Tag -

ofiarski

Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

Dlaczego wyginęły smoki?

400 Wyświetleń

Kolejną część przygód rycerza Tęgomira z Głogowa i jego hebrajskiego konia Mosze Zweinstenia rozpoczynamy od hipotezy. Tęgomir z zapałem objaśnia księciu głogowskiemu z jakiego powodu, wzmiankowane w źródłach historycznych, smoki opuściły ziemski ród. Wygłoszenie krótkiej tezy stanowi preludium do podjęcia misji zleconej przez Konrada I głogowskiego.

Gdy umowa zlecenie zostaje podpisana rozpoczyna się przygoda, w której poganie i kobiecy wąs, odgrywają znamienitą rolę.

🙂

Słuchowisko można pobrać bezpośrednio stąd: klik

Występują:

    • Michał Sobociński;
    • Paweł Ofiarski;

Ponadto gorąco zapraszam do subskrybowania kanału Dumnego Ugrupowania Pisarzy Absurdu.

Mih lub Michajasz.

Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

Dumne Ugrupowanie Pisarzy Absurdu

346 Wyświetleń

Około dwóch lat temu w drodze na przystanek autobusowy, na tak zwanej ziemi lubuskiej, ulęgła się koncepcja. Głupia, wulgarna, nieprzyzwoita, dla której zupełnie obca jest poprawność polityczna. Pomysł ten zakładał nagranie zbyt długich* słuchowisk osadzonych na Dolnym Śląsku, który w wyniku rozbicia feudalnego potrzebował superbohatera.

W swym mało cnym dziele, było mi smutno samemu. Do mozołu (jakże to inaczej nazwać?) zaprosiłem kolegę Pawła, którego zdolności i umiejętności wysłuchiwać można w kolejnych odcinkach. Przez telefon opowiedziałem mu o Dumnym Ugrupowaniu Pisarzy Absurdu (lubię długie, skomplikowane nazwy), gdy po chwili dotarło do mnie, jakie słowo powstanie, gdy z nazwy skonstruujemy skrót. Śmieszkom i heheszkom nie było końca.

Inspiracją dla naszych treści jest historia Polski i Śląska. XIII wiek mieszamy ze współczesnymi wydarzeniami, zdarzeniami i zjawiskami społeczno-kulturalnymi. O odniesieniach współczesnych więcej gadać nie będę ponieważ, jako człowiek pełen wiary, wierzę, że niejeden mężny chwat oraz zdrowa dziewoja, złapie w lot analogie.

A jeśli nie to przynajmniej nikogo nadmiernie nie obrazimy 🙂

Rycerz Tęgomir z Głogowa stanowi abstrakcję rycerza. Jest biedny aczkolwiek prowadzi agresywną politykę polegającą na rychłym wzbogaceniu się. W pierwszym odcinku naszej (nieukończonej) serii poznajemy Tęgomira oraz powody, przez które nasz raubritter wyruszył na trakt w poszukiwaniu srebrnego grosza. Prywatnie ma słabość do produktów firmy Antonówka: I-mieczy, I-pancerzy…

Dowiadujemy się dodatkowo, że wierzchowiec Michał, na którym Tęgomir zwykł cwałować, opuścił go. Zrodziło to nie byle jaki problem, gdyż rycerz składa się z dwóch części: z człowieka i z konia. Z pomocą nieszczęsnemu rycerzowi przyszedł koszerny koń Mosze Zweinstein. Do tej pory tworzyli duet podczas gry w brydża wieczorami, w głogowskiej karczmie.

Zapraszam zatem ślicznie do wysłuchania pierwszego odcinka.

Występują:

    • Michał Sobociński;
    • Paweł Ofiarski;
    • Aleksandra Szyszka

Może nie masz czasu na przesiadywaniu na YouTube, wolisz ściągnąć plik i wgrać do telefonu lub diskmena (chciałbym to zobaczyć!)? Pobierz stąd: Kilk

Zrealizowano w attic studio!

*Dzisiejszy, raptowny świat nie ma na ogół nie znosi tego, co długie, skomplikowane i wymagające skupienia. Zdaniem, rzecz to jasna, moim.

Mih albo Michajasz.

Nippon Banzai!

Otaku? Nie znam człowieka…

426 Wyświetleń

W wielu sferach grup ludzkich, na osobę czytającą mangi czy oglądającą anime mówi się mangozjeb lub też animezjeb. Co bardziej kulturalne lub oczytane osoby powiedzą po prostu otaku. Najśmieszniejsze w tym jest to, że te pierwsze określenia są, jak na ironię, milsze. Oczywiście, są one obraźliwe, ale mniej bolesne od sformułowania, że „ktoś jest otaku”. Ale, jak to mawiają dziennikarze, nie uprzedzajmy faktów.

By zrozumieć błąd, trzeba się przyjrzeć etymologii i sposobie używania tego wyrazu. W języku japońskim, słowo otaku jest odniesieniem do mieszkania lub rodziny innej osoby niż używający tego słowa. Swoje aktualne znaczenie zaczęło nabierać dopiero po artykule w czasopiśmie „Manga Burikko”, poświęconym anime i mandze. Autor jednego z tekstów, Nakamori Akio, określeniem otaku nadał antyfanom swojej twórczości. Mimo to, wielu zaczęło określac mianem otaku fana mangi i anime, mające nieco żartobliwe znacznie. Trwało to do roku 1989, w którym to doszło do morderstwa czterech kobiet. W domu mordercy, Miyazaki Tsutomu, znaleziono stosy różnych seriali animowanych produkcji japońskiej i brutalnych filmów. Pomimo, że był to odosobniony przypadek, sprawa „Mordercy Otaku” raz na zawsze usadziła słowo „otaku” jako negatywne stwierdzenie w tak hermetycznym państwie, jakim była wtedy Japonia.

Ale, wróćmy do rzeczywistości. Jak wielu mogło się domyślić, słowo otaku oznacza fana anime, mangi i gier komputerowych. Jeśli by szukać jakiś podobieństw, najbliższe byłby słowa „geek” lub „nerd”, ale o ile tych określeń można użyć do różnego rodzaju fanatycznych zainteresowań, to już otaku określa jednoznacznie fana rozrywek z kraju kwitnącej wiśni. Nie mniej, rzecz w tym, że te rozrywki stały się jego życiową obsesją i sensem życia. Wyobraźcie sobie osobę, która poświęca się tylko oglądaniu anime, czytaniu mang i w graniu w gry komputerowe (oczywiście made in Japan!), wywieszaniu plakatów postaci ze wspomnianych form sztuki, kupowaniu tysięcy figurek, pościeli powiązanych z seriami, pisanie fanficów etc etc. Wielu może krzyknąć „ale zaraz, otaku przecież są kreatywni, mogą się zdeterminować, by stworzyć grę lub własną mangę!”. Osobiście wskazywałbym na fakt, że takie osoby są po prostu zainteresowane tego typu popkulturą, ale nie idealizują je bądź nawet czczą jak bóstwo. Stąd, zawsze trzeba postawić barierę między zaciekawieniem, a fanatyzmem.

Takie spojrzenie prezentuje oczywiście zachód. Japończycy odbierają to w jeszcze bardziej negatywny sposób aniżeli my, Europejczycy. Wynika to z kwestii kultury potomków samurajów, gdzie najistotniejsze jest kultywowanie dawnych tradycji. W obecnej chwili, w kraju kwitnącej wiśni dochodzi do małej rewolucji kulturowej pośród młodzieży, która coraz częściej buntuje się przeciwko tradycjom przeszłości. Stąd też, utworzyła się kontrkultura, która uważa bycie otaku za coś dobrego. Dla wielbiących pracę i dyscyplinę Japończyków taki stan rzeczy jest zagrożeniem społecznym. Coraz więcej młodych ludzi daje się ponieść światu rozrywki i wraz z nią dorastając, zamykają się w tym świecie coraz bardziej. Nie chcą pracować czy też pobierać żadnej edukacji. W stosunku do takich osób używa się najczęściej określenia NEET, od angielskiego zdania „Not it Education, Employment or Training”(Bez wykształcenia, zatrudnienia lub szkoleń) lub też Hikikomori (od słów uciekać oraz ukrywać się) dla mocno skrajnych przypadków, podchodzących pod chorobę psychiczną. Na domiar złego, twórcy mangi i anime wcale nie pomagają. W każdym roku, przynajmniej w jednym sezonie, musi wyjść seria, w której to otaku jest przedstawiony jako normalny człowiek, tylko, że zatracony w swojej… pasji. Nic dziwnego. W końcu taki fanatyk to dla koncernów najlepszy cel, więc oczywistością jest, że będzie głaskany po główce.

Stąd też, gdy zobaczysz jakiegoś jegomościa lub waćpannę czytających mangę lub oglądającą odcinek jakiegoś anime, zastanów się, czy używając słowo otaku nie obrazisz go bardziej, niż gdybyś mu powiedział, że jest mangozjebem.

Oculum Mundi

Miejskie powietrze czyni wolnym #2

329 Wyświetleń

<- Część I | Część III ->


Chriss otworzył usta ze zdziwienia. Nie wiedział po co tu jest potrzebny, ani tym bardziej, dlaczego go tak energicznie przywitano. I zrobił to najwyższy urzędnik w całej republice. Chyba każdy, kto przybyłby ad hoc w takie miejsce zareagowałby dokładnie tak samo.

Przyglądanie się jednookiemu żołnierzowi dłużyło się. Chriss rozumiał ten mechanizm. Cisza, jaką celowo podtrzymywał doża, miała zdezorientować go. Sprawić, by poczuł się niepewnie. Wagner postanowił wziąć udział w tej grze. Pomimo faktu, że już wcześniej wyraził zaskoczenie, dalszą część partii zdecydował się rozegrać, jakby to on sam rozdawał karty. Przybrał dość normalny wyraz twarzy i oczekiwał na ruch od strony doży.

– Zapraszam do pokoju obok, panowie – odezwał się w końcu Sorill i wskazał na zgrabne, hebanowe drzwi po jego lewicy.

Nie czekał aż Czarny Kaptur zabawi się w lokaja, otwierającego drzwi. Pchnął je i żwawym krokiem wszedł do przytulnego pomieszczenia o skąpym wystroju. Za prostokątnym stołem stało dwóch przygarbionych jegomości w słusznym wieku. Pochylali się nad mapą rozłożoną na stole. Żołnierz rozpoznał ich bez większych trudności. Francis Orweld i Gustaw Nauestad zasłynęli z szeroko zakrojonych akcji charytatywnych skupionych wkoło kościoła Hilen, opiekunki zdrowia i miru domowego. Na szlachetne uczynki stać ich było za sprawą obrotu bronią i pancerzem w faktoriach handlowych rozmieszczonych w całym Cesarstwie Ingradyjskim.   

– Panowie – zaczął doża odwracając się profilem do Wagnera i Oldberga. – Jesteśmy w komplecie. Mości Nausestad, zechcecie zacząć?

Wagner spojrzał kątem oka w stronę mężczyzny, którego wywołał Sorill. Pomimo, że widział go po raz pierwszy w życiu, dokładnie tak sobie go wyobrażał. Przy kości, o pucowatej twarzy i łysinką na głowie. Typowy obraz kupca, do którego już przywykł, nawet będąc w wojsku.

– Dziękuję panie – Nausestad pokornie ugiął się w pas. – Na sam przód garść informacji. Rozpoczynamy wojnę handlową z republiką – kupiec machnął ręką. – Upraszam o wybaczenie. Z księstwem Norithoru. Nie mogę się przyzwyczaić do Bękarciego Księstwa… W każdym razie ród Camperezza rośnie niebotycznie w siłę i teoretycznie, jako nowa szlachta nie powinien parać się handlem, gdyż to zjawisko bezbożne, plugawe et cetera, et cetera… Być może nowej szlachcie przystoją takie zmiany – pokręcił zrezygnowany głową. – Bez względu na to familia, a obecnie ród książęcy Camperezza, szkodzić będzie Najjaśniejszej Republice w sposób niepomierny.

– Jako stronnicy cesarza – uzupełnił Francis Orweld.

– Nie inaczej, Francis, nie inaczej – zgodził się Nausestad.

Na twarzy Chrisa pojawił się lekki uśmiech, gdy słuchał słów kupca. Zdał sobie nagle sprawę, jak polityka zmienna jest. Nic dziwnego, że jego ojciec zerwał zaręczyny z panną Siletto, skoro mocno mieszała mu w planach. To dość zabawne, pomyślał nagle wojskowy, spoglądając mimochodem na rozłożoną mapę, że nagle, po dziesięciu latach poza granicami swojego domu, zacząłem myśleć o współżyciu małżeńskim. Ewidentnie się starzeję. Po chwili jednak wrócił do słuchania Neustada.

– Dlatego mości doża – Gustaw znów zbił pokłon w stronę najwyższego urzędnika – powodowany mądrością przystał na nałożenie na cis, rudę żelaza, krzemionkę i wełnę cła zaporowego. Transfer towaru do stolicy, a potem dalej na północ, rozciąga się przez terytorium Modris gdzie cło będzie pobierane. Ponadto książę Arnold Ottarstein z Ostreich i książę Veron z marchii Walsberg wyrazili chęci do nałożenia podobnych ceł – Nausestad zaprezentował na rozłożonej mapie poziomią linię ziem, na których będzie obowiązywały regulacje. – Towary z południowych księstw, choć tanie, zrównają się z cenami naszymi, dzięki czemu nasi stronnicy militarni, zwiążą się z nami i  handlowo. Osłabi to ekonomię Norithoru, ale i Kelrad, stolicy.

– Zaś my zyskamy na obrocie cisem, wełną i konopiami na wschodnich rubieżach cesarstwa – dodał Orweld. – Oraz Marchii Północnej…

– …o ile ceny za węgiel, żelazo, siarkę i glinę wydobywaną w Marchii Północnej stanieją – kontynuował korpulentny handlarz. – A na to głowa rodu Wagner przystać nie chce…

Podporucznik słuchał z uwagą kupców. Pomimo faktu, że nie był obyty z arkanami handlu jak tutaj zebrani, potrafił dość błyskawicznie analizować fakty. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Republika Modris stanowiła główny szlak handlowy do stolicy i dalej i każdy potencjalny towar musiał przejść przez te ziemię. Nałożenie ceł zaporowych przez republikę i otaczające Norithor księstwa wprowadzi stolicę w problem, gdyż nawet gdyby chciał kupować towary dalej w swoim państwie satelitarnym, straci więcej niż gdyby kupował od Republiki Modris. Christofferowi aż zakręciło się w głowie. Odzyskał trzeźwe spojrzenie na świat w chwili, gdy wspomniano o Marchii Północnej i jego ojcu. Zapaliła mu się w końcu lampka o co tu może chodzić i w końcu, po dłuższym milczeniu zabrał głos.

– Nie ma co się dziwić, skoro to są materiały, które potrzebne są do kucia oręża. Poza tym, obecnie sytuacja na północy jest moim zdaniem dość niepewna, by faktycznie prowadzić tam politykę handlu surowizną. Chyba, że mój ojciec podał inny powód, dlaczego nie przychyla się do propozycji rady.

– Nie powiedział nic – rzucił opieszale Sorill. – Dlatego, Christofferze, chcieliśmy byś uczestniczył w tym spotkaniu. Z twoim zacnym ojcem kontaktujemy się drogą listowną, a jak sam się domyślasz nie jest to kontakt wygodny. Mimo utrudnień zdążyliśmy wysondować, że margrabia Namüel, jak to się mawia prosto, kręci nosem. Od początku kupował surowce ze swoich terenów od spółek górniczych i wydobywczych pochodzących z Modris. Już wtedy nie był zadowolony z takiego stanu spraw. Obecnie, gdy twój ojciec, zdołał wykupić większość akcji tamtejszych faktorii stał się… – urwał na chwilę kręcąc głową – monopolistą.

– A gdzie monopol – rzekł Oldberg – tam nie ma konkurencji.

– Zaś bez konkurencji mamy do czynienia z wysokimi cenami – wnioskował Sorill.

– I wkurwionym margrabią – skwitował Nausestad.

Chris spoglądał kolejno na każdego przemawiającego mężczyznę. Miał wrażenie, że był przytłaczany każdą informacją, która wychodziła z ust urzędników. W końcu mówili mu o rzeczach, które były częścią polityki handlowej, która od kilkunastu lat nie była już jego domeną. I dałby się wrobić jak dziecko w niemalże każdą intrygę ekonomiczną, która szyją wielcy tego miasta. Przyjął więc na razie w myślach pozę “nie ma chuja, nie zgadzam się”, ale w ruchach i słowach wykazywał jakiś przejaw zainteresowania i szacunku wobec urzędników.

– Znam podstawy ekonomi, a także charakterek magrabii Namüela, więc zdaję sobie sprawę, jaki musi mieć to wpływ na wasze interesy, panowie- powiedział w końcu wojskowy, a zaraz potem zadał pytanie, które chodziło mu po głowie od dłuższego czasu.- Nie mniej, wciąż nie rozumiem, jaką w tym wszystkim mam odegrać rolę?

Podporucznik mimo wszystko, mógł się domyślać, że będzie jeleniem, ale wolał usłyszeć, w jakie piękne słowa ułoży to doża i reszta kupców. Smętna gęba Nausestada nie napawała wojskowego dobrymi przeczuciami. Orweld mlasnął i wypuścił głośno powietrze.

– Dobrze, ja to powiem – zaczął niechętnie. – Twój wielce szanowny ojciec z pieczołowitością dogląda spraw rodu Wagner i pomnaża jego majątek, ale… Na bogów… Ale szkodzi tym samym miastu. Zagadnienie jest szersze aniżeli sprawy finansowe i zależy nam na dobrych relacjach z margrabią. Na północy Kelrad, na południu Norithor. Sytuacja geopolityczna Modris przypomina położenie gładkiej dziewki – kupiec podrapał bulwiasty nos. – Jegomość z przodu i jegomość z tyłu ostrzą sobie na nią miecze. Jeśli wiesz o co mi chodzi.

Nausestad zachłysnął się winem. Doża Sorill z wymalowaną na licu ojcowską troską oklepał plecy grubego kupca.

– Bój się bogów, Francis – rzekł, gdy odzyskał dech w piersi. – Ty jak coś powiesz, to klękajcie narody…

– Moim zdaniem to całkiem zgrabna metafora – wtórował Orweldowi doża.

– Tak czy inaczej, Chriss… – Francis Orweld podjął sztywno. – Chcielibyśmy, abyś wpłynął na ojca. Tak by…

– Tak by, do ciężkiej choroby, stał się na powrót patriotą – dokończył buńczucznie Nausestad. – Oddanym i płomiennym patriotą.

– Mój pułkownik zwykł mawiać w takich momentach “Może i jest patriotą, ale bogowie, dajcie mi kompanię, a nie idealistę, do kurwy nędzy”, z wybaczeniem szanownego towarzystwa- nie mógł się powstrzymać od tej docinki wojskowy.

Wewnątrz siebie dusiło go pragnienie, by wybuchnąć gromkim śmiechem na słowa kupców i najwyższego urzędnika. Wiedział jednak, że nie spotkałoby się to ze zrozumieniem towarzystwa zasiadającego na tej naradzie, dlatego wolał podsumować to krotochwilą o mało wysublimowanym smaku. A ta przynajmniej mogła się spotkać z aprobatą choćby rajcy Orwelda. Bo już tarzanie się po podłodze, płacząc od rechotu raczej nie byłoby dobrze przyjęte przez żadnego z urzędników.

– Sprawa jest jeszcze trudniejsza niż szanownemu zgromadzeniu się wydaje- zaczął szczerze Chris, nie chcąc tworzyć iluzji dumy i szczęścia.- Wraz z moim odejściem do armii cesarskiej dziesięć lat temu nie rozstaliśmy się z ojcem w pełnej zgodzie. Minęła już co prawda ponad dekada od tego wydarzenia, ale wciąż… nie wiem, jak się zapatruje mój płodziciel na moją osobę. Zwłaszcza, że nie otrzymywałem żadnych listów z domów w trakcie służby. To pierwsza sprawa. Druga rzecz, to odległość. O ile mi wiadomo, to Pan Oldberg wspomniał, że mój ojciec wyjechał już do Północnych Marchii finalizować transakcje. Raczej w ciągu jednego dnia nie znajdę się na Harpich Szczytach, by mu wbić do głowy, że źle robi. I w końcu po trzecie… –

Tutaj Wagner cmoknął i się lekko uśmiechnął. – Wybraliście chyba złego Wagnera, panowie. O ile to wiem, moi bracia są bardziej pod ręką i znacznie bardziej przekonujący w kontekście zmian kierunku wiatru handlu anieżeli ja. Skąd więc taka decyzja, by mnie tam posłać?

Po słowach Chrissa nastała cisza. Jednooki zauważył, jak doża zerknął wrogo w kierunku trzymającego się na uboczu Czarnego Kaptura.

– Nie ja zbierałem wywiad, panie – odpowiedział sugerująco tajemniczy mężczyzna.

– Być może masz rację – Sorill zwrócił uwagę z powrotem na wojskowego. – Może czas leczy rany i pański ojciec nie byłby skory do gniewu, ale to kwestie domysłów. My potrzebujemy racjonalnych zadań.

Urwał, by stuknąć dwukrotnie o blat stołu. Wagner pojął, że w jednej chwili koncepcja planu doży runęła, jak marzenia mężów o bezstresowym pożyciu małżeńskim.

– Istotnie – podjął ponownie – zbyt daleko do Harpich Szczytów, by ryzykować potencjalną stratę czasu na rozdrapywanie starych, familijnych ran – oparł się o blat przebierając na nim rytmicznie palcami. – Czy mówi panu coś nazwisko Selitto?

– Mój panie, czy to aby roztropne, by… – Wtrącił się Orweld. Zamilkł, gdy doża energicznym gestem dłoni nakazał mu milczenie.

– Oczywiście, że mówi- odpowiedział Chris, wypuszczając powietrze z ust i lekko się uśmiechając.- Chyba z resztą wywiad mości doży, a co za tym idzie pan również, doskonale zdaje sobie sprawę, jak w dalekiej przeszłości rody Selitto oraz Wagner były ze sobą w dobrych relacjach, do tego stopnia, że byłem zaręczony z córką głowy rodu, Eweliną. Obecnie zdają się być zausznikami Camperezzów, czyli stoją po stronie cesarskiej. No i moje zrękowiny również stały się już mitem na rzecz innego absztyfikanta ze wspomnianego wcześniej rodu. I, o ile mnie pamięć nie myli, zajmowali się surowizną z kopalni metali. A także stoją w opozycji do innych familii elekcyjnych.

Skierowany wzrok doży na pana Orwelda przedłużał się. Chriss zauważył jak stary kupiec zrezygnowany wzruszył ramionami.

– Wszystko to prawda i tylko prawda – potwierdził Sorill delikatnie kiwając głową. – Camperezzowie, jako ród przedsiębiorczy…

– … skurwesyński, pełen parweniuszy i hochsztaplerów – raczył uzupełnić Gustaw.

– Dziękuję – westchnął mało zdziwiony doża. – Słusznie sugeruje pan Nausestad, że Camprezzowie to zdrajcy. Otworzyli bramy Norithoru podczas buntu i wpuścili lojalistów do miasta. W zamian za to otrzymali herb, splendor, tytuły, ziemię, tedy wszystko to, co czego potrzebuje szlachta.

– Syfilisu nie było w pakiecie – burknął ponownie grubawy kupiec. – To w stan szlachecki wnieśli w posagu.

– Gustawie, w każdym rodzie są osoby, które mają kiłę… To nie… – Próbował mitygować Francis.

– Tak czy inaczej nowi władcy Norithoru pragną położyć łapę na Modris, na co zgody nie ma – doża twardo wrócił do meritum. – Z rodem Selitto nic nie poradzimy. Wybrali tak, a nie inaczej, zaś my nie możemy pozwolić, by nasza pozycja osłabła – uniesiony palec ku górze wskazał na północno-wschodni kraniec mapy. – Harpie Szczyty. Spółki Wagnerów, spółki Camprezzów, jak się okazuje. Oni coś knują, a my musimy dowiedzieć się co. Chcielibyśmy byś ostrożnie wybadał sytuację w familii Selitto. Wobec ciebie nie będą mieli podejrzeń, Chriss…

Milczenie kupców wydało się kłopotliwe. Mężczyzni raptem wpadli w konfuzję, Fracis Orweld rozpoczął nawet kontemplację podłogi. Podejrzenia jednookiego kierowały się w stronę ewentualnych kontaktów handlowych ojca. Wagnerowie i Camperezzowie w przeszłości prowadzili wspólne interesy. Całkiem intratne, o ile Chriss pamiętał.

– Trzeba sprawdzić – milczący do tej pory Czarny Kaptur odezwał się paskudnym głosem – czy Hektor Wagner nie zwąchał się za blisko z Camperezzami… Proszę pana.

– Dzięki, nie wiedziałem- odpowiedział po chwili konsternacji Chriss, pozwalając sobie na spojrzenie: “Czy ty uważasz mnie za aż tak niedorozwiniętego?”.

W odpowiedzi mężczyzna skinął mu głową z wrednym uśmiechem.

Zasadniczo, bardzo mu się ten pomysł nie podobał, by mieszać się w zatargi zwaśnionych rodów i sojuszników. Nigdy nie był biegły w polityce, zwłaszcza dotyczących handlu, a teraz nie dość, że proponowali mu maczanie się w tym brudzie, to jeszcze na zasadzie szpiega. Szpiega, który będzie  przeciwko własnej rodzinie. W pewnym sensie to zdrada. Ale… z drugiej strony, skoro ojciec się do niego nie odzywał, podobnie jak bracia, będzie mógł im odpłacić piękne nadobnie. By jednak to się stało, musiał wiedzieć, czy mu się to w ogóle opłaci. Nie chciał być instrumentem, tylko dołączyć do muzyków. Ale na swoich zasadach, jako skrzypce prowadzące.

– Myślę, że mógłbym się tego podjąć, ale nim to, chciałbym się dowiedzieć, dlaczego ja, a nie któryś z moich ambitniejszych braci?- zaczął dość niewinnie, ale potem pozwolił sobie na bardziej pewny uśmiech.- To po pierwsze. Po drugie: awans na pułkownika, posiadłość o powierzchni stu arów, dwadzieścia hektarów własnościowych z polami, pastwiskami i lasami, na czas trwania misji 500 denarów: 100 w gotówce, 400 na lokacie bankowej, po misji pensja o wysokości 100 denarów miesięcznie na dwa pokolenia z czystej linii ode mnie, a do tego 10% upust cen na wyroby i surowiznę pochodzących od rodzin członkowskich rady do końca życia, pod zaprzysiężeniem u najwyższego kapłana Tradara.

Wraz z narastającą kupką warunków kolejno kupcy Orweld, Nausestad i Oldberg, wyrażali swoje zdumienie. Pierwszy psioczył, drugi obsobaczył Chrissa, trzeci zmówił pacierz do Skrupulatności Tradara. Gdy nadszedł kres wyliczanki doża położył ręce na blacie stołu i wypuścił głośno powietrze.

– Panowie kupcy… Wyjść – polecił twardym głosem. – Oprócz ciebie – zwrócił się do Czarnego Kaptura.

Mężczyźni posłusznie spełnili żądanie Sorilla, grzecznie kłaniając mu się na odchodne.

– Cesarz zwykł wieszać za podobne żądania – doża jak na przekór wypowiedzi, uśmiechnął się. – Wyższej szarży ci nie dam, w Najjaśniejszej Republice tytułów się nie kupuje… A przynajmniej chciałbym w to wierzyć.

Obszedł blat stołu i zbliżył się do jednookiego po czym złożył swą rękę na jego ramieniu.

– Chętnie spełniłbym twoje warunki. A nawet zrobił wyjątek dla stopnia pułkownika, lecz zrozum – przerwał i zdjął rękę z wagnerowego ramienia – takie zmiany gruntowe, finansowe i ekonomiczne, mówią wiele. Czy wiesz, że nim zaczyna się jakikolwiek konflikt zbrojny to na przód mówią nam o tym liczby? Tak, tak. Ekonomia. Wahanie rynków, destabilizacja, niemożność pogodzenia się ze złą koniunkturą, a dalej wymuszanie cen, narzucanie ceł i wszelkie próby regulacji rynku prowadzą do katastrofy. Zważ czego żądasz: nieruchomości, dóbr, wyrobów i upustów. To by pokazało naszym wrogom, że coś czynimy. Że wykonujemy ruchy. A naszym przyjaciołom, że próbujemy regulować rynek dzięki temu dziesięcioprocentowemu upustowi. Czy wiesz jak prędko rodziny członkowskie rady by nas opuściły?

Powracający za stół Kersil Sorill zapukał dwa razy w blat.

– Proponuje zatem zakwaterowanie na czas misji w zamtuzie Mirra i płomień, sto denarów zaliczki i czterysta denarów po wykonaniu zlecenia. To wszystko, co mam do zaoferowania – skwitował władca. – Nie musisz odpowiadać teraz. Idź i użyj życia na balu, a gdy ten zakończy się, poznamy obaj twą decyzję.  

Chriss wysłuchał co miał mu do powiedzenia doża. W tym momencie miał ochotę trzasnąć drzwiami i wrócić gdzieś na północ, gdzie nie było żadnej polityki rodowej, ani tym bardziej zdrady w stosunku do własnej rodziny, do czego namawia go teraz Kersil. Nie ma zamiaru godzić się na to, by dostać jakieś marne grosze w stosunku do kroci, którą zarobią wielkie rody. Nawet gdyby go włączyli do kółeczka, nie wykazywałby żadnego zainteresowania, gdyż bardziej dla niego zajmujące są militaria. Rzucił jeszcze tylko spojrzenie w stronę najwyższego urzędnika i kiwnął głową, nie dając mu żadnej odpowiedzi. Gdy tylko doża puścił jego ramię, ukłonił się zgodnie ze zwyczajem i skierował się w stronę drzwi. Tam się zatrzymał i obrócił na pięcie:

– Wciąż jednak nie dostałem odpowiedzi na pierwsze pytanie- dodał jeszcze podporucznik, wpatrując się w twarz Sorilla.- Dlaczego ja?

– Jesteś stąd, ale jednocześnie jesteś obcy – odpowiedział doża posyłając żołnierzowi szczery uśmiech.

– Zdaje się, że tak naprawdę nigdy nie byłem „stąd”- odparł jeszcze wojskowy, raz jeszcze kłaniając się i wychodząc z sali.


Michał J. Sobociński;

P. R. Ofiarski


<- Część I | Część III ->

Astra Fabulae

Koteria Usi’nthar III: Tri Martolod Yaouank I Vonet Da Veajiñ

384 Wyświetleń

– Mój drogi bracie- zaczęła z niezwykle ciepłym uśmiechem Ali’sal.- Czy ciebie już do reszty pojebało?

– Ty masz jeszcze czelność podważać moje słowa?- odpowiedział jej spokojnie Talis, który skomunikował się z „Hand of Glory” przez hologram.

Kaspar milczał, kosztując herbaty. Siedział wraz z innymi oficerami w sali narad, do której wezwała ich Lady Kapitan, przysłuchując się rozmowie, którą prowadziło rodzeństwo. Minął prawie tydzień od czasu, gdy przyjął stanowisko pierwszego oficera i zaaklimatyzował się już w nowym miejscu oraz zintegrował z najważniejszymi członkami załogi. Jednak relacja, jaką mieli Ali’sal wraz z Talisem była cienką linią między miłością, a nienawiścią, co uznawał za dość dziwne, biorąc pod uwagę to, że obecnie mogli liczyć tylko na siebie jeśli chodzi o sprawy rodzinne. No, Tha’litanka miała jeszcze męża, ale Talder Ill’thal chyba wolał nie wchodzić między rodzeństwo, w chwili, gdy ze sobą rozmawiali. I miał rację.

– Oczywiście, że podważam- odparła Lady Kapitan, sięgając po tablicę dotykową, na którą Talis wysłał szczegóły misji.- Zgodziłeś się, bez wcześniejszej konsultacji tego ze mną wysłać mnie, jako inkwizycję, za renegatami, którzy usiłowali zrobić ze mnie ser szwajcarski, a na dodatek zaprosiłeś na nasz okręt mistrza szpiegów z obcej koterii. I to do systemu, w którym wyparowało w niewyjaśnionych okolicznościach dwa tysiące osób. Myślałeś, że przyjmę tę wiadomość z pokorą i kwiecistym uśmiechem?!

– Tak, zgodziłem się na to, by ci ratować twój tyłek przed bandą prawników, którzy uziemiliby ciebie i resztę twojej załogi!- powiedział głośno Tha’litanin, uderzając o biurko.- Chcesz tego?!

Ali’sal spuściła oczy, siadając przy stole. Kaspar zdawał sobie sprawę, że Talis został podstawiony pod ścianą i musiał działać szybko, ale mógł poświęcić choćby pięć minut dla swojej siostry, która musiała piwo, które naważył. Ale jak mu to mówiła babka, jak Kuba Bogu, jak Bóg Kubie. Ona też go pozostawiła w trudnej sytuacji.

Gdy jednak napięta atmosfera opadła po chwili ciszy, Talis znów zabrał głos.

– Posłuchaj, Ali’sal, to dla nas nie tylko niebezpieczna misja. To również szansa. W końcu możemy się wybić ponad stan drugorzędnej koterii. Wybraliśmy tę drogę, wiedząc, że będzie pełna niebezpieczeństw.

– Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje- dodał jeszcze Kaspar, spoglądając na Ali’sal, odkładając na stół filiżankę.- Od kilku dni Lady Kapitan szaleje po okręcie, mówiąc całemu zgromadzeniu okrętowemu, że nie ma jeszcze żadnego zlecenia, a gdy ono przychodzi, chce Lady skulić ogon?

– Czy ja w tym momencie prosiłam ciebie o radę, oficerze- warknęła Tha’litanka, rzucając karcące spojrzenie na swojego EXO. Po chwili jednak złagodniała.- To nie jest zwykłe polowanie na piratów, a misja inkwizycyjna. Jeśli zawiedziemy…

– Myślę, że za dużo się wahasz, Ali’sal- odpowiedział Talis, również się uspokajając.- Jeśli zawiedziemy, to oboje tym razem zapłacimy za to głową i reputacją, a nie jak wcześniej, każdy sobie rzepkę skrobał. Myśl raczej pozytywnie. Lada chwila powinny być przesłane pieniądze na twoje konto, a także dostarczony detektor śladów plazmowych. Jeśli nam się uda, to dostaniemy jeszcze kilka ciekawych technologii, w tym nowe silniki: plazmowy Vertilus IV oraz czasowy Hadron X. Jeśli pomyślisz o beneficjach, a nie o stratach, łatwiej się zmotywujesz do działania.

– Rozumiem, rozumiem, o co ci chodzi- powiedziała Ali’sal, wstając z miejsca i podchodząc bliżej do hologramu.- Ale to nie ty nadstawiasz karku, tylko ja. Gdzie w tym równy podział, co?

– Jeśli myślisz, że ja w tym czasie będę siedział w fotelu, licząc zdobyte pieniądze z wysłania cię na misję, to może zmienimy się miejscami? Ja sobie też chętnie polatam, zamiast utrzymywać naszą koterię na nogach. Może znasz lepszy sposób na powstrzymanie całej bandy wściekłych głów kamaryl, by nie wyssała z nas każdego Exela.

– Wciąż jednak nie pojmuję, czemu zdecydowałeś się zaprosić na nasz pokład ich mistrza szeptów- dodała jeszcze Ali’sal, krzyżując ręce na piersi.- To jak zapraszanie wilka na pastwisko pełne owiec. Lada moment i będzie miał dostęp do wszystkich poufnych danych naszej koterii.

– Pod pretekstem tego, że będzie uczył załogę przesłuchiwania, uczynimy z niego naszego zakładnika. Jeśli Severus Thule będzie próbował nie wywiązać się ze swojej umowy, pożegna się z życiem jednego z najlepszych informatorów pośród Wygnańców- odpowiedział na pytanie Talis, biorąc do ręki tablicę dotykową.- Poza tym, przydziel mu kogoś, kto będzie go obserwował. Będzie bardziej uwłasnowolniony i nie zrobi nic, co nam zaszkodzi. Przesłałem Ci dane na temat tego mistrza szeptów i przekażesz je swoim oficerom, by się odpowiednio przygotowali na jego przybycie.

Krótkie piknięcie poinformowało Tha’litankę o tym, że pliki znalazły się na dysku głównym statku. Lady Kapitan sięgnęła po swoją tablicę dotykową, by móc je przejrzeć i przesłać dalej.

– Trochę ułatwiłeś zadanie, dzięki- odparła bardziej spokojniej Ali’sal, wciąż trzymając urządzenie w ręce.- Gdy tylko zainstalujemy detektor, a także przybędzie na nasz okręt ten cały Francis Wall, rozpoczniemy misję. Na razie muszę się rozmówić ze swoimi oficerami, więc kończę rozmowę.

