fbpx
Tag -

sobociński

System

Drugi numer Abyssos

447 Wyświetleń

Drugi numer czasopisma Abyssos przynosi kontynuację opowiadań rozpoczętych w numerze pierwszym (Po drugiej stronie lustra, Baśń o Człowieku, Wroniarze).

Ponadto, rozszerzając pole działalności, zawiązaliśmy współpracę z projektem Horyzonty, którego efekty będzie można śledzić na łamach Abyssos. Pozostając w podobnej konwencji Paweł Ofiarski w opowiadaniu You’re My Heart, You’re My Soul chwilowo odpoczywa od uniwersum Oculum Mundi.

Najcięższym kalibrem drugiego numeru czasopisma bez wątpienia jest rozmowa Błażeja Grysztara z Dawidem Jakubowskim, działaczem Komunistycznej Partii Polski. Rozmowa o ideałach, historii i przyszłości. Należy rzec, że prezentowane przez rozmówcę poglądy nie są współdzielone ze światopoglądem redakcji.

Do tego Patryk Szymczak ze swoją poezją na początek i na koniec.

Numer w formacie .pdf

Naszą publikację znajdą państwo również w Sklepie Play. Czasopismo jest do pobrania oczywiście za darmo.

Zapraszamy!

Oculum Mundi

Miejskie powietrze czyni wolnym #1

634 Wyświetleń

Z pewnością są tacy, którzy przynajmniej słyszeli o grach RPG. Znajdzie się garść i takich, którzy grali w różnorakie settingi (systemy) mogąc poczuć się tym, kim w rzeczywistości nie są. Jednakże istnieje specyficzny dział odgrywania postaci tzw onForum. Jest to nic innego jak sesja RPG opisywana na popularnym silniku forum phpBB.

Dwóch autorów, publikujących na Abyssos, postanowiło wykorzystać doświadczenie zdobyte podczas tego rodzaju rozgrywek i wykorzystać je w oryginalnej czynności literackiej. Zamiast popularnego schematu, używanego na sesjach onForum, autorzy zdecydowali się prowadzić narrację w kolejnych odcinkach mini powieści Miejskie powietrze czyni wolnym, osadzonym w uniwersum Oculum Mundi. Historia prowadzona jest w sposób ciągły, to znaczy bez wyraźnego podziału na wątki MG (Mistrza Gry) oraz BG (Bohatera Gry).

Michał Sobociński, jako Mistrz Gry; Paweł Ofiarski jako Chrisstoffer Wagner.

Zapraszamy do lektury!


Część II ->


1 kalendy miesiąca Tradara, 580 lat po przybyciu Attara

W całym cesarstwie nie ma takiej zimowej nocy.

W mieście Modris był taki zwyczaj: kiedy komuś nie wyszedł interes, bez znaczenia o jakiej skali, zwykł obrzucać posąg świętej Matyldy różnymi nieprzyjemnościami. Zwyczaj ten wziął się od legendy, która opowiadała, jak najuczciwsza z najuczciwszych Matylda wyznała na sądzie, że jej ojciec kantował przy odpisach podatkowych. A za zaoszczędzone pieniądze kupował córce smakołyki. Powiadali tedy, że wówczas to sam bóg handlu i kupców, Tradar, nie mogąc się nadziwić tak naiwnej uczciwości, wziął po śmierci Matyldę do swej domeny, by doświadczyć jej zalet. Lub wad, jak twierdzili inni. Teraz wszyscy ci, którym różnorakie kłopoty pożarły intraty, przeklinali cechy Matyldy z wiadomych powodów.

Chrisstoffer Wagner przyglądał się trudom mnicha wycierającego pomnik. Przyjrzał się swojej szacie i ocenił, że w porównaniu do duchownego, którego świątynia słynie z bogactwa, wygląda niczym doża. I nic dziwnego. Nie w taką noc. Pierwszego, zimowego wieczora każdy jeden w Modris, czy to łachmyta, dziad proszalny, kupiec, mistrz rzemiosła lub szlachetka, zakładał co miał najprzedniejszego i pośpieszał do Pałacu Najjaśniejszego Doży. Tam, rok w rok, obywatele i nie obywatele Modris świętowali zrzucenie jarzma mitycznego „króla” rodzącego się miasta-państwa i deklamowanie republiki.

Mnich, gdy skończył wycierać posąg, odwrócił się w kierunku młodego Wagnera i widocznie nie spodobał mu się zastany widok. I nie było co się dziwić. Wszyscy wiedzieli, że pomimo uroczystych zasłon, przyjęcia u doży to istne targowisko próżności, gdzie każdy gest, słowo, a nawet sposób ubioru mógł wywołać plotkę, a od niej bliska droga do skandalu. Za maską eleganckiego przyjęcia, toczyła się wojna o status. Szczęśliwie, Christoffer nie miał co tracić, gdyż w mieście przebywał tylko dwa dni i sam jego powrót może być powodem wielu plotek. Zwłaszcza, gdy się dowiedział, że jego ród, z którym był związany więzami rodzinnymi, tak mocno wybił się na handlu bronią.
Wojskowy zatrzymał się na chwilę przy posągu, przypatrując się jego majestatowi, by potem zerknąć na skromnego mnicha, któremu wyraźnie nie był w smak ubiór byłego wojskowego. Zdziwiło go to trochę, gdyż starał się zachować powagę w stosunku do swojej rangi. Miał na sobie mundur galowy, skrojony na miarę, w barwach księstwa Yorbrittum, wraz z pagonami, które miały wskazywać rangę podporucznika. Do tego, wypastowane buty oraz pas z przypiętym mieczem. Jako dawny oficer przysługiwał mu honor noszenia broni jako statusu na uroczystościach. W lewej ręce trzymał maskę na patyku jakiejś uśmiechniętej osoby, która kolorystycznie była dopasowana do stroju. Nie świecił się jak przysłowiowy szczupak w szafranie, nie mniej był dość elegancki. Nawet zasłonił elegancką, czarną opaską dziurę po oku. Nie odezwał się jednak, gdyż nie chciał człowiekowi przerywać swojej pracy. Chociaż, z drugiej strony, nawet ten duchowny nie wiedział, ile by Wagner oddał by się z nim zamienić na miejsca i nie udawać się na to przyjęcie z powodu obowiązków zawodowych.

Nie mniej, obiecał panu Oldbergowi, że się pojawi na przyjęciu. Nie wiedział czemu wspólnik w interesach jego ojca tak mocno namawiał do wzięcia udziału w tej uroczystości, lecz jak każdy człowiek interesu miał pewnie w tym jakiś cel. Czyżby jego ojciec źle się czuł i jego bracia nie byli zbyt chętni do współpracy z Olafem Oldbergiem, dlatego będzie przekonywał Christoffera do tego? Bardzo możliwe, pomyślał Wagner, jednakże moja wiedza z zakresu handlu jest nikła. Ach, no tak. Dla niego to tym lepiej. Mnie puści z torbami, a sam zbije fortunę. Niezbyt pozytywne myśli przelatywały przez umysł byłego wojskowego i nie wiedział, jaką strategię działania podjąć. No, może prócz jednej. Nie dać się zwabić na uroki panny Oldberg, która może stanowić atut w rękawie kupca. Christoffer znał aż za dobrze tego typy dziewcząt. Wesołe trzpiotki, które wprowadzą każdego mężczyznę w zakłopotanie, a potem o pustość sakiewki. Unikał ich jak ognia i teraz miał zamiar dokładnie to samo uczynić.
Z zamyślenia wyrwał go jednak dzwon, zwiastujący wybicie tak zwanej godziny psa, czyli zmianę strażników i zapalanie lamp na ulicach. Wagner czekał na przybycie powozu na niego, gdyż Olaf Oldberg obiecał, że obierze go spod posągu świętej Matyldy krótko po godzinie psa.

Wagner przypatrywał się rewii mody panoszącej się na ulicach Modris. Wszyscy zmierzali w jednym kierunku. Przez dźwięk dzwonu przebijały się śmiechy, okrzyki, świętobliwe życzenia, mniej zgrabne pogróżki. Nie sposób było stwierdzić któż jest ich nadawcą. Twarz większości przechodniów zakrywały maski. Te, zdradzały przy okazji stan majątku nosiciela.

– Dawniej sam ciskałem w św. Matyldę zbukami – Wagnera z zamyślenia wyrwał suchy głos. – Dobry wieczór, Christofferze. Wyglądasz… Odpowiednio.

Jednooki miał okazję przekonać się, jak ulotną błahostką jest moda. Oto stał przed nim człowiek, ubierający się niegdyś jak eremita. Skromnie. Prosto. Koherentnie. W atłas i jedwab, dla równowagi. Tymczasem przed oczami stanęła mu papuga, pstrokata i jak na żołnierski gust Wagnera, nieco komiczna. Niezmienną pozostały materiały. Olafowi Oldbergowi towarzyszyła jego córa, Karina. Młoda, choć z dawna nie dziecko. Rezolutna, lecz słodka jak miód, wstydliwa z zachowania, lecz nie z ubioru. Prostokątny dekolt, obszyty złotą nicią, oferował oczom znacznie więcej, niż zalecaliby niektórzy kapłani w świątyniach. Żołnierzowi imponował ten wymysł mód zwłaszcza, że Karina odziedziczyła po matce nie tylko gładką skórę. I tej odwagi w ubiorze obawiał się właśnie Christoffer. Ten widok przyciągnął jego spojrzenie i w myślach układał sobie taktykę, by umiejętnie przesunąć swoją kolumnę między dwa potężne pagórki. Po chwili stwierdził jednak, że zbyt duże ryzyko w stosunku do purrysowego zwycięstwa. Porzucił tę strategię i zamiast tego ukłonił się zarówno pannie Karinie, jak i Olafowi Oldbergowi. Gdy się wyprostował, zabrał głos.

– Dobry wieczór, panie Oldberg i panno Karino. Cóż, nie jestem pewien, czy słowo odpowiednio by tutaj pasowało. Rzekłbym, że mogę stanowić niecodzienny widok wśród elity kupieckiej. Ale prostota munduru żołnierskiego zawsze szła w parze z jego elegancją. No i jak to się mawiało u nas w wojsku, za mundurem, panny sznurem, że pozwolę sobie na taką krotochwilę.

Siwy kupiec parsknął wymuszonym śmiechem. Zerknął na swą atrakcyjną córę i dopiero, gdy zwietrzył realność słów Wagnera, zdębiał na moment. Karina zauważając konfuzję ojca, uśmiechnęła się, że aż Chrissowi przypomniała się wiosna.

– Dawnom nie słyszał, jak się interesy twego ojca mają – powiedział raczej dla próby zneutralizowania niewygodnego tematu. – Nie mniej dzisiaj przekonamy się o polityce regionalnej Marchii Północnej.

