Tag -

nowina

Literacki performance Varia

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #6

329 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Jagoda Dżejdża Niemczycka
Odcinek 15.

Nikły płomień pochodni rzucał chybotliwe cienie na marmurową posadzkę, odbijając się mdłym blaskiem w zimnych, brudnych ścianach.
Na środku pomieszczenia stał długi, pięknie rzeźbiony stół, przy którym zasiadało dwunastu mężczyzn w czarnych pelerynach i głowach zasłoniętych kapturami. Panowała absolutna cisza, w której nie można było dosłyszeć się nawet najmniejszego szmeru.

Continue Reading

Literacki performance Varia

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #5

415 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Jagoda Dżejdża Niemczycka
Odcinek 9

Antoni rozsiadł się wygodnie na sofie, która okazała się wyjątkowo miękka i przytulna. Naburmuszony, spojrzał kątem oka na Justynę i jej towarzysza. Był zły jak diabli, zdawał sobie bowiem sprawę, że cała sytuacja była naprawdę niebezpieczna, a jednocześnie intuicja dawała mu z tyłu głowy cichutkie sygnały, że policja może mieć nie do końca czyste intencje. Na daną chwilę nie wiedział jednak innego wyjścia. Czuł się jak zaszczuty zając, na którego polują bliżej nieokreśleni kłusownicy, zaś Justyna była tak naprawdę jedyną osobą, od której mógł się dowiedzieć czegokolwiek
o swoim teraźniejszym położeniu. Był więc zmuszony jej zaufać.
– Justyno, czekam na wyjaśnienia – zaczął zdecydowanym tonem. – Jeśli rzeczywiście siedzę w jakimś bagnie, chcę przynajmniej wiedzieć, jak bardzo jest ono głębokie.
– Obawiam się, Antoni, że głębsze, niż się na początku spodziewaliśmy.. – odparła Justyna, zapatrzona w płomień rozpalonego kominka. – Co prawda nie udało nam się namierzyć owych zbirów, dzięki którym wylądował pan w śpiączce farmakologicznej, ale jak już wspominałam, zdołaliśmy dowiedzieć się czegoś o kolegach ze studiów pańskiego dziadka, którzy zginęli w dość dziwnych okolicznościach.
– Wspominałaś też coś o jednym studencie, który zaginął … – przypomniał sobie Antoni.
– Owszem – zgodziła się policjantka – ale nie udało nam się zdobyć o nim żadnych informacji, które naprowadziłyby nas na jakiś trop. Śledztwo w sprawie zniknięcia zostało już dawno umorzone, z braku jakichkolwiek konkretnych poszlak.
– Ale chyba dowiedzieliście się czegokolwiek, prawda? Inaczej nie inicjowalibyście całej sprawy z porwaniem, ani nie zamykali mnie tutaj, niczym sardynki w puszce? A może się mylę, i tak naprawdę mam się o niczym nie dowiedzieć?! – zdenerwował się Antoni.
Był naprawdę rozgoryczony całą sytuacją, nie wiedział już w co wierzyć, co o tym wszystkim myśleć i komu ufać.
– Prawdę mówiąc, Antoni, wiedza ta może okazać się dla pana niezwykle niebezpieczna i nieodpowiednia – kontynuowała niewzruszenie Bielska. – Sami jesteśmy przerażeni całą sytuacją i szczerze, nie chcemy narażać pana na jeszcze większy szok, zważając na stan pańskiego zdrowia. Ale jeśli koniecznie chce pan…
– Pani chyba oszalała! – wybuchł Antek. – Siedzę tu zamknięty, sam nie wiem po co i dlaczego, ktoś uparcie pragnie mnie załatwić, wy jeszcze bezczelnie twierdzicie, że to wszystko dla mojego dobra?! – jego krzyk odbił się szerokim echem po pokoju, sprawiając, że w pomieszczeniu zapadła grobowa cisza.
Antoni był zdruzgotany. Gwałtownie zerwał się z fotela i pobiegł w stronę drzwi. Musiał jak najprędzej wydostać się z tego więzienia! Miarka się przebrała: nie ufał już teraz nikomu, nie miał jednak żadnej koncepcji na to, jak w pojedynkę dowiedzieć się prawdy.
Wtem drogę zagrodziła mu postać doktora Krzysia, który gwałtownie złapał go wpół i popchnął w stronę ściany.
– Panie doktorze, nasz pacjent jest chyba za bardzo poruszony zaistniałą sytuacją. Proszę się nim zająć – zakomunikowała Justyna głosem lodowatym jak woda w stawie, w którym Antoni miał już nieszczęście się tego dnia znaleźć.
– Ależ oczywiście, pani detektyw – odparł lekarz. Antoni przez ułamek sekundy zdołał odwrócić głowę w stronę Justyny. W zimnym spojrzeniu jej pociemniałych oczu, które wcześniej wydały mu się tak sympatyczne i pełne ciepła, dostrzegł przebłysk czegoś, co można było określić jako lodowatą obojętność i… satysfakcję? Nie zdążył jednak dokładnie zinterpretować ich wyrazu, gdyż poczuł, jak silna ręka odwraca go gwałtownie i owija jego nos i usta szmatką, nasączoną chloroformem. Po chwili stracił świadomość.

Obudził się na łóżku, w tak dobrze mu już znanym pomieszczeniu willi, podłączony do kroplówki. Momentalnie przypomniał sobie w jaki sposób się tu znalazł i jak podle został potraktowany. Pomimo wyczerpania i ogólnej słabości zapaliła się w nim wściekłość tak żarliwa, że zdawała się rozsadzać go od środka. Wiedział jednak, że znalazł się w położeniu wręcz beznadziejnym, i nie miał kompletnie żadnego pomysłu, jak tę sytuację zmienić.
Ogarnęła go dławiąca bezsilność. Ostatkiem sił zwlókł się z łóżka i podszedł do okna. Obojętnym wzrokiem wpatrywał się w skąpane w mroku korony drzew, kołysane podmuchami gwałtownego wiatru. Wtem dostrzegł kobiecą postać, ukrywającą się między drzewami okalającymi teren willi a zaparkowanym nieopodal jeepem. Pomimo szoku wywołanego tym spostrzeżeniem, Antoni uśmiechnął się pod nosem. Rozpoznał tę postać. Jego kuzynka Dorota zawsze należała do osób wyjątkowo upartych.


Michał Nowina
Odcinek 10

Ciemny korytarz prowadził do równie ciemnego pokoju. Mdłe światło malutkiej lampki spełniało jedynie funkcję ułatwiającą komunikację. Z mroku wyłaniał się cień wysokiego fotela i zarys postaci. Twarzy jednak widać nie było.
– Zawiedliście nas – powiedział cień. Głos starszego mężczyzny był zimny i twardy.
Mężczyzna z owiniętą bandażem ręką skulił się w sobie. Wiedział, że jego sytuacja nie jest za ciekawa. Zdawał sobie jednak sprawę, że jedyną możliwą formą obrony jest pokorne oczekiwanie na to, co zadecyduje Pierwszy Pośród Równych. Służył idei i był posłuszny, jego „ja” się nie liczyło. Bezgraniczne oddanie było siłą ich organizacji. Każdy z członków ślubował na krew. Ślub czynił każdego członka równym wobec siebie. Żaden z nich nie mógł się wywyższać ponad innych. Jedynie Uświęceni, czyli Bracia Strażnicy i Pierwszy Pośród Równych, byli ponad innymi. Pierwszy był wszechwiedzącym panem życia i śmierci , Uświęceni natomiast ręką i mieczem wyższej sprawy.
– Zawiedliście nas – powtórzył cień. – Nie wykonaliście swej powinności. Pozwoliliście, by przeżył jeden z naszych największych wrogów. Nie wyciągnęliście też z niego żadnych informacji. Zdajecie sobie sprawę, że to poważne przewinienie?
– Tak – odpowiedział mężczyzna, mimowolnie chwytając się za zakrwawiony opatrunek.
– W dodatku pozostawiliście ślad, który może was zdemaskować. Zlekceważyliście przeciwnika.
– Nie mam nic na swoją obronę. Zanim Wasza Ekscelencja wyda postanowienie, proszę jedynie o uwzględnienie mojego oddania. Przyjmę każdy los, jaki będzie mi pisany – mężczyzna mówił pewnie, jednak w gardle czuł piekący smak kwasu żołądkowego.
– Właśnie wasza dotychczasowa służba zaszczyciła was audiencją u mnie. Wzięliśmy to pod uwagę i dlatego Uświęcony przyprowadził ciebie tutaj. W nagrodę za swą wierność gwarantuję wam szybką i bezbolesną śmierć.
Mężczyzna z zabandażowaną ręką nawet nie zdążył zrozumieć sensu wypowiedzi Pierwszego. Zakapturzona postać stojąca za nim obezwładniła go zastrzykiem. Nieświadomy upadł na podłogę. Druga iniekcja zawierała truciznę.
Po kilku sekundach było już po wszystkim.


Michał Nowina
Odcinek 11.

– Karmel, skąd ty u licha wiesz, że w tej hacjendzie jest twój kuzynek?
– Stul dziób, Marco. Jestem pewna, że go tutaj więżą.
– Ładne więzienie – zarechotał. – Jakby mnie gliny przymknęły, chciałbym się znaleźć w takiej celi. Mam jednak pytanie: przeczucie przeczuciem, ale pewności nie ma, że on tam jest, prawda?
– Spójrz ślepoto na okno na pierwszym piętrze – powiedziała Dorota chwytając towarzysza za kark i pokierowała jego głową.
– Sam bym zauważył – mruknął pod nosem.
Denerwowały go te bezpośrednie zachowania Karmel. Znosił to jednak dzielnie, ponieważ fascynowała go jak żadna inna kobieta. Lubił zdobywać panienki, owszem. Zresztą z Dorką też próbował, ale dostał po łapkach. Od tej chwili stała się jego niedoścignionym marzeniem. Od roku nie przeleciał żadnej chętnej laluni. Jego celem stało się zdobyć Karmel. Tym razem jednak nie chodziło mu o seks. Pragnął, żeby zauważyła w nim mężczyznę godnego jej zainteresowania.
Teraz jednak jedyne na co mógł liczyć, to jej złośliwości. Nie pozostała zresztą dłużnana to mruknięcie i skwitowała, że z jego spostrzegawczością nie zauważyłby na ciemnym tle świecącej dupy. Oj, nie szczędziła mu złośliwych słówek, ale za to właśnie ją kochał.
Antoni widząc kuzynkę szybko zgasił światło w pokoju. Kiedy Marco to zauważył, chciał już ruszyć do przodu, ale Dorota go zatrzymała.
– Co jest? Muszę przecież przyprowadzić tego niedojdę – szepnął przyciśnięty do ziemi.
– Sam przyjdzie – odpowiedziała.
– Niby jakim cudem? Przecież to atrapa faceta.
– Nie znasz go – stwierdziła z nutą dumy – On tylko tak niepozornie wygląda, ale sprytny jest niczym MacGyver.
– To czego ciągle się z niego nabijasz? – odparł nie kryjąc zdziwienia.
– Bo to mój kuzyn. Twój uwsteczniony mózg tego nie zrozumie – skwitowała krótko.
– Ciebie mózg Einsteina by nie zrozumiał, moja droga.
– Chcesz żyć, to się zamknij – warknęła Dorota i spojrzała w stronę okna na pierwszym piętrze.

Antek wyszperał w szafce pielęgniarki plaster nawinięty na szpulkę. Cieszył się, że okna są wyposażone w zwykłe, a nie zespolone szyby. Jedną z nich, znajdującą się w dolnym dziale skrzydła balkonowego, gęsto okleił plastrem, tworząc siatkę. Założył buty i kopnął w szklaną połać, która popękała i z delikatnym chrzęstem wypadła z okna. Dzięki siatce z plastra szyba nie narobiła dużego hałasu.
Antoni odczekał chwilę by sprawdzić, czy ktoś nie usłyszał jego próby ucieczki. Chociaż dla niego ten delikatny chrzęst był niczym huk pioruna, to jednak nikt na niego nie zareagował. Wyślizgnął się więc na balkon i tak jak poprzednio zszedł szybko na dół. Od krzaka do krzaka, skradał się do grupy drzew, gdzie ostatnio widział Dorotę. Oczywiście już jej tam nie było. Stała z Marco przy jeepie. Zadowolony, szybko przeskoczył płot. Kiedy jednak dotknął ziemi, usłyszał z boku szczęk przeładowywanej broni.
– Gadaj suko dla kogo pracujesz, albo odstrzelę ci łeb!
– Karmel, to ta idiotka Bielska! – jęknął Marco, podnosząc ręce do góry.
– Zamknij się palancie. Gdybym mogła, ciebie bym zastrzeliła na miejscu. Jak wy wytrzymujecie z takim czymś? – krzyknęła Justyna nie opuszczając broni.
Dorota uśmiechnęła się szelmowsko do Marco.
– Jak zwykle nie masz racji, biedaku.
– W czym? – spytał zdezorientowany.
– Pani oficer jest bardzo inteligentną osóbką. Z miejsca się na tobie poznała. Swoją drogą, mogła by jednak lepiej sprawdzać rodzinę osoby, którą ma zamiar porwać. Jestem kuzynką Antoniego i przyjechałam zabrać go do domu. Nie jest o nic oskarżony, więc chyba ma prawo decydować, gdzie chce być? – tym razem jej karmelowe oczy patrzyły prosto w twarz policjantki.
– Rodzina, nie rodzina, nie pozwolę wam go zabrać. Muszę go chronić, jest w niebezpieczeństwie.
– Hola! To usypianie chloroformem jest formą zapewnienia bezpieczeństwa?! Wypadałoby jednak mnie spytać o zdanie! – wrzasnął zdenerwowany Antoni.
– Wszystko w porządku, pani inspektor? – spytał mężczyzna, który wyłonił się zza drzew w ogrodzie.
– Tak, Wojciechu – odpowiedziała Justyna.
– Na ziemię !!! – krzyknęła nagle Dorota i upadła na asfalt. Marco natychmiast uczynił to samo. Antek znał zdolności swojej kuzynki. Nawet nie zastanawiał się dlaczego, tylko błyskawicznie rzucił się na Justynę, przykrywając ją ciałem.
Tylko Wojciech nie upadł. Zanim zrozumiał co się stało, leżał z przestrzeloną głową.
– Do samochodu! – komenderowała dalej Dorka.
Marco pomógł Antoniemu podnieść policjantkę z ziemi i wepchnęli ją do auta. Zanim drzwi się zamknęły, Karmel ruszyła już z piskiem opon. Kolejny pocisk roztrzaskał boczne lusterko. Dorota jednak prowadziła pewnie, wciskając w podłogę pedał gazu. Chciała jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem strzelca, który z zimną krwią zabił tamtego policjanta.