– Dobrze, Ali’sal- przytaknął Talis, uderzając palcami o tablicę.- Ja też mam petentów z innych koterii. Odezwij się, jak będziesz miała jeszcze jakieś uwagi.

Po tych słowach Tha’litanin zniknął z hologramu, a w sali narad nastała chwilowa cisza, którą po chwili przerwało wtrącenie Lady Kapitan.

– I pomyśleć, że jestem z tym dupkiem spokrewniona.

Przez pokój rozległ się cichy chichot oficerów. Kaspar chrząknął głośno, dając przy tym znak, by się wszyscy uspokoili. Spojrzał na Ali’sal, która nagle się odwróciła i spojrzała na zebranych. Usiadła na swoje miejsce i złożył ręce.

– Sami słyszeliście, co nas czeka.- zaczęła spokojnym głosem kobieta.- Czeka nas zadanie przechwycenia grupy renegatów i proces osądzenia. Więc postarajmy się nie niszczyć całych okrętów, tylko przechwycić żywcem najważniejszych zdrajców naszej… sojuszniczej koterii. Na waszych tablicach powinny być przesłane informacje o załodze okrętów Thalów oraz samych statkach.

Wszyscy zebrani chwycili za swoje urządzenie i zaczęli przeglądać. Kaspar, gdy czytał nazwiska, odetchnął z ulgą, gdyż nie znał żadnego z oficerów z uprowadzonej fregaty i transportowca. Uniknie dzięki temu zdemaskowania. Zaraz potem przeszedł do pliku o informacjach o okrętach. Tutaj sytuacja była nieco trudniejsza, gdyż, jak przypuszczał, miał do czynienia z hybrydami technologii Cesarstwa oraz Federacji. Poszycie obu statków było pokryte masą kryształową, jaką którą są obłożone statki Tha’litan, przez co nie będzie można uruchomić ich impulsem elektromagnetycznym. Na domiar złego, fregata uzbrojona była w zmodyfikowane baterie działowe na burtach, wzoru Europa II, które przeznaczone były do krążowników, nie fregat. Do tego, na rufie, działo solarne, Centauri IV, które tytanowy pancerz, znajdujący się na „Hand of Glory”, przebije jak ostrze kartkę papieru. Szczęśliwie, transportowiec nie był tak niebezpieczny. Co prawda, również miał kryształową powłokę na pancerzu, ale uzbrojony tylko w torpedy naprowadzające.

Kaspar odłożył na bok tablicę i spojrzał w stronę Anastazji Jurkowej, która była mistrzynią artylerii na pokładzie. Gdy się na nią patrzy, można odnieść wrażenie, że pasuje bardziej na śpiewaczkę operową, aniżeli wojskową. Szczupła i wysoka, o długich blond włosach, bladej cerze i mocno czerwonych ustach, nie pasowała do wizerunku osoby odpowiedzialnej za artylerię. Jednak, gdy potencjalny obserwator spotka się z jej zielonymi oczami, poczuje na ciele dreszcz strachu. Do tego, w kontaktach międzyludzkich jest raczej oziębła, stąd też jej podwładni nazywają ją „Śnieżką”. Powodem, dlaczego nie została „Królową Lodu” był fakt, że miała swoje dziwactwo, o którym wszyscy wiedzieli: była maniaczką książek o lekkiej tematyce, którymi zagracała swoją kajutę. Wyciągnąć ją ze swojej „nory” po godzinach służby graniczyło z cudem, gdy wtopiła się akurat w jakąś lekturę, często zapominając nawet o własnym wyglądzie.

Nie mniej teraz, Anastazja była wzorem oficer o dobrze skrojonym, czarno-czerwonym mundurze z emblematem koterii na ramieniu. Po chwili odłożyła na stół tablicę dotykową.

– Trzeba będzie odłączyć działo elektropulsowe- jej głos brzmiał bardzo płynnie, lecz ewidentnie można było dostrzec, że zaciągała wschodnioeuropejsko.- Na tę powłokę i tak nie zadziała. Moc damy na nasze burty. Powinniśmy użyć pocisków magnesowych z makrodział na burtach. Nie poczynią żadnych obrażeń, ale przynajmniej zwiększą ciężar okrętu. Łatwiej go wtedy dogonimy.

– Wtedy, jak rozumiem, abordaż?- spojrzał pytająco Kaspar na Anastazję, rozrysowując sobie na tablicy potencjalną sytuację i wrzucając jej obraz na hologram.

– Tak jest- przytaknęła mu mistrzyni artylerii, spoglądając na holograficzny obraz naczepianych magnesów na fregatę wroga.

– Nie uda się, mają za mocne działa burtowe.- powiedziała krótko Ali’sal, robiąc symulację planu, w którym ociężały statek wroga, owszem, zwolnił, ale działa wciąż były funkcjonalne i zaczęły ostrzeliwać burtę „Hand of Glory”.- Pomysł z abordażem jednak nie jest zły, trzeba tylko do niego doprowadzić w mądry sposób.

– Można użyć Halo– odparł Talder, również rysując coś na tablicy.

Mąż Lady Kapitan, pierwszy pilot „Hand of Glory”, Talder Ill’thal nie należał do osób, które potrafiły spokojnie usiedzieć w jednym miejscu. Gdy Kaspar spotkał po raz pierwszy tego Tha’litanina, miał wrażenie, że była to osoba dość flegmatyczna. Podkrążone, mocno błękitne oczy, czarne jak sadza włosy i wyraz twarzy, mówiący „nie chce mi się” okazały się być zmyłką dla obserwatora. Jego ruchy były szybkie jak u mistrza sztuk walk, na mostku pilota wydawał się wręcz bogiem, gdy sterował fregatą. Do tego był dość racjonalny w swoich spostrzeżeniach. Niestety, lubił często zaglądać do kieliszka i spoufalać ze zwykłymi załogantami. Miało to swoje pozytywne odzwierciedlenie pośród morale ludzi na okręcie, nie mniej, było to niebezpieczne, gdy trzeba było nagle zasiąść za sterami. Wedle Taldera, alkohol nie wpływał na jego zdolności, nie mniej, pierwszy oficer był sceptyczny co do tych zapewnień i zdecydował się go bardziej pilnować w trakcie podróży.

Teraz jednak wydawał się być zupełnie trzeźwy, nie mniej jego propozycja była dość szalona. W końcu proponował użycie zjawiska optycznego w postaci załamania kryształów lodu, czyli rzeczy, która występuje naturalnie w kosmosie.

– Mógłbyś to rozwinąć, Taldarze?- spytała Ali’sal, podnosząc brew.

– Oczywiście. Wykorzystajmy to, co dała nam fizyka.- zaczął przedstawiać jakieś obrazki.- Proponuję wytworzenie pocisków, w których będzie zachodziła reakcja zmiany tlenu w ciekły tlen i następnie ich wystrzelenie w stronę systemów diagnozujących okrętu. Zawarta substancja rzecz jasna zamarznie, ale dopiero w wyniku zderzenia się z obiektem. Potem, pod odpowiednim kątem, winniśmy wywołać krótki rozbłysk słoneczny z wykorzystaniem naszego reaktora solarnego. Wywoła to duże zakłócenia w sieci bez impulsu.

– Zakładając nawet, że uda nam się coś takiego stworzyć- stwierdził dość sceptycznie nastawiony do tego Kaspar, przyglądając się całej reakcji.- Co nam to da?

– Jak mówiłem, zakłócimy działanie systemów diagnozujących wrogiej fregaty. Wszystko wciąż będzie funkcjonowało, ale będzie wymagało manualnego celowania czy analizowania przestrzeni niż poleganie na komputerach. W ciągu dziesięciu minut powinni dać radę to naprawić, ale w tym czasie zdołamy się zbliżyć na „nożową odległość” i przeprowadzić abordaż. Będzie potrzebna mi jedynie większa moc na systemy manewrujące, by wyrobić się w czasie.

– Jak proponujesz stworzenie pocisków z ciekłym tlenem?- spytała krótko Anastazja.

– To akurat żaden problem!- odezwał się rozentuzjazmowany głos.

Zdanie wyszło z radia, które było na miejscu Marthy Hiro, głównej inżynier okrętu. Kaspar zauważył, że dziewczyna nie przychodzi osobiście na zebrania, ale używa do komunikacji interkomu. Powodem tego zachowania jest ilość obowiązków, które bierze na siebie inżynier. Nie dość, że zajmuje się poprawnym działaniem wszystkich podzespołów „Hand of Glory”, to jeszcze ulepsza bądź też tworzy sama wyposażenie dla załogi. Z tego pierwszy oficer słyszał, śmiało mogłaby pracować dla najlepszych korporacji zbrojeniowych w galaktyce, jednak z niewiadomych powodów, odrzucała tę możliwość. Pomimo tego, że obecnie jej nie było, śmiało można było ją odwiedzać w jej pracowni. Już na pierwszy rzut oka wprawiała każdego normalnego człowieka w mocne zdziwienie. Pierwsze na co się zwracało uwagę, to były farbowane włosy: jedna strona na niebiesko, druga na zielono, przekute uszy i nos, a także bardzo ostry, niebieski makijaż. Ubrana była najczęściej w biały kitel z symbolem koterii, a pod nim w czarno-czerwoną bluzę, na nogach dżinsowe spodnie i trampki. Do tego zawsze uśmiechnięta i optymistyczna, ale przy tym dość denerwująca w rozmowie, gdyż potrafiła nagle zmienić temat. Była jednak geniuszem, więc nic dziwnego, że miała swoje dziwactwa.

– Mów więc Martho, ale błagam cię, nie trać wątku- westchnęła Ali’sal, zdając sobie sprawę, jaki charakter miała jej podwładna.

– Spoczko-loczko, Lady Kapitan- zabrzmiała w radiu inżynier, zaś Kaspar miał ochotę właśnie zacisnąć dłoń na jej gardle za ten dziecięcy slang.- Wystarczy stworzyć pociski, w którym będzie zachodziła rektyfikacja cząstek powietrza pod wpływem odpowiedniej temperatury. Haczyk polega na tym, by odpowiednio wyliczyć chwilę, w której pocisk zderzy się z obiektem. Czyli: szybkość wystrzału w stosunku do stałej temperatury próżni, wynoszącej zero kalwinów oraz szybkość lotu pocisku w stosunku do odległości.

– Czyli w chwili zderzenia, doprowadzić pocisk do osiągnięcia temperatury dziewięćdziesięciu kalwinów, w której nagle zajdzie reakcja- stwierdziła Anastazja, przypominając sobie podstawy chemii.- Wymagać będzie to odpowiedniej kalibracji działa, ale nie powinno to stanowić problemu.

– Martha, wylicz również stopień nachylenia naszego okrętu, by wywołać rozbłysk w celu powstania Halo.- dodała jeszcze Ali’sal, ewidentnie bardziej entuzjastycznie nastawiona do pomysłu.- Dalej powinno pójść bez problemu!

– Nie tak szybko Lady Kapitan- sprowadził na ziemię Ali’sal Kaspar, spoglądając na symulację, w której doszło do bezpośredniego kontaktu obu fregat.- Zbliżenie się to jedno, ale przeprowadzenie abordażu to inny problem. Othal, jak wygląda wyposażenie bojowe „Hand of Glory”?

– Nie jest źle- podsumował La’u, otwierając listę wyposażenia.– Mamy trzy działa na kryształ solarny, które z odległości dziesięciu metrów powinny zrobić wyłom w pancerzu przeciwnika na tyle duży, by nasze siły mogły się przedostać do środka wrogiej fregaty. A co za tym idzie, mamy trzy mechaniczne korytarze, które połączą oba okręty. O ile wejście tam będzie dość łatwe, to odbicie okrętu może nam sprawić trudność. Obecnie jesteśmy w stanie w pełni uzbroić trzystu załogantów, pięciuset, jeśli mamy zamiar korzystać z mięsa armatniego bez żadnego pancerza i uzbrojonych tylko w pistolety. Z tego co wiem, fregata Thalów mogła maksymalnie uzbroić sto osób, ale mogli się w międzyczasie dozbroić, choćby u piratów. Musimy przeprowadzać na bieżąco skanery podczerwieni, gdy będziemy już walczyli.

– Mamy jeszcze plany tej fregaty- dodał Kaspar, dając na hologram rozkład korytarzu porwanego okrętu.- Jak przeanalizujesz je pod kątem strategicznym, zyskasz dodatkową kartę atutową.

Ali’sal kiwnęła głową ewidentnie zadowolona z przebiegu rozmów swoich oficerów. Po chwili jednak wróciła do dość poważnego tonu, już po zapisaniu wszystkich danych.

– Skoro opracowaliśmy walkę z fregatą, potencjalna konfrontacja z transportowcem będzie już tylko formalnością- powiedziała Lady Kapitan, wstając z miejsca.- Czas na sprawę numer dwa, czyli naszego gościa specjalnego, pana Francisa Walla. Dostaliśmy jego akta osobowe i przebieg dawnej służby, przynajmniej tej odtajnionej, ale może któreś z was miało okazję z nim pracować?

Spojrzenie Ali’sal skierowane było głównie w stronę Kaspara i Anastazji. W końcu oboje służyli dawniej we flocie Federacji Solarnej i mogli mieć kontakt z mistrzem szeptów. Oboje jednak zaprzeczyli głowami.

– Znam jedynie informacje przekazywane mimochodem przez marynarzy- stwierdził Kaspar, dolewając sobie herbaty do filiżanki.- W większości to pewnie plotki, które nie mają żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości lub pokrywają się z danymi z pliku.

– Podobnie u mnie- dodała jeszcze Anastazja, przymykając oczy, jakby nad czymś myślała.- Chociaż… mam wrażenie, że mogłam mieć z nim jakiś kontakt, ale nie było to chyba nic godnego uwagi, skoro pamiętam to jak przez mgłę.

– A co z możliwością włamania się do baz danych Federacji Solarnych, Martho?- Tha’litanka spojrzała na interkom, przez który komunikowała się inżynier.

– Taka osoba nie istnieje- jękną głos kobiety z radia, lekko podirytowany.- Musiałabym złamać kod, składający się z ponad miliarda wierszy poleceń, by upewnić się, czy faktycznie w ogóle taka persona istnieje, a nie mówiąc już o jej działalności. A to może zająć nawet z miesiąc albo dwa.

Ali’sal kiwnęła tylko głową, nie będąc zachwycona brakiem innych informacji niż tych przesłanych przez Talisa. Działalność to jedno, ale wykaz charakteru i sposobu pracy nigdy nie znajdują się w danych personalnych, stąd też nie wiedziała, jaką taktykę powinna obrać względem „gościa” koterii. Przejrzała raz jeszcze informacje, jakby mając nadzieje, że dostrzeże jakiś niuans, którego wcześniej przeoczyła. Niestety, nie dostrzegła nic wartego uwagi. Odłożyła na stół tablicę dotykową i spojrzała na oficerów.

– Nie mamy wyjścia, musimy zrobić tak jak mówił Talis. Jedno z was będzie musiało go mieć na oku.

– Ja wezmę ten ciężar na siebie- odpowiedział bez chwili zastanowienia Kaspar.- Jestem nowy w załodze i będzie myślał, że będę łatwiejszy do manipulacji niż dłużej będący członkami koterii.

– Pomysł ciekawy- stwierdziła Ali’sal, gładząc się po podbródku.- Ale czasochłonny. A potrzebuję ciebie, byś panował nad kadrą w trakcie podróży przez tunel. Nie wiem, jak zdołasz pogodzić obowiązki strażnika oraz pierwszego oficera.

– Ja mu pomogę- odpowiedział Othal, kłaniając się Lady Kapitan.- Wystarczy po prostu pilnować Taldara by za często nie siedział przy butelce i Anastazji, by nie zaszywała się w kajucie w otoczeniu swoich romansów.

– Ej, ja tu siedzę!- jęknął Tha’litanin, zaś Anastazja tylko lekko się zarumieniła.

– Wiem, że tu siedzisz- westchnął La’u, rzucając tylko krótki spojrzenie na pierwszego pilota, by potem znów zwrócić się ku Ali’sal.- We dwoje powinniśmy dać radę utrzymać kadrę w ryzach, dostając przy tym czas, by Kaspar mógł odpowiednio zająć się naszym gościem.

– A co, gdy dolecimy już do systemu?- spytała jeszcze Tha’litanka, wciąż niepewna decyzji.

– Będzie pomagał nam przy obsłudze detektora śladów plazmowych- stwierdził Kaspar, jakby było to coś oczywistego.- O ile wiem, występuje przede wszystkim w okrętach zwiadowczych do wyszukiwania śladów statków za pomocą pozostałości po silnikach plazmowych, ale wydaje mi się, że każdy dobry szpieg również wie, jak z czegoś takiego korzystać.

– Cooooo?!!- jęknęła przeraźliwie Martha przez interkom.- A w życiu, nie ma mowy! Nikt nie będzie dotykał tego cudeńka, oprócz mnie, a tym bardziej żaden, stetryczały staruch! Jeszcze może mam mu się dawać po tyłku klepać?!

– Cisza, panno Hiro- rzekł spokojnie Kaspar, mając jednak ochotę zakłócić jej odbiornik jakimś piskiem o wysokich częstotliwościach.- Pozwolisz mu dotknąć tego sprzętu i będziesz udawała nowicjuszkę w tej dziedzinie. W zamian za to, jak będzie cię klepał po tyłku, masz pozwolenie ode mnie na danie mu w twarz. Nawet elektryką, jeśli uznasz to za stosowne.

– Jeeeej!- zakrzyknęła radośnie inżynier, powodując jednak głośne charczenie w głośnikach.

– Jak z dziećmi- stwierdziła Ali’sal, wzdychając ciężko.- Dobrze Kasparze, daję ci pieczę nad naszym… gościem. Staraj się go zabawiać, a przy okazji, obserwuj, czy nie będzie pod pretekstem wspólnej misji uzyskiwać informacji o naszej koterii. Jeśli choćby przez chwilę poczujesz się źle, od razu reaguj zgodnie z procedurami.

– Unikaj też poczęstunku od niego- dodała jeszcze Anastazja, rzucając swoje chłodne spojrzenie na pierwszego oficera.- Może być duże prawdopodobieństwo, że mógł tam dodać jakieś serum prawdy i z ciebie wyciągnąć o nas jakieś informacje.

– Porozmawiam z seneszalem o zmianie zakwaterowania dla ciebie- powiedział jeszcze Othal.- Lepiej spać blisko swojego celu, bo to ci ułatwi jego obserwację.

– Nim to, zainstaluję jeszcze w jego pokoju monitoring oraz nadajniki nasłuchujące- zachęcona wypowiedziami innych oficerów inżynier wtrąciła jeszcze swój pomysł.-  Jeszcze dodam do twojej broni krótkiej komorę na pociski paraliżujące, byś mógł go unieruchomić gdy będzie próbował uciekać z danymi lub mnie klepnie po tyłku.

– Martha, czy ty się z pierwotniakiem na łby pozamieniałaś?- spytał ironicznie Talder, a Kaspar odetchnął z ulgą, że wśród kadry oficerskiej jest jednak ktoś rozważny.- To super szpieg! Pierwsze co zrobi, to właśnie sprawdzi, czy w jego pokoju nie ma podsłuchu lub ukrytych kamer! Lepiej umieśćmy ich w jednym pokoju i do tego w jednym łóżku. Pierwszy oficer już wtedy będzie miał pewność, że nie wywinie mu żadnego numeru w nocy.

– Chyba, że Francis jest homoseksualistą- rozmarzyła się Anastazja, że aż jej oczy zabłysnęły.- Dwóch mężczyzn po przeciwnych stronach, których będzie łączyła wspólna więź.

– To może jeszcze, kurwa, dacie mi wazelinę do szafki, co!? – zdenerwował się mocno Kaspar, spoglądając na Ali’sal, która ewidentnie starała się opanować śmiech.- Albo przywiąże sobie sznurek do jego palca, wtedy na pewno będę miał pewność, że mi nie ucieknie. Kończcie te swoje żałosne dowcipy, bo przydzielę wam zadania oczyszczania pokładu!

– Wynika to z naszej troski o ciebie, Kasparze- odpowiedziała Ali’sal, ostatecznie przewalczając chęć do śmiania się.- Ale kilka pomysłów jest niezłych, jak z uwagą Anastazji o nie korzystaniu z poczęstunku. Przemyśl te pomysły, a potem wdróż je w życie. Wszyscy ci pomogą.

– Wezmę to pod uwagę, Lady Kapitan- powiedział poważnie pierwszy oficer, zabierając ze stołu swoją tablicę dotykową.- Jak rozumiem, to już koniec zebrania, czy mamy jeszcze jakieś rzeczy do omówienia?

– To wszystko- powiedziała Tha’litanka, wstając z krzesła.- Talis obiecał, że pomoże w badaniu okrętu Thalów, który nagle pojawił się przy Keplerze i powstrzymywaniu rady, by nie narzucała nam procesu, więc nie musimy sobie zawracać tym głowy. Każdą informację, którą zdobędzie, wyśle zakodowaną szyfrem naszej koterii drogą radiową. Francis Wall powinien w ciągu dwóch dni pojawić się na okręcie. Jeśli w tym czasie uda wam się przygotować „Hand of Glory” do wylotu, ruszymy bezzwłocznie. Kasparze, odbierzesz naszego gościa i wprowadzisz go na pokład. Ja będę miała przez ten czas kilka rzeczy do zrobienia, głównie papierkowa robota i nie będę mogła go powitać osobiście w chwili, gdy się pojawi. Pozostawiam to tobie.

– Oczywiście, Lady Kapitan- odpowiedział Kaspar, salutując.- W każdym razie, zebranie dobiegło końca. Oficerowie, do swoich zajęć. Wszystko w ciągu dwóch dni ma być gotowe do drogi. Osobiście będę was nadzorował.

Wszyscy kiwnęli głowami i wstali z miejsc, zaczynając opuszczać salę. Wtem do uszu Kaspara doszła cicha rozmowa Taldera z Anastazją.

– …dlatego mimo wszystko zostawię wazelinę w jego szafce- zaszeptał pierwszy pilot do mistrzyni artylerii, potem jednak zaciskając zęby, gdy zdał sobie sprawę, że był na tyle blisko człowieka, że to usłyszał.

– Mam dość wyczulony słuch- odpowiedział Kaspar, marszcząc brwi.- Talder, do mojego gabinetu z mopem na ramieniu. TERAZ!

 

*

 

Ali’sal wpatrywała się przez okno swojej kajuty na port w Nowej Nadziei. Naliczyła, że zadokowanych było sześć okrętów: trzy korwety, jedna fregata, krążownik, no i „Hand of Glory”. Te pięć statków należało do koterii Hawke, jednej z najpotężniejszych kamaryl pośród Wygnańców, a aktualnie, jeden z prowodyrów, że musieli jak najszybciej uciekać z planety. Statki innych koterii były albo na misjach albo w portach innych miast na planecie Kepler lub też dryfowały w próżni niedaleko planety, gdyż nie posiadały powłoki atmosferycznej, by móc zejść do dokowania na planecie. Była to stosunkowo młoda technologia, a co za tym idzie, droga, by móc ją zainstalować na statkach wielkości fregaty czy korwety. Dlatego wciąż było dużo pojazdów, które korzystało z promów atmosferycznych, by zejść na powierzchnię planety. Zainstalowane tam czujniki chłodzące, znane już w mniejszych statkach Federacji od końca XXI wieku, wciąż były niezastąpione, pomimo upływu dwóch wieków, ale problematyczne do zainstalowania w dużych okrętach kosmicznych z powodu ich wielkości. Łatwiej jest ochłodzić mały przedmiot o masie kilkuset kilogramów aniżeli potężne obiekty o wadze kilku megaton. Stąd też, niedaleko doków dla okrętów kosmicznych był specjalny port dla promów, których zadokowanych było kilkanaście.

Przy jednej z platform dla promów, Ali’sal dostrzegła grupę kilku osób, które ewidentnie wpatrują się w miejsce, gdzie powinien być zadokowany statek atmosferyczny. Tha’litanka od razu rozpoznała, że był to Kaspar wraz z obstawą, który oczekiwał na przybycie Francisa Walla. Mistrz szeptów koterii Thul przesłał informacje, że przyleci promem z pokładu „okrętu widmo” swojej kamaryli, na którym zbierał dane. Przekazała natychmiast swojemu pierwszemu oficerowi o miejscu i czasie przybycia gościa, by jeszcze pojawił się przed czasem. Kaspar przyjął to do wiadomości i zbierając komitet powitalny, składający się ze swojego sekretarza i kilku żołnierzy rodowych, ruszył na wyznaczoną platformę.

Tha’litana delikatnie odwróciła wzrok, gdy usłyszała syk otwieranych drzwi jej kajuty. W ramach wrót stanął jej mąż, Talder, ubrany w czysty mundur i zaczesane w koński ogon włosy. Kobieta uśmiechnęła się lekko:

– Zdołałeś się wyrobić ze sprzątaniem i przygotowaniem mostka do podróży?- spytała, pozwalają sobie na cichy chichot pod nosem.

– Sam nie wiem, co dla mnie było gorsze- burknął tylko pierwszy pilot, obejmując od tyłu swoją żonę.- Chyba jednak sprzątnie, gdyż odkryłem, że mam uczulenie na detergenty.

– Przynajmniej w końcu sterylny będziesz- stwierdziła, kładąc dłonie na jego rękach.- Było się nie nabijać z naszego Kaspara. Minęło już dziesięć dni, a ty jeszcze nie zdałeś sobie sprawy, że podchodzi do swoich obowiązków z wojskowym podejściem? Jeju, za jakiego ja głupka wyszłam.

– Ha ha, bardzo śmieszne- mruknął Talder, puszczając Ali’sal z uścisku.- On wciąż nie zdaje sobie sprawy, że to nie jest wojsko, tylko koteria wygnańcza. Tutaj zbytnia surowość nie popłaca.

– On sobie DOSKONALE zdaje z tego sprawę, miły mój- odparła Lady Kapitan, znów spoglądając przez okno.- Gdyby był ciągle w wojsku, twoją karą nie byłoby sprzątnie pokładu, a wymierzenie biczów na twoich plecach. Albo po prostu by cię rozstrzelał za obrazę rangi. Jedno z dwóch. Dlatego nie powinieneś narzekać na to, że musiałeś stać się na kilka godzin konserwatorem powierzchni płaskich.

– Mam wrażenie, że go faworyzujesz- stwierdził pierwszy pilot, również podchodząc do okna.

– Mylisz pojęcia- odparła natychmiast Ali’sal, kiwając głową.- Pomagam mu zaadaptować się do nowego środowiska, jakim jest załoga o luźnym podejściu do życia. Pamiętasz, jak to było z nami, gdy wyrwaliśmy się z dyscypliny, jaką próbowało nam narzucić Cesarstwo? Też szukaliśmy swojej drogi.

– Oczywiście- przyznał Talder, krzyżując ręce na piersi.- Z tym, że to ty nas rozbisurmaniłaś jako pierwsza oficer, gdy jeszcze Talis był kapitanem „Hand of Glory”. Przez kilka lat mieliśmy spokój. Teraz zaburzasz to, co sama sobie wypracowałaś, przydzielając nam wojskowego, który słowo dryl odnosi się do każdej czynności, która ma być wykonywana.

– Nowa władza, nowe zmiany. Przywykniecie- zakończyła szybko rozmowę na temat Kaspara Ali’sal i podając tablicę dotykową pierwszemu pilotowi.- Są ważniejsze rzeczy niż kwestionowanie moich wyborów. Tę informację dostałam przed chwilą od Talisa.

Talder wziął do ręki urządzenie i zaczął czytać wiadomość, którą podsunęła mu jego żona. Nie spieszył się z czytaniem, gdyż zdawał sobie sprawę, jakiego trudnego słownictwa potrafi używać jego szwagier. Po chwili, zablokował tablicę i oddał ją Lady Kapitan.

– To chyba dobrze, prawda?- spojrzał zdziwiony na Ali’sal.- Taka wyprawa wymaga większej siły zbrojnej, a skoro chce nam przekazać dwustu ludzi ze swojej osobistej ochrony, to świadczy, że bierze na poważnie naszą misję.

– Nie do końca- pokręciła głową Ali’sal, odkładając tablicę.- Wedle informacji Othala, nasz ród posiada siły zbrojne równe sześciuset żołnierzy, z czego na samym pokładzie mamy trzystu. Przydzielając nam jeszcze dwustu, zostanie z setką, która zajmie pozycje ochrony jego inwestycji. Czyli pozostanie z garstką, o ile z kimkolwiek. Przy obecnej sytuacji w radzie, to jak wejście owcy między wilki. Czyli pewna śmierć.

– Może dogadał się z koterią Thul?- zaproponował Talder, gładząc się po brodzie.- W końcu to nasi sojusznicy, od kiedy zostaliśmy dla nich inkwizycją, więc mogą zapewnić mu jakąś ochronę.

– Mój brat to dupek, ale głupkiem nie można go nazwać- zaśmiała się Ali’sal, kładąc dłoń na ramieniu swojego męża.- Ostatnią rzeczą, jaką zrobiłby Talis, to byłoby wiara w swoich sojuszników, a tym bardziej ich karabiny. Napisałam mu, by mi nie wysyłał tych ludzi, by zostawił je sobie, ale odpowiedział mi, że mam się nie martwić, bo on sobie już poradził z ochroną osobistą. Na pytanie, kto to jest, wciąż nie dostałam odpowiedzi. Tylko zapewnienie, że najlepszą z możliwych. No i bądź tu mądry i pisz wiersze.

– Skaranie z tym Talisem, od kiedy stał się radnym- przyznał pierwszy pilot, wzdychając ciężko.- Nie dość, że zrobił się okrutnie krzykliwy, to jeszcze tajemniczy. I jeszcze ten przydział inkwizytorski. Nie mierzy naszych sił na zamiary, broniąc się tym, że nam ufa.

– Kolejne potwierdzenie słów milionów, że polityka spacza każdego. Jak będę miała ochotę kiedykolwiek zasiąść w radzie albo w czymś, co daje jakąś władzę polityczną, potrząśnij mną mocno- powiedziała żartobliwie Ali’sal. Po chwili jednak posmutniała, kładąc mu głowę na ramieniu.

Talder odwrócił się do swojej małżonki, przytulając ją mocno. Wiedział, że ma na sobie duży ciężar odpowiedzialności. Nie dość, że miała na swoich barkach życia wszystkich członków „Hand of Glory”, to jeszcze myśl, że jak zawali misję, cała koteria odpowie za tę porażkę. Ali’sal, na co dzień, była osobą o mocnym charakterze i do tego dowcipną, w ramionach Taldera była zwykłą kobietą, która znalazła oparcie w kimś, kto pomoże jej dźwigać brzemię odpowiedzialności. Pierwszy pilot na co dzień mógł uchodzić za osobę o bardzo bezstresowym podejściu do świata, ale nie zamierzał porzucać kogoś, komu ślubował oparcie do końca życia. Zwłaszcza, że jest to osoba, którą kochał od dłuższego czasu, nim jeszcze został pilotem na okręcie koterii Usi’nthar.

– Wynik był negatywny– mruknęła cicho Ali’sal w ramię Taldera, jeszcze mocniej go przytulając.

Mężczyzna nie odpowiedział, nie chciał denerwować małżonki czczymi słowami, że „to nic”. Dla niej to było bardzo ważne. Dla ich oboje było. Szukał czegoś, co mogło by odwrócić uwagę od trudnego tematu. Temat znalazł się wraz z przelotem promu nad ich fregatą.

– Oho, zdaje się, że przybył już ten mistrz szeptów- odparł Talder, odsuwając się od kobiety i łapiąc ją za ramiona, uśmiechając się ciepło.

Ali’sal odwrócił głowę, spoglądając, jak prom atmosferyczny ląduje właśnie na platformie, przy której stał Kaspar wraz ze świtą. Uwolniła się z uścisku swojego męża, składając dłonie na piersi. Jej twarz stała się nagle dość poważna:

– Pierwszy pilocie Ill’thal, proszę wrócić na swoje stanowisko. Chcę, by silniki były gotowe z wyjścia z atmosfery.

– Tak jest!- zasalutował swojej żonie Tha’litanin, odwracając się na pięcie.

Wewnątrz siebie, Talder cieszył się, że żona znów stała się stanowcza, to w pewien sposób poczuł się zwykłym oficerem, a nie kimś jej bliskim. Nie mógł sobie nie pozwolić na małą zemstę. Gdy znalazł się przy drzwiach, powiedział jeszcze:

– I weź ty zrób porządek z tymi plakatami! ABBA i Black Sabbath koło siebie? No proszę…

– Jak ja cię zaraz huknę…!- krzyknęła kobieta, rzucając w niego najbliższym przedmiotem, jaki miała pod ręką. Niestety, obiekt uderzył o zamknięte już drzwi. W ten sposób, Ali’sal straciła kolejną płytę Boney M ze swojej kolekcji.

Zaraz potem rozległ się alarm.

 

*

 

Kaspar czekał na platformie pół godziny, a już niemal ogłuchnął od wiatru i przelatujących promów. Nie był to poziom hałasu, który mógłby zagrozić człowiekowi. Od czasu instalacji systemów tłumiących w silnikach rakietowych pojazdów atmosferycznych, nie trzeba było nosić specjalnych ochraniaczy na uszy. Mimo to, narażenie się na zbyt długotrwały ryk takiego silnika może doprowadzić do tymczasowej głuchoty, która powinna zniknąć po kilku godzinach w ciszy.

Porucznik odsunął rękaw munduru, sprawdzając na zegarku która godzina. Wedle słów Ali’sal, prom z mistrzem szeptów Thulów powinien być tutaj dziesięć minut temu, a Kaspar nie znosił, gdy ktoś się spóźniał, nie uprzedzając wcześniej. Próbował skontaktować się ze statkiem, w którym transportowany był Wall, ale jedyną odpowiedzią był trzask z radia. Pozostało mu więc jedynie czekać i mieć nadzieję, że nie potrwa to pół dnia.

Ludzie, którzy mu towarzyszyli również wydawali się być znudzeni. Szóstka gwardzistów, ubranych z czarno-czerwone płaszcze i karabiny automatyczne rozmawiała ze sobą, popalając papierosy, co jakiś czas nerwowo spoglądając w stronę pierwszego oficera, czy ich nie skarci. Kaspar nie miał zamiaru ingerować w ich zachowanie, ponieważ tkwienie tu taki czas w formacji mogłoby każdego wytrwałego żołnierza doprowadzić do wściekłości. Stąd pozwolił im na chwilę wyluzowania. Zaskakujące było to, że osobą, która pomimo upływu czasu wciąż nie traciła poczucia obowiązków, był jego sekretarz. Nguan Lung był dwudziestoletnim mężczyzną rasy ludzkiej, o czarnej skórze i zupełnie pozbawionym włosów. Był ubrany w elegancki, czarny garnitur z symbolem koterii Usi’nthar na ramieniu. W dłoni trzymał tablicę dotykową, na której cały czas sprawdzał napływające z sieci koterii informacje, przekazując je Kasparowi. Dzięki temu wiedział, że brat Ali’sal przekazał do „Hand of Glory” dwustu swoich ochroniarzy, by dołączyli do sił zbrojnych na okręcie. Dla porucznika to posunięcie było niepotrzebne, gdyż prawdopodobnie tych trzystu, których wyszkolił Othal by w zupełności wystarczyło, jeśli umiejętnie zastosowałoby się ułożenie korytarzy wrogich okrętów. Miał pewność, że Ali’sal pomyślała w ten sam sposób, tym bardziej nie chcą pozostawiać Talisa samemu sobie. Ale skoro przedstawiciel koterii Usi’nthar w radzie się na to zdecydował, musiał mieć jakiegoś asa w rękawie, o którym nie chciał mówić. Kaspar miał wrażenie, że między Ali’sal, a Talisem trwa jakaś bratersko-siostrzana rywalizacja, o to, kto lepiej sobie poradzi wśród Wygnańców. Najbardziej pierwszego oficera denerwowało to, że chcąc czy nie chcąc, bierze udział w tej potyczce po stronie Lady Kapitan.

Myślenie o konflikcie przerwał wojskowemu sekretarz.

– Poruczniku, nadlatują- chłopak wskazał na zbliżający się w ich stronę prom.- Poznaję znak, zaciśnięta pieść z piorunami. To na pewno Thulowie.

