Tag -

Szumski

Varia

Bartłomiej Szumski – Alicja

149 Wyświetleń

– Dzień dobry, panie Baltazarze – powiedział lekarz. – Jak pan się dzisiaj czuje? Trochę lepiej?

Zignorował ją. Oddział zamknięty, na którym się znajdował, nie nastrajał go na pogawędki z  ładnymi, ale naiwnie pozytywnymi blondynkami.

– Proszę pana, musi się pan otworzyć na terapię – kontynuowała niezrażona. Uśmiechała się przekonująco. Była młoda i zadbana. Nie praktykowała długo, inaczej nie byłaby tak pełna ideałów, woli pomocy i innych rzeczy, które skutecznie były rugowane z psychiki przez rutynę i oglądane tragedie.

– Dobrze – odpowiedział w końcu, po długiej chwili milczenia. – Jest lepiej, chyba leki mi  pomagają.

– Cieszę się. Chciałam z panem porozmawiać o tym, co się wydarzyło…

– Chyba czytała pani postanowienie sądu? – przerwał jej.

– Tak, czytałam opinię biegłego – nie dała się zdenerwować, ani zbić z pantałyku. – Musi pan zrozumieć, że zespół stresu pourazowego to poważna choroba.

Były policjant odwrócił głowę. Wiedział, co było w aktach: halucynacje, zaburzenia obsesyjne, nerwica natręctw, niekontrolowana agresja.

– Proszę mi opowiedzieć – kontynuowała po chwili – cały przebieg tamtego śledztwa.

Aspirant Baltazar Majewski, bawiąc się zawieszoną na szyi odznaką, siedział nonszalancko rozparty na krześle. Znajdująca się przed nim kobieta zalewała go potokiem płaczliwej wymowy, którego nie słuchał, nie kryjąc zniecierpliwienia. Na stole, pomiędzy nimi, leżało zdjęcie pucołowatego chłopca w kanarkowożółtym swetrze.

– Jest pani pewna, że nie zasiedział się u jakiegoś znajomego? – spytał przerywając jej monolog.

– Słucham? – spytała zaskoczona przesłuchiwana.

– Proszę pani, chłopak ma piętnaście lat, nie ma go od wyjścia ze szkoły, czyli jakieś pięć godzin – powiedział funkcjonariusz, opierając się łokciami o blat stołu. – Pewnie siedzi u jakiejś koleżanki…

– Panie policjancie – kobieta weszła mu w słowo – nie zna pan Michałka, on by czegoś takiego nie  zrobił, to dobry chłopiec.

– Słuchaj, pani – odparł ostrym tonem – aby przyjąć zgłoszenie o zaginięciu muszą upłynąć dwadzieścia cztery godziny od ostatniego kontaktu. Z tego co pani zeznała, nie ma podstaw, by  domniemywać, że dzieciak został porwany. Pani zeznanie zostanie zarejestrowane, a jeżeli chłopak nie znajdzie się do jutra, proszę stawić się, by zgłosić oficjalne zawiadomienie.

– Ale proszę pana, przecież to cała doba, w tym czasie… – zaczęła histerycznie kobieta.

– Ja teraz nic więcej nie mogę dla pani zrobić – odparł kategorycznie policjant. – Niech pani lepiej pojeździ po jego koleżankach z klasy, zamiast zawracać głowę służbom. Do widzenia.

Niedługo później aspirant skończył służbę i z uśmiechem na ustach wrócił do domu, by zdążyć jeszcze na końcówkę meczu. Całe zajście dość szybko wyleciało z głowy znudzonego funkcjonariusza, ot kolejna histeryczka, co przeżywa szok i przerażenie, gdy jej malutki synek zaczyna na własną rękę odkrywać otaczający go świat. Sen zmorzył go jeszce na kanapie, w trakcie oglądania powtórek.

Baltazar wisiał unieruchomiony. Bezlitośnie wykręcone ręce bolały go, a w ustach czuł ostry smak krwi. Nie mógł mówić, ani się poruszyć, nie mógł nawet zamknąć oczu. Miał wrażenie, że  otaczająca go bezkształtna i bezosobowa siła zmusza go, by patrzył.