Weles
Odcinek 12.

– Karmel, moja droga – długowłosy wychylił się kawałek do przodu z tylnego siedzenia – Wyjaśnij mi łaskawie, czemu to nie ja prowadzę? – uniósł nonszalancko brwi.
– Bo jesteś zajęty pilnowaniem, by pani detektyw i Antoś byli spokojni i nam zaufali? – westchnęła tylko, nie dając po sobie poznać, jak bardzo boi się w głębi duszy. Strzelano do nich z pieprzonej snajperki! Za oknami migały im przelatujące szybko drzewa powoli gęstniejącego lasu, a jej wydawało się, że w każdej chwili może ujrzeć wystającą z pomiędzy gałęzi lufę karabinu.
– Ja niemal zawsze jestem spokojna – odezwała się Justyna, której oczy zupełnie nic nie wyrażały.
– Teraz musimy się za to zabrać na poważnie. Wszyscy! – stwierdził dobitnie Antoni, zaciskając szczęki i pięści. – Nie możemy wchodzić sobie pod nogi i tym samym wpychać nawzajem głów pod topór.
– Tylko ja powiedziałbym to lepiej! – wtrącił Marco, szczerząc swe niebrzydkie zęby w szelmowskim uśmiechu.
Wszyscy postanowili skwitować to milczeniem, co było reakcją w sumie właściwą.
– W sumie.. wiem co zrobić, by rozluźnić atmosferę – nagle Marco udawanie spoważniał.
– Chcesz rozluźniać atmosferę, gdy grozi nam śmierć.. ? – pani detektyw widać nie była w stanie traktować go inaczej, niż z góry. Marco w tym czasie jednak odwrócił się i na tyle samochodu znalazł pudełko z płytą CD. Opanowanej i kalkulującej Bielskiej okłada i zawartość nie interesowała, Antoś ciekawski z natury rzucił okiem w stronę płyty, ale nie zobaczył za wiele poza nazwą kapeli.
Saxon.
– Denim & Leather…? – mruknęła Karmel – Mam to włączyć?
– Nie, podałem ci ją po to, żebyś mogła zobaczyć, jakie mają ładne logo – ponaglił Marco – Wiesz, Karmelku, jeśli niedługo umrzemy, to nasłuchajmy się chociaż przed śmiercią dobrej muzyki – pokazał jej język.
Dorota uśmiechnęła się, bo w duchu podzielała podejście swego towarzysza. Może jeszcze jego optymizm będzie przydatny w tej dołującej eskapadzie?
Wtedy z głośników rozległy się pierwsze dźwięki sławetnego „Princess of the Night”, bodaj największego z hitów Saxona.
– Tylko nie zaczynaj się chwalić ciekawostkami o zespole czy czymkolwiek, bo zaduszę – upomniała na starcie Karmel.
Justyna Bielska, obowiązkowa pani detektyw, w towarzystwie tej przeuroczej kompanii, przygotowywała się wtedy psychicznie na nadchodzące przeciwności. A może raczej nadchodzący burdel, co było nie mniej trafnym określeniem.


Michał Nowina
Odcinek 13.
(nie mogłem sobie podarować, żeby nie napisać czegoś pod tym numerem) 😉

Jeep mknął przez las, a jego kabinę wypełniły dźwięki klasycznego rocka. Antoni stwierdził, że ten długowłosy indywidualista ma całkiem niezły gust muzyczny. Sam jednak z rockowych zespołów bardziej wolał Queen i symfoniczne brzmienie Within Temptation. Teraz jednak nie muzyka była mu w głowie. Do tego Marco rozpraszał go, kiedy rzucał swoją grzywą w takt muzyki i udawał, że gra na gitarze.


Michał Nowina
Odcinek 14.

Antek był coraz bardziej rozdrażniony. Nie mógł się skupić, a do tego cały czas miał wrażenie, że przez dźwięki muzyki dochodzi go głos dziadka. Kiedy jednak klasyczny rock zmienił się w szarpany jazgot metalu, nie wytrzymał. Zwinnym susem przeskoczył na przednie siedzenie pasażera i wyłączył odtwarzacz.
– No wiesz, zgredzie? Co ci muzyka przeszkadza? – obruszył się Marco i wychylił się między przednie siedzenia, żeby z powrotem włączyć muzykę.
Antoni chwycił go za rzemień zawieszony na szyi i przyciągnął do siebie.
– Zacznij się zachowywać normalnie, pajacu – warknął i pchnął go na tylną kanapę. Marco chciał się podnieść, ale w tym samym momencie poczuł lufę pistoletu Justyny wbijającą się w jego bok.
– Pan Antoni ma rację. Teraz potrzeba nam spokoju i jeżeli nie dostosujesz się do tego, to zastrzelę ciebie na miejscu.
– Widzę, że pani oficer ma zdolności wychowawcze. Jeszcze nie widziałam, żeby ten pokraka z miejsca się tak uspokoił – Dorota uśmiechnęła się i zdjęła nogę z gazu. Kiedy jej kuzyn siedział obok, czuła się pewniej i strach zaczynał ustępować miejsca trzeźwemu myśleniu.

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Literacki performance

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #4

304 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Jagoda Dżejdża Niemczycka

Odcinek 7

Marco odłożył słuchawkę i uśmiechnął się dumnie do własnego ego. Cóż, to normalne, że Karmel zwróciła się do niego z taką sprawą, nie od dziś przecież wiadomo, że to właśnie on sprawdza się w tak ekstremalnych sytuacjach najlepiej!
Zarechotał triumfalnie do własnych myśli. Z odmętów jego narcystycznego umysłu zdołał się jednak przebić cichutki głosik zdrowego rozsądku, który ironicznie przypomniał: „No tak, jest tylko jeden mały problem: jakim cudem masz zamiar w tak krótkim czasie zorganizować ekipę „ratunkową”, opracować cały plan uprowadzenia Antosia i wreszcie zrealizować go tak, by uniknąć glin, komisariatu i wszystkich konsekwencji?”
– Szlag by to wziął! – zaklął Marco pod nosem.
Wiedział jednak, że prędzej czy później opracuje plan idealny. Znany był przecież z tego, że z każdej utarczki wychodził zwycięsko.

Leżąca na szpitalnym stoliku komórka Antoniego przeszyła ciszę głośnym dzwonieniem. Z początku jej właściciel próbował ignorować natarczywy sygnał, widocznie jednak ktoś, kto chciał się do niego dodzwonić, wykazywał się ogromną determinacją, nie dawał bowiem za wygraną – telefon rozbrzmiewał raz za razem, wprawiając Antoniego w coraz większą irytację. W końcu zrezygnowany doczłapał do stolika i nacisnął przycisk odbioru.
– Słucham?! – warknął nieprzyjemnie.
– Co się Antosiu tak pieklisz, to tylko ja, Dorotka! – usłyszał z drugiej strony tak dobrze znany mu głos. Głos, którego oczywiście w najmniejszym stopniu nie miał ochoty teraz słyszeć.
– Dorota! Do jasnej cholery! – wybuchnął Antoni. – Nie wiem czy wiesz, ale jestem teraz w szpitalu, po tym jak kilku zbirów napadło na mnie i stłukło do nieprzytomności! Naprawdę nie mam teraz ochoty na pogaduszki!
– Spokojnie kuzynku, spokojnie. Wiem już o wszystkim, mam swoje własne źródła informacji. Jeżeli mi nie wierzysz, zastanów się, w jaki sposób stałeś się posiadaczem komórki.
„Co? To Dorota mi ją kupiła?”- zdziwił się Antoni. Przypomniał sobie, że gdy wybudził się ze śpiączki, personel szpitala przekazał mu komórkę jako prezent od „kogoś z rodziny”. To musiała być sprawka Doroty!
– A więc przestań się na mnie wydzierać, i radzę, posłuchaj uważnie, bo sprawa jest poważna – kontynuowała ze spokojem godnym stoickiego filozofa.
„Jakbym tego nie wiedział!”- pomyślał z irytacją Antoni, lecz posłusznie zamilkł. Jednakże po dłuższej chwili wsłuchiwania się w monolog kuzynki nie wytrzymał i wybuchł:
– Co?! Dorota, ty chyba już całkiem oszalałaś! Przecież ja jestem teraz na rehabilitacji po ciężkich urazach, a ty masz zamiar razem z tym twoim podejrzanym typem, Marco, czy jak mu tam, wykraść mnie ze szpitala i wywieźć nie wiadomo gdzie?! – pod wpływem jego wrzasku szklana żarówka, wisząca na suficie zachybotała się lekko.
– Posłuchaj, ty baranie! Po pierwsze, zamknij to paszczydło i z łaski swojej wyrażaj swą irytację nieco ciszej, bo zapewne nie jesteś w tym szpitalu sam – odparła trochę już zdenerwowana Dorota.
„No tak. Ma rację”- pomyślał stropiony Antoni. Wyjrzał zlękniony na korytarz. Na jego szczęście większość pielęgniarek musiała przebywać akurat w innej części oddziału, jego potępieńcze wrzaski nie wywołały więc zbytniego poruszenia.
– Po drugie – kontynuowała Dorota – nasz plan jest niestety konieczny do zrealizowania, ponieważ w całą sprawę nie powinny mieszać się gliny. Wiem trochę więcej od ciebie, radzę ci więc grzecznie posłuchać i zrobić wszystko, co ci każę, inaczej możesz przypłacić tę sprawę życiem, zrozumiano?
Antoni poczuł się zdezorientowany. Kompletnie nie wiedział już komu wierzyć i co w tej sytuacji począć.
– No i jak? Dotarło coś wreszcie do ciebie? – zapytała z przekąsem Dorota.
– Czekaj chwilę, muszę się zastanowić – odrzekł.
– No dobra. Tylko szybko. Nie mamy zbyt wiele czasu.
Zapadło milczenie. Po dłuższej chwili Antoni, choć wcale nie taki pewien tej podjętej na szybko i pod przymusem decyzji, odparł:
– Dobrze. Powiedzmy, że ci wierzę i będę się ciebie słuchać, choć wcale nie jestem przekonany do tego twojego szalonego planu. Przedstaw mi więc proszę szczegóły i sposób realizacji – westchnął ciężko.
– Wiedziałam, że w końcu się zgodzisz. Słuchaj więc uważnie: jutro o 10:00 Marco przyjdzie do szpitala i przedstawi się jako twój brat. Ubłaga jakoś oddziałową, żeby wypuściła was na mały spacerek po szpitalnym parku. Niepostrzeżenie wymkniecie się poza teren placówki, gdzie będę czekać już ja w zaparkowanym nieopodal samochodzie. Reszty dowiesz się na miejscu.
– Ale zaraz, Dorota! – jęknął – Przecież ja jestem ledwo cztery tygodnie po wypadku! Pielęgniarki za nic nie zgodzą się na żaden spacerek!
– Spokojnie Antoś, spokojnie – odparła – Marco to gość o niezwykłym darze przekonywania i zjednywania sobie ludzi. Jestem przekonana, że cała akcja się powiedzie, inaczej bym go w to nie angażowała.
– Skoro tak mówisz… – zamyślił się Antoni.
– Tak, jestem tego pewna. No to co, Antoś, bądź w gotowości jutro przed 10:00. Schowaj gdzieś komórkę i kilka najpotrzebniejszych rzeczy i staraj się nie wzbudzać swoim zachowaniem żadnych podejrzeń. Widzimy się jutro. Na razie – zakomunikowała, po czym rozłączyła się.
Wyczerpany Antoni opadł na szpitalne łóżko. Był zmęczony całym tym słowotokiem Doroty i jak na razie nie miał ochoty myśleć, co przyniosą mu najbliższe godziny. Wyglądało na to, że następny dzień okaże się długi i pełen niespodzianek.