Kaspar był pod pełnym wrażeniem wzroku i znajomości heraldyki swojego sekretarza. Był mu on z góry narzucony, jednakże widać było, że nie dano mu byle chłystka z ulicy, tylko kogoś, kto faktycznie ma pewne przydatne informacje. Kiwnął tylko głową, spoglądając w stronę zbliżającego się statku. Porucznik nie miał wątpliwości, że był to prom atmosferyczny, model Lunar II. Był on w kształcie torpedy ze skrzydłami, z dwoma silnikami rakietowymi i czteroma zwykłymi do pionowego startu. Bardziej przypominał on myśliwiec, aniżeli prom, ale wciąż miał gorszą manewrowość, zwłaszcza, gdy był pełny. We wnętrzu mieściło się dwadzieścia osób, trzydzieści, jeśli nie posiadały żadnego bagażu. Im był bliżej grupy z koterii Usi’nthar, tym Kaspar widział coraz więcej szczegółów. Pomalowany był w barwy Thulów, czyli szaro białe, z rozłożonymi skrzydłami z czteroma rakietami i działem automatycznym pod pokładem.

Działem, który rozpoczął ostrzał, gdy grupa Kaspara znalazła się w zasięgu.

Porucznik, gdy tylko usłyszał terkot działa, wydał krótki, acz głośny rozkaz „Chować się!”. Żołnierze, którzy wcześniej palili papierosy, rzucili się od razu w stronę najbliższych osłon, czyli dużych, metalowych skrzyń, a zaraz za nimi Kaspar i Nguan. Oficer dziękował w duchu, że Othal dobrze wytrenował tych ludzi, by reagowali natychmiast, a nie rozglądali się jak turyści.

Pierwsze pociski uderzyły o metalowe kubły. Szczęśliwie nie były puste, gdyż naboje zatrzymały się na tworzywie, które było w środku. Prom przeleciał w odległości dziesięciu metrów od skrzyń wzniósł się do góry, próbując manewrować i zmienić kąt strzału. Kaspar zdawał sobie sprawę, że to idealny czas, na wycofanie się w stronę „Hand of Glory”. Zaraz powinna się z resztą zlecieć straż portowa, która powinna usunąć niebezpieczny statek z doków. Porucznik wydał krótki rozkaz biegu z powrotem na okręt koterii. Żołnierze wykonali rozkaz i od razu zaczęli biec. Pierwszy oficer biegł jako pierwszy, zaraz za nim żołnierze, chroniąc będącego w środku sekretarza. Po kilku sekundach, Lunar II wymanewrował, tak by mieć grupę koterii Usi’nthar na celowniku. Kaspar cały czas krzyczał przez swój nadajnik

– „Hand of Glory”! Zdradzono nas! Jesteśmy atakowani! Wyślijcie wsparcie!

Gdy dostrzegł, że zaraz znajdą się znów w zasięgu działa, nakazał znów ukrycie się. Nie mógł zdecydować się na walkę, gdyż kaliber karabinów dzierżonych przez gwardzistów koterii nie przebije grubego pancerza Lunara II. Pozostała im tylko chowanie się. Gdy jednak dostrzegł, że prom zamiast wystrzelić z działa, użył rakiety, nakazał znów wszystkim uciekać. Wszyscy zerwali się na równe nogi. Szczęśliwie pocisk nie był naprowadzany, stąd też uderzył w grupę skrzyń. Torpeda miała jednak głowicę odłamkową, które rozbryzgały się w promieniu dziesięciu metrów. Dostatecznie, by kilka z nich dosięgło uciekających. Czując podmuch wybuchu Kaspar padł na ziemię, Szczęśliwie, nie trafił go żaden odłamek. Mniej szczęścia mieli żołnierze. Wielu z nich zostało poważnie rannych w wyniku uderzenia, ale nie były to witalne punkty, a kamizelki ochronne pod płaszczami zabsorbowały część uderzenia. Nguan został poważnie trafiony w nogę, do tego stopnia, że nie mógł ją w ogóle ruszać. Porucznik wstał z ziemi, ale słyszał za sobą już silnik rakietowy promu, który zaraz zacznie dobijać rannych.

Nagle usłyszał świst odpalanej rakiety. Odwrócił się i zobaczył, że w prom trafił jakiś pocisk, który bardzo szybko wybuchnął. Pancerz maszyny nie wytrzymał energii kinetycznej rakiety i sam zaczął eksponować od wewnątrz i zajmować się ogniem. Pilot, który prowadził statek stracił nad nim kontrolę bądź zginął w wybuchu, gdyż pojazd natychmiast zaczął spadać w dół. Ogień musiał się dostać do przewodów paliwowych silnika, gdy po chwili wystąpiła eksplozja, która zupełnie zniszczyła prom.

W tym czasie, Kaspar wstał z miejsca i chwycił natychmiast za swój pistolet, szukając strzelca. Przez dym oficer dostrzegł człowieka stojącego zaraz przy windzie przy platformie, trzymającego w dłoni rakietnicę, z której unosił się dym. Nosił szaro-biały mundur z symbolem zaciśniętej pięści z piorunami. Kaspar podbiegł do niego, celując cały czas z pistoletu.

– Opuść broń i padnij na ziemię, już!- zakrzyknął w stronę strzelca. Niby ich uratował, ale co jeśli źle obliczył cel i to oni mieli być ofiarami strzału. Gwardzista Thulów opuścił rakietnicę i faktycznie padł na ziemię. Gdy jednak dym opadł, Kaspar dostrzegł jeszcze jednego człowieka, który właśnie wstawał z klęczek, głośno kaszląc. Była to osoba o siwych włosach i koziej brodzie, a także w szaro białym mundurze. Patrząc na cerę nie wydawał się jednak być stary.

– Nie strzelaj, chłopcze- powiedział mężczyzna, podnosząc do góry ręce.- Jesteśmy przyjaciółmi, nie wrogami.

– Kim jesteś?- zapytał się Kaspar, cały czas celując w dwójkę mężczyzn.

– Nazywam się Francis Wall i jestem mistrzem szeptów koterii Thul- odpowiedział mężczyzna, zupełnie się prostując.

Pierwszy oficer chciał już zadać kolejne pytanie, lecz usłyszał za sobą głośne kroki. Mając cały czas na muszce Thulów, spojrzał do tyłu. Zobaczył tam grupę żołnierzy, ubranych w czarno-czerwone mundury i prowadzonych przez Naczelnika. Gwardziści koterii Usi’nthar szybko zajęli się rannymi, zaś Othal wraz z kilkoma swoimi ludźmi dołączyli do Kapsara, mając również odbezpieczoną broń.

– Przybyliśmy tak szybko, jak tylko mogliśmy, poruczniku- odpowiedział Naczelnik, celując w Walla.- Więc Thulowie nas zdradzili? Brać ich żyw…

– Stójcie panowie, myślcie rozsądnie- odpowiedział zaskakująco spokojnie Wall, wciąż jednak mając podniesione ręce.- Została wam podana informacja, że przylecę promem, prawda? Jak widać, stoję tutaj, a nie zmieniony w proch na statku. Wszyscy zostaliśmy oszukani.

– Wytłumacz się- nakazał od razu Kaspar, mrużąc oczy.

– Najpierw pozwólcie mi opuścić ręce i pozwolić wstać mojemu człowiekowi. Nie będę odpowiadał pod przymusem karabinów- odparł Francis, nie tracąc rezonu.-  Jako zastępca głowy koterii Thul mam prawo do przesłuchania przez inkwizycję w godziwych warunkach.

Kaspar i Othal byli mocno zaskoczeni reakcją Walla. Będąc na celowniku około dziesięciu osób wciąż miał odwagę mówić bez zająknięcia i pewnym swej racji. Naczelnik spojrzał na porucznika, a ten tylko kiwnął głową na zgodę. Jednym ruchem ręki, mistrz drylu nakazał opuszczenie broni przez żołnierzy.

– Zostaniecie przesłuchani na „Hand of Glory”- powiedział pierwszy oficer, chowając pistolet do kabury.- Żołnierze, odprowadźcie mistrza szeptów na dolne pokłady. Tam go osobiście przesłucham.

 

*

 

– Kawy, panie Wall?- spytał Kaspar, krzyżując ręce na piersi, spoglądając mężczyźnie prosto w oczy.

– W moim wieku jest już raczej szkodliwa, ale pan niech się nie krępuje- odparł miło mistrz szeptów.

Pierwszy oficer kiwnął tylko głową, nalewając sobie trochę czarnego napoju z porcelanowego czajnika. On i Francis siedzieli w pokoju przesłuchań, który udostępnił im Othal w dolnych podkładach. Cały zrobiony był z metalowej ściany, z jednym stołem i dwoma krzesłami, na których siedzieli obaj mężczyźni. Niedaleko sali znajdował się karcer, w którym zamykano marynarzy, którzy nie przestrzegali zasad podróży. Obecnie świecił pustkami, ale Kaspar wiedział, że niedługo po starcie „Hand of Glory” nie będzie tutaj tak pusto.

– Rozumiem- powiedział porucznik, kosztując kawy.- Więc, proszę mi powiedzieć, jak to w końcu było. Wedle komunikatu, jaki otrzymała Lady Kapitan, miał Pan przylecieć promem z „Wuja Johna”.

– Od samego początku, gdy została nadana ta informacja, było to kłamstwem. Sam się o tym dowiedziałem dopiero w chwili, gdy pojawił się u radnego Usi’nthar, by domknąć warunki naszej umowy. Ten jednak był zdziwiony, że mnie tu widzi, skoro miałem się znajdować na „statku widmo” i dopiero stamtąd pojawić się na Waszej fregacie. Nie traciłem rezonu, tylko od razu zdecydowałem się skontaktować z „Wujem Johnem”. Nie otrzymałem jednak żadnej informacji zwrotnej, tylko trzask zakłóceń.

– To tak samo jak my- potwierdził słowa Walla Kaspar, słuchając mężczyzny.- Ale jesteście najlepszym z najlepszych szpiegów, jaką zna galaktyka, więc powinniście się przełamać przez zakłócenia.

– Z całym szacunkiem, panie Thave, nasłuchaliście się legend i mitów, dotyczących mojej osoby, a prawda jest bardziej prozaiczna. Jestem… byłem dobry, ale są lepsi. Dobry szpieg to taki szpieg, o którym nikt nie ma pojęcia- odparł spokojnie Francis, pozwalając sobie nawet na uśmiech.- Ale wracając do tematu przesłuchania, faktycznie, znam metody na przechodzenie zakłóceń, ale w tamtym momencie nie miałem odpowiedniego sprzętu, ani tym bardziej czasu. Mogłem się domyślać, że okręt został prawdopodobnie zajęty przez renegatów i teraz planują zniszczyć sojusz, jaki zawarliśmy z waszą koterią. Wziąłem człowieka, którego miałem pod ręką i ruszyliśmy autem na platformę dokującą. Poinformowałem też Siły Obrony Planetarnej o potencjalnej kradzieży, by mogli zareagować jak najszybciej. Nie wiem, co zdołali zrobić, ale na pewno usunęli zakłócenia, co dało mi możliwość skontaktowania się z korwetą. Okręt faktycznie był zaatakowany przez renegatów, którzy wciąż się czaili w kamaryli, jako wtyczki, ale było ich na tyle mało, że zostali odparci. Wprowadzili jednak zakłócenia oraz wykradli jeden z promów na pokładzie. Dalej już zapewne możecie się domyślać, co było.

– Tak, domyślam się- przyznał Kaspar, nie chcąc już dopytywać się, skąd akurat w bagażniku znalazła się wyrzutnia rakiet.- Ale dlaczego nie próbowano skontaktować się w takim wypadku z nami, by nas ostrzec.

– Próbowano- odpowiedział Francis, lustrując wzrokiem pierwszego oficera.- Ale zakłócono również wasze węzły komunikacyjne, stąd nie otrzymywaliście żadnych wiadomości.

– Przecież wewnętrzna komunikacja działała- stwierdził porucznik, rozkładając ręce.- Więc i tam powinny być zakłócenia, a tym czasem, przepływ informacji był w normie. I by tego dokonać, trzeba byłoby to zrobić od wewnątrz.

– Słuszne spostrzeżenie- pochwalił Kapara mistrz szeptów.- Chyba zdaje sobie Pan sprawę, jaki z tego wniosek.

– Renegat na statku- odpowiedział bezpośrednio porucznik, ponownie kosztując kawy.- I to ktoś w randze młodszego oficera lub wyżej, skoro ma dostęp do systemów sieci.

– Brawo- zaklaskał kilka razy Wall.

Dopiero teraz doszło do Kaspara, co takiego powiedział. Zdrajca na pokładzie. Ktoś, kto chce podkopać koterię Usi’nthar dla niewiadomego w chwili obecnej celu i to w momencie, gdy akurat mają wyruszać z misją inkwizycyjną. Dla kogoś, kto dopiero niedawno dołączył do załogi, był to jak cios w brzuch. Jeśli wyjdzie to na światło dzienne, wszyscy będą podejrzewali Kaspara o to, że to on był sabotażystą. Nie, musiał jak najszybciej dotrzeć do prawdy.

– Chwila, skontaktuję się z naszą inżynier, ona bezpośrednio będzie wiedziała, czy ktoś grzebał przy sieci.

Kaspar miał już włączać komunikator, gdy nagle dojrzał, że Francis kiwa głową.

– Na twoim miejscu zrobiłbym to osobiście- odparł mistrz szeptów.- Kanał może być wciąż na podsłuchu i skoro mamy złapać tego kreta, nie powinniśmy się afiszować, że wiemy o zakłóceniach.

– Zaraz, jak to my?- spojrzał podejrzliwie porucznik, faktycznie jednak wyłączając komunikator.- Pan nie jest członkiem załogi, więc nie powinno to pana dotyczyć, co się dzieje wewnątrz naszej koterii.

– Proszę nie udawać idioty, panie Thave- oparł beznamiętnie Wall.- Doskonale wiem, że jako gość będę raczej zakładnikiem Pańskiej kamaryli i wszystko, co stanie się złego, będzie moją winą. Przynajmniej tak będzie sądziła załoga. Dlatego warto wykorzystać tę kartę atutową, by zmylić prawdziwego zdrajcę, jeśli prawda o zdrajcy wyjdzie poza krąg pana zaufanych osób. Poza tym, istnieje szansa na to, że obie nasze koterie stały się atakiem jednej, wspólnej intrygi, kierowanej przez kogoś z zewnątrz. Wtedy, aby osłabić wroga, powinniśmy współpracować.

Kaspar nie wiedział, co odpowiedzieć. Racjonalizm podpowiadał mu, że to wszystko retoryka zawodowego szpiega, który z niechętnego mu człowieka zrobi sobie sojusznika. Serce mu jednak mówi, że za piękna maską koterii Usi’nthar czai się przerażający potwór, który tylko czeka, aż ofiara złapie się w jego lepką sieć. Co więcej, był tu ze wszystkich najkrócej, więc jeśli popełni błąd, wszyscy będą go obwiniali za popełniony czyn. I nie będzie już go chronił immunitet Ali’sal, która zapewne odwróci się od niego, niezależnie od wspólnych koneksji.

Był jednak przede wszystkim pierwszym oficerem i nie mógł sobie pozwolić na żaden błąd. Jeśli faktycznie istniał jakiś kret na pokładzie, musiał na początek sam zbadać sprawę, trzymając z dala kogoś z zewnątrz, który podsuwając tę myśl, chciał zaskarbić sobie zaufanie osoby, która trzymała w ryzach niemalże całe kadry. Jeśli wynikło coś dobrego z pobytu we flocie Federacji, to było pokładanie zaufania w towarzystwo najbliższych współpracowni-ków i nie poddawanie się plotkom i fałszywym informacjom. Dla Kaspara obecnie najbliższa była załoga „Hand of Glory” i wolał trzymać się ich niż byłego szpiega, w dodatku takiego, którego koteria nie do końca mogła mieć czyste zamiary w tej misji.

– Nie będę ingerował w tę sprawę osoby trzecie- odpowiedział po chwili namysłu mężczyzna.- Osobiście sprawdzę błędy w komunikacji i jeśli faktycznie było, tak jak Pan mówi, pańska wolność zostanie zwrócona. Jeśli tak nie będzie, powołana zostanie grupa, która osądzi pana wedle prawa namaszczenia przez inkwizycję. Skończyłem na dzisiaj.

Kaspar wstał z krzesła, spoglądając na reakcję mistrza szeptów. Jak się mógł spodziewać, twarz przesłuchiwanego nie dała poznać nic po sobie. Pierwszy oficer domyślał się, że tak będzie, w końcu miał do czynienia z osobą, która na prowadzeniu przesłuchań zjadła zęby. Francis Wall siedział uśmiechnięty, mając ręce na piersiach.

-W takim razie myślę, że w niedługim czasie znów się zobaczymy, panie Thave- mistrz szeptów, pomimo bycia uśmiechniętym, odparł zupełnie beznamiętnie.- Miłego dnia.

Pierwszy oficer pozwolił sobie na ostatnie spojrzenie na radnego Walla. Teraz dopiero dostrzegł oczy Francisa. Kaspar miał wrażenie, że wzrok przesłuchiwanego przedziurawi mu głowę i wydrze z mózgu wszystkie sekrety. Zachowując zimną krew, Kaspar zrobił kilka kroków i wyszedł w końcu z pokoju, zamykając drzwi.

Przed salą czekała na niego dwójka żołnierzy koterii, ubranych w płaszcze w barwach kamaryli oraz karabiny, a także Anastazja Jurkowa, odziana w przydziałowy mundur oraz pistolet w kaburze. Tym razem włosy miała falowane, ale dalej dość kontrastową urodę w postaci mocnego, czerwonego makijażu. W dłoni trzymała tablicę dotykową. Gdy Kaspar odebrał honory od gwardzistów, kobieta krótko ukłoniła się oficerowi.

– Pilnujcie więźnia. Jak będzie próbował uciec, nie bójcie się go sparaliżować- powiedział spokojnie mężczyzna.

Żołnierze uderzyli obcasami butów o siebie, przyjmując rozkaz. Kaspar od razu ruszył do przodu, a obok niego, po lewej stronie Anastazja.

– Nagrałaś wszystko, jak prosiłem?- spytał EXO, spoglądając kątem oka na mistrzynię artylerii.

– Tak- odparła krótko, podając tablicę Kasparowi.- Wciąż nie rozumiem, dlaczego to musiałam być ja, a nie twój sekretarz albo Othal, do którego należy to pomieszczenie.

– Ten pierwszy leży w lazarecie z postrzeloną nogą, a nasz niebieskoskóry oficer dryluje załogę przed wyruszeniem- odpowiedział, odbierając urządzenie i chowając urządzenie do futerału przy pasie.- A tylko do ciebie jeszcze mam zaufanie, jeśli chodzi o normalnych oficerów na tym okręcie.

– Słusznie- skwitowała tylko Anastazja.

Wyszli z pomieszczeń, które służyły jako więzienie dla niesfornych załogantów i korytarzem, zupełnie pozbawionym jakichkolwiek drzwi, skierowali się w stronę windy.

– Co sądzisz o tych zeznaniach?- spytał po chwili milczenia Kaspar.

– Sprawdziłam informacje o problemach komunikacyjnych. Faktycznie, wystąpiły takowe, ale wedle danych od Marthy, mogły być spowodowane burzą słoneczną, która trwała blisko Keplera w momencie, gdy próbował się z wami komunikować Wall- odpowiedziała kobieta, wpatrując się przed siebie.- Do tego potwierdzona została obecność mistrza szeptów Thule u Talisa i próbę kontaktu brata Lady Kapitan z „Hand of Glory”.

– Czyli mówił prawdę- powiedział niezbyt zadowolony wojskowy.

– Niestety- skwitowała Anastazja, również okazując niezadowolenie z tego powodu. – Wydać rozkaz uwolnienia?

– Nie.- odparł krótko Thave, stając i odwracając w stronę kobiety.- Zrobimy to w chwili, gdy wlecimy już do tunelu. Straci wtedy możliwość kontaktu ze swoimi przełożonymi, aż nie wlecimy do gwiazdozbioru Żagla. A w tym czasie wiele się może jeszcze wydarzyć.

– Wedle rozkazu, sir- zasalutowała mistrzyni artylerii.

– Ile razy mam powtarzać, nie tak oficjalnie- westchnął oficer, ruszając dalej.- To nie Federacja Solarna czy Cesarstwo Tha’litan, byśmy musieli się do siebie zwracać tytularnie. Przynajmniej w stosunku do kadry oficerskiej.

– Rozumiem- westchnęła Anastazja.

W niedługim czasie stanęli w końcu przy windzie. Mistrzyni artylerii nie musiała jechać razem z Kasparem, gdyż jej stanowisko pracy znajdowało się na tym poziomie, jednak zdecydowała się jeszcze chwilę poczekać razem ze swoim przełożonym. Wojskowemu z resztą to nie przeszkadzało. Anastazję lubił najbardziej z całej kadry, gdyż była najbardziej ogarniętą oficer na „Hand of Glory”, a przy tym, łączyła ich dawna służba we flocie Federacji, którą następnie porzucili na rzecz pracy dla koterii Usi’nthar. Szczęśliwie, oficer Jurkowa nigdy nie miała bezpośredniej relacji z Fiodorem Discindusem, stąd Kaspar mógł się czuć bezpiecznym ze swoją dawną tożsamością.

– Myślisz, że, gdy Wall mówił o tym szpiegu, próbował mnie zachęcić do działania wbrew załodze?- Nie wytrzymał i w końcu pierwszy oficer spytał swoją podwładną.

Anastazja spojrzała swoimi zimnymi oczami na twarz Kaspara, jakby w niej szukając odpowiedzi. Wojskowy czuł się podobnie, w chwili, gdy Francis go lustrował w pokoju przesłuchań. Z tym, że o ile jego wzrok był dość pusty, to gdy robiła to mistrzyni artylerii, po plecach przechodziły go ciarki. W końcu oderwała spojrzenie od niego na rzecz stalowych wrót do windy.

– Myślę, że miał dobre intencje i faktycznie chciałby ci pomóc w złapaniu tego szpiega- odpowiedziała po chwili milczenia.- Ale nie wiem, czy działał w tym momencie dla wspólnego interesu czy też obudziła się w nim paranoja. W końcu to były szpieg. Węszenie spisków to dla niego był chleb powszedni. Mimo wszystko, zachowaj czujność, tak na wszelki wypadek.

– Nie zamierzam puszczać gardy- odparł z uśmiechem Kaspar, chcąc powiedzieć, że nawet ona ma jednak swoją słodką stronę, ale ugryzł się w język.- Jeśli zauważysz jakieś podejrzane zachowania, daj mi od razu znać, dobrze?

– Oczywiście- odpowiedziała również z uśmiechem Anastazja.

Kaspar miał wrażenie, że ta kobieta zmienia się jak w kalejdoskopie tylko za sprawą mimiki. Gdy jest poważna, każdego normalnego mężczyznę przeszłyby ciarki po grzbiecie, ale w chwili, gdy się uśmiecha, chciałoby się ją zabrać tylko dla siebie. Szczęśliwie dla wojskowego, uczono go, jak nie ulegać czarom kobiecego piękna. Dawniej uważał, że te szkolenia z kontrwywia-dem to było marnowanie czasu, ale jak się okazało, przyniosło to pozytywny rezultat później.

– Więc to wszystko, Anastazjo- odpowiedział w ogóle niezmieszany mimiką swojej podwładnej.- Wracaj na stanowisko, lada moment może przyjść rozkaz wylotu.

– Jeszcze jedno, Kasparze- rzuciła jeszcze mistrzyni artylerii, akurat w chwili, gdy na piętrze pojawiła się winda.- W sali narad, gdy po raz pierwszy padło hasło, że nasza misja będzie się odbywała w gwiazdozbiorze Żagla, miałam wrażenie, że mocno pobladłeś. Mogę wiedzieć, co się stało?

I według Ali’sal nie mamy dobrych śledczych, powiedział w myślach Kaspar, gdy Anastazja podzieliła się swoimi spostrzeżenia-mi. Zaczęły go nachodzić myśli, czy przypadkiem ta kobieta nie odkryła jego tożsamości i jest przy tym szczególnie ciekawa, co się stało w tym systemie z powodów osobistych. Albo był to zupełny przypadek.

– Bo to moja pierwsza misja w systemie, gdzie nastąpiła supernowa- odpowiedział wymijająco Kaspar, wchodząc do windy.- A co za tym idzie, promieniowanie gamma, niebezpieczne dla człowieka.

– Rozumiem- przytaknęła Anastazja, spoglądając, jak Kaspar znika we wrotach. Westchnęła tylko i odeszła od wrót. Mruknęła jeszcze do siebie.- Kłamstwo nie jest twoją mocną stroną, co Kasparze?

 

*

 

– Lady Kapitan, dostaliśmy właśnie informację o tym, że wszystkie systemy okrętu są już sprawne- powiedział oficer łączności na okręcie, który siedział na swoim stanowisku niedaleko Tha’litanki.

Ali’sal kiwnęła tylko głową na znak przyjęcia wiadomości. Cieszyła się, że komunikacja ponownie zaczęła działać, a burza słoneczna się skoczyła. Teraz mogli bez przeszkód ruszyć na misję.

Mostek również zdawał się być w pełni gotowy do rozpoczęcia operacji. Talder siedział na fotelu głównego pilota zaraz pod jej tronem, wydając rozkazy swoim podwładnym. Pomimo tego, że tę fregatę można było kierować w pojedynkę, znacznie łatwiej było pracować w grupie osób, w której każda odpowiadała za zupełny inny podzespół w trakcie lotu. Duże znaczenie miało to właśnie w stracie statku, a także podczas bitew. Bo sam lot nie był już jakoś specjalnie wymagający, zwłaszcza, jak się wlatywało do tunelu. Przy konsoletach po prawej stronie było stanowisko nawigatorów, którzy wciąż wyliczali trasę podróży. Gdy wchodzili już w prędkość ponadczasową, nie mogli pozwolić sobie na zderzenie z żadnym większym obiektem w początkowej fazie podróży. Potem włączano już systemy namierzania dalekiego stopnia, które wyliczały potencjalne niebezpieczeństwo trafienia w gwiazdę czy też planetę i w porę ostrzegały pilotów o kolizji, by we współ z pilotami, nawigatorzy zmieniliby na bieżąco trasę w taki sposób, by trafić do celu. I w reszcie, lewa strona mostka to największe stanowisko, czyli centrum komunikacji oraz detekcji, gdzie identyfikowano obiekty w tracie podróży oraz trzymano łączność wewnątrz okrętu, a także przechwytywano i wysyłano wiadomości spoza „Hand of Glory”. Mnogość otrzymywanych komunikatów mógł wywołać ból głowy niejedną osobę, stąd też wymagane było trzymanie głównego oficera łączności, który z miejsca segregował informacje od tych mnie to bardziej priorytetowych. Szczęśliwie dla Ali’sal, jej podwładny był La’u, których cechą rasową był wyczulony słuch i podzielność uwagi tego zmysłu.

Patrząc na to wszystko z platformy, na której był umieszczony tron kapitański, Ali’sal był dumna, że pracuje z tak odpowiedzialną załogą, która była przeszkolona w zalecanych im obowiązkach. Moment startu podtrzymywał ją zawsze na duchu, że uda im się osiągnąć zamierzony cel. Nieświadomie uśmiechnęła się i usiadła na swoim siedzisku i czekała na przyjście jej pierwszego oficera.

Nie minęła nawet minuta, gdy jej adiutant zaanonsował przybycie Kaspara słowami „oficer na mostku”. Tha’litanka od razu wstała z miejsca i spojrzała kątem oka na zbliżającego się wojskowego. Ten, gdy znalazł się w odległości jednego metra od kapitan, zasalutował.

– Jak tam nasz gość?- spytała od razu Lady Usi’nthar, krzyżując ręce na piersi.

– Bezpieczny, w pokoju przesłuchań. Wypuścimy go dopiero, gdy wejdziemy w tunel- odpowiedział spokojnie Kaspar, stając po prawej stronie tronu.- Jakieś problemy powiązane z atakiem na platformie?

– Żadnych- zaprzeczyła Ali’sal zajmując miejsce na tronie.- Siły obrony planetarnej na Keplerze osobiście stwierdziły, że nasza koteria nie była w żadne sposób winna potyczki. Talis zapewnił, że zajmie się papierkową robotą, a my mamy ruszać bez zwłoki, gdy będziemy gotowi.

– Doskonale- stwierdził Kaspar, odwracając głowę w stronę głównego oficera łączności. – Sagar, zaczynamy ostateczne sprawdzenie gotowości okrętów. Wysłać informacje do dowódców poszczególnych zespołów „Hand of Glory”.

– Tak jest- odpowiedział krótko La’u, wywołując przez interkom wszystkich najważniejszych oficerów.

– Tu Martha- odpowiedziała jako pierwsza na wezwanie główna inżynier.- Wszystkie systemy sprawne, detektor zainstalowany bez przeszkód i w pełni kompatybilny z podzespołami, pluszaki bezpieczne na półce. Przesyłam informacje do pozostałych oficerów. Hiro, bez odbioru.

– Tutaj Kal’an- powiedział Tha’litanin, który zajmował głównym reaktorem.- Brak uszkodzeń na rdzeniu kryształowym, brak wycieku plazmy, energia przepływa wprost do silników i najważniejszych zespołów na okręcie. Szacowany czas pracy reaktora dwa tygodnie, wymagane będzie uzupełnienie energii do kryształu.

– Kin raportuje- odezwał się nagle w interkomie oficer odpowiedzialny za działanie silnika.- Potwierdzam słowa Kal’ana. Energia przepływa. Silnik plazmowy ma szacowany czas działania na obecnym poziomie paliwa pięć miesięcy, zaś czasowy, dwa miesiące. Możliwe wejście w prędkość ponadczasową przy szybkości trzech jednostek astronomicznych na godzinę. Silniki pionowe kompatybilne z systemami kierującymi. Reszta, w granicach normy. Koniec raportu.

– Tu mówi Talder- zaraportował się pierwszy pilot.- Mam pełen dostęp do silników, systemów manewrujących i a także do ekranów bojowych i eksploracyjnych. Mniejsze podzespoły w normie.

Po chwili, gotowość wszystkich podsystemów bojowych potwierdziła Anastazja, a zaraz za nią odezwał się Othal, informując o stanie załogi. Trzech pijanych załogantów zamknął na dwa dni do karceru, jednego, rannego, do lazaretu. Systemy łączności również potwierdziły, że były sprawne wszystkie systemy komunikacyjne, a odbiornik fal radiowych przyjął kod wewnętrzny koterii Thul.

– Planowany czas lotu do gwiazdozbioru Żagla?- spytał w końcu Kaspar, gdy mniejsze zespoły również zgłosiły gotowość.

– Prawdopodobny trzy tygodnie, jeśli nie natrafimy na żadną kolizyjną- odpowiedział oficer łączności.- Przechwyciliśmy komunikat od Severusa Thul. Wedle wyliczeń jego specjalistów, powinien przybyć do sytemu dzień albo dwa po naszym wlocie. Mamy nadać sygnał, że również znajdujemy się w gwiazdozbiorze.

– Lady Kapitan, zgłaszam gotowość okrętu do startu- zaraportował wojskowy swojej przełożonej.- Możemy prosić o pozwolenie stacji kontroli lotów o pozwolenie.

 

*

 

– Tutaj wieża kontroli lotów Kepler 21- odpowiedział Nuncjusz, gdy fregata „Hand of Glory” prosiła o pozwolenie na start.- Udzielamy pozwolenia. Życzymy przyjemniej podróży i zapraszamy ponownie.

Mężczyzna odłączył się od oficera łączności okrętu koterii Usi’nthar i rozłożył się wygodnie na fotelu. Tymi słowami zakończył właśnie dzień swojej pracy na rzecz urlopu. Chwilę później przyszedł jego zmiennik. Nuncjusz założył na siebie płaszcz i wyciągnął z niego paczkę papierosów. Zaraz potem skierował swoje kroki na zewnątrz, zakładając wcześniej ochraniacze na uszy. Gdy wrota się otwarły, znalazł się na balkonie wieży, który rozciągał się na całe północne lądowisko. Miał tutaj spojrzenie na wszystkie statki, które wylatywały w próżnię. To była właśnie dla niego najlepsza część pracy: obserwacja startujących okrętów. Zawsze marzył\ o zostaniu pilotem, nie mniej nie udało mu się osiągnąć dostatecznej ilości punktów na egzaminie wstępnym i został odrzucony. Próbował jeszcze trzy razy, ale po trzeciej porażce, dał sobie z tym spokój na rzecz zostania oficerem łączności. Co prawda, liczył na przydział okrętowy, ale skończył jako kierownik jednej z wieży kontroli lotów na Keplerze, dość nudnej funkcji, ale jednak mającej coś wspólnego z podróżami kosmicznymi. W końcu to on decydował, czy dany okręt będzie mógł startować.

Odpalił papierosa od zapalniczniki i zaczął się rozglądać za odlatującą fregatą. Nie minęło nawet dziesięć sekund, gdy dostrzegł okręt koterii Usi’nthar. Długi na pół kilometra i wysoki na trzydzieści, o dwóch zespawanych z kadłubem skrzydłach. Niemalże cały był pomalowany na czarno czerwono, a jedna na skrzydłach namalowany pożerający własny ogon wąż. Pod okrętem było przymocowane potężne działo, wysyłające puls elektromagnetyczny, bardzo niebezpieczny, jeśli okręt nie miał powłoki kryształowej. Zaskoczyło go to, że na skrzydłach nie były zainstalowane żadne działa, jak to zazwyczaj było w modelach Saber IV. Ale dopiero po chwili Nuncjusz dostrzegł, że na burtach są zainstalowane makrodziała burtowe. Kolejny okręt hybrydowy. Tego typu fregata była przeznaczona do walki przedniej, nie burtowej, co było cechą typową dla statków tego typu federacji. Do walk burtowych służyły krążowniki. Ale jeśli spełniał on swoją rolę. Zaciekawiło go to, że mostek nie był zintegrowany z kadłubem, tylko na podwyższeniu. Zawsze, gdy widział tego typu konstrukcje, myślał, że to działa jak napis „tu strzelać”, ale z czasem zdał sobie sprawę, że było to dość pomysłowe, gdyż osoby będące na mostku miały doskonały widok na to, co się dzieje wokół nich, a sam obiekt skonstruowany z kryształu solarnego i tytanu, przez co, był bardzo wytrzymały. Często jeszcze instalowano systemy antyrakietowe.

„Hand of Glory” było przez chwilę jeszcze w chwytakach, które przytrzymywały statek, ale po chwili dostrzegł, że silniki pionowego startu były już aktywne. Potężne ramiona powoli zwalniały okręt ze swojego chwytu, by w reszcie zostawić statek samemu sobie. Zaczyna się, pomyślał kierownik kontroli lotu, zaciągając się papierosem. Fregata, gdy była wolna od ucisku, utrzymywała niemalże idealny poziom, co było zasługą systemów manewrujących. Powoli, moc silników plazmowych, zainstalowanych na podwoziu przybierała na sile, unosząc ciężki okręt coraz wyżej. W ciągu zaledwie trzydziestu sekund, okręt osiągnął wysokość troposfery i wznosił się dalej. Szczęśliwie, dzień był bezchmurny, stąd też, gdy fregata osiągnęła poziom mezosfery, wyrzucił papierosa i podbiegł do lunety, by obserwować powolną zmianę kąta nachylenia statku. W tym miejscu pilot zawsze musiał być ostrożny, by odpowiednio manewrować okrętem i współdziałać z osobą odpowiedzialną za silniki.

Gdy statek osiągnął już odpowiedni kąt, z hukiem włączały się główne silniki plazmowe. Ich siła była tak wielka, że mogłyby zniszczyć wiele obiektów, gdyby odpalane byłby na powierzchni, ale na wysokości pięćdziesięciu kilometrów nie stanowiły takiego zagrożenia. Tył fregaty zabłysnął na pomarańczowo-niebieskie barwy i wypchnął z dużą mocną okręt, który z czasem osiągnie granicę atmosfery planety i wleci w kosmos. Nuncjusz ściągnął oko z lunety i spojrzał na niebo, na którym została smuga po plazmie. Statek musiał teraz wejść w stan tunelu czasoprzestrzennego. Musiał być to przecudny widok, ale niestety, z litosfery niemożliwy do zaobserwowania gołym okiem, a nawet przez prymitywne przyrządy optyczne. Kierownik wrócił do wieży, by się przebrać i w końcu nacieszyć się okresem urlopu.

 

*

 

– Poziom próżni osiągnięty bez żadnych problemów- przekazał sukces załodze Kaspar.- Gratulacje.

Obecni na mostu, a także ci, którzy byli w innych częściach statku załoganci zaczęli bić brawo. Zwyczaj wziął się jeszcze sprzed wieków, od Polaków, którzy po lądowaniu statków powietrznych zawsze w ten sposób wyrażali podziękowanie dla pilotów za bezpieczną podróż. Obecnie czyniono to też przy starcie, gdyż niekiedy sam proces rozpoczęcia lotu był trudniejszy niż samo lądowanie. Dziwny zwyczaj, ale dość miły. Pierwszy oficer dostrzegł, że również Lady Kapitan zaklaskała kilka razy.

