fbpx
Tag -

performa

Literacki performance

Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #3

425 Wyświetleń

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Michał Nowina

Odcinek 5

Kuzynka Antoniego jakiś dziwnym zrządzeniem losu zawsze wyczuwała gdzie był, i że coś jest nie tak. Nawet nie wnikał jakim cudem wiedziała, że jest na komisariacie. Logika mówiła mu, że powinien z nią teraz pójść, ale wydarzenia ostatnich dwóch godzin rozbudziły jego ciekawość. Wszak był archeologiem. Musiał wyjaśnić sprawę.
Obrzucił Dorotę roztargnionym spojrzeniem.
– Do spotkania jeszcze trzy godziny – stwierdził. – Muszę wrócić do domu i zabrać walizkę.. Czekaj na mnie w barze! – rzucił zatrzymując przejeżdżającą właśnie taksówkę i nie czekając na jej odpowiedź odjechał.

Rozmyślając nad wydarzeniami kilku ostatnich godzin, dotarł do domu. Musiał spakować się przed wyprowadzką do kuzynki. Sam nie wiedział, dlaczego nie powiedział Zuzannie, że się tam wybiera, tylko wspomniał o akademiku. Nie czuł się z tym zbyt dobrze. Po głowie kołatały mu się wciąż jej ostanie słowa. Wspomniała coś o winie. Antoni uznał, że musi się napić, może to rozjaśni mętlik w jego głowie, skierował więc swe kroki do piwnicy gospodarczej, jak nazywał jego dziadek drugie podpiwniczenie domu.
Wejście do składu win znajdowało się w głębi holu, pod schodami prowadzącymi na pierwsze piętro. Otwierając drzwi do piwnicy włączył światło, którym okazała się zakurzona goła żarówka u dołu schodów. Z tego co pamiętał, nigdy do tej pory nie był sam w tej piwnicy, zawsze to dziadek wyruszał po mocniejsze trunki, każąc wnukowi zostać. Piwnica składała się z trzech pomieszczeń: krótkiego korytarza z sufitem tak niskim, że Antoni prawie musiał się schylać, aby nie zawadzić o kolejną żarówkę, niewielkiego pomieszczenia po lewej, w którym zainstalowany był kocioł ogrzewający dom, oraz większego na końcu korytarza, gdzie mieścił się skład win i  zapas konfitur, zrobionych jeszcze przez Annę, matkę Antoniego i córkę Jana, zmarłą trzy lata temu.
Mężczyzna uśmiechnął się na ten dowód zapominalstwa dziadka. Konfitury stały w najdalszym kącie pomieszczenia, za drewnianymi starymi stojakami na wina, ustawionymi jak ściany dzielące pomieszczenie na kilka części. Ta część piwnicy miała dość duże rozmiary, odpowiadające salonowi na parterze. Spora szafka z domowymi wyrobami była niemal niewidoczna, gdyż żarówka mająca oświetlać tę przestrzeń nie działała. Skierował uwagę w tamtą stronę jedynie dlatego, że coś zamigotało z tamtego kierunku.
Zaciekawiony podszedł do ciemnego, zakurzonego mebla. Gdy go obejrzał, ze zdziwieniem stwierdził, że na najniższej półce prawie nie ma śladu kurzu, a podłoga jest wydeptana. Schylił się by sprawdzić, czy coś tam nie stoi, ale półka przylegająca do podłogi była pusta. Miał już się podnieść, kiedy w głębi półki coś znowu błysnęło. Zaintrygowany ukląkł, a następnie prawie się położył na brudnej ziemi, sięgając ręką daleko wgłąb wnęki. Gdy ją w końcu wyciągnął, trzymał małe, proste, kwadratowe lusterko. Jeszcze raz obadał wnękę skrupulatnie i stwierdził, że w miejscu lusterka znajdował się mały, regularny otwór.
Nagle go olśniło.
– Oczywiście!
Z kieszeni wyjął pakunek od Zuzanny, kluczyk oraz papier, ten drugi chowając szybko z powrotem do kieszeni. Po krótkim zmaganiu z zamkiem wyjął dno szafki i to co znajdowało się pod nim –  była to dość duża szkatułka z czarnego drewna.
Przejęty ciekawym znaleziskiem, mogącym mieć coś wspólnego ze śmiercią Zuzanny, a kto wie czy i nie z wypadkiem dziadka, wbiegł na pater a następnie na piętro po skrzypiących drewnianych schodach i zamknął się w gabinecie Jana.
Szkatuła wydawała się bardzo stara, zachowała się jednak w doskonałym stanie.
Na wieku widniały rzeźbienia, stylem przypominające celtycką lub normańską plecionkę z charakterystycznymi mitycznymi stworzeniami. Nie było zawiasów ani żadnego widocznego zamknięcia, więc po prostu zdjął wieko.
W środku znajdował się kawałek iluminowanego pergaminu w charakterze średniowiecznej biblii. Zgrabne gotyckie literki w niektórych miejscach były zamazane, jak gdyby stronica miała bliską styczność z wodą, jasne jednak było że język, którym była zapisana, to w większości łacina.
W pudełku umieszczony został również dziwny wisior ze srebra, owinięty w wyblakły błękitny delikatny materiał. Był on nawet bardziej niż dziwny : dość długi srebrny płaskownik, do noszenia na pewno nie za wygodny. Z jednej strony na krótszym boku posiadał trzy wcięcia, a nad nimi wycięte sześć prostokątnych otworów, wyglądających niczym kod kreskowy. Całość płytki  pokryta została grawerem przypominającym pędy roślin. Wisior był przypięty do srebrnego łańcucha o grubych, prostokątnych ogniwach, łączonych ruchomymi zamkami. Gruby, masywny kawał srebra. Antoniemu przypominał bardziej klucz, niż ozdobę.
Po obejrzeniu wisiora spojrzał ponownie na pergamin. Całość spisano po łacinie, zgrabnym gotykiem. Choć na pierwszy rzut oka przypominał kartkę ze starej Biblii,  po dokładniejszym obejrzeniu dało się stwierdzić, że to stronica z chorału – tekst pieśni i średniowieczny zapis nutowy, dobrze znany z większości chorałów. Dokładnie rzecz biorąc był to kanon śpiewany przy adoracji Grobu Pańskiego.