Następnego dnia Antoni obudził się dość wcześnie i już od samego rana zaczął czynić przygotowania do zbliżającej się eskapady. Spakował do (na szczęście dość pojemnych) kieszeni dżinsów komórkę, portfel i wszystkie potrzebne dokumenty. Porządkując szpitalne szuflady, natknął się na coś dziwnego pomiędzy stertą ubrań – była to mała karteczka z łacińskim napisem. Antoni miał wrażenie, że słyszał już kiedyś to stwierdzenie, niestety luki w pamięci nie pozwalały mu przypomnieć sobie kiedy, ani w jakich okolicznościach się już z nim spotkał. Intuicja podpowiadała mu jednak, że karteczka ta ma jakieś istotne znaczenie dla całej sprawy, schował ją więc do kieszeni spodni, wsuwając między dokumenty. Spojrzał na zegarek wiszący na ścianie – powoli zbliżała się 10:00, Marco powinien już niedługo się pojawić.
Po chwili usłyszał głośne pukanie do drzwi, po czym do pokoju weszła pielęgniarka, a za nią wysoki mężczyzna. Antoni zdębiał. Marco miał długie, ciemne włosy, czarną skórzaną kurtkę narzuconą niedbale na koszulkę i nogi obute w ciężkie ( i nawiasem mówiąc niezbyt czyste) glany – to wszystko wywarło na Antku dość imponujące wrażenie.
– Panie Antoni, ten człowiek podaje się za pańskiego brata i przyszedł pana odwiedzić. Czy chce pan się z nim widzieć? – zapytała pielęgniarka.
– Tak, oczywiście! Witaj braciszku, dawno się nie widzieliśmy! – wykrzyknął Antoni, starając się, by jego udawana radość zabrzmiała jak najbardziej autentycznie.
– Dobrze. W takim razie zostawiam panów samych – zgodziła się pielęgniarka i skierowała się w stronę wyjścia.
Jego nowy gość wykrzywił się w fałszywym uśmiechu, gdy wychodziła, po czym wyciągnął rękę w stronę Antoniego.
– Jestem Marco, ale o tym pewnie już wiesz. Karmel przedstawiła ci cały plan, prawda?
„Karmel?”- zastanowił się Antek. A no tak, to pewnie jakaś ksywka Doroty, że też nie przyszło mu to od razu do głowy!
– Tak.. tak, oczywiście. Wiem, że macie mnie podstępem wyprowadzić ze szpitala i gdzieś wywieźć, w dalszym ciągu nie wiem jednak gdzie, w jakim celu, i o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi – zauważył kąśliwie Antoni.
– Ciii… nie tak głośno – upomniał go Marco – dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. A teraz poczekaj tu chwilę, pójdę przekonać tę kobiecinę, żeby wypuściła nas na „spacer”- powiedział, po czym z cichym westchnieniem skierował się w stronę dyżurki pielęgniarek.
Nie minęło nawet pół godziny, a jego towarzysz już był z powrotem.
– No i jak? Zgodziła się? – zapytał lekko przejęty Antoni.
– Tak, w końcu udało mi się ją przekonać. Strasznie zrzędliwe babsko, nie bardzo chciała ustąpić, ale jakoś ją zmęczyłem. W końcu jestem Marco, przede mną i moim urokiem nikt się nie oprze – wyszczerzył zęby w triumfalnym uśmiechu.
„Cóż za zadziwiająca skromność”- pomyślał z irytacją Antoni. Był jednak pod wrażeniem zdolności konwersacyjnych przyjaciela Doroty.
– Lepiej jednak szybko się stąd zmywajmy – zauważył Marco i zerknął na zegarek. – Jest już trochę późno, a coś mi się wydaje, że ta pielęgniarka może należeć do osób szybko zmieniających zdanie. Poza tym… zapomniałem zapytać: co z glinami? Dalej się tu kręcą, czy dali ci na razie spokój?
– Na razie śledztwo stoi w miejscu, niewiele pamiętam z tamtych zdarzeń, nie byłem zbyt pomocny. Raczej nie powinni nas zaskoczyć, ale masz rację, na wszelki wypadek należy się spieszyć – odparł trzeźwo Antoni, po czym dżwignął się ciężko z łóżka i zaczął ubierać . – Chodźmy więc, jestem gotowy.
– Dasz radę sam zejść na dół, czy mam ci pomóc? – zapytał Marco z ledwo wyczuwalną troską w głosie.
– Nie, dam sobie jakoś radę sam – odparł Antek zdecydowanym głosem. Co prawda wciąż miał pewne trudności z chodzeniem, a rehabilitacja ciągle trwała, nie chciał jednak wyjść na mięczaka i uciekać się do pomocy tego typa.
– Dobrze, jak tam sobie chcesz – zgodził się Marco, po czym zdecydowanym krokiem wyszedł na korytarz. Antoni poczłapał za nim, szybko jednak przekonał się, że nie jest w stanie dorównać kroku swojemu towarzyszowi.
– Może jednak potrzebujesz pomocy, co, chojraku? – zaśmiał się Marco i wziął Antka pod rękę. – Chodź, musimy się spieszyć.
Gdy mijali dyżurkę, drogę ni stąd ni zowąd zastąpiła im pielęgniarka.
– Panie Antoni, szczerze powiedziawszy, nie podoba mi się ten pomysł. Jeśli jednak koniecznie potrzebuje pan świeżego powietrza, proszę pamiętać, by nie przebywać zbyt długo na dworze i koniecznie wrócić na obiad – westchnęła zrezygnowana.
– Ależ oczywiście! Zapewniam panią, że nic się waszemu pacjentowi nie stanie! Przyprowadzę go z powrotem za jakąś godzinę. Obiecuję! – uśmiechnął się słodko Marco, po czym popchnął Antka w stronę windy. – Do widzenia!
Gdy już stara i lekko trzeszcząca winda przetransportowała ich na sam dół, Marco pomógł Antoniemu dojść do drzwi frontowych i zejść po schodach prowadzących na plac przy szpitalu. Byli wolni! Teraz należało tylko nie wzbudzając niczyjego zainteresowania przemknąć się poza teren szpitala, gdzie czekała już na nich Dorota.
– Posłuchaj – szepnął mu do ucha jego towarzysz – musimy zachowywać się jak najmniej podejrzanie. Udawajmy po prostu, że sobie spacerujemy i jesteśmy zajęci wdychaniem świeżego powietrza, nikt nie zwróci uwagi, jeśli stopniowo będziemy oddalać się od szpitala.
Zbliżali się już do głównej bramy. Rzeczywiście, gdy wyszli poza teren placówki, nikt nawet tego nie zauważył. Antoni rozejrzał się – granatowy mercedes Doroty zaparkowany był tuż przy samym ogrodzeniu, a ona sama stała nieopodal, spoglądając w ich stronę.
– No nareszcie! – zawołała, gdy tylko się zbliżyli – już myślałam, że wszystko piorun strzelił i trzeba będzie układać cały plan od początku. A teraz wsiadaj, Antek. Musimy się śpieszyć i spadać stąd, zanim personel dowie się o twoim zniknięciu!

 

Michał Nowina

Odcinek 8

Kiedy tylko podszedł do samochodu, z piskiem opon podjechały dwa czarne VW Transportery. Odsunęły się boczne drzwi i z każdego z nich wyskoczyło kilku zamaskowanych mężczyzn. Gazem łzawiącym obezwładnili Dorotę i Marco. Antoni chciał zawołać o pomoc, ale na jego ustach i nosie spoczęła szmatka nasączona chloroformem.

Obudził się znowu w łóżku. Obok stała pielęgniarka i regulowała kroplówkę.
Chwycił ją za rękę i szarpnął do siebie.
– Gdzie ja jestem?! – syknął ze złością.
– Proszę się nie obawiać. W bezpiecznym miejscu – odpowiedziała mu z uśmiechem.
W tym momencie do pokoju wszedł doktor Krzyś.
– Panie doktorze! Co to ma znaczyć? – wzburzył się Antoni – Niech pan nie mówi, że jest pan w zmowie z tymi bandziorami?
– Jeżeli policję można nazwać bandziorami, to tak – zażartował lekarz. – Jest pan w wielkim niebezpieczeństwie, dlatego dałem się namówić pani detektyw na to pseudo porwanie. Zresztą wszystko sama panu opowie.
Po chwil do pokoju weszła Justyna.
– Witam pana. Jak się dzisiaj pan czuje? – zapytała ironicznie.
– Zważając na to, jaką przeszedłem rehabilitację, to pytanie wydaje się retoryczne – zripostował cierpko Antoni.
– Oho, wstępne uprzejmości zostały już wymienione – wtrącił doktor Krzyś. – Podejrzewam jednak, że dalszej treści rozmowy nie chcę znać, więc zostawię was samych – to mówiąc wyszedł.
– Widzę, że cięty humor pana nie opuszcza. Ustalmy jednak jedno. To na mnie nie działa, nie pozbędzie się mnie pan za pomocą niedomówień, kłamstw, tajemnic
i marnego dowcipu. Rozumiemy się?
– Jak najbardziej, pani detektyw. Myślałem jednak, że moje poczucie humoru bawi panią.
– W innej sytuacji może tak, ale nie wtedy gdy wokół giną ludzie, i jakiś zadufany w sobie zgarniacz pyłu z porozbijanych skorup zwodzi mnie na manowce.
Antoni zrozumiał, że ta kobieta naprawdę się przejmuje tą całą sytuacją, i wbrew ogólnie przyjętemu wizerunkowi policjanta jest piekielnie inteligentna. Już wcześniej czuł, że może jej zaufać, mimo to był wciąż wewnętrznie rozdarty, czy może zdradzić jej sekret dziadka. Pani Zuzanna umierając powiedziała jednak, że strażników jest coraz mniej. Był także świadom tego, iż sam nie da rady rozwikłać tej tajemnicy, nie mówiąc już o możliwości obrony przed tymi bandytami, którzy go tak załatwili. Jest sam, chyba nie ma wyboru. Co robić?
Nagle usłyszał wyraźnie głos dziadka: „Antoś, chłopcze, zaufaj jej. Ona ciebie nie zawiedzie”. Przeraził się tego. Prawdę mówiąc nie wiedział, co się z nim dzieje. Policjantka najwyraźniej niczego nie słyszała. Cały czas patrzyła mu w oczy i czekała, aż coś powie. „Trudno, raz kozie śmierć – myślał gorączkowo. – „Omamy, nie omamy, ale jeżeli dziadek komuś ufa, to ja też mogę. Kurczę, chyba zaczynam fiksować, słyszę głos z zaświatów. Musiałem naprawdę mocno dostać po głowie. Trudno, raz kozie śmierć”.
Spoglądał na nią, zgnębiony.
– Pani Justyno, chciałbym pani wszystko opowiedzieć, ale sam nie wiem, o co w tym właściwie chodzi, i jestem tak samo zagubiony jak pani – wyznał w końcu. – Ten mój dowcip tak naprawdę jest reakcją na stresująca sytuację. Przepraszam, jeżeli panią uraziłem.
Policjantka jakby trochę złagodniała.
– Przeprosiny przyjęte – odparła już nieco mniej sarkastycznym tonem – ale proszę mnie już więcej nie robić w konia, dobrze? Sprawdziłam tę panią Zuzannę – ciągnęła dalej. – Otóż faktycznie kończyła studia z pańskim dziadkiem. Nazywała się Zuzanna Andler i zrobiła doktorat z archeologii. Potem wyjechała do Stanów i kontynuowała pracę naukową. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że z grupy studentów, która kończyła naukę z pana dziadkiem, prawie wszyscy nie żyją. Poginęli w dziwnych okolicznościach, i to z całymi rodzinami. Z tego co ustaliłam, nie ma wiadomości tylko o jednym koledze pańskiego dziadka, ponieważ zniknął ćwierć wieku temu i słuch po nim zaginął. Kiedy się tego dowiedziałam, od razu postanowiłam pojechać do pańskiego domu. Po prostu czułam, że pan będzie następny.
Antoniemu zrobiło się trochę głupio.
– Przepraszam, zapomniałem podziękować za uratowanie życia – odparł wyraźnie zbity z pantałyku. – Proszę, mówmy sobie po imieniu. Ten pan i pani strasznie mnie krępują, a czuję, że rozwikłanie zagadki, przez którą zginęło tylu ludzi, zajmie nam trochę czasu.
– Też tak uważam – odparła już całkowicie rozbrojona.
– Dobrze, więc jestem Antoni.
– A ja Justyna.
– Miło mi. Prawdę mówiąc, jedyne co pamiętam z wizyty tych drabów w moim domu, to że jednemu odgryzłem kawał palca, i potem dotyk twoich dłoni na mojej głowie. Reszta obrazów jest taka zamazana. Wiem, że coś znalazłem w domu, i że to gdzieś ukryłem, ale nie pamiętam co i gdzie. Próbuję sobie cokolwiek przypomnieć, aż mnie głowa boli, ale mam totalną dziurę w pamięci.
– Spokojnie, spróbuj teraz odpocząć i się nie przemęczaj. Pamiętaj, że dopiero co wróciłeś z krainy umarłych.
– Tak, tak ale mój umysł ma to gdzieś. Cały czas usiłuje odtworzyć, co się wydarzyło tamtego wieczoru. Gdybym mógł wrócić do domu, na pewno bym sobie przypomniał co i gdzie schowałem.
– Niestety, Antoni, ale musisz na razie polegać tylko na swojej dziurawej pamięci. Wiem, że to zabrzmi dziwnie z ust policjantki, ale twoje uprowadzenie jest zrobione trochę poza regulaminem.
Zszokowany Antek nie mógł powstrzymać się od żartu:
– No, no, no, zadziwia mnie pani, pani detektyw. Co się stało, że łamiesz regulamin, Justyno? Co jak co, ale działania poza prawem w twoim wykonaniu się nie spodziewałem.
– Nic w tym nadzwyczajnego – odpowiedziała. – Mieliśmy potężne naciski z góry, żeby umorzyć śledztwo w sprawie twojego dziadka, Pani Zuzanny i ciebie. Sprawy przybierają jednak inny tok, kiedy jedna ze stron jest zaginiona lub porwana, wtedy śledztwa nie można umorzyć, chociażby sam minister nam kazał. Właśnie dlatego nie możesz wytykać nosa z tej dziupli, dopóki nie dam tobie znaku, że coś się dowiedziałam, i że możesz wychodzić z ukrycia.
Po tych słowach nie czekając na odpowiedź swego podopiecznego wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi a klucz.
Antoni siedział chwilę nieruchomo, zaskoczony. W końcu wstał i po cichu podszedł do drzwi. Zaczął nasłuchiwać. W korytarzu słyszał głos Justyny. Rozmawiała po hiszpańsku z jakimś facetem. Jego lodowaty i stanowczy głos nie przypadł mu zbytnio do gustu. Przyklęknął i zajrzał przez dziurkę od klucza. Ujrzał przystojnego, dobrze zbudowanego mężczyznę w eleganckim garniturze, o urodzie typowego macho z Iberii. Mimowolnie skonstatował, że sam, ze swoją niepozorną budową ciała wyglądałby przy nim jak mięczak, chociaż wcale przecież nie należał do słabeuszy. Posługując się dalej takimi kategoriami, to ze swoją pospolitą twarzą i lekko falującymi rudawymi włosami mógłby stanowić odrębną ligę, żeby nie powiedzieć pod-ligę urody mężczyzny.
Trapiło go jednak co innego. A jeżeli te draby znaleźli to, co on schował? – pomyślał. Musiał się koniecznie dostać z powrotem do domu, zresztą wciąż nie był pewien, czy powinien pójść za głosem dziadka. To trzymanie go „pod kluczem” prawdę powiedziawszy nie wzbudziło nazbyt jego entuzjazmu.
Ubrał dres i przyjrzał się oknom. Były zamknięte, ale z pomocą długiej, zakrzywionej pęsety zdołał otworzyć zamek. Wyszedł na balkon i zlustrował teren. Posiadłość była ogromna. Dotykała do jeziora, gdzie przycumowane były dwie łodzie motorowe. Antoni podszedł do brzegu balkonu i z zadowoleniem stwierdził, że zaraz przy barierce przymocowana jest do ściany pionowa rynna. Zsunął się więc po niej powoli i po chwili był na dole.
Zadowolony z siebie, choć pioruńsko zmęczony, stanął na trawniku. Zapomnieli, że porządny archeolog to również wspinacz i grotołaz – pomyślał z uśmiechem. Szybkim krokiem ruszył w stronę przystani. Po głowie tłukło mu się z tysiąc myśli, ale jedna rzecz najbardziej mu zgrzytała: polski detektyw, współpracownik Hiszpan i willa niczym u Carringtonów. Coś tu śmierdzi, i to na kilometr.
Z zamyślenia wyrwał go głos mężczyzny, z którym rozmawiała Justyna.
– Signior Antoni! Signior, proszę się nie wygłupiać!
Antoni nie zamierzał słuchać nawoływań. Od przystani dzieliło go zaledwie dwieście metrów. Puścił się biegiem w jej kierunku. Jednakże w jego stanie bieganie nie było dobrym pomysłem. Kiedy wbiegał na pomost, zakręciło mu się w głowie i stracił równowagę. Chwilę potem znalazł się w wodzie.
Wyciągną go Hiszpan.
– Signior Antoni – powiedział, okrywając go własną marynarką – Justine mówiła mi, że jest pan uparty, ale że głupi, zapomniała powiedzieć.
– Kim do diaska jesteś, żeby mnie osądzać?! – odburknął wściekle Antoni, szczękając zębami – Nie lubię być zamknięty!
– Signior, kim jestem nie mogę powiedzieć. Jednakże proszę mi wierzyć, Justine pana chroni. Nawet nie zdaje sobie pan sprawy, w jakie bagno został wepchnięty. Proszę nam zaufać, inaczej szybko pan dołączy do dziadka.
– Jeżeli mam zaufać, ty musisz powiedzieć mi wszystko co wiesz, inaczej wam nie zaufam za żadne skarby!
– Dobrze. W takim razie chodźmy do domu. Doktor Krzyś pana przebada, a potem porozmawiamy. Uprzedzam jednak : wiedza, którą posiadam, może okazać się dla pana niebezpieczna.
– Niewiedza za to dla mnie jest zabójcza. Stłukli mnie jak schabowego, a ja do tej pory nie wiem za co! Wolę wiedzieć dlaczego zginęło tylu ludzi, i dlaczego chcieli mnie skrócić o głowę. Przynajmniej będę wiedział jak się bronić.
– Dobrze, sam tego chciałeś. Wrócimy do budynku. Osuszysz się i przy szklaneczce brandy spokojnie wszystko tobie opowiem. Na początek zacznę od przedstawienia się. Nazywam się Endarion de Mazer i jestem cywilnym egzorcystą.
– Cywilny egzorcysta?? Coś mi się zdaje, że będzie potrzebna nie szklanka, a raczej cała butelka brandy.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i razem ruszyli do budynku.
Antoni szybko się przebrał w naszykowane mu ubranie i chwilę potem razem z hiszpańskim znajomym schodzili po schodach do biblioteki, gdzie chcieli zasiąść do rozmowy przy wspomnianej brandy.
Niestety, trunek pozostał tylko w sferze marzeń. Przy kominku czekała już na nich Justyna.
– I jak, panie archeologu? Woda w jeziorze ciepła?
Endarion szepnął Antoniemu na ucho:
– Coś mi się zdaje, signior, że brandy przełożymy na inny termin. Przy tej kobiecie nawet zatyczki od karafki nie powąchamy.
Antek mimowolni sie uśmiechnął. Do Justyny jednak odezwał się stanowczo:
– Pani Justyno. Tyle już przeżyłem, że uważam za stosowne poinformowanie mnie, po jak bardzo grząskim bagnie stąpam.
Kobieta spojrzała na niego spojrzeniem, którego by się nie powstydziła kotka przyglądająca się myszy zagonionej w ślepy zaułek.
– Panie Antoni, pan po nim nie stąpasz. Siedzisz pan w nim po szyję, jak nie głębiej.
– Można jaśniej? – zdenerwował się Antoni. – Jedyne co wiem, to to, że z tego powodu zginęła cała moja rodzina. Muszę wiedzieć. Rozumie pani?
Policjantka wskazała mu ręką sofę.
– Proszę, właśnie po to tutaj pana sprowadziliśmy.