Wagner przyłapał się na braku kontroli nad ruchami mimicznymi.

– Też bym był zdziwiony, młody człowieku – dodał ciepło Oldberg. – Odkąd nasz umiłowany doża wrócił na urząd, wróciły i stare praktyki tego lisa. Zatem prócz zwykłego, znanego wszystkim kupczenia, umiłowany doża Kersil Sorill, wrócił do targów z Godrynem Namüelem. Podejrzewasz co się święci?

Christoffer, znając mości Namüela, mógł przeczuwać, że chodzi o wojnę. Wszakże cała znajomość Wagnera z margrabią Marchii Północnej opierała się na wojnie. Nie wiedział jednak, czy może chodzić o kolejne ochotnicze hufce z Modris na ziemię barbarzyńców czy o coś nowego. Wyobraźnia księcia nie znała granic, a co więcej, miał pewne obawy co do wierności niektórych oddziałów. Większość częściej wiwatowała księciu Yorbrittum, niż cesarzowi. Sam Geotardus może i nie będzie dążył do rebelii, ale z drobnymi intrygami Sorilla może dojść do tego, że wierni księciu żołnierze powstaną przeciwko cesarstwu. Być może wtedy nawet wróci w buty oficerskie. Otworzą się w końcu nowe możliwości. Jednak na razie nie miał zamiaru się dzielić z tymi osobistymi przemyśleniami z nikim.

– Nie musimy chyba mówić oczywistości, panie Oldberg- odpowiedział mężczyzna, prostując się.- Książę to fanatyk wojenny i zapalony miłośnik wyścigów konnych. Doża Sorill, o ile mnie pamięć nie myli, często wysyłał ochotnicze hufce wojskowe do pomocy w obronie limesu, ale nigdy nie towarzyszył Godrynowi Namüelowi w cyrku. Odpowiedź jest prosta.

Rozłożył tylko ręce w geście, że chodzi o wojnę. Uznał to za odpowiedź kończącą dyskusję na ten problem, przynajmniej na tę chwilę.

– Zmieniając temat, dlaczego Pan nie wie, jak idą interesy w rodzi mojego ojca? O ile mnie pamięć nie myli, jesteście panowie wspólnikami i winniście utrzymywać ze sobą kontakt.

Starzec odkaszlnął i splunął flegmą na ziemię. Dalszą wypowiedź przerwała mu nawałnica kaszlu. Skrzeczał, dusił się, aż w końcu Karina oklepała mu plecy z widocznym znastwem.

– Daruj, panie Wagner – rzekł Oldberg, gdy uspokoił kaszel. – Łaskawa bogini Hilen, nie raczy mnie dobrym zdrowiem – odchrząknął dla potwierdzenia. – Pański ojciec, jak na ironię, wyjechał pod Harpie Szczyty w Marchii Północnej. Finalizuje tam wykup akcji Spółki Górniczej Grodreg i Synowie. Przeklęte krasie zażądały obecności pańskiego ojca – zaklął plugawie pod nosem. – Psia ich rasa… Nam brak respektu do innych zarzucają, a sami wymagają, by starzy ludzie znosili truda wojaży. Psia ich rasa, powiadam. Psia ich rasa!

Informacja o akcjach faktorii górniczej zainteresowała Christoffera Wagnera. Zainteresowała o tyle, o ile wiedział, że krasnoludy z Marchii Północnej, zawsze pozostawali niechętni kupcom Modris. Stąd też obawy wojskowego w stosunku do wyprawy jego ojca nie były zbyt dobre. Podejrzewał najgorsze, które będzie zwiastunem czegoś jeszcze gorszego. Pomodlił się w myślach do Walsa, by odegnał tę straszliwą marę z jego głowy.

– Nie jestem rasistą- odpowiedział krótko Chris, pozwalając sobie na delikatny uśmiech.- Ale też nie jestem ksenofilem, więc powiedziałbym, że powinni się spotkać przedstawiciele obu stron. Chociaż z drugiej strony, jeśli krasie mają jakiś swój kodeks honorowy, to może jest w nim napisane… czy raczej wyryte, biorąc pod uwagę ich upodobania do kamienia, że “Sprzedaż dóbr swoich z przyszłym zarządcą negocjować będziesz”. A może tak być, skoro tak twardo stąpają po ziemi. Do tego stopnia, że się zapadają.

Pozwolił sobie na krótką krotochwilę, jednakże po chwili wrócił do tematu:

– Nie wiem, jednak, czemu krasnoludy tak nagle się zgodziły na sprzedaż swojego dziedzictwa, zwłaszcza komuś, kto jest z Modris. Wietrzę w tym jakąś pułapkę. No i druga rzecz, czemu ojciec nie wysłał mi listu, skoro stacjonowałem nad limesem? Może udałoby mi się załatwić jakąś przepustkę na kilka dni, a sam bym czuł się pewniejszy, że nic mu nie grozi.

Stary kupiec nie odpowiedział. Wzruszył ramionami i wykrzywił usta w brzydkim grymasie.

-Świat staje na głowie, młody człowieku – odrzekł na odczepne. – Chodźmy. Nie każmy czekać naszym próżnościom.

Poszli ulicą Konwaliową kierując się na Targ Tradara, największy w Cesarstwie Ingradyjskim ośrodek handlowy. Mijając Bank Spółdzielczy Gelzców, Chriss gestem ręki przywitał się ze znajomym bankierem Joachimem Gelzem. Ten stroił fasadę filii bankowej w przerwach drąc się na swych podwładnych, najróżniej im wymyślając. Potem, gdy zeszli z ulicy Konwaliowej, wkroczyli na potężny targ. Tutejsi kupcy, kramarze, handlarze i rzemieślnicy, wystawiali sztukę Gorejący Król. Niezbyt skomplikowaną, ograniczającą się do palenia kukieł symbolizujących monarchów. Niektórym przyjezdnym imponował zwyczaj palenia wysokich na dziesięć stóp drewnianych karykatur. Inni, pukając się w głowę, zwiastowali rychły koniec miasta. Wagner zaś od dziecka zachodził w głowę jakim sposobem zwyczaj ten ostał się w feudalnym państwie, w którym główny prym wiodą książęta na czele z cesarzem.

– To trochę okrutne, prawda? – Westchnęła Karina obserwując gildię balwierzy tańczących w koło palącej się kukły.

Mężczyzna przyjrzał się widowisku bez jakiejś specjalnej zadumy. Dla niego była to część tradycji, być może wywodząca się z jakiś dawnych dziejów. Nie interesował się historią, nawet swojego miasta, więc nie był w stanie tego uargumentować. Spojrzał na Karinę, wciąż jednak kątem oka patrząc jak ludzie świętują.

– Owszem, ale tylko trochę- odpowiedział Chris, wskazując dłonią na niedaleką kaplicę Tradara.- Zapewne bogowie, gdy tworzyli świat mieli w zamyśle, że miał być idealny, jak oni. I co ciekawe, może wedle ich rozumowania, taki jest. Bo czy bogini Hilen nie chciałaby, byśmy oddawali część naszych darów, na które zapracowaliśmy innym? Czy Belladon nie domaga się broni pokonanych wrogów, często zaraz po potyczce? Czy Jurastion nie chce, by niegodziwców spotkała sroga kara? Wszystko działa wedle ich woli, a przynajmniej tak mi się zdaje.

Nie był osobą, która specjalnie wdawała się w dysputy filozoficzne, zwłaszcza z zakresu religii. Jednak, czasem nawet i jego nachodzą pewne myśli i chwile zwątpienia z zakresu, czy tak powinno być. Nie wierzył w przeznaczenie, wolał myśleć, że sam sobie jest sterem i kapitanem na okręcie zwanym życiem. Ale czasem pojawia się sztorm, który nie jest zależny od niczego i nawet najlepsze umiejętności niekoniecznie pozwolą mu go przeżyć. Mogą mu tylko pomóc. Po chwili jednak wrócił mu weselszy nastrój.

– Poza tym, gdybyśmy wszyscy chcieli żyć wedle zamysłów Prytera, to ten świat byłyby aż za bardzo cukierkowy. A słodycz ma to do siebie, że z czasem staje się mdła i niejadalna. Dobrze jest wtedy mieć coś gorzkiego.- Odparł z uśmiechem, patrząc jak jeden z uczestników zabawy wpadł w ogień, by się po chwili podnieść i wesoło, acz lekko poparzon, wrócić do tańca.- Albo dawkę alkoholu, jak w przypadku tego osobnika.

– Ktoś nie mniej pijany, lecz trzeźwiejszy na umyśle, poczynił głośną uwagę, że poparzony człowiek przypalił sobie spodnie. Młodzież rechotała, dziatwa beczała ze śmiechu, starsi kręcili głowami.

– Pewnie ma pan słuszność – odparła Karina bez przekonania. – Pewnie dlatego Eo stworzył dziesiątkę bogów – zamyśliła się dotykając palcem ust, co żołnierzowi wydało się całkiem atrakcyjne. – Dla równowagi, tak myślę.

– W takim wypadku Atrinijczycy mają przesrane skoro czuwa nad nimi tylko jedno bóstwo – zaśmiał się chrapliwie Olaf Oldberg. – Dajcie pokój tym dysputom. Zostawcie je teologom, kapłanom i innym pomyleńcom!

Przechodząc przez furtę Pałacu Doży zostali powitani skromnymi słowami przez straż pałacową. Przeszli przez udekorowane Ogrody Tecytyjskie, sławne przez fryzowane jabłonie i grusze rodzące latem mnogość owoców. Na wypadek różnorakich przyjęć ozdabiano je lampionami o kanarkowej barwie. Już w Ogrodach usłyszeli przyjemną, stonowaną muzykę wydobywającą się spod palców elfich minstreli. Wagner słyszał jeszcze na limesie, że doża jest wielbicielem elfiej twórczości – zwłaszcza muzycznej, a jeśli już spraszał ludzkich grajków to tylko, by przygrywali gościom podczas oficjalnych tańców. Oficjalnych, gdyż w kraju wolnych ludzi prawo było wszędobylskie. W Modris, toczonym od wieków infekcją biurokracji, nawet krotochwile musiałby być zaplanowane. Istniało nawet powiedzenie, że nawet jeśli coś dzieje się przez przypadek, to dlatego, że tak zostało to zaplanowane. Elfy grały Tęsknotę za borem, melodię powszechnie zakazaną w cesarstwie, lecz graną w Najjaśniejszej Republice jakby na przekór. Zaś doża zadbał, by emisariusze cesarscy obecni na przyjęciu, wysłuchali tejże melodii.