Przed oczami miał metaliczną, bezgranicznie czarną powierzchnię lustra. Uzmysłowił sobie, że  wisi nad jego powierzchnią. Wydawało mu się już, że agonia bólu i bezruchu trwa wiecznie, gdy  dostrzegł ruch za plecami swojego lustrzanego odbicia. Był to korowód barwnych postaci, które zbliżały się w tanecznym pochodzie.

Zadrżał, a raczej zadrżałby, gdyby mógł. Gdy orszak zbliżył się do niego, zauważył, że prowadzi go młoda dziewczyna w zwiewnej, błękitnej sukience. Trzymała za rękę chłopca, kilkunastolatka w  charakterystycznym, kanarkowożółtym swetrze nałożonym na koszulę. Te barwy, żółć i błękit dziwnie odrażająco odcinały się od otaczającej czerni. Ku swojemu zaskoczeniu, poznał to dziecko od razu.

Gdy dziewczyna już niemal pochylała się nad jego ramieniem zauważył, jak bardzo jest zdeformowana, zdziwiło go, że nie zwrócił na to uwagi wcześniej. Jej chorobliwie blada skóra opinała kości twarzoczaszki i upiornie odsłaniała gałki oczne nadając całości kształt i wygląd gołej czaszki, pogłębiany tylko przez tłuste, blond włosy opadające na jej ramiona. Uśmiechała się do  niego odsłaniając żółte zęby, zbyt duże i wyraźnie widoczne spod obciągniętych rozkładem dziąseł.

Przez chwilę był pewien, że odezwie się do niego, lecz ona tylko tańczyła dalej ciągnąc za sobą kawalkadę tancerzy, w tym nieszczęsnego, zaginionego Michałka w jego paskudnym swetrze. Oddalając się od Baltazara wciąż odprowadzała go wzrokiem, a z jej ust nie schodził ten potworny grymas, który jedynie przez brak lepszego porównania można nazwać uśmiechem.

Nagle wybuchła szaleńczym śmiechem, a niemy widz tego makabrycznego przedstawienia przez potwornie długi ułamek sekundy czuł, że spada.

*

Obudził się nagle, zlany potem, zdziwiony, że nie roztrzaskał znajdującego się przed nim lustra. Nie mógł pozbyć się sprzed oczu widoku tej nieskończonej czerni i tych postaci, które przed chwilą zaprezentowały mu się, dumne ze swej obscenicznie martwej formy.

Długo siedział w rozburzonej pościeli, lecz sen nie chciał zatrzeć się w jego pamięci. Wzdrygał się przed wstaniem z łóżka, lecz w końcu logiczna i racjonalna część jego umysłu wzięła górę nad  targającymi nim emocjami. Drewniana podłoga ziębiła mu stopy, gdy poszedł opłukać twarz zimną wodą. Wpatrując się w łazienkowe lustro, długo stał oparty o umywalkę, zastanawiając się, czemu to zwykłe, codzienne odbicie budzi w nim irracjonalny lęk.

W końcu zdecydował się wrócić do łóżka, lecz zatrzymał się w drzwiach sypialni niezdecydowany. Zapalił światło i w szafce nocnej zaczął szukać dawno zapomnianego różańca. Znalazł mały, skórzany woreczek z drewnianymi koralikami.

Nim zasnął odmówił jedynie niewielką część monotonnej modlitwy, lecz resztę nocy przespał spokojnie, bez snów. A przynajmniej bez takich snów, które pamiętałby rankiem.

Gdyby ktoś powiedział mu, że z powodu snu będzie jeździł po Warszawie i prowadził „śledztwo” w sprawie „zaginięcia”, sam by go wyśmiał. Jednak wspomnienie ostatniej nocy nie dawało mu spokoju. Sen nie tracił na swej wyrazistości nawet w pełnym świetle dnia, na zalanej słońcem, pełnej pięknych kamienic uliczce starej Ochoty. Komisariat znajdował się w cieniu rozłożystych drzew przy pełnym magicznego uroku parczku Sue Rider.

Wyciągnął zgłoszenie, poinformował dyżurnego o „wszczęciu działań operacyjnych” i udał się na Włochy, by stawić czoła zrozpaczonej matce. Wmawiał sobie, że robi to tylko po to, aby upewnić się, że chłopak wrócił późnym wieczorem do domu, dostał zasłużone lanie, a  w   przyszłości będzie zaznawał uroków dojrzewania w bardziej przemyślany sposób.