*

– Niech to trafi szlag! – warczał Marco, dławiąc się ze złości hot-dogiem w barze na stacji benzynowej. – Dlaczego nie wyszło po mojemu?! Przecież ja nigdy nie przegrywam! Zawsze jest tak, jak ja chcę i dostaję to, czego chcę!
– Nie zawsze – odpowiedziała znużonym głosem Dorota, przyglądająca się w lusterku swoim spuchniętym oczom. Ich widok nie nastrajał jej najlepiej. Lubiła dobrze wyglądać i podobać się innym. Nie była chorą narcyzką, była po prostu kobietą i potrzebowała tego, sama dla siebie. Taki zabieg podbijający produkcję endorfin, dla samej przyjemności. Nic, co by mogło prowadzić do depresji. Dzisiaj jednak była wkurzona. Nie dość że plan nawalił, Antek zniknął, Marco histeryzuje, to jeszcze sama wygląda jakby podbito jej oczy. Przez to wszystko nie może się skupić i wyczuć, gdzie jest jej kuzyn.
– Jak to nie zawsze? – oburzył się Marco, dopychając jej hot-doga, czym wyrwał ją z otępienia.
Uśmiechnęła się i wychyliła w jego stronę.
– Wiesz, uroczy jesteś, kiedy wyłazi z ciebie mały, rozkapryszony dzieciak – rzuciła kpiąco. – Trochę mi ciebie żal, ale chyba nie muszę ci przypominać, jak rok temu próbowałeś zaciągnąć mnie do łóżka. Owszem, przyznaję, starałeś się bardzo, ale za cienki Bolek z ciebie, żeby mnie tak łatwo przelecieć.
Słysząc te słowa, długowłosy o mało nie udławił się parówką.
– Karmel, gdyby nie ja, to dzisiaj byś oberwała! – odparł z wyrzutem, wyraźnie dotknięty.
Dorota zdusiła śmiech.
– Zastanawiam się, czy potraktowano nas tym samym gazem. Mnie palą jedynie oczy, ale tobie chyba wypaliło mózg. Dostałeś pieprzówką i porządnie z piąchy w splot słoneczny. Mnie tylko pchnęli i na szczęście zdążyłam zamknąć oczy, więc szybko odzyskałam wzrok. Tylko dlatego zdołałam wciągnąć do auta twój tyłek i odjechać, zanim przyjechała policja. Więc nie licytuj się mój miły, ok?
– Ok, ok – skwitował pojednawczo. – Ciekawi mnie tylko, kim byli ci gnoje.
– Gliny.
– Jak to gliny, po co, i w ogóle skąd to wiesz? – wyrzucił jednym tchem – Zresztą, ty ciągle wiesz coś o rzeczach, o których słyszę w wieczornych wiadomościach.
– Sama nie wiem, ale powinnam się domyśleć, że coś jest nie tak. Za gładko poszło. Kiedy przyniosłam komórkę Antkowi, jego sala była pilnowana. Dzisiaj żadnej ochrony, dosłownie nikt nie protestował, że ta fajtłapa mój kuzyn wyłazi na spacer. A gdy tylko znalazł się za bramą szpitala, podjechały te dwie czarne taksówki.
– Skoro uważasz, Karmelku, że to byli niebiescy, to powiedz mi : jaki mieli cel w porywaniu tej parodii człowieka, jaką jest Antek?
– Sądzę, że stoi za tym ta czarnowłosa pięknisia, pani Bielska. Jeżeli zrobi coś Antkowi, to jej oczy wydrapię.
– Jak na razie, Dorotko, to sama masz nieźle spuchnięte oczy – zauważył z przekąsem.
– Zanim powiesz coś takiego kobiecie, spisz testament, niedojdo – sarknęła poirytowana. – Teraz, chcąc czy nie, musisz mi pomóc. Auto zostawię w lesie, a my skoczymy po twojego jeepa.
– Zaraz, jeszcze mi piwa nie postawiłaś za akcję w szpitalu! – zaoponował Marco.
– Nie przeginaj! – fuknęła. – Uratowałam twój zafajdany tyłek, postawiłam hot-doga, do tego zeżarłeś mojego, więc piwo sam sobie kupisz po wszystkim. A teraz rusz się, nie ma czasu do stracenia!

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Literacki performance Varia

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #2

334 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Michał Nowina, Dida (Forum miłośników „Sagi o Ludziach Lodu” PIFF ) 

Odcinek 3

Kiedy tylko Antoni wyłączył komórkę, rozbrzmiał dzwonek okrutnie starego telefonu dziadka, pamiętającego niechybnie jeszcze czasy Churchila. Nie podejrzewając niczego wstał i przeszedł do kuchni w przekonaniu, że ktoś ze znajomych czy krewnych  dzwoni z kondolencjami – odebrał już wcześniej kilka takich rozmów.
– Halo? – zapytał znużony, odpowiedziała mu jednak głucha cisza. Doprawdy świetny moment na strojenie sobie żartów, pomyślał z irytacją. Miał już zamiar odwiesić słuchawkę, gdy usłyszał głos:
– Panie Antoni? Niech pan się nie rozłącza…
Był to ciepły melodyjny głos kobiecy. Przemknęło mu przez myśl, iż zna skądś ten głos, lecz po namyśle stwierdził, że chyba jednak nie.
– Tak, słucham? – usłyszał swoją własną odpowiedź.
– Jest coś, co chciałabym z panem przedyskutować.. aczkolwiek obawiam się, że to nie jest rozmowa na telefon. Czy możemy się spotkać w ulubionej kawiarni pańskiego dziadka? Za 30 minut tam będę. Proszę się spieszyć!
– Ale… – zaczął, nieznajoma jednak zakończyła już rozmowę.
Co się dzieje? Kim jest ta kobieta?
– Ulubiona kawiarnia dziadka… – pomyślał na głos do pustej słuchawki.