Ali’sal, pomimo tego, że większość swojego życia spędziła w kosmosie, wciąż nie mogła się nadziwić jego przerażającego pięknu. Pomimo, że obecnie istnieje wiele tysięcy różnych tworów politycznych, grup najemniczych czy korporacji, które kolonizują galaktykę, to wciąż zdawała się być pusta. Czarna, niezidentyfikowana materia pogrążająca okręty sprawiała, że człowiek, Tha’litanin czy La’u wydawał się być taki mały. Teoria pewnego profesora z cesarstwa, Za’lathala Is’kala mówiła, że każdy obiekt w kosmosie jest organizmem żywym. Planeta, gwiazda, asteroida, minerał czy znane rasy. Bo czyż ludzie nie sprawiają, że planeta albo niszczeje albo funkcjonuje? Czy człowiek może istnieć bez słońca? Czy galaktyka może istnieć bez systemów gwiezdnych? Każda cząstka kosmosu nie może się obejść bez drugiej. I w końcu, czy jeśli wszechświat rośnie cały czas, to czy tak nie robią żywe organizmy? Fakt, że ów uczony nie miał żadnych dowód empirycznych i nie odniosła sukcesu, to wciąż gdzieś w zakamarkach niektórych istniała myśl, że może rzeczywiście tak jest.

Z przemyśleń nad naturą wszechświata przerwał Ali’sal Kaspar, który zaczął odbierać komunikaty.

– Wedle zapewnień z maszynowni w ciągu godziny powinniśmy osiągnąć szybkość trzech jednostek astronomicznych, by wejść w poziom tunelu.

– Dobrze- skwitowała krótko Lady Kapitan, uderzając palcami o poręcz tronu.- Daj mi na linię głównego nawigatora. Chcę wiedzieć o możliwych sytuacjach w trakcie podróży przezeń.

Pierwszy oficer przyjął rozkaz i od razu nakazał oficerowi łączności połączenie się przez interkom z Arturem Wolskim, który kierował nawigatorami. Nie trwało to długo, gdy mężczyznę dało się go usłyszeć w głośnikach.

– Na rozkaz, Lady Kapitan. Przesyłam na Pani ekran cały plan podróży.

Ali’sal nacisnęła na jeden z guzików przy tronie, by wysunąć monitor. Po kilku kliknięciach, miała przed oczami ustaloną trasę.

– Aby nie mieć żadnych problemów, powinniśmy wejść poza pasem asteroid, który pojawi się po ćwierć jednostki astronomicznej po gazowym olbrzymie Mis. Co prawda, nasze systemy spalania powinny sobie poradzić z asteroidami, ale może dojść do dużych wstrząsów przy bezpośrednim kontakcie z niespalonymi obiektami, co może wpłynąć na turbulencje statku, a co za tym idzie, nawet zmianę kąta lotu. W chwili, gdy mówimy o tunelu, istotny jest każdy stopień.

– Oficer Kal’an mówił coś na temat ładowania rdzenia. Planowany jest trzytygodniowy lot, a nam wystarczy energii na dwa- dodała natychmiast Tha’litanka, przystając na propozycję nawigatora.- Jak z postojami w celu naładowania go plazmą?

– To również wzięliśmy pod uwagę- odpowiedział natychmiast Wolski, wrzucając na ekran kolejny system.- Alfa Draconis, zwana też Thuban, dawna gwiazda polarna. Bardzo gorąca gwiazda, wydzielająca temperaturę około dziesięciu tysięcy kelwinów. Gwiazdozbiór Smoka powinien być w tej chwili miejscem spokojnym, stąd też możemy tu przeczekać, aż kryształ znów się naładuje plazmą z Thubana.

– Nie licząc piratów- dodał Kaspar, przyglądając się gwieździe.- O ile mnie pamięć nie myli, to w tym systemie jeszcze rok temu roiło się od tych szumowin w tych okolicach.

– Bo przebiegał przezeń szlak cesarski- Ali’sal odpowiedziała nim jeszcze Artur doszedł do głosu.- Obecnie, z powodu piractwa,  nie jest używany, więc pozostało może kilku maruderów. A korporacje, które tam mają swoje terytoria, powinny być przychylne koteriom wygnańczym. W razie czego, niech nawigatorzy trzymają łączność ze stanowiskiem komunikacyjnym.

– Tak jest- odpowiedział Wolski, zamykając dawny ekran i wracając do poprzedniego.- Z powodu tego, że część tego gwiazdozbioru znajduje się pod jurysdykcją Federacji Solarnej, musieliśmy dobrać miejsce naszego wyjścia z tunelu. Wyliczyliśmy, że najbliżej do pozostałości, a przy tym najbardziej bezpieczna będzie gwiazda Suhali. Tam powinna zostać przywrócona łączność międzygwiezdna i dać znać o przybyciu koterii Thul.

– To na razie zostawmy, a skupmy się na tej gwieździe- Ali’sal wskazała na obiekt.- To potencjalny kandydat na przyszłą supernową, więc musimy być ostrożni. Jeśli nastąpi eksplozja, wiatr gwiazdowy może nas zupełnie spalić. Nawet jeśli posiadalibyśmy pancerz obłożony masą kryształową, nic nam by to nie dało. Wyliczcie w miarę najbardziej bezpieczną odległość od niej, a ja poproszę o przesłanie dokładnych informacji o rozroście tego ciała. Najwyżej będziemy korygowali to w chwili, gdy wyruszymy z gwiazdozbioru Smoka.

– Dobrze- przytaknął nawigator.- To wszystko z mojej strony. Jesteśmy gotowi.

– Więc nie traćmy czasu- Ali’sal aż wstała z miejsca, gdy to powiedziała.- Szykować okręt do wytworzenia tunelu czasoprzestrzennego!

 

*

 

– Za wami utwór „Show must go on”, nieśmiertelnego od wieków zespołu Queen- powiedział speaker w radiu transportowca.- A przed wami spadek z miejsca szóstego na ósme, Dire Straits i Eric Clapton, „Sultans of Swing”.

Marcus Miller kichnął i wytarł nos w chusteczkę. Zawsze lubił te starożytne już kawałki i całe szczęście, że nie był w tym odosobniony. Dlatego na Keplerze powołano stację radiową, która puszczała właśnie stare, rockowe utwory z XX wieku. Pomimo upływu czasu, można było odnieść wrażenie, że muzyka zaliczyła spadek formy. Zamiast prawdziwych instrumentów, jest teraz ich substytut elektronicznych, a prawdziwych artystów bardzo często zastępują hologramy, bo muzyk ma sto koncertów dziennie. Doszło nawet do tego, że rekonstruują komputerowo artystę i wciąż gra pod starą nazwą. Marcus musiał przyznać, że akurat ten pomysł był całkiem niezły. W końcu dzięki temu mógł obejrzeć na żywo Led Zeppelin z lat siedemdziesiątych czy Joe Bonamassę.

Wsłuchując się w riffy Claptona, pilot transportowca, przewożącego złom z pasa asteroid niedaleko planety Mis, odebrał nagle czerwony alarm. Ściszając radio, włączył komputer pokładowy, by zobaczyć, czy znów ten stary rupieć ma jakąś awarię. Zmienił jednak podejście, gdy zobaczył, o co tak naprawdę chodzi. Fregata „Hand of Glory” miała w niedługim czasie wejść w tunel czasoprzestrzenny i wszystkie jednostki, które znajdowały się w strefie asteroid miały natychmiast opuścić obszar w odległości jednej dziesiątek jednostek astronomicznych. Marcus przyjął to do wiadomości i natychmiast chciał przyspieszyć swoje silniki plazmowe. Nagle jednak usłyszał cichy warkot i odgłos gaszonej substancji napędzającej. W oczach mężczyzny pojawił się blady strach. Natychmiast przebiegł do tyłu okrętu, sprawdzając reaktor. Oczywiście, niski poziom energii. Pilot zaczął się samemu obrażać, że zwolnił chłopaka, który mu pomagał przy okręcie. Może i cały czas ćpał, ale przynajmniej pilnował strony technicznej pojazdu. Klnąc w myślach, Miller wrócił do swojego stanowiska. W tym właśnie momencie w odległości nie całych dwóch kilometrów od niego przeleciał okręt bojowy z prędkością około trzech jednostek astronomicznych. Siła, jaką wywoływały drżenia „Hand of Glory”, spowodowały, że o transportowiec uderzyło kilka obiektów z pasa asteroid, uszkadzając pancerz pojazdu, a przy tym obracając go w stronę odlatującego okrętu. Marcus nie miał czasu, musiał znaleźć natychmiast energię. Zaczął rozpaczliwie szukać w komputerze, które z podsystemów nie są mu na tę chwilę potrzebne. Silnik czasowy, który od dawna był już uszkodzony, wciąż pobierał energię, więc został odcięty. Proces miał trwać około dzisiesięciu minut. W tym czasie, „Hand of Glory” wyszło już z pola asteroid. Wszystkie obiekty przy transportowcu zaczęły drżeć, włącznie z samym statkiem. Oznaczało to jedno: silniki czasowe fregaty właśnie zostały uruchomione. Najbardziej przerażające z tego wszystkiego było to, że Marcus wszystko widział na własne oczy. O ile wcześniej tył fregaty był w kolorze pomarańczowo-niebieskim, to teraz nagle zaczął nabierać czarnego koloru, który niemal pokrył się z próżnią. Drżenia spowodowane przez moc tych silników powodował, że mniejsze obiekty były przyciągane w stronę silników większego okrętu. Pilot zdenerwowany spojrzał na licznik. Pięć minut. Nie zdąży i zostanie wciągnięty zupełnie nieprzygotowany w tunel czasoprzestrzenny. A to oznacza, że ciśnienie wewnątrz tego tworu zupełnie go zgniecie. Cały spocony Marcus raz jeszcze zerknął fregatę. Silnik był już zupełnie czarny i smugi zaczęły wychodzić poza jego obieg. Miał mało czasu. Uznał, że musi natychmiast coś zrobić, stąd zwolnił holownik, na którym transportował wrak jakiegoś promu. Może i nie zarobi, ale uratuje życie. Zwolnienie natychmiast mu dało półtorej minuty, skracając czas do dwóch minut. W tym momencie mógł już uruchomić swój silnik. Z tym, że właśnie w tym samym momencie, silnik plazmowy i czasowy z „Hand of Glory” wybuchły mieszaniną czarnej, niebieskiej i pomarańczowej barwy, które natychmiast pochłonęły cały okręt i z niewyobrażalną prędkością wypchnęły statek do przodu. Działo się to na zasadzie zderzenia się ze sobą cząsteczek elementarnych, które pod wpływem potężnej eksplozji powodują powstanie małej anomalii w kosmosie w postaci dziury o średnicy kilkunastu metrów. O ile w próżni nie da się usłyszeć żadnego dźwięku, to rozdarciu kosmosu towarzyszy słyszalne uchem rozdarcie, przypominające darcie materiału. Wewnątrz tej dziury nie ma nic, ale siła jest tak przerażająca, że wciąga wszystko, co znajduje się w najbliższym otoczeniu. Wielu mówiło, że na tej zasadzie działają również czarne dziury, ale nie ma na to faktów empirycznych. I o ile działanie tunelów jest jasne, to tych tajemniczych obiektów we wszechświecie już nie.

Fregata została wciągnięta do środka, ale strumień, który powstał w czasie wybuchu pozwolił mu na spokojne wejście w tunel. Co innego pozostałe obiekty, które z niezwykłą prędkością wlatywały do środka, ale wraz z uderzeniem panującego tam ciśnienia były kruszone w nicość. Podobnie miało być z transportowcem. Potężna siła przyciągana z obiektu sprawiła, że Marcus nawet nie zdążył odpalić silników swojego statku. Zamknął tylko oczy, gotowy na spotkanie z nicością.

Jednak do niczego nie doszło. Po chwili okręt zaczął mocno zwalniać, a lecące wraz z nim asteroidy uderzały o pancerz pojazdu. Anomalia zniknęła po kilku sekundach od jej pojawienia, przywracając porządek w systemie. Marcus nie mógł na początek uwierzyć, co się stało. Zaczął się nerwowo dotykać po ciele, sprawdzając, czy faktycznie przeżył. Zaraz potem zaczął się szalenie śmiać z radości. Co z tego, że okręt, którym podróżował nie ruszy dalej z powodu uszkodzeń. Najważniejsze było to, że żyje.

 

*

 

– System Hadron sprawny- odebrał komunikat z maszynowni Kaspar.- Kurs zgodny z wyliczeniami. Żadnych problemów. Prędkość oscyluje około dwudziestu parseków dziennie.

Gdy patrzało się przez okno mostku, widziano tylko czarną pustkę. O ile próżnia faktycznie powodowała, że człowiek czuł się samotny, to w tunelu czasoprzestrzennym przy wręcz przerażony, że jeśli coś mu się tu stanie, nie zostanie z niego nic. Pierwszy oficer słyszał historię o tym, że wewnątrz tego miejsca znajdują się duchy wszystkich istot, które miały zamieszkiwać wszechświat i wyginąć. Opowiadano to sobie w żartach, ale faktycznie wielu popadało w paranoję z tego powodu. Wielu wierzyło, że faktycznie słyszy jakieś przerażające jęki, domagające się ratunku. Wszyscy świrowali.  Stąd też, na czas podróży przez to miejsce, czas trwania służby, nikt nie miał być sam, a wszystkie punkty widokowe zakryte. Metalowe zasuwy powoli zakrywały krystaliczne szyby na mostku, a wewnątrz pomieszczenia zapaliły się lampy, a z głośników zaczęła grać muzyka.

– Nie mogła Lady Kapitan wybrać czegoś bardziej optymistycznego?- Spytał Kaspar, wsłuchując się w utwór.

– Przecież to bardzo dobry utwór. Świetnie mnie nastraja do pracy i przygody- odparła Tha’litanka, uśmiechając się niewinnie.

– Tak, ale nie wiem, czy ludziom się spodoba, że ich Lady Kapitan łapie nastrój po piosence o spadaniu z krawędzi świata- zasalutował pierwszy oficer, zmierzając w stronę mistrzów łączności, by zmienili repertuar.

– Jak zawsze, wszystkim nie pasuje Black Sabbath z Dio- Ali’sal rozłożyła ręce, wstając z tronu.- No ale nic to. Misję inkwizycyjną oficjalnie uznaję za rozpoczętą.

P.R. Ofiarski

Astra Fabulae

Koteria Usi’nthar II: You’re My Heart, You’re My Soul

377 Wyświetleń

Talis Usi’nthar szedł na zebranie rady mocno zdenerwowany. Nie dość, że jego siostra zdemolowała najdroższą restaurację w mieście, to jeszcze umywała od tego ręce, pozostawiając ten problem na jego barkach. Liczba Exeli, które będzie wymagało pokrycie kosztu napraw mocno przekroczyło budżet koterii, przez co prawdopodobnie będzie zmuszony sprzedać część swoich udziałów z różnych korporacjach, które rozwinęły się w galaktyce. Nie mniej, wciąż liczył na możliwość ugody, by móc spłacić koszt napraw w ratach, a nawet umorzenie części wydatków. W końcu wedle relacji Ali’sal, to nie ona wszczęła awanturę w budynku, tylko La’u z koterii Thal. Problem był jednak taki, że nie przeżył nikt, kto mógłby potwierdzić jej wersję wydarzeń. Można było się powołać na relacje świadków. Problem był w tym, że klienci uciekli z miejsca strzelaniny, a ci, co cokolwiek widzieli, zgodnie powiedzieli, że to Ali’sal wraz z towarzyszącym jej mężczyzną jako pierwsi podnieśli broń przeciwko grupie La’u. Drugą kwestią było to, że niebieskoskórzy nie mieli na sobie żadnych emblematów, które mogłyby wskazywać na to, że są z koterii Thal. Nie było jeszcze oficjalnego oświadczenia kamaryli, do której należeli ci La’u, jednakże nieoficjalnie koteria zaprzeczyła, że ich ludzie brali udział w ataku, co było z resztą do przewidzenia.

Talis wiedział, nie ma żadnej poważnej linii obrony i będzie musiał opłacić powstałe szkody, a także wysłuchać pretensji, że nie umie utrzymać własnej koterii na smyczy. Jedyne, co z tego było dobrego, było, że radzie może się rozchodzić tylko o pieniądze. Gdyby wciąż byli obywatelami Cesarstwa, cała sytuacja mogłaby się skończyć dość krwawo, włączając w to nawet zupełne zniszczenie rodu. Czasem cieszył się, że wraz z siostrą wyrzekli się cesarstwa i założyli koterię, chociaż miał też przy tym wrażenie, że wychodząc z bagna, weszli na ruchome piaski.

Z zamyślenia wyrwał go nagle sekretarz, który szedł po jego prawej stronie. Był to młody człowiek, o krótkich blond włosach, ubrany w czarno czerwony garnitur wraz z symbolem srebrnego węża pożerające własny ogon, który był emblematem koterii Usi’nathar. Wręczył Talisowi tablicę dotykową, na której wyświetlały się przychodzące wiadomości.

– O, to ciekawe- Tha’litanin zdziwił się lekko, przesuwając palami po ekranie.- Może nasza sytuacja nie będzie taka zła, jakbyśmy się tego spodziewali, Klaus.

– Też tak myślę, ale zastanawia mnie, skąd ta nagła zmiana zdania ze strony Thalów- odpowiedział chłopak, odbierając tablicę od Tha’litanina.– Wydalenie tych La’u, którzy zaatakowali panią Ali’sal jest ukłonem w naszą stroną i dowodem na to, że to jednak nie nasza koteria stała za tym atakiem, nie mniej jaki mieli w tym cel,

– Wy ludzie macie takie przysłowie, że gdy nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze- stwierdził Talis, gładząc się po podbródku.- Albo chcą złożyć nam jakąś trudną propozycję, przez co starają się nam przypodobać. Tak, ta druga opcja zdaje się być bardziej prawdopodobna.

– Wątpię- zaprzeczył sekretarz, przykładając kartę do terminala, by otworzyły im się drzwi.- Gdyby tak było od razu by się przyznali do tego, że to ich ludzie stoją za tym atakiem. To wynik jakiegoś nagłego wydarzenia.

– Cokolwiek by to nie było, dowiemy się, jak się z nimi spotkamy w sali rady– odpowiedział Talis, nie zatrzymując się.

Niedługo potem doszli do wrót, które były w całości wykute z kryształów solarnych, do tego z płaskorzeźbami przedstawiającym dwie osoby. Jedna trzymała w ręce tarczę i włócznię, druga pióro i księgę. Nie trzeba być wybitnym znawcą sztuki, by nie odnieść tych postaci do frakcji Wygnańców, którzy walczą zarówno za pomocą oręża, jak i pióra. Tha’litanin nie zwrócił specjalnie uwagi na wrota. Zbyt wiele razy je przekraczał, by wciąż zwracać uwagę na tak oczywistą symbolikę. Przechodząc przez nie, znalazł się w sali, gdzie obradowała rada.

Wnętrze pomieszczenia było w kształcie koła. Podłoga była zrobiona z najczystszego kryształu solarnego, jednakże ściany były już aluminiowe, stylizowane na styl romański. Do nich przymocowane były lampy z kryształów, zasilane elektrycznością. Na suficie namalowany był fresk, który przedstawiał trzymających się za ręce Człowieka, Tha’litanina oraz La’u na tle gwiazdy. Miał to być kolejny symbol jedności rasowej w frakcji. Na środku sali stało podwyższenie z mównicą, wokół którego były rozstawione piętrzące się ławy rządowe, obłożone czerwonymi poduszkami. Na każdej ławie były zamocowane przyciski, które miały służyć do głosowania nad omawianą problematyką.

Gdy Talis wraz z Klausem weszli do sali, znajdowało się tam już trzydzieści osób, które reprezentowały swoje koterie w radzie, a także kilku sekretarzy, którzy im pomagali. W większości, zgromadzeni byli w grupach sojuszniczych. Co prawda, zakładanie partii było zakazane, ale nie zakazywano wspólnych interesów między koteriami. Tha’litanin kiwnął głową kilku znanym mu Wygnańcom, jednakże swoje wysiłki przeznaczył na wypatrywaniu głowy koterii Thal, Severusa Thala. Bezskutecznie. Szczęśliwie, dostrzegł jednak kogoś, kto mógł reprezentować ich interesy.

– Dobry wieczór, panie Wall- powiedział Tha’litanin zbliżając się do ławy, przy której siedział witany.

Był to już nie młody człowiek, o bladej cerze i siwych włosach. Pomimo wieku, twarz nie wskazywała, że był stary. Jego rysy twarzy wskazywałyby na to, że jest w sile wieku. Dopełnieniem tego była zadbana kozia broda. Mężczyzna ubrany był bardzo staroświecko, gdyż miała na sobie komplet ubrań, który pasowałby bardziej do XVIII, a nie XXIII wieku. Cały strój był zachowany w barwach szaro białych, które były kolorami Thalów.

Starszy człowiek podniósł oczy na Tha’litanina i uśmiechnął się delikatnie:

– Dobry wieczór, panie Usi’nthar. Dobrze widzieć Pana w dobrej kondycji- odpowiedział starzec na grzeczność, wstając z miejsca.

Talis znał tego człowieka tylko z opowieści. Dość okrutnych. Za młodych lat uchodził za jednego z najlepszych oprawców w Federacji Solarnej, do tego utrzymujący siatkę informatorów we wszystkich najważniejszych frakcjach w Drodze Mlecznej. Z jakiegoś powodu, zaczął pełnić funkcję mistrza szeptów w koterii Thal. Potem, gdy Severus Thal nie był w stanie pojawić się na zebraniach, wysyłał go jako swojego charge d’affaires. Pomimo, że od lat nie przesłuchuje już ludzi, to wciąż biła od niego dziwna aura niepokoju.

– Wzajemnie, panie Wall- odparł, podając mu rękę.- Jeśli można spytać, co się stało z Severusem Thalem, nie widzę go wśród zebranych radnych.

– Pana Thala niestety zatrzymała sprawa powiązana z renegatami z koterii- odpowiedział niezwykle szczerze mężczyzna, ściskając rękę Tha’litanina.- Proszę się jednak nie obawiać, wtajemniczył mnie we wszystko i przekażę w ręce rady całą jego wolę. Podejrzewam, że otrzymał już pan oficjalne oświadczenie, prawda?

– Oczywiście- Talis odebrał od Klausa tablicę dotykową, otwierając widomość, by przypadkiem czegoś nie pomylić.- Zdziwiło mnie jednak, że tak otwarcie przyznajecie się do strzelaniny i chcecie ponieść konsekwencje za atak na restaurację.

– Nie do końca, panie Usi’nthar– Francis wziął również i swoją tablicę do ręki.- Nasza koteria oficjalnie się odcięła od ataku, gdyż była dziełem renegatów. Nie mniej, nie zamierzamy się z tym nie kryć, dlatego chciałbym zaproponować rozwiązanie, które zadowoli obie nasze koterie.

– Zamieniam się w słuch, panie Wall- odpowiedział Talis.

– Na początek naszej współpracy, proponuję podzielnie opłat za szkody na dwie równe części- powiedział starzec, zasiadając z powrotem na swoje miejsce i wskazując ławę obok niego Tha’litanowi.- Obie stronny są winne tego zdarzenia, więc pan Thal uznał, że ciężar należy zrównoważyć.

– Proszę o wybaczenie, ale te warunki już na wstępie nie są do zaakceptowania- odparł Talis, siadając koło mistrza szeptów, mając mocno niezadawalającą minę.- Chcecie byśmy wzięli wasz ciężar na nasze barki, pomimo tego, że jesteśmy ofiarami waszego rozłamu? Jest to wasz problem, że dopuściliście, że część waszej ekipy opuściła wasze szeregi i to wy powinniście nieść brzemię tych wydarzeń. W chwili, gdy doszło do ataku, nikt z rady, poza oczyliście wami, nie wiedział o rozłamie, więc jeśli zostanie przedstawiony wasz punkt widzenia, rada wspólnie przyzna, że racja leży po naszej stronie.

– Rzeczywiście, nie da się kłócić w tym punkcie- natychmiast odrzekł Francis.- Lecz wciąż pozostaje sprawa użycia plazmy w miejscu publicznym. Jest to substancja, która nie szkodzi tylko Tha’litanom i nawet oni, pomimo już długiego czasu obcowania z tym skupieniem, nie są poznali jeszcze wszystkich jej właściwości. W tym momencie mogę jedynie powiedzieć, że jest ryzyko ingerencji w geny. O ile mi wiadomo ze wstępnego przesłuchania świadków, w restauracji znajdowało się sporo osób rasy ludzkiej oraz La’u, którzy nie mają wytworzonej odporności na mutacje. Nawet jeśli byli poza linią strzału, efekty mogły dotrzeć do osób, które wciąż znajdowały się w budynku. Radni z tych ras na pewno zaznaczą ten temat i warto byłoby przygotować się na tę ewentualność.

– Hm, ciekawe spostrzeżenie- przyznał Talis, potwierdzając racje człowieka.- Ale wciąż, cena badań i leczenia nie będzie wynosiła połowy ceny. Co najwyżej dwadzieścia procent.

– W restauracji byli członkowie innych koterii. Tacy na przykład Hawkowie, którzy za cnotę uznają, by ujawnić jak najwięcej prawdy. A to jest adekwatne do postępowania prawnego, a co za tym idzie, uziemienia waszej Lady Kapitan na okres co najmniej dwóch miesięcy. Trzeba im zatkać gębę Exelami, by się zbytnio nie wychylali.

– Jako mistrz szeptów zapewne przygotowaliście listę członków danych koterii, którzy byli obecni w „Kryształowym Echu”, gdy zaczęła się strzelanina? Jeśli tak, czy mógłbym ją dostać?

– Oczywiście, już wysyłam.

Francis nacisnął kilka razy na tablicę, a zaraz potem z urządzenia trzymanego przez Talisa odezwał się dźwięk, informujący o przesłaniu danych. Tha’litanin otworzył wiadomość i zaczął szybko przyglądać.

– Hm, sporo ich było– odpowiedział białowłosy, pociągając nosem.– Ale wciąż, po wstępnej analizie, to nie będą wydatki, które będą przekraczały piętnaście procent. Daje to łącznie trzydzieści pięć procent na nas i sześćdziesiąt pięć dla was. Chyba, że jeszcze dostrzegacie inne punkty, nad którymi warto się zastanowić, aczkolwiek wątpię.

– Ewidentnie po was widać, że waszą działką jest ekonomia, panie Usi’nthar- skomplementował Talisa starzec, zamykając tablicę.– Zgoda, wasza koteria pokryje trzydzieści pięć procent wydatków, nasza resztę. Cieszę się, że pierwszą sprawę mamy już omówioną. Musimy teraz omówić drugą, która umocni nasze więzy.

– Może jednak porozmawiamy o tym już po zebraniu rady- odpowiedział Talis, zastanawiając się przy tym, od kiedy to rody Usi’nthar oraz Thal miały jakieś ze sobą więzy.- Zaraz wybije godzina rozpoczęcia obrad.

Przedstawiciel Thalów kiwnął głową, przyznając rację Tha’litanowi. Oboje skierowali się wraz ze swoimi sekretarzami do przypisanych ich koteriom ław, oczekując na wejście prowadzącego.

Rozpoczęcie obrad ogłosił dzwon i po chwili wszyscy, którzy wcześniej siedzieli, wstali z miejsc, by oddać szacunek przewodniczącemu zebrania. Proces wybierania go odbywał się co roku na jednym ze zjazdów. Osoby kandydujące na to stanowisko musiały przedstawić swoją kandydaturę co najmniej tydzień wcześniej, wraz z osiągnięciami w sferze polityki wewnętrznej oraz międzyfrakcyjnymi. W dniu elekcji, czytano osiągnięcia kandydatów, by następnie dać czas na pytania oraz proces głosowania. Zaprzysiężenie odbywało się jeszcze tego samego dnia. Pozycja przewodniczącego nie była niczym szczególnym, gdyż jego jedynym obowiązkiem było prowadzenie obrad. Dodatkowo, na czas roku był wykluczany ze swojej koterii, więc nie mógł reprezentować pozycji swoich ludzi, a co za tym idzie, nie miał żadnego głosu. Jeśli jednak odkryto, że w jakiś sposób faworyzuje swoją koterię, podnoszono wotum nieufności. Poza tym, podobnie jak w przypadku radnych, była to pozycja non profit. Dlatego też to stanowisko nie było nigdy nie było szczególnie pożądane, a zdarzało się nawet, że jedna osoba pełniła tę funkcję przez kilka lat. Obecnym przewodniczącym był Alhar Tu’k, niemłody już La’u, który zajmował stanowisko przewodniczącego już szósty rok z rzędu. Przyznał prywatnie, że i tak już jest za stary, by pełnić rolę głowy swojej koterii i naznaczył swojego następcę, poświęcając się tej roli, a w chwili wolnej, doglądał swoich osobistych interesów. Tak też, gdy niebieskosóry mężczyzna wszedł do sali i zajął swoje miejsce, powitał wszystkich zebranych radnych oraz złożył przyrzeczenie „Bez głosu i bezczynny, zasiadam na tronie, by doglądać tych, co głosują i czynią”. Po tych słowach, zasiadł na swoim miejscu, a po nim, pozostali radni, co rozpoczęło obrady Rady Wygnańczej.

Dla Talisa nie było zaskoczeniem, że obrady zaczęły się od sprawy strzelaniny w restauracji. Wniosek wyszedł, to też nikogo nie zdziwiło, od radnego z koterii Hawke, Luciusa Marcusa Hawke. Odwoływał się do tego, że jeden z członków jego kamaryli prawdopodobnie był poddany silnym działaniom plazmy, którą wystrzeliła członkini koterii Usi’nthar. Przewodniczący zgodził się na rozpatrzenie sprawy. Wezwano Talisa na mównicę. Tha’litanin, po wcześniejszej rozmowie z Francisem, doskonale wiedział jak rozegrać to oskarżenie. Przedstawił oficjalne oświadczenie, iż to było dzieło renegatów z koterii Thal, którzy jako pierwsi otworzyli ogień w stronę Ali’sal Usi’nthar i jego towarzysza. Nie jest dopuszczalne, by obwiniać tylko koterię, której interesy w radzie reprezentuje Talis, ale należało by ciężar odpowiedzialności przerzucić na drugą stronę. Przewodniczący Tu’k poprosił, by radny z ramienia koterii Thal przedstawił swoją wersję wydarzeń. Francis, gdy wszedł na mównicę, przyznał się, że faktycznie to wyrzutkowie z jego kamaryli dokonali tego ataku, za co zostanie wyznaczona nagroda za ich głowy. Jednakże, Ali’sal Usi’nthar nie miała prawa na użycie plazmy w miejscu, gdzie mogły się znajdować osoby, które nie były odporne na jej działanie. Dlatego zaproponował, by Thalowie opłacili naprawę restauracji, a Usi’nthaoriwie badania i koszty leczenia postplazmowe. Głos natychmiast zabrał Lucius Hawke, który stwierdził, że badania i leczenie nie będą współmierne ze stratami koterii. Ludzie oraz La’u, którzy byli wtedy w restauracji, są oficerami na okrętach służących Hawke’om i ich nieobecność na statkach wpłynie na zarobki z misji. Głos został oddany Talisowi, który obiecał, że jego koteria, odpowiedzialna za użycie plazmy, wypłaci każdemu zmutowanemu odszkodowanie z pluli piętnastu procent od łącznych wydatków za całe przedsięwzięcie. Czepiano się jeszcze kilku, pomniejszych kwestii, jak choćby uwarunkowania ceł na kryształy solarne, jednakże kwestie ekonomiczne były konikiem Talisa, który przedstawił cały plan zakupu materiałów oraz odbudowy, który zachował się w miarę, jak na cenę kryształów, w granicach normy, nawet biorąc pod uwagę kwestię napięć między Federacją, a Cesarstwem. Gdy ostatecznie nie było więcej, pytań, poddano sprawę do głosowania. Z 328 głosujących, 283 zgodziło się na propozycję zaproponowaną przez koterie Usi’nthar oraz Thule. Talis spojrzał jeszcze tylko na Francisa, który siedział po przeciwnej stronie. Uśmiechał się w jego stronę. Tha’litanin nie mógł odpowiedzieć inaczej niż również delikatnym uśmiechem.

*

– Dziękuję, tyle wystarczy, panie Wall- odpowiedział Talis, gdy mistrz szeptów Thule nalewał mu whisky.- Nie przepadam za alkoholem. Szkodzi na umysł.

– Badania mają dowodzić, że akurat szkocka ma działanie pobudzające szare komórki- odparł Francis, polewając i sobie, by następnie usiąść na fotelu.

Po trwającym około pięciu godzin zebraniu rady, Francis Wall zaprosił Talisa na osobiste spotkanie w siedzibie jego koterii. Tha’litanin, mimo wszystko, nie był przekonany względem celów mistrza szeptów, tak też zdecydował się przyjść ze swoją obstawą w postaci sekretarzy oraz zastępców. Jak się okazało, nie było potrzebna taka armia, gdyż w siedzibie Thulów, mieszącej się w prawym krysztale kompleksu willowego w dzielnicy kryształowej, nie było nikogo poza kilkoma pomocnikami Walla. Członków koterii Usi’nthar przyjęto ze wszystkimi honorami, a Francis zaprosił Talisa na prywatną rozmowę w jego biurze. Sala, do której został zaproszony Talis była zwykłym pokojem, z dwoma fotelami, stołem oraz biurkiem. Ściany były kryształowe, do których przymocowane były lampy, podłączone do sieci elektrycznej, którą wdrążono w kryształ.

– Nie jestem biegły w ciekawostkach, które nie są dostępne publicznie- odpowiedział radny Usi’nthar, kosztując bursztynowego trunku.- Poza tym, mam podejrzenie, że badania były raczej skierowane na ludzi, a nie Tha’litan, więc tym bardziej pozostanę wobec nich sceptyczny.

– Trudno odmówić panu racji- odparł Francis, również próbując whisky i odstawiając je na stół.- Może czas, byśmy to my, Wygnańcy, wzięli te badanie w swoje ręce. Ale nie dziś i nie teraz. Mamy inne rzeczy na głowie.

– W rzeczy samej- przyznał Talis.- Wspomniał Pan w sali rady, że wspólne wydatki to dopiero początek współpracy. Może Pan to jakoś rozszerzyć?

– Oczywiście- Wall wyprostował się w fotelu.- Odłączenie się od naszej koterii niektórych ludzi sprawiło, że przy obecnych możliwych środkach nie jesteśmy w stanie ich wszystkich wyłapać i podstawić pod sąd inkwizycji za zdradę.

Wystąpiliście po inkwizycję dla nich? Poważna sprawa– przyznał Talis.

– Tak, stąd też wynika nasze spotkanie- odpowiedział prosto z mostu Francis.- Pan Severus Thule chce, by wasza koteria pełniła rolę inkwizycji i łowców dla naszej sprawy.

Sąd inkwizycyjny wśród Wygnańców nie miał znaczenia jaką pełnił w historii Ziemi, acz istniały pewne podobieństwa. Celem inkwizycji był sądzenie za zdradę wewnątrz rodową, którą obwoływali specjalnie do tego wystosowani przez poszkodowaną koterię ludzie. Zawsze były to osoby spoza kamaryli, którym przedstawiano sprawę. Za zbiegami wysyłano listy gończe z informacją gdzie dostarczyć renegatów. Gdy dostali się w ręce inkwizytorów, często z pomocą brutalnych środków, które nie są stosowane wobec samych Wygnańców, dochodzono prawdy i oddawano z informacjami do koterii z której się wywodzili zdrajcy. Macierzysta kamaryla orzekała, czy poddają się pod wolę inkwizycji czy też sami wystawiają inny wyrok. Pomimo swojej skuteczności, sądy inkwizycyjne nie są powoływane zbyt często. Składa się na to kilka powodów. pierwszy, inkwizytorom trzeba dużo zapłacić, gdyż proces może trwać nawet i pół roku nim dojdzie się prawdy, a dla koterii, która to prowadzi mu się opłacać, by porzucić inne zlecenia. Po drugie, każdy aspekt śledztwa musi być ogłaszany publicznie, niekiedy również samo przesłuchanie. Nieudolność może wpłynąć negatywnie na opinię kamaryli, a co za tym idzie, na jakość uzyskiwanych zleceń. I po trzecie, często wychodzą na jaw ciemne strony koterii, która powołała inkwizycję i choć zaczynała jako strona oskarżająca, sama mogła się stać celem w przyszłości.

Stąd też, gdy Talis usłyszał propozycję Francisa, to niemal nie zakrztusił się alkoholem, którego ponownie zakosztował. Odłożył szklankę na stół.

– Rada się nie zgodzi. Jesteśmy za młodą koterią, byśmy mogli prowadzić tę sprawę. Poza tym, moim podwładnym brakuje doświadczenia. To wojownicy, nie śledczy, co najwyżej mogą ruszyć w pogoń za waszymi renegatami.