Oldberg z córą kiwali co rusz głowami na dzień dobry. Żołnierz nie potrafił rozpoznać przez maski ewentualnych znajomych. Nie spodziewał się też ich wielu. Zamiast tego przyglądał się rewii obowiązującej mody. Bufiaste rękawy, delikatne trzewiki, proste kamizelki lub sztywne kubraki konfrontowały się z pasiastymi chaperonami, kaftanami z szerokimi rękawami, swobodnymi spodniami. Żadnego unitaryzmu. Powietrze miejskie w Modris czyniło wolnym, toteż ci, którzy za nic mieli trendy garderoby, mogli obnosić się ze swoimi wymysłami swobodnie. Zwłaszcza w tę noc. Najdziwniejsi byli jednak uczeni. Wszyscy, choćby i młodzi, podpierali się kosturami. Ciała skrywali pod togami, jak juryści albo kapłani. Mówili językiem, który wedle niektórych, przystoi raczej akademickiej katedrze aniżeli przyjęciom. Chriss nie rozpoznał żadnego uczonego, choć wiedział, że profesor Vendom Tasartir, zausznik księcia Marchii Północnej, Godryna Namüela, jest obecny na przyjęciu. Skojarzył sobie siwowłosego oryginała z limesu, gdy ten odwiedzał często margrabiego oficjalnie służąc mu radą. Wagner czasami snuł domysły, że nieoficjalnie profesor szpiegował księcia. A skoro, wedle słów Olafa Oldberga, na przyjęciu mogła zostać ujawnione stanowisko Modris w kwestii Marchii Północy, nie mogło zabraknąć lewej ręki samego doży, jeśli jego powiązania z wywiadem były prawdziwe.

Jednocześnie, zastanawiał się, jak mogli odnosić się goście Sorilla do jego ubioru, które właśnie kojarzone jest z władztwem Yorbrittum. I to w sposób polityczny, gdyż reprezentuje tutaj armię samego księcia Godryna. Jeśli będzie ogłoszone ocieplenie stosunków, zaraz może się zebrać wokół niego całe stadko, które może go wypytywać o najdrobniejsze szczegóły co do polityki północy. Jeśli ochłodzenie… cóż, znaczy, że będzie trzeba zrobić kelradzkiej wyjście z przyjęcia i wracać na północ, do armii.

Wziął od jakiegoś sługi kielich z białym winem i napił się trochę. Nie znał się na nich, lecz uznał je za dobre. Ale nie było to jakieś szczególnie trudne, po wielu latach picia kwaśnych win z tawern, które powstały blisko ich obozów wojskowych. Trzymając w lewej ręce kielich i w prawej maskę, rozglądał się po sali, jakby licząc, że los przysporzy mu jakąś znajomą twarz.

I zaskakująco, los był łaskawy, ale przy tym, ironiczny. Bowiem na chwilę odwracając wzrok dojrzał Ewelinę Selitto, która, w zamyśle jego ojca, miała być jego żoną. Pomimo lat, poznał ją od razu, ale nie z powodu zauroczenia. Na prawym policzku miała po prostu myszkę, a tego żaden puder nie usunie. Jednakże, o ile zapamiętał ją jako natrętną, ksztanowłosą pieguskę, która wszędzie za nim ganiała, to wyrosła teraz na atrakcyjną kobietę, o dużych manierach, sądząc po tym, jak właśnie rozmawiała z jakimś mężczyzną. Uśmiechnął się i zaśmiał pod nosem:

– Los to jednak złośliwa bestia skoro podsuwa przeszłość powiązaną z teraźniejszą przyszłością- mruknął pod nosem filozoficzną myśl, zapijając ją winem.

– Proszę? – Odezwała się Karina unosząc głowę do żołnierza. – Ach… – Westchnęła, gdy zorientowała się na kogo patrzy Chriss. – Panienka Selitto. Choć już nie na długo – młoda kobieta odzyskała rezon. Złożyła dłoń na dłoni i zauważalnie wypięła pierś. – Przyrzeczona Federico Camperezza, dziedzica familii Camperezza z Norithoru. Uwierzy pan? Gdyby to była arystokracja to powiedziałabym, że maluje się mezalians!

– Ród Camperezzów z dawnej republiki Norithoru, obecnie bękarciego księstwa, słynął z majątku, obrotem wszelakimi towarami, świadczeniu kredytów, z rzadka lichwie. Znienawidzeni przez jednych, kochani przez pozostałych. Znienawidzeni, gdyż podczas oblężenia Klejnotu Południa, Norithoru, zdradzili republikę wpuszczając armię cesarską do miasta. Wówczas ci, którzy dorobili się na zmianie systemu, pokochali Camperezzów całym sercem, całą sakwą.

Ewelina Selitto zdawała się nie zauważać żołnierza, choć ten mógł przysiąc, że zerkała nań raz po raz. Jednakże, Chriss starał się nie zwracać na to uwagi. Spojrzał natomiast na Karinę, pozwalając sobie na cierpki uśmiech pod maską.

– Och, czyżby? Widzę, że polityka rodowa zmienia się równie szybko, jak bardowe upodobania w stosunku do kobiet.- Odrzekł żołnierz pannie Oldberg cicho, chociaż z jego tonu można było wnosić, że był bardziej rozbawiony całą sytuacją anieżeli zdenerwowany.- Pamiętam pannę Selitto jeszcze jako szcześcioletniego dzieciaka, który ganiał za mną, bym jej uplótł wianek z polnych kwiatów. Dawne dzieje, gdy jeszcze była moją narzeczoną. Nie mniej, już wtedy była diabelnie irytująca i jestem ciekaw czy jej to zostało po…

– Panie Wagner – zagaił Olaf Oldberg. – Proszę mnie posłuchać – rzekł chwytając go pod ramię ku niezadowoleniu Chrissa, że nie dał mu dokończyć myśli. –  Ród Selitto, powiem bez ogródek, bruzdzi naszym interesom. Moim i pańskiej familii. Zalecam zatem ostrożność w… odświeżeniu starych znajomości. Teraz chodźmy. Nie dajmy doży czekać.

– Oczywiście- Chriss przytaknął kupcowi, dopijając swoje wino i oddając kielich przechodzącemu słudze.- Bardziej mnie wzięło na nostalgię niźli na odświeżanie znajomości, ale trafna uwaga.

Wchodząc po marmurowych schodach stary kupiec sapał jak zmęczony gonitwą hart. Tej nocy, i w zasadzie tylko tej nocy, wrota do Pałacu Doży stały dla wszystkich obywateli otwarte. Wchodząc do środka Chrisstoffer Wagner poczuł przyjemne ciepło palenisk i zapachy różnorakich potraw. Doszła do jego uszu i stonowana muzyka, którą przygrywali tym razem ludzcy grajkowie. Goście przyjęcia, nie zgromadzeni przy stołach, tańczyli w formalnych grupach, popijali wina i okowity tocząc dyskusje. Oldberg prowadził córę i żołnierza do prawego krańca ogromnej sali. Chriss po raz pierwszy miał okazję oglądać wnętrze Pałacu Doży. Imponowały mu dwa szeregi kolumn, błękitno biała posadzka, pyszne żyrandole mieniące się feerią barw. Doszedł do wniosku, że jako jedyny trzyma w ręku swoją maskę. Miał wrażenie, że wybierając tę maskę, dostosuje się do trendów dworów doży, a tymczasem zdaje się, że moda na maski trzymane w rękach minęły. Miał nadzieję, że nie wywoła tym jakiegoś skandalu.

Dochodząc na skraj sali, tuż przy ścianie, Wagner spostrzegł jednostki, które nie wchodziły w rozmowy z biesiadnikami, nie spoufalały się z nikim, nie tańczyły ani nie piły. Obserwowały gości, konsultując się czasem zdawkowo między sobą. Mężczyzna domyślił się, że muszą to być funkcjonariusze tak zwanych Czarnych Kapturów, tajnych służb Najjaśniejszej Republiki Modris. Jeden z nich, człowiek w masce przypominającej paszczę lwa, wskazał ręką na schody. Oldberg, który wyraźnie oczekiwał na taki znak, pokiwał głową.

Pokonawszy kolejną porcję stopni, kupiec zasapał się potwornie. Jednooki zwrócił uwagę, że schody na piętro różnią się od tych ulokowanych po drugiej stronie balkonu kondygnacji. Mniej okazałe, mniej oficjalne. Kolejny Czarny Kaptur, tym razem niewysoki mężczyzna z kołtunami spętanymi sznurkiem, uśmiechnął się brzydko do trójki gości.

– Dobry wieczór państwu – powiedział, a Chriss momentalnie pomyślał, że krtań mężczyzny musiała znosić wielokrotny trud przesyłu gorzały do żołądka. – Doża oczekuje.

To mocno zatkało Chrissa. Myślał, że gdy Olaf Oldberg mówił, że “nie dajmy doży czekać” miała na myśli przyjęcie. A tu chodziło o bezpośrednie spotkanie z samym najwyższym urzędnikiem Modris! I to na prywatnej audiencji. Co tej przecherze Oldbergowi chodziło po głowie? Żołnierz jednak zachował na tyle zimnej krwi, by nie ukazać zmieszania na swojej twarzy.

Czarny Kaptur zapukał dwa razy w ościeżnicę i po odzewie weszli do środka.

Kersil Sorill wyglądał jakby mozoły świata doczesnego omijały go szerokim łukiem. Żołnierz wiedział, że doża dobija już do szóstej dekady życia, lecz jego twarz wygląda niczym u trzydziestolatka przykuwającego zbyt wiele uwagi do robót pielęgnacyjnych. Czub głowy zdobiła obszyta srebrnymi nićmi infuła, ornamentowana kolorowymi kamieniami, najpewniej rubinami. Na szyi dźwigał złoty łańcuch z medalionem przedstawiającym Święte Szalki, atrybut boga Tradara. Jedwabna toga, na pozór skromna, kłóciła się z płomiennym płaszczem obszytym smugą piżmakowego futerka farbowanego na srebro. Towarzyszyła mu młódka, Eufemia Sorill. Córka.

– Niechaj będą chwaleni bogowie – przywitał się dewocyjnie. – Eufemio?

– Tak, ojcze – odparła dziewczyna i uśmiechnęła się do Kariny. – Może pójdziemy na bal, kochana?

Córka Oldberga widocznie nie dała się zwieść cukierkowemu tonowi rówieśniczki. Chriss musiał przyznać, że może jednak źle ocenił Karinę. Być może miał do czynienia z nie lada intrygantką. Potwierdziło to w nim jednak fakt, że należy jej unikać jak ognia.  Dziewczyna mimo wszystko dała się wziąć pod ramię i wyprowadzić za drzwi. Czarny Kaptur, z wyjątkowo paskudnym głosem, zamknął za nimi drzwi.