Antoni spieszył się jak tylko potrafił. Do umówionego wcześniej spotkania zostało jeszcze parę godzin, miał więc nadzieję, że ogarnie oba terminy.
Niestety, w kawiarni „Literat” był dopiero po 45 minutach.
Znał to miejsce. Jego dziadek zawsze, będąc w pobliżu, wstępował tutaj na herbatę.
Podszedł do baru, przedstawił się i zapytał, czy ktoś na niego nie czeka. Barman ruchem ręki wskazał mu stolik ukryty głęboko w niszy. Siedziała przy nim elegancka, starsza kobieta. Popijała coś ze stylowej filiżanki i czekała.
– Pani do mnie dzwoniła? – zagaił Antoni, przysiadając się do stolika.
– Tak, ja. Z tego co pamiętam, to umawialiśmy się za pół godziny, a jest prawie godzina. Naprawdę, punktualność jest słabą stroną waszego rodu. Twój dziadek też się notorycznie spóźniał, ale nie o to mi teraz chodzi.
– Kim pani jest? – spytał Antoni bez ogródek,  przyglądając się apodyktycznej damie. Wydawało mu się, że zna z widzenia lub z opowieści wszystkich znajomych dziadka. Tej kobiety jednak nie kojarzył. Jej głos znów wydał mu się znajomy, nadal jednak był pewien, że nigdy jej wcześniej nie spotkał.
– To nieważne – nieznajoma zarumieniła się wyraźnie i zaczęła nerwowo skubać chusteczkę trzymaną w ręku. – Mam ci coś ważnego do powiedzenia, a to, kim jestem, nie ma z tym żadnego związku.
– Ale mimo to chciałbym wiedzieć? Chyba gdzieś już słyszałem pani głos.
Kobieta pokręciła głową i zacisnęła usta.
– Dzisiaj rano wróciłam do domu po dłuższej nieobecności. Czekał na mnie stos korespondencji i paczka, nadana przez twojego dziadka. Znalazłam w niej mały pakunek i list z prośbą, żebym to przechowała i wręczyła ci, gdy Jana już nie będzie na tym świecie. Spotkałabym się z tobą wcześniej, ale nie było mnie w kraju.
Po tych słowach nieznajoma sięgnęła po torebkę wiszącą na oparciu krzesła i wyciągnęła niewielki pakunek, zawinięty w zwykły szary papier, przewiązany sznurkiem.
Antoni wziął od nieznajomej paczkę. Była nieduża, może troszkę większa niż paczka papierosów, a wewnątrz coś gruchotało. Bez słowa schował ją do kieszeni – owszem, ciekawiło go co jest w środku, jednakże w tym momencie bardziej interesująca była dla niego sama starsza pani, która zachowywała się w tak tajemniczy sposób.
– Może napiłaby się pani jeszcze kawy lub herbaty? – zagadnął kurtuazyjnie.
Nieznajoma uśmiechnęła się.
– Nie, dziękuję. Dopiero co wypiłam kawę. W moim wieku nie można sobie pozwolić na więcej, a już na pewno na tę sama przyjemność dwa razy pod rząd.
Antoni wciąż bacznie się jej przyglądał. Zawsze miał pamięć do twarzy, miejsc i sytuacji, gorzej natomiast było u niego z zapamiętywaniem imion – dlatego właśnie to uczucie, iż zna skądś tę starszą panią, nie dawało mu spokoju. Jeżeli był pewien że nigdy jej wcześniej nie spotkał, to skąd by miał ją znać?
Starsza pani była teraz bardzo podenerwowana. Udawała, że wszystko jest w porządku, była jednak spięta i ukradkiem rozglądała się po sali.
Antoni postanowił, że za wszelką cenę dowie się, kim jest jego rozmówczyni.
– Bardzo przepraszam panią – zaczął. – Proszę mnie nie zbywać. Jestem pewien, że jako dziecko musiałem widzieć panią u mojego dziadka w domu. Byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł poznać chociaż pani imię. To dla mnie zaszczyt poznać znajomą dziadka, tym bardziej, że do towarzyskich to on nie należał.
– Jak my wszyscy.. – westchnęła.
– Słucham?
– Nie, nic ważnego. Dobrze, młody człowieku. Powiem tylko tyle : mam na imię Zuzanna i od wielu lat byłam znajomą twojego dziadka. Razem studiowaliśmy i przez szereg lat współpracowaliśmy w pracy. O więcej proszę mnie nie pytaj.
– Strasznie pani tajemnicza. Umiem jednak uszanować czyjąś prywatność, dlatego nie będę pani więcej męczył pytaniami.
– Gentelman, jak dziadek – staruszka uśmiechnęła się pod nosem. – Zresztą, jesteś do niego podobny z wyglądu, tyle że masz bardziej okrągłą twarz. Oj, zagalopowałam się. Ja tutaj robię jakieś tajemnice, a pozwalam sobie mówić panu na „ty”.
– Nic nie szkodzi. Jest pani w wieku mojego dziadka. On też mi mówił po imieniu, więc niech pani też mówi mi Antoni.
– Dobrze zatem, Antoni – rzekła na powrót poważniejąc. – Utrzymuję tajemnicę, ponieważ chcę ciebie chronić, i wierz mi, lepiej żebyś nie wiedział przed czym.
– Po takim wstępie to z ciekawości nie będę mógł spać.
– Curator is prime grade insquequo coniecto.*
– Pani Zuzanno, znam łacinę. Wiem, że to pierwszy stopień do piekła.
– W tym przypadku może to być dosłowne, mój drogi Antoni.
– Piekło to ja mam w domu. Jak sobie pomyślę, że muszę posprzątać wszystkie pokoje i na nowo posegregować notatki dziadka, to mi się przysłowiowy nóż w kieszeni otwiera.
– Co się stało, drogi chłopcze?- zapytała Zuzanna wyraźnie zdenerwowana.
– Podczas pogrzebu dziadka ktoś włamał się do domu i wywrócił tam wszystko do góry nogami, a jak wróciłem, to na odchodnem zdzielił mnie czymś ciężkim w głowę.
– Masz szczęście, że żyjesz. Wracaj natychmiast do domu, trochę go uporządkuj i radzę dobrze, nie nocuj w nim.
– Pani Zuzanno, przecież dam sobie radę. Co mi się może stać w moim domu?
– Co? Już raz w głowę oberwałeś. Bądź mądry i mnie posłuchaj.
– Dobrze, jeżeli to takie ważne, to prześpię się w akademiku.
– Dobry pomysł, a teraz wybacz, ale zaraz mam autobus. Muszę już iść. Jeżeli coś się zmieni, odezwę się.
Antoni wstał, żeby podać płaszcz pani Zuzannie.
– Naprawdę było mi bardzo miło panią poznać. Nie mogę się doczekać naszego następnego spotkania.
– Mi również było miło. Jesteś naprawdę miłym młodym człowiekiem.
Pani Zuzanna wzięła torebkę z oparcia krzesła i wyszła z kawiarni.
Antoni ponownie usiadł przy stoliku. Zadumany, siegnął do kieszeni. Chciał już otworzyć przesyłkę od dziadka, kiedy usłyszał pisk opon i huk na ulicy.
Od razu przez myśl przemknęła mu jego nowa znajoma.
Jak z procy wybiegł przed lokal. Na ulicy zgromadził się już spory tłumek gapiów.
– Pewnie weszła mu pod koła! – było słychać z tłumu. – Taka stara baba nie powinna chodzić sama po ulicy, tylko zagrożenie stwarza dla kierowców!
– Co też pan mówi, jakby ten kierowca był w porządku, nie uciekłby z miejsca wypadku!
W tej bezskładnej paplaninie Antoniemu udało się wreszcie przedrzeć przez tłum.
To co zobaczył, przeraziło go : pani Zuzanna leżała na jezdni w pozycji bezwładnie rzuconej lalki, z głową bokiem leżącą na asfalcie.
– Ludzie!!! Wezwijcie karetkę!! Niech ktoś wezwie to cholerne pogotowie!! – krzyknął Antoni podbiegając do pani Zuzy.
– Chłop…chłopcze.. – wykrztusiła.
– Proszę, niech pani nic nie mówi. Pogotowie już jedzie.
– Chłopcze, pamiętaj, destination procuratio ones, quis venustas quoque concero tendo. **
– Co pani mówi? Jakie sznurki?
– Zzz..zrozumiesz, przyjdzie czas, to zrozumiesz… Nostrum, illud quis rectus ut vigilo unus erant yourselves ut stipes…. Pondera non ago. Bids ut latin, vel alius non veneratio vadum wits.
Antoni zrozumiał i również przeszedł na łacinę
– Wits? Quis talis wits? ***
Niestety pani Zuzanna już nie odpowiedziała. Z ust pociekła jej stróżka krwi i przestała oddychać. Kiedy przyjechało pogotowie, lekarz stwierdził zgon.
Wraz z karetką pojawiła się też Policja. Wśród gapiów znalazł się ktoś, kto widział samochód, który potrącił panią Zuzę.
– Panie władzo – mówił wyraźnie podekscytowany sprzedawca z pobliskiego kiosku – To był jak nic pancerny Mesio!
– Mesio??? – zdziwił się policjant.
– Znaczy się Mercedes, panie władzo. Pancerny jak nic, nawet się lekko nie wgiął. Tablice miał zachlapane błotem. To była robota na zlecenie, mówię panu. Wiem, bo w pracy czytam „Śledczego”, a tam piszą o takich sprawach, i to sama prawda jest panie władzo, samiuśka!
– Tak, sama prawda – przytaknął policjant z przekąsem. – Jeżeli się panu jeszcze coś przypomni, proszę zgłosić się na komisariat. Zresztą i tak jeszcze pana wezwiemy na spisanie zeznań.
– Co tylko pan sobie życzy, panie władzo.
Teraz ten sam funkcjonariusz podszedł do Antoniego.
– Znał pan ofiarę?
– Tyle o ile. Pani Zuzanna była znajomą mojego dziadka.
– To proszę go wezwać na komisariat – ciągnął procedurę policjant.
– Z miłą chęcią, ale dziadek nie może przyjechać.
– Nie ma problemu, przyślemy po niego radiowóz.
– I tak się nie stawi. Dzisiaj był jego pogrzeb.
– Proszę pana, niech pan sobie żartów ze mnie nie robi, jestem funkcjonariuszem na służbie! – ofuknął go mundurowy.
– Nie śmiałbym sobie żartów robić z policji, tym bardziej w obliczu śmierci.
– Wie pan co, jak jest pan taki wygadany, to pojedziemy na komisariat i tam porozmawia pan z moim szefem. Zapraszam do radiowozu!
Zrezygnowany Antoni nie stawiał żadnego oporu. Posłusznie wykonał polecenie, jednak funkcjonariusz przez całą drogę nie odezwał się już do niego ani słowem. Najwyraźniej poczuł się urażony.
Na komisariacie kazał mu usiąść na korytarzu i czekać. Antoni grzecznie usiadł, a że czekanie się przedłużało, rozpakował przesyłkę od dziadka.
W pudełku był kluczyk i kartka z napisem po łacinie „Heretofore peto suum identity, duco preterea portrait posterus.
Conjunction sub nether vir pariter vetted profundities , quod manus manus volo thee ero vinum.” ****
Znowu zagadka – powiedział sobie w myślach. Głębia, wino? O co tu chodzi?
Z zadumy wyrwał go kobiecy głos.
– Znowu się spotykamy. Dwa razy w ciągu jednego dnia. Wpierw włamanie, potem śmiertelny wypadek. Albo pan jest w mafii, albo ma paskudnego pecha?
– Zapewniam panią detektyw, że to drugie – odparł  znużony. – Po śmierci pani Zuzanny na pewno to drugie.
Pani Bielska ruchem ręki zaprosiła go do biura.
– Rozumie pan, że teraz będę musiała panu zadać parę pytań dotyczących zmarłej. Domyślam się, że ten telefon, po którym wyszedł pan z domu, był właśnie od niej?
Antoni lekko się zmieszał, niemile zaskoczony faktem, że znajduje się pod obserwacją. Oczy pani detektyw, chociaż ciepłe, wyrażały irytację ich właścicielki, związaną z zatajeniem prawdy.
– Tak, to ona dzwoniła i poprosiła o spotkanie, ale przyrzekam, że nie wiedziałem jaki był jego cel.
– Nie musi pan przyrzekać. Nie wygląda pan na kłamcę, więc powiedzmy, że w to wierzę. Jednakże proszę nie zatajać przede mną żadnych, nawet najdrobniejszych faktów. Pan też dzisiaj oberwał, więc to spotkanie z samochodem mogło być przeznaczone dla pana.

(…)

* ciekawość, to pierwszy stopień do piekła
** kieruje nami przeznaczenie, a przeznaczeniem kierują ci, co pociągają za sznurki
*** Z nas, tych co stoją na straży, tylko jeden ostał się na posterunku. Reszta nie żyje. Mówię po łacinie, bo nie każdy musi wiedzieć.
Wiedzieć? Co takiego wiedzieć?
**** Spójrz pod nogi i zbadaj głębię, a wskazówką niech tobie będzie wino – przypis autora

 

