Tag -

Wroniarze

System

Drugi numer Abyssos

393 Wyświetleń

Drugi numer czasopisma Abyssos przynosi kontynuację opowiadań rozpoczętych w numerze pierwszym (Po drugiej stronie lustra, Baśń o Człowieku, Wroniarze).

Ponadto, rozszerzając pole działalności, zawiązaliśmy współpracę z projektem Horyzonty, którego efekty będzie można śledzić na łamach Abyssos. Pozostając w podobnej konwencji Paweł Ofiarski w opowiadaniu You’re My Heart, You’re My Soul chwilowo odpoczywa od uniwersum Oculum Mundi.

Najcięższym kalibrem drugiego numeru czasopisma bez wątpienia jest rozmowa Błażeja Grysztara z Dawidem Jakubowskim, działaczem Komunistycznej Partii Polski. Rozmowa o ideałach, historii i przyszłości. Należy rzec, że prezentowane przez rozmówcę poglądy nie są współdzielone ze światopoglądem redakcji.

Do tego Patryk Szymczak ze swoją poezją na początek i na koniec.

Numer w formacie .pdf

Naszą publikację znajdą państwo również w Sklepie Play. Czasopismo jest do pobrania oczywiście za darmo.

Zapraszamy!

Varia

Pierwsze Zlecenie (1)

271 Wyświetleń

Pierwsze Zlecenie
2590 Rok wg. Kalendarza Morlańskiego.
Była dosyć wczesna godzina, bodajże siódma rano. W tym miejscu na globie słońce wstawało dosyć późno, toteż było jeszcze trochę ciemno. Wszyscy zgromadzeni przy stole w spokoju i ciszy popijali poranną herbatę. Dla jasności, była to herbata zielona, bo taką właśnie pito tutaj na królewskim dworze, na długo przed powstaniem jakichkolwiek Gwardii i tym podobnych. O dziwo, nawet Fray nie robił zbytnich problemów tego ranka. Pewno się jeszcze nie rozbudził.
– Smakuje herbatka, Samuelu? – zapytał Ed.
– Ujdzie, ujdzie. Pijałem lepsze – odpowiedział, tym razem bez żadnej agresji w swoim tonie.
Tymczasem do Williama odezwał się Joseph Warg, z którym jeszcze do tej pory nie miał okazji porozmawiać. Nie da się zaprzeczyć, że było to z głównie z powodu jego wyglądu, a raczej małego detalu. Miał od kręcone, rude jak miedź włosy. Piegów na policzkach też mu nie poskąpiono. Tak, jak większość osób w Morlane wygląda z rudymi włosami czy piegami w miarę dobrze, przynajmniej jak na standardy, to ten człowiek wydawał się być z twarzy zwyczajnie szpetny. Breed wolał nie uświadamiać mu tego, jeszcze narobiłby sobie kolejnego wroga.
– Nie przyzwyczajaj się do takich poranków, Will. Tak jest tylko wtedy, gdy nie mamy tak wiele do roboty. A to się zmieni, uwierz mi – z przekonaniem wyjaśniał mu Rudzielec.
– Dobrze wiedzieć – sucho odparł Breed, wpatrujący się w stół, bo twarz tamtego niezbyt go interesowała.
– Coś cię gryzie? – zapytał.
– Nie, nic nic, możesz gadać.
– Czy to przez moją.. – chciał coś jeszcze dopowiedzieć, ale przerwał mu Gillson, w chyba najbardziej odpowiedniej chwili.
– William, zapytam z ciekawości. Tak jak patrzyłem na ten wasz dwór koło ulicy, trapiło mnie przez resztę wieczoru jedno: co ktoś taki jak Ty robi w Gwardii? Przecież jesteś ustatkowany do końca swojego żywota. A może i nawet dłużej.

Młodzieniec spojrzał na twarz przyjaciela i po chwili namysłów odpowiedział:
– A bo widzisz, mój ojciec chciał kiedyś, bym poszedł w jego ślady, do armii. Tyle, że wojaczka mnie zbytnio nie interesuje. Ja potrzebowałem czegoś.. innego. Bardziej tajemniczego, zagadkowego. To miejsce mi chyba odpowiada.
Arthur zmrużył oczy.
– Naprawdę z ciebie dziwny człowiek, Breed.
– Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi, bądź tego pewien.
Rodney był właśnie w trakcie dokańczania swojego troszeczkę biednego śniadania, to jest bochenka świeżego chleba. Usprawiedliwiał się tak, że na tą chwilę mu tyle wystarczy. Nikt specjalnie też w tej sprawie nie protestował. Złapał za ścierkę leżącą tuż przed nim na stole, i wytarł nią usta.
– A więc – odchrząknął – Zlecenia. Mamy ostatnio donosy od straży i okolicznych kupców, że narastają zamieszki pomiędzy dwoma dosyć znaczącymi gangami.
– Ma pan na myśli Kruki?
– To jeden z nich , zgadza się panie Mate – potwierdził Ed – zna ktoś ten drugi gang?
Cisza.
– Tak właśnie myślałem. Otóż panowie, ja też nie wiem, jak się nazywają, i dla kogo pracują. I wasza będzie w tym głowa, by się dowiedzieć. Mieliśmy niedawno kilka zgłoszeń, które mogą mieć związek z nimi jakiś związek. Póki co, jedynie zbierzcie trochę informacji. Nie bierzcie się od razu za sprzątanie ulic z tych głupków, bo tylko pogorszymy sprawę. Wracając.
Edward wstał od krzesła.
– Gillson, Breed. Wy sprawdzicie sklep z biżuterią w zachodniej dzielnicy. Było tam włamanie, podejrzewają, że zrobiła to jakaś zorganizowana grupa. Sklep nazywa się bodajże.. Zakłady Jubilerskie Holkins. Znajduje się gdzieś na placu Edirith. Więcej szczegółów wam niestety nie mogę ujawnić, bo zbyt często tam nie bywam, natomiast sami informatorzy poskąpili nam jakichkolwiek wieści o miejscu zdarzenia. Wierzę, że uda się wam znaleźć to miejsce na własną rękę.
William tylko skinął głową, choć sam nie był pewien, czy znajdą ten sklep.
– Fray, Mate, was poślę w znane regiony. Gdzieś na Barkrage Yard doszło do kilku kradzieży, głównie od kupców przy straganach. Co ważne, były też na nich ataki, tym razem jest prawie pewne, że to robota kogoś z gangów. Podobnie jak wcześniej, bez żadnych głębszych dochodzeń.
Jeff chciał coś powiedzieć, ale Fray zdążył go upomnieć w tej kwestii:
– Dlaczego ich wysyłasz do innej dzielnicy, a nam dajesz taką łatwą robotę? Że niby jesteśmy gorsi? – odrzekł Samuel, wyraźnie groźnym tonem.
– Na pewno nie dlatego, że was lubię – odpowiedział mu Ed, z lekkim uśmieszkiem na twarzy – daję wam zlecenia w takiej kolejności, w jakiej je dostałem. I mam gdzieś, czy wam się to podoba czy nie. Wszystkich was to dotyczy.
Odetchnął, po czym kontynuował.
– Todd i Blaine. Was też wysyłam tutaj. Ale tym razem sprawa wygląda inaczej, bo odnaleziono niedawno zwłoki pewnego kupca, dosyć blisko Barkrage Yard zresztą. Straż oddzieliła miejsce wypadku od gapiów, więc nie będziecie mieć większych problemów ze znalezieniem celu.
Reszta zespołów została zaś rozdzielona do pomocy w przydrożnej małej wiosce, w której straż powoli przestawała sobie radzić z atakiem bandytów, których za murami większych miast nigdy nie brakowało.

William i Arthur przez chwilę czasu stali bezczynnie przed wejściem do siedziby. Tymczasem Gillson złapał swój cylinder, i nałożył na głowę.
– Czemu wszędzie nosisz ten kapelusz?
– Bo go lubię, to jakaś zbrodnia?
– No, nie. Kto by pomyślał, że aż tak zależy ci na wyglądzie.
– To tylko jedna z tych rzeczy, o których nie wiesz. A wiesz mało. No ale, chyba nie zacząłeś rozmowy, aby tylko upominać się o mój cylinder, prawda?
– Jak mamy się dostać pod tego jubilera? Dosyć długo by zajęło dojście tam na nogach.
– Ty nie wiem jak się zamierzasz tam dostać, ale ja pojadę dorożką. Tobie też bym to radził, chyba, że chcesz się pospacerować. Tuszę, że masz przy sobie jakieś drobne?
– Mam. Chyba..
Breed wsunął dłoń w jedną z kieszeni, i nerwowo zaczął czegoś w niej szukać. Ale odnalazł tylko jakiś niepotrzebny nikomu list. Wsadził go z powrotem.
– Cholera.
– Eh, taki pałac do dyspozycji, a nawet kilku monet ze sobą nie ma. Co byś ty beze mnie zrobił.
Złapał dodatkowe kilka monet ze swojej sakiewki, i podał je młodzieńcowi.
– Dzięki.
– Do usług.. – odrzekł, lekko poirytowanym tonem.
Jeden z kierowców stał tuż przy ulicy. Dwaj gwardziści podrzucili mu swoje pieniądze, i wspięli się na górę powozu.
– Dokąd to?
– Na Edirith.
Mężczyzna lekko podskoczył na powozie.
– To trochę drogi. No ale dobrze, tyle wam starczy na jeden przejazd.
– Jakoś sobie poradzimy – Arthur uśmiechnął się do Breeda.
Starzec pogonił zaprzęg, a wóz mozolnie zaczął się pchać do przodu. Nie jechali zbyt szybko, więc Will dla zabicia czasu podziwiał widoki w zachodniej dzielnicy.
Tymczasem Fray z Mate’m byli już w Barkrage i wypytywali okolicznych sprzedawców o bandytów w okolicy.
– Czy ostatnio kręcił się tu jakiś podejrzany człowiek? Być może napadł któregoś z pańskich.. kolegów? – Mate zapytał jednego z kupców. Ten jeden był w dosyć sędziwym wieku, klęczał na czerwonawym dywanie, otoczony swoimi towarami, to jest głównie tanimi wazami i innymi naczyniami.
Dziadek tylko wykrzyczał kilka nieznanych im słów, przy okazji wykonując jakieś dziwne gesty, szczerze powiedziawszy, wyglądające trochę na obraźliwe dla nich.
– Marnujesz czas – powiedział Fray sucho – ten człowiek nic nam nie powie. To Skathiijczyk.
– Po czym wnioskujesz? – zaciekawił się Jeff.
Bez wahania wyrwał starcowi z rąk jedną z mniejszych waz, i wskazał na nią palcem.
– Te inskrypcje tutaj i tutaj. To pismo jednego z plemion zamieszkując Skathię. Wiem, bo kiedyś widziałem je w pewnej księdze, jednak nie mam pojęcia, co znaczą. Starzec nie wygląda jednak jak jeden z rdzennych mieszkańców. Strzelam, że skradł któremuś z dzikusów te towary i uciekł z nimi tutaj, w nadziei, że ktoś kupi ten chłam.
Odstawił wazę po czym się rozglądnął dookoła targu.
– Jakieś pomysły? – zapytał Samuel.
Jeffrey myślał przez chwilę i w ostatniej chwili zauważył jednego ze strażników miejskich, przy którymś straganie.
– Ten może coś wiedzieć – wskazał palcem, a strażnik chyba to zauważył.
Straż rozstawiano jedynie w co bardziej zatłoczonych miejscach, patrole zaś organizowano tylko początkującym, którzy przemierzali całe miasto, była to zresztą jedna z gorszych prac w milicji, dlatego też tylko im była wyznaczana. Zwykle mieli na sobie granatowe kurtki oficerskie, pod nimi nosili skórzaną, lekką zbroję. Oprócz tego standardowe części, takie jak napierśniki ze skóry, rękawice i tym podobne. Niektórzy nosili cięższe uzbrojenie, ale i tak nie było problemu z przedziurawieniem zbroi pistoletem, więc mało komu zależało.
Zbliżył się do gwardzistów.
Trzeba wam czego? – zapytał.
– Sir Jeffrey Mate i Samuel Fray z Gwardii. Mamy kilka pytań.
Strażnik wzniósł brew.
– Jeśli chodzi o burdę w tawernie, ja nic nie wiem.
Sam zaśmiał się cicho i szturchnął Mate’a w ramię.
-Bynajmniej my też o żadnej burdzie nie wiemy, ale tą sprawę zostawmy na później. Widzieliście w okolicy jakichś złodziei, lub może, jak któryś z nich napastował któregoś ze sprzedawców?
– Eee.. – zająknął się – chodźcie za mną.
Posłusznie poszli za stragan kupiecki wraz ze strażnikiem.
– Oni mają tutaj swoich ludzi. Jeden z nich wciąż obserwuje tych, co tu handlują, o tam – wychylił się zza winkla, i skinął głową w stronę jednego z ludzi przy straganach. Siedział cierpliwie na ławce obok – Ponoć niektórzy kupcy mają z nimi jakiś układ, co to ich nie będą bić, jeśli im płacić będą.
– Wiecie, dla kogo oni pracują?
– A, nie wiem. Nigdy nie mówili. A z tamtym gadać nie będę, bo mi jeszcze nóż w gardziel wsadzi.
– My też wsadzimy, jeśli wszystkiego nam nie powiesz – odparł Fray, szczerząc zęby do milicjanta, choć on tego chyba nie zauważył, co najwyżej tylko go usłyszał.
– Jeśli chcecie ich wyłapać, to lepiej zaczekajcie do nocy. Pod wieczór tu przychodzą zwykle ich ludzie. Ten wam chyba nic nie powie, on ma tylko pilnować tych kupczyków.
Mate skrzyżował ręce.
– No, to już coś. Dziękuje wam, panie. Bywajcie.
Strażnik skinął do niego głową, i wrócił pod stragan.
– No to czekamy – odrzekł do Fray’a.
– Chodź lepiej do tej tawerny, przynajmniej tam spędzimy trochę czasu.
– A w sumie, co komu szkodzi..
Zaśmiali się i ruszyli w stronę baru.
Na zachodzie atmosfera była nieco inna, niż w innych częściach miasta. Tutaj budynki były trochę zapuszczone, choć ich architektura taka sama. Tu i ówdzie pozarastały je wszelakie liście i gałęzie, tam trochę podniszczona ściana, ale jakoś to wszystko stało od długich lat.
Jedne z bardziej wyróżniających elementów tej dzielnicy to głównie dużo więcej ciasnych korytarzy i uliczek pomiędzy domami, nieco więcej biedy, i ogólnie jej występowanie. Przestępczość też wyższa, bo ubóstwo na takim stanie, który pozwala się jej rozwijać bez specjalnych problemów.
William i Arthur trochę przedłużali przejazd, licząc na to, że może za chwile ujrzą sklep, którego szukali.
– To już prawie plac Edirith. Gdzie wysadzić? – starzec już się niecierpliwił.
– Jedź dalej. Zaraz zejdziemy – przedłużał Breed – zresztą, przecież zapłaciliśmy za przejazd już wcześniej.
Ich kierowca wymamrotał coś pod nosem, dosyć cichym, choć trochę nieciekawie brzmiącym tonem. Pogonił konie.
– Widzę jakiś tłum. Może to tam? – Will wskazał na jeden z budynków, pod którym zebrało się kilka osób. W oddali, nieco nad głowami ludzi faktycznie było widać jakiś szyld, ale z tej odległości trudno było mu to ocenić, czy to dokładnie to miejsce.
– To tutaj – potwierdził jego partner, ściągając z oka jakieś szkiełko.
– Od kiedy ty nosisz monokl? – zdziwił się Breed.
– Na co dzień nie noszę. Przydaje się, jeśli czegoś dokładnie nie widzę z odległości. I ma też kilka innych zastosowań. Ale o tym później. Złaź z wozu.
Obaj zeskoczyli, a kierowca momentalnie zawrócił, i pośpieszył z powrotem do centrum. Widocznie trochę zbyt dużo czasu im zeszło na tej podróży.
Przepchali się przez gromadę mieszkańców i stanęli tuż przed wejściem, naprzeciwko dosyć mikrej postury człowieczka, i strażnika, pilnującego na boku.
– Przejścia nie ma, won mi stąd – odparł sucho człowieczek. Jak na tak małą osobę, głos miał dosyć przekonywujący.
Breed zgarbił się nad mężczyzną, i zapytał:
– Pan Holkins, jak mniemam? Jest pan właścicielem tego sklepu?
– Nazwisko się zgadza, ale sklep nie mój. Do córki należy. Do Julii. Ja jestem już za stary na takie rzeczy.
– William Breed i Arthur Gillson. Jesteśmy z Gwardii – odparł, pokazując mu przy okazji herb gwardzistów, to jest godło krainy Morlane, czyli wronę wzlatującą do nieba – chcemy wejść do tego budynku.
Mikrusowi puściły nerwy.
– Czy Wy gamonie nie rozumiecie, że tutaj przed chwilą było włamanie?! I ja mam was jeszcze wpuścić do środka? A gdzie, jeszcze mi znowu ktoś rozpieprzy cały sklep!
– Po pierwsze, nie pański sklep, sam pan to potwierdził. Po drugie, to pańska córka sama się zgłosiła o pomoc. My nie przychodzimy tutaj, bo tak nam się podoba. To z jej wezwania – wyjaśnił Breed. Gillson tymczasem stał tylko na tyłach i nasłuchiwał rozmowy.
Karzeł stanął na palcach, i nieco szepcącym głosem, powiedział:
– Precz.
Breed skrzyżował ramiona, prostując się. Gillson nieco zaskoczony wynikiem, chciał coś powiedzieć, ale mu przerwano.
– Nie nie, my już sobie idziemy. Skoro on nie chce naszej pomocy w złapaniu tych ludzi, niech poprosi straż – William wykrzykiwał słowa, bo tłum nieco ich zagłuszał, mężczyzna zaś bez przerwy podążał za nimi wzrokiem. Wreszcie się ocknął i podbiegł do nich, gdy przedzierali się przez ludzi. Ktoś go po drodze szturchnął w ramię, ale zignorował to.
– Zaczekaj, zaczekaj!
Breed i Gillson odwrócili się. Will uśmiechnął się do karła.
– Czyżby się pan nawrócił?
– Możecie wejść. Tylko mi niczego nie dotykać! – upomniał ich.
– Tego nie możemy obiecać – odparł Arthur, mijając Holkinsa.
Kompletnie powybijane szyby i gabloty. Długa, drewniana lada, przy której siedzieli sprzedawcy, jak i meble jej towarzyszące, były połamane. Po podłodze walało się sporo gruzów, do tej pory nikt nic jeszcze nie zrobił z tym bałaganem. Co dziwne, bo stary Holkins zachowywał się, jakby stało się to przed sekundą, a prawdą było, że zgłoszenie o napadzie dostano bodajże wczoraj o poranku.
– To nie był napad. Oni zwyczajnie zdewastowali cały ten sklep – stwierdził Will.
Gillson klęczał za zniszczoną ladą, obserwując jej wnętrze.
– Co dziwne, nie wzięli żadnych pieniędzy. Tylko ukradli trochę tej biżuterii. Też nie zabrali całości, zresztą – odparł.
– Może im nie zależało na pieniądzach.
– Bzdura – Arthur wstał zza lady – gdyby im nie zależało na pieniądzach, to by nic stąd nie zabrali. Choć fakt faktem, dziwne że zniszczyli przy tym cały sklep.
Gillson przejechał palcem po ladzie. Prócz kurzu, który okrywał już pół zniszczonych mebli, wyczuł na niej dziwne zarysowanie. Jakby ktoś przejechał po niej czymś ostrym, jak nóż. Ale nie było ono zbyt głębokie. Zwyczajnie, zbyt długie.
– Ciekawe.
– Co ukradli? – spytał.
– Kilka pierścionków i naszyjników. Wszystko albo srebrne, albo złote – odpowiedział William.
– Po czym wnioskujesz?
– Przy gablotach były miedziane tabliczki, a na nich opisy biżuterii. W niektórych gablotach brakuje podpisanych rzeczy.
– Może walają się gdzieś pod stertą tych mebli.
– Nie. Zauważylibyśmy. Trudno byłoby je przegapić, w końcu to złoto, na podłogę pada tyle światła, że świeciłyby się na niej jak cholera.
– Słusznie.

– Zbyt dużo nie mamy. Może warto by było wypytać tą jego córkę? – zapytał Breed.
– To by było chyba najlepsze wyjście. O ile jednak jegomość pozwoli nam z nią pomówić.
– O to się nie martw.
Były już okolice godziny dwudziestej. Niektórzy kupcy już się zdążyli „zmyć”, inni dalej tu byli, ale prócz nich samych, dookoła nie było prawie nikogo. Mate zataczał się, wychodząc z tawerny, mamrocząc coś pod nosem. Od czasu do czasu odbijał się od Samuela, który o dziwo zachował zimną krew, pomimo tego, że wypił podobną ilość trunków co jego przyjaciel.
Doczłapali się za wcześniejszy stragan. Strażnika już nie było, choć trochę dalej od nich jeden przemierzał ulicę. Fray wychylił się zza rogu, odpychając Mate’a na bok.

– Widzę cię! –zawołał Jeff, podobnie popychając Samuela.
– Cisza.
Człowiek, który wcześniej siedział na ławce, rozmawiał w alejce obok z jakimś nieznanym mężczyzną. Fray rozpoznał go z daleka, choć chwilę mu to zajęło. Co jakiś czas mężczyźni wskazywali palcami w poszczególne miejsca na placu. Samuel nie słyszał, o czym rozmawiali, a zresztą, w podsłuchiwaniu przeszkadzał mu trochę Mate, który od kilku minut gadał sam ze sobą.
Gdy mężczyźni spojrzeli w stronę odchodzącego strażnika, Samuel skorzystał w chwili, i jak najciszej mógł przebiegł na drugą stronę, chowając się za następnym straganem. Spojrzał zza rogu w drugą stronę, i zauważył wreszcie, na co mogli wskazywać rozmawiający. Jakiś dosyć mocno zbudowany człowiek niszczył jednemu z kupców swoje towary na sprzedaż. Brał pojedyncze naczynia w swoje masywne łapska i albo je łamał gołymi rękami, albo rozbijał to o ziemię, to o stragan, tuż obok kupca zresztą, który dostał odłamkiem ceramicznej wazy w policzek, z którego po chwili zaczęła cieknąć brunatna krew.
– Barett cholera, bierz tą kasę i chodź. Nie ma sensu marnować na niego więcej czasu – zawołał wreszcie do osiłka jeden z mężczyzn.

Barett syknął po cichu, po czym odwrócił wzrok na kupca. Tamten był już wystarczająco przerażony. Odsunął się od blatu przed straganem, i prawie byłby się potknął przy ścianie za nim. Wyciągnął pośpiesznie zza pazuchy sakwę, i włożył wewnątrz niej dłoń. Zaczął sobie odliczać monety, które powoli wyciągał, ale twardzielowi chyba też zależało na czasie. Wyrwał mu z dłoni sakwę, śmiejąc się rubasznie. Kilka monet wysypało się na ziemię, starzec bez wahania przykucnął, zbierając pozostałości z podłogi.
Tymczasem Fray’owi wpadł pewien pomysł do głowy.
Kiedy tamten był zajęty zastraszaniem kupca na wszelakie sposoby, Fray po cichu zakradł się do nich, okrążając centralny plac za straganami. Gdy był wystarczająco blisko, wychylił się spod jednej z beczek, prawdopodobnie należących do wcześniejszej tawerny i pomachał do kupca. Stał pod latarnią, więc nietrudno było mu go dostrzec. Starzec wzdrygnął się, zauważywszy nieznajomego i wychylił się na chwilę na bok. Osiłek coś wyczuł i momentalnie zwrócił uwagę na kupca, który na szybko obrócił się ponownie w jego stronę. Chyba nie zwrócił uwagi na to, że starzec grał na czas. Cóż, jego strata.
– Coś tam widział? Gadaj, ale już! – wykrzyknął, podnosząc pięść.
Nie minął moment, a pięść padła na dół, wraz z nieszczęśnikiem. Bełt wbił się dosyć mocno, gdzieś w okolice uda. Jednakże nie było zbyt dużo krwi, traf chciał, że osiłek miał również dosyć mocno zbudowane nogi. Nie zmienia to faktu, że padł z krzykiem na ziemię, trzymając się kurczowo za kolano. Spanikował do tego stopnia, że po chwili stracił przytomność, uderzając resztą cielska o drogę.
Tymczasem Fray stał dalej z wyciągniętym do przodu pistoletem. Opuścił go, gdy był pewien, że mężczyzna był nieprzytomny.
– No dalej, pomóż mi trochę – odrzekł do kupca łamaną skathijzczyzną, pomagając sobie gestami.
Starzec posłusznie podszedł, łapiąc truchło za nogi. Mimo dosyć sędziwego wieku, miał jeszcze trochę krzepy, to trzeba przyznać.
Czuł mocny ból, gdzieś z tyłu głowy i na nodze, udzie dokładniej. Tak, zdecydowanie na udzie. Powoli otworzył oczy.. i ukazał mu się pewien białowłosy jegomość.
– Chyba się budzi – stwierdził drugi mężczyzna za Fray’em.
– Szybko. Niedługo chyba będzie pierwsza.
– J-jakim cudem jesteś trzeźwy? – zapytał Mate, już w nieco „lepszym” stanie.
– Chyba zapomniałeś, że prawie nic nie piłem, tyś wszystko uchlał – odparł, uśmiechając się do kompana – zresztą, mam dość mocny łeb.
Po krótkiej pogawędce spojrzeli na nieszczęśnika. Nieco się wiercił, zauważywszy, że jest przywiązany do krzesła. Szybko przestał, bo jeden ze sznurów dosyć mocno naciskał na jego słabo opatrzoną na szybko ranę na nodze, co sprawiało niemały ból.
– No – odparł Fray – może teraz jakoś się dogadamy?
Przerażony i spętany osiłek rozglądał się nerwowo po pomieszczeniu. Raczej oszczędnie umeblowane, najpewniej znajdował się w jakiejś lichej spelunie. Po chwili zastanowienia powiedział:
– Co chcecie wiedzieć?
– Najlepiej wszystko! – odpowiedział Mate, z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
– Dla kogo pracujesz – zapytał białowłosy.
Osiłek zwilżył wargi.
– Uwolnijcie mnie, to powiem.
– Chyba sobie żartujesz – oburzył się Samuel – nikt cię nie rozwiąże. Zbawieniem dla ciebie to też nie będzie, pewnie byś się zawalił na podłogę przy pierwszym podejściu. Zresztą, ust przecież nie masz związanych.
– No to się nie dowiecie.
– Jeffrey! – zawołał Fray, wciąż wpatrując się w więźnia.
Mate bez słowa wstał ze swojego siedzenia, podchodząc do więźnia. Złapał za jeden z luźno wiszących węzłów i szarpnął. Sznur na nodze delikwenta mocno się zacisnął, dociskając ranę. Osiłek krzyknął, próbując się złapać, ale jego ręce również były skrępowane.

– Dość! Dość! – wył.
Taka bezwzględność ze strony Jeffreya nie była bynajmniej jego cechą. Pewnie by tego nie zrobił, gdyby nie był dalej pod wpływem, bo wśród reszty kolegów i rodziny jest postrzegany jako potulny baranek. Pozory mylą, jak widać.

 

Ciąg dalszy nastąpi.

Varia

Wroniarze

408 Wyświetleń

Morlane, wiek siedemnasty, dwudziesty szósty według kalendarza Morlańskiego
Roku 2570, za zezwoleniem Rady Najwyższych i panującego władcy kontynentu Morlańskiego, Augustusa II z rodu DeViessinów utworzona zostanie organizacja pod nazwą Wroniej Gwardii, zrzeszająca kobiety i mężczyzn z rodzin szlacheckich. Gwardziści mają za zadanie rozwiązywanie spraw większej wagi, idącej poza możliwości straży miejskiej, takich jak zdrada stanu, rozboje na klasach wyższych lub morderstwa, jeżeli są powiązane. Gwardia służy zarówno szlachcie i mieszczaństwu, jak i chłopstwu. Wszystkie klasy społeczne będą traktowane jednakowo, według wspólnego prawa wielkiego kontynentu Morlane. Zlecenia będą podawane Gwardzistom bezpośrednio przez strażników miejskich, bądź członków rodzin królewskich i szlachtę, w niektórych przypadkach to właśnie poszkodowani mogą zwracać się o pomoc, jednak wtedy potrzebna jest informacja do osoby zarządzającej sprawami Gwardii w danej dzielnicy, mieście i tym podobnym miejscom na terenie kontynentu. Wszystkie inne informacje dostępne będą na tablicach ogłoszeniowych w miastach, bądź w siedzibie danej jednostki Gwardii. Wspomniane główne siedziby będą znajdować się w największych miastach kontynentu, między innymi w Ravenhill, Calun, Northend i Bardock.
Niech Zinthrar i Tyria mają Was w swojej opiece

Anonim

„Cholera, zaraz się spóźnię..”, pomyślał. Ubrał na szybko swój ciemnawy płaszcz i wybiegł z pokoju. Istotnie, nie śpieszył się specjalnie z wyjściem, jednocześnie tak ważnym dla niego i reszty rodziny.
– Już wychodzisz? – zapytał kobiecy, i raczej cichy głosik.
– Już? – spytał z niemałym poirytowaniem zbliżając się do drzwi.
– Ojciec wie, że wychodzisz?
– Wie.
– A matka?
– A skąd ma wiedzieć? Nie mówiłem jej jeszcze, a zresztą, nie wróciła jeszcze z targu.
– Powiem jej jak przyjdzie.
– Dobrze.
Już zamierzał wyjść, już miał pchnąć dłonią o drzwi, ale..
– Długo cię nie będzie? – spytała, łapiąc go za ramię.
Nie wytrzymał.
– Wybacz siostro, ale jakbyś nie zauważyła, troszeczkę mi się śpieszy, i nie jestem zbyt skory do rozmów – odrzekł. W jego głosie można było bynajmniej wyczuć sarkazm.
Chciała coś dodać, ale się wstrzymała, kiedy przed jej brązowymi oczyma z hukiem trzasnęła para jasnych drzwi.

Prawdą jest, że Northend to wyjątkowo piękne miasto. Jedno z największych w całej krainie, przez wielu również uznawane za swoistą kolebkę kultury. To właśnie stąd pochodziło wielu znanych na całe Morlane artystów, pisarzy i innych rzemieślników. Architektura tego miasta była dość charakterystyczna, a przynajmniej na tle innych miast tej krainy [de facto, przypominała coś w stylu połączenia rozmachu gotyku i przepychu baroku]. Budowle z jednej strony bogate w nieznaczące nic detale, ozdoby, a z drugiej imponujące swym ogromem i zbyt dużymi oknami. Pal licho, że o tej porze roku albo pada deszcz, albo śnieg z deszczem i zimno, właśnie w tym okresie to miasto naprawdę czarowało innych swoim pięknem.
Tymczasem młodzieniec pośpiesznym krokiem szedł przez szerokie ulice miasta, powoli zbliżając się do swego celu. Na ulicach w centrum było o tej godzinie dosyć tłoczno, od czasu do czasu nawet przejeżdżały bokiem dorożki dla podróżnych, czy sami jeźdźcy na koniach, zwykle reprezentujący strażników miejskich. Patrolowali okolicę w ciągu całego dnia, bo przyjęło się, że skoro to jedno z największych miast i stolica kultury zarazem, to i przestępców największe skupisko. No cóż, przynajmniej łotry mają nienajgorszy gust.

Po dłuższej chwili dotarł nareszcie do celu. Stał tuż naprzeciwko wejścia do pewnego budynku, a właściwie głównej siedziby Wroniej Gwardii w Northend. Przeszły go ciarki, na widok tej dziwnej budowli. Była ona tylko trochę oddzielona od reszty domów w rzędzie, a przy okazji w niczym nie przypominała ani jednego z nich. Z przodu wsparta na dwóch kolumnach, po jedną na każdą stronę. Po środku, już za niskimi schodami stały ogromne drzwi, wykonane głównie z jasnego drewna, tu i ówdzie przyozdobione wstawkami ze złota. Nieco wyżej na drzwiami znajdowało się jeszcze większe, okrągłe okno, przypominające bardziej bezbarwny witraż. Trafne spostrzeżenie, bo tak naprawdę budynek ten wcześniej był świątynią boga Zinthrara, najważniejszego z głównej dziewiątki bóstw w mitologii morlańskiej, będącego symbolem sprawiedliwości. Całość jednak została wystawiona na sprzedaż, kiedy po kilku zaledwie miesiącach kapłani zdali sobie sprawę, że trudno utrzymać tego typu budynek w dobrym stanie, szczególnie zważając na jego położenie prawie w centrum miasta. Po kilku sekundach wahania ruszył w stronę wejścia do budynku.

Wnętrze budynku prezentowało się równie ciekawie. Od samych drzwi do końca dosyć długiego korytarza ciągnął się ciemnobrązowy dywan z jakimiś nieistotnymi wzorami. Na suficie wisiały granatowe flagi, czy raczej chorągwie z symbolem Morlane po środku – wroną wzbijającą się w górę ku niebu, rzecz jasna, wrona koloru czarnego. Drugie piętro budynku wspierały kolejne szeregi kolumn, a na całym korytarzu było kilka osób, głównie szlachetnie urodzonych, zważając na ubiór. Większość była zajęta swoimi sprawami. Młodzieniec zaś ruszył naprzód przez korytarz, dalej podziwiając cały jego ogrom.

– Chwila chwila, nie tak szybko, koleżko – zatrzymał go pewien mężczyzna, z wyglądu nie grzeszący ani urodą, a rozumem pewnie też i nie.
– Gości nie przyjmujemy.
Zatrzymany młodzieniec rozglądał się przez chwilę, wodząc wzrokiem po szlachcie wesoło rozmawiającej dookoła nich. Uśmiechnął się szyderczo.
– Właśnie widzę. Ale ja tu nie gość, umówiony jestem. William Breed, sprawdź sam na tej swojej liście, jeśli potrafisz ją przeczytać.
Dryblas prychnął na niego, po czym zwrócił się w stronę stolika i krzesła, przy których najwyraźniej siedział, i podniósł ze stołu listę. Chwilę mu zajęło pozbieranie myśli, ale z niechęcią cofnął się do Breed’a.
– Zostaw swoją broń. Tutaj ci się nie przyda.
Zrobił jak go proszono. Podszedł do stołu, i odpiął swoją szablę od pasa, rzucając ją na blat. Rzeczy, które trzymał wewnątrz płaszcza nie wyciągał, bo raczej nikomu by nimi krzywdy nie zrobił. Odpiął od pasa swój pistolet, i też postawił na blacie.
No właśnie, pistolet. Trudno byłoby to nazwać pistoletem. Baza niby właściwa, taka jak od pistoletu skałkowego, które w swoim czasie produkowały ludy na północy Rithlheim, ale reszta broni była dosyć niecodzienna. Bo była nią.. cięciwa od kuszy. Tak właśnie, w Morlane nie strzelano z broni palnej, tylko z wszelakich rodzajów kusz. Nie chodziło o lenistwo rzemieślników z Rithlheim, a raczej o to, że materiały do tworzenia prochu strzelniczego okazały się kończyć dużo szybciej, niż się spodziewano. Tak więc królowie kilku krain zadecydowali, że tylko oni i ich rodziny mogli używać „prawdziwej” broni na proch strzelniczy, zaś reszta ludzi – kusz. Nie były co prawda tak bardzo pewne w kwestii strzału, ale dziwnym zrządzeniem losu, z czasem mieszkańcy nabrali z „pistoletami na bełty” takiej wprawy, że były one ekwiwalentem pistoletów, karabinów i tym podobnych. Prosta, a przydatna rzecz, naprawdę.
– Racz przeprosić Panie, no, ten tego, William. Możesz przejść. Schodami w górę i prosto korytarzem – powiedział mężczyzna, trochę się jąkając.
Istotnie, za tą masą cielska w oddali na końcu korytarza wejściowego były dosyć spore schody. Już zamierzał się do nich zbliżyć, ale łapsko Dużego przybiło mu w pierś.
– Ale spróbuj tylko narobić kłopotów, a obedrę Cię ze skóry – dodał z lekką pewnością siebie.
– Zapamiętam.
Tak właśnie się nazywał młodzieniec. William Cedric Breed, szlachcic, syn Anne Breed oraz George’a Spifta. Jest też bratem Erin Breed, wcześniej wspomnianej. Raczej urodziwy młodzian. Ma brązowe, dosyć rozczochrane włosy, a jednocześnie część z nich ma spiętych w koński ogon, z tyłu głowy. Nosił się zwykle w płaszczach, często ciemnego koloru. Gdy był nieco młodszy, ojciec wynajął mu prywatnego korepetytora, od którego nauczył się między innymi strzelania z broni palnej czy fechtunku mieczem.
Od ojca zresztą odziedziczył nawyk ściągania na siebie kłopotów wszędzie gdzie się pojawia, ale jednocześnie też i jego umiejętności, głównie bitewne. Od matki odziedziczył zaś chyba jedynie kolor oczu, jednak był z Anne dosyć zżyty i często doradzał się matki w wielu sprawach, tu już niekoniecznie bitewnych.

Z drugiego piętra dało się słyszeć jakieś rozmowy, głównie pomiędzy kilkoma mężczyznami:
– Edward, dajże żyć! Przecież nie będziemy czekać tyle czasu na cholerne dwie osoby – lamentował jeden z nich.
– Gdyby im zależało, to by się nie spóźniali tylko przyszli przed czasem. Szlachta, psia mać – i kolejny.
– Panowie, spokojnie! – zawołał inny z nich, tym razem prawdopodobnie wspomniany Edward.
– Przecież się nam nie śpieszy, prawda?
Odpowiedziały mu szmery i szepty kilku zebranych.
– Prawda?! A zresztą, ważne, że w ogóle ktoś przyjdzie, tak, zdecydowanie TO się liczy.
W tym czasie William zdążył już się wdrapać na schody. Już na górze, na wprost od niego stał stół długi na cały pokój, a wokół niego tłum ludzi, wyglądających na nieco już się niecierpliwiących.
Reszta pomieszczenia nie różniła się znacznie od poprzedniego korytarza. Kilka chorągwi wiszących na suficie, obok żelaznego świecznika, na ziemi rozłożony dużo większy od poprzedniego dywan, znacznie bardziej ozdobny niż poprzedni. Przy ścianach stało kilka starych, skrzypiących regałów, ze stosem książek na każdym z nich. Najpewniej w tym pomieszczeniu wcześniej odprawiano uroczystości ku chwale Zinthrara.
Gdy tylko stanął w miejscu, wszyscy zgromadzeni spojrzeli na niego. Ich wzrok przeszywał go, jakby ktoś kłuł go rapierem w pierś aż do wykrwawienia. Nawet trochę się zawstydził.
Jeden z nich odważył się wyjść z tłumu, i podejść bliżej do młodzieńca. Nie wyglądał na jego wiek, ale nie wyglądał też staro. Był starszy może o kilka lat, nie więcej. Miał brązowe, dosyć długie, rozpuszczone włosy. Nosił granatowy, długi płaszcz z jasnymi, prawie białymi elementami i kołnierzem, pod płaszczem zaś dosyć dziwną, ciemnawą kurtkę z kilkoma orderami i złotymi wstawkami. Jego ubiór przypominał raczej generalski, niźli szlachecki.
– Jak się nazywasz, mój drogi chłopcze? – zapytał.
– Breed.. William Breed, sir – wyjąkał Will.
Mina mężczyzny znacznie się polepszyła.
– Wspaniale. Syn George’a i Anny, czyż tak? – z wyraźnym entuzjazmem wypytywał młodzieńca, jakoby mu robił przesłuchanie – Jak się miewa ojciec?
– Dosyć dobrze, nie jest już jednak w armii. Odszedł.
– A szkoda. Byliśmy razem w tym samym pułku, uwierzyłbyś?
William próbował stłumić śmiech, co w tej sytuacji było nader trudne to zrobienia. Kiwał tylko głową, potakując.
– Anne wciąż tak urodziwa jak kiedyś?
– Oh, bynajmniej tak. Ojciec wciąż jej mówi, że pięknieje z wiekiem. Trudno mu szczerze powiedziawszy tego odmówić.
Atmosfera w pokoju jakby się nieco rozluźniła. Goście co jakiś czas zaśmiali się czy szeptali, bacznie słuchając rozmowy.
– Cholera, gdzie moje maniery – na szybko uścisnął dłoń Breed’a, z zadziwiającą siłą, prawdę mówiąc – Edward Rodney, do usług.
– Miło poznać – wykrztusił odpowiedź.
Rodney po dosyć długiej rozmowie wrócił na swoje miejsce na końcu stołu, tuż przed wielkim oknem budynku i zawołał:
– No, to został nam już tylko jeden!
William zajął jedno z wolnych miejsc przy stole i przysiadł się obok mężczyzny sączącego swoje piwo ze szklanego kufla.
– Kim jest ten ostatni jegomość? – zapytał pijącego faceta wystarczająco cicho, by inni nie usłyszeli, zajęci swoimi sprawami.
– Fray – odpowiedział i wziął kolejnego łyka swojego trunku.
– Kim jest ten.. Fray, o którym mówisz?
– To ty nie wiesz? – zdziwił się tak, że aż odłożył swój kufel w trakcie picia – Samuel Fray, toć jest najgorszy z nas tu zgromadzonych, charakternik jakich mało.
– Oj, będzie ciekawie.

Dla zabicia czasu William pogawędził trochę z tym mężczyzną. Zwał się on Patrick Todd. Nie pochodził stąd, dorastał we wsi Ridgewood na obrzeżach miasta. Był drwalem, a pracę tą porzucił po tym, jak któryś raz na Ridgewood napadli banici i puścili całą wioskę z dymem, kradnąc przy okazji to, co wyglądało na cenniejsze, to jest, co bardziej się świeciło.. I przy okazji został wtedy śmiertelnie zraniony jego brat Edmund, który zmarł po dniu, od krwotoku wewnętrznego, choć walczył długo. Przystąpił do Gwardii głównie po to, by chronić innych od podobnych nieszczęść. Z wyglądu raczej krzepki facet. Łysy, umięśniony, chodził w odzieniu typowo chłopskim, by za bardzo się nie wyróżniać. Nawet zdążyli się polubić.

– Jeszcze raz mi będziesz chciał odebrać moją broń, a przysięgam, że sam osobiście wsadzę ci swój rapier prosto w ten głupi zad! – dobiegł ich krzyk z okolic schodów.
Chyba nachodził długo oczekiwany ostatni gość tego popołudnia. A wyglądał on nader dziwnie. Czy raczej, tylko jego włosy tak wyglądały. Bo były białe. Śnieżnobiałe. Nie siwe, bo stary nie był, po prostu białe.
– To jest ten Fray? – palnął Breed, choć nie wziął pod uwagę, jak głośno to powiedział.
– Dla ciebie Sir Samuel Fray, mopanku – odpowiedział.
– Zacna peruka, panie Fray – powiedział odruchowo, bez namysłu, czego potem zresztą żałował.

Białowłosy odstawił kufel z piwem, który wziął od jednego z przyszłych gwardzistów, i spojrzał na Breed’a.
– Coś ty powiedział?
– To co słyszałeś.
– Zaraz mu chyba obiję mordę.. – Samuel już się do niego zbliżał, podniósł zaciśniętą pięść do góry, ale Todd zdążył złapać go za ramię – puść mnie.. cholera jasna!
– Później to rozstrzygniemy, panowie. Teraz proszę, zajmijcie wszyscy miejsca, mamy trochę do przedyskutowania – powiedział Edward już normalnym, surowym tonem.
Z niechęcią obaj zasiedli na swoich miejscach, i zwrócili wzrok w stronę Rodney’a.
Edward wziął głęboki wdech i zaczął mówić.
– Panowie. Zgromadziliście się tutaj, by dołączyć do Wroniej Gwardii w Northend. Jest to zaiste szlachetny cel, to miasto już zbyt ucierpiało od bandytów i im podobnych osobników.
Będziecie tutaj służyć swojemu królowi, swoim przyjaciołom, rodzinie i wszystkim mieszkańcom naszego królestwa. Tak tak, królestwa. Nasze działania obejmują całą krainę, a i Rithlheim i inne kontynenty mają w to swój wkład. Ale by godnie służyć naszej ojczyźnie, będziecie musieli wykazać się wszystkimi możliwymi cechami, których nie powstydziłby się nawet rycerz. Odwaga i wierność. To będą wasze zasady w tej organizacji, do których musicie się stosować. Musicie się nauczyć pokory i pracować w grupie – w tej chwili Edward wzniósł głowę, i spojrzał naprzód, dziwnym zrządzeniem losu w to miejsce, gdzie siedzieli Breed i Samuel – bo w Gwardii nie ma samotników i wszyscy pracujemy razem. Będziecie przyjmować zlecenia ode mnie i tylko ode mnie. Broni będziecie używać tylko i wyłącznie wtedy, jeżeli wasze życie będzie zagrożone, a w tym mieście nie jest to rzadki przypadek. Zabijcie w ostateczności. Nie będę na siłę wysyłał na zlecenia osoby, która zabija każdego, kto im się nawinie. Takich ludzi kiedyś paliliśmy na stosie w centrum. Pamięta ktoś ten czas? Wracając do naszych zasad. Waszym i moim obowiązkiem jest reprezentowanie Gwardii. Obowiązkiem jest noszenie naszego herbu na swoich ubraniach. Swoje uzbrojenie odbierzecie wszyscy z pomieszczenia w dolnym korytarzu, tam, gdzie zostawił je nasz strażnik, którego nie wątpię, że zdążyliście poznać. Szczególnie pan, panie Fray.

Samuel wyszczerzył zęby, wpatrując się w Rodney’a.
– No dobrze – kontynuował – Skoro już znacie wstępne zasady i obowiązki, przejdźmy do pracy właściwej.
Będziecie pracować na co dzień w parach, które wyznaczę ja. Nie zmienicie ich. Musicie się dostosować. Od czasu do czasu grupy będą się łączyć, w przypadkach gdy zlecenia będą bardziej skomplikowane. Jest nas dziewiętnastu. No dobrze, nie przedłużajmy już.

Edward złapał swoją listę z nazwiskami ze stołu, i wymieniał po kolei pary:
– Sir Victor Blaine i Patrick Todd!
Breed dopiero zdał sobie sprawę z tego, że Todd wcale nie był szlachcicem. Ale lepiej nie zapeszać.
– Sir Timothy Marsh i Sir Joseph Warg.
Atmosfera trochę się popsuła.
– Sir Samuel Fray i Sir.. – Rodney musiał wziąć swoje okulary, by doczytać się na prędko napisanego imienia – Sir Jeffrey Mate.
Jeffreyowi wyraźnie zrzedła mina, Fray zaś uśmiechnął się do niego szyderczo.
– Eh, pominę już te wasze tytuły, i tak wszyscy są szlachcicami.. Daniel Witt i Elijah Breene.
– John Wickey i Martin Harry Dright.
Edward krzywo popatrzył się na Martina:
– Musiałeś się upomnieć o to drugie imię?
– William Breed i Arthur Gillson.
Gillson siedział po środku blisko Edwarda. Dosyć pokaźny zarost przyozdabiał jego twarz, jednak szpeciła ją też dosyć długa rana, przechodząca przez jego usta. Jak się później okazało, Arthur to były żołnierz w armii morlańskiej, prawdopodobnie więc był nieco starszy od Breed’a, podobnie jak Ed. Ubrany był podobnie jak Rodney, tyle że lepiej od niego się prezentował w tym stroju, i płaszcz był czarny.

– No – Ed po chwili nieuwagi nieco oprzytomniał – mam nadzieję, że nie będzie między wami burd. W razie czego w każdym momencie mogę wystawić was pod majestat naszego króla, nawet i teraz. Ale nie chcę. Odbierzcie swoje rzeczy od Liama, to znaczy tego osiłka przy wejściu i zabierajcie się stąd. Żwawo.

Tłum po chwili rozszedł się na wszystkie strony. Niektórzy dyskutowali z innymi gwardzistami, swoimi partnerami po fachu. Ale w tym tłumie nie można było przegapić samego Fray’a, który przez resztę wieczoru bacznie obserwował każdy, nawet najmniejszy ruch Williama. A przynajmniej dopóki się nie rozeszli przed budynkiem. W drodze powrotnej młodzieńcowi towarzyszył jego nowy przyjaciel, Arthur.
– Nie podoba mi się ten cały Samuel – rzekł William, wreszcie przerywając ciszę.
– On nie ma się tobie podobać. Masz z nim pracować, nic poza tym. Przynajmniej udawaj, że cię on nie obchodzi – odparł sucho Gillson, po czym dodał – a tak na marginesie, to nie była peruka.
William chicho zarechotał, przypominając sobie ten moment.
– To niby co? Tupecik?
– Ani jedno, ani drugie. Ten kolor włosów jest u nich w rodzinie dziedziczny. Ponoć jego prababka miała konszachty z jakąś wiedźmą, jeśli sama takową nie była, i na wskutek jej czynów została przeklęta przez przyjaciółki podczas sabatu. Ale to tylko plotki – wyjaśnił.
– Trudno mi uwierzyć w takie brednie.
– Nazywaj je jak chcesz, na tą chwilę to jedyne co bardziej logiczne wyjaśnienie.
– Skąd ty to wszystko w ogóle wiesz?
Arthur podrapał się po swoim zaroście i przez chwilę chyba się nad czymś zastanawiał.
– Powiedzmy, że mieszkam w tych rejonach na tyle długo, by wiedzieć takie rzeczy.

Wiedział, że nie mówił mu wszystkiego, ale lepiej było nie dociekać jeszcze w szczegóły. Będą mieli dużo czasu na rozmowy. Oboje się rozdzielili gdzieś w połowie ulicy Recrown w centrum miasta. Był to też adres Williama.
Rodzina Breedów nie była bynajmniej biedna. Duże, żelazne wrota po środku wysokiego, marmurowego muru odgradzały ogrody pałacu od parszywych ulic tego miasta. Od czasu do czasu ktoś się próbował wkraść na posesję, ale zwykle spadali z bram lub muru, i w najlepszym wypadku coś sobie pogruchotali. Stróż, widząc stojącego przy bramie młodziana podszedł bliżej, wysunął z kieszeni kilka kluczy, i po kolei otwierał zamki w bramie. Trochę to zajęło, ale ostatecznie udało się wejść.

Samego pałacu nie powstydziłby się pewnie nie jeden członek rodziny królewskiej. Ogromna konstrukcja, jeden z charakterystycznych punktów w całym mieście, co każdy przyjezdny i mieszkaniec wiedział od dawna. Miejsce to rzekomo było kiedyś poprzednim dworem królewskim, ale dzięki dzielniej służbie rodziny Breedów (a przynajmniej ich przodków, bo obecny król nie darzy ich tak wielkim szacunkiem jak dawniej.) ówczesny władca spisał całą tą budowlę na nazwisko tej szlacheckiej rodziny. Służba dba o wygląd z zewnątrz, jak i z wewnątrz całego pałacu, tak więc nie widać tak naprawdę, ile to miejsce przeżyło nieszczęść w trakcie wojen.

Z dziedzińca pod drzwi domu prowadziły długie, masywne schody na wyżej postawioną platformę, na której stał pałac. Swoją drogą, z tej właśnie platformy, znad schodów często poprzedni król dyskutował z poddanymi, wygłaszał nowiny, orędzia i tym podobne. Teraz to tylko służyło za podstawę i przy okazji ładny balkonik.
Will zamierzał właśnie wejść po schodach, już tych wewnątrz domu, na piętro i dostać się do swojego pokoju, próbując przy okazji nikogo nie pobudzić o tej godzinie. Tym razem nikt nie zatrzymał go w połowie drogi, więc zwyczajnie wszedł na górę, otworzył drzwi do swojego pomieszczenia, i..
– Wróciłeś – powiedziała kobieta siedząca przy jego biurku.
– Tak. Wybacz matko, że osobiście nie powiadomiłem, że wyjdę, ale.. – przerwała mu.
– To nic. Erin wszystko mi już wyjaśniła – kobieta wstała od biurka, i odwróciła się w jego
stronę, jednocześnie podchodząc nieco bliżej do niego.

Anne Breed. Kobiecina nie miała raczej więcej, niż 40 lat. Długie, kruczoczarne włosy opadały jej na ramiona. Zmarszczek widać żadnych nie było, bo też zwykle zakrywała je cienką warstwą makijażu. O jej wygląd dbały głównie służki, choć sama też czasem dawała radę. W tej chwili miała na sobie wyjątkowo długą, ciemnozieloną suknię dworską, na której tu i ówdzie były wszyte wzory ze złota. Prawdziwego złota. Widocznie jeszcze nie skończyła sprzątać w domu, skoro jeszcze się nie przebrała. Lub ojciec jest poza domem. Oba wyjścia
prawdopodobne.

– Jak poszło spotkanie? – zapytała.
– Nie wiem, co masz na myśli – powiedział nieśmiało, bo nie był jeszcze pewien, czy siostra powiedziała matce wszystko.
– Nie myśl, że nie wiem, gdzie i po co byłeś. Miałam na myśli jak minęło twoje pierwsze zlecenie w Gwardii.
Odetchnął z ulgą.
– Żadnego zlecenia jeszcze nie było. Dopiero wyznaczono grupy. Ale nasz mistrz gwardzista chyba was zna.
– Nie chyba, tylko na pewno – powiedziała, po czym złapała za wachlarz, który zostawiła na biurku, i wachlowała się nim, rozmawiając z synem – Edward był w wojsku z twoim ojcem, a nasze rody dobrze się znają, jeszcze sprzed czasów, kiedy twojego ojca ciągnęło do wojaczki.
– A to ciekawe – skłamał – Matko, nie chcę potępiać, ale chciałbym już odpocząć.
Anne skinęła tylko głową, i wyszła z pokoju, zamykając drzwi. Zarzucił swój płaszcz na krzesło przy biurku, i poprosił jedną ze służek do przygotowania kąpieli. Służka zachichotała, ale od razu pobiegła do łaźni i poszła przygotować wodę. Do końca nie rozumiał o co chodziło, ale niespecjalnie go też to interesowało. Cóż, mężczyzna młody, urody mu raczej nie brak, to i adoratorkę znalazł.
No cóż.

Robert Widła

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.