– Syn swego ojca, jak powiadają – rozpoczął doża wskazując mężczyznom fotele. – Syn swego ojca!


Michał J. Sobociński;

P. R. Ofiarski


Część II ->

Varia

Orzeł

314 Wyświetleń

Profesor Władysław Aliowicz sapał wściekle. Dawno tak nie biegał. Nie po wyrytych korytarzach pod Focus Mall. Tym bardziej przed wojną, jako adiunkt Instytutu Historii Uniwersytetu Zielonogórskiego. Chyba, że na rekonstrukcjach historycznych, ale to był inny rodzaj wysiłku. Rozejrzał się pośpiesznie i ku jego radości dostrzegł za plecami doktora Marcina Bułgarskiego. A raczej jego kształt, bo szalejąca zamieć utrudniała widoczność.

– Chyba im zwialiśmy! – Rzucił Bułgarski przekrzykując wiatr. – Chwila… Cholera…

Doktor, równie zasapany jak profesor, przycupnął w miejscu gdzie przed laty zatrzymywał się autobus numer 11. Poprawił za duże gumowe rękawice wciągając je mocniej na palce. Na zielonkawej gumie pojawiła się karmazynowa ciecz. Krew.

– Prawie mi ją zabrał – krzyknął chwytając ranę. – Cholerny dzikus! Cholerni kanibale!

– Cicho, doktorze – syknął Aliowicz. – Uciekliśmy im. To najważniejsze – profesor zamilknął na moment. – Chodźmy do szpitala. Może ostały się tam jakieś bandaże…

– Proszę nie kpić – parsknął Bułgarski. – Szpital ograbiono zaraz po tym, jak wyniesiono wszystko z dyskontów i monopolowych. Zaraz po Apokalipsie…

– Nie używajcie tej durnej nazwy! – Warknął profesor odwracając się gwałtownie w kierunku kolegi. Potem westchnął. Ciężko. – Przepraszam to przez ten…

– Głód?

– Tak – przytaknął niechętnie. – Ile to już? Dwa dni?

Marcin Bułgarski nie zamierzał odpowiadać. Nie lubił pytań retorycznych. Wstał, poprawił gogle, które znalazł wraz z profesorem w sklepie 50 Style, przy ulicy Kupieckiej, podczas poprzedniej ekspedycji.

– Koniec odpoczynku – powiedział butnie. – Idziemy na wódkę!

– Humor widzę cię nie opuszcza, doktorze – odparł mniej wesele Aliowicz. – Ale masz rację. Nie powinniśmy tu tak sterczeć. Przejdźmy przez Lwowską. Tam na wzniesieniu jest Stock Tavern a raczej to co z niego zostało.

– To powiedzenie jest dziś nad wyraz popularne – sarknął Bułgarski.

– I chyba tylko to – skwitował historyk.

– Nie, profesorze – nie zgodził się doktor. – Skurwysyństwo i szaleństwo jest dziś całkiem powszechne.

– Zawsze było, doktorze Bułgarski.

Poszli ulicą Podgórną aż do skrzyżowania Waryńskiego z Lwowską. Z przyzwyczajenia zajrzeli do szyb opuszczonych aut. Co zresztą mogli w nich znaleźć? Radio? Które z nich dziś działa? Nie potrafiliby ich nawet zmusić do zmartwychwstania. Kiedyś zanieśliby je do naprawy. Ale nie dziś. Bułgarski zarzekał się dawniej, że liźnie nieco elektroniki i mechaniki. Ale nie liznął. Bo musiał lizać wodę lejącą się z pokrytych pleśnią żelbetonów Focus Mall.

– Te czasy nie sprzyjają humanistom, co? – Doktor ponownie zażartował zamykając z hukiem drzwi od Forda Ka.

Jego posępny towarzysz nie palił się z odpowiedzią. Machnął prowizoryczną włócznią w kierunku zdewastowanych schodów. Gdy znaleźli się na górze, wdrapali się na hałdę gruzu i ostrożnie zeszli z drugiej strony

– Poczekaj tu – profesor zatrzymał kolegę ręką. – W tym miejscu znajdował się kiedyś zakład fryzjerski.

– Znakomity pomysł – doktor pokiwał głową. – Ja też bym zgolił w końcu te kudły

Historyk odepchnął od futryny różowy baner przedstawiający biały profil kobiety. Wszedł do środka i zaczął penetrować obdarte szafki. Szkło, trzeszczące pod jego buciorami, zdradzałoby jego obecność. Gdyby nie huk zamieci.

Srogą zimą mroźny strach, lżejszą zimą w oczy piach – mruknął pod nosem wierszyk społeczności spod Focus Mall.

Pod szafką wykonanej ze sklejki znalazł nożyczki. Zardzewiałe. Z jednym ostrzem. Dla porządku rozejrzał się jeszcze po pomieszczeniu i nie znajdując nic innego, wyszedł. Potykając się o baner zaklął po niemiecku. Doktora zastał na kontemplacji strzępów wiaty, pod którą niegdyś pił Kasztelana z kolegami adiunktami. Odwrócił się.

– Dalej klniesz po niemiecku, profesorze – zauważył Bułgarski przekrzykując wiatr. – Po co? Czy nasza rodzima kurwa nie jest soczystsza od scheiße?

– Wszystko powiedziane po niemiecku źle brzmi – mimo żartu Aliowicz nie uśmiechnął się choćby na moment. – Proszę, to dla ciebie. Teraz chodźmy do środka.

Doktor przyjął prezent bez przekonania. Ruchem głowy zgodził się z profesorem, po czym weszli do zmarnowanego czasem i konfliktami budynku Stock Tavern.

– Cholerne zawieruchy, psia krew – Aliowicz ściągnął gogle i gumowy kaptur z głowy. – Jak na pustyni. Jak na cholernej Saharze. Gdyby nie gruzy to szłoby się pomylić! Sucho, zimno i wietrznie, psia krew, psia krew! I tak dzień w dzień!

Mężczyźni upewnili się, że są sami w pomieszczeniu. Bułgarski od wejścia zerknął tęsknym wzrokiem do pokoiku, przez który wchodziło się do toalet. Stał przed nimi stół bilardowy. Kiedyś. Przed Apokalipsą. Grał na tym stole może z dwa razy, ale zatęsknił do tych dwóch momentów… Byłoby ich z pewnością więcej,  gdyby nie jakaś nieznajoma doktorowi parka, która co wtorek grała dwie lub trzy godziny. Po tym czasie Bułgarski wypijał, co miał wypić, wypalił, co miał wypalić a potem krokiem niepewnym wracał do swojej kawalerki.

Usiadł pod ścianą, na której kiedyś wisiały wykresy. Towarzyszył im plakat uśmiechniętej młodzieży. Właściciele lokalu stylizowali je na wykresy ruchów giełdowych i plakat jakoś nigdy nie pasował tutaj Bułgarskiemu. Potem zerknął na Władysława Aliowicza, który przyklęknął pod odartą z tynku ścianą. Bułgarski znał profesora od kilkunastu lat i szczerze zdziwił się, gdy zauważył, że ten modli się ukradkiem. Profesor wcześniej negował teizm i krytycznie odnosił się do praktyk religijnych. Gdy ludzkość po Apokalipsie wynurzyła nieśmiało nosy spod ziemi, Aliowicz począł klepać zdrowaśki za każdym razem, gdy niebezpieczeństwo minęło. Doktor Bułgarski nie pytał o co modli się niemłody profesor. Domyślał się o co. Bo o co się modlić, jak nie o świat, gdy ten zdawał się już znikać? Po wykresie nie został nawet zarys na ścianie. Wisiał tylko plakat z uśmiechniętą gówniarzerią.

Nie lubił mu przerywać. Nawet, jeśli sam Bułgarski powątpiewał w nadprzyrodzoną istotę, której istnieniu dowodziła książka nie będąca już od dawna bestsellerem, szanował decyzje bliźnich. Naiwność czy racjonalizm – pytał się parokrotnie – czego się trzymać? Pewnie obu, odpowiadał sam sobie. Bo jeśli działa, to po co to niszczyć? Dla zabicia czasu doktor Bułgarski rozejrzał się po gruzowiskach. Po paru minutach znalazł stary kij bilardowy. Przycupnął na gruzowisku i przyłożył do niego ostrze nożyc. Wydobytą z zanadrza kombinezonu dratwę użył jako mocowanie nożyc do kija.

– …i zbaw nas ode złego. Amen – Aliowicz zakończył modlitwę.

– Dziękuję za prezent – odezwał się Bułgarski, gdy zobaczył, że jego kompan powstał z dewocyjnej pozycji. Pomachał prowizoryczną włócznią. – Przydał się.

Aliowicz zlustrował kolegę dokładnie. Poczuł, jak kiszki grają mu brzydką melodię. Jednego z jeźdźców Apokalipsy.

– Zamyśliliście się – pokiwał głową opierając się naprzeciw doktora. – Dzisiaj, kolego etyku, macie nad czym rozmyślać. Nad czym medytowaliście?

– Nie tylko rozmyślać, ale nawet i doświadczać. Empiryzm zespojony z aksjologią przeciwstawiony realizmowi okoliczności – doktor teatralnie przybrał minę uczonego. Profesor jak zwykle nie zareagował na żart. – Tamci kanibale… Spod Palmiarni. Pomyśleć, że przed Apo… Że przed końcem, kanibalizm był czymś odległym. Czymś, co przeszło do świata przeszłości. Tymczasem potrzeba było katastrofy nuklearnej, by to, co było, stało się tym, co jest. To ciekawe z punktu widzenia filozofii i przerażające z punktu widzenia etyki.

– Myślę, że z każdej ze stron jest to coś, co przeraża – nie zgodził się Aliowicz.

– Błąd, profesorze –  doktor pokręcił głową. – Z punktu widzenia dialektyki tudzież logiki to naturalne zjawisko. Dla Kanibali spod Palmiarni byliśmy tylko posiłkiem. Nie widzieli w nas ludzi, mimo podobieństw anatomicznych. Proszę zwrócić uwagę, że kiedyś taka kura czy świnia była najczęściej dla nas posiłkiem. Równocześnie trzymaliśmy w domu miłe kotki, bawiliśmy się z psami, urocze świnki morskie wzbudzały zachwyt w dzieciarni… To zależało od okoliczności, w których się znaleźliśmy. W jednych widzieliśmy przyjaciół, w innych pożywienie. Niemniej to wzbudza moje przerażenie… Próbowali odciąć mi rękę, gdy zaklinowała się w szybie Focus-Palmiarnia.

Doktor Bułgarski zerknął na poranioną dłoń i uzmysłowił sobie, że nigdy nie myślał jakby to było, gdyby jej nie było.