Jagoda Dżejdża Niemczycka

Odcinek 4

Antoni zamarł. No tak, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? Przecież to oczywiste: napad, dziwne telefony, no i nieoczekiwana śmierć tej nieznajomej kobiety.. To wszystko zaczęło się układać w przerażającą całość.
Oblał go zimny pot. Wreszcie dotarło do niego, że znalazł się w samym środku jakiejś szemranej sprawy, z którą niekoniecznie chciał mieć cokolwiek do czynienia. Nie pozostawiono mu jednak wyboru, najwyraźniej znalazł się na czyimś celowniku  i jego zadaniem było teraz przetrwać za wszelką cenę.
– Panie Antoni – z odrętwienia wyrwał go głos funkcjonariuszki. – Musi nam pan teraz opowiedzieć wszystko, co pan wie o ofierze. Jeszcze raz przypominam, że wskazana jest bezwzględna szczerość. Wygląda na to, że śmierć pani Zuzanny nie była zwykłym wypadkiem. Jeśli więc mamy do czynienia z morderstwem, również pan i pańscy najbliżsi nie są bezpieczni. Proszę o tym pamiętać!
– Tak, oczywiście.. – odezwał się Antoni. –  Zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej się znalazłem, i obiecuję, że będę wobec pani szczery. Nie znałem ofiary, choć przez chwilę miałem wrażenie, że słyszałem już kiedyś jej głos..  to chyba jednak tylko złudzenie. Pani Zuzanna co prawda podawała się za znajomą mojego dziadka, lecz nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek odwiedzała go w jego mieszkaniu.
– Myśli pan zatem, że kobieta kłamała, mówiąc, że go zna?
– Niekoniecznie.. – Antoni zamyślił się. – Jej słowa wydawały się szczere. Możliwe, że zwyczajnie nie miałem wcześniej okazji  poznać jej osobiście, dziadek utrzymywał przecież liczne kontakty z dawnymi znajomymi z pracy.
– Dobrze – przytaknęła policjantka. – Załóżmy więc, że pani Zuzanna mówiła prawdę. W jakim celu chciała się z panem spotkać?
Antoni zamilkł. Jakiś głos z tyłu głowy podpowiadał mu, że nie powinien zdradzać policji wszystkiego, że nikt, absolutnie nikt nie powinien dowiedzieć się o pustej szufladzie, tajemniczym liściku i ostatnich słowach pani Zuzanny. Kłóciło się to jednak z jego naturalną szczerością. Antoni nie lubił kłamać i jeśli mógł, starał się za wszelką cenę unikać naginania prawdy. Mimo to podświadomie czuł, że sytuacja ta wymagała takiego postępowania.
– Chciała po prostu złożyć kondolencje – kłamstwo z trudem przeszło mu przez gardło. – Rozmawialiśmy o przeszłości dziadka. Pani Zuzanna opowiadała, że była jego znajomą z pracy, razem pracowali przy wykopaliskach. To była zwykła rozmowa. Mimo wszystko wydaje mi się, że jej śmierć była fatalnym zrządzeniem losu, ta pani była osobą w podeszłym wieku, chciała przejść przez ulicę i mogła najzwyczajniej w świecie nie zauważyć pędzącego samochodu.
– Jest pan pewien? – policjantka zmierzyła go świdrującym spojrzeniem, lecz wytrzymał dzielnie jej wzrok.
– Tak mi się tylko wydaje. Nie zauważyłem w jej zachowaniu niczego dziwnego, czegoś, co mogłoby wskazywać na to, że ta kobieta była zamieszana w jakąś niebezpieczną sprawę.
Pani Bielska spojrzała na niego z pewną troską w oczach. Zadumała się przez chwilę, po czym odrzekła:
– Dobrze. Jeśli tak pan uważa, nie pozostaje nam nic innego, jak dać panu na razie spokój. Miał pan wystarczająco nerwowy dzień. Nie oznacza to jednak, że śledztwo zostanie umorzone. Zginął człowiek, a sprawca zbiegł z miejsca wypadku. Naszym zadaniem jest dopilnować, by okoliczności śmierci pani Zuzanny zostały całkowicie wyjaśnione. Proszę więc na wszelki wypadek uważać na siebie, i jeśli przypomni pan sobie jakiś szczegół, który mógłby być istotny dla całej sprawy, proszę natychmiast zgłosić się na komendę.
– Oczywiście – odrzekł Antoni – zrobię co w mojej mocy, by sytuacja rozwiązała się pomyślnie. A teraz… czy mogę już sobie pójść? Mam trochę spraw do załatwienia w związku ze śmiercią dziadka. Poza tym muszę jeszcze uporządkować całe mieszkanie po dzisiejszym włamaniu – westchnął zmęczony.
– Ma pan rację – przyznała. – Przepraszam, że pana zatrzymujemy, ale rozumie pan, musimy zebrać jak najwięcej zeznań i dowodów. Może pan już wracać do swoich spraw.
– Dziękuję – uśmiechnął się Antoni, po czym skierował się w stronę wyjścia. – Do widzenia pani.
Drzwi komisariatu zamknęły się za nim z cichym kłapnięciem. Uderzyła go fala zimnego, rześkiego powietrza. Było późne popołudnie, środek listopada, powoli zapadał zmrok.
Z odrętwienia wyrwało go nagłe szarpnięcie i natarczywy, kobiecy głos.
– Antoś! Ty baranie! Już myślałam, że wsiąkłeś tam, u tych glin! Pamiętasz jeszcze, że miałeś przyjść pod „Kulawą Pszczołę” ? – zarechotała dziewczyna.
– Dorota, przestań się chichrać! To wcale nie jest śmieszne! – sapnął zirytowany. – Nawet nie wiesz, co przeżyłem przez ostatnie kilka godzin!
Dziewczyna spoważniała i spuściła wzrok. Wiatr bawił się jej gęstymi, orzechowymi włosami, rozwiewając je na wszystkie strony. W dużych, karmelowych oczach można było dostrzec cień lęku.
– Wiem Antoś, wiem. Wiem o wszystkim – powiedziała zdecydowanym głosem. – Chodź ze mną. Musimy porozmawiać.
<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Recenzje

Polskie S-F reaktywacja

331 Wyświetleń

26 i 30 listopada za sprawą Allegro ukazały się w Internecie dwa filmy s-f rodzimej produkcji.

Te krótkie formy to „Smok” i „Twardowsky”, które powstały w ramach projektu „Legendy polskie”.
Reżyserem filmów jest Tomasz Bagiński. Od razu nasuwa się na myśl, że są to produkcje przeładowane efektami komputerowymi – wszak w naszym kraju chyba większego specjalisty w tej dziedzinie nie ma. On jednak udowadnia, że potrafi połączyć oba światy – fabularny i cyfrowy – w zgrabną i przyjemną w odbiorze całość.
Rzadko jestem skory do prawie bezkrytycznego zachwytu, ale tym razem trudno by znaleźć  coś, do czego można się przyczepić.

Pozwólcie, że powiem teraz parę słów o każdym filmie z osobna.

Smok to przeniesiona w realia niedalekiej przyszłości opowieść o potworze. Tym razem nie jest to przerośnięty gad na sterydach i z przewlekłą zgagą. Smokiem w filmie jest terrorysta, który posiada super nowoczesną machinę latającą. Sieje nią zniszczenie w Krakowie i porywa piękne dziewczyny.
No i co w tym nowego? – powiecie – Przerośnięta jaszczurka, czy steryd w bojowym, wypasionym śmigłowcu , to i tak sprowadza się do tego samego.

Powiem szczerze, że na początku też tak spojrzałem na ten film. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że opowieść ta została zainspirowana legendą o Smoku Wawelskim.

To, co uderza w tym obrazie, to potok informacji medialnych. Telewizja, radio, internet wręcz bombardują widza przepływem informacji. Wprost nie idzie za nimi nadążyć. W tym natłoku wiadomości  dramat uwięzionych dziewczyn schodzi na drugi plan. To jest smutne i tragiczne. Uważam to za świetny sposób  przedstawienia takiej sytuacji. Podane to jest w zawoalowany sposób, wręcz podprogowo (widać tu doświadczenie w tworzeniu reklam, jakie posiada Bagiński), ale właśnie to, że nie ma tu łopatologizmu sprawia, że film naprawdę jest wartościowym dziełem. Morał nie jest serwowany na końcu – on przewija się przed naszymi oczyma przez cały czas.
Jednym moim zdaniem minusem tego filmu jest rola młodego konstruktora robotów,  według mnie zagrana bardzo sztywno. Jest to jednak jedyny zgrzyt i nie dewaluuje całego obrazu.
Zakończenia nie będę zdradzał.  Kto wie, być może wśród czytających jest ktoś, kto jeszcze tego filmu nie widział i nie chcę psuć mu zabawy.

Teraz wezmę na warsztat film „Twardowsky”. Któż nie zna legendy o szlachcicu, który zaprzedał duszę diabłu i zamieszkał na księżycu? Film jest w pełni oparty na tej legendzie, tyle że nie mamy tutaj do czynienia ze szlachcicem, a ze współczesnym, bajecznie bogatym celebrytą – na tyle bogatym, że niezauważenie może polecieć na księżyc, gdzie czeka na niego stacja ze wszystkimi wygodami.

Trudno coś napisać o tym filmie, nie zdradzając zaraz całej akcji. Jest jej w sumie niewiele, ale i nie o nią w zasadzie tutaj chodzi. Obraz ten ma bardziej filozoficzny przekaz, oddany  prostym, zrozumiałym dla każdego językiem.
Co w tym ciekawego, spytacie, skoro wszystko zostało wyłożone kawa na ławę?

Otóż film ten ma mega mocna stronę. Jest on świetnie zilustrowany muzyką. Słyszymy  więc dobrze nam znane polskie przeboje, stanowią one jednak nie tylko ścieżkę dźwiękową tej produkcji, lecz także  opowiadają  własną równoległą historię, tworząc swoistą narrację, a ostatni z nich niesie ze sobą głębokie przesłanie.
Co do gry aktorskiej, to muszę powiedzieć, że czuję się dopieszczony – Robert Więckiewicz oraz Aleksandra Kasprzyk dali jej wspaniały pokaz.

Więcej nie napiszę o tym filmie, gdyż wart jest obejrzenia i odkrycia jego przekazu  bez zbędnych zapowiedzi.

Podsumowując : Muszę powiedzieć, że cieszy mnie pojawienie się tych produkcji. Udowadniają, że z naszym kinem s-f nie jest wcale tak źle. Jeżeli tylko znajdzie się sponsor, to można zrobić kawał dobrej roboty. Mam nadzieję, że te filmy, które powstały w ramach kampanii promującej Allegro, będą jaskółkami nowej wiosny rodzimego s-f.

Pozdrawiam i życzę miłego oglądania

Michał Nowina

Literacki performance Varia

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #1

387 Wyświetleń

Literacki performance to projekt, który powstał dobrych kilka lat temu.  Nie miał on jednak szczęścia i zaliczył długi okres przestoju. Dopiero 11 lutego 2014 roku, dzięki możliwościom, jakie daje Facebook, rozpoczął nowe życie.

Od tego czasu upłynęło już trochę wody w Wiśle i projekt się rozrósł. Wyszedł poza sztywne ramy portalu społecznościowego, rozpoczynając cybernetyczną podróż. Powstała oficjalna zakładka na stronie internetowej, a teraz podjął współpracę z Abyssos.

Nie będę się rozwodził nad regulaminem projektu. Wszystkie informacje znajdziecie na Facebook’owym profilu Literacki Performance oraz na stronie.

Pragnę jednak w tym miejscu podziękować wszystkim, którzy współtworzą czy współtworzyli ten eksperyment ( bez nich by nie zaistniał ), szczególne zaś podziękowania składam na ręce Quievy Kujdowej, która przyjęła na siebie trudną rolę koordynatora projektu. Dzięki niej wszystkie odcinki są piękne i starannie dopieszczone – to ona czesze je z błędów, których nie brakuje w spontanicznym częstokroć akcie tworzenia. Quieva jest też autorką kilku świetnych odcinków.

To by było na tyle w sprawie samego projektu.  Zapraszam Was do lektury, a wszystkich chętnych, którzy chcieliby się zmierzyć z organicznym pisaniem, zapraszam do wzięcia udziału w zabawie.

Jeszcze jedno…  Jeżeli zastanawiacie się czym jest performance literacki, zajrzyjcie pod poniższy link.
Teraz pozostawiam Was z bohaterami naszej opowieści. Znajdziecie tu przygodę, tajemnicę, zbrodnię i fantastykę. Wszak nie może być inaczej, kiedy książkę tworzy kilku autorów równocześnie.

Poznajcie więc „ Tajemnicę pergaminu znalezionego w piwnicy”

Michał Nowina – założyciel L.P.


Następne odcinki ->

Michał Nowina

Odcinek 1

 Antoni ze smutkiem wracał z pogrzebu dziadka do domu, który właśnie odziedziczył.
Znał go dobrze. Każde wakacje i prawie każdy weekend spędzał w tej starej podmiejskiej willi, a ostatnie trzy lata po śmierci rodziców mieszkał tutaj na stałe.
Czuł, jak od środka zżera go bezdenna pustka. Był teraz sam, zupełnie sam. Od śmiertelnego wypadku rodziców to właśnie dziadek był jego jedyną rodziną i przyjacielem, to z nim spędzał każdą wolną od studiowania archeologii chwilę.
Dziadek również był archeologiem, to od niego właśnie Antoni jeszcze jako mały chłopiec zaraził się tym bakcylem. Pamiętał dobrze, z jaką niecierpliwością czekał na wieczorne opowieści dziadka o dalekich podróżach, dawnych cywilizacjach i tajemnicach, jakie skrywa przeszłość.
Jego wspaniały dziadek, odkrywca.. Wychodził cało z przygód godnych Inadiany Jonesa, a zginął tak banalnie. Po prostu utonął na rybach.
Teraz wiedział już, dlaczego nie lubił tej formy spędzania wolnego czasu. Miał to właściwie po dziadku.
Antoniego tak naprawdę mocno dziwiło, że dziadek wybrał się na ryby.
Kiedy zadzwoniono do niego na uczelnię z wiadomością, że dziadek utonął łowiąc ryby, wprost nie mógł w to uwierzyć. Niestety, okazało się to smutną prawdą.
Idąc tak i rozmyślając nie zauważył nawet, jak dotarł pod ciężkie, dębowe drzwi. Już chciał przekręcić klucz w zamku, gdy spostrzegł, że zamek został wyłamany.
Pchnął cicho skrzydło i wszedł do środka. Po drodze chwycił dziadkową laskę z rękojeścią w kształcie papuziego dziobu.
Cały dom wywrócony był do góry nogami, jakby przez pokoje przeszedł tajfun : książki pozrzucane z półek, powywalane na podłogę zawartości szuflad i szaf. Antoni aż jęknął w duchu, oceniając rozmiar zniszczeń. Stanął przybity, wodząc wzrokiem wokoło, gdy nagle coś uderzyło go w tył głowy. Zamroczony upadł na kolana, lecz szybko się otrząsnął. Podniósł z ziemi laskę, wypadłą mu z ręki,  i ruszył w stronę okna balkonowego w salonie, w którym mignął mu uciekający napastnik. Niestety,  kiedy dotarł na balkon, jego „gość” właśnie przeskakiwał płot. Jedyne co zdążył zauważyć, to że był to mężczyzna ubrany na czarno. Twarzy już nie dojrzał.
Wrócił do środka, wyszukał w bałaganie telefon, wykręcił 997 i zgłosił włamanie. Potem usiadł na kanapie i załamał ręce.
Z odrętwienia wyrwał go dzwonek do drzwi. Podszedł do nich i otworzył.
W progu stała nie za wysoka kobieta w towarzystwie kilku rosłych mężczyzn w mundurach. Ubrana była w niebieskie jeansy i ciemną, skórzaną kurtkę, z pod której wystawał pistolet.
– Detektyw Justyna Bielska. Czy Pan Antoni Krzemiński?
– Tak – odpowiedział z lekkim uśmiechem. Właściwie go to zdziwiło. Wcale nie było mu wesoło, jednakże w pani detektyw było coś takiego, że mimo woli się uśmiechnął. Była ładna, choć nie w typie modelki, dość zgrabna, i widać było, że jest kobietą silną oraz wysportowaną. Antoniego ujął jednak przede wszystkim ciepły blask jej brązowych oczu i szczera twarz.
– Zgłaszał pan włamanie, tak? – pani detektyw kontynuowała swoją serię pytań.
– Tak, zgłaszałem.
– Czy są jakieś szkody lub coś zginęło?
– Prawdę mówiąc nie wiem. Dopiero co wróciłem z pogrzebu dziadka i zastałem w domu kompletną demolkę. Na dodatek jakiś ubrany na czarno facet puknął mnie czymś w głowę i zwiał.
Pani policjant weszła do domu.
– Przykro mi z powodu pańskiego dziadka, a teraz proszę usiąść, zaraz wezwę pogotowie.
Nie, nie trzeba, to nic poważnego – oponował Antoni. 
– Mimo wszystko nalegam, może pan być w szoku. Lepiej dmuchać na zimne. Pan tutaj posiedzi do przyjazdu lekarza, a ja z ekipą rozejrzę się po domu.