– Rada przychyli się mojej prośbie, gdyż będzie to służyło lepszemu rozwiązaniu sprawy. Jeśli zobaczą, że my, Thulowie, zgłosiliśmy chęć, by to wasza koteria zajęła się sprawą ataku na was samych, będą wiedzieli, że mamy czyste intencje- odpowiedział spokojnie Francis, sięgając znów po tablicę.- Poza tym, sporo wam zapłacimy, nie tylko w Exelach, ale również w technologii.

Pominę na razie aspekt doświadczenia- odpowiedział Tha’litanin, również sięgając po tablicę- oraz pytanie, dlaczego my. Na początek wtajemniczcie nas w wasz problem, byśmy mogli ostatecznie zdecydować, czy będziemy chcieli się tego podjąć.

– Jak sobie życzysz– odpowiedział Wall, przesyłając na tablicę Talisa pewne dokumenty.- Cztery miesiące temu, Severus Thule wysłał w stronę gwiazdozbioru Żagla korwetę „Wuj John” w pogoń za jednym z piratów. Nie ma potrzeby mówić, kto to był, gdyż gdy statek przybył na miejsce, blisko pozostałości po supernowej Żagla znaleziono wrak należący do tego pirata. Przy okazji jednak natrafiono na ciało niebieskie, które po analizie grawitacyjnej, uznano za planetę. Nie dość, że nie ujęto jej na żadnych mapach, to jeszcze, pomimo wybuchu gwiazdy, przetrwała. Gdy wysłano ekspedycję na ten obiekt, kontakt z korwetą urwał się na dwa miesiące. Zupełna cisza. Nagle, miesiąc temu, okręt, niespodziewanie, pojawił się z powrotem niedaleko planety Kepler, ale pozbawiony załogi. Ponad dwa tysiące ludzi nagle wyparowało. Zachowały się jedynie nieliczne dane z badań nad obiektem. Planeta miała być wykonana cała z jakiegoś nieznanego w tablicy Mendelejewa metalu. Panowała na nim grawitacja podobna do tej, jaka panuje na Ziemi, lecz nie posiadała atmosfery. Odkryto kilka dziwnych obiektów pochodzenia, biorąc pod uwagę geologię ciała niebieskiego, naturalnego, typu metalowy masyw górski czy dolina. Potem, wraz z zejściem ludzi, nie było już żadnych informacji. Dodatkowo, na pokładzie znaleziono misternie wykonany szkielet istoty ludzkiej, zrobionej ze złota oraz kryształu solarnego, wartą po wstępnych analizach około pół miliona Exeli. Jednak Severus Thule zakazał podróży do tego miejsca, dopóki nie wyjaśni się, co się stało z załogą „Wuja Johna”. Niektórzy musieli się czuć zawiedzeni i podjęli bunt. Skradziono dwa okręty, fregatę „Misterium” oraz transportowiec „Marigold”. Łącznie uciekło około trzech tysięcy ludzi. Nie ruszyli bezpośrednio w stronę pozostałości po supernowej, lecz rozbiegli się na kilka stron, by zgubić pościg. Ale cel jest jasny. Pytanie tylko, dlaczego zaatakowano was, skoro żadna koteria nie wiedziała o istnieniu tej planety. Aż do teraz rzecz jasna. Nie mniej, podejrzewam, że wy też nie znacie na to odpowiedzi.

Talis słuchał Walla, przy okazji oglądając slajdy, które mu puszczał mistrz szeptów Thulów. Tha’litanin zatrzymał się przy zdjęciu szkieletu. Przełknął cicho ślinę, gdyż pomimo swojej ceny, wydawał mu się w jakiś sposób makabryczny. Nie było śladu mięsa, ale miał wrażenie, że zdjęcie się wykrzywia i tworzy jakąś groteskową postać. I co gorsze, jakoś dziwnie znajoma. Wyłączył szybko tablicę, myśląc chwilę. Nie chciał narażać rodu na tak niebezpieczną misję, biorąc pod uwagę ich małe doświadczenie. No i dwa okręty przeciwko jednemu mogą się skończyć klęską jego koterii. Jednak myśl o potencjalnym zysku, jaki zdobędzie jeśli przyjmą tytuł inkwizycji. Nie, przerwał natychmiast myśli o pieniądzach Talis, nie będę narażał ludzi.

– Rozumiem wasze położenie, panie Wall, ale nie wiem, czy koteria Usi’nthar ma dość siły, by móc mierzyć się z dwoma wrogami na raz, nawet jeśli jeden okręt jest transportowy. Nie pokryliśmy jeszcze wszystkich wydatków na tarcze, a po drugie, to co mówiłem wcześniej, żaden z załogantów nie ma smykałki detektywistycznej.

Z tarczami był to oczywisty blef, mający ich usprawiedliwić, ale zaraz potem pomyślał, że Francis na pewno już go przejrzał. W końcu to szpieg. Ale co do roli inkwizycji nie mylił się: gdy przeglądał dokumenty każdego z oficerów na „Hand of Glory”, nie dostrzegł nigdzie jakiś specjalnych zdolności indukcji i dedukcji, poza może Hiro, głównej inżynier, która była jednak zbyt zwariowana, by klarownie przedstawić swoje wnioski. Nic dziwnego, że pomimo geniuszu, żadna korporacja się o nią nie ubiegała.

– Jeśli chodzi o problem siły ognia– Francis przerwał myślenie Talisa szybkim wtrąceniem.- To nie powinno być problemem. Sam Severus Thule będzie chciał polecieć z wami do tego sytemu. Dzięki czemu będą to dwie fregaty naprzeciw fregacie i okrętowi transportowemu. Od razu przeprowadzi się też sąd inkwizycyjny. A co do waszego braku doświadczenia, mogę w tym pomóc i osobiście przeszkolić w ciągu miesiąca kilku waszych oficerów w tym aspekcie.

– Tak za darmo?- spytał podejrzliwie Talis, nie mając jakoś zaufania do starszego mężczyzny w tej kwestii.- Musi być haczyk.

– Nie myli się Pan, jest– przytaknął Francis.- Jak zawiedziemy, to obie nasze koterie będzie czekał długi proces. Hawkowie jednak nie chcą odpuścić i sami starają się o inkwizycję. Na razie jest to odroczone, ale musimy działać szybko. Ale jeśli jednak dla was to wciąż za mało, dostaniecie jeszcze to.

Francis przelał na tablicę Talisa jakiś plik obrazkowy. Tha’litanin go otworzył i uśmiechnął się bardzo czule do ekranu. Po chwili podniósł powoli głowę:

– Możemy zaczynać negocjacje.

P.R. Ofiarski

System

Drugi numer Abyssos

393 Wyświetleń

Drugi numer czasopisma Abyssos przynosi kontynuację opowiadań rozpoczętych w numerze pierwszym (Po drugiej stronie lustra, Baśń o Człowieku, Wroniarze).

Ponadto, rozszerzając pole działalności, zawiązaliśmy współpracę z projektem Horyzonty, którego efekty będzie można śledzić na łamach Abyssos. Pozostając w podobnej konwencji Paweł Ofiarski w opowiadaniu You’re My Heart, You’re My Soul chwilowo odpoczywa od uniwersum Oculum Mundi.

Najcięższym kalibrem drugiego numeru czasopisma bez wątpienia jest rozmowa Błażeja Grysztara z Dawidem Jakubowskim, działaczem Komunistycznej Partii Polski. Rozmowa o ideałach, historii i przyszłości. Należy rzec, że prezentowane przez rozmówcę poglądy nie są współdzielone ze światopoglądem redakcji.

Do tego Patryk Szymczak ze swoją poezją na początek i na koniec.

Numer w formacie .pdf

Naszą publikację znajdą państwo również w Sklepie Play. Czasopismo jest do pobrania oczywiście za darmo.

Zapraszamy!

Astra Fabulae

Koteria Usi’nthar I: Gimme!Gimme!Gimme!(A man after midnight)!

392 Wyświetleń

crystal_city

P. R. Ofiarski

Gimme! Gimme! Gimme! (A man after midnight)!

 

– Dziękuję panu bardzo– odpowiedział czarnowłosy mężczyzna, kiwając głową w stronę przechodzącego mężczyzny, który wrzucił mu kilka drobnych do futerału.

Człowiek nie odpowiedział nic, tylko poszedł dalej, a Kaspar zaraz potem wrócił do gry na gitarze. Przymknął napuchnięte oczy, skupiając się dalej na składaniu akordów. Musiał się zdecydowanie bardziej postarać. Mieszkańcy Nowej Nadziei na planecie Kepler nie należeli specjalnie do hojnych. Powodem nie był trwający właśnie niepokój między Federacją Solarną, a Zjednoczonym Cesarstwem Gwiezdnym Tha’litan, który lada moment mógł się zamienić w kolejny na przestrzeni dwudziestu lat konflikt. Powodem była sama natura planety, na którą wybrano, jako główną bazę dla Wygnańców, czyli najemników, a niekiedy również negocjatorów w walkach między obiema kosmicznymi potęgami. W ich skład wchodzili zarówno ludzie, w których naturze leży poszukiwanie nowych wyzwań, jak i Tha’litanie, wyglądający niemal identycznie jak ludzie z drobnymi szczegółami fizyczno-genetycznymi, a także La’owie, niebieskoskóra rasa handlarzy, którym na rękę było utrzymywanie najemników i wszelakich maści poszukiwaczy przygód, by tylko na nich zarobić. Dawniej nosząca nazwę planeta Kapler 22b, była enklawą dla różnej maści wojowników i eksploratorów. A więc jeśli coś nie było sztuką wojny lub nie dało się na tym zarobić stanowiło dość odległy plan.

Jedynie Nowa Nadzieja, jedno z czołowych miast, a także siedziba Rady Wygnańczej oraz najważniejszych koterii Wygnańców, czyli ich odpowiedników rodzin,  mogło pozwolić sobie na jakiekolwiek zainteresowanie sztuką. Miasto było mieszaniną architektury Federacji Solarnej, który charakteryzował się wysokimi, stalowymi iglicami, obsadzonymi szerokimi, oszklonymi oknami; oraz Cesarstwa Tha’litan, których budowle dorównywały wielkością ludzkim, ale wykonanych z połączonych ze sobą kryształów solarnych i nie posiadających żadnych regularnych kształtów. Jedynie La’owie nie mieli żadnych swoich motywów architektonicznych, korzystając z dobrodziejstw zarówno ludzi, jak i Tha’litan. Dzielnice Nowej Nadziei rozlokowane były wedle zamożności mieszkańców. Najbardziej na brzegu zamieszkiwały osoby biedne i średniozamożne, często nazywając te dzielnice Stalowymi, ze względu na dużą ilość ludzkich domostw. Zaraz potem były dzielnice Parkowe, w których można było spokojnie odpocząć, zrobić zakupy czy pochodzić po parkach, a także mieszali tam zamożni mieszkańcy miasta. Ostatnim dystryktem było Stare Miasto, zwane niejednokrotnie dzielnicą Kryształową ze względu dużej ilości domostw zbudowanych z tego surowca, co jednocześnie świadczyło o tym, że najwięcej mieszkało tu Tha’litan. Znajdowały się tu również bardziej kulturalne instytucje, jak muzea, hale teatralne, a także uniwersytety. A przede wszystkim mieściła się siedziba rady. Była to również jedyne bezpieczne miejsce w Nowej Nadziei, gdzie śmiało można było chodzić bez broni. W końcu miało stanowić, jak to określały wielokrotnie media, jedną z niewielu enklaw życia kulturalnego na Kepler. A co za tym idzie, niewielu wpuszczano tu osób spoza dzielnicy.

Kaspar miał świadomość, że szukanie szczęścia w tej części miasta jest poza jego możliwościami. Nie miał aż takiego talentu, by zyskać sobie patronat elit z tej dzielnicy, a poza tym jego wygląd raczej nie przysparzał mu zbytniej możliwości w zostaniu artystą. Jego twarz nie była jeszcze zniszczona przez czas, jednak była uszkodzona przez noże czy też wystrzały z pistoletów, a następnie zszyta. Włosy miał czarne, krótko przystrzyżone. Był wysoki i dobrze zbudowany, co eksponował nosząc obcisłą koszulę, lekko rozpiętą u góry. Na nogach długie spodnie, zrobione ze sztruksu oraz ciężkie buty. Bawełniany płaszcz przewiesił przez jakiś pręt. Nie miał nic prócz futerału z gitarą.  Zdawał sobie sprawę, że nie tak powinien wyglądać ktoś, kto chce próbować zostać artystą w dzielnicy Kryształowej, ale wolał mieć swobodę w graniu. I tak miał szczęście, że udało mu się dostać do dzielnicy Parkowej bez żadnych problemów od strony Planetarnych Sił Obronnych, robiących na Kelper, jak to zwali Terranie, za staż miejską. Choć mimo wszystko wciąż miał się na baczności.

Uderzył po raz ostatni za struny, kończąc tym samym utwór, nie oczekując na oklaski. Mimo wszystko, że Nowa Nadzieja była Mekką dla Wygnańców, którzy cenią sobie sztukę, to wciąż jej podziwianie należało do przywilejów najbogatszych i tylko oni w zasadzie się nią interesowali. Dla Wygnańców liczył się przede wszystkim zysk, a co za tym idzie, podejmą się każdej pracy, nawet łowców nagród. Mimo tego, że Wygnańcy nie tworzyli zwartego państwa i nie ma swojego jako takiego prawa, to w świadomości członków tej grupy kryminalista uchodził za łup. Stąd przyznawać się, że jest się bandytą wśród Wygnańców trzeba mieć dużą odwagę. Albo dużą odwagę i zaufane kontakty.

Kaspar otworzył oczy, spoglądając w stronę obojętnego w większości wobec niego tłumu, zmierzającego zapewne w stronę Targów. Współpraca między Tha’litanami oraz ludźmi była tutaj o tyle zaciśnięta, że nie stanowiło dla nich szczególnego problemu, by wzajemnie wymieniać się technologiami, co skutkowało wspólnymi projektami nowego wyposażenia, zarówno bojowego, jak i również skierowanego do użytku codziennego. Efekty tych prac można było podziwiać właśnie na Targach w dzielnicy Kryształowej. Niestety, już sam wstęp nie należał do tanich, ale już sama obecność w takim miejscu nobilitowała gościa. Wysokojakościowe jadło, trunki z górnej półki dla każdego i możliwa rozmowa z największymi sławami pośród Wygnańców? Któż przynajmniej na chwilę nie chciałby się znaleźć w takim miejscu?

Kasparowi jednak nie w głowie były takie fanaberie. Z ledwością zarabiał na cokolwiek do jedzenia, a jeszcze należało zapłacić czynsz za wynajęte mieszkanie. Co więcej, stosunkowo niedawno stracił pracę z powodu tego, że firma budowlana została rozwiązana, a duża część zarządu aresztowana ze względu na przekręty. Zostawszy na lodzie, złożył swoje CV do kilku miejsc, by znaleźć nową pracę, ale w między czasie musiał dorabiać, by móc za co przeżyć następny dzień. Odłożył na chwilę gitarę na bok, licząc pieniądze, które mu się udało zarobić tego dnia. Jeden krystalion i dwadzieścia dolców Terrańskich. Łącznie to mu dawało trzydzieści Exili. Całkiem nieźle, pomyślał, starczy na duży obiad i kilka piw, a także papierosy. Nie mniej, do końca dnia jeszcze jest trochę czasu, więc nie należało tracić nadziei. Ponownie chwycił za swój instrument i ułożył palce na strunach. Zastanawiał się, co tym razem zagrać, gdy nagle do głowy wpadł mu pewien utwór, z płyty, którą znalazł stosunkowo niedawno w jednym z antykwariatów. Została nagrana jeszcze w czasach przed cybernetyzacją, w latach 70 XX wieku. Co prawda, główny temat był na trąbkę, jednak późniejsze partie grano również na gitarę akustyczną. Pominął warstwę wokalną, gdyż nie miał nigdy dobrego głosu i przeszedł od razu do agresywnego wejścia w główną cześć utworu. Zaraz potem spokojnie przeszedł w partie spokojniejsze i bardziej wirtuozyjne. Wspomniał dźwięki, które na bieżąco przerabiał z instrumentu dętego na strunowy. Pomimo swojej prostoty dźwięku, dawał spore pole do popisu improwizacji, co skrzętnie wykorzystał.

Ogółem, grał utwór pięć minut, by skończyć podobnie, jak zaczął. Kaspar poczuł, że wrócił z powrotem do rzeczywistości, na jakiś czas porzucając świat fantazji, w której się znalazł, grając ten temat. Wtedy do jego uszu doszło krótkie klaskanie. Zaczął spokojnie rozglądać się po okolicy, wyszukując źródła tego dźwięku. Tym okazała się być dość szczupła i wysoka kobieta, o elipsowatym kształcie twarzy. Co więcej jej silnie niebieskie oczy oraz niemalże przezroczyste białe włosy świadczyły o przynależności do rasy Tha’litan. Do tego dochodził jeszcze charakterystyczny strój w postaci długiej szaty w kolorze żółto-pomarańczowym, ozdobione kryształami solarnymi. Zdawała się być nieuzbrojona, choć mężczyzna wiedział, że w tym mieście różnie bywa. Tha’litanka uśmiechnęła się do niego i przestał klaskać:

– Brawo, dawno nie słyszałam tego utworu- odpowiedziała bardzo melodyjnie, jak na jej gatunek przystało, kładąc przy tym dłoń na pasie.– Myślałam, że czasy, w których ludzka młodzież słucha klasyki już dawno minęła, a tutaj niespodzianka.

– Lubię zaskakiwać- odpowiedział krótki Kaspar, odkładając gitarę, puszczając mimochodem słowo młodzież.

Mężczyzna miał co prawda trzydzieści cztery lata, więc w Federacji mógł uchodzić z osobę dojrzałą.  Jednak w porównaniu do Tha’litan, którzy niekiedy mogli dożyć nawet i pięciuset lat, mógł uchodzić za młodzika. Jednak kwestie rozwoju ciała były u ludzi znacznie szybsze niż u obcych, tak też wiekowo Kaspar mógł dorównywać osobnikom z Cesarstwa, którzy ukończyli wiek 100 lat.

– Chuck Mangione, „Children of Sanchez”, o ile dobrze pamiętam. Ciekawie przerobione partie dęte na gitarowe, godne pogratulowania improwizacja– komplementowała umiejętności muzyczne Kaspara kobieta, ale po to tylko, by zaraz zszedł jej uśmiech z ust, ale ton głosu pozostał wciąż miły.- Szkoda tylko, że osoba taka jak Ty marnuje swój talent udając grajka ulicznego.

Słowa obcej wprawiły mężczyznę w osłupienie. Podświadomie w tym momencie żałował, że nie zabrał z domu swojego pistoletu i nie ukrył go w gitarze. Ta istota zdawała się być w jego odczuciu kolejną osobą nasłaną przez kartel Kriegsteel’a, od których jakiś czas temu pożyczył pieniądze. Nagabywali go co jakiś czas, wciąż zdzierając każde zarobione pieniądze. Kaspar złożył ręce na piersi, spoglądając niepewnie w stronę Tha’litanki.

– Co masz na myśli?- Spytał podejrzliwie, lustrując wyraźnie kobietę.

– To, że masz zupełnie inne talenty, niż te, które na siłę starasz się w sobie wykształcić- odpowiedziała wyraźnie spokojna Tha’litanka nie zmieniając cały czas pogodnego tonu głosu- powiedz, kto tu kogo oszukuje, Kasparze Thave? Czy raczej powinnam powiedzieć Fiodorze Discinusie.

Wypowiedzenie jego prawdziwego nazwiska wprawiło mężczyznę w jeszcze większe osłupienie i szybką analizę sytuacji. Faktycznie, wraz z przybyciem do Nowej Nadziei nadał sobie nowe nazwisko, by zerwać zupełnie z przeszłością. Ale to, że ktoś mimo wszystko wynalazł tę informację świadczy o tym, że komuś bardzo na nim zależy. A co gorsza, był to Tha’litanin, poza kilkoma wyjątkami, rasa raczej wroga ludzkiemu gatunkowi. Być może to wiązało się z chęcią zemsty za grzechy przeszłości. Nie, gdyby tak było, wybrano by zupełnie inny sposób na jego eliminację, a nie w Parku, gdzie jest duża ilość świadków. Musiał być jakiś inny powód. Ale by się o nim dowiedzieć, człowiek będzie musiał zagrać w otwarte karty:

– Skoro już znasz moje prawdziwe nazwisko, może dosyć tej maskarady i powiesz mi wreszcie, o co chodzi, kobieto?

– Nie tutaj, za dużo uszu- powiedziała kobieta, wręczając mu wizytówkę i uśmiechając się.- Proszę, przyjdź do restauracji „Kryształowe Echo” dzisiejszego wieczoru. Tutaj masz adres, a także na kogo masz się powołać. Mam nadzieję, że się zobaczymy jak najszybciej.

Po chwili kobieta odeszła błyskawicznym krokiem, nim Kaspar zdołał zadać pytanie. Wołał za nią, by wróciła, lecz ta bardzo szybko zniknęła w tłumie. Mężczyźnie nie pozostało nic innego, jak tylko z powrotem wrócić do swojego zajęcia, wcześniej jednak zerknął jeszcze na wizytówkę. Gdy skończył ją czytać, otworzył jeszcze szerzej oczy. I w jednej chwili wziął wszystkie zarobione dzisiaj pieniądze, schował gitarę do futerału i błyskawicznie zdecydował się wrócić do domu.

*

– Kaspar Thave- powiedział najbardziej uroczystym tonem mężczyzna do kelnera, który zajmował się sprawdzaniem listy zamówionych stolików.– Mam umówione spotkanie z panią Ali’sal Usi’nthar.

Kelner rasy ludzkiej miał wyraz twarzy, który nie wskazywał żadnych emocji. Był już dość wiekowy, co było widać po siwiźnie na głowie, zmarszczkach na twarzy i krótkiej, przystrzyżonej brodzie. Ubrany był jednak dość nowocześnie, bowiem w krótką, białą togę i czarną muszkę, o przywierających do ciała czarnych spodniach i wysokich butach. Na piersi miał złotą plakietkę, sygnalizującą wykonywaną przez niego profesję.

Na początek zlustrował przybyłego gościa od stóp do głów. Na szczęście, Kaspar zdołał odnaleźć jeszcze jakieś bardziej eleganckie ubrania w swojej norze, chociaż należały one raczej do stylu współczesnego retro. Ubrany był w wysłużony już smolisty smoking, białą koszulę, zapinaną na guziki i zapinki przy rękawach, spodnie dopasowane materiałowo i kolorystycznie do narzuty, a także na szybko wypastowane i wylakierowane buty. Ubrany w ten strój może i mógłby budzić lekki uśmiech zażenowania pośród współczesnego trendu mody, lecz wciąż był uznawany za elegancki i przystępny. Stąd też, gdy lustrujący go mężczyzna skończył swoją obserwację, przesunął po ekranie dotykowym w celu sprawdzenia rezerwacji. Po chwili, w podobnie bez emocjonalny sposób odezwał się do Kaspara:

– Pańska towarzyszka już czeka. Stolik numer czterdzieści, najbardziej przy oknie. Pomóc Panu czy też sam Pan trafi?

– Myślę, że sobie poradzę- odpowiedział pewnie mężczyzna, zaszczycając starca jeszcze jednym spojrzenie, by ruszyć dalej.

Oczywiście, ta pewność siebie była raczej ułudą, ponieważ Kaspar po raz pierwszy, od czasu przybycia na Nowej Nadziej, znajdował się w dzielnicy Kryształowej. Prócz tego, że nie znalazłby tu żadnego patronatu, to dokładnie legitymowano każdego, kto wydawał się być obcy w tym miejscu. Prócz standardowego sprawdzania numeru identyfikacyjnego, pytano o cel wizyty, sprawdzano zawartość ewentualnego bagażu lub nawet skanowano stroje. Gdy wydawał się czysty, puszczano go wolno, lecz jeśli znalazła się jakaś niepoprawność wobec paragrafu, osoba chcąca się dostać do dzielnicy, była odprowadzana na pobliski posterunek miejscowej gwardii albo z powrotem do bram dzielnicy.

Jednak, Kasparowi udało się przejść bez żadnych problemów przez kontrole. Duża w tym zasługa zaproszenia od Tha’litanki. Patrząc na mapę, w końcu dotarł do „Kryształowego Echa”, gdzie miało się odbyć spotkanie. Stolik numer czterdzieści, wedle numeracji, powinien znajdować się po lewej stronie od kelnera sprzed wejścia. Kaspar, idąc w jego stronę, spoglądał kątem oka na innych gości. W większości byli to ludzie, ubrani w elegancje szaty z meszu, rzadziej z innych materiałów. Wszyscy zachowywali się dla Kaspara fałszywie dystyngowanie. Każde słowo, które toczyli w stronę swojego rozmówcy zdawało się być przesiąknięte jadem, a odpowiedź była równie jadowita. Ale nic dziwnego: w biznesie, gdy chce się coś ukraść należy kłamać. Po chwili, znalazł stolik numer czterdzieści, a przy nim, jego towarzyszkę.

Ali’sal Usi’nthar, jak się przedstawiła Tha’litanka, która zaczepiła go na ulicy, ubrana była w typowo ziemską modę, czyli w czarną suknię z dekoltem oraz wyciętymi plecami, buty na obcasie oraz w korale z pereł. Swoje białe włosy zaczesała w gruby warkocz. Gdy tylko ujrzała Kaspara, wstała z miejsca i z uśmiechem na twarzy podeszła do nie go, wystawiając do przodu rękę:

– Już myślałam, że się zgubiłeś w dzielnicy, mój drogi.

Mężczyznę nieco nie przypadły do gustu słowa kobiety. Przyjęła założenie, że się znają od dawna, a on musiał tańczyć, jak ona mu zagrała. Jednakże, biorąc pod uwagę, że zdawała się znać jego przeszłość, zdecydował się przyjąć jej taktykę. Wyciągniętą rękę kobiety ucałował wedle założeń etykiety sprzed lat:

– Bynajmniej. Posiadam wrodzoną orientację w terenie i nigdy się nie gubię.

– Czy w przestrzeni kosmicznej także?- Tha’litanka zadała pytanie tak nagle, że Kaspar nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Ja…

– Och, jakie to nie miłe z mojej strony, że wciąż nakazuję ci stać. Proszę, spocznijmy i zamówmy coś do jedzenia i picia.

Ali’sal uśmiechnęła się jeszcze szerzej niż wcześniej, zasiadając na swoim miejscu. Kasparowi coraz bardziej pękała żyłka. Miał wrażenie, że kosmitka z nim pogrywa, celowo cały czas go upokarzając, by wykazać, kto ma kartę przetargową.  Postanowił robić jednak dobrą minę do złej gry i usiadł naprzeciwko niej.

– Mają tu świetne dania z kuchni ziemskiej– Tha’litanka znów zaczęła mówić, biorąc do ręki menu z ekranem dotykowym.- Szef kuchni poleca dzisiaj steki po amerykańsku, a do tego koniak Napoleon, pięć gwiazdek.

– To zamów to, „moja droga”- ostatnie słowo Kaspar podkreślił bardzo chłodno, błyskawicznie zamawiając ten stek oraz koniak.- I może wreszcie powiesz mi, po co mnie tu zaprosiłaś i odegrałaś farsę.

Pierwszy raz jesteś na randce z kobietą, Kasparze?- westchnęła, odkładając kartę z daniami, również zamawiając stek i koniak.- Nie wiesz, że należy być w takich sytuacjach cierpliwym, by nie popsuć pierwszego wrażenia?

– Bywałem na randkach z kobietami- odpowiedział zimno człowiek, spoglądając na twarz Tha’litanki.- Jednakże żadna z moich partnerek nie zaczepiła mnie na ulicy, mówiąc, że zna moją przeszłość.

– A skąd ta spekulacja, że znam twoją przeszłość, Kasparze? Czy wolisz jednak, bym mówiła do ciebie Fiodor?

– Pozostanę przy Kasparze. Fiodor Discindus przestał istnieć wraz ze wszystkimi aktami wraz z przybyciem do Nowej Nadziei. Jednak zdaje się, że w jakimś celu przetrwała w aktach Wygnańców.

– Ha, więc i ty wiesz kim naprawdę jestem– odpowiedziała radośnie kobieta, acz przerwała na chwilę rozmowę, gdyż kelner przyniósł koniak. Gdy odszedł, kontynuowała.- Myślałam, że cię zaskoczę swoją profesją.

– Osobiście nie mieliśmy przyjemności, ale słyszałem o twoich działaniach na Alfa Centauri. Byłem tam. Uratowaliście nam wtedy życie, nie dopuszczając do walki.

– To bardzo ważne miejsce dla naszych ras, prawda?­ –zakosztowała koniaku. –Ale nie jesteśmy tu by wspominać historię sprzed lat. Więc tak, wiem kim byłeś. Porucznik Floty Solarnej, wnuk słynnego Averiusa Discindusa, zwycięzca spod Syriusza, gdzie jednym okrętem pokonał korzystając z anomalii solarnych pięć niszczycieli Cesarstwa. Odznaczony złotą gwiazdą. I nagle słuch o nim zaginął, gdzieś w gwiazdozbiorze Lutni. Wraz ze zniknięciem, skasowane zostały wszystkie dane o tej osobie. Jakby nie istniała. A teraz siedzi przede mną jego duch,  popijający koniak.

– Gdybym był duchem, nie bardzo byłbym w stanie pić– mruknął Kaspar, odkładając kieliszek.– Nie mniej, masz mnie. Teraz co? Zaciągniesz mnie do floty, pod sąd wojenny? Będziesz chciała mnie oddać Cesarstwu, by zrobili ze mnie przykład? A może po prostu sprzedasz piratom jako niewolnika i kartę przetargową?

– Szkoda byłoby stracić taką osobę dla prozaicznych celów- odpowiedziała kobieta, opierając głowę o dłoń i uśmiechając się ciepło. –Wolę złożyć ci propozycje dołączenia do mojej załogi. Wikt, opierunek i równy podział w nagrodach za misję.

– I jeszcze opieka lekarska i płatny urlop z możliwością wzięcia go na żądanie- zakpił Kaspar, spoglądając spode łba na kobietę. – Proszę o wybaczenie, ale poznaliśmy się dzisiaj, straszyłaś mnie znajomością moich dawnych dziejów po to, by teraz złożyć Mi propozycję pracy? Czy tak zawsze robią Tha’litanie.

– Zazwyczaj nie proponują, a biorą to, co chcą. Ach, idzie nasze jedzenie- ucieszyła się Ali’sal, gdy kelner podał im steki i życzył po francusku smacznego.- Merci beaucoup. Owszem, proponuję Ci pracę, byś nie musiał się martwić, czy danego dnia będziesz miał co do garnka włożyć. Tak, zdaję sobie sprawę, dlaczego nie podejmiesz uczciwej pracy tylko będziesz szukał takiego zarobku gdzie twoja przeszłość nie będzie rozgrzebywana. Chcesz zacząć tabula rasa. Źle trafiłeś. Nowa Nadzieja to enklawa, gdzie ludzie muszą sobie radzić i bazować na swoich doświadczeniach, a nie na możliwości zaczęcia czegoś od nowa. Aby tu żyć godnie trzeba przybyć już będąc kimś. Więc tak, daję ci możliwość zaczęcia czegoś nowego w swoim życiu, nie rozdrapując przy tym dawnych ran.

– Wszystko pięknie ładnie, pani Usin’thar- zaczął Kaspar, kosztując steku. Faktycznie, smakowało rewelacyjnie, jednakże wielkość porcji nie szła w parze z jakością.- Ale wciąż nie rozumiem skąd te nagłe pokłady altruizmu, by mnie znaleźć i przyłączyć do swojej załogi. O co tu chodzi.

– O dług, Kasparze, o dług- odpowiedziała Tha’litanka, odkładając na chwilę sztućce i wpatrując się w mężczyznę. – Moja rodzina jest coś winna twojemu pradziadkowi. A skoro już nie żyje, podobnie jak większość z twojej linii, spada to na ciebie.

–  Mojemu pradziadkowi? – Kaspar po raz pierwszy poważnie się zdziwił, że aż oparł sztućce o talerz.- Jaki znowu dług? Po raz pierwszy o czymś takim słyszę. Opowiedz mi o tym…

– Nie teraz-powiedziała nagle poważnie Ali’sal, sięgając ręką pod stół.

Nie mam czasu na twoje gierki. Mów albo odchodzę od stołu- powiedział zbuntowany Kaspar.

– Mówię poważnie. Spójrz szybko przez swoje ramię. Widzisz tych ludzi?

Mężczyzna rzucił szybkie spojrzenie za plecy. Oprócz radośnie rozmawiających ze sobą osób, dostrzegł zbliżającą się grupę niebieskoskórych La’ów, ubranych w garnitury szyte z meszu. Wszyscy co do jednego byli łysi. Dedukcja byłego porucznika zdawała się mu mówić, że idą w stronę ich stolika. Spojrzał na Ali’sal.

– Kolejni dłużnicy z przeszłości?- zapytał pół dowcipem.

– Coś w ten deseń- odpowiedziała spokojnie Tha’litanka zabierając rękę spod stołu.– W razie czego, sięgnij pod stół. Przygotowałam coś, gdyby rozmowa poszła nie tak.

Kaspar powoli ściągnął dłoń na dół i pomacał blat stołu. W pewnym momencie zauważył, że do stołu przymocowany jest pasek z kaburą z pistoletem. Podniósł spokojnie głowę w stronę kobiety i spytał tylko:

– Wiedziałaś?

– Podejrzewałam- odparła krótko, pozwalając sobie na krótki uśmiech, gdyż niebieskoskórzy mężczyźni byli już prawie przy nich.

Jak przewidziała Ali’sal, La’owie faktycznie podeszli do nich. Mężczyzna mógł się im dokładnie przyjrzeć. Była ich czwórka, wszyscy ubrani w eleganckie garnitury. Wśród nich była również jedna kobieta, która ewidentnie nie czuła się dobrze w tym stroju. Mieli ukrytą pod marynarkami broń, prawdopodobnie skompaktowaną, by nie dało się jej szybko zauważyć. Ale nie dla czujnego oka byłego oficera floty. Grupa stanęła nad nimi, lecz nim się odezwali, Tha’litanka pierwsza zabrała głos:

– Proszę o wybaczenie, szanowni państwo, lecz to stolik dla dwojga i nawet mimo prób, nie zmieścimy się wszyscy.

– Dowcipna, jak zawsze– odparł sympatycznie jeden z nich, nie robiąc żadnych gwałtownych ruchów.- Nie jesteśmy tu jednak by jeść i pić.

– Więc co, powspominać stare czasy, Oll?- zapytała Ali’sal, wyciągając lusterko i poprawiając nosek.- Mów od razu o co ci chodzi, jestem w trakcie randki.

– O to, byś poszła z nami- odpowiedział krótko niebieskoskóry, wciąż nie dając się sprowokować docinkom Tha’litanki.- Nie rób scen, wiele osób patrzy.

– I będziesz miał zamiar zabić ich wszystkich, La’u?- zapytał w końcu Kaspar, dokańczając swojego drinka.- To nie są stalowe getta, gdzie siły obrony planetarnej nie ingerują. Jeden strzał i zleci się co najmniej dwa tuziny gwardzistów.

– Których łatwo przekupić– odpowiedział krótko Oll, nie tracąc rezonu.- Nie o ciebie chodzi, ziemianinie, więc siedź i kończ swój obiad.

– Zapłaciłeś gwardzistom, by nie ingerowali?– spytała Ali’sal, odkładając na bok lusterko.

– Nie trzeba nam odpowiadać na to pytanie- odpowiedział nagle inny La’u, który do tej pory milczał.

– Macie rację, bo i tak dużo to wyjaśnia– odparła spokojnie wygnana, kiwając do byłego wojskowego.