Adoramus te Christe, benedicimus tibi,
quia per crucem tuam redemisti mundum,
duia per crucem tuam redemisti mundum.

Antoniego zastanawiało, co może kryć ten pergamin. Przecież dziadek nie schował go z umiłowania do muzyki. Jedno było pewne – miał on coś wspólnego z tym wisiorem. Tylko co?
Za oknem było już zupełnie ciemno. Oprzytomniał nieco i przypomniał sobie, że w barze czeka na niego Dorota. Już miał wychodzić, gdy przez okno zobaczył podjeżdżającego pod posesję mercedesa. Natychmiast nieomal skojarzył, że musi to być ten sam “mesio”, który potrącił panią Zuzannę.
“Nie ucieknę” – pomyślał w popłochu – “Muszę ukryć tę szkatułkę tak, żeby jej nie znaleźli.”
Wybiegł  na korytarz. Z szafki z narzędziami wyjął pospiesznie mocną taśmę klejącą oraz kilka worków na śmieci, następnie włożył szkatułę do worka i dokładnie zakleił, powtarzając tę czynność jeszcze kilka razy. Z pakunkiem tym poleciał pędem do ubikacji i migiem schował szkatułkę w spłuczce. Wyskoczył, zgasił światło i chwycił wiszący na ścianie rapier. Postanowił godnie przywitać intruzów.
Chciał zadzwonić na policję, ale telefon nie działał. W domu była co prawda jeszcze komórka, ale w odległej bibliotece, w biurku dziadka. “Chyba jednak w końcu kupię tę komórkę” – pomyślał. – “Smycz, bo smycz ale trudniej ją odciąć od linii.”

Intruzi włamali się do domu, wyłamując dopiero co założony nowy zamek. Znowu zaczęli robić demolkę. Jeden z nich wreszcie krzyknął:
– Panie Krzemiński, wiemy że pan tu jest! Proszę nie utrudniać sprawy! I tak pana znajdziemy, a wtedy będzie pan umierał długo i boleśnie!
Antoniemu propozycja nie wydała się zachęcająca. Postanowił jakoś wyrwać się z domu. Po cichu zbliżył się do okna balkonowego od strony ogrodu. Otworzył je i ześlizgnął się po kolumience ganku.
Niestety, bandyci zauważyli go. Puścił się biegiem w stronę sadu.
Znał tę działkę na wylot – od dziecka bawił się w poszukiwaczy skarbów w lekko zapuszczonym ogrodzie dziadka. Napastnicy byli jednak sprawni i wysportowani. Jeden z nich szybko dogonił Antoniego i próbował go dźgnąć nożem.
– Nie radzę, ja mam dłuższy nożyk! – rzucił chłopak kpiąco, robiąc błyskawiczny unik. Jak zawsze w sytuacji stresującej uruchamiało się jego specyficzne poczucie humoru. Bandyta, nie zważając na jego przechwałki, zaatakował ponownie. Antoni zbił cios i uderzył ostrzem z całej siły w korpus przeciwnika. Chociaż rapier był tępy, to takie uderzenie solidnym kawałkiem metalu okazało się skuteczne.
Następny ścigający go bandzior był uzbrojony w pistolet. Jak tylko go zobaczył, zaczął strzelać. Antoni uciekał ile tylko miał sił w nogach. Co chwila wbiegał między drzewa, za iglaki i kamienie. Chciał dobiec do muru, za którym była ruchliwa ulica. Tam powinni odpuścić.
Wreszcie udało mu się dotrzeć do celu. Doskoczył do muru i sprawnie zaczął się wdrapywać na wierzchołek. Był juz prawie po drugiej stronnie, gdy z powrotem ściągnęła go bezwzględna siła. Upadł na ziemię i zanim zdążył coś zrobić, oszołomił go potężny cios w szczękę.
Ocknął się przywiązany do fotela w salonie na parterze willi.
Wszyscy napastnicy mieli kominiarki, więc nie wiedział z kim ma do czynienia. Strasznie bolała go głowa. Czuł, że został dodatkowo czymś odurzony.
Jeden z mężczyzn, jedyny ubrany w szary garnitur, podszedł do niego i uderzył w twarz.
– Ocknij się pan, panie Antoś, bo mam do was parę pytań.
– Nie wiem jak inni, ale ja nie mam ochoty na odpowiadanie na żadne pytania – odburknął Antoni.
Kolejny cios wylądował na jego twarzy.
– My nie żartujemy, chyba się już przekonałeś dzisiejszego popołudnia?
– Nie wiem o czym mówisz.
Pan w szarym garniturze skinął na jednego ze swoich ludzi. Ten podszedł do fotela i z całą siłą uderzył Antoniego w brzuch.
– Szkoda, że dzisiaj nic nie jadłem, przynajmniej mógłbym ciebie obrzygać.
Kolejny cios wylądował na jego brzuchu, tym razem splunął krwią.
– Twarda sztuka z ciebie, ale gra na stłuczenie do nieprzytomności nic ci nie da. Ocucimy ciebie, podleczymy i znowu zaczniemy rozmowę, więc gadaj, co wiesz!
– Dobra, dobra, ale co ja mam takiego wiedzieć? – odparł  Antek z przekąsem. – Zanim któryś z twoich goryli znowu mi przywali, sprecyzuj pytanie.
Oberwał ponownie, tym razem w twarz.
– Jak sobie życzysz! – syknął elegant. – Gadaj, co ci powiedziała ta stara suka w kawiarni!
– Złożyła kondolencje, była znajomą dziadka i dopiero co wróciła do Polski. Jak się dowiedziała o jego śmierci, to postanowiła mi przekazać wyrazy współczucia.
Po tej odpowiedzi oczywiście znowu poczęstowano go pięścią.
– Wy chyba jacyś niewyżyci jesteście. Prawda czy kłamstwo, musisz w coś walnąć. Tu jest granitowy kominek, jeżeli ci to sprawi przyjemność, to proszę bardzo, wal w niego pięścią, ile wlezie.
– Szefie – odezwał się ten, który bił Antoniego – On jest tak samo upierdliwy jak jego starzy i ten stary pryk. Prędzej da się zabić, niż coś powie. Ze starym poszło czysto, bo go przytapialiśmy. Jego rodzice też pary z gęby nie puścili, ale oni mieli samochód, można było upozorować wypadek, a z tym co zrobimy?
– Ty się nie martw, rób swoje. Już ja się zajmę tym ptaszkiem.
Mężczyzna w szarym garniturze podszedł do Antoniego i zaczął palcem trącać go w policzek.
– Słuchaj uważnie, będę ciebie wysyłał do krainy umarłych i z powrotem wyrywał do życia. Zanim na dobre umrzesz, wyśpiewasz wszystko.
W Antonim wrzało. Te sukinsyny zabili jego rodzinę. Był teraz bezsilny i zdany na ich niełaskę.
Gniew przysłonił mu trzeźwe myślenie. Kiedy kolejny raz nieznajomy puknął go wskazującym palcem w policzek, błyskawicznie odwrócił głowę i z całej siły zacisnął zęby na jego palcu. Musiał chwycić centralnie na stawie i włożyć sporo siły w to ugryzienie, bo odgryzł pół wskazującego palca napastnika. Ten zawył z bólu i uderzył go kolbą pistoletu w głowę. Antoniego znowu zamroczyło. Zadziwiająco szybko jednak odzyskał przytomność.
– Będę nad tobą się znęcał tak, że będziesz błagał o śmierć, ty archeologu za dychę, ale ja tobie tej łaski nie okażę! Chłopaki, brać go!
Czterech mężczyzn odwiązało Antoniego od fotela i boleśnie wykręcając ręce zaczęli wlec do wyjścia. W drzwiach jednak go puścili i zaczęli uciekać. Antek był tak oszołomiony bólem, że nie wiedział, co się wokół niego dzieje.
Po chwili usłyszał znajomy kobiecy głos.
– No, no, no. Pan Tajemnica się znalazł.
– Ju.. ju.. Justyna? – wybełkotał.
– Tak to ja. I co, odechciało się już panu strugać bohatera?
– Ttak..  Oooni zabbili moich rodziców, iiiiiiii dziadka ..ooorgh – dalej Antoni nie mógł mówić, bo znowu zakrztusił się krwią.
– Spokojnie, moi ludzie już wezwali karetkę. Teraz niech pan odpocznie. Porozmawiamy jak pan wyzdrowieje.
Antoni słyszał już te słowa jak przez mgłę. Delikatne ręce trzymające jego głowę sprawiły, że się odprężył i nic wkoło nie miało znaczenia.
Kiedy otworzył oczy, oślepiła go biel i światło.
Stał nad nim jakiś mężczyzna w kitlu oraz kilku policjantów.
– Budzi się – powiedział. – Idźcie zawiadomić panią Bielską. Panie Antoni, słyszy mnie pan?
Antoni skinął nieznacznie głową.
– Został pan ciężko pobity i leży pan w szpitalu. Ja nazywam się Zbigniew Krzyś i jestem pana lekarzem. Musi pan wiedzieć, że był pan w śmierci klinicznej i leżał w śpiączce przez dwa tygodnie.
– Panie doktorze, prawdę mówiąc nie pamiętam zbytnio, co się ze mną stało – odparł słabym, chropowatym głosem.
– Chwilowa utrata pamięci, to normalne po przejściu śmierci klinicznej i śpiączki. Teraz będzie pan na obserwacji, a potem czeka pana rehabilitacja. Musi pan nabrać sił.
W drzwiach stanęła Justyna Bielska.
– Dobrze, ja na razie zostawiam państwa samych – rzekł doktor służbowym tonem. – W razie potrzeby wie pani, gdzie mnie szukać. I jeszcze jedno: proszę wziąć pod uwagę, że po tym co on przeszedł, może mieć luki w pamięci.
– Dobrze panie doktorze, teraz raczej chciałabym zobaczyć, jak się czuje.
– Miło słyszeć, pani detektyw, że policja bierze pod uwagę stan zdrowia przesłuchiwanego – dorzucił, wychodząc na korytarz.

 

 

Weles

Odcinek 6

Lokal “Pod Kulawą Pszczołą” zdecydowanie przeznaczony był dla ludzi posiadających dystans tak do siebie samych, jak i do otoczenia. Dorota, obecnie siedząca w rogu jednego z pomieszczeń tegoż baru, zawsze ceniła sobie celowo wyeksponowaną dawkę kiczu podanego z ironią i wspomnianym wcześniej dystansem. Pod “Pszczołę” zaglądali ludzie specyficzni, swoiści przedstawiciele artystycznej cyganerii i awangardy w różnych postaciach. “Pszczółka”, choć z nazwy kulawa, mogła poszczycić się tym, że mimo wszystko nie stała się oazą dla pasjonatów minimalizmu, kubizmu, dadaizmu, rzeźby współczesnej i reszty nowomodnych w ten czy inny sposób bzdetów.
Szło spotkać tu więc i ludzi wyglądających czy zachowujących się jak hippisi, osobników ubranych po prostu z klasą, metalowców różnych odmian, gdzieś nawinął się jakiś rastaman, w tym tyglu uwagę zwracał też ulubiony barman Doroty, który nie dość, że wyglądał jak Paul McCartney za młodu, to jeszcze miał podobny głos.
– Siedzisz tu, milczysz, nic nie zamawiasz i nikogo nie kokietujesz – zagadnął do niej, zbliżając się na chwilę do jej stolika. – Jak nie ty, Karmel – może się jej wydawało, ale chyba był trochę zatroskany.
– Antoś powinien tu być – spojrzała na zawieszony na ścianie zegar, którego za duże, błyszczące wskazówki dawały efekt z lekka komiczny. – Już dwadzieścia minut, a ten łamaga się spóźnia.
– Jaki Antoś? – barman zmarszczył brwi.
– Mój drogi kuzynek, Bączku – wyjaśniła, pokazując język spomiędzy pomalowanych beżową szminką ust. – Nie masz klientów do obsłużenia? Chyba nie mam nastroju na gadanie.
– Ilość klientów dzisiaj nie powala – odpowiedział jej – I nie widzę na razie, by ktoś mnie wołał.
Nie doczekując się odpowiedzi ze strony Karmel, która była zajęta obserwowaniem swoich paznokci, kontynuował:
– Nie możesz do niego zadzwonić?
– Zapomniałam dodać, że Antoś nie ma komórki – zmrużyła oczy, od barwy których wzięła się jej ksywka.
– Chyba jesteś w dupie, Karmel – pokiwał głową Bączek. Odwrócił się, pogwizdując pod nosem melodię “Michelle” łatwiej do odgadnięcia grupy.
Dorota nie była jednak dziewczyną, która pozwala sobie na bezradność. Zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji i była wtajemniczona w pewne rzeczy od jakiegoś czasu, Antoni zaś przez cały ten okres był grzecznym archeologiem w marynarce bądź białej koszuli.
Gdy tak rozmyślała, zrobiło jej się ciemno przed oczyma, na ułamek sekundy straciła kontakt z rzeczywistością. Wszystko jednak skończyło się bardzo szybko, chociaż pod powiekami Karmel wypalił się wyraźnie jeden obraz – Antosia leżącego w szpitalnym łóżku. Wiedziała już, co musi robić.
Orzechowowłosa dziewczyna wydobyła z torebki telefon. Wybrała właściwy ( a przynajmniej taką miała nadzieję…) w tej sytuacji numer, minęło jednak trochę czasu, nim udało się jej dodzwonić.
– Moja droga Karmel – dobiegł do niej głos o charakterystycznym tonie, jak zwykle pełnym swoistego entuzjazmu – Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z wagi swego grzechu, ale właśnie grałem na nowej gitarze “Lust or Love” Scorpionsów…
– Słuchaj – wtrąciła, uśmiechając się od pierwszych chwil rozmowy – Po pierwsze primo, ty nigdy nie byłeś dobrym gitarzystą…
– A co po drugie primo? – celowo zabawił się konwencją jej rozmówca.
– Po drugie primo – ciągnęła – mam do ciebie ważną sprawę.
– Jak trwoga to do boga, co…?
– Marco – rzekła do niego, biorąc oddech – Czy byłbyś w stanie… wykraść kogoś ze szpitala? – padło pytanie.
– Kiedy? – odpowiedź dotarła do Karmel po krótkiej przerwie.
– Jak najszybciej.
– A nawróciłaś się na jedyną słuszną muzykę, koleżanko? – Dorota spodziewała się tego.
– Nigdy całkowicie i nigdy absolutnie – zachichotała, mimo wszystko, nieskromnie rozbawiona.
– Cóż – rzekł z właściwym sobie przekąsem człowiek zwany Marco – Książęce Ciemne chyba załatwi sprawę w kwestii zapłaty.

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->