 

Weles

Odcinek 2

Coś tknęło Antoniego, a jeśli była to intuicja, to w jego wypadku miała wyjątkowo pewną i silną rękę.
– Wolałbym sprawdzić, czy nic nie zginęło – zwrócił się do funkcjonariuszki. – Znam w tym domu każdy kąt i wiem, gdzie dziadek trzymał cenne rzeczy.
– Nie słyszał pan, że ma się nie ruszać?! – burknął do niego jeden z mundurowych, którego dykcja, wygląd i wzrok dowodziły, że równie dobrze, jak policjantem, mógłby być zapalonym gangsterem. Szerokie bary obudziły w Antonim cień lęku, sam bowiem bym człekiem raczej drobnej budowy. Nie chciał jednak, by rządzili się w domu, który – jakby nie patrzeć – należał do niego.
– Spokój! – zarządziła detektyw, w której Antoni pokładał zaufanie – Ma pan faktycznie rację. Mam rozumieć, że pański dziadek przechowywał w tym domu kosztowności?
– Kilka rzeczy faktycznie mogło być dosyć cennych – odpowiedział nerwowo Antoni, nie czując się pewnie, mimo uspakajającej obecności detektyw Justyny. – Nawet meble to głównie antyki, sama pani widzi. Inne wartościowe przedmioty, którymi dysponował, powinny być w piwnicy.
– Cóż – uśmiechnęła się lekko – sprawdźmy więc.

Piwnica dziadka Antoniego mogłaby robić za miniaturowe muzeum, gdyby nie fakt, że i tutaj wszystko było wywrócone do góry nogami. Zrobiło mu się żal pięknej szafy,  pamiętającej zapewne czasy jeszcze sprzed śmierci arcyksięcia Ferdynanda – jej drzwi zostały wyłamane, a ich szczątki walały się po podłodze. Na reszcie mebli nie chciał nawet skupiać wzroku. Tyle pięknych przedmiotów!
– Będzie pan w stanie stwierdzić, czy coś zaginęło? – usłyszał pytanie policjantki, która chłodnym okiem omiatała pomieszczenie. – Jak dla mnie, to chyba przeszło tu tornado.
– Chwileczkę… – pod przeciwległą ścianą piwnicy stało biurko z lampką oliwną, przy którym czasem pracował jego dziadek, zamykając się wśród swoich rupieci. Czemu lampką oliwną, nie elektryczną? Widać jego dziadek miał po prostu taki fetysz.
Antoni podszedł do biurka jakby coś go tam pchało i wysunął szufladę z rzeźbioną gałką.
Była pusta.
Nie powinna być.
Dziadek Antoniego ostrzegał go, że jeśli ten kiedyś otworzy ją, a ta będzie pusta, to Antoni, nie mówiąc o tym nikomu, powinien natychmiast wyjechać i starać się zapomnieć o sprawie i odciąć się od rodziny. Powiedział dobitnie: „Nie waż się w to mieszać!”
– Czy coś zaginęło? – zapytała detektyw.
– Nie – Antoni był blady jak ściana. Anemiczna ściana. – Wszystko jest na miejscu. Nie wiem, czego włamywacz tu szukał.

Udało mu się policjantów spławić i na odchodnym z panią detektyw uzgodnić, by postępowanie umorzono.
„Skoro nic nie zginęło, a my nie wiemy nic o tym człowieku, to czemu miałbym zwalać sobie na głowę dodatkowe problemy?”- tłumaczył funkcjonariuszce, która podejrzliwie i chyba z pewną troską badała go swoimi brązowymi oczyma. Cieszył się, że trafił na nią, bo wydawała się być najpierw człowiekiem, dopiero potem policjantką.
– Naprawdę przykro mi z powodu pańskiego dziadka – powtórzyła jeszcze raz, gdy już wychodziła. – Domyślam się, że ma pan teraz dużo na głowie, panie Krzemiński.
– Nie mam innego wyjścia, jak dać sobie radę – Antoni zrobił dobrą minę do złej gry.
Wiedział, że powinien postąpić zgodnie z tym, co kiedyś przekazał mu dziadek. Cała sytuacja zaczęła budzić w nim lęk, a okoliczności śmierci dziadka wydały się podejrzane. O nie, jego dziadek nie był rybakiem.
Należało spakować się i wyjechać, potem pomyśleć nad sprzedaniem domu. I tak miał szczęście, że włamywacz nic mu nie zrobił, mógł jednak w każdej chwili wrócić. Antoni zastanawiał się, dokąd lub do kogo powinien wyjechać. Z rozmyślań tych – ze skutkiem, jak się miało okazać, burzliwym – wyrwała go dzwoniąca dziadkowa komórka . Owszem dzwoniła. Tylko gdzie? Jakimś cudem odnalazł ją w tym całym rozgardiaszu.
– Halo – odebrał nerwowym głosem.
– Antoś? – usłyszał głos, którego się nie spodziewał w tej sytuacji. – Właśnie przyjechałam z lotniska! – dobiegł go śpiewny, radosny głos.
– Na litość boską – odparł jej zirytowany – Przestań się brechtać! Dziadek…
– Wiem – ucięła szybko i pewnie, poważniejąc w jednej chwili. – Rozumiem, że ciszej nad tą trumną i w ogóle…
– .. Ale..?
– Musimy się spotkać. Przyjdź o dwudziestej „Pod Kulawą Pszczołę” – wspomniała o znanym im obojgu barze. – Spakuj sobie już jakąś walizkę, dobra? Nie chcę, żeby…
– Ty wiesz..? – pobladł jeszcze bardziej niż ostatnio, mocniej ściskając w dłoni telefon.
– Wiem – w tym miejscu rozmowa się zakończyła.

Następne odcinki ->

Varia

Czasoprzestrzenny patchwork

313 Wyświetleń

Kopalniana winda zsuwała się powoli w dół szybu. Skrzypiała przy tym niemiłosiernie. Cóż starość, nie radość. Wszak pamiętała czasy II Wojny Światowej. Zbyszka zadziwiał jej wręcz idealny stan techniczny. Wraz z trójką kolegów i emerytowanym ratownikiem górniczym zjeżdżał teraz w nieznane. Mieli zbadać nowo odkryty obiekt w Górach Sowich. Prawdopodobnie był to jakiś tajny niemiecki ośrodek z czasów wojny. Odkrycie, które dałoby im, żądnym sukcesów doktorantom z Uniwersytetu Śląskiego przepustkę do świata wielkich nazwisk z dziedziny historii i archeologii. Kto by pomyślał, że na takie coś będą mogli się natknąć właśnie w Polsce. Tą, prawdopodobnie starą kopalnię udało się odnaleźć dzięki trzęsieniu ziemi, które coraz częściej się zdarzają w południowo – zachodniej Polsce. Obsunięcie się rumowiska skalnego odsłoniło dość dużą, stalową, grubą na 3 cale bramę. Widniał na niej niemiecki napis wymalowany czarną farbą

UWAGA!

TEREN MILITARNY!

NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY!

PRZEBYWANIE GROZI ŚMIERCIĄ!

Co wcale nie zachęcało do zaglądania do środka. Oczywiście nie dotyczyło to Zbyszka i jego kolegów, którzy akurat byli w okolicy na obozie wspinaczkowym. To był dla nich prawdziwie milenijny prezent. Cudowne rozpoczęcie nowego tysiąclecia. Jak tylko zbadają ten obiekt przejdą do historii nauki!

Wreszcie winda zatrzymała się na dole szybu. Wyszli na korytarz  kopalniany oświetlony przy windzie za pomocą lamp zasilanych z generatorów. Czekał tam na nich dwunastoosobowy oddział żołnierzy z psem i robotem do rozbrajania bomb. Mieli oni zapewnić bezpieczeństwo pod względem wojskowym, tj. znajdować i rozbrajać pułapki oraz chronić naukowców. Żołnierze byli wyposażeni w lekką broń maszynową i sprzęt saperski. Na ich twarzach widać było profesjonalizm. Ten widok uspokajał Zbyszka. Jakoś od samego początku nie czuł się pewnie w tej starej kopalni. Jego koledzy byli źli na asystę wojskowych, ponieważ bali się, że pozacierają oni cenne ślady. Jednakże sierżant, który dowodził oddziałem miał to w głębokim poważaniu. Dostał za zadanie zbadać obiekt i chronić mózgowców z uniwerku. Jako człowiek słowny i honorowy zamierzał za wszelka cenę doprowadzić sprawę do końca. Po krótkim objaśnieniu zasad w stylu:

– Nikt, nigdzie nie rusza dupy, jak mu nie pozwolę – sierżant dał znak do marszu w głąb tunelu.

Przodem jechał robot, który oświetlał drogę lampami ksenonowymi, za nim szedł żołnierz z psem, a kilkadziesiąt metrów na nim reszta wyprawy. Poruszali się powoli,

dokładnie rozglądając się w około.
Konstrukcja chodnika była wzmocniona żelbetowymi żebrami, tak, że była w stanie wytrzymać nawet spore tąpnięcie. Tak przynajmniej twierdził stary górnik. Zbyszek jednak nie zwracał uwagi na jego wywody. Im dłużej szli, tym bardziej tracił kontakt z rzeczywistością. Stał się coraz bardziej oszołomiony, łomotało mu w uszach, a pod skórą czuł dziwne podniecenie i zarazem strach przed czymś, co było mu jakoś znajome, a nie potrafił tego nazwać.

Po jakiejś godzinie marszu wzmacniany kopalniany chodnik zmienił się w naturalną jaskinię z niesamowitymi stalagnatami. Przypominały one wysokie na kilka metrów kolumny z dziwnie błyszczącej skały. Ich ustawienie też nie wyglądało na naturalne. Razem tworzyły krąg  8 słupów. Na jego środku stała masywna metalowa platforma w kształcie sześciokąta. Jedno było pewne znaleźli coś dziwnego, nad czym prawdopodobnie pracowali Niemcy podczas II Wojny Światowej. Żołnierze rozstawili lampy załadowane na robocie i oświetlili całą komnatę. W niszach stały przykryte zetlałą plandeką wozy opancerzone z czasów II WŚ. Obok nich znajdował się świetnie wyposażony warsztat mechaniczny i stacja paliw. Wszystko poukładane i dobrze zakonserwowane. Całość sprawiała wrażenie, jakby wszystko było pozostawione tutaj nie później niż tydzień temu. Saperzy zaczęli razem z psem przeszukiwać teren, lecz oprócz pustych skrzynek po nabojach nic nie znaleźli. Ksawery, jeden z kolegów Zbyszka był niezmiernie zdziwiony. Jako specjalista od historii II WŚ nie mógł pojąć, dlaczego Niemcy nie zaminowali takiego obiektu.

Zaczął nawet wywód na ten temat, jednakże nie wzbudził on większego zainteresowania zgromadzonych. Jeden z saperów w tym momencie ściągną plandekę z wielkiej metalowej szafy zajmującej powierzchnię jakiś 20m2.

–Jasny gwint- westchnął z przejęciem Ksawery- Hitlerowcy mieli już wtedy komputer. Niesamowite. Jedyne co mnie dziwi dlaczego znajduje się on właśnie tutaj?!

