberga widocznie nie dała się zwieść cukierkowemu tonowi rówieśniczki. Chriss musiał przyznać, że może jednak źle ocenił Karinę. Być może miał do czynienia z nie lada intrygantką. Potwierdziło to w nim jednak fakt, że należy jej unikać jak ognia.  Dziewczyna mimo wszystko dała się wziąć pod ramię i wyprowadzić za drzwi. Czarny Kaptur, z wyjątkowo paskudnym głosem, zamknął za nimi drzwi.

– Syn swego ojca, jak powiadają – rozpoczął doża wskazując mężczyznom fotele. – Syn swego ojca!


Michał J. Sobociński;

P. R. Ofiarski


Część II ->