– Mam na myśli, że było to wyrazem aspektu kulturowego – ciągnął niestrudzenie. – Urodziliśmy się i wychowywaliśmy w odmiennej rzeczywistości. Naszą determinował zbiór zasad, etyki wytworzonej na zasadzie ewolucji przez okres kilkunastu wieków. Po Apo… – Aliowicz zacisnął brwi na co Bułgarski odpowiedział pokornym skinięciem głowy. – Przepraszam. Po katastrofie nadszedł czas rewolucji. Obyczajowej. Kulturalnej. Demograficznej! Każdego rodzaju! Ludzkość się pogubiła. Zbyt gwałtownie zostało jej odebrane to, co znane. To, co nazywaliśmy rutyną. To, co potrafiliśmy nazwać, ocenić… Po każdej rewolucji ludzie czuli się zakłopotani.

– Przepraszam, że nie wejdę z wami w dyskusję – Aliowicz mlasnął głośno jakby próbował smakować powietrze. – Jestem głodny jak cholera…

– Zjedlibyście mnie? – Doktor nie zamierzał odpuścić. –  Albo obcego człowieka?

– Broń Boże!

– A psa? Kierownictwo spod Focus Mall zezwoliło na jedzenie zwierząt domowych – drążył Bułgarski.

– Trudno mówić o zwierzętach domowych, gdy nie mamy domu, doktorze – sarkał Aliowicz. – Ale nie… Nie sądzę. Nie pozwala mi na to… Aspekt kulturowy. A pan?

– W życiu. Zbyt dobrze pamiętam mojego owczarka Maksia.

Historyk zebrał się z ziemi i przysiadł obok Bułgarskiego. Za nic mając przestrzeń osobistą doktora, chwycił go za ranną dłoń i zlustrował ją. Gapił się na nią długo, mamrocząc niezrozumiale pod nosem.

– Trzeba by to przemyć, doktorze – puścił jego przegub. – Pod Focus Mall znajdziemy trochę wody utlenionej. Ktoś będzie miał ją na pewno.  Ale nie mamy po co tam wracać. Póki co.

– Bez fantów? Nie wpuszczą nas. Proszę zauważyć profesorze, że do Focus’a mamy… Bo ja wiem? Trzysta metrów? Może czterysta.

– A kręcimy się w jego obrębie od dwóch dni. Koń by się uśmiał.

–  Hah – Bułgarski owinął ranę. – A potem zjadłbym go. Z kopytami.

– Z popręgiem, uzdą, lejcami i siodłem – profesor wstał opieszale z kupki gruzu.

Doktor etyki wlepił wzrok w miejsce, które zajmował Aliowicz. Odgarnął resztki cegieł  i wygrzebał z pyłu zielonkawy kawałek papieru. Widniał na nim zwierz koloru cynamonowego oraz nazwa produktu jak i zwierzęcia.

– Żubr – Bułgarski uśmiechnął się. – We wtorki była tutaj na niego promocja…

Wybuch.

Grunt pod stopami uczonych zadrżał szalenie. Z dziurawego sklepienia posypał się pył, a plakat z jowialną młodzieżą gruchnął na gruz. Aliowicz momentalnie padł na ziemię. Doktor wczołgał się za kupę gruzu, na której wcześniej siedział. Zaczęło trzęść.

Potem się uspokoiło.

Cisza. Mącona jękiem zawieruchy.

Panowie odzyskując rezon poprawili gumowe kombinezony.

– Co to było?! – Bułgarski poprawił gogle.

– Jeden Bóg raczy wiedzieć – odpowiedział raptem Aliowicz podając koledze jego włócznię. – Wynośmy się stąd.

Wyszli z ruin Stock Tavern. Zbiegli po schodach wchodząc na ulicę Lwowską.

– Mam dość! Mam kurwa dość! – Bułgarski próbował przekrzyczeć ryk wiatru. – Wracajmy! Najwyżej dostaniemy naganę!

– Oszalałeś, doktorze?! Nie wpuszczą nas i gdzie wtedy pójdziemy?!

– Na pewno są inne społeczności… Gdzieś…

– Jasne! Są! – Warczał profesor. – Kanibale spod Palmiarni! Wejdźmy na ulicę Lubuską. Niedaleko jest wieża Braniborska. Szperacze spod Focus Mall twierdzą, że stoi tak jak stała. W mojej opinii jest to mało prawdopodobne, ale nie zaszkodzi sprawdzić. Wszak to nie daleko.

– Focus Mall też jest niedaleko! Zaledwie trzysta, czterysta metrów – Bułgarski sprawdził wiązanie „grotu” włóczni. – Krążmy po okolicy już dwa dni! Dwa dni o pustym żołądku! – Przykucnął i pokiwał głową okrytą kapturem. – Przepraszam… Narzekanie tu w niczym nie pomoże.

 

Żadne słowa nie były potrzebne. Bułgarski i Aliowicz poszli na południe ulicą Lubuską. Minęli przewrócony na bok kontener, do którego zielonogórzanie przed Katastrofą wrzucali nieposegregowane śmieci. Obecnie służył jako grobowiec szkieletu człowieka ograbionego ze wszystkiego. Mężczyźni zdziwili się, że ktoś nie połakomił się na kości, z których pozyskiwano nawóz, robiono prymitywne sztućce. Od biedy wykonywano groty lub pałki. Z tego powodu akademicki duet nie omieszkał zabrać kości udowych.

– Głodny jestem – sapnął Bułgarski chowając gnat do skórzanego plecaka.

– Wiem. Ja też.

Poszli obok Zielonogórskich Wodociągów i Kanalizacji sp. z.o.o, o których nieobecności mówiła tablica o wyblakłej, szafirowej barwie. Wichura puściła nieco, toteż zeszli z ulicy i kontynuowali podróż po podwórkach opuszczonych domów. Nie tracili czasu na szaber. Wiedzieli, że są puste. Szperacze spod Focus Mall zapuszczali się często w te rejony, ale jak donosili, nigdy dalej niż za skrzyżowanie z ulicą Braniborską.

Stojąc na skrzyżowaniu zauważyli wieżę. Etyk, po chwili gapienia się na jej wierzchołek, raptownie podskoczył.

– Ptaki! Profesorze! Ptaki! – Marcin Bułgarski wskazał ręką na czub ostałej, lichej wieży.

– W nogi!

Obłoczek różnorakiego ptactwa wypuścił się z wieży. Gdakały, trelały, śpiewały, piszczały… Uczeni zaś popędzili na zachód w kierunku zabudowań. Kontakt z ptakami najczęściej kończył się załapaniem dziwnej i nieznanej choroby. Latająca śmierć w wyniku radiacji doznała szoku i awansowała w łańcuchu pokarmowym na sam szczyt. Profesor Aliowicz miał okazję oglądać kilku nieszczęśników plujących konwulsyjnie pianą. Umierali w przeciągu kilku kwadransów.

Ukryli się w opuszczonym domu, przez którego okno obserwowali przestrzeń.

– Że też dokarmiałem te paskudy przed Apokalipsą na dworcu PKS…

– Nie wymawiajcie tej durnej nazwy! – Burknął przez zęby profesor Aliowicz. – Kolega to robi specjalnie czy co? Nienawidzę kiedy…

Urwał.

– Sza! Ktoś idzie!

Wychylając maski tlenowe zza framugi okna, zauważyli samotną postać. Pierwsze w oczy rzucały im się długie dready, sięgające istocie daleko za łopatki. Głowę przewiązał wyblakłą chustą, zaś tors chronił burą kamizelką taktyczną używaną niegdyś przez policję. Twarz ochraniał pełną maską przeciwgazową w odróżnieniu od naukowców, którzy posiadali starsze modele nadające się jedynie do ochrony twarzy. Bez oczu. Akademicki duet zdziwił się, gdy spostrzegł, że nieznajomy na lędźwiach dźwigał coś w rodzaju miecza. Zespół sznurów, dratw, taśm i pasów tworzył prowizoryczną pochwę.

– Filip! Filip! – Gruby, zniszczony głos zdradzał płeć męską. – Gdzie jesteś mały gnoju?!

Przystanął i rozejrzał się.

– Może ma coś do jedzenia? – Doktor szturchnął Aliowicza.

– I co? Może zapłacimy mu jeszcze kartą? Nie mamy nic na handel.

– A kości?

– Co kości? A myto dla Focus Mall? Może się teraz najemy, ale potem nie wejdziemy do środka.

– Proszę mi wybaczyć – Bułgarski zebrał się z podłogi. – Profesor raczy pieprzyć.

Władysław Aliowicz próbował jeszcze chwycić doktora za rękaw. Na próżno. Etyk wyjrzał przez okno i pomachał nieznajomemu.

– Halo! Dzień dobry!

– Schowaj się idioto! A jeśli to kanibal?! – Warczał profesor pod nogami młodszego kolegi ciągając go za spodnie.

Nieznajomy dreadziarz w jednej chwili wyciągnął z jaszczura miecz. Zwrócił się w kierunku okna, z którego machał Bułgarski. Gdy go spostrzegł, schował się za zrujnowanym Volkswagenem Polo zaparkowanym naprzeciwko.

– Spokojnie, proszę pana! – Oswobodziwszy nogawkę z uścisku Aliowicza, etyk wygramolił się z domu. – Jesteśmy Szperaczami spod Focus Mall! Z naszej strony nic panu nie grozi!

Historyk przeklinał w myśli młodszego kolegę. Prawicą chwycił pewniej swoją włócznię, w lewicę złapał broń Bułgarskiego. Wyszedł przez okno i wręczył doktorowi jego broń. Ku ich zaskoczeniu miecznik wyszedł zza Polo. Schował miecz do pochwy w widoczny sposób.

– Szukam przyjaciela – głos miał nieprzyjemny.

– Kiepskie czasy sobie pan wybrał – młodszy z uczonych oparł się o włócznię. – A my szukamy jedzenia.

Dreadziarz gwałtownie dobył miecz. Skoczył w kierunku naukowców i ugiął nogi przygotowując się do zadania cięcia od prawej.

– Pax! Spokój! – Profesor odskoczył przerażony pod ścianę. – Nie chcemy jeść Ciebie!

– Nie jesteście kanibalami? – Nieznajomy był gotowy do ataku.

– Nie na Boga jedynego!

– To kim?

– Szperaczami! Spod Focus Mall! – historyk poczuł za plecami ścianę budynku.

Miecznik taksował mozolnie dwójkę mężczyzn. Wyprostował się i schował ostrze za plecy. Wyciągnął prawą dłoń do profesora. Ze zniszczonych skórzanych rękawiczek wystawały patykowate palce z poobgryzanymi paznokciami. Odchylając maskę przeciwgazową na czub głowy, historyk pomyślał o rycerzach i przyłbicach. Mieczach i strojach z epoki XII wieku. O rekonstrukcjach. O swoich studentach z auli C zmiecionych atomowym podmuchem.