Wszyscy zaczęli oglądać, to cudo techniki. Zbyszek jednak pozostał poza tym wszystkim. W tej skalnej komnacie prawie całkowicie przestał odbierać to, co wokół niego się działo. Miał przemożne odczucie, że zna to miejsce. Jego wzrok przykuł kabel wiodący od starego komputera do skalnego słupa okrytego rozpadająca się plandeką. Niczym zahipnotyzowany podążył w tym kierunku. Zanim sierżant zdążył zareagować plandeka była już na ziemi. Na kamiennym podeście był zamontowany fluoryzujący błękitem kryształ. Zakuty był w jakieś metalowe obręcze, do których podłączone były kable ze starego komputera. Kryształ lekko pulsował światłem, owe  pulsowanie zawładnęło całkowicie Zbyszkiem. W mgnieniu oka położył rękę na krysztale. Całą komnatę wypełniło oślepiające błękitne światło. Komputer nagle zaczął pracować, stalagnaty również rozbłysły. Metalowa platforma zniknęła zalana światłem. Zbyszek nadal trzymał rękę na krysztale, a ten zaczął się topić i pełznąć po jego ramieniu. Kiedy dotarł do głowy wniknął w nią przez uszy, nos i usta. Oczy Zbyszka zmieniły kolor na błękitny, a on sam upadł na podłogę. Podbiegł do niego stary ratownik. Słyszał go, ale nic nie rozumiał. W głowie mu dudniło, a przed oczyma przesuwały mu się różne obrazy z minionych epok. Jego myśli

były jednak zbyt chaotyczne. Jedyne czego pragnął, to odzyskać przytomność. Czuł się tak, jakby zapadł w letarg, którego był w pełni świadomy. Nagle z kierunku metalowej platformy usłyszeli, że ktoś woła po niemiecku.

-Uwaga!

Polscy bandyci!

Strzelać, strzelać! Nie pozwólcie im zabrać kryształu!

Wywiązała się strzelanina. Polscy żołnierze klęli na czym świat stoi i ostrzeliwali Hitlerowców, którzy wyłaniali się ze słupa światła. Zbyszek był jednak poza tą całą sytuacją. Zdawało mu się, że ogląda film. Nie brał czynnego udziału w tym co się działo. Niemcy zastrzelili kilku żołnierzy i starego górnika. Nasze wojsko nie pozostało dłużne i precyzyjnie zaczęło eliminować napastników. Jednakże śmierć każdego z przybyszy powodowała silne wyładowanie i niektórzy żołnierze zaczęli znikać, a jeden z nich zmienił się nawet w kobietę. Nagle przed Zbyszkiem stanął wysoki mężczyzna w mundurze SS. I z szatańskim uśmiechem powiedział.

Proszę, proszę, polska świnia nosicielem kryształu.

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. W każdym bądź razie jest na to sposób. W moim przypadku nazywa się on parabellum.

Po czym wycelował pistolet w Zbyszka i pociągnął za spust.

Pustka, jaskrawa pustka. Zbyszek ze zdziwieniem stwierdził, że znajduje się zamknięty we wnętrzu kryształu. Próbował się rozejrzeć, jednakże nie wyczuł żadnej części ciała. Z przerażeniem stwierdził, że stał się kryształem.

Chciał krzyczeć, jednakże nie wydobył z siebie głosu. Widok zza ściany kryształu nagle zaczął się wyostrzać. Powoli wyłuskiwał elementy otoczenia. Z ulgą stwierdził, że jest w szpitalu. Przeżyłem- pomyślał- jednak ten SSman dobrze nie trafił. Na szczęście to z tym kryształem, to były tylko majaki.

Chciał się podnieść, jednak nadal nie czuł ani, rąk, ani nóg. Z przerażeniem stwierdził, że jest sparaliżowany.

Błędnym wzrokiem rozglądał się w koło ale jedyne, co był w stanie zauważyć to pełno sprzętu z sali OIOM. Po chwili przed jego łóżkiem stanął zespół lekarzy. Przywitali go uśmiechem. Jeden z lekarzy podszedł i zaświecił mu w oczy małą latarką. Po czym powiedział- No panie Tadeuszu witamy z powrotem. Mam nadzieję, że już więcej nam pan nie będzie uciekał na tamtą stronę.

– Tadeuszu- pomyślał Zbyszek- Jaki Tadeuszu?- chciał zaprotestować, ale nie był w stanie nic powiedzieć.

-Spokojnie proszę pana- powiedział drugi z lekarzy- jest teraz pan zaintubowany. Z rurką w krtani nic pan nie powie. Za kilka dni panu ją wyjmiemy. Teraz musi pan odpoczywać. Widzimy, że wszystko jest w porządku, więc prosimy być dobrej myśli. Ważne, że się pan wybudził. To i tak cud, że pan przeżył taki wybuch.

– Wybuch, jaki wybuch?- myśli szumiały w głowie Zbyszka niczym rój pszczół- Co się u licha stało w kopalni? Prawdopodobnie któryś z żołnierzy musiał się nazywać Tadeusz. Nastąpił wybuch i nie mogli nas zidentyfikować. Tak, to jedyne wytłumaczenie.

Z zamyślenia znowu wyrwali go lekarze. Kazali mu odpoczywać i powiedzieli, ze za jakiś czas znowu zajrzą. Oszołomiony całą sytuacją leżał tak i czekał aż pojawi się ktoś, kto rozpozna, że nie jest jakimś tam Tadeuszem. Niestety,  nikt  nie przychodził. Znużony zasnął. Obudziło go jakieś poruszenie przy łóżku. Obok niego stała lekarka w średnim wieku. Patrzyła na niego z góry z politowaniem. Wreszcie nachyliła się i szepnęła mu do ucha:

– Witam pana, panie Tadeuszu, czy może powinnam powiedzieć Gutten Tag.

Zbyszek zamarł. Ton, którym to powiedziała był identyczny jak ton ssmana, który do niego strzelał. Lekarka zauważyła przerażenie w jego oczach. Musiało jej to odpowiadać. Usiadła więc spokojnie na krześle obok łóżka i mówiła dalej.- Wiesz naszukałam się tego twojego wcielenia nosicielu kryształu.

Spojrzała z pogardą na jego bezwładne ciało i mówiła dalej.

– Po twoim spojrzeniu widzę, że nic nie rozumiesz. Otóż to, co znalazłeś w tamtej jaskini, to nie był przypadek. To było twoje przeznaczenie. Ścigam ciebie przez wieki i różne wymiary. Biedactwo, nadal w szoku? Widzę, że nic nie rozumiesz. Tym lepiej dla mnie, to oznacza, że wy nosiciele kryształu jesteście łatwym celem.

Zbyszek z przerażeniem patrzył na kobietę obok, ale nic nie rozumiał z tego co mówiła „O co chodzi z tym nosicielem, jakie wieki, wymiary? O co chodzi?” – myślał przez cały czas intensywnie, czując jak ogarnia go coraz większa panika.

Tym czasem ona poprawiła się na krześle i wyjęła z kieszeni małą strzykawkę.

– Mam nadzieję, że uda mi się wyrzucić z ciebie kryształ, tak, jak mi się to udało w 1942 roku w Dachau. Każda twoja śmierć osłabia twoje powiązanie z kryształem. Trochę to potrwa. Twoje poprzednie wcielenie dopiero na nowo scaliło się z materią kryształu. Poprzednio musiałam zabić ciebie kilka razy. Pierwszy raz trafiłam na ciebie w 37 r. p. n. e. kiedy to po zdobyciu z Rzymianami Jerozolimy próbowałem z ciebie wydusić miejsce, gdzie pod świętym miastem znajduje się portal czasu i przestrzeni. Byłeś wtedy dumnym władcą miasta Antygonem. Przywiązaliśmy ciebie do krzyża i chłostaliśmy tak długo, ze każdy normalny człowiek dawno by już umarł. Kryształ dawał jednak tobie niesamowitą wytrzymałość. Wreszcie poniosły mnie nerwy i ciebie ściąłem.

Ach, przez te podróże po wcieleniach tracę orientację, czy mówić w formie męskiej, czy żeńskiej…

Odchodzę jednak od tematu. Widząc twoje durne spojrzenie stwierdzam, że nadal nic nie rozumiesz. Kryształ to nic innego jak kawałek materii czasu i przestrzeni. Rozumiesz? Materialna cząstka, tego, czego nie można dotknąć. Mając władzę nad tym okruchem można dać wypowiedzenie stwórcy i zająć jego miejsce. Żeby zachować stabilność w delikatnej strukturze czasu i przestrzeni Stwórca umieścił w każdym z wymiarów po siedem stabilizujących kryształów. Moc kryształów była jednak tak ogromna, że naznaczył w każdym z wymiarów dusze, które mają za zadanie przenosić kryształ. Dla bezpieczeństwa zabrał im świadomość ich misji. Jedyne co im dał to możliwość wyczuwania w pobliżu kryształu. 9

Nieomylny stwórca zrobił jednak błąd i nie zachował ostrożności. Dziewięć niepokornych duchów usłyszało o tym i podążyło poprzez wieki i wymiary za wami, nosicielami. Jednym z nich jestem ja.

Kobieta znowu rzuciła pogardliwe spojrzenie pełne triumfu.

– Widzę po twoich oczach, że jesteś nadal zaskoczony. Jak już mówiłam. Nasze losy są splatane od zarania dziejów. Tylko, że ciężko było ciebie znaleźć. Najwięcej inwencji twórczej musiałem wysilić, żeby ciebie zgładzić w 1431 roku. Od stycznia próbowałem wysłać ciebie na stos Joasiu, a może powinnam powiedzieć Joanno, Dziewico Orleańska. Twarda baba z ciebie była. Wpierw wojowałeś niczym wprawny wojownik. Nawet jeżeli nie miałeś wtedy świadomości swoich poprzednich wcieleń, to właśnie doświadczenia z poprzednich żyć pozwoliły tobie odnieść tyle zwycięstw. Jednakże wreszcie, dzięki zdradzie udało mi się ciebie pojmać i po długich staraniach usmażyć na popiół. Ach to był widok, do dzisiaj mam go przed oczami. Wiem sentymentalna jestem, ale to przez to wcielenie kobiety. Jestem przez to bardziej uczuciowa niż zwykle.

Lekarka mówiąc to poprawiła sobie misternie zawiązany koczek.

-Wracając jednak do naszej rozmowy. O przepraszam, ty nie możesz mówić, ale może to i lepiej. Mniej głupich pytań. Z naszych spotkań najwięcej zabawy sprawiły mi cztery dni w 1487 roku, kiedy to na twoich oczach na poświęcenie azteckiej piramidy Tenochtitlan zabiłem ponad 80tysięcy twoich poddanych. Twoja krew uświęciła tamto miejsce jako

ostatnia. Jednakże nadal kryształ tkwił przymocowany do twojej duszy. Zawsze jednak miałem ogromną przewagę nad tobą. Ja mam pełną świadomość swych wcieleń. Nosiciele jej nie mają, ponieważ dzięki kryształowi mogliby naginać ciąg wydarzeń skacząc w przód i w tył po czasoprzestrzennej materii.

Kobieta zaśmiała się szyderczo i wbiła igłę strzykawki w wężyk kroplówki.

– Teraz powoli będziemy się żegnać panie Tadeuszu inżynierze, który zmarł od ran, odniesionych podczas wybuchu niewypału przy budowie trzeciej nitki metra w Warszawie w 2025 roku. Muszę przyznać, że tym razem zabicie ciebie nie przynosi mi żadnej satysfakcji. Mam nadzieję, że następnym razem zapewnisz mi więcej zabawy.

Po tych słowach lekarka powolutku nacisnęła tłok strzykawki. Zbyszek chciał krzyczeć, uciekać, jednakże jego bezwładne ciało nie pozwoliło mu na jakąkolwiek reakcję. Po chwili zaczął się dusić i z ogromnym bólem w piersi zapadł w ciemność. Ocknął się z głębokim wdechem i stwierdził, że znajduje się z powrotem w jaskini, a wokół niego wrze strzelanina. Szybko się przeczołgał za wyłom skalny i w tym momencie zauważył że ze słupa światła wychodzi człowiek w mundurze ss.

– Tym razem nie dam się tobie zabić- pomyślał.

Podniósł karabin zabitego żołnierza i krzyknął:

– Hej! Niepokorny duchu. Poznaj uświadomionego nosiciela.

Ssman z przerażeniem spojrzał w jego kierunku i chciał wycelować pistolet. Jednakże Zbyszek nacisnął już spust.

Trzymał go tak długo aż nie usłyszał głuchego szczęku zamka, oznaczającego koniec amunicji. Bezwładne ciało przeciwnika spadło z platformy, a jaskinią zatrzęsło tak, że z sufitu posypały się kamienie. Błękitny słup światła pomiędzy kryształowymi kolumnami rozbłysnął oślepiając wszystkich.

Kiedy Zbyszek odzyskał ostrość widzenia stwierdził, że nadal stoi w jaskini, obok niego znajdowali się ludzie, których pełen szczęścia rozpoznał. Był Ksawery, pozostali koledzy, stary górnik i żołnierze wraz z psem. Odetchnął, wszystko wróciło do normy. W jaskini nie było jednak nic oprócz starego zniszczonego sprzętu po jakiejś fabryce i pustych miejsc po zdemontowanych urządzeniach fabrycznych.

Nagle lekko zakręciło mu się w głowie i usłyszał głos pełen jadu:
– Witaj nosicielu. Mnie się tak łatwo nie pozbędziesz. Teraz stanowimy jedno. Naginając czasoprzestrzeń przeszłości zrobiłeś małe spięcie, a w związku, z tym, że zniszczyłeś moje poprzednie ciało, gdzieś musiałem się ulokować. Tak więc witam na naszej wspólnej drodze mój miły. Teraz jesteśmy jednością.

Zbyszek zrozumiał, że piekło którego stał się świadom z jeszcze większą mocą dotknęło jego osoby. Teraz do końca swoich dni będzie musiał dzielić życie ze swoim największym wrogiem…

Michał Nowina