Matkę chłopca zdziwiła jego wizyta, patrzyła na niego z wyrzutem, gdy zadawał kolejne rutynowe pytania. Wojtuś nie wrócił na noc, a matka obdzwoniła całą rodzinę i wszystkich znajomych syna, których znała. Nigdzie nie było po nim śladu, nikt nie zauważył, by został porwany.

Baltazar wziął zdjęcie zaginionego i przeszukał jego pokój. Nie znalazł niczego dziwnego, ani  niepokojącego, żadnych narkotyków, ani alkoholu. Na komputerze dziecka nie było hasła, a  wyszukiwarka pamiętała dane logowania do facebooka i skrzynki pocztowej, tam też nie było niczego niepokojącego. Tylko w szufladzie biurka było dużo kartek zapisanych pokreślonymi wierszami, na  pierwszej od góry znajdował się krótki, nieporadny, napisany w stylu emo wiersz o  jakimś jeziorze. Nie było tam niczego ciekawego, ani przydatnego na potrzeby śledztwa.

To wszystko tylko potęgowało złe przeczucia policjanta.

Zamyślony wyszedł z klatki i jeszcze raz spojrzał na szkolne, portretowe zdjęcie grubaska w  żółtym swetrze. Wolał nie myśleć o swoim śnie. Nie powinien był dawać matce prywatnego numeru, ale trochę za bardzo wciągnął się w sprawę.

Ponad barierką spojrzał na staw, a w zasadzie, na zbiornik retencyjny, który zbierał z okolicy deszczówkę. Chłopak często pisał o jakimś jeziorze. Baltazar szybko wszedł na szary pomost, przeszedł pod barierką i stanął nad samą obsydianową taflą wody.

Wydała mu się jakaś dziwna i nienaturalna. Złoto–zielone gałęzie wierzb schylające się nad  powierzchnią wody wyraźnie uginały się pod wiatrem, lecz znajdujący się w płytkim zagłębieniu zbiornik pozostawał spokojny. Zawahał się, lecz przykucnął nad powierzchnią. Może chłopak się po prostu utopił? Może pisywał te swoje wiersze na tym pomoście i przypadkiem wpadł do wody? Jak, w tak piękny, słoneczny dzień, to bajoro może być tak bezgranicznie czarne? Przemknęło Baltazarowi przez głowę.

Już wyciągał dłoń, by dotknąć wody, gdy jego uwagę przyciągnął intensywnie pomarańczowy neon miejscowego sklepu. Właśnie wychodził z niego starszy mężczyzna. Był zaniedbany, jego  twarz była ogorzała i poorana bruzdami zmarszczek, nawet nie próbował schować właśnie kupionego taniego wina. Usiadł na ławce przy stawie i z chrzęstem otworzył butelkę.

Menel niemiłosiernie śmierdział, rozsiewał charakterystyczną dla bezdomnych woń mieszaniny potu, moczu i przetrawionego alkoholu. Policjant przemógł nudności i obrzydzenie.

– Dzień dobry – przywitał się, pokazując odznakę.

– Nic nie zrobiłem! – oburzył się menel, chowając butelkę za plecy.

Uwagę funkcjonariusza przykuł tatuaż na przedramieniu rozmówcy, był niechlujny, techniką wykonania przypominał oglądane na  zajęciach tatuaże więzienne z lat osiemdziesiątych. Przedstawiał serce w koronie nad  schematycznie narysowanym człowiekiem wiszącym na szubienicy.

– Często tu przesiadujecie? – spytał podnosząc głos.

– Wolno mi siedzieć… – zająknął się dziadyga.

– Proszę odpowiadać na pytania – przerwał mu ostro policjant. – Tutaj albo na dołku, ja nie mam czasu, śledztwo prowadzę.

– No siadam sobie tutaj czasem… – Odparł starzec, zaskoczony tak ostrą reakcją policjanta.

– Widział pan tego chłopca? – spytał, nie dając starcowi się rozgadać i podtykając mu  pod   czerwony nos zdjęcie Wojtusia.

– Widuję – menel odpowiedział szybko i bez zastanowienia. – Często siedzi na pomoście i bazgrze w zeszycie. Czemu policja się nim interesuje?