– Jan Ostaszewski – powiedział dreadziarz ściskając dłoń Aliowicza. – Do usług.

– Profesor Władysław Aliowicz – historyk oderwał się od wspomnień. – A to doktor Marcin Bułgarski.

– Lekarz?

– Gorzej – wtrącił Bułgarski. – Etyk.

Ostaszewski, ku niezadowoleniu Marcina Bułgarskiego, nie zareagował na teatralny pesymizm. Nie warknął  jak profesor, nie odpowiedział równym żartem. Po prostu – nie odparł nic. Ten brak reakcji zaniepokoił etyka. Po Apokalipsie, myślał wielokrotnie, każdy okazuje emocje. Jakiekolwiek.

– Jestem, jak wy to mówicie, Szperaczem. Słyszeliście panowie ostatni wybuch? – Potwierdzili. – Właśnie. Po nim mój przyjaciel Filip dał nogę. Teraz go szukam – rozejrzał się, jakby chciał zademonstrować swój mozół. – Jednego już mam. Orzeł jest już z nami.

– Orzeł? – Zapytał Bułgarski nie kryjąc obawy.

– Potwierdzam. Orzeł.

– W sensie śmiercionośne ptaszysko?

– Zgadza się – pokiwał głową. – Pustynny orzeł. Ale nam nie zagraża. Nie dobrym ludziom.

Profesor Aliowicz pomyślał, że mają do czynienia ze świrem. Nie trudno było spotkać człowieka, któremu Katastrofa pomieszała system wartości oraz klepki. W opinii historyka, Ostaszewski wydawał się niegroźnym durniem. Ekscentrycznym, ale nie stanowiącym zagrożenia.

– Zróbmy tak – podjął Jan Ostaszewski – Pokażę wam przeprawę obok tej pieprzonej wieży – mężczyzna wskazał na budowlę ruchem głowy. – Za nią znajduje się opuszczony skład aprowizacyjny i bunkier dla władz miasta w przypadku wojny. Wieść niesienie, że urzędnicy nie zdołali do niego dotrzeć. Dużo dóbr się marnuje.

– Skąd to wiesz? – Aliowicz oparł się o włócznię.

– Wiem. Po prostu wiem. Proszę nie być człowiekiem małej wiary. Ufać bliźnim trzeba.

Marcinowi Bułgarskiemu wydało się, że Ostaszewski trafił w sam punkt. Podejrzewał, że gdyby nie maska tlenowa, dostrzegłby na twarzy profesora paskudny grymas. Dreadziarz dla potwierdzenia słów zdjął z pleców torbę i zaprezentował jej zawartość: opakowania z Relanium, Loperamidu, Acardu, Enarenalu i Ibupromu.

– Dobrze, zrozumiałem przekaz. Co w zamian?

– W zamian pomożecie mi poszukać Filipa – powiedział twardym głosem. – Wchodząc na ulicę Braniborską, od strony ulicy Wrocławskiej, usłyszałem wybuch. Filip pognał w głąb Braniborskiej, w kierunku wieży. Ten gnojek to straszny tchórz. Zaszył się gdzieś pewnikiem i czeka aż go znajdę. Jak usłyszy nawoływanie, pewnie wychyli nosa z kryjówki.

– Jasne – skwitował z przekąsem Aliowicz. – Gdzie jest bunkier?

– Po kolei, kolego.

– Nie jestem pana kolegą.

– Profesorze, spokojnie – wtrącił etyk odwracając się do profesora. – Ten człowiek chce nam pomóc.

– Nie potrzeba mi adwokata, panie Bułgarski – burknął Ostaszewski i gdyby nie maska obdarowałby profesora spojrzeniem spod byka.

– Mów dalej, proszę – Bułgarski przeszedł na żałosny ton.

– Po odnalezieniu Filipa obiecuję wam, mili panowie, że doprowadzę was do bunkra – urwał. –  Ja uzupełniłem swoje zapasy. Potrzebne są mi na handel. Zresztą, nie byłbym w stanie zabrać wszystkiego. A jest tego trochę.

Władysław Aliowicz nie był przekonany do nieznajomego. Początkowo biła od niego aura szaleństwa kontrastująca z jakimś profesjonałem. Szperaczem, idealnie przystosowanym do postnuklearnych warunków.

Ale jakie miał wyjście?

– Niech będzie – zgodził się z niechęcią w głosie.

Budzący niepokój profesora dreadziarz, poprowadził uczonych w kierunku wieży. Zbliżając się do skrzyżowania, przy którym doktor zauważył Latającą śmierć, Ostaszewski podał uczonym butelkę –  zdawałoby się –  perfum. Zapach wydobywający się z niej przypominał mieszankę rozpuszczalnika, benzyny i parafiny. Wytłumaczył przy tym, że zapach odstraszał zwierzęta. W tym ptaszyska.

Prowadził ich przez podwórka, kazał przeskakiwać przez żelbetonowe płoty, czołgali się pod zerwanymi ogrodzeniami. Chociaż przemierzali drogę truchtem, Władysławowi Aliowiczowi wydawało się, że przeszli żenująco krótki dystans. Wszystko przez raptowne postoje, chowanie się pod opuszczonymi samochodami, reagowanie na każdy dźwięk, który różnił się od zawieruchy.

– Profesorze? – Marcin Bułgarski oddychał głośno.

– Tak?

– Głodny jestem.

Wdrapali się na wzniesienie. W długiej, wąskiej ulicy Aliowicz rozpoznał Braniborską. Ostaszewski istotnie przeprowadził ich obok wieży bez ryzyka spotkania Kanibali spod Palmiarni. Profesor zachodził w głowę, dlaczego nie pamięta miejsc, które przebywali? Przed Katastrofą mieszkał w Zielonej Górze około dziesięciu lat. Wydawało mu się, że zna miasto Bachusa.

Schodząc z wzniesienia, etyk i historyk wiedzieli, że dalej na północ znajduje się Focus Mall. Zerkając na siebie parsknęli śmiechem, określając jak blisko znajduje się ich dom. Jan Ostaszewski nie zainteresował się ich reakcją. Przeszli około dwudziestu paru metrów i znaleźli się na stacji paliw Orlen, obleganej przez mnogość różnorakich aut. Standardowo każde z nich miało wybitą szybę. Przekroczyli plac stacji i weszli na podwórza zrujnowanych pruskich kamienic.

– Czy idziemy pod stadion Falubazu? – Doktor tęsknym wzrokiem spojrzał w kierunku kolejnego wzniesienia.

– Typowi Zielonogórzanie – wycedził Jan. – Koniec świata, a wy wszystko do żużlu sprowadzacie.

Mężczyzna wprowadził uczonych do niedużego pomieszczenia kamienicy, której kondygnacje leżały po trochu na ulicy Wrocławskiej, po trochu na podwórzu. Etyk przypomniał sobie, że kiedyś sprzedawano w tym miejscu systemy zabezpieczeń. Ostaszewski bez słowa odgarnął hałdę gruzu. Pod nią znajdowała się żeliwna klapa. Podniósł ją nie bez trudu.

– Skąd wiedziałeś, że tu to było? – Doktor nie starał się maskować zdziwienia.

– Po prostu. Wiedziałem.

Pod nią ciągnął się w dół szyb. Aliowicz i Bułgarski ocenili, że prawdopodobnie został wydrążony jeszcze przed Katastrofą. Wzmacniane, betonowe ściany nie wyglądały jakby miały się za chwilę zapaść. Nie tak, jak w szybach pod Focus Mall. Zeszli na sam dół i stanęli na błotnistym podłożu.

Pisk.

Krzyk profesora. Ostaszewski wydobył z kamizelki małą latareczkę. Potraktowany słupem światła szczur umknął dalej. Historyk próbował go zdeptać. Złapać.

Może zjeść?

Wzdłuż ścian tuneli rozciągał się gruby kabel. W równych odstępach do ścian przytwierdzono lampy. Doktor Bułgarski pomyślał, że będzie mógł wrócić w to miejsce i zabrać pokaźne przewody. Nie miał specjalnego pomysłu co mógłby z nimi zrobić, ale ktoś pod Focus Mall? Pewnie tak.

Wkrótce światło latarki Jana Ostaszewskiego okazało się zbędne. W tunelu powstały dziury doprowadzające światło słoneczne z zewnątrz. Oświetlenia nie było za wiele, ale wystarczyło do swobodnego przemierzania szybu. Trójka mężczyzn dotarła do rozwidlenia dróg. Jedna z odnóg była wyraźnie lepiej oświetlona. Wędrówka nią okazała się niemożliwa dla dorosłego, gdyż odnoga okazała się wyrwą w tunelu. Za wyrwą malował się mały krater. Od strony tunelu okalała go ścieżka dostępna tylko dla kogoś małego.

– Stamtąd – Jan wskazał na drugą stronę krateru – Filip zwiał. Może wbiegł do szybu.

Uczeni nie odpowiedzieli Ostaszewskiemu. Głód odbierał im chęć do wszystkiego. W szczególności do rozmowy. Mimo to etykowi przeszło przez myśl, że miecznik za kompana może mieć jakieś dziecko… Zagłębili się w dalszą część tunelu. Wkrótce po tym dotarli, jak się okazało, do końca drogi. W miejscu oddzielającym szyb od pomieszczenia, musiały dawniej stać ołowiane drzwi. Wskazywała na to ościeżnica wykonana z tego materiału. Mężczyźni usłyszeli ruch w pomieszczeniu. Dreadziarz dobył miecza.

Obok ołowianych pojemników leżał mały piesek rasy West White Terrier. Był niemiłosiernie umorusany kurzem. Oczy ciemne jak węgielki wpatrywały się w buty przybyłych mężczyzn. Trząsł się i naprzemiennie sapał i piszczał. Nie wyglądał na szczeniaczka rozradowanego widokiem swojego pana.

– Filipek! – Jan Ostaszewski gwałtownie rzucił się w stronę małego, białego psiaka.

Władysław Aliowicz i Marcin Bułgarski pojęli, że zbiegiem okoliczności upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu. Pies zwiał do bunkru, w którym lekarstwa czekały na szczęśliwego znalazcę. W obu uczonych coś pękło w jednej chwili. Udało się. Zdobyli medykamenty. Mogli wrócić do społeczności spod Focus Mall i wymienić zdobycz za grzyby… Śmierdzące, paskudne grzyby. Ohydne w smaku, mało kaloryczne, ubogie w składniki odżywcze… Gumowe, postapokaliptyczne, nienaturalne gówno…

Mięso.

Zapragnęli mięsa.

Choćby z psa.

Zerknęli na siebie i zrozumieli się bez żadnych słów. Przysposobili włócznie.