W tym momencie Kaspar przewrócił stół w stronę porywaczy i schował się za nim, zanim napastnicy wyciągnęli swoje pistolety. Zaraz obok niego pojawiła się Ali’sal, która wyciągnęła zza podwiązki kompaktowy pistolet, załadowany plazmą solarną. La’owie zaczęli ostrzeliwać ich kryjówkę zwykłymi nabojami. Wszyscy obecni w restauracji gwałtownie wstali z miejsca, starając się uciec z lokalu albo znaleźć bezpieczne schronienie poza strzelaniną. Kaspar sięgnął po broń, która była przy stole. Niestety, był to kompaktowy Tooth II. Odbezpieczył go i wyliczał w myślach ilość pocisków wystrzelonych przez przeciwników. Zmniejszone Groundy, każdy po 7 nabojów. Ładowanie magazynka na około 10 sekund dla wprawnego strzelca. Wystarczy. Wyliczył ilość strzałów i po chwili wychylił się zza aluminiowego stołu. Jeden z La’ów trzy metry od niego miał się właśnie schować za stół, by przeładować. Kaspar wysłał w jego stronę dwa pociski. Jeden trafił w ramię, drugi przeszedł szyję. Wojskowy nie zdążył się jednak nacieszyć śmiercią przeciwnika, gdyż właśnie jeden pocisk trafił w niego, odstrzeliwując mu kawałek dolnego ucha. Jęknął z bólu i schował się szybko za osłonę. Ali’sal zdążyła dopiero odbezpieczyć swój pistolet. Broń Tha’litan była bardzo powolna, ale niezwykle potężna, to też w chwili, gdy kobieta była gotowa do oddania strzału, wychyliła się i nie musiała szukać żadnego czystego celu na strzał, tylko strzeliła w najbliższą osłonę, w której czaił się wrogi strzelec. Wiązka plazmy poleciała w tamtą stronę, przebijając się przez aluminiowy blat i trafiając strzelca pociskiem o temperaturze ponad trzydziestu tysięcy stopni Celsjusza, zabijając na miejscu i lecąc dalej. Broń Ali’sal błyskawicznie się przy tym przegrzała i musiała odczekać znów dłuższą chwilę, nim ponownie odda strzał.

W tym czasie do sali przybiegło jeszcze dwóch niebieskoskórych, uzbrojonych tym razem w karabiny maszynowe, z których błyskawicznie zaczęli strzelać w stronę stołu Ali’sal i Kaspara.

– Jaki teraz plan, pani gotowa na wszystko?- spytał ironicznie mężczyzna, obwiązując sobie ucho urwanym rękawem od swojej koszuli, słysząc, jak pociski odbijają się cały czas od aluminiowego blatu ich stołu.

– Dziwne, że masz czas dowcipkować, jak ci odstrzelili ucho- odgryzła się Ali’sal, przestawiając rodzaj ognia w jej pistolecie.- Wyczerpię całą energię, ale wystrzelę za około minutę potężną wiązkę, która spowoduje mały wybuch, który pochłonie wszystko na obszarze dwóch metrów. Do tej pory musisz zestrzelić Olla i jego kumpla.

– O ile wytrzyma osłona- powiedział, gdy jeden z pocisków właśnie przeleciał przez ich zasłonę.- Materiał się już męczy.

– Dasz radę- odpowiedziała tylko Ali’sal, oddychając głęboko, próbując się skupić.

Kaspar nie miał zamiaru dyskutować w takiej sytuacji. Miał jeszcze siedem strzałów, które musiał zagospodarować, by unieszkodliwić dwie osoby przy ogniu zaporowym. By to zrobić, musiał zmienić miejsce. Po swojej lewej stronie miał około metra do marmurowej kolumny. Metra dalej od niej, następną. Zdecydował się je wykorzystać. Odliczył dwie sekundy i przeturlał się w stronę kolumny. Na szczęście strzelcy nie byli na tyle szybcy, by uchwycić jego zmianę pozycji, jednak jeden uzbrojony w karabin natychmiast zaczął ostrzeliwać kolumnę, jak Kaspar się już tam znalazł. Miał jeszcze czterdzieści sekund na załatwienie Oll’a. Wstał z przykucnięcia i wyjrzał bardzo szybko zza kolumny, by zbadać sytuację. Dwa pociski przeleciały mu koło twarzy, ale zdążył zauważyć, że przywódca grupy La’u miał się właśnie przesunąć, a dzierżący karabin musiał właśnie przeładować magazynek. Saber II, stary model, o dużym kalibrze, ale za to długim czasem przeładowania. Kaspar wziął dwa głębokie oddechy i odpychając się plecami od kolumny, zrobił duży krok w lewo i wystrzelił trzy pociski, by potem znaleźć się przy drugiej kolumnie. Dwa trafiły w coś metalowego, trzeci jednak przeszył ciało La’u w jakimś witalnym punkcie, gdyż Oll padł na ziemię i zawył z bólu. Kaspar spojrzał w prawo, na Ali’sal. Ta wciąż czekała, a stół był prawie cały dziurawy. Kobieta również zerknęła na mężczyznę i cztery razy otworzyła i zamknęła pięść. Wojskowy w ten sposób zdał sobie sprawę, że miał jeszcze dwadzieścia sekund na załatwienie ostatniego niebieskoskórego. Jednakże obsługujący karabin zdążył przeładować i zacząć strzelać. Kaspar znalazł się w beznadziejnej sytuacji. Miał tylko cztery pociski, ogień zaporowy na sobie i nie wiedział, gdzie się znajdował ostatni z ludzi Oll’a, który uzbrojony był w pistolet. Na domiar złego, na lewo od niego było koło pięciu metrów wolnej przestrzeni, bez żadnego miejsca na osłonę. A kolumna po prawej wytrzyma bardzo mało. Liczył każdą sekundę. Zerknął tylko szybko zza kolumnę. Dwie postacie szyły cały czas z Saberów, w tym jeden w jego stronę. Nagle jednak, strzelający w niego przerwał ostrzał. Starał się wyciągnąć magazynek i założyć z powrotem. No tak, Saber II często się zacinał. Wykorzystał to, by znaleźć ostatniego uzbrojonego w pistolet. Jak się okazało, wycofywał się w stronę La’ów, którzy dzierżyli karabiny. Miał jeszcze pięć sekund, nim Saber II załapie z powrotem magazynek. Wychylił się i strzelił ostatnie cztery pociski w stronę przeciwnika. Wszystkie celne, zabijając go na miejscu. Zaraz potem schował się znów za kolumnę, ale nie trwało to długo, gdy nagle usłyszał krzyk Tha’litanki:

– Nie patrz!

Kaspar nie dość, że nie patrzał, to jeszcze padł na ziemię. Dobrze znał moc plazmy solarnej, by wiedzieć, że ciepło śmiało mogło zwalić go z nóg nawet z takiej odległości. Ali’sal poczekała, aż jej przeciwnikowi skończy się amunicja. Wzięła głęboki oddech i strzeliła prosto w swój cel. Normalna wiązka plazmy solarnej poleciała by dalej, jednakże teraz Tha’litanka rozgrzała pocisk do takiego stopnia, że przy uderzeniu imploduje. Co prawda tylko na dwa metry, ale z obszaru spalane jest wszystko, poza kryształami solarnymi, które są w stanie przetrzymywać taką energię. Tak było i tym razem. Pocisk trafił strzelca w brzuch i całe ciepło implodowało w tym punkcie na obszar dwóch metrów, pozostawiając po sobie popiół. Fala gorąca była tak silna, że wpływała również na dalsze obiekty, nie spalając, ale krusząc bądź przewracając. Szczęśliwie kolumna, przy której leżał Kaspar nie przewróciła się na niego, lecz ta, która była obok nie wytrzymała uderzenia energii i skruszyła się.

Mężczyzna wstał na nogi, od razu szukając Ali’sal. Zauważył, że stół, za którym była ukryta został odrzucony przez falę kilka metrów do tyłu, podobnie jak inne stoliki blisko nich. To właśnie z tego stosu nagle podniosła się Tha’litanka, cała pokryta kurzem i z rozczochranymi włosami. Kaspar nie czekał, tylko podbiegł do niej, by pomóc się wydostać, odsuwając stoły.

– Nic ci nie jest?- spytał się kobiety, gdy już cała wstała na nogi.

– Nie złamał mi się paznokieć, więc chyba wszystko w porządku- odparła, pozwalając sobie na krótki uśmiech, lecz zaraz potem jej twarz nabrała bardziej poważnego wyglądu.- Musimy stąd znikać. Na dole pewnie ochrona obiektu zajmuje się resztą ludzi Oll’a, więc musimy wykorzystać moment, by się stąd wymknąć.

Kaspar nie miał zamiaru zadawać pytań w tym momencie, gdyż wciąż liczyły się sekundy. Ali’sal włożyła pistolet za podwiązkę i zaczęła wraz z byłym wojskowym przeszukiwać salę w poszukiwaniu dwóch pistoletów, z których strzelali ludzie La’u. Gdy już je znalazła, podała jeden Kasparowi, który zaczął się przeprawiać przez zniszczoną salę. Zdawał sobie sprawę, że nieświadomie wziął udział w zdemolowaniu jednego z najdroższych budynków w mieście i nie było już odwrotu. Jedyne, co mu pozostało, to wiara że uda im się wymknąć stąd niezauważenie.

Gdy wyszli z głównej sali, znaleźli się na piętrze składającym się z rzędów kolumn oraz marmurowych stopni, prowadzących na parter, czyli do miejsca, w których trwała właśnie strzelanina między niebieskoskórymi, a ochroną obiektu. Kilka osób stało również na piętrze, strzelając z lepszych pozycji. Byli na tyle zajęci, że nie zauważyli dwójki przybyłych właśnie ludzi. Ali’sal i Kaspar schowali się za jedną z kolumn, gdyż pociski z broni mogły trafić ich rykoszetem.

– Nie przedrzemy się przez ten ogień!- mężczyzna starał się przekrzyczeć wystrzały z karabinów i pistoletów.- Jest stąd jakieś wyjście ewakuacyjne?

– Jest, ale na dole- odkrzyknęła Tha’litanka, gdy pocisk prawie śmignął jej koło twarzy- Musimy znaleźć sposób, by się tam dostać i tak!

– Pozostaje jeszcze jedna możliwość!- Kaspar wskazał na otwarte okno od zachodniej strony.- Musimy zeskoczyć!

Mężczyzna zaczął powoli poruszać się między kolumnami, by uniknąć rykoszetu. Zaraz za nim, mniej zręczniej, poruszała się Ali’sal, której zniknął zawadiacki uśmiech z twarzy. Kilka razy pocisk otarł się o nią, powodując niegroźne krwawienie w niektórych miejscach.

– Oszalałeś!- powiedziała, gdy spojrzała w dół– Tu jest z pięć metrów. Jak mamy to przeżyć, nie robiąc sobie niczego?!

– Ty zaczęłaś, to teraz kończ!- odpowiedział, stając na framudze- Metr w bok jest stróżówka! Jak do niej doskoczysz zostaną ci trzy metry, a zejście z takiej wysokości nie powinno być już śmiertelne! Pójdę pierwszy, a ty mnie osłaniaj.

Kaspar nie miał żadnych trudności w doskoczeniu do stróżówki. Z dużą precyzją pojawił się na dachu budynku, by potem zsunąć się w dół, nie robiąc sobie nic. Ali’sal miała jednak większe problemy. Zwlekała dość długo ze skokiem, by w końcu jednak zbierając się na odwagę i wskoczyła na stróżówkę. Lądowaniu towarzyszył jęk bólu. Kobieta położyła się na dachu, prawdopodobnie skręcając sobie coś w nodze.

– Nie trać czasu!- Krzyczał Kaspar z dołu, rozglądając się wokół, czy nikt się nie zbliża. – Ześlizguj się! Złapię cię, tylko się przeturlaj! Zaufaj mi!

Ali’sal nic nie odpowiedziała, tylko wykonała polecenie mężczyzny. Sturlała się z dachu, zaczynając spadać. Kaspar z trudem złapał kobietę w locie, jednakże ciężar przy takiej prędkości spowodował, że nie wytrzymał równowagi i upadł na ziemię, nie mniej tak, by kobieta była na nim. Tha’litanka jęczała jeszcze bardziej z bólu, jednakże przeturlała się na bok, by pozwolić mężczyźnie wstać z miejsca. Trzymając cały czas pistolet w ręce, pomógł wstać Ali’sal, która z trudem się poruszała. Położył sobie jej prawą rękę na prawym ramieniu i w usta Tha’litanki włożył zwinięty kawałek materiału ze swojej koszuli, by nie krzyczała za dużo, starając się wraz z nią opuścić Dzielnicę Kryształową, najlepiej bocznymi uliczkami.

Nie przeszli jednak nawet pięciu minut, gdy przecięcie dwóch uliczek zajechał czarny pojazd kołowy, z którego wyskoczył ubrany w skórzany płaszcz La’u o czerwonych włosach i kolczykach w nosie, celujący w Kaspara z pistoletu. Były wojskowy pociągnął za spust, jednakże ręka Ali’sal szarpnęła jego ramię w dół, przez co mężczyzna trafił w ziemię. Wypluła szmatę i powiedziała tylko, sycząc z bólu:

– Spokojnie, swój człowiek.

– Lady- zaczął niebieskoskóry kosmita, podbiegając do mężczyzny i kobiety.– Musimy się spieszyć, ludzie Oll’a mogą być zaraz za nami.

– Do auta- odpowiedziała tylko Ali’sal, wpatrując się w Kaspara.- Tam będziemy bezpieczni.

Mężczyźnie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Od razu podszedł do samochodu, pomagając iść Tha’litance. Najpierw ją, jako pierwszą wrzucił do auta, by potem samemu wsiąść. W tym czasie do szoferki wszedł także La’u, ruszając z piskiem opon.

Kabina pojazdu przypominała dawne limuzyny. Miały przyciemniane szyby oraz dwie duże, skórzane kanapy w kolorze beżowym, podobnie jak cała kolorystyka pomieszczenia. Na jednej kanapie siedział on i Ali’sal, ale na drugiej dwójka zupełnie innych osób, Tha’litanin oraz ludzka kobieta.

– A wy kim jesteście?- spytał dość głupio, spoglądając na dwójkę.

Nim usłyszał odpowiedź poczuł ukucie na szyi i dziwną senność. Po chwili, zasnął na kanapie.

*

            Trzask upadających narzędzi spowodował, że Kaspar powoli zaczął się przebudzać. Do zupełnego wyrwania ze snu zmusiły go jednak jakieś kobiece krzyki, które zdawały się być kierowane do osoby, która opuściła narzędzia. Trudno było to ocenić mężczyźnie, gdyż średnio znał język japoński. Gdy otworzył oczy, musiał je mocno przymrużyć, gdyż na jego twarz świeciło bardzo mocno światło, które po chwili jednak zgasło. Zamiast niego pojawiła się twarz starszej kobiety, której kolor skóry zdawał się przypisywać ziemskie pochodzenie z dalekiego wschodu. Miała siwiejące już czarne włosy, zaczesane w kok i okulary na nosie.

– Obudził się wreszcie, co?- zagaiła niezbyt miło kobieta, odchodząc od Kaspara.

Kaspar, wstał z łóżka, na którym leżał. Był rozebrany do slipek, zaś jego ucho oraz szyja były zabandażowane. Siadając na łóżku, rozejrzał się dookoła. Zdawał się być w jakimś laboratorium medycznym, o czym mogły sugerować liczne aparatury służące do przeprowadzania operacji, narzędzia lekarskie, a także niesamowita sterylność. Poza nim, była jeszcze starsza japonka, która odezwała się do niego. Ubrana była w kitel z symbolem pszczoły na lewym ramieniu oraz czerwonym krzyżu na prawym. Ściągała właśnie silikonowe rękawiczki, które wrzucała do jakiegoś pojemnika.

– A więc tak, panie Thave- zagaiła od nowa, jak gdyby przyszedł do niej z własnej woli. – Żadne zakażenie od plazmy nie dostało się do ciała. Utrata krwi była niewielka, chociaż na dłuższą metę mogłoby się to skończyć osłabieniem organizmu, ale nie śmiercią. Jednakże z tym uchem nie można nic zrobić, chyba, że zupełnie je amputujemy i wydrukujemy nowe.

– Hę?- jęknął głupio Kaspar– Cieszę się, ale co ja tu robię, gdzie są moje rzeczy i co do cholery się dzieje?

Gdy mężczyzna zadał ostatnie pytanie, kobieta podeszła do niego i pociągnęła za ranne ucho. Spowodowało to ból, na który Kaspar odpowiedział cichym jękiem.

– Z szacunkiem, młody człowieku, mówisz do głównej medyk załogi- powiedziała, puszczając gwałtownie jego ucho i sięgając po małą latarkę- Jesteś na pokładzie fregaty „Hand of Glory”, należącej do Lady Kapitan Ali’sal z koterii Usi’nthar, a dokładniej mówiąc, w lazarecie, w którym rządzę ja, doktor Sakamoto Nagase. To ja wstrzyknęłam ci środek usypiający, gdy wszedłeś do samochodu z naszą kapitan. Uprzedzając twoje pytania, nie zrobiłam tego, byś nie patrzał, dokąd jedziemy, tylko dla twojego zdrowia. Będąc nieprzytomny, jeszcze w aucie mogłam zbadać, czy pojawiły się pierwsze symptomy zakażenia plazmą od Tha’litan. Sądząc po ranach na ciele- lekarka włączyła światło, by sprawdzić reakcję źrenic Kaspara.- Nie był to twój pierwszy raz, prawda?

Kaspar nie zaprzeczył. W dawnych czasach, gdy rasa ludzka nie uznawała jeszcze plazmy jako czwartego stanu skupienia, wierzono, że ma jedną formę. Jednak, jak się okazało, rodzajów plazm było wiele, podobnie jak gazów, cieczy czy ciał stałych. Wiele z nich było niezwykle niebezpieczne, gdyż poddane silnemu promieniowaniu. Nawet Tha’litanie, którzy byli uodpornieni na radiację, uznawali, że nie jest bezpiecznie bawić się z „czystą” plazmą. Dlatego trzymali ją w kryształach solarnych. Zdali sobie jednak sprawę, że użyta jako broń, będzie skuteczna.  Kaspar, gdy jeszcze służył w wojsku, miał często do czynienia z przeciwnikiem cesarstwa uzbrojonego w lance na bazie kryształów solarnych, a także efektem jego działania. Niektóre po prostu przeszywały żołnierza, inne wywoływały dodatkowo mutacje na ciele człowieka. Ich rodzaje były zależne od samego organizmu. Czasem, gdy żołnierz stracił rękę, to nagle ją odzyskiwał, a w innym przypadku wyrastały na miejscu straconej ręki cztery inne. Raz działało to nagle. Innym efekty pojawiały się po roku albo nawet dekadzie. Szczęśliwie, jeśli udało się to szybko zdiagnozować, można było nie dopuścić do mutacji. Tak było w przypadku Kaspara. Jako oficer miał prawo do pierwszeństwa w badaniach. Był trafiony trzy razy. Wszystkie trzy były niebezpieczne dla niego, ale zdiagnozowane i usunięte. Pozostały po ich usunięciu ohydne szramy na brzuchu.

– Nie był, ale z tego co zawsze wiedziałem, to aby plazma zmutowała w organizmie, musi być bezpośredni kontakt- stwierdził, przypominając sobie dawne nauki z akademii wojskowej.

– Wojna wywołuje rewolucję w sposobach zabijania- odpowiedziała doktor, zabierając światło z oka wojskowego.- A lady kapitan jest wierna zasadzie, że najlepsze efekty uzyskuje się, gdy coś przychodzi niespodziewanie. Stąd jej plazma nie musi dotknąć bezpośrednio ciała. Wystarczy, że promieniowanie z jej broni będzie blisko otwartej rany. A twoje ucho, chłopcze, nie należało do całych w tym czasie.

Po ciele Kaspara przeszedł dreszcz przerażenia. Widział Ali’sal jako dziwną kobietę, która jakimś cudem zdobyła okręt, a teraz szuka załogi. Tymczasem, po tej opowieści nie był już pewny. Nie mniej, rozmyślanie o niej przerwało mu coś zupełnie innego. Syk otwieranych drzwi do lazaretu. W ich ramie pojawił się już znany wojskowemu czerwonowłosy La’u z kolczykami. Wcześniej, ubrany w skórzany prochowiec, zdawał się przypominać łotra, to  teraz, gdy miał na sobie czarno czerwony uniform oraz płaszcz, a także pas z dwoma ciężkimi pistoletami, wydał się Kasparowi przerażający. Czuł się, jakby miał być zaraz boleśnie przesłuchiwany.

– Pani doktor- zaczął poważnym głosem, zakładając ręce za siebie.– Jestem tu, by odebrać gościa Lady Ali’sal.

– Jeszcze nie skończyłam go badać, Naczelniku- odpowiedziała chłodno doktor Sakamoto, ściągając rękawiczki.

– To rozkaz naszej przełożonej. Powiedziała, że nie będzie czekać i, wiernie cytując, „jeśli do tej pory nie zginął, to twardy z niego skurwiel, i już nie potrzebuje niańczenia”- odpowiedział La’u, niewzruszony.

– Będę musiała naszej lady kapitan znów zrobić wykład o odporności ludzkiego organizmu- mruknęła do siebie lekarka, ale na tyle głośno, by mógł to usłyszeć Kaspar.– Dobrze, jeśli taka jest jej wola, pacjent jest wolny. Ubranie znajdziesz w pojemniku po prawej. Nie jest to twoje stare odzienie, ale myślę, że bardziej użyteczne niż tamte.

Kaspar nieco się skrzywił na te słowa, jednakże wstał i nic nie mówiąc, nacisnął przycisk, który otwierał pojemnik. Skrzywił się, gdy zobaczył kombinezon z jakiegoś syntetycznego materiału, podobnych do tych, które noszono sto lat temu. Najpierw włożył nogawice, potem rękawy, by następnie zapiąć się po samą szyję. Wbrew słowom doktor, czuł się niezbyt komfortowo, gdyż strój ewidentnie był na niego za ciasny. Po zapachu wyczuwał, że był poddany bardzo dokładnemu czyszczeniu, przez co był sterylny. Gdy założył jeszcze buty, był gotowy do drogi. La’u otworzył wrota, przez które przeszedł bez żadnego słowa, a za nim podążył Kaspar.

Gdy zasunęły się za nim drzwi, niebieskoskóry jakby odetchnął i powiedział jakby do siebie:

– Stare, wredne babsko.

– Słucham?- spytał nagle człowiek, spoglądając na La’u.

– Sam widziałeś- powiedział jak gdyby nigdy nic, ruszając i gestem ręki prosząc, by Kaspar podążał za nim.– Gdyby nie moja interwencja, pewnie by cię trzymała jeszcze z dwa-trzy dni, by sprawdzić, czy przypadkiem nie roznosisz zarazków, mogących zaszkodzić Tha’litanom oraz La’u. Nie obyłoby się bez lewatywy.

Szli szerokim korytarzem, który był zrobiony cały z aluminiowych płyt, przytwierdzonych do rusztowań za pomocą wkrętów. Po konstrukcji rozpoznał, że jest to okręt, który został zbudowany w stoczniach Federacji.  Gdzieniegdzie były odnogi, które prowadziły do innych pomieszczeń, w których przebywali przedstawiciele trójki ras,  ubranych w czarno czerwone mundury z symbolem pożerającego własny ogon srebrnego węża. Był to znak reprezentacyjny koterii Usi’nthar. Kaspar widział ten symbol w czasie kampanii na Alfa Centauri, gdzie ich brawurowa szarża pozwoliła na zwycięstwo nad kilkoma niszczycielami piratów. Ta pomoc miała sporo kosztować Federację, ale cena warta była za zwycięstwo nad tym kluczowym punktem.

Jeden z załogantów podał nagle La’u jakąś tablicę dotykową i wciąż idąc dalej, przeglądał ją.

– Doktor wysłała twoje wyniki- zagaił Kaspara, spoglądając na niego.- Pozytywne, co można było przewidzieć. Sam wydawałem broń Lady Kapitan i świadomie nie dałem jej do magazynka jakiegoś świństwa.

– Och, to wspaniale– odpowiedział mężczyzna, spoglądając kątem oka na kręcących się po korytarzu załogantów.

– Nie bądź taki spięty, to nie okręt wojskowy, jak mogłoby się zdawać– La’u klepnął Kaspara w ramię.- Nazywam się Othal, dawniej miałem numer 143-532, ale pozbyłem się rodowego kodu, od kiedy wstąpiłem do załogi Lady Ali’sal- podał Kasparowi rękę, a gdy ten zrobił to samo, ciągnął dalej.- Dowodzę naszymi skromnymi siłami zbrojnymi okrętu, stąd wszyscy mnie nazywają Naczelnikiem. Też mnie tak nazywaj, jeśli chcesz. Albo po prostu Othal.

– Kaspar Thave, były porucznik Floty Solarnej- odpowiedział człowiek, odzyskując wyraźnie animusz.- W zasadzie, nie powinno być „marszałek”?

– Mi tego mówić nie musisz. Załoga stwierdziła chyba, że brzmi zbyt ziemiańsko, a biorąc pod uwagę nasza mieszankę rasową, nie wypadałoby używać tego terminu. Tak też został Naczelnik- La’u wzruszył ramionami, ale wciąż nie opuszczał go dobry humor.- Więc to ciebie zwerbowała Lady Kapitan? Muszę przyznać, że w końcu ktoś, kto ma znakomite predyspozycje…

– Hola, hola, Naczelnik- przerwał Kaspar Othalowi, zatrzymując się w miejscu.– Na nic się jeszcze nie zgodziłem. Ali’sal powiedziała mi jedynie, że proponuje mi wstąpienie do załogi, ze względu na dług czy coś takiego. Dalsze próby dowiedzenia się o co chodzi skończyły się strzelaniną z twoimi pobratymcami i uśpieniem mnie. Nie powiem, potraktowaliście mnie jak zabawkę i psa, więc nie jestem pewny, czy chcę się angażować w to dalej.

Wiesz, jak nie będziesz chciał, zawsze czekają na ciebie otwarte drzwi i powrót do tego, co robiłeś wcześniej. Poza tym, to była twoja decyzja, czy włączysz się do walki czy nie. Jedyne, co mogę ci powiedzieć, to że zachowałeś się niczym książę z bajki: uratowałeś kobietę w opresji- Naczelnik uśmiechnął się złośliwie w stronę człowieka

Kaspar nic nie odpowiedział. To, jak postąpił w restauracji dla wielu faktycznie mogłoby wyglądać jak akt rycerski. Obrona niewinnej kobiety przez złymi bandytami, by potem uciec z nią na białym rumaku w stronę zachodzącego słońca. Tymczasem bardziej chodziło mu o ochronę swojej polisy na lepsze życie. Nie ukrywał, propozycja mogła być faktycznie interesująca, lecz forma, w jakiej została ona mu przedstawiona, pozostawia sporo do życzenia.

– Nie jesteś chyba na tyle głupi, by rzeczywiście wierzyć w mój altruizm i heroizm?- odpowiedział Kaspar dość spokojnie, mając wrażenie, że złapał z Naczelnikiem wspólny język.

– Nie mylisz się człowieku. Wiem, że widzisz w tym jakiś swój zysk, ale to tylko poświadcza o tym, że tym bardziej będziesz pasował do Wygnańców– odpowiedział La’u, stając przed windą, przyzywając ją. Po chwili odwrócił się i tym razem twarz miał dość poważną– I jeszcze jedno, jak będziesz rozmawiał z Lady Kapitan, nie używaj jej imienia wśród załogi i oficerów. Pomimo, że nie jesteśmy w wojsku, to jednak ona tu dowodzi i należy jej się szacunek w stosunku do rangi. Zwracaj się do niej więc Lady Kapitan, rozumiemy się?

W chwili, gdy Kaspar pokiwał głową, wrota do windy otworzył się. Gdy mężczyźni weszli do środka, La’u nacisnął poziom drugi i winda od razu ruszyła do góry. Podróż nie byłą długa, gdyż po chwili komputerowy kobiecy głos oznajmił:

– Poziom drugi: kwatery załogi, sala audiencyjna.

Wrota się otworzyły. Na piętrze czekało już dwóch mężczyzn rasy ludzkiej i jedna Tha’litanka, którzy wesoło rozmawiali sobie o innych załogantach. La’u i Kaspar wyszli i w milczeniu skierowali się wzdłuż korytarza. Nastroje pośród znajdujących się na tym poziomie załogantów zdawały się być bardzo dobre. Wzajemne żarty, w miejscu, które miało służyć za kantynę ewidentnie ktoś grał jakiś koncert muzyki irlandzkiej. Były wojskowy, widząc to wszystko był w szoku. Wedle komputera, w tym miejscu miała się znajdować miejsce oficjalnych spotkań z kapitan okrętu, a tymczasem mu to bardziej przypominało internat z akademii. Zawsze miał wrażenie, że Wygnańcy należą do poważnych najemników oraz negocjatorów, a tymczasem, na podstawie tego okrętu, widział w nich bandę nieokrzesanych kadetów. Jeden z nich wręczył Naczelnikowi butelkę piwa, a ten, zamiast go zrugać i wyćwiczyć, wziął flaszkę i ku uciesze zebranych ludzi, wypił do dna. Kaspar usłyszał, jak dwóch pijanych ludzi właśnie naśmiewało się z jego kostiumu. Chciał już podejść i im przywalić, ale w chwili, gdy się wyrwał, poczuł na swoim ramieniu mocne szarpnięcie Othala.

– Potem mu przywalisz, jak rozmówisz się z Lady Kapitan- odpowiedział La’u, prowadząc go dalej.

W pewnym momencie skręcili w prawo, gdzie Kaspar dostrzegł piątkę ludzi, uzbrojonych w karabiny automatyczne i broń krótką przy pasie, a do tego mundur wraz z kamizelką kevlarową. Na ramionach mieli emblematy rodowe. Gdy tylko obok nich przeszedł Naczelnik, zasalutowali mu. Teraz Kaspar widział, że jakieś elementy dyscypliny zostały zachowane. Szli dalej, gdzie dźwięk muzyki był wyraźnie już zagłuszany. W pewnym momencie stanęli przed olbrzymimi, rozsuwanymi drzwiami w neobarokowym stylu. Przy nich kolejnych dwóch strażników. Ponownie zasalutowali Othalowi. Ten kiwnął do nich i spojrzał na Kaspara:

– Dalej idziesz sam. Lady Kapitan czeka już na ciebie i nie rób gwałtownych ruchów- powiedział Naczelnik bardzo poważnym tonem, a potem wskazał na dwóch strażników.– Jeśli tak nie będzie, ci dwaj panowie wkroczą szybko do akcji i zabiją ciebie jako intruza. Rozumiesz?

– Rozumiem- odpowiedział Kaspar, mrużąc jednak oczy.- Jednakże, jeśli początek rozmowy zaczynamy od gróźb, podejrzewam, że mogą być problemy z pracą dla takiego pracodawcy.

– To nie groźby- odpowiedział La’u, idąc z powrotem korytarzem i machając z tyłu ręką do człowieka.– Tylko obietnica. Powodzenia.

Kaspar spojrzał jeszcze raz w stronę dwóch uzbrojonych załogantów. Swoje karabiny zdawali się trzymać pewnie, a ich postawa wskazywała, że byli dobrze wyszkoleni. Sam jeden, bez broni, były wojskowy mimo wszystko by ich nie pokonał. Pozostało więc zacisnąć zęby i starać się nie prowokować Ali’sal i wysłuchać w końcu do końca, co ma do powiedzenia. Rzucił strażnikowi hasło, że jest gotowy by zobaczyć się z kapitan. Gwardzista kiwnął tylko głową i wpisał kod na klawiaturze przy drzwiach, które otworzyły z sykiem wrota. Strażnik po chwili wrócił na wcześniejsze miejse. Kaspar wziął jeszcze krótki oddech i wszedł do środka, a zaraz za nim, zasunęły się drzwi.

*

            Wnętrze sali audiencyjnej nie przypominało królewskich komnat wizytacyjnych, a bardziej pokój obrad. Na środku znajdował się duży, metalowy stół o kształcie elipsowatym, na którym rozłożone były tablice dotykowe, komputery przenośne oraz napoje, jak woda czy kawa. Wokół niego rozstawione były przytwierdzone do powierzchni metalowe krzesła z czerwonymi poduszkami. Ściany były takie same jak w korytarzowej części okrętu, z tym, że wisiały na nich kolorowe zdjęcia. Kaspar nie zdążył im się jednak przypatrzeć, gdyż bardziej przykuło go to, co widział naprzeciw siebie.

Na wprost od niego stała odwrócona do Kaspara tyłem Ali’sal, która tym razem nie miała na sobie szat Tha’litan czy stroju wieczorowego. Na ramiona miała narzucony czarny płaszcz z srebrnym symbolem jej koterii, a jej białe włosy zaczesała w gruby warkocz. Ręce zdawała się mieć złożone na piersi. Naprzeciw niej zaś był duży hologram, z którego wyświetlał się wysoki mężczyzna o złoto czerwonych szatach oraz krótkimi, białymi włosami, który prowadził ostrą wymianę zdań z Ali’sal.

– Czy ty zdajesz sobie sprawę, w jakie problemy mnie wpakowałaś!?- krzyknął ewidentnie zły, uderzając o coś po drugiej stronie hologramu.

– Jak już, to nas, mój drogi bracie.- odpowiedziała chłodno Tha’litanka, wciąż nie zmieniając swojej pozycji- Oboje siedzimy w tym bagnie od ponad dziesięciu lat. Wiedziałeś, że prędzej czy później nas to spotka.

– Nie mówię teraz o dziedzictwie!- odpowiedział gwałtownie mężczyzna– Mówię o kosztach, które musimy spłacić! Zniszczyłaś podłogę z kryształu solarnego! I do tego w najdroższej restauracji w mieście! Ty wiesz, jakie to są koszta, nie licząc już samego materiału!

Kaspar zdecydował się nie ingerować w rozmowę, ale nie zamierzał się nie przysłuchiwać. Oparłszy się o ścianę, wysłuchiwał dokładne wyliczenie kosztów zakupu kryształów, robocizny, a nawet łapówek, by zatuszować sprawę strzelaniny w ekskluzywnej restauracji. Jak usłyszał sumę, byłemu wojskowemu aż się zakręciło w głowie, gdyż w życiu nie widział takiej ilości pieniędzy, już same słuchanie wprawiało w osłupienie. Ali’sal oczywiście obiecywała pokrycie wszystkich kosztów, jednakże osoba z hologramu szczerze wątpiła w spłatę, skoro konto kobiety jest niemal puste. Tha’litanka odwróciła się profilem do Kaspara i kątem oka go zobaczyła. Ożywiła się nagle i gwałtownie odwróciła do hologramu.

– Porozmawiamy o tym innym razem. Ty myśl, jak to rozwiązać, a i ja może na coś wpadnę, gdy tylko rozmówię się z moim gościem- odpowiedziała nagle, ewidentnie w lepszym humorze.

– Znowu wszystko na mojej głowie- dalej jęczał mężczyzna z hologramu.- Kiedy ty się w końcu nauczysz, że mimo tego, że zasiadam w radzie, to…

Nie zdążył dokończyć, gdyż Ali’sal przyciskiem rozłączyła się z rozmówcą, pozwalając sobie na krótkie zdanie:

– Papa, kochany braciszku.

Zaraz po tym odwróciła się w stronę Kaspara. Mężczyzna teraz dopiero zauważył, że czarny płaszcz był rozpięty, a pod nim znajdował się czarno czerwony mundur. Przy pasie, kobieta miała paradną szablę oraz kaburę z jakimś pistoletem. Zbliżyła się do niego, mocno kulejąc. Gdy już była blisko niego, podała mu rękę:

– W końcu możemy normalnie porozmawiać, wiedząc, że żaden oprych nam już nie przeszkodzi- powiedziała dość oficjalnym tonem.- Zacznijmy więc od początku, tak jak powinno być. Nazywam się Ali’sal Usi’nthar i jestem kapitanem fregaty „Hand of Glory”, reprezentując przy tym koterię Wygnańczą Usi’nthar. To miło w końcu ciebie poznać na gruncie oficjalnym.

– Porucznik Kaspar Thave- podał rękę Tha’litance Kaspar, ukrywając zdziwienie względem nagłej zmiany zachowania Ali’sal.– Dawniej służyłem we Flocie Federacji Solarnej, obecnie na przymusowym zwolnieniu.

– Ładnie powiedziane, poruczniku- oparła z uśmiechem kapitan, gestem ręki wskazując, by usiadł przy stole.- Mam nadzieję, że doktor nie traktowała Cię zbyt szorstko. Szkoda byłoby psuć pierwsze wrażenie.

– Popsuło się już w restauracji, lady kapitan- odparł sucho Kaspar, gdy już usiadł na krześle i spojrzał na Tha’litankę.- Potem już było tylko gorzej. Najpierw mnie uśpiono, potem prowadzono badania bez mojej zgody, odziano w kostium sprzed wieków, a na koniec grożono śmiercią, jeśli nie będę się dobrze zachowywał. Czy o czymś zapomniałem? A tak, dwóch załogantów chciało już mi przywalić, ale to szczegół.

– Rozumiem twoje rozgoryczenie powstałą sytuacją- odpowiedziała niewzruszona kobieta, opierając głowę na dłoniach.- Sam jednak zacząłeś ten szereg wydarzeń, w chwili, gdy sięgnąłeś po broń. Mogłeś po prostu odpuścić i wrócić do swojego dawnego życia. Ale zdecydowałeś się „bohatersko” ruszyć mi na pomoc. Dalej poszło samo. Poza tym kostiumem i załogantami, ale podejmę w stosunku do tego odpowiednie działania.

Gdy usłyszał z ust Tha’litanki ironiczne słowo „bohatersko”, trudno było się z nią nie zgodzić, że w większości był to efekt jego wyborów, że znalazł się w takiej, a nie innej sytuacji. Druga strona leżała jednak po stronie podwładnych kobiety.