– Ponieważ prowadzi związane z nim postępowanie, obywatelu – odparł oschle. – Kiedy ostatnio go widziałeś?

– Kierowniku, nie wiem. – Dziad podrapał się w głowę. – Wczoraj po południu chyba, siedział na  pomoście.

– Głęboki ten staw? – Baltazar spytał w końcu, luźniejszym tonem. Dziadek nie wydawał się niebezpieczny.

– E tam, wody do pasa – odpowiedział szybko starzec – ale utopiła się tam kiedyś dziewczyna.

– Utopiła?

– No, różnie mówią – zmieszał się menel. – Jedni, że się utopiła, inni, że ją najpierw strasznie męczyli. Przywiązali do drzewa w styczniu i trzymali tak wiele dni, bili, a nawet i gorsze rzeczy robili. Do okropności zmuszali, a później utopili.

– I nikt nie zauważył? – sceptycznie spytał policjant.

– Te bloki to nowe są, jeszcze parę lat temu był tu tylko ten staw, kilka drzew i pola kapusty.

– Kiedy to się stało?

– O kierowniku, mój dziadek opowiadał mi tę historię – starzec się rozgadał. – Podobno nawet przedtem z tym stawem było coś nie tak. Dziadek mówił, że jak się go minie, to zawsze trzeba trzy razy przez lewe ramię splunąć, żeby…

– Dobrze obywatelu – przerwał mu ostro funkcjonariusz, nie miał ochoty na wysłuchiwanie zabobonów. – Na razie to wszystko.

Policjant wylegitymował go, wypytał gdzie sypia i dokładnie zapamiętał, jak wygląda. Jednego był pewien – trzeba będzie przeszukać ten staw. Jadąc do szkoły, w której uczył się dzieciak, zadzwonił na komisariat i zgłosił konieczność zbadania zbiornika wodnego.

Baltazar stał na szarym pomoście i patrzył na wierzbę po drugiej stronie stawu. Słońce zaszło kilka godzin wcześniej, i nad osiedlem zalegała ciemność bezksiężycowej nocy. Światło dawały jedynie gwiazdy, które zdawały się świecić jaśniej, niż w innych częściach Warszawy.

Przesłuchanie uczniów i nauczycieli nie pomogło. Potwierdzili tylko jego przypuszczenia. Wojtuś był wrażliwym chłopcem i introwertykiem. Nie miał zbyt wielu znajomych, z nikim nie  spotykał się po szkole. Po lekcjach wracał prosto do domu, z opuszczoną głową. Nie trzymał się z nikim z klasy, ani nigdzie nie wychodził. Nikt też nie widział niczego podejrzanego poprzedniego popołudnia.

Przeszukanie stawu też nic nie dało. Kilkugodzinne poszukiwania nie przyniosły żadnego efektu, poza tym, że funkcjonariusze wyciągnęli całą masę śmieci. Nie było możliwości, by coś przeoczyli, zbiornik był mały i płytki, do jego zbadania wystarczyliby ludzie w woderach, ale i tak skierowano tu także dwóch nurków. Nie znaleziono niczego, tylko butelki, torebki po chipsach i  jakieś zardzewiałe żelastwo.

Przeniósł wzrok z rozgwieżdżonego nieba na powierzchnię stawu i zastygł zaskoczony. Gwiazdy. Niebo było usiane niesamowitym, niespotykanym w Warszawie, widokiem tysięcy gwiazd, ale  w  powierzchni stawu nie odbijała się żadna z nich. Pozostała ona idealnie gładka i całkowicie czarna.

Drugi raz tego dnia przeszedł pod barierką i stanął na brzegu. Po chwili przyklęknął i z wahaniem dotknął lustra wody. Było twarde, jakby wykonane z idealnie gładkiego, połyskliwego kamienia, był pewien, że dokładnie tak wygląda obsydian.

Przełknął ślinę i wyprostował się szybko. Na otaczających staw ławkach nie było nikogo, ciemność zatapiała całą okolicę, a latarnie zdawały się dawać o wiele mniej światła, niż powinny. Tchnięty jakimś nagłym impulsem wszedł na rozpościerającą się przed nim kamienną posadzkę.

Runął, a przynajmniej jego błędnik podpowiadał mu, że wywinął szaleńczego kozła, od którego zachwiał się i zrobiło mu się niedobrze. Otaczała go absolutna ciemność, i tylko od znajdującego się pod jego stopami, rozgwieżdżonego nieba bił nikły blask. Dobiegła go cichutka muzyka.