– Proszę pana – profesor odezwał się niskim głosem.

Przewodnik odwrócił się powoli ściskając Filipa. Domyślając się decyzji uczonych, jedną ręką ściągnął maskę, drugą w dalszym ciągu tulił pieska. Oszaleli z głodu mężczyźni zobaczyli ogorzałą, pomarszczoną twarz Jana Ostaszewskiego. Miał pociągłe oczy w kształcie migdała i skupione usta. Odstawił psa na ziemię. Bułgarski pojął, czym jest drugi przyjaciel dreadziarza. Ale było za późno. Ostaszewski wyciągnął pistolet Desert Eagle – Pustynnego Orła – i podarował każdemu z nich prezent. Jeden w czoło Władysława Aliowicza.

Drugi w serce Marcina Bułgarskiego.

Michał J. Sobociński


 

Opowiadanie bierze udział w konkursie Metro2033 zorganizowanego przez wydawnictwo Insignis.

Oculum Mundi

Po drugiej stronie lustra, cz. I

425 Wyświetleń

Część II ->


 

5 idy miesiąca Cesarskiego, 585 lat po przybyciu Attara

Na biurku doktora Osteina panował bałagan. Uczony spoglądał nań obojętnym wzrokiem. Porównywał nieporządek do stanu swego roztargnienia. Naukę nad poezją norithorskich mistrzów, która dawniej wzbudzała w naukowcu niemal ekstazę, zastąpiło sporządzanie dokumentacji kartotek studenckich. Innym powodem, należałoby rzecz głównym, była stała pensja, o którą ciężko zabiegać przy mało frekwencyjnych wykładach z poetyki. Praca w administracji wyglądała na całkiem łatwą. Niekoniecznie ekscytującą. Więc gdy doktorowi Hauserowi pękły wnętrzności na ulicy Smrodnej, pojawiła się okazja, aby dać odpocząć młodzieńczym pasjom i zająć się czymś przewidywalnym.

Kancelaria, którą prowadził doktor Hauser, wedle uznania Alberta Osteina, mogłaby służyć, jako pole do popisu dla przyszłych dyplomatyków. Tabele zapisane nierównym pismem, niemożność odróżnienia literki „a” od „o”, kleksy i skróty, tłuste plamy na marnym papierze nie rokowały pracy przyjemnej zarówno dla oczu jak i dla cierpliwości. Doktor Ostein nie mógł znać tych niedogodności, gdyż o rozmiarach zastępów grubych tomów raportów i dokumentów akademickich mógł się przekonać dopiero po otrzymaniu klucza do „Archiwum Cesarskiego Uniwersytetu w Kelrad, dział Kartotek, nr. I”. Drzwi o grubości pensji doktorskiej być może nie utwierdzały w przekonaniu, iż dostęp do archiwum ma tylko archiwista, aczkolwiek wielkość mosiężnego zamka, owszem.

Tymczasem doktora Osteina z zadumy, nad nietrafnym wyborem posady, oswobodziło trzykrotne pukanie w drzwi od jego przytulnego gabinetu. Początkowo przeszły belfer zdziwił się perspektywą gościa w biurze. Przyszła mu jednak na myśl sprawa niejakiego Karla Weissa.

– Proszę wejść – nim rzekł, odchrząknął. Od kurzu nieprzyjemne zaschło mu w gardle.

O profesorze Brückerze, choć nie zwykł opuszczać swego ciemnego gabinetu, każdy adiunkt mógł coś opowiedzieć. Rzucić słowo o mlecznych włosach lub orzec jak przygarbiona sylwetka starca podkreślała wysiłek, jaki profesor wkładał w poruszanie się po korytarzach uniwersytetu. Inni opowiadali o nieprzyzwoitych praktykach profesora. Ale tym doktor Ostein nie dawał wiary.

Droga wiodąca z Instytutu Dialektyki do archiwów wymagała odbycia niemałego spaceru, stąd na twarzy świeżego archiwisty wymalowało się zaskoczenie.

Za plecami dialektyka stał młodzian z poważną a zarazem skupioną miną. Przynajmniej tak pomyślał doktor Ostein, gdy kompan profesora, ledwo wchodząc, czujnie lustrował pomieszczenie. Prawdopodobnie był równy latami najstarszych roczników studentów choć doktor miał wrażenie, że mógł być jeszcze starszy. Poważny wyraz twarzy dodawał mu nieco lat, a Osteinowi wrażenie, iż młodzieniec nie zalicza się do grona tuzinkowych ludzi. Kiedy jednak zwrócił swą uwagę na doktora-archiwistę, uśmiechnął się pogodnie i zatrzymał się przy drzwiach. Stanął wyprostowany prawie w futrynie i schował dłonie za plecami. Wzrok uciekł mu ku butom, błądząc po podłodze skrzypiącej od ciężaru kroków profesora. To dodało mu pokory, wymaganej od żaków.

Ostein wstał.

– Panie profesorze, mógł pan wysłać kogoś innego… – archiwista porwał się na uprzejmości. – Persona waszej nie winna się trudzić marszem, jak mniemam forsownym.

Brücker machnął ręką.

– I tak miałem sprawdzić jak sobie radzicie, doktorze Ostein – z gardła profesora wydobył się zachrypły głos.

– Posiadałem ciekawsze posady. Być może fortyfikacje dokumentów przytłaczają mnie ze względu na swoją ilość – naukowiec zamaszystym gestem ręki wskazał na wały papierów. –  Niechętnie przyznaję, że doktor Hauser nie odznaczył się pedantycznością, choć ufam, że gdyby planował rezygnację ze stanowiska pozostawiłby miejsce pracy w stanie zdatnym do użycia przez potomnych – tłumaczył Ostein.

Wątek tyczący się sprzątania przeszedł obecnemu archiwiście przez gardło z niemałym trudem. Doktor Ostein nie lubił kłamać, lecz nietaktem wydało mu się złorzeczenie o nieboszczyku.

– Tak czy inaczej muszę ponieść konsekwencje przyjęcia tej pracy i sumiennie wykonywać swoje obowiązki – dodał z bladym uśmiechem.

Stary profesor mlasnął i westchnął.

– Wykonywać swoje obowiązki, tak… – powtórzył, mlasnął po raz wtóry i wejrzał na młodzieńca stojącego obok. – Oto pan Weiss. Wraca na uczelnię po kilkuletniej… Przerwie.

– Po co? – Ton doktora Osteina spoważniał. Powrócił też za biurko i usiadł wyraźnie spięty. – Z dokumentacji wynika, że choć rozpoczął pan trivium, to profesorowie podawali w wątpliwość pańskie przywiązanie do ora et labora. Panie Weiss – wycedził przez zęby. – Nie zależy panu na uzyskaniu stopnia doktora?  

– Mi? Nie – odparł głębokim głosem Weiss. – Absolutnie nie.

– Co pan zatem tu robi?

– Spełniam życzenie ojca – odpowiedział bez zastanowienia.

Odpowiedź przeszła archiwiście koło uszu. Nie była zresztą istotna. Ostein wziął w dłonie dokument i zagłębił się w jego treść.

– Dziękuję profesorze za fatygę. Nie chcę tracić waszego cennego czasu – mruknął doktor nie odrywając wzroku od karty papieru.

Bacząc na wiek profesora Brückera, czas mógł nosić przymiotnik bezcenny. Wyszedł nieśpiesznie.

– Z dokumentów wynika, że zostaliście zawieszeni w prawach żaka, gdyż zostaliście oskarżeni o konspirację przeciw osobie Jego Cesarskiej Mości – tłumaczył ze spokojem naukowiec dalej nie odrywając wzroku od kartki. – Szczegóły zostały utajnione, ale pod słowem miejsce odosobnienia kryje się loch lub Wyspa, prawda?

Zrobił przerwę. Być może oczekiwał na odpowiedź. Na próżno.

– Nie mi oceniać wasze poglądy, ale radzę… – zaczął ponownie.

– Dobrze – przerwał Weiss. – Radzono mi zbyt wiele razy. O skutkach może pan dowiedzieć się pan z dokumentów, które ma pan przed sobą.

Oho! Wygadany! – pomyślał doktor Ostein. W czasie wieloletniej praktyki spotkał nieco emancypowanych żaków, lecz nigdy – zgodnie z zalecaniami obyczajów – nie wdawał się z nimi w dyskusje.

– Nie bądźcie bezczelni to możecie doczekać się tytułu – odparł z braku lepszej odpowiedzi. – Oto dokumenty. Zgłoście się zaraz do naczelnika Henricha ze Stalervek. To szlachcic o grubej głowie i jeszcze grubszych manierach. Z nim nie pójdzie tak miło jak z szanownym profesorem Brückerem… lub ze mną – dodał niechętne – Potem zgłoście się do waszej nacji. Z papierów wynika, że należycie do modriskiej choć przyznam, że nazwisko macie północne – doktor poświęcił chwilę cichej zadumie nad nazwiskiem żaka. Otrząsnął się i znów łypnął na Weissa. – Bądźcie… Ostrożni. Do widzenia.

Po wręczeniu papierów, żak przyjrzał się im, lecz nie zagłębiał się w lekturę raportu. Skinął głową i bez słowa opuścił uczonego otoczonego stertą papierów.

Doktorowi Albertowi Osteinowi nie spodobał się Karl Weiss. W ogóle.

***

 

Gruba ręka Henricha ze Stalervek, opierając się na biurku, podtrzymywała jego tłustą i sapiącą z bólu gębę. Naczelnik rozpinał czarny mundur, ornamentowany motywem złotego niedźwiedzia. Już na pierwszy rzut oka naczelnik malował się, jako osoba zamożna a zarazem oddająca się profesji żołnierskiej. Wnosząc po insygniach oficerskich, dumnie eksponowanych na piersi naczelnika, zainteresowani mogli być pewni jego oddaniu rodzinie cesarskiej. Gdy uporał się ze srebrnymi guzami rozłożył się w fotelu kładąc luźno ręce na oparciach. Wzdychał ciężko, jak na grubasa z niebanalnym bólem głowy, przystało.

– Gdzieście panie się tak urządzili? – Zapytał siedzący naprzeciwko magister z wymalowanym uśmieszkiem godnym kupieckiej szelmy. – Czyżby wojskowe kasyno oferowało tak mocno trunki? Wszakże nie raz i nawet nie dwa razy słyszałem o nowatorskich rozwiązaniach służących abstynencji pośród żołnierzy.

Głos miał cienki, nieco melodyjny, być może dla niektórych irytujący. Ponadto seplenił. Siedział z założoną nogą na nogę, poprawiając lewicą co rusz granatową togę. W prawej dłoni trzymał kartę papieru zapisaną równym i schludnym pismem.

