Tag -

transcendencja

Oculum Mundi

Transcendencja

270 Wyświetleń

Zacznę więc raz jeszcze, od początku. Gdybym sam nie był świadkiem tego, co ujrzałem, nie wiem, czy byłbym w stanie uwierzyć komukolwiek, gdyby przeżył to samo. Gdybym był na miejscu siostry zareagowałbym dokładnie tak samo: zamknąłbym opowiadającego w domu dla obłąkanych lub co gorsza, wysłałbym na stos. Ale niestety, każde słowo, które zostało powiedziałem jest prawdą: spotkałem prawdziwych bogów. Widzę, że uśmiech siostry wskazuje na to, że w to wątpi. Ale niestety, to szczera i przerażająca prawda. Patrzałem im w oczy, dotykałem i słyszałem. Tak, słyszałem głos bogów, czego nie dokonał jeszcze żaden kapłan. Ale… nie będę mówił od środka, w końcu obiecałem, że będzie wszystko od początku. Pochodzę z Kelrad, z rodziny kupieckiej, której się przelewało w interesach. Złoto płynęło wręcz strumieniami, dzięki czemu ojciec mógł sobie pozwolić na to, by każde z jego dzieci mogło podjąć studia na uniwersytecie. Od zawsze miałem zdolności artystyczne, więc posłano mnie na Akademię Sztuk Pięknych w Norithorze. Miało się spełnić moje marzenie: stać się artystą, znaleźć bogatego patrona i mieć romans z jego młodszą żoną lub córką. Naiwne i śmieszne, ale sama siostra rozumie, że w wieku 18 wiosen młody człowiek nie myśli o niczym innym niż o przyjemnościach cielesnych i duchowych. Wśród mojej braci studenckiej wielu myślało podobnie do mnie. Uczyliśmy się, piliśmy ze sobą, kochaliśmy się między sobą. Nie byśmy uprawiali sodomię, och nie. Na moim roku było więcej dziewcząt aniżeli mężczyzn. Ale schodzę już z tematu. Studia dla kogoś, kto miał talent nie były trudne. To też musiałem szybko znaleźć coś by zająć wolny czas. Wizyty w burdelach i tawernach w końcu nudziły, to też nic dziwnego, że człowiek zaczął szukać innych rozrywek.

Tak właśnie trafiłem do Amatorskiego Klubu Akademickiego.

W szeregi klubu zaprosiła mnie koleżanka z roku, po jednej z tych upojnych nocy, określając to jako miejsce, gdzie spotykają się najbardziej interesujący ludzie z akademii. Szkoda było nie skorzystać, skoro i tak nie miałem nic lepszego do roboty. Powiedziała mi o lokum, gdzie odbywają się spotkania. Jako, że był to mój pierwszy raz, poszła ze mną, przedstawiając mnie członkom stowarzyszenia. Nie kłamała, faktycznie członkami tego stowarzyszenia były osoby o dość interesujących i bogatych osobowościach, których łączyła wspólny cel: sprawić, by okres na studiach przeminął jak najciekawiej. Brzmiało to podejrzanie, jak tak teraz pomyślę, ale wtedy nie wydawało mi się to nic dziwnego. Zostałem przedstawiony opiekunowi klubu, który przeprowadził mi inicjację. Na sam początek zapytano mnie, jaką dziedziną nauk się zajmuję. Odpowiedziałem, że żadną, bowiem jestem na akademii sztuk pięknych. Ten kiwnął tylko głową. Sięgnął do jednej ze skrzyneczek i coś wyciągnął.

Była to fajka nabita opium.

W chwili, gdy po raz pierwszy zakosztowałem główki maku, zrozumiałem sens egzystencji na tym świecie. Wyszedłem poza znany człowiekowi świat, który wydaje się być prosty i szary. Nic bardziej mylnego. To widok, który ma nas zakuć w okowy pozornej rzeczywistości, gdzie mamy być zawsze w służbie potężniejszych od siebie. To, co ujrzałem było niczym otwarcie oczu po mocnym uderzeniu. Zrozumienia, że się żyje. Nie jestem w stanie oddać słowami tego, co ujrzałem w chwili zażycia maku. Nie jestem wszak poetą. Ale zostałem obdarzony talentem artystycznym. To, co ujrzałem w trakcie sesji, przelałem na płótno. Kolokwialnie rzecz ujmując, był to świat, w którym barwy jarzyły się niczym słońce w upalny dzień. Wszystko, czego dotknąłem, zmieniało swoją barwę. Każdy kształt, który widziałem, po chwili zmieniał formę. Nic nie istniało stałego. Wszystko płynęło. Zrozumiałem, że to musi być prawdziwy świat, w którym to każdy człowiek osobiście ma władzę nad wszystkim, co go otacza. Sam kształtuje, sam nadaje znaczenie. Nie ma na nadgarstkach żadnych kajdan.

Tak powstał mój pierwszy poważny obraz: „Transcendencja”.

Powstał w rekordowym wręcz czasie, bowiem zaledwie w ciągu tygodnia, wspomaganym sesjami opium. Dobrze się składało, bowiem właśnie zbliżał się czas, w którym mieliśmy przedstawić naszym wykładowcom prace egzaminacyjne. W swoim mniemaniu widziałem w Transcendencji istne dzieło sztuki. Ba, nawet prekursora nowego stylu w sztuce. Uważałem się wtedy wręcz za boga malarstwa!

Ale nie byli przeświadczeni o tym moi mistrzowie.

Nazwali moje dzieło bohomazem i rysuneczkiem rzygającego marynarza. Odrzucili go, nakazując przy tym opuszczenie akademii. Mi! Boskiemu malarzowi! Potrafi to sobie siostra wyobrazić?! Ale pomyślałem, że to dobrze. Nie było tam miejsca dla kogoś takiego jak ja. Miałem oszczędzone trochę grosza, to też wynająłem pokój w kamienicy. Resztę pieniędzy przeznaczyłem na farby, płótna i, rzecz jasna, dawki opium, które było moim balsamem na rany. Do tego podejmowałem się różnych prac, czy to jako dekorator wnętrz albo jak bieda naprawdę doskwierała, sprzątałem ulice. Próbowałem sprzedawać swoje obrazy, ale wiedziałem, że i tak żaden człowiek ich nie doceni. W końcu nie widzieli, więc czemu? Nie raz myślałem, czy nie spróbować żyć znów jak normalny człowiek, próbować wrócić na studia i dostosować się do wymagań uczelni, ale z tych głupich pomysłów szybko wyzbywałem się za sprawą opium. Każdorazowa sesja odkrywała coraz bardziej rąbka tajemnicy znanego świata. Ale wciąż nie rozumiałem powodu, czemu ukrywano go nam. Oczywiście, mogłem pomyśleć, że był to świat jedynie dla wybranych, ale to nie byłoby sprawiedliwe, by ukrywać to przed człowiekiem.

Prawdę okazał mi pewien człowiek.

Gdy razu pewnego zszedłem się na sesję opiumową, poznałem pewnego młodego człowieka. Powiedział mi, że był niegdyś akolitą w świątyni Alha, jednak odszedł od niej, gdy zrozumiał (rzecz jasna za sprawą opium), że to czego tam go uczyli było kłamstwem dla zaćmienia oczu. By ludzie byli głupimi marionetkami w rękach kapłanów i władców, bez możliwości sprzeciwu. To nie była wiara w bogów, a wiara w potęgę. Do bogów może każdy dotrzeć, o ile będzie miał tyle siły, by zdjąć czarną opaskę z oczu. Rzekł mi wtedy, że w ten sposób można dojrzeć bogów nie umierając. Można ich dotknąć i usłyszeć. Porozmawiać z nimi! Nie uwierzyłem mu w to wtedy, gdyż mi rzekł, że nie doszedł jeszcze do tego stanu, by móc ujrzeć bogów, ale zna kogoś, kto to uczynił i przedstawi mi go. Nie mniej, zdałem sobie sprawę, że mogło mieć to sens. Ten szary świat ma być kulą dla tych, co chcą słuchać. Aby z niej wyjść, trzeba odrzucić posłuszeństwo i dać się ponieść samym bogom! Przepiękne.

Z czasem ujrzałem, że dzieje się ze mną coś dziwnego.

Wymioty, bóle mięśni, kręciło mi się w głowie. Pewnego dnia nie mogłem w ogóle wstać z miejsca, więc przeleżałem osłabiony przez kilka dni, nie idąc do pracy. Nie stać mnie było na medykamenty, a nikt nie chciał wymienić mikstury na kaszel za mój obraz. Wtedy zacząłem coraz bardziej rozumieć, że to wina opium. To cholerstwo sprawiło, że stałem się niewolnikiem jego woli. Odkryłem to w chwili, gdy zażyłem to i nagle poczułem, że cały ból odszedł. Ale nasilił się rano. Zdecydowałem się odrzucić fajkę i wziąć się za siebie. Ale wtedy znów przyszedł czas, że musiałem komuś służyć. Gdy wszystko wydawało się być tak barwne i niejednoznaczne, to życie w tym szarym świecie wydawało się być tragiczne. Myślałem już nad popełnieniem samobójstwa, by móc uciec, tym razem na stałe do świata bogów.

Na drodze stanął mi znów ten były akolita. Tym razem nie sam. Wtedy zrozumiałem, że jeszcze nie czas.

Jak obiecał, przedstawił mnie pewnemu człowiekowi, który miał ponoć ujrzeć świat bogów i bardzo często w nich przebywać. Faktycznie, był jakiś dziwny, ale może to z powodu przedawkowania opium. Opowiedział mi, jak trafił do domeny Belladoha. Miejsca, gdzie ludzie prawi walczą ze złem. Nie było ono jednak piękne. Cała domena była oblana szkarłatnymi barwami oraz odmianami zieleni i beżu. Wszędzie leżały drewniane włócznie, używane przez ludzi oraz umba do tarcz, które mieli rzekomo używać giganci, którzy również tę domenę zamieszkują. Niekiedy takie umba nosili również i ludzie, zapewne by się uchronić przed ciosami. Oprócz włóczni, walczono również kuszami samopowtarzalnymi. To co jednak go najbardziej przeraziło był widok ludzkich ciał gdzieś pod wodą, które wciąż wiły się z bólu, gdy otrzymał cios z bełtu, chociaż dziwne, że nigdzie nie widział tej strzały. Wszędzie błoto, krew i krzyki ludzkie. Zdecydował się uciec  z tej domeny, wiedząc już, że Belladoh nie jest dobrym bogiem, a sługą zła. Była też domena, w której żyli zwyczajni ludzie, jak i tutaj. Chyba była to po prostu domena Alha. Jednak nie wstydzili się siebie, gdyż mieszkali w przezroczystych domach, gdzie każdy mógł zobaczyć każdego. Jednak ludzie byli dość dziwni, gdyż nic do siebie nie mówili, jakby się gdzieś spieszyli. Przeraził się rzekomo, gdy ujrzał, że grupa ludzi weszła do paszczy czerwonego bazyliszka, który się rozwarł, jakby chciał swojej ofiary. A potem odszedł, jak gdyby nigdy nic. Musiał i stamtąd uciekać ze śmiesznego powodu. Chciał po prostu ulżyć sobie w ciele i zdefektować pod jednym z drzew. Ale nagle coś zawyło i zdecydował się szybko uciekać, widząc za sobą jeszcze dwa czarno-żółte cienie, które mogły być strażnikami tej domeny. Na szczęście wrócił do tego szarego świata. Powiedział mi, że człowiek nie powinien przesadzać z zaglądaniem do świata bogów, bo są oni surowi i od razu rozpoznają, kto nie należy do ich świata. Po opowieści, odszedł. A ja… zacząłem się zastanawiać, czy jednak nie spróbować i tak wejść do świata bogów i już z niego nie wrócić. W końcu i tak nie miałem nic do stracenia. Spakowałem się i wziąłem też kilka swoich obrazów, tak na pamiątkę. Może komuś się tam spodobają.

Sesje były ciągłe. Dłonią próbowałem kształtować jakieś kształty z tej ferii barw, które miałem przed sobą. Nic jednak nie przybliżało mnie do świata bogów przez długi czas. W trakcie dziesiątej sesji jednak usłyszałem cichy szept, gdzieś w oddali, który jednak znikł. Nie znałem kierunku. Błąkałem się pośród bezkształtnej masy kolorów, myśląc o tym szepcie. W końcu, gdzieś w oddali ujrzałem drążącą, żółtą bańkę, która zdawała się mnie przyciągać. Znów usłyszałem szepty w bardzo dziwnym języku. Byłem na tyle blisko, by jej dotknąć i przebić, ale coś mnie przed tym powstrzymało.

Szturchanie w szarej rzeczywistości.

Był to mój ojciec, który mnie odnalazł, martwiąc się. Wszak nic nie pisałem i ich w ogóle nie odwiedzałem po pieniądze. Ujrzeli za to, że mieszkam jak ostatni biedak, uzależniony od opium. Wybuchła kłótnia, w której dowiedziałem się, że marnuję życie na paleniu jakiegoś ścierwa, że niszczę renomę rodziny, że moje rodzeństwo pokończyło studia. Bla bla bla. Słuchałem go, ale nic nie powiedziałem. Wciąż myślałem o tej żółtej bańce i jak do niej znów dotrzeć. Po chwili otrzymałem cios w policzek, wymierzony przez mojego własnego ojca. Trwało to zaledwie kilka sekund. Powstałem. Zabrałem i wbiłem nóż w serce mojemu płodzicielowi. Dosłownie. Natenczas nie interesowało mnie, że zabiłem człowieka i to jeszcze tak bliskiego mojemu sercu. Dla mnie istotniejszy był fakt, że przeszkodził mi w dosięgnięciu do świata bogów. Zapomniałem o tym z chwilą, gdy znów zapaliłem maczek.

Tym razem doskonale wiedziałem, gdzie iść. Wiedziałem, gdzie się znajduje żółta bańka i jej ciche szepty. Zmieniła jednak barwę. Zamiast jadowitej żółci ujrzałem teraz bańkę w kolorze indygo. Głosy, które się z niej wydobywały nie były jak tamte. Wciąż ich nie rozumiałem, ale o ile tamte szepty zdawały się być dość inwazyjne, to te spokojne i płynne jak ocean. Z drżeniem dłoni dotknąłem bańki, która niczym przekuty pęcherz wybuchła wprost na mnie, zalewając falą barw, które były w niej uwięzione. Chciałem krzyknąć, czy to z zachwytu czy przerażenia, ale moje gardło nie było w stanie nic wykrztusić. Uderzenie barw było znacznie większe niż poprzednie, do tego stopnia, że moje oczy zaczęły piec, by w końcu zupełnie pochłonęły w odmęty czerni. Oślepłem, przynajmniej na jakiś czas. Ale czucie pozostało. Nie wiedziałem co się działo, ale czułem, że gdzieś spadałem z niewiarygodną prędkością. Po chwili opadłem miękko na jakieś przestrzeni. Wzrok powoli wracał do stanu, w którym mogłem oglądać zarysy ułożonych przeze mnie widoków.

Wtedy spotkałem swojego pierwszego boga.

Stałem na szczycie jakieś wieży, gdzie nade mną unosiła się przeogromna twarz, która zdawała się uśmiechać do mnie. Padłem przed majestatem bojąc się, że gdy spojrzę w oczy doskonałej istoty, ta mnie spali. Czekałem na jakiś znak, ale jedyne co mi odpowiadało to jakieś piski, przytłumione głosy oraz dmuchanie wiatru. Mimo to, wciąż się bałem. W końcu jednak odważyłem się podnieść głowę i zostałem za to ukarany. Wiatr, wcześniej bardziej cichy połączył się wraz z przeogromnym piskiem, który wdarł się w moje uszy. Miałem wrażenie, że uderzenie przyszło z góry, ale bałem się tam spojrzeć. Ból był tak nie do zniesienia, że krzyknąłem z całej siły. Wtedy też poczułem, że coś ciągnie mnie do góry. I znów pojawiła się ta feeria barw. Tym razem sam zamknąłem oczy. A wie siostra co było najciekawsze? To, co ze sobą spakowałem, wciąż było ze mną. Nic nie zaginęło w czasie mojej wędrówki. Niesamowite, prawda?

Nie było to jedyna domena, którą odwiedziłem. Potem ujrzałem domenę Belladoha, jednak obraz, który widziałem był zupełnie inny. Widziałem przed sobą bowiem całą armię aniołów, które trzymając miecze zaszlachtowały jakiś złoczyńców w kapeluszach. Innym razem była to domena, w której Alh sądził ludzi, bowiem siedzieli i widzieli sceny ze swojego życia, decydując, czy żyli godnie czy też nie. A w jeszcze innym stał pośrodku jakiegoś szlaku, gdzie szarżowały na siebie jakieś diabelskie bestie, głośno rycząc. Żadna jednak nie trafiła na siebie. Było wiele takich miejsc, jedne przerażające, drugie bardzo piękne. W niektórych bywali nawet ludzi, którzy byli podobnie ubrani od mnie, innym razem odziani w boskie szaty. Bywało też tak, że nie widziałem żadnego człowieka, natomiast ujrzałem piekło, w którym to mordowały się wzajemnie smoki! Uwierzy siostra, smoki! Nie dość, że bogowie, to jeszcze smoki!

W końcu jednak bogowie dostrzegli moją obecność i zdecydowali się na mnie zemścić.

Prawdopodobnie wysłali mnie do miejsca, w którym czułbym się naprawdę dobrze. Było to pomieszczenie, gdzie wywieszone były liczne obrazy dzieła boskich istot. Wiedziałem, że byli to bogowie, bo tylko bogowie mogliby malować dokładnie tam samo jak ja!  Byłem początkowo zaszczycony, że dostąpiłem zaszczytu docenienia przez bogów. Nagle przede mną pojawił się sam Pryter! Tak, sam bóg piękna! Oczywiście, przybrał postać ludzką, bym się nie przeraził jak tamtego bóstwa na wieży. Skąd wiedziałem, że to Pryter? Bo opowiedział mi o wszystkich boskich obrazach, które tutaj były, z dokładną szczegółowością. Co więcej, pokazałem mu swoje dzieła. Oczywiście, najbardziej był zachwycony Transcendencją, bo kto by nie był! Ba, z tego powodu zaprosił mnie na spożycie boskiej ambrozji! Zielona ciecz, która wlewała się wtedy do mojego gardła ukazała mi pełnię boskiego świata! Te barwy, które widziałem po spożyciu opium były niczym przy ambrozji! Ale byłem śmiertelnikiem. Nie dla mnie boskie trunki, to też bardzo szybko po nich osłabłem. I padłem.

Obudziłem się rano, nie wiedzieć czemu, u siebie w domostwie. Śmierdziało wciąż trupem, które musiało już leżeć kilka dni. Ale nie to było dla mnie ważne. Bowiem obudziłem się zupełnie bez niczego! Nie miałem swoich bagaży, a co najważniejsze, obrazów! Jak siostra się mogła domyśleć, zdenerwowałem się, bo wiedziałem, że był to dowcip bogów. I to co piłem nie było ambrozją, a jakimś dziwnym eliksirem, który miał mnie jeszcze bardziej otumanić. Byłem zły. Chciałem odzyskać swoje obrazy, zwłaszcza Transcendencję. Zapaliłem raz jeszcze fajkę opium i ruszyłem w podróż w domenę bogów. Mając doświadczenie w tego typach podróży, już wiedziałem, jak należy się poruszać. Musiałem odzyskać to co należało do mnie!

Przeszukałem wiele domen, ale nie mogłem znaleźć śladu moich dzieł. Byłem zmarnowany, ale wciąż mocno zdesperowany, by to zrobić. Każdy krok zwiększał moją złość, a moje myśli skierowały się, by przeciwstawić się boskim bytom. I wie siostra co? Bogowie wysłuchali mnie. Musieli się dowiedzieć, że jakiś śmiertelnik im złorzeczy. Nie mogli znieść bluźniercy. Dlatego się przygotowali. Gdy podróżowałem przez domeny, usłyszałem śmiech w bańce w barwie dojrzałej brzoskwini. Dotknąłem jej, by się tam przenieść. Nagle znalazłem się w jakimś pokoju podobnym do tamtego, gdzie spotkałem Prytera. Znów było tam mnóstwo obrazów, ale również i ludzi ubranych w szaty bogów. Nie zwracali na mnie w ogóle uwagi, a ja na nich. Nagle, dostrzegłem. Mój obraz. Transcendencja. Wisi dumnie na jednej ze ścian. Rzuciłem się w tamtą stronę i siłą wyrwałem go ze ściany i próbując uciekać. Wtedy rozległy się krzyki i próby powstrzymania mnie. Walczyłem niczym niedźwiedź o swoją własność. Zbiłem jakieś naczynie i zraniłem kawałami szkła kilka boskich gości, jedną kobietę nawet oszpecając na twarzy. Ale nagle… wdarli się boscy strażnicy, o których mi kiedyś opowiadał ten człowiek od akolity. Powalili mnie i uderzyli jakąś potężną mocą, że aż upuściłem obraz. Straciłem go. Na zawsze. Rozpłynął się gdzieś w ciemności. Tak samo jak ja.

Dalej… nie wiem co było dalej. Dowiedziałem się, że jestem w domu dla obłąkanych. Mój wzrok wciąż nie funkcjonuje. Najwyraźniej wynik życia wśród bogów i oderwanie od świata doczesnego. Ale jeśli miałbym powiedzieć, czy żałuję, to odpowiadam, że nie! Jestem pierwszym człowiekiem, który przebywał tyle czasu w ich świecie! Pewnego dnia tam wrócę i jeszcze raz pokażę, że śmiertelnik też jest w stanie się przeciwstawić bogom! Mimo, że przegrał, haha! Hm, co to za dziwne uczucie. Jakieś ukucie. Ach… to opium. Więc jednak umożliwicie mi to sami. Może tu nie będzie tak źle, jak myślałem…

 

 

„Szarpanina w galerii sztuki! Rannych 5 osób, jedna osoba nie żyje!

Wczorajszego dnia, w okolicach godziny 20 doszło do próby kradzieży obrazu Wassilija Kandinyskiego pod tytułem „Kompozycja VI”, który właśnie odwiedzał Muzeum Narodowe w Poznaniu. Sprawcą był 20-sto letni mężczyzna, który wtargnął do siedziby muzeum i siłą próbował wykraść oraz. Napastnikowi udało się zabrać obraz, ale obecni goście próbowali nie dopuścić do tego, by wyszedł z nim z muzeum. Wtedy mężczyzna rozbił dzban i zaczął atakować szkłem odwiedzających. Zranił mocno pięć osób, a 32-letniej kobiecie wbił szkło w twarz i ręce uszkadzając system nerwowy. Zmarła w szpitalu z niedokrwienia.  Napastnika zdołała obezwładnić ochrona muzeum i przekazać w ręce policji. Trwa właśnie dochodzenie mienia sprawcy i zeznań świadków.”

„Sprawca morderstwa w Muzeum Narodowym w Poznaniu uniewinniony?!”

Dzisiaj poznański sąd orzeknie wyrok w sprawie 20-letniego mężczyzny, który dokonał morderstwa na 32-letniej Agacie M. w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Wyrok prawdopodobnie jest jednak już pewny. Obrońca mordercy, mecenas Włodzimierz R. mówi: „Mój klient jest osobą niepoczytalną psychicznie. Cierpi prawdopodobnie na schizofrenię, ma liczne urojenia, a także jest uzależniony od narkotyków z rodziny opiatowych. Dlatego może stanowić niebezpieczeństwo dla współwięźniów”.[…] Obecnie więzień przebywa w domu dla psychicznie chorych […]

Morderstwo w Muzeum Narodowym w Poznaniu dokonanane przez Terminatora?!”

Ludzie z przeszłości mogli znać podróże w czasie. Reporter SuperFaktu dotarł do wyposażenia Mordercy z Muzeum, które poddano badaniom. Jak się okazało, sposób ich wykonania nie jest możliwy przy obecnych warunkach. „Tego typu szwów i krojów używano w późnym średniowieczu, na przełomie mniej więcej XIV i XV wieku. Obecnie nawet bractwa rycerskie nie są w stanie idealni odtworzyć w stu procentach stroju człowieka z tamtej epoki. Tutaj mamy do czynienia z zupełnym oryginałem”, mówi prof. Hanna Koćka-Krenz z Instytutu Archeologii w Poznaniu. Przesłuchani świadkowie mówią również, że sprawca morderstwa krzyczał, że ten obraz należał do niego i został mu skradziony. Czyżbyśmy mieli więc do czynienia z podróżnikami w czasie?[…]

P. R. Ofiarski

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.