– Faktycznie, to, że mnie uśpiono i przebadano miało się okazać właściwe- przyznał rację Ali’sal mężczyzna, prostując się.- Ale groźba tego La’u o moim zachowaniu była nie na miejscu.

– Othal pełni rolę osoby odpowiedzialną za siły zbrojne i dyscyplinę w załodze- Ali’sal wpatrywała się w człowieka, nawet nie mrugając.- Musi dbać o swoją reputację przy ludziach. Odpowiedz sobie sam, czy gdy byliście sami, był w stosunku do Ciebie agresywny? Groził ci?

– Masz rację- przyznał Kaspar, krzyżując ręce na piersi, nawet nie musząc się długo nad tym zastanawiać.- Nie mniej, jaki z niego instruktor drylu, skoro na pokładzie dochodzi do legalnych alkoholizacji.

– Po pierwsze, Kasparze. Mogę ci mówić Kasparze, prawda? W zamian jak rozmawiamy w cztery oczy mów mi Ali’sal- szybko spytała Tha’litanka i równie szybko dostała zgodę od Kaspara na używanie jego imienia.- A więc po pierwsze, ta część pokładu, o której zapewne mówiłeś znajduje się na poziomie 2, czyli kwater załogantów. Nie jest to ich miejsce pracy, a wypoczynku. Mają prawo pić, słuchać muzyki czy uprawiać miłość. Po drugie, obecnie dokujemy na planecie, więc dochodzi do rozluźnienia drylu. Nie jesteśmy w trakcie żadnych misji dla koterii, więc ludzie mają prawo do przepustek. Dla niektórych ten okręt to jedyny dom jaki mają, stąd bawią się, póki mogą. Gdy już wrócimy w kosmos sam zobaczysz, że nie dojdzie do takich zabaw, bo będzie to zbyt niebezpieczne dla zdrowia i bezpieczeństwa. Oni o tym doskonale wiedzą. No i po trzecie, pomaga to lepiej utrzymać morale. Jeszcze jakieś uwagi w stosunku do dyscypliny?

Kaspar zaprzeczył. Nie da się ukryć, że w dużej części miała rację, ale wciąż dla niego załoga będzie zbyt rozwydrzona. Nie mniej, po chwili zdał sobie sprawę, że patrzy na to ze złej strony. To nie jest okręt Federacji oraz Cesarstwa, tylko Wygnańców. Z ich załogantami trzeba ostrożniej postępować. W wojsku wystarczyłoby zbuntowanego marynarza postawić przed sąd wojskowy i wymierzyć karę w stosunku do przewinienia. U Wygnańców takie postępowanie mogłoby kapitana zapędzić wypuszczeniem w próżnię.

Ali’sal nalała sobie i Kasparowi po filiżance kawy i mówiła dalej.

– Może w końcu przedstawię ci swoją ofertę, już bez zbędnej ekspozycji, jak to miało miejsce w restauracji. Chciałabym, byś dołączył do mojej załogi w funkcji pierwszego oficera. Przejrzałam dokumenty, które ostały się, gdy jeszcze byłeś Fiodorem Averiusem. Próbowałeś je zatuszować, ale pozostały informacje, które zachowały się w naszych archiwach, choćby o twoich wyczynach przy Syriuszu. Zimna krew, twardo stąpający po ziemi, uparty, a przede wszystkim głos rozsądku przy szalonych decyzjach. No i najważniejsze, bez żadnych zobowiązań, czy to wobec Floty, czy rodziny.

– Przepraszam, że się wtrącę, Ali’sal- przerwał Kaspar, kosztując podanej mu kawy- Na sam początek chciałbym wiedzieć, dlaczego w ogóle o mnie pomyślałaś. I jak natrafiłaś na mój trop na Keplerze. Bo nie wierzę w takie przypadki.

– Pamiętasz, jak ci mówiłam o długu, który moja koteria ma w stosunku do twojej rodziny?- spytała kobieta, odkładając filiżankę na bok.

Wspominałaś coś faktycznie­-przyznał Kaspar, kiwając głową- Coś tyczące się mojego pradziadka.

– Owszem. Dług tyczy się tego, że twój pradziadek, Averius Discindus, oddał w ręce Tha’litan moją babkę, gdy ją znaleziono w systemie Alfa Centauri.

– Zaraz, zaraz!- powiedział mocno zdziwiony Kaspar, wpatrując się w kobietę.- Mówisz o misji Phoenix?

 – Tak­­– odpowiedziała krótko Ali’sal, sięgając znów po filiżankę z kawą i kosztując jej.

Kasparowi, ani żadnemu innemu człowiekowi nie trzeba było przedstawiać tej historii. Misja Phoenix, która miała miejsce ponad sto lat temu, miała na celu odzyskanie okrętu załogowego wysłanego w latach 70 XXI wieku do systemu Alfa Centauri. Miał być to pierwszy lot ludzki poza własny układ słoneczny. Nie mniej kontakt się w pewnym momencie urwał i nie został przywrócony. Trzydzieści lat później pojawiła się nagle wiadomość SOS, której  kod wskazywał na okręt z systemu Alfa Centauri, co mogło oznaczać, że członkowie załogi Phoenixa przeżyli. Wysłano za nim drugi okręt, Eagle, dowodzony przez pradziadka Kaspara, Averiusa Discindusa. Kontakt z Ziemią został zerwany niedługo po opuszczeniu Układu Słonecznego, ale okręt wleciał do sąsiedniego systemu bez żadnych problemów. Faktycznie, załoga Eagle znalazła dryfującego blisko gwiazdy Phoenixa. Wysłano na pokład małą grupę ratunkową, która stwierdziła, że cała załoga nie żyje z powodu wycieku reaktora jądrowego. Wiadomość alarmująca została wysłana 27 lat przed wyruszeniem Eagle, ale z powodu dużej odległości oraz burz solarnych, sygnał dochodził tak długo. W międzyczasie doszło też do walk o panowanie nad okrętem, ale ostatecznie wszyscy i tak zginęli. Drużyna ratunkowa miała już się ewakuować, zabierając wszystkie dane z okrętu, gdy dostrzeżono, że w lazarecie jest zamknięta w komorze jakaś osoba. Tego typu komory były przeznaczone dla przetrzymania życia. Większość była zniszczona, ale jedna pozostała aktywna. Zagrożenie radiacją było zbyt duże, by móc manipulować przy niej na Phoenixie, to zabrano komorę na Eagle. Tam dopiero miało się okazać, że w komorze zamknięta była jakaś kobieta, w śpiączce. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że w danych osobowych Phoenixa zamknięta w komorze kobieta nie widniała. Badania również wykazywały jakieś dziwne anomalie w genotypie, jakby ktoś nagle zmutował. Pośród członków kadry oficerskiej trwały debaty, co zrobić z uśpioną. Jedni chcieli ją wypuścić, gdyż może być niebezpieczna dla załogi, drudzy chcieli ją przebadać. Averius zdecydował jednak dokonać próby przebudzenia. W chwili, gdy do tego doszło, cała kurtyna opadła z wielkim hukiem. Duża odporność na gorąco, inna struktura DNA, dziwaczny język i te przerażające niebieskie oczy na całym oczodole poświadczyły wszystkich zebranych, że mają do czynienia z nową rasą albo gatunkiem rasy ludzkiej, bo zdawała się być podobna ziemianom poza pewnymi szczegółami.  Oczywiście, chciano ją poddać eksperymentom, zrobić sensację, ale przerwał w tym wszystkim okręt samych Tha’litan, którzy przypadkiem natrafili również na ten sygnał i chcieli go zbadać. Okręt ludzki był uzbrojony, ale zdecydowano się na rozmowy między dwoma gatunkami. Okazało się, że rozbił się tu przed dwudziestu lat prom i odebrali wiadomość wysłaną przez Phoenixa jako swoją. Jedyne co chcieli to zwrotu ich przedstawiciela rasowego. Averius miał do wyboru: oddać kobietę albo uciec z nią na Ziemię. Zdecydowano się na trzecia opcję: oddają kobietę, ale okręt Tha’litan leci z nimi na ojczystą planetę ludzi. Tha’litanie przystali na to, ciekawi rasy ludzkiej. Dla ludzi był to pierwszy kontakt z nową rasą, dla Tha’litan z przedstawicielami innego gatunku o tak szybkim rozwoju technologicznym.  Stąd też wydarzenia misji Phoenix mają duże znaczenie zarówno dla ludzki jak i Tha’litan. W ciągu stu lat możliwości technologiczne wzrosły do tego stopnia, że nie podróż między systemami nie stanowiła żadnego problemu. Z czasem jednak wkradały się konflikty i wielu zaczęło dostrzegać Misję Phoenix jako zaczątek pierwszych międzygwiezdnych wojen.

Kaspar był dość zaskoczony, że pomimo tylu dekad, ktoś pamięta o wdzięczności, czy, jak to ujęła Ali’sal, długu. Najwyraźniej, dla koterii Tha’litanki była to poważna sprawa.

– Nie myślałem, że ktoś o tym jeszcze pamięta- odpowiedział bez wyrazu zdziwienia w tonie jego głosu.- Była to aż tak dla was ważna sprawa, że przemierzyłaś pół galaktyki w celu odnalezienia żyjącego jeszcze członka rodziny zbawcy?

– Kto powiedział, że szukałam?- odpowiedziała nagle, pozwalając sobie na krótki uśmiech.- Nigdy nie straciliśmy żadnego z was z oczu. Fakt, że jedynie Averius utrzymywał z moją rodziną jakiś kontakt, a po jego śmierci, relacje z waszej strony się zerwały. Dla mojego rodu była to jednak sprawa honoru, stąd też zbieraliśmy o was informacje.

– Pochodzisz ze szlachty, prawda?- spytał nagle Kaspar, jakby zmieniając temat.

– To dla ciebie takie zaskoczenie?- odparła Tha’litanka jak gdyby nigdy nic.– Połowa Wygnańców z mojej rasy to szlachcice, szóści w kolejności do dziedziczenia i tak dalej. Ale rozumiem do czego zmierzasz. Że tylko szlachta może sobie pozwolić na taką pamiętliwość. Za dużo romansów rycerskich, Kasparze.

– Obiecałaś, że nie będziesz lała wody- skitował krótko mężczyzna, dolewając sobie kawy, chcąc przejąć inicjatywę.- Ale owszem, chodziło mi o to. Więc jak to z wami było.

– Ty zmieniłeś temat, więc teraz cierp- zaśmiała się kobieta.- A co do powodu, zawsze mnie uczono, że jeśli masz u kogoś dług wdzięczności, nie spłacaj go natychmiast, ale przetrzymuj go tak długo, by się tobie opłacił. Jak widać w twoim przypadku, reguła sprawdziła się znakomicie.

– Jak widać- przyznał Kaspar.- Więc nie straciliście nas z oczu. Ale wciąż, moje dane osobowe zostały skasowane. Musieliście się napracować, by mnie znaleźć.

– A to był zwykły przypadek- stwierdziła Ali’sal, prostując się.- Mój brat miał pewne udziały w tej firmie budowlanej, w której pracowałeś. Czasem mu pomagałam w przygotowaniu papierów dla pracowników. Tak natrafiliśmy na ciebie. Analiza zdjęć stanowiła tylko formalność. A skoro akurat potrzebowałam pierwszego oficera, a napatoczył mi się człowiek z odpowiednimi kwalifikacjami, uznałam, że to dobra okazja dla spłaty długu.

– Nie da się ukryć, zdarza się coś takiego.- zaśmiał się Kaspar, ale potem westchnął, wpatrując się w drzwi.- Nie mniej, wciąż mnie dziwi jedna rzecz. Stopień pierwszego oficera. To stanowisko powinno być objęte raczej przez osobę, której ufasz, jest w twojej załodze od dawna, a nie osoba z ulicy, taka jak ja, nawet, jeśli powołasz się na dług.

– Ha, słuszna uwaga!- ponownie zaśmiała się Tha’litanka, poprawiając włosy na głowie.- To też zabawna sytuacja. Widzisz, moja załoga stanowi koktajl specyficznych person, i miała problem ze znalezieniem pośród nich osoby twardo stąpającej po ziemi. Najpierw chciałam by pierwszym oficerem był mój mąż, ale ten stwierdził, że jak będzie EXO, straci podniecenie, jakie mu daje pilotaż okrętu i chce się tym zająć. Zaraz potem pomyślałam o Othalu, ale powiedział, że woli walkę niż władzę nad bandą dziwaków. Nasza medyczka uznała, że jest już za stara, a mistrzyni artylerii, we współ z naszą główną inżynier zaraz zmieniłyby okręt w latającą bibliotekę, do tego z całością wyposażenia statku w stylistyce epoki Edo w Japonii. A reszta, jak mistrz deszyfracji czy kwatermistrz nie nadają się do objęcia takiej funkcji.

– To ty masz tutaj jakiś latający dom wariatów!- Podsumował zaskoczony wypowiedzią Ali’sal Kaspar.- Ja się dziwię, że ten okręt jeszcze stoi, skoro oficerami są takie indywidualności.

– Ale utalentowane indywidualności- dodała jeszcze kobieta, przestając się śmiać i przybierając dość poważny wyraz twarzy.- Każdy z nich to specjalista w swojej dziedzinie, jednakże czasem im odwala, jak to mawia ulica. Stąd potrzebuję kogoś, kto mi pomoże sprowadzić ich na ziemię, gdy zajdzie taka potrzeba. Ha, a nawet po chwilowym zastanowieniu, mogę stwierdzić, że osoba, która nie była wcześniej związana z załogą, może zdziałać więcej, niż gdybym awansowała któregoś z moich oficerów. Namiesza mocno w załodze, ale jeśli będzie to osoba kompetentna, zmieni każdego żołnierza w drużynę, której potrzebuję. Więc jak będzie, Kasparze? Czy zostaniesz moim pierwszym oficerem?

Mężczyźnie, w chwili, gdy zostało zadane to pytanie, przeleciało nagle całe życie przed oczami. Jego edukacja w akademii, służba we flocie, pierwsze zwycięskie bitwy, a także porażki, a wreszcie, to, co ujrzał w gwiazdozbiorze Żagla, przez co spowodowało to jego ucieczkę z wojska na planetę Kepler. Chciał porzucić wojenne rzemiosło i zacząć normalne życie, ale niezbyt mu to wychodziło. Zapożyczał się, starał się rozkręcić tam jakieś interesy, które jednak okazywały się niewypałem. Nawet nie mógł znaleźć normalnej pracy, a gdy już ją znajdował, szybko tracił. Wiele razy winił los, że jest dla niego niełaskawy, ale z drugiej strony, czemu miałby być? Złamał przysięgę wojskową. Doszło w końcu do tego, że musiał żebrać na ulicy poprzez grę na gitarze. Gdy znalazła go Ali’sal i zaproponowała mu powrót do korzeni, miał mieszane uczucia. Jednakże, wiedział też, że był jednym z najlepszych oficerów w marynarce i szkoda byłoby zmarnować te lata jako pracownik w jakieś korporacji lub żebrak. Odpowiedź znał już w restauracji, ale dopiero teraz mógł o tym głośno powiedzieć.

– Tak, zostanę- odparł w końcu z lekkim uśmiechem, wstając z miejsca.- Ale mam dwa warunki. Pierwszy, wciąż pozostanę Kasparem Thave. Drugie, to jest nie zdawanie pytań w sprawie wydarzeń z Żagla, chyba, że sam zacznę o tym mówić. Na takich wstępnych warunkach mogę się zgodzić służyć koterii.

– Szanuję je i się zgadzam- odparła Ali’sal, również wstając i włączając tablicę dotykową.- Ale skoro tak stawiasz sprawę, to chcę, by również i moja przeszłość nie była rozdrapywana. Zgadzasz się na to?

– Oczywiście- przytaknął Kaspar.

– Doskonale!- odpowiedziała już bardziej zadowolona Tha’litanka, podchodząc do niego, wciąż kulejąc, trzymając w ręce tablicę.- Nim dostaniesz te stanowisko, omówmy jeszcze kwestię wynagrodzenia oraz beneficjów.

Całość nie trwała zbyt długo. Płaca za miesiąc służby wynosiła pięć tysięcy exeli plus premie, jeśli będzie dochodziło do walki, posiłki wydawane w kantynie oraz własna kajuta o standardzie oficerskim. Do tego dostęp do zasobów zbrojowni pod nadzorem kwatermistrza, przyzwolenie na noszenie broni, swoboda w poruszaniu się po poziomach, z zachowaniem zasad prywatności. Do tego dochodziły jeszcze kwestie pomniejsze, jak możliwości augumentacji ciała, podziału łupów etc. Wszystko jednak było na tyle dobrze wyważone, że Kaspar nie miał co narzekać. No, może za wyjątkiem braku darmowych drinków w kantynie. Ale nie można mieć wszystkiego.

– Więc jeśli pasują ci zasady, daj zgodę tych dokumentach poprzez linie papilarną- tłumaczyła  Ali’sal, zmieniając raz po raz dokumenty na tablicy- I już wszystko. Właśnie zostałeś mianowany nowym pierwszym oficerem na okręcie. Gratulacje!

– To wszystko, żadnych ceremonii? spytał ironicznie Kaspar, oddając tablicę kobiecie.

– To nie ślubowanie wierności rycerskiej czy też flocie, nikt ci tu nie każe klękać i całować rąk. Chyba, że chcesz, rycerzu- Ali’sal pozwoliła sobie na żart w stosunku do Kaspara,  wyłączając przy tym tablicę i kładąc ją na stole.- Z resztą, nigdy jacykolwiek kapitanowie tego okrętu nie starali się zmuszać załogi do jakiś dziwacznych ceremoniałów.

– Więc nie jesteś pierwszą właścicielką?- spytał mężczyzna, teraz dopiero przyglądając się zdjęciom. Tylko na jednym znajdowała się Ali’sal wraz z załogą.

– Och nie. To dość stary okręt, po licznych renowacjach. Przed jakiś czas służył jako okręt flagowy floty Federacji Solarnej. Oczywiście pod inną nazwą, ale raczej zapisał się w annałach historii waszego tworu politycznego.

Kaspar pokiwał tylko głową ze zrozumieniem, ale zatrzymał się nagle przy jednym zdjęciu i wyszczerzył oczy.

– Chyba sobie żarty stroicie- jęknął mężczyzna.

– Ależ nie, mój drogi poruczniku- odpowiedziała Ali’sal, stając przy Kasparze i również wpatrując się na zdjęcie załogi, która składała się z ludzi oraz jednej Tha’litanki.- Los jest dla ciebie po prostu kapryśny. Witaj na pokładzie fregaty wojennej, model Saber IV, „Hand of Glory”, który dawniej był okrętem eksploracyjnym „Eagle”, dowodzonym przez kapitana Averiusa Discindusa.

Oculum Mundi

Miejskie powietrze czyni wolnym #1

573 Wyświetleń

Z pewnością są tacy, którzy przynajmniej słyszeli o grach RPG. Znajdzie się garść i takich, którzy grali w różnorakie settingi (systemy) mogąc poczuć się tym, kim w rzeczywistości nie są. Jednakże istnieje specyficzny dział odgrywania postaci tzw onForum. Jest to nic innego jak sesja RPG opisywana na popularnym silniku forum phpBB.

Dwóch autorów, publikujących na Abyssos, postanowiło wykorzystać doświadczenie zdobyte podczas tego rodzaju rozgrywek i wykorzystać je w oryginalnej czynności literackiej. Zamiast popularnego schematu, używanego na sesjach onForum, autorzy zdecydowali się prowadzić narrację w kolejnych odcinkach mini powieści Miejskie powietrze czyni wolnym, osadzonym w uniwersum Oculum Mundi. Historia prowadzona jest w sposób ciągły, to znaczy bez wyraźnego podziału na wątki MG (Mistrza Gry) oraz BG (Bohatera Gry).

Michał Sobociński, jako Mistrz Gry; Paweł Ofiarski jako Chrisstoffer Wagner.

Zapraszamy do lektury!


Część II ->


1 kalendy miesiąca Tradara, 580 lat po przybyciu Attara

W całym cesarstwie nie ma takiej zimowej nocy.

W mieście Modris był taki zwyczaj: kiedy komuś nie wyszedł interes, bez znaczenia o jakiej skali, zwykł obrzucać posąg świętej Matyldy różnymi nieprzyjemnościami. Zwyczaj ten wziął się od legendy, która opowiadała, jak najuczciwsza z najuczciwszych Matylda wyznała na sądzie, że jej ojciec kantował przy odpisach podatkowych. A za zaoszczędzone pieniądze kupował córce smakołyki. Powiadali tedy, że wówczas to sam bóg handlu i kupców, Tradar, nie mogąc się nadziwić tak naiwnej uczciwości, wziął po śmierci Matyldę do swej domeny, by doświadczyć jej zalet. Lub wad, jak twierdzili inni. Teraz wszyscy ci, którym różnorakie kłopoty pożarły intraty, przeklinali cechy Matyldy z wiadomych powodów.

Chrisstoffer Wagner przyglądał się trudom mnicha wycierającego pomnik. Przyjrzał się swojej szacie i ocenił, że w porównaniu do duchownego, którego świątynia słynie z bogactwa, wygląda niczym doża. I nic dziwnego. Nie w taką noc. Pierwszego, zimowego wieczora każdy jeden w Modris, czy to łachmyta, dziad proszalny, kupiec, mistrz rzemiosła lub szlachetka, zakładał co miał najprzedniejszego i pośpieszał do Pałacu Najjaśniejszego Doży. Tam, rok w rok, obywatele i nie obywatele Modris świętowali zrzucenie jarzma mitycznego „króla” rodzącego się miasta-państwa i deklamowanie republiki.

Mnich, gdy skończył wycierać posąg, odwrócił się w kierunku młodego Wagnera i widocznie nie spodobał mu się zastany widok. I nie było co się dziwić. Wszyscy wiedzieli, że pomimo uroczystych zasłon, przyjęcia u doży to istne targowisko próżności, gdzie każdy gest, słowo, a nawet sposób ubioru mógł wywołać plotkę, a od niej bliska droga do skandalu. Za maską eleganckiego przyjęcia, toczyła się wojna o status. Szczęśliwie, Christoffer nie miał co tracić, gdyż w mieście przebywał tylko dwa dni i sam jego powrót może być powodem wielu plotek. Zwłaszcza, gdy się dowiedział, że jego ród, z którym był związany więzami rodzinnymi, tak mocno wybił się na handlu bronią.
Wojskowy zatrzymał się na chwilę przy posągu, przypatrując się jego majestatowi, by potem zerknąć na skromnego mnicha, któremu wyraźnie nie był w smak ubiór byłego wojskowego. Zdziwiło go to trochę, gdyż starał się zachować powagę w stosunku do swojej rangi. Miał na sobie mundur galowy, skrojony na miarę, w barwach księstwa Yorbrittum, wraz z pagonami, które miały wskazywać rangę podporucznika. Do tego, wypastowane buty oraz pas z przypiętym mieczem. Jako dawny oficer przysługiwał mu honor noszenia broni jako statusu na uroczystościach. W lewej ręce trzymał maskę na patyku jakiejś uśmiechniętej osoby, która kolorystycznie była dopasowana do stroju. Nie świecił się jak przysłowiowy szczupak w szafranie, nie mniej był dość elegancki. Nawet zasłonił elegancką, czarną opaską dziurę po oku. Nie odezwał się jednak, gdyż nie chciał człowiekowi przerywać swojej pracy. Chociaż, z drugiej strony, nawet ten duchowny nie wiedział, ile by Wagner oddał by się z nim zamienić na miejsca i nie udawać się na to przyjęcie z powodu obowiązków zawodowych.

Nie mniej, obiecał panu Oldbergowi, że się pojawi na przyjęciu. Nie wiedział czemu wspólnik w interesach jego ojca tak mocno namawiał do wzięcia udziału w tej uroczystości, lecz jak każdy człowiek interesu miał pewnie w tym jakiś cel. Czyżby jego ojciec źle się czuł i jego bracia nie byli zbyt chętni do współpracy z Olafem Oldbergiem, dlatego będzie przekonywał Christoffera do tego? Bardzo możliwe, pomyślał Wagner, jednakże moja wiedza z zakresu handlu jest nikła. Ach, no tak. Dla niego to tym lepiej. Mnie puści z torbami, a sam zbije fortunę. Niezbyt pozytywne myśli przelatywały przez umysł byłego wojskowego i nie wiedział, jaką strategię działania podjąć. No, może prócz jednej. Nie dać się zwabić na uroki panny Oldberg, która może stanowić atut w rękawie kupca. Christoffer znał aż za dobrze tego typy dziewcząt. Wesołe trzpiotki, które wprowadzą każdego mężczyznę w zakłopotanie, a potem o pustość sakiewki. Unikał ich jak ognia i teraz miał zamiar dokładnie to samo uczynić.
Z zamyślenia wyrwał go jednak dzwon, zwiastujący wybicie tak zwanej godziny psa, czyli zmianę strażników i zapalanie lamp na ulicach. Wagner czekał na przybycie powozu na niego, gdyż Olaf Oldberg obiecał, że obierze go spod posągu świętej Matyldy krótko po godzinie psa.

Wagner przypatrywał się rewii mody panoszącej się na ulicach Modris. Wszyscy zmierzali w jednym kierunku. Przez dźwięk dzwonu przebijały się śmiechy, okrzyki, świętobliwe życzenia, mniej zgrabne pogróżki. Nie sposób było stwierdzić któż jest ich nadawcą. Twarz większości przechodniów zakrywały maski. Te, zdradzały przy okazji stan majątku nosiciela.

– Dawniej sam ciskałem w św. Matyldę zbukami – Wagnera z zamyślenia wyrwał suchy głos. – Dobry wieczór, Christofferze. Wyglądasz… Odpowiednio.

Jednooki miał okazję przekonać się, jak ulotną błahostką jest moda. Oto stał przed nim człowiek, ubierający się niegdyś jak eremita. Skromnie. Prosto. Koherentnie. W atłas i jedwab, dla równowagi. Tymczasem przed oczami stanęła mu papuga, pstrokata i jak na żołnierski gust Wagnera, nieco komiczna. Niezmienną pozostały materiały. Olafowi Oldbergowi towarzyszyła jego córa, Karina. Młoda, choć z dawna nie dziecko. Rezolutna, lecz słodka jak miód, wstydliwa z zachowania, lecz nie z ubioru. Prostokątny dekolt, obszyty złotą nicią, oferował oczom znacznie więcej, niż zalecaliby niektórzy kapłani w świątyniach. Żołnierzowi imponował ten wymysł mód zwłaszcza, że Karina odziedziczyła po matce nie tylko gładką skórę. I tej odwagi w ubiorze obawiał się właśnie Christoffer. Ten widok przyciągnął jego spojrzenie i w myślach układał sobie taktykę, by umiejętnie przesunąć swoją kolumnę między dwa potężne pagórki. Po chwili stwierdził jednak, że zbyt duże ryzyko w stosunku do purrysowego zwycięstwa. Porzucił tę strategię i zamiast tego ukłonił się zarówno pannie Karinie, jak i Olafowi Oldbergowi. Gdy się wyprostował, zabrał głos.

– Dobry wieczór, panie Oldberg i panno Karino. Cóż, nie jestem pewien, czy słowo odpowiednio by tutaj pasowało. Rzekłbym, że mogę stanowić niecodzienny widok wśród elity kupieckiej. Ale prostota munduru żołnierskiego zawsze szła w parze z jego elegancją. No i jak to się mawiało u nas w wojsku, za mundurem, panny sznurem, że pozwolę sobie na taką krotochwilę.

Siwy kupiec parsknął wymuszonym śmiechem. Zerknął na swą atrakcyjną córę i dopiero, gdy zwietrzył realność słów Wagnera, zdębiał na moment. Karina zauważając konfuzję ojca, uśmiechnęła się, że aż Chrissowi przypomniała się wiosna.

– Dawnom nie słyszał, jak się interesy twego ojca mają – powiedział raczej dla próby zneutralizowania niewygodnego tematu. – Nie mniej dzisiaj przekonamy się o polityce regionalnej Marchii Północnej.

Wagner przyłapał się na braku kontroli nad ruchami mimicznymi.

– Też bym był zdziwiony, młody człowieku – dodał ciepło Oldberg. – Odkąd nasz umiłowany doża wrócił na urząd, wróciły i stare praktyki tego lisa. Zatem prócz zwykłego, znanego wszystkim kupczenia, umiłowany doża Kersil Sorill, wrócił do targów z Godrynem Namüelem. Podejrzewasz co się święci?

Christoffer, znając mości Namüela, mógł przeczuwać, że chodzi o wojnę. Wszakże cała znajomość Wagnera z margrabią Marchii Północnej opierała się na wojnie. Nie wiedział jednak, czy może chodzić o kolejne ochotnicze hufce z Modris na ziemię barbarzyńców czy o coś nowego. Wyobraźnia księcia nie znała granic, a co więcej, miał pewne obawy co do wierności niektórych oddziałów. Większość częściej wiwatowała księciu Yorbrittum, niż cesarzowi. Sam Geotardus może i nie będzie dążył do rebelii, ale z drobnymi intrygami Sorilla może dojść do tego, że wierni księciu żołnierze powstaną przeciwko cesarstwu. Być może wtedy nawet wróci w buty oficerskie. Otworzą się w końcu nowe możliwości. Jednak na razie nie miał zamiaru się dzielić z tymi osobistymi przemyśleniami z nikim.

– Nie musimy chyba mówić oczywistości, panie Oldberg- odpowiedział mężczyzna, prostując się.- Książę to fanatyk wojenny i zapalony miłośnik wyścigów konnych. Doża Sorill, o ile mnie pamięć nie myli, często wysyłał ochotnicze hufce wojskowe do pomocy w obronie limesu, ale nigdy nie towarzyszył Godrynowi Namüelowi w cyrku. Odpowiedź jest prosta.

Rozłożył tylko ręce w geście, że chodzi o wojnę. Uznał to za odpowiedź kończącą dyskusję na ten problem, przynajmniej na tę chwilę.

– Zmieniając temat, dlaczego Pan nie wie, jak idą interesy w rodzi mojego ojca? O ile mnie pamięć nie myli, jesteście panowie wspólnikami i winniście utrzymywać ze sobą kontakt.

Starzec odkaszlnął i splunął flegmą na ziemię. Dalszą wypowiedź przerwała mu nawałnica kaszlu. Skrzeczał, dusił się, aż w końcu Karina oklepała mu plecy z widocznym znastwem.

– Daruj, panie Wagner – rzekł Oldberg, gdy uspokoił kaszel. – Łaskawa bogini Hilen, nie raczy mnie dobrym zdrowiem – odchrząknął dla potwierdzenia. – Pański ojciec, jak na ironię, wyjechał pod Harpie Szczyty w Marchii Północnej. Finalizuje tam wykup akcji Spółki Górniczej Grodreg i Synowie. Przeklęte krasie zażądały obecności pańskiego ojca – zaklął plugawie pod nosem. – Psia ich rasa… Nam brak respektu do innych zarzucają, a sami wymagają, by starzy ludzie znosili truda wojaży. Psia ich rasa, powiadam. Psia ich rasa!

Informacja o akcjach faktorii górniczej zainteresowała Christoffera Wagnera. Zainteresowała o tyle, o ile wiedział, że krasnoludy z Marchii Północnej, zawsze pozostawali niechętni kupcom Modris. Stąd też obawy wojskowego w stosunku do wyprawy jego ojca nie były zbyt dobre. Podejrzewał najgorsze, które będzie zwiastunem czegoś jeszcze gorszego. Pomodlił się w myślach do Walsa, by odegnał tę straszliwą marę z jego głowy.

– Nie jestem rasistą- odpowiedział krótko Chris, pozwalając sobie na delikatny uśmiech.- Ale też nie jestem ksenofilem, więc powiedziałbym, że powinni się spotkać przedstawiciele obu stron. Chociaż z drugiej strony, jeśli krasie mają jakiś swój kodeks honorowy, to może jest w nim napisane… czy raczej wyryte, biorąc pod uwagę ich upodobania do kamienia, że “Sprzedaż dóbr swoich z przyszłym zarządcą negocjować będziesz”. A może tak być, skoro tak twardo stąpają po ziemi. Do tego stopnia, że się zapadają.

Pozwolił sobie na krótką krotochwilę, jednakże po chwili wrócił do tematu:

– Nie wiem, jednak, czemu krasnoludy tak nagle się zgodziły na sprzedaż swojego dziedzictwa, zwłaszcza komuś, kto jest z Modris. Wietrzę w tym jakąś pułapkę. No i druga rzecz, czemu ojciec nie wysłał mi listu, skoro stacjonowałem nad limesem? Może udałoby mi się załatwić jakąś przepustkę na kilka dni, a sam bym czuł się pewniejszy, że nic mu nie grozi.

Stary kupiec nie odpowiedział. Wzruszył ramionami i wykrzywił usta w brzydkim grymasie.

-Świat staje na głowie, młody człowieku – odrzekł na odczepne. – Chodźmy. Nie każmy czekać naszym próżnościom.

Poszli ulicą Konwaliową kierując się na Targ Tradara, największy w Cesarstwie Ingradyjskim ośrodek handlowy. Mijając Bank Spółdzielczy Gelzców, Chriss gestem ręki przywitał się ze znajomym bankierem Joachimem Gelzem. Ten stroił fasadę filii bankowej w przerwach drąc się na swych podwładnych, najróżniej im wymyślając. Potem, gdy zeszli z ulicy Konwaliowej, wkroczyli na potężny targ. Tutejsi kupcy, kramarze, handlarze i rzemieślnicy, wystawiali sztukę Gorejący Król. Niezbyt skomplikowaną, ograniczającą się do palenia kukieł symbolizujących monarchów. Niektórym przyjezdnym imponował zwyczaj palenia wysokich na dziesięć stóp drewnianych karykatur. Inni, pukając się w głowę, zwiastowali rychły koniec miasta. Wagner zaś od dziecka zachodził w głowę jakim sposobem zwyczaj ten ostał się w feudalnym państwie, w którym główny prym wiodą książęta na czele z cesarzem.

– To trochę okrutne, prawda? – Westchnęła Karina obserwując gildię balwierzy tańczących w koło palącej się kukły.

Mężczyzna przyjrzał się widowisku bez jakiejś specjalnej zadumy. Dla niego była to część tradycji, być może wywodząca się z jakiś dawnych dziejów. Nie interesował się historią, nawet swojego miasta, więc nie był w stanie tego uargumentować. Spojrzał na Karinę, wciąż jednak kątem oka patrząc jak ludzie świętują.

– Owszem, ale tylko trochę- odpowiedział Chris, wskazując dłonią na niedaleką kaplicę Tradara.- Zapewne bogowie, gdy tworzyli świat mieli w zamyśle, że miał być idealny, jak oni. I co ciekawe, może wedle ich rozumowania, taki jest. Bo czy bogini Hilen nie chciałaby, byśmy oddawali część naszych darów, na które zapracowaliśmy innym? Czy Belladon nie domaga się broni pokonanych wrogów, często zaraz po potyczce? Czy Jurastion nie chce, by niegodziwców spotkała sroga kara? Wszystko działa wedle ich woli, a przynajmniej tak mi się zdaje.

Nie był osobą, która specjalnie wdawała się w dysputy filozoficzne, zwłaszcza z zakresu religii. Jednak, czasem nawet i jego nachodzą pewne myśli i chwile zwątpienia z zakresu, czy tak powinno być. Nie wierzył w przeznaczenie, wolał myśleć, że sam sobie jest sterem i kapitanem na okręcie zwanym życiem. Ale czasem pojawia się sztorm, który nie jest zależny od niczego i nawet najlepsze umiejętności niekoniecznie pozwolą mu go przeżyć. Mogą mu tylko pomóc. Po chwili jednak wrócił mu weselszy nastrój.

– Poza tym, gdybyśmy wszyscy chcieli żyć wedle zamysłów Prytera, to ten świat byłyby aż za bardzo cukierkowy. A słodycz ma to do siebie, że z czasem staje się mdła i niejadalna. Dobrze jest wtedy mieć coś gorzkiego.- Odparł z uśmiechem, patrząc jak jeden z uczestników zabawy wpadł w ogień, by się po chwili podnieść i wesoło, acz lekko poparzon, wrócić do tańca.- Albo dawkę alkoholu, jak w przypadku tego osobnika.

– Ktoś nie mniej pijany, lecz trzeźwiejszy na umyśle, poczynił głośną uwagę, że poparzony człowiek przypalił sobie spodnie. Młodzież rechotała, dziatwa beczała ze śmiechu, starsi kręcili głowami.

– Pewnie ma pan słuszność – odparła Karina bez przekonania. – Pewnie dlatego Eo stworzył dziesiątkę bogów – zamyśliła się dotykając palcem ust, co żołnierzowi wydało się całkiem atrakcyjne. – Dla równowagi, tak myślę.

