fbpx
Tag -

przemysław

Varia

Przemysław Kubisiak – Wybrana przez bogów

432 Wyświetleń

Słońce stało wysoko mimo wczesnej budzącej nowy dzień pory. Ciepłe i ostre promienie przedzierały się przez szczelinę drzwi utkanych z belek i świeżo przyciętej świerszczyny. Niewielki domek stał na skraju lasu oddalony od najbliższego grodu około pół dnia drogi. Lekko spróchniałe belki wypchane dorodnym mchem stanowiły równe i dość wysokie ściany zwieńczone spadzistym pokrytym strzechą dachem. Wydeptana wokół ścieżka zakryła bujną niegdyś ściółkę porastającą najbliższe okolice domostwa. Kilkanaście kroków w głąb lasu, wznosił się niewielki szałas będący dogodnym miejscem do przechowywania drewna oraz suszenia pojedynczych skrawków mięsa mającego zwabić łasą na każdy kąsek zwierzynę.

Silny powiew wiatru przechadzającego się w koronach drzew zapowiadał niechybnie nadciągającą burzę. Żar z nieba bił w spragnioną deszczu przyrodę, która skłaniała się na wietrze nie mając już siły na opór. W okolicach chałupy kręciła się młoda dziewczyna, która zbierając owoce lasu podśpiewywała radośnie niczym rusałka. Uwijała się przy drobnych pracach domowych oraz przy pielęgnowaniu rannego lisa, znalezionego po drugiej stronie lasu. Mimo obcego otoczenia zwierzę nie wyrywało się z rąk opiekunki, wręcz przeciwnie lgnęło do dziewczyny niczym do pełnego jaj kurnika.

– Nie martw się mały – szeptała dziewczyna wcierając w ranę zwierzęcia pozyskany z ziół olejek – Dobry Simargł pomoże ci wrócić do pełni sił byś znów hasał po lesie jak nowo narodzony.

Pierwszy grzmot na niebie zapowiedział upragnioną od tygodni burzę. Dziewczyna wierzyła, że to boski Perun, bóg grzmotów i błyskawic wszedł w komitywę ze swa małżonką Perperuną, panią deszczu i urodzaju, dzięki czemu pobłogosławili oni ludziom i przyrodzie dając niezbędny i życiodajny opad. Nieboga uprzątnęła obejście domu, następnie uplotła z trawy legowisko dla rannego zwierzęcia. Gdy dopełniła ogólnych porządków padła na kolana i kierując wzrok ku niebu westchnęła w krótkiej modlitwie ofiarują bogom bukiet świeżo uplecionych ziół i kwiatów. Kolejny grzmot przeszył nieboskłon co dziewczę potraktowało jako odpowiedź i przyjęcie skromnej ofiary. Nim spadły pierwsze krople deszczu młódka rozstawiła kilka drewnianych naczyń celem zdobycia wody z nieba przydatnej do maści, wywarów i zwalczania innych pochodzących od złego licha chorób.

Trzask łamanych gałęzi podrażnił słuch niczym kolejny grzmot na niebiesie. Szybko dało się wyczuć gwałtowny wicher, który przyniósł ze sobą typowy swąd, w którym dziewczyna szybko rozpoznała brak przypadku. Odwróciła się gwałtownie, lecz wiedząc, że niczego nie ujrzy, ruszyła w głąb lasu. Powiew wzmógł się na tyle, że zbliżająca burza przestała być słyszalna zaś wystraszony lisek uciekł do izby zapominając o zranieniu. Dziewczyna zasłoniwszy oczy ręką, weszła kilka kroków w las, gdzie – ku oczekiwaniu – dostrzegła stojącego między konarami wilka. Czarny jak noc i umięśniony niczym byk patrzył wielkimi ślepiami, żarzącymi się jak świeżo rozpalony płomień. Boruta, duch roślin i zwierząt – szepnęła pod nosem nieboga – zazdrosny o ofiarę złożoną Perunowi i Perperunii – dodała – Zaraz znajdę coś dla ciebie. Zwinnym susem skoczyła w stronę szałasu, gdzie suszyły się dwa kawałki mięsa. Nim chwyciła pierwszy ochłap Boruta ruszył w jej stronę nabierając prędkości jak pędzący w górki wóz. Pot spłynął po plecach dziewczyny, która w obawie przed demonem cisnęła mięso dokładnie pod umięśnione i włochate łapy. Zwierzę zatrzymało się chwytając łapczywie daninę. Kiedy drobne kostki strzeliły w pysku potwora dziewczyna szeptała pod nosem gusła przeznaczone na odpędzenia ducha Boruty w głąb lasu skąd przyszedł nie pierwszy już raz. Kiedy skończyła cedzić zaklęcia wilk zaczął tracić swą posturę, przybierając typowe dla dzikiego psa ciało. Przerażone zwierzę warknęło na młódkę po czym chwytając resztkę mięsa uciekło skąd przybyło.

– I tym razem udało się, choć Boruty coraz częściej pod chałupę podchodzą – pomyślała z niepokojem.

Wielkie jak dłonie krople spadły leniwie odbijając się od suchej ziemi. Dziewczyna wróciła do domu, lecz zatrzymując się przed wejściem skierowała twarz ku niebu. Wzmagający się opad zmoczył jej twarz, dodając jędrnej skórze ochłody i wytchnienia. Drzwi obejścia ledwo wytrzymywały siłę wiatru, gdy burza rozszalała się na dobre. Belki trzeszczały i skrzypiały uginając się jak sfatygowana łódź, zaś nieszczelny dach przepuszczał wodę, która skraplała się wprost do glinianego dzbanka. Młoda dziewczyna zdawała się nie reagować na targaną przez naturę chatą. Siedziała w kąciku przy niewielkim palenisku gotując coś w kociołku. Zapach dodawanych ziół i przypraw sprawił, że nawet lis przybliżył się do trzaskających polan wyciągając nos i łowiąc najdrobniejszy zapach. Kiedy burza ustała na dobre młódka otwarła drzwi domu co by wpuścić do wnętrza nieco świeżego i rześkiego powietrza. W oddali od strony grodu ujrzała maleńkie sylwetki zmierzających w jej stronę ludzi. Nie przywiązała do tego wagi, myśląc, że to wędrowcy, którzy zmienią kurs omijając jej domostwo. Rzeczywistość jednak okazała się inna.

***********************  

Grupa kilkunastu wojów tłoczyła się w niewielkiej izbie. Wypełniający ją dym szczypał w oczy i drapał w gardła, jednak żaden z obecnych nie chciał otworzyć ciężkich dębowych drzwi, aby zrobić lekki przewiew. Opaśli brodacze zajęci byli kłótniami, przepychankami co potęgowały niosące się w eter krzyki i chichoty. Większość z nich przywdziana była w napierśniki i pumpiaste spodnie, których nogawice niknęły w wysoko sznurowanych butach. Szerokie pasy, do których przytroczono miecze posiadały liczne ornamenty i połyskujące srebrem ćwieki.

– Ja to bym ją najpierw ze skóry obdarł – wrzeszczał najgrubszy z zebranych – A potem psom na pożarcie rzucił.

– Prędzej sami byście ją zeżarli Sobiemirze, a nie psom oddali! – odparł stojący najbliżej wojak wzbudzając gromki ryk zebranych.

– A ciebie na deser Wysławie! – odgryzł się grubas.

– Faktem jest, że dziewka nadal czarną magię praktykuje. Nie godzi się, żeby blisko grodu naszego takie praktyki dopuszczać. To przez nią bogowie deszczu nie zsyłają swoim gniewem nas karząc.

– Po lesie się ugania szepcząc magiczne gusła pod nosem – wtórowali dwaj bliźniacy z warkoczami na głowach.

– A skąd to wiecie, że niby gusła wypowiada? – zapytał z ciekawości Sobiemir wlewając w siebie zawartość glinianego dzbana.

– Bo moja mówiła, że ją w zaroślach podsłuchała – odparł jeden z braci.

– Jeśli to by wiedźma była, to od razu by waszą babę przez instynkt magiczny dostrzegła.

–  I tak się stało, bo Lutka spieprzyła aż jagody w krzakach zostawiła – ryknął śmiechem drugi z braci wzbudzając radość wśród reszty.

– Ustąpcie już bracia! – przemówił jedyny siedzący mężczyzna – Czas, żeby decyzję jaką podjąć nie zaś za łby się szarpać.    

Głosy zebranych ucichły zaś głowy skierowały się w tę samą stronę jak na komendę. Kilkanaście par oczu utkwionych było w mężczyźnie, który siedział wygodnie taksując wszystkich przenikliwym wzrokiem. Kiedy podniósł się z siedziska wojowie rozstąpili się bez słowa robiąc przejście niczym dla króla. W przeciwieństwie do pozostałych, mężczyzna miał krótką i zadbaną brodę na ramiona zaś opadały długie i nieco przetłuszczone włosy. Na skroni nosił złoty diadem z wykutym orłem widocznym na frontonie. Długi i szeroki na cztery palce miecz wisiał u pasa przeważając go na lewą stronę.

– Nie od dzisiaj nam wiadomo, że różne podania o dziewce głoszą – rozpoczął wódz przechadzając się wśród zebranych – Baby nasze najczęściej, lecz najmniej spójnie tę kwestię podjudzają. Jedne mówią, że wiedźma, bo w pełni księżyca w niebo się unosi inne jeszcze twierdzą, że duchy z lasu wywołuje magicznymi zapachami je nęcąc. Są też i opinie, że młódka bogów się nie boi rozmawiając z nimi jak równa z równym.

– Temu deszczu na nas nie spuszczają! – wtrącił się Wysław symbolicznie podnosząc wzrok ku niebu.

– Możliwe, że dobrze prawicie – poparł wódz – Pewności jednak nie mamy.

– A jakich nam jeszcze dowodów potrzeba? – spytali równomiernie bliźniacy.

– Co zatem radzicie drodzy Witowie? – zapytał wódz siadając na powrót na swym miejscu.

W izbie zapanował gwar. Dzbany i kubki poszły w ruch wzniecając w powietrzu woń sfermentowanego jęczmienia. Niektórzy żywo gestykulowali, inni stali w milczeniu słuchając sąsiadów, jeszcze inni pili racząc się przednim i dojrzałym trunkiem. Kilku z obecnych sięgnęło nawet po miecze w proteście przed odmiennym poglądem wobec pozostałych co szybko stłumiono przywracając pokojową atmosferę. Po dłuższej chwili Wit imieniem Zamir, podszedł do oczekującego wodza i z racji swego starszeństwa przemówił w imieniu zebranych.

– Niech imię Peruna boga nieba, Swaróga boga słońca i Welesa pana zaświatów będzie wychwalane i czczone po wsze czasy!

– Niech będzie wychwalane! – odparli zebrani.

– Pierwszy z Witów i wodzu nasz! Zebrani tu witowie wobec bogów naszych i ciebie uradzili, że trzeba dziewkę pojmać i przed radą naszą postawić. Nie godzi się, aby pod nosem naszym diabelskie czary uprawiać. Posłuchać jednak warto co dziewoja ma na swoje usprawiedliwienie. Warto też, o przyczynę ją zapytać a nadto skutki jej działań przedstawić które na nas się odbijają.

– Znacie sprawę córki Bożeny, nijakiej… – wódz przerwał próbując przywołać w pamięci imię dziewczęcia.

– Zwą ją Dalebora! – podpowiedział najmłodszy z zgromadzonych o rzadkim jak kaktus zaroście.

– Słusznie bracie! – poparł wódz – Uzdrowiona została, kiedy nasi do Welesa już ją odprawiali.

– To jedyne tego typu zajście – odparł Zamir – Ludzie cud bogom przypisali, samej zaś dziewce przypadek zawdzięczając. Nic tylko przed radą ją postawić i opinii druidów zasięgając.

– Skoro taka wasza wola, niech się wypełni – zadecydował wódz – Dwóch zbrojnych niech pod las jedzie i wiedźmę do grodu dostarczy.

– Dwóch panie? Toż to czarci pomiot i siła nieczysta, może ją rozpierać! – zaprotestował brodaty opas z drugiego końca sali.

– To trzech wojów niech po dziewkę ruszy co by się dwójce przez przypadek nie wyrwała!

– My byśmy czterech radzili – wtrącił kolejny z zebranych.

– Odstąpcie bracia! – warknął wódz podrywając się z miejsca – Ruszać w drogę! I podszepty sobie darować! Postanowione!

Kiedy czterech zaopatrzonych w włócznie i miecze wojów opuszczało granice grodu, na niebie zbierały się czarne jak noc chmury. Pierwsze błyski uderzały w horyzont zapowiadając upragnioną od tygodni burzę. Czyżby i tym razem rozmowy dziewczyny z Perunem przyniosły zamierzony efekt? – pomyślał wódz obserwując oddalających się zbrojnych – Niech was bogowie prowadzą – dodał po czym wrócił do izby.

***************************  

Powiew świeżego i chłodnego wiatru niósł orzeźwienie. Zroszone deszczem kwiaty otwierały swe kielichy prezentując bogatą gamę barw zaś trawy stały się bardziej zielone i sprawiały wrażenie jakby rosły w oczach. Melodyjne śpiewy ptaków niosły się echem po lesie odbijając od konarów drzew i wracając z powrotem. Całe piękno zakłócały delikatne drgania ziemi zwiastujące zbliżających się konnych. Dziewczyna patrzyła z niepokojem zdając sobie sprawę, że wcześniejsze obawy nie były bezpodstawne. Zbliżające się postaci rosły z każdym krokiem nabierając kształtów i wyrazistości. Tętent kopyt bił o ziemię przywołując na myśl pędzące stado dzikich koni. Gdy dotarli na miejsce zastali spokój i ciszę. Nie schodząc z koni okrążyli chałupę dobywając mieczy. Zdziwienie wzięło górę, kiedy nie zastali nikogo, mimo iż jadąc w stronę lasu wyraźnie dostrzegli sylwetkę kobiety. Nie myśląc długo dwóch wojaków zsiadło z koni i powolnym krokiem podeszło do lichych drzwi chałupy. Kolejnych dwóch zabezpieczało ich z tyłu mierząc przed siebie długimi na pięć łokci włóczniami. Pewno siedzi w środku – szepnął jeden ze stojących pod drzwiami, podczas gdy jego towarzysz zamachnął się długim i przysadzistym kopniakiem wywalając drzwi. Tuman kurzu wzbił się powietrze zasłaniając wnętrze. Nic się jednak nie wydarzyło.

– Wyłaź czarci pomiocie! – krzyknął jeden z konnych – Bo inaczej chałupę podpalimy.

Nie zważając na groźby kompana wojacy z mieczami wtargnęli do domostwa. Po dłuższej chwili dało się słyszeć piski i krzyki połączone z przekleństwami oraz groźbami oprawców. Mężczyźni wypchnęli dziewczynę, która potykając się o próg runęła wprost pod czekających na zewnątrz konnych.

– Wstawaj szelmo! – krzyczał jeden dźgając dziewczynę tępą stroną włóczni.

W tym czasie wychodzący z domu zarzucili gruby powróz na szyję dziewczyny ściągając go ciasno. Młódka zakrztusiła się dusząc spazmatycznym kaszlem. Jeden z oprawców ciął skórzanym pasem po plecach schwytanej co przyprawiło ją o kolejny upadek i paniczny wybuch płaczu.

– Teraz beczysz wiedźmo? Było wcześniej myśleć, zanim ze złym lichem paktować zaczęłaś – warknął jeden z wojów.

– Czego ode mnie chcecie? Czy komu krzywdę wyrządziłam? – krzyknęła dziewczyna w ataku rozpaczy i strachu.

– Jeszcze pytasz kreaturo? Już ci bogowie łaski nie okażą! Jedziemy!

– Gdzie mnie zabieracie panowie?

– Do grodu wiedźmo. Przed radą Witów staniesz choć kat i tak dla ciebie pisany! – odburknął zbrojny szarpiąc za kolejny sznur tym razem na dłoniach pojmanej.

Droga do grodu dłużyła się w nieskończoność. Zmęczona marszem dziewczyna coraz częściej dawała oznaki wyczerpania i niemocy. Smukła i niska postura nie zapewniała warunków do marszu, co dodatkowo utrudniały spętane ręce i zaciśnięty sznur na szyi. Na popas zatrzymali się w niewielkim zagajniku. Miska obroku i nieco wody ze strumienia musiały wystarczyć koniom, które dawały wyraźny znak swego niezadowolenia. Przywiązana do drzewa dziewczyna słaniała się na boki umierając z pragnienia. Jeden z oprawców widząc stan schwytanej podał jej końska misę napełnioną wodą.

– Niech ci panie bogowie wynagrodzą – szepnęła przez spękane wargi. Ten jednak zamiast dać jej pić, chlusnął w twarz dziewczęcia dając pozostałym powód do radości.

Nieunikniony zmierzch zapadł szybko wzbudzając lekki strach u przybyłych z grodu ludzi. Na myśl o spędzeniu nocy w towarzystwie wiedźmy ściskało ich w żołądkach.

– Nie dotrzemy przed zmierzchem – ocenił jeden z wojaków – Przyjdzie nam z nią nocą wędrować.

– Nie sposób ciągać dziewkę po nocy – wtrącił drugi – Na śmierć ją zatyramy a do grodu jedynie truchło do wleczemy.

– Nie ma rady. Musim wartę rozstawić i noc przeczekać – zadysponował kolejny – A z nastaniem brzasku – jak Swaróg da –  w drogę ruszymy.

Jak uradzili tak też się stało. Pierwsza para uzbrojonych we włócznie mężczyzn stanęło w odległości kilkunastu łokci od dziewki. Jarzący się w kaganku płomyk rzucał nikłe światło w jej kierunku. Ciepła noc ożywiła świerszcze i cykady które sprawiały wrażenie bardziej aktywnych niż zwykle. Nawet konie zdawały się drzemać w najlepsze pochrapując zdrowo i głośno. W głębi lasu dało się słyszeć trzaski czasem ciche piski, których pochodzenia stojący na warcie nie potrafili określić. Raz zdarzyło się nawet, że doszły do nich dźwięki tajemniczo zbliżających się kroków, które ucichły nagle jakby zapadając się pod ziemię. Zalani potem mężczyźni gapili się w ciemność próbując dostrzec cokolwiek, jednak ich wysiłki okazały się daremne. Po pełni księżyca zmienili wartę jednak oka zmrużyć nie mogli. Dopiero nad ranem, kiedy dzień widniał na horyzoncie odpoczywającym po służbie udało się zmrużyć oko regenerując siły choć w najmniejszej części.

– Słyszeliście co w nocy? – zapytał jeden z wyrwanych ze snu wojaków.

– Jeno świerszcze i cykady, no i konie które najwięcej ze snu skorzystały – odparł drugi.

– Nas dziwne głosy dochodziły. Ni to piszczenie, ni krzyki – kontynuował pierwszy – Raz to nawet jakby kto się do nas czaił, aleśmy nikogo nie dostrzegli.

Przez moment zapanowała cisza, która dała odczuć ciężar gorączkowych myśli związanych z diabelstwem które dwaj pierwsi wartownicy słyszeli w nocy.

– To wilkołaki panie! – wtrąciła się dziewczyna wzbudzając zainteresowanie najbliżej stojących mężów.

– Co za czort wiedźmo?

– To ludzie, którzy w nowiu księżyca wilkami się stają – odparła – Ofiar szukają by krwi nieco upuścić i zwierzęcą dzikość ujarzmić.

– To jak to że nas żywcem zostawiły?

– Mam amulet, który skutecznie je odstrasza. Podchodzić próbowały, jednak wisior musiał je hamować.

– Życie nam uratowałaś wiedźmo! – krzyknął trzeci z mężczyzn radują się bez opamiętania – Dajcie jej jeść i napitku nie żałujcie. Zasłużyła na porządną strawę co by siły przed dalszym marszem nabrała.

Od tego momentu wojacy zmienili nieco stosunek do pojmanej. Istotnie zawdzięczali jej życie, zatem chcąc odwdzięczyć się nieco posilili ją i z szyi powróz zdjęli. Dwóch z nich próbowało nawet porozmawiać z dziewczyną, ta jednak nie okazała się wylewną udzielając jedynie zdawkowych i wymijających odpowiedzi. Mężczyźni przekonali się szybko, że wiedźma nie jest taką, za jaką uważają ją mieszkańcy grodu, choć podejrzewali też, że to jedynie pozory by chciała własną skórę przed katem uchronić.

Kiedy słońce stanęło w zenicie, na horyzoncie pojawił się zarys grodu. Upalny dzień powodował, że zwalniali marszu nie chcąc sforsować dziewki, dla której dotarcie na miejsce to dopiero połowa tego co miało ją czekać. Kiedy czuwający na palisadzie łucznicy dostrzegli zbliżającą się grupę, zadęli w rogi dając sygnał mieszkańcom, iż zbliża się oczekiwany przez wszystkich moment. Drewniana brama rozwarła się ze zgrzytem, otwierając drogę na niewielki most umożliwiający przejście przez fosę. Ludziska wysypywali się na zewnątrz niczym zboże ze spichlerza. Część mieszkańców dzierżyła w dłoniach kije, widły a nawet garnki unosząc je do góry w proteście przeciwko tej którą prowadzono na sąd. Kiedy czteroosobowa eskorta zbliżyła się do grodu, w bramie pojawili się zbrojni, którzy starając się oddzielić niespokojny tłum torowali przejście dla przybyłych. Wulgarne wiwaty i okrzyki witały dziewczynę, która wycieńczona drogą nie zwracała uwagi na zebraną tłuszczę. Sypano w nią piachem i pluto, czasem ciskano drobny przedmiot czy fragment potłuczonego glinianego garnka. Mimo usilnych starań zbrojnych nie do końca udało się opanować motłoch, który wszedł do grodu zmierzając wprost pod ulokowaną w centrum izbę Witów. Dziewczyna rozglądała się na strony podziwiając drewniane budowle, które w porównaniu z chatą pod lasem stanowiły istny rarytas. Grube strzechy równo ułożonych wiązek kryły szerokie dachy opadające niemal do samej ziemi, zaś grube i ciosane bale piętrzyły na kilkanaście łokci wzwyż. W centrum grodu znajdowała się kamienna studnia, wokół której rozstawiono szerokie dębowe ławy. Obok zaś wznosiła się otwarta budowla, w której umieszczono posąg Peruna przyozdobiony kwiatami i wciąż tlącymi się ziołami.

– Chwała Bogom żeście cali i zdrowi dotarli – przywitał wojaków sędziwy mężczyzna z łysą jak kolano głową oraz zapuszczoną niemal do kolan brodą. Wspierał się na długiej drewnianej lasce, na szczycie której widniały dwa bycze rogi przymocowane czerwoną wstęgą. Odziany zaś był w powłóczysta szatę przepasaną rzemieniem. Na rękach nosił blaszane ozdoby w postaci szerokich na dwa palce bransolet na nogach zaś skórzane sandały.  

– Witaj Izborze! – odparł jeden z przybyłych – Po zachodzie na popas stanelim i zmrok nas zastał. Ale Bogowie mieli na nas pieczę – dodał.

– Bez wątpienia bracie, bez wątpienia – wtórował druid.

– Witowie oczekują? – kontynuował rozmowę wojak.

– Pierwszy jeszcze nie dotarł, dlatego czekać trzeba – poinstruował starzec – To jednak kwestia kilku wdechów a stawić się powinien.

Nim skończył mówić zgromadzony wokół tłum rozstąpił się niczym drewno w rękach drwala. W stronę sali dziarskim krokiem zmierzał wódz. Odziany był w napierśnik i spodnie z grubej skóry. Na ramionach powiewał purpurowy płaszcz, spod którego błyszczał długi na dwa i pół łokcia miecz. Na skroni pierwszego z Witów spoczywał zdobiony diadem z orłem na froncie. Dziewczyna przyglądała się na zmierzającego w jej stronę mężczyznę. Przywoływała w pamięci obrazy mogące świadczyć, że nie jest to pierwsze z nim spotkanie. Mimo usilnych starań nie potrafiła skojarzyć wodza, zapewne przez zmęczenie i pragnienie które doskwierało jej od rana.

– Chodźmy – ponaglił wojów Izbor, kiedy wódz dotarł do izby znikając w jej progu.

– Idziemy wiedźmo! – krzyknął zbrojny szarpiąc za krępujący ręce sznur.

Tłum poderwał się widząc wchodzących do izby. Krzyki, hałasy i podszepty towarzyszyły mieszkańcom, którzy pozostali na zewnątrz oczekując decyzji Witów.

W izbie panował półmrok, który w spiekocie dnia stanowił oazę wytchnienia. Jedynym źródłem światła był niewielki otwór umieszczony w centrum dachowego pokrycia. W narożnikach izby rozmieszczono duże misy przeznaczone do palenia kadzideł na cześć bogów. Na rzeźbionym siedzisku w centrum spoczął pierwszy z Witów. Towarzyszył mu siedzący na oparciu orzeł, który zerkał bystro na wchodzących do wnętrza ludzi przechylając łebek. Za nim zaś tłoczyli się pozostali należący do rady mężowie. Po prawicy wodza stał wsparty o laskę druid Izbor, dzierżąc w dłoni małą rzeźbioną figurkę Welesa, boga magii. Duszące opary wdzierały się do nozdrzy drapiąc gardło. Dziewka zakasłała zaś wielu zebranych zasłoniło twarze bojąc się złego uroku.

– Dajcie jej pić! – polecił wódz poprawiając się w siedzisku – Bo nam zaraz trupem padnie!

Jeden z Witów dobył miecz i chwytając nim za ucho pustego do połowy dzbana podał dziewcze, ta zaś przyssała się do naczynia spijając łapczywie zawartość. Kiedy skończyła, pierwszy z Witów skinął na Izbora, który ruszając w stronę dziewki zadał pierwsze, otwierające proces pytanie.

– Jak cię zwą?

Młódka patrzyła na druida, który krążąc wokół otaksował opłakany wizerunek nie przypominający typowej wiedźmy. W izbie panowała cisza jak makiem zasiał.

– Odpowiadaj, kiedy pytam! – warknął Izbor popychając dziewkę końcem drewnianej lachy.

Ta upadła na ziemię jednak szybko wróciła do pionowej pozycji pomimo związanych powrozem rąk.

– Nadia, panie – odparła wreszcie.

– Gdzie twój dom?

– Pod lasem panie, pół dnia drogi od grodu – poinformowała.

– Ojce, żyją? – drążył dalej brodacz.

– Nie panie, pomarli.

– Kim byli?

– Po kądzieli pracowali na roli zaś po mieczu handlem obwoźnym się parali.

– Skąd pochodzisz wiedźmo?

– Z południa panie – odparła co wznieciło szepty wśród zebranych.

– Ścichnijcie bracia – uciszył wszystkich wódz wznosząc dłoń ku górze.

– Mów dokładnie, skąd pochodzisz, bo cię każę batem na placu wysiekać – warknął Izbor chcąc zastraszysz oskarżoną.

– Z bagien panie, które tutaj zwiecie Mgliste – wydukała dziewka.

Wśród zebranych zawrzało. Mgliste bagna to przeklęta kraina, gdzie zapuszczał się jedynie człek o nie zdrowych zmysłach. Podania głosiły, że to tam rodzą się utopce, biesy i inne przeklęte przez bogów stworzenia. Kto tam poszedł, nigdy nie wrócił. Wieczny mrok i opary śmierci spowijały moczary zabijające wszelki objaw życia. Burzowe błyski i nieczyste opady z nieba dusiły, zabijały i pochłaniały duszę, która wracała na ziemię jako demon.

– Cóż nam więcej trzeba bracia! – krzyknął jeden ze stojących za wodzem mężów – Wiedźma z krwi i kości!

– Kłamstwo głosicie pany! – krzyknęła dziewczyna chcąc bronić się co sił.

Pozostali przekrzykiwali ją gotowi wykonać wyrok śmierci choćby tu i teraz.

– Niech mówi – przerwał wrzawę Izbor uciszając wszystkich – Niech mówi!

– Istotnie na południu ciągną się bagna, które swym wyglądem mogą człeka w mrok wprowadzić, dalej jednak jest kraina piękna, która jeszcze obfitsza od waszej się wydaje a którą mój lud zowie Podgórzem, bo nad głowami wielkie i dzikie skały się wznoszą.

– O Bogowie! O Czym pleciesz wiedźmo! Jakie znowu skały?

– Góry panie! Wielkie i strzeliste. Przez samych bogów usypane – odparła.

– To co sprawiło, że z tej boskiej krainy do nas cię przyniosło? – wtrącił wódz wywołując śmiech u zebranych.

– Zima panie! Tam ostra i sroga. Z gór chmury śniegu schodzą niszcząc dobytek i ludzi zabijając – tłumaczyła – Rodzice tak zginęli, temu dom opuściłam i na północ ruszyłam.

Druid zacisnął pięść czując drganie dzierżonej figurki. Zmarszczył brwi spoglądając na dziewczynę dziwiąc się, że przypuszczenia wszystkich okazały się mylne.

– Dobrze dziewka prawi! Mimo, iż nasze zdanie inne! – przemówił wskazując rozwartą dłoń z podobizną Welesa – Zatem nie można nam bogom się sprzeciwiać.

Kiedy skończył mówić dało się słyszeć grzmot, który wprawił w drżenie posady izby. Gęstniejąca atmosfera spotęgowała obawę, iż nie dość, że wiedźma w dziewce drzemie, to jeszcze wybraną przez bogów można w niej upatrzeć. Nie wiedzieć czemu zamiast skupić się na przesłuchaniu, dziewczyna wpatrywała się w siedzącego na oparciu orła, który nie pozostawał jej dłużny. Wszystkiemu przyglądał się również najstarszy z Witów Zamir który, póki co nie wypowiedział ani słowa chcąc ocenić sytuację. Teraz jednak postanowił zareagować.

– Czy prawdą jest, że Daleborę, córkę jednego z naszych uzdrowiłaś?

Znów zapadła cisza, w której nawet oddech orła stał się słyszalny.

– Prawda panie – odparła dziewka.

– Jak to uczyniłaś?

– Napar z ziół i owoców lasu uwarzyłam wszystko podszeptem do bogów ozdabiając.

– Podszeptem do bogów? – powtórzył tym razem Izbor – To aż tak cię słuchają, że na twoje życzenie wszystek spełniają?

– Nie wiem panie – tłumaczyła – Ja jedynie z pokorą proszę. Czasem się wypełnia, a czasem nie.

– Ludzie gadają, że złe co z lasu ciągnie potrafisz odpędzić urokiem albo i czarem jakim – zagaił ponownie Zamir, podczas gdy w oddali dało się słyszeć kolejny grzmot – Prawdą jest, że magią się parasz?

Dziewka patrzyła na zebranych poszukując choć jednej przychylnej sobie twarzy. Stłoczeni za wodzem mężczyźni zdawali się zaślepieni chęcią zemsty i rządzą śmierci. Nawet jedna para oczu nie dawała choćby cienia nadziei, że sprawiedliwość ma szansę dojść do głosu.

– O co mnie oskarżacie zacni mężowie? Czyż zawiniłam wam choć słowem? – szepnęła pod nosem, co doszło do stojącego obok druida.

– Jak śmiesz pytać nas o cokolwiek czarci pomiocie! – ryknął Izbor uderzając pięścią w twarz dziewczyny – Nie jesteś mężem co mógłby na naszą litość zasłużyć, lecz głupią babą i to w magii zamoczoną.

Nadia zapłakała leżąc twarzą na drewnianym podłożu. Znieważona, bosa i związana jak zwierzę szlochała do bogów chcąc oddać cierpienie które niesłusznie jej zgotowano.

Na raz dało się słyszeć głuche dudnienie do drzwi izby. Jeden ze stojących na wylocie ruszył do obejścia omijając szerokim łukiem leżącą na ziemi Nadię. Wszyscy wpatrywali się w woja licząc każdy krok dzielący go od celu. Kiedy uchylił drzwi do wnętrza wpadł roztrzęsiony i blady mężczyzna. Przyduża koszula, za krótkie spodnie i bose nogi zdradzały, że był jednym z pracujących w polu chłopów. W dłoniach miał wyraźnie porwany słomiany kapelusz.

– Wodzu! Pany Witowie! – rozpoczął zdyszany mężczyzna zerkając nieśmiało na leżącą dziewczynę.

– Co się stało Bogumile? – zapytał wódz – Mów rychło, bo nam z dziewką dość opornie idzie.

Chłop ponownie spojrzał na Nadię, która niezauważenie podniosła się na nogi ocierając twarz po surowym razie od druida.

– Znowu dziecko zginęło mości panowie! – krzyczał Bogumił odchodząc na krok od dziewczyny – Koleje niemowlę upiór z lasu porwał! Bogowie nas karzą! – zawodził – Co robić?

– Widział kto czarta jak dziecko porywa? – zapytał Izbor przenosząc uwagę na chłopa.

– Jam widział mości Izborze! Na własne oczy patrzałem!

– Jak wyglądał?

– Wielki i czarny jak noc, umięśniony jak tur jaki! Z zewnątrz na wilka wyglądał, ale przecie dzikie psy takie nie są! Ślepia czerwone jakby ogień w nich tańczył a zębiska – tutaj zademonstrował rękoma – Takie miał, jak szable jakie.

W izbie zapanował gwar. Mężczyźni dyskutowali wymieniając się spostrzeżeniami i usłyszanymi nowinami. Sam Izbor wrócił do szeregu, przysiadł na oparciu i szepcząc coś do wodza gestykulował wymownie.

– To boruta!

Zapadła cisza. Oczy zebranych skupiły się na dziewczynie, która stojąc na środku izby wlepiała wzrok w ziemię. Czas jakby się zatrzymał. Nawet znudzony przedłużającym się przesłuchaniem orzeł zerknął bystro na Nadię przechylając łebek.

– Czego tam znowu gadasz wiedźmo? – zapytał wódz przerywając milczenie.

– To boruta, panie – powtórzyła – Leśny demon przybierający zwierzęcą postać.

– Skąd to wiesz?

– Ostatnio często w te strony podchodzi. Najdalej wczoraj jednego spod chaty przegoniłam.

– Wiesz czego tutaj szuka? – zapytał tym razem Zamir.

– Nie wiem panie. I dziwnym wydaje się, że dziecko porwać zechciał. Prawdą jest, że boruta nie jest przychylnym człowiekowi, i często zwodzi go na manowce, dlatego podejrzewam, że dziecko za złym urokiem poszło, zaś demon porwał je ze świeżym mięsem myląc.

– Na bogów! – wyszeptał Bogumił wlepiając oczy w Nadię – To jej sprawka mości pany! To przez nią nieszczęście na nas spadło – krzyczał wskazując na dziewkę.

W sali ponownie zawrzało. Wódz kazał wyprowadzić spanikowanego chłopa i zamknąć drzwi pod pretekstem narady, którą trzeba w tej sprawie odbyć.

– Wiesz, jak odpędzić demona i spokój nam przywrócić? – zapytał wódz podnosząc się z siedziska.

– Wiem panie! – odparła pewnym głosem Nadia.

– Zatem będzie tak! Ruszysz do lasu co by złego odpędzić. Jeśli zginiesz, słuszną karę za czary poniesiesz, jeśli zaś wrócisz cało, daruję ci życie upatrując w tym wolę bogów, którzy istotnie przez ciebie działać lubują.

Decyzja wodza nie przyniosła pożądanej euforii, nikt jednak nie raczył jej podważyć. Wszyscy jak jeden mąż uznali, że pierwszy z Witów dobrze postąpił i sprawę uczciwie postawił.

********************

– Czego ci trzeba, żeby z demonem stanąć? – zapytał Izbor wyprowadzając dziewkę tylnym wyjściem.

– Szakłaku panie i woreczek soli – odparła Nadia rozmasowując zsiniałe nadgarstki – Poza tym dwa kawałki surowego mięsa i ogień rozpalony.

– Dostaniesz wszystko! A czy dziecko całe wróci?

– Nie wiem tego panie. Dziwnym jest, że boruta tak blisko grodu podszedł. To wielki demon, lecz strachliwy, choć przyznać trzeba, że agresywny i odważny jest ostatnio. Noc Kupały się zbliża, może dlatego bardziej aktywnie demony sobie poczynają – zamyśliła się chwilę po czym dodała – A nie znalazłoby się co dla mnie mości panie? Od rana nic w gębie nie miałam.

– Chleba i kaszy ze skwarkami dostaniesz, żebyś nie pomyślała, że ludzie z grodu mściwi i bezduszni są – odparł.

– Dziękuje wam. Obiecuję do bogów za was westchnąć – dodała prezentując delikatny i powabny uśmiech.

Dzień chylił się ku zachodowi. Czerwone jak ogień słońce wtuliło się w ziemię znikając za horyzontem. Polne robactwo zaczynało codzienny koncert przerywany hukaniem siedzącej na skraju lasu sowy. Wielkie ślepia świeciły w mroku niczym świeżo wybite monety. Po skromnym i upragnionym posiłku, dziewka kucnęła przy grodowej palisadzie szepcząc coś pod nosem. Tajemnicza czynność pochłonęła jej czujność i uwagę. Nie zorientowała się, kiedy podszedł do niej Izbor wręczając pochodnie i niewielkie zawiniątko.

– Co czynisz wiedźmo? Jakieś gusła na nas zsyłasz? – zapytał skonsternowany druid.

– Nie panie, jedynie za posiłek dziękuje i o opiekę Peruna proszę, co by mnie chronił przed demonem, z którym mierzyć się przyszło – tłumaczyła Nadia.

– Idź już! I niech wobec ciebie wola bogów się wypełnia – odparł nieco spokojniej po czym odszedł znikając za dębowym ogrodzeniem.

Dziewka ruszyła pewnie, lecz powoli. Mimo wątłego światła zdołała wypatrzeć pojedyncze ślady, które wzbudziły podejrzenie co do prawdziwości przesłania o Borucie. Przez chwilę pomyślała, żeby przeczekać do rana co ułatwiłoby nie tylko walkę, ale i wyśledzenie demona, jednak widząc coraz więcej śladów zdała sobie sprawę, że w tym przypadku noc będzie odpowiednią porą. Kiedy dotarła do granicy lasu, księżyc stał w pełni rzucając łunę na tonące w mroku drzewa. W głębi panowała grobowa cisza, przerywana przez delikatny powiew czającego się w koronach wiatru. Mimo trudnej widoczności, Nadia szła pewnie starając się przyzwyczaić wzrok do trudnych warunków. Po kilkunastu krokach dotarła do niewielkiej polanki oświetlonej przez stojący wysoko księżyc. Zewsząd dochodziła tylko cisza. Żadnych ruchów, podejrzanych dźwięków czy postaci. Przemierzyła polanę, która okazała się złudna, bo podmokła. Dogasająca pochodnia nie napawała nadzieją na ułatwienie zadania mimo to Nadia ruszyła w przód nie oglądając się za siebie. Na raz dało się słyszeć dziki ryk, niosący echem po lesie. Dziewczyna przystanęła wstrzymując oddech, zaś włosy na rękach samoczynnie stanęły dęba. W oddali przemknął cień, który dał jej pewność, że tajemniczy demon nie jest borutą. Nieprzyjazną atmosferę spotęgował wiatr, który wzmógł się gasząc ledwie ćmiącą pochodnię. Ciemność opanowała okolicę odbierając najmniejszą szansę na dostrzeżenie czającego się pomiota. Nadia wstrzymała dech modląc się do bogów o pomoc i interwencję.

– SZA-MA-WOT – przemówił szept szybując z podmuchem wiatru niepostrzeżenie niknąc za plecami.

– MET-KO-S – odparła dziewczyna wytężając wzrok w ciemności.

Na raz poczuła ukłucie w oczach które wywołało lawinę łez. Przymknęła powieki czując dyskomfort i dławiący strach. Po chwili jednak, dziwne uczucie zaczęło ustępować miejsca przyjemnemu i ożywczemu chłodowi. Powieki rozwarły się samoczynnie ukazując wyraźny i ostry jak brzytwa obraz lasu, który jeszcze przed chwilą otulał mrok. Drzewa świecące niczym pochodnie jarzyły się na tle ściółki pokrywającej podłoże niczym morska tafla. Każdy, najmniejszy nawet szczegół uchylał swego rąbka przed bystrym i przenikliwym wzrokiem dziewczyny. W jednej chwili dostrzegła człowieka, który siedząc wzdłuż leśnego ostępu opierał się o drzewo nie dając znaku życia. Pierwszy krok dziewczyny nie należał do udanych, bowiem podchodząca pod stopę gałązka trzasnęła niosąc echo po okolicy. Mimo to tajemnicza postać nie drgnęła sprawiając wrażenie odciętej od rzeczywistości. Nie chcąc powtórzyć błędu, Nadia zdjęła trzewiki, zaś drugą ręką sięgnęła po gałązkę ukrytego w torbie szakłaku. Woń dorodnej witki poszybowała przez las dochodząc do nozdrzy śpiącego. Człowiek poruszył delikatnie nosem po czym zerwał się na nogi sprawiając wrażenie zaskoczonego. Księżyc wychylił się zza chmur i przebijając przy bujne korony drzew padł na mężczyznę.

– Jesteś wreszcie Nadio! – stwierdził niemal nagi człowiek.

– Przyszłam po dziecko, któreś porwał czarcie! – odparła ściskając gałązkę.

– Aleś ty w gorącej wodzie kompana. Przypatrz mi się i zgadnij kim jestem?

Dziewczyna utkwiła wzrok w czarnych oczach rozmówcy. Znajome rysy twarzy i umięśniona postura przypominały jej kogoś sprzed lat. Nie musiała długo myśleć. Szeroki uśmiech mężczyzny odsłonił białe jak płótno zębiska przywołując niezatarty obraz z przeszłości.

– Gniewosz! – wycedziła uwydatniając blask napływających do oczu łez.

– Witaj! – przywitał się ponownie – Radość mnie ogarnia, że przybywasz.

– Wiedziałam, że bogowie przeklęli cię po stokroć, nie myślałam jednak, że aż tak.

Gniewosz przechylił głowę nasłuchując słów dziewczyny.

– Od samego początku wiedziałaś, że jestem wilkołakiem. Po tylu latach wyrzuciłaś mnie na bruk każąc odejść i zapomnieć. Po tym wszystkim co nas łączyło.

– Mieszkanie z człowiekiem wilkiem pod jednym dachem jest niebezpieczne – stwierdziła.

– Przez tyle lat nic ci nie zrobiłem, więc przez kolejne również niczego bym się nie dopuścił. Nikogo nie kochałem tak jak ciebie, tylko dzięki tobie potrafiłem zapanować nad siłami nowiu i powstrzymywać przed dzikością wilczego ciała. Lecz ty upatrzyłaś sobie tego szczura Bogusza, który i tak zostawił cię jak szmatę.

– To moja sprawa. Oddaj dziecko! – krzyknęła.

– Myślisz, że tak po prostu oddam ci bękarta i rozejdziemy się do domów?

– Czego chcesz? Możesz mnie zabić, lecz oszczędź berbecia – próbowała negocjować.

Gniewosz ponownie nasłuchiwał wykonując przy tym charakterystyczne dla zwierzęcia ruchy. Księżycowe promienie zbliżały się nieuchronnie, on jednak oddalał się o krok by zniknąć w cieniu drzew.

– Zdejmij ze mnie klątwę wiedźmo! – wycharczał chłopak – Albo zabij pozbywając cierpień na wieki.

– Wiesz, że nie potrafię! Nie mnie dane uroki odczyniać. Jedynie proste rzeczy zdziałać potrafię.

Widząc, że Gniewosz zbliża się małymi kroczkami, Nadia sięgnęła do woreczka dobywając pełną garść soli. Zwinnym ruchem rozsypała ją przed sobą czyniąc grubą i prostą linię, zaś pozostałością cisnęła w stronę wilkołaka. Demon starał się utrzymać nerwy na wodzy, jednak wytrzymał tylko przez chwilę. Cofnął się w tył robiąc nadludzkich rozmiarów krok, po czym stanął w centrum rzucanego przez księżyc światła. Twarz mężczyzny poczerniała, zaś goły tors zaczął pokrywać się czarnymi jak smoła kudłami. Bose stopy rosły wzdłuż zaś ostre pazury wrastając w ziemię ryły ślad niczym startujący do biegu wilk. Oczy mężczyzny nabrały dzikości. Twarz zmieniła się z każdą chwilą nabierając rysów charakterystycznych dla demona w wilczej skórze. Skóra mężczyzny pękała uwalniając wielkie i górowate mięśnie. Czerwonymi jak ogień ślepiami zmierzył dziewczynę, która przeczuwając atak, sięgnęła za pazuchę po niezbędne w walce z demonem zioła. Kiedy wilkołak ruszył w jej stronę przykucnęła rozsypując zawartość dłoni szeptając przy tym charakterystyczne sobie gusła. Demon pędził w stronę Nadii wyrywając darń soczystej leśnej trawy. Gniewosz wyczuwając sól i świeżo palone zioła zwolnił zdając sobie sprawę, że magicznej bariery nie zdoła łatwo przeforsować. Nie wiadomo skąd nad głową dziewczyny, zaczęły gromadzić się liczne świecące punkciki, które do złudzenia przypominały świetliki. Dziwne zjawisko nasilało się z każdą chwilą nabierając blasku. Demon zatrzymał się wbijając ślepia w ziemię.

– SZA-MA-WOT! – przemówił głos mknąc między świetlistymi punktami.

– MET-KO-S! – odparła Nadia zaś jej oczy rozbłysły

– PEN-KA-MOFOS-UA – powtórzył się szept wyraźniej niż poprzednio.

Nadia wstała na równe nogi i unosząc ręce w górę krzyknęła, co sił w płucach:

– WAAL-KA-T M-EFOR ANDA-LA!!!

Tysiące świetlików ruszyło zza jej pleców niczym strzały. Oślepiający blask uderzył w skuloną bestię wywołując ryk i histeryczne drganie. Jasność kumulowała się w energię, która zdawała się skrywać wielką moc. Wzmógł się wiatr, czochrając swym powiewem korony drzew jak i źdźbła wysokich traw. Bestia walczyła z palącym blaskiem, który palił żywcem. Mimo świadomości bliskiego końca, demon zdobył się na kontrolowany skok, dotkliwie raniąc nieświadomą niczego dziewczynę. Gładka jak jedwab skóra pękła uwalniając obficie tryskającą posokę. Nadia pisnęła waląc o ziemię jak kłoda. Próbowała okiełznać ból zarazem nie tracąc bestii z oczu.

– MET-KO-S! – szepnęła wzbudzając kolejne fale palącej bestię energii.

Gniewosz zwijał się w spazmatycznych bólach by po chwili stanąć w ogniu. Niebieski płomień tańczył na kopcącym się cielsku niczym na suchych polanach w kominku. Ryk bestii niósł się po lesie drżąc w jego posadach. Nadia sięgnęła po woreczek z ziołami i solą ciskając w płonącego żywcem demona. Ogień zaskwierczał jak przy świerkowych igłach przepuszczając w stronę wilka palącą sól. Potwór padł na ziemię w martwym bezruchu. Po chwili do uszu Nadii doszedł płacz ukrytego w zaroślach dziecka. Dziewczyna mimo bólu i zimnych potów poderwała się na nogi przeszukując miejsce, z którego dobiegał dźwięk. Po dłuższej chwili dostrzegła uwikłane w krzakach zawiniątko. Pobiegła czym prędzej tuląc dziecię do piersi. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że tajemnicza moc pozwalająca jej widzieć w ciemności przestała działać. Zmęczona i poważnie ranna Nadia zatonęła w wszech panującej ciemności. Jedyną oznaką światła była resztka dopalającego się wilczego truchła.

Przebudził ją blask stojącego w zenicie słońca. Las wyglądał jak nie pamiętający niczego niemy obserwator. Wszystko było na swoim miejscu, zaś po wilkołaku pozostała kupka popiołu. Ptaki śpiewały wesoło. Nadia schyliła się nad prochami rozgrzebując palcem zimny pył.

– Ja też cię kochałam – szepnęła pod nosem roniąc łzę – Jednak są w życiu sytuacje, których nie da się przezwyciężyć. Pozostaje wypełnić pustkę w sercu i starać się żyć dalej mimo bólu i tęsknoty. Niech bogowie będą ci ukojeniem Gniewku – dodała nabierając prochy w garść i rozsypując po okolicy – Zawsze będziesz w moim sercu.

Przeszywający ból targnął dziewczyną zwalając z nóg. W zdrowej dłoni trzymała zawiniątko które mimo wielu atrakcji spało jak suseł. Ranna strona pulsowała czerniejąc i ropiejąc. Nadia wiedziała, że zadrapanie wilkołaka to pewna śmierć, rozprzestrzeniająca się po ciele niczym mrówki po dorodnym liściu. Jedyne czego chciała jeszcze dokonać, to dostarczyć do grodu śpiące w ramionach dziecię. Ruszyła przed siebie słaniając się i powłócząc nogami. Mrok zakrywał jej pole widzenia zasłaniając coraz większą część otoczenia. Dotarła do znajomej polanki rozkoszując się szmerem biegnącego w korytku strumyka. Padła na kolana, próbując umyć skażoną ranę, której skraje zaczynały się pienić.

– Nie zostało ci wiele czasu córko – przemówił tajemniczy głos zza pleców Nadii.

Dziewczyna nie odwróciła się mając pewność, iż zakrywająca ją łuna śmierci płata swe figle jeszcze za życia.

– Wielkiego czynu dokonałaś ratując małe i niewinne życie – kontynuował głos otulając ją swym ciepłem.

– Kim jesteś pani? – wydukała ledwie przytomna dziewczyna.

– Twoim wybawieniem! – odparła tajemniczo – Przyszłam, dać Ci nowe życie, bowiem obecne tracisz przez niesprawiedliwość.

– Nie bardzo pojmuję, pani.

– Gniewosz widząc, że umiera skalał cię wilczym jadem, myśląc, że skoro sam umiera, to ciebie pociągnie za sobą. Zabrał swą miłość do grobu, a ty?

Dziewczyna leżała wpatrując się w wartki nurt strumienia. Cichy oddech zmożonego snem dziecięcia stał się teraz donośny niczym sapanie utrudzonego wysiłkiem woja. Jej ciałem miotały skurcze, zaś w żyłach czuła niby żywy ogień.

– Jedyne czego chcę, to oddać dziecię w ręce matki – odparła wreszcie z trudem.

– Wiesz, że mogę dać ci życie? Sprawić, że ranne miejsce zasklepi się nie pozostawiając śladu po chorobie. Wrócisz do swej chaty robiąc to co dotychczas, nikt z grodu nie będzie cię już niepokoić. Wiesz to przecież! – zaznaczyła dosadniej –  Wybór jest jednak po twojej stronie.

– Pozwól mi pani, połączyć się z Gniewoszem. Skoro nie było nam to dane za życia, niech więc śmierć będzie nam spoiwem – zadecydowała słabnąca Nadia.

– Czy więc tak ma skończyć dziewczyna wybrana przez bogów? – zapytała kobieta użalając się nad niezrozumiałą decyzją dziewczęcia.

– Zdradź mi swoje imię pani – poprosiła Nadia krztusząc się i kaszląc.

– Jestem Zorza zwana też Dennicą, wysłanniczka samego Peruna, która z jego woli budzi dzień i opiekuje się jego początkiem. Dlatego dla ciebie również mogę stać się początkiem Nadio i dać ci poranek nowego życia – nalegała Zorza.

Silne dreszcze szarpnęły dziewczyną, zaś jej wzrok stał się mętny. Z nieba bił cieplutki promień słońca, który odbijając się w krystalicznej tafli strumienia raził swym blaskiem i energicznością. Śpiew ptaków przebijał się przez szumiący na wietrze las.

– GA-SZUM ENERA – szepnęła dziewczyna, gdy jej ciało zastygło w bezruchu.

– GA-SZUM ENERA – powtórzyła Zorza roniąc czystą jak kryształ łzę.

***********************

Żałobny kondukt przebijał się głównym deptakiem grodu. Stłoczeni ludzie wpatrywali się w leżące na marach ciało, które będąc w kwiecie wieku oddało ducha w ważnej sprawie. Na czele procesji szedł druid zawodząc coś pod nosem, następnie rada Witów zaś po nich Wódz, druid Izbor oraz najstarszy z Witów Zamir. Słońce stało w zenicie, paląc swymi promieniami zaś ptaki – jakby świadome podniosłej uroczystości – śpiewały smutno i żałobnie. Po dłuższej chwili kondukt dotarł na miejsce, gdzie ciało Nadii należało oddać bogom. Zebrani otoczyli równo ułożony stos, który pnąc się ku górze obrastał w białe pąki polnych kwiatów, u dołu zaś złożono dary bogom którzy przyjmując owoc ziemi i pracy rąk ludzkich stać się mieli przychylni młodej duszy, która odeszła za wcześnie, lecz świadomie.

Kiedy wszyscy dotarli na miejsce, dało się słyszeć szloch i zawodzenie. Rozczulone kobiety zdawały sobie sprawę, że ta którą jeszcze wczoraj chciano ściąć na grodowym placu, dziś żegnana jest z honorami i nieocenioną wdzięcznością. Kiedy wszyscy trwali w oczekiwaniu, z tłumu wyłonił się druid Izbor, który unosząc ręce w górę uciszył lud. Po chwili zaległa cisza jak makiem zasiał.

– Wielki Perunie! Panie niebios i burz! Wielki z wielkich i największy z największych! – rozpoczął modlitwę, podczas gdy tłum schylił głowy na znak szacunku – I ty wielki Welesie! Panie magii i zaświatów! – tłum trwał w postawie uniżenia – Do was wołam bogowie początku i końca! Do was dawców życia i śmierci! Przyjmijcie tę, która zmyła swoje winy, oddając życie za życie! Przyjmijcie tę, której czyn okazał się chwalebny! Przyjmijcie wreszcie tę, której odwaga i hardość serca, nie pozwoliły ugiąć się przed złem, które na nas spadło! O bogowie! Wzywam was i wasze moce! Niech ofiara jej życia i dary złożone z plonów ziemi i pracy, zapewnią jej nieśmiertelność i chwałę potomnych!

– Chwała! Chwała! Chwała! – zawtórował tłum krzykiem przez łzy.

Druid kończąc swą przemowę wyszeptał obrzędowe gusła obrzucając ciało Nadii kwiatami, ziołami i popiołem. Kiedy skończył ustąpił miejsca pierwszemu z Witów, dowódcy, wodzowi i piastującemu władzę orła panu, którego zwano Mieszkiem. Kiedy stanął pośród czekających na słowo gapiów, czuł na sobie odpowiedzialność i zaufanie pokładane w nim przez lud.

– Odkąd zamieszkała pod lasem, widziano w niej wiedźmę. Posądzano o czary, gusła, omijano i wyszydzano. Kiedy potrzebowano pomocy, zwłaszcza gdy nasz brat Izbor, nie miał posłuchu u bogów, wówczas znano do niej drogę i z dobrym na ustach słowem wędrowano do dziewki – jak ją nazywano – spod lasu. Nie dalej jak wczoraj, nasza rada gotów była, skazać ją na śmierć, nie dając prawa głosu ani możliwości obrony. Mimo to, gdy pojawiło się niebezpieczeństwo w osobie demona, nikt z nas nie chwycił za broń, nikt nie nadstawił karku w obronie swoich. Ona zaś poszła stając dzielnie oko w oko z człowiekiem wilkiem, mało tego uratowała nasze dziecię, oddając to co najcenniejsze. Niech nasza pamięć o niej będzie wieczna! Przekazujmy ją naszym dzieciom, zaś one swoim. Niech jej imię przywołuje w nas wydarzenia tamtych dni, zaś miłość, którą miała w sercu niech nadal trwa i oddziaływa na innych. Niech ta, którą wybrali bogowie będzie przestrogą i nauką na przyszłość. Odpoczywaj w pokoju!

Podłożony ogień, buchał i strzelał pochłaniając suche jak wiór drewno. Czerwone niczym krew języki tańczyły smagane ciepłym letnim wiatrem. Ciało dziewczyny zniknęło w odmętach żywiołu zapadając się do środka konstrukcji. Czas przemijał szybko pozostawiając obrazy z przeszłości, które z biegiem lat, spłowieją, przestaną interesować, wreszcie znikną. Lud zaś stał i patrzył.

Po północnej stronie grodu, na skraju zagajnika stała biała postać, której smukła sylwetka niknęła w bystrej słonecznej poświacie. Przypatrywała się ceremonii żałobnej wodząc wzrokiem po ludziach otaczających płonący stos.

– Myślę, że jednak dobrze zrobiłaś decydując się na śmierć – zagadnęła pocierając płynącą po twarzy łzę.

– Dlaczego pani? – odparła stojąca tuż obok Nadia.

– Człowiek to fałszywe stworzenie. Dziś będą cię szanować, a jutro nienawidzić. Szybko zapomną o tej ofierze, bo ich pamięć zatruta jest egoizmem i chęcią posiadania. Łzy obeschną, pamięć pokryje kurz zapomnienia, a to dziecię któreś ocaliła, nie będzie nawet wiedzieć, kim byłaś.

– Nie wymagam by o mnie pamiętano pani Zorzo. Ja z innych przyczyn wybrałam śmierć aniżeli życie.

– Wiem moja droga, wiem – odparła kobieta w bieli.

– Oby bogowie okazali się łaskawi. Nic więcej nie oczekuję, pani.

– Nie ma żadnych bogów Nadio. Jesteś tylko ty i twoje wybory. Najważniejsze jest, aby były zgodnie z tym sumieniem.

– Jak to pani? Co to znaczy?

– Czy twój wybór nie jest powodem żalu tudzież strachu?

– Nie pani – odparła dziewczyna.

– Zatem reszta należy do ciebie. Każdy z nas tka swój własny los. Sama jesteś boginią, która kieruje wrzecionem swego losu. Rozumiesz?

– Czy to znaczy, że teraz mogę odejść i zacząć od początku?

– Właśnie tak. Zatem idź i nie oglądaj się za siebie, bo nie warto. Może kiedyś jeszcze się spotkamy.

– Dziękuję ci, pani – odparła Nadia odwracając się i kierując w stronę lasu.

– Nie każdy dostaje drugą szansę, zatem nie zmarnuj jej – szepnęła Zorza posyłając swe słowa w podmuchu lekkiego wiatru, który trafił do uszu dziewczyny odciskając się jak w kamieniu.

– Na pewno nie zmarnuje – odparła pod nosem Nadia znikając w gęsto utkanym lesie.

KONIEC    

 

   

   

        

  

   

    

    

Agenda

Autorzy na numer #8

444 Wyświetleń

Redakcja kwartalnika Abyssos zakończyła pracę nad gromadzeniem i ocenianiem prac nadesłanych przez twórców. Miło nam zauważyć, że feedback ze strony autorów z każdym kolejnym numerem jest coraz większy 🙂 Prezentujemy listę twórców, których spotkacie w nadchodzącym, majowym numerze.

Proza:

  • Dariusz Bednarczyk;
  • Gabrysia Tyńska;
  • Karol Koziarski;
  • Michał Gralak;
  • Michał Podłubny;
  • Krzysztof “Vitalius” Pawłowski;
  • Przemysław Kubisiak;
  • Sylwester Gdela;

Poezja:

  • Paweł Leopold Sieradziński;
  • Patryk Szymczak;
  • Radosław Ognik;

Za jakiś czas zaprezentujemy Wam okładkę nadchodzącego numeru. Czuj-czuj, czuwaj!


pandread

Bez kategorii

Przemysław Kubisiak – Ratunkowy wyrok

545 Wyświetleń

Kamienna posadzka zionęła chłodem i przeszywała aż do szpiku, po zaledwie kilku dniach łamiąc reumatyzmem i dotkliwymi chorobami kości. Obślizgłe i wilgotne ściany przypominały zapyziałą jaskinię, w której niegdyś chował się stworzony przez Wiktora Frankensteina potwór. Stalowe wrota z małym odsuwanym okienkiem były jedyną drogą do wolności o której w tym miejscu można było jedynie pomarzyć. Zakratowane okienko po drugiej stronie celi wznosiło się na czwartym metrze wysokości nie dając sposobności do zaglądnięcia w świat, który umierał po drugiej stronie muru. Wykute w ścianie stopnie pozwalały wyjrzeć na zewnątrz, lecz mało kto był w stanie zdobyć się na taki trud. Wycieńczony i skostniały z zimna więzień leżał zwinięty w kłębek w ciemnym kącie celi otoczony surowymi ścianami z wyrytymi napisami, pozostawionymi przez poprzedników. Brudne i zsiniałe stopy zdradzały pierwszy stopień odmrożenia, podobnie ręce i zziębnięte policzki czy raczej już tylko kości twarzy. Porwane i brudne spodnie wisiały na wychudłym ciele niczym dywan na trzepaku, zaś poszarpana i umorusana krwią koszula zakrzepła na usianych ranami plecach. Więzień leżał na zawszonym materacu, który cuchnął krwią, trupem i zionął widocznymi gołym okiem bakteriami. Umarło na nim wielu, choć widząc do czego zmierza obecna władza, pewnie zdechnie jeszcze nie jeden. Poblask słońca wdarł się do więziennej pieczary, padając na opuchniętą i zarośniętą twarz osadzonego, która ukazała zbite i umęczone oblicze dogasającego niczym świeca, życia.

W tle więziennego korytarza dało się słyszeć ciężkie i regularne niczym metronom kroki. Zbliżały się szybko, niosąc charakterystyczny pogłos i stukot. Przerażony więzień otwarł spuchnięte oko modląc się zarazem, aby zbliżające kroki minęły zajmowaną przez niego celę. Dźwięk ustał, zaś po chwili dało się słyszeć metaliczny brzęk obijających się w pęku kluczy. Stalowa zasuwa zgrzytnęła z ciężkim metalicznym brzękiem, zaś w progu celi stanął okutany w wojskowy mundur mięśniak. Wysokie buciory, broń przy pasie, gumowa pała w ręku, oraz nieskalane żadną myślą twarz, zdradzały, że to tępak mający doprowadzić więźnia na przesłuchanie, bijąc przy tym mocno i skutecznie.

– Wstawaj ścierwo! – warknął mięśniak plując w stronę zwiniętego w kłębek aresztanta – idziemy – dodał jakby trudno było się domyśleć.

Więzień nawet nie drgnął, jednie dało się słyszeć cichy skowyt, spowodowany strachem przed tym co znowu musi nastąpić.

Nie czekając długo mięśniak chwycił wiadro, zalane do połowy zimną wodą, które dla osadzonego miało pełnić rolę toalety. Cisnął śmierdzącą i lodowatą zawartością wprost na zwiniętego w rogu człowieka. Zmrożona ciecz rozbiła się na więźniu niczym szkło o kamień. Mimo bólu i braku czucia w nogach osadzony zaczął wstawać, kwiląc przy tym i płacząc jak dziecko. Chwiejąc się na gibkich i ledwo stabilnych nogach wstał sprawiając wrażenie, że to wszystko na co może się zdobyć.

– Wyłaź śmieciu! – rozkazał strażnik dając znać, że pałka, którą dzierży w dłoniach za chwilę pójdzie w ruch.

Ruszył. Powoli, niezdarnie, wyciskając przy tym najgłębsze pokłady woli i ludzkich możliwości. Długi i ciemny korytarz niósł ze sobą echo każdego kroku niczym kolejowy bunkier. Szuranie i powłóczyste ruchy nóg odbijały się od ścian mknąc po kamiennym sklepieniu. Mężczyzna zatrzymał się na chwilę chwytając wilgotną ścianę i próbując nie stracić równowagi.

– Szybciej! Nie mam dla ciebie całego dnia! – ponaglał oprawca.

Po kilkunastu minutach dotarli do dębowych drzwi ozdobionych tabliczką z napisem „dowódca”. Strażnik zapukał używając pięści po czym wszedł do środka.

– Przyprowadziłem więźnia – poinformował przyjmując wyprostowaną pozycję.

– Wprowadzić – odparł głos z końca sali.

Oświetlone pomieszczenie przypominało gabinet z czasów II wojny światowej. Proste meble z grubych drewnianych bali ograniczały się do dużego biurka, kilku krzeseł wyściełanych skórą i regału z alkoholami. Na podłodze – również drewnianej leżał okrągły dywan z wyhaftowanymi kontynentami, idealnie pasujący do wystroju. Wszędzie było czysto i schludnie, zaś w powietrzu unosił się przyjemny aromat kawy. Więzień wszedł do środka rozglądając się w miarę możliwości. Za biurkiem siedziała młoda kobieta, przywdziana – na pierwszy rzut oka – w mundur galowy. Czarna marynarka połączona z kusą spódniczką podkreślały linię zgrabnej i atrakcyjnej przedstawicielki płci pięknej.

– Siadaj! – przemówiła kobieta wskazując więźniowi specjalnie przygotowany taboret.

Mężczyzna chętnie skorzystał z propozycji usadawiając się wygodnie i odciążając sfatygowane nogi.

– A więc to ty jesteś tym słynnym agentem?

Więzień otaksował kobietę od stóp do głów, jednak nic nie odpowiedział.

– Zdajesz sobie sprawę, że nie pozwolę ci umrzeć, póki nie wyśpiewasz wszystkiego jak na spowiedzi?

– Śmierć byłaby nagrodą! – stwierdził zachrypniętym głosem więzień.

– Dlatego będziesz katowany tak, byś nie umarł szczurze! Dwa dni odpoczynku i kolejne lunty! Zobaczymy kto wytrzyma dłużej! – poinformowała kobieta odpalając papierosa.

– Już mówiłem! Nie mam nic do powiedzenia! Bierzecie mnie za kogoś innego! – żalił się łamiącym głosem więzień.

– Zatem zacznijmy od początku! – zaproponowała dowódca – Nazwisko?

– Kowalski! – odparł mężczyzna.

– Imię?

– Wiktor!

– Czyli wszystko się zgadza! Miejsce zamieszkania?

– Kraków!

– Zawód?

– Naukowiec!

– Mów dokładnie! Bo strażnik zapozna cię z gumową pałą! – zastraszała kobieta gasząc niedopalonego peta.

– Pracownik Katedry Astronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

– Otóż to! – szemrała mundurowa obchodząc wokół zgarbionego mężczyznę – Zatem nie ma wątpliwości. Powiedz mi wszystko a puszczę cię wolno!

– Ale co mam powiedzieć? – żachnął się pobity.

– Już ja ci przypomnę! Woźniak! – krzyknęła dowódca przywołując czekającego za drzwiami strażnika.

Drzwi otwarły się błyskawicznie. W progu stanął znajomy mięśniak. Kiedy ruszył w stronę więźnia, widać było, że w dłoni trzyma drewniany kij, zakończony niczym łowiecki harpun. Nim więzień zdążył się zorientować, drewniany bat wbił się w jego plecy siejąc dotkliwy i promieniujący ból. Mężczyzna padł na ziemię zwijając się jak wąż. Kolejne ciosy otwierały stare rany dając mięśniakowi przyjemność z pastwienia się nad naukowcem. Okuty but strażnika zagłębił się w klatce piersiowej Kowalskiego łamiąc przynajmniej jedno z żeber. Ciemna mgła przed oczami przysłoniła skąpaną bólem rzeczywistość.

– Wystarczy! Zaraz go zabijesz kretynie! – wrzasnęła kobieta odciągając mięśniaka od ofiary, która leżała na ziemi nie dając żadnych oznak życia.

***************************

– Czy to na pewno ten który zmasakrował naszych?

– Nie mamy wątpliwości panie marszałku – odparła kobieta zdając raport przełożonemu.

– Skoro tak to nie pozostaje nic innego jak wykończyć dziada! – skwitował obwieszony medalami żołnierz – Zabić go najpóźniej jutro. To rozkaz – dodał.

– Panie marszałku – wtrąciła z odwagą mundurowa – Mam pewną propozycję.

Marszałek wstał z fotela dając znak, aby kontynuowała, sam zaś sięgnął po napełnioną do połowy szklankę z bursztynowym alkoholem.

– Osadzony jest pracownikiem naukowym na Uniwerku Kopernika. To Adiunkt wydziału Fizyki i Astronomii. Za rok ma obronić doktorat.

– Jaki temat?

– Możliwość kolonizacji Marsa w XXI wieku!

Mężczyzna wychylił zawartość szklanki pocierając usta rękawem.

– Jesteś pewna?

– Mamy jego teczkę – poinformowała – Jest tylko pewien problem. Odkąd go zatrzymaliśmy utrzymuje, że z kimś go pomylono. Doszłam do wniosku, że musiał stracić pamięć, albo najzwyczajniej w świecie jest chory psychicznie. Sprawdziliśmy wszystko i nie istnieje możliwość pomyłki. Faktem jest, że w Krakowie mieszka kilkunastu Wiktorów Kowalskich, ale tylko jeden jest pracownikiem naukowym Kopernika na tym wydziale.

– Postaw mu ultimatum – przerwał wywód marszałek wracając na swoje miejsce – Albo zgodzi się na naszą propozycję, albo załatwcie go. Nie przewiduje innej możliwości. Jeśli to wszystko, odmaszerować – dodał.

 

*******************

 

Otworzył oczy. Zamiast pierwszego obrazu celi skołatane nerwy przypomniały o pulsującym w klatce bólu. Nie był w stanie myśleć racjonalnie. Zastanawiał się przez chwilę czy to życie, czy już piekło, choć oba miały równie niesprawiedliwy charakter. Kiedy złapał pobieżny obraz celi, zdał sobie sprawę, że nie jest sam. W rogu pomieszczenia siedział – równie obszarpany jak on – mężczyzna. Kowalski podniósł się z wielkim wysiłkiem opierając plecy o zimną i wilgotną ścianę.

– Jesteś snem czy jawą? – zapytał masując stłuczone żebra.

– Myślałem, że cię zabili – odparł tamten – Nie dawałeś znaków życia.

– Wszelki duch! – stęknął z radości naukowiec na widok towarzysza.

– Stiepan Novakov – przedstawił się współwięzień podając rękę siedzącemu.

– Ten Novakov od badań atmosferycznych układu słonecznego?

– Tak, ale skąd wiesz?

– Wiktor Kowalski – przedstawił się Polak – Adiunkt Wydziału Fizyki i Astronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

– Kolega po fachu – za grypsował Ukrainiec – Za co cię tak katują?

– Twierdzą, że zabiłem dwóch oficerów z ich wywiadu chcąc uzyskać tajne informacje o przebiegu ostatniej misji załogowej na Marsa.

– I co? Zabiłeś ich?

– Skąd. Widziano mnie w ich towarzystwie. Chciałem zdobyć trochę danych do doktoratu i pytałem do kogo mogę się udać i popytać. Odprawili mnie z kwitkiem grożąc, że jeśli nie odejdę to nie zdążę zbierać zębów – tutaj otarł widoczny na ustach skrzep krwi który pękł pod wpływem ciągłych ruchów warg – Później pamiętam tylko wyskakujących z ciężarówki mundurowych którzy walili do mnie środkami paraliżującymi. Obudziłem się tutaj.

W celi zapadła cisza, jakby Ukrainiec trawił usłyszaną przed chwilą opowieść.

– A ty? Za co tu jesteś?

– W moim przypadku nie ma wątpliwości co do tego kto zawinił – odparł śmiejąc się pod nosem – Wykradłem dane z tajnego serwera Federalnej Agencji Kosmicznej „ROSKOSMOS”. Złapali mnie po trzech godzinach. Nie pytali o nic, a ja się nie broniłem. Wiadomo o co chodzi – dodał.

– Co to były za dane?

– Amerykańskie transfery z ostatniej misji na Saturna, przez sondę Cassini.

– W jaki sposób dane NASA znalazły się na serwerach ROSKOSMOS?

– Jesteś jeszcze młody i masz prawo nie widzieć. Prawda jest taka, że USA i Rosja trzęsą kosmosem. Sponsorują się nawzajem, wymieniają danymi pod stołem. Amerykanie latają w Rosyjskich misjach z flagą Federacji na ramieniu. To jedna wielka mafia chłopie. Ale poza tym robią kawał dobrej roboty.

– Misje załogowe i tak nie przynoszą zamierzonych rezultatów – wtrącił z rezygnacją Kowalski.

– Dlatego wydaje mi się, że nie jesteśmy tu przez przypadek!

– Nie za bardzo rozumiem – zdziwił się doktorant.

– Pomyśl! Kogo agencje wysyłają w kosmos?

– Osz w dupę! Więźniów politycznych i prawnych! – wydukał Wiktor zrywając się z posłania i zapominając o krążącym w ciele bólu.

– Otóż to! Skazanym na śmierć nie robi różnicy czy zdechną tutaj czy w kosmosie! Wyrok i tak będzie wykonany. Istnieje jednak szansa, że któraś z ekspedycji odniesie sukces robiąc wielki krok w historii ludzkości.

– Wszechświat na żywo to chyba marzenie każdego astronoma – co tam astronoma – każdego człowieka – pomyślał Kowalski przypominając sobie o bólach pourazowych. Zobaczyć Ziemię, Księżyc, Wenus – wyliczał bujając w obłokach – Jestem gotów oddać życie za ten widok – pomyślał kładąc się na posłaniu i masując obolałe żebra.

 

*******************

 

Tym razem nie było bicia, darcia ani nawet popychania. W towarzystwie kumpla z celi prowadzono go do oszklonej windy, która z lekkim drgnięciem pomknęła ku dołowi. Stalowy cyferblat nad drzwiami podświetlał poszczególne poziomy budynku emanując tajemnicze znaczki rosyjskiej cyrylicy. Po krótkiej chwili drzwi otwarły się z charakterystycznym szmerem ukazując długi i przeźroczysty korytarz prowadzący na drugą stronę płaskiego niczym kosmiczny talerz budynku. Więźniowie spojrzeli na siebie dając wyraźny znak zdziwienia pochłaniając zarazem każdy centymetr tajemniczego obiektu. Kiedy dotarli do – sprawiających wrażenie niezniszczalnych – drzwi, strażnik przyłożył przegub dłoni do czytnika otwierając przejście do – jak się okazało – wielkiego centrum kosmicznego. Zanim zdążyli otaksować zapierający dech w piersiach widok, na horyzoncie pojawił się znana Kowalskiemu kobieta w mundurze.

– Zaprowadź ich do centrum konferencyjnego – rozkazała.

Naukowcy ponownie spojrzeli po sobie. Kowalski był niemal pewien, że wzrok Novakova przekazywał chełpiący komentarz w stylu – a nie mówiłem. Postanowił jednak podejść na chłodno oczekując dalszego przebiegu wydarzeń.

Owalna sala przypominała nieco bliską obu naukowcom uniwersytecką salę wykładową. Rzędy metalowych krzeseł ciągnących się ku górze oraz wielki stół prezydialny stanowiły całość obskurnego wyposażenia. Kiedy weszli do środka promienie zachodzącego słońca rozświetliły wnętrze na czerwono dodając ciepłego i zapomnianego dla osadzonych widoku.

– Rozkuć ich i posadzić – poleciła wchodząca do sali kobieta witając siedzących za stołem mundurowych.

Kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca dowódca więzienia przemówiła z charakterystycznym dla siebie krzykiem.

– Panie marszałku, panie generale, osadzeni – tutaj skłoniła się w stronę wymienionych osobistości pomijając więźniów – Zebraliśmy się po to, aby oficjalnie poinformować osadzonego doktoranta Wiktora Kowalskiego z Krakowa oraz doktora Stiepana Novakova z Kijowa, iż powzięto wobec panów wyrok skazujący za dopuszczenie się zarzucanych wam czynów. Pragnę dodać, iż za poradą i koleżeńską konsultacją obecnych tu dostojników, zdecydowaliśmy o niezwłocznym wykonaniu wyroków.

Kowalski przełknął ślinę, która przecisnęła się w gardle jak słoń przez zardzewiałą rurę. Nie inaczej było w przypadku Novakova, który stęknął niczym dźwigający sztangę kulturysta, pocąc się i kłapiąc wargą jak ryba łapiąca tlen.

– Chyba należą nam się jakieś wyjaśnienia? – przerwał ciszę Wiktor decydując się na odważny krok.

– Owszem – odparł podnoszący się mężczyzna z dystynkcjami marszałka na pagonach – Jesteście panowie w tajnym ośrodku badawczym zajmującym się załogowymi misjami na czerwoną planetę zwaną popularnie Marsem.

– Gdzie dokładnie jest ten ośrodek? – przerwał marszałkowi Stiepan.

– Gdyby ci powiedział, słowo „tajny” straciłyby na znaczeniu, durniu! – warknęła agresywnie kobieta.

– Racja pani pułkownik! – wtórował jej marszałek gładząc białą jak śnieg brodę – Jedyne co mogę wam zdradzić to to, iż jesteście na terenie Federacji Rosyjskiej.

– Strasznie zaawansowana ta federacja – skomentował Novakov – Miałem przyjemność gościć w Amerykańskim centrum Kosmicznym NASA i nawet tam nie zauważyłem tak zaawansowanej technologii jak tutaj.

– Istotnie doktorze Novakov, jednak z tego co się orientuje to gościłeś w NASA dawno temu. Jeśli się nie mylę to w 2005 roku? – zapytał marszałek z szyderczym uśmiechem.

– Dwa lata temu, to nie aż tak dawno – skomentował Stiepan orientując się, że coś nie gra.

– Gwarantuje, że to było dawno temu – wycedził marszałek.

– Może pan mówić jaśniej? – wtrącił się wyraźnie zniecierpliwiony Kowalski.

Nie wiadomo skąd na ekranie rozciągającym się za plecami przesłuchujących dostojników pojawił się fragment nagrania przedstawiający piętrzące się ku niebu wieżowce. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak japońskie drapacze mieszczące w sobie małe mieszkanka zajmowane przez skośnookich mieszkańców dalekiego wschodu. Między strzelistymi budynkami przelatywało mnóstwo obiektów szusujących na różnych pułapach wysokościowych. Mijały się i wyprzedzały krążąc przy tym niczym tętniące życiem mrowisko.

– Co to za film? – wypalił znudzony projekcją Stiepan – Kolejna część Gwiezdnych Wojen?

– Może to zabrzmi dla was niewiarygodnie, ale to widok na żywo z kamery w Moskwie, zamontowanej w okolicach Placu Czerwonego.

Więźniowie spojrzeli po sobie zastanawiając, czy teraz zamiast bicia, będą im prać mózgi filmami o przyszłości.

– Jesteście w 2070 roku – poinformowała odpalając papierosa mundurowa z więzienia – Kiedy nasi agenci złapali was na przestępstwach które popełniliście, zaaplikowali wam środki nasenne i skoczyli w czasie przenosząc was do ośrodka. Wiemy czym się zajmujecie, zwłaszcza ty Kowalski, dlatego upatrujemy w was nadzieję powodzenia naszego projektu.     

– Wobec powyższego mamy dla was propozycję! – wtrącił zniesmaczony babą marszałek

– Ja się zgadzam! – krzyknął Woźniak tłumiąc łzy w oczach.

Mundurowy nie zwracając uwagi na młodego naukowca kontynuował:

– Wasze wyroki możemy zamienić na załogową misję na Marsa. Krótko mówiąc, w razie powodzenia będziecie sławni i wolni, jednak w razie bardzo prawdopodobnej porażki, zginiecie – co prawda nie za pomocą krzesła elektrycznego, lecz gdzieś tam daleko w przestrzeni kosmicznej, lub na powierzchni innej planety. Misja obejmuje lot w przestrzeni kosmicznej z Ziemi na Marsa, trzydniowe przebywanie na powierzchni czerwonej planety oraz powrót na Ziemię. Jaka jest wasza decyzja?

Mężczyźni spojrzeli na siebie znając niemal na pamięć każde mrugnięcie czy mimiczne ruchy twarzy.

– To wszystko brzmi jak opowieści z domu dla obłąkanych. Ale mam pytanie!

– Byle mądre Novakov – skomentował marszałek.

– Czy jeśli wrócilibyśmy do 2007 roku, to będziemy wolni?

– Rozbieżność skoku jest na tyle duża, że nie da się wrócić w to samo miejsce i tej samej strefy czasowej – skomentował młodzieniec wystrojony w grafitowy kubrak – Jedynie można oscylować w granicach przybliżonych do wcześniejszego położenia.

– To jak wysłaliście po nas tych pastwiących się na niewinnych ludziach bandytów?

– Czekali na was rok i trzy miesiące. Znając przyszłość, byliśmy w stanie przewidzieć, gdzie i o której dopuścicie się przestępstwa – odparł tym razem marszałek.

– Ok, ale czy biorąc pod uwagę, że wracamy do przeszłości – przyjmijmy do 2006 roku, to będziemy niewinni i oczyszczeni z zarzutów?

– Zgadza się, choć taki skok nie jest możliwy. Zatem jaka jest panów decyzja?

– Naturalnie lecimy na Marsa! – odparli niemal jednogłośnie – Kiedy startujemy?

– Za dwa dni. Dzisiaj damy wam spokój, jutro mierzycie skafandry i uczycie się obsługi, zaś w piątek rano startujecie! Na chwile obecną nie przewidujemy więcej pytań.

Kobieta pułkownik gwizdnęła przez palce przywołując stojących na zewnątrz mięśniaków. Drzwi otwarły się z wielkim hukiem odsłaniając zmierzających ku więźniom oprawców.

– Ostatnie pytanie! – krzyknął spanikowany Stiepan ciągnięty przez ochroniarza niczym pług przez konia – Ilu było przed nami?

– Kto by to liczył! – odparł marszałek żegnając więźniów gromkim śmiechem.

 

***********************

 

– Szlag by to trafił! – wkurzał się Novakov wiercąc w fotelu – Rękawy są za krótkie i piją mnie pod pachami.

– Uwierz, że wiele bym dał, żeby mnie też rżnęło pod pachami zamiast w dupę – skwitował wyraźnie zniesmaczony Kowalski.

Zdezelowana konsola kosmicznego promu wyglądała jak zużyty kapeć. Masa przycisków była przetartych zatem ciężko rozszyfrować to do czego służą, poza tym większość potencjometrów i wyposażonych we wskazówki busoli, nie dawało znaku życia od bardzo dawna.

– Start nie był taki zły – zagadnął Wiktor zdejmując porysowany kask – Moje oczekiwania były zupełnie inne.

– Ciesz się, że jeszcze żyjemy, choć przyznam, że jak patrzę na to co nam zgotowali to chyba wolałbym jednak krzesło – szemrał.

– Krzesło? – zdziwił się towarzysz – Lepiej zerknij przez okno – dodał.

Zza okrągłego okienka przypominającego lufcik batyskafu roztaczał się rzadko dostępny dla ludzkości widok. Ogrom ziemskiego globu przytłaczał majestatem, pięknem, gamą barw i uczuciem domu, który pierwszy raz widzi się od zewnątrz. Niezgłębiona i nieogarniona przestrzeń wszechświata zdawała się być na wyciągnięcie ręki. Mężczyźni prze lewitowali do lufcików pożerając wzrokiem niezwykły widok.

– Mógłbym tak całe życie! – wyszeptał Stiepan śliniąc się jak dziecko.

– Kiedy na to patrzę, to myślę, że Bóg istnieje! – skomentował dla odmiany kompan – Nikt inny nie dokonałby czegoś takiego – dodał.

Kiedy kosmiczne otoczenie skradło naukowcom ostatnie pokłady rozsądku, nieznana siła wstrząsnęła promem niczym wpadającym w turbulencje samolotem. Mężczyźni zakręcili się w przestrzeni waląc bezwładnie o przerdzewiałe łączenia pokładów. Wszystko przygasło odcinając energię, jednak po chwili stresu, wróciło do normy.

– Poczułem się przez chwilę jak w pociągu PKP – skomentował Novakov.

– Z małą różnicą – wtrącił drugi – W polskim pociągu nie odzyskałbyś zasilania – dodał -A to co za czort?

Nie wiedzieć skąd, w otoczeniu mężczyzn lewitowała niewielka skrzyneczka z wyraźnie przytroczoną do klamki plakietką.

– Apteczki nie widziałeś? – zapytał nie zainteresowany przedmiotem Kowalski.

Nie słuchając współtowarzysza podróży, Stiepan chwycił za tajemniczy przedmiot przeczuwając, że to nie apteczka, lecz coś więcej. Obdrapana obudowa i wgniecione narożniki zdradzały, że pakunek przeszedł wiele.

– Otwieramy?

– Powtarzam ci, że to apteczka – nalegał Kowalski – Ewentualnie jakiś przybornik.

Po uchyleniu blaszanego wieczka, w stan nieważkości wyleciała pognieciona kartka. Odręczny napis głosił: „Nie giń – skorzystaj”. Novakov sięgnął w głąb opakowania wyjmując nakręcany zegarek, do którego przypięto długi łańcuszek. Na odwrocie wygrawerowano: Zmieniacz czasu. Dexter Marts 1820.

– I co tam masz? – zapytał znudzony Wiktor.

– Wydaje mi się, że to nasz ratunek

– Co masz na myśli?

– Słyszałeś kiedyś o Zmieniaczu Martsa? – wycedził podniecony znaleziskiem Stiepan.

– To legenda, bujda! Nigdy w to nie wierzyłem.

– Więc chyba będziesz musiał zacząć – poinformował Novakov gapiąc się na urządzenie.

– Przestań! Sam wiesz, że Dexter Marts to świr! Niespełniony astrofizyk, który skończył jak każdy z wielkich tego świata – w rynsztoku – dodał.

– Chodziły słuchy, że w latach dwudziestych XIX wieku, skonstruował urządzenie zdolne przenieść człowieka w czasie. Nieudane próby przyprawiły go o szaleństwo, jednak nikt nigdy nie powiedział, że zmieniacz nie osiągnął zamierzonej przez naukowca funkcji.

– Słyszałem, że nigdy nie znaleziono jego ciała! – wtrącił się Kowalski – Złośliwi mówili, że przed śmiercią przeniósł się do przyszłości. Jeszcze inni plotkowali, że zmieniacz może działać tylko wstecz!

– Ile ludzi, tyle wersji – skwitował Stiepan – Nie zmienia to faktu, że spróbować trzeba.

– Co masz zamiar zrobić? Nawet nie wiesz, jak to działa?

– Póki nie spróbuję, nie będę wiedział.

Novakov chwycił lewitujący w przestrzeni przedmiot. Lśnił niczym dzwon odlany ze złota. Pewnie wyniesiono całe piętro kopalni, aby go wykonać – myślał Stiepan. Był piękny i kusił niczym Tolkienowski pierścień wykuty w czeluściach Mordoru. Ciężko było opanować pożądanie które najwidoczniej dopadło unoszącego się w pobliżu doktoranta.

– No otwieraj wreszcie! – krzyknął Kowalski nie mogąc stłumić w sobie ciekawości.

Urządzenie otwarło się pod wpływem płytkiego przycisku przypominającego klawisz blokowania klawiatury w smartfonie. Stiepan wyczuł delikatny klik pod palcem, po czym klapka zegarka uniosła się ku górze prezentując nafaszerowany kolorowymi kamieniami cyferblat. W centrum widniały cyfry 1835, zaś pod nimi wygrawerowano kursywą napis „only october”. Wewnętrzną część klapki urządzenia ozdobiono chamsko wyrytym bohomazem, który wyglądał niczym wyrysowany gwoździem akt wandalizmu. Dwa nierówne kółeczka otoczone elipsowatym kształtem wyglądały jak przysłonięte opaską oczy wojowniczego żółwia ninja i miały się nijak do całości.

– No to dupa! – skwitował Kowalski trzymając uchwyt dla lewitujących.

– 1835 to na pewno data! – rozkminiał Novakov – Ten napis oznacza „tylko październik”. Miałoby to sens, choćby dlatego, że mamy dzisiaj 11 października. Czyli wszystko wskazuje na to, że trafiliśmy idealnie!

Stiepan próbował zmienić datę na urządzeniu, lecz pokrętło nie drgnęło.

– Wygląda na to, że data jest na stałe – poinformował – Poza tym wydaje mi się, że rysunek to jakaś wskazówka! Coś co musi być na zewnątrz oplatając to co w środku – analizował naukowiec.

– Tak jak orbita, która okala ziemię. To co w środku jest objęte promieniem działania. Ta jakby – dodał.

– Genialne! I Jakie proste! – krzyknął podekscytowany Novakov – Ten łańcuszek jest orbitą działania czasu. Jeśli założysz go na szyję albo opleciesz się nim, wówczas znajdziesz się w środku, jakby w strefie czasu zaprogramowanej przez urządzenie.

– Czyli w tym przypadku 1835 rok – skwitował Kowalski.

Zapadła cisza. Szum urządzeń i przemieszczającego się w kosmosie promu to jedyna oznaka, że kosmonauci nie stoją w miejscu, lecz nadal brną ku – wszystko na to wskazywało – śmierci.

– To wszystko jest za proste! Za oczywiste! – utrzymywał swój sceptycyzm Wiktor – Jeśli Marts naprawdę zbudował zmieniacz, to co musiałby umieścić w środku? Mało tego, jak małe musiało to być, aby zmieścić się w zegarku? – analizował.

– Jeśli zaczniemy to rozbierać na części pierwsze wówczas nie sprawdzimy, czy działa, pomijając fakt, że jeśli to prawdziwe dzieło Dextera to historia rozliczy nas z bolesnym skutkiem.

– Jaka historia? Kto będzie wiedział, że znaleźliśmy takie cacko? Jesteśmy kolejną skazana na niepowodzenie załogą. Kolonizacja Marsa nie jest możliwa! Wiedzą to Rosjanie, Amerykanie! My też to wiemy!

– To po cholerę nie zabili nas od razu? Tylko kazali pajacować?

– Może to nagroda? Przecież każdy astronom, astrofizyk i inny badacze kosmosu, dałby wiele, żeby teraz być tu, gdzie my – podsumował rzewliwie Kowalski – Ludzi coraz więcej a Ziemia ta sama. Szukamy drugiego miejsca w kosmosie, żeby się osiedlić, lecz póki co…

– Dobra już dobra! – przerwał mu Stiepan – Nie jesteś na wykładzie! Kto pierwszy? – zapytał wymownie.

– Zróbmy to razem! Wspólny wyrok, wspólna śmierć!

– Racja! Jak chcesz to myślisz! – skwitował Novakov.

Łańcuszek zmieniacza był na tyle długi, aby objąć dwie lewitujące koło siebie głowy. Wyryty na wieczku symbol, dopiero teraz stał się w pełni zrozumiały i czytelny. Kiedy Stiepan objął siebie i towarzysza cieniutkim niczym żyłka łańcuszkiem, nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Sytuacja zmieniła się dopiero gdy zamknął klapkę zmieniacza, który ponownie wydał charakterystyczny sobie klik. Czas jakby się zatrzymał. Mężczyźni poczuli wyraźną różnicę mimo panującego zewsząd stanu nieważkości. Wszystko spowolniło, promem zaś szarpnęło, dając przy tym odczuć zmianę kierunku na wsteczny. Po chwili wszystko zaczęło się cofać, przybierając spowolnione niczym u żółwia tempo. Kable, pudełka, plastikowe woreczki, lewitowały w stanie nieważkości spowolnione siłą której nie sposób było określić. Astronauci zachowali pełną świadomość, choć podobnie jak całe otoczenie nie byli w stanie zapanować nad sobą, nad otoczeniem, nie mówiąc o próbie jakiegokolwiek ruchu. Stiepan Novakov wytężył wzrok próbując otaksować prom, jednak to co napotkał przerosło jego oczekiwania. Wszystko co widział było niczym odbicie w lustrze. Prawa ręka była w miejscu lewej i odwrotnie. Na konsoli kapitańskiej dostrzegł, że zegary i potencjometry również zmieniły swoje położenie na lustrzane. Kiedy kątem oka spojrzał na Wiktora okazało się, że wyglądał jak odwrócone na lewą monstrum. Chciał krzyknąć, lecz nie mógł, chciał coś powiedzieć bądź wyciągnąć rękę, lecz sił mu zabrakło. Naukowcy mierzyli się wzrokiem chcąc dać jakiś sygnał, lecz obaj wiedzieli, że ich starania są marne. Zmieniacz czasu – czy cokolwiek to było – przyśpieszy ich śmierć, która nacierała niczym byk na czerwoną płachtę.

Zbliżali się do Ziemi. Przebrnęli przez orbitę, o mało zderzając się ze zmierzającym w ich stronę satelitą. Wszystko szło powoli, flegmatycznie, męcząc przy tym załogę jak po ultramaratonie górskim. Przebijali się przez kolejne warstwy ziemi, nabierając tempa i czując, że letarg puszcza powoli dając upust przerażeniu. Przyciąganie robiło swoje, oni zaś nie byli w stanie przemieścić się i przypiąć do foteli. Ustępujący paraliż przywraca czucie w palcach, nawet oczy odzyskały ostrość widzenia. Egzosfera za nami – liczył Kowalski spoglądając na wracający do normy wskaźnik – Wchodzimy w Termosferę. Ma około 500 km więc jest chwila na działanie – komentował w duchu przypominając sobie informacje dotyczące atmosfery ziemskiej.

– Możesz się ruszać? – wrzasnął Stiepan odzyskując głos.

Wiktor kiwnął głową najwyraźniej mając jeszcze problem z nadawaniem. Wskazał palcem w stronę konsoli, odrywając się od uchwytu w ścianie promu. Temperatura wzrastała z każdą chwilą. Pędzili niczym bezwładny trup, któremu obojętne co i gdzie go spotka. Dość sprawie dotarli do foteli przypinając się na gotowo, niczym świeżo upieczony instruktor prawa jazdy.

– Po wejściu w stratosferę odpinamy kabinę! – przemówił ochryple Kowalski odzyskując głos.

– A co potem?

– To wie tylko Bóg! – odparł mierząc kompana ze łzą w oku.

– To był dla mnie zaszczyt doktorze Kowalski! – Stiepan wyciągnął rękę w stronę młodszego kolegi.

– Jaki tam ze mnie doktor! Nawet nie zdążyłem się obronić!

– Jak dla mnie już się obroniłeś!

– Miło – uśmiechnął się Kowalski – Dla mnie również doktorze Novakov. To było mega przeżycie!

– Za 15 sekund wchodzimy w stratosferę! – włącz odliczanie.

– Tak jest!

Horyzont nabierał coraz więcej światła. Kontynenty które przed chwilą były jak na dłoni, teraz stały się nieogarnione. Łuna rozświetlająca granicę planety była niczym przerzedzona mgła, która biła z granic Ziemi niczym tajemnicza i magiczna energia.

– 15, 14, 13, 12 – odliczał żeński głos automatycznego pilota.

Jakże to wszystko piękne – rozmarzał się Wiktor przecierając wilgotna szybę hełmu kosmicznego – Stratosfera, to stąd w październiku 2012 roku skoczył Felix Baumgartner. Tyle tylko że miał spadochron i nie spadał zamknięty w metalowej puszce – żalił się do siebie.

– 10, 9, 8…

– Czas ma jednak wielką moc! – dumał dalej chłopak – Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu leżałem w więziennej celi! Pobity, poniewierany, niepewny jutra – wyliczał.

– 5,4,3…

– A dziś jestem tu, na progu kosmosu i atmosfery Ziemi. Niczego bym nie zmienił. Chciałem żyć dobrze i uczciwie, zgłębiać wiedzę o kosmosie…

– ODPALAJ! – krzyczał głos wyrywając go z myśli podsumowujących żywot- ODPALAJ DO CHOLERY! Co z tobą?

Kowalski sięgnął do pulpitu odbezpieczając czerwoną zawleczkę ukrytą w morzu potencjometrów. Chwycił pokrętło i z całej siły przekręcił je w prawo. Potem chwycił sąsiednią zawleczkę przesuwając ją do dołu. Niestety nic się nie wydarzyło.

– Odcięli nas! Sukinsyny dezaktywowali kapsułę ratunkową!

Kiedy Stiepan skończył użalać się nad sytuacją, promem wstrząsnęło omal nie wyrywając ich z foteli. Kapsuła oderwała się od reszty, momentalnie zwalniając tempa. Kręcili się wokół rzygając do nadal zamkniętych hełmów. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyli zauważyć warstwy ozonowej.

– Troposfera! Uruchamiam spadochrony awaryjne! Można odpiąć kaski! – informował głos w kabinie.

Ponownie szarpnęło, jednak tym razem była to oznaka wymarzonego ratunku. Odpięli zabrudzone hełmy łapiąc pierwsze łyki czystego jak łza powietrza. Za oknem kapsuły rozciągał się czerwony step, który znikał gdzieś za horyzontem. Pojedyncze wzniesienia majaczy w blasku słońca, przypominając scenerię dzikiego zachodu. Były coraz większe i większe, rosnąć wraz ze zbliżającym się podłożem.

– Ledwo żyje! – skomentował Kowalski.

– Ja też! Ale jednak nadal żyjemy!

– Pewnie kacapy czekają już na dole! Z krzesłami pod napięciem w pogotowiu!

Kapsuła opadała wolno. Pech chciał, że kiedy osiedli na powierzchni okazało się, że plusk wody i delikatne zanurzenie oznaczały lądowanie w wodzie. Stiepan poluzował pasy bezpieczeństwa wyglądając przez okrągłe okienko.

– Mamy problem!

– Nie pierwszy i nieostatni! – odparł obojętnie kompan.

– Jesteśmy na środku jeziora. Nie jest duże, ale chyba toniemy.

Kowalski poderwał się z fotela. Wdusił biały przycisk na konsoli wyrównując ciśnienie i odsysając próżnię z kapsuły. Wszystko odbyło się z charakterystycznym sykiem i szumem. Następnie ruszył do niewielkiej drabinki, której szczeble kończyły się na włazie wyjściowym zakręcanym korbą. Z niedużym wysiłkiem przekręcił pokrętło otwierając eliptyczny niczym jajo luk. Życiodajny promień słońca wpadł do kabiny prześwietlając na wylot nieświeże i zakurzone wnętrze.

– Co widzisz? – spytał zaciekawiony Novakov.

– Pustynia, wzgórza. Zero życia. Upał! – wymieniał hasłowo Wiktor.

– Pięknie! Weźmy wszystko co może się przydać i spadajmy stąd.

Po chwili przemierzali jezioro zażywając odświeżającej i niezbędnej po podróży kąpieli. Kiedy dotarli do brzegu rozglądali się ciekawsko myśląc zarazem, co dalej.

W oddali dostrzegli pędzącą w ich stronę grupę. Tumany kurzu biły w powietrze potęgując wrażenie mknącego w ich stronę buldożera.

– To jacyś ludzie! Jadą konno! – stwierdził wreszcie Wiktor.

– Samochodów nie mają, czy co?

Kiedy pędząca ekipa dotarła na miejsce, otoczyła zdziwionych i nieco przestraszonych rozbitków. Mężczyźni okutani w wysokie mokasyny z ostrogami, kapelusze i skórkowe spodnie wyglądali jak wyrwani żywcem z westernu.

– Jak podróż panowie? – przemówił najstarszy na pierwszy rzut oka kowboj.

Novakov i Kowalski spojrzeli po sobie zastanawiając co jest grane. Mężczyzna zsiadł z konia. Przywitał się podając im po manierce świeżej schłodzonej wody.

– Dexter Marts! – przemówił ściskając rękę tak jednemu jak i drugiemu – Jestem tu pierwszy, reszta moich ludzi przybyła podobnie jak wy. Jak mniemam, zmieniacz nadal działa?

– Tak działa – odparł z martwą miną Kowalski.

– Szkoda, że poszedł na dno, ale może starczy już tych skoków w czasie. Wysłużył się przez kilka misji.

– Może jeszcze się przydać –odparł Novakov wyciągając urządzenie z kieszeni skafandra.

– Zuch chłopak! – pochwalił go Dexter – Chodźcie z nami. Mieszkania już na was czekają. Reszty dowiecie się w trakcie.

– Zaraz zaraz! – sprzeciwił się Kowalski zatrzymując resztę – Kim wy właściwie jesteście? Dexter Marts dawno nie żyje, nawet nie wiadomo czy w ogóle istniał – dodał.

– Gwoli wyjaśnienia! Jesteście w 1835 roku. Miesiąc październik. Trafiliście tu za pomocą zmieniacza, który opracowałem w 1820 roku. Dzięki temu uniknęliście śmierci. Zapewniam was, że Dexter Marts to ja, zaś legenda co do mojej osoby jest prawdziwa. Ale szczegóły potem. Idziecie czy zostajecie na pustyni?

Kosmonauci spojrzeli po sobie. Pytania które piętrzyły się w umysłach przerastały możliwość racjonalnego myślenia. Fakt, że uniknęli śmierci, nie pozostawiał im nic innego jak ruszyć ze zgrają kowbojów i czekać co przyniesie kolejny dzień.

– Idziemy z wami – zdecydował Kowalski za niepewnego jeszcze Novakova – Właściwie to, gdzie nas zabieracie?

– Do naszego miasta, które od dzisiaj będzie również waszym – odparł Marts.

– A jak nazwaliście to „nasze” miasto?

– Mars, tak jak miejsce, naszego przeznaczenia w dalekiej jeszcze przyszłości.

  

   

           

 

 

  

 

   

 

  

          

          

 

Varia

Przeznaczenie Dezawa

465 Wyświetleń

Śnieg skrzypiał pod stalowymi buciorami. Na futrach osiadł delikatny mróz przenikający w głąb odzienia. Brody piechurów pokryły się szadzią. Czarne chmury sprowadzające noc nie zapowiadały nic dobrego. Wędrowcy dotarli na skraj lasu. Niosący rannego po chwili opóźnienia spowodowanego targaniem towarzysza również dołączyli do pozostałych. Drewniane nosza zdawały się błagać o zwolnienie z powodu ciężaru opasłego Regnara zranionego w wyniku starcia z diabelską kostuchą, która dopadła ich kilka dni po wyruszeniu w drogę. Mściła się na każdym kto zdołał wyrwać się spod kosy udręki i pogardy. W oddali unosiła się delikatna poświata małej wioski, która w wyniku ciężkiego i mroźnego powietrza stała się ledwo dostrzegalna.

– Zajdźmy na noc do wioski, panie – wtrącił Vingor dając tym samym oznakę zmęczenia spowodowana szybkim marszem.

– Nie ma mowy głupcze – warknął dowódca – Nie ściągniemy na niewinnych ludzi gniewu tego ścierwa. To wyłącznie nasza rzecz.

– Dobrze gada – pochwalił dowódcę Regnar – Ona wróci po mnie, nie po nich. Nie siejmy leku wśród prostaków.

– Tu rozbijemy obóz – rozkazał Berg wskazując miejsce między drzewiną – Przy odrobinie szczęścia wywabimy kostuchę na otwarte pole i otoczymy odcinając drogę ucieczki. Rozpal ogień Dezawie synu Reznora! Niech truchło wie, że czekamy!

Wojownik niezwłocznie chwycił za tobół, z którego wyciągnął kilka suchych drew po czym zaczął krzesać ogień. Po chwili płomień buchnął omal nie spalając brody palacza. Ognisko nie tylko przenikało ciepłem strudzonych piechurów, ale również rozleniwiło instynkt walki i czujności które były jedyny sposobem przedłużenia marnego żywota. Kiedy ogień rozbudził się na dobre, Dezaw przeszedł wzdłuż linii lasu szukając odrobiny chrustu. Miejscami spod zmrożonego śniegu wystawały pojedyncze badyle. Woj próbował wyciągnąć kilka, niestety większość łamała się w dłoni po delikatnym pociągnięciu.

– Psia krew – zaklął po nosem – Nic z tego nie będzie. Jak pech to pech, a raczej przekleństwo tej suki – poprawił się w myśli.

Coś delikatnie zatrzeszczało w głębi lasu. Dezaw zamarł wytrzeszczając wzrok. Dłoń automatycznie powędrowała w kierunku prawego ramienia, zza którego wystawała rękojeść wielkiego stalowego topora. Przykucnął na śniegu i próbował wypatrzeć coś w ciemności. W oddali błysnęły dwa małe punkciki. Mrugały intensywnie obserwując wojaka.

– To sarna – stwierdził i uśmiechnął się w duchu – piękna, świeżutka, dorosła sarna. Choć malutka, poznajmy się bliżej – szepnął pod nosem.

Zwierzę sprawiało wrażenie jakby słyszało każdy oddech brodacza. Zamiast topora zdecydował się wyciągnąć z rękawa małą składaną kuszę. Z wysokiego niemal do kolan buciora dobył bełt zakończony pierzastą lotką. Za pazuchą miał drewniane pudełeczko przewiązane licowym rzemykiem, w którym trzymał olej utarty z trujących ziół. Niezwłocznie zanurzył weń grot bełta i sprawnie zamontował naciągając broń. Mróz utrudniał czynności które trzeba było wykonywać w rękawicach ze smoczej skóry.

Zwierzę stało bez ruchu obserwując poczynania oprawcy, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co się kroi. Dezaw przyłożył kusze do polika i namierzył cel.

– Już cię mam – pomyślał.

Delikatnie zwolnił mechanizm. Strzała z ogromną prędkością przeszyła powietrze kończąc lot w miękkiej grdyce sarny. Zwierzę momentalnie padło na glebę wydając ostatni dech. Strzelec poderwał się na nogi i poszedł w głąb lasu po upolowaną zdobycz.

– Nie, potrzebnie smarowałem grot – wybełkotał w myśli – I tak padła od razu bidula.

Trucizna była tak silna, że w kilka minut zżarła metalowy grot bełta. Myśliwy złożył broń i schował za pazuchę. Podniósł zwierzę i sprawnie przerzucił przez ramię. Odwrócił się na pięcie i dziarskim krokiem ruszył w stronę obozu.

Ogień w oddali stał się punktem orientacyjnym dla wojownika przecierającego nową drogę przez skuty mrozem śnieg. Posiłek, który niósł na ramieniu nie był ciężki, jednak w obecnych warunkach stawał się utrudnieniem w i tak uciążliwym marszu.

Kiedy Dezaw przybliżał się do obozowiska odczuł dziwny smród. Połączenie potu i gnoju było przy tym niczym perfum. Fetor przypominał rozkładającego się trupa w połączeniu ze zgniłymi jajami i domieszką butwiejącej kapusty. Im wojak zbliżał się do miejsca, w którym zostawił kompanów, tym smród narastał coraz bardziej i bardziej. Piechur przystanął i nie mogąc wytrzymać rzygnął przez lewe ramię.

Znał ten fetor. Wiedział z czym – a raczej z kim – się wiąże i zdawał sobie sprawę z powagi przeklętej sytuacji. Nie przypuszczał jednak, że stanie się ona tak paraliżująca w skutkach.

Nastała noc. Czarne chmury zasłoniły księżyc, który w tym zasranym mroku był jedynym dawcą światła. Wojownik znajdował się jakieś czterdzieści kroków od prowizorycznego obozu. Nagle zamarł. Pociemniało mu przed oczami. Flaki w żołądku ścisnęło jak w imadle. Padł na kolana z rozdziawiona gębą próbując rozwikłać czy to co widzi jest snem a może jawą. Duszący fetor ogłupiał i mdlił do granic możliwości. Dezaw ponownie nie wytrzymał. Walnął o ziemię lekko już skostniałą sarnę i ponownie targnęły nim rwące torsje. Próbował dojść do siebie.

Na drzewach okalających ognisko wisiały cztery zmasakrowane ciała wikingów. Śnieg jeszcze nie, dawno czysty i biały teraz zmienił barwę na krwistą czerwień. Wokoło panowało nie, ziemskie spustoszenie. Trup rannego w ostatniej walce Regnara wisiał na grubej gałęzi po lewej stronie ogniska. Był zupełnie nagi. Z rozciętego brzuszyska wydostawały się parujące jeszcze wnętrzności. Ręce ponacinane w kilku miejscach straciły różowy kolor z powodu obficie upływającej krwi. Wisielec miał wydłubane oczy i podcięte gardło. Nie wiadomo, dlaczego powieszono go głową w dół i przymocowano do gałęzi za jedną nogę.

Na dwóch kolejnych ciałach Dezaw nie spostrzegł żadnych śladów walki. Wszystko wyglądało tak, jakby usieczono braci w czasie snu. Dwóm środkowym wisielcom również wydłubano oczy, jednakże powieszono ich w tradycyjny sposób – za szyję.

Po prawej stronie dogasającego już ognia wisiało ciało Berga – dowódcy drużyny. Gdyby nie stój i łańcuch na szyi, Dezaw nie rozpoznał by ciała. Było iście zmasakrowane. Jak u pozostałych towarzyszy, dowódcę również pozbawiono oczu. Miał obcięte dłonie, z których kapała resztka krwi. Nie powieszono go na gałęzi, ale przybito toporem do pnia drzewa, miażdżąc żebra i kręgosłup. Spalona broda i twarz Berga wyglądały odrażająco.

Zdruzgotany Dezaw przyglądał się ciałom towarzyszy. Podchodził bliżej próbując dopatrzeć się choć najmniejszych śladów ułatwiających zidentyfikować zwyrodniałego mordercę i potwierdzić własne przypuszczenia. Niestety. Zbrodnia musiała być przemyślana i zaplanowana w każdym szczególe. I jedno było pewne, nie dokonał tego człowiek. Nikt z ludzi nie byłby w stanie zaatakować z zaskoczenia czterech rosłych wojowników i dokonać takiej rzezi.

Kiedy przyglądał się zmasakrowanym zwłokom poczuł czyjąś obecność za plecami. Zimny pot perlił się na czole i spływał po plecach. Zerknął w prawą stronę chcąc dostrzec na śniegu cień oprawcy rzucany przez płomień ogniska. Nic jednak nie dało się zauważyć. Utwierdziło to Dezawa w przekonaniu, że przypuszczenia kłębiące się w umyśle były słuszne. Zebrał się w sobie i odchylił jedną nogę w tył robiąc duży krok. Od razu zauważył, że na śniegu pozostał tylko ślad po upolowanej niedawno sarnie, zwierzęcia jednak nie było.

– Wróciło ścierwo – wycedził po wąsem – Ta masakra to jej sprawka. Zaraz dobierzesz się do mnie, ale nie pójdzie ci tak łatwo.

Przymrużył oczy. Lewą ręką poprawił rogaty hełm i pogładził kosmatą brodę. Rękojeść stalowego topora, który dzierżył na plecach zadrżała, dając znak nadprzyrodzonej obecności drugiej osoby. Naraz usłyszał trzask w głębi lasu. Wstrzymał oddech koncentrując się na dźwięku. Zerwał się gwałtowny i mroźny wiatr roznosząc resztki żaru z dogasającego ogniska. Powiew poruszył trupy wiszące na gałęziach. W powietrzu dało się odczuć smród śmierci.

Dezaw wyprostował się i powoli chwycił drżącą rękojeść topora. Na trupie dowódcy usiadło czarne ptaszysko i głośno zakrakało.

– Zaczęło się – szepnął odwracając się na pięcie.

Ujrzał przed sobą przerażającą odchłań. Ziemia jakby zniknęła pod stopami otwierając czeluście mroku. Nagle poczuł dotyk kościstej łapy, która zacisnęła się na nim jak na mieczu.  Ostre trupie paluchu wbiły się w bark Dezawa zadając przeszywający ból. Wojownik upuścił trzymany w dłoni topór i zawył. Nie dając za wygraną szarpnął się potężnie wyrywając z uścisku śmierci. Błyskawicznie odwrócił się w stronę kostuchy i pobladł z przerażenia tracąc czucie w nogach i rękach.

Zza poszarpanego kaptura pobłyskiwały przekrwione ślepia, których spojrzenie zadawało ból i strach. Truchło przybliżyło się do Dezawa i kolejny raz wbiło szpony w ramiona. Kiedy podniósł głowę stanął oko w oko z królową śmierci. Wzrok utkwiony w zaropiałym ślepiu przyprawił go o mdłości. Naraz poczuł potężny wicher. Wszystko wokół zatańczyło. Dzielny woj znalazł się jakby w środku trąby powietrznej, niszczącej wszystko wokół.

Syn Reznora padł na kolana oszołomiony. Targało nim na lewo i prawo, jednak nie na tyle żeby wyrzucić poza obręb wściekłego wietrzyska. Ból przeszywał każdy centymetr ciała, sprawiając wrażenie jakby po kolei łamał każdą kość, wyrywał każdy mięsień. Męczarnia w końcu wzięła górę. Stracił kontakt z rzeczywistością. Zemdlał.

*************

Otworzył oczy. Mrugnął kilka razy łapiąc ostrość jak po długim śnie. Poruszył delikatnie palcami, potem całymi dłońmi, rękoma i nogami. Wszystko było całe, sprawne. Nie odczuwał bólu. Przed oczami miał czarne niebo pozbawione gwiazd. Co jakiś czas przeszywały je błyskawice nie wydając grzmotów. Również nie padał deszcz jak to zazwyczaj bywa w trakcie burzy. Mroźny wiatr smagał mu twarz i postrzępiona brodę.

Dezaw uniósł głowę i podparł się na łokciu rozglądając wokół. Smolista ciemność opanowywała wszystko. Nie możliwym było dostrzec cokolwiek. Nawet błyskawice nie rozświetlały dalszego horyzontu. Zauważył, że leży na kamiennym moście. Nie był w stanie ocenić jego wysokości, bowiem u dołu również panował mrok. Kamienna ścieżka prowadziła tylko w jednym kierunku – ku otchłań.

Wojownik podniósł się z ziemi i natychmiast zauważył, że stracił wszelka broń. Na plecach nie było topora. Nie posiadał również futrzanego płaszcza, w którym ukrył składana kuszę. Na głowie nie było rogatego hełmu ani miecza przy pasie. Jedyne co mu pozostało to wysokie buciory i skórzane spodnie. Na piersi miał gęsto pleciona kolczugę, która ochraniała również ręce. Na dłoniach pozostały rękawice ze smoczej skóry.

Kiedy stanął na równe nogi zdjął rękawice i otarł twarz. Jeszcze raz rozejrzał się w około zyskując pewność czy to co widzi jest realne.

– Gdzie ja jestem u licha? – zapytał sam siebie – Nadal żyję, a suka jakby przepadła – zastanawiał się przypominając wydarzenia sprzed chwili.

– Nie wygląda to na piekło, ale niebem też na pewno nie jest – zaśmiał się pod wąsem brodacz.

Nie mając za dużego wyboru ruszył przed siebie po wąskim moście. Wokoło tańczyły czarne chmury okalając i odcinając widoczność. Gdzie nie gdzie kamienna droga była wyszczerbiona na wylot ukazując otchłań, której i tak nie można było oszacować. Most nie posiadał żadnych łańcuchów ani balustrad które umożliwiały podparcie się w marszu.

Po przebyciu kilkunastu kroków dzielny mąż zaczął dostrzegać w mroku rysujące się kształty. Im podchodził bliżej, tym widok stawał się wyraźniejszy. Nagle jak na skinienie czarodziejską różdżką mrok opadł ukazując oczom Dezawa ogromne zamczysko.

– Dobry Boże – wymamrotał przyglądając się okazałej budowli.

Chciał zrobić krok w tył, zorientował się jednak, że droga za nim znikła bezpowrotnie. Jeszcze jeden krok i runął by w niezmierzoną przepaść.

Zamczysko było wielkie i mroczne. Ze wszystkich stron otoczone murem sprawiało wrażenie nie dostępnego. Ponad całą budowlą górowała czworokątna wieża, zakończona mniejszymi wieżyczkami w każdym rogu. Wokoło murów umieszczono fosę, w której zamiast wody pobłyskiwała czarna gęsta substancja wydająca zapach świeżej krwi. Ponad fosą górował most zwodzony prowadzący do bogato zdobionej bramy zamkniętej kratownicą. Nie było ani drzew, ani kwiatów. Powietrze nie miało żadnego zapachu. Jedyny źródłem światła w tym przeklętym miejscu był księżyc unoszący się centralnie nad mroczną budowlą. Gdzie nie gdzie dało się słyszeć krakanie ptaszyska. Było takie samo jak to które słyszał z ramienia zabitego wodza tuż przed przybyciem demona. Poza tym wszędzie panowała głucha cisza.

Dezaw syn Reznora ruszył przed siebie. Nie odczuwał strachu, był raczej ciekaw miejsca, w którym się znalazł. Jedyny niepokój wzbudzał w nim brak broni, bowiem woj bez oręża jest jak łuk bez strzały. Im bardziej zbliżał się do zamku tym zyskiwał większą pewność siebie.

Jak wejdę na dziedziniec poszukam broni. – mówił – Inaczej może być ciężko.

Ocalały piechur przeszedł przez most zwodzony i dotarł do zamkniętej kratownicy. Wciskał kamienne bloki szukając ukrytego sposobu na otwarcie bramy jednak nic się nie działo. Na budowli dało się dostrzec rzeźbione ornamenty przedstawiające nie chlubną działalność kostuchy zamieszkującej ponury obiekt. Nagle jak na życzenie potężna brama drgnęła i powoli uniosła się do góry ukazując dziedziniec zamczyska.

Wojownik dziarskim krokiem ruszył w stronę podwórza. Kiedy tylko przekroczył bramę, ta z wielkim hukiem runęła w dół odcinając drogę powrotną.

– Cwany ruch kostucho – krzyknął mrużąc oczy – myślisz, że to coś ci pomoże?

– Nikt nie wyszedł tą bramą żywy marny człowiecze – odezwał się ochrypły i ponury głos.

– To się jeszcze okaże, ścierwo – mruknął rozglądając się czujnie.

Wnętrze dziedzińca zamkowego jak i pozostała część budowli ogarnięta była ciszą i mrokiem. Nad kamiennym podłożem unosiła się mgła. Po środku sterczała studnia od dawna pozbawiona życiodajnej wody. Pod murami wznosiły się krużganki podparte równo rozstawionymi kolumnami. Kilka z nich przybierało postać rzeźby przedstawiającej zakapturzone postaci podparte mieczem lub kosą. Księżyc rozświetlał niemal każdy kąt krużganku dodając figurom niemal ożywczego blasku.

– To się franca urządziła – szepnął chwytając czujnym wzrokiem każdy szczegół.

Niepokojącym było, że nigdzie nie znalazł broni. Domyślał się, że wieża, na którą patrzy jest siedzibą wroga i nie może wejść w jej paszczę bez oręża w dłoni. Zaczął gorączkowo przechadzać się po dziedzińcu szukając choć najmniejszego narzędzia mogącego posłużyć za broń. Niestety nie znalazł niczego. Na domiar tego kolczuga na ramionach zaczęła ciążyć jak nigdy dotąd w pewnym momencie przyciskając syna Reznora do ziemi.

– To jedyna ochrona – sapał sam do siebie – żebym miał tu zdechnąć nie zdejmę jej. Muszę iść dalej.

Zebrał wszystkie siły i podniósł się stając ciężko na nogach. Powoli ruszył w kierunku wieży. Hart ducha i waleczność serca nie pozwoliła mu dać za wygraną. Wiązało się to bowiem z plamą na honorze. Dotarł do wielkich drewnianych drzwi. Te również na zwór bramy wejściowej ozdobione były płaskorzeźbami z wizerunkiem kostuchy. Wielką metalową klamkę pokrywała widoczna szadź. Dopiero teraz Dezaw poczuł, jak przenika go zimno i uciążliwy dreszcz. Chwycił rękojeść zakutaną w rękawicę dłonią. Drzwi chrupnęły i potężnie zaskrzypiały uchylając się przed zmarzniętym wojownikiem. Wszedł do środka. Panował tu półmrok.

Od drzwi zaczynały się strome schody prowadzące na szczyt wieży. Na ścianach pokrytych szronem tliły się pochodnie. O dziwo płomień był błękitny, więc tłumaczyło by to półmrok w nie przyjemnym wnętrzu. Dezaw zaczął wspinać się ku górze. Po drodze mijał szkielety, które zapewne należały do śmiałków będących tu wcześniej niż on. Mimo ciążącej na barkach kolczugi wojak dzielnie radził sobie z pokonywaniem wysokości. Im wyżej, tym schody stawały się, coraz węższe i bardziej strome. Po pokonaniu kilkudziesięciu stopni  przystanął na chwilę. Para z gęby dawała wyraz zmęczenia oraz panującego wewnątrz chłodu. Po pokonaniu połowy drogi, dostrzegł u szczytu otwarte drzwi prowadzące zapewne do miejsca przeznaczenia. Tak jak w całym zamku, również tu panował mrok. Z wielkim trudem dzielny i strudzony wojownik dotarł na szczyt wieży. Przekroczył próg obserwowanych wcześniej drzwi i znalazł się w wielkiej sali przypominającej dawną kaplicę. Obserwując zamek z zewnątrz nie przypuszczał, że pomieszczenie na szczycie może być tak duże. Urządzone bardzo surowo i chłodno przytłaczało ponurą atmosferą.

Wchodząc do środka Dezaw od razu spostrzegł dębowy stół przykryty czarnym płótnem, na którym leżał topór, miecz, mała składana kusza, rogaty hełm oraz pudełko przeplecione skórkowym rzemykiem. Na drewnianym kołku zawieszono grube futro. Pomieszczenie wypełniał fetor trupa, jednak tym razem do zniesienia. Nad głową zaraz po wejściu do sali górował mały balkon podparty czterema kolumnami na wzór tych z dziedzińca. Ściany zdobiły wysokie strzeliste okna wypełnione czarnym witrażem w różnych odcieniach. Pod oknami na dużych świecznikach ćmiły się świece o błękitnym płomieniu. Sklepienie wielkiej sali pokrywała mgła, z której co chwile strzelały błyskawice na wzór tych z mostu przed zamczyskiem. Przez środek biegł ledwo widoczny czarny dywan przysłonięty unoszącą się nad podłogą mglista poświatą. Prowadził na koniec sali, gdzie siedziała Ona, tajemnicza, odrażająca i zakryta poszarpanym kapturem – Śmierć.

Widok kostuchy przyprawiał o dreszcze. Nawet Dezawem targnął strach.

Kostucha siedziała na tronie wykonanym z ludzkich czaszek. Łatwo było dostrzec, że w niektórych miejscach brakowało ich kilka, aby wypełnić siedzisko w całości. Prowadziło do niego kilkustopniowe wzniesienie do złudzenia przypominające podwyższenie królewskie. Kostucha odziana w czarny płaszcz z kapturem stanowiła obraz odrazy i nieszczęścia. W lewej ręce trzymała długi trzonek z ludzkich kości zakończony ogromną zakrzywiona kosą, pobłyskującą nad głową. Od spodu kosa zakończona była ostrym jak brzytwa kolcem. Przednia część szaty była rozchylona i gołym okiem można było dostrzec gnijący mostek i żebra. Błyskawice pojawiające się na czarnym sklepieniu uderzały w kosę powodując wybuch iskier nad odrażającą postacią. Na prawej kościstej łapie widniał duży pierścień, symbol władzy nad życiem.

– Jesteś wreszcie ludzka miernoto – zagadnęło truchło podnosząc łep i witając swego gościa.

Dezaw spojrzał w jej kierunku udając, że nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia.

– Czego chcesz? – zapytał mróżąc oczy – Po co mnie tu ściągnęłaś?

– Spotykamy się nie pierwszy raz – ciągnęła śmierć –  Postanowiłam, że tym razem stawie się osobiście – mało tego – ugoszczę cię w moim skromnym pałacu – powiedziała wykonując gest prawym łapskiem – Niewielu miało ten zaszczyt.

– Nie wydaje mi się, żeby patrzenie na trupa było zaszczytem – odpowiedział śmiejąc się pod nosem – Z grzeczności jednak nie zaprzeczę.

Kościotrup nie był zadowolony z odpowedzi Dezawa. Najwyraźniej wzbudziło to w nim gniew. Wbił w rozmówce wzrok przeszywający niczym sztylet.

Dezaw odczuł dziwne ukłucie w piersi i jęknął.

– Pytam czego chcesz odemnie kreaturo? – krzyknął wojownik, co najwraźniej nie spodobało się rozmówcy.

– Jak śmiesz podnosić głos na Władcę Śmierci, plugawy śmieciu! – ryknęła podnosząc się z tronu – Jedno me skinienie przeniesie cię w ogień piekielny i szczeźniesz błagając o kroplę wody.

– Nie mam zamiaru ginąć! – postawił się Dezaw – Jeśli mamy walczyć, to wynik może być jeden. Ścierwu na pochybel.

Śmierć ponownie poderwała się z tronu. Niebo pod sklepieniem jakby się rozstąpiło. Powiał silny i duszący wiatr jak wtedy, gdy porawno go w zaświaty. Kostucha rąbnęła kosą w posadzkę. Drganie przewróciło brodacza odbierając na moment dech.

– Jesteś zerem synu Reznora. Nie możesz nic osiągnąć, a mimo to walczysz. Ty i twoi towarzysze – wielcy pogromcy złego. Żaden nie zdążył zareagować. Wycięłam ich w pień w przeciągu sekundy. Nikt nie może mnie pokonać. Wiesz dlaczego?? – zapytała.

– Umieram z ciekawości – odpowedział drwiąco Dezaw.

– Bo na imię mi Śmierć! – wrzasnęła – Każdy człowiek podlega mojej władzy. To ja decyduję o godzinie w której wyrwę twą duszę z ciała i skaże na potępienie u mego boku. Nikt nigdy nie wygrał i nie wygra ze mną. Ja dzierżę klucze czasu przypisanego każdemu według miary życia. Żaden miecz ani topór. Żadna kusza czy łuk nie są w stanie zagrozić memu jestestwu. Rozumiesz to głupcze?

– Szanowna Ochydo – rozpoczął Dezaw skłaniając się komicznie – Wszystko coś powiedziała zgodne jest z prawdą. Istnieje jednak pewna rzecz która nas różni. W mojej piersi bije serce, które jest dawcą życia, ciepła, uczucia. Również w nim rodzi się wola walki. W moim ludzie istnieje takie powiedzenie: „Jakie serce, taki miecz”. I choć może to z mało by pokonać tak wredne truchło jak ty, to jednak miej świadomość, że nigdy nie dostaniesz mojej duszy.

– Widzisz to wolne miejsce? – zapytała śmierć wskazując kościstym paluchem wgłębienie na czaszkę w oparciu tronu – To na twój łep miernoto. Dołączając do kolekcji staniesz się moją własnością tak jak pozostali.

Śmierć skinąła łapą i wokoło niej zaczęły pojawiac się uciemiężone duszę zakletych w tronie właścicieli czaszek. Dezaw rozpoznał na ich twarzach cierpienie i ból. Jakby błagali o pomoc, której nie mogli otrzymać.

– Stań do walki Suko! – warknął wojownik – Miejmy to za sobą.

Syn Reznora podszedł do dębowego stołu i przywdział rogaty hełm. Otwierając pudełko z trucizną zamoczył w niej ostrze miecza, po czym przytroczył go do szerokiego skórzanego pasa. Przeładował kuszę i odłożył na stół. Chwycił w dłoń drżącą rękojeść topora. Machnął w powietrzu, jakby na próbę i stnął przodem do tronu śmierci.

– Jestem gotów – poinformował przeciwniczkę.

– Marne twe przygotownia człowieczyno – odparła podrywając się z tronu. Obie ręce podniosła w górę uwalniając błyskawice z ciemnego sklepienia. Towarzyszył temu przerażający huk i gromki śmiech kostuchy.  Pochodnie pod oknami zmieniły barwę płomienia. Teraz przybrały naturalne właściwości żywego ognia. Z wielkim hukiem zatrzasnęły się drzwi za plecami wikinga.

– Mam dla ciebie propozycje synu Reznora – zagadnęło truchło przybliżając się małymi krokami do Dezawa.

– Nie jestem zainteresowany – odpowiedział.

– Nie chcesz nawet poznać mojej oferty? – dopytywała śmierć, coraz bardziej przybliżając się do przeciwnika.

–  Jedyne czego chce to wbić topór w twój pusty i kościsty łeb – wypalił wojownik rzucając się na kostuchę.

Śmierć zrobiła szybki unik zręcznie parując cios wojaka. Nim ten zdążył się obrócić miał już nad głową kosę tnącą powietrze w jego kierunku. Nie zdążył całkowicie uniknąć ostrza które w jednej chwili odcięło ucho wojownika.

Dezaw zawył z bólu przysłaniając ręką zakrwawione miejsce. Szybo spostrzegł, że rana momentalnie gnije i ocieka ropą. Zatrute ostrze zainfekowało organizm – pomyślał.

Truchło uniosło się w powietrze rzuciło piorunem w rannego przeciwnika, który z każdą chwilą tracił siły chwiejąc się na nogach. Piorun trafił w Dezawa eksplodując na zasłaniającej klatkę piersiową kolczudze. Wybuch niemal zabił rannego wojaka. Leżąc poparzony na posadzce szybko tracił świadomość.

Śmierć mogła przejść do ulubionej części walki. Podeszła do konającego i wtopiła w niego parszywe ślepia. Jednym ruchem przywołała kosę i przyłożyła do grdyki leżącego.

– Mogę uratować ci życie, w zamian za służbę w gildii śmierci – wycedziła chełpiąc się zwycięstwem – Wystarczy jedno słowo i podpis na cyrografie, a będziesz żył.

– Ścierwu na pohybel – wymówił ostatnim tchnieniem brodacz.

– Zatem nie pozostawiasz mi wyboru głupcze – odpowiedziała.

Truchło podniosło się. Jednym gestem łapy przeniosło ofiarę w pozycję siedzącą. Kosa uniosła się w powietrze i szybkim pchnięciem odcięła głowę wojownika. Z ciała bryznęła czarna zakażona krew. Tułów upadł na podłogę, zaś głowa potoczyła się w kierunku tonu Śmierci. Kostucha podeszła i chwyciła odcięte trofeum. Kiedy podniosła głowę Dezawa, ta momentalnie zamieniła się w gołą czaszkę, jakby spędziła w grobie przynajmniej sto lat. Umieściła ją w oparciu tronu, uzupełniając w ten sposób puste miejsce. Zasiadła na trupim podium i wybuchła hałaśliwym i przerażającym śmiechem, który odbił się echem nie tylko po sali, ale i całej okolicy.

Najdawniejsze ludy zamieszkujące północ spisały legendę, która głosi: „Jeśli w pochmurną i straszną niczym upiór noc, wśród świstów chłodnego wietrzyska usłyszysz w oddali echo plugawego śmiechu który wpadając w ucho przyprawi cię o dreszcz, musisz wiedzieć, że kolejne miejsce wśród tronowych czaszek Śmierci zostało zapełnione”.


Przemysław Kubisiak

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 5 (#2 2017) kwartalnika Abyssos.