Rozpoznawał melodię, chociaż nie potrafił stwierdzić, co to za utwór, ani tym bardziej zapamiętać dziwnych, niepokojących nut. Ktoś zbliżał się do niego. Dziecko w kanarkowożółtym sweterku. Wojtuś stanął przed nim z kamiennym, nieobecnym wyrazem twarzy. Za nim, w wielkiej dali dostrzegł zbliżający się korowód.

– Nie bój się – powiedział chłopiec. – Alicja chce z tobą tylko zatańczyć, chyba jej nie odmówisz?

Chciał o coś spytać, lecz język uwiązł mu w gardle, gdy widział szybko zbliżający się, roztańczony korowód.

– Ona bardzo lubi tańczyć – dodał chłopiec. – Będziemy wszyscy tańczyć razem, aż do końca – rzekł i uśmiechnął się w upiorny, bezduszny sposób.

Baltazar stał przerażony, jakby był rzeźbą wykonaną z kawałka niezwykłego kamienia, który zdawał się mieć pod stopami. Wiedział, że tancerze zbliżają się szybko, jednak jego umysł nieznośnie wydłużał czas ich spotkania. Nie wiedział, co ma myśleć, lecz był pewien, że nie może się poruszyć, i że nie może dotknąć tej upiornej, rozkładającej się dziewczyny.

Nagły ruch na pomoście przyciągnął jego uwagę. Drewniana barierka znajdowała się niemal na skraju jego pola widzenia, więc patrzenie na niego było dla przerażonego policjanta bardzo trudne, ale zdawało mu się, że dostrzega, iż na lustro wchodzi człowiek. Stary mężczyzna, dziad, menel w brudnej odzieży, z siekierą w ręku. Stanął dokładnie pod Baltazarem, a ten niewyobrażalnym wysiłkiem woli zmusił się, by złapać za stojące przed nim dziecko za rękę. Michałek był zdziwiony, ale  nie  zaprotestował i nie sprzeciwił się.

Tymczasem żul splunął na swoje spracowane dłonie i uniósł nad głowę siekierę. Uderzał mocno i  z  wprawą, w taki sposób, w jaki wyrąbuje się przeręble w grubym lodzie, a ku zdziwieniu funkcjonariusza, na gładkiej dotąd powierzchni jeziora pojawiły się drobne pęknięcia. Skazy na  idealnej powierzchni rosły szybko, lecz czy zdążą złamać lód, nim wijący się taneczny korowód do nich dotrze?

Czas zdawał się niemal stać w miejscu. Starzec wolno podnosił swój topór, który jeszcze dłużej opadał, nim bezdźwięcznie uderzył o powierzchnię stawu. Tymczasem korowód nie zmienił nawet tempa, ani kroku. Cały czas powoli i nieubłaganie sunął ku nim w koszmarnej, czterotaktowej parodii tańca.

Wszystko skończyło się równie nagle, jak się zaczęło. Nieoczekiwanie szybko, gdy topielica zacisnęła dłoń na swetrze dziecka, ostrze topora dotknęło tafli jeziora, a Baltazara i chłopca niespodziewanie otoczyła lodowata woda, jakby nagle znaleźli się pod jej powierzchnią. Policjantowi w głowie dzwoniło jedno słowo. Mój.

Baltazar, łapczywie łapiąc powietrze, wyrwał się z czarnej toni. Było mu zimno, miał wrażenie, że spędził tam wiele godzin, a zimny, kłujący wicher przeszywał go przez mokre ubranie do samych kości. Wojtuś unosił się obok na powierzchni, twarzą dół.

Przyskoczył do niego, brodząc po pas, i odwrócił go na plecy. Później wiele razy zastanawiał się, co było tak przerażające w widoku tego ciała. Czy była to kwestia wykrzywionej w  przerażeniu twarzy ofiary, czy sposobu, w jaki wnętrzności chłopca, brutalnie rozszarpanego, opadały do czarnej wody.

Słońce wschodziło i pierwsze jego promienie już dosięgały stawu, ponad białymi ścianami pobliskich bloków. Ktoś musiał zwrócić uwagę na raban, który zrobił. Na ławce siedział stary, zmęczony człowiek z butelką taniego wina w ręku, był suchy. Bez słowa wyciągnął ją do Baltazara w wyrazie niemej propozycji. Tym razem funkcjonariusz skorzystał.

– Twardy jesteś – powiedział menel. – Niewielu wytrzymałoby tak długo, ale i tak miałeś szczęście.

– Kim ona jest – Baltazar od razu przeszedł do rzeczy. – Co tu się stało?

– Nie wiem i nie wiem – odparł mężczyzna. – I staw i ona byli tu chyba zawsze, tak przynajmniej mówił mi pradziadek, jeszcze zanim była tu fabryka, na której miejscu stoją te bloki. Wtedy rosła tu  kapusta, ale sprzedawali ją hen, aż na Pradze, bo na lewobrzeżnej części miasta nikt nie chciał jej jeść.

– Jak więc…

– Nie wiem, kim jest i nie wiem, co się tu stało – żul nie dał mu dokończyć – ale niekiedy wiem, co należy zrobić.

Białe ściany bloków zabarwiły intensywnie niebieskie światła syren. Funkcjonariusz nie był pewien, czy jest to pogotowie, czy policja, nie próbował nawet tego dostrzec. Trzęsąc się, jak  w  febrze osunął się tylko na trawnik przy ławce.

***

Szarpnął się, lecz pasy krępujące go do łóżka trzymały mocno. Dysząc ciężko rozejrzał się wokół, po jednoosobowej sali.

– Dzień dobry – powitał go miły głos, lekarz uśmiechała się do niego uprzejmie. – Słyszałam, że  znów miał pan ciężką noc. Jak się pan czuje?

Nie odpowiedział. Młoda, ładna lekarka wydawała się wyglądać znajomo, lecz nie mógł sobie przypomnieć skąd ją znał.

– Panie Baltazarze – kontynuowała po chwili. – Słyszy mnie pan?

– Czemu jestem przypięty? – spytał w końcu, po kolejnej chwili milczenia.

– Ponieważ przedwczoraj musieliśmy założyć jednej z pielęgniarek trzy szwy – odparła. – Zrobił pan wszystko, co mógł. Znalazł go pan martwego, morderca musiał minąć się z panem. Wykonał pan wszystko zgodnie z procedurami, a nawet, niekiedy, je  przekraczał. Matka tego dziecka mówi, że pan jeden okazał jej wsparcie i zainteresowanie, że  jako jedyny jakkolwiek pomógł, zachował się, jak człowiek. – Lekarz patrzyła na niego ze  współczuciem. – Szczególnie teraz, gdy pańscy koledzy schwytali sprawcę, a prokurator postawił już zarzuty.

Baltazar utkwił wzrok w suficie, zastanawiał się, co było jawą, a co snem. A gdy on spoczywał na  szpitalnym łóżku, staw wciąż niezmiennie tkwił okolony upiorną balustradą pomiędzy trupio-białymi blokami.

***

Alicja, poprzez idealną powierzchnię obsydianowego lustra, patrzyła na gwiazdy. Tęskniła za  ciepłymi promieniami słońca, płakała. Nagle dostrzegła, że ktoś stoi na pomoście.

Stary człowiek patrzył wprost w jej zimne, błękitne oczy i uśmiechał się smutno. Po jego pooranej zmarszczkami smutnej twarzy toczyły się łzy. Nie miała wątpliwości, że uśmiecha się do  niej, lecz zaskoczona nie odwzajemniła uśmiechu. Nie miała pamięci takiej, jaką my znamy, więc nie wiedziała, że ktoś może się do niej uśmiechać. Zapomniała, chociaż w odległych zakątkach jej świadomości kołatało się jakieś ciepłe, miłe wspomnienie.

Mężczyzna rzucił na powierzchnię stawu dokładnie cztery żółte kwiaty, a ona uśmiechnęła się w  końcu do niego. Wydało jej się, że to były róże, przypomniała sobie, że uwielbia róże.

Gdy opadała w głąb niezmierzonej, bezdennej czerni zawieszonej pomiędzy istnieniem i  nieistnieniem, usłyszała cichy dźwięk. Mogłaby uznać go za słowa, gdyby wiedziała jeszcze, czym one są.

Śpij dobrze, siostrzyczko.