– W takim wypadku Atrinijczycy mają przesrane skoro czuwa nad nimi tylko jedno bóstwo – zaśmiał się chrapliwie Olaf Oldberg. – Dajcie pokój tym dysputom. Zostawcie je teologom, kapłanom i innym pomyleńcom!

Przechodząc przez furtę Pałacu Doży zostali powitani skromnymi słowami przez straż pałacową. Przeszli przez udekorowane Ogrody Tecytyjskie, sławne przez fryzowane jabłonie i grusze rodzące latem mnogość owoców. Na wypadek różnorakich przyjęć ozdabiano je lampionami o kanarkowej barwie. Już w Ogrodach usłyszeli przyjemną, stonowaną muzykę wydobywającą się spod palców elfich minstreli. Wagner słyszał jeszcze na limesie, że doża jest wielbicielem elfiej twórczości – zwłaszcza muzycznej, a jeśli już spraszał ludzkich grajków to tylko, by przygrywali gościom podczas oficjalnych tańców. Oficjalnych, gdyż w kraju wolnych ludzi prawo było wszędobylskie. W Modris, toczonym od wieków infekcją biurokracji, nawet krotochwile musiałby być zaplanowane. Istniało nawet powiedzenie, że nawet jeśli coś dzieje się przez przypadek, to dlatego, że tak zostało to zaplanowane. Elfy grały Tęsknotę za borem, melodię powszechnie zakazaną w cesarstwie, lecz graną w Najjaśniejszej Republice jakby na przekór. Zaś doża zadbał, by emisariusze cesarscy obecni na przyjęciu, wysłuchali tejże melodii.

Oldberg z córą kiwali co rusz głowami na dzień dobry. Żołnierz nie potrafił rozpoznać przez maski ewentualnych znajomych. Nie spodziewał się też ich wielu. Zamiast tego przyglądał się rewii obowiązującej mody. Bufiaste rękawy, delikatne trzewiki, proste kamizelki lub sztywne kubraki konfrontowały się z pasiastymi chaperonami, kaftanami z szerokimi rękawami, swobodnymi spodniami. Żadnego unitaryzmu. Powietrze miejskie w Modris czyniło wolnym, toteż ci, którzy za nic mieli trendy garderoby, mogli obnosić się ze swoimi wymysłami swobodnie. Zwłaszcza w tę noc. Najdziwniejsi byli jednak uczeni. Wszyscy, choćby i młodzi, podpierali się kosturami. Ciała skrywali pod togami, jak juryści albo kapłani. Mówili językiem, który wedle niektórych, przystoi raczej akademickiej katedrze aniżeli przyjęciom. Chriss nie rozpoznał żadnego uczonego, choć wiedział, że profesor Vendom Tasartir, zausznik księcia Marchii Północnej, Godryna Namüela, jest obecny na przyjęciu. Skojarzył sobie siwowłosego oryginała z limesu, gdy ten odwiedzał często margrabiego oficjalnie służąc mu radą. Wagner czasami snuł domysły, że nieoficjalnie profesor szpiegował księcia. A skoro, wedle słów Olafa Oldberga, na przyjęciu mogła zostać ujawnione stanowisko Modris w kwestii Marchii Północy, nie mogło zabraknąć lewej ręki samego doży, jeśli jego powiązania z wywiadem były prawdziwe.

Jednocześnie, zastanawiał się, jak mogli odnosić się goście Sorilla do jego ubioru, które właśnie kojarzone jest z władztwem Yorbrittum. I to w sposób polityczny, gdyż reprezentuje tutaj armię samego księcia Godryna. Jeśli będzie ogłoszone ocieplenie stosunków, zaraz może się zebrać wokół niego całe stadko, które może go wypytywać o najdrobniejsze szczegóły co do polityki północy. Jeśli ochłodzenie… cóż, znaczy, że będzie trzeba zrobić kelradzkiej wyjście z przyjęcia i wracać na północ, do armii.

Wziął od jakiegoś sługi kielich z białym winem i napił się trochę. Nie znał się na nich, lecz uznał je za dobre. Ale nie było to jakieś szczególnie trudne, po wielu latach picia kwaśnych win z tawern, które powstały blisko ich obozów wojskowych. Trzymając w lewej ręce kielich i w prawej maskę, rozglądał się po sali, jakby licząc, że los przysporzy mu jakąś znajomą twarz.

I zaskakująco, los był łaskawy, ale przy tym, ironiczny. Bowiem na chwilę odwracając wzrok dojrzał Ewelinę Selitto, która, w zamyśle jego ojca, miała być jego żoną. Pomimo lat, poznał ją od razu, ale nie z powodu zauroczenia. Na prawym policzku miała po prostu myszkę, a tego żaden puder nie usunie. Jednakże, o ile zapamiętał ją jako natrętną, ksztanowłosą pieguskę, która wszędzie za nim ganiała, to wyrosła teraz na atrakcyjną kobietę, o dużych manierach, sądząc po tym, jak właśnie rozmawiała z jakimś mężczyzną. Uśmiechnął się i zaśmiał pod nosem:

– Los to jednak złośliwa bestia skoro podsuwa przeszłość powiązaną z teraźniejszą przyszłością- mruknął pod nosem filozoficzną myśl, zapijając ją winem.

– Proszę? – Odezwała się Karina unosząc głowę do żołnierza. – Ach… – Westchnęła, gdy zorientowała się na kogo patrzy Chriss. – Panienka Selitto. Choć już nie na długo – młoda kobieta odzyskała rezon. Złożyła dłoń na dłoni i zauważalnie wypięła pierś. – Przyrzeczona Federico Camperezza, dziedzica familii Camperezza z Norithoru. Uwierzy pan? Gdyby to była arystokracja to powiedziałabym, że maluje się mezalians!

– Ród Camperezzów z dawnej republiki Norithoru, obecnie bękarciego księstwa, słynął z majątku, obrotem wszelakimi towarami, świadczeniu kredytów, z rzadka lichwie. Znienawidzeni przez jednych, kochani przez pozostałych. Znienawidzeni, gdyż podczas oblężenia Klejnotu Południa, Norithoru, zdradzili republikę wpuszczając armię cesarską do miasta. Wówczas ci, którzy dorobili się na zmianie systemu, pokochali Camperezzów całym sercem, całą sakwą.

Ewelina Selitto zdawała się nie zauważać żołnierza, choć ten mógł przysiąc, że zerkała nań raz po raz. Jednakże, Chriss starał się nie zwracać na to uwagi. Spojrzał natomiast na Karinę, pozwalając sobie na cierpki uśmiech pod maską.

– Och, czyżby? Widzę, że polityka rodowa zmienia się równie szybko, jak bardowe upodobania w stosunku do kobiet.- Odrzekł żołnierz pannie Oldberg cicho, chociaż z jego tonu można było wnosić, że był bardziej rozbawiony całą sytuacją anieżeli zdenerwowany.- Pamiętam pannę Selitto jeszcze jako szcześcioletniego dzieciaka, który ganiał za mną, bym jej uplótł wianek z polnych kwiatów. Dawne dzieje, gdy jeszcze była moją narzeczoną. Nie mniej, już wtedy była diabelnie irytująca i jestem ciekaw czy jej to zostało po…

– Panie Wagner – zagaił Olaf Oldberg. – Proszę mnie posłuchać – rzekł chwytając go pod ramię ku niezadowoleniu Chrissa, że nie dał mu dokończyć myśli. –  Ród Selitto, powiem bez ogródek, bruzdzi naszym interesom. Moim i pańskiej familii. Zalecam zatem ostrożność w… odświeżeniu starych znajomości. Teraz chodźmy. Nie dajmy doży czekać.

– Oczywiście- Chriss przytaknął kupcowi, dopijając swoje wino i oddając kielich przechodzącemu słudze.- Bardziej mnie wzięło na nostalgię niźli na odświeżanie znajomości, ale trafna uwaga.

Wchodząc po marmurowych schodach stary kupiec sapał jak zmęczony gonitwą hart. Tej nocy, i w zasadzie tylko tej nocy, wrota do Pałacu Doży stały dla wszystkich obywateli otwarte. Wchodząc do środka Chrisstoffer Wagner poczuł przyjemne ciepło palenisk i zapachy różnorakich potraw. Doszła do jego uszu i stonowana muzyka, którą przygrywali tym razem ludzcy grajkowie. Goście przyjęcia, nie zgromadzeni przy stołach, tańczyli w formalnych grupach, popijali wina i okowity tocząc dyskusje. Oldberg prowadził córę i żołnierza do prawego krańca ogromnej sali. Chriss po raz pierwszy miał okazję oglądać wnętrze Pałacu Doży. Imponowały mu dwa szeregi kolumn, błękitno biała posadzka, pyszne żyrandole mieniące się feerią barw. Doszedł do wniosku, że jako jedyny trzyma w ręku swoją maskę. Miał wrażenie, że wybierając tę maskę, dostosuje się do trendów dworów doży, a tymczasem zdaje się, że moda na maski trzymane w rękach minęły. Miał nadzieję, że nie wywoła tym jakiegoś skandalu.

Dochodząc na skraj sali, tuż przy ścianie, Wagner spostrzegł jednostki, które nie wchodziły w rozmowy z biesiadnikami, nie spoufalały się z nikim, nie tańczyły ani nie piły. Obserwowały gości, konsultując się czasem zdawkowo między sobą. Mężczyzna domyślił się, że muszą to być funkcjonariusze tak zwanych Czarnych Kapturów, tajnych służb Najjaśniejszej Republiki Modris. Jeden z nich, człowiek w masce przypominającej paszczę lwa, wskazał ręką na schody. Oldberg, który wyraźnie oczekiwał na taki znak, pokiwał głową.

Pokonawszy kolejną porcję stopni, kupiec zasapał się potwornie. Jednooki zwrócił uwagę, że schody na piętro różnią się od tych ulokowanych po drugiej stronie balkonu kondygnacji. Mniej okazałe, mniej oficjalne. Kolejny Czarny Kaptur, tym razem niewysoki mężczyzna z kołtunami spętanymi sznurkiem, uśmiechnął się brzydko do trójki gości.

– Dobry wieczór państwu – powiedział, a Chriss momentalnie pomyślał, że krtań mężczyzny musiała znosić wielokrotny trud przesyłu gorzały do żołądka. – Doża oczekuje.

To mocno zatkało Chrissa. Myślał, że gdy Olaf Oldberg mówił, że “nie dajmy doży czekać” miała na myśli przyjęcie. A tu chodziło o bezpośrednie spotkanie z samym najwyższym urzędnikiem Modris! I to na prywatnej audiencji. Co tej przecherze Oldbergowi chodziło po głowie? Żołnierz jednak zachował na tyle zimnej krwi, by nie ukazać zmieszania na swojej twarzy.

Czarny Kaptur zapukał dwa razy w ościeżnicę i po odzewie weszli do środka.

Kersil Sorill wyglądał jakby mozoły świata doczesnego omijały go szerokim łukiem. Żołnierz wiedział, że doża dobija już do szóstej dekady życia, lecz jego twarz wygląda niczym u trzydziestolatka przykuwającego zbyt wiele uwagi do robót pielęgnacyjnych. Czub głowy zdobiła obszyta srebrnymi nićmi infuła, ornamentowana kolorowymi kamieniami, najpewniej rubinami. Na szyi dźwigał złoty łańcuch z medalionem przedstawiającym Święte Szalki, atrybut boga Tradara. Jedwabna toga, na pozór skromna, kłóciła się z płomiennym płaszczem obszytym smugą piżmakowego futerka farbowanego na srebro. Towarzyszyła mu młódka, Eufemia Sorill. Córka.

– Niechaj będą chwaleni bogowie – przywitał się dewocyjnie. – Eufemio?

– Tak, ojcze – odparła dziewczyna i uśmiechnęła się do Kariny. – Może pójdziemy na bal, kochana?

Córka Oldberga widocznie nie dała się zwieść cukierkowemu tonowi rówieśniczki. Chriss musiał przyznać, że może jednak źle ocenił Karinę. Być może miał do czynienia z nie lada intrygantką. Potwierdziło to w nim jednak fakt, że należy jej unikać jak ognia.  Dziewczyna mimo wszystko dała się wziąć pod ramię i wyprowadzić za drzwi. Czarny Kaptur, z wyjątkowo paskudnym głosem, zamknął za nimi drzwi.

– Syn swego ojca, jak powiadają – rozpoczął doża wskazując mężczyznom fotele. – Syn swego ojca!


Michał J. Sobociński;

P. R. Ofiarski


Część II ->

Oculum Mundi

Transcendencja

269 Wyświetleń

Zacznę więc raz jeszcze, od początku. Gdybym sam nie był świadkiem tego, co ujrzałem, nie wiem, czy byłbym w stanie uwierzyć komukolwiek, gdyby przeżył to samo. Gdybym był na miejscu siostry zareagowałbym dokładnie tak samo: zamknąłbym opowiadającego w domu dla obłąkanych lub co gorsza, wysłałbym na stos. Ale niestety, każde słowo, które zostało powiedziałem jest prawdą: spotkałem prawdziwych bogów. Widzę, że uśmiech siostry wskazuje na to, że w to wątpi. Ale niestety, to szczera i przerażająca prawda. Patrzałem im w oczy, dotykałem i słyszałem. Tak, słyszałem głos bogów, czego nie dokonał jeszcze żaden kapłan. Ale… nie będę mówił od środka, w końcu obiecałem, że będzie wszystko od początku. Pochodzę z Kelrad, z rodziny kupieckiej, której się przelewało w interesach. Złoto płynęło wręcz strumieniami, dzięki czemu ojciec mógł sobie pozwolić na to, by każde z jego dzieci mogło podjąć studia na uniwersytecie. Od zawsze miałem zdolności artystyczne, więc posłano mnie na Akademię Sztuk Pięknych w Norithorze. Miało się spełnić moje marzenie: stać się artystą, znaleźć bogatego patrona i mieć romans z jego młodszą żoną lub córką. Naiwne i śmieszne, ale sama siostra rozumie, że w wieku 18 wiosen młody człowiek nie myśli o niczym innym niż o przyjemnościach cielesnych i duchowych. Wśród mojej braci studenckiej wielu myślało podobnie do mnie. Uczyliśmy się, piliśmy ze sobą, kochaliśmy się między sobą. Nie byśmy uprawiali sodomię, och nie. Na moim roku było więcej dziewcząt aniżeli mężczyzn. Ale schodzę już z tematu. Studia dla kogoś, kto miał talent nie były trudne. To też musiałem szybko znaleźć coś by zająć wolny czas. Wizyty w burdelach i tawernach w końcu nudziły, to też nic dziwnego, że człowiek zaczął szukać innych rozrywek.

Tak właśnie trafiłem do Amatorskiego Klubu Akademickiego.

W szeregi klubu zaprosiła mnie koleżanka z roku, po jednej z tych upojnych nocy, określając to jako miejsce, gdzie spotykają się najbardziej interesujący ludzie z akademii. Szkoda było nie skorzystać, skoro i tak nie miałem nic lepszego do roboty. Powiedziała mi o lokum, gdzie odbywają się spotkania. Jako, że był to mój pierwszy raz, poszła ze mną, przedstawiając mnie członkom stowarzyszenia. Nie kłamała, faktycznie członkami tego stowarzyszenia były osoby o dość interesujących i bogatych osobowościach, których łączyła wspólny cel: sprawić, by okres na studiach przeminął jak najciekawiej. Brzmiało to podejrzanie, jak tak teraz pomyślę, ale wtedy nie wydawało mi się to nic dziwnego. Zostałem przedstawiony opiekunowi klubu, który przeprowadził mi inicjację. Na sam początek zapytano mnie, jaką dziedziną nauk się zajmuję. Odpowiedziałem, że żadną, bowiem jestem na akademii sztuk pięknych. Ten kiwnął tylko głową. Sięgnął do jednej ze skrzyneczek i coś wyciągnął.

Była to fajka nabita opium.

W chwili, gdy po raz pierwszy zakosztowałem główki maku, zrozumiałem sens egzystencji na tym świecie. Wyszedłem poza znany człowiekowi świat, który wydaje się być prosty i szary. Nic bardziej mylnego. To widok, który ma nas zakuć w okowy pozornej rzeczywistości, gdzie mamy być zawsze w służbie potężniejszych od siebie. To, co ujrzałem było niczym otwarcie oczu po mocnym uderzeniu. Zrozumienia, że się żyje. Nie jestem w stanie oddać słowami tego, co ujrzałem w chwili zażycia maku. Nie jestem wszak poetą. Ale zostałem obdarzony talentem artystycznym. To, co ujrzałem w trakcie sesji, przelałem na płótno. Kolokwialnie rzecz ujmując, był to świat, w którym barwy jarzyły się niczym słońce w upalny dzień. Wszystko, czego dotknąłem, zmieniało swoją barwę. Każdy kształt, który widziałem, po chwili zmieniał formę. Nic nie istniało stałego. Wszystko płynęło. Zrozumiałem, że to musi być prawdziwy świat, w którym to każdy człowiek osobiście ma władzę nad wszystkim, co go otacza. Sam kształtuje, sam nadaje znaczenie. Nie ma na nadgarstkach żadnych kajdan.

Tak powstał mój pierwszy poważny obraz: „Transcendencja”.

Powstał w rekordowym wręcz czasie, bowiem zaledwie w ciągu tygodnia, wspomaganym sesjami opium. Dobrze się składało, bowiem właśnie zbliżał się czas, w którym mieliśmy przedstawić naszym wykładowcom prace egzaminacyjne. W swoim mniemaniu widziałem w Transcendencji istne dzieło sztuki. Ba, nawet prekursora nowego stylu w sztuce. Uważałem się wtedy wręcz za boga malarstwa!

Ale nie byli przeświadczeni o tym moi mistrzowie.

Nazwali moje dzieło bohomazem i rysuneczkiem rzygającego marynarza. Odrzucili go, nakazując przy tym opuszczenie akademii. Mi! Boskiemu malarzowi! Potrafi to sobie siostra wyobrazić?! Ale pomyślałem, że to dobrze. Nie było tam miejsca dla kogoś takiego jak ja. Miałem oszczędzone trochę grosza, to też wynająłem pokój w kamienicy. Resztę pieniędzy przeznaczyłem na farby, płótna i, rzecz jasna, dawki opium, które było moim balsamem na rany. Do tego podejmowałem się różnych prac, czy to jako dekorator wnętrz albo jak bieda naprawdę doskwierała, sprzątałem ulice. Próbowałem sprzedawać swoje obrazy, ale wiedziałem, że i tak żaden człowiek ich nie doceni. W końcu nie widzieli, więc czemu? Nie raz myślałem, czy nie spróbować żyć znów jak normalny człowiek, próbować wrócić na studia i dostosować się do wymagań uczelni, ale z tych głupich pomysłów szybko wyzbywałem się za sprawą opium. Każdorazowa sesja odkrywała coraz bardziej rąbka tajemnicy znanego świata. Ale wciąż nie rozumiałem powodu, czemu ukrywano go nam. Oczywiście, mogłem pomyśleć, że był to świat jedynie dla wybranych, ale to nie byłoby sprawiedliwe, by ukrywać to przed człowiekiem.

Prawdę okazał mi pewien człowiek.

Gdy razu pewnego zszedłem się na sesję opiumową, poznałem pewnego młodego człowieka. Powiedział mi, że był niegdyś akolitą w świątyni Alha, jednak odszedł od niej, gdy zrozumiał (rzecz jasna za sprawą opium), że to czego tam go uczyli było kłamstwem dla zaćmienia oczu. By ludzie byli głupimi marionetkami w rękach kapłanów i władców, bez możliwości sprzeciwu. To nie była wiara w bogów, a wiara w potęgę. Do bogów może każdy dotrzeć, o ile będzie miał tyle siły, by zdjąć czarną opaskę z oczu. Rzekł mi wtedy, że w ten sposób można dojrzeć bogów nie umierając. Można ich dotknąć i usłyszeć. Porozmawiać z nimi! Nie uwierzyłem mu w to wtedy, gdyż mi rzekł, że nie doszedł jeszcze do tego stanu, by móc ujrzeć bogów, ale zna kogoś, kto to uczynił i przedstawi mi go. Nie mniej, zdałem sobie sprawę, że mogło mieć to sens. Ten szary świat ma być kulą dla tych, co chcą słuchać. Aby z niej wyjść, trzeba odrzucić posłuszeństwo i dać się ponieść samym bogom! Przepiękne.

Z czasem ujrzałem, że dzieje się ze mną coś dziwnego.

Wymioty, bóle mięśni, kręciło mi się w głowie. Pewnego dnia nie mogłem w ogóle wstać z miejsca, więc przeleżałem osłabiony przez kilka dni, nie idąc do pracy. Nie stać mnie było na medykamenty, a nikt nie chciał wymienić mikstury na kaszel za mój obraz. Wtedy zacząłem coraz bardziej rozumieć, że to wina opium. To cholerstwo sprawiło, że stałem się niewolnikiem jego woli. Odkryłem to w chwili, gdy zażyłem to i nagle poczułem, że cały ból odszedł. Ale nasilił się rano. Zdecydowałem się odrzucić fajkę i wziąć się za siebie. Ale wtedy znów przyszedł czas, że musiałem komuś służyć. Gdy wszystko wydawało się być tak barwne i niejednoznaczne, to życie w tym szarym świecie wydawało się być tragiczne. Myślałem już nad popełnieniem samobójstwa, by móc uciec, tym razem na stałe do świata bogów.

Na drodze stanął mi znów ten były akolita. Tym razem nie sam. Wtedy zrozumiałem, że jeszcze nie czas.

Jak obiecał, przedstawił mnie pewnemu człowiekowi, który miał ponoć ujrzeć świat bogów i bardzo często w nich przebywać. Faktycznie, był jakiś dziwny, ale może to z powodu przedawkowania opium. Opowiedział mi, jak trafił do domeny Belladoha. Miejsca, gdzie ludzie prawi walczą ze złem. Nie było ono jednak piękne. Cała domena była oblana szkarłatnymi barwami oraz odmianami zieleni i beżu. Wszędzie leżały drewniane włócznie, używane przez ludzi oraz umba do tarcz, które mieli rzekomo używać giganci, którzy również tę domenę zamieszkują. Niekiedy takie umba nosili również i ludzie, zapewne by się uchronić przed ciosami. Oprócz włóczni, walczono również kuszami samopowtarzalnymi. To co jednak go najbardziej przeraziło był widok ludzkich ciał gdzieś pod wodą, które wciąż wiły się z bólu, gdy otrzymał cios z bełtu, chociaż dziwne, że nigdzie nie widział tej strzały. Wszędzie błoto, krew i krzyki ludzkie. Zdecydował się uciec  z tej domeny, wiedząc już, że Belladoh nie jest dobrym bogiem, a sługą zła. Była też domena, w której żyli zwyczajni ludzie, jak i tutaj. Chyba była to po prostu domena Alha. Jednak nie wstydzili się siebie, gdyż mieszkali w przezroczystych domach, gdzie każdy mógł zobaczyć każdego. Jednak ludzie byli dość dziwni, gdyż nic do siebie nie mówili, jakby się gdzieś spieszyli. Przeraził się rzekomo, gdy ujrzał, że grupa ludzi weszła do paszczy czerwonego bazyliszka, który się rozwarł, jakby chciał swojej ofiary. A potem odszedł, jak gdyby nigdy nic. Musiał i stamtąd uciekać ze śmiesznego powodu. Chciał po prostu ulżyć sobie w ciele i zdefektować pod jednym z drzew. Ale nagle coś zawyło i zdecydował się szybko uciekać, widząc za sobą jeszcze dwa czarno-żółte cienie, które mogły być strażnikami tej domeny. Na szczęście wrócił do tego szarego świata. Powiedział mi, że człowiek nie powinien przesadzać z zaglądaniem do świata bogów, bo są oni surowi i od razu rozpoznają, kto nie należy do ich świata. Po opowieści, odszedł. A ja… zacząłem się zastanawiać, czy jednak nie spróbować i tak wejść do świata bogów i już z niego nie wrócić. W końcu i tak nie miałem nic do stracenia. Spakowałem się i wziąłem też kilka swoich obrazów, tak na pamiątkę. Może komuś się tam spodobają.

Sesje były ciągłe. Dłonią próbowałem kształtować jakieś kształty z tej ferii barw, które miałem przed sobą. Nic jednak nie przybliżało mnie do świata bogów przez długi czas. W trakcie dziesiątej sesji jednak usłyszałem cichy szept, gdzieś w oddali, który jednak znikł. Nie znałem kierunku. Błąkałem się pośród bezkształtnej masy kolorów, myśląc o tym szepcie. W końcu, gdzieś w oddali ujrzałem drążącą, żółtą bańkę, która zdawała się mnie przyciągać. Znów usłyszałem szepty w bardzo dziwnym języku. Byłem na tyle blisko, by jej dotknąć i przebić, ale coś mnie przed tym powstrzymało.

Szturchanie w szarej rzeczywistości.

Był to mój ojciec, który mnie odnalazł, martwiąc się. Wszak nic nie pisałem i ich w ogóle nie odwiedzałem po pieniądze. Ujrzeli za to, że mieszkam jak ostatni biedak, uzależniony od opium. Wybuchła kłótnia, w której dowiedziałem się, że marnuję życie na paleniu jakiegoś ścierwa, że niszczę renomę rodziny, że moje rodzeństwo pokończyło studia. Bla bla bla. Słuchałem go, ale nic nie powiedziałem. Wciąż myślałem o tej żółtej bańce i jak do niej znów dotrzeć. Po chwili otrzymałem cios w policzek, wymierzony przez mojego własnego ojca. Trwało to zaledwie kilka sekund. Powstałem. Zabrałem i wbiłem nóż w serce mojemu płodzicielowi. Dosłownie. Natenczas nie interesowało mnie, że zabiłem człowieka i to jeszcze tak bliskiego mojemu sercu. Dla mnie istotniejszy był fakt, że przeszkodził mi w dosięgnięciu do świata bogów. Zapomniałem o tym z chwilą, gdy znów zapaliłem maczek.

Tym razem doskonale wiedziałem, gdzie iść. Wiedziałem, gdzie się znajduje żółta bańka i jej ciche szepty. Zmieniła jednak barwę. Zamiast jadowitej żółci ujrzałem teraz bańkę w kolorze indygo. Głosy, które się z niej wydobywały nie były jak tamte. Wciąż ich nie rozumiałem, ale o ile tamte szepty zdawały się być dość inwazyjne, to te spokojne i płynne jak ocean. Z drżeniem dłoni dotknąłem bańki, która niczym przekuty pęcherz wybuchła wprost na mnie, zalewając falą barw, które były w niej uwięzione. Chciałem krzyknąć, czy to z zachwytu czy przerażenia, ale moje gardło nie było w stanie nic wykrztusić. Uderzenie barw było znacznie większe niż poprzednie, do tego stopnia, że moje oczy zaczęły piec, by w końcu zupełnie pochłonęły w odmęty czerni. Oślepłem, przynajmniej na jakiś czas. Ale czucie pozostało. Nie wiedziałem co się działo, ale czułem, że gdzieś spadałem z niewiarygodną prędkością. Po chwili opadłem miękko na jakieś przestrzeni. Wzrok powoli wracał do stanu, w którym mogłem oglądać zarysy ułożonych przeze mnie widoków.

Wtedy spotkałem swojego pierwszego boga.

Stałem na szczycie jakieś wieży, gdzie nade mną unosiła się przeogromna twarz, która zdawała się uśmiechać do mnie. Padłem przed majestatem bojąc się, że gdy spojrzę w oczy doskonałej istoty, ta mnie spali. Czekałem na jakiś znak, ale jedyne co mi odpowiadało to jakieś piski, przytłumione głosy oraz dmuchanie wiatru. Mimo to, wciąż się bałem. W końcu jednak odważyłem się podnieść głowę i zostałem za to ukarany. Wiatr, wcześniej bardziej cichy połączył się wraz z przeogromnym piskiem, który wdarł się w moje uszy. Miałem wrażenie, że uderzenie przyszło z góry, ale bałem się tam spojrzeć. Ból był tak nie do zniesienia, że krzyknąłem z całej siły. Wtedy też poczułem, że coś ciągnie mnie do góry. I znów pojawiła się ta feeria barw. Tym razem sam zamknąłem oczy. A wie siostra co było najciekawsze? To, co ze sobą spakowałem, wciąż było ze mną. Nic nie zaginęło w czasie mojej wędrówki. Niesamowite, prawda?

Nie było to jedyna domena, którą odwiedziłem. Potem ujrzałem domenę Belladoha, jednak obraz, który widziałem był zupełnie inny. Widziałem przed sobą bowiem całą armię aniołów, które trzymając miecze zaszlachtowały jakiś złoczyńców w kapeluszach. Innym razem była to domena, w której Alh sądził ludzi, bowiem siedzieli i widzieli sceny ze swojego życia, decydując, czy żyli godnie czy też nie. A w jeszcze innym stał pośrodku jakiegoś szlaku, gdzie szarżowały na siebie jakieś diabelskie bestie, głośno rycząc. Żadna jednak nie trafiła na siebie. Było wiele takich miejsc, jedne przerażające, drugie bardzo piękne. W niektórych bywali nawet ludzi, którzy byli podobnie ubrani od mnie, innym razem odziani w boskie szaty. Bywało też tak, że nie widziałem żadnego człowieka, natomiast ujrzałem piekło, w którym to mordowały się wzajemnie smoki! Uwierzy siostra, smoki! Nie dość, że bogowie, to jeszcze smoki!

W końcu jednak bogowie dostrzegli moją obecność i zdecydowali się na mnie zemścić.

Prawdopodobnie wysłali mnie do miejsca, w którym czułbym się naprawdę dobrze. Było to pomieszczenie, gdzie wywieszone były liczne obrazy dzieła boskich istot. Wiedziałem, że byli to bogowie, bo tylko bogowie mogliby malować dokładnie tam samo jak ja!  Byłem początkowo zaszczycony, że dostąpiłem zaszczytu docenienia przez bogów. Nagle przede mną pojawił się sam Pryter! Tak, sam bóg piękna! Oczywiście, przybrał postać ludzką, bym się nie przeraził jak tamtego bóstwa na wieży. Skąd wiedziałem, że to Pryter? Bo opowiedział mi o wszystkich boskich obrazach, które tutaj były, z dokładną szczegółowością. Co więcej, pokazałem mu swoje dzieła. Oczywiście, najbardziej był zachwycony Transcendencją, bo kto by nie był! Ba, z tego powodu zaprosił mnie na spożycie boskiej ambrozji! Zielona ciecz, która wlewała się wtedy do mojego gardła ukazała mi pełnię boskiego świata! Te barwy, które widziałem po spożyciu opium były niczym przy ambrozji! Ale byłem śmiertelnikiem. Nie dla mnie boskie trunki, to też bardzo szybko po nich osłabłem. I padłem.

Obudziłem się rano, nie wiedzieć czemu, u siebie w domostwie. Śmierdziało wciąż trupem, które musiało już leżeć kilka dni. Ale nie to było dla mnie ważne. Bowiem obudziłem się zupełnie bez niczego! Nie miałem swoich bagaży, a co najważniejsze, obrazów! Jak siostra się mogła domyśleć, zdenerwowałem się, bo wiedziałem, że był to dowcip bogów. I to co piłem nie było ambrozją, a jakimś dziwnym eliksirem, który miał mnie jeszcze bardziej otumanić. Byłem zły. Chciałem odzyskać swoje obrazy, zwłaszcza Transcendencję. Zapaliłem raz jeszcze fajkę opium i ruszyłem w podróż w domenę bogów. Mając doświadczenie w tego typach podróży, już wiedziałem, jak należy się poruszać. Musiałem odzyskać to co należało do mnie!

Przeszukałem wiele domen, ale nie mogłem znaleźć śladu moich dzieł. Byłem zmarnowany, ale wciąż mocno zdesperowany, by to zrobić. Każdy krok zwiększał moją złość, a moje myśli skierowały się, by przeciwstawić się boskim bytom. I wie siostra co? Bogowie wysłuchali mnie. Musieli się dowiedzieć, że jakiś śmiertelnik im złorzeczy. Nie mogli znieść bluźniercy. Dlatego się przygotowali. Gdy podróżowałem przez domeny, usłyszałem śmiech w bańce w barwie dojrzałej brzoskwini. Dotknąłem jej, by się tam przenieść. Nagle znalazłem się w jakimś pokoju podobnym do tamtego, gdzie spotkałem Prytera. Znów było tam mnóstwo obrazów, ale również i ludzi ubranych w szaty bogów. Nie zwracali na mnie w ogóle uwagi, a ja na nich. Nagle, dostrzegłem. Mój obraz. Transcendencja. Wisi dumnie na jednej ze ścian. Rzuciłem się w tamtą stronę i siłą wyrwałem go ze ściany i próbując uciekać. Wtedy rozległy się krzyki i próby powstrzymania mnie. Walczyłem niczym niedźwiedź o swoją własność. Zbiłem jakieś naczynie i zraniłem kawałami szkła kilka boskich gości, jedną kobietę nawet oszpecając na twarzy. Ale nagle… wdarli się boscy strażnicy, o których mi kiedyś opowiadał ten człowiek od akolity. Powalili mnie i uderzyli jakąś potężną mocą, że aż upuściłem obraz. Straciłem go. Na zawsze. Rozpłynął się gdzieś w ciemności. Tak samo jak ja.

Dalej… nie wiem co było dalej. Dowiedziałem się, że jestem w domu dla obłąkanych. Mój wzrok wciąż nie funkcjonuje. Najwyraźniej wynik życia wśród bogów i oderwanie od świata doczesnego. Ale jeśli miałbym powiedzieć, czy żałuję, to odpowiadam, że nie! Jestem pierwszym człowiekiem, który przebywał tyle czasu w ich świecie! Pewnego dnia tam wrócę i jeszcze raz pokażę, że śmiertelnik też jest w stanie się przeciwstawić bogom! Mimo, że przegrał, haha! Hm, co to za dziwne uczucie. Jakieś ukucie. Ach… to opium. Więc jednak umożliwicie mi to sami. Może tu nie będzie tak źle, jak myślałem…

 

 

„Szarpanina w galerii sztuki! Rannych 5 osób, jedna osoba nie żyje!

Wczorajszego dnia, w okolicach godziny 20 doszło do próby kradzieży obrazu Wassilija Kandinyskiego pod tytułem „Kompozycja VI”, który właśnie odwiedzał Muzeum Narodowe w Poznaniu. Sprawcą był 20-sto letni mężczyzna, który wtargnął do siedziby muzeum i siłą próbował wykraść oraz. Napastnikowi udało się zabrać obraz, ale obecni goście próbowali nie dopuścić do tego, by wyszedł z nim z muzeum. Wtedy mężczyzna rozbił dzban i zaczął atakować szkłem odwiedzających. Zranił mocno pięć osób, a 32-letniej kobiecie wbił szkło w twarz i ręce uszkadzając system nerwowy. Zmarła w szpitalu z niedokrwienia.  Napastnika zdołała obezwładnić ochrona muzeum i przekazać w ręce policji. Trwa właśnie dochodzenie mienia sprawcy i zeznań świadków.”

„Sprawca morderstwa w Muzeum Narodowym w Poznaniu uniewinniony?!”

Dzisiaj poznański sąd orzeknie wyrok w sprawie 20-letniego mężczyzny, który dokonał morderstwa na 32-letniej Agacie M. w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Wyrok prawdopodobnie jest jednak już pewny. Obrońca mordercy, mecenas Włodzimierz R. mówi: „Mój klient jest osobą niepoczytalną psychicznie. Cierpi prawdopodobnie na schizofrenię, ma liczne urojenia, a także jest uzależniony od narkotyków z rodziny opiatowych. Dlatego może stanowić niebezpieczeństwo dla współwięźniów”.[…] Obecnie więzień przebywa w domu dla psychicznie chorych […]

Morderstwo w Muzeum Narodowym w Poznaniu dokonanane przez Terminatora?!”

Ludzie z przeszłości mogli znać podróże w czasie. Reporter SuperFaktu dotarł do wyposażenia Mordercy z Muzeum, które poddano badaniom. Jak się okazało, sposób ich wykonania nie jest możliwy przy obecnych warunkach. „Tego typu szwów i krojów używano w późnym średniowieczu, na przełomie mniej więcej XIV i XV wieku. Obecnie nawet bractwa rycerskie nie są w stanie idealni odtworzyć w stu procentach stroju człowieka z tamtej epoki. Tutaj mamy do czynienia z zupełnym oryginałem”, mówi prof. Hanna Koćka-Krenz z Instytutu Archeologii w Poznaniu. Przesłuchani świadkowie mówią również, że sprawca morderstwa krzyczał, że ten obraz należał do niego i został mu skradziony. Czyżbyśmy mieli więc do czynienia z podróżnikami w czasie?[…]

P. R. Ofiarski

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.