– Tylko szeregowym, Moutart – westchnął naczelnik ściągając dłoń z twarzy. – No, bo gdzieżby oficerom? Bunt by się podniósł. Sami wiecie…Okowitę i gorzałę bogowie stworzyli dla lepszych, choć są paskudne w smaku, a jakże. Gorsi niech piją piwa. Co by choćby smak był lepszy od życia.

Wypowiedz okazała się męcząca. Oficer odsapnął.

– W „Małej Syrence” podają najlepszą gorzałkę, choć muszę powiedzieć, że coś te kurwie córy doń dodają – wojskowy przytaknął głową. – Pociąg mam cały czas do tegoż zamtuza, a będąc w innych namawiam kamratów by raczej wstąpić w progi, że tak powiem, mi znane. Tu nawet nie chodzi o dziewczęta obsługujące, że tak powiem, żołnierskie ostrze, ale o, jak mawiają, atmosferę lokalu i tam obecnych bywalców. Chociaż dziewuszki wcale ładne, wcale gładkie. Ot dupodaje wielkomiejskie tyle co umalowane i kształcone w sztuce rżnięcia.

Machnął ręką i wypuścił z siebie powietrze rozsiadając się wygodnie w swym fotelu. Bordowy kolor nawet na chwilę nie opuścił twarzy oficera.

– Podejrzewam, że to panie są tam brane,  a nie odwrotnie.

– Pewnie, że podejrzewasz! – Zagrzmiał naczelnik, potem syknął i złapał się za głowę. – Tobie tylko zostaje podejrzewać. Jebak teoretyk się znalazł, kurważ mać. A mnie chodzi o coś innego.

Wystarczyło zerknięcie, by upewnić się, że Moutart w dalszym ciągu poświęca cała uwagę naczelnikowi. A spróbuj mnie nie słuchać, gnido – pomyślał. – Już ja prędko rozpuszczę plotki o tym jak donosiłeś na brać studencką. Ha!

– Wam naukowcom to jeno cyferki i zbytki na myśli – powiedział mało zgodnie z prawdą i sumieniem, gdyż wielokrotnie korzystał z usług mężów mądrości. Ale tych przydatnych. Nie retorów, dialektyków, archeologów czy teologów. – W ogóle nie myślicie o pięknie – kontynuował grubas.  – Ani o religii! – Widząc twarz zdziwionego magistra uderzył roześmiany pięścią w stół. – Ha! Ależ macie minę! Pewnie taka samą mieliście jak wam jakaś dzierlatka pierwszy raz pokazała, że fjutek nie służy jeno do szczania! Ha! Chociaż co ja gadam? Wysnułem przecie hipotezę, że bliżej wam do teoretyka a nie praktyka! Haha! – Naczelnik srogo pożałował jowialnego nastroju, gdy kac przypomniał mu o swym istnieniu. – Widzicie, Moutart, mam ładną żonę. Mimo, że dobija do czterech dekad zachowuje gibkość linoskoczka i temperament dzikusa. Wtedy gdy to potrzeba, ma się rozumieć – pogroził żakowi palcem jakby groźba miała zmazać dopowiedzenia. – Kochać to ja jej nie kocham bo prawdziwy mężczyzna kocha swoją pracę, swoich przełożonych i w efekcie swój reżim. Musisz mnie Moutart tedy kochać, bo jakże miałbyś mi wtedy wiernie służyć? – Naczelnik zaśmiał się gromko widząc skwaszoną twarz nadętego jak balon studenta. – Chodzę tedy na te kurwy zbolałe w zasadzie nie dla rozrywki, a dla obyczaju mego stanu, z którym muszę żyć w zgodzie. Czy słyszeliście niegdyś o arystokracie lub innym bogaczu, co by nie pofolgował chuci z jakąś inną panną lub nie panną, że tak powiem? Ano też właśnie. A skoro figluję z pewnym obrzydzeniem – oficer rozłożył ręce – to czy nie czyni to ze mnie swoistego eremity?

– Czy pańskie rozmyślania mają konkluzje? – Znudzony żak poprawił swą togę.

– Ach! Oczywiście, Moutart! – Na czerwonym obliczu Henricha ze Stalervek pojawił się żółty uśmiech. – Mam na myśli, że dobrze i zdrowo jest czasem wskoczyć między biodra inne niż żony przy akompaniamencie nieopodatkowanego alkoholu! Dla oczyszczenia ducha poprzez umartwianie ciała,  że tak powiem.

Naczelnik wiedział, że słuchanie jego dowcipów i rubaszne wnioski są dla młodego mężczyzny mordęgą. Nie zważał w żadnym z razów na fochy żaka. Testował jego cierpliwość jak najlepszy hutnik rudę żelaza, a to wiadomo kuje się póki gorące. Zmęczenie umysłu studenta miało sprawić by Moutrat przyjął każdą propozycje naczelnika.

– Do rzeczy, człowieku. Nie przyszedłeś ty na pogaduchy – ton Henricha ze Stalervek zmienił się z wesołego na surowy. – Sprawa napięta jest jak baranie jaja podczas golenia go wkoło baraniego fjuta.

– Nie wiedziałem, że nawet stamtąd pozyskuje się surowiec.

– A tak. Pozyskuje. Robi się z nich delikatne onuce dla mądralińskich żaków – naczelnik nie dał się zwieść sarkazmowi studenta. – Na uniwersytet wraca niejaki Karl Weiss. Mówi ci coś to nazwisko?

– Mówi – potwierdził Moutrat piskliwym głosem. – Obrońca nie-ludzi, psia jego rasa – magister oburzył się teatralnie. – Po wojnie z republiką Norithoru koordynował protesty w sprawie obrony elfów i krasnoludów wzbraniających się od złożenia ofiar dziękczynnych. Organizował nawet zbrojne grupy, które miały rozbijać straż porządkową świątyni. Nie udowodniono mu wprawdzie nic z tego, ale rektor postanowił wysłać Weissa na przymusowy urlop dziekański.

– Który zakończył się tydzień temu – skwitował naczelnik. – Weiss wrócił na uniwersytet, ale szczęśliwie cesarz powołał Urząd Do Spraw Wywrotów Studenckich, a mnie obsadził na stanowisku naczelnym. I mam zamiar dobrze wypełniać swoją pracę. Kurewsko dobrze, Moutart.

Henrich ze Stalervek dopatrzył się w minie magistra oczekiwania. Wie, że coś mu zlecę – pomyślał. – I dobrze. Gówniarz jest dobrym szpiclem. Pewnie o tym nie wie, ale zachodzi w głowę kiedy dam mu spokój. Ale nie, nie Moutart!  Trzeba było nie donosić na cenzora Glauca, baranie jeden!

Rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi. Moutart aż wzdrygnął, gdy z zamyślenia wyrwał go huk walenia w drzwi.

– Chyba mamy gości – uśmiechnął się naczelnik. – Wejść!

Mężczyzna, który pojawił się w drzwiach był typowego wzrostu i wagi. Włosy skołtuione kontrastowały z szytym na miarę kubrakiem. Wyglądał poważnie. Zbyt kurna poważnie. Studenci wyglądają jak groteskowe barany, a nie jak skupiony urzędnik – rozmyślał naczelnik.

Wydobył jeden arkusz z górki czystych kartek. Zmoczył ostrożne gęsie pióro w inkauście i głośno wciągnął powietrze. Żak stanął za plecami Moutarta zerkającego z ciekawością na kolegę.

– Imię – naczelnik powiedział formalnie aniżeli spytał.

– Karl Euzebiusz.

– Nazwisko i herb.

– Weiss. Na herb moi przodkowie nie zasłużyli.

– Przeklęta hołota. Ty też nie dajesz władzy powodów do nobilitacji. Pochodzenie.

– Republika. Ostały się dwie – odparł uprzejmym głosem Weiss.

– Do czasu. Do czasu! – warknął naczelnik. –  Modris czy Middenvatten?

– Ta na M.

Zwykle groźne łypnięcie naczelnika działało na żaków jak smagnięciem biczem konia. Weiss zareagował na wzrok wojskowego szelmowskim uśmiechem. Henrich był pod wrażeniem odwagi studenta, ale nie dał po sobie niczego znać. Choćby złości.

– Modris, choć obyczaje macie na poły barbarzyńskie – powiedział chwytając się za skroń. Ból głowy dał o sobie znać. – Oj, panie Weiss. Coś mi się wydaje, że prędzej zobaczymy się na jakiejś egzekucji niż na rozdaniu zaświadczeń o kwalifikacjach.

Moutart zachichotał jak mała dziewuszka. Karl Weiss ponownie uśmiechnął się złośliwie.

– To wszystko?

– Marzenie twoje. Co wy tam niby studiujecie?

– Rozpocząłem trivium. Pan coś skończył?

– Nie. Urodziłem się tak mądry, że mogę nadzorować baranie stada bez tytułu doktora – burknął naczelnik i zauważył jak z twarzy Moutarta znika dobry humor. – Tyle. Poszedł won i nie nadstawiaj się władzy to może znowu nie wylądujesz na Wyspie. Pamiętaj, lud wystawia władzę na próbę cierpliwości, a gdy się ta skończy, lud musi wystawić dupę. A potem jest rżnięcie. Aż do krwi, że tak powiem – wojskowy poczuł, że stracił panowanie nad sobą. Westchnął głęboko. – Przydzielam cię do nacji Norithor-Modris. Zgłoście się do pokoju 22. Jest obok pokoiku socjalnego numer 23. Żak Tomas Vouter przydzieli wam miejsce do spania. Idźcie w pokoju.

Karl Weiss wyszedł nie mówiąc nic na odchodne. Moutart siedzący cały czas tyłem do starszego żaka czuł się nieswojo. Zauważył to naczelnik rozkoszując się obiadem niezadowolenia magistra. Tymczasem szykował się deser.

– Nie ufałbym mu, panie naczelniku.

– A pewnie, że nie. Dlatego będziecie go dla mnie śledzić. Tylko dyskretnie i w najgłębszej tajemnicy. Skrywajcie ją tak głęboko tak jak profesor Brücker skrywa penisa w waszej dupie.

Moutart raptem wstał i jeszcze szybciej pobladł. Upadł na kolano i już miał zanieść się szlochem,  gdy naczelnik uniósł prawicę.

– Ani słowa, barani łbie! – Ryknął. – Wiem, że tego nie lubicie i wiem jak bardzo zależy wam na znakomitych oceanach z dialektyki – powiedział ze sztucznym gniewem w głosie. – W tych czasach nawet grzesznicy są przydatni. Pamiętaj jednak, że nie wolno okazywać swego spowiednika – wskazał dla jasności palcem na swoje ucho. – To wszystko, Moutart. Już cię tu nie ma.


 

Